Musisz zainstalować flash player pobierz instalator






Jedyny taki musical na 100 osób w szkole. Co pamiętamy z PRLu? Żuki, Tarpany i inne złomy. Jak sobie radziły w rajdzie do Hiszpanii?

Ta tratwa prostuje kręgosłup
W tym roku obchodzimy 100-lecie bydgoskiego harcerstwa. A my niedawno przy marinie, zauważyli zacumowaną tratwę z harcerzami z Płocka, którą płynęli do Gdańska.


"Jesteśmy umówieni na kawę z Neptunem" mówi nam phm. Krzysztof „Gandalf” Nowacki z 1 Marszewskiej Drużyny Harcerzy Białe Wilki im. Rotmistrza Witolda Pileckiego i z pasją opowiada, jak wraz z drugim druhem Krzysztofem prostują młodym ludziom na tej tratwie kręgosłupy. Skąd pomysł na taką wyprawę? Zaczęło się ponad dwa lata temu. Siedząc z żoną przy kawie, stworzyłem taki projekt „Marszewskie Majsterkowanie” w ramach FIO (Fundusz Inicjatyw Obywatelskich). Pieniądze nieduże, ale wystarczyło zebrać trzy osoby i można było ruszać. I tak w mojej stodole-warsztacie zaczęliśmy uczyć chłopców, jak wbijać gwoździe, lutować, wiercić dziury, dziewczyny też. Z szacunkiem patrzyliśmy jak biegają z wiertarkami. Sprzęt ściągnąłem ze swojej firmy. I były efekty. Chłopcy przychodzili potem dumni mówiąc: – Pokazałem tacie jak się wierci dziury w kafelkach, bo zdążył już trzy zniszczyć. Projekt był krótki – trwał 3 miesiące. I po upływie tego czasu stanęliśmy przed dylematem, co dalej.



Rodzicom też bardzo zależało. Od pierwszego gwoździa… po tratwę… … bo ile można przybijać, lutować, wiercić. Może się znudzić. Zaproponowałem więc chłopakom, że zbudujemy tratwę. Mamy duży akwen, drugi co do wielkości w Polsce, woda spokojna – popływamy sobie po Wiśle. Przy jej budowie pracowało od 8 do kilkunastu chłopaków. Na sam spływ zgodziła się czwórka rodziców. Pewnej soboty zaprosiłem też ojców, aby pomogli nam ją złożyć. I dopiero wtedy zaczęło się prawdziwe zamieszanie, bo oni nie wierzyli, że ta tratwa naprawdę powstała. Zaraz jak stanęła powiedziałem: – Jutro msza i dzida na wodę. I tak, z druhem Krzysztofem, zapakowaliśmy się w czwórkę na tratwę. Wiecie, tamta tratwa, a ta – bajeczka. Nie powiem, że przepaść, ale duża różnica. Kierując się rozsądkiem, uzgodniliśmy wtedy, że zdobywamy zamek w Malborku i wracamy. Popłynęliśmy Nogatem. Wróciliśmy do śluzy na Białej Górze. Tam rozebraliśmy tratwę i wróciliśmy do domu. Rozumiem, że to był dopiero początek waszej przygody. A jakże! Myśmy wtedy z druhem Krzysztofem należeli do kręgu „Wachta” przy Chorągwi Mazowieckiej ZHP więc po powrocie zaprosiłem rodziców i zaproponowałem stworzenie drużyny harcerskiej. Megaradosnego odzewu nie było. Dlaczego? Bo kto dzisiaj wie, co to jest „harcerstwo”? Rodzice się jednak zgodzili. Zaczęły się zbiórki, spotkania, majsterkowanie… Nabór właściwie sam się zrobił. Z kilku szkół uzbierało się nawet więcej dziewczyn niż chłopaków, a ja nie miałem instruktorki, która by się nimi zaopiekowała. Pierwszy rok upłynął nam właśnie na kompletowaniu kadry. I ruszyła budowa kolejnej tratwy. Jaki obraliście sobie cel tym razem? Światowe Dni Młodzieży. Zdobyłem fajnych sponsorów i wsparcie naszego biskupa. Dostaliśmy od niego misję, która właściwie nadała cały sens tej wyprawie. Papież miał pobłogosławić obraz Jezusa Miłosiernego i kamień węgielny pod budowę ołtarza w domu młodzieży w Diecezji Płockiej. W ostatniej chwili, przed mszą zrezygnowano ze względów bezpieczeństwa z tego punktu, ale papież już podczas mszy błogosławiąc wszystkim, też nam pobłogosławił te rzeczy. I my tak z tym wielkim na trzy metry obrazem szorowaliśmy już pieszo z powrotem. Zapewne wzbudzaliście spore zainteresowanie. Dosłownie na sobie czuliśmy, jak ludzkie serca same się otwierają. Gdybym wypłynął bez złotówki w kieszeni, bez jedzenia, dopłynęlibyśmy na skrzydłach. Ludzie przynosili nam wszystko – chłopcy wychodzili tylko po wodę, a za nimi szli ludzie wężykiem z miasta niosąc skrzynki pomidorów, ziemniaków, wiadra jajek, benzynę. W Sandomierzu siedzimy wieczorem przy kawce, spokój, wszyscy śpią, a tu ktoś krzyczy: – Harcerze, harcerze, gdzie wy? Przychodzi gość z dwoma kanistrami benzyny, stawia dwie skrzynki pomidorów i jakieś słoiki. – Mieszkam 40 km stąd i was widziałem jak płyniecie. Takich sytuacji zresztą było wiele. To też budowało u chłopaków poczucie pewności, że warto. To dla młodzieży na pewno szczególnie ważne. Po ubiegłorocznym spływie zostałem zaproszony przez panią dyrektor do szkoły, z której mam większość chłopaków. Nie skłamię, jak powiem, że 80 procent w naszej drużynie to chłopcy z trudnego środowiska, po PGRowskiego, patologia, rozbite rodziny, zaglądanie do kieliszka. Ja akurat się tego nie boję i sobie z tym radzę. Po wyprawie na Światowe Dni Młodzieży woła mnie więc ta pani dyrektor, a ja pytam, co znowu te moje „czorty” zbroiły. – Pan się nie

Opowieści o harcerskim wychowaniu i podróżach tratwą przez Polskę słuchali Robert Sawicki i Paweł Warliński. wielka tajemnica, po choćby przedszkola polowe. Idealna okazja do nauki dla przyszłej kadry harcerskiej – opieka nad wiejskimi dziećmi w czasie żniw. Także stanie na straży honoru, godności osobistej jest w naszej pracy, instruktorów, opiekunów młodzieży niezwykle ważne. Staramy się ich tego nauczyć, choć świat moich wartości jest już dzisiaj nie do obronienia, ale robię wszystko, aby chłopakom chociaż część z tego przekazać.

denerwuje tylko przyjdzie – mówi mi do słuchawki. No to poszedłem. Wchodzę i patrzę, a tu jeszcze pedagog siedzi. Myślę sobie – coś poważnego. A ona do mnie: – Panie Krzysiu, jak pan to zrobił, bo ja cztery lata z nimi pracuję, a pan wziął ich na trzy tygodnie i to nie ci sami chłopcy wrócili. – Nic – mówię. – Zabrałem ich tylko na męski wypad tratwą. I takie chwile ładują ci baterie na kolejny rok. Jakie macie plany, gdy już wrócicie z Gdańska? Marzy nam się Morze Czarne, syberyjskie rzeki, spływ tratwą. Tym bardziej, że mam tam kontakty, u prawosławnych skautów św. Jerzego. Oni już u nas byli. Jak Bóg da, to się już wkrótce wybierzemy do Petersburga z rewizytą,… może Ukraina, Austria. W ogóle, jak się człowiek na Zachodzie zdradzi, że jest skautem i to jeszcze z Polski to szał. – A to wy tak możecie, w lesie, w namiotach, ognisko?! Bo oni tak nie mogą. Jak wrzuciliśmy na Facebooka zdjęcia ze spływu ŚDM – co tam się zaczęło dziać – wpisy z USA, Argentyny, Irlandii… Zostaliśmy już zaproszeni jako „goście honorowi” na Międzynarodowe Targi Turystyki i Sportów Wodnych do Warszawy. Wodniacy pewnie powiedzą, że w Polsce nie istnieje w ogóle kultura kształcenia młodych ludzi na wodzie, żeglarstwa, jachtingu – to co było kiedyś. A nam się marzy własna porządna barka na zalewie, kawał podestu, jachty, kajaczki przy niej, kilka tratw i trochę powariować. Harcerstwo to nie miejsce na meldowanie, że ci ciężko. To tylko kwestia chęci, wyboru i poukładania tego w głowie i czasie, bo dzieciaki to widzą. Nie trzeba im nic opowiadać, od razu wiedzą, kto się angażuje, kto coś robi. Z nostalgią wspominam lata 70. i „wychowanie przez pracę”, począwszy od „niewidzialnej ręki”, która miała głęboki sens, za którą kryła się też Strzelam do tarczy w galopie
O rozmawianiu z koniem podczas zawodów, o tym czy ważniejsza jest jazda konno czy umiejętność celnego strzelania, a także kto się do tego sportu nadaje rozmawiamy z dwukrotnym mistrzem świata w łucznictwie konnym Norbertem Kopczyńskim.


Który fragment zawodów, w których Pan startuje jest najtrudniejszy? Zawody w ogóle są trudne, bo jest na nich wysoki poziom adrenaliny związany z rywalizacją sportową więc wszystko to, co nam tak fajnie wychodzi i łatwo się udaje na treningach to już na zawodach, w rywalizacji z innymi zawodnikami, gdy walczymy o punkty, nagrodę powoduje, że jesteśmy dużo bardziej spięci, bardziej zestresowani. I nagle to co było takie proste, okazuje się trudne. Trudny jest już na samym początku wybór konia, bo najczęściej są to zawody zagraniczne no i nie ma możliwości, aby zabrać własnego. Jest bardzo mało czasu na tę "nową przyjaźń" i komunikację, aby zadecydować, którego konia chcemy, czy damy na nim radę, czy odpowiada naszej strategii. W sumie problemów jest sporo. Jakie były Pana najtrudniejsze zawody i dlaczego właśnie te? Prawdę mówiąc to nie pamiętam, bo ja tak na nie nie patrzę. Po prostu jedzie się i trzeba się z tą sytuacją skonfrontować. W tym przypadku, ten nieznajomy koń to, jak dużo osób mówi, taka trudność. Faktycznie, pewnie jakbym miał swojego championa to lepiej bym strzelił, nie wątpliwie. Wtedy jest szansa, że ten wynik będzie lepszy. Natomiast ja uważam, że dzięki temu, że ten koń jest nieznajomy, to powoduje, że to on absorbuje naszą uwagę, a nie cel, do którego mamy zaraz strzelać. Moim zdaniem to pomaga. Wtedy nasza koncentracja jest bardziej rozproszona - skupia się na większej ilości detali. Jak okiełznać konia, którego się nie zna? To jest bardzo poważny problem. Bo żeby koń z nami współpracował to pierwszym krokiem jest zdobycie jego zaufania, a niestety jeżeli mam na to 10 czy 15 minut to ciężko to zaufanie wzbudzić. Tym bardziej, jeśli na tym samym koniu jedzie jeszcze inny zawodnik. Powiedzmy, że ja jestem spokojny i w taki sposób próbuję się z tym koniem komunikować, a np. ta druga osoba może być zdenerwowana,



zestresowana i to co ja próbuję z tym koniem zrobić to i tak ta druga osoba, która zaraz na niego wsiądzie zepsuje. Zmarnuje moją pracę. Na szczęście na zawodach zdarzało mi się, że miałem konia tylko dla siebie i nikt więcej na nim nie jeździł. Wtedy, może nie od razu, ale zaczynamy ze sobą "rozmawiać". Jest jeden warunek - nikt się nie wtrąca w tę naszą "rozmowę". Ile w tym sporcie jest jazdy konnej, a ile łucznictwa? Trochę jednego i drugiego. Najważniejsze nie ile procentowo, ale żeby to jakoś ładnie ze sobą połączyć. Wbrew pozorom tej umiejętności jazdy konnej może tak za dużo nie jest dlatego, że na ogół zawody są robione na torze, czyli koń zazwyczaj jest prowadzony przez jakieś dwie taśmy, które są po obu stronach i tak naprawdę to nie musimy mieć wielkich umiejętności, koń "steruje" się sam. Dobrze trzeba mieć na pewno opanowaną umiejętność zatrzymania się (smiech) czy ruszenia i ewentualnie jeżdżenia w odpowiednim dosiadzie, czyli w tym przypadku półsiadzie. Dzięki temu stoimy bardziej nogami na strzemionach i amortyzujemy leciutko ruch naszego ciała. Dlatego nasze ramiona nie latają, jak koniu, góra dół tylko są bardziej stabilne. Który kraj przoduje w tym sporcie i dlaczego? Trudno powiedzieć. Ale już zdecydowanie łatwiej o osobach, które są w czołówce. Minęło już sporo czasu odkąd ten sport wystartował. Zawodników ciągle przybywa i poziom z roku na rok rośnie. Wiadomo że bardziej "z górki" mają te kraje, które wcześniej ten sport odkryły. Na pewno Węgry jako kraj, który jest wręcz kolebką tego nowożytnego łucznictwa konnego. Na pewno są to Niemcy - tam jest bardzo dużo zawodników. Jest to związane z tym, że bardzo dużo ludzi ma tam swoje prywatne konie i zajmują się tą dyscypliną jeżdżąc na własnych koniach. Jak jest dużo zawodników to zawsze trafi się lider.

Trudny jest już na samym początku wybór konia, bo najczęściej są to zawody zagraniczne no i nie ma możliwości, aby zabrać własnego. Jest bardzo mało czasu na tę "nową przyjaźń" i komunikację, aby zadecydować, którego konia chcemy, czy damy na nim radę, czy odpowiada naszej strategii...

W pewnym sensie Polska jest (powiedzmy) liderem w takim znaczeniu, że sam jestem dwukrotnym mistrzem świata w łucznictwie konnym. Zdobyłem oba tytuły na mistrzostwach świata w Korei i jestem jedynym na świecie zawodnikiem, który zrobił to dwukrotnie. Zresztą statystycznie to bardzo fajnie wypada, bo byłem tam tylko kilka razy w przeciwieństwie do niektórych, którzy byli kilkanaście. Dzięki temu Polska jest pod tym względem tym krajem, który na razie jest najwyżej i nikt mnie jeszcze nie pobił. Jak obecnie ta dyscyplina rozwija się w Polsce? W tej chwili trenuje się ją wszędzie. Jest mnóstwo nowych krajów, które zaczęły się tym interesować np. od trzech mniej więcej lat również Australia. Trudno powiedzieć ile w tej chwili jest w Polsce czynnych zawodników, ale myślę, że około trzystu osób no pewno. Gdy zaczynałem, byłem tylko ja i przez bardzo długi okres czasu nikt inny. Dopiero stopniowo zaczęły się pojawiać nowe osoby. A potem, jakieś dziesięć lat temu to już był prawdziwy boom. Jakie predyspozycje są w tym sporcie najważniejsze? Myślę, że motoryka jest zawsze ważna, czyli koordynacja, bo wtedy każdy sportowiec lepiej panuje nad swoim ciałem, a łucznictwo, czy jeździectwo to w ogóle wymagają dużych umiejętności panowania umysłu nad ciałem. Na pewno osobom, które są sprawne motorycznie i mają dobrą koordynację jest łatwiej. Natomiast jeśli chodzi o tych, którzy dopiero zaczynają uprawiać łucznictwo konne to bardzo szybko osiąga się dobre efekty jeśli one już wcześniej jeździły i konno. Powiedziałbym nawet, że jeździectwo, zwłaszcza na początku, jest ważniejsze. To dość oczywiste, bo jeżeli nawet ta osoba bardzo dobrze strzela z łuku, a nigdy nie jeździła na koniu, to gdy

Pani ALicja Grubich-Łysakowska, nauczycielka.

usiądzie na nim nagle to brak stabilności i szybkość wywoła panikę. I ta wystraszona osoba zacznie się zachowywać jakby pierwszy raz trzymała w ręku łuk. Zapomni nagle, że umie strzelać, bo skupi się na ro=atowaniu życia. Więc jeżeli ktoś bardzo dobrze jeździ to może myśleć o strzelaniu. Bardzo lubię pracować z osobami, które jeżdżą i nie boją się konia, nie boją się ruchu, koń im nie przeszkadza. Wtedy można się szybko nauczyć strzelać i bardzo szybko też widać progres, a to tylko jeszcze bardziej motywuje do dalszych treningów i nauki. tekst: Olga Perczyńska Uczniowie klas 7, w ramach zajęc edukacji medialnej spotkali się z Norbertem Kopczyńskim w zaprzyjaźnionej stadninie, na wywiad oraz warsztaty z łucznictwa konnego. Uczniowie w ramach treningu/rozgrzewki najpierw strzelali do tarczy jadąc na hoverboardach, a dopiero później na koniach. Zajęcia trwały cały dzień, ale młodzież wracała z rumianymi policzkami i rozentuzjazmowana zdobyciem nowych umiejętności. Duża grupa uczniów od dawna trenuje jazdę konną, a teraz doszło do tego również strzelanie z łuku. Które to nie okazało się wcale takie proste... Skąd się bierze sól? Wizyta w „strefie wolnego lizania” Remont zakończony



Jeszcze w październiku 2017 roku uczniowie klas 5a i 5d byli na wycieczce w Kłodawie i zwiedzili Kopalnię Soli. Njpierw zjechali windą 600 metrów pod ziemię z prędkością 6 m/s. Następnie słuchali oprowieści o tajemniczych tunelach. Zwiedzili też komnatę Drakuli, przyjrzeli się z bliska ładunkom wybuchowym, wózkom pełnym soli, Kaplicy św. Kingi, a w niej tablicy ku pamięci zmarłych górników oraz wykonanali z soli figurkę patronki. Obejrzeli również w komorze solnej scenę, na której pobito rekord Guinesa w koncercie zagranym najniżej pod ziemią. Najbardziej podobał im się korytarz zwany „strefą wolnego lizania”. Mogli tam polizać ściany i przekonać się, że naprawdę są z soli. Na koniec wizyty w kopalni każdy mógł wybrać sobie bryłkę odłamków solnych, by wziąć ją na pamiątkę z wycieczki, która dostarczyła mnóstwo niezapomnianych wrażeń. tekst: Daria Makowska Sala 301 zmieniła się nie do poznania. Obecnie jest to sala do edukacji medialnej. Ściany zostały pomalowane na kolor turkusowy oraz fuksji. W jednym z narożników przyklejono na ściany „wygłuszenie”, aby podczas wywiadów z gośćmi zniwelować pogłos. Sala zyskała nową szafkę kuchenną, baterię, a półki i regał pomalowano na biało. Do sali trafiły również krzesła z pulpitami oraz tablica interaktywna. Salę w całości przygotowali: Jakub Barczyński, Jędrek Kaczmarek, Klaudia Kasprowicz, Daria Wruck, Martyna Borkowska. W pracach remontowych nie do zastąpienia okazała się pani Edyta Szulc, nauczycielka języka angielskiego, która na ochotnika pomagała w tej metamorfozie. Wszystkim serdecznie dziękujemy za pomoc. Z wizytą u rodaków na Litwie
Nasi uczniowie gościli w Gimnazjum im. Ferdynanda Ruszczyca w Rudominie, koło Wilna.
Projekt edukacyjny o ziołolecznictwie - wprowadzenie p. Kamila Niciejewska Dyskusje panelowe, dotyczące dalszej współpracy w tym połączonych chórów Zwiedzanie cmentarzy wileńskich - w tym grobu matki Piłsudskiego i jego serca Katedry i kościoły wileńskie z niesamowitym klimatem

Uczniowie zwiedzali Wilno i okolice, tworzyli projekt o ziołolecznictwie, nawiązywali nowe przyjaźnie, a dyrekcja podpisała umowę o dalszej współpracy, która już tam podczas wizyty od razu nabrała tempa. Na Litwę wybrało się 17 uczniów, dwóch nauczycieli i dyrektor Szkoły Podstawowej im. Jana Pawła II w Łochowie. Polskie Gimnazjum im. Ferdynanda Ruszczyca w Rudominie bardzo przypomina polską placówkę, obie szkoły leżą też mniej więcej w tej samej odległości od miasta – Łochowo od Bydgoszczy, a Rudomino od Wilna. Gościnność Niezrównana gościnność



uczniów i nauczycieli wielokrotnie onieśmielała, a oprowadzanie pod okiem pani Ilony, nauczycielki litewskiej szkoły i dyplomowanego przewodnika turystycznego w jednej osobie wywoływało u dzieci burzę oklasków i komplementów. Dzieci z Łochowa trafiły do rodzin – takie było założenie tegorocznego wyjazdu. Wielu z rodziców uczniów uczestniczących w tej wymianie z tego powodu wzięło urlopy z pracy, aby wieczorami pokazać swoim gościom jeszcze więcej. Rewizyta planowana jest na przyszły rok. Ale wcześniej nauczyciele organizują już wspólny wyjazd na Białoruś. Dyrekcje obu szkół z Żanetą Jankowską i Mirosławem Donarskim na czele podpisały umowę o dalszej współpracy, która już w Rudominie zaczęła nabierać realnych kształtów. Nauczyciele realizują razem projekt edukacyjny o ziołolecznictwie, a chóry multimedialne eprzedsięwzięcie (wspólny internetowy występ). Dzieci zwiedziły chyba wszystko, co można było zobaczyć w Wilnie i okolicach. Były, m.in., na cmentarzu na Rossie, na Placu Katedralnym, w zespole kościołów św. Anny i Bernardynów, Galerii Bursztynu, w Wieży Telewizyjnej, w kościele św. Apostołów Piotra i Pawła i oczywiście na ulicy Ostrobramskiej z



cudownym obrazem Matki Boskiej Miłosierdzia. Na zaproszenie Pana Andrzeja Żabiełowicza, starosty gminy Mariampol gościły również w tamtejszym Wielofunkcyjnym Ośrodku Kultury, gdzie zobaczyły i włączone zostały do zabawy z dziećmi, które z okazji ich wizyty przygotowały program artystyczny. Pani Kamila Niciejewska ze szkoły Podstawowej im. Jana Pawła II w Łochowie przygotowała prelekcję na temat ziół, aby wprowadzić obie szkoły do wspólnego projektu edukacyjnego, a nauczyciele z Gimnazjum im. Ferdynanda Ruszczyca z Rudomina zorganizowali spotkanie z zielarką i pokaz przygotowywania kremów w Ośrodku Kultury w Ciechanowiczkach. Dodatkową atrakcją były warsztaty tworzenia palm. Ponadto uczniowie z Łochowa zwiedzili również dwór na Borejkowszczyźnie, przystani Ludwika Władysława Kondratowicza, czyli Władysława Syrokomli, słynnego litewskiego poety, zwanego „wiejskim lirnikiem”. Wyjazd okazał się strzałem w dziesiątkę, ponieważ nic tak nie poszerza horyzontów, jak zwiedzanie innych krajów, szczególnie tak nam bliskich historycznie, jak Litwa i inne państwa ościenne. Uczniowie poza wiedzą i nawiązywaniem nowych przyjaźni uczą się też samodzielności i dojrzałości, a to jest dodatkowa korzyść niewymierna takich wymian. Nauczyciele mają głowy pełne pomysłów, jak taką współpracę można rozwijać. Zaraz po powrocie wzięli się ostro do pracy. A dyrekcja już planuje kolejne spotkanie... Dziękujemy! Dziękujemy wszystkim, którzy przyczynili się do naszego wspaniałego pobytu na Wileńszczyźnie, a nade wszystko Pani Żanecie Jankowskiej, dyrektorowi Gimnazjum im. Ferdynanda Ruszczyca w Rudominie, Panu Andrzejowi Żabiełowiczowi, staroście gminy Mariampol, rodzicom goszczącym naszych uczniów, wicedyrektorom gimnazjum w Rudominie, zwłaszcza Pani Mirosławie Klim, Pani Jolancie Antoncewej, dyrektorowi polskiej szkoły w Rakańcach. Szczególne podziękowania kierujemy do nauczycielek Gimnazjum im. Ferdynanda Ruszczyca w Rudominie - Pani Ilony Herman i Pani Ireny Proczuchanowej niezłomnych w podtrzymywaniu i rozwijaniu przyjaźni polsko polskiej od wielu lat. W wymianie uczniów oraz dyskusjach panelowych uczniestniczyli panie Kamila Nieciejewska oraz Sabina Waszczuk a także Mirosław Donarski, dyrektor Szkoły Podstawowej im. Jana Pawła II w Łochowie. tekst: SW Intensywny pierwszy dzień
Po długiej i wyczerpującej podróży dojechaliśmy do Rudomina. Nasze podekscytowanie rosło z każdym kilometrem zbliżającym nas do szkoły na Litwie.


Jedyne, o czym myślałem to: „Ciekawe, jaka będzie ta „moja” rodzina?”. Po odczytaniu, kto zabiera nas do domu i kilku słowach o planach na jutro, ruszyliśmy w drogę. Wchodząc do szkoły w środę rano, nie wiedziałem o niej zbyt dużo. Najwięcej o nauczaniu na Litwie dowiedziałem się już na pierwszej lekcji… angielskiego. Wiecie, że tutaj skala ocen to aż od 1 do 10! Następna była geografia, a ostatnia biologia, na której do nauki wykorzystywaliśmy tablety. Po lekcjach poszliśmy na herbatkę i słodycze oraz na czebureki (taki jakby pieróg, ale z klopsem). Następnie zwiedzaliśmy szkolne muzeum, gdzie najbardziej skupiłem się na klawiaturze komputera z lat 90’. Potem poszliśmy do auli wysłuchać wykładu o Józefie Piłsudskim, a zaraz po nim obejrzeć przedstawienie z okazji Dnia Niepodległości. Różnica akcentów nadawała patriotycznym piosenkom autentyczności i niespotykanego wręcz prawdziwie słowiańskiego charakteru. Na koniec pani Niciejewska opowiedziała nam o ziołach, ich działaniu i sposobach preparacji. Jutro zapowiada się jeszcze ciekawiej… Odnalazłem się w Wilnie



Kolejny dzień, kolejne przygody. Jak zawsze wstałem i wypiłem swoją herbatkę o smaku budyniu. Dzisiaj z samego rana ruszyliśmy do Wilna. Pierwszym przystankiem był cmentarz „Rosa”. Dowiedziałem się, że obok matki marszałka Piłsudskiego spoczywa tam jego serce. Zaciekawiła mnie sama budowa cmentarza. W Polsce przyzwyczajeni jesteśmy do płaskiego terenu, gdzie każdy grób ustawiony jest w równym rządku. Ten cmentarz znajdował się na pagórkach. Tam wręcz dosłownie wdycha się historię i przenosi w czasie o sto lat wstecz. Następnie ruszyliśmy do Kościoła św. Piotra i Pawła na Antokolu. Dużą uwagę zwracała na siebie dokładność wykonania każdego filara, posągu bądź płaskorzeźby. Kolejnym miejscem był cmentarz wojskowy. Nie liczyła się tu narodowość albo strona konfliktu lecz poświęcenie. Gdy doszliśmy do części gdzie pochowani byli obrońcy wierzy telewizyjnej i usłyszałem historię z 1991 zaskoczyło mnie, że ludzie, którzy mogli uratować życie, poświęcili się dla narodu po to, żeby ten znał prawdę. Następnym punktem docelowym była Góra Trzech Krzyży, z której jedyne, co pamiętam to to, że ze względu na lęk wysokości moje nogi odmawiały posłuszeństwa. Kolejnym miejscem zwiedzania była Bazylika archikatedralna św. Stanisława Biskupa i św. Władysława. W przeciwieństwie do poprzedniego kościoła zdobienia tej katedry były proste, ale ponownie wyróżniała się precyzja wykonania każdego detalu. Niestety byłem tak zajęty robieniem zdjęć, że gdy zobaczyłem, że grupa gdzieś wchodzi myślałem, że to kolejne pomieszczenie… tymczasem okazało się, że było to wyjście. Lekko zagubiony myślałem, co zrobić, gdy nagle spłynęła na mnie łaska... Mój telefon zaczął się trząść, a gdy go wyjąłem, na wyświetlaczu zobaczyłem „Pani Sabina”. Nadeszła pomoc. Następnym kierunkiem podróży był Mariampol. Odwiedziliśmy tamtejsze gimnazjum. Zaprezentowali oni nam tańce rosyjskie i pieśni. Zorganizowali również naukę tańca. Po jakże ciekawym pokazie zostaliśmy na poczęstunku. Ziołowa maseczka jest dobra na wszystko
Kto by pomysłał, że chłopców tak wciągnie wykład o ziołach. Nie mniejszym zainteresowaniem cieszyły się Panie, które zawodowo zajmują sie wyplataniem palemek. Mają na swoim koncie już rekord Guinnesa!


Dzisiejszy dzień był dość spokojny. Pierwszym miejscem gdzie się udaliśmy był Dom Kultury, w którym udzielono nam wykładu o zielarstwie. Pani opisywała każde zioło, a w międzyczasie dodawała je do garnka zalanego wodą. Mieliśmy także okazję sami dodać takowe zioła. Wykład ten był niezwykle zajmujący i ciekawy dla większości osób ponieważ pani opowiadała w bardzo interesujący i miły dla ucha sposób. Miała ponadto imponująca wiedzę z tego zakresu. Po tym wykładzie było spotkanie z paniami, które zawodowo układają palemki. Opowiadały one swoje historie z nimi związane. Jedna z nich pobiła rekord Guinnesa na najwyższą palemkę. Następnie tradycyjnie wróciliśmy na obiad do szkoły, a naszym kolejnym kierunkiem była Borejkowszczyzna. Odwiedziliśmy tamtejsze muzeum Władysława Syrokomli, polskiego poety. Był on poliglotą i umiał mówić aż w 6 językach! Pisał on dużo przewodników. Następnie, ale jeszcze w tym samym miejscu, mieliśmy zajęcia z wylewania świec. Spodziewałem się zalewania odlewów woskiem i czekania na ich ostygnięcie, a zastałem maczanie sznurka na kijku w parafinie. Trochę mnie to zaskoczyło, ale jak się potem okazało pozytywnie, gdyż było to relaksujące. Przydałaby się taka jedna godzina dziennie w szkole na właśnie to zajęcie… podsumowując. Ten dzień był bardzo spokojny jednakże i tak było to coś zupełnie dla mnie nowego. ... i żyli długo, lecz zobaczymy, czy szczęśliwie
To już ostatni dzień… i było tu na tyle fajnie, że nie chcę go opuszczać. Na szczęście dalej będę mógł utrzymywać kontakt z rodziną, u której mieszkałem, a wspomnień związanych z tą wymianą raczej nie zapomnę.


Pojechaliśmy busem na Stare Miasto. Wysiedliśmy obok cerkwi Świętej trójcy. Budynek w środku był strasznie wyniszczony. Zaraz obok stała cela Konrada z powieści Adama Mickiewicza. Kolejnym miejscem była kaplica Matki Ostrobramskiej. Ludzie mają wielki szacunek do tego miejsca. W środku panuje niemal idealna cisza. Następnie trafiliśmy do prawosławnej cerkwi, zaraz obok, gdzie spoczywały ciała 3 mędrców. Dość dziwne było uczucie, gdy zobaczyłem ich połamane kończyny… Wileński uniwersytet z kolei był podzielony na dwory nazwane imionami najlepszych absolwentów (między innymi Adama Mickiewicza). Zwiedziliśmy także tamtejszy kościół i ruszyliśmy dalej. Po drodze stanęliśmy pod pałacem prezydenckim. Na początku nawet nie ogarnąłem, że to jest właśnie to, gdyż nie był niczym otoczony i był w stosunkowo niepozornym miejscu. Kolejnym miejscem był strasznie stary kościół św. Anny, a zaraz obok kościół św. Franciszka i św. Bernarda. Przed opuszczeniem Starego Miasta odwiedziliśmy muzeum bursztynu i Adama Mickiewicza. W tym ostatnim cała wycieczka zakończyła się miłym akcentem, gdy pan przewodnik (Litwin) sam stwierdził że Adam Mickiewicz jest polskim poetą. Na sam koniec pojechaliśmy do wieży telewizyjnej, do której oczywiście nie wjechałem, gdyż dostałbym zapewne nagłego ataku paniki przy jakiejkolwiek próbie podejścia do szyby. Po całym dniu skoczyliśmy na zakupy i wróciliśmy do rodzin. Gdy się pakowałem wieczorem miałem smutne uczucie, że opuszczam to miejsce i zapewne tu nie wrócę. Przyznam, nie poznałem za dużo osób, poz atymi, które nas gościły, ale mimo to będzie mi czegoś brakować... „Wszystkie łąki i pastwiska, wszystkie góry i pagórki są aptekami” Paracelsus
Pani Kamila Niciejewska, nauczyciel historii i geografii w naszej szkole postanowiła poszukać ziół na Litwie. W swój świat wciągnęła uczniów klas 6 i 7 szkoły podstawowej, a dyrektor zrganizował wymianę.


Motto Paracelsusa, lekarza i przyrodnika żyjącego na przełomie XV i XVI w., stało się myślą przewodnią projektu edukacyjnego, podjętego przez naszą szkołę wspólnie z zaprzyjaźnioną polską szkołą na Litwie. Celem naszych wspólnych działań będzie zgłębianie wiedzy na temat ziół i ich zastosowania, tak szeroko obecnie omawianego podczas wymiany. Nas jednak będą interesowały przepisy babć, takie z zapomnianej praktyki domowej. Każda ze szkół dokona również opisu wybranych ziół oraz zrobi zielnik. W dobie tak szeroko rozpowszechnionych leków chemicznych, chcielibyśmy pokazać jak ogromną wartość posiadają zioła. Wyprawa po nie na łąkę jest ciekawsza niż wyprawa do apteki, a jednak zioła mają takie samo działanie i nie pozostawiają skutków ubocznych. Relaks w czasie ich zbierania jest nie do przecenienia. Ponadto wyprawy po zioła mają podkreślić wartość środowiska naturalnego i potrzebę jego ochrony. Ciekawą formą współpracy jest wymiana młodzieży. Nasi uczniowie mieli przyjemność gościć na Litwie w październiku tego roku. Przyjaciele z Litwy przyjadą do nas najprawdopodobniej w listopadzie za rok. Koordynatorami projektu w Polsce jest Kamilla Niciejewska, a na Litwie zaś Ilona Herman. tekst: Kamila Niciejewska Pomysł wymiany uczniów z polską szkoła na Litwie, zapoczątkowała nauczycielka geografii, która postanowiła współnie przeprowadzić z uczniami projekt edukacyjny. Początkowo miał on się odbywać via Internet, ale dyrektor szkoły, Mirosław Donarski zoranizował wyjazd całej grupie uczniów, co okazało się strzałem w 10. Rajd samorządowca
Z przewodniczącym Rady Gminy Białe Błota, Sławomirem Grzywaczem o 11 Rajdzie Złomboli do Hiszpanii, Żukach i Tarpanach i akcji charytatywnej rozmawia Filip Szymański.


Co przewodniczący Rady Gminy Białe Błota robił na rajdzie Złomboli? W tym przypadku raczej już nie „przewodniczący”, a tylko, choć może i aż… miłośnik starej techniki. Co robiłem? Pomagałem dzieciom, bo może nie wszyscy wiedzą, co to jest Złombol i po co on w ogóle jest. A jest nie tylko po to, aby jeździć do ciekawych miejsc w Europie. Pierwszym celem, takim nadrzędnym i zarazem zaszczytnym, tej akcji jest zbieranie pieniędzy na domy dziecka ze Śląska. Wszystkie Złombole wyjeżdżają z Katowic. Każda ekipa, która zgłosi się do rajdu, nieważne, czy będzie to 1-osobowa, 4-osobowa, czy 10-osobowa grupa, i tak wszystko zależy od tego, jaki kto ma pojazd. Każda ekipa przy zgłoszeniu musi wpłacić 1500 złotych na wybrany dom dziecka. I nie od siebie, tylko od sponsorów. To znaczy, przed startem należy znaleźć sponsorów, którzy chcą zamieścić logo firmy na pojeździe, który pojedzie w rajdzie. To jest przepustka do Złombola. Taki pierwszy ruch. Drugim jest przygotowanie pojazdu, zebranie ekipy, która pojedzie samochodem i dotarcie

Rano chcą go odpalić, a tu pompa nie działa. Wyjechaliśmy przez to o 12.00, bo trzeba było im pompę wymienić. Dojechali do Bilbao w Hiszpanii i skrzynia biegów im strzeliła, na 4 biegu dojechali do Noyi, a tam przyleciała samolotem żona kolegi z nową pompą, bo tamta znowu ciekła. A gość, który wiózł z Polski do Hiszpanii towar zabrał skrzynie biegów za darmo i powiedział, że jak dla Złombolowców, to on pieniędzy nie chce.

pojazdem do Katowic. Później z Katowic… Wracając do sponsorów na chwilę. Jak się ich pozyskuje dzisiaj, gdy chyba szczególnie o nich trudno? Każdy może być sponsorem. I osoba prywatna i firma. W moim przypadku na przykład, było tak, że ja wystawiłem pieniądze jako Skansen Łochowice, który w tej chwili mamy zarejestrowany jako stowarzyszenie. Przeważnie jednak są to firmy, które znane są tym, którzy wyjeżdżają. Logo takiej firmy nie jest zrywane zaraz po Złombolu. W przyszłym roku mamy kolejne spotkanie pojazdów zabytkowych, które zawsze zaczynało się w waszej szkole, a później przejeżdżało do Łochowic, gdzie odbywała się jej druga część. Będę się starał sprowadzić taki pojazd, żeby pokazać, jak jest oklejony, kto nim jechał, zapoznać się z uczestnikami. W jaki sposób przygotowywał się Pan do rajdu? Pojechałem kiedyś do kolegów, a oni mówią: „Jacek, trzeba jechać na Złombol”. Ja na to: ‘’Dobrze, ale co mam ze sobą zabrać?” - „Zabierz śpiwór, materac, coś do ubrania i coś do jedzenia”. Pojechaliśmy w czwórkę; dwóch panów z Budzynia, jeden zpod Margolina i ja. Do nas na trasie dołączyły jeszcze dwa Żuki. My jechaliśmy Tarpanem Honkerem. Na ponad 500 pojazdów dwa to były Tarpany. Reszta to Żuki, Polonezy i inne. Na samo paliwo wydaliśmy około 5000 złotych. Na samo paliwo? Do pokonania mieliśmy 6000 kilometrów, on palił około 14 litrów ropy, no bo jechał nie 50 km/h, a 120km/h, przy takim silniku i przy takiej masie to musi pić. Za same bramki wyszło około 2000 tysiące złotych, bo jechaliśmy autostradami.

Tym razem rajd zawitał do Hiszpanii

I to już z własnej kieszeni. Tak i jak wiadomo, w trakcie podróży, szczególnie takim autem, zawsze może się coś niespodziewanego wydarzyć. Plan był taki, że jedziemy dzień i noc i zmieniamy kierowców. Później wyszło tak, że jechał jeden, bo nie chciał nikomu kierownicy oddać. Jechaliśmy od rana do wieczora i szliśmy spać do hotelu i znowu na drugi dzień jechaliśmy dalej. Przez to podróż się nam wydłużyła, bo było więcej hoteli i spania. Trasa wiodła przez Niemcy, Francję i do Hiszpanii, do miejscowości Moya. No, ale jak byliśmy tak blisko Lazurowego Wybrzeża to pojechaliśmy jeszcze przez Monako, koniecznie Saint Tropez, gdzie mieszkał sławny w Polsce żandarm - Luis De Funes. Mieliście jakiegoś przewodnika, czy samemu trzeba było znaleźć trasę? Nie, nie! Już przy rejestracji wiesz, że masz dojechać do Noyi w Hiszpanii i możesz jechać nawet przez Finlandię, jak chcesz, abyś tylko dojechał. Najważniejsze było jedno - wyjeżdżamy dzisiaj i za 6 dni jesteśmy na miejscu, bo wieczorem jest spotkanie. Plus tego wszystkiego jest taki, że na Złombol zmierza masa osób. Jak się komuś coś zepsuje, każdy ma radio. Pomagaliśmy na przykład kolegom z Żuka, którzy przyjechali z nami do hotelu. Rano chcą go odpalić, a tu pompa nie działa. Wyjechaliśmy przez to dopiero o 12.00, bo trzeba



było im pompę wymienić. Później dojechali do Bilbao w Hiszpanii i skrzynia biegów im strzeliła, na 4 biegu dojechali do Noyi, a tam przyleciała żona kolegi z nową pompą, bo tamta znowu ciekła. A gość, który wiózł z Polski do Hiszpanii towar zabrał skrzynie biegów za darmo i powiedział, że jak dla Złombolowców, to on pieniędzy nie chce. I tę skrzynie biegów wymienili. Także zawsze są jakieś koszty. Jak ktoś chciał miniwieżę Eiffla kupić, to sobie kupił, a jak ktoś inny chciał sobie byka czy osiołka w Hiszpanii kupić, to jego sprawa. Ilu uczestników bierze w takim rajdzie udział i kim są te osoby na co dzień? Ponad 2000 ludzi wzięło udział w tym rajdzie. To cały przekrój zawodów. Jeżdżą tam ludzie, którzy mają bardzo dużo pieniędzy i jeżdżą tacy, którzy nie mają ich w ogóle. Mam kolegę, który jest z okolic Warszawy i Żukiem przyjechał. Taki Rafał. On musiał zrobić remont tego Żuka, przegląd. No i potem z kolegami jechali razem - namioty, puszki, słoiki zbierali, żeby jak najtaniej tam dojechać. Niektórzy wstawiają gaz do Żuków, żeby taniej było. Podziwiam jednego gościa, który przyjechał starym Żukiem, tak zwanym „Smutkiem”. Ten „Smutek” miał jako jedyny skrzynię 3-biegową, wszyscy powymieniali skrzynie na 4-biegowe, a on przyjechał w oryginale. Także byłem w szoku, jakie tam pojazdy poprzyjeżdżały i że one dojechały. Podziwiam wszystkich, podziwiam tych, którzy mają kasę i wydają po kilka, kilkadziesiąt tysięcy na ten wyjazd, skoro mogliby poświęcić te pieniądze na wakacje pod palmami, jakimś samochodem, który dowiózłby ich w kilka godzin, a oni się tłuką tym Żukiem czy Tarpanem. A jednak jadą, bo dla nich to jest frajda, żeby pomóc i żeby się przejechać, zobaczyć się z innymi. Punkty docelowe Złombola są bardzo często odległe. Z założenia to musi być przynajmniej 2000 kilometrów. Kiedyś celem była Tunezja. Dlaczego akurat to miejsce? W ogóle ten, to był już 11 Złombol i nigdy wcześniej nie był tak duży jak w tym roku. To było istne apogeum, jeżeli chodzi o startujących. Nie zmieścili się na parkingu na starcie, stali na bocznych drogach. Była już Finlandia, Włochy, Cypr, Hiszpania. W przyszłym roku prawdopodobnie Bałkany, Rumunia. Organizatorzy, założyli sobie, że raz północ, raz południe. Trasy są dwie – krótsza, prostsza, oraz dłuższa, trudniejsza. Pokazują, którędy można bezpiecznie przejechać, gdzie można się po drodze zatrzymać, ale nikt nie jest zmuszony z tego korzystać. My mieliśmy trasę trudniejszą, 2700 kilometrów. Trasa krótsza miała 2200 kilometrów. 500 kilometrów różnicy, a my ją jeszcze wydłużyliśmy o 500 kilometrów, bo pojechaliśmy jeszcze dalej. Mimo to zdążyliśmy na czas, nie jadąc w nocy. Niektórzy jechali dzień i noc i ledwo zdążyli… Gdyby ponownie dostał Pan zaproszenie od kolegów, pojechałby Pan jeszcze raz? Bez chwili wahania. tekst: Filip Szymański Pytania o Polskę, czyli muzyczna lekcja historii
Blisko stu młodych wykonawców, mnóstwo rekwizytów z epoki, kroniki filmowe pokazujące PRLowską rzeczywistość i muzyka z lat 70. minionego wieku. A także doskonała zabawa, integrująca społeczność SP im. Jana Pawła II w Łochowie. Taki efekt dał spektakl multimedialny przygotowany przez uczniów i nauczycieli.
Uczniowie szkoły w Łochowie, siłami wszystkich klas siódmych oraz klasy VId, porwali się na rzecz niezwykłą – stworzyli musical pod tytułem „Warto być przyzwoitym” – te słowa prof. Władysława Bartoszewskiego stanowią motto tego przedsięwzięcia, a cytaty z jego wypowiedzi tworzą element scenografii. PRL-owska rzeczywistość Na całość tego blisko 1,5-godzinnego widowiska składa się 20 scenek. W klimat wprowadza już pierwsza – „Psalm stojących w kolejce” – utwór Krystyny Prońko, w wykonaniu uczennicy Magdy Majchrowicz, na której pytania odpowiada już w holu szkoły stu uczniów, co stanowi swego rodzaju wstęp do spektaklu. Scenki teatralne – nawiązujące do historycznych wydarzeń, jak choćby niema inscenizacja obrad okrągłego stołu, podpisanie porozumień sierpniowych, Lech Wałęsa niesiony na ramionach stoczniowców, czy komediowe pokazanie PRL-owskiej rzeczywistości w filmie „Rozmowy kontrolowane”, przeplatają się ze scenkami z odniesieniami do już jak najbardziej współczesnych czasów – cyberprzemocy, szaleństwa wyprzedaży, dzisiejszych oczekiwań młodzieży („Tato, kup mi iPhona”?). Obrazy przemawiają, jak choćby wyrecytowany tekst piosenki Sztywnego Pala Azji „Nie gniewaj się na mnie Polsko”. – Nie będę palił i pił i będę już chodził do szkoły… Wybacz mi Polsko. Polska (uczennica Weronika Kowalska) niczym anioł, zamiast skrzydeł ma wyciętą mapę Polski ozdobioną białymi piórkami, wysłuchuje obietnic młodego człowieka (Michał Wachowski).

Uczniowie szkoły w Łochowie, siłami wszystkich klas siódmych oraz klasy VId, porwali się na rzecz niezwykłą – stworzyli musical pod tytułem „Warto być przyzwoitym” – te słowa prof. Władysława Bartoszewskiego stanowią motto tego przedsięwzięcia, a cytaty z jego wypowiedzi tworzą element scenografii. PRLowska rzeczywistość Na całość tego blisko 1,5-godzinnego widowiska składa się 20 scenek. W klimat wprowadza już pierwsza – „Psalm stojących w kolejce” – utwór Krystyny Prońko, w wykonaniu uczennicy Magdy Majchrowicz, na której pytania odpowiada już w holu szkoły stu uczniów, co stanowi swego rodzaju wstęp do spektaklu. Scenki teatralne – nawiązujące do historycznych wydarzeń, jak choćby niema inscenizacja obrad okrągłego stołu, podpisanie porozumień sierpniowych, Lech Wałęsa niesiony na ramionach stoczniowców, czy komediowe pokazanie PRLowskiej rzeczywistości w filmie „Rozmowy kontrolowane”, przeplatają się ze scenkami z odniesieniami do już jak najbardziej współczesnych czasów – cyberprzemocy, szaleństwa wyprzedaży, dzisiejszych oczekiwań młodzieży („Tato, kup mi iPhona”?). Obrazy przemawiają, jak choćby wyrecytowany tekst piosenki Sztywnego Pala Azji „Nie gniewaj się na mnie Polsko”. – Nie będę palił i pił i będę już chodził do szkoły… Wybacz mi Polsko. Polska (uczennica Weronika Kowalska) niczym anioł, zamiast skrzydeł ma wyciętą mapę Polski ozdobioną białymi piórkami, wysłuchuje obietnic młodego człowieka (Michał Wachowski). I muzyka! W wykonaniu uczniów i absolwentów łochowskiej szkoły słyszymy „Balladę o Janku Wiśniewskim” (Zuzanna Kot), „Kocham wolność” Chłopców z placu Broni – po polsku i ukraińsku (Zuzanna Kot i Viktoria Prystay), kultową „Autobiografię” Perfectu (Filip Dzięgiel, akompaniament – Kuba Rychlewski), „Jeszcze w zielone gramy” (Lidia Lijewska z własnym akompaniamentem), „Tolerancję” Stanisława Soyki (chór z zaprzyjaźnionej z



łochowską szkołą polskiej placówki na Litwie, utwór specjalnie nagrany na potrzeby musicalu), czy „Wind of Change” zespołu Scorpions (Maciej Ożóg wraz z tancerkami). Słynny utwór legendarnej grupy Pink Floyd „Another Brick in The Wall, który wykonują wszyscy uczestnicy widowiska, stał się ilustracją do kluczowej sceny spektaklu – budowania wspólnie przez widzów muru, burzonego z kolei przy innym kultowym utworze Jacka Kaczmarskiego „Mury”, wykonywanego przez Macieja Ożóga i Oliwię Oleś. To nie wszystko – jesteśmy świadkami pięknego wykonania utworu „Dni, których jeszcze nie znamy” Marka Grechuty, śpiewanego przez całą klasę 6d, a także refrenu piosenki „Tango na głos, orkiestrę i jeszcze jeden głos” Maryli Rodowicz śpiewanego przez Magdę Majchrowicz. Głos mają wykonawcy W przygotowaniu tego musicalu zaangażowanych było aż 95 uczniów i absolwentów szkoły w Łochowie. Czym dla nich był udział w tym niezwykłym przedsięwzięciu? Tym bardziej że okres, do którego nawiązuje widowisko, to dla tych młodych ludzi już raczej „egzotyczne” czasy. – Dla wszystkich to doskonała zabawa, bo rzadko współpracują ze sobą aż cztery klasy – mogliśmy się dzięki temu też lepiej poznać. To także wielka lekcja historii o czasach PRL, o których słyszymy od rodziców, czy dziadków w domu – mówią Zuzanna Sobczak i Oliwia Wonsewicz z klasy VId. – Najbardziej utkwił nam w pamięci utwór Pink Floyd „Another Brick in The Wall”, bo śpiewali go wszyscy uczniowie podczas gdy rodzice ustawiali z cegieł (pomalowany na czerwono styropian) mur – dodają. – Dlzięki pracy nad tym spektaklem uświadomiliśmy sobie przede wszystkim, że powinniśmy doceniać to, co mamy obecnie – mówią Magda Majchrowicz i Zosia Stasiewicz z VIIc. Czy były jakieś problemy z przygotowaniem piosenek? – To rzeczywiście nie nasze klimaty, chociaż wiele z tych piosenek jest nam znanych – przyznaje Lidia. – To zależy, jak się na to spojrzy. Jeżeli zaczniemy interpretować tekst, rozbierać tę piosenkę na czynniki pierwsze, to wtedy pojawiają się problemy. I to faktycznie stanowiło chyba największą przeszkodę, jeżeli chodzi o przygotowanie widowiska. Ale efekt końcowy jest kapitalny. Zróbmy musical o PRL Musical „Warto być przyzwoitym” powstawał pod okiem trzech nauczycielek Szkoły Podstawowej w Łochowie: polonistki Kamili TkaczykStruk, nauczycielki nauczania indywidualnego i opiekunki koła teatralnego Alicji GrubichŁysakowskiej oraz pomysłodawczyni całego przedsięwzięcia, nauczycielki języka angielskiego, realizującej w łochowskiej szkole również program edukacji medialnej Sabiny Waszczuk. – Chciałyśmy pokazać dzieciom, jak było w PRLu, bo dla nich poza zasięgiem świadomości są takie rzeczy jak dwa programy TV, czy brak telefonów komórkowych – mówi Kamila TkaczykStruk. Najpierw zrodziła się ogólna koncepcja spektaklu, rozpisana następnie w scenariuszu na poszczególne sceny, tak, aby składały się one, jak puzzle. – To określenie zakresu obowiązków między nami również było ciekawym doświadczeniem zawodowym – mówi Alicja Grubich-Łysakowska. Czasami pomysły rodziły się w trakcie przygotowań, często podsuwały je same dzieci podczas indywidualnych prób. – Zderzenie czasów obecnych z czasami naszego dzieciństwa, młodości ich rodziców czy dziadków dla dzieci dzisiaj jest bardzo trudnym tematem. Dlatego ważne było, aby same dochodziły do wniosków, potrafiły sobie odpowiedzieć na pytania. To trudne, ale też niesamowita radość, gdy dzieci zrozumiały już

Musical to równiez scenki teatralne a nawet nieme... a także multimedia co same sądzą na dany temat. Na podstawie tego, co się właśnie w naszej auli wydarzyło, same muszą wyrobić sobie zdanie zarówno o swojej przeszłości, jak i przyszłości. Te kilka literek w słowie Polska, to nie są literki, to jest coś więcej. I każdy z nich musi sobie odpowiedzieć, czym dla niego ona jest – mówi dyrektor Mirosław Donarski. tekst: MT

przesłanie tego musicalu – podkreśla Alicja Grubich-Łysakowska. – Powodów, dla których postanowiłam zrealizować ten spektakl było wiele – mówi Sabina Waszczuk, reżyser spektaklu. – Po pierwsze, podejście dzieci dzisiaj do nowoczesnych technologii i konieczności posiadania „nowinek technicznych”, wszechogarniający nas hejt, słabnąca relacja emocjonalna z rodzicami, brak zrozumienia dla „inności”, szacunek do nauczycieli, osób starszych, szeroko pojęte wyalienowanie. I jakoś zestawienie tego z czasami, gdy w sklepach nic nie było, za to były „trzepaki”, woda z saturatora na Gdańskiej, basen Astorii wypełniony po brzegi całymi rodzinami pasowały mi do tego idealnie. I ta walka o Polskę, szacunek do kraju, w którym przyszło nam żyć. I, aby było uczniom łatwiej to zrozumieć połączyłam to z multimediami, pokazując, że można z nich korzystać mądrze. W spektaklu pojawiły się tablety, fotoalbum, materiał z drona, a nawet film, z którego aktorzy wychodzą (dosłownie!!!) z ekranu do widzów w auli. Jak podkreśla dyrektor Mirosław Donarski, w szkole w Łochowie atmosfera twórczej pracy panuje na co dzień. Dowodem, nie pierwszym i z pewnością nie ostatnim jest ten niezwykły spektakl, który mógłby być zaprezentowany na zawodowej, profesjonalnej scenie. – Dbamy o kształtowanie postaw patriotycznych. To jest dbałość o kultywowanie świąt narodowych, ważnych wydarzeń naszej historii. Mam wspaniałych nauczycieli, którym do głowy przychodzą różne pomysły. A zatem, kreatywność nauczycieli, warunki, które stwarza szkoła, otwartość, wrażliwość uczniów, wsparcie rodziców składają się na to, że mamy takie sukcesy. Również jako nauczyciel mam cel, aby dzieci nie mówiły nam tego, co chcemy usłyszeć, tylko to,