Musisz zainstalować flash player pobierz instalator








REDAKCJA

SMOG WAWELSKI...................................... 3 Rola snu................................................... 5 Świat Mikołaja.......................................... 7 E - NARKOTYKI. JAK DZIAŁAJĄ? ................. 9 Czy telefon (roz)łączy ludzi?...................... 11 KIEDY AKTOR JEST LEPSZY OD SCENARIUSZA................................... 13 Głuchy wirtuoz........................................ 18 e - sport??? ........................................... 20 Od starożytnego kultu aż do dziedzin nauki – czyli krótka historia kosmetyki ............. 22 Historia narciarstwa .............................. 26 Europa – otwarta na przybyszów i szerszą integrację ? ......................................... 31

Paweł Adamczewski Marianna Andrzejewska Wiktoria Andrzejewska Dawid Berlik Alicja Bernsdorff Melanowicz Magdalena Borowiak Mikołaj Celka Zofia Czerniawska Mikołaj Figiel Maria Frąckowiak Ula Gałek Dominika Golon Jakub Jacaszek Julia Karaszewska Tomek Łuczak Marta Marciniak Aleksandra Mieloch Szymon Mieloch Zuzanna Mikos Rozalia Mruk Marta Nowak Antonina Nowotny Klaudia Pawłuszek Antoni Polak Alicja Renz Maria Rzepka Adrianna Smudzińska Karolina Sztraube Paulina Troć Mateusz Wika Zuzanna Wysocka Kacper Zieleniak Redaktor prowadzący Jakub Jacaszek Smog to nienaturalne zjawisko atmosferyczne polegające na współwystępowaniu zanieczyszczenia powietrza wskutek działalności człowieka i niekorzystnych zjawisk naturalnych (zamglenia i bezwietrznej pogody).
SMOG WAWELSKI... czym jest, dlaczego jest groźny i jak z nim walczyć?


Słowo „smog” powstało w języku angielskim ze zbitki dwóch wyrazów – smoke (dym) i fog (mgła). Przyczyną tego problemu jest emisja szkodliwych gazów i pyłów powstałych w wyniku spalania paliw w domach, samochodach, elektrowniach i fabrykach. Wiąże się to też w dużej mierze z postępem gospodarczym i paleniem śmieciami w gospodarstwach domowych. Związki chemiczne, które wchodzą w skład smogu oraz pyły i znaczna wilgotność stanowią zagrożenie dla zdrowia człowieka. Mogą wywoływać różnego rodzaju alergie, astmę, powodować zaostrzenie zapalenia oskrzeli, niewydolność oddechową lub paraliż układu krwionośnego, zwiększa on też zapadalność na nowotwory. Smog jest bardzo niebezpieczny dla kobiet w ciąży, ponieważ znacznie wpływa na płód. Powoduje zmniejszenie masy urodzeniowej noworodka i zwiększa ryzyko wystąpienia autyzmu u dziecka. Zdaniem specjalistów co roku z powodu oddychania zanieczyszczonym powietrzem w Polsce umiera około 48 tysięcy osób. Smog



jest wielkim problemem dla współczesnego świata, ponieważ występuje niemalże wszędzie. Również Polacy coraz częściej odczuwają skutki jego działania. Najwięcej miast z przekroczonymi normami zanieczyszczeń występuje w województwach śląskim i wielkopolskim. Jest coraz częściej zauważalny w Częstochowie, Rybniku, Sosnowcu, Wilamowicach, Swarzędzu, Poznaniu, Lesznie i Ostrowie Wielkopolskim. Z racji ogromnego zagrożenia jakim jest, powinniśmy przemyśleć nasze działania i starać się zapobiegać jego powstawaniu. Pierwszym, ważnym krokiem jest zaprzestanie palenia śmieci. Używaj materiałów, które są do tego przeznaczone, a jeśli masz taką możliwość to wymień swój piec na bardziej ekologiczny, którego źródłem spalania jest gaz. Korzystaj z komunikacji miejskiej tak często jak tylko możesz lub używaj wspólnych przejazdów – w ten sposób zmniejszysz ilość aut na drodze. To ludzie mają największy wpływ na to niekorzystne dla nas zjawisko, dlatego staraj się zwiększać ich świadomość. Przekonaj rodzinę i znajomych, żeby działania, które zmniejszają smog wcielili w życie tak, jak ty. Oprócz tego, możesz, a nawet powinieneś zadbać o swoje własne zdrowie. Zainwestuj w oczyszczacz powietrza, sprawdzając czy zawiera certyfikaty skuteczności na patogeny. Pobierz aplikację mobilną, która pokaże ci miejsca, w których powietrze jest zanieczyszczone. Możesz też nosić maskę, która posiada filtr nieprzepuszczający szkodliwych związków chemicznych. Kolejnym krokiem jest otoczenie się zielenią w domu. Rośliny będą znakomitą dekoracją i dopełnieniem wnętrza twojego mieszkania, a także sprawdzą się w roli filtru. Zjawisko smogu jest dla nas dużym niebezpieczeństwem, dlatego zróbmy co w naszej mocy, aby rozwiązać ten problem. Julia Karaszewska Wśród wielu potrzeb człowieka sen zalicza się do jednej z najważniejszych. Sen pomaga się zregenerować i powrócić do znakomitej formy. Człowiek znając konsekwencje niespania nie powinien wystawiać własnego organizmu na próbę.
Rola snu


Bardzo ważną częścią naszego życia jest sen, niesamowita chwila, która daje nam wytchnienie, poczucie wolności i najzwyczajniej w świecie pozwala wypocząć. Sen jest niesamowicie istotny dla prawidłowego funkcjonowania naszego organizmu. Człowiek niewyspany staje się nerwowy, nie czuje się dobrze. Należy pamiętać, aby w całym pośpiechu naszego życia znaleźć choć chwilę na wypoczynek. Sen zbawiennie wpływa na działanie mózgu człowieka. Podczas snu nasz mózg naprawia wszystkie uszkodzenia, regeneruje się, by następnego dnia móc poprawnie funkcjonować. Wystarczy kilka godzin wypoczynku, aby w naszym mózgu zaczęła dziać się magia. Ośrodek myślowy osoby rozumnej jest najbardziej aktywny właśnie podczas snu. Poczynania, jakie dzieją się w naszej głowie są nieziemskie. Możemy nie zdawać sobie sprawy, że śpiąc zapamiętujemy nowo poznane informacje, a nawet znajdujemy rozwiązania problemów, których nie potrafimy odnaleźć na jawie.



Niektórzy twierdzą, że sen to strata czasu. Nic bardziej mylnego. Człowiek nie jest w stanie być w pełni sprawnym, jeśli pominie ten ważny aspekt życia. Już po dwóch czy trzech nieprzespanych nocach dramatycznie pogarsza się kondycja fizyczna i psychiczna, z czasem słabnie nasza pamięć i zdolność koncentracji. Nie wolno zaniedbywać własnego ciała. Zgodnie z licznymi badaniami prowadzonymi na temat snu, każdy z nas powinien przespać codziennie od 7 do 9 godzin. Jedna na 20 osób potrzebuje więcej niż 9 godzin snu, a jedna na pięćdziesiąt czuje się dobrze już po sześciu przespanych godzinach. Brak snu po 24h sprawia, iż odnosimy wrażenie, że czas płynie szybciej. Po 36h odczuwamy światłowstręt, wszelkie dźwięki wydają się nam dużo głośniejsze, a czas naszej reakcji podlega ogromnemu spowolnieniu. Gdy nie śpimy przez 48h, świat jaki widzimy przed oczami staje się coraz bardziej rozmazany, cukier przyjmowany przez organizm człowieka nie zostaje przetwarzany w energię tylko w tłuszcz, zaczynamy wtedy odczuwać bóle mięśni i stawów. Tiki nerwowe pojawiają się po 72h przerwy od snu. Po tak długim czasie wpadamy w mikrosen, zjawisko to polega na zasypianiu na około 6 sekund i intensywnej pobudce, jednak nie zachowujemy świadomości tego, co się stało i powracamy do wcześniej wykonywanej pracy. Gdy doprowadzimy się do takiego stanu przez brak wypoczynku, zaczynamy czuć się obserwowani, cienie ożywają, słyszymy głosy i nie rozpoznajemy się w zaistniałej sytuacji. Wśród wielu potrzeb człowieka sen zalicza się do jednej z najważniejszych. Sen pomaga się zregenerować i powrócić do znakomitej formy. Człowiek znając konsekwencje niespania nie powinien wystawiać własnego organizmu na próbę. Mateusz Wika Autycy mają trudności w komunikacji społecznej. Osoby z autyzmem mają problem zarówno z werbalnym, jak i niewerbalnym językiem. Wielu z nich myśli, że ludzie zawsze są dosłowni i mówią to  co myślą. Nie rozpoznają wyrazu twarzy, tonu głosu, sarkazmu czy też popularnych żartów. Może i w twoim otoczeniu są osoby, takie jak Mikołaj. Nie śmiej się z ludzi, którzy zachowują się inaczej, najpierw pomyśl, czy może nie potrzebują pomocy.
Świat Mikołaja


Mikołaj to chłopiec, który interesuje się kosmosem, ma niesamowitą pamięć do nazw planet i gwiazdozbiorów. Potrafi w przeciągu kilku sekund nie tylko wymienić planety zgodnie z chronologią ich powstania, ale także podać ich liczbowe dane z dokładnością do kilku miejsc po przecinku. Jest bardzo uporządkowany. Można by rzec, że precyzja i perfekcjonizm to jego największe atuty. Wielu z nas chciałoby mieć taką rewelacyjną pamięć, by zabłysnąć tak szeroką wiedzą i wysoką inteligencją w gronie znajomych. A jednak… Mikołaj nie ma przyjaciół, żyje w swoim świecie, do którego tylko czasami potrafią przedrzeć się jego najbliżsi. Przez lata jego zdolności nie były zauważone przez nauczycieli w szkole, do której uczęszczał, wręcz przeciwnie uważany był za osobę, która sprawia jedynie problemy. Bolączką Mikołaja jest również fakt, iż sygnały które wysyła nie są pozytywnie odbierane przez otoczenie. Nierzadko zdarza się, że jest uznawany za DZIWAKA, zamkniętego jest w swojej skorupie... Ten chłopiec boryka się z dysfunkcją ośrodkowego układu nerwowego – ma autyzm. Przez wiele lat przyczepiano mu przysłowiową łatkę niegrzecznego i niekulturalnego chłopca. Z braku wiedzy nie dostrzeżono, że jest chory i krzywdzono go nieświadomie. W jaki sposób możemy przebić się przez ten pancerz, by dotrzeć do Mikołaja? Czy w ogólnodostępnej szkole młodzi



ludzie potrafią zauważyć autyka i nawiązać z nim choćby cienką nić relacji? Zacznijmy od wiedzy, jeśli będziemy zdawać sobie sprawę z tego, czym charakteryzuje się to zaburzenie to i akceptacja będzie większa i pomoc lepsza. Autycy mają trudności w komunikacji społecznej. Osoby z autyzmem mają problem zarówno z werbalnym, jak i niewerbalnym językiem. Wielu z nich myśli, że ludzie zawsze są dosłowni i mówią to  co myślą. Nie rozpoznają wyrazu twarzy, tonu głosu, sarkazmu czy też popularnych żartów. Czasem nie mówią wcale. Autycy zwykle rozumieją, co inni do nich mówią, jednak będą preferować używanie alternatywnych środków komunikacji, takich, jak język migowy czy symbole wizualne. Są też osoby, które mają dobre umiejętności językowe, jednak trudność sprawia im wyrażanie siebie. Brakuje im naturalności konwersacji, powtarzają dokładnie to  co druga osoba właśnie powiedziała (echolalia) lub koncentrują się na sprawach wyłącznie z ich kręgu zainteresowań. Bardzo pomocne w rozmowie z autykiem jest wypowiadanie się w sposób jasny i spójny trzeba też dać autykowi czas na przemyślenie wypowiedzianych treści. Problem z interakcją społeczną jest kolejnym objawem choroby. Osoby z autyzmem często mają trudności z rozpoznaniem i zrozumieniem emocji i uczuć innych ludzi oraz z wyrażaniem własnych, co sprawia, że trudniej im jest się dopasować do norm społecznych. Mogą przez to wydawać się nieczułymi. Nie szukają pocieszenia u innych, wolą zamknąć się w swojej bezpiecznej „bańce”. To sprawia, że dziecko chore na autyzm ma trudności w nawiązywaniu relacji, chociaż zdarza się, że jest otwarte i lubi współpracować z innymi. Wyobraźnia społeczna pozwala nam zrozumieć i przewidywać zachowania innych ludzi, więc skoro autycy jej nie posiadają lub nie umieją z niej korzystać, to nie są w stanie rozumieć i interpretować myśli i uczuć innych. Nie posiadają także umiejętności przewidywania, nie dywagują: „co by było gdyby”. Nie odczuwają niebezpieczeństwa. Trudności z brakiem wyobraźni społecznej nie należy jednak mylić z brakiem wyobraźni. Osoby z autyzmem często obdarzone są kreatywnym myśleniem, realizują się jako artyści, muzycy czy pisarze. Problemem w dzisiejszych czasach jest to  że mała liczba osób potrafi akceptować ludzi odbiegających od „wzorca”. Nie potrafimy z nimi rozmawiać ani przebywać z nimi, a przecież wystarczy tak niewiele, trochę poczytać, wykazać zainteresowanie. Może ktoś z nas zostanie w przyszłości wolontariuszem i będzie niósł pomoc osobom z zaburzeniami. Może i w twoim otoczeniu są osoby, takie jak Mikołaj. Nie śmiej się z ludzi, którzy zachowują się inaczej, najpierw pomyśl, czy może nie potrzebują pomocy. Marysia Rzepka Naukowcy nie mogą rozstrzygnąć czy jakiekolwiek dźwięki mogą imitować działanie substancji psychoaktywnych. Być może podobne skutki wywoływałaby zwykła muzyka być może to po prostu efekt placebo. Niewątpliwie sprzedawcy DO(S)znań wmawiają użytkownikowi, że powinien odczuć coś nadzwyczajnego.
E - NARKOTYKI. JAK DZIAŁAJĄ?


E -narkotyki to materiał dźwiękowy obsługiwany przez skonstruowany do tego program. Zadaniem nagrania jest wprowadzenie odbiorcy w stan niezwyczajny, który wywołuje dezorientację, halucynacje i zmianę osobowości. W Polsce jeden materiał dźwiękowy, czyli jedna dawka, określana jest jako dos. W sieci jest wiele serwisów, które oferują płatne lub darmowe dawki. Istnieją również poradniki, dzięki którym samemu można je stworzyć. Aby przenieść się do innego świata, zarezerwowanego do tej pory dla użytkowników chemicznych narkotyków, wystarczy założyć słuchawki i kliknąć przycisk „play”. Usłyszeć możemy dźwięk, który do jednego ucha trafia o wyższej częstotliwości niż do drugiego. Pojawienie się tego typu odurzenia doprowadziło do wprowadzenia zakazu używania przenośnych odtwarzaczy w szkołach. Co możemy uzyskać poprzez stosowanie wirtualnych narkotyków? Coraz więcej ludzi na świecie



eksperymentuje z enarkotykami i tworzy fora dyskusyjne, na których dzieli się swoimi doświadczeniami i opiniami na temat rozmaitych produktów. Twórcy stronek z nagraniami eksponują pozytywne skutki takie, jak: szybkie uczenie się; usuwanie bólu głowy; pomoc w pozbyciu się nałogów czy pozyskanie umiejętności świadomego śnienia. Jak to działa w praktyce? Pewien licealista przeprowadził eksperyment, do którego zaprosił pięcioro znajomych. Każdy z nich dostał zestaw trzech dawek. Po pierwszym dosie dwie osoby nie poczuły nic, za to inicjator eksperymentu widział między innymi nagą kobietę jadąca na koniu i spadające z sufitu jabłka. Halucynacjom uległa również reszta grupy. Po drugim i trzecim dosie cała szóstka wycieńczona doświadczeniem miała mdłości i ból brzucha. Każdy organizm reaguje inaczej. Na podstawie powyższego doświadczenia można stwierdzić, że każdy człowiek na wirtualne narkotyki reaguje inaczej. Na jednych dos nie działa wcale, innych usypia, ale niestety zdarzają się też przypadki, w których ludzie odurzeni dźwiękiem mają wrażenie, że otrzymali umiejętność latania lub przechodzenia przez ściany. Z badań wynika, że e - narkotyki mogą w młodych ludziach wzbudzać ciekawość i prowadzić do sięgnięcia po realne substancje chemiczne, zwłaszcza wtedy, gdy użytkownik czuje niedosyt po dosie. Jak mózg reaguje na ten środek odurzający? Naukowcy nie mogą rozstrzygnąć czy jakiekolwiek dźwięki mogą imitować działanie substancji psychoaktywnych. Być może podobne skutki wywoływałaby zwykła muzyka być może to po prostu efekt placebo. Niewątpliwie sprzedawcy DO(S)znań wmawiają użytkownikowi, że powinien odczuć coś nadzwyczajnego. Rozalia Mruk Telefon pomaga się ukryć, dzięki niemu unikamy kontaktu z okrutnym światem. Łatwiej jest przecież przeglądać Instagram niż dostrzec, jak wygląda rzeczywistość i problemy, z jakimi się zmagamy. Na szczęście, możemy to bardzo łatwo zmienić. Wystarczy podnieść głowę i rozejrzeć się wokół. To wystarczy.
Czy telefon (roz)łączy ludzi?


Telefony komórkowe stały się nieodzownym elementem naszego życia. Większość czynności, jakie codziennie wykonujemy, jest połączona z użyciem telefonu. To właśnie on nas budzi, pomaga przygotować posiłki, znajduje najkrótszą drogę do pracy lub szkoły, znajduje dla nas najważniejsze informacje, umożliwia kontakt z innymi... Przykładów jest bardzo wiele. W dzisiejszych czasach większość ludzi nie wyobraża sobie życia bez telefonu. Doskonale znamy to wszechogarniające uczucie paniki, gdy okazuje się, że zapomnieliśmy go ze sobą zabrać. Brak komórki oznacza całkowite odłączenie się od najważniejszego źródła informacji. Co więcej, telefon łączy w sobie funkcje wielu innych przedmiotów: aparatu, termometra, nawigacji, odtwarzacza MP3, radia, kalendarza i notatnika. Dzięki smartfonowi nie musimy się martwić o brak biletu na pociąg, samolot, czy nawet na przedstawienie w teatrze. Niewątpliwie telefon jest urządzeniem, bez którego nasze życie byłoby o wiele trudniejsze. Jednakże, czy bezustanne korzystanie z telefonu



komórkowego przynosi same korzyści? Coraz mniej ludzi zauważa, jak telefony oddziałują na nasze społeczeństwo. Nie potrafimy wytrzymać pięciu minut bez sprawdzenia, czy ktoś do nas napisał lub zadzwonił. Siedząc w autobusie, pociągu, czy tramwaju cały czas wpatrujemy się w ekrany telefonów. Nawet podczas zwykłego spaceru musimy mieć telefon w ręce, nie wspominając o tym, że widok człowieka pochylonego nad smartfonem w czasie przechodzenia przez jezdnię jest już zjawiskiem całkiem normalnym i akceptowanym przez większość ludzi. Cały czas izolujemy się od świata. Szukamy sposobów, aby uniknąć rozmowy, nie chcemy być tam, gdzie się akurat znajdujemy. Próbujemy stworzyć pewnego rodzaju iluzję, aby cały czas przebywać w swojej bezpieczniej strefie. W pewnym sensie przestaliśmy cieszyć się z najprostszych czynności. Jazda tramwajem, autobusem, pociągiem nie jest już okazją, aby odpocząć i obejrzeć widoki zza okna. Jest to niechciana czynność, konsumująca nasz czas. Co stało się ze sławnymi słowami „carpe diem”? Jak mamy chwytać dzień, skoro bez przerwy skupiamy wzrok w telefonie? Jesteśmy żądni informacji - mniej lub bardziej przydatnych. Cały czas zapychamy nasze mózgi wpisami z Twittera i Facebook’a, zdjęciami znanych osób i bezsensownymi filmikami. Siedzenie w bezruchu jest dla nas praktycznie niemożliwe. Przestajemy żyć własnym życiem, obserwujemy jedynie wydarzenia z życia innych ludzi. Powoli zamieniamy się w pozbawione uczuć istoty, szukające w internecie kolejnych skandali i śmiertelnych wypadków. Problemem też jest strach przed nieznanym. Telefon pomaga się ukryć, dzięki niemu unikamy kontaktu z okrutnym światem. Łatwiej jest przecież przeglądać Instagram niż dostrzec, jak wygląda rzeczywistość i problemy, z jakimi się zmagamy. Na szczęście, możemy to bardzo łatwo zmienić. Wystarczy podnieść głowę i rozejrzeć się wokół. To wystarczy. Dominika Golon Pozycja! Kamera! AKCJA!!! Ten tekst wypowiedziany został przez milionów reżyserów już miliony razy. Rutyna. Jednak za każdym tym hasłem kryje się zupełnie inna historia. Historia którą możemy podziwiać na ekranie i  ta  którą tworzą ludzie na planie. Niesamowicie zabawne lub straszne historie, o których aktorzy mogą opowiadać w amerykańskich talkshowach.
KIEDY AKTOR JEST LEPSZY OD SCENARIUSZA


To właśnie ta niepowtarzalna atmosfera filmowego planu daje aktorom możliwość stworzenia genialnych i często najlepszych momentów w filmach. Scen, których wcale nie było w scenariuszu. Przepis na udany film? Plan filmowy + talent aktora i… AKCJA!!! 1. Kiedy za bardzo wczujesz się w rolę… „Władca Pierścieni” Właściwie każda improwizacja jest wynikiem całkowitego zintegrowania się aktora z postacią przez niego graną, więc Viggo Mortensen aka Aragorn nie jest tu wyjątkiem. Żeby dobrze przygotować się do roli, Mortensen przez kilka miesięcy nosił przy boku miecz, aby przyzwyczaić się do jego ciężaru i czuć się z nim



naturalnie. Oczywiście nie siedział przez cały ten czas w domu - tak bardzo związał się ze swoim orężem, że zabierał go ze sobą nawet gdy chciał wyskoczyć na hamburgera z przyjaciółmi. Mężczyzna z mieczem jedzący BigMaca wzbudzał, jak się można domyślić, powszechne zainteresowanie i niepokój zarówno cywilów, jak i służb mundurowych. Po tylu spędzonych wspólnie chwilach, trudno się dziwić, że w scenie z „ Władcy Pierścieni: Drużyny Pierścienia”, kiedy wódz Urukhai rzuca w Aragorna sztyletem, ten zamiast odsunąć się na bok, jak było w scenariuszu, odruchowo odbił ostrze swoim metalowym przyjacielem. Sztylet widowiskowo się rozbił, czyniąc z tej sceny jedną z najbardziej rozpoznawalnych. 2. Kiedy jesteś zbyt wysoki... wciąż „Władca Pierścieni" Kontynuując podróż po Śródziemiu, trudno nie spotkać tam charyzmatycznego specjalisty od fajerwerków - Gandalfa. Jednak zanim czarodziej wyruszył, żeby uratować wszystkich swoją spektakularną przemianą ubrań, zawitał do Shire, wprosił się na herbatkę do domu Bilba Bagginsa i walnął głową w jego sufit. Ta bardzo rozpoznawalna scena, jak można się domyślić, również była improwizacją. Odtwórca tejże roli - Ian McKallen - dodał ten element od siebie przypadkiem - był po prostu zbyt wysoki na scenografię hobbickiego domku. Scena została dodana do filmu, ponieważ aktor, mimo zbyt bliskiego kontaktu z sufitem, nie przerwał ujęcia. Jak widać improwizacja jest czasem dziełem przypadku, chyba że ... to wszystko było zaplanowane, a my naiwnie w wierzymy w przypadkowość kadrowania. 3. Kiedy zjesz przeterminowany jogurt... „Indiana Jones. Poszukiwacze zaginionej Arki" Scena gdy Indiana Ford staje oko w oko z zamaskowanym arabskim ninja zaczyna się dramatycznie.



Pewnie spodziewaliście się długiej i spektakularnej, pełnej niezwykłych zwrotów akcji i popisów walki, która rzeczywiście najpierw była w scenariuszu. Jednak ujęcie kończy się wraz ze strzałem Indiany Jonesa i życiem zamaskowanego przeciwnika. Niezwykłe poczucie humoru i brawurowa improwizacja - pomyśli niewtajemniczony widz. Przyczyna tej sceny jest jednak trochę inna, trochę bardziej przyziemna. Podobno dzień przed nagrywaniem scen walki Harrison Ford zatruł się jedzeniem (inne źródła podają że  tak, jak większa część ekipy filmowej dostał czerwonki i nie był w stanie podejmować wysiłku fizycznego, nie był również w stanie żyć bez toalety w pobliżu). Jakakolwiek była tego przyczyna, Ford nie mógł swoim karate pokonać przeciwnika, więc razem z reżyserującym Spielbergiem wymyślili, że szybko ukrócą cierpienia ninja - jeszcze by się zgrzał w tym zakrywającym go  czarnym ubranku. 4. Kiedy reżyser mówi, że masz coś wymyślić... znowu Ford, tym razem „Gwiezdne Wojny. Imperium kontratakuje" Czy da się myśleć o improwizacji, chwilę przed swoją przymusową hibernacją? Jak widać Han Solo to potrafi, bo pierwotnie w scenariuszu figurował taki dialog: Leia : - "Kocham Cię" Han : - "Ja Ciebie też" Ooooo... Jakież to słodkie. Zbyt słodkie - jak stwierdził Ford. Uważał, że Han nigdy by tak nie odpowiedział, to by było zbyt banalne, jak na taką złożoną postać. Poskarżył się reżyserowi, a ten podobno odpowiedział, żeby coś wymyślił. A może Ford postawił na swoim, bez konsultowania tego z kimkolwiek? To nie jest już takie istotne. Ważne natomiast że w momencie, gdy księżniczka wypowiada swoją kwestię, on kwituje to swoim : " Wiem". Dialog wyszedł rewelacyjnie i faktycznie, ckliwe wyznania nie pasowałyby do przemytnika Solo. Podobno



istnieją śluby, na których obok tradycyjnej przysięgi, ukochani wyznają sobie miłość właśnie tym cytatem. Ciekawe czy wiedzą, że powtarzają improwizację filmową? 5. Kiedy potrafisz rozmawiać ze zwierzętami... „Ojciec Chrzestny" Klasyk z powszechnie znanymi cytatami i piękną muzyką. To  czego jeszcze nie sposób nie zauważyć w  filmie to niezapomniane aktorskie kreacje. Główną z nich jest oczywiście Marlon Brando, który jako bardzo ekscentryczny człowiek, nie przykładał się do wszystkich swoich ról. Jednak dla „Ojca Chrzestnego” poświęcił wiele – co widać na ekranie. Mimo że aktor trzymał się scenariusza, improwizacja i tak miała miejsce, tym razem przybyła spoza planu filmowego, konkretnie w postaci kota. Futrzasty czworonóg wbiegł na plan i postanowił ulokować się na kolanach Ojca Chrzestnego. Ten, widać zawsze marzył o zwierzątku domowym, bo zamiast odgonić kota, uwiecznił go jako nieodłączny element kultowej produkcji. 6. Kiedy rozwalisz sobie rękę… „Django” Scena gdy Leonardo DiCaprio wyciera swoją zakrwawioną dłoń w twarz żony tytułowego bohatera na stałe wryła się w pamięć każdego fana tego filmu. Jednak nie wszyscy wiedzą, że krew była prawdziwa. Kiedy nawiedzony DiCaprio walnął ręką w stół, przy okazji rozbił filiżankę i przeciął sobie rękę. Zamiast przerwać ujęcie, żeby użalać się nad sobą i wypłakiwać ból na ramieniu Jamiego Foxxa, kontynuował godne szacunku ujęcie. Jednakże oprócz Leo, trzeba docenić pozostałych aktorów, którzy również nie wypadli ze swoich ról. Czapki z głów przed Kerry Washington, która kontynuowała to przedstawienie. Przecież ludzie różnie mogliby zareagować, gdyby DiCaprio wytarł swoją krew w ich twarze… chociaż mam dziwne wrażenie, że część z nich bardzo by się ucieszyła.



7. Kiedy budynek za tobą nie chce wybuchnąć… „ Mroczny rycerz” Kultowa (jak wszystkie w tym zestawieniu) scena, kiedy Heath Ledger, lepiej znany jako Jocker, w zorganizowanym pośpiechu opuszcza szpital, odziany w uroczy strój pielęgniarki, to klasyk. Humor i polot tego ujęcia nie były planowane. Fasada szpitala miała wybuchnąć już za pierwszym przyciśnięciem guzika. Gdy budynek odmówił współpracy, Jocker się nie zniechęcił i tak oto powstała wybuchowa improwizacja. Myślę, że wszyscy na planie rozumieli powagę sytuacji, bo scenę można było nagrać tylko raz (producenta chyba nie stać było na kolejny szpital). Wszyscy poważni? No może prawie wszyscy… Ledger bawił się całkiem nieźle. Po przeanalizowaniu tych kilku przykładów, przeciętny zjadacz chleba może czuć się wprowadzony w tajemnice Hollywood. Spokojnie… improwizacje, o których nigdy się nie dowiemy, są w każdym filmie. Aktor od razu zyskuje w oczach widza, kiedy ten dowiaduje się, że jego ulubiona scena była improwizowana. Bo „improwizacja” to magia i tajemnica, kryjąca się w głowie aktora, a później zaprezentowana światu na ekranie. Wzbudza podziw dla grającego. W głowie odbiorcy może pojawić się bowiem myśl, że on by tak nie potrafił. Bzdura! Ile improwizacji odgrywamy każdego dnia, w codziennym życiu! Tylko, że tych nikt nie skomentuje głośnym: „AKCJA!!!”, ale to nie znaczy, że są mniej ważne. Maria Frąckowiak Głuchy muzyk… z pozoru te dwa wyrazy się wykluczają? A jednak Beethoven był jednym z najbardziej znanych kompozytorów i pomimo głuchoty potrafił tworzyć piękne utwory. Co ciekawe, niesłyszące osoby także mogą „słuchać” muzyki, jednak robią to w zupełnie inny sposób niż osoby ze zdrowe, słyszące. Głusi odbierają muzykę poprzez czucie niesłyszalnej muzyki, czyli pozasłuchowe „słyszenie” dźwięków.
Głuchy wirtuoz


Oznacza to  że doświadczają ją poprzez fale dźwiękowe i wibracje, które odczuwa ich ciało, używają go  jako przewodnika wibracji. U osób niesłyszących „zmysł wibracyjny” jest znacznie bardziej rozwinięty niż u słyszących. Potrafią rozróżnić typ muzyki, odczuć czym jest rock, czym pop, czują bowiem rytm utworu, problem stanowi jedynie zrozumienie tekstu piosenki. Holenderski psycholog Geza Révész, jako pierwszy poddał głuchą osobę badaniom akustycznym i psychologicznym. Eugene Sutermeister, bo tak nazywał się badany przez Révésza, często słuchał muzyki i bywał na koncertach. Potrafił oceniać i poddawać krytyce słyszane utwory. Badania Holendra wykazały, że Eugene potrafił zinterpretować nastrój utworu, rozpoznawał te, które słyszał już wcześniej i poprawnie podawał ich tytuły. Jednym z bardziej znanych współczesnych głuchych muzyków jest szkocka perkusistka Evelyn Glennie. Evelyn jest głucha od 12 roku życia. Na początku uczyła się gry na klarnecie, lecz gdy zaczęła tracić słuch, zmieniła kierunek nauczania na instrumenty



perkusyjne. Jej otoczenie nie wierzyło w karierę muzyczną, ale perkusistka znalazła inny sposób kontaktu z muzyką – „dotykanie” dźwięku, czyli słuch cielesny. Podczas grania na instrumencie Evelyn zdejmowała buty, co pomagało jej odczuwać wibracje dźwięku rozchodzące się w podłożu i w końcu, po latach treningu Glennie zdecydowała się podejść do egzaminu na Królewskiej Akademii Muzycznej w Londynie. Zanim jeszcze do niego przystąpiła odrzucono jej podanie. Szkotka jednak nie podała się, zarzucając Akademii relatywizm w przyjmowaniu kandydatów. Gdy podeszła do egzaminu, przyjęto ją. Ten precedens sprawił, że wszystkie akademie muzyczne w Wielkiej Brytanii stały się odtąd otwarte dla niepełnosprawnych muzyków. Z ciekawości sama postanowiłam sprawdzić, ile prawdy leży w tych opowieściach. W dzisiejszych czasach lepiej mieć ograniczone zaufanie do informacji w Internecie. Wzięłam moją gitarę i zagrałam parę piosenek. Starałam się skupić na tym, co czują moje palce, gdy szarpię za strunę oraz na tym, jak dźwięki w pudle rezonansowym gitary rozchodzą się drżeniem na moim brzuchu. Doświadczenie przeprowadziłam też podczas przedstawienia w operze. Okazało się, że rzeczywiście informacje są prawdziwe, lecz by odczuwała muzykę tak, jak głusi, wymagałoby to ode mnie dłuższego treningu. Będąc niesłyszącym nie tylko można doświadczać muzyki, ale także ją tworzyć niczym Beethoven i grać ją tak, jak Evelyn Glennie. Bycie głuchym nie wyklucza możliwości zostania wielkim muzykiem albo choć jej koneserem. Kalectwo nie musi ograniczać człowieka. Osoby słyszące także mogą się czegoś nauczyć od głuchych i odczuwać muzykę w całości, nie polegając tylko na własnym słuchu. Dlatego następnym razem, gdy pójdziesz na koncert lub będziesz grał na swoim instrumencie, choć na chwilę skup się na jej wibracjach, draniach i wtedy prawdziwie odczuwaj muzykę. Marta Nowak E - sport w ostatnich latach szybko zdobył rzeszę fanów. Jego zwolennicy cały czas dążą do uczynienia z niego pełnoprawnej dyscypliny. Dla jednych gry komputerowe nadal pozostaną formą rozrywki, dla drugich stanowić będą o ich całym życiu.
Zrobiłbyś coś pożytecznego, cały czas grasz w te niemądre gry! – hm.. a  e - sport???


Kilkanaście lat temu gry komputerowe służyły nam jedynie do dostarczania rozrywki. Jednak od jakiegoś czasu są one dla wielu ludzi na świecie czymś więcej, niż tylko zabójcą czasu. Pojawił się termin „esport”, czyli prościej mówiąc sport elektroniczny. W skrócie opiera się on na rywalizacji zawodników w poszczególnych grach wideo. Co jednak wpłynęło na taki sukces w tej branży? Historia esportu wiąże się ze wzrostem popularności rozgrywek sieciowych w takich grach, jak: StarCraft, Counter Strike czy League of Legends. Początkowo wszelakie zawody rozgrywane między zespołami toczyły się w zaciszach domowych bez większego rozgłosu. W dzisiejszych czasach mamy do czynienia z turniejami na skalę światową. Mecze rozgrywane są na żywo, publiczność może oglądać poczynania swych ulubieńców, które są wyświetlane na ogromnych telebimach. Rozgrywki prowadzone przez Internet służą jedynie eliminacjom. Formuła e-sportu przyciąga coraz szersze grono fanów głównie dzięki niwelowaniu barier fizycznych, które występują



w sporcie tradycyjnym, przy zachowaniu sportowej rywalizacji. W biznes esportowy wrzucane są obecnie bardzo duże sumy pieniędzy. Największa historyczna pula nagród została zgromadzona w turnieju The International 2017 w grze komputerowej Dota 2 i wynosiła 24 787 916 dolarów. Istnieją profesjonalni gracze, którzy łącznie dotychczas na turniejach zarobili około dwóch milionów dolarów. Do zarobków zawodowców dochodzą również wypłaty z klubów, kontrakty od sponsorów itd. Zawód profesjonalnego gracza jest bardzo wymagający. Z grania mogą się utrzymywać jedynie najlepsi z najlepszych. Muszą oni spędzać około 8 do 10 godzin dziennie na treningach. Jest to bardzo męczące zajęcie i negatywnie wpływa na stan zdrowia, dlatego też większość zawodowców przechodzi na „emeryturę” przed osiągnięciem 30 roku życia. W ostatnim czasie mówi się również o wprowadzeniu esportu na Igrzyska Olimpijskie jako kolejną dyscyplinę sportową. Potencjał tkwiący w grach komputerowych zaczyna dostrzegać również system edukacji. W Kędzierzynie Koźlu powstała pierwsza w Polsce klasa o profilu esportowym. Uczniowie specjalizować się będą w CounterStrike: Global Offensive. Mają również zapewniony sprzęt oraz opiekę psychologa. Nauka praktyczna i teoretyczna gry odbywać się będzie w ramach zajęć dodatkowych i ma nie przeszkadzać w realizowaniu podstawy programowej. E - sport w ostatnich latach szybko zdobył rzeszę fanów. Jego zwolennicy cały czas dążą do uczynienia z niego pełnoprawnej dyscypliny. Dla jednych gry komputerowe nadal pozostaną formą rozrywki, dla drugich stanowić będą o ich całym życiu. Mikołaj Figiel Dzwoni budzik. Masz mało czasu. Pędzisz do łazienki. Bierzesz szybki prysznic i zaraz siadasz przy toaletce. Podkład, trochę pudru. Usta przeciągasz szminką. Tuszujesz rzęsy. Teraz możesz już wyjść z domu. Towarzyszą nam codziennie, ułatwiają życie i sprawiają, że czujemy się piękniej we własnej skórze. Mimo to  mało kto zastanawia się nad ich pochodzeniem, a to w wielu przypadkach jest naprawdę zaskakujące.
Od starożytnego kultu aż do dziedzin nauki – czyli krótka historia kosmetyki


Gdzie kosmetyka ma swoje początki? Kobiety już odkąd po raz pierwszy ujrzały w źródle swoje odbicie, chciały wydawać się atrakcyjniejsze dla płci przeciwnej. Oczy, usta czy policzki były poddawane najróżniejszym eksperymentom, które miały sprawić, że będą wyglądać piękniej, często nawet za cenę życia. Pochodzenie słowa „kosmetyka” nie jest do końca wyjaśnione. W starożytnym Rzymie „kosmetami” byli nazywani niewolnicy zajmujący się masażem w łaźniach. Określenie to zapożyczono prawdopodobnie z greki, gdzie „kosmeticos” oznacza upiększający. Mimo to  pierwsze udokumentowane wzmianki o sposobach upiększania ciała sięgają aż do roku 3000 p.n.e., do Starożytnego Egiptu. Klimat panujący nad Nilem sprzyjał rozwojowi chorób, dlatego Egipcjanie bardzo dbali o czystość i higienę. Chcąc uchronić się przed silnym słońcem stosowali rożne mazidła z wosków i olejków. Blada cera w starożytności była synonimem piękna i zamożności, dlatego kobiety pudrowały sobie twarz jasną ochrą. Egipcjanie



szczególną uwagę zwracali na makijaż oczu. Uważali, że są one spojrzeniem duszy, dlatego starali się podkreślać ich kontur i nadać im wyrazistość za pomocą połysku ołowiowego oraz malachitu (związku miedzi). Kobiety obrysowywały oczy tak, aby te kształtem przypominały migdał, a kreskę na zewnętrznym kąciku oka przedłużały do skroni. Brwi goliły najczęściej w całości, a następnie rysowały je ołówkiem z czarnego węgla. Już wtedy kobiety zauważyły, że ich spojrzenie jest bardziej wyraziste, kiedy ich rzęsy są bardziej podkreślone. Ówczesny tusz do rzęs to mieszanka sadzy, oliwy i białka. Pierwszą szminką do ust był szkarłat wytwarzany ze śliny ślimaka szkarłatni. Do barwienia warg używano również owoców leśnych lub płatków kwiatów. Nieco później na usta zaczęto nanosić czerwienie różnych odcieni – używano do tego pasty zawierających cynober. Egipskie kobiety lubiły też nosić na ustach fiolet, powstały w wyniku pomieszania jodu z bromem. Niestety pocałunek takimi ustami okazał się być dosłownie śmiertelny. Już w starożytności kobiety martwiły się swoimi zmarszczkami, a mężczyźni utartą włosów. Upiększające i odmładzające kosmetyki składały się głównie z wina, oliwy, wątroby jaszczurek i mirry. Współczesne perfumy również mają swój początek w Egipcie. Domeną tamtejszych kobiet było wytwarzanie pachnideł i olejków pozyskiwanych przez palenie różnego rodzaju drewna, żywic oraz innych, bardziej złożonych mieszanek.  W starożytnym Rzymie celebrowano rytuał kąpieli. Łaźnie rzymskie były centrami higieny. Zamożniejsze Rzymianki zastępowały kąpiel w wodzie kąpielą w kozim lub oślim mleku. Aby sprostać ideałowi jasnych włosów moczyły je w rumianku, nakładały żółtka, albo godzinami przebywały na słońcu. 
Średniowieczny upadek higieny, renesans barok i oświecenie… W średniowiecznej Polsce do malowania ust stosowano krew węża. Nie tylko barwiła ona wargi na czerwono, ale także pomagała pozbyć się nieprzyjemnego zapachu z ust. Niestety wraz z upadkiem cesarstwa rzymskiego, zniknęła dbałość o



higienę. Kościół wyraźnie potępił stosowanie kosmetyków, nazywając je wymysłem pogan. Podobnie działo się w renesansie. Tylko niższe warstwy społeczne praktykowały mycie się wodą. Zamożni uważali kąpiel za coś zbyt pospolitego. Zamiast tego używali perfum i wód zapachowych. Popularne wśród kobiet na dworach europejskich było także upuszczanie krwi, picie octu, a także całkowite unikanie słońca w celu zapewnienia sobie białej, niemal porcelanowej cery. W baroku bardzo modne były przyklejane pieprzyki, stworzone z czarnego jedwabiu, zwane muszkami. Prawdopodobnie tuszowały one ugryzienia po owadach lub inne niedoskonałości skóry. Poza tym naklejane w różnych miejscach twarzy miały swój ukryty przekaz. Umiejscowienie w okolicy ust sygnalizowały skłonności posiadaczki do flirtowania, umieszczenie na lewym policzku oznaczało, że kobieta jest już zajęta, natomiast znaczek w kąciku oka miały w zwyczaju nosić kobiety ponętne. To trwało aż do 1799 roku, kiedy to parlament angielski zakazał używania szkodliwych kosmetyków, i zalecił powrót do higieny. W XIX wieku w Anglii rozpoczął się wielki rozwój przemysłu mydlarskiego, a niedługo później do domu powróciła wanna. Współczesna kobieta i współczesna szminka Kiedy ludzie ponownie zaprzyjaźnili się z higieną osobistą, naukowcy zaczęli opracowywać nowe środki kosmetyczne. Powstały wówczas pierwsze mydła, pudry, szminki i perfumy. W 1863 roku aktor Joseph-Albert Ponsin porzucił scenę i rozpoczął produkcję kosmetyków. Później oddał firmę w ręce Alexandre'a Napoleona Bourjois, któremu przypisujemy powstanie pudru, używanego po dzień dzisiejszy. 1 maja 1883 roku miała narodzić się współczesna szminka. Tego dnia została zaprezentowana na Wystawie Światowej w Amsterdamie. Miała postać pałeczki zawiniętej w bibułkę, a utworzona była z wosku pszczelego, łoju jelenia i olejku rycynowego. Jej dalsza kariera potoczyła się błyskawicznie, bo już w 1900 roku firma Guerlain



zaprojektowała opakowanie dla szminki, które znamy do dziś. Co ciekawe nazywała się: „nie zapominaj o mnie”, a jej nowoczesna forma oraz przede wszystkim ogromna popularność malowania ust wśród aktorek hollywoodzkich, spowodowały, że czerwone szminki pokochały kobiety na całym świecie. Pierwszy lakier do paznokci powstał w 1910 roku. Na  początku był to bezbarwny produkt, nadający paznokciom połysk. Co ciekawe, nakładany był za pomocą pędzla wykonanego z wielbłądziej wełny. Współczesny lakier – ten, który znamy dziś został wyprodukowany po raz pierwszy w 1932 roku przez firmę Charles Revlon Company. Posiadał kolor soczyście czerwony i sechł wtedy prawie 2 godziny. W  XIX wieku kobiety chcąc nadać swojemu spojrzeniu blask i wyrazistość wkrapiały w nie cytrynę lub też zażywały belladonnę – trujące zioło, a rzęsy polewały kroplami gorącego wosku, aby uzyskać efekt „sztucznych rzęs” – cóż o częściową utratę wzroku nie było wówczas trudno. W 1860 roku Francuz Eugene Rimmel w wieku zaledwie 20 lat, jako pierwszy podjął próbę stworzenia współczesnego tuszu do rzęs. Stworzył masakrę opartą na wazelinie i sproszkowanym węglu. Umieszczona była w metalowym pudełeczku, a nakładało się ją prostokątną szczoteczką. Amerykański chemik Tom Lyle Williams niemal w tym samym czasie wpadł na podobny pomysł, jednak proces tworzenia jego tuszu do rzęs wiąże się z bardzo ciekawą historią. Williams stworzył go z myślą o swojej nieszczęśliwie zakochanej siostrze Maybeli. Wymyślił tusz, który miał dodać jej spojrzeniu głębi i tym samym przyciągnąć zainteresowanie ukochanego mężczyzny. Tusz stosowany przez Maybelę musiał zrobić na nim niemałe wrażenie, ponieważ już po roku para wzięła ślub. W 1915 roku Amerykanin założył firmę Maybelline, której nazwa pochodzi od połączenia słów: Maybel oraz vaseline. W XXI wieku kosmetyka towarzyszy w mniejszym lub większym stopniu każdemu z nas.  Pielęgnacja i higiena osobista jest w dzisiaj na szczęście codziennym nawykiem. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że sklepowe pułki wręcz uginają się od produktów. W dodatku nad kosmetykami stale pracują setki naukowców z różnych dziedzin, którzy próbują skomponować ich składniki tak, by uszczęśliwić miliony osób na świecie. Pomaga też stale rozwijająca się medycyna estetyczna. Istnieje zatem szansa na to, że następne pokolenia nie będą musiały martwić się o swój wygląd, bo nauka zrobi to za nich. Wiktoria Andrzejewska Okres zimowy to czas mrozu, śniegu i ferii, a jeżeli ferie to góry i sporty zimowe. Takie skojarzenia pojawią się, jeżeli pomyślimy o zimie, a ze wszystkich sportów zimowych niewątpliwie najpopularniejszym, niemalże narodowym sportem Polaków, dostępnym dla każdego, bez względu na wiek i umiejętności, jest narciarstwo.
Historia narciarstwa


Jednak mało kto wie, że narty przewyższają wiekiem egipskie piramidy i są starsze od koła, bowiem już około 9000 lat temu mieszkańcy gór Ałtaj i okolic Bajkału w Azji Środkowej wykorzystywali deski przymocowane do futrzanych butów, by łatwiej, szybciej i wygodniej poruszać się po śniegu. Za ojczyznę narciarstwa uznaje się jednak Skandynawię, do której narty trafiły najprawdopodobniej dzięki Lapończykom, którzy jako pierwsi dotarli na północ kontynentu europejskiego. Właśnie w Skandynawii znajduje się najwięcej rysunków naskalnych, przedstawiających różne wyobrażenie scen narciarskich. Najstarsze malowidła są w Rodoy w Norwegii i datowane na 3000-5000 lat. W norweskim Hoting znaleziono najstarsze z zachowanych nart, liczące sobie 4000 lat. Narty te mają 111 cm długości i od 9,5 do 10,4 cm szerokości. Grubość ich waha się od 2 cm (pod stopą) do 1 cm (na końcach). W środkowej części mają wyżłobienie, które zabezpieczało stopę przed jej wysuwaniem na boki. Mimo że Skandynawowie są prekursorami narciarstwa, naukowcy są obecnie zgodni, że narty zostały wynalezione w kilku miejscach na świecie równocześnie. Ze względu na odmienny klimat, ukształtowanie terenu, potrzeby mieszkańców oraz warunki ich życia,



pierwsze narty różniły się między sobą kształtem, długością oraz proporcjami. Z tego też względu podzielone zostały na trzy rodzaje. Typ pierwszy, zwany południowym, występował od Uralu po południową Skandynawię, także w krajach nadbałtyckich, aż po Polskę. Narty te były krótkie, gołe i bez podbicia ze skóry, za to z wyżłobieniem na stopę. Drugi typ - arktyczny, występujący w północnej Skandynawii oraz na Syberii, charakteryzował się wygiętymi ku górze, ostrymi końcami. Deski obłożone były futrem i posiadały cztery otwory na rzemiona, służące do mocowania stóp. Ostatni typ, zwany północnym, to narty asymetryczne. Różna długość i szerokość desek związana była z ich odmiennymi funkcjami: narta lewa (ślizgowa) była dłuższa i posiadała rowek, natomiast prawa, krótsza, szersza i obłożona skórą to narta odbijająca. Ten typ nart był używany tylko w rejonie Finlandii. Autorem pierwszej pisemnej wzmianki o nartach jest grecki historyk, eseista i dowódca wojskowy Xenophon. Powstała ona około 400 roku p.n.e. po jego powrocie z wyprawy do Skandynawii. Starożytne „pranarty” były bardzo pomocne w życiu codziennym - ułatwiały poruszanie się w zaśnieżonym terenie i służyły wyłącznie przetrwaniu. I takie ich zastosowanie opisane jest też w kolejnych wzmiankach o nartach, w średniowiecznych pieśniach i legendach skandynawskich. Przełom w wykorzystywaniu nart nastąpił w XI wieku, kiedy to ówczesny król Wikingów Harald, słynący z organizacji hucznych zabaw, postanowił wykorzystać ten wynalazek w inny niż dotychczas sposób. I tak dwie, niepozorne i przymocowane do stóp deski, po raz pierwszy zostały wykorzystane dla rozrywki, podczas wyścigów i zakładów na śnieżnych trasach. Kilka wieków później duński podróżnik Father Knut Laem opisywał norweskie dzieci jeżdżące na nartach dla zabawy, osiągające spore prędkości. Ciekawa publikacja pochodzi z 1733 roku, a jej autorem był norweski wojskowy Jen Henrik Emahusen. Książka zawierała szereg informacji na temat budowy nart i techniki narciarskiej. Autor rekomendował długość nart wynoszącą odpowiednio 210 cm dla nogi prawej i 270 cm dla lewej. Do poruszania się na nartach i jako uzupełnienie tego ekwipunku wykorzystywano początkowo jeden kij. Służył on do kierowania, hamowania podczas zjazdów i odpychania przy ślizgach, do utrzymywania równowagi, a także



jako podręczna broń, zwłaszcza podczas polowań. Dopiero z roku 1713 pochodzi pierwsza wzmianka o użyciu dwóch kijów równocześnie. Okres prehistorii narciarstwa, charakteryzujący się ogromnymi, szerokimi i ciężkimi deskami, przymocowanymi do stóp za pomocą jednego pasa przechodzącego przez podbicie stopy, zakończył się bezpowrotnie w połowie XIX wieku. Wtedy właśnie drwale z prowincji Telemark w Norwegii wprowadzili innowację. Narty sprzed ewolucji były całkowicie proste i żeby deska nie uginała się pod wpływem ciężaru narciarza (co powodowało znaczny opór podczas ruchu posuwistego), musiała być bardzo gruba i sztywna, a przez to i ciężka. Innowacja polegała na wprowadzeniu wygięcia w łuk w górę. Dzięki temu narty mogły być znacznie cieńsze (szczególnie na końcach) i lżejsze. Z prowincji Telemark pochodzi ponadczasowa koncepcja nart, skonstruowana w 1868 roku przez tamtejszego rolnika i stolarza Sondre Norheima. Jego narty miały od 2 do 2,5 metra długości i posiadały zróżnicowaną szerokość: od 8,9 cm na czubku, poprzez 7 0 cm w talii i 7,6 cm przy pięcie. Stopa zamocowana była paskami w dwóch miejscach: z przodu w okolicy palców tak, jak to było robione dotychczas oraz dodatkowo w okolicach pięty. W ten sposób powstał pierwowzór wiązań telemarkowych. Wiązania umożliwiły swobodne przemieszczanie się pięty w górę i w dół, a jednocześnie zabezpieczały przed przypadkowym zgubieniem narty podczas zmian kierunku jazdy lub skoków. Ten model nart przetrwał przez następne 120 lat, natomiast opracowane przez Norheima wiązania - po modernizacji - stosowane są do dziś przy nartach biegowych. Norweg ten, jako zamiłowany narciarz, pracował nie tylko nad sprzętem, ale również nad stylem i techniką jazdy. Rozpropagował dwa rodzaje skrętów. Pierwszy, nazwany później telemarkiem, przeznaczony był do znacznie większych prędkości i możliwy do wykonania dzięki lekkiemu taliowaniu nart. Drugi rodzaj skrętów, oporowy, dał podwaliny pod zjazdowy styl alpejski. Ten styl ewoluował przez lata i został wyparty dopiero w latach 90-tych XX wieku przez carving. Narty tradycyjne zostały wówczas całkowicie zastąpione przez narty carvingowe. Za kolebkę narciarstwa uważa się więc Norwegię. Tam właśnie w 1843 roku w Tromso rozegrano pierwszy bieg narciarski na dystansie pięciu kilometrów. Natomiast już w 1850 roku w Telemark zaczęto uprawiać biegi w formie slalomu i zjazdu oraz



skoki przez stopień. Pierwszy konkurs skoków został zorganizowany w 1868 roku w Christiani. Prekursorem narciarstwa alpejskiego, który przyczynił się do rozpowszechnienia go na całym kontynencie pod koniec XIX w. był jednak nie Norweg, a Czech, Mathias Zdrasky, który zakochany w narciarstwie pod wpływem lektury książki autorstwa norweskiego podróżnika, opisującego w niej swoją podróż na nartach przez Grenlandię, postanowił spróbować swych sił na tym polu. W rozwoju narciarstwa widział też szansę na zapełnienie zimą kurortów alpejskich, świecących wówczas pustkami. Zdrasky zaobserwował, że długie narty, sprawdzające się na płaskich terenach Telemarku w Norwegii, nie znajdują zastosowania na stromych zboczach Alp. Zbadał, że optymalna długość nart to 190 cm. Zdając sobie sprawę, że najważniejsze dla narciarstwa na stromych zboczach Alp i dla wzrostu jego popularności jest opanowanie prędkości, opracował jazdę pługiem oraz boczny ślizg hamujący. Dzięki opanowaniu technik Zdraskiego, z roku na rok poszerzała się grupa ludzi uprawiających narciarstwo. Stało się ono bardziej dostępne dla mniej odważnych i mniej wysportowanych ludzi. Narciarstwo masowe z kolei wymusiło konieczność wzrostu produkcji nart oraz postępu technologicznego w zakresie ich budowy, a w szczególności zastosowanych materiałów. Początki wyścigu technologicznego XIX wiek to więc też początek niezwykłego rozwoju technologii narciarskiej. Koniec XIX wieku uważa się za „złoty okres" sportów zimowych. Powstały pierwsze szkoły narciarskie i nastąpił wyraźny podział na narciarstwo klasyczne i zjazdowe; pojawiło się również współzawodnictwo. W latach 20-stych i 30-stych XX wieku alpejskie kurorty przeżywały prawdziwy najazd turystów, pragnących spróbować nowej dyscypliny sportu. Pierwsze Igrzyska Olimpijskie, w których odbyła się konkurencja związana z narciarstwem, odbyły się w roku 1932 w świeżo otwartym wówczas i sławnym do dziś ośrodku sportów zimowych w Lake Placial, zlokalizowanym na północ od Nowego Jorku. Liczne, modne uzdrowiska górskie i pensjonaty zmieniały się w ośrodki sportów zimowych, oferujące swoim gościom pełen ekwipunek potrzebny do uprawiania narciarstwa. Intensywnie rozwijała się również infrastruktura na stokach. Budowano stacje wysokogórskie, wyciągi i koleje linowe. I mimo że najsilniejszym rozwojem na tym



polu poszczycić mogą się włoskie Dolomity, po zakończeniu II wojny światowej turystyka i narciarstwo przekroczyły granice Alp. Ośrodki narciarskie zaczęły powstawać w Pirenejach, Karpatach, a także na Bałkanach, w Skandynawii, w dawnym ZSRR oraz poza Europą. Niesamowity rozwój odnotowano również w Górach Skalistych, Newadzie i Kolorado, w sąsiedztwie osad górniczych z czasów „gorączki złota", gdzie już 100 lat wcześniej odbywały się zawody narciarskie. Narciarstwo stało się szansą na rozwój gospodarczy, cywilizacyjny i społeczny. Stąd obecnie na nartach można jeździć dosłownie wszędzie, na każdym kontynencie, tam gdzie jest śnieg a nawet tam, gdzie śniegu naturalnego nie ma  a gdzie można wyprodukować i utrzymać w odpowiedniej temperaturze śnieg sztuczny, wszędzie tam, gdzie jest odpowiednio ukształtowany teren. Na narty można wybrać się też do gorącego Dubaju, gdzie stok narciarski o wysokości 85 m, z trasą długości 400 m zamknięty jest w klimatyzowanej hali liczącej 23000 m kw. Niekoniecznie więc muszą to być góry, bo „na narty" jeździ się również np. na polskie Mazury. Dziewięć tysięcy lat temu, w epoce kamienia, zapewne żaden ówczesny człowiek nie spodziewał się, że tak niepozorny sprzęt - zrobiony wówczas z płaskich kości zwierząt lub kawałków drewna, niezbędny do poruszania się i polowania, stanie się tak popularny i pożądany z całkiem innych względów. Dziś narciarstwo to niezwykle popularna dyscyplina sportowa i modny pomysł na spędzenie czasu. A do wyboru mamy: skoki i loty narciarskie, biegi narciarskie, kombinację norweską (połączenie biegów i skoków), biegi zjazdowe, biathlon czyli dwubój zimowy (biegi narciarskie ze strzelectwem), skialpinizm (połączenie wspinaczki zimowej, wędrówki na nartach oraz zjazdu narciarskiego w terenie górskim, o znacznym stopniu nachylenia i dużych niebezpieczeństwach obiektywnych), narciarstwo alpejskie (zjazdowe), dowolne (akrobatyczne), narciarstwo szybkie (zjazdy w linii prostej), freeskiing (wykonywanie ewolucji w powietrzu), no i ten najpopularniejszy: niezobowiązujący zjazd na nartach w stylu własnym, byle w dół, po słonecznych i ośnieżonych górskich stokach, ot tak, dla przyjemności... Aleksandra Mieloch Do głównych założeń Unii Europejskiej należy chęć objęcia państw naszego kontynentu wspólnotą, dotyczącą między innymi wspólnego rynku, swobodnego przepływu ludzi, wspólnej waluty – euro oraz polityki międzynarodowej. Wydawać by się mogło, że UE była na dobrej drodze do realizacji wszystkich tych celów, aż do momentu kryzysu finansowego w roku 2008.
Europa – otwarta na przybyszów i szerszą integrację ?


Recesja osłabiła poważnie zapał do integracji w wielu społeczeństwach, a także zniechęciła rządy do wprowadzenia euro i poszerzania zunifikowanej polityki finansowej. Niemal wszystkie kraje odnotowały spadek PKB, szczególnie Grecja (która w zasadzie zbankrutowała), Hiszpania (gigantyczny wzrost bezrobocia), Włochy, Irlandia i Portugalia. Kryzys finansowy i osłabienie wewnętrzne wspólnoty zmniejszyło poparcie dla przyjmowania nowych członków. Problemy ekonomiczne stały się zaczynem konfliktu interesów pomiędzy państwami członkowskimi. Ponadto w 2015 roku wybuchł „kryzys uchodźczy" i wzmogło się zagrożenie terrorystyczne. Przekłada się to na niepokojący wzrost nastrojów nacjonalistycznych i sukcesy partii populistycznych w wielu państwach europejskich. Napięte i chłodne są relacje Unii z Rosją i Turcją, która przecież jest jeszcze oficjalnym kandydatem do UE. Obecnie (2018 r.) mamy 28 państw członkowskich i 6 kandydatów – (Turcja, Albania, Serbia, Czarnogóra, Macedonia, Islandia). Wiele wskazuje na to, że przyjęcie kolejnych państw do wspólnoty w najbliższym czasie nie będzie możliwe. Świadczy o tym kilka czynników. Po pierwsze Unia jest mocno osłabiona wewnętrznie.



Ciągłe zmaganie się ze skutkami kryzysu finansowego, napływ uchodźców, nadchodzący „Brexit” czy niesubordynacja państw takich, jak: Polska czy Węgry, sprawiają, że o dalszych rozszerzeniach nie ma co myśleć. Zdecydowanie najmniejsze szanse na przyjęcie ma Turcja, bo choć jest to kraj dynamicznie rozwijający się, to zmierza w stronę autorytaryzmu. Taki kraj, z populacją niemal równą niemieckiej, byłby niebezpiecznym graczem i zagrażałby ideom, które legły u podstaw powołania Unii. Ponadto w wielu krajach sprzeciw budzi odmienność kulturowa i religijna Turków. Małe kraje takie, jak: Albania czy Macedonia, mogą nie poradzić sobie na wspólnym rynku z powodu swojego zacofania ekonomicznego. Niskie są także szanse Ukrainy, targanej konfliktem w Donbasie i kryzysem gospodarczym. Kolejną przeszkodą dla dalszej integracji UE jest kwestia imigrantów i uchodźców spoza wspólnoty. Początkowe ustalenia, zakładające wspólny podział kwot uchodźców spełzły na niczym, między innymi z powodu sprzeciwu niektórych państw (Polska, Węgry) oraz dążenia migrantów do znalezienia się w zamożniejszych państwach. Koniec końców jedynie rządy Niemiec i Szwecji zdecydowały się na politykę otwartych drzwi. Uchodźców w 2016 roku było tak wielu, że niektóre kraje tranzytowe, chociażby: Austria i Dania przywróciły kontrole na swoich granicach, Węgry zaś wzniosły metalowe ogrodzenie. Doszło do setek dramatycznych scen u wybrzeży Włoch i Grecji, gdzie codziennie tysiące zdesperowanych ludzi przeprawiało się przez morze. Do nierozwiązanych problemów naszego kontynentu należy też proces starzenia się społeczeństw. Już dziś w krajach takich, jak: Niemcy czy Włochy, emeryci stanowią ponad 20% populacji, co jest nie lada obciążeniem dla tamtejszych ekonomii. Kraje zachodnie próbują wypełnić lukę na rynku pracy imigrantami, najprawdopodobniej także Polska będzie musiała ich przyjąć, aby móc się dalej rozwijać. Już teraz pracuje w naszym kraju ponad milion Ukraińców. Pozostaje nam mieć nadzieję na rozwiązanie palących problemów w najbliższych latach, inaczej Europa straci wiele ze swoich osiągnięć z ostatnich dekad. Kacper Zieleniak