Тэставае паведамленьне - трэба паставіць flash player
OD REDAKCI: SPIS TREŚCI:
"Bramy mądrości nigdy nie bywają zamknięte."
Od września do grudnia w murach Miejskiej Biblioteki Publicznej oraz Gimnazjum nr 2 w Skawinie miały miejsce wydarzenia zupełnie niezwiązane z tradycyjnym pojęciem szkoły i lekcji. Grupa młodych ludzi spędziła wspólnie wiele godzin, by czegoś się nauczyć, by poszukać nietypowych rozwiązań, podpatrzeć warsztat profesjonalistów, spróbować swoich sił w dziedzinie mediów, filmu i pięknego słowa.
Ciężko pracowali, świetnie się bawili, a efektami ich pracy były różnorodne dzieła i mnóstwo wiedzy. Przeczytacie o tym w specjalnym wydaniu „Okulara” Co to jest SMAK? str.3
Akademia Mediów str.4
W reklamie cięgle chcesz więcej str. 8
Akademia Filmu str. 10
"Połowę filmu przynosimy ze sobą do kina" - str. 11 Filmowe hity i kity str. 20
Akademia Pięknego Słowa str. 24
Praca, talent i odrobina szczęścia str. 32
"Dano nam skrzydła, więc pofrunęliśmy..." str. 36
SMAK, czyli Skawińska Młodzieżowa Akademia Kultury Do projektu zatytułowanego Skawińska Młodzieżowa Akademia Kultury zaprosili gimnazjalistów pan Michał Grzeszczuk – Dyrektor Miejskiej Biblioteki Publicznej w Skawinie, pani Krystyna Droździewicz – Dyrektor Biblioteki Pedagogicznej w Skawinie oraz Elżbieta Gutierrez – Dyrektor Gimnazjum nr 2 w Skawinie. Koordynatorkami przedsięwzięcia zostały nauczycielki języka polskiego Agnieszka Mikulec i Renata Bysina. O podzielenie się wiedzą i doświadczeniem z młodzieżą zostali poproszeni państwo Magdalena i Maciej Turkawscy – specjaliści od reklamy, pani Katarzyna Wajda – filmoznawca oraz pan Jarosław Szwec – aktor Teatru Ludowego w Krakowie.
WIELKIE KUSZENIE, CZYLI
O REKLAMIE WIEMY WSZYSTKO
AKADEMIA MEDIÓW
W warsztatach medialnych wzięli udział obecni i przyszli dziennikarze „Okulara”. Stwierdzili, że czas wyjść poza mury szkoły i pokazać „Okulara” światu. Jak to jednak zrobić w dzisiejszym świecie, gdzie bez reklamy, promocji i medialnego show nie można dotrzeć do odbiorcy? Decyzja była szybka: na warsztatach o mediach niech będzie o reklamie. I było. Pod okiem doświadczonych w dziedzinie reklamy i promocji państwa Magdaleny i Macieja Turkawskich obejrzeliśmy setki reklam. Tych standardowych o proszkach do prania i tych, które śmiało można uznać za dzieła sztuki; wciągających, zmuszających do myślenia, zaskakujących. Potem sami wcielaliśmy się w klientów i pracowników agencji reklamowych. Przygotowywaliśmy briefy , a następnie całe kampanie. Pomysły mieliśmy szalone i gdyby któraś z firm potrzebowała kreatywnych, młodych, odważnych… to właśnie my.
Zdobyte w ten sposób umiejętności wypróbowaliśmy na Gronu Pedagogicznym, uczniach, rodzicach, a potem na uczestnikach Gali podsumowującej SMAK. Ilość wejść na stronę naszego pisma gwałtownie wzrosła. To oznacza, że reklama działa. Oznacza też, że wiemy, jak działa. Mamy nadzieję, że smak mandarynki będzie się wielu osobom kojarzył z naszym pismem, do którego będą zaglądać.
Co się działo na warsztatach? Siedzą i nic nie robią? Nie!
Oni ciężko pracowali :)
Okular W REKLAMIE CIĄGLE
CHCESZ WIĘCEJ
Uczniowie biorący udział w organizowanych przez Państwa warsztatach byli bardzo zadowoleni ze współpracy. Jakie są Wasze odczucia?
Przede wszystkim bardzo
się cieszę się, że Wam się podobało. To było dla nas najważniejsze. Patrząc z
perspektywy czasu, pewne rzeczy poprawiłbym w naszych spotkaniach, ale tylko w swojej roli.
Wy byliście super. Było to dla mnie nowe doświadczenie i jestem wdzięczny Reni Bysinie, że wybrała taką fajną grupę młodych ludzi. Wierzę, iż oprócz dobrej zabawy udało nam się Was zarazić tematem albo chociaż poszerzyć nieco perspektywę. Co zachęciło Was do podjęcia pracy w reklamie? Czy polecacie ten kierunek młodym ludziom?
Przede wszystkim różnorodność. Pod każdym względem: spotykanych ludzi, tematów, produktów, rozwiązań, koncepcji, punktów widzenia. Ciężko się nudzić. To cały czas motywuje i podkręca. Dzięki temu w reklamie rzadko spotyka się ludzi, którzy są wypaleni i którym się nie chce. Co również jest bardzo ciekawe. Ciągle dostajesz nowe bodźce. I chcesz
więcej! Czy polecam? Osobiście jestem zafascynowany tym światem, więc jakbym mógł Was do niego nie zapraszać?! :)
Jakimi cechami przede wszystkim należy dysponować, by dać sobie radę w tej branży?
Pół żartem, pół serio - jest takie powiedzenie, że jak się ma miękkie serce to trzeba mieć twardą pupę. Idealnie pasuje :). W świecie reklamy i mediów (prawdopodobnie jak wszędzie) spotyka się różne osobowości. I właśnie w zdarzeniu ich cech rodzą się najfajniejsze idee. To, na co bym szczególnie postawił, to asertywność, kreatywność, pasja i chęć ciągłego poszerzania wiedzy i doświadczenia. Jedną z rzadziej spotykanych cech wśród ludzi z tej branży jest skromność i często uczciwość. Niestety.
Praca, którą wykonujecie, stale wymaga nowych rozwiązań, pomysłów. Skąd czerpiecie inspirację?
Z ulicy, domu, spotkań, rozmów, obserwacji, życia, wiedzy, innych doświadczeń, przykładów, dyskusji, sztuki... z wszystkiego, co nas otacza, z życia codziennego. A dlaczego? Bo reklama jest formą sztuki użytkowej. Ma jakiś cel i musi coś konkretnego sprzedawać. Czyli musi być zrozumiała przez grupę docelową. A więc mówić ich językiem i być taka jak oni. A właściwie taka jak oni by chcieli być, bo ludzie aspirują. A co może dać większą wiedzę o ludziach jeśli nie obserwacja ich?
Z jakiego projektu jesteście jak do tej pory najbardziej zadowoleni? Nie wątpię, że największe sukcesy zawodowe jeszcze przed Wami :)
Wszystkie projekty cieszą i z wszystkich powinno się być dumnym :)... ale najbardziej z tych, które są aktualnie na tapecie!
Czy nie powinniśmy się obawiać tego, że reklamy - zarówno jak cały świat mediów - mają wielką zdolność do manipulacji i narzucania opinii?
Pokazując Wam, jak się tworzy reklamę i planuje kampanie, chciałem Wam również wskazać drogę, jak się przed tym bronić. Jak nie ulegać manipulacji. Wiedza, czyli świadomość, jak powstają komunikaty, które nas na co dzień bombardują, dają nam najlepsze przygotowanie, by popatrzeć na nie bardziej krytycznie, może i sceptycznie. Pamiętajcie, że to co do Was i w jaki sposób dociera, nigdy nie jest dziełem przypadku. Pracują nad tym ludzie, którzy mają doświadczenie, często są po psychologii, analizują badania i zachowania grup docelowych, dysponują potężnymi budżetami. Jest to więc nierówna walka. Dlatego tak ważna jest tego świadomość. Dotyczy to zarówno reklamy jak i informacji dziennikarskich.
Reklama nieodłącznie wiąże się z komercją, która jest zagrożeniem dla współczesnego świata. Jesteście skłonni zgodzić się z tym stwierdzeniem?
Zdając egzamin w szkole, szukając pracy, prosząc rodziców o pójście na imprezę, próbując umówić się z dziewczyną, poznając nowych ludzi... - za każdym razem coś sprzedajemy. Siebie, swoją wiedzę, swój charakter, swoje idee, punkt widzenia. Walutą nie jest może pieniądz, ale jednak konkretny zysk. (Zresztą pieniądz nigdy nie jest celem samym w sobie, a jedynie środkiem do jego osiągnięcia.) Uświadamiając to sobie, łatwo zauważyć, że mamy dwa wyjścia. Albo będziemy się z tym boksować, albo to wykorzystamy.
CIEMNO WSZĘDZIE, STRASZNO WSZĘDZIE… CZYLI KRĘCIMY HORROR
AKADEMIA FILMOWA
Zanim uczestnicy warsztatów filmowych trafili na zajęcia z filmoznawcą, solidnie się do tego przygotowywali, spędzając kilka nocy – tak! nocy! w szkole, oglądając różnorodne filmy. Zazwyczaj zaczynali od tych ambitniejszych, ale nad ranem, kiedy z różnych kątów sali dochodziło słodkie pochrapywanie, zdarzały się komedie romantyczne, po raz osiemdziesiąty oglądany Harry Potter, a i pewnie Shrek, Nemo i Mój Brat Niedźwiedź… Cóż, bycie specjalistą wymaga poświęceń… Pod okiem pani Katarzyny Wajdy, filmoznawcy z Uniwersytetu Jagiellońskiego, uważnie przyglądali się gatunkom filmowym: komedii, fantasy, horrorowi. Na tych ostatnich zajęciach zrodził się pomysł, by zmierzyć się z tym gatunkiem i samemu postraszyć widzów. Postraszyć to każdy potrafi. Wystarczy przyjść do rodziców i powiedzieć: „Mamo, tato, będę mieć jedynkę z polskiego na koniec”. Uwierzcie, efekt murowany. Ale postraszyć i zaskoczyć, oto jest sztuka. A im się udało. Horror powstawał w różnych częściach naszej szkoły. Na korytarzach, w salach, w szatni, ale i w takich zakamarkach, do których na co dzień uczniowie nie mają dostępu. Efekt, oprawiony efektami przez Kacpra Kurka, okazał się dziełem gatunku. Publiczność zamierała ze strachu i do końca mało kto wiedział, kto czai się w krwawych, czerwonych rękawiczkach. Jeśli kiedyś w Hollywood będą przyznawać nagrody w kategorii horror amatorski, Oscara mamy w kieszeni.
"POŁOWĘ FILMU
PRZYNOSIMY ZE SOBĄ DO KINA..."
Na co dzień pracuje Pani ze studentami, czyli osobami dorosłymi i mającymi pewne podstawy z dziedziny filmu. Według jakiego klucza przygotowywała Pani zajęcia z gimnazjalistami?
Trudno mówić o specjalnym kluczu, generalnie chciałam połączyć przyjemne z pożytecznym. Zależało mi, żebyście dowiedzieli się czegoś nowego, poznali kawałek historii kina, ale też, aby te zajęcia jakoś korespondowały z tym, co oglądacie na co dzień. Stąd pomysł z kinem gatunku i wybór tych gatunków, które, jak przypuszczałam, nie są Wam obce. Oglądacie i czytacie sagę „Zmierzch”, a przecież to nie Stephanie Meyer wymyśliła wampiry, stąd np. pomysł prześledzenia ewolucji postaci Draculi w kinie. Oczywiście zajęcia nie dają pełnej wiedzy, ale mam nadzieję, że były zachętą do własnych poszukiwań.
Co Panią zaskoczyło w spotkaniach z naszą grupą?
Przede wszystkim, że Wam się chce – przychodzić do szkoły w wolnym czasie i brać udział w zajęciach nieobowiązkowych. Chęć dowiedzenia się czegoś nowego. Zaangażowanie. Wyobraźnia, która dała o sobie znać podczas pracy nad filmem – zaskakujące pomysły, z których, niestety, nie wszystkie, głównie ze względów na ograniczenia techniczne, udało się zrealizować. Opowiadałam o nich swoim dorosłym studentom, przyszłym scenarzystom, i naprawdę byli pod wrażeniem – sami nie wpadliby np. na pomysł z bijącym sztucznym sercem.
Poza tym może nie tyle zaskoczyła, co po prostu dała o sobie znać różnica pokoleniowa między nami, zwłaszcza podczas zajęć o komedii – nie zawsze śmieszyło nas to samo. Podobnie jak przy fantasy – ja pod tym względem właściwie zatrzymałam się na „Władcy Pierścieni”, więc role się odwróciły i to od Was dowiedziałam się, że jest jeszcze kilka innych ciekawych filmów tego nurtu. Pojęcie „stare kino” dla mnie i dla Was oznacza jednak coś innego, oglądając filmy zwracamy też uwagę na inne elementy.
Jakie filmy ogląda filmoznawca zawodowo, a jakie w piątkowy wieczór?
Chyba nie umiem oddzielić tych dwóch sfer, a piątkowy wieczór czasem bywa dla mnie wieczorem roboczym przed sobotnimi zajęciami – wtedy oglądam, a właściwie przeglądam filmy czysto zawodowo, pod kątem ich ewentualnej przydatności jako ilustracji do wykładu. Nie jestem zawodowym recenzentem czy krytykiem filmowym, więc nie muszę obowiązkowo oglądać wszystkich premier, wybieram te, które mnie – z różnych względów – interesują. Im jestem starsza – i mam nadzieję, mądrzejsza – tym staranniej dokonuję tych wyborów, bo naprawdę szkoda czasu na
oglądanie kiepskich filmów. Poza tym rzadko chodzę do kina w piątkowy wieczór czy generalnie w weekend, a zwłaszcza do multipleksów, których nie znoszę. Od czasów studenckich lubię samotne wyprawy do mniejszych kin, w środku tygodnia, na wczesne seanse. W piątkowe wieczory – jak dla mnie – jest tam stanowczo za dużo ludzi.
Czy, gdy Pani ogląda filmy dla przyjemności, ocenia je Pani z punktu widzenia Pani zawodu?
Zawsze jestem przede wszystkim widzem, kinomanką. Nie myślę o sobie jako filmoznawcy, co najwyżej – jako o historyku kina. Kino jest dla mnie przede wszystkim sztuką emocji, sprawy warsztatowe są na dalszym planie. Film albo robi na mnie jakieś wrażenie, budzi emocje i zmusza do myślenia, albo nie. Jeśli nie, to oglądanie go nie jest przyjemnością, choćby i był doskonale zrealizowany.
Czy ma Pani ulubionego reżysera? Jeśli tak, co w jego filmach takiego wyjątkowego?
Pytanie o ulubionego reżysera czy film przypomina te w rodzaju: kogo kochasz bardziej – mamę czy tatę? Trudno odpowiedzieć. Nie mam jednego ulubionego reżysera, za to kilku bardzo cenię – za całokształt twórczości albo poszczególne filmy. Lubię twórców, których określa się mianem autorów filmowych, mających swój rozpoznawalny styl, ulubione tematy, jak Wojciech Has z jego obsesją czasu i pamięci oraz malarską wyobraźnią. W kinie Krzysztofa Kieślowskiego cenię nutkę metafizyki, podkreślanie, że istnieje jeszcze inny, duchowy wymiar rzeczywistości. U Romana Polańskiego – wyczucie absurdu i perfekcyjny warsztat, Woody’ego Allena – wyrafinowane poczucie humoru. Czekam na każdy kolejny film Danny’ego Boyle’a i Neila Jordana, któremu jestem szczególnie wdzięczna za „Śniadanie na Plutonie”, bardzo skuteczny – przynajmniej w moim przypadku – antydepresant. Gdyby nie filmy Andrzeja Wajdy, pewnie nie zajęłabym się zawodowo historią polskiego kina, co staram się robić najrzetelniej jak umiem, bo w końcu (to) nazwisko zobowiązuje... Listę mogłabym jeszcze uzupełniać o kolejnych twórców. Generalnie łączy ich chyba moja wdzięczność za emocje, przeżycia, jakie dały mi ich filmy. I świadomość, że kino to sztuka, której warto poświęcić spory kawał życia. W przypadku mistrzów kina, klasyków, cenne jest też to, że rzeczywiście łączą pokolenia. Jako mała dziewczynka oglądałam w telewizji przedwojenne polskie filmy, te same, które 50 lat wcześniej w kinach Lwowa czy Wilna oglądała moja babcia – jej wspomnienia tamtych
czasów, opowieści o ówczesnych gwiazdach sprawiały, że inaczej patrzyłam – i patrzę do dziś – na te rzeczywiście stare, niezbyt dobrze zrobione filmy. Jako nastolatka odkrywałam Felliniego czy Bergmana i konfrontowałam swoje odczucia z moim tatą, należącym do pokolenia DKFów, czyli dyskusyjnych klubów filmowych. Okazało się, że nie tylko fizycznie jesteśmy podobni: na „La Stradzie” oboje płakaliśmy, a po „Tam, gdzie rosną poziomki” – dopadła nas depresja.
Czy poleciłaby Pani młodym ludziom zawód filmoznawcy?
Trudno polecać coś, co tak naprawdę nie jest zawodem, tylko pasją. Nie lubię określenia „filmoznawca”, bo jest w nim jakiś element pychy, poczucia wyższości, ale, jak dotąd, nie znaleziono lepszego. Albo się lubi, kocha kino – albo nie. Żeby zostać filmoznawcą, najpierw trzeba być kinomanem, inaczej szkoda czasu, zwłaszcza, że, wbrew pozorom, studia filmoznawcze nie polegają tylko na oglądaniu filmów. A nawet jeśli się jest kinomanem, to trzeba zastanowić się, czy chce się – czy posiada się siłę i determinację – żeby z tej pasji uczynić zawód czy też pozostać amatorem i kochać kino bezinteresownie. Znam wielu kinomanów, ludzi, którzy, mimo iż nie kończyli filmoznawstwa, mają większą wiedzę niż większość absolwentów takich studiów. I odwrotnie – wielu dyplomowanych filmoznawców, którzy tak naprawdę nie lubią i nie rozumieją kina. Decyzja o wyborze tych studiów musi być przemyślana, bo to bardziej hobby niż – zwłaszcza dochodowa – praca. Nikt nam nie zaoferuje posady filmoznawcy – można zostać krytykiem filmowym, wykładowcą, pracować w kinie albo robić coś zupełnie, zupełnie innego, niezwiązanego z branżą. Trzeba o tym pamiętać. Sama przy wyborze studiów kierowałam się zdecydowanie sercem, przekonaniem, że trzeba robić to, co się lubi i – jakkolwiek bywa różnie – nie żałuję tej decyzji.
Na co powinniśmy zwracać uwagę, oglądając filmy?
Moja mistrzyni, profesor Alicja Helman, powtarza, że połowę filmu przynosimy ze sobą do kina: nasz wiek, płeć, doświadczenie, wrażliwość, wiedzę, zainteresowania, uprzedzenia, oczekiwania. Dwie osoby oglądające ten sam film, właściwie widzą coś innego. Nastolatek, który sam kręci filmy, zwróci uwagę na pracę kamery, zmienność planów, na wszystkie te elementy, które zupełnie zignoruje jego koleżanka, bo wciągnie ją opowiadana na ekranie historia. Nie ma co podchodzić do filmu zadaniowo, trzeba go po prostu oglądać. To, co tam zobaczymy, to już bardzo indywidualna sprawa. I chyba na tym polega też magia kina.
Gdyby miała Pani ułożyć listę klasyków kina, które każdy szesnastolatek powinien znać, jak wyglądałaby ta lista?
Nie potrafiłabym ułożyć takiej jednej, uniwersalnej listy, co właśnie dosyć mocno uświadomiły mi nasze warsztaty. Każdy szesnastolatek jest inny, o różnym stopniu wrażliwości, wiedzy i – nazwijmy to – gotowości zmierzenia się z kinem, które w dużej mierze jest odległe od tego, co ogląda na co dzień, do czego jest przyzwyczajony. Dla Was stare kino, np. filmy nieme, jest już kinem bardzo starym. Wychowaliście się na animacjach Pixara, kinie3D, jesteście przyzwyczajeni do innego typu opowiadania, estetyki.
Oglądanie niemych filmów z lat 20. – jak „Nosferatu”, którego fragmenty Wam pokazywałam – w większej dawce może być dla Was sporym wyzwaniem. Pewnie w takim kanonie powinny znaleźć się obrazy Charliego Chaplina, np. „Gorączka złota” albo „Generał” Bustera Keatona, krótkie filmiki braci Lumière i Georgesa Mélièsa jako ojców kina, ekspresjonistyczny „Gabinet doktora Caligari”, może „Pancernik Potiomkin”. Z dźwiękowych – może „La Strada”, „Siódma pieczęć”, „Siedmiu samurajów”, „Popiół i diament”. Podkreślam to „może”, bo ułożenie takiej listy jest bardzo trudne. Każdy odkrywa kino i klasykę kina w swoim tempie, według własnego planu. Do pewnych filmów trzeba dojrzeć. Ja w wieku 16 lat odkryłam „Kanał” Wajdy, film, który zrobił na mnie olbrzymie wrażenie, nie mogłam po nim zasnąć. Od tamtej pory widziałam go wielokrotnie, ale ta pamięć o pierwszym razie nieustannie mi towarzyszy. Pierwsze wrażenie było duże, bo tematyka wojenna, zwłaszcza Powstania Warszawskiego, była mi wtedy bardzo bliska. Być może jakaś inna 16-latka przyjęłaby go zupełnie inaczej, mniej emocjonalnie. Tu nie ma reguł, połowę filmu rzeczywiście przynosimy ze sobą do kina.
Bała się Pani na naszym horrorze?
Raczej dobrze się bawiłam, bo film był w dużej mierze pastiszem, zabawą konwencją. Poza tym w moim przypadku element zaskoczenia był ograniczony, bo byłam świadkiem powstawania całego pomysłu. Zaskoczyło mnie jednak to, jak dużo udało się Wam zrobić – biorąc pod uwagę, jak mało mieliście czasu i jak ograniczone środki techniczne. Naprawdę byłam z Was i Waszej pracy szalenie dumna. A najbardziej ucieszyło mnie to, że robienie filmu się Wam spodobało i horror o nocy filmowej to dopiero początek. Z niecierpliwością czekam na kolejne.
W czasie kręcenia horroru bywało strasznie, bywało śmiesznie... Niektórzy pracowali na najwyższych obrotach, niektórym brakowało sił.
A NA POWAŻNIE – DOKUMENT
AKADEMII FILMOWEJ CIAG DALSZY
W ramach Akademii Filmowej powstał też reportaż filmowy. W czasie zielonej szkoły zamiast wylegiwać się na pięknych włoskich plażach grupa aktywnych poszukiwała w Rzymie śladów Quo vadis Henryka Sienkiewicza. Zanim jednak zajrzeliśmy do zakątków Wiecznego Miasta, młodzi dokumentaliści szukali
historycznego potwierdzenia miejsc, wydarzeń i postaci przedstawionych w powieści. Chcieli porównać stereotypy zakorzenione w literaturze z tym, co mówią historycy i archeologowie. Okazało się, że za czasów Nerona najwięcej chrześcijan zginęło na Wzgórzach Watykańskich, a nie w Koloseum (na miejscu tej wizytówki miasta stał wówczas drewniany budynek), w katakumbach nikt się nie ukrywał, bo były to grobowce, w kościółku Quo vadis, w którym znajduje się rzekomy odcisk stopy Jezusa zawracającego Piotra do Rzymu, tak naprawdę stoi kamień z odciskiem stopy, ale … jakiegoś rzymianina, który wyruszał w podróż, bądź z niej wracał i w ten sposób prosił bogów o przychylność. Zatem Noblista nie zawsze trzymał się faktów. I to mu wytknęliśmy. Jednak bez złośliwości, bo przecież pisał powieść, a nie podręcznik do historii.
FILMOWE HITY
I KITY
W czasie warsztatów filmowych uczniowie obejrzeli wiele filmów. Niektóre zrobiły na nich szczególne wrażenie...
„Gwiezdny pył”
„Gwiezdny pył” to film przygodowy, opowiadający o Tristanie, młodym mieszkańcu angielskiego miasteczka Mur, które skrywa pewną tajemnicę. Otóż nieopodal znajduje się potężny kamienny mur, oddzielający świat ludzi od świata magii.
Wszystko zaczyna się od tego, że Tristan bardzo pragnie zaimponować pochodzącej z bogatej rodziny Victorii. Dziewczyna rzuca mu wyzwanie: jeśli w ciągu 7 dni przyniesie jej gwiazdę, która właśnie spadła, ona odrzuci zaręczyny innego, bogatego chłopaka. Tristan zgadza się na to. Niestety, gwiazda spada za granicami muru. Chłopak będzie musiał wkroczyć do świata magii, by spełnić życzenie swojej wybranki. Gdy odnajduje gwiazdę, okazuje się, że to piękna dziewczyna o imieniu Yvaine. I jak to w filmach bywa, nie tylko jemu jest potrzebna. Lilim – wstrętna czarownica oraz jej dwie siostry poszukują Yvaine, by mogły stać się pięknymi i młodymi kobietami. Tristan oraz Yvaine muszą bardzo uważać i śpieszyć się, ponieważ wiedźma depcze im po piętach. Później spotykają kapitana Szekspira – który przy swojej załodze jest twardy i stanowczy, a w rzeczywistości jest uprzejmy i pomaga bohaterom w ucieczce. Niestety, czarownicom udaje się porwać gwiazdę. Czy Tristan spełni obietnicę?
„Gwiezdny pył” to film wart obejrzenia. Doskonale nadaje się na rodzinne wieczory i przyjacielskie spotkania. Świetnie dobrana obsada aktorska zachęca do obejrzenia go od początku do końca. My też chętnie zrobimy to jeszcze raz.
Dominika i Klaudia
„Dwunastu gniewnych ludzi”
W czasie warsztatów filmowych miałam okazję oglądnąć film pt „Dwunastu gniewnych ludzi”. Niewątpliwą zaletą tego dzieła jest jego ujmująca prostota, niespotykana wręcz we współczesnym kinie. Ale do rzeczy. W jednym z amerykańskich sądów toczy się postępowanie wobec młodzieńca oskarżonego o zamordowanie ojca. Werdykt ma wydać dwunastu przysięgłych - grupa mężczyzn spotykająca się po raz pierwszy w życiu. Od tej pory akcja filmu rozgrywa się w małym, dusznym pomieszczeniu z zepsutym klimatyzatorem. Obrady rozpoczyna głosowanie, w którym wszyscy - jak jeden mąż - podnoszą ręce na hasło „gulity”, czyli winny. Wszyscy, z wyjątkiem przysięgłego w średnim wieku, dobrze ubranego, z nienagannie zaczesanymi włosami. Swoją decyzją wywołuje irytację wśród pozostałych - wyrok musi być bowiem jednogłośny, aby został zaakceptowany przez sędziego. I tak, rozpoczyna się długa dyskusja, w której jeden człowiek będzie starał się przekonać, że nie wszystko tej sprawie jest tak oczywiste, jak wskazują na to efekty śledztwa…
Film niesamowicie trzyma w napięciu. Dwunastu niemiłosiernie męczących się w upalnej izbie facetów ma zadecydować o być albo nie być człowieka, który całe życie ma tak naprawdę przed sobą. Wśród nich występuje wielka różnorodność charakterów, łączy zaś jedna, okropna cecha - bezwzględność i bardzo luźne podejście do piekielnie odpowiedzialnej pracy. Z całego towarzystwa wyłamuje się tylko jeden przysięgły. Wszczyna niezwykle rzeczową dyskusję, lecz ku jego zdumieniu, nikt nie chce jej podejmować. Jest im to nie na rękę, bo spieszą się na mecz (!), przeszkadza im potworny upał, a przede wszystkim - są przekonani o winie oskarżonego. Przysięgły Davis postanawia jednak przedstawić swoje niepewności dotyczące zeznać świadków, okoliczności zdarzenia czy narzędzia zbrodni, gdyż w świetle prawa wynik jedenaście do jednego nie rozstrzyga niczego. Podejmuje nierówną walkę z uprzedzonymi współpracownikami o nieco ograniczonym polu widzenia - choć prawda jest taka, że niektórych rzeczy po prostu dostrzec nie chcą. Postawa tego człowieka urzeka widza, jego przesłanie jest jasne - Nie wiem, czy jest winny, czy niewinny, ale zbyt dużo wątpliwości pojawia się w tej sprawie, byśmy mogli posłać go na śmierć. Właśnie to za pomocą różnych sposobów chce przekazać prawnik. Wykazuje wielką determinację i empatię, bo zdaje sobie sprawę, że może dojść do uśmiercenia człowieka, który na nie zasłużył, a przynajmniej, nie wiadomo na sto procent, że zasłużył. Oprócz kluczowej sprawy - poszanowania życia ludzkiego - w trakcie burzliwych rozmów wychodzą na jaw problemy, z jakimi borykają się poszczególni przysięgli, ich stereotypowe zapatrywania, kierowanie się pozorami, kompleksy, słabości. To wszystko ma wpływ na to, jak wygląda ich praca i daje odpowiedź na pytania, dlaczego jest tak nierzetelna.
Dyskusje na temat „Dwunastu gniewnych ludzi” można by toczyć godzinami. Ze swojej strony chciałabym go bardzo polecić. Uświadomił mi, że nawet w życiu codziennym, nie możemy być tak od razu przekonani o jakiejś racji, a co za tym idzie, nie mamy prawa rzucać przedwczesnych osądów, ślepo kierując się opiniami innych czy pozorami. Warto pamiętać o tym, że najczęściej medal ma dwie strony i dopiero gdy uzyskamy absolutną pewność, możemy opowiedzieć się za którąś z nich. Pan Davis ma rację - na dobrą sprawę, niczego w życiu nie możemy być pewni… Klaudia
"Titanic"
W ostatnim czasie na włoskich wodach rozbił się olbrzym „Concordia”. Świat z zapartym tchem śledził losy statku i jego pasażerów. Historia ta sprawiła, że wielu z nas przypomniała się analogiczna sytuacja, ale o wiele bardziej dramatyczna, a przedstawiona w filmie Jamesa Camerona „Titanic”.
Opowiada on o zakazanej miłości, rozgrywającej się na tle katastrofy morskiej. Młoda i zamożna Rose ma w życiu wszystko, oprócz prawdziwej miłości. Nieszczęśliwa i zagubiona wsiada na pokład najwspanialszego wówczas statku, Titanica. Na nim właśnie poznaje biednego i utalentowanego Jacka, z którym połączy ją prawdziwe i piękne uczucie. Niestety, ich szczęście szybko przerywa zderzenie z górą lodową.
Na uwagę zasługują w tym filmie realistyczne sceny, ukazujące ludzi walczących o życie w lodowatej wodzie, a także zachwycająca muzyka. Katarzyna
"Czekając na wieczność"
Jeśli jesteś wrażliwy i lubisz wzruszające historie o przyjaźni z zabawnymi wątkami, to musisz oglądnąć ten filmokreślany jako melodramat.
Opowiada on o dwójce przyjaciół z dzieciństwa, którzy po latach spotkali się . Do tej pory Will widywał Emmę codziennie, ale ona nic o tym nie wiedziała.
Teoretycznie Will ją śledził. Teoretycznie, bo dla niego to było bardzo ważne. Ona była dla niego bardzo ważna.
To nie jest kolejny film o romantycznej i słodkiej miłości, ale o szczerej przyjaźni, smutku, jaki daje stara bliskiej osoby i szczęściu, jakie może dać drugi człowiek.
Mnie w tym filmie urzekła urocza i niewinna postać głównego bohatera - Willa, świetna, nadająca klimat chwilom muzyka oraz w kilku scenach bardzo dobre kadry. Gorąco polecam! Magda "Dlaczego nie?"
Janek spełnia marzenie Gosi, zabiera ją do swojego domu paralotnią, następnie daje jej czas na odświeżenie się i ubranie w suknię, którą jej kupił. Sam się przebiera, pali w kominku, gasi światło, włącza muzykę i zapala świece. Potem zaczynają i tańczyć przy przepięknej muzyce, którą uwielbia Gosia. Czy jest chociaż jedna dziewczyna, która nie marzy o takiej randce? Niby takie proste (no, może poza paralotnią), a jakże czasem brak nam (facetom) zapału albo pomysłu, by oczarować swoją drugą połówkę atmosferą pięknie przygotowanego spotkania… Tak właśnie wygląda jedna z moich ulubionych scen w „Dlaczego nie?” Ktoś powie: kicz! Może w warstwie artystycznej ma rację, ale skoro lubimy takie klimaty, to wykorzystujmy inspiracjefilmowe , nawet komedie romantyczne do wprowadzania choć odrobiny magii w nasze związki! Maksymilian
"Zmierzch"
Wątek miłosny? Nic nowego… W tysiącach filmów, książek i opowieści od stworzenia świata. Tajemniczy, przystojny chłopak, który ratuje dziewczynę? Nic zaskakującego, można z łatwością przewidzieć koniecrodzącą się "wielką miłość". Tyle razy w filmach czy serialach… Wampiry? Nudy… Pojawiały się już niejednokrotnie na ekranach kin, w legendach przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Według mnie "Zmierzch" nie należy do grupy filmów światowej klasy, a jednak wzbudza w wielu widzach duże emocje i jest bardzo popularny na świecie.. A przecież cały film lub jego znaczna część kopiuje utarte, znane motywy i konwencje z szeroko pojętego świata sztuki (tradycji ustnej, literatury, malarstwa, filmu). Czyż więc warto tracić cenny czas na jego oglądanie? Łukasz
"Piosenka pozostaje taka sama"
Piosenka pozostaje taka sama..
"Piosenka pozostaje taka sama" (ang. "The Song Remains The Same") to dokument muzyczny obrazujący trasę koncertową po USA najsłynniejszej grupy hardrockowej ubiegłego stulecia - Led Zeppelin, w tym jeden z najwspanialszych występów w nowojorskim Madison Square Garden. Ukazuje on również codzienne życie i twórczość członków zespołu. Przez samego Jimmiego Page'a film był oceniany jako słaby, przeciętny. Jednakowoż fani Led Zeppelin (do nich należę) ubóstwiają to dzieło. Uważam, że nie lada wyzwaniem było stworzyć w ciekawy sposób filmkoncert, przeplatany różnymi scenkami, wywiadami z artystami. Warto również dodać, że na jego podstawie w 1976 roku brytyjski zespół nagrał dwupłytowy longplay, na którym znalazły się m.in. takie utwory jak: Stairway to heaven, Whole Lotta Love (zagrane oczywiście na żywo!). W całości film trwał ponad dwie godziny, ale to chyba były dwie najlepiej spędzone godziny mojego życia. Bartek
„Królowie ulicy”
Film, który powinien obejrzeć każdy gimnazjalista to “Królowie ulicy”. Bohaterem thilleru jest Tom Ludlow (Keanu Reeves) policjant, który nie boi się wymierzać brutalnej, ulicznej sprawiedliwości. Niestety, zostaje częściowo powiązany ze śmiercią byłego partnera do zadań specjalnych. Tom natychmiast podejmuje działania mające na celu odnalezienie morderców przyjaciela, lecz członkowie jego grupy nie chcą mu na to pozwolić i odsuwają go od sprawy. Rozpoczyna dochodzenia na własną rękę, krok po kroku zmierza do celu. Kiedy dochodzi do sedna sprawy, okazuje się, że prawo nie jest po jego stronie, a jego najbliżsi i jedyni przyjaciele stają się największymi wrogami. Ludlow musi wymierzyć karę mafii i policjantom, tylko za jaką cenę?
Film ten bardzo mi się spodobał, ponieważ opowiada o życiu, zaufaniu do drugiej osoby oraz o niesprawiedliwości, z którą, niestety, czasami człowiek musi sobie SAM radzić… Sylwia
„Sherlock Holmes – gra cieni”
Po obejrzeniu filmu „Sherlock Holmes – gra cieni” stwierdzam, że była to bardzo udana produkcja, choć nie jestem pewien, czy przełoży się to na frekwencję publiczności, bo choć sam bohater ma grono zagorzałych fanów, przecież nie przyciąga milionów. W filmie podobała mi się wartka akcja, wzbogacona zabawnymi dialogami oraz wspaniałymi efektami specjalnymi. Z tych ostatnich najbardziej zachwyciła mnie scena upadku do lodowatego wodospadu z bajkowej twierdzy w Alpach, ale wrażenie zrobiła też scena strzelaniny w lesie, a dokładnie to, jak została sfilmowana. Całość uzupełniła genialna muzyka autorstwa Hansa Zimmera.
Polecam ten film. Trzyma w napięciu do ostatnich sekund, chwilami bawi, chwilami straszy, czyli kryminał na miarę detektywa wszechczasów. Ernest
"Gwiezdny pył" - 2007r.
"Dwunastu gniewnych ludzi"
- 1957r.
"Titanic" - 1997r.
"Czekając na wieczność" - 2010r.
"Dlaczego nie?" - 2007r.
"Zmierzch" - 2008r.
"Piosenka pozostaje taka sama"
- 1976r.
"Królowie ulicy" - 2008r.
"Sherlock Holmes - gra cieni"
- 2011r.
SŁOWA, SŁOWA, SŁOWA…
AKADEMIA
PIĘKNEGO SŁOWA
Do zajęć w ramach Akademii Pięknego Słowa zgłosili się ci, którzy czują, że mają w sobie moc, by za pomocą słowa i gestu przekazywać innym prawdę o świecie i o człowieku. Jednym słowem, ci, których najskrytszym marzeniem jest błyszczeć w świetle reflektorów. Wzięli na warsztat Skawińskie legendy i bajania i na ich podstawie przygotowali dwa słuchowiska i przedstawienie. Do ich realizacji przygotowywali się pod okiem aktora Teatru Ludowego z Krakowa pana Jarosława Szweca. Próby trwały godzinami, bo trzeba było piętnaście razy powtórzyć trudną dykcyjnie frazę, pozbyć się nachalnego ę, przećwiczyć ruch głowy, ręki i małego palca u nogi, bo to wszystko jest ważne, by widz mógł przeżyć katharsis. Oczywiście nie obyło się bez żartów, min i chichotów w najbardziej poważnych momentach prób. Jednak premiera okazała się sukcesem. Oklaskom nie było końca.
Muzykę do jednego ze słuchowisk skomponował uczeń naszej szkoły Wojtek Kubiś.
PRACA, TALENT
I ODROBINA SZCZĘŚCIA
rozmowa z panem Jarosławem Szwecem
o aktorstwie i młodych aktorach ze Skawiny
Zaczęliśmy zajęcia z Panem od ćwiczenia dykcji. Czy to najważniejsze w pracy aktora?
Dykcja, czy szerzej pojęta wymowa to oczywiście nie najważniejsza część pracy aktora, ale ważny element techniczny w przekazie słowa mówionego. W Szkole Teatralnej poświęca się jej wiele czasu, eliminując osoby z wadami czy skazami dykcyjnymi już na etapie
egzaminów wstępnych. Praca nad poprawnością wymowy trwa przez cały okres studiów i oczywiście realizuje się ją również w teatrze w pracy nad konkretnymi tekstami wiersza czy prozy. Służą do tego różnego rodzaju ćwiczenia na konkretnych przykładach, poprawność oddechowa, właściwe akcentowanie frazy, pamięciowe opanowanie tekstu roli.
Aktor na scenie musi być zrozumiały dla widza zarówno pod względem poprawności mowy polskiej jak również odpowiedniej nośności głosu, za którą odpowiada przedmiot tzw. impostacja głosu - poprawne ustawienie strun głosowych do pracy nad nieraz wielogodzinną pracą
głosem bez pojawiających się zachrypień czy suchości w gardle.
Zatem dykcja w zespoleniu z głosem stanowi podstawowy, techniczny warsztat pracy aktora, a w zespoleniu z pracą nad rolą daje pełnię wyrazu artystycznego.
Powiedział Pan w czasie gali podsumowującej SMAK, że okolice Skawiny to Dolina Krzemowa młodych talentów aktorskich. Czy naprawdę mamy szansę na bycie gwiazdami?
Bycie gwiazdą to bardzo szerokie pojęcie i osiągnięcie szczytów aktorskiego wyrazu. Aby do tego dojść, trzeba wielu lat pracy podpartej talentem i szczyptą szczęścia. O gwiazdach mówi się raczej w odniesieniu do filmu czy telewizji, aktorzy teatralni nie są z reguły gwiazdami w rozumieniu filmu.
Uważam, że rejon Skawiny, Kalwarii i mniejszych miejscowości rzeczywiście ma spory potencjał aktorski. Mówię to, ponieważ prowadzę od lat zajęcia z młodzieżą na tym terenie (Skawina, Kalwaria, Zebrzydowice, Przytkowice, Wadowice) i wszędzie spotykam się z utalentowaną młodzieżą oraz młodzieżą zaangażowaną w prace nad spektaklami, co jest bardzo istotne, ponieważ budowanie przedstawienia przebiega sprawnie i twórczo. Oczywiście każdy z uczestników, jeżeli złapie przysłowiowego "bakcyla" teatralnego i poświęci się temu zawodowo, ma szansę zostać gwiazdą na miarę gwiazd Hollywood czy chociażby gwiazd filmu polskiego.
Kiedy przyjechał Pan do nas, miał Pan już gotową wizję przedstawienia i słuchowisk, czy rodziły się one na bieżąco?
Po otrzymaniu tekstów legend skawińskich od pani Reni i pani Agnieszki miałem wstępny zarys, co chciałbym z tym materiałem zrobić. Nie znając Was wcześniej, nie wiedziałem, jaki będzie Wasz stopień utalentowania i zaangażowania w pracę. W miarę jak się poznawaliśmy, widziałem coraz większe możliwości i praca nad przedstawieniem czy słuchowiskami nabierała coraz bardziej cech profesjonalnych. Oczywiście przewidywałem, że to teren Zagłębia Aktorskiego i powinno być dobrze, ale dopiero po bliższym poznaniu stwierdziłem, że można z Wami zrobić interesujące przedstawienia.
Nasze kilkunastominutowe przedstawienie wymagało kilkudziesięciu godzin prób. Praca aktora nie jest łatwa…
Myślę, że sami zauważyliście, że praca aktora nie jest łatwa. Aby dojść do efektu końcowego, czyli premiery, sami wiecie, ile składa się na to elementów. Przygotowanie koncepcji przestrzennej, obsada aktorska, pamięciowe opanowanie tekstu, trema, scenografia, kostiumy, rekwizyty, prawa oświetleniowo-muzyczna, a przede wszystkim zbudowanie roli (postaci) scenicznej wymaga dużej pracy myślowej i intuicji aktorskiej. Praca nad rolą odbywa się również poza teatrem, nieustannie aktor myśli o roli, pogłębia wiedzę o danej postaci, odnajduje pierwowzory do odtworzenia, sięga do doświadczeń.
Nieraz potrzeba kilkudziesięciu prób, wielu godzin rozmów z reżyserem, aby dojść do porozumienia w sprawie budowanej postaci. Końcowy efekt to przedstawienie premierowe, a i tak zdarza się, że jeszcze po premierze wraca się do poszukiwań odgrywanej postaci.
Czy aktor, przygotowując się do roli, sam ją sobie wymyśla, czy słucha reżysera?
Postać buduje się w procesie prób, rozmów z reżyserem, kostiumologiem, nieraz z kompozytorem i scenografem. Są to długie i żmudne próby, oczywiście poprzedzone propozycją postaci ze strony aktora, ale te dwie wizje: aktora i reżysera muszą być zbieżne i wtedy osiąga się efekt końcowy. Do postaci scenicznej dochodzi się też drogą eksperymentu, czyli "co będzie lepsze" i wybiera się najbardziej sensowny kierunek pracy nad postacią.
Co było trudniejsze do wykonania: przedstawienie czy słuchowiska?
Trudno powiedzieć, co było trudniejsze. Zarówno słuchowisko jak i przedstawienie miało swoje trudności. Przedstawienie jest o tyle trudniejsze, że występuje się na żywo przed publicznością i gdy już spektakl trwa, nie można go zatrzymać. Wymaga wyjątkowego skupienia i koncentracji. Dochodzi jeszcze trema i to, że na widowni (w Waszym przypadku) siedzą koledzy i znajomi.
Słuchowisko można wielokrotnie nagrywać w studio aż do osiągnięcia optymalnego wyniku, trudność polega jednak na tym, żeby trafnie odzwierciedlić głosem i emocjami to wszystko, co tekst zawiera i aby słuchacz mógł sobie wyobrazić, w jakim klimacie się znajduje, ponieważ nie widzi bezpośrednio akcji scenicznej.
Jakie role z Pana kariery pamięta pan jako te najciekawsze?
Do dnia dzisiejszego zagrałem ponad 60 ról teatralnych, kilkanaście epizodów w filmie oraz kilka teatrów telewizji. Z największym sentymentem wspominam role: Papkina w "Zemście" Fredry, Edka w "Tangu" Mrożka, Tumana w "Wesołych Kumoszkach z Windsoru" Szekspira, Muffa Pottera w "Przygodach Tomka Sawyera" Twaina i nauczyciela muzyki w "Mieszczaninie Szlachcicem" Moliera.
Ponoć aktorzy są przesądni. Czy to prawda?
Aktorzy są bardzo przesądni. Kiedyś z ciekawości spisałem wiele przesądów teatralnych i było ich ok. 30. Najważniejsze z nich to: gdy upadnie egzemplarz sztuki na podłogę, należy go bezwzględnie przydeptać, nie wolno wnosić pawich piór do teatru, nie wolno oklaskiwać aktora wcześnie niż na premierze, jeżeli na próbach robi się robótki na drutach czy na szydełku, nie można pruć tego, co się zrobiło, nie wolno gwizdać w teatrze.
Czy to prawda, że aktorzy, niczym uczniowie, lubią sobie nawzajem robić psikusy. I to w czasie przedstawienia...
Tak, to prawda, ale to już materiał na inną opowieść :)
"DANO NAM SKRZYDŁA, WIĘC POFRUNĘLIŚMY..."
Dzień 9 grudnia był uroczystym podsumowaniem projektu SMAK - zebrani w pałacyku "Sokół" znamienici goście mieli okazję na własne oczy ujrzeć efekty pracy.
Uroczysta gala rozpoczęła się o godzinie 17:00. Licznie zgromadzoną publiczność przywitały Panie z Biblioteki Pedagogicznej - pani Dyrektor Krystyna Droździewicz oraz pani Anna Szatko, po czym oddały głos prowadzącym - Barbarze Młynarczyk oraz Magdalenie Stec - uczennicom Gimnazjum nr 2. Pierwszym akcentem gali była prezentacja dotycząca Akademii Mediów. Widzowie zobaczyli fotorelację z warsztatów o branży reklamowej, poprowadzonych przez państwa Turkawskich. Następnie, powiało grozą - Akademia Filmowa pochwaliła się swoim dziełem, realzowanym przy pomocy filmoznawcy pani Katarzyny Wajdy - krótkim, ale jakże trzymającym w napięciu horrorem, po którym publiczność miała za zadanie zdemaskować mordercę. Po małym dreszczyku emocji nadszedł czas na sentymantalną podróż do wiecznego miasta - Rzymu. Na zeszłorocznej zielonej szkole, uczniowie nakręcili film dokumentalny pt "Śladami Quo Vadis". Po powrocie z przeszłości, rozpoczęła się Akademia Pieknego Słowa, okraszona dwoma słuchowiskami na podstawie "Skawińskich Legend i Bajań" oraz przedstawienie wystwione pod egidą pana Jarowsława Szweca. Profesjonalnie przygotowany występ, pęikne stroje, bardzo dobra gra aktorska oraz świetna muzyka sprawiły, że publiczność była pod dużym wrażeniem. Na zakończenie niezwykle owocnej pracy, każdy uczestnik otrzymał zasłużony certyfikat i burzę oklasków, a wszystkim zebranym podarowano balony z logiem SMAKu. Młodzi ludzie zaangażowani w pracę potwierdzili, iż współczesna młodzież jest naprawdę COOLTURALNA!
ZDJĘCIA Z GALI: "O winie i Skawinie" to jedno z nagranych w ramach Akademii słuchowisk. Posłuchajcie.