Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








Blade Runner 2049

Nomen Omen Blade Runner 2049 to kontynuacja kultowego już dzieła science-fiction Ridleya Scotta z 1982 roku. Reżyserii sequela podjął się Denis Villeneuve, znany chociażby z filmu Sicario z 2015.

Obsadę stanowią: Ryan Gosling w głównej roli- oficera policji K, Harisson Ford jako Rick Deckard, Ana de Armas w roli Joi oraz Jared Leto i Sylvia Hoeks jako nowy, denomiczny dyrektor korporacji Tyrell Niander Wallace, oraz jego zastępczyni Luv. Fabuła filmu ma miejsce w Los Angeles, 30 lat po wydarzeniach w pierwszej części. Poznajemy nowego łowcę androidów- oficera K, który zresztą sam jest replikantem. Po wypełnieniu zadania, czyli eliminacji replikanta starej generacji odkrywa, wraz ze swoją wirtualną towarzyszką życia Joi, spisek, mogący zagrozić porządkowi całego świata. By go zdemaskować i odkryć prawdę, potrzebuje pomocy Ricka Deckarda, znanego z pierwszej części legenarnego łowcy androidów, którego K zastąpił na tym stanowisku. Problemem dla głównego bohatera jest jednak fakt, że Deckard od 2019 ukrywa się gdzieś poza Los Angeles. Starając się go odszukać, łowca sprowadza na siebie wielkie niebezpieczeństwo. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem czego się spodziewać po tej produkcji, mając na uwadze to  jak wysoko zawiesił poprzeczkę pierwszy Blade Runner. Ale jakiekolwiek oczekiwania by to nie były, z seansu wyszedłem zadowolony. Film przez pełne 2 godziny i 44 minuty trzyma w napięciu, chyba nie odnotowałem jakichkolwiek dłużyzn. Świetną robotę wykonali tu wszyscy, a zwłaszcza Hans Zimmer i jego muzyka oraz Roger Deakins, którego zdjęcia są podkreślone artystyczną finezją i dopracowaniem. To właśnie połączenie pracy kamery i muzyki według mnie jest najlepsze. Należy też oczywiście zwrócić uwagę na niesamowitą pracę ludzi od efektów specjalnych, na których rzecz jasna bazuje film. Aktorzy również dali popis swoich umiejętności, w szczególności Ryan Gosling, Harrison Ford oraz Jared Leto. Film jest- tak samo jak poprzednik- bardzo intrygujący i pobudza do myślenia w sferze swojego przesłania oraz poruszanego tematu. Co to znaczy być człowiekiem? I gdzie jest granica pomiędzy sztucznie wytworzonym tworem a sztucznie stworzonym życiem, inteligentnej i czułej istoty? Podsumowując: zdecydowanie polecam. Marceli Praga Paul is dead

Nomen Omen

James Paul McCartney - brytyjski muzyk, członek formacji The Beatles, utalentowany kompozytor, który w 1966 roku przeżył wypadek samochodowy. Ale czy na pewno? Według miejskiej legendy o wdzięcznym tytule “Paul is dead” wokalista The Beatles zmarł w wypadku, a zastąpił go idealnie wykreowany sobowtór. Zdarzenie prawdopodobnie miało miejsce dnia 9 listopada 1966 roku, kiedy Paul po kłótni z członkami zespołu odjechał ze studia, w pewnym momencie na chodniku zauważył kontrolerkę parkometrów o imieniu Rita, która tak go rozkojarzyła, że wjechał na skrzyżowanie na czerwonym świetle i spowodował wypadek samochodowy, a jego samochód zaczął płonąć. Wokalista odniósł liczne obrażenia zwłaszcza głowy i został przetransportowany do szpitala. Następnego dnia w gazecie pojawił się artykuł o feralnym wypadku, lecz został on ocenzurowany, a nakład wycofano. Po śmierci wokalisty Beatlesi mieli przeprowadzić konkurs na sobowtóra Paula i ukryć śmierć przyjaciela. Zwolennicy legendy znajdują poparcie tej teorii w tekstach piosenek Beatlesów oraz ich okładek muzycznych. Pierwsze wzmianki dotyczące owej teorii pojawiły się już w 1969 roku w czasopiśmie Drake University, „The TimesDelphic” około miesiąc później podobna plotka pojawiła się w audycji radiowej stacji WKNRFM wtedy ta plotka spopularyzowała się na tyle mocno, że stała się globalna. Okładka albumu “Yesterday and

Nomen Omen Nomen Omen

Today” została zmieniona, ponieważ oryginalna czyli “rzeźnicka” wywołała oburzenie, a wytwórnia otrzymała wiele skarg oraz nakaz zmiany okładki. Po lewej stronie widzimy oryginalna okładkę, która może być ukrytym przekazem potwierdzającym to iż Paul umarł, mianowicie zakrwawione ochłapy mięsa oraz rozczłonkowane lalki symbolizują okropny wypadek, zaś na prawym ramieniu Paula widać sztuczna szczękę. Zęby Paula miały zostać wybite podczas wypadku. Na płycie z roku 1969 pod tytułem "Abbey Road" znaleźć można kolejne poszlaki. Zespół przechodzący przez ulice wyglądem przypomina orszak pogrzebowy. Paul jako jedyny na okładce idzie boso z zamkniętymi oczami, co symbolizuje martwego człowieka. Wyróżnia się także na tle zespołu sposobem chodzenia - wszyscy wysuniętą do przodu maja lewą nogę, on natomiast prawą. Papieros trzymany jest przez niego w prawej ręce, pomimo iż był on leworęczny. Miało to zdemaskować rzekomego oszusta. Po prawej stronie ulicy zaparkowany jest samochód z zakładu pogrzebowego. Kolejnymi poszlakami są  samochód jadący wprost na Paula oraz numery rejestracyjne Volkswagena Beetle zaparkowanego po lewej stronie ulicy. LMW 281F mają oznaczać Linda McCartney Weeps 28 if (“Linda McCartney szlocha 28 jeśli” - Paul skończyłby 28 lat gdyby żył). W rzeczywistości nie zarejestrowano żadnego wypadku samochodowego z udziałem Paula McCartneya. W pierwszym tygodniu stycznia 1967 roku odnotowano stłuczkę z udziałem Mini Coopera należącego do McCartneya, jednak samochodem kierował jego przyjaciel. W 1970 roku w wywiadzie dla Rolling Stone John Lennon zapytany o tajne przekazy ukryte w piosenkach i okładkach oficjalnie zdementował pogłoski o śmierci kolegi z zespołu. Piotr Ciapała W bieżącym roku obchodzimy 200 rocznicę śmierci Tadeusza Kościuszki. Główne uroczystości odbyły się w ubiegłym tygodniu w Krakowie na Wawelu. „- 15 października 1817 r. zmarł w Szwajcarii Tadeusz Kościuszko, inżynier wojskowy, fortyfikator, polski i amerykański generał wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych, najwyższy naczelnik Siły Zbrojnej Narodowej w czasie insurekcji w 1794 r. - powiedział we wprowadzeniu do mszy św. metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski.- Sława, jaką się cieszył, sprawiła że zaledwie kilka miesięcy później jego ciało sprowadzono do Krakowa i 22 czerwca 1818 roku złożono w krypcie św. Leonarda ...”
Żywot Tadeusza Kościuszki, skreślony ręką jego z zaświatów
Nomen Omen

Polska Fundacja Kościuszkowska zorganizowała niedawno międzynarodowy konkurs literacki poświęcony postaci swego Patrona. W kategorii młodzieżowej Justynie Oszust z kl. 1 „e” przyznano drugie miejsce za tekst „Żywot Tadeusza Kościuszki skreślony ręką jego z zaświatów” (nagrodę stanowiła równowartość 200 dolarów australijskich). Nagrodzony tekst Justyny zamieszczamy poniżej. Ponoć byłem tak silną i niezwykłą indywidualnością, że już za życia mojego starano się skreślić mą biografię, na pamiątkę dla potomnych. I oto minęło lat 200 od mojej śmierci, zjawiam się przeto w Roku Pańskim 2017, wezwany do raportu przez Polonię australijską, która zamyśliła sobie przypomnieć mą skromną osobę poprzez jakowyś konkurs. A kto mnie znać będzie lepiej niż ja sam? Baczył zatem będę na pióro Justyny, która oto postanowiła coś o mnie skreślić; oby chęć wzbogacenia się nie była u niej najważniejsza... U zarania życia mego zaczęły się kłopoty, bo oto dokładna data moich narodzin nie była znana. Wiem jeno na pewno, że dostałem trzy imiona, a trzymało mnie czterech chrzestnych. Byłem najmłodszym, czwartym dzieckiem Ludwika i Tekli. Przodkowie moi wywodzili się ze spolszczonej białoruskiej szlachty Kostiuszko. Będąc 9-letnim pacholęciem wysłany zostałem z bratem Józkiem do szkoły pijarów, z wpisowym w kwocie 3 10zł. Uczyłem się gramatyki, syntaktyki, poetyki i retoryki. Wyniki w nauce miałem dobre, ale ktoś puścił plotkę, że repetowałem! Gdy zmarł ojciec mój, mama zabrała nas ze szkoły, bo z finansami zrobiło się krucho, choć była bardzo zaradna, zarządzając Siechnowiczami. Ponoć biografowie załamywali ręce, niewiele o mnie wiedząc. Podają, że moją ulubioną lekturą były „Żywoty sławnych mężów” Neposa. Faktycznie, zaczytywałem się

Nomen Omen

w dowcipnych biografiach słynnych wodzów. To była ówczesna, klasyczna lektura szkolna. Musiałem je czytać po łacinie, a ta przydała mi się, gdy ruszyłem w świat. Gdy król Poniatowski założył w 1765r. Szkołę Rycerską Kadetów Jego Królewskiej Mości miałem 19 lat i przyjęto mnie doń. Podobno zapisano mnie tam po znajomości, ale wtedy o tym nie wiedziałem. Uczono mnie tam przedmiotów wojskowych, rzecz jasna, ale także ogólnych, architektury, matematyki, fortyfikacji, historii, geografii, geometrii, nauk moralnych, ekonomii, francuskiego i niemieckiego, rysunków, fechtunku i woltyżerki oraz... tańców. Nauczycielami byli głównie obcokrajowcy. Co Wy na to, moi rówieśnicy z XXI wieku? Ceremoniał przyjęcia mnie był wielce złożony, po prezentacji składałem przyrzeczenie, potem wszyscy mnie ściskali, a następnie zdawałem egzamin. Nazajutrz wypytywano mnie, miarkując, czym zdrowy na umyśle. Następowała ceremonia obłóczyn w długi mundur i przypasanie pałasza. Potem znów było ślubowanie, że Korpusu Kadetów nie zawstydzę, nie zgorszę i nie zaniedbam obowiązków moich. Wieczorem była „uciecha” na koszt korpusu. „Fasowałem” siennik, prześcieradło, gruby koc wełniany, worek pod głowę oraz bieliznę i mundur codzienny (wasz strój wygląda przy moim nędznie, a już obecne fryzury wołają o pomstę do nieba). Każda sala do  spania przedzielona była przegrodami ze sztachet. Pośrodku spał opiekun, gotowy w każdej chwili nas skontrolować, gdyż lampa paliła się całą noc. W centrum stał także piec, a obok naczynia do mycia. O 6:00 była pobudka, w niedzielę i święta o 7:00. Wasz budzik zastępował bęben i fujarka. Na toaletę i ubranie trzy kwadranse. Po przeglądzie szliśmy na Mszę św. Na śniadanie - chleb z masłem i kubek piwa(!) O 8:00 - bęben wołał na lekcje. Ponoć wy także schodzicie się do szkoły w tenże sam czas. O 11:45 była zmiana warty. 12 00-obiad złożony z trzech dań, ale najpierw cicha modlitwa po łacinie. Odczytywano 6 zasad zachowania się przy stole, które wisiały zawsze na ścianie. Nie wolno było: - łokciów na stół kłaść - w ustach widelcem przebierać, - łyżki z ust wyjętej kłaść na półmisek i nią drugich traktować. Gdzieś mi się podziały trzy zasady, ale te są chyba aktualne, moi mili. Podczas jedzenia jeden z kadetów czytał głośno polską gazetę. Do 14:00 był czas wolny, np. w ogrodzie. 14 00-17:00 lekcje (oprócz środy). Do wieczora repetycje - czyli powtarzanie wiedzy. 20 00-kolacja składająca się z dwóch dań, po wieczerzy różne rozrywki. 21 30-bęben bił na capstrzyk (apel wieczorny). 22 00-krótkie bębnienie na ciszę nocną. System kar był, a jakże, i obejmował: areszt, zakaz opuszczania terenu szkoły i przyjmowania wizyt, okresowy zakaz noszenia munduru,

Nomen Omen

bardzo rzadko kary cielesne. 31 maja 1766r. zdawałem tygodniowy egzamin z matematyki praktycznej i fortyfikacji, wyróżniono mnie za sporządzenie ręcznych rysunków. Zachowały się moje dwa zeszyty z filozofii i religii. No dobrze, z ortografii nie byłem najlepszy. „ Siebie samego zwyciężaj, największe zwycięstwo”- to moje motto. Krąży o mnie historyjka: gdy chciałem wstać o 300 nad ranem, przywiązywałem sobie sznurek do lewej ręki, a jego koniec był za drzwiami. Stróż i palacz zarazem pociągając zań, budził mnie. By odpędzić sen, lubiłem myć się w zimnej wodzie. Miałem przezwisko „Szwed”, bo ponoć byłem porywczy, żywy i uparty, miałem silne poczucie sprawiedliwości, nie bałem ująć się za obrażanym kolegą czy pojedynkować. Po mojej śmierci, otwarciu mego ciała i nabalsamowaniu spostrzeżono, że cała moja pierś okryta była głębokimi bliznami, noga poszarpana bagnetem, a głowa poraniona szablą pod Maciejowicami. Ale te rewelacje zdementował mój biograf, historyk wojskowości, Tadeusz Korzon. 20 XII 1766r. otrzymałem patent oficerski i przyjęto mnie do Korpusu Kadetów z płacą 72złp (zaiste, trzeba by pogłówkować, ile to na Wasze finanse). Po edukacji wojskowej awansowałem na kapitana z płacą 200złp. Słowniki podają, gdziem bywał za żywota swego, już po szkołach: Warszawa-Francja-Stany Zjednoczone-Siechnowicze- Warszawa-Zielenice-Dubienka-Galicja-Lipsk-Francja-Drezno-Praga-Kraków-Racławice-Maciejowice-Petersburg-Stany Zjednoczone-Włochy-Szwajcaria-Kraków. Bóg wie, ile mię to kosztowało. Gdym wrócił z Ameryki i nie udało mi się zdobyć etatu wojskowego, osiadłem na 5 lat w Siechnowiczach i gospodarzyłem czule. Toczenie w drewnie, to było, po Waszemu, moje hobby. W sieni zaś kuchnia, obok piekarnia z komorą. Dla sąsiadów swych byłem jedynym wzorem - tak uważał Soroka. Korzon zaś miał mi za złe, generałowi naonczas, że starałem się wydatnie polepszać dolę swych chłopów. Decyzyje moje, według mego biografa, wpłynęły na zmniejszenie plonów w gospodarstwie. Bóg osądzi, czym robił dobrze. Był ja bardziej nawykły do szabli, niżeli do pługa. A i kochliwy byłem niepomiernie w żywocie swoim. Będąc już na kwaterze jako generał wojsk koronnych we Włocławku, jeszcze żem się czuł jako szlachcic na zagrodzie. Nie chwaląc się, bo cóż mi teraz z pochwał, gdym w niebiesiech, wspomnę jeno fakt, żem chyba jedyny z Lechitów z amerykańskim orderem cyncynata i francuskim obywatelem honorowym. Nie zdołał ja jeno zmóc oporu szlachty, ale z tego będę się już tłumaczył na Boskim Sądzie, nie wam. PS. Wspominając żywot mój, posiłkowałem się pozycją Szyndlera, bo któż to wszystko by spamiętał, a jemu za to zapłacili, to i spisał. Justyna Oszust kingakinga "blumqu"

Nomen Omen

Dnia 10 września 2017 odbyła się tarnowska premiera monodramu pod tytułem "blumqu". Premiera ta miała miejsce w Tarnowskim Teatrze im. Ludwika Solskiego w Tarnowie na scenie Underground. Utwór dramatyczny został wystawiony dwa razy tego dnia - o godzinie 16 30 i 18:00. Wstęp na to wydarzenie był wolny, jednak po wcześniejszej rezerwacji miejsc. "Blumqu" jest już trzecim monodramem Szymona Szczęcha. Scenariusz utworu został napisany przez samego Szymona i Justynę Kapę. Reżyserką była Justyna Kapa, która tym właśnie monodramem zakończyła swoje studia reżyserskie. Z tego powodu utwór miał swojego promotora - prof. dr hab. Krzysztofa Kulińskiego. Spektakl był przeznaczony dla widzów powyżej 14 roku życia

Nomen Omen

ze względu na trudną tematykę. Do teatru wybrałam się na godzinę 18 00 z moją mamą, która tak samo jak ja interesuje się aktorstwem. W budynku znalazłyśmy się 15 minut wcześniej, aby móc odnaleźć salę i spokojnie poszukać naszych miejsc do siedzenia w trakcie występu. Kiedy weszłyśmy do pomieszczenia, gdzie miał odbyć się spektakl o d razu zauważyłyśmy, że na scenie ktoś rozłożył zdjęcia pewnej dziewczyny (na niektórych była sama, a na niektórych z przyjaciółmi) na podłodze. Tworzyły one krąg. Monodram rozpoczął się z lekkim opóźnieniem, a mianowicie o 18:05. Sala była pełna ludzi, którzy wreszcie mogli obejrzeć występ. Bohaterem monodramu był Antek, który opowiadał publiczności pewną historię ze swojego życia. Dotyczyła ona dziewczyny, której zdjęcia leżały na ziemi. Okazało się, że to on był autorem tych zdjęć, ponieważ interesował się fotografią, a Zosia (tak miała na imię ta dziewczyna) była jego największą inspiracją. Antek opowiadał historię według swojej indywidualnej perspektywy odbioru świata. Okazało się, że nie był on do końca zdrowy psychicznie. Opowiadał o Zosi jak o swojej dziewczynie, a tak naprawdę był jej prześladowcą, który zniszczył jej życie i doprowadził do wypadku, w którym zginęła. Monodram trwał godzinę, a więc skończył się około godziny 19 00. Jego tytuł - "blumqu" po przyłożeniu lustra dawał napis "prawda" co doskonale tłumaczy koniec występu, który pokazał nam całą prawdę o Antku i jego opowieści. Monodram zrobił na mnie ogromne wrażenie, tak samo jak na mojej mamie. Opisana historia była niezwykle poruszająca i intrygująca. Dawno już nie widziałam tak przerażającej historii opisanej w tak niesamowity sposób. Aktor idealnie wcielił się w swoją rolę i odgrywał ją wyśmienicie. Zdjęcia rozłożone na podłodze nadawały klimat całej opowieści, a pomysł z "odwróconym" tytułem spektaklu to "strzał w dziesiątkę". Nie spodziewałam się tego zupełnie, a w momencie gdy wyświetlono plakat promujący występ z tyłu sceny i napis powoli zaczął się odbijać jak w lustrze, byłam pod ogromnym wrażeniem. Kiedy widzę ten plakat myślę o nim teraz zupełnie inaczej. Moja ocena to oczywiście 10/10 - polecam każdemu! Aleksandra Zychla 10 powodów, by wyemigrować do Australii
Marzy ci się życie na wysokim poziomie przy małym nakładzie pracy? Chciałbyś uciec od ciągłej codzienności w pośpiechu? Potrzebujesz długoterminowych wakacji?
Nomen Omen

Jeśli tak, to zapraszam do zapoznania się z poniższym artykułem na temat Kraju na Antypodach. Mieszkają tam życziwi ludzie, państwo oferuje dobrą pracę, bezpieczeństwo, nieustające słońce a z każdej strony usłyszeć można , no worries mate,,. 1. Marzysz, by uciec od świata? Irytuje cię obecna sytuacja np. polityczna w państwach europejskich lub po prostu chcesz uciec od ludzi? Wybierz ten kraj. Twoim denerwującym byłym współpracownikom na pewno nie będzie się chciało lecieć prawie 30h tylko po to, by zepsuć ci humor. Ewentualnie zamieszkasz na cichej australijskiej wsi ze stadem kóz, ale za to jakim spokojnym :) 2. Chcesz założyć własny biznes, ale się wahasz? To kraj dla przedsiębiorców. Jeśli w Polsce boisz się porażki, tak w Australii możesz śmiało zakładać własną firmę. Rząd oferuje duże udogodnienia, znacznie większe niż w Polsce. Spora liczba ludzi żyje tam z dobrych dochodów własnego biznesu. 3. Nie chce ci się dużo pracować, ale chcesz też mieć co jeść?

Nomen Omen

Praca za najniższą krajową, która pozwala ci na opłacenie mieszkania, wyżywienie i drobne przyjemności, jak kino czy pizza ze znajomymi? Brzmi fajnie, prawda? W przeciwieństwie do wielu krajów, za najniższą pensję jesteś w stanie wieść skromne, ale wciąż godne życie. 4. Marzysz o wyższych standardach? Co z tego, że zarabiają więcej, jeśli wszystko jest droższe? To stwierdzenie słyszymy często. Różnica jest jednak taka, że mieszkania w Warszawie z dość dobrymi warunkami będziemy dorabiać się latami, a w Australii będzie tak wyglądać przeciętne lokum w niskiej cenie. 5. Chcesz przedłużyć wakacje? Kochasz słońce, plażę, ocean, a ostatni wypad na Malediwy mógłby trwać wiecznie? W takim razie ten kontynent jest dla Ciebie. Mieszając w mieście, prawie na każdym kroku natkniesz się na plaże, surferów, przez ok 90% roku świeci słońce, a australijskie zachody słońca są najpiękniejsze na świecie. To dobra alternatywa dla tych, którym zależy na życiu w pięknym i ciepłym miejscu. 6. Uwielbiasz jeździć autem?

Nomen Omen

Z racji tego, że jest to ogromny kraj z bardzo dużymi odległościami między miastami, wszyscy posiadają samochody. Na ulicach panuje ruch lewostronny, jak w Wielkiej Brytanii, a na litr benzyny pracujesz około 4-5 minut (mając najniższą pensję). Niestety trzeba przyznać, że komunikacja miejska jest dość słaba, więc warto zainwestować w auto lub rower, jeśli chcesz być fit, jak spora część Australijczyków. 7. Nie lubisz się spieszyć? Jeśli tak jak ja  nie lubisz się spieszyć, ciągle się spóźniasz, nie przejmuj się. Australijczycy prowadzą luźny tryb życia, nic się nie stanie, jeśli nie będziesz punktualny, każdemu się zdarza. Brak pośpiechu wynika z dużych odległości między miastami oraz ze spokojnego podejścia do życia. Zamiast więc krzyczeć na innych, stojąc w korku, wypij koktajl owocowy albo śpiewaj razem z radiem! 8. Chcesz pracować, by żyć, a nie żyć, by pracować? Ludzie prowadzą tam życie po pracy. Wychodzą na miasto, idą na siłownię, na kawę, popływać w oceanie, a praca? Praca poczeka :) Od tego jest twój 8-godzinny etat, by pracować, a życie po pracy jest po to, by robić to  na co masz ochotę. 9. Chcesz mieć rodzinę? Najpierw rodzina czy kariera? Dobre pytanie. Czy stać cię na utrzymanie rodziny, kiedy nie masz dobrze płatnej pracy i 23 lata? Australijczyków stać! Coraz bardziej popularne staje się tam zakładanie rodzin nawet przed 25 rokiem życia. Poza tym średnia liczba dzieci w zwykłej rodzinie waha się tam między 3-6. 10. Chcesz otaczać się optymistami i nauczyć się pozytywnego myślenia? Wiecie, że najczęściej wypowiadany zwrotem przez mieszkańców tego słonecznego raju jest no worries, mate? Każdy umie cieszyć się z życia, ludzie są dla siebie bardzo pomocni i życzliwi, wszyscy są uśmiechnięci. Z czego tu się nie cieszyć? Słońce świeci, morze szumi, benzyna nie podrożała, a wieczorem możesz wyjść do baru ze znajomymi z pracy, których w dodatku lubisz. To kraj bez wątpienia godny odwiedzin. Warto przekonać się na własnej skórze, dlaczego jest ceniony przez tak wielu ludzi. Myślę, że to wspaniałe miejsce do zbudowania na stałe swojej przyszłości lub choćby na  krótki wakacyjny wyjazd. Weronika Peroń Śladami Zakochanych w Tarnowie

Nomen Omen

Tajemnice montażu, kadrów i planów - te i wiele innych tajników zgłębiali nasi uczniowie podczas warsztatów dziennikarskich "Ścieżkami zakochanych w Tarnowie", pod czujnym okiem pani Bernadetty Cich. Grupa w składzie: Julia Nowak, Małgorzata Sacha, Szymon Skowron, Patryk Tendera i Mikołaj Ginter, starała się uchwycić piękno naszego miasta i jego wszystkie zalety w filmie, jaki przyszło im stworzyć. Jednak największym wyzwaniem była gra miejska, w której na próbę został wystawiony ich zmysł twórczy, kreatywność i "zwierzęcy magnetyzm". Tworzyli oni poematy, w których zawrzeć musieli swoje dusze poetów i kryjące się pokłady romantyzmu. Wcielali się również w Tarnowskie maszkarony, starając się jak najwierniej odwzorować każdy ich szczegół. . Przekonywali również przechodniów, że i oni kochają Tarnów, kiedy wspólnie pod Tramwajem zakrzyknęli hasło „ZAKOCHANI W TARNOWIE”. https://www.facebook.com/szymon.skowron.14/videos/1397530027036641/ Ich wysiłki pozwoliły zająć im drugie miejsce podczas gry. Całej grupie serdecznie gratulujemy! Perypetie Beńka Martyna Wójcik
Ludzie się zmieniają, a ja jestem na to najlepszym dowodem. Beniek – to mój nowy pseudonim od kolegów z gimnazjum. A dlaczego? Zaraz się dowiecie. Kiedyś byłem zupełnie inny.
Nomen Omen

Nazywali mnie kujonem. Fakt, uczyłem się na piątki, ale to wymagało ode mnie takiej pracy, że nie miałem już czasu na spotkania ze znajomymi. To oddalało mnie od nich coraz bardziej. Nie chcieli się ze mną zadawać, a na dodatek mojemu najlepszemu przyjacielowi zmarła babcia. Chodził smutny, że nie mogłem patrzeć na to, jak się męczy. No ale cóż, na co mu był kolega bez poczucia humoru? Chciałem go jakoś rozweselić. Wiedziałem, że to dla niego zupełnie nowa i wcale nie łatwa sytuacja. Na sam początek zacząłem obserwować kolegów z klasy, którzy swoim humorem zarażali innych, przez co byli lubiani. Zazdrościłem im tego. A potem to już poleciało: kabarety, żarty. Zobaczyłem, że jakoś można połączyć to z nauką. Całe moje starania pomogły Jackowi – mojemu przyjacielowi, ale o kujonie nikt nie chciał zapomnieć. Na szczęście była to końcówka szóstej klasy. Do gimnazjum poszedłem zupełnie w innej części miasta. Miałem postanowienie, że zacznę wszystko od początku. Poskutkowało! Spełniłem swoje marzenie. „Nowy” ja wkroczyłem do szkoły z pewnością siebie i niewykorzystanym poczuciem humoru. Moje żarty rozbawiały nawet nauczycieli! O, na przykład taki: „Co robi informatyk w kuchni? Naprawia e-kran”. (Tylko pamiętaj, nie opowiadaj go nauczycielowi informatyki. Kawał niewłaściwie opowiedziany zagraża twojemu życiu lub zdrowiu). Taki tam żarcik. Kiedy codziennie wstawałem z uśmiechem na twarzy, czułem się tak, że mógłbym góry przenosić. Nagle dotarło do mnie, że nauka nie jest najważniejsza. Oczywiście jest potrzebna w życiu, ale nie aż tak, żeby się zadręczać jak w podstawówce, tym bardziej, że w gimnazjum było jej o wiele więcej, a ja byłem pracowitym uczniem, lecz zdolnym nie koniecznie. Uczyłem się tak, żeby po prostu zdać i nie mieć problemów z jedynkami czy dwójkami. Zostało mi przekonanie, że jeżeli nie pójdzie mi coś w życiu, to będę miał ukończoną szkołę z zadowalającym wynikiem. Jednak i tak wolałem realizować te rzeczy, które sprawiały mi przyjemność. Rodzice też ucieszyli się, widząc moją przemianę. Nawet zacząłem się dowiadywać o sobie wielu interesujących rzeczy. Ponoć jak byłem malutkim chłopcem, to rodzinne przyjęcia zawsze kończyły się katastrofą z moim udziałem (w której przeważnie robiłem z siebie obiekt zainteresowań). Dopiero szkoła mnie zestresowała i nikt już nie mógł zapobiec mojej „pracowitości”. Wracając do tych ciekawszych informacji o mnie, to może coś opowiem? Kończmy te smęty, jak widać humor mam we krwi.

Nomen Omen

Jak już wcześniej wspomniałem, od trzynastego roku życia, kiedy po raz pierwszy przekroczyłem próg gimnazjum, odpuściłem nauce. Zaraz pojawiłoby się pytanie, jak mi idzie z lekturami. Odpowiedziałbym: jak po maśle. Czytam te  które mi się podobają, a reszta... No cóż, nie oszukujmy się. „Chłopów” to tak przeczytałem do połowy na przykład. Gdzieś tam streszczenie, gdzie indziej dobra koleżanka opowie i na trzy pisałem sprawdziany, a tu nagle z takiej powieści Sienkiewicza dostałem... Piątkę! Tak, tak, sam się zdziwiłem. Przyznam, odpowiedzi strzelałem. Pani taka ze mnie dumna. Po co komuś psuć humor? Nawet zapytała się mnie, czy mi się książka podobała. Ja odpowiedziałem, że najbardziej druga część. Co z tego, że jej nie czytałem? Niech sobie myśli, co chce. Jestem genialny. Kiedy byłem w pierwszej klasie gimnazjum, miałem okropną sklerozę. Raz, zamiast mojego stroju na wychowanie fizyczne, przyniosłem siostry. I co ja biedny miałem zrobić, żeby nie dostać jedynki? No ćwiczyłem w jej różowych rybaczkach. Co za obciach. Ale co tam, pośmiali się, pośmiali i przestali. W końcu to ja, Beniek. Oczywiście to nie koniec historii z wychowaniem fizycznym z moim udziałem. Nauczyciel zawsze nas przestrzegał, żeby ćwiczyć w dresowych spodniach. Postanowiłem zrobić eksperyment, czy ma racje. Ot  zaspokoić moją ciekawość. No i kolejny głupi błąd. Pewnie każdy już domyślił się, co się stało. Po prostu ćwiczę sobie jak zawsze, pan każe zrobić skłon. Posłuszny Beniek wykonuje. I nagle... Trzask. Śmiechu co niemiara, Beniek sam sobie był winny. Tak, tak... Kolejna życiowa lekcja: zawsze słuchaj się nauczyciela, nawet jeżeli wydaje ci się to absurdalne. W drugiej klasie zorganizowaliśmy wyjazd na basen. Bardzo się cieszyłem, bo uwielbiam wodę. Chciałem się pochwalić ekstra ślizgiem ze zjeżdżalni. Nikt tak nie umie jak ja. Jak to mówią: przezorny zawsze ubezpieczony. No normalnie sam sobie mogę podziękować. Jestem inteligentnym chłopakiem. Ubrałem kąpielówki i na nie zwyczajne szorty. Kazałem czekać znajomym na dole. Sam poszedłem na zjeżdżalnię. I tutaj taka ciekawostka: żeby łatwiej było zjechać, po bokach wypływa woda pod dość dużym ciśnieniem. Beniek, nie przewidziałeś tego. I tak jadę, jadę, rozpędzam się i co? I gubię spodenki. Spodenki całe szczęście. Jak coś zjeżdża, to cały nurt wody przyspiesza. Znajomym coś tam mignęło między oczami i krzyczą:”Uwaga! Beniek zjeżdża!” Myślę sobie: „Nie ja  nie ja  tylko moje spodenki...”Jakie to szczęście założyć na siebie czasem czegoś dwie pary. Kochana mamo, dziękuję, że mi je przygotowałaś. Śmiechu nie było końca, ale ja już chyba nie pokażę się na basenie. Nawet ratownicy się ze mnie śmiali, kiedy to te same pamiętne spodenki zeszły ze mnie podczas popisowego skoku do wody. A kiedy zjazd ze zjeżdżalni mi się udał, ochlapałem nauczyciela. Tyle kłopotu ze mną przez dwie godziny. Jak opowiadałem o tym mamie, to stwierdziła, że humor mam we krwi. Ponoć jak byłem mały, to włożyłem głowę w miskę, w której znajdowały się... buraczki. Przez trzy dni chodziłem czerwony, jakbym dostał udaru. Żegnaj nudna podstawówko, witaj gimnazjum! Pewnie każdy zna zabawę z odsuwaniem krzesła. Ktoś siada, a tu nic nie ma. Zrozumiałem to uczucie, kiedy

Nomen Omen

poczułem na własnej skórze. Z tym, że moi kochani koledzy postarali się o efekty specjalne. Spadłem centralnie na rozgniecionego banana. Ale czy można się na nich gniewać? Oczywiście, że nie! Nauczyłem się śmiać z samego siebie i dobrze mi z tym! Rok temu zbliżał się Sylwester. Koledzy chwalą się nowymi fryzurami. A biedny Beniek co? W żadnym zakładzie w mieście nie ma wolnego terminu na zmianę mojej czupryny. Oczywiście zupełnie „przypadkowo” natknąłem się na filmik pt.: „Jak samemu się obciąć”. Szkoda tylko, że zapomnieli dopisać drobnym druczkiem: niebezpieczne, nie wykonywać samemu w domu. Wcześniej już wspomniałem, że lubię wszystko sprawdzać i eksperymentować (nie tylko z wyglądem). Wziąłem lusterko, nożyczki i do dzieła! No  nie oszukujmy się, zawodowym fryzjerem to ja nie jestem. Z mojej głupoty wyszło tyle, że przez całe ferie chodziłem z reklamówką na głowie. Na nieszczęście włosy mi wolno rosną, ale jak kochana pani fryzjerka poprawiła moją nieudaną próbę, to chciałem ją po rękach całować. Zapewne każdy zna uczucie, kiedy szybko musi do toalety, bo za dużo wypił. Ach, Beniek co z tobą? A no właśnie, ze mną nic. Tylko tyle, że o mało nie obyło się bez katastrofy na wycieczce, kiedy akurat stoimy w korku przez pół miasta, a wokół nie ma nawet malutkiego krzaczka. I oczywiście moi najlepsi koledzy, którym jak na złość chce się bardzo pić. Tak, zupełnie przypadkowo ktoś włączył piosenkę o... A, nieważne. Według mnie to powinno być karalne. Biedny Beńku, przeżyłeś to. Możesz czuć się bohaterem. Jeżeli już jestem przy temacie wycieczek, to może opowiem inną historię? Otóż, jak to zawsze bywa na takich wyjazdach, nigdy się nie śpi. Tym bardziej chłopaki nigdy nie śpią. W naszej naturze jest dokuczanie koleżankom. Tak troszkę tylko im przeszkadzaliśmy. Skąd mogliśmy wiedzieć, że pójdą spać już o trzeciej w nocy? Wparowaliśmy im do pokoju jakby nigdy nic pod pretekstem grania w butelkę. Ha  stara sztuczka. A kto był autorem pomysłu? Oczywiście, że ja. Nie wziąłem pod uwagę tego, że opiekunowie zaparkowali w pokoju centralnie obok dziewczyn. Co tam uwaga od nauczycieli. To jeszcze nie koniec naszej kary. Jak już dobiega godzina szósta rano, to tak dla zasady można byłoby się przespać. Nikt nie będzie o tym przecież wiedział. No  z wyjątkiem dziewczyn, które jak na złość postanowiły się zemścić. Beniek, jak coś następnym razem będziesz planował, to lepiej zamknij drzwi na klucz. One po prostu weszły i zaczęły włączać na cały głośnik piosenki króla Juliana: „Wyginaj śmiało ciało”. Tak, właśnie te piosenki. Sami byliście sobie winni. O, kto nie próbował robić ślimaczych wyścigów? Nie chodzi tutaj o to, kto najwolniej coś wykona. Ja mam na myśli prawdziwe ślimaki! Od razu zastrzegam: w wykonywaniu doświadczenia nie ucierpiało żadne zwierzę. Zauważyłem, że tak się pisze w reklamach na przykład. Tyle tylko, że zanim któryś ślimak ruszył się z miejsca, to już się ściemniło, a na drugi dzień wyparowały ze specjalnie przygotowanego toru. Czy one umieją się teleportować? Mam wrażenie, że to był tylko sen. Przy resztkach świadomości przytrzymuje mnie ten tor wyścigowy. Jestem bardzo dobrym przykładem na to, że szalone pomysły mogą być tak samo śmieszne co i dość bolesne. Zawsze myślałem, że mam podzielną uwagę. No...

Nomen Omen

otóż nie do końca. Chyba sam sobie mogę to wybaczyć. Jadę rowerem, a tu nagle przejeżdża ferrari. Normalnie oczopląsu dostałem. Tak się wpatrzyłem w to cudo, że straciłem panowanie nad moim prawie takim samym pojazdem. Prawie. Pech chciał, że wpadłem centralnie w pole pokrzyw. Tak, może to wyglądało komicznie (ja też się śmieję czasem z niektórych wypadków, te pozy są takie zabawne), ale nie mogłem się po tym przez tydzień pozbierać. Wyglądałem jakbym ospę złapał. Kto wymyślił te auta? Mogę mu serdecznie podziękować. Kiedyś pojechałem z rodzicami do ich znajomych. Państwo Nowakowie mają córkę w moim wieku, z którą chodzę do klasy. Jakby to powiedzieć... Byłem mały, a jak wiadomo dzieci potrzebują dużo snu. Tłumacz się, tłumacz Beniek. Tak, będę. Musze się niechętnie przyznać, że jak tylko zaczęliśmy oglądać bajkę, to zasnąłem. Teraz nikt nie może o tym zapomnieć, a ja jestem rozpoznawany jako „śpiący królewicz”. Jeżeli moje wcześniejsze historie z życia nikogo nie rozśmieszyły, to ta na pewno was nie zawiedzie. Cofnijmy się do pierwszego roku w gimnazjum. Zima, dwadzieścia stopni na minusie. Lubiliśmy przesiadywać w szkolnej łazience na przerwach. Przeważnie składałem papierowe samolociki i rzucaliśmy, komu poleci dalej. Na  nieszczęście jeden utknął mojemu koledze na ścianie oddzielającej jedną toaletę od drugiej. To nie jego wina, że był mały i nie mógł dostać. Stwierdziłem, że mogę zrobić dobry uczynek i pomóc przyjacielowi. To jednak mnie drogo kosztował. Ja sam nie mogłem dosięgnąć papierowej zabawki, ale to drobiazg. Beniek nie poddaje się tak łatwo. Postanowiłem, że skorzystam z dodatkowej usługi, jaką oferuje szkolna toaleta i wejdę na ubikację. Hm.. Znowu tego nie przewidziałeś Beniek. Szkoła to nie hotel, wiadomo, że tam nie ma idealnie nowiutkich łazienek. Deska klozetowa pękła, a ja soczyście zanurzyłem jedną nogę w wodzie. Był luty, nie miałem zapasowego ubrania, a z nóg skapywała woda. Co robić, co robić? Pani musiała mi znaleźć jakieś zastępcze spodnie. No i tak. Gdybym tylko mógł, to wolałbym chodzić po szkole bez nich. Szerokie dresy od kombinezonów narciarskich w dziwnym kolorze – to jeszcze nic. Poczekajmy na buty. I oto są – za duże kozaki w odcieniach beżu. Panie woźne nie znalazły nic innego. Idealne ubranie dla kochającego zabawę Beńka. Moi koledzy płakali ze śmiechu. Znowu niczego się nie nauczyłeś. Twój pech. Moje życie jest doskonałym przykładem na to, że ludzie się zmieniają. Jedni na lepsze, inni na gorsze. Trzeba się z tym liczyć i uważać na to dziwne zjawisko. Z moich historii można się pośmiać. Poznałem już tyle anegdot związanych z nimi i ze mną. Absolutnie nie chcę nikogo zniechęcać do nauki. Chcę tylko pokazać, że należy w życiu robić to  co się kocha. Właśnie temu poświęcać najwięcej czasu. Ja polubiłem żarty. Kto wie... A może słynny Beniek Gimnazjalista założy kiedyś swój własny kabaret? Jeżeli ktoś czuje, że to właśnie nauce chce się poświęcić, niech to robi, ale przy tym nie traci poczucia humoru. Zapewniam każdego, że w moim towarzystwie nigdy nikogo nie dopadnie nuda. Bo jak głosi życiowe motto: „Carpe diem”, któremu jestem wierny. Trochę poezji...

Nomen Omen Dzisiaj prezentujemy dwa wiersze autorstwa Izabeli Kołakowskiej.

„Próbowaliśmy” Przestrzeń się zwiększa, próbowaliśmy. Słowa Cichną, ale krzyczeliśmy. Odchodzisz. Pytałam: Będziesz pierwszy? Odwrócony wzrok. Pytałam: Będziesz ostatni? Cisza… Przestrzeń się zwiększa, próbowaliśmy. "Nie zostawię Cię" Obiecałam Ci. Czuję Twoją dłoń, która powoli otacza moją szyję. Przyciągasz mnie i oddalasz żeby spojrzeć w oczy. Obiecałam Ci. Sunąłeś delikatnie, subtelnie... Zostawiałeś mokre ślady pocałunków. Obiecałam Ci  a Twoja dłoń została. Nawet, kiedy jej nie ma. Znowu pytasz i dotykasz mnie pewniej. Dłoń oplata szyję, usta się wpijają, a ja obiecuję, krzyczę to głośno: obiecuję, obiecuję, obiecuję! Nie mogę spać. Tylko ja obiecałam. SPÓR O WOLNOŚĆ SZTUKI
...zadaniem sztuki jest dyktować rzeczywistości swoje prawa...
Etceterka Nomen Omen

Zatraciła się granica pomiędzy polityką a sztuką, bo okazało się, że łajdactwo tu i tam jest monopolem tej samej grupy łotrów. Likwidujmy ich bez cienia miłosierdzia nie tylko dlatego, bo obsiedli pałace sztuk i pras, ale dlatego przede wszystkim, że zablokowali dostęp rzetelności do swoich poczynań we wszystkich dziedzinach, bo niszczą nie tylko sztukę, ale niszczą przede wszystkim człowieka. I dlatego malarze, poeci, literaci [...] przestaliście już być tylko artystami, a staliście się chcąc nie chcąc żołnierzami na odcinku – tak, na politycznym odcinku – wspólnego frontu – to słowa Władysława Strzemińskiego z 1934 roku. W dzisiejszych czasach możemy obserwować niepokojące zjawisko wpływu polityki na sztukę. Jest to widoczne chociażby podczas rozdawania ważnych nagród filmowych, literackich czy też muzycznych. Oprócz wartości dzieła artystycznego liczy się także jego poprawność polityczna. Okazuje się, że również w historii naszego kraju mieliśmy do czynienia z silnym wpływem polityki na sztukę. Co więcej, sztuka została zniewolona i zupełnie zdeprawowana. Oczywiście chodzi tu o okres socrealizmu. Do rozważań na ten temat skłoniło mnie obejrzenie ostatniego filmu Andrzeja Wajdy „Powidoki”. „Powidoki” to dobry film, jeśli chodzi o ukazanie realiów życia artysty

Nomen Omen

w komunistycznej Polsce. Tak naprawdę dopiero po zapoznaniu się z historią Władysława Strzemińskiego, uświadomiłam sobie, czym dla ówczesnego artysty było sprzeciwienie się założeniom sztuki socrealistycznej. Film zaczyna się od niezwykłej sceny, kiedy Strzemiński przecina flagę ze Stalinem, która uniemożliwiała mu dostęp do światła w czasie malowania. Został za to zabrany na placówkę Urzędu Bezpieczeństwa. Urzędnik wskazuje, że artysta stoi przed wyborem i nie może wiecznie znajdować się na rozstaju dróg. Proponuje mu też korzyści w zamian za pójście na kompromis. Strzemiński wychodzi. Bardzo wymowna jest również scena, kiedy studentka Hania poznaje profesora podczas zajęć w plenerze. Już wtedy możemy zauważyć pasję, z jaką Strzemiński przekazuje wiedzę swoim studentom. Rzeczywiście, potrafił on przykuć uwagę i stanowił dla nich autorytet. Profesor był naprawdę ceniony przez ówczesną inteligencję. Wszystko się jednak zmieniło po wizycie ministra sztuki i kultury w łódzkiej Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych, gdzie wykładał Strzemiński. Wygłosił on wykład na temat sztuki socrealistycznej, która miała przyczynić się do budowania komunistycznego społeczeństwa. „Naród ma prawo stawiać swoje wymagania twórcom, aby głębszy nurt utworu, cel, odpowiadał potrzebom ogółu”. Strzemiński nie potrafił powstrzymać się od swojej opinii, która okazała się tragiczna w swoich skutkach. Z polecenia ministra kultury profesor został zwolniony z pracy. Nawet po tym wydarzeniu studenci nadal odwiedzali go w mieszkaniu i pomagali w pisaniu książki o teorii powidoków. Zwróciłam uwagę na jedną z ich wizyt, kiedy profesor

Nomen Omen ...człowieka można zniszczyć, ale nie można go pokonać...

wypowiedział ważne słowa : „zadaniem sztuki jest dyktować rzeczywistości swoje prawa”. „Tymczasem to nam je dyktują” - odpowiada student. Rzeczywiście, partia wywiązała się z obietnicy obrony sztuki socrealistycznej. Zlikwidowana została sala neoplastyczna. Dyrektor Muzeum Sztuki doceniał prace Strzemińskiego i z ciężkim sercem patrzył na dewastację sali. Kolejnym przejawem walki z wolnością artysty było zniszczenie wystawy studentów. Kiedy szli z profesorem, aby ją zobaczyć, byli bardzo podekscytowani. Jakże tragiczne było to  co zobaczyli na miejscu, porozbijanie obrazy, wszędzie pełno szkła. Strzemiński został także wykluczony ze Związku Artystów. Gdy później podjął pracę przy tworzeniu wystaw sklepów, wydawało się, że przetrwa chwilowy kryzys. Niestety za sprawą donosu został zwolniony z pracy. Przy rozwiązaniu umowy kobieta przyznała, że ceni sobie prace Strzemińskiego. W efekcie zwolnienia Strzemiński popadał w coraz większe ubóstwo. Ponieważ nie pracował, nie dostawał kartek na żywość. Nie mógł też kupić farb, bo nie był już członkiem Związku Artystów. Czy istnieje coś gorszego dla malarza niż brak farb? Odpowiedź jest oczywista. Co prawda za pieniądze przeznaczone na farby zabrał córkę do kina, ale i tutaj nie mógł uwolnić się od tych, którzy go niszczyli. Nie był w stanie oglądać propagandowych reklam i kazał córce wyjść z kina. Gdy już mowa o córce, nie sposób pominąć sceny, gdy recytuje wierszyk o Stalinie. Profesor stoi w przejściu i z bólem patrzy, jak jego dziecko powtarza prymitywny i pozbawiony wartości estetycznych utwór. W ogóle Nika przedstawiona została

Nomen Omen

w filmie jako niezwykle heroiczna i rezolutna dziewczynka. Mimo swojego młodego wieku wiele w życiu przeszła, zmarła jej matka, patrzyła na śmierć ojca. Gdy leżał w szpitalu odwiedziła go w nowych butach, żeby ojciec nie martwił się o nią. Tak naprawdę pożyczyła je od koleżanki. Teraz chciałabym zwrócić uwagę na bardzo ciekawy wątek związany z Julianem Przybosiem. Odwiedza on profesora w domu i rozmawiają o sztuce. Przyboś żali się przyjacielowi, że pisze do szuflady. Padają tu niezwykle istotne słowa: „artystę można zabić na dwa sposoby; mówiąc o nim za dużo albo nie mówiąc o nim wcale”. Władze komunistyczne wiedziały co robią. Jeżeli nie będą pozwalać artystom publikować swoich prac, prędzej czy później pójdą oni na kompromis. Przecież naturalną potrzebą artysty jest kontakt z odbiorcami. Jeżeli ich zabraknie, istnienie artysty jest bezcelowe. Strzemiński umiera na gruźlicę w zapomnieniu. Ostatnia scena filmu jest prawdziwym wyciskaczem łez. Nika wchodzi do sali szpitalnej i prosi pielęgniarkę, by mogła pobyć chwilę w miejscu, gdzie umarł jej ojciec. Refleksje na temat problemu poruszonego w „Powidokach” są zatrważające. Władza zupełnie opanowała i zniewoliła sztukę. Obrała tylko jeden kierunek, w jakim powinna rozwijać się sztuka. Najsmutniejszym pozostaje fakt, że ludzie inteligentni i wykształceni naprawdę doceniali Strzemińskiego. Ale nie mogli nic zrobić. To znaczy - mogli, ale nie chcieli, bo wiedzieli, że podzielą jego los. Nawet gdy student zawahał się, czy głosować za potępieniem wystąpienia profesora podczas przemówienia ministra kultury, usłyszał tylko, że „w obliczu naszych czasów wybór jest tylko jeden”. Mimo że wewnętrznie czuł inaczej, podniósł rękę. W okresie socrealizmu wielu artystów stawało przed dylematem, czy pójść na współpracę z władzą, czy pozostać wiernym własnym zasadom. Chociaż większość z nich zgodziła się na kompromis, byli też tacy, którzy podobnie jak Strzemiński, nie ugięli się. Zbigniew Herbert wskazał powody, dla których odmówił współpracy z socrealizmem w wierszu „Potęga smaku”. Nie podobała mu się estetyka socrealistyczna, która promowała schematyczność, kicz i tandetę. Po prostu było to sprzeczne z jego naturą. Zdawał sobie sprawę, że za takie poglądy może zostać surowo ukarany. Innym poetą, który pozostał w zgodzie ze swoim sumieniem był Czesław Miłosz. W 1951 zwrócił się do Francji z prośbą o azyl. Został uznany za zdrajcę i potępiony przez Związek Literatów Polskich. Gałczyński zadedykował mu utwór „Poemat dla zdrajcy”, który był pełen oskarżeń kierowanych pod adresem Miłosza. Co więcej, władze były tak bardzo „uczulone” na Miłosza, że zakazywano nawet używania jego nazwiska. W przypadku, gdy nie dało się tego pominąć, stosowano peryfrazy, np. autor „Ocalenia”. Miłosz wydał zbiór esejów „Zniewolony umysł”, w którym ukazał społeczeństwo polskie poddane indoktrynacji. Próbował też wyjaśnić,

Nomen Omen

dlaczego inteligencja pozwoliła się omamić komunistom. Na przykład wspomniany wcześniej Gałczyński był świetnym poetą. Ale na zjeździe literatów w 1950 roku Adam Ważyk zarzucił mu drobnomieszczaństwo i nakazał, by „ukręcił łeb temu rozwydrzonemu kanarkowi, który zalęgł się w jego wierszach”. Zmuszono go do samokrytyki i w efekcie przystosował się do nowej polityki socjalistycznej. Nie mógł poradzić sobie do końca z tą sytuacją i szukał ukojenia w alkoholu. Przykładów ukazujących los artystów, którzy chcieli się wyzwolić z kanonu sztuki socrealistycznej jest wiele. Wszystkie one podkreślają bezsens i absurd działania władzy komunistycznej. Wielcy twórcy, jak Miłosz czy Strzemiński, zostali uznani za zdrajców i pozbawieni możliwości legalnego tworzenia dla swoich rodaków. Chociaż spotkali się z represjami i na pewno przeżywali chwile załamania, udowodnili komunistom, że „człowieka można zniszczyć, ale nie można go pokonać”. Ż.M. Jalu Kurek (1904-1983) był poetą i prozaikiem, a także przedstawicielem tzw. Awangardy Krakowskiej. Został Laureatem Nagrody Młodych Polskiej Akademii Literatury za powieść społecznoobyczajową z życia ówczesnej wsi małopolskiej Grypa szaleje w Naprawie.
Jalu Kurek – ceniony przez krytyków, odrzucony przez miejscowych
Nomen Omen

Adam Mickiewicz czy Juliusz Słowacki to autorzy, których nazwiska zna każdy i prawie wszyscy są w stanie wypowiedzieć się na temat ich twórczości. Jednakże nie powinniśmy zapominać, że w polskiej literaturze znaczą rolę odegrali także artyści, który tekstów nie znajdziemy w kanonie szkolnych lektur. Są to często postacie znane bardziej w środowiskach lokalnych, w których tworzyli, bądź rozpoznawane głównie przez krytyków literatury. Jednym z nich jest dziś raczej rzadko wspominany poeta o sporym dorobku literackim - Jalu Kurek. Życiorys Syn Piotra – chłopa ze Śmigna w gminie Lisia Góra pod Tarnowem i Rozalii – góralki z okolic Rabki. W książce , Mój Kraków’’ o rodzicach pisał: , Syn żyznej równiny reprezentował naturę spokojną i uległą: pracowitą. Za to córka silnego szczepu wyżyn wnosiła w swoje sprawy domowe żywość, energię, hart i gospodarczość górali’’.

Nomen Omen

Był absolwentem Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Jagiellońskiego (filologia polska i romańska). Studia pogłębił na uniwersytecie w Neapolu. Był silnie związany z rodzinnymi Beskidami (jego matka pochodziła z Naprawy), którym poświęcił kilka powieści. Największą sławę przyniosły mu Grypa szaleje w Naprawie z 1934 i Woda wyżej z 1935. Jest autorem wielu liryków, poematów, opowiadań i powieści. Przez długie lata pracował jako dziennikarz i redaktor, czego pozostałością są jego reportaże, felietony, eseje i artykuły. Autor licznych przekładów poezji włoskiej (m.in. Sonetów do Laury Franciszka Petrarki). Jako tłumacz z języka włoskiego przyczynił się do popularyzacji w Polsce dorobku włoskich futurystów. Zajmował się również teatrem i filmem (OR - Obliczenia Rytmiczne z 1933, jeden z pierwszych polskich filmów eksperymentalnych). Nietypowe imię Osobliwe imię Jalu było dziecięcym przezwiskiem pisarza, nadanym mu przypadkowo, ale używanym nawet w domu (pochodziło od nazwy rzeki Yalu, granicznej rzeki między Chinami i Koreą). Franciszek Kurek używał tego imienia najpierw w pseudonimie literackim, a później urzędowo zmienił sobie imię. Dom W 1957 wraz z żoną Hanną Ablewicz-Kurek pisarz rozpoczął budowę drewnianego domu w Naprawie. Dom stanął w miejscu, w którym stała kiedyś chałupa matki Kurka (Rozalii Kurek). Literat miał dwoje dzieci: Ewę i Grzegorza, który od czasu do czasu odwiedza posiadłość. Dom miał zostać zburzony podczas budowy kolejnego odcinka zakopianki, jako iż znajduje się centralnie, przy powstającym od zeszłego roku, najdłuższym tunelu w Polsce, nie zgodził się na to jednak wojewódzki konserwator zabytków. Wolał by dom Jalu Kurka pozostał w miejscowości, z którą pisarz był związany i którą uwiecznił w swojej twórczości. Jak pisze miejscowa gazeta: , Władze gminy Jordanów skłonne były zaopiekować się budynkiem, ale nie dysponowały działką, na którą dałoby się go translokować. W końcu jednak, dzięki zamianie nieruchomości pozyskały odpowiednie parcele. Dom pisarza stanie w sąsiedztwie krytej pływalni w Naprawie. – Myślimy o tym, aby w przyszłości utworzyć w nim izbę pamięci Jalu Kurka. Można by w niej zgromadzić sprzęty, z których korzystał – na przykład biurko, maszynę do pisania. A także dyplomy, nagrody i inne pamiątki oraz kolekcję jego książek, bo obawiam się, że teraz mało kto je zna i czyta. Ludzie kojarzą go głównie z jedną powieścią, ale przecież jego dorobek twórczy jest bardzo bogaty – mówi wójt gminy Stanisław Pudo’’. Twórczość Z jego tatrzańskich powieści najważniejsza to Księga Tatr. W tej dwutomowej księdze fabuła powieściowa jest przeplatana licznymi epizodami niby to z dziejów Zakopanego i Tatr, ale tylko część tych epizodów to fakty historyczne, a inne to fikcja literacka o pozorach

Nomen Omen

autentycznych wydarzeń. Tematyka tatrzańska występuje też w innych powieściach Kurka np. Uważaj, żmija, w której znajdują się liczne wypady przeciw ówczesnemu taternictwu , oraz Świnia Skała, zawierające próbę stworzenia mitologii tatrzańskiej. Natomiast wcześniejsza powieść Kurka., trzytomowy Janosik mało ma wspólnego z Tatrami, a nic ze słynnym zbójnikiem Janosikiem. Kontrowersje Mimo iż twórczość Jalu Kurka została doceniona przez krytyków literatury, mieszkańcy Naprawy, szczególnie starsi, których życie opisywał, nie wyrażają się o nim zbyt przychylnie. Jak mówi wójt gminy Jordanów Stanisław Pudo: , Jalu Kurek to znana, choć kontrowersyjna postać. Zasługuje na to, by go tutaj jakoś uczcić. Proponowałem, by jego imieniem nazwać tunel na zakopiance, ale nawet mieszkańcy Naprawy byli temu przeciwni. Niektórzy do tej pory czują się urażeni sposobem, w jaki opisał życie w ich miejscowości w latach trzydziestych ubiegłego stulecia. ‘’ Wielu miejscowych, którzy pamiętają jeszcze tamte czasy mówią, że po prostu pisał bzdury, ośmieszając mieszkańców wioski, uraza jest tym większa, jako że posługiwał się konkretnymi nazwiskami. Mimo iż  sam autor niejednokrotnie oświadczał, że w swoich powieściach zarówno fakty historyczne, jak i przytaczane cytaty dostosowuje dowolnie do własnej koncepcji swego dzieła, mieszkańcy Naprawy, w szczególności górale z krwi i kości, wydają się nie zwracać uwagi na różnicę między reportażem a inspiracją zaczerpniętą z historii, uważają po prostu, że zostali przedstawieni w złym świetle, a obraz galicyjskiej biedy opisywanej przez Kurka jest wysoce podkoloryzowany. , Wie, że za dwa grosze, da mu Baziakowa dziewięć zapałek, które w domu rozerżnie się wzdłuż połowy i użyje osiemnaście razy’’ , Jedna czwarta części wsi nie jechała nigdy w życiu koleją. Pół wsi nie piło nigdy kawy ani herbaty, a trzy czwarte nie wydalało się w promieniu dziesięciu kilometrów poza wieś’’ , We wsi mieszkają ludzie dobrzy, chodź obtargani. Mocni, chodź obsypani słomą i gliną’’ , Tak więc Naprawa brnęła w ciemności, nędzy, błocie i brudzie. O zmierzchu wszyscy mieli twarze smutne. Rano budzili się ciężko i niechętnie. Nie było do czego wstawać’’. Wspomnienia miejscowych Maria Mirek, bliska przyjaciółka żony Kurka i znajoma samego Jalego wspomina: , W zasadzie nikt nie znał go zbyt dobrze, był raczej typem samotnika, czasami widywałam go  jak wybierał się na wędrówki w góry. Poza tym, bywał tu rzadko, większość czasu spędzał w Krakowie. A co do tego, co pisał na temat wsi, większość mówi, że to bzdury i że wcale aż takiej biedy, nigdy tu nie było. O wiele bliższe relację miałam z Jalową, była to kobieta niezwykle pomocna, zawsze chętnie wdawała się w dyskusje i służyła jedynym we wsi telefonem. Codziennie rano przynosiłam jej świeże mleko, Jalu najczęściej pisał wtedy w gabinecie na górze, miała

Nomen Omen

w zwyczaju wyjątkowo obficie karmić swoje koty, które w efekcie były naprawdę olbrzymie. Miała złote serce, a przy tym była dość nietuzinkowa, jak niektórzy ludzie mówią, była buddystką. Pewnego dnia nie otwierała mi drzwi, kiedy jak codziennie przyszłam z mlekiem, zaniepokoiło mnie to  więc wezwałam straż, niestety znaleźni ją martwą. Podobno miała życzenie, żeby jej zwłoki spalić i rozsypać dookoła domu, zostało ona tylko po części spełnione, gdyż prochy spoczęły na cmentarzu. Jalu Kurek o Naprawie Sam pisarz natomiast, prywatnie o Naprawie wypowiadał się niezwykłe entuzjastycznie m. in. w książce , Mój Kraków’’ :  , Wieś Naprawa pod Rabką nie jest miejscem mojego urodzenia, jak mnie o to wielu posądza. Ale byłbym ostatnim, który by chciał prostować tę drobną nieścisłość. Jestem raczej dumny, że mnie mają za rodzonego syna tej wsi; tak silnie Naprawa wrosła w życie moje i w twórczość; legitymuję się nią omal jak świadectwem urodzenia. To wieś rodzinna mojej matki. Poprzez matkę wieś ta wpłynęła żyłami do mego krwiobiegu’’. , Od dzieciństwa łączył mnie silny związek z Naprawą. Tam zapalało się moje światło. Matka do końca życia nie zerwała wspólnoty z rodzinną wsią, jeździliśmy tam co roku na dwa letnie miesiące wakacyjne, pod stopy Lubonia, pod stopy Lubonia, pod ścianę puszczy, która już dziś przerzedziła się znaczenie. Szkoda, że ludzie stamtąd nie są mi już tak, jak ta ziemia’’ Patryk Mirek NASZ VINCENT

Nomen Omen

Zainteresowane twórczością Vincenta Van Gogha zdecydowałyśmy się zagłębić w jego smutne a zarazem pełne przygód życie. Obejrzałyśmy film pt.,,Twój Vincent'', który został wyreżyserowany przez duet, w skład którego wchodzili: Dorota Kobiela oraz Hugh Welchman. Film został stworzony w sposób bardzo nietypowy, do jego powstania wykorzystano aż  65 000 obrazów, które zostały wykonane techniką olejną przez wybitnych 125 malarzy, do których zaliczali się także polscy artyści. Obraz filmowy możemy bez wahania nazwać "malowanym''. Miejscem powstania dzieła jest Wielka Brytania, która współpracowała z Polską. Większość informacji biograficznych zawartych w filmie została zaczerpnięta z 800

Nomen Omen

listów wysyłanych przez głównego bohatera do jego brata. Film ten posiada dwa powiązane z sobą wątki: pierwszym z nich jest oparta na retrospekcjach próba przybliżenia życia Vincenta, natomiast drugim - niemal sensacyjne "dochodzenie", badające tajemnicze okoliczności śmierci artysty. Historię obserwujemy z punktu widzenia Armanda Roulina, którego ojciec jest właścicielem poczty i przyjacielem malarza. Roulin ma za zadanie dostarczyć list Vincenta, (który niedawno popełnił samobójstwo) do jego brata - Theo. Akcja jest bardziej zagmatwana niż można by przypuszczać. Okazuje się, że brat artysty również zapadł w żelazny sen. Armand za wszelką cenę stara się dotrzeć do prawdy związanej z niewyjaśnionym i nagłym odejściem Vincenta, nie wierzy w samobójstwo geniusza, który, choć od zawsze napiętnowany, uważany za gorszego, na  8 lat przed śmiercią odnalazł własne powołanie i oddał mu się bez reszty. Do filmu został wykorzystany akompaniament autorstwa Clinta Mansella. Utwór Lianne'a La Havas pt. "Starry Starry Night" stanowi przejmującą syntezę filmu; nawiązuje on do jednego z najsłynniejszych obrazów van Gogha pt. "Gwiaździsta noc". Po raz pierwszy miałyśmy okazję obejrzeć tekst kultury tego typu. Bardzo miło nas zaskoczył swoją

Nomen Omen

formalną oryginalnością, nietypowośćią. Na chwilę przeniosłyśmy się w czasie i w niewielkiej części zrozumiałyśmy życie wybitnego malarza - Vincenta Van Gogha. Dzięki 90 minutom, w których idealnie ukazano jego osiągniecia, uświadomiłyśmy sobie, że zawsze warto podążać za głosem serca i nigdy się nie poddawać. Bo jak mawiał geniusz: "Dobrze jest umierać, gdy się ma świadomość, że zrobiło się w życiu coś naprawdę dobrego, że pozostanie się w pamięci choćby kilku ludzi i będzie się przykładem dla potomnych." Łucja Matug i Aleksandra Drwal DEPRYWACJA SENSORYCZNA
Czy zastanawiałeś się kiedyś, jakby to było - wyłączyć nagle wszystkie zmysły? Czy jesteś w stanie przewidzieć jakbyś się wtedy zachował? Co wtedy byś czuł? Stan głębokiego relaksu, czy może szaleństwo?
Nomen Omen

Na takie pytania starała się znaleźć odpowiedź współczesna psychologia, badając zjawisko deprywacji sensorycznej. Polega ona na zamierzonym odcięciu bodźców od naszych zmysłów. Najprostszym sposobem jest opaska na oczy, zatyczki do uszu. Można też za pomocą specjalistycznych urządzeń czasowo , wyłączyć" nasze zmysły. Pytanie tylko po co? W połowie XX wieku motorem do takich badań stała się chęć przejęcia kontroli nad umysłem drugiego człowieka. Były to czasy zagrożenia wojną nuklearną więc taka kontrola mogłaby stać się bardzo przydatna np. w trakcie przesłuchiwania sowieckich szpiegów. Ale gdyby tak się nad tym zastanowić, chwilowe odcięcie od zmysłów nie powinno mieć żadnych problematycznych skutków. Jednakże wyniki eksperymentów mówią nam coś całkiem innego. W doświadczeniu przeprowadzonym przez kanadyjskiego psychologa prof. Donalda Hebba studenci ochotnicy zostali umieszczeni w osobnych, odizolowanych od świata, maleńkich delikatnie oświetlonych pomieszczeniach. Mieli leżeć bez ruchu na łóżkach i wstawać tylko wtedy, gdy musieli skorzystać z toalety. Posiłki jedli, siedząc na brzegu łóżka. Cały czas nosili gogle, uniemożliwiające dostrzeżenie jakichkolwiek szczegółów otoczenia. Bawełniane rękawiczki i kartonowe mankiety sięgające daleko poza końce palców eliminowały uczucie dotyku natomiast słuchawki, które kompletnie wyeliminowały dźwięki z otoczenia. Najtwardszy wytrzymał sześć dni, cała reszta odpadła dużo wcześniej, doświadczając psychodelicznych wizji oraz

Nomen Omen

słuchowych i wzrokowych halucynacji. Jeden z nich widział rząd szarych wiewiórek z tornistrami na plecach, wędrujących przez zaśnieżone pole! Inny był przekonany, że jego ręce i nogi gwałtownie rosną. Po zakończeniu doświadczeń uczestniczący w nich studenci przez wiele dni, a nawet tygodni nie mogli dojść do siebie, więc profesora posądzono o nieetyczność. Dlaczego tak się dzieje? Okazało się, że deprywacja sensoryczna prowadzi do bardzo poważnego zachwiania równowagi psychicznej. Neurony, które normalnie odpowiadają za przetwarzanie sygnałów nie potrafią przejść w stan uśpienia. Nasz mózg nieustannie odbiera bodźce z otoczenia a ich brak powoduje, że nie może się odnaleźć, a ponieważ nie ma czym się zająć, zaczyna tworzyć własne obrazy tego co powinno do niego docierać i tak pojawiają się halucynacje. Jednak zjawisko to wygląda całkiem inaczej gdy kiedy zaaplikujemy sobie niewielką dawkę deprywacji. Aktualnie zjawiska tego używa się m.in. w spa w kapsułach deprywacyjnych wypełnionych roztworem soli o temperaturze równej temperaturze ludzkiej skóry, w którym ciało swobodnie się unosi. Przebywanie ok. 30 min. w takiej właśnie kapsule ma działanie kojące, a według niektórych badań może pomóc w pozbywaniu się lęków, fobii czy nałogów. Dłuższe zaś może prowadzić do depresji oraz zachowań aspołecznych i innych negatywnych tego typu stanów. A co ty sądzisz o tym zjawisku? Czy chciałbyś przetestować je na sobie? Na podstawie Fokus.pl, Wikipedii oraz kanału Polimaty opracowała Cherry

Nomen Omen

BIELSZY ODCIEŃ SZTUKI "Tworzenie jest ukazaniem sobie i innym tego obrazu, który się w nas kreuje." Dnia 20.10.2017 r. na terenie tarnowskiego dworca PKP odbył się wernisaż wystawy Bogusława Bachorczyka i Zbigniewa Sałaja. Ekspozycji nadano tytuł korespondujący z miejscem, w którym wydarzenie się odbywało -  "W poczekalni". ‘’Poczekalnia to pomieszczenie przeznaczone dla osób czekających na coś.’’ Jak sądzą sami twórcy, poczekalnia jest miejscem podobnym do pracowni. Miejscem, w którym zostajemy sami ze swoimi myślami, marzeniami i pomysłami. Możemy w niej robić to  co jest ważne dla nas, a nie społeczeństwa. To miejsce odosobnienia, przechowalnia pomysłów czekających na zrealizowanie. To pokój projektów, które wciąż mają szansę na to, by stać się częścią "domu". To spojrzenie na sztukę od zupełnie innej, niespotykanej na co dzień strony. Pozwala na lepsze zrozumienie dzieła i twórcy. Przyjrzyjmy się bliżej twórcom wystawy. Zbigniew Sałaj to polski artysta współczesny, pedagog, absolwent Wydziału Malarstwa krakowskiej ASP. Obecnie zatrudniony jako profesor na macierzystym Wydziale, prowadzi Pracownię Interdyscyplinarną. Zajmuje się malarstwem sztalugowym, malarskim environment, rysunkiem, obiektami

Nomen Omen

z papieru, obiektami mobilnymi, instalacją, fotografią oraz wideo. Bogusław Bachorczyk to malarz, rzeźbiarz, rysownik, twórca multimedialny, a także kurator wystaw. Jest Absolwentem Wydziału Malarstwa krakowskiej ASP. Obecnie pracuje na stanowisku adiunkta w Katedrze Rysunku Wydziału Malarstwa w macierzystej uczelni. Tworzy na styku różnych mediów: malarstwa, rzeźby i fotografii, stosuje bricolage i łączenie technik rzemieślniczych z nowoczesnymi mediami. Wystawa ta ma dla jej twórców - w pewnym sensie - autobiograficzny charakter. Niezwykle ważna jest w niej kwestia potraktowania przestrzeni jako własnej pracowni artystycznej. Istotnym problemem w narracji wystawy staje się swoista gra z rozmaitymi dziełami znanymi z historii sztuki. Wystawa zachwyca swoją formą, pomysłem, inspirujące stają się obiekty, które wykonane zostały z papieru. Zbigniew Sałaj podkreśla, że świat papieru, świat bieli staje się wreszcie światem duchowym. Wystawę dopełniają fotografie, które artysta kolekcjonuje od lat. Tworząc, autor inspiruje się swoją przeszłością. Szczególnie ważne są dla niego czasy dzieciństwa, które stara się przedstawić w swych dziełach. Wspomina, że od dziecka ma styczność z papierem, a pierwszą swoją bajkę pogryzł. Żartobliwie dodał, że do dziś czuje jej smak. Na wystawie możemy podziwiać zainspirowane wspomnieniami rzeźby. Odwołanie do przemijania zawarte jest w ustawionych na sobie czterech stołach. Ukazują one w wymowny sposób kolejne pokolenia zasiadających do nich ludzi. Zbigniew Sałaj zaznacza, że najtrudniejszym etapem tworzenia jest zwizualizowanie swoich myśli. Przekazanie ich innym w taki sposób, aby mogły być odpowiednio i emocjonalnie odebrane. Może dlatego tytuł "W poczekalni" posiada aż tak niejednoznaczne i wymowne znaczenia. Może ma na celu zwrócić uwagę odbiorców nie tylko na dzieło, ale również na emocje i wspomnienia towarzyszące artyście. Nie zapominajmy o tym, że sztuka, szczególnie współczesna, ma za zadanie szokować i zmuszać do nowego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość. " Artystą jest tylko ten, kto z rozwiązania potrafi uczynić zagadkę," a widz (jako oryginalna jednostka) ma prawo odgadywać ją w sposób niepowtarzalny, subiektywny. Każdy ma inne spojrzenie na otaczający go świat. Zachęcamy do tego, aby na wystawie "W poczekalni" zmierzyć się z własnymi przemyśleniami i spojrzeniem na bielszy odcień sztuki. Nicole Wojtanowska

Nomen Omen Nomen Omen „Przyznaję się, że na takiej wystawie byłam pierwszy raz, nie znam i nie rozumiem sztuki współczesnej, ale to było naprawdę ciekawe. Jedni zbierają porcelanowe figurki, inni znaczki, a panowie Sałaj i Bachorczyk zbierają różne dziwne rzeczy, które trafiają do tzw. poczekalni – tam przechowywane są pomysły niezrealizowane, które może jeszcze kiedyś będą miały swoją szansę. I podobało mi się to  że w ich sztuce nie trzeba na siłę doszukiwać się jakichś górnolotnych idei: guzik poruszający się po powierzchni stołka, ogromna szpulka i kołyska z napisami „mama”, „tata”, „dom” w kilkudziesięciu różnych językach – to tak, jakby artyści po prostu bawili się tymi rzeczami.” (A.)



Nomen Omen Nomen Omen W pierwszej sali znalazły się eksponaty Bogusława Bachorczyka. Artysta ukazał przeciwieństwa w postaci zabawy kolorem czarnym i białym, dodając do nich zielone elementy roślinne. Jednym z wyróżniających się eksponatów były kolorowe krawaty, które stanowiły barwny kontrast do pozostałych, raczej monochromatycznych przedmiotów. Następne pomieszczenie zostało przeznaczone dla Zbigniewa Sałaja. Tam dominowała biel. Od razu dało się zauważyć, że artysta użył bardzo zwyczajnych przedmiotów, jak kartki papieru i ścinki drewna, nadając im rangę artystyczną. W tym pomieszczeniu -obok fotografii z dzieciństwa - dominowały jednak meble. Stołki, krzesła i ustawiane na nich przedmioty oddawały zamiar artysty, aby wykorzystać zwykłe rzeczy i nadać im artystyczny wyraz. Wtedy zaczynają mówić o naszym życiu.



Nomen Omen Nomen Omen Ciekawym zjawiskiem był przedmiot składający się z paru elementów w kształcie chmur, które poruszały się według wskazówek zegara. Do intrygujących przedmiotów należały książki, w których wyżłobiono specyficzne otwory. Artysta nadał jednej z nich tytuł ”Lustro”. Obaj artyści przyznali, że nie umawiali się co do użycia mebli i koloru czarnego oraz białego w swoich dziełach. Podobieństwo obu wystaw było przypadkowe. Mnie podobało się to, że znaczeń tych eksponatów można było się domyślać. Idea autora nie była w żaden sposób narzucana. Zestawienie bieli i czerni mogłoby wydawać się nużące, lecz zamiast urozmaiconej kolorystyki artyści postawili na formę swoich dzieł. Moim zdaniem obydwie wystawy na pierwszy rzut oka mogłyby wydawać się nudne. Trzeba było im się dłużej przyjrzeć i poświęcić trochę czasu na interpretację, zanim stały się sztuką w oczach patrzącego. Imponujące, a zarazem ryzykowne, było połączenie przeciwieństw w jedność i ukazanie rzeczy, które towarzyszą nam w życiu codziennym w sposób artystyczny. Matylda Smoleń

Tale as old as time…

Nomen Omen

…true as it can be”, jak zapewne wszyscy się domyślamy, nie są to przypadkowe słowa po angielsku. Dla wnikliwych kinomaniaków nie będzie niespodzianką, jeśli powiem, że są to pierwsze słowa przewodniej piosenki filmowej baśni , Piękna i Bestia”. Mimo iż oryginalna wersja została nakręcona w 1991 roku, Disney postanowił odnowić historię starą jak świat. W tytułową Bellę wcieliła się Emma Watson, wszystkim znana jako Hermiona Granger z filmowej serii o Harrym Potterze. Historia baśni opowiada o dziewczynie z prostego miasteczka. Na pozór nic niezwykłego, gdyby nie to  że dziewczyna jest inna od wszystkich. Marzy ona o podróżach, o których czytała w nielicznie dostępnych książkach. Jest ona także wybranką Gastona, mężczyzny, o którym marzy każda kobieta. Każda, z wyjątkiem

Nomen Omen

Belli. Jej życie zmienia się jednak diametralnie, gdy zastępuje ojca w celi. W tym właśnie zamku poznaje Bestię. Początkowo uważa go za potwora, jednak, w miarę upływu czasu, dostrzega w nim to, czego nie mogła zauważyć u żadnego mieszkańca miasteczka – inność, miłość do książek oraz fascynację wewnętrznym pięknem. Zgaduję, że większość z nas choć raz w życiu oglądała , Piękną i Bestię”. Tym, którzy jeszcze tego nie robili, gorąco polecam. Pozostaje tylko pytanie: czy zacząć od animacji z 1991, czy może od razu przejść do wersji kinowej z 2017. Większość osób nie zauważy różnicy i powie, że tak naprawdę jest to obojętne. Jednak jest kilka detali, o których chciałbym tutaj właśnie wspomnieć. W wersji animowanej nie dowiadujemy się praktycznie nic o matce Belli. W niedawnej produkcji, pokazane jest dość dosadnie, dlaczego tak właściwie Bella wraz z ojcem opuszczają Paryż, a także jak umiera matka Belli. Nie chcę zdradzać fabuły, uważam jednak, że dokończenie wątku rodziny i przeszłości Belli wiele wyjaśnia, na przykład paradoksalnie to,  że tak mało o niej wiemy. Oglądając wersję aktorską, doznałem wrażenia, że jest ona nawet bardziej musicalowa. W tym filmie piosenka goni piosenkę. Tak naprawdę nie ma pięciu minut filmu bez piosenki śpiewanej przez aktorów, bądź zaczarowane przedmioty. Ostatnią różnicą jest niekiedy sama fabuła. Różnice są niewielkie, choć, moim zdaniem, znaczne. Sam zauważyłem trzy większe różnice: historia ojca Belli po powrocie z zamku, podróż pary do Paryża (której w ogóle nie ma w wersji z 1991) oraz fakt, że Bestia umie czytać. Ostatni fakt odczułem najbardziej. Według mnie najsłodszą sceną filmu z 1991, była właśnie ta  gdzie Bella uczy Bestię czytać. Mimo wszystkiego, filmy są do siebie dość podobne. Tak więc odpowiadając na pytanie: który film obejrzeć i w jakiej kolejności, mówię, że najlepiej będzie oglądnąć obydwa filmy, zgodnie z chronologią. Według mnie, obydwie produkcje zostały świetnie nagrane, reżyserzy wspaniale dobrali aktorów, a wszystko spina doskonała muzyka. Zdecydowanie polecam , Piękną i Bestię”, jako pozycję na jesienne wieczory. Dawid Dębowski TMobile



NOWE HORYZONTY Każdego lata, w stolicy Dolnego Śląska - Wrocławiu odbywa się międzynarodowy festiwal filmowy TMobile Nowe Horyzonty. Powstał w 2001 roku jako miejsce, które miało służyć prezentacji filmów innych od wszystkich, niekonwencjonalnych pod względem tematu, formy i sposobu ekspresji, miejscem, w którym reżyserzy i reżyserki z całego świata mogliby przedstawić swoje spojrzenie na rzeczywistość. Od 2003 roku festiwal organizowany jest przez stowarzyszenie Nowe Horyzonty, które zajmuje się także dystrybucją filmów oraz edukacją filmową. Przekrój projekcji, które można zobaczyć we Wrocławiu jest bardzo szeroki. Począwszy od kina Islandii, przez Kanadę, Turcję, Grecję, Szwecję, Izrael, na Australii skończywszy. Można tu odkryć dorobek mniej znanych artystów, co wcale nie umniejsza ich wartości, ale wręcz przeciwnie wzbogaca repertuar. Miałam przyjemność po raz kolejny uczestniczyć w tegorocznej, 17 edycji festiwalu. Poniżej chciałabym przedstawić recenzje trzech z obejrzanych przeze mnie produkcji. Fantastyczna kobieta [UTF-8?]â Nagrodzony na tegorocznym Berlinale, świetnie przyjęty film Sebastiána Lelio opowiada o prawie do uczuć i godności [UTF-8?](SebastiĂ n Lelio ) ( 2017, Chile, Hiszpania, Niemcy, USA )  Napisy końcowe, na sali cisza,w fotelu obok słyszę ciche chlipanie, siąkanie nosa, ciężki oddech - moja mama po raz drugi w życiu płacze na filmie w kinie. Film [UTF-8?]SebastiĂ na Lelia powstał w 2017 roku, a odtwórczynią



głównej roli jest Daniela Vega. Zdobywca 3 nagród, w tym Srebrnego Niedźwiedzia za najlepszy scenariusz. Enigmatyczny opis w programie nie daje widzowi żadnego pojęcia na temat tego co zaraz ukaże się na kinowym ekranie. Młoda kobieta po romantycznej kolacji ze starszym od siebie Orlando, spędza u niego noc, podczas której mężczyzna słabnie i trafia do szpitala. Marina obarczona winą za jego stan musi stawić czoła służbie zdrowia, policji i rodzinie partnera. Myślę, że nie skłamię gdy powiem, że sam film jest hybrydą tego co zawarte jest w notce katalogu. Gdy funkcjonariusz policji zwraca się do głównej bohaterki w formie męskiej, myślę, że to błąd w tłumaczeniu. Okazuję się jednak, że wszystko jest na swoim miejscu. Marina to tak naprawdę osoba transseksualna - urodziła się mężczyzną, a teraz jest w trakcie procesu zmiany płci.Film w kolorze, którego akcja toczy się na ulicach jednego z chilijskich miast traktuje o problemie transseksualizmu w tymże kraju. Zagłębiając się w fabułę, aluzje i dwuznaczne rozmowy z bohaterką, nagle widz zaczyna patrzeć na tytułową postać w inny sposób - umięśnione ramię nie jest już traktowane jako wynik regularnych ćwiczeń fizycznych, a mały biust jako zaburzenie w rozwoju. Od razu, jak za magicznym dotknięciem różdżki wyłapujemy w ciele Mariny niuanse, które doskonale wpisują się w sylwetkę mężczyzny i tych spostrzeżeń nie można się pozbyć aż do końca projekcji. Prócz fizycznych nieścisłości, film przedstawia także mnóstwo sytuacji, w których Marina spotyka się z otwartą dyskryminacją, nietolerancją, a wręcz agresją wobec siebie. Dużą pomocą w interpretacji produkcji, było spotkanie z odtwórczynią głównej roli - Danielą Vegą, która tak jak Marina jest osobą transseksualną. Przemiła, ciepła i mądra kobieta, która swoimi gestami, słowami, ruchami przeczyła jakoby kiedykolwiek mogła urodzić się w innym ciele niż kobiecym. Opowiadała o tym jak ze strony prawnej i technicznej traktuje się osoby transseksualne, jakie napotykają one przeszkody w codziennym życiu, mówiła o swojej filmowej karierze,a to wszystko okrzesane było uśmiechem i radością, wdzięcznością za to, że może grać, tym samym zmieniając siebie i świat dookoła. Sinobrody [UTF-8?]â Dziewczyny na progu dojrzałości - w którą stronę pójdą [UTF-8?]?â (Gastón Solnicki, Argentyna, 2016)  Wchodząc do sali kinowej nie spodziewałam się, że film oparty jedynie na obrazie i zdawkowych wypowiedziach może nieść za sobą głębszy przekaz. Myliłam się. Zdobywca nagrody FIPRESCI w reżyserii pochodzącego z Argentyny Gastóna Solnickiego, którego premiera miała miejsce 7 września 2016 zainspirowany operą Beli Bartoka [UTF-8?]â Zamek [UTF-8?]Sinobrodegoâ jest drugi na mojej liście. Z pozornego, przypadkowego zlepku zdjęć, wyłania się historia trzech młodych dziewczyn, które stoją na progu dojrzałości - zarówno tej fizycznej, seksualnej, jak i psychicznej. Pierwszym



ujęciem jest scena zabawy dzieci na publicznym basenie. Skoki do wody, chlapanie, szum filtrów, krzyki, woda. A właśnie ta ostatnia przewija się w filmie niejednokrotnie i jest swego rodzaju klamrą kompozycyjną,bo finał ma miejsce na plaży. Woda pojawia się tu w różnych postaciach i ilościach - czy to jej pełna szklanka, zwilżone ciało, prysznic, prywatny basen, czy w końcu akwen jakim jest ocean.Obecność tego czynnika wpływa wbrew pozorom na końcowy efekt jaki powstaje nam w głowie - sielanka letniego, lepkiego, upalnego lata, w którym jedyną pociechą jest ów przezroczysty płyn.Bardzo istotnym elementem produkcji są długie ujęcia, bo to one sprawiają, że sceny nabierają metaforycznego znaczenia. Prawie puste pomieszczenie, sofy i fotele, a na nich dzieci skupione na pikających ekranach telefonów, w tle dźwięki przytoczonej wyżej opery. Wpatrzeni w tak groteskową scenę, po chwili widzowie zdają sobie sprawę, że nie jest to nic innego jak uosobienie pokolenia [UTF-8?]â millenialsĂłwâ , którzy obecnie żyją w świecie elektroniki, rozmawiają coraz mniej, rzadziej i ciszej, oczekują więcej, a dają niewiele. Co ciekawe, te słoneczne argentyńskie pejzaże wcale nie napawają radością i spokojem, ale wręcz przeciwnie pozostawiają po sobie gorzki posmak samotności, niepewności, zrezygnowania. Wszystkie z dziewcząt zmagają się w pewien sposób z dorosłymi i dojrzałością, w którą zaraz mają wkroczyć, same nie wiedząc jeszcze czego chcą. Co więcej produkcja jest dosyć długa,co sprawia, że wychodząc z kina czuć znużenie, które też niejako wpisuje się w charaktery i historie bohaterek. Jak wspomniałam wcześniej sztuką jest zawrzeć rozbudowaną emocjonalnie historię młodego pokolenia w samych tylko obrazach, a w tym filmie zdecydowanie się to udało. Na górze cisza  Adaptacja głośnej, wydanej w Polsce powieści Gerbranda Bakkera. Gorzki zniuansowany psychologicznie film [UTF-8?][â Ś.] (Nanouk Leopold) ( 2013,Holandia, Niemcy)  Film wyreżyserowany przez Nanouka Leopolda miał swoją premierę 8 lutego 2013 roku. Jest zdobywcą nagrody za najlepszy film na festiwalu w Turynie. Czy wyniesienie zniedołężniałego ojca na strych sprawi, że będziemy mogli zacząć życie na nowo i zapomnieć o tym co było ? Na to pytanie odpowiada film, który zakończył moją trzydniową przygodę kinową. Akcja produkcji toczy się w Holandii, gdzie czterdziestoparoletni mężczyzna, główny bohater, którego odtwórcą jest Jeroen Willems, opiekuje się zarówno gospodarstwem rolnym jak i swoim tatą. Szara, deszczowa pogoda za oknem doskonale odzwierciedla relacje między bohaterami. Dialogi między nimi są bardzo ograniczone a odpowiedzi zdawkowe. Mimo wszystko z tych strzępków rozmów można wyciągnąć historię dwóch mężczyzn. Dowiadujemy się, że Helmer był w młodości bity przez ojca, a jego młodszy brat utonął. Stąd teraz rezerwa i chłodne, rzeczowe reakcje. Fabuła skupia się na codziennych



obowiązkach gospodarza, zarówno tych w gospodarstwie jak i tych związanych z opieką nad chorym. Helmer robi wszystko machinalnie, nie obchodzi się z ojcem nazbyt delikatnie i nie zwraca uwagi na jego utyskiwania czy przemyślenia. Przygotowuje śniadanie, myje, przebiera, zmienia pościel. Mimo to są momenty, w których widz wie i czuje, że miłość jaką syn darzy ojca jednak istnieje między tymi dwoma. Gdy chory śpi, Helmer delikatnie okrywa go kołdrą by nie zmarzł, poprawia włosy, a w końcu siada na krześle obok i przygląda się twarzy pooranej zmarszczkami. Ciekawym jest wątek homoseksualistyczny, który pojawia się w produkcji. Pewnego dnia na farmę przyjeżdża młody chłopak, który ma pomagać w obowiązkach. Od początku czuć, że coś jest nie tak jak powinno. Pomocnik uważnie przygląda się Helmerowi, bez skrępowania zdejmuje przy nim ręcznik okrywający gołe ciało, a na końcu wsuwa się pod kołdrę opiekuna i stara się go przytulić. Po tym incydencie opuszcza gospodarstwo i już nigdy nie wraca. To melancholijny, szorstki film, który obrazuje relacje trzech mężczyzn, ich stosunek do siebie nawzajem. Porusza temat samotności, goryczy, która pozostaje w sercu po niezagojonych ranach z przeszłości, odmienności i znojów codziennego życia. Warty zobaczenia chociażby z powodu tego w jak subtelny sposób wszystkie te zależności są przedstawione, tym bardziej, że filmowe dialogi ograniczają się do minimum. Na koniec chciałabym opowiedzieć trochę o tym jak w praktyce wygląda formuła festiwalu. Wszystkie projekcje odbywają się w jednym budynku - kinie Nowe Horyzonty, którego kilkopoziomowa przestrzeń pozwala na wyświetlenie 7 filmów w jednym czasie. Wnętrze w industrialnym stylu, na samym dole kafejka z wyśmienitą kawą i sklepik festiwalowy, w którym możemy zaopatrzyć się między innymi w filmy z poprzednich edycji. W każdym zakątku wygodne pufy i poduchy, na których nie raz przysypiali zmęczeni filmowym szałem widzowie. Niesamowitym pomysłem jest tzw. [UTF-8?]â Hyde [UTF-8?]Parkâ . To słup ogłoszeniowy ozdobiony samoprzylepnymi karteczkami. Wśród nich znajdziemy opinie o filmach, komentarze, ale co ważniejsze oferty kupna bądź sprzedaży biletów na poszczególne filmy. Nierzadko wśród nich można znaleźć także egzemplarze darmowe, okraszone dopiskiem - [UTF-8?]â Częstujcie się :) [UTF-8?]â .  Cały festiwal urozmaicały liczne wydarzenia towarzyszące - koncerty, spotkania, wywiady,a także wieczorne seanse plenerowe na wrocławskim rynku. TMobile Nowe Horyzonty jest festiwalem, który z czystym sercem mogę polecić każdemu, kto chciałby doświadczyć czegoś nowego, świeżego i ekscytującego na kinowym ekranie, nawet jeśli nie jest zagorzałym fanem kinematografii. Wiktoria Szymańska Od redakcji Oddajemy Wam dziś pierwszy numer nowego czasopisma "Nomen Omen".
Wszystkich chętnych gimnazjalistów i licealistów z naszej szkoły zapraszamy do współtworzenia naszego pisma. Czekamy na Wasze kreatywne pomysły i prosimy o kontakt z opiekunami gazetki.
Nomen Omen

Spis treści Marceli Praga, Blade Runner 2049, s.2 Piotr Ciapała, Paul is dead, s. 3 Justyna Oszust, Żywot Tadeusza Kościuszki, skreślony ręką jego z zaświatów, s. 6 Aleksandra Zychla, blumqu, s. 9 Weronika Peroń, 10 powodów, by wyemigrować do Australii, s. 11 Patryk Tendera, Śladami Zakochanych w Tarnowie, s. 14 Martyna Wójcik, Perypetie Beńka, s. 15 Izabela Kołakowska w cyklu Trochę poezji, s.19 Ż. M., Spór o wolność sztuki, s. 20 Patryk Mirek, Jalu Kurek – ceniony przez krytyków, odrzucony przez miejscowych, s. 25 Łucja Matug, Aleksandra Drwal, Nasz Vincent, s. 29 Cherry, Deprywacja sensoryczna, s.32 Nicole Wojtanowska, Bielszy odcień sztuki, s. 34 Matylda Smoleń, Fotoreportaż z wystawy "W poczekalni", s. 38 Dawid Dębowski, Tale as old as time…, s. 42 Wiktoria Szymańska, TMobile Nowe Horyzonty, s.44 Opiekunowie gazetki: mgr Anna Lipińska mgr Jerzy Olszewski