Тэставае паведамленьне - трэба паставіць flash player






Zimowisko Dziennkiarskie 2009.Novum



Bartłomiej Graczak - redaktor naczelny Monika Sawicka - sekretarz redakcji, korekta Maja Zuchewicz - dziennikarz, korekta, tłumacz Michał Olszak - dziennikarz Patryk Paprocki - dziennikarz Maksim Milto - dziennikarz Magdalena Świądro - dziennikarz Jakub Zawadzki - dziennikarz Hanka Nowicka - wydawca Niepodpisane fotografie są własnością redakcji.

Drodzy czytelnicy! Przed Wami „noVum”! - efekt siedmiodniowej pracy ośmiu początkujących dziennikarzy z różnych części Polski. Redakcja gazetki zawiązała się na czas zimowiska dziennikarskiego w lutym 2009 r. w Warszawie. Tworzenie „noVum” było dla nas niezłą szkołą pisania i ogromnym wyzwaniem. Praca w redakcji była bardzo intensywna, a atmosfera napięta: drobne sprzeczki, ostre boje z redaktorką o każde słowo i krótkotrwałe załamania nerwowe nie przeszkodziły nam ostatecznie w dobrej zabawie. Obserwujemy, komentujemy i informujemy. W gazetce poruszamy kwestie związane z naszym pobytem w Warszawie i opisujemy świat mediów. Znajdziecie tu relacje ze spotkań z dziennikarzami i po wizytach w profesjonalnych redakcjach, teksty opisujące naszą codzienność zimowiskową oraz informacje kulturalne. Zapraszamy do lektury i komentarzy na forum naszej gazety. Redakcja „noVum” Jedynkę proszę, z ładnym widokiem



Widzieliście kiedyś Pałac Kultury nocą? Patrzyliście na ten widok z dołu? Ja mam go na wyciągnięcie ręki. Pałac jest pięknie oświetlony. Otacza go korona wieżowców z największym klejnotem - hotelem „Marriott”. Ten widok mam na co dzień. Przy każdej pogodzie, o każdej porze. W moim jednoosobowym pokoju. Na szerokim parapecie moge siedzieć, jeść i spać. W lecie z pewnścią niejeden gość hotelowy się na nim opalał. Siedząc tak, z Pałacem na wyciągnięcie ręki, mogę zaglądać warszawiakom w okna. Ich mieszkania są wystarczająco nisko, by można było na nich bezkarnie zerkać. Tym samym są wystarczająco wysoko, by mogli czuć się obserwowani. Gdy zapadnie mgła, a w oknach nikt się nie kręci, pozostają inne rozrywki. Pierwszą jest radio, które gra bez przerwy. Dwa duże lustra sprzyjają próżniackim zajęciom, a umywalka pozwala na utrzymanie higieny na ponadprzeciętnym poziomie. Na łóżku mogę trenować techniki regeneracji. Wielka szafa w kącie skłania do rozmyślań nad sposobami jej zapełnienia. Rzadko zaglądają tu istoty żywe. Tłuste gołębie i ludzie omijają „jedynki”. Monika Sawicka DZIENNIKARZE NOVUM



Jakub Zawadzki (beżowy) lat 18, mieszkaniec Ostrowa Wielkopolskiego. Pisze w dziale motoryzacja i humor w szkolnej gazetce. Lubi słuchać głośno muzyki: hip hop,dance i trance. Unika bezsensownych kłótni. Czas wolny spędza przed komputerem, surfując godzinami w internecie.W telewizji lubi oglądać wiadomości oraz kanały TVN Turbo i Discovery. Bartłomiej Graczak (żółty) redaktor naczelny. Uczeń III LO w Ostrowcu Świętokrzyskim. Jego przygoda z pisaniem zaczęła się od serwisu kibiców zespołu piłkarskiego KSZO Ostrowiec, od X 2007 Bartek publikuje swoje teksty w serwisie Wiadomości24.pl. W przyszłości chciałby zostać prezenterem radiowym lub telewizyjnym. Jego autorytetem dziennikarskim jest Jarosław Kuźniar. Patryk Paprocki (zielony) uczeń gimnazjum, Wrocławianin. Wieczorami można go spotkać na wyspie Słodowej. Fan muzyki rock, reggae, alternatywa, jeździ na koncerty na terenie całej Europy. Książki pożera jak jedzenie. Jest optymistą i dba o innych Monika Sawicka (niebieski) sekretarz redakcji noVum. Rodowita wałbrzyszanka, uczennica II klasy LO. Uczestniczka wielu warsztatów dziennikarskich. Optymistka i złośnica. Uważa, że ma w życiu szczęście. Kolekcjonuje ulotki reklamowe. Lubi dobrą muzykę i głośne bekanie, w samotności i  w towarzystwie. DZIENNIKARZE NOVUM



Magdalena Świądro (niebieski) Uczennica gimnazjum w Tarnowie. Miła, niewysoka dziewczyna. Lubi słuchać dobrej muzyki, tańczyć hip hop, house, jazz, i oczywiście spać. Marzy jej się występ w musicalu i podróż dookoła świata. Michał Olszak (różowy) lat 17, uczeń klasy o profilu dziennikarsko - prawnym w III LO w Gliwicach. Osoba energiczna, towarzyska i wygadana. Lubi dobrą muzykę lat 80., białą kawę oraz podróże. Marzy o pracy w telewizji. Jego motto brzmi: „Nie ma rzeczy niemożliwych, wystarczy tylko chcieć”. Maks Milto (żółty) ma 17 lat i pochodzi z Wilna. Mieszka i uczy się w Mińsku w gimnazjum o profilu architektoniczno artystycznym w klasie matematycznej. Interesuje się architekturą i sztuką. Kolekcjonuje bilety kolejowe. W przyszłości zamierza studiować turystykę na Europejskim Humanistycznym Uniwerstytecie w Wilnie. Te warsztaty to jego pierwsze doświadczenie dziennikarskie. Maja Zuchewicz (zielony) uczennica drugiej klasy LO w Zielonej Górze. Mówi o sobie „najzwyklejsza w świecie siedemnastolatka”. Skromność łączy z pewnością siebie. Fascynują ją lata 80. i skandynawskie kino. Włada dwoma językami obcymi: angielskim i niemieckim. W przyszłości zamierza studiować filologię norweską. Spotkanie z dziennikarką „Dziennika” Renatą Kim



Dziennikarz to nie zawód, to całe życie Misja: dziennikarstwo  Nie chcę wam mówić, że dziennikarstwo to praca łatwa i przyjemna - zaczyna. Twierdzi, że jej zawód jest misją i że, mimo trudności, spełnia się w tym, co robi. Po pracy w Anglii przeżyła szok, gdy zaczęła pracować w polskich mediach. Przyzwyczaiła się do standardów BBC, gdzie wrażliwość, rzetelność i szlachetne pobudki dziennikarza były ważniejsze niż tempo podania wiadomości. - Jednak BBC to jedyne miejsce na świecie, w którym te zasady są przestrzegane - dodaje po chwili. Trudne tematy Ostatni głośny temat, nad którym pracowała Renata Kim to seria artykułów pt  „Pokolenie '89” opisująca rzeczywistość polskich dwudziestolatków, która wywołała gorąca dyskusję. Ale znalezienie poruszającego tematu społecznego nie jest proste. W dziale społeczeństwo pracują cztery osoby. Każdego dnia mają do zapełnienia dwie stony w gazecie. By kolumny nie zostały puste, zwracają uwagę na wszystko. Smutne i brzydkie Dzisiejsze media kierują się tzw. focusami, czyli badaniami rynku o gustach czytelników. Ze względu na wyniki badań wydawcy decydują się nie pisać o biedzie i chorobach, „bo to brzydkie i smutne”. Bo skoro odbiorcom gazety podobają się zwierzęta futerkowe, trzeba im dać zwierzątka. Renata Kim była blisko tego, żeby złamano jej kręgosłup zawodowy. Ale naginanie się do popularnych gustów i omijanie tematów trudnych to nie jej rola. - Z trudnym tematem, na przykład o niepełnosprawnych, czekamy aż kolegium redakcyjne będzie prowadził ten wicenaczelny, który zrozumie wagę sprawy. Wielka moc - wielka odpowiedzialność Ta praca nigdy się nie kończy - mówi. - Staje się trybem życia. Poza tym ma ogromny wpływ na opinię społeczną, na ludzkie losy, a nawet życie. Zdarza nam się płakać z radości, jeżeli komuś pomożemy, ale kilka osób straciło przez nas pracę - tu podaje za przykład urzędników miejskich zwolnionych ze względu na podejrzenie wykorzystywania seksualnego pracownic. Dziennikarstwo jest trudne i odpowiedzialne, ale satysfakcjonujące. Daje dużo radości. Renata Kim radzi, żeby mieć oczy i uszy szeroko otwarte. - Na wiele tematów natykam się przypadkiem. Twierdzi, że jej praca to codzienna okazja do nauki czegoś nowego. Na koniec Renata Kim na koniec powtarza słowa kolegi redakcyjnego Marka Świerczyńskiego: dziennikarzem się jest, a nie bywa. Tekst nieautoryzowany Monika Sawicka Spotkanie z felietonistą „Wprost” Igorem Zalewskim



CHIPSY I PAPUGI Dziennikarze to sprzedawcy – handlują towarem niczym nieróżniącym się od kiełbasy. Kondycja mediów w Polsce Igor Zalewski nie owijał w bawełnę. Nakłaniał nas do „wmontowania w swoje mózgi oprogramowania antyspamowego”, tłumacząc, że żaden człowiek nie jest w stanie wchłonąć wszystkich informacji, które pojawiają się w mediach. Potrzebne jest sito, które przesiałoby wszystkie „pierdoły” i śmieciowe informacje. - Media są chipsami. Wypełniają żołądek, ale nie dają żadnych witamin – uważa Igor. Igor Zalewski ostrzega też, żeby nie wierzyć bezkrytycznie we wszystko, co się przez to nasz „antyspam” przedostało. Według niego radio, prasa i telewizja to taki sam towar jak kiełbasa czy samochód. Ludzie tworzą media, żeby zarobić. Dlatego schlebiają nawet najmniej wyrafinowanym gustom odbiorców – wyjaśnia publicysta „Wprost”. Zalewski najbardziej jest zniesmaczony polskim radiem, przypominając, że niegdyś było to w Polsce medium najszlachetniejsze. - Teraz radio to najobrzydliwsze medium, jakie jest w tej chwili na rynku. Studia dziennikarskie w Polsce W środowisku medialnym powszechny jest pogląd, że studia dziennikarskie w Polsce nie przygotowują do wykonywania zawodu. Wybór innego kierunku studiów daje przyszłemu dziennikarzowi konkretną wiedzę i pole do przyszłej specjalizacji. W redakcji TVN24 na przykład pracuje wielu absolwentów politologii i stosunków miedzynarodowych. Są też dziennikarzetacy jak Igor Zakrzewski, którzy studiów nie skończyli. Stopień naukowy z dziennikarstwa nie jest konieczny do pracy w mediach. Profesji można się nauczyć w praktyce, najlepiej jest zaczynać od pracy w  lokalnych dziennikach lub tygodnikach, żeby zdobyć umiejętność szybkioego i sprawnego pisania. Potem można dalej wspinać się po kolejnych szczeblach kariery, najlepiej żadnego nie opuszczając. Pozycja dziennikarza, który obiera taka drogę nauki jest bardziej stabilna. Rady na przyszłość Rada Igora Zalewskiego dla przyszłych dziennikarzy dotyczyła umiaru. - Media to nie jest samotna wyspa w morzu głupoty, zamieszkana przez mądrych i światłych erudytów – przekonywał. Ostrzegł, żeby nie powtarzać w mediach wszystkich informacji jak papuga. Trzeba myśleć, przetwarzać i sprawdzać również inne źródła informacji. Wchodzący na rynek medialny „Dziennik” reklamował się mottem umieszczonym na pierwszej stronie: „Dziennik nie zwalnia od myślenia”. Trzeba pamiętać, że żadne media nie zwalniają od myślenia. Istotną kwestią, nie tylko dla dziennikarzy, jest znajomość języków obcych. I tutaj najlepszym przykładem będzie Wojciech Nomejko, który znajdując się blisko Billa Clintona podczas jego wizyty w Polsce, zadał mu pytanie: „Mr President, Poland okay?” Bartłomiej Graczak Autor: Sławek, /pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Igor_zalewski.jpg, Licencja CC



Przyjazd do Warszawy: radość czy rozczarowanie?
Mimo że Maks należy do naszej redakcji, ciężko jest znaleźć wystarczająco dużo czasu, żeby z nim spokojnie porozmawiać. Jest rozrywany przez innych dziennikarzy z naszego zimowiska, bo jego białoruskie pochodzenie jest pewną atrakcją.


Jak dowiedziałeś się o warsztatach dziennikarskich?  Trzy miesiące temu dostałem mail od Olgi Maziarskiej, koordynatorki Fundacji Nowe Media. Napisała mi o możliwości wzięcia udziału w zimowisku dziennikarskim, podczas którego mógłbym się nauczyć tworzyć qmamy – internetowe gazetki szkolne. Bardzo mnie to zaciekawiło i postanowiłem spróbować swoich sił. Czy myślisz, że warsztaty pomogą ci w przyszłym życiu?  Liczę na to, że warsztaty pomogą mi w komunikacji z ludźmi, a przede wszystkim nauczę się posługiwać językiem polskim w praktyce. Wydają mi się jednak nieco dziecinne, proste rzeczy tłumaczone są często godzinami. Zdaję sobie jednak sprawę, że są to rzeczy ważne dla każdego przyszłego dziennikarza. Dzięki warsztatom dziennikarskim mam również okazję poznawać Warszawę i to jest dla mnie najważniejsze. Podoba ci się to miasto?  Warszawa wygląda jak mieszanka Kijowa, Wilna i może jeszcze Rygi i Tallina. Dużo kościołów i domów zostało zburzonych w trakcie II Wojny Światowej. W waszej stolicy macie piękne mosty. Najbardziej podoba mi się Świętokrzyski, który widać z okien naszego hotelu. Myślę też, że  komunikacja miejska jest sprawna, szczególnie ruch tramwajów. Warszawa ma swój charakter. Mam nadzieję, że będę miał okazję częściej tu przyjeżdżać.To miasto należy zobaczyć przynajmniej kilka razy, żeby móc poczuć jego atmosferę. Czy na tym zimowisku język jest dla ciebie dużą barierą?  Nie wydaje mi się. Niektóre zwroty i słowa są podobne białoruskich. To  czego nie potrafię powiedzieć po polsku, mówię po angielsku, a jak nie po angielsku to po niemiecku. Jak dotąd funkcjonuje to bardzo dobrze.



Więcej problemów sprawia mi fachowa terminologia lub trudniejsze słowa i rozbudowane zwroty. Spektakl w teatrze Buffo zrozumiałem jedynie w 30-40 proc. Czy poznałeś się lepiej z innymi uczestnikami? Jest nas na tym zimowisku za dużo, żeby wszyscy się dobrze poznali. Nigdy nie jest tak, żeby człowiek zintegrował się ze wszystkimi. Ale wszyscy się lubimy, codziennie mówimy sobie „cześć“. Jeśli ludzie pozdrawiają się nawzajem to znaczy, że ich stosunki są dobre. Czy zimowisko odpowiada twoim wcześniejszym wyobrażeniom? Jadąc tu wyobrażałem sobie to wszystko inaczej, ale pobyt nie pozwala mi myśleć o niczym innym poza warsztatami. Chętnie przeżyłbym tą przygodę jeszcze raz i ponownie podjął się pracy nad projektem w grupie. To ciekawe doświadczenie. rozmawiała i tłumaczyła Maja Zuchewicz Prosto z miasta Niemoc czy niechęć?



Niepełnosprawna pasażerka nie została wpuszczona do warszawskiego autobusu. Krakowskie Przedmieście, przystanek Oleandrów. Na autobus czeka niepełnosprawna kobieta na elektrycznym wózku, pozwalającym jej poruszać się, ale bardzo ciężkim, jeśli trzeba go podnieść lub wjechać na nierówność czy stopień. Nadjeżdża autobus 116, do którego kobieta chciała się dostać. Drzwi otwierają się. Niepełnosprawna pasażerka czeka, aż kierowca pomoże jej wsiąść. Kierowca jednak zachowuje się, jakby nie widział w lusterkach znajdującej się przy krawężniku kobiety. W końcu, gdy inni pasażerowie wsiedli, niepełnosprawna nadal czekała na przystanku, a autobus nie ruszał. Kierowca ospale wysiadł z kabiny. Najpierw wyprasza z pojazdu ludzi, którzy do niego wsiedli, żeby otworzyć klapę - pomost łączący autobus z krawężnikiem. Gołymi rękoma nie udaje mu się jednak tego zrobić. Kierowca dochodzi do wniosku, że  potrzebuje klucza. Wraca do kabiny, przeszukuje schowki, w których powinien go znaleźć Mijają minuty. Kierowca jeszcze raz próbuje bez żadnego narzędzia. W końcu mamrocze zdenerwowany - “Ja tego nie zrobię.” Po chwili wraca do niepełnosprawnej. Mówi, że nie jest w stanie jej otworzyć. Tłumaczy dlaczego. Jego ton zdradza zniecierpliwienie i irytację problemem, zachowuje się, jakby chciał dać do zrozumienia kobiecie, że cały ten kłopot to jej wina. Pasażerowie patrzą, pokazują sobie palcami kierowcę, lecz nie robią nic, żeby jej pomóc. Wśród kolejnych nadjeżdżających autobusów, widać inną linię, która pasuje kobiecie. Kierowca 116 zniecierpliwiony wsiada, zamyka drzwi pojazdu i  odjeżdża. Kobieta na wózku, zdenerwowana i zawstydzona czeka na następny autobus. Jakub Zawadzki Dziennikarski Disneyland



Największa sala wygląda jak hala produkcyjna - wizytę w siedzibie TVN relacjonuje Monika Sawicka. Bezpieczeństwo przede wszystkim Od progu uderza chłód nowoczesnego wnętrza. Za ustawioną w poprzek wejścia ladą siedzi elegancko ubrana pani. Za ich plecami znajduje się obszerne atrium oświetlone dziennym światłem, padającym przez szklany sufit. Kobiety proszą o okazanie dokumentów, żeby zarejestrować uczestników wycieczki. Ochroniarz instruuje wchodzących: plecaki i torby do prześwietlenia, klucze i komórki wyjąć. Torba ląduje na taśmie i znika za czarną zasłonką, żeby po chwili wyjechać z drugiej strony. Nie wykryto niebezpiecznej zawartości. Jeszcze przejście przez bramkę wykrywającą metale i stoimy w słonecznym atrium. Trzy w jednym Reporterka TVN Ola Kozieł wita wycieczkę i prowadzi po szklanych schodach na piętro. Zwiedzający idą gęsiego między kamerami i kolumnami głośników. Podnoszą wysoko nogi, uważając na kable. W studiu wykorzystywanym do nagrywania trzech programów  „Piaskiem po oczach”, „Szkło kontaktowe” i „Kropka nad i” dominuje kolor niebieski. - To kolor firmowy - uśmiecha się przewodniczka. Tłumaczy, jak przygotowuje się materiał na wizję, co to jest „obrobienie surówek” oraz czym zajmuje się prowadzący program. - Prezenter, żeby przygotować się do programu, musi dużo czytać i nieustannie śledzić bieżące wydarzenia. Stu cichych Największa sala TVN 24 wygląda jak hala produkcyjna. Stojący pośrodku stół, znany telewidzom z każdego serwisu, okazuje się szybą na niebieskim podwyższeniu. Siedzi przy nim prezenter, zajmując rozmową gościa. Po chwili dialog przenosi się na wizję i ich twarze widać na co drugim ekranie w hali. Wokół, pośród monitorów i kabli, zegarów i kamer siedzą przy komputerach technicy i realizatorzy. Ponad sto pracujących tu osób rozmawia cicho i spokojnie. Gdy program transmitowany jest ze studia, stanowiska reporterów też są na wizji. Za szklanymi drzwiami reżyserki zajęci panowie popijają CocaColę. Godzina jedenasta Rozpoczyna się serwis informacyjny. Prezenter wita telewidzów i zaczyna czytać serwis z promptera, umieszczonego pod kamerą, na wysokości jego oczu. Tekst serwisu przesuwa się w ekranie w tempie regulowanym przez prezentera pedałem, znajdującym się pod jego prawą stopą. Dziennikarz sam pisze swoje wypowiedzi. Jednak zanim trafią na wizję przechodzą przez dziesiątki rąk - tłumaczy Ola Kozieł. Koniec wycieczki. Wracamy przez atrium. W telewizorze lecą „Przyjaciele”, jeden z moich ulubionych odcinków. Miły akcent na koniec wizyty w dziennikarskim Disneylandzie. W (tele)ekspresowym tempie



Sam budynek telewizji przy pl. Powstańców wygląda niepozornie, ale najważniejsze kryje się w środku. Klasyczna hotelowa recepcja, obok bramka, przy niej dwóch ochroniarzy. W głównym holu stoi kilka krzeseł. Uczestnicy wycieczki czekają na przewodnika ze zniecierpliwieniem. Emocje z każdą minutą rosną. Wśród młodzieży da się zauważyć poruszenie. Po kwadransie oczekujących wita Marcin Chłopaś, ich przewodnik po świecie kamer i dziennikarzy. Niekontrolowani przez ochroniarza zajętego rozmową z kolegą, omijając bramki służące do wykrywania metalu, idą w kierunku klatki schodowej. Ostatnie piętro. Grupa spotyka Macieja Orłosia. Znany prezenter życzy udanej wycieczki do redakcji „Teleekspressu”. Przewodnik w ekspresowym tempie opowiada o pracy dziennikarzy w tzw. newsroomie i pokazuje reżyserkę oraz stanowisko, gdzie technicy montują materiał.Urządzenia techniczne, jakie posiada telewizja publiczna są przestarzałe. „Teleekspress” posługuje się tradycyjną taśmą filmową. Plątanina zakurzonych kabli łączy monitory ze starymi magnetowidami, które służą tu w charakterze odtwarzaczy DVD. W pokoiku z szafami wypełnionymi po brzegi włączonymi telewizorami reporter i montażysta obrabiają surowy materiał, tzw. surówkę, przygotowując newsy do serwisu. Wydawca manipuluje przy prompterze – ekranie, na którym wyświetlany jest tekst, czytany przez prowadzącego. Zwiedzający przez szyby tylko zajrzeli do studia TVP Info, w którym niemal bez przerwy trwa nagranie. Weszli też za kulisy studia „Panoramy”, gdzie zrobili sobie prywatną sesję fotograficzną na fotelu prowadzącego. Grupa nie była rozczarowana wizytą, choć pewnie w telewizji wygląda to inaczej. Michał Olszak Wstać, przeżyć, położyć się spać
Wystarczyło pięć miesięcy pracy, aby wpadł w rutynę, a wigor przestał się objawiać. Przynajmniej w pracy. Już nie cieszy ona tak, jak na początku. Teraz często narzeka i z pewnością nie czuje się spełniony zawodowo.


Marek jest ochroniarzem w przejściu między Placem Zamkowym a Aleją Solidarności. Ten młody, pełny wigoru człowiek, codziennie przychodzi do pracy o tej samej porze. Od siódmej do piętnastej, od siódmej do piętnastej. Wykonuje te same obowiązki – pilnuje, aby z windy korzystali tylko Ci  dla których jest przeznaczona. Nie boi się nawrzeszczeć, gdy dzieci urządzają sobie głupie przejażdżki i wchodzą po schodach prowadzących w dół. Całe szczęście, że w miejscu pracy, w przeciwieństwie do sytuacji za oknem, nie jest tak zimno. Czerwone ściany przejścia rozgrzewają. Ludzie nanoszą błoto, które co chwilę od niechcenia zgarnia pani wielką szczotą. Można przytulić się do kaloryfera i jednym okiem czytać gazetę a drugim bacznie obserwować korzystających ze schodów i windy. Czytanie gazety to jedyne ciekawe zajęcie Marka, jakie może sobie zorganizować. Czasem używa gazet do markowania dłubania w nosie czy uszach. Często mu się to nie udaje. Wystarczyło pięć miesięcy pracy, aby wpadł w rutynę, a wigor przestał się objawiać. Przynajmniej w pracy. Już nie cieszy ona tak, jak na początku. Teraz często narzeka i z pewnością nie czuje się spełniony zawodowo. Marek na co dzień widzi masę przewijających się po tym przejściu ludzi. Obserwuje dziwne i śmieszne zachowania. Na przykład mężczyznę wyciągającego język. Nie, nie wyciągał go do niego, ale po prostu. Szedł z mocno wyciągniętym językiem. Dziwne, ale prawdziwe. Równie prawdziwi są czterej mężczyźni z poobijanymi twarzami. Każdy z nich miał siniaki, strupy, zaczerwienienia. Jednak w siatce, którą taszczył jeden z nich, już czekał Mamrot – lekarstwo na wszelki ból. Napisy na koszulkach i torebkach też zostają mu w głowie. Kilka miesięcy wstecz, gdy noszono jeszcze koszulki z krótkim rękawkiem, na jednej z nich zauważył napis: „Zadania na dziś: wstać, przeżyć, położyć się spać”. Słowa idealnie opisują plan dnia ludzi, którzy suną przejściem niczym auta po Wisłostradzie. Innym razem jego uwagę zwróciła niebieska reklamówka z jaskrawym napisem: „Żer dla skner”. Skner, wszystkich tych, którzy nie uśmiechają się, nie mówią „Dzień dobry”, o pogawędce nie wspominając. Na szczęście są jeszcze osoby, które potrafią podejść, porozmawiać. Zwyczajnie zapytać jak leci. Jest ich niestety niewiele. Marek uważa, że śmiech jest nieocenioną wartością. Potrafi umilić dzień w pracy i pozytywnie nastroić. Marek najczęściej zapamiętuje sytuacje dziwne i śmieszne. I nielicznych miłych ludzi. Bartłomiej Graczak Autor: Treez44est (licencja cc)
Sawanna w centrum stolicy


Gorące powietrze buchnęło mi w twarz, kiedy przemarznięta weszłam do lokalu. Znalazłam się w Afryce. Ogarnęła mnie woń hebanu i kawy, o którą mój organizm domagał się od kilku godzin. Usiadłam przy stoliku na pufie - zebrze i poczułam się jak odpoczywająca na werandzie, w cieniu rozłożystej palmy, Karen Blixen, autorka powieści „Pożegnanie z Afryką”, której tytuł dał nazwę kawiarni. Zmysły na moment wyostrzyły mi się i usłyszałam szum traw na przestrzennej sawannie. Orzeźwiający, lekki powiew wiatru poruszył słomianą zasłoną, która zaczęła odprawiać rytualny taniec. W płynącej z radia współczesnej piosence zabrzmiało bicie afrykańskich bębnów. Wchodzący z mroźnej ulicy klient, po wejściu do kawiarni przeobraził się w czarnoskórego wojownika, rzucającego w kierunku kelnerki niezrozumiałe dla mnie słowa. Żyrafa z plakatu jakby ożyła, zaczęła niebezpieczne zbliżać się w moim kierunku. Spłoszona spojrzałam na zegarek. Jestem spóźniona! Musiałam opuścić Czarny Ląd, niczym Karen opuszczająca swą kenijską farmę. Mam nadzieję, że jeszcze wrócę do „Pożegnania z Afryką”, tym razem z poczuciem, że nie muszę się tak szybko żegnać. Maja Zuchewicz



Pałac Kultury i Nauki jest jednym z najciekawszych zabytków Warszawy. To drugi obok Syrenki symbol naszej stolicy, położony w samym jej centrum. Powstał w latach komunistycznych jako dar od Związku Radzieckiego dla "bratniego narodu”. Na szczycie znajduje się ogromny zegar – najwyżej położony w Europie. Pałac ma czterdzieści cztery kondygnacje, z czego trzydzieści trzy są przeznaczone dla turystów. Ze szczytu pałacu rozpościera się zachwycająca panorama stolicy. Niejednej osobie ten widok zaparł dech w piersiach. Magda Świądro Niebieskie migdały
Będąc na warsztatach dziennikarskich jeszcze nigdy nie miałem okazji do tylu przemyśleń na temat kolorów. Barwy może i umilają życie, lecz nie uczą dziennikarstwa.


Przyjeżdżając tu spodziewałem się czegoś innego. Początkowo traciłem czas na pochodzące rodem z podstawówki zajęcia integracyjne. Były kolorowe flamastry, wieże z klocków oraz mnóstwo barwnych karteczek. Może wystarczyłoby po prostu zrealizować punkt po punkcie pierwotny program naszego pobytu? Jestem pewny, że dyskoteka, którą niestety pominięto, rozwiązałaby problem integracji. Nie podobała mi się postawa naszych animatorów. Od jednej z prowadzących zajęcia dowiedziałem się, że lubi kolor niebieski, o drugiej, że przyjechała wprost z Moskwy. Zabrakło natomiast informacji na temat poprawnego pisania newsów, recenzji i przeprowadzania wywiadów. To nie jest warsztat dziennikarski, a ktoś tę wiedzę musi przekazywać. - Nie przekazałem wszystkiego, co chciałem na temat poszczególnych gatunków dziennikarskich – przyznaje jeden z animatorów, Marcin Grudzień. Za przyczynę tego podaje brak czasu. - Gdybym chciał powiedzieć na przykład o wywiadzie, ucierpiałby na tym program rozrywkowy, poza tym skupiamy się na tworzeniu gazetek. Następna bulwersująca mnie kwestia dotyczy organizacji pracy na warsztatach. Dlaczego wypisywałem rzeczy, które są mi wystarczająco znane, jak cechy dobrego dziennikarza? Chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej, lecz niestety na dobrych chęciach się to kończy. Jedynym prawdziwie warsztatowym punktem programu była wizyta ludzi z Fundacji Nowe Media i dziennikarzy Renaty Kim oraz Igora Zalewskiego, którzy mówili o swoim doświadczeniu zawodowym. Większość czasu jednak spędzamy na warsztatach prowadzonych przez trójkę animatorów. Przyjeżdżając na zimowisko dziennikarskie do Warszawy, miałem nadzieję, że wezmę udział w wartościowych warsztatach dziennikarskich. Niestety zbyt często myślałem tylko o niebieskich migdałach. A miało być tak pięknie. Michał Olszak Słowniczek polsko~białoruski



- Czy białoruski jest podobny do polskiego? – zapytał mnie kolega z redakcji kilka dni temu. Większość Polaków, jakich znam, uważa, że białoruski jest bardzo podobny do języka polskiego, rosyjskiego i ukraińskiego. Czy to prawda? Sprawdźcie sami. Wielu Białorusinów podróżuje do Polski i wielu Polaków odwiedza Białoruś. Mimo, że jesteśmy sąsiadami, niewiele o sobie wiemy. Główną barierą jest język. Dla ułatwienia wzajemnego zrozumienia zamieszczamy kilka przydatnych zwrotów w języku polskim i białoruskim: Witaj – Pryvitańnie – Прывітаньне Jak się masz? – Jak žyvieš? – Як жывеш? Gdzie jest łazienka (sklep)? – Dzie znachodzicca łazienka (krama)? – Дзе знаходзіцца лазенка (крама)? Czy jest pani/pan spełniony w dziennikarstwie? – Ci ty zacikaŭleny ŭ žurnalistycy? – Ці ты зацікаўлены ў журналістыцы? Jak być dobrym dziennikarzem? – Jak stać dobrym žurnalistam? – Як стаць добрым журналістам? Jak nie ulegać naciskom w dziennikarstwie? – Jak paźbiehnuć uciskaŭ žurnalistu? – Як пазьбегнуць уціскаў журналісту? Która godzina? – Kolki času? – Колькі часу? Jak masz na imię? – Jak ciabie kličuć? – Як цябе клічуць? Gdzie można coś zjeść? – Dzie možna štośći zjeśсi? – Дзе можна штосьці з’есьці? Jak dojść do ... ? – Jak dajśći da ...? – Як дайсьці да… ?  Proszę – Kali łaska – Калі ласка Dziękuję – Dziakuj - Дзякуй Przepraszam – Prabačcie – Прабачце Do widzennia – Da pabačeńnia – Да пабачэньня Dobranoc – Dabranač – Дабранач Mam nadzieję, że teraz nie będziecie mieć żadnych problemów z podróżą do Białorusi. Spadziajusia što ŭ vas nia budzie nijakich moŭnych prablemaŭ padčas padarožža pa Biełarusi. Спадзяюся што ў вас ня будзе ніякіх моўных праблемаў падчас падарожжа па Беларусі. Maksim Milto Nasze złe pokolenie
Cykl poświęcony pokoleniu '89 opublikowany w „Dzienniku” wywołał burzliwe reakcje. Uczestnicy warsztatów dziennikarskich nie pozostali obojętni na te głosy.


Co wywołało tak żywą dyskusję na temat pokolenia '89? List Marty Meger opublikowany w „Dzienniku” około trzy tygodnie temu, w którym opisuje ona pesymistyczną wizję swojej generacji. Podsumowuje swoich rówieśników w kilku słowach: pijacy, aroganci, którymi rządzi pieniądz, ludzie bez ideałów i autorytetów. W odpowiedzi posypały się listy protestu młodzieży, która broni się przed byciem zaszufladkowanym lub po prostu widzi problem w zupełnie inny sposób. Mówią o swoim otwarciu na świat, znajomości języków obcych, chęci zdobywania nowych doświadczeń i wykształcenia. Renata Kim, szefowa działu Społeczeństwo w „Dzienniku” - Po opublikowaniu wyników badań CBOS myśleliśmy, że mamy do czynienia z zupełnie nowym pokoleniem ludzi energicznych i bez kompleksów. Wtedy dostaliśmy gorzki list od Marty Meger. Nikt nie spodziewał się, że wywoła on tak gorące emocje. Nigdy wcześniej jakikolwiek tekst nie wzbudził takiego zainteresowania – żaden tekst o seksie, o starości, o maturach. Pomyśleliśmy, że to temat, który koniecznie musimy poruszyć. Spotkanie uczestników warsztatów dziennikarskich z Renatą Kim skłoniło do rozważań o sobie i swoich rówieśnikach. Ula Modrzyk uważa, że nie można wrzucić całego pokolenia do jednej szufladki, określić je w jednoznaczny, ogólnikowy sposób. - Każde pokolenie jest w gruncie rzeczy takie samo, tylko intensywność poglądów i zachowań zwiększa się z czasem. Musi zostać zachowana równowaga na świecie, naszemu ani przyszłym pokoleniom nie grozi degeneracja. Charakteryzuje je jedna rzecz: Młodzi ludzie zawsze chcą zmieniać świat. - Nie wszyscy są tacy, jak ich przedstawiła Marta Meger. Można dobrze się bawić, a następnego dnia uczyć się. Wszystko można, tylko trzeba chcieć – powtarza swoje motto Michał Olszak. Skoro wzbraniamy się przed radykalnymi osądami, widzeniem spraw na czarnobiało, może jesteśmy szarym pokoleniem? Takim, które boi się ocen i nie chce opowiadać się za żadną opcją. Życie w wolnym kraju nie jest widocznie tak łatwe i kolorowe jak wydawało się naszym rodzicom, bo problemy nastolatków zawsze są podobne bez względu na czasy, w których żyją. Być może jest jeszcze zbyt wcześnie, żeby dokonać analizy pokolenia '89, ale fakt, że dyskusja na ten temat wywołana jest przez samych nastolatków pokazuje, że młodzi mają oczy i uszy szeroko otwarte na dotyczące ich kwestie. To daje nadzieję, że nasz świat w przyszłości nie będzie taki zły. Maja Zuchewicz Romek, Julka i spółka



Aby tytuł sztuki Janusza Józefowicza odzwierciedlał to, co zobaczymy i usłyszymy na deskach teatru Buffo, musiałby nazywać się „Romek, Julka i spółka”. Gdy kurtyna rozsunęła się, przed nami pojawiła się roztańczona młodzież w klubie. Po chwili na scenę po linie ześlizgnęła się piękna Rosalina (Natalia Srokocz) - gwiazda pop, w której początkowo kochał się Romek (Krzysztof Rymszewicz). Jego kumple ubrani w luźne, pstrokate ciuszki – kostiumy projektu Kikimory - pasjonowali się sztukami walki i break dancem. Jak nie trudno zauważyć nie wygląda to na adaptację siedemnastowiecznego dzieła. Jak przystało na - zdaniem Romana Pawłowskiego, recenzenta Gazety Wyborczej - „najlepszy teatr muzyczny stolicy” libretto napisane przez Jana Wermera było naprawdę wysokich lotów. Wykonanie to już bajka. Wszyscy aktorzy śpiewali rewelacyjnie. Musical pochłonąłem jak dobre ciastko na podwieczorek. Konsumpcja trwała półtorej godziny. Co tak naprawdę odróżnia współczesną adaptację Józefowicza od sztuki Szekspira? Łatwiej jest napisać, co je łączy. Został tytuł, została miłość Romea i Julii (Marysia Tyszkiewicz), ale realia dramatu zostały wywrócone do góry nogami. Dialogi, których twórcą jest Bartosz Wierzbięta są – używając języka adaptacji - luzackie. Podwórkowa mowa i młodzieżowy slang to język, jakim posługują się Romek, Julka i spółka. Niekonwencjonalnie, choć w standardowej dla siebie roli wystąpił Maciej Orłoś, który jako prezenter Teleexpressu podał informację o śmierci Julii. Scena ta została wyświetlona z wielkiego projektora. Prosty zabieg, po jaki sięgnęli twórcy musicalu, rozbawił widzów. Co więcej można powiedzieć o Romku, Julce i spółce? Twórcy spektaklu postarali się, by wrażeń widzom nie zabrakło. Śpiewano mocniej i szybciej, by za chwilę czule szeptać. Wiele się działo na scenie: pokaz sztuk walki, break dance, śpiew, akrobacje w powietrzu, taniec. Łącznie na scenie pojawiło się trzydziestu aktorów. Niezłe przeżycie –  odkryć na nowo po czterystu latach dzieło Szekspira w dziewięćdziesiąt minut. Premiera spektaklu odbyła się w październiku 2004 roku w warszawskim Torwarze. Bartłomiej Graczak



Młodzi sportowcy stają do wyścigu. Kto będzie lepszy? Kto zjedzie szybciej po najdłuższej zjeżdżalni? Ustawiają się uwejścia do wielkiej, zamkniętej zjeżdżalni, kilkanaście metrów nad ziemią. Zielona lampka daje sygnał “start”, zawodnik wsuwa się z prędkością błyskawicy do środka i spada w dół. Po tubie zjeżdżalni roznosi się echo. Zawodnicy zjeżdżają w różnych pozycjach. Krzyczą I śmieją się jednocześnie. Wpadają w basen z nagłym “chlup”, lekko wystraszeni, ale zadowoleni. Po zjeździe patrzą na niebieski zegar. Patrzą tablicę, by chcą zobaczyć swój czas. Przy wylocie zjeżdżalni stoją małe dzieci, rozbawione i trochę jakby zdziwione, jak można tak szybko znaleźć się na dole. Zmęczona wyścigiem młodzież relaksuje się w jacuzzi. Ale bezczynność im nie w smak. Postanawiają ścigać się ponownie. Ich wyścig przyciąga uwagę innych użytkowników basenu. Ludzie widzą zadowolonych młodych I dołączają do szalonej zabawy. Świetna rozrywka dla dzieci I młodzieży! Muszą już wracać do hotelu. Smutni i jednocześnie źli wracają do szatni. Roześmiani dzielą się wrażeniami. Chwalą się swoimi wynikami czasowymi. Po przebraniu się opuszczają przebieralnię. Jedni suszą włosy, pozostali czekają na resztę grupy. Wszyscy się już zebrali. Myśl o końcu zabawy nie jest przyjemna. Idąc na przystanek tramwajowy, ciągle jeszcze myślą o wyścigach na zjeżdżalni. Wiedzą, że już tam nie wrócą Jakub Zawadzki







Stalowy ptak



Samolot Brytyjskich Sił Powietrznych zaraz wystartuje. Wydaje mi się, że czuję gorący podmuch z silników. Wojskowy samolot, należący do Brytyjskich Sił Powietrznych, szybuje pod sufitem. Dwa ogromne śmigła, szeroki kadłub na o dwadzieścia sób, w niego wpięte koła. Rozpięte szeroko skrzydła dodają stabilności tej latającej machinie. Samolot zawieszony jest na potężnych stalowych linach. Pada na niego mocne światło. To największy obiekt pokazywany w Muzeum Powstania Warszawskiego. Tłumy zwiedzających podzi-wiają okaz z zadarciem głowy w górę. „Jest to autentyczny model w skali 1: 1 samolotu z czasów II wojny światowej”- powiedział nam przewodnik. Muzeum Powstania Warszaa-wskiego ma specyficzny, nowo-czesny przekaz. Filmy dokumentalne, stare radia, wojenne telefony, a zarówno bilbordy, panele dotykowe mają przenieść zwiedzającego w czasy wojny. Bicie serc dobiega z ciemnych ścian. W niepozornym budynku, pamięć powstańców zostanie na długo. Patryk Paprocki