Тэставае паведамленьне - трэба паставіць flash player
Reportaże / Felietony / Relacje z życia szkoły / Recenzje / Rozrywka / Wywiady / Antrakt.TV
Wolne licencje Kiedy zaczyna się weekend? Szkoła na legalu Dzieciaki z ośrodka Jednośladem przez życie Antrakt.TV Stopka redakcyjna
Młodzieżowy Organ Prasowy ZSO nr 2, ul. Partyzantów 25, 44-113 Gliwice
Czym są wolne licencje i kto może ich używać? Krótki poradnik Michała Maciąga. Dlaczego uciekamy z lekcji
i po co wychodzimy poza teren szkoły? Rozmowa z Panem Pawłem Lekszyckim o literaturze, ściągach i prawie autorskim... Relacja z wizyty młodzieży
VI LO w Domu Dziecka. Karolina Apanasewicz rozmawia
z Adamem Trudzińskim i Dawidem Sałamachą o wyścigach kolarskich. Polecane filmiki szkolnej telewizji z ostatniego miesiąca. Paweł Lekszycki - opiekun merytoryczny
Marcin Bąk - redaktor naczelny
Patryk Gawłowski - dziennikarz
Michał Maciąg - dziennikarz
Ewelina Jakubowska - dziennikarz
Aleksandra Cecuga - dziennikarz
Magda Wójcik - dziennikarz
Marysia Dziech - dziennikarz
Magda Kotwas - dziennikarz
Karolina Apanasewicz - dziennikarz
WOLNE LICENCJE
Jeszcze dwa lata temu nie miałem pojęcia, co to takiego, dziś korzystam z nich, kiedy tylko mogę. O istnieniu wolnych licencji dowiedziałem się na warsztatach przeprowadzonych przez redakcję OUTRO na 16. MAM Forum Pismaków.
Wielu uczniów korzysta z Internetu, przeglądając najrozmaitsze witryny, ściągając muzykę, filmy, obrazki, czytając opracowania, streszczenia, referaty itp. Często też wykorzystuje je do innych celów, niekoniecznie pozytywnych. Kopiujemy, przetwarzamy, publikujemy, ale czy robimy to legalnie? Trzeba podkreślić, iż nie ze wszystkimi materiałami możemy tak postępować, prawo chroni autora i powinniśmy to respektować, inaczej możemy w przyszłości ponieść przykre konsekwencje.
Dlatego też powstały wolne licencje - materiały oparte na specjalnej umowie, które możemy użytkować w określony sposób, w dowolnym celu (również komercyjnym) bez konieczności wnoszenia opłat czy też pytania o zgodę właściciela praw autorskich do tych materiałów. Jest to praktycznie taki pośredni system pomiędzy użytkownikiem a autorem, dzięki któremu mamy legalny dostęp do danych materiałów.
Jeżeli spełniamy warunki umowy, wówczas mamy zezwolenie na m.in.:
- dowolne kopiowanie utworu
- dowolną redystrybucję utworu
- dowolne przeróbki utworu. Oczywiście nie wszystkie umowy wyglądają tak samo, czasami autor nie życzy sobie, aby jego dzieło było przerabiane, wtedy jego wola zostaje oznaczona specjalnymi znakami. I tutaj chciałbym wspomnieć o Creative Commons (z których sam najczęściej korzystam). Jest to amerykańska fundacja, która opracowała teksty licencji do publicznego użytku w różnym stopniu znoszące ograniczenia prawnoautorskie. Częstokroć ludzie korzystają z nich nieświadomie, gdyż wszystkie teksty na Wikipedii są oparte na tych licencjach, a jak wiadomo, jest to jedna z największych encyklopedii na świecie. Również gdy wpisujemy jakąś frazę w Google przy wyszukiwaniu zaawansowanym, możemy zaznaczyć różne opcje, a w tym: do darmowego użytku lub modyfikowania, do darmowego użytku i rozpowszechniania itp. Naprawdę warto z tego korzystać, choćby z tego względu, że postępujemy wtedy legalnie.
Ten artykuł to tylko malutki kęs całego chleba wolnych licencji, zapraszam na oficjalną stronę internetową Creative Commons, gdzie można zdobyć ciekawe i przydatne informacje.
http://creativecommons.pl/poznajlicencjee-creativecommons/
Michał Maciąg
OSZCZĘDNOŚĆ CZY KRADZIEŻ?
Jak wszyscy dobrze wiemy, Internet daje nam olbrzymie możliwości, tylko czy wszystko jest legalne ? W obecnych czasach praktycznie nie ma rzeczy, których nie można znaleźć w Internecie, a co za tym idzie: wrzucając coś do sieci, trzeba liczyć się z tym, że ktoś może skorzystać z naszej strony i pobrać sobie plik, pracę czy cokolwiek innego, co umieściliśmy na stronie www. Również korzystanie z cudzych prac czy gotowców podpinane jest pod... kradzież.
Jak mówi polskie prawo, można pobierać pliki z Internetu, ale nie można ich potem ponownie udostępniać. Niektóre strony, jak np. popularne „torrenty”, wykorzystują system pobierania i wysyłania plików jednocześnie, co sprawia, że potencjalny użytkownik przy ściąganiu kolejnych megabajtów również je udostępnia, a to już jest niezgodne z prawem.
Panujący przesąd, że po ściągnięciu pliku z ulubioną muzyką albo filmu po 5 minutach do domu zapuka komendant stołecznej policji z kajdankami, jest śmieszną legendą, ponieważ nawet sami funkcjonariusze przyznają, że nie jest to proceder nielegalny. Jednak ściąganie filmów czy muzyki jest okradaniem twórców i artystów, a to już inna sprawa. Dodam tylko, że z szacunku do ich pracy lepiej skoczyć do sklepu i wydać 30 zł. na płytę, wspierając tym samym ulubionych wykonawców. Problem pobierania plików z Internetu jest czymś, z czym walczą twórcy od wielu ładnych lat, niestety, razem z rozwojem zabezpieczeń rozwijają się umiejętności hakerów i tak koło się zamyka.
Podsumowując: dozwolony użytek prywatny, zawarty w ustawie o Prawie Autorskim, pozwala nam na ściąganie, i tylko ściąganie, multimediów (muzyka, filmy, obrazy). Pobieranie różnego rodzaju programów czy gier jest niedozwolone, tak samo jak udostępnianie JAKIEGOKOLWIEK materiału. Jest to problem, który spędza sen z powiek niejednej grubej rybie, bo przecież z każdym pobranym MB ktoś traci dużo pieniędzy. Ale swoją drogą, czy można uznać, że skoro płacę, to i wymagam?
Patryk Gawłowski
SZKOŁA "NA LEGALU"
Pan Paweł Lekszycki jest, jak sam mówi, przede wszystkim nauczycielem. W swojej pracy w szkole często wykorzystuje multimedia. Zdarza się, że na lekcjach prezentuje nam filmy w obszernych fragmentach, co ma także miejsce podczas maratonów filmowych. O to, czy jest to zgodne z prawem, zapytali go dziennikarze „Antraktu”.
Marcin Bąk: Na co dzień przybliża nam Pan tajemnice języka ojczystego, opowiada nam o literaturze różnych epok. Z drugiej jednak strony jest Pan także pasjonatem fotografii, filmu, opublikował pan cztery zbiory wierszy, organizuje maratony filmowe. Regularnie czyta Pan nasze wypracowania pisemne, które tworzymy w ramach pracy domowej. Jaki wspólny mianownik łączy wszystkie te formy działalności?
Paweł Lekszycki: Chodzi rzecz jasna o prawo autorskie, którego znajomość i przestrzeganie obowiązuje mnie, nauczyciela, i Was – uczniów, kiedy podejmujemy się różnorodnych zadań związanych z rozprzestrzenianiem i promocją wytworów kultury oraz redagowaniem własnych wypracowań pisemnych.
M.B.: Dlaczego jest to pana zdaniem, takie ważne?
P.L.: Teksty, w tym: wiersze, zdjęcia czy filmy to efekt ciężkiej pracy ich autorów i należy je traktować jako własność
intelektualną tych ludzi, którzy je stworzyli. Przypisywanie sobie autorstwa czy posługiwanie się nimi bez odpowiednich adnotacji słusznie uznawane jest za kradzież, która karana jest wedle odpowiednich przepisów prawa autorskiego.
M.B.: Zdarzyło się Panu spotkać w swojej praktyce z wypadkami podobnych kradzieży?
P.L.: Oj, niestety tak. Kilka lat temu uczestniczyłem w konkursie poetyckim, podczas którego jeden z uczestników przeczytał utwór Czesława Miłosza, chcąc w ten sposób zdeklasować pozostałych autorów, biorących udział w turnieju. Przypisując sobie autorstwo wiersza noblisty, popełnił spore przestępstwo. Na szczęście jury rozpoznało utwór i jego prawdziwego autora. Nie pamiętam, jak potoczyła się sprawa nieuczciwego „poety”, ale na pewno taka postawa jest wysoce naganna i zasługuje na potępienie.
M.B.: A w Pana praktyce szkolnej miały miejsce takie wypadki, które wskazywałyby na nieuczciwość ucznia piszącego wypracowanie własne?
P.L.: I tutaj niestety odpowiedź brzmi twierdząco. Powszechny dostęp do Internetu powoduje, że wypracowania domowe często są kopią opracowań, które można przeczytać na stronach www. Zdarzało się, że czytałem kilka prac, które różniły się tylko liczbą błędów ortograficznych i interpunkcyjnych. Jedna fraza wpisana w Google pozwala jednak znaleźć źródło takiego wypracowania oraz jego prawdziwego autora, a także informację o tym, że obowiązuje nas zakaz rozpowszechniania tego tekstu, zwłaszcza pod swoim nazwiskiem. W zasadzie wolno więc jedynie go przeczytać, co niektórym może pomóc w „ogarnięciu” treści utworu literackiego, zrozumieniu jego zagadnień i na to zgadzam się bez zająknięcia. Nie może być jednak tak, że bezmyślnie przepisujemy całe opracowanie i na dodatek przypisujemy sobie jego autorstwo. Jest to wysoce nieuczciwe wobec autora tekstu oryginalnego oraz kolegów i koleżanek, których wypracowania może nie są tak wyczerpujące, ale jednak pisane samodzielnie. Samodzielna praca kształci w nas wrażliwość i umiejętność posługiwania się językiem ojczystym, że nie wspomnę o tym, że pozwala nam lepiej przygotować się do matury z języka polskiego.
M.B.: Pan takie niesamodzielne prace odsyła do ponownego napisania, opatrując je oceną niedostateczną. Nie myślał Pan o tym, żeby skierować sprawę do jakiegoś urzędu, sądu?
SEANS Z POTWOREM
ANTRAKT.TV PREZENTUJE MROŻĄCY KREW W ŻYŁACH HORROR POWSTAŁY PODCZAS NOCNYCH MARATONÓW FILMOWYCH ORGANIZOWANYCH PRZEZ PANIĄ KALINĘ WILCZYŃSKĄ - DYMEK
ORAZ PANA PAWŁA LEKSZYCKIEGO.
P.L.: Często jest tak, że młodzi ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, iż kopiując teksty z Internetu, popełniają przestępstwo. Wprawdzie na początku każdego roku szkolnego poświęcam godzinę lekcyjną, podczas której omawiane są elementy prawa autorskiego, ale nie wszyscy o tym pamiętają. Prawdą też jest, że nieznajomość prawa nie zwalnia z odpowiedzialności, ale po pierwszej jedynce zazwyczaj proceder się nie powtarza. Znajduję później oczywiście myśli zaczerpnięte od kogoś innego, ale w ich przedstawieniu używa się już zdecydowanie większej połaci własnego mózgu.
M.B.: Przejdźmy teraz do innego tematu. Pana wiersz: „Sim city”, znajduje się w dwóch podręcznikach gimnazjalnych różnych wydawnictw. Jak wygląda w tej kwestii sprawa praw autorskich?
P.L.: Dla mnie to duże wyróżnienie, że autorzy podręczników dostrzegli celowość użycia tego wiersza obok utworów Jana Kochanowskiego i tekstu poświęconego Krzysztofowi Kieślowskiemu. Fajnie jest zobaczyć swoje nazwisko w takim zestawieniu, choć daleko mi do obydwu wyśmienitych artystów. Ale wracając do tematu – autorzy podręczników edukacyjnych mają prawo wykorzystać potrzebne im teksty, jeśli służą celom edukacyjnym. Dobrze jest, jeśli poinformują o tym fakcie autora (jeśli
oczywiście żyje). Gdańskie Wydawnictwo Oświatowe zapytało mnie, czy wyrażam zgodę na publikację „Sim city” w ich podręczniku, a następnie przysłało odpowiednią umowę, w której udzieliłem prawa do wykorzystania tego tekstu. To potwierdza, w moim odczuciu, profesjonalizm autorów podręcznika. Mówię o tym wcale nie dlatego, żeby „zrobić” reklamę książce – sam z niej nie korzystam, nie uczę w gimnazjum – ale dlatego, że warto promować także tego typu uczciwość wobec twórców.
M.B.: Chciałbym jeszcze zapytać o jedną sprawę. Na spotkaniach szkolnego DKF-u (Dyskusyjny Klub Filmowy) prezentuje Pan zgromadzonej młodzieży różne filmy. Rozumiem, że legalnie…
P.L.: Oczywiście, że tak. Te spotkania mają charakter edukacyjny. Są ponadto nieodpłatne. Filmy, które prezentuję w czasie ich trwania, pochodzą z mojej filmoteki, zakupiłem je legalnie w sklepie. Pozwól, że zacytuję fragment artykułu: „Prawa autorskie a film w szkole” Arkadiusza Walczaka, który znalazłem na stronach „Filmoteki Szkolnej”, a który porusza interesujący Cię temat. Sądzę, że rozwieje on wszelkie wątpliwości w tej materii: „Edukacja filmowa w szkole bazuje na ustawowym ograniczeniu praw autorskich poprzez instytucję dozwolonego użytku. Dozwolony użytek jest to pojęcie zbiorcze, pod którym mieszczą się uprawnienia dla ogółu, umożliwiające pod pewnymi warunkami, na korzystanie z utworów bez konieczności uzyskiwania odrębnego zezwolenia (co do zasady bez wynagrodzenia). Dozwolony użytek obejmuje uprawnienia po stronie osób fizycznych, wtedy mamy do czynienia z dozwolonym użytkiem prywatnym (dotyczy to przede wszystkim korzystania z podmiotów chronionych prawem autorskim w domu, dla celów prywatnych), jak i uprawnienia po stronie podmiotów publicznych – wówczas prawo autorskie posługuje się określeniem użytku publicznego (w tym kontekście będzie to korzystanie z podmiotów chronionych prawem autorskim w obrębie określonej instytucji). Do kategorii podmiotów publicznych, którym prawo autorskie zezwala na wkraczanie w monopol autorski zalicza się instytucje oświatowe, w tym m.in. szkoły i biblioteki”.
M.B.: A zatem uczestnicząc w organizowanych przez Pana Maratonach Filmowych, nie musimy obawiać się tego, że bierzemy udział w naruszaniu zapisów ustawy?
P.L.: Absolutnie nie ma powodów do obaw.
M.B.: Dziękuję za rozmowę.
P.L.: Ja również.
WSZELKIE PRAWA
ZASTRZEŻONE!
W dzisiejszym świecie Internet stanowi nierozłączny element życia każdego, szczególnie młodego, człowieka. Zasobność tego źródła jest nieograniczona, przez co wiele osób skłania się ku temu, aby pobierać różne pliki: zdjęcia, muzykę, filmy, aplikacje w sposób, który nie jest do końca legalny. Pozorna anonimowość każdego internauty wpływa na mylne przekonanie, iż w sieci można bezkarnie łamać wszelkie zasady.
Temat jest poważny, ale zacznę nieco żartobliwie – dawniej wszystko było prostsze.
Na przykład dla człowieka pierwotnego pojęcie własności było oczywiste – co zdobyłem, to jest moje. Moja upolowana zwierzyna, moje narzędzia, moja pieczara… Chyba jednak nie myślał, że wyryte przez niego skalne malowidła, dziś budzące tyle emocji, są także „jego”. Z biegiem lat sprawa się komplikowała. Powstało pojęcie własności autorskiej, artystycznej i intelektualnej. Już dla starożytnych twórców było ważne, aby ich dzieła nie były anonimowe, przeciwnie - żeby były związane z nazwiskiem, osobą, krajem… Wiązało się to często ze sławą, chwałą, ale - z biegiem lat - także z korzyściami materialnymi. Zaczęły powstawać nawet specjalne organizacje, które pilnowały i pilnują, aby wykorzystywanie czyjejś twórczości było
zawsze wynagrodzone. Tu przykładem może być instytucja typu ZAiKS, chroniąca praw autorskich, na przykład: muzyków.
Wiem, że zrobiłam olbrzymi skok od czasów prehistorycznych do współczesności, ale tylko dlatego, aby uzmysłowić, że temat praw autorskich ciągle jest żywy i ciągle podlega ewolucji. Prawdziwym przełomem są jednak lata najnowsze, między innymi związane już nie z tradycyjnym malarstwem, rzeźbą, muzyką czy słowem, ale z Internetem. Tu nastąpiły rewolucyjne zmiany także w dziedzinie praw autorskich.
W dzisiejszym świecie Internet stanowi nieodłączny element życia każdego, szczególnie młodego, człowieka. Zasobność tego źródła jest nieograniczona, przez co wiele osób skłania się ku temu, aby pobierać różne pliki: zdjęcia, muzykę, filmy, aplikacje w sposób, który nie jest do końca legalny. Pozorna anonimowość każdego internauty wpływa na mylne przekonanie, iż w sieci można bezkarnie łamać wszelkie zasady.
Poruszana kwestia w firmach, organizacjach rządowych i pozarządowych jest ściśle monitorowana ze względu na masowy kolportaż ich produktów. Idąc za przykładem „Stowarzyszenia Wizawi”, jednej z organizacji pozarządowych, można zauważyć, w jakich sytuacjach potrzebne są prawa autorskie.
Często, tworząc plakaty czy inne graficzne formy przekazu informacji, potrzebne są obrazki lub zdjęcia, których nie posiadamy w swoich zbiorach. Najprostszą formą jest oczywiście „ściągnięcie” pożądanej grafiki z Internetu, który oferuje w tej kwestii nieograniczone możliwości. Ale czy to jest legalne? „Ściągnięcie” samo w sobie stało się już na tyle popularne, że zmieniło się w czynność, której można nadać miano „powszechnej”. Wiele przypadków pobierania plików, wyłączając indywidualne poszczególnych autorów, nie jest ścigane, gdyż wiele pirackich stron zasłania się frazą „użytek własny” lub „kopia zapasowa”. Zresztą dzieje się to na tak ogromną skalę, że choć kary są ogromne, instytucje są bezradne.
Jednak „Stowarzyszenie Wizawi” boryka się z problemem o wiele bardziej znaczącym, gdyż pobierane pliki nie będą wykorzystane na użytek własny, obrazki nie będą nam potrzebne jako tło na laptopie, a muzyki nie będziemy słuchać tylko na IPodzie. Organizujemy imprezy, akcje różnorakiego typu i jest wiadomym, że każda firma, każde stowarzyszenie, w tym my, chcą się prezentować jak najlepiej. A o ile duże, ciągle rozwijające się firmy mają w swoich szeregach wybitnych grafików, tak my musimy czasami skorzystać z dóbr Internetu. Wiadomo jednak, że elementy graficzne i ilustracje stworzone przez autora dla potrzeb danego serwisu nie mogą być wykorzystane bez jego zgody. A domyślnie autor takiej zgody nie udziela.
Bezkarność kończy się wraz z anonimowością, gdyż uzyskiwanie danych osobowych czy danych firmy z IP i domeny zajmuje 5 minut. Wtedy wiadomo o nas wszystko łącznie z naszym adresem zamieszkania i rozdzielczością monitora.
Więc jeśli nie korzystamy z serwisów, które rozpowszechniają dane pliki i są oznaczone jako „darmowe”, nie mamy prawa wykorzystać zasobów tychże serwisów. Jeśli jeszcze mamy tam dopisek: „dozwolone powielanie i rozpowszechnianie”, sprawa jest oczywista i jasna. Gdyby pojawiła się sytuacja, że jest potrzebny plakat, by zareklamować imprezę, a my znajdujemy piękną fotografię na stronie jakiegoś artysty fotografa i chcemy ją wykorzystać, jak wygląda wtedy sytuacja? Oczywiście pierwszym krokiem będzie napisanie stosownego emaila z prośbą o zgodę na publikację. Wtedy uzyskamy ją lub nie.
Czasy, w których łamie się prawa autorskie w Internecie, dawno się skończyły. A to wszystko dzięki nowej ustawie. Tutaj bezkarność kończy się wraz z anonimowością, gdyż uzyskiwanie danych osobowych czy danych firmy z IP i domeny zajmuje 5 minut. Wtedy wiadomo o nas wszystko łącznie z naszym adresem zamieszkania i rozdzielczością monitora. A po plakatach – wiadomo gdzie nas szukać już po kilku sekundach.
Dlatego też „Wizawi”, jak i każde inne stowarzyszenie, chcąc wykorzystać czyjeś dzieło, musi włożyć w to dużo czasu i cierpliwości, by legalnie móc wykorzystać dany obraz, film, muzykę czy choćby fragment jakiegoś artykułu prasowego. A to wszystko musi istnieć dlatego, żeby na przykład gdzieś na końcu Polski nie powstało drugie „Wizawi” z naszym logiem i z naszą ideą… Każdy pilnuje swojego.
Jakub Mickiewicz
i Maria Dziech
WEEKEND CZĘSTO ZACZYNA SIĘ...
W CZWARTEK!
Miłego weekendu! Tak zwykli się żegnać ze sobą niektórzy licealiści już w czwartek po ostatniej lekcji. I rzeczywiście - następnego dnia nie ma ich w szkole...
Wielu uczniów już w piątek nie przychodzi do szkoły. Myślą sobie: jak raz nie pójdę, nic się nie stanie, ale to nie kończy się na jednym razie. Dlaczego tak jest?
Zagłębić się w tym temacie pomogli mi znajomi, których zapytałam, czy chodzą do szkoły w piątki. Niektórzy odpowiadali: Nie, po co mam iść? Lekcje są wtedy luźne, nikomu nie chce się uczyć, to po co mam siedzieć w szkole. Inni mówili: Piątek to czas na imprezy, a nie nauki, a jak wiadomo przed imprezą trzeba się wyspać. Gdy ich zapytałam, co na to ich rodzice, odpowiadali: Nie podoba im się to, ale co mają zrobić, nawet jak nas wyślą do szkoły i tak nie mają pewności, że do niej dojdziemy.
Po tej rozmowie długo myślałam nad tym, czy piątek to naprawdę „dzień luźny” i doszłam do wniosku, że jest taki jak każdy inny. Tak samo trzeba się uczyć, odrobić zadanie. Nauczyciele w piątki robią sprawdziany, kartkówki, biorą uczniów do odpowiedzi. Owszem, zdarzają się luźniejsze lekcje, np.
w - f czy jakieś zastępstwo, ale nie znaczy to, że nie mamy przychodzić wtedy
do szkoły. Wiadomo, że w piątki każdy uczeń myśli już o tym, aby była godzina 14., żeby już można się spotkać z przyjaciółmi czy iść na imprezę, ale nie znaczy to, że nie trzeba wtedy przychodzić na lekcje. Piątek jest tak samo ważnym dniem w szkole jak inne, mimo że jest ostatnim w tygodniu.
Frekwencja uczniów zmniejsza się również przy okazji akademii czy egzaminów. Najlepszym przykładem na to są próbne matury, które odbywały się od 22. do 25. listopada. W tych dniach młodzież naszego liceum zaczynała naukę o godzinie 11.45. Do domów wracała po trzech, a czasem nawet po dwóch lekcjach. Wielu uczniów doszło do wniosku, że nie ma sensu przychodzić do szkoły na trzy godziny, chociaż zajęcia odbywały się normalnie. Były kartkówki, sprawdziany czy odpytywanie przy tablicy.
Moim zdaniem uczniowie powinni być zadowoleni z tego, że Pani Dyrektor w tych dniach nie kazała przychodzić do szkoły na 8:00 (tak jak to było w niektórych szkołach) i powinni przyjść na te dwie czy trzy lekcje. Pani Dyrektor chyba też była takiego zdania, gdyż po obliczeniu frekwencji, wraz z Panią Pedagog, zapowiedziała, że podobne zachowanie nie będzie tolerowane, a „recydywiści” poniosą konsekwencje .
Ewelina Jakubowska
ZASADY SĄ PO TO,
ABY JE ŁAMAĆ?
Szkoła ma swoje prawa, a każdy uczeń ma obowiązki. Za łamanie zasad grożą nam kary, ale czy to jest dla nas jakimś problemem?
Wszyscy wiemy, że opuszczanie terenu szkoły w czasie lekcji (i przerw) jest zakazane. Nieposłuszeństwo może zostać ukarane obniżeniem oceny z zachowania, a nawet wezwaniem rodziców do szkoły, a nikt tego nie lubi. Jeżeli będziemy mieć pecha i w czasie "wypadu" do sklepu napotkamy patrol straży miejskiej, do szkoły możemy wrócić z eskortą. Jednak możliwość zaoszczędzenia kilku złotych poprzez kupowanie w Adexie zamiast w szkolnym sklepiku czy potrzeba zaspokojenia nałogu często jest silniejsza niż strach przed karą, którą, żeby faktycznie otrzymać, trzeba się bardzo postarać.
Nauczyciel dyżurujący jest tylko jeden i nie jest w stanie zapamiętać i zauważyć wszystkich wycieczkowiczów, a często nawet nie zdąży dojść na tyle szybko w miejsce dyżuru, by wyprzedzić sprinterów uciekających do wolności. Naszym obowiązkiem jest przestrzeganie regulaminu i wszystkich panujących w szkole zasad, ale jeśli są one nagminnie łamane i stanowią problem, sądzę, że powinny się zmienić. Uczniów gimnazjum i podstawówki łatwiej
przywołać do porządku i przypilnować, ale licealiści już nie tak chętnie zgadzają się na podporządkowanie zasadom. Są już w tym wieku, że często czują się o wiele doroślej niż powinni, więc mając szansę na ułatwienie sobie życia, czyli np. kupienia napoju za 1,50zł a nie 2,50zł i w ten sposób odłożenia złotówki na sobotnią imprezę, chętnie z niej korzystają. Często sami zarabiają już pieniądze i są one dla nich ważne, przez co często łamią zasady. Ciężko im również zrozumieć, że gdyby coś im się stało, to cała odpowiedzialność zostanie zrzucona na nauczyciela, który w danym czasie ma dyżur, na przykład na boisku.
Nie pomaga w tym również fakt, że ulica znajdująca się przy naszej szkole jest mało ruchliwa, a wypadki zdarzają się rzadko. Poza tym każdy z nas ma tendencję do myślenia: "mi się to nie przytrafi". I o ile jestem w stanie zrozumieć "ucieczki" do sklepu, nie pojmuję narażania swojej oceny z zachowania po to, by zapalić. Czasem głupia złotówka okazuje się bardzo ważna, ale jeden niewypalony papieros nikomu nie zaszkodzi, a raczej pomoże. Poza tym prawo, które coraz ostrzej podchodzi do kwestii palenia, przewiduje o wiele gorsze kary niż rozmowa z rodzicami czy zachowanie poprawne lub naganne zamiast dobrego na świadectwie. W dodatku palenie przez uczniów papierosów źle rzutuje na wizerunek szkoły i powoduje, że opinie na jej temat są coraz gorsze.
Myślę, że każdy zainteresowany złagodzeniem zakazu opuszczenia terenu szkoły powinien porozmawiać o tym ze swoimi rodzicami i znajomymi i pomyśleć nad rozwiązaniem tego problemu. Może uda się ustalić jakąś przerwę, w trakcie której będzie można wyjść do sklepu bez obawy o karę i bez obarczania nauczycieli odpowiedzialnością za nasze bezpieczeństwo. Jednak aby uzyskać taką możliwość, trzeba będzie nauczyć się rozmawiać i współpracować, a bardziej od naszych opinii liczyć się będzie zdanie rodziców. Uważam, że zasad trzeba przestrzegać, ale powinny one być "wygodne" dla wszystkich.
Magdalena Kotwas
JEDNOŚLADEM PRZEZ ŻYCIE.
Z Adamem Trudzińskim i Dawidem Sałamachą rozmawia Karolina Apanasewicz
Adam Trudziński i Dawid Słamacha - dwóch kolarzy zdradza nam, jak wygląda ich życie "ciągle w drodze", co ich motywuje, a także co jedzą sportowcy...
Karolina Apanasewicz: Co sprawiło, że zdecydowaliście się na karierę kolarza?
Adam Trudziński: Moja przygoda z rowerem zaczęła się kiedy na trzecie urodziny babcia i dziadek podarowali mi dziecięcy rowerek, lecz zawodowo zacząłem jeździć w 2007 roku.
K. A.: Jak wygląda przeciętny trening?
A.T.: Treningi mamy po południu, po szkole. Jest to zazwyczaj jazda na rowerze, choć czasem ćwiczymy na siłowni lub jeździmy na łyżwach. Treningi są ciężkie, ale dajemy radę.
Dawid Sałamacha: Przeciętny trening wynosi około 70 km latem i podczas niego podjeżdżamy pod jakieś góry lub jedziemy za samochodem.
K. A.: Co Was motywuje, a co sprawia, że macie ochotę sobie odpuścić?
A. T. : Motywujący jest widok rywala umierającego z wysiłku obok mnie. Żeby odpuścić, muszę być bardzo zdenerwowany albo musi mi bardzo ciężko iść.
D. S.: Mnie natomiast motywuje chęć wygrywania, stawania się w tym coraz lepszym. Demotywują za to mozolne treningi, bardzo liczne wyjazdy i brak sił na to wszystko.
K. A.: Jaką najlepszą radę usłyszeliście kiedykolwiek od swojego trenera?
A.T. : „[…] Wiesz, jak nie wygrasz, to do domu jest 160 km”. Motywacja przed wyścigiem (śmiech).
K. A.: Adam, w 2011 roku zdobyłeś tytuł v - ce mistrza Europy. Jak wyglądały przygotowania do tych zawodów?
A.T.: Przygotowania zaczęły się tydzień przed zawodami. Wyjechałem w góry, gdzie bardzo dużo trenowałem, ale tak naprawdę pracowałem ciężko przez cały rok i jak widać - opłaciło się.
K. A.: Wymarzony cel, który chcielibyście osiągnąć?
A. T.: Mistrzostwo świata, oczywiście.
D. S.: W najbliższym czasie tytuł mistrza Polski, a w przyszłości być może także mistrza świata.
K. A.: Jaki rodzaj zawodów jest dla Was największym wyzwaniem?
A. T. : Według mnie najcięższe są zawody etapowe – szosowe. Na przełajach trzeba mieć trochę szczęścia i dużo więcej dobrej techniki na szosie, a na torze mniej techniki, więcej siły i pomyślunku. D. S.: Kryterium, czyli kilkanaście okrążeń i ciągłe finiszowanie.
K. A.: Jako sportowcy pewnie musicie uważać na to, co jecie…
A. T. : Staram się unikać słodyczy, ale wiadomo, jestem tylko człowiekiem, więc różnie to bywa.
D. S.: W okresie przygotowawczym do sezonu uważam na to, co jem i staram się trzymać określoną wagę, lecz w zimie nie ma dla mnie większego znaczenia, co zjadam.
K. A.: Dawid, dużo słyszałam o Twoich słynnych wypadkach…
D. S.: Mam złą passę w mistrzostwach Polski na szosie, ponieważ co roku tam się wywracam. W sezonie 2010 uderzyłem w samochód, a w tym sezonie 500 m przed metą ucierpiałem w poważnej kraksie.
K.A. Dziękuję za rozmowę.
A.T. i D.S.: My także dziękujemy
DZIECIAKI z OŚRODKA
Jak wygląda życie w domu dziecka? Grupa licealistów mogła się o tym przekonać w środę 21 grudnia 2011 r.
Tego dnia pojechaliśmy odwiedzić dzieciaki z Ośrodka Opiekuńczo – Wychowawczego.
Byliśmy zaopatrzeni w słodycze, kredki oraz kolorowanki, aby urozmaicić trochę czas spędzony z maluchami. Gdy weszliśmy na salę, dzieci już czekały. Byliśmy oszołomieni ich dużą ilością i naprawdę ciężko było patrzeć na te malutkie, lekko wystraszone twarzyczki, które z ciekawością nam się przyglądały. Ku naszemu zdziwieniu pani opiekunka, zwana ciocią, przyprowadziła drugą grupę dzieci. Nasze niedowierzanie rosło. Tych dzieci było naprawdę dużo i to w różnym wieku - od roczku do trzech lat. Wtedy myśleliśmy tylko o tym, jak ktoś mógł wyrządzić taką krzywdę takim małym istotom.
Dzieci od razu się ożywiły, kiedy zaczęliśmy im rozdawać słodycze. Radowały się, jakbyśmy im dawali jakieś niemożliwe do zdobycia rzeczy. Na szczęście parę łakoci pozwoliło na przełamanie lodów i dzieciaki zechciały się z nami bawić. Hałas był ogromny, a dzieci szalały jak małe, naładowane robociki, którym energia w ogóle nie słabnie. Były to bardzo radosne chwile, lecz momentami też bardzo przykre. Niektóre dzieci zadawały trudne pytania, których się wszyscy obawiali. Maluchy z wielkimi, pytającymi oczami patrzyły na nas i pytały, gdzie są ich mamy i czy dzisiaj przyjdą, żeby je zabrać. Niektóre prosiły,
aby zabrać je ze sobą do domu. Wielu z nas w tej sytuacji zaniemówiło. Nikt nie chciał odpowiadać na te pytania, bo nikt nie chciał ranić dzieci, w końcu są takie małe i niewinne.
Maluchy szybko porzucały temat i bawiły się dalej. Zabawy nie było końca, a basen z piłkami okazał się największą atrakcją. Na szczęście dzieci były bardzo kontaktowe i bawiły się też w grupach razem z nowopoznanymi „ciociami” i „wujkami”.
Po paru godzinach „ciocia dowodząca” oznajmiła, że musimy skończyć zabawę, bo dzieciaki muszą iść na obiad. Ubieranie poszło sprawnie, gorzej było z pożegnaniem. Przez krótką chwilę naprawdę zżyliśmy się z maluchami, a one z nami. Po paru przytulaskach, buziakach i mocnych „piątkach” na pożegnanie udaliśmy się do swoich domów. Dzieci niestety zostały też w domu, ale tak naprawdę nie w swoim.
Takie refleksyjne spotkania są potrzebne, abyśmy my
w przyszłości nie popełniali podobnych błędów i nie pozwolili, aby nasze dzieci trafiły do domu dziecka.
Małgorzata Olejarz
DOMEK
WSZYSTKICH DZIECI
Szarość, mnóstwo brudu i rzucająca się w oczy bieda. Tak przypadkowy przechodzień opisałby jeden z najbiedniejszych zakątków Zabrza – ulicę Buchenwaldczyków. Jednak jest coś, co zupełnie odstaje od tego smutnego obrazu...
Na jednej z kamienic widnieje duża tablica z napisem "Domek wszystkich dzieci". To pełna kolorów chrześcijańska świetlica, do której może przyjść każde dziecko. Została ona założona piętnaście lat temu przez Janinę Janulek (jej pierwsi wychowankowie mają już własne dzieci)
i z dnia na dzień funkcjonuje coraz lepiej. Zapisanych na zajęcia dzieci, w wieku od pięciu do trzynastu lat jest prawie setka, a przeważającą liczbę stanowią Romowie mieszkający przy tej ulicy. Świetlica dla dzieci jest zupełnie bezpłatna, a żaden z pracowników nie dostaje pensji za opiekę nad dziećmi, wszyscy działają tam w ramach wolontariatu.
Zajęcia odbywają się w każdy dzień tygodnia, oprócz poniedziałków, oraz w niedziele. W tygodniu dzieci przychodzą po to, by odrobić zadania domowe, w czym pomagają im wolontariusze, oraz by się bawić, kolorować i tworzyć różne arcydzieła z papieru. W niedziele chętne maluchy przychodzą, żeby posłuchać historii biblijnych.
Bardzo lubię przychodzić na świetlicę - mówi pięcioletnia Zuzia - mamy tu mnóstwo kolorowych kredek i dostajemy pyszne drożdżówki.
W "Domku wszystkich dzieci" wychowankowie uczeni są, jak powinno się traktować innych, ale także co jest dobre, a co złe. Jednym z głównych celów jest pokonywanie barier językowych, ponieważ wiele chłopców i dziewcząt z romskich rodzin nie umie dobrze pisać ani mówić w języku polskim.
Gdyby nie świetlica, niektóre z dzieci z pewnością wyrosłyby na zwykłych opryszków, ponieważ większość z nich ma nieciekawą sytuację rodzinną oraz zły przykład w domu. Część z nich nie posiada jednego z rodziców lub odwiedza go w więzieniu, w ich rodzinach nierzadko
brakuje środków na zaspokojenie podstawowych potrzeb, występuje patologia. Dlatego też dzieci często przychodzą, by podzielić się swoimi problemami z pracownikami świetlicy lub po to, żeby po prostu wypłakać się na ich ramieniu. Dla niektórych dzieci czas na świetlicy oznacza jedyne kilka godzin spędzonych w ciepłym pomieszczeniu i jedyny posiłek w ciągu dnia. Dzieci są za to wdzięczne i nagradzają swoich opiekunów licznymi uśmiechami i uściskami, co wbrew pozorom, jest najlepszą nagrodą, jaka istnieje.
Wiele osób myśli, że wolontariat jest tylko poświęcaniem swojego czasu i rezygnowaniem z przyjemności, jednak daje on wielką radość.
Karolina Apanasewicz
COVAN WAKE THE F*CK UP TOUR 2012
Artyści polskiej sceny rockowo- metalowej zjednoczyli się, by razem pomóc w szczytnym celu.
„Covan Wake The F*ck Up Tour 2012” to tytuł, jaki nosi trasa koncertowa poświęcona zbiórce pieniędzy dla Adriana „Covana” Kowanka, wokalisty zespołu Decapitated, który odniósł poważne obrażenia podczas wypadku samochodowego.
Stało się to 29 października 2007 roku. W trakcie podróży do Homla na Białorusi autobus, którym jechał zespół, miał kolizję z ciężarówką transportującą drewno. Skutki były tragiczne. Perkusista zespołu (Witold Kiełka) pomimo próby ratowania niestety zmarł, a Covan trafił do krakowskiego szpitala, w którym przeszedł skomplikowaną operację, lecz podczas zabiegu doszło do powikłań, co spowodowało niedotlenienie mózgu,
a w efekcie końcowym wywołało czterokończynowe porażenie mózgowe.
Było już wiele koncertów charytatywnych, z których dochód szedł na rehabilitację wokalisty oraz dla rodziny zmarłego Witolda Kiełki. Zebrano naprawdę dużą sumę pieniędzy, a lider grupy Vader, Piotr "Peter" Wiwczarek, przekazał jedną ze swoich gitar (Ran, model InVader) na rzecz aukcji charytatywnej; za instrument zapłacono ponad 12 tys. złotych. Swoją gitarę (Jackson model Randy Rhoads) przekazał również gitarzysta Ralph Santolla występujący w grupach Deicide i Obituary. Ponadto prowadzona jest sprzedaż m.in. koszulek pamiątkowych. Dochód ze sprzedaży jest przekazywany rodzinom poszkodowanych.
Już cztery lata minęły od tego przykrego zdarzenia, a sytuacja prawie się nie zmieniła, pomimo mozolnych rehabilitacji, sztabów specjalistów i zbiórek pieniędzy. Pojawiła się jednak nadzieja na zwrócenie normalnego życia muzykowi. Jest to bardzo droga operacja przeszczepu komórek macierzystych, która może być przeprowadzona w specjalistycznej klinice w Niemczech.
Z tego też powodu artyści polskiej sceny rockowo - metalowej zjednoczyli się, by razem pomóc w szczytnym celu. Zespoły, które potwierdziły swój udział na dzień dzisiejszy to: HUNTER, FRONTSIDE, VIRGIN SNATCH, THY DISEASE, MASACHIST, CORRUPTION, QUO- VADIS, BUTELKA i CIRYAM, ale lista będzie dłuższa i równie gorąca. Tak zapewniają nas organizatorzy.
Aleksandra Cecuga
ADAPTACJE FILMOWE DZIEŁ LITERACKICH
Przystępując do napisania tego tekstu, zastanawiałem się, jaki klimat najbardziej będzie odpowiadał tematowi. Co bardziej pobudzało naszą wyobraźnię w młodości jak nie fantastyka? A konkretniej: Harry Potter i Władca Pierścieni.
Autorka książek o młodym czarodzieju, J. K. Rowling, zyskała wielkie uznanie za swoją ciężką pracę, jej książki są bardzo poczytne i wspaniale wpływają na wyobraźnię czytelnika. Pierwsza powieść o Potterze została wydana w 1997 roku (w Polsce w 2000 r.) i zyskała wielką popularność, co pozwoliło autorce na kontynuowanie pracy. Pisarka nigdy nie zdradzała treści kolejnego tomu, co pozwalało trzymać jej wiernych fanów w niepewności. Pierwsza adaptacja filmowa ukazała się w 2001 roku i była kontynuowana przez następne 10 lat. Niestety film nie zachwycił w takim stopniu jak książka. Za scenariusz odpowiedzialnym był Steve Klowes i, w jednej części, Michael Goldenberg, zaś reżyserzy zmieniali się - niektóre więc części były dobre, inne zaś kiepskie. W adaptacjach filmowych brakowało mi ważnych szczegółów, które po prostu zostały pominięte. Reasumując, trzeba przyznać, że literatura w tym przypadku okazała się lepsza od filmu.
Przyjrzyjmy się jeszcze książkom J. R. R. Tolkiena. To bardzo dobrze napisane powieści, ale człowiek męczy się podczas lektury. Oczywiście znalazły wiernych czytelników, sam przeczytałem wiele razy wszystkie części, opowiadające o przygodach Frodo Bagginsa, jednakże filmy budzą większy zachwyt. Odpowiedzialnym za scenariusz i reżyserię jest Peter Jackson. Nie chcę powiedzieć, że książki Tolkiena są złe, filmy po prostu bardziej przypadły do gustu większości młodych odbiorców i znalazły wielu fanów. Niezaprzeczalnym atutem obrazów Jacksona jest rozmach – podczas oglądania ich można zachwycać się krajobrazami i świetnie wyreżyserowanymi scenami batalistycznymi.
Polecam oglądanie adaptacji filmowych, choć w niektórych przypadkach jest to stratą czasu, o czym też warto się czasem przekonać.
A co do książek J.R.R.Tolkiena, czytaliście Hobbita? Bardzo polecam książkę, a jeszcze bardziej film, który ukaże się w Polsce 28 grudnia 2012 r. Za scenariusz i reżyserię odpowiedzialny będzie Peter Jackson, więc wyczuwam arcydzieło.
Marcin Bąk
http://www.youtube.com/user/ANTRAKTTV?blend=1&ob=videomustangbase V TURNIEJ JEDNEGO WIERSZA SZPALTA 2011 MARATON PISANIA LISTÓW 2011 NASZ PRIORYTET: WOLONTARIAT
ZAPRASZAMY DO OGLĄDANIA NASZEJ TELEWIZJI SZKOLNEJ
ANTRAKTTV
NA WWW.YOUTUBE.COM Wideorelacja
z przebiegu
V edycji Turnieju Jednego Wiersza, który odbył się
w VI LO
w Gliwicach - Łabędach 30 listopada 2011 roku. Wideorelacja z Gali Finałowej
V Wojewódzkiego Przeglądu Pism Uczniowskich "Szpalta 2011".
(9.12.2011 r.) Wideorelacja
z przebiegu Maratonu Pisania Listów, który odbył się w naszej szkole 10 grudnia 2011 roku. Wideorelacja
z przebiegu warsztatów poświęconych wolontariatowi, zorganizowanych przez Fundację Nowe Media
i przeprowadzonych w VI LO 5 grudnia 2011 r.