Musisz zainstalować flash player pobierz instalator






Nr 4 (02/2016) II LO Tarnów

SPIS TREŚCI
Test Bechdel Emilia Wójcik
Miłej lektury!

Święta, Święta i po Świętach, czyli jak spędziły ten czas inne narody. Kalina Muchowicz Jaszczurki w roku 2050, czyli jak rozwinąć przyszłość? Dawid Dębowski "Jeszcze tylko" - jako przykład wiecznego nienasycenia. Patrycja Kwiek Arthurizm cz. 3 Artur Oratowski Od jutra nie palę Kinga Stachura Spiski Aleksandra Dziadoń Test Bechdel
Źródło zdjęcia: https://theugliestfraud.wordpress.com/2013/11/14/thebechdelltest%E2%89%A0feminism/


„Śniadanie u Tiffany’ego”, „Pulp Fiction”, „Forrest Gump”, „Król Lew”, „Ojciec Chrzestny”, „Opowieści z Narni: Lew, Czarownica i Stara Szafa”, „Biegnij Lola, biegnij”, „Avengers”, „Mała syrenka”, „Deszczowa Piosenka”, „Casabanca”. Mimo, iż reprezentują różne gatunki, wszystkie te filmy są znane i dobrze oceniane przez krytyków. Wiele z nich pochodzi z pierwszej 20 najlepszych filmów według portalu Filmweb.pl. Jednakże, odkąd wiem, czym jest test Bechdel, podchodzę do wszystkich tych filmów nieco sceptycznie. Test Bechdel ma za zadanie sprawdzać kobiecą aktywność w filmach. Wystarczy spełnić trzy kryteria: dwie postaci płci żeńskiej, których imiona są znane widzom, rozmawiają o czymś lub o kimś innym niż mężczyzna. Wydawać by się mogło, że nie trudno przejść ten test. W końcu wystarczy tylko krótki dialog w jednej scenie. Niestety, ogromna ilość filmów, szczególnie tych najbardziej



znanych, nie zdaje testu. Wśród filmów, które podaję na początku, nie wymieniam wielu z tych uważanych za jedne z najlepszych dzieł kinematografii wszechczasów. „Ojciec Chrzestny”, „Skazani na Shawshank”, „Dwunastu gniewnych ludzi”, „Lot nad kukułczym gniazdem” czy „Chłopcy z ferajny”, w przeciwieństwie do filmów z pierwszego akapitu, nie mają nawet istotnych dla fabuły postaci żeńskich, więc nie dziwi mnie to  że oblewają test Bechdel. Co ciekawe, nawet filmy, w których kobiety są głównymi bohaterkami („Śniadanie u Tiffany’ego”, „Biegnij Lola, biegnij”, „Mała syrenka”) tak bardzo kręcą się wokół mężczyzn, że nasze protagonistki nie rozmawiają o niczym innym. Według badań przeprowadzonych w 2014 roku, około 43% filmów nie zdaje testu Bachdel. Utwierdza nas to w przekonaniu, że przemysł filmowy chce potwierdzać stary jak świat stereotyp o kobietach, pragnących być „damami w opałach”, słabych, nie umiejących sobie poradzić bez pomocy mężczyzn, jednowymiarowych, mało ambitnych i przewidywalnych. Mogłoby się wydawać, że teraz Hollywood stara się to zmienić. W końcu, powstaje coraz więcej filmów, w których widzowi przedstawiane są naprawdę silne, niezależne kobiety. Można to zaobserwować na przykładzie produkcji Disney’a. Dawniej królewny pragnęły swojego wymarzonego księcia z bajki, dla którego gotowe były uciec od rodziny czy oddać życie, niekiedy po tylko jednym dniu znajomości. W ostatnich latach dostajemy jednak księżniczki, które rozważniej dobierają swoich partnerów, starają się ich poznać i mają też inne ambicje niż małżeństwo. Niestety, mimo drobnego postępu, wystarczy spojrzeć na zeszłoroczne nominacje do Oscarów, by znów stracić nadzieję. Na 8 filmów nominowanych w kategorii Najlepszego Filmu, tylko 3 zdają test Bechdel. Żaden z nich nie prezentował kobiety, jako głównej bohaterki. Kobiety nominowane w kategorii Najlepszej Aktorki Pierwszoplanowej musiały być wybierane spośród filmów, których jednak Akademia nie uznała za wystarczająco dobre, by mogły się ubiegać o statuetkę dla Najlepszego Filmu. Może nie powinno być to takim zaskoczeniem, skoro wśród członków Akademii Filmowej, głosujących podczas Oscarów, kobiety stanowią tylko 23%. Warto jednak zauważyć, że test Bechdel zyskuje na popularności w mediach i coraz więcej filmów jest sprawdzanych pod jego kątem. Miejmy nadzieję, że któregoś dnia, niezdanie tego testu będzie rzadkością, a nie tak jak teraz, normą. Emilia Wójcik Boże Narodzenie
CZYLI JAK SPĘDZIŁY TEN CZAS INNE NARODY


Boże Narodzenie to czas bliskości z rodziną, ciepła domowego ogniska i wspólnego przeżywania narodzin Chrystusa. Nasze polskie świąteczne tradycje są chyba każdemu dobrze znane, zwłaszcza, że niedawno mieliśmy z nimi styczność. Ale czy kiedykolwiek zastanawialiśmy się jak świętują inne, czasami egzotyczne narody? Oto kilka najdziwniejszych (i najciekawszych) zwyczajów świątecznych z zagranicy. Japonia Japonia jest krajem, w którym dominuje buddyzm. Jak więc mogą oni obchodzić chrześcijańskie święto, jakim jest Boże Narodzenie? Odpowiedź jest prosta – nie chcą się czuć gorsi od reszty świata i naśladują nas, tak jak na przykład my naśladujemy Halloween, święto z państw anglojęzycznych. Ponieważ nie mają żadnych tradycyjnych Bożonarodzeniowych dań, ich świątecznym obiadem jest najczęściej... kurczak na wynos z KFC. Indie W Indiach tylko 2 3% populacji to chrześcijanie , ale ponieważ, jak nam dobrze wiadomo, kraj ten ma ponad milion mieszkańców, chrześcijan jest tam ok. 25 milionów! W tamtejszych regionach trudno jednak znaleźć jakieś drzewo iglaste, więc indyjskie choinki są ozdobionymi drzewkami bananowymi lub mango. Słowacja Loksa jest tradycyjną świąteczną potrawą na Słowacji i w niektórych częściach Ukrainy. Jest to płaski chleb z dodatkiem ziemniaków,



a wyglądem przypomina naleśnik. Przed rozpoczęciem świątecznego obiadu, ojciec, jako głowa rodziny, bierze taki placek i rzuca nim z całej siły o sufit. Bierze się to z ludowego przesądu, że im więcej się przyklei, tym większe będą zbiory w przyszłym roku. Jednak mamy tutaj mały problem – usunięcie takiej potrawy z sufitu jest nie lada wyzwaniem, a później trzeba zazwyczaj całą powałę przemalować. Niemcy W kraju naszego kolejnego sąsiada istnieje jeszcze jeden interesujący świąteczny zwyczaj. Niemieccy rodzice chowają wśród choinkowych gałązek… małego kiszonego ogórka. Rankiem dzieci na wyścigi przeszukują choinkę (zapewne nie odbywa się to bez stłuczenia kilku bombek), bo ten, kto znajdzie go jako pierwszy, dostaje zawsze jakiś miły, drobny upominek. Hiszpania W bożonarodzeniowej szopce każdego szanującego się Katalończyka powinien znajdować się przynajmniej jeden el caganer. Jest to figurka przestawiająca wesołego chłopca ubranego w tradycyjny ludowy strój, wypinającego pupę i załatwiającego swoje potrzeby fizjologiczne. Bez niego, stojącego obok osiołka, Józefa, Maryi czy Jezuska, święta nie są te same. Niezwykle kuszące jest zilustrowanie owej sytuacji, ale… chyba nie wypada. Skąd wziął się ten obyczaj? Istnieją dwie teorie wyjaśniające to zjawisko. Pierwsza mówi, że el caganer symbolizuje równość wszystkich ludzi wobec



natury. Nieważne czy jesteś bogaczem, żebrakiem, malarzem, pijakiem, aktorem, śpiewakiem czy biedakiem, każdy musi od czasu do czasu załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne. Według drugiej teorii, figurka ta jest symbolem gotowości Boga do zbawienia ludzi, niezależnie od tego, czy są na to przygotowani, czy nie. Ciekawe, czyż nie? Kanada Czy zastanawialiście się kiedyś, gdzie mieszka Święty Mikołaj i na jaki adres należy wysłać do niego list? Kanadyjczycy rozwiązali ten problem! Oficjalny adres Świętego Mikołaja to: Santa Claus, North Pole. Canada HO HO HO  Owe „HO HO HO” funkcjonuje jako kod pocztowy. Tysiące wolontariuszy otwiera co roku miliony listów wysłanych na ten adres i jak dotąd, nie zdarzyło się jeszcze, żeby ktoś nie dostał na taki list odpowiedzi. Przychodzą one w wielu językach, z różnych krajów świata, więc może przyszłym roku warto by spróbować. Piszemy? Jeśli tylko byliśmy grzeczni… TEKST I  ILUSTRACJE KALINA MUCHOWICZ Jaszczurki w roku 2050, czyli jak rozwinąć przyszłość?
W tym numerze mamy przyjemność przedstawić tekst naszego kolegi - Dawida Dębowskiego. Opowiadanie zajęło 2. miejsce w konkursie "Economy 2050 - zostań autorem science fiction" org. przez Fundację Promocji i Akredytacji Kierunków Ekonomicznych. Gratulujemy!


Dzwonek na przerwę. Wychodzę na korytarz razem z grupą moich kolegów z klasy. W sumie lubię szkołę. Ale moja szkoła ogranicza się do siedzenia na krześle i skupianiu się na obrazach przesyłanych nam za pomocą specjalnych hełmów. Rodzice mówią mi  że kiedyś było to kompletnie inaczej. Jednak kiedyś to kiedyś, a dziś to dziś. Nasza przerwa nie trwa długo. Po pięciu minutach znów wchodzimy do klasy. Siadam na krześle i z sufitu ściągam świecący wielokolorowymi diodami kask. Zapinam go pod szyją i wiedza sama przelatuje w nasze głowy. Aktualnie przebywam na geografii. Nie jest to najgorszy przedmiot, mogę nawet powiedzieć, że go w miarę lubię.  Dziś uczymy się o bezrobociu oraz wskaźniku PKB – odzywa się nauczyciel w naszych głowach. I w ten sposób dowiadujemy się co to jest bezrobocie, a także, że dziś jest ono nieodnotowywane, ze względu na dużą ilość miejsc pracy. A z tego wynika, jak powiedział nam nauczyciel, że wskaźnik PKB także wzrósł. Dziś wynosi on ponad milion argenów na jednego mieszkańca. Dowiadujemy się, jak obliczyć PKB. Przy okazji, nauczyciel opowiada nam o wskaźniku takim jak HDI i mówi, że większość krajów świata osiągnęła już maksymalną , jedynkę”. Choć są to stare wskaźniki, to dobrze służą ludziom. A wszytsko rozwinęło się tak dobrze tylko dlatego, że naukowcy odnaleźli nowe organizmy, które naturalnie wytwarzają zimno. To zimno wykorzystywane jest później w specjalnych fabrykach, które przetwarzają je na energię. I znowu dzwonek, tyle że tym razem kończymy już lekcje. Wybiegamy



ze szkoły na plac. Ustawiamy się w kolejki do specjalnych maszyn, zwanych teleportami, które przenoszą nas w dowolnie wybrany przez nas obszar w granicach naszego kraju. Ja jednak stwierdzam, że się przejdę i w tym celu, przenoszę się jedynie poza mur. Nad głową przeleciał mi samochód. Tak, przeleciał. Od 2045 roku mamy nowe technologie takie, jak latające samochody czy lewitujące pociągi. A teraz mamy rok 2050. Wszystko dzięki temu zimnu. Wreszcie pociągi jeżdżą na torach z nadprzewodników, które mogą funkcjonować wyłącznie dzięki bardzo niskim temperaturom. Samochody także wysyłają fale zimna, odbijając się przy tym od powietrza. - Łukasz! – woła ktoś za mną. Odwracam się i widzę jedną z moich przyjaciółek, Weronikę. - Cześć. Co u ciebie? – pytam. - Całkiem dobrze, a u ciebie? - Właśnie wybieram się do lekarza. - Noga dalej boli? - Bardzo. Może lekarz mi pomoże. - No to nie będę ci przeszkadzać. Muszę już lecieć, na razie. I pobiegła dalej. A ja jestem już niedaleko szpitala. Przechodzę przez drzwi, które rozsuwają się przede mną. Mijam rejestrację i podaję swoje nazwisko. Dostaję informację, że lekarz już na mnie czeka. Wchodzę przez drewniane drzwi. Doktor szybko mnie diagnozuje, a potem zleca punktowanie chłodem. Nie mam zielonego pojęcia, co to może być, jednak podążam za nim i wchodzę do pomieszczenia, oświetlonego jasnym światłem, pochodzącym z lamp. Kładę się na łóżku. Z tacy zostaje zabrana rzecz, która kształtem niebezpiecznie przypomina pistolet. - Nie martw się – mówi mi lekarz. – Nie zaboli. Wiem, że groźnie wygląda, ale nawet nie poczujesz, a już będzie po krzyku. Przykłada mi ,,lufę” do nogi i naciska spust. Lekkie ukłucie zimna, a potem… nic. Nie tracę przytomności. Przed oczami migają mi jedynie czarne mroczki. Ale coś się zmieniło. Ruszam prawą nogą. Kolano nie boli. Szybko dziękuję lekarzowi i wychodzę. Kieruję się do domu. Po drodze wstępuję do jednego z supermarketów, gdzie tak naprawdę kolejek już nie ma. Wystarczy, że na panelu wpiszę, czego potrzebuję, a potem to do mnie podjeżdża. Jakość naszego życia bardzo się poprawiła. Po kilku minutach wybierania i podjeżdżania zakupów, płacę około dziesięciu argenów. Chyba jednak zapomniałem wcześniej powiedzieć, co to są argeny. Dla kogoś, kto tego nie wie, jest to waluta Nowego Świata. Każde obecne państwo ją posiada,



co zapobiega wymianom walut i staniu w kolejkach do kantorów. Mając jedną walutę możemy szybciej dokonywać transakcji pomiędzy krajami. Inwestorzy mogą dokładniej planować swoją przyszłość, wiedząc ile ryzykują podczas podejmowania decyzji. Choć możemy porównywać rozwój gospodarek w jednej stabilnej, nieulegającej zmianom w czasie walucie, nie robimy tego, gdyż wszyscy staramy się utrzymywać równość między państwami. Niosąc torbę zakupów, mimo woli zauważam, że nigdzie nie ma żadnego śladu wandalizmu. Może wiąże się to z nową policją. Niektórzy ludzie rodzą się z darem czytania w myślach i przewidywania złych rzeczy, co bardzo pomaga policjantom w utrzymaniu porządku w mieście. Niedoszli przestępcy nawet boją się pomyśleć o przestępstwie, bo wiedzą, że policja też już wie. Wpisuję specjalny kod do drzwi, które rozsuwają się. Za nimi widzę bieżnie, która podprowadza mnie pod windę. Wciskam przycisk i jadę na dziewiąte piętro. Po drodze ukazuje mi się hologram z zapytaniem, jakiej muzyki chciałbym posłuchać. Odpowiadam, że nie mam ochoty na muzykę, ale dziękuję. Wychodzę z windy i podchodzę do swojego mieszkania. Zbliżam swoje oko do czytnika, który niemal natychmiast mnie rozpoznaje. Słyszę stuk zamka i otwieram drzwi. Witam się z mamą i przechodzę do swojego pokoju. Zaczynam robić zadanie, kiedy nagle wyświetla mi się z telefonu hologram, obrazujący mojego przyjaciela. - Cześć Łukasz. Chciałeś, abym ci przypomniał, że jutro mamy sprawdzian z geografii, więc ci przypominam. - Dzięki. Rozłączył się. Jest to dobra rzecz, że można wysłać hologram na odpowiednią godzinę, a on dojdzie wtedy i tylko wtedy. Biorę długopis w rękę i już zaczynam pisać wypracowanie, kiedy w całym naszym mieszkaniu odczuwamy lekkie drgania. Wybiegam z pokoju. - Co to było? – pytam. - Nie mam zielonego pojęcia, ale warto by to sprawdzić. Zbiegamy na dół. Boimy się zjeżdżać windą. Nie chcemy, aby ten zjazd okazał się naszym ostatnim. W końcu schodzimy na sam parter. Wybiegamy przez drzwi. Przed budynkiem stoi policja i straż pożarna. Dzięki nowej technologii zastosowanej w budynkach nikt nie ucierpiał. Jeśli coś się działo, to uruchamiana zostawała specjalna, elektroniczna siatka, która powstrzymywała ciepło, zimno, prąd, czy duże odłamy skalne. Umiejętność przewidywania przyszłości także zadziałała. Służby zdrowia pojawiły



się natychmiastowo. Podchodzimy do najbliższego policjanta: - Panie władzo, co się tu właściwie stało? – pytamy. - Tak naprawdę to nie wiemy, ale postaramy się to jak najszybciej wyjaśnić. Czy ktoś ucierpiał? - Z tego, co wiem, to nikt. Odchodzimy. Wraz z mamą wybraliśmy się na spacer. Nie musieliśmy zamykać drzwi. Zamykały się one same po wyjściu, jeśli nikogo nie było w środku, a otwierały na obraz siatkówki oka, którego nie można podrobić. Do systemu też nie można było się włamać. Wchodzimy na leśną dróżkę. To mi się właśnie podoba. Wszystko jest takie nowoczesne, jednak nie brakuje też terenów, w których można odpocząć od tego wszystkiego, porozmawiać z drugą osobą, pooddychać naturą. Chodzimy chwilę, a nad nami przelatują drony, które przesyłają informacje między firmami, kiedy informacja jest zbyt tajna, aby wykorzystać hologram. A najtajniejsze informacje wysyłane są w teleportach tak, aby nikt nie miał do nich dostępu. Po kwadransie mama stwierdza, że musi wrócić do domu. Ja jednak chcę zostać na powietrzu. Siadam na ławce, ale po chwili orientuję się, że nie wszystko jest dobre w naszych czasach. Praktycznie wszyscy są identyczni. Nie możemy się wyróżniać, więc wyniki ze sprawdzianów są jedną z najbardziej tajemniczych informacji. To właśnie po testach przydzielają nas do zadań, jakie będziemy wykonywać. To z jednej strony jest dobre, bo zapobiega temu całemu bezrobociu, ale wszyscy nosimy te same ubrania. Nie powiem, żeby mi się one nie podobały. Jednak mam swoje ubrania w pogotowiu, gdybym kiedyś chciał się wyróżnić. Nie jest to zakazane, ale powiedzmy, że przyjęło się, abyśmy wyglądali w miarę tak samo. Ponownie idę do sklepu. Z kieszeni wyciągam ostatnie drobne i kupuję sobie puszkę coli. Na nic innego mnie nie stać, ale też na nic innego nie mam ochoty. To się nazywa szczęście. Przechodząc obok biura obsługi klienta, słyszę za sobą jakiś głos: - Przepraszam pana – mówi do mnie ekspedientka. - W czymś problem? – pytam, niepewny o co może jej chodzić. - Nie zgłaszał pan u nas ostatnio reklamacji? - Zgłaszałem. Ale to było wczoraj. - Tak wiem, przepraszamy, że tak długo musiał pan czekać. Oto pański produkt. Odbieram paczkę. Szczęśliwy, że mam swoje buty, które nie są identyczne ze wszystkim innym (choć w tych samych kolorach – czerni i bieli), biegnę do domu. Jestem już w klatce, kiedy na ziemię spada mi mój nowy, otrzymany wczoraj telefon. Podnoszę go. Ekran cały rozbity. Wsadzam go do kieszeni i wchodzę do domu. Znajduję opakowanie z telefonu, a w nim kartę gwarancyjną i inne dokumenty potrzebne do oddania sprzętu w ramach reklamacji. Przed wyjściem, ubieram nowe buty. Przeglądam się w lustrze. Może nie jestem najwyższy z klasy, ale jednak jestem dość wysoki. Mam 1 75 metra wzrostu, ciemne włosy i intensywnie niebieskie oczy. Przez



chwilę wpadam w samouwielbienie, jednak szybko się z niego otrząsam i wychodzę z mieszkania w nowych butach. , A miało być tak pięknie” myślę, ale idę dalej. W końcu docieram do sklepu. Po drodze do lady myślę, jak musi to wyglądać. W końcu drugi raz tego dnia wchodzę do tego samego sklepu, widzi mnie ta sama pani przy ladzie. Nie minęło nawet pół godziny, a ja znów tu jestem. Podchodzę do ekspedientki. - Coś się stało? – pyta mnie z uśmiechem. - Tak. Muszę oddać telefon w ramach gwarancji – odpowiadam lekko zażenowanym tonem. - Pokaż – wciąż uśmiechnięta wyciąga rękę po pudełko. Daję jej opakowanie. Ona otwiera je i wyciąga telefon, cały rozbity. - Widzę, że ci spadł – komentuje. - Tak, niestety, ale da się coś z nim zrobić? - Czy w telefonie znajdowały się jakieś istotne informacje? - Niezbyt. Mam go dopiero od wczoraj. Jeszcze nic nie zdążyłem zrobić. - Możemy go wymienić. - Ale uszkodzenie powstało z mojej winy, czy to się liczy? Rodzice zawsze mi powtarzali, że jeśli uszkodzenie jest z mojej winy, nie mogę wymienić produktu – mówię, lekko zszokowany. - Oczywiście. Tak było wcześniej. Ale teraz coś takiego nie powinno się zdarzyć. Producenci, aby przyciągnąć klientów, wynaleźli nowe rodzaje szkła, które się nie rozbijają. A jeśli się rozbiją, to musimy oddać go do naprawy lub wymienić w przeciągu pięciu lat. Takie mamy prawo. Więc co wolisz? Naprawę, czy wymianę? - Ile będzie trwała naprawa? - Maksymalnie godzinę. Wysyłamy produkt systemem bardzo szybkich rur, które zasysają powietrze. Potem on dochodzi do firmy, która go naprawia i odsyłają go z powrotem. Wszystko to trwa naprawdę mniej niż godzinę. - To, jeśli można, prosiłbym o naprawę. - Tylko dziś nie zdążymy go już odebrać. Za pół godziny zamykamy. Możemy go dziś wysłać, ale wróci dopiero jutro. Może być? - Może. To przyjdę jutro. Pani daje mi jeszcze kartkę, z którą mam się jutro zgłosić. Wychodzę ze sklepu. Słońce już zaszło, więc szybko idę do domu. Dochodzę do niego w mniej niż dziesięć minut. Otwieram drzwi, a potem wchodzę do swojego pokoju i idę się wykąpać. Od razu zasypiam. A mój sen jest niespokojny. Znajduję się na zewnątrz. Moją uwagę przykuwa niebieskawy blask, jakby nie z tego świata. Podchodzę do tego miejsca. Zauważam małą, niebieską jaszczurkę, która wydaje fluorensacyjny blask, jak jakiś duch. Merda wesoło ogonem na mój widok. Podnoszę ją  ale zaraz upuszczam, bo parzy mnie niezwykłe zimno, które z siebie wydaje. Rozpoznaję ją od razu. To jedna z tych jaszczurek, które zapewniły nam tak szybki rozwój. Ale według naukowców one nie żyją w naszych okolicach. Budzę się zlany potem. Ledwo przecieram oczy, a na moim łóżku siedzi identyczna jaszczurka, jak z mojego snu, z czułkami, odchodzącymi z dolnej szczęki. Jedno ze stworzeń musiało uciec. Wiem, że reszta także pouciekała. I tu moje koszmary zmieniają się



w rzeczywistość. Jeśli te jaszczurki uciekły, oznacza to koniec cywilizacji, bo to na nich wszystko się opiera. Uderza mnie okropny ból głowy. Mam też lekkie mdłości. Wszystko wydaje się wirować. ~Gratuluję Łukaszu~ mówi ta jaszczurka, choć nie wiem, skąd ja to wiem. ~Odkryłeś właśnie swoją zdolność czytania w myślach. Jednak ty jesteś wyjątkowy. Wiedzący, czyli wszyscy, którzy potrafią czytać w myślach, mogą to robić tylko u ludzi. Ty jednak jesteś Czującym – ty możesz wejść w umysł każdego żywego stworzenia. Łukaszu, mój lud ma do ciebie prośbę. Musisz nas uwolnić. To  co mówią wasi naukowcy to nieprawda. Jesteśmy wykorzystywani i źle nas traktują. Jeśli ktoś czegoś nie zrobi, wkrótce wymrzemy. Musisz mi uwierzyć, Łukaszu. Musisz pomóc mi i mojemu ludowi.~ Kontakt gwałtownie się urywa i wszystko wraca do normalności. No  może nie do końca. Świat przynajmniej przestaje wirować. Biorę jaszczurkę na rękę, a ona zmienia kolor na zielony i staje się zdolna do trzymania, choć jest już teraz lekko ciepława. Potem staje się czerwona, a ja znowu upuszczam ją na pościel, bo zaczyna parzyć. Zasypiam z nią przy głowie. Na szczęście przybrała już kolor morski. Powiewało od niej chłodem, lecz dało się wytrzymać. Nawet było przyjemnie, podczas gdy wszystko wokoło zostało nagrzane od majowego powietrza. Zapadam już w sen tak, jak każdym wieczorem, jednak wiem, że nic już nie będzie takie samo. Pora na zmiany. Dawid Dębowski „Jeszcze tylko”
jako przykład wiecznego nienasycenia.


Każdy z nas wie, jakie to uczucie być tym drugim, kiedy brakuje nam czegoś, by być najlepszym. W naszym życiu wiecznie pojawiają się sytuacje, które w następstwie budzą w nas uczucie niedosytu, no bo przecież zawsze może być lepiej. Każdy z nas ma marzenia, chce coś osiągnąć. Ustawiamy sobie cele, które znajdują się poza naszym zasięgiem i staramy się do nich dążyć. Lecz dlaczego tak jest i co sprawia, że tak postępujemy? Gdy wracam pamięcią do podstawówki, przypomina mi się pewna lekcja religii. Nie pamiętam jej tematu, kojarzę jedynie pytanie, które zadała katechetka i odpowiedz jednego z moich kolegów. Pytanie, które mieliśmy rozważyć, brzmiało: Czego w życiu najbardziej pragniecie? Podejrzewam, że odpowiedzi, jakie powinny paść to miłość, rodzina lub, jak to często jest w przypadku dzieci, jakieś materialne rzeczy, które tylko dla nich mają znaczenie. Pewne jest to,  iż nikt nie spodziewał się odpowiedzi "chciałbym moc władać całą woda znajdująca się na świecie". Marzenie specyficzne, ale w połączeniu z zafascynowaniem mitologią, jakie ogarniało wtedy sporą część klasy, nie ma w nim nic dziwnego, jednakże nie była to odpowiedź przeznaczona na lekcje religii. Pamiętam, że następne słowa, jakie padły z ust nauczycielki były głośniejsze od innych "Jak to  chcesz się równać z Bogiem?" a mój kolega zawstydzony cicho odpowiedział "ale to tylko woda". Zastanawiam się teraz, czy miał rację, świat w 3/4 składa się z wody, organizm ludzki z około 70%, wiec w sumie nie jest to cała władza, jaką mógłby sobie zażyczyć, lecz gdy tak myślę, w mojej głowie zaczynają pojawiać się przykłady, które pokazują, że gdy zasmakujemy czegoś, ciężko nam potem o tym zapomnieć, wręcz przeciwnie pragniemy tego więcej. Pierwsza rzeczą, która przychodzi mi na myśl są wszelakie uzależnienia, alkohol, narkotyki i inne. Mottem



uzależnionego jest „jeszcze tylko”, jeszcze tylko jeden kieliszek, jeszcze tylko jeden papieros, jeszcze tylko godzina na komputerze. Osoba uzależniona pragnie więcej, nie licząc się z kosztami, nie docierają do niej logiczne argumenty, pragnie tylko otrzymać to, co jest jej największym pragnieniem, największą radością, jedyny problem w tym, że nigdy nie ma jej wystarczająco dużo. Często zdarza się, iż „jeszcze tylko” odnosi się do władzy, bądź pokazywania swojej wyższości nad innymi. Niczym Makbet, Neron czy Smigol, pragniemy uczucia władzy, wyższości nad innymi, przewagi, która wynika ze strachu innych przed nami. W takich chwilach nie myślimy o innych, „dążymy po trupach do celu”, by „jeszcze tylko” osiągnąć wyższą pozycję w łańcuchu społeczeństwa. Tyrani nigdy nie zostaną nasyceni, czerpiąc przyjemność z czyjejś krzywdy, będą zawsze pragnęli więcej, usprawiedliwiając się, iż to „jeszcze tylko”, lecz we wnętrzu siebie zdając sobie sprawę, że to się nigdy nie skończy. W naszych pragnieniach nie ma umiaru, nasze cele, które stawiamy przed sobą, są często nieosiągalne, przez co pogrążamy się w „jeszcze tylko”. Jesteśmy niczym dzieci krzyczące do mamy, iż spędzą na polu jeszcze godzinkę, gdy w rzeczywistości zaś, chciałyby na zawsze móc się bawić. Naturą człowieka jest to,  iż zawsze pragnie najlepszych rzeczy, najnowszego gadżetu, czy wyższego stanowiska, nie mówię, iż jest to złe, przecież wynikło z tego wiele dobrych rzecz, ale jak wiemy po drodze ku lepszemu czasem zdarza nam się zabłądzić. Gdy zabłądzimy, często popadamy w serię „jeszcze tylko”, nie potrafimy się zatrzymać, żyjemy w ciągłym biegu, nie dostrzegając tego, co znajduje się wokół nas. Czy tak chcemy żyć? Czy chcemy, żeby nasze życie pełne było „jeszcze tylko”? Nie sądzę. Więc zastanówmy się, jak to zmienić i zróbmy to. Patrycja Kwiek Arthurizm cz. 3
Oczywiście również w tym numerze znalazło się miejsce na kolejną część opowiadania naszego kolegi - Artura Oratowskiego, z klasy II C. Przyjemnego czytania!


No dobra, pewnie długo czekaliście na tę część (zwłaszcza ci  którzy czytają przedpremierowo), dlatego nie będę złośliwy i nie każę długo czekać na wyjaśnienie cliffhangera z końca poprzedniej części. Skoro tyle udało wam się z Arthurizmem przetrwać, to wam się należy.– zaczął już trzecią część Arthur.  Otóż zaczęło się to już jakieś parę lat temu. Chip tworzył tyle wynalazków, że zaczęło mu brakować na nie miejsca w garażu i potrzebował nowej pracowni. Chciał przeznaczyć na to jakieś pomieszczenie w szkole, niestety wszystkie były zajęte lub dostępne dla każdego. Zapytał woźnego o jakieś ukryte miejsce, tłumacząc mu przy okazji swoje intencje. Był jednym z tych ludzi, którym nie podobało się, że żyjemy w czasach totalnej inwigilacji. Wiedział, że bezpieczeństwo jest ważne, ale nie chciał by szkoła, a także inne placówki, dbały o nie poprzez monitoring. No bo co jeśli dojdzie do jakiegoś napadu, bójki, czy czegoś, nagranie przedstawiające sytuację pójdzie to telewizji, a on będzie jednym ze świadków i zostanie nagrany akurat w jakiejś głupiej pozie, z głupią miną, czy coś? Cenzura nie wystarczyła, znajomy mogliby go rozpoznać w śmiesznej sytuacji. Szukał więc jakiegoś innego sposobu na dbanie o bezpieczeństwo uczniów, który mógłby kiedyś opatentować. Woźnemu spodobał się ten pomysł. Jednak w szkole nie było żadnego miejsca, które nadawało by się na tajną pracownię, do której niepowołani nie mieliby wstępu. Wtedy pojawiłem się ja. Jeżeli czytaliście poprzednie części uważnie, to pewnie zapytacie – jak mógł się pojawić parę lat temu, skoro mieszka w Arthuriźmie od roku? Cóż, dzięki moim Creator’s powers mogę tutaj zrobić wszystko, nawet przenosić się w czasie. A potrzebowali dużo czasu na swoje eksperymenty, dlatego też stworzyłem im laboratorium kilka lat przed akcją tego opowiadania. Rok temu do szkoły zaczęli uczęszczać nasi bohaterowie, m. in. „Mick”. Zawsze myślałem, że skoro są głównymi postaciami, to powinni poznać prawdę o mnie i o tym świecie. Teleportowałem ich wówczas do mojej wilii, którą sobie tu stworzyłem.



Swoją drogą, niezła sprawa. Nie muszę płacić podatków, willa jest w malowniczym miejscu na końcu miasta, a każde urządzenie działa za pomocą mojej wyobraźni, dzięki czemu nie potrzebuję dostawcy prądu, wody, energii, Internetu, itp. Ale wróćmy do tematu. Nasi główni bohaterowie trafiali do mojej pracowni, gdzie wszystko im wyjaśniałem. Reakcje zawsze były takie same. Najpierw niedowierzanie, później przerażenie. W końcu jak wy byście zareagowali, gdyby się okazało, że wasz świat może kontrolować jakaś osoba, której nie znacie, ale która wie o was wszystko? Dlatego też byłem zmuszony wykasować im wspomnienia tego spotkania i odesłać z powrotem, przez co mieli wrażenie jakby stracili kilka minut ze swojego życia. Jedynie Mick udawał, że go to nie przejęło. Od dziecka był kujonem interesującym się mistycznymi tematami. Ten też go zaciekawił, więc chwilę z nim dyskutowałem, oczywiście starając się nie ujawniać spoilerów. Niestety przez to nie mogła to być długa rozmowa. Ale Mick czulł, że i tak już za dużo wie. Zawsze miał takie uczucie, gdy poznawał za dużo tajemnic świata. Zarówno prawdziwy świat jak i Arthurizm mają swoje sekrety, których poznanie może zrujnować nam psychikę. Gdy tylko Mick dowiedział się, że jest postacią z kreskówki (tu akurat opowiadania), poczuł się jakby ciągle był obserwowany. Oczywiście zapewniałem go  że pokazywane są tylko momenty ważne dla fabuły. Niemniej jednak zdecydował się wymyślić sobie przezwisko, którym od teraz wszyscy się będą posługiwać, żeby zachować choć odrobinę prywatności i nie narażać rodziny na choćby bycie wspomnianym w opowiadaniu. Nie był to jakiś rewelacyjny pomysł, ale nie powstrzymywałem go. Nie powstrzymałem go również przed kradzieżą kilku kartek z mojego biura, na których miałem scharakteryzowane główne postaci, niektóre wątki oraz pierwszy odcinek. Pomyślałem sobie, że to akurat może wiedzieć, więc niech sobie bierze te kartki. Tak poznał plan Chipa i Gusa (woźny) dotyczący usprawnienia bezpieczeństwa w inny sposób niż poprzez inwigilację. Byli zdziwieni gdy przyszedł do nich z propozycją pomocy. Wtedy wszystko im opowiedział. Jednak oni już wiedzieli od kilku lat, w końcu poznali mnie przy okazji stworzenia dla nich laboratorium kilka lat temu oraz sprowadzania im potrzebnych materiałów. Wracając do tematu reakcji, teraz jak o tym myślę, to wydaje mi się, że popełniłem błąd. Zawsze sprowadzałem ich pojedynczo. Może w grupie zareagowali by lepiej? Tak, dlaczego też wcześniej na to nie wpadłem? *** Jak zwykle poszło łatwo. Tak to jest gdy się ma bogatą wyobraźnię, którą można kontrolować rzeczywistość. Wystarczyła myśl i wszyscy główni bohaterowie pojawili się w pracowni Arthura – Ashley, Brian, Roxanne, Zack, Samantha, Mick, Megan, Devon oraz Manny. Arthur nie wiedział jak zacząć. Przyznanie się, że jest się stwórcą czyjegoś świata i jest się w stanie go dowolnie kontrolować jest



trudne. Dlatego też miał przygotowaną mowę. Gdy skończył, spostrzegł, że pomysł sprowadzenia ich wszystkich w tym samym czasie był znacznie lepszy. Co prawda wciąż byli w szoku albo przerażeni, jednak ich reakcje i tak były lepsze niż wcześniej. Jedynie reakcje dwóch osób były inne. Obaj Mick i Manny już tutaj byli i zachowali swoje wspomnienia. Arthur wziął ich jednak wraz z innymi żeby na wszelki wypadek uniknąć podejrzeń. Byli wymienieni na liście głównych bohaterów, więc jeśli ktoś by ją znalazł, a ich by nie było, to czegoś mógłby zacząć się domyślać. - Jeżeli mi nie wierzycie, to proszę, przeczytajcie opisy swoich charakterów – powiedział Arthur, wręczając każdej osobie kartkę z jej charakterystyką za pomocą telekinezy. – Sami sobie odpowiedzcie na pytanie czy wszystko się zgadza. Po przeczytaniu nikt już nie miał wątpliwości. Wszystko sprawdzało się w 100%. Wspomniane były też różne rodzaje zachowań – w grupie oraz skrywane w podświadomości uczucia, których nie pozwalali nikomu poznać. - Chwila, chwila… Chcesz nam powiedzieć, że to ty jesteś odpowiedzialny za wszystkie niepowodzenia w naszym życiu? – spytała zszokowana Roxanne. Arthur nie cierpiał gdy tak się traktowało kogoś o „boskich mocach”, jednak dobrze wiedział, że w prawdziwym życiu ludzie też zwalają swoje nieszczęścia na różne bóstwa. - Przecież dałem wam wolną wolę. Myślicie że chciałoby mi się kontrolować każdy krok tylu miliardów ludzi, zwierząt, itp. w Arthuriźmie? – odpowiedział Arthur. - Ale masz tutaj przecież streszczenia odcinków, czyli kontrolujesz wydarzenia. – zaczął Zack. Nie wolno im było ich jednak przeczytać. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień. - To bardziej jak przeznaczenie. Tak naprawdę każdy z was może próbować robić coś wbrew temu. Tylko że skończycie robiąc wszystko tak jak jest podane w streszczeniach odcinków tak czy siak, więc jest to zbędne. Bohaterowie powoli dochodzili do siebie. Wciąż jednak nie mogli uwierzyć, że ktoś, kogo co najwyżej widzieli parę razy na korytarzu w szkole mógł się okazać twórcą ich świata. - No dobrze, ale co jeśli nie wyrażamy zgody na bycie w tym twoim całym Arthuriźmie. Ani w kreskówce, ani w opowiadaniu? – zapytała Ashley. - O tym już niestety wy nie decydujecie. Przykro mi. – odpowiedział Arthur. – No i jak tam? Doszliście już do siebie po tych jakże szokujących wieściach? - Przecież powinieneś to wiedzieć! – odparł Brian.  Masz rację, wiem, jak się czujecie.



Nawet jakbym nie wiedział, mógłbym się łatwo domyślić. Ale spokojnie, trochę czasu minie i się przyzwyczaicie.  A dlaczego na przykład nie usuniesz tego z naszej pamięci? Nie byłoby problemu. – zapytał Mick. „Osz ty  poczekaj, a jeszcze będę gotów powiedzieć im  że współpracujesz z Chipem i Gusem w taki sposób, jak to zrobiłem pod koniec poprzedniej części opowiadania. Wtedy wszyscy pomyślą, że jesteś „tym złym”.” – pomyślał Arthur.  Ponieważ jesteście głównymi bohaterami. Zasługujecie na to, żeby się dowiedzieć. Poza tym, każde z was już tu wcześniej było, ale znudziło mi się to ciągłe usuwanie wam pamięci. Ile można? Czas wreszcie zrealizować fabułę. – odpowiedział Arthur. – Tylko pamiętajcie, nie możecie nikomu o tym powiedzieć. NIKOMU! Nawet waszej rodzinie. Jest jeszcze kilka postaci, które o tym wie, ale na razie to wystarczy. Wszystko w swoim czasie. Jeżeli się wygadacie będę zmuszony was ukarać, np. poprzez wykasowanie was z tego świata. No moi drodzy, koniec wizyty. Jeśli to było dla was zaskoczeniem, to przygotujcie się na wasze najbliższe perypetie. Nie mogę oczywiście ich zdradzić, ale będą naprawdę… niecodzienne? Arthur teleportował każdego do domu swoimi myślami. Nikt, poza nim oczywiście, nie zauważył, że Megan zainteresowała się pewną kartką z opisem jednej postaci. Dość mistycznej postaci. Megan wiedziała, że to jedyna okazja by rozwiązać problemy dręczące ją od dzieciństwa. Gdyby tylko jednak przeczytała tekst uważnie i ze zrozumieniem, a nie w pośpiechu, myśląc, że Arthur zaraz skonfiskuje jej kartkę. A przecież Arthur chce mieć ciekawe show i pozwoliłby jej realizować fabułę i tak. Megan zamknęła swój pokój, rozłożyła świece w okręgu i zapaliła je  zasłoniła okna, zgasiła światło, usiadła wewnątrz okręgu i wypowiedziała formułkę podaną na stronie z opisem postaci, która, przynajmniej według niej, miała jej tak bardzo pomóc. Czekała z niecierpliwością, sprawdzając przy okazji, czy dobrze wykonała cały obrzęd. Dobrze. Zresztą wkrótce miała okazję się o tym przekonać… Artur Oratowski Od jutra nie palę
A na jakim etapie realizacji znajdują się obecnie Wasze postanowienia noworoczne?


Okres Świąt wypełniony jest przeróżnymi tradycjami, które chętnie kultywujemy, kiedy tylko nadarza się ku temu okazja. Oczywiście, każdy ma też swój ulubiony sposób na Sylwestra… A co potem? Myślę, że śmiało można powiedzieć, iż ukształtowała się nowa świecka tradycja, zgodnie z którą każdy musi coś postanowić! Najlepiej, aby było to coś spektakularnego, coś, co naprawdę odmieni nasze życie… No bo przecież trzeba od siebie wymagać! Tylko właśnie, tu pojawia się kilka pytań: Co to ma być? Jak przejść z teorii w praktykę? (Poza tym, wydaje mi się, że warto też znaleźć wyjaśnienie jeszcze kilku innych wątpliwości: No bo w ogóle czemu akurat teraz i po co?) Zacznijmy może od zastanowienia się, jakie postanowienia powtarzają się najczęściej. Oczywiście przodują te najbardziej „banalne”, czyli np.: skończę z opychaniem się ciasteczkami, zaleganiem na kanapie i biadoleniem "Moje życie to wegetacja"; zacznę biegać, rzucę palenie czy np.: poznam miłość życia. Obiecujemy sobie zakasać rękawy i wziąć się w końcu za realizację naszych pasji i planów. No nie da się ukryć, iż te postanowienia są nieco ambitne… Więc może czasem lepiej mądrze oszacować możliwości, aby później uniknąć zawodu. Chociaż z drugiej strony, np.: psycholożka Martyna Świtkowska (w wywiadzie dla Faktu) radzi, aby nie bać się tych nawet najśmielszych marzeń. Na pewno niekiedy warto po prostu iść za ciosem! No cóż, decyzję każdy musi podjąć personalnie. Chociaż osobiście



uważam, że lepiej korzystać z okazji na bieżąco, aniżeli czekać do nowego roku. Bo może rzeczywiście pierwszego stycznia życie wydaje się takie nowe, pełne możliwości; ale z drugiej strony: dlaczego nie korzystać z tychże możliwości na co dzień, a nie tylko w Sylwestra, kiedy to precyzujemy postanowienia, będąc nieco oszołomionymi przez… huk fajerwerków? W rezultacie, rok może rozpocząć się dla nas, nawet podwójnym kacem… Ten drugi – moralny, nadejdzie, gdy zdamy sobie sprawę, że tak naprawdę wcale nie damy rady (albo raczej – nie chcemy) wcielać w życie Sylwestrowych teorii. Ale nawet, jak nam nie wyjdzie (co według statystyk zdarza się 92% Polaków), to co tam – przecież za rok znowu będzie Nowy Rok! A gdy po kilku latach dojdziemy do wniosku, iż nie chcemy już się czuć, jakbyśmy regularnie zawodzili samych siebie, zawsze można po prostu nie postanawiać nic (proste rozwiązania są często najlepsze). Na koniec, warto chyba dodać, iż ostatnimi czasy, na wielu portalach społecznościowych, pojawiają się też postanowienia w zupełnie innym stylu… jak choćby chęć wykąpania się w wodzie po pierogach. Wiadomo, jedni ludzie poczucie humoru mają, inni nie… Myśląc o tym, dochodzę jednak do wniosku, iż nie mam ochoty widzieć oczami wyobraźni kolejnych znajomych, uroczo taplających się w mętnej wodzie po pierogach. Dlatego właśnie tutaj pojawia się moje prywatne postanowienie nr 1: Nie wykąpię się w wodzie po pierogach, ani nawet nie będę kąpać się z karpiem w wannie (bo i takie pomysły cieszyły się sporą popularnością). No to podsumowując: udanego 2016. oraz spełnienia bądź niespełnienia (opcjonalnie) Waszych postanowień! A na jakim sa one etapie obecnie? No  w każdym razie, życzymy sporej dawki kreatywności podczas procesu ich wymyślania – niewątpliwie się przyda. Redakcja Kinga Stachura Źródło zdjęcia: http://wizaz.pl/Fitness/postanowienia-noworoczne Spiski
Świat, w którym żyjemy, to perfekcyjnie skonstruowana rzeczywistość absurdu, w której nic nie może mieć tylko jednej twarzy.


Wtedy bowiem, pomimo jednoznacznego przekazu jakiegoś wydarzenia, wydaje się ono być po prostu zbyt podejrzliwe. Patrząc z psychologicznego punktu widzenia, pewna doza sceptycyzmu i kwestionowania jest nam bardzo potrzebna, bo działa jako nasz naturalny mechanizm przystosowawczy do świata, który w końcu nie jest nam życzliwy. Jednak nadmierna wiara w otaczające nas spiski w końcu przestaje być oswajaniem się z rzeczywistością, a prowadzi do pokoju bez klamek w zakładzie psychiatrycznym. Czemu więc nagle tyle osób wykazuje praktycznie cechy osobowości paranoicznej i czemu ciągle tworzy się tyle nowych teorii spiskowych? W 1963 roku, kiedy doszło do zastrzelenia amerykańskiego prezydenta Johna F. Kennedy'ego, spora część społeczeństwa nie mogła uwierzyć, że za zamachem stoi tylko jedna osoba – Lee Harvey Oswald. To dopiero był prawdziwy szok dla Amerykanów – jeden szary człowiek miałby zamordować samego prezydenta? Absurd! Zaczęto więc tworzyć teorie alternatywne pod tytułem „jak mogło dojść do zamachu”, z czego jedna była na tyle przekonująca, że doszło do aresztowania jednego z prawicowych aktywistów, którzy rzekomo uknuli spisek przeciwko Kennedy'emu. Czynny dziennikarz tego okresu, Tom Bethell, sformułował wówczas hipotezę, że ludzie mają wewnętrzną potrzebę tłumaczenia wielkich wydarzeń proporcjonalnie wielkimi przyczynami. Naukowcy z Bryn Mawr College w Pensylwanii postanowili to sprawdzić – przeprowadzili oni cztery badania



ze studentami tego uniwersytetu, przedstawiając im fałszywe informacje prasowe o udanym bądź nieudanym zamachu na prezydenta. Następnie zadawali uczestnikom pytanie, kto mógł stać za każdą z prób. Wyniki jednoznacznie pokazały, że ludzie udane zamachy utożsamiają ze spiskami angażującymi większość liczbę osób, ponieważ… wydają im się zwyczajnie bardziej efektywne. Niestety, badań dotyczących takich reakcji społecznych nie prowadzi się wiele. Bardziej respektowane i egzaminowane są indywidualne przypadki osób



cierpiących przykładowo na osobowość paranoiczną czy schizofrenię paranoidalną. Odpowiadając na pytanie postawione na początku… Nie wiadomo. Kiedy ludzie są podejrzliwi wobec ciebie, sam stajesz się podejrzliwy wobec innych – tworzy się z tego błędne koło i takim sposobem całe społeczeństwo odczuwa jego następstwa. Czy natomiast jesteśmy tego świadomi? Chyba nie do końca, mając na uwadze bzdurne spiski i niewiarygodne teorie konspiracyjne wobec ważniejszych wydarzeń współczesnego świata. Na razie musimy zaakceptować to  że żądni krwi ludzie nie przestaną na potrzeby własnych irracjonalnych potrzeb wymyślać niestworzonych historii. A trzeba przyznać, że niektóre z nich, choć wołają jednocześnie o pomstę do nieba, wręcz bawią swoją głupotą – czy ktoś słyszał może o bazie kosmitów przygotowanej specjalnie dla Nazistów... na Księżycu? Aleksandra Dziadoń