Musisz zainstalować flash player pobierz instalator












Outro

Spis treści Oda do Naczelnych str.5 Это революция! str. 6 Cieszmy się i radujmy, czyli Dzień Wszystkich Zmarłych str. 9 Meksyk str.12 Niepodległość? str.14 Pracoholicy czy lenie? str.16 Co masz zrobić dziś… str. 18 Gra na spadkach str. 21 Podświadomość str. 24 Wynaturzone superprzestoje str. 26 Wszystko grozi wszystkim str. 28 Dzieląc się życiem str. 30 Apel o pomoc str. 32

"Wychodzimy poza schemat" Ogólnopolska gazeta młodzieżowa Kontakt: outro.redakcja@o2.pl Redaktor naczelny: Kamil Wiśniowski Zastępca: Monika Töppich Korekta: Magdalena Kelniarz, Martyna Kłopeć, Paulina Pośnik Dziennikarze: Nina Dąbrowska, Piotr Kulessa, Szymon Godyla, Nikola Bohyńska Sandra Kałuża, Magdalena Kopczany, Maciej Kulina, Marek Suska, Anna Żmuda Skład techniczny: Kamil Reszka, Rafał Równicki Jarosław Stępień, Projekt okładki i grafika: Angelika Marchewka Foto: Thomas N. Zdjęcia: Internet – licencje otwarte W tworzenie Qmama byli zaangażowanie uczniowie wielu szkółm.in. ZSLT w Kluczborku i III LO w Gliwicach
Outro - nazwa ścieżki dźwiękowej stanowiącej zakończenie albumu. Swoiste wyjście z płyty.
Wstępniak, czyli parę słów na początek

Prawa wychowawcy to praca niełatwa Bo często leniwa jest dziatwa… Zadziwiające, ale w czasie ostatnich godzin pracy nad kolejnym wydaniem Outro na myśl przychodzi wierszyk rodem ze szkolnych akademii. Dlaczego? Otóż istnieje zadziwiająco wiele podobieństw pomiędzy funkcją naczelnego i ambitnego nauczyciela. W obu tych profesjach czasem próbuje się zrobić coś z niczego współpracując z „leniwą dziatwą”. Przygotowywanie kolejnego numeru przypomina bowiem bieg przez płotki, bo nigdy nie wiadomo co się przydarzy. Bywają sytuacja nerwowe, stanowią jednak swoisty folklor tej pracy – kiedy powstanie gazeta wspomina się je niemal z rozrzewnieniem. Numer, który oddajemy w Wasze ręce jest jednak efektem zgranej pracy zespołu, który potrafi poświęcić swój wolny czas, by powstał qmam. Oczywiście deadline ma swoje prawa, czasem okazuje się, że część redaktorów zgłasza przysłowiowe „np.” , a trzeba mimo wszystko zapełnić wolne miejsce w gazecie. Pojawia się wtedy sytuacja kryzysowa, a artykuły powstają w ciągu jednego dnia. Co ciekawe, w wielu przypadkach to właśnie takie teksty są najlepsze. Lirycznie o doli i niedoli qmam’owego redaktora możecie przeczytać na kolejnej stronie. Co jeszcze czeka nas w tym numerze? Przede wszystkim dyskusja na temat jutrzejszej rocznicy odzyskania niepodległości, której autorzy próbują znaleźć odpowiedź na pytanie – czym jest to święto dla młodych ludzi? Pozostając w tym temacie, proponujemy przeczytać wywiad z obcokrajowcami na temat Polaków i Polskości. Korzystając z dnia wolnego, z pewnością wielu z nas usiądzie przed telewizorem, polecamy więc kolejny artykuł ze stałego działu „ramówka” poruszający tym razem kwestię uciążliwej długości reklam telewizyjnych. Nie mogło zabraknąć również tekstów o problematyce społecznej, czy recenzji będących nieodłączną częścią tej gazety. Nowością jest natomiast poradnik dotyczący inwestycji giełdowych. Mamy nadzieję, że tego typu poważne tematy spotkają się z pozytywnym przyjęciem z Waszej strony. Wszelkie uwagi, bądź sugestię prosimy kierować na adres redakcji. A co sądzicie o manifeście antysocjalistycznym? MiK

Kultura wyższa :) „Proszę, wybaczcie mi tych rymów żałość. Naczelny jakoś poskleja to w całość”

Oda do Naczelnych Najgorsze przeżywam tej chwili katusze, gdy piszę coś do qmama… Bo muszę. Proszę, wybaczcie mi tych rymów żałość. Naczelny jakoś poskleja to w całość. Zwróćcie swą raczej uwagę na wymaganą przez redaktora magię. Gdy na minuty przed złożeniem gazety, on woła do mnie: o rety! Napisz coś jeszcze, mój kolego drogi, bo wiesz, my stonogi (Czasem rymów brakowanie zakańcza wyobraźni zblokowanie! Z wielką rapowoczęstochowską gracją popisuję się słowną emanacją) rąk co prawda mieć, nie mamy, lecz artykuły bardzo chętnie czytamy nie mów czasu nie mam, ja ci dam, dam, dam, dam, dam! kim chcesz zostać, oficerem, marynarzem? w skrytości ducha dziennikarzem! wprawiaj się więc jak najczęściej zatem, wiosną, zimą, wiosną, latem! myślisz, że jest życie różowe? na takie słowa, ja naczelny, to się srożę! głową co dzień odpowiadam, skrzywdzą mnie, jeśli na numer nie naskładam! kiedym smutny, masz być smutny, posłusznym masz być, kiedym okrutny pisać masz, kiedy mówię pisz!, i nie próbuj mnie oszukać, że od dawna śpisz! wstawaj do roboty, rozwiązuj z treścią kłopoty! Wierszopatokleta Это революция!
Tekst inspirowany odbywającą się 7 XI 2009 moskiewską defiladą zorganizowaną z okazji 92 rocznicy rewolucji październikowej. Autor bezczelnie się śmieje. Element antysocjalistyczny.
Manifest Manifest

I Towarzysze! Siódmego listopada na Placu Czerwonym zwyciężyła siła rewolucji robotniczej. Obrzydliwy, burżuazyjno kapitalistyczny wyzysk, skompromitowany doświadcze-niem globalnego kryzysu, został zmieciony z nurtu historii. Tyran, ten zapluty karzeł, strącony z tronu. Sam lud rządzić będzie teraz środkami produkcji. Nie ma już prywaty, wszystko jest wła-snością wszystkich! Sprawiedli-wość dziejowa triumfuje! II Towarzysze! Wzywamy was do pełnego zaangażowania się w bu-dowę nowego, lepszego, bardziej sprawiedliwego systemu. Wzy-wamy was do oddania wszy-stkiego, co macie, do najbliższych waszemu miejscu zamieszkania Komitetów Rewolucyjnych. Nie wspomagajcie imperialistycznych dążeń naszych wrogów! Nie działajcie przeciwko wielkiemu dziełu rewolucji! Wszystko, co zatrzymacie u siebie, sprzyja kontrrewolucyjnym działa-niom wewnętrznych i zewnętrznych wyzyskiwaczy. Czy chcesz być winnym klęski rewolucji?

Manifest „Towarzysze! Majątek sprzedać, równo podzielić między wszystkich”

III Towarzysze! Wasze zaangażowanie pomogło przetrwać rewolucji czas walki wewnętrznej. Nie możemy jednak rezygnować z dalszego zwierania szeregów. Wróg nie śpi. Klasa robotnicza nie powinna zaprzestawać wytężonej pracy ku chwale rewolucji. Pracujesz 13 godzin w kopalni? Pracuj 14, by twoje dzieci mogły żyć w pokoju! Jeśli nie socjalizm, to co nam pozostaje? Czy chcesz powrotu starego? Czy chcesz burżuja, kapitalisty, kułackiego pomiotu? Czy tego właśnie chcesz? Cała władza w ręce Rad już nie wystarczy. Rady muszą podjąć słuszną decyzję i przekazać władzę awangardzie klasy robotniczej - partii. Partia musi wziąć na siebie ciężar kierowania rewolucją, musi podjąć się trudu zarządzania wspólną własnością. Nie słuchaj wrogów, nie bądź zdrajcą ideałów rewolucji! IV Towarzysze! Rewolucja nasza znalazła się nad przepaścią. Potrzebne są radykalne kroki, aby uratować sytuację. Partia bierze na siebie cały ciężar zmasowanego ataku zarówno zewnętrznych, jak i wewnętrznych wrogów. By nam się powiodło, potrzebujemy wielu sił i środków. Partia od teraz, jako wyrazicielka interesów klasy robotniczej, będzie rozporządzać naszą, w trudach zgromadzoną, wspólną własnością. Nie porzucajcie rewolucji, ku chwale czerwonej prawdy! V Towarzysze! Historia ogłosiła dzisiaj kres naszej rewolucji. Osiągnęliśmy swoje cele, sprawiedliwy ustrój zatriumfował. W zmienionej sytuacji, partia postanowiła rozwiązać się, gdyż wyczerpała już swoje zadania. VI Towarzysze! Sztandar wyprowadzić! VII Towarzysze! Majątek sprzedać, równo podzielić między wszystkich. VIII Wszystkich członków Komitetu Centralnego. IX Sąd postanowił umorzyć postępowanie o zawłaszczenie mienia publicznego… Marek Suska Cieszmy się i radujmy, czyli Dzień Wszystkich Zmarłych.

Felieton

Święto zmarłych. Oso-biście nie podzielam radości jego obchodów. No tak, co może być milszego od przesiady-wania godzinami na cmentarzu. Z drugiej jednak strony dobrze, że jest chociaż jeden taki dzień, który przy-pomina nam o tym, że raz do roku trzeba by się było wybrać i od-wiedzić tych, którzy nas odwiedzić już nie mogą. No, bo kto by tam pamiętał w natłoku małych i dużych spraw, że oni jednak kiedyś z nami byli. Niektórzy idą więc z miną skazańca na ten cmentarz, przeżegnają się i zapalą znicz, a inni po prostu powiedzą, że byli i tyle. Halo, ludzie! Co z Wami?! Chyba jednak wypadałoby, chociaż w tym dniu tam pójść. Patrząc na to inaczej jak macie zamiar iść sobie tam porozma-wiać, to chyba nie warto. Nic nie sprawia większej radości od rozmów i ploteczek nad czyimś grobem, pra-wda? Będąc na cmen-tarzu spotkałam się z takimi sytuacjami i to nie raz ani dwa. Jednak najbardziej uderzyło mnie zachowanie pew-nych starszych pań. Wyobraźcie sobie, że prowadziły zaciętą kon-wersację, nad grobem syna jednej z nich. Co najciekawsze roz-mawiały bezczelnie o tym, kto kogo zdradził czy też o tym, że Mariolka to się z Frankiem spotyka. Drogie Panie, wydaje mi się, czy tak troszkę nie wypada? Najcie-kawszym jest to, że były to jedne z tych świętych dam, które przesiadują w Kościele całymi dniami! Co się dzisiaj dzieje. Jak już wcześniej mówiłam, sama nie darzę miłością tego święta, gdyż jest ono jakby nie było, zbyt melan-cholijne. Śmiechu warty jest też fakt prowa-dzenia mszy na cmen-tarzu, tym bardziej, że Szanownemu Księdzu wysiadły głośniki, przez które to miał nadawać całą mszę. Ani widu, ani słychu, tylko ludzie

Felieton

sobie stoją wokół tego Pana, a ci stojący kawałek dalej prowadzą swoje dyskusje na Bóg wie, jakie tematy. Co ciekawe, znajdą się też takie osoby, które lubią ten dzień, „bo świa-tełka tak ładnie wyglądają”. Nad tym też można by długo się rozpisywać, bo to pod-ejście jest co najmniej dziecinne. Najbardziej smutnym faktem dla mnie jest to, że nie każdy pamięta o swoich bliskich, bo czy mało jest takich grobów, które zostały już dawno temu zapomniane? Czasem doprowadza mnie to do szału i mam wielką ochotę na kogoś nawrzeszczeć... Jednak zawsze znajdzie się osoba z odrobiną serca, która zapali temu właśnie zmarłemu znicz i odmówi za niego modlitwę. Przecież to raczej wiele nie kosztuje, (ewentualnie znicz za jakieś 1,50 zł) a kto wie czy nie pomoże to temu zma-rłemu w ostatniej dro-dze. Warto przy tym pamiętać, że my też kiedyś umrzemy i mo-żemy znaleźć się w takiej samej sytuacji, czego Wam i sobie oczywiście nie życzę. Swoją drogą zastana-wialiście się kiedyś, czy mimo tego, że kiedyś umrzecie, to wasi bliscy muszą płacić za wasze miejsce na cmentarzu? To, co najmniej iry-tujące i głupie. Nawet po śmierci ludzie żałują innym. Wróćmy jednak do tematu samego Dnia Zmarłych. Jest on pomimo tych wszy-stkich wad świętem pięknym, gdyż troszkę jednoczy ludzi. Nie-ważny jest tu stan majątkowy, sama mo-dlitwa przecież nic nie kosztuje. Niejednokrotnie ludzie wzruszają się stojąc nad grobami swoich bliskich, wspominając wspólnie przeżyte chwile, co porusza do głębi nawet mnie. Teraz to wygląda w ten sposób, a kiedyś przecież było inaczej. Dawniej tradycją, a wręcz obowiązkiem było zapalanie zniczy na zbiorowych mogi-łach powstańców, lecz teraz stopniowo schodzi to na dalszy plan. Zauważyłam to będąc na grobie pradziadków. Kawałek dalej pod ogromnym drzewem umiejscowiona była właśnie taka mogiła. Co roku stało na niej mnóstwo zniczy, tym razem było jednak inaczej. Zrobiło mi się trochę smutno i po raz kolejny w tym dniu się mocno zbulwersowałam,

Felieton

ale w końcu bez dłuższego namysłu wzięłam znicz i zapa-liłam go, odmówiłam również modlitwę i po-czułam, że zrobiłam naprawdę coś dobrego, tym bardziej, że akurat ci ludzie powinni być nam bliscy, gdyż walczyli za nas, za Polskę. No tak, ale kogo by to obchodziło, przecież ich już nie ma. W życiu zdarza się też wiele sytuacji na które mamy większy lub mniejszy wpływ i pro-wadzą one do tragedii. Znam osoby, które zginęły śmiercią tra-giczną nie ze swojej winy. Jeden chłopak pochodził z rodziny, która nie miała zbyt wielu pieniędzy. Jednak najpiękniejsze w tej historii jest to, że nikt o nim nie zapomniał. Będąc nad jego grobem widziałam mnóstwo za-palonych zniczy. Wy-obraźcie sobie jak mogli poczuć się bliscy tego chłopca. Sądzę że byli mile zaskoczeni. Pomimo tych wszy-stkich trosk i smutków, które przed wami przedstawiłam, wiem, iż jest to jedno z naj-piękniejszych świąt. Lubię je nawet mimo tego, że nie jest to jeden z tych radosnych i wesołych dni w któ-rych wszyscy się cieszą. W związku z moimi obserwacjami nasuwa się jedno pytanie: czy aby na pewno przeżyliśmy odpowiednio ten dzień? Marta Pawłowska Meksyk

Reportaż

Lecąc samolotem, Wędrowiec stanął przed lustrem w toalecie. Odgarnął z czoła grzywkę i związał piaskowe włosy w bar-dzo prowizoryczny kucyk. Przed nim rozpościerała się per-spektywa tygodnia spę-dzonego w Meksyku – kraju o wielu twarzach. Wiedział o nim więcej, niż chciałby przyznać – jego dziewczyna miała meksykańskie korzenie. Postanowił tu przyje-chać, żeby uczcić jej pamięć. Bardzo chciał wybrać trochę lepszy termin, ale nie wyszło. A skoro tak, to koniec lotu oznaczał dla niego konieczność przyłączenia się do pa-rady z okazji Dnia Zmarłych. Ileż niesa-mowitych rzeczy mógł teraz zobaczyć! Chleb umarłych, zabawki, Coca Cola na co dwu-dziestym nagrobku na Panteón Civil de Dolores, największym i najwa-żniejszym cmentarzu tego kraju. Nie potrafił jednak od razu prze-stawić się na czas meksykański, więc ledwie rzucił okiem na ruiny po azteckim mieście Tenchontitlan, zmogło go zmęczenie. Następnego dnia wstał pełen sił i postanowił zajrzeć do parku Chapultepec i zoo, w którym udało mu się zrobić kilka naprawdę niezwykłych zdjęć. Po-tem w Pałacu Naro-dowym zachwycał się freskami Diego Riviery. Wynajął również sa-mochód, żeby łatwiej poruszać się po tym terenie i zaraz po drugim śniadaniu wy-brał się w podróż do Teotihuahan, miasta nazywanego przez Azteków „tym, gdzie ludzie stają się bo-gami”. Wszedł na Pira-midę Słońca i przeżył największy chyba w życiu zawrót głowy. Wieczorem zajechał za to do Guadelupy, miejsca znaczącego dla wielu pielgrzymów. Od jej mieszkańca dowie-dział się, że Sanktu-arium, do którego właśnie wszedł, dawno temu zbudowano na miejscu, w którym pewnemu ubogiemu

Reportaż

Indianinowi ukazała się Matka Boska. Narodowym sportem Meksyku jest podobno piłka nożna, lecz on słyszał, że za czasów Azteków grywano tu w inną piłkę – laną, kauczukową. Odbijano ją ramionami i bio-drami, niczym innym. Gra, choć nie o pie-niądze, toczyła się zażarcie… Gdyż prze-graną drużynę skła-dano w ofierze. Fascynowali go też Majowie – dlatego je-den dzień poświęcił specjalnie na Bonampak, miasto tzw. Malowanych Murów. Bardzo lubił ich archi-tekturę, cudowne bu-dowle, na piękno których składały się w głównej mierze schody i malarstwo. Chciał też potwierdzić plotki o końcu świata… Ale od czasów foto-grafa, który odkrył Bonampak, Majowie przestali dzielić się swoimi sekretami Dwa dni póżniej na ulicy San Cristobal podeszła do niego indiańska dziewczynka, bardzo smutna. We włosach miała długie pióro. Chciała mu sprzedać chustkę. Po czterech odmowach ku-pił ją w końcu za bar-dzo nierozsądną cenę. W kraju ojczystym zaniesie ją na grób dziewczyny. Co z tego, że nie ten kraj, nie ta tradycja. Wszak dla prawdziwych patriotów Meksyk jest absolutnie wszędzie… Agata Hajduk Niepodległość?

Debata

Zbliża się 11 listopada, święto niepodległości, a także ustanowienia tożsamości narodowej. Oczywiście, prócz patosu narodowego, defilad wojskowych pojawia się pytanie o to, jak młodzi ludzie poczuwają się do Polskości? S: Odzyskanie niepodle-głości przez Polskę jest bardzo ważnym wyda-rzeniem w jej historii. Dziwię się, że jako kraj, z tak bogatą tradycją, ubieramy to święto w patetyczne defilady i łzawe przemówienia, podczas gdy powin-niśmy wyrażać nim naszą radość. Pierwsze skojarzenie, jakie po-winno budzić to dyplomatyczna wygrana na arenie międzyna-rodowej z państwami, które poniekąd zawsze były naszymi wrogami. N: W Polsce nigdy nie było miejsca by wokół rocznic narodowych robić huczne festyny czy defilady porównywalne

Debata

do tych organizowa-nych z okazji Dnia Dziększynienia w Stanach Zjednoczonych. S: W Ameryce ludzie korzystając z dnia wolnego łączą się ze swoją ojczyzną, pod-czas gdy w Polsce nasi rówieśnicy nie potrafią nawet przytoczyć daty odzyskania niepodleg-łości. N: Co możemy zrobić, aby to zmienić? S: Walczyć z niena-wiścią do obcokrajow-ców, szczególnie wśród młodzieży. Sprawia ona często, że stajemy się ogłupieni i zapominamy o własnej tożsamości narodowej. Klarownym tego przykładem mogą być mecze naszej repre-zentacji, które mylnie stawiamy na równi z bitwami historycznymi, traktując, jako najwięk-szych wrogów tych, z którymi niegdyś ście-raliśmy się na miecze. Co wielu z nas sprowa-dza do pewności, iż dzisiejszy patriotyzm to jedynie kibicowanie swoim rodakom na mistrzostwach. N: Powszechny globalizm sprawia, że 11 listopa-da dostrzegamy jedy-nie defiladę i starszych ludzi wylewnie prezen-tujących swój patriotyzm, podczas gdy nam młodym brakuje ideałów, z którymi moglibyśmy się utożsamiać. Zrywy naszych serc stają się zaściankową odezwą, gdy z pięściami skaczemy do przedstawicieli innych narodów myląc patriotyzm z nacjonalizmem. Inte-gracja młodych ze społeczeństwem powinna zacząć się od organi-zowania uroczystości państwowych mówią-cych o prawdziwej, nie wybiórczej historii Polski i nieskażonych tym, co dzieje się tu i teraz. Zamiast wszczynania kolejnych burd sejmo-wych politycy powinni zająć się walką o prawdę i prostowaniem zakłamań, jakie funk-cjonują o nas w innych krajach. „Zrywy naszych serc stają się zaściankową odezwą, gdy z pięściami skaczemy do przedstawicieli innych narodów myląc patriotyzm z nacjonalizmem” S: Tak, jak rok 1918 przyniósł nam wyzwo-lenie tak każdy kolejny dzień powinien nam o tym przypominać. Bardziej powinna stać się odczuwalna radość z naszych sukcesów, szczególnie tych między-narodowych jak na przykład włączenie się do Unii Europejskiej. N: Los naszego kraju leży w naszych rękach! Świadomie możemy dokonywać wyborów, stanowczo mówiąc "nie" sytuacjom, kiedy pry-watne interesy polity-ków stawiane są ponad dobro kraju. Jako przyszłe poko-lenie powinniśmy dbać o to abyśmy my, a potem nasze dzieci, mogli być dumni z tego, że jesteśmy Polakami. Nina Dąbrowska Szymon Godyla Pracoholicy czy lenie?

Felieton

Zastanawiałeś się kiedyś, jak to się dzieje, że jednego dnia zrobiłeś tysiące rzeczy, a inn-ego po prostu nic? Przesiedziałeś pięć godzin przed komputerem, poszedłeś spać, wstałeś, powłóczyłeś się po domu, zaglądnąłeś do lodówki i jakoś zleciało? Pomyś-lałeś może, że szkoda czasu? „Mogłem spotkać się z…, iść na basen, napisać zaległą pracę z polskiego, pójść z mamą na zakupy i pomóc nieść siaty” Szybko odganiasz tę myśl. W końcu trzeba odpocząć. Tak wygląda odpoczynek? Nie wiem jak Ciebie, ale mnie „nicnierobienie” męczy. Gdy wstaję o 12, nie wychodzę z domu i wszystko jest na „nie”, wieczorem mam wrażenie, że właśnie coś straciłam. „Życie przejdzie mi koło nosa!” – jestem przera-żona. W następnym tygodniu biorę na siebie jeszcze więcej obowiąz-ków, niż w poprzednim. Po zrobieniu wszyst-kiego jestem z siebie dumna. Dałam radę! Inni przez ten czas siedzieli przed TV i pewnie pochłaniali zabójcze ilości chipsów. Wzdrygam się. Przychodzi piątek. Mam chwilę na odpoczynek. Nie umiem odpocząć. Czuję w sobie wew-nętrzny niepokój „nie zrobienia "czegoś”. Jakaś pustka, która zaczyna mnie pochłaniać. Szybko łapię się za jakąkolwiek robotę. Nie mogę tyle myśleć, bo dążę do autodestrukcji, okale-czam swoją duszę. Pracoholicy czy lenie? Gdzie jest cienka linia między nadmiarem pracy a marnowaniem czasu? Jak odpowiednio wywa-żyć proporcje? To trudne, wiem. Są tacy, którzy odkładają coś jak najdalej, wysługują się innymi, „odwalają” coś byle jak, tylko żeby się nie narobić. Są też i tacy, którzy nie dojadają, nie dosypiają, byle być najlepszymi. W tygodniu lekcje do 15, później „korki” z czego się da, w domu zadanie i nauka na jutro. W weekend praca albo przygotowanie do kolejnych sprawdzianów. To się nigdy nie skończy. No chyba, że przyjdą wakacje. Wtedy typ „nadambitny” na siłę szuka sobie zajęć, byle nie mieć chwili na zastanowienie się.

Felieton „Nie bój się. To minie. Gdy jest źle, nie może być gorzej. Porażki są po to, by doceniać sukcesy, a smutki, żebyśmy wiedzieli, czym jest radość”

Rozejrzałeś się ostatnimi czasy? Gdzie twoi przyjaciele, kiedy byłeś w kinie, chodziłeś po sklepach bez grosza przy duszy, piłeś kawę? Typ leniwy. Do domu przychodzisz, żeby rzucić plecak i popędzić na tournee po pubach albo powłóczyć się po mieście. Czasem godzinami oglą-dasz filmy bądź grasz na komputerze w jakąś grę. Przecież musisz, kumple też grają, jak nie „pyrasz” – wypadasz. Do dziennika lepiej nie zaglądać, o wywiadówce nie powiedzieć, a kartkę z ocenami schować. Przeżyjesz, już nie z takich opresji się wychodziło. Gdzie prowadzą takie zachowania? Do nikąd. Ewentualnie do skrajności. Pewnego dnia, prędzej czy później, (zazwyczaj o wiele za późno) zorientujesz się, że nie jesteś szczęśliwy. To zaboli, ale może zechcesz coś zmienić w swoim życiu? Są dni przez nas kochane. Gdy wszystko nam się udaje, coś zmienia się na lepsze a błoga chwila trwa i chcielibyśmy, żeby nigdy nie minęła. Są dni, gdy nienawi-dzimy siebie i innych, otoczenie winimy za swoje porażki. Nie możemy nic zrobić, zmienić, nie da się, nie da się i już! Cały świat sypie się nam na głowę, filar po filarze, kostka po kostce, jak w dominie. Po idealnym układzie zostają tylko ruiny, strzępki dawnych wspomnień. Wtedy musimy podnieść się, pozbierać zabawki i iść dalej. Choć to trudne, bo potykamy się o własne nogi, o kłody i kamienie, których wcześniej nie było widać… Nie bój się. To minie. Gdy jest źle, nie może być gorzej. Porażki są po to, by doceniać sukcesy, a smutki, żebyśmy wiedzieli, czym jest radość. Lecz dni, których nie zapamiętamy, są naj-gorsze. Właśnie te opisane wyżej – spędzone przed TV albo przesie-dziane jedynie nad książkami. Ktoś powiedział, że doceniamy życie, dopiero wtedy gdy pojawia się widmo śmierci. Obyśmy zdążyli ocknąć się z naszego letargu, nim będzie za późno. Nikola Bohyńska Co masz zrobić dziś…

Felieton

…Zrób pojutrze. Bę-dziesz miał dwa dni wolnego – głosi znane „ludowe powiedzenie”. Ostatnio mam coraz większą ochotę zasto-sować się do niego. Poniedziałek, 17.00, czyli godzina w czasie której większość ludzi jest już w domu, po obiedzie, oglądając jeden z mniej lub bardziej znanych seriali z miłością w tytule, w których gubię się po trzech odcinkach. Zważywszy na to, że w większości z nich grają ci sami aktorzy, nie jest to nic dziwnego. Ja niestety nie mam tego przywileju, wygodne wyłożenie się na kanapie nadal pozostaje w sferze marzeń. Jadę w samochodzie z mamą próbując zdążyć do szkoły muzycznej, żeby odebrać siostrę. Na kolanach leży rozłożony kalendarz spotkań, na których wypadałoby się pojawić, imprez, w których chyba jednak wezmę udział, zajęć dodatkowych – ostatnio mam wrażenie, że ich liczba rośnie w tempie iście niepokojącym. Ignoruję zakręty próbując zapisać jakiś termin, o którym z pewnością zaraz zapomnę i błogo-sławię wynalazcę kalendarzy wszelkich, zarówno w formie papierowej, jak i telefo-nicznej. Dobrze wiem, że bez nich zginęłabym marnie. Wchodzę do szkoły muzycznej potykając się o wycieraczkę. Nie zauważyłam jej bo pisałam w tym czasie sms’a ustalając z koleżanką wspólną strategię działania na dzień kolejny – nie uczymy się niemie-ckiego, bo przecież i tak nie będziemy miały na to czasu. Wiemy to już o 17, bo przecież jest jeszcze wiele innych przedmiotów, których zignorować nie można. Maturalnych. Zapomniałam dodać, że w tym roku mam jeszcze maturę? Ach, przepraszam, umknął mi ten szczegół. Supermarket kilka minut później, półka z pieczywem, czyli miejsce

Felieton „Wychodzę ze sklepu usiłując jednocześnie rozmawiać, podejmować konstruktywne decyzje, unieść siatki z zakupami i nie spowodować zagrożenia dla ruchu, kierując pojazdem kołowym zwanym wózkiem sklepowym. Wyczyny akrobatyczne”

nadzwyczaj banalne. Mama z siostrą dyskutują nad wyższością kajzerki nad bułką z dynią, ja chodzę wzdłuż sklepowej alejki debatując nad ułożeniem artykułów i kolejnym zdjęciem. Nie wspominając już o tym, że ktoś spóźnił się z dosłaniem tekstu i trzeba będzie się tym zająć… Wychodzę ze sklepu usiłując jednocześnie roz-mawiać, podejmować konstruktywne decyzje, unieść siatki z zaku-pami i nie spowodować zagrożenia dla ruchu, kierując pojazdem koło-wym zwanym wózkiem sklepowym. Wyczyny akrobatyczne. Wsiadam do samochodu, zatrzaskuję drzwi i kończę rozmowę. Zamykając na chwilę oczy, próbuję poukła-dać sobie, co jeszcze powinnam zrobić tego popołudnia i jak przygotować się na kolejny dzień. Dziura w pięknej polskiej drodze zmusza mnie jednak do zainteresowania się sytuacją za szybą. Po chodniku spaceruje męż-czyzna w nieokreś-lonym wieku, ubrany w coś bliżej niezidenty-fikowanego. Idzie wolno, niemal noga za nogą, rozglądając się i uważnie obserwując mijane pojazdy i przechodniów. Chociaż siedzę w samo-chodzie, niemal słyszę jego wesołe pogwizdy-wanie, takie radosne, spokojne, zupełnie odmienne od znanej mi rzeczywistości. W tym momencie zwyczajnie zaczęłam mu zazdrościć. Tego spokoju, który dla mnie najczęściej jest po prostu nieosiągalny. Zaczęłam się zastana- wiać nad sensem tej bieganiny, skoro można spacerować; ciągłych nerwów, stresów, skoro można nie spieszyć się nigdzie. Bez perspek-tywy zepsucia ważnej imprezy, wymówek za źle napisany tekst, czy jedynki ze sprawdzianu, nie mówiąc już o ciągłej współpracy z ludźmi, która może być równie wartościowa, co frustrująca. Niemniej jednak doko-nałam wyboru. A raczej dokonuję go codzien-

Felieton „Chociaż może łatwiej byłoby po prostu się od tego odciąć, udać że to nie moja sprawa, nie moje małpy, nie mój cyrk – powiedziałby ktoś” Monika Töppich

nie, kiedy wstaję rano, żeby pomimo niewy-spania ubrać się do szkoły tak, by nikogo nie wystraszyć i biegać cały dzień z moimi nieodłącznymi i najczęś-ciej niezawodnymi towarzyszami, czyli telefonem i kalendarzem. Chociaż może łatwiej byłoby po prostu się od tego odciąć, udać że to nie moja sprawa, nie moje małpy, nie mój cyrk – powiedziałby ktoś. Próbowałam. Wakacje na wyspie rodem z plenerów Zagubio-nych, bez dostępu do cywilizacji. Nie było co prawda dżungli ani potworów – nie wiem jak w oryginale, to przecież kolejny serial, którego nie oglądam. Brak zasięgu telefonów komórkowych, dwa sklepy, jeden lekarz, życie nocne kwitło – można było zejść do sklepu znajdującego się kilka metrów niżej, ale tylko na chwilę bo wokoło panowały egipskie ciemności. Było niby cudownie, ale nie wytrzymałabym dłużej niż te dwa tygodnie, które tam spędziłam. Byłam za bardzo zmę-czona tym nicniero-bieniem! Gra na spadkach

Poradnik inwestora

W tym numerze odda-jemy do waszej dyspo-zycji pierwszą część Poradnika Młodego Inwestora w którym postaramy się wam przyybliżyć, w przys-tępny sposób, metody gry na giełdzie. W pierwszej części zajmiemy się grą na spadkach, czyli zara-bianiem, gdy ceny akcji spadają. W kolej-nych częściach przybli-żymy inne sposoby gry. Pomysł wziął się z naszych obserwacji, z których wynika, że coraz więcej młodych ludzi chce grać na giełdzie, upatrując tam łatwego zarobku. Cześć z nich już inwestuje z różnym skutkiem, jedni świętują sukcesy, gdy drudzy tracą swoje oszczędności. W obu przypadkach może być to kwestia losu – szczęścia lub pecha. Zig Ziglar powiedział kiedyś: ‘Właściwie postawiony cel to połowa sukcesu’, dlatego nasz cel finan-sowy powinien być uzależniony od wiedzy, którą posiadamy, bo tylko mając świado-mość tego, co się dzieje i wiedzę, dlacze-go się to dzieje, możemy zrozumieć istotę zarabiania na giełdzie. Dla tych, którzy nie posiadają takowej wiedzy polecam grę wirtualnymi pie-niędzmi, obecnie istnieje wiele platform interne-towych na których po zalogowaniu ‘dostajemy’ od 40 tys. do 100 tys. złotych na nasze inwestycje giełdowe. Oczywiście za to, co ugramy nie kupimy sobie samochodu, ale też nie musimy później pracować fizycznie przez wakacje by odrobić starty. Jest to idealny i darmowy sposób zdobywania doświadczenia oraz ‘ogrania’. Mamy nadzieję, że nasze wska-zówki pomogą wam odnieść sukces finansowy i uchronić się przed stratami. Pamiętajcie że każdy milioner który teraz jest na szczycie zaczynał od dna. Spadki i jak na nich zarabiać. Ostatni tydzień (30-10-2009) to największe tygodniowe spadki na giełdzie od dna w marcu. Wielu z was pewnie za-stanawiało się, w jaki sposób w takich warun-kach można osiągać dodatnie stopy zwrotu. W "normalnych" wa-runkach, czyli na

Poradnik inwestora „Pomysł wziął się z naszych obserwacji, z których wynika, że coraz więcej młodych ludzi chce grać na giełdzie, upatrując tam łatwego zarobku. Cześć z nich już inwestuje z różnym skutkiem, jedni świętują sukcesy, gdy drudzy tracą swoje oszczędności. W obu przypadkach może być to kwestia losu – szczęścia lub pecha”

prawdziwym rynku, oprócz spółek, które mimo spadków na szerokim rynku rosną (są w zdecydowanej mniejszości), mamy do dyspozycji kontra-kty terminowe, opcje oraz krótką sprzedaż. Zajmiemy się tym razem tylko krótką sprzedażą. Krótka sprzedaż odbywa się na prawdziwym rynku w taki oto sposób: • Inwestor A jest inwestorem długoter-minowym i kupuje papiery spółki, która według niego ma przed sobą świetlaną przyszłość. Zastanawia się jednak nad tym, w jaki sposób zarobić na swoich akcjach więcej niż tylko na wzroście ich wartości. W biurze maklerskim (w Polsce taka możliwość istnieje niestety w niewielu biurach) dowiaduje się, że może im pożyczyć te akcje i w ten sposób zarabiać niewielki procent ich wartości. Nie jest to wprawdzie dużo, ale skoro nasz inwestor ma zamiar trzymać akcje latami, pożyczenie ich komuś (nie może ich wtedy sprzedać) nie robi mu wielkiej różnicy, a to zawsze jakiś grosz... • Inwestor B dowiaduje się, że spółkę X czekają wielkie kłopoty i jest przekonany o tym, że kurs będzie spadał. Pożycza akcje od biura maklerskiego, za co płaci pewien ułamek pożyczonych akcji (w naszym przykładzie przyjmiemy, że jest to 0,01% aktualnej wartości za każdy dzień) i sprzedaje je na rynku. Przyjmijmy, że akcje spółki X kosztują w ten dzień 100 zł. Mija miesiąc, inwestor B decyduje się na odkupienie pożyczo-nych akcji i oddanie ich. Możliwe są trzy sytuacje: 1. Cena akcji spółki X nie zmieniła się inwestor B traci pieniądze z tytułu zapłaconych prowizji (0,5% od wartości transakcji) i opłat za pożyczenie akcji. Jego strata w takim przy-padku równałaby się ok. 1,22 zł na jedną akcję. Niby niewiele, jednak inwestor poży-czając akcje zobowią-zany jest do trzymania depozytu na jedynie niewielką wartość pożyczonych akcji. Są

Poradnik inwestora

to zwykle wartości od 20 do 40%. Tak więc trzeba było utrzymywać jedynie 20 zł (wartość ta zmienia się wraz z ceną akcji - każdego dnia!). Nie polecam utrzymywania najniż-szej wartości, bo grozi to "wyrzuceniem" z rynku i stratą, zawsze lepiej mieć trochę więcej depozytu. Strata inwes-tora, który trzymał przez ten czas tą minimalną wartość wynosi 1,22/20*100, czyli 6,1%! 2. Cena akcji spada i przyjmijmy, że po miesiącu wynosi 75 zł. Inwestor odkupując akcje po tej cenie - zyskuje różnicę - 25zł na akcji, czyli gdyby utrzymywał minimalny depozyt oznacza to zysk (25 1,22)/20*100, czyli 118,9%. 3. Cena akcji rośnie i przyjmijmy, że po miesiącu wynosi 125 zł. W naszym przykładzie inwestor, który utrzy-mywał najniższy możliwy depozyt stracił już w pierwszym dniu, w którym cena przekro-czyła 100 zł - 1zł (prowizje), 0,01-0,22zł (opłata za pożyczenie akcji) – w zależności od biura (kara za zamknię-cie pozycji przez biuro maklerskie) oraz róż-nica między ceną na koniec tego dnia, w którym przekroczyła ona 100zł a 100zł. Przyjmując, że cena ta to 112 zł, strata inwestora z tej in-westycji wynosi (1+0,1+12)/20*100=65,5%. Wszystkie przy-kłady napisane zostały z założeniem, że do dnia, w którym inwes-tor odkupuje akcje, cena nie wzrosła powy-żej 100zł. Utrzymując minimalny depozyt, zostałby w takim przypadku wezwany przez biuro maklerskie do uzupełnienia depo-zytu, a jeśliby tego nie zrobił, jego pozycja zostałaby zamknięta ze stratą (i karą!), mimo tego, że np. na koniec miesiąca inwestycja mogła się okazać niezwykle zyskowna. Jeszcze raz w tym miejscu podkreślam, że z tego powodu utrzy-mywanie minimalnego depozytu jest niebez-pieczne. Podsumowując, stosu-jąc krótką sprzedaż, zarabia się na spadkach, a traci na wzrostach (na braku zmian tracą wszyscy – przez prowizję). KS daje możliwość ponadprzeciętnego za-robku, ale także dużej straty, dlatego zawsze trzeba mieć na uwadze ryzyko. Piotr Kulessa, Szymon Godyla Oficjalny blog: investorzy.blogspot.com Podświadomość

Felieton

Znacie już moją teorię na istnienie świata, zatem dziś przyszedł czas na coś z cyklu „Praco-wanie nad lepszym JA”. Sposobów na lepsze życie jest wiele. Niemniej jednak, sukcesu nie można osiągnąć działając wbrew sobie. Nie należę do osób wierzących w przez-naczenie, lecz wiele czynników wew-nętrznych skłania do głębszej refleksji. Nikt nie mówi tu o przeznaczeniu w czystej postaci zakładającym z góry określony scenariusz życia. Myślę o naszym wewnętrznym głosie, który często bywa świetnym i stanowczym negocjatorem w walce z pragnieniami. Mowa tutaj o podświadomości. Chyba każdy doświadczył w życiu sytuacji, w której brak determi-nacji czy chęci nie pozwolił mu na zreali-zowanie pragnienia.

Felieton „Należy po prostu „wytłumaczyć” podświadomości, czego oczekujemy od pewnych sytuacji życiowych” Maciej Kulina

Na początku nic nie znaczące wymówki, drobne opóźnienia cza-sowe, aż w końcu rezygnacja. Potem przychodzi stres, pro-blemy z czasem oraz gorsze samopoczucie, wynikające z osobistej porażki. W takich sytuacjach głos decy-dujący ma nasza pod-świadomość, która tak świetnie zarządza naszym ciałem i myślami. Pojawia się teraz pytanie „Dlaczego w naszym ciele siedzi zła siła?” W żadnym wypadku nie jest ona zła – po prostu tkwi w naszym umyśle na trochę innych zasadach niż świadomość. Podświa-domość nie rozumie zaprzeczeń, więc każda myśl rozpoczynająca się od „nie” jest ignorowana, bądź zmieniana na „tak” (np. Nie chcę lenistwa – Chcę lenistwa). Lepiej realizuje założenia przybrane w obraz niż słowa. Różnic jest jeszcze sporo, lecz nie ma sensu ich tu przytaczać. Chodzi o główne założenie, mówiące o życiu w porozumieniu z pod-świadomością, gdyż sposobu na zwycię-żenie tej części umysłu jeszcze nie znamy. Nie jest to oczywiście równo-znaczne z tym, że jes-teśmy uzależnieni od zwierzęcej części umysłu.
Wynaturzone superprzestoje
Ramówka

Czekanie potrafi być piękne. Kiedy cze-kam na kogoś, czuję się przyjemnie. Jeśli nastąpi małe spó-źnienie, nic się nie dzieje. Wtedy włącza się wyobraźnia. Oczekiwana przyja-ciółka w moim małym myślowym spektaklu zmienia się w śpie- waczkę operową, która musi odśpiewać arię z Carmen, bo kierowca autobusu jest miłośnikiem Bizeta, a ona nie ma na bilet. Oczywiście silnik by ją zagłuszał, więc pojazd stoi, stąd to opóźnienie. Fantastyczne, prawda? Gorzej jest z czekaniem na coś. Na wyniki egzaminu, na dzwonek na przerwę, na święta. Rzeczy pozbawione możliwości ruchu są nudne, abstrakcyjne. Pelargonie ponoć prze-jawiają oznaki życia, ale ciężko mi wymyślić sobie ich walkę z mszy-cowym smokiem, czy czymś takim. Martwe, i tyle. Trudno jest czekać na coś. Załóżmy, że włączasz telewizor. Czekałeś cały tydzień na odcinek two-jego ulubionego serialu. Zaczyna się punktualnie, akcja gna do przodu,

Ramówka

robi się interesująco, czujesz, że po ciężkim tygodniu pracy teraz właśnie sobie wypocz-niesz, zrelaksujesz się. Po sześciu minutach sygnał reklamy i narastająca złość. Po chwili się uspokajasz, idziesz do kuchni, stawiasz wodę na herbatę. Wracasz do pokoju – wciąż rekla-ma. Lekko podenerwo-wany zalewasz torebkę w szklance, mieszasz i pewny swego idziesz przed telewizor. Reklama. Herbata ląduje na dywanie, będącym zresztą ślubnym prezentem twoich rodziców. Myś-lisz, że teraz to już szczyt wszystkiego. Nie dość, że ta telewizja wszystko przedłuża, to jeszcze dywan znisz-czyła. Bierzesz ze stołu popielniczkę i rzucasz w odbiornik. Słychać dźwięk tłuczonego szkła. Poszły iskry. Zupełnie już nie panując nad sobą, bierzesz pozosta-łości telewizora i wyrzucasz je przez okno, wybijając przy tym szybę. Podchodzisz do parapetu, patrzysz jak złom leci ku asfaltowi. Bez chwili zastanowienia wyska-kujesz za nim. Dalej jest już nazbyt brutalnie, jak na ogólnie dostępną formę dziennikarską. Nie poradzisz, nie poradzisz. Ostatnio szeroko reklamowano polską walkę stulecia. Czekałem na nią od dziewiętnastej. Być może trzeba było sprawdzić o której jest planowana, ale jednak stacja, tak bardzo o niej trąbiąca, powin-na podać tę informację. Balonik był nadmu-chany tak silnie, do kresu możliwości, że uległem temu sza-leństwu bez większego oporu. I tak przełą-czałem bez końca przez ponad cztery godziny. Czułem się jak naciągnięta do granic wytrzymałości struna fortepianowa, pozostająca tak blisko pęknięcia, jak to tylko możliwe. „Reklama. Herbata ląduje na dywanie, będącym zresztą ślubnym prezentem twoich rodziców. Myślisz, że teraz to już szczyt wszystkiego” Stres telewizyjny jest dzisiaj nie do uniknięcia. Nie należy przed nim uciekać, warto za to przyswoić sobie pewne metody radzenia sobie z niepotrzebnym napięciem. Przerwa reklamowa może okazać się pożyteczna! Trzeba tylko pamiętać, że nie należy przeznaczać na nią wykonania jednej czynności krótkiej (przygotowanie herbaty, powieszenie prania, kąpiel, nakarmienie świerszczy, czy wysła-nie listów z pogróżkami do Rybnika), lecz jednej długiej (malowanie sufitu, wyburzanie ścianki działowej, bielenie ścian, tape-towanie, nauczenie się Wojny galijskiej Juliusza Cezara na pamięć) lub co najmniej pięciu krótkich. Wtedy jest szansa, że powrót przed odbiornik nie skończy się katastrofą. I że jeszcze coś w ży-ciu obejrzymy w tej telewizji, nieszczęsnej zresztą. Alternatywną metodą jest picie melisy. Co kto woli, prawda? A praca ubogaca! Marek Suska Wszystko grozi wszystkim
„O czym porozmawiamy, o ruchomych marginesach czy wzniosłych tęsknotach? Wiesz, mnie od urodzenia coś bolało w piersiach, czułem niepokój. Wreszcie jednego dnia zajrzałem sobie do gardła, a tam podwójne dno!”
Recenzja

Czytam po raz dziesiąty i przeżuwam słowa Masłowskiej i nie jedno, ale kilka ukrytych znaczeń znajduję u tej „nastohańby polskiej literatury”. Nie dajcie się zwieść niepozornej okładce i grafice rodem z painta – „Wojna polskoruska pod flagą białoczerwoną” to jest książka obrazoburcza, mocna. Jesteśmy po niej wyprani z emocji, wykończeni. Nie czyta-my historii, która zaparłaby nam dech w piersiach. Silny jest chwilami nudny, irytuje, a akcja książki jest niezrozumiała i często gęsto nielogiczna – tu Masłowska ujawnia swoje turpistyczne ciągoty. Dla wielbicieli łaciny podwórkowej, bo posze-rzą swoje słownictwo i dla wielbicieli groteski, bo kontrast na kontraś-cie tu leży, a bezsens kończy się znów nową bzdurą. „Małe zło ucieka przed nami na skrzypiącym rowerze, pokazując fuck you, pokazując zepsute zęby – domalowuje prze-chodniom wąsy.”Dobrze, wiem, że się rozpę-dziłam. Bo niby gdzie, jak, po co, kiedy. A no zwyczajnie – filmu jeszcze nie widziałam, chciałam najpierw prze-czytać i naturalnie mam problem, bo teraz już

Recenzja

widzieć go wcale nie chcę. Adaptacje dobrych książek, to wiecie, gdzie ja mam. Tak, właśnie tam. To żeby się nie wściekać na filmową wizję świata, która mojej przeważnie zupełnie nie odpowiada, to ja sobie jeszcze popiszę. Dziwnie zbudowałam to zdanie, ale pal sześć, nie będę już nic poprawiać. Rzecz jest o Silnym, Magdzie (pew-nie też była jak śmierć i nosiła czarny stanik), Andżeli i paru innych. Jest dużo głupoty, ludzie dziwnie się zachowują a Silny jest „pieprznięty” (chciałam to zaznaczyć). I zupeł-nie nie wiadomo o co chodzi z tą wojną – znaczy coś z tytoniem, coś z ruskimi na mieście, ale jak to czasem bywa z tytułem – nijak się ma do treści. Ale to tylko śmieszy, kiedy Silny ze śmiertelną powagą stwierdza: „Nas nic nie łączy, nawet płci jesteśmy innej.” Albo: „Właśnie mówimy o śmierci, machając nogą, jedząc orzeszki, chociaż nie mówi się o nieobecnych.” Właściwie nie pamięta się o tytule, gdyż „Wojna polskoruska pod flagą biało czer-woną” to opowieść o miłości. Uczuciu czło- wieka zamkniętego w swojej głowie, w świecie, który nie pasuje do szarej polskiej rzeczywistości z klocko-watymi domami wyłożo-nymi ruskimi płytkami podłogowymi. O miłości do Magdy, która wkurza i wzbudza politowanie, niemal pogardę. Opo-wieść o niedorosłym Silnym, który nie umiał zrozumieć świata, więc świat musiał pokazać Silnemu, gdzie jego miejsce. Na klatce schodowej, pod scho-dami, w ciemnym przedpokoju dalekiej koleżanki twojej kuzynki. Poza tym muszę napisać o języku. Ale aż nie umiem określić na czym ten fenomen polega, chyba ma to coś wspólnego z zabawą słowem („Sam się sobie przyśniłeś. Miałeś na swój temat sen erotyczny.”). I też to, ile w tym wszystkim abstrakcji – „Wszystko ma kolce, powietrze ma kolce, deszcz wymierza policzki. Włosy wplątały się w szprychy roweru, odchodzą razem z głową.” Liryczne cudo, tak myślę. I nie chcę pisać za dużo, chociaż i tak jest to dość nieskładne – ale chyba warto. Tylko się nie bulwersuj, nie odkładaj, nie prychaj ironicznie – przeczytaj do końca, a jak nie zmienisz zdania, to prychnij sobie dwa razy. Na zdrowie. Anna Żmuda Dzieląc się życiem

Artykuł

Poniedziałek, 10:00. Plac przed dworcem w Gliwicach. Pojawiają się ONI. Wtedy zawsze leje się krew. Litry krwi. Niektórzy przechodzą obok tego obojętnie, inni ze strachem w oczach. To nie jest wstęp do jakiegoś horroru. To nie wampir, tylko terenowa ekipa z Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa pojawia się swym autokarem, w którym można oddać życiodajny płyn. W każdy drugi i czwarty ponie-działek miesiąca specjaliści czekają na osoby, które chcą podzielić się życiem. A takich nie brakuje. Wiele osób w wieku od 18 do 65 roku życia czeka, aż znów będą mogli oddać krew. Można zauważyć również licznie zgromadzonych młodych ludzi. Dlaczego? Przecież przez to można usłyszeć tyle „życzliwych opinii” – tu ktoś zaraził się żółtaczką, lub AIDS. Jednak należy pamiętać,

Artykuł „Można zauważyć również licznie zgromadzonych młodych ludzi. Dlaczego? Przecież przez to można usłyszeć tyle „życzliwych opinii” – tu ktoś zaraził się żółtaczką, lub AIDS”

że w dzisiejszych czasach takie przypadki prakty-cznie się nie zdarzają, a oddawanie krwi jest całkowicie bezpieczne dla zdrowia. Z pobranej krwi otrzymuje się pełną krew, osocze, krwinki czerwone i płytki krwi. Jest ona lekiem jedy-nym w swoim rodzaju, który podawany jest w stanach bezpośre-dniego zagrożenia życia. Otrzymują ją chorzy w klinikach kardio-chirurgicznych i trans-plantacyjnych, leczeni z powodu chorób nowotworowych, po krwotokach i ciężkich urazach. Właśnie dla tych ludzi, krew staje się jedynym ratunkiem. Od jakiegoś czasu w Polsce propaguje się akcje, w których można oddać krew czy szpik kostny. Oprócz „zwy-kłych” akcji wyjazdo-wych RCKiK, organizo-wane są na przykład zloty motocyklistów, na których można oddać krew, lub też akcje organizowane z wię-kszym rozmachem. W dniach 18-19 paź-dziernika w katowi-ckim spodku miał miejsce I Memoriał Agaty Mróz, na który bilety można było zakupić dopiero po oddaniu krwi. Wiele osób wpisywało się również do rejestru dawców szpiku kost-nego. Tak samo jak w czasie Dni Dawcy Pamięci Ani Seweryn, które miały miejsce 3 i 4 października w Katowicach. Oczy-wiście nie trzeba czekać na takie akcje, może po prostu zgłosić się do najbliższej placówki RCKiK. Niestety nie każdy może zostać dawcą, ponieważ trzeba speł-niać wiele warunków, m.in. odpowiedni wiek (18-65 lat) czy waga (co najmniej 50 kg). Niektóre czynniki ogra-niczają tylko czasowo oddanie krwi, jednak inne całkowicie dys-kwalifikują potencja-lnego krwiodawcę. Najważniejsza jest chęć. Gdy odda się krew, satysfakcja jest ogro-mna. Niesamowita jest również świadomość, że uratuje się czyjeś życie. Warto pamiętać też, że każdy z nas może kiedyś potrze-bować takiej pomocy. Oby wtedy znaleźli się tacy ludzie, którzy będą chcieli podzielić się życiem. Sandra Kałuża Apel o pomoc!

Apel

Zuzia jest naszym pierwszym dzieckiem, urodziła się 22 marca 2009 roku w Szczecinie. Nic nie zapowiadało, że mo-ment jej narodzin zamiast radości przyniesie ból, cierpienie i niepewność, że nasze życie zamieni się tym samym w dra-mat. W wyniku nieprawidło-wego porodu córce uszkodzono splot ra-mienny, czego skutkiem jest całkowity bezwład lewej rączki oraz lekkie porażenie prawej. Po-mimo wskazań do cięcia cesarskiego podjęto decyzję o porodzie na-turalnym. Córka zakli-nowała się barkiem o spojenie łonowe. Po ponad 12 godzinach urodziła się główka. Potem rozpoczął się dramat, który trwa do dnia dzisiejszego. Wyszarpnięto dziecko na świat, które ważyło 4,7 kg. Ten koszmar doprowadził do kilku-minutowego niedotle-nienia, którego skutki są widoczne od pier-wszych dni życia Zuzanny. Otrzymała najniższą możliwą skalę Apgar, urodziła się w stanie głębokiej zamartwicy. Skutki można wyliczać bez końca: brak krze-pliwości krwi, uszko-dzenie mózgu z niedo-tlenienia (obrzęk mózgu, liczne wylewy krwi do mózgu), podskórne krwiaki, całkowite okołoporo-dowe uszkodzenie splotu barkowego lewego wymagające operacji, wielonarządowa niewy-dolność, hyperbiliru-binemia, uszkodzenie nerek, dializa nerek, uszkodzenia neuro- logiczne, powiększo-na wątroba i śledziona, niewydolność odde-chowo krążeniowa, nietolerancja pokarmu, podejrzenie chorób me-tabolicznych, NEC (mar-twicze zapalenie jelit), karmienie dożylnie i poprzez sondę, niedo-krwistość, atrepsia (krańcowe wyniszcz-enie organizmu niemo-wlęcia), kardiomiopatia przerostowa, zakażenie dolnego odcinka układu oddechowego. Jeśli chodzi o rozwój dziecka – niepewne lepsze jutro.

Apel

Brak nam słów, aby opisać uczucia jakie nami targają, gdy spo-glądamy na kalectwo naszego maleństwa. Od samego początku lewa rączka Zuzi zwi-sała wzdłuż tułowia, zupełnie bez jej kontroli. Jak tylko dowie-dzieliśmy się z czym mamy do czynienia rozpoczęliśmy inten-sywną i systematyczną rehabilitację. Niestety rączka uległa tylko niewielkiej poprawie. Z ogromną trwogą obserwujemy nasze okaleczone dziecko i przeraża nas myśl, że nie możemy mu szybko pomóc. Od szarpania i ciągnięcia podczas akcji porodowej córeczka miała również liczne krwiaki podskórne, które z czasem organizowały się, grubiały, zmieniały kolor i konsystencje. Konieczne było ich masowanie przy użyciu specjalistycznej maści. Dodatkowo doznała kręczu szyi. Jedyną szansą, aby przywrócić sprawność ręki, jest operacja w Instytucie Ręki w Paryżu przeprowa-dzana przez Prof. Alain’a Gilbert’a, której koszt w zależności od stopnia uszkodzenia sięga nawet kilkunastu tysięcy euro. Jak tylko będzie to możliwe chcemy, aby podjął się operacji. Niezbędne jest do tego spore zaplecze finan-sowe, abyśmy mogli bez zbędnej zwłoki zorganizować wyjazd do Francji. Jak wskazują podobne przypadki, operacja daje szanse na powrót sprawności i czucia w rączce. Jesteśmy świadomi, iż każdy kolejny dzień zwłoki zmniejsza sza-nse na szybką interwe-ncje chirurgiczną, mogącą zapewnić Zuzance nor-malne funkcjonowanie w społeczeństwie. Dlatego tak istotny jest czas w tym przypadku, którego i tak już zbyt dużo upłynęło, ze względu na niestabilny stan córki, tuż po traumatycznym poro-dzie. Nie możemy dopuścić do zanie-dbania, musimy uni-knąć ewentualnych skutków niepełnosprawności splotu barkowego, którymi są m.in. skrzywienie postawy ciała, deformacja lewej strony ciała (stawów, kości), krótsza rączka, wystająca łopatka. Przywrócenie spra-wności rączki daje szanse na prawidłowy rozwój fizyczny i stopniowe wyrówny-wanie różnic w budowie ciała. Nasza walka o lewą rączkę jest tak

Apel „Nawet skromna pomoc jest zawsze lepsza od wielkiego współczucia.” — Władysław Loranc

naprawdę walką o całą sylwetkę i zdrowie Zuzanki. Chcemy zas-tosować wszelkie możliwe i zalecane metody re-habilitacji, aby nasze maleństwo było w pełni sprawne, aby nigdy nie mogło nam zarzucić zaniedbania. Bezsilność dla rodziców to naj-gorsze z możliwych odczuć. Prosimy o zrozumienie i wszelką możliwą pomoc, aby bezsilność zamieniła się w uczucie spełnienia nas w roli opiekunów. Tragedia, która nas spotkała zmusi nas być może do stałej opieki nad Zuzią. Oprócz uszkodzenia splotu barkowego dziecko ma wiele innych dolegli-wości związanych z nie-dotlenieniem podczas porodu. Lekarze nie dawali jej szans na przeżycie. W chwili obecnej stan córki jest na tyle wyrównany, że ukazała się szansa na przeprowadzenie operacji. Nie jesteśmy w stanie samodzielnie sfinansować kosztów zabiegów, jakie czekają Zuzię. Dlatego też ośmielamy się prosić Państwa o wszelkie możliwe finansowe wsparcie. Wierzymy i ufamy, że dzięki ludziom o dobrych i wielkich sercach, wrażliwych na ból i cierpienie dzieci, nasza Zuzanna będzie miała szanse poruszać paluszkami lewej rączki. Z całego serca prosimy o każdą złotówkę, aby córeczka jak najkrócej niewinnie cierpiała. Wasza ofiarność zbliży Zuzię do szybkiego powrotu do zdrowia, a w nas wzbudzi ogro-mną wdzięczność. Wszystkim ofiarodawcom życzymy, aby każdy dzień upły-wał w radości i zdrowiu. Każdą kwotę ofiaro-waną dla Zuzanny można odliczyć od podatku. Aby potwierdzić wiary-godność naszej historii podajemy numer telefonu, pod którymi można zweryfikować szczerość naszych słów: • Fundacja Splotu Ramiennego, tel. (022) 751 24 16, Z góry dziękują rodzice Zuzi: Wioletta i Wojciech Cegielscy