Musisz zainstalować flash player pobierz instalator










Bez Tytułu Reaktywacja

OD REDAKCJI Numer grudniowo—styczniowy poświęcil-iśmy ludziom. Ludziom, takim jak my, za-stanawiającym się czy przyjaźń damsko-męska istnieje. Ludziom, ulegającym mo-dzie i poddającym się trendom. Ludziom, którzy starają się kultywować swoje trady-cje. Ludziom, którzy osiągnęli w życiu na-prawdę wiele. Ludziom, poświęcającym się kulturze. A wreszcie ludziom żyjącym od soboty do soboty. To wszystko i jeszcze więcej na kolejnych stronach naszego no-wego wydania. Zapraszamy do lektury! Bez Tytułu Reaktywacja Gazetka Zespołu Szkół w Raciążu Jeśli masz do nas jakieś pytania pisz śmiało na: bez.tytułu.re@gmail.com Opiekun: p. Edyta Obrębska Redaktor naczelna: Małgorzata Zabrocka Zastępca redaktor naczelnej: Alicja Romanowska Sekretarz: Klaudia Żmijewska Zdjęcie na okładce: PTGreg (CC BY-NCND 2.0) Zdjęcie zostało zmniejszo-ne i przycięte z oryginału. Grafika: Małgorzata Zabrocka Korekta: Alicja Romanowska Dziennikarze: Brdak A., Jaworski Ł., Krzemiński P., Obrębski T., Oukal I., Petrykowski P., Rupiński R.,

Bez Tytułu Reaktywacja

W NUMERZE 04 Z(A)MALUJ NA LOKAL-NIE 06 Z(A)MALUJ NA LOKAL-NIE — FOTORELACJA 08 KOLAŻ DAMSKO—MĘ-SKI 12 BÓG TEŻ CZŁOWIEK 14 WYSTAWA PRAC DZIECI Z AUTYZMEM TO-WARZYSZĄCA PREMIERZE 15 FILMOWY POJEDY-NEK: WIELCY I BOGACI 21 PO CO NOSIĆ LOUBOUTINY SKORO SĄ BIRKENSTOCKI? 24 CZEKAJĄC NA SOBO-TĘ 28 ŚLĄZISZ IS EASY 32 LISTY DO REDAKCJI 33 ME USTA Z(A)MALUJ NA LOKALNIE
Jako grupa uczniów i absolwentów Zespołu Szkół w Raciążu, pod opieką p. Edyty Obrębskiej i p. Anny Krebs podjęliśmy się wyzwania, stworzenia pierwszego muralu w naszym mieście. Na jego miejsce wybraliśmy przystanek, ze względu na rolę „wi-zytówki miasta” jaką pełni.
Bez Tytułu Reaktywacja

Główną inspiracją do działania było lokalne społeczeństwo i jego podejście do życia. Poprzez mural chcieliśmy wzbudzić w mie-szkańcach Raciąża (i nie tylko), pozytywne emocje i chęć włączenia się w działania, pociągające za sobą zmianę przestrzeni publicznej. Możliwość kształtowania oto-czenia, w którym żyjemy i decydowania o nim jest czymś niezwykłym. Nasza praca zdecydowanie wpłynęła na estetykę przystanku, urozmaiciła wygląd miasta, sprawiła, że Raciąż będzie kojarzył się innym z otwartością i pozytywną ener-gią. Poza tym, mural wpłynął na świado-mość ludzi o wykorzystywaniu przestrzeni publicznej. Pierwszym krokiem naszej drogi było prze-prowadzenie ankiety wśród mieszkańców Raciąża, stwierdzającej jak oni widzieliby nasz przyszły, wspólny mural. Odpowiedź była jasna: miasto Raciąż. Staraliśmy się podejść do tego niekonwencjonalnie, tak, by pozytywnie zaskoczyć mieszkańców. Nasza grupa artystyczna wzięła się za projekty poszczególnych ścian, a reszta zajęła się szablonami, które ktoś te musiał przygotować. Wymierzaliśmy ściany, prze-mili panowie zrobili na nich podkład, a my w tym czasie szukaliśmy sponsorów i zbie-raliśmy wszelkie potrzebne materiały. W końcu, rankiem 22 listopada wzięliśmy się do pracy. Mural skończyliśmy wieczo-rem 23 listopada. Projekt sprawił, że udoskonaliliśmy twórcze myślenie, pracę w grupie, logiczne plano-wanie działań. Wzmocniliśmy naszą pew-ność siebie i rozwinęliśmy talenty oraz zdolności komunikacyjne. Wyzwaniem sa-mym w sobie było stworzenie muralu w mieście pozbawionym jakichkolwiek przejawów street artu. Jednak gdy wzię-liśmy się za pracę wszelkie trudności zni-knęły.

Bez Tytułu Reaktywacja Nasza praca zdecydowanie wpłynęła na estetykę przystan-ku, urozmaiciła wygląd miasta, sprawiła, że Raciąż będzie kojarzył się innym z otwartością i pozytywną energią."

Projekt wzbudził wiele pozytywnych emocji, a lista osób, która się do niego przyczyniła jest całkiem długa. Otrzymaliśmy wsparcie od Urzędu Miasta w Raciążu, a Pan Bur-mistrz Mariusz Godlewski udzielił nam ho-norowego patronatu. Lokalni przedsiębior-cy włączyli się w nasze działania udo-stępniając potrzebne materiały (farby — sklep Prodom, nagrzewnicę — dzięki której wysuszyliśmy mokre ściany, ale także zapewnili pomoc jak na przykład przygoto-wanie przystanku do projektu — pomalo-wanie podkładem i białą farbą). Lokalne lo-kale gastronomiczne zapewniły nam ciepły posiłek (w sobotę zjedliśmy kebaby z The Best Kebab, a w niedzielę posililiśmy się pi-zzą z Pizzerii Grajdołek), a Komenda Poli-cji zapewniła muralowi ochronę. Miejskie Centrum Kultury zorganizowało dla nas czas na scenie podczas Wigilii Miejskiej, a prowadząca wraz z naszą opiekunką Edytą Obrębską odpowiednio gorąco opo-wiedziały o projekcie i o Centrum Edukacji Obywatelskiej. Największą nagrodą jest dla nas satysfa-kcja jaką nam przyniosło to działanie oraz uśmiech i podziw przechodniów… Bezcennym skutkiem naszego działania były słowa uznania, radość, a nawet łzy w oczach. „Patrząc na to, aż chce się żyć”. Słowa pewnej pani są najlepszym podsu-mowaniem naszej pracy. Grupa projektowa

Bez Tytułu Reaktywacja Bez Tytułu Reaktywacja Z(A)MALUJ NA LOKALNIE Zdjęcia: Klaudia Żmijewska


KOLAŻ DAMSKO—MĘSKI
Bez Tytułu Reaktywacja

Czy przyjaźń damsko—męska jest mo-żliwa? To temat dość kontrowersyjny dla wielu osób. Jedni uważają, że to cał-kiem normalna sprawa, dla innych jest to w ogóle niemożliwe. Mówią, że zwy-kle jest skazana na niepowodzenie. Jak jest zdaniem młodzieży z naszego mia-sta? Postanowiłam to sprawdzić i przeprowadzi-łam badanie. Wyniki nie były zaskakujące. Ponad 85% respondentów twierdzi, że przyjaźń między kobietą, a mężczyzną nie istnieje. Poniżej przedstawię odpowiedzi kilku ankietowanych osób: „Uważam, że jest to niemożliwe. Bliska przyjaźń przeradza się w miłość.” M.S. „Moim zdaniem nie istnieje, ponieważ prę-dzej czy później namiętność wygrywa i przyjaźń może przemienić się w miłość. Chociaż myślę, że przy miłości i przyjaźni można postawić znak równości.” B.B. „Według mnie nie ma czegoś takiego jak przyjaźń damskomęska, bo prędzej czy później jedna ze stron pragnie czegoś wię-cej i to nigdy nie ograniczy się tylko do przyjaźni.” A.A.

Bez Tytułu Reaktywacja

„Nie istnieje, niestety zawsze któraś ze stron chce czegoś więcej.” K.O „Wydaję mi się, że takowej przyjaźni nie ma. Kobieta i mężczyzna są po to, żeby tworzyć związek, a nie żeby być przyja-ciółmi. Taka prawda. Zawsze jak jest jakaś para przyjaciół chłopak—dziewczyna to z czasem się okazuje, że jedno chce cze-goś więcej....” M.K „Facet jest na tyle prostą istotą, że nie potrafi trakto-wać kobiety jak „przyjacie-la”, nawet nie dopuszcza tego do swych szarych ko-mórek, to po prostu przera-sta jego ego i krzyżuje nie-co inne oczekiwania." „Obecne czasy są dość skrzywione, mało kto ma na tyle rozwiniętą dojrzałość by wchodzić w układy przyjaźni damsko-męskiej. Co w tym najbardziej przeszka-dza? Myślę, że zwyczajny, wrodzony, mę-ski instynkt. Facet jest na tyle prostą istotą, że nie potrafi traktować kobiety jak „przyja-ciela”, nawet nie dopuszcza tego do swych szarych komórek, to po prostu przerasta je-go ego i krzyżuje nieco inne oczekiwania. Moim zdaniem to również wina męskich uczuć, no bo umówmy się, faceci są stra-sznie krusi, jeśli chodzi o emocje, potrze-bują ciepła, miłości, uczucia, a zwykła przy-jaźń im raczej tego nie da. Czy istnieje przyjaźń damsko—męska? Zdecydowanie nie. To tak jak zastanawiać się nad istnieniem obcych. Tego po prostu nie ma. Oczywiście z winy męskiej płci, bo w tym przypadku akurat o winie po obu stronach nie ma mowy! Tak więc drodzy chłopcy, zastanówcie się. Czy warto sta-wiać swoją egoistyczną męskość nad ludz-ką przyjaźnią? Chyba nie.” A.L.A.N. Dla wielu osób taka przyjaźń jest jedynie „etapem przejściowym”, a powodem tego jest fakt, że wspólne spędzanie czasu, szczere rozmowy rodzą idealną podstawę do dobrego związku. Bez względu na prawdziwość powyższego stwierdzenia byli ankietowani, którzy uwa-żają, że przyjaźń damsko—męska istnieje i są oni na to żywym dowodem. Zdarza się tak, że chłopak i dziewczyna tworzą relację pozbawioną wszelkich podtekstów. Jed-nakże są to sporadyczne przypadki. Istnie-ją również bardzo trwałe relacje w których jedna osoba jest hetero, a druga homose-ksualna. Takie przyjaźnie są najtrwalsze ponieważ nie ma w nich pożądania. „Oczywiście, że przyjaźń pomiędzy osoba-mi przeciwnej płci jest możliwa! Większość dziewczyn woli powiedzieć o swoich pro-blemach, smutkach przyjacielowi niż przy-jaciółce. Faceci to najlepsi przyjaciele jacy mogą być. Jednego chłopaka nie zastąpi nawet tysiąc dziewczyn. Nigdy nie zdradzą, nie zostawią, a co najważniejsze nie upo-korzą. Są mimo wszystko.” P.R., P.W.

Bez Tytułu Reaktywacja Bez Tytułu Reaktywacja

„Uważam że istnieje przyjaźń damsko—męska chociaż różnie to bywa, może to czasem przemienić się w jakieś głębsze uczucie, oczywiście nie zawsze. Jeżeli takie osoby się dobrze dogadują, lubią spędzać razem czas to czemu nie. Czasem przyjaciel lepiej cię zrozumie aniżeli przyja-ciółka, bo każdy ma inny punkt widzenia w różnych spra-wach. Oczywiście to zależy od ludzi i od tego jak rozumieją słowo przyjaźń i czy trzymają się określonych zasad bycia w takich relacjach.” J.K „Myślę, ze istnieje przyjaźń damsko—męska. Ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć tyle, że lepiej dogaduję się z facetami. Nie wszystkie przyjaźnie damsko—męskie zostają tylko przyjaźniami, nieraz mogą przerodzić się w miłość. Fajnie jest mieć przyjaciela—faceta, jest od nas silniejszy i może nam czasem pomóc w ciężkich czynno-ściach. Niektórym dziewczynom łatwiej jest rozmawiać o problemach z facetami. Są mniejszymi plotkarzami i wię-cej rzeczy zachowają dla siebie.” D.S. Jak wynika z powyższych wypowiedzi opinie są bardzo różne. Osobiście uważam, że taka przyjaźń istnieje. Dziew-czyny zazwyczaj wolą towarzystwo chłopców, jest tak, po-nieważ są oni dobrymi słuchaczami i doradcami. Czasem warto ujrzeć inny punkt widzenia, poznać coś z innej pers-pektywy. Relacje pomiędzy osobami przeciwnej płci są pozbawione zawiści i zazdrości. Nie ma konkurencji, gdzie w relacjach dziewczyna—dziewczyna jest to na porządku dziennym. Często przyjaźń przeradza się w coś więcej, ale trzeba wziąć pod uwagę, że w życiu nic nie jest na zawsze i nawet jeśli taka relacja jest jedynie etapem przejściowym do czegoś głębszego to i tak jakiś czas trwa. I. Oukal Fot. 1: Pavlina Jane (CC BY—SA 2.0) Fot. 2: Lena Vasiljeva (CC BY 2.0) Zdjęcia zostały zmniejszone i przycięte z oryginałów. BÓG TEŻ CZŁOWIEK
Czyli „Boże Mój” w płockim teatrze
Bez Tytułu Reaktywacja

We współczesnym świecie terapeutę odwiedza każdy: pani z bloku naprze-ciwko z powodu samotności, chłopiec w białej czapce z powodu odmienności, ksiądz z pobliskiej parafii z powodu bra-ku odpowiedzi, a Bóg z powodu depre-sji męczącej go od 2,5 tysiąca lat? Tylko w płockim teatrze. „Boże Mój” to sztuka autorstwa Anat Gov, izraelskiej scenarzystki. Premiera komedii w Teatrze Dramatycznym im. Jerzego Sza-niawskiego w Płocku miała miejsce 21 grudnia, jednak dzięki zaproszeniu pana Patryka Nowakowskiego, producenta sztu-ki, miałam okazję zobaczyć ją dzień przed wielką premierą. To przedstawienie jest małą, pobudzającą do myślenia pigułką. Skutki uboczne? Chcesz ją zażyć w więk-szych ilościach. Wyobraźmy sobie taką sytuację: do kobie-ty, terapeutki, zgłasza się wyjątkowy pac-jent, twierdzi, że jeśli ich spotkanie się nie odbędzie, stanie się coś strasznego, w je-go głosie słychać słabość, roztrzęsienie. Kobieta niechętnie zgadza się na sesję w swoim mieszkaniu, w końcu „to sprawa życia i śmierci”. Nikt nie powiadomił jej jednak, że chodzi o życie i śmierć wszy-stkich ludzi. Tak zaczyna się najważniejsze spotkanie w ich życiu. „Siła tego dzieła tkwi w skupieniu całej uwagi na aktorach i dialogu toczą-cym się pomiędzy nimi." „Boże mój” to ujmujący, pełen prawdy spektakl przedstawiający kontakty na linii Bóg — człowiek, i nie tylko. Rozśmiesza, wzrusza, zmusza do myślenia, poprzez po-ruszanie kwestii często błahych, odrzuca-nych przez nas, a jednak tak często poja-wiających się w naszej głowie. Siła tego dzieła tkwi w skupieniu całej uwagi na aktorach i dialogu toczącym się pomiędzy nimi. Kameralna sala i surowy, a jednak ciepły nastrój sprzyja poświęceniu się nim w pełni. Zarówno Hanna Chojnacka-Gościniak (terapeutka) jak i Szymon Cem-pura (Bóg) zachwycają widzów siłą swoje-go słowa, gestów, emocji, po których nikt już nie pragnie wystawnej scenografii, nie-samowitej charakteryzacji i przepychu na scenie. Pomimo tej pewnego rodzaju skro-mności nie ma tu miejsca na nudę.

Bez Tytułu Reaktywacja

Ci Państwo pokazują czym jest prawdziwy teatr. Na wielkie uznanie zasługuje również Maciej Cempura, który wcielił się w rolę cierpiącego na autyzm syna tera-peutki. Pozornie jest to mała rola, a jednak tak bardzo zna-cząca dla wymowy całej sztuki. Dzieło przez pryzmat krót-kiej sceny z Maciejem nabiera innego znaczenia, bardziej porusza i naprawdę wpływa na człowieka. Dojrzałość i deli-katność, a przede wszystkim prawdziwość aż biją od tego młodego aktora. Pominięcie tej sztuki to wielki błąd. Słyszałam, że na kilku spektaklach w lutym są jeszcze wolne miejsca. Lećcie je zarezerwować, póki możecie, naprawdę warto. M. Zabrocka

Bez Tytułu Reaktywacja FOTORELACJA


FILMOWY POJEDYNEK: WIELCY I BOGACI
Bez Tytułu Reaktywacja

W dzisiejszym pojedynku zmierzą się dwa filmy, których akcja toczy się w świecie bogactwa, luksusu i władzy, czyli tego, co tygryski lubią najbardziej. Oba dzieła łączy też fakt, że powstały w 2013r., a w głównych bohaterów wcie-lili się znakomici amerykańscy aktorzy. „Wielki Gatsby” (2013r.) Akcja tego opływającego przepychem i tę-tniącego życiem filmowego widowiska to-czy się w latach 20. ubiegłego wieku w No-wym Jorku. Młody, marzący o karierze sła-wnego finansisty Nick Carraway (Tobey Maguire) przeprowadza się do małego do-mku na Long Island i zostaje sąsiadem miejscowego milionera Jay’a Gatsby’ego (Leonardo DiCaprio). Gatsby to postać ta-jemnicza: choć co tydzień wyprawia naj-większe przyjęcia w Nowym Jorku, to mało kto zna go osobiście. Tak się składa, że po kilku tygodniach od przeprowadzki zapro-szenie na cotygodniową imprezę otrzymuje także Nick. Tym sposobem chłopak wkra-cza do nieznanego mu wcześniej świata elit, świata opływającego szampanem i is-krzącego się błyskiem diamentów. Ze zna-nych tylko sobie przyczyn pan Gatsby pra-gnie osobiście spotkać się z młodym są-siadem. Okazuje się, że Nick jest kuzynem

Bez Tytułu Reaktywacja „Luhrmann znakomicie połączył klasę i styl świata przedwojennej elity z współczesną muzyką najpopularniejszych artystów."

dawnej miłości Jay’a, Daisy (Carey Mulli-gan). Milioner prosi chłopaka o pomoc, pra-gnie ponownie spotkać się z kobietą swoje-go życia. Czy uda mu się odzyskać dawną miłość? Przekonajcie się sami. Choć skró-cony opis filmu być może brzmi dla was odrobinę banalnie, nie dajcie się zwieść po-zorom. „Wielki Gatsby” nie jest bowiem ty-powym love story ze szczęśliwym zakoń-czeniem. To opowieść o dążeniu do zniwelowania różnic dzielących ludzi z róż-nych środowisk, o pragnieniu akceptacji i miłości, ale też o szerzącym się wśród wyższych sfer zepsuciu i brutalnych intry-gach. Gwarantuję wam jednak, że najwię-ksze wrażenie wywrze na was świetna, bu-zująca barwami, dopracowana do najdro-bniejszego detalu scenografia i znakomite, oddające klimat epoki kostiumy, słusznie nagrodzone Oscarami. Przyznaję, że do obejrzenia filmu zachęciła mnie głównie doborowa obsada i na szczę-ście się nie zawiodłam. DiCaprio powalał, jak zawsze, świetną grą. Jednakże całe show skradła postać drugoplanowa — Isla Ficher, wcielająca się w rolę Myrtle Wilson. Jej żywiołowość i piękny niewymuszony uśmiech wprowadziły do filmu powiew świeżości. Na uznanie zasługuje też Tobey Maguire, który oczarowuje swoim chłopięcym urokiem i cichym, zawsze spo-kojnym głosem. Dzięki roli w „Wielkim Gatsbym” w końcu wyjęłam go z szufladki z napisem „Mój ulubiony Spiderman”. Za reżyserię i scenariusz do filmu odpowiada nie kto inny jak sam Baz Luhrmann, czyli ten sam człowiek, który stworzył „Romeo i Julię” i „Moulin Rouge!”. Ów reżyser lubu-je się w przepychu i wielkich widowiskach, więc i w przypadku Gatsby’ego

Bez Tytułu Reaktywacja

skoncentrował się na stworzeniu wizualnego show, praw-dziwej uczty dla zmysłów. Niestety, odbyło się to kosztem okrojenia fabuły kultowej powieści Francisa Fitzgeralda. Luhrmann znakomicie połączył jednak klasę i styl świata przedwojennej elity z współczesną muzyką najpopularniej-szych artystów. Warto podkreślić, że soundtrack „Wielkie-go Gatsby’ego” jest wprost genialny! Przez dłuższy czas nie mogłam przestać nucić świetnego „Young and beautiful” Lany del Rey, ale na składance znaleźć można też utwory Jay—z’a, Beyonce, Florence and The Machine czy Jacka White’a. Obejrzyjcie i choć na chwilę wpadnijcie do Gatsby’ego na najlepszą imprezę w waszym życiu! „Wielki Liberace” (2013r.) Film opowiada historię jednej z największych gwiazd Las Vegas — pianisty i showmana Władzia Valentino Liberace’a (tak, miał na imię Władzio, nie Władysław, lecz Władzio, słodko prawda?) Matka Liberace’a była Polką, oj-ciec zaś Włochem, stąd te nietypowe dane osobowe. Akcja „Wielkiego Liberace’a” rozgrywa się w latach 70., gdy Valentino (w tej roli świetny Michael Douglas) jest nie-przyzwoicie bogatym i najpopularniejszym showmanem w USA (został wpisany do Księgi Rekordów Guinessa jako najwięcej zarabiający artysta w Stanach Zjednoczonych!). Jego występu nie można pomylić z żadnym innym. Cha-rakterystyczne są dla niego ekstrawaganckie, bogato zdo-bione kostiumy i biżuteria, a także, dziś rzeklibyśmy, kiczo-wata oprawa występów (Liberace wjeżdża na scenę luksu-sowym samochodem, a na swoim wysadzanym milionem kryształków pianinie zawsze ustawia świecznik). „Reżyser koncentruje się jednak na pokazaniu bogactwa świata, w jakim żył Liberace, przez co znacząco skraca lub pomija niektóre istotne wątki."

Bez Tytułu Reaktywacja

Po jednym z koncertów Liberace poznaje Scotta Thorsona (Matt Damon), młodego, kochającego zwierzęta chłopaka z prowincji. Scott jest oczarowany bogactwem i luksuso-wym życiem gwiazdy, dlatego Władziowi szybko udaje się, mówiąc kolokwialnie, zaciągnąć go do łóżka i uczynić z niego nowego kochanka. Nowy pupil showmana szybko przyzwyczaja się do życia w luksusie, Liberace wciąż ob-darza go kosztownymi prezentami i namawia do wspólne-go mieszkania. Niestety, na skutek wystawnego życia Thorson wkrótce staje się coraz mniej muskularny, a pod-starzały pianista pragnie wiecznie pięknego, idealnego chłopca. Dlatego funduje chłopakowi serię operacji plasty-cznych i zabiegów upiększających, zatrudnia też dla niego osobistego dietetyka. Tym sposobem zabija jego szlachet-ność i delikatność. Sprawia, że Scott przestaje

Bez Tytułu Reaktywacja

przypominać siebie sprzed kilku lat. Thor-son pozostaje towarzyszem Valentino, mi-mo iż zdaje sobie sprawę, że po kilku la-tach nie jest już jedynym partnerem męż-czyzny. Na brawa zasługuje też zna-komita gra aktorska duetu Douglas — Damon, bo jak wiadomo, zagranie wspól-nych scen erotycznych przez dwóch heterose-ksualnych mężczyzn do najłatwiejszych nie należy." Losy Scotta i Liberace’a ogląda się cieka-wie, ponieważ film został oparty na faktach. Główną podstawę scenariusza stanowi książka opowiadająca o życiu z showma-nem napisana przez Thorsona. Reżyser, Steven Soderbergh, koncentruje się jednak na pokazaniu bogactwa świata, w jakim żył Liberace, przez co znacząco skraca lub po-mija niektóre istotne wątki. Kostiumy i cha-rakteryzacja rzeczywiście są wyśmienite i świetnie wpasowują się w charakter gwia-zdy estrady. Na brawa zasługuje też znakomita gra aktorska duetu Douglas — Damon, bo jak wiadomo, zagranie wspólnych scen eroty-cznych przez dwóch heteroseksualnych mężczyzn do najłatwiejszych nie należy. A właśnie skoro już o tym mowa, to warto wspomnieć tu o opiniach na temat filmu, ja-kie krążą w środowisku homoseksualistów. Zarzucają oni reżyserowi, że sceny eroty-czne są mocno przerysowane i wręcz…

Bez Tytułu Reaktywacja

obleśne. Mimo wszystko „Wielki Liberace” to jednak kawał dobrego aktorstwa i wycinek z życia jednego z najważniej-szych artystów XX wieku, na którym wzorowali się m.in. Elton John, Michael Jackson, Lady Gaga i Boy George. Szkoda jednak, że reżyser nie uwzględnił w filmie faktu, iż Liberace był niezwykle dumny ze swojego pochodzenia i zawsze powtarzał, że czuje się Polakiem. WYNIK: wygrywa „Wielki Gatsby”, co jak co, ale ten klimat przedwojennej nowojorskiej elity jest wspaniały, a film to istna uczta dla zmysłów! A. Brdak
PO CO NOSIĆ LOUBOUTINY SKORO SĄ BIRKENSTOCKI?
Bez Tytułu Reaktywacja

Niedawno temu, za siedmioma górami, w nie tak bardzo odległej galaktyce żyło plemię hipsterów. Głównym celem tej grupy było osiąganie maksymalnego poziomu indywidualizmu na każdej mo-żliwej płaszczyźnie. Część należących do plemienia, znudzona ciągłym wyści-giem ku indywidualności, wyniosła się do pobliskiej wsi i otworzyła się na normcore. Nie bez powodu przedstawiłam powstanie tych grup w Polsce w taki sposób. Norm-core to bez dwóch zdań odłam hipsterstwa, tak bardzo podobnego, a jednocześnie tak bardzo różniącego się od siebie. Nazwa te-go tworu kulturowego (bo nie tylko o modę tu chodzi), jak podaje Wikipedia pochodzi od angielskich słów normal i hardcore, co możemy tłumaczyć jako hardkorowo nor-malny. Prostymi słowy, jest to styl opiera-jący się na zupełnej przeciętności lub wła-śnie brak stylu. „Czarne i białe topy lub gol-fy, klapki, czy „uwielbiane” przeze mnie crocsy to także trendy promowane przez normcore’ów."

Bez Tytułu Reaktywacja

Podstawowymi atrybutami każdego nor-malsa (częsta polska nazwa osób należą-cych do tej grupy) są buty birkenstocki, je-szcze niedawno widziane na nogach kup-ców na bazarach i spodnie milfy, potocznie „mamuśki”, bezkształtne, z wysokim sta-nem i nonszalancko wywiniętymi nogawka-mi. Czarne i białe topy lub golfy, klapki, czy „uwielbiane” przeze mnie crocsy to także trendy promowane przez normcore’ów. Aż dziwne, że grupa posiada tak wiele cech charakterystycznych, a tak ciężko rozpoz-nać jej prawdziwych przedstawicieli. Normcore a my Skoro przeciętność i normalność jest obe-cnie w takiej cenie, to czy mieszkańców Raciąża możemy nazwać wyznawcami normcore? Nieświadomymi, być może. Jednak normcore to przede wszystkim świadomość swoich wyborów, konsekwen-tne planowanie i staranne dobieranie ubio-ru, tak by wyglądać jak najzwyczajniej. W takim razie, po co wkładać w swój wy-gląd tyle wysiłku? W porównaniu z hipste-rami, którzy próbowali wyróżnić się za wszelką cenę ciężko zrozumieć podejście do życia normcore’ów. Dom mody Chloé, Kenzo To między innymi w ich najnowszych kole-kcjach widać silne wpływy normcore. Jak da się zauważyć interakcja pomiędzy ryn-kiem modowym, a ludźmi poświęcającymi mu uwagę jest ścisła i nieskomplikowana. Ludzie czerpią inspirację z pokazów, proje-ktanci ze wszystkiego co ich otacza, w co wliczają się wszyscy przeciętni i nieprze-ciętni ludzie. Gdy na salonach królowali hipsterzy, to im była poświęcona uwaga, to w ich stylu two-rzono różnego rodzaju wydarzenia, to ich wpływy widać było w kolekcjach na nowe sezony. Obecnie na rynku światowym to normcore wiedzie prym w modzie, jego po-zycję potwierdziły chociażby ostatnie Fashion Weeki w Nowym Jorku, Londynie czy Paryżu i ich „streetowa” odsłona. „Podczas gdy zmieszanie się z tłumem to sytuacja, którą gardzi każdy prawdziwy hipster, przedstawiciel normcore nie marzy o niczym innym." Paradoks za paradoksem Jednak te dwa „twory” mają wspólny punkt wyjścia. Obydwie grupy są kulturami para-doksu. U hipsterów polega on na niemożli-wości przyznania się przez hipstera do by-cia hipsterem, natomiast u normcore’ów przejawia się on w skupianiu uwagi na dą-żeniu do przeciętności. Przyznanie się do bycia hipsterem jest potwierdzeniem na to, że do tej grupy się nie należy. Idąc tym tropem, wszyscy, którzy świadomie nie są hipsterami, z definicji właśnie nimi są. Skomplikowane jak sprawy Sherlocka Holmesa, czyż nie? Podczas gdy zmiesza-nie się z tłumem to sytuacja, którą gardzi każdy prawdziwy hipster, przedstawiciel normcore nie marzy o niczym innym. I tu pojawia się pytanie.

Bez Tytułu Reaktywacja

Czy normcore to zaprzeczenie hipsterstwa czy jego wyższy poziom? Powiedziałabym, że pełni jednocześnie obydwie funkcje i myślę, że ciężko się z tym nie zgodzić. „Jaki nurt będzie wiódł prym, kiedy niektórym znudzi się przeciętność?" Co przyjdzie po normcore? Jaki nurt będzie wiódł prym, kiedy niektórym znudzi się przeciętność? Tego nie wie jeszcze nikt, i to jest chyba najpiękniejsze w modzie. Może nas zaskoczyć, czym tylko zechce. M. Zabrocka Fot. 1: Tony Alter (CC BY 2.0) Fot. 2: the waving cat (CC BY NC SA 2.0) Zdjęcia zostały zmniejszone i przycięte z oryginałów. Sobota — dzień niemal mistyczny. To od niego zaczyna się weekend, imprezowanie a czasami zdarza się, że nawet ciąża. Co tydzień młodzi, piękni — a także ich antyno-mie — kąpią się, ubierają i wylewają na swoje ciała litry pachnideł. Następnie całymi stadami udają się na dyskoteki. „Ambra”, „Blue” — te pozycje są niewątpliwe dobrze znane młodzieży z naszej szkoły. Kluby, które w każdą sobotę pękają w szwach stały się drugim domem dla wielu młodych ludzi.
CZEKAJĄC NA SOBOTĘ
Bez Tytułu Reaktywacja

Seks, alkohol i disco polo — tak wyglądają dyskoteki według relacji ich stałych bywal-ców. Sam wzbraniam się rękami i nogami przed wizytą w tych miejscach — to nie mój klimat. Jednak znajomi nie stronią od wizyt w nich. Przygotowania Jak już wcześniej pisałem, nie chodzę na dyskoteki. Pomimo tego doskonale znam przebieg przygotowań do wieczornego wyjścia. Zapytacie: skąd? No cóż, mogę śmiało powiedzieć, że gniazduje u mnie w domu ich wielki amator. Wraz z nasta-niem magicznej godziny szesnastej, koń-czy się praca, a zaczyna rytuał. Zarówno samce jak i samice w pierwszej kolejności namaczają ciała. Zmywają z siebie zapach papierkowej roboty i nędznego życia w cie-niu szarego tygodnia. Gdy z głośników na-wołuje Scooter, osobniki zalewają Face-book, allegro oraz OLX ogłoszeniami. Na ich podstawie możemy wyróżnić pozycję w stadzie imprezowiczów.

Bez Tytułu Reaktywacja „Inni wspominają dyskotekę jako mistyczny pojedynek do-bra ze złem — antyperspirantu i spoconej, śmierdzącej pachy."

Jednostki uprzywilejowane (chociaż ciężko tu o osobowość), posiadające własne po-jazdy, dodają ogłoszenia typu: „Dwa wolne miejsca na…”. Ich pozycja jest bezpieczna, można nawet powiedzieć, że są pożądani. Postawę uległą dostrzegamy u tych piszą-cych: „Jakieś wolne miejsca na…?”. To czy dostaną się na dyskotekę uzależnione jest od kilku czynników. Po pierwsze, wygląd. Im bardziej jesteś postrzegany/a jako „hot” tym większe szanse na podwózkę. Po dru-gie — popularność. Prawdopodobieństwo darmowego przejazdu jest wprost propor-cjonalne do ilości znajomych na portalu społecznościom. Kiedy transport jest już załatwiony, a do wyjazdu pozostaje je-szcze dobra godzinka osobnik udaje się do garderoby, tudzież półki z ubraniami. Tam przetrząsa zbiory najlepszych szat. Przy-mierzanie kolejnych kreacji jest niezwykle czasochłonne, na ciała wylewane są wtedy całe flakony perfum. W międzyczasie wy-konuje kilka telefonów. Wychodzi. Get the party started! Impreza. Ten etap znam już tylko z opo-wieści. Jedni w jakiś magiczny sposób dru-giego dnia nie pamiętają co się działo. To-warzyszy im tylko uporczywy ból głowy. Czyżby jakiś alchemik—barman nierówno rozdysponowywał tabletki gwałtu? Inni wspominają dyskotekę jako mistyczny po-jedynek dobra ze złem — antyperspirantu i spoconej, śmierdzącej pachy. Nie da się ukryć, że niektóre osobniki na drodze ewo-lucji nie przyjęły zwyczaju mycia ciała poza rękoma. Jednak podobno nawet one nie narzekają na brak zbereźnych propozycji. Wyobraźmy sobie taką sytuację: młody chłopak, powiedzmy, że ma na imię Michał,

Bez Tytułu Reaktywacja

idzie razem ze swoim kumplem — nazwijmy go Kamil — przez dyskotekowy parking. Jest środek nocy, kiedy księ-życ i liche latarnie oświetlają dygoczące się samochody o zaparowanych szybach. Z jednego z takich pojazdów wy-chodzi młoda, zgrabna dziewczyna — powiedzmy, że jej imię jest mniej ważne, przez co nie będziemy go przyta-czać. Chłopcy idą od strony klubu, z naprzeciwka chwiej-nym krokiem sunie dziewczyna z auta. Po środku drogi, w świetle latarni stoi ochroniarz — Andrzej. Gdy blask lam-py pada na twarz dziewczyny, Andrzej pyta: Ej, dziewczyn-ko chcesz chusteczkę? — troskliwy można by pomyśleć. Po chwili dziewczyna odpowiada: Nie, a po co? — czy bę-dzie żałować swojego pytania? Andrzej z nieudawaną ra-dością odpowiada: Bo masz spermę na policzku. Być mo-że historia wydaje się śmieszna. Proszę sobie jednak uświadomić, że jest ona prawdziwa, przydarzyła się jed-nemu z naszych czytelników. „Tańcząc w tłumie został uszczypnię-ty w pośladek. Odwraca się, a tam dziewczyna wodząca wzrokiem po jego kroczu. Trochę speszony tańczył dalej. Do czasu aż ta złapała go za krocze." Znane są mi setki opowieści o wymiocinach, zgonach i bój-kach. Mnie bardziej zaciekawił temat tańca, a dokładniej te-go co się podczas niego odbywa. Kolega opowiedział mi kiedyś o pewnej sytuacji, jaka mu się przydarzyła podczas sobotniego wypadu do klubu. Tańcząc w tłumie został uszczypnięty w pośladek. Odwraca się, a tam dziewczyna wodząca wzrokiem po jego kroczu. Trochę speszony tań-czył dalej. Do czasu aż ta złapała go za krocze. Cały czer-wony uciekł z parkietu. Takie sytuacje podobno zdarzają się bardzo często. Przychodzi mi to na myśl wiele pytań: czy podchodzi to pod molestowanie? A może warto tam

Bez Tytułu Reaktywacja

pojechać? Jedno jest pewne, wyzwolenie seksualne dotknęło już także kobiety. Po ostrym balowaniu przychodzi czas na sen. Poranki, ach te poranki Nikt nie lubi wcześnie wstawać, zwłaszcza po zarwanej nocy. Więc jeśli ojczyzna nie wzywa do wojny osobniki śpią jak susły. Pobudka — Oooohhh boli! — i ponowny sen. Do południa schemat powtórzy się je-szcze kilka razy. Po przeminięciu syndro-mu dnia poprzedniego, następuje czas wy-miany wiadomości, opinii, a także czegoś bardzo ważnego w życiu każdego imprezo-wicza — zdjęć z dyskoteki. Gdy tylko klub wrzuci fotografie z zabawy Facebookowe tablice zostają zalane postami. Każdy szu-ka się w tłumie, każdy chce być na zdjęciu. Do wieczora jeszcze kilkukrotnie zostanie poruszony temat minionego dnia. A od po-niedziałku czeka ich tylko powrót do szare-go życia w cieniu pracy. Sobota — dzień niemal mistyczny. Ktoś się zakocha, kogoś zabierze pogotowie, kolej-na dziewczyna zajdzie w ciążę, a może właśnie ty obudzisz się następnego dnia, bogatszy o kolejną chorobę weneryczną? Trochę to smutne, że młodzi ludzie pod-porządkowują swoje życie zabawie. Liczba odbytych stosunków seksualnych, ilość wy-pitego alkoholu i długość zabawy na jakiej się było świadczą o byciu „fajnym”. W do-bie masowości bycie alternatywną nietuzin-kową jednostką jest, jak zawsze zresztą, źle postrzegane przez ogół. I pomimo, że nie neguję dyskotek, to cieszę się, gdy ko-lejne osoby wzbraniają się od bywania na nich. T. Obrębski Fot. 1: Niklas Montelius (CC BY 2.0) Fot. 2: dave.see (CC BY 2.0) Fot. 3: Jirka Matousek (CC BY 2.0) Zdjęcia zostały zmniejszone i przycięte z oryginałów. ŚLĄZISZ
IS EASY
Bez Tytułu Reaktywacja Bez Tytułu Reaktywacja

Mówiąc „Śląsk” myślimy: węgiel, kopal-nie, zanieczyszczone powietrze i to co najgorsze — Sosnowiec. Mi ta kraina geograficzna kojarzy się na szczęście również z tym, co u ślązaków najpięk-niejsze, czyli gwarą. Obecnie porozu-miewa się nią ponad 500 000 osób a od 2008 roku funkcjonuje nawet Wikipedia pisana „ślunskom godkom”. Dlaczego więc nie przyjrzeć się lepiej temu tema-towi? Ktoś mógłby zapytać skąd wzięła się od-mienna hanyska mowa, skoro ślązacy są przecież Polakami takimi jak my. Kabaret Młodych Panów pochodzący z Rybnika tłu-maczy to tym, że „(…) na początku dzie-jów, kiedy Pan Bóg obdzielił językami naro-dy, patrzy, elegancko, wszystko porozdzie-lane, jest zadowolony i nagle słyszy z boku pełno ludzi, którzy tylko „yyyyyy…” On tak patrzy na nich i mówi „Jeruna, jo żech o was zapomnioł, co teroz? A nic, trudno, będziecie godoć tak jak jo.”. O ile jako ka-bareciarze moglibyśmy pokusić się o takie wyjaśnienie, o tyle z naukowego punktu widzenia wygląda to nieco inaczej.

Bez Tytułu Reaktywacja

Według specjalistów praw-dziwym śląskim językiem posługuje się niewielu lu-dzi, a za ów język często uznaje się najbardziej po-pularną gwarę górnego śląska, a w zasadzie zbiór kilku dialektów które razem funkcjonują jako mowa używana przez hanysów. W dziejach historycznych pierwsza wzmianka o tym języku pochodzi z przełomu XIV i XV wieku a dopiero w 1989 roku uzy-skał oficjalny status swojej odrębności i został dopu-szczony do pełnoprawne-go użytku. Mimo tego za-pisu używanie śląskiej gwary w urzędach nadal stanowi problem. Jeśli chodzi o praktyczne używanie śląskiego, za-cząć trzeba od tego, że prawdziwy hanys, czyli rodzimy mieszkaniec tego rejonu, nie mówi tylko „go-do” i to chyba główna róż-nica. Nie znając podstaw, ciężko jest porozmawiać z rodowitym ślązakiem bez żadnej wpadki wynikającej z obustronnego niezrozu-mienia. Problemy języko-we pojawiają się na przy-kład ze słowami niewystę-pującymi w powszechnym języku poczynając od łat-wego do rozszyfrowania słowa „dzioucha” aż do ustrojstwa zwanego „wa-serlajtungiem” czyli mó-wiąc po naszemu — wodo-ciągu. Kolejnym kłopotem jest to, że hanysi inaczej tłumaczą niektóre słowa. Gdybyście na przykład wi-dzieli ślązaka z rowerem mówiącego, że musi na-prawić koło wskazując na swój pojazd, nie ma on na myśli części jezdnej swoje-go jednośladu, ale konkre-tnie rower, który po śląsku to po prostu „koło”. Przy-zwyczaić się należy rów-nież do powszechnego używania słowa „dupić” w praktycznie każdym zna-czeniu: dupić skądś — przychodzić, dupać na gru-bie — pracować w kopalni, i tak dalej, i tak dalej.

Bez Tytułu Reaktywacja źródła: http://chomikuj.pl/Gojano/Kabaret+M*c5*82odych+Pan*c3*b3w+-+Opowie*c5*9bci+Biblijne+po+*c5*9al*c4*85sku+%28Ryjek+2012%29,2140161053.flv%28video%29 http://pl.wikipedia.org/wiki/Etnolekt_%C5%9Bl%C4%85ski http://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Al%C4%85ska_Wikipedia http://www.fazi.nstrefa.pl/slownikslaski.html http://www.pogaduchy.co.uk/1istoriajezykaslaskiegogo-vt10603.html

Dodatkowo do czasownika ot tak dodać możemy słowo „żech”, które uczyni naszą wypowiedź dużo bardziej ślą-ską. Tu jako przykład mogę przedstawić kwestię wypowie-dzianą przez Boga do Mojżesza, która według hanysów brzmiała: „Jo żech je, kery żech je”, czego już chyba tłuma-czyć nie muszę. „Gorol może próbować uczyć się ślą-skiego, ale tak dobry jak hanys nigdy nie będzie, gdyż z umiejętnością „godonia” podobno trzeba się urodzić i pod tym względem będziemy zawsze lekko dyskryminowani." Mimo wszystko pewną sprawę trzeba postawić jasno: gorol hanysowi nie równy. Jeśli ktoś nie orientuje się, co stanowi różnicę już śpieszę z wyjaśnieniem. Hanys, jak już wcze-śniej wspominałem, to rodowity mieszkaniec śląska potra-fiący się gwarą świetnie posługiwać. Gorol natomiast to dla hanysa cudzoziemiec — inaczej nie ślązak i dla tubylców z zagłębia osoba całkowicie zielona w temacie gwary i obyczajów śląskich. Tak czy inaczej wspomniany gorol może próbować uczyć się śląskiego, ale tak dobry jak ha-nys nigdy nie będzie, gdyż z umiejętnością „godonia” po-dobno trzeba się urodzić i pod tym względem będziemy zawsze lekko dyskryminowani. To jednak nie powinno ni-kogo z was zniechęcać do prób uczenia się tej gwary, za-równo dla własnej przyjemności jak i po to, aby kiedyś móc z hanysem bez stresu „pogodać”. Ł. Jaworski Fot. 1, 2: Kris Duda (CC BY 2.0) Zdjęcia zostały zmniejszone i przycięte z oryginałów. LISTY DO
REDAKCJI
Bez Tytułu Reaktywacja

Droga redakcjo Mam na imię Ania, od niedawna bory-kam się z pewnym intymnym proble-mem. To może zabrzmieć ordynarnie, aczkolwiek 3 na 4 przypadki, kiedy przy-jeżdża ciocia dzieje się to w miejscach publicznych. Głównie w szkole. Zawsze mam przy sobie i tampony i podpaski boje się jednak ich używać. Koleżanka opowiadała mi o tym jak jej matka urwa-ła sznurek od tamponu i on w niej zos-tał… Z podpaskami jest znowu tak, że obawiam się, że wyjdzie mi kiedy będę się ruszać. Pomocy!!! Już trzy razy cio-cia wyszła mi na spodnie! Ania. Droga Aniu, musze przyznać, że twoja cio-cia to kawał chama! Jak ona może robić ta-kie świństwo w miejscach publicznych? Mam jednak rozwiązanie. Tampon owiń miedzianym drucikiem — miedź nie ulega korozji i jest antyseptyczna — już nigdy nie będziesz musiała się obawiać że coś się urwie. Podpaski jakie są każdy wie. Albo przesuną się na pępek, albo wejdą ci na plecy. Dobrym rozwiązaniem jest „zinte-grować" bieliznę z podpaską. Igła z nitką lub nawet zszywacz powinny rozwiązać problem ruchliwości. Khaki Dlaczego gdy wchodzę na fb, od razu widzę spam Iman? Może wcale nie chce tego oglądać? Może mnie to nie intere-suje, a może nawet irytuje? Czy mam ją usunąć ze znajomych? Radzio Nie stosuj od razu tak radykalnych środ-ków. Spróbuj najpierw z nią porozmawiać. Może w ten sposób chce zwrócić na siebie czyjąś uwagę, a może po prostu nie zdaje sobie sprawy, że kogoś tym irytuje. Wyja-śnij, że jej zachowanie ma destrukcyjny wpływ na innych. Jestem pewna, że jest więcej osób myślących jak ty. Może to po-winno pomóc. Kajzera W sklepiku jest mało jedzenia i drogie! Co mam zrobić?! XYZ Jeśli Ci to przeszkadza zawsze możesz przynieść z domu kanapki, a jeżeli to bę-dzie dla Ciebie za mało możesz wziąć od-dzielną torbę, w której będziesz miał np. masło, jakąś szyneczkę, bochenek chleba, a nawet majonez! Geniusz
ME USTA
Bez Tytułu Reaktywacja

Me usta spękane, suche i spierzchnięte, Zimne od szkła chłodu, wspomnień woń pijące, Jedynie Twym wargom zostały zaklęte, Ze studni warg Twoich płyn życia czerpiące. Me usta cnotliwe, nieskażone zdradą - Nie jako Graal Święty kałem namaszczony. Zabite deskami w ciemności się kładą, boski cud tynktury Tobie przeznaczony. Pijawki zmarniałe, ambrozji spragnione Ożywają w świetle krwawiącego znicza Gotowe przyssać się do Twego oblicza. Tchnij we mnie zgniliznę! Chwalmy Persefonę! Mym uzdrowicielem w śmiertelnej chorobie Kojący jad śmierci, co spływa po Tobie. R. Rupiński Fot.: Greta Ceresini (CC BY 2.0) Zdjęcie zostało zmniejszone i przycięte z oryginału.