Musisz zainstalować flash player pobierz instalator












KONTAKT:
redakcja@outro.pl outro.pl REKRUTACJA: rekrutacja@outro.pl
WSTĘPNIAK

Redakcja, która nigdy nie śpi „O której skończycie poprawiać skład, bo ja od czwartej będę wrzucać foty?” – pyta nikt inny tylko nasza szefowa fotografów. „No to wygląda na to, że do czwartej rano, nie?” – odpowiadamy, nie mogąc powiedzieć nic innego. Choć swego czasu były to ponure przewidywania sekretarza redakcji, w tym numerze rzeczywiście okazało się, że żadna godzina nie jest nam straszna. Efektem pracy tego miesiąca jest kolejne wydanie miesięcznika Outro. Miało być jednym z najlepszych. Sami oceńcie, czy nam wyszło. MiK Redaktorzy naczelni: Monika Toppich Kamil Wiśniowski Sekretarz redakcji: Marek Suska Szefowie działów: Aleksandra Bieniek (kultura), Marta Pawłowska (społeczeństwo), Maciej Kulina (sport), Magdalena Kelniarz (korekta), Paula Wyciślok (foto) Korekta: Martyna Kłopeć, Jagoda Migoń, Agnieszka Dydacka, Betina Stanossek IT: Krzysztof Rudlicki Projekt okładki: Angelika Marchewka Grafiki: Dorota Stach ............................................ Zdjecie z okładki: Aleksandra Bieniek

SPIS TREŚCI

Wokół kultury Strona 6 Orange Night Strona 10 Indie w miniaturze Strona 12 Sting. Koncert w Poznaniu Strona 16 Sting – notka biograficzna Strona 19 (Nie)znane legendy muzyki – Złe Psy Strona 22 Co w kinie piszczy Strona 25 DORIAN GRAY Strona 27 OSTATNI WŁADCA WIATRU Strona 29 The social network Strona 31 Jedzenie na ekranie Strona 33 Kuchnia Franceski – Peter Pezzelli Strona 36 Jedz, módl się, kochaj – Elizabeth Gilbert Strona 38 Cień wiatru Strona 40 Co teatralnego piszczy w Świętym Mieście? Strona 42 Kim Dzong Il – i kto dalej? Strona 44 O second – handach Strona 47 Pomyśl trzy razy, zanim pójdziesz na studia.... Strona 50 Bienvenue en France Strona 54 Zima, Kraków i pierogi Strona 60 Łapanie lata Strona 66 Co z tą Polską? Strona 69 Odrzutowy odlot Strona 71 HOMO MENDA Strona 74 Futbolowy wrzesień Strona 76 „500 km do raju” Strona 79 Charles Nwaogu Strona 84 Zieloni na czele Strona 88 Tym razem... Inaczej. Strona 90 „Życie na squacie” Strona 98 Dopalacz dla publiki Strona 99 Indie w miniaturze Kim Dzong Il - i kto dalej? Bienvenue en France Pomyśl trzy razy, Łapanie lata – O second handach

TEKSTY POLECANE

Jak zmienić Europę na Azję? Zmieszaj wielkie, wielokulturowe miasto i indyjskie święto. E. Janota opowiada o tym na łamach Outro. Kiedy dyktator państwa totalitarnego jest u progu śmierci, cały świat wstrzymuje oddech. A. Jasińska o sytuacji w Korei Północnej. Od niedawna redakcja Outro jest niemal międzynarodowa. Jak zatem żyje się we Francji? O losach studentki na emigracji pisze Ola Bieniek. zanim pójdziesz na studia… W życiu studenta nawet najprostsze sprawy potrafią sprawić kłopot. Czego się spodziewać, wyjeżdżając z domu? Niewiele zostało nam słonecznych dni. Agata Hajduk radzi, jak wykorzystać ostatnie ciepłe chwile przed nadejściem mrozów i śnieżyc. Wśród gwiazd panuje moda na ubieranie się w sklepach z używaną odzieżą. Co takiego można tam znaleźć? I dlaczego warto w ogóle próbować? XV Forum Kina Europejskiego Przeszłość przyszłości.

KALENDARIUM KULTURALNE

4 listopada w Łodzi już po raz piętnasty odbędzie się Forum Kina Europejskiego Cinergia. W czasie fes-tiwalu zostaną zaprezen-towane po raz pierwszy w Polsce filmy nagradzane podczas zagranicznych fes-tiwali filmowych. W tym roku do tradycyjnych kon-kurencji dołączy konkurs debiutów. Festiwal będzie się odbywał w kilku miejscach na terenie Łodzi: Kinie Bałtyk, Filharmonii Łódzkiej, Cinema City Ma-nufakturze, Kinie Charlie, Kinie ŁDK, Kinie Polonia oraz Kinie Kinematograf. Filmy będą oceniane przez międzynarodowe jury. Te-matyka prezentowanych dzieł nie jest jednorodna. Po-jawią się zarówno filmy stare, przypominające o rozwoju kina europejs-kiego, jak i całkiem nowe elementy. Po raz pierwszy zostaną wyświetlane filmy erotyczne. Zaprezentowane zostanie też kino queerowe. Nie zabraknie filmów z ki-nematografii czeskiej, sło-wackiej, węgierskiej. Podczas tegorocznej Panoramy Kina Światowego widzowie będą mieli okazję zapoznać się z filmami młodych twórców japońskich. Oprócz projekcji w programie znalazły się koncerty i spotkania z twór-cami. Forum potrwa do 12 listopada. Zbiory Fundacji Książąt Czartoryskich Pod takim tytułem odbywa się wystawa w szcze-cińskim Muzeum Narodo-wym, na której znalazły się obiekty pochodzące z obecnie remontowanego Muzeum Czartoryskich w Krakowie. Znaczna część muzealiów to przedmioty z puławskiej Świątyni Sybilli. Została ona otwarta w 1801 roku przez Izabelę Czartoryską i była pierwszym polskim muzeum. Znajdowały się tam przede wszystkim pa-miątki narodowe przypomi-nające o chwale Rzeczpos-politej. Oprócz tych obiek-tów na szczecińskiej wystawie można podziwiać militaria, miniatury polskich królów i książąt, przedmioty z nimi związane, wyroby złotni-cze, dzieła malarstwa eu-ropejskiego. Wystawa ot-warta do końca 2012 roku. Alicja w Asymetrii Photo Epinglée

KALENDARIUM KULTURALNE

„Alicja w Krainie Czarów” to cykl 12 fotografii bę-dących ilustracjami do książki Lewisa Carrolla. Autorami tych zdjęć, czarnobiałych, malowanych aerografem, są Tomasz Sikora i Marcin Mroszczak. Prace utrzymane w klimacie nieco surrea-listycznym zostały wyko-nane na przełomie 1978 i 1979 roku. Wystawiane w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia spotkały się z zainteresowaniem zarówno w Polsce, jak i za granicą. Oprócz 10 fotografii z tego cyklu na ekspozycji będzie można zobaczyć „Album” - prezentujący refleksje na temat środowiska socja-listycznego. Do obejrzenia wystawy warszawska Galeria Asymetria zaprasza do 29 października. Sputnik nad Polską Festiwal Filmów Rosyjskich Sputnik nad Polską od-będzie się już po raz czwar-ty. W Warszawie w dniach 4 - 14 listopada zaprezen-towane będą najciekawsze propozycje kinematografii rosyjskiej. W tym roku zostanie zaprezentowana specjalna sekcja autorska rosyjskiego krytyka i dzien-nikarza filmowego Andrieja Płachowa Warszawska Euforia. Wybrane prze niego filmy to osiągnięcia twórców ro-syjskich z ostatnich kilku lat pokazywane i nagradzane na najważniejszych euro-pejskich festiwalach filmo-wych. Będzie można zo-baczyć m.in. dokument Andrieja Griaziewa Sania i Wróbel o cudzoziemcach pracujących przy produkcji szutru w Moskwie. Kolej-nymi propozycjami są: Zagłębie Jewgienija Wołomina, Jaskółki Przyleciały Asłana Gałazowa, Winogradow i Dubosarskij Jewgienija Mitty. Do końca października w krakowskiej Galerii Foto - Medium - Art potrwa indywidualna wystawa Teresy Tyszkiewicz. Artystka zaczęła tworzyć w latach 70. Na wystawę składają się jej prace, fotografie oraz filmy tworzone od lat 80 do chwili obecnej. Dzieła artystki eksponowane były i są w wielu muzeach europejskich i światowych (Fondation Camille, Musée Ville de Paris, Musée Bohin w Paryżu, Amsterdam, Lizbona, Warszawa, Nowy Jork). Teresa Tyszkiewicz mieszka i tworzy w Paryżu. Pasażerka. Słuchowisko. Film. Powieść. Opera Miłośnie i filmowo

KALENDARIUM KULTURALNE

Pod tym tytułem zor-ganizowano wystawę w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w War-szawie. Opowiada ona o Pasażerce - postaci wykreowanej przez Zofię Posmysz w oparciu o własne doświadczenia. Zofia Posmysz w 1942 roku trafiła do obozu Auschwitz, potem do kolejnych. Po wojnie pra-cowała w radiu, gdzie między innymi stworzyła słuchowisko Pasażerka z kabiny 45. W 1960 pojawiło się ono w Te-atrze Telewizji pod naz-wą Pasażerka, dwa lata później napisano książkę, w końcu 1963 Andrzej Munk nakręcił film. Na wystawie znajdą się też fotografie z obozu. Boha-terami są Marta, Liza i Tadeusz, współwięźnio-wie Zofii Posmysz. Eks-pozycja ma na celu stworzenie kontekstu przy-bliżającego widzom ope-ry historię i sytuację ów-czesnych wydarzeń. Wystawa czynna do 18 listopada. 22 października o go-dzinie 19.00 w Studio Buffo w Warszawie od-będzie się wyjątkowy koncert Krzysztofa Jako-wicza z towarzyszeniem zespołu Kameleon Septet. Wykonane zostaną naj-bardziej znane piosenki miłosne napisane na potrzeby filmu lub przez kinematografię odświeżone i popularyzowane. W re-pertuarze znajdą się takie utwory jak: What a Won-derful World, Pamiętasz była jesień, muzyka z filmów: Ojciec chrzestny, Love Story, Yellow Sub-marine. Bilety w cenie: 50 zł, 60 zł, 70 zł, wejściówki 30 zł. Legenda Polskiego Plakatu Grupa Bloomsbury

KALENDARIUM KULTURALNE

Tytułową Legendą Polskiego Plakatu jest Henryk To-maszewski. Był on ry-sownikiem, malarzem, sce-nografem, satyrykiem, ilustratorem, redaktorem naczelnym tygodnika satyrycznego "Rózgi", wykładowcą w Wyższej Szkole Sztuk Zdobniczych, felietonistą rysunkowym. Laureat wielu prestiżowych nagród, członek eksklu-zywnego międzynaro-dowego stowarzyszenia grafików użytkowych AGI. W 1976 r. otrzymał w Lon-dynie tytuł Honorowego Projektanta Królewskiego przyznawany przez Royal Society of Arts. Na wystawie prezentującej twórczość Henryka To-maszewskiego znajdą się jego liczne realizacje: plakaty, druki okładki, rysunki, fotografie. Wszystko to będzie można zobaczyć w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie od 29 października 2010 aż do 16 stycznia 2011. Międzynarodowe Centrum Kultury w Krakowie zaprasza na wystawę poświęconą grupie Bloomsbury skupionej wokół Virginii Woolf oraz Vanessy Bell. Artyści, malarze, pisarze, rzeźbiarze, dziennikarze, muzycy i krytycy działający od 1905 do 1939 roku wywarli ogromny wpływ na kulturę brytyjską i światową XX wieku. Na wystawie będzie można zobaczyć obrazy i drzeworyty Vanessy Bell (siostry Virginii Woolf), Duncana Granta, Dory Carrington. Nie lada gratką są też dzieła wypożyczone z biblioteki "Victoria University" w Toronto związane z grupą Bloomsbury. Ekspozycję można zwiedzać do 9 stycznia 2011 roku. Aleksandra Bieniek Orange night
Rozpoczął się październik. Czas studiów, wyjazdów z miast rodzinnych do akademików, ale też, co niezwykle ważne dla wielkiej rzeszy studentów, nastał czas zabawy.
MUZYKA

Na co w tym roku będą stawiać? Na pewno na imprezy w domach studenckich, ulubionych klubach, ale także na nowości. I właśnie takie jedno ciekawe miejsce chciałabym przedstawić. Wielu z nas lubi nocne, klubowe życie. Nie jakieś małe, przeciętne dyskoteki, ale wielkie kluby. Niestety nie w każdym mieście można znaleźć takie miejsce z prawdziwego zdarzenia. Zdarzają się jednak wyjątki. Pewnie wielu z was słyszało o klubie Pomarańcza w Bielsku Białej, który aktualnie zajmuje drugie miejsce w rankingu ftb.pl. Pomarańcza z pewnością nie jest zwykłą dyskoteką. Jest to miejsce wzorowane na najlepszych klubach z Berlina czy Nowego Jorku. Na dwóch parkietach można usłyszeć wiele gatunków muzycznych, DJ porywa wszystkich do tańca, a często dodatkową atrakcją wieczoru jest gość specjalny. Bielsko jednak jest kawałek od takich ośrodków akademickich jak Gliwice czy Katowice. Dziś to już nie problem. We wrześniu miało miejsce wielkie otwarcie klubu Pomarańcza w Katowicach. Miejsce zach-wyca swoim wystrojem i wielkością. Są tutaj trzy parkiety tematyczne i restauracja. Pomarańcza w Katowicach to jeden z naj-nowocześniejszych klubów w Europie środkowowschodniej, wyposażony w ultra nowoczesny system wizualnoledowy oparty na technologii dostarczonej przez firmy

MUZYKA

ze Stanów Zjednoczonych i Niemiec spec-jalizujących się w technice eventowej. Wizualizacje naprawdę zapierają dech w pier-siach. Co ciekawe, klub oferuje takie imprezy, jak środowy cykl imprez studenckich Pepsi Stage, czwartkowa rockoteka, piątkowe Music Night i sobotnie Show! Czyli noc niespodzianek. Show jest imprezą godną polecenia, bo to nie tylko muzyka i taniec, ale również teatr, cyrk i iluzje. Tego trzeba osobiście doświadczyć. Na dodatek piątkowe Music Night również wypełnione są niespodziankami – Noc kobiet, na której można wygrać do 3 tysięcy złotych, impreza w pianie, piasku, no i oczywiście za konsolą gwiazdy z całego świata. Ciekawe są również imprezy urodzinowe rezydentów klubu – zawsze pełne atrakcji, takich jak tort urodzinowy, szampan czy płyty dla gości. W klubie jest także 6 świetnych barów, a ceny są przystępne. Oczywiście można wygrać wiele darmowych drinków, ale to głównie dla pań. Jednak panowie nie mogą czuć się poszkodowanymi. Na każdej imprezie ma miejsce Konkurs Pomarańcza, w którym do wygrania jest 50, 100 i 150zł na bar. Jest więc o co grać. Już nie wspomnę, że klub organizuje urodziny i imieniny dla klubowiczów. Solenizant dostaje prezenty, loże, wejście – wszystko na koszt firmy. Osobiście większy sentyment mam do klubu w Bielsku, ale ten w Katowicach też ma moc. Obecnie kompleks dwóch lokali posiada największy udział w branży roz-rywkowej w południowej Polsce. Jeśli więc szukacie nowych, niezapomnianych wrażeń, serdecznie polecam noc w Pomarańczy, a na pewno będzie to niezwykłe przeżycie. Sandra Kałuża Indie w miniaturze
Dźwięki bębnów i dzwonków zwiastują niedługie pojawienie się procesji Hindusów. Towarzyszy im też zapach kadzideł oraz indyjskiego jedzenia. Tłum maszerujący przez ulice jest kolorowy, ludzie ubrani w tradycyjne stroje albo rytualne szaty. Spod długich fałd materiału migają bose stopy, a szyje i włosy ozdobione są wieńcami z drobniutkich kwiatów jaśminu.
WYDARZENIA WYDARZENIA

Dzień w Indiach? Nie, chociaż rzeczywiście można poczuć się jak w samym środku Indii. A wystarczy udać się w odpowiednie miejsce w odpowiednim czasie, dużo bliżej – w jednej z najbardziej internacjonalistycznych europejskich stolic. 29 sierpnia, kiedy przy-pada święto indyjskiego boga Ganeśa, pa-ryskie ulice u stóp Montmartre’u zamieniają się w hinduskie miasto. Ganeśa to jedno z trzech głównych bóstw panteonu hinduskiego. Wyobrażany jako mężczyzna z głową słonia, patronuje między innymi sklepikarzom i sprzedawcom - to od niego zależy powodzenie w handlu. Dla-tego właśnie jego święto najważniejsze jest dla właścicieli sklepików w dzielnicy hin-duskiej. Przed drzwiami do sklepu usta-wiają oni niewielki ołtarzyk, na którym mieszczą się kadzidła i ofiary z owoców, a obok przygotowany starannie stos kokosów, które mają niemałe znaczenie przy obrzędach. Następnie całą rodziną zbierają się wokół i wraz z tłumem zaciekawionych gapiów czekają przybycia barwnej parady. A wtedy zaczyna się prawdziwe widowisko. Żałuję, że nie miałam przy sobie prze-wodnika, który byłby biegły w hinduskiej religii i mitologii, bo z pewnością każdy z kolorowych szczegółów, które przesunęły się przed moimi oczami, ma głębsze znaczenie. Jednak i laik nie może pozostać niewzruszony – radosna, egzotyczna atmosfera ogarnia każdego patrzącego. Najpierw pojawia się wyobrażenie Ganeśa wiezione powoli na platformie samochodu. Za nim kroczą bębniarze i muzycy wygrywający przenikliwą melodię na instrumentach przypominających trąbki. Przed oczami przesuwają się flagi, kwiatowe wieńce i wielobarwne symbole. Kobiety niosą na głowach zawiniątka z kwiatów i owoców. Inne – duże, płonące kadzidła o mocnym zapachu. Wolno sunie naturalnych rozmiarów figura słonia. Z boku, z ruchomego kramu rozdają napoje o jaskrawozielonej, różowej

WYDARZENIA



WYDARZENIA

i żółtej barwie i równie intensywnym, niecodziennym smaku. Mężczyzna przebrany za tygrysa przesuwa się tanecznym krokiem, a towarzyszą mu dwaj inni, udający konnych jeźdźców, a wyglądający nieco jak swojski lajkonik. Za jakiś czas znów słychać bębny, a półnadzy tancerze niosący na barkach półokrągłe, drewniane konstrukcje ozdobione pawimi piórami, kwiatami, kolo-rowym suknem i pomponikami, wykonują na ulicy żywiołowy taniec. Za nimi nadchodzą mężczyźni, których zadaniem jest rozbijanie kokosów. Przyjaciel wyjaśnia nam, że kokosy rozbijane są na cześć boga, a im więcej ofiaruje ich właściciel sklepu, tym większe powodzenie czeka go w nadchodzącym roku. Mężczyźni łapią przygotowane ko-kosy i z całych sił ciskają nimi o ziemię. Odłamki skorupek i mleko kokosowe pryskają wszędzie na boki. Rozbijacze zos-tawiają za sobą ulicę usłaną kokosowymi skorupami, po których przechodzi teraz co najmniej czterdziestu mężczyzn ciągnących ozdobny baldachim, pod którym kryje się tajemniczy mężczyzna w stroju indyjskiego wielmoży. Jego rola pozostaje dla mnie tajemnicą, jednak faktem jest, że omiata poważnym spojrzeniem każdy szczegół, jakby sprawdzał, czy wszystko odbyło się tak, jak powinno. Za nim idą już tylko ostatni spóźnialscy. Odgłos bębnów oddalił się znacznie, powoli niknie. Parada poszła dalej. Powrót do rzeczywistości zaskakuje. Ciężko uwierzyć, że znajdujemy się nadal w Paryżu – ale nad ulicami góruje Sacré Coeur, a ota-czający nas ludzie, jak się okazuje, mówią w większości po francusku, wcale nie w hindi, które przed chwilą wypełniało nasze uszy. Święto pozostawia po sobie jednak mocne wrażenie. Odmienność, widowiskowość i egzo-tyka zachwycają – w samym centrum miasta. Elżbieta Janota Sting
Koncert w Poznaniu 20 września 2010
WYDARZENIA

Wraz z rozpoczęciem wakacji oraz nagłym nagromadzeniem czasu wolnego, znalazłam sobie nowe hobby. Otóż codziennie, przy-najmniej dwadzieścia razy, odwiedzałam oficjalną stronę Stinga i sprawdzałam aktualizacje koncertów. Z każdym dniem wolnych terminów ubywało, plotki o rzekomej wizycie Stinga na otwarcie stadionu w Poznaniu ciągle były niepotwierdzone, a wielu pe-symistów straszyło, że znów tak jak to zwykle bywa, Polska zostanie pominięta przy wyborze krajów, które Sting zechce odwiedzić. I oczywiście, szczęście w niesz-częściu, radosna nowina o koncercie Stinga w Polsce dotarła do mnie gdy byłam zaszyta w kaszubskiej puszczy, z dala od komunikacji, Internetu czy podstawowego zasięgu telekomunikacyjnego. Udało mi się jednak dowiedzieć, że sprzedaż biletów na koncert, który miał się odbyć 20 września, ma się rozpocząć 20 lipca, czyli w dniu, w którym miałam wracać prosto w ramiona cudownej cywilizacji, która postanowiła zorganizować poznański koncert. Przez całe osiem godzin drogi powrotnej myślałam tylko o tym, że gdy wrócę do domu, to natychmiast zamówię bilety, by ich przy-padkiem potem nie zabrakło. Z resztą odsuwałam od siebie tę myśl, bo w końcu ile może być w Polsce osób, które tak jak ja kochają Stinga do szaleństwa i myśl o jego koncercie spędza im sen z powiek (a przyznam, że tak było w istocie, bo koszmary o braku biletów w kasach na-pędzały mój strach i determinację by zdobyć ów bilet jak najszybciej). I gdy o 23.00 dnia 20 lipca wysiadłam z sa-mochodu, to pierwszym krokiem było włączenie komputera i zamówienie biletów. Ta noc miała okazać się kolejną bezsenną, ponieważ gdy tylko otworzyłam stronę agencji biletowej okazało się, że dwóch najtańszych pul biletowych już nie ma, a z górnej półki pozostała już tylko garstka. Kto by się spodziewał, że od godziny 14:00 prawie wszystkie bilety mogą zostać wy-przedane?! Cóż, ja, ale jak już wiecie, nie dopuszczałam do siebie tej myśli, by nie wpaść w paranoję. Tak więc następnego dnia rano razem z moją przyjaciółką,

WYDARZENIA

stałyśmy pod drzwiami Empiku, by załapać się na resztkę biletów. Miałyśmy ogromne szczęście, bo gdy o 9:00 dnia 21 lipca nasze bilety były w trakcie drukowania, do kupienia zostało ich łącznie 700 ze wszystkich 30.000. Jak widać emocje związane z kon-certem Stinga towarzyszyły nam na długo przed jego rozpoczęciem. Późniejsze dodatkowe bilety, które organizatorzy przeznaczyli do sprzedaży rozeszły się w minutę (!), a wejściówki na aukcjach internetowych osiągały zawrotne ceny. Na szczęście, po stresie związanym z zakupem biletów, moim zmartwieniem pozostał jedynie transport, którym w końcu okazał się wspaniały stingobus, pełen wiernych fanów, grający wszystkie koncerty na żywo po kolei, za-czynając od „Live In Central Park” a na „All This Time” kończąc. Na miejsce dotarliśmy na czas i humoru nie mogła nam zepsuć ani koszmarna droga z Wrocławia do Poz-nania, ani chłodna aura, ani krzywo ułożona i zabłocona kostka brukowa, którą wolontariusze układali szybko z soboty na niedzielę przed stadionem, by tysiące osób nie zabrudziły świeżo otwartego obiektu. Niestraszne nam również były długie ko-lejki do obiektów wszelakich, ceny w punktach gastronomicznych ani straszny przeciąg na stadionie. Wszystko to było nieistotne w po-równaniu z tym, co rozpoczęło się o go-dzinie 20:00 i trwało przez następne trzy godziny… Kilka minut po ósmej, Sting wszedł na scenę i na otwarcie zaśpiewał „If I ever lose my faith in you”, po czym zrzucił szalik i za-szalał, a publiczność razem z nim. W trak-cie koncertu zagrał wszystkie swoje największe przeboje, emanując przy tym właściwą sobie pewnością siebie, która

WYDARZENIA

nadawała koncertowi dynamizmu, wyjątkowości oraz profesjonalizmu, którego nie mogło zabraknąć na evencie na tak wysokim poziomie. Wszystkie utwory zostały wy-konane nienagannie, a towarzyszące im minimalistyczne wizualizacje podkreślały fakt, że to muzyka, a nie efekty są tu na pierwszym planie. Ostrożna gra świateł często podkreślała charakter utworu, de-likatnie akcentując subtelne „When we dance”, by następnie zabłysnąć krwistą czerwienią przy „Russians”. Nie tylko Sting i publiczność doskonale się bawili wspólnie grając i śpiewając. Ogromny sukces całej trasy leży nie tylko w głosie artysty, ale również, a może i przede wszystkim, w rękach wspaniałego dyrygenta Stevena Mercurio, który często emanuje większym entuzjazmem niż sam Mistrz, podskakując i kręcąc piruety podczas dyrygowania Royal Philharmonic Concert Orchestra. Poza entuzjastycznym dyrygentem oraz profesjonalną orkiestrą Stingowi na scenie towarzyszyła również Jo Lowry, która wspierała go wokalnie i śpiewała razem z nim „Whenever I say your name” czy „You will be my ain true love”. Nie mogło również zabraknąć (tradycyjnego już) wycia do księżyca podczas wykonywania „Moon over Bourbon street”. Sting stanął także na wysokości zadania i poza spo-dziewanym „Dobry wieczór” zapowiedział jedną z piosenek po Polsku. Zdanie „To jest piosenka o zimnej wojnie” stało się motywem przewodnim koncertu oraz zachęciło i tak już rozkręconą publiczność do nagro-dzenia muzyka gromkimi brawami. Koncert był podzielony na dwie części: pierwszą z nich zamykała energiczna pio-senka „Next to you”, a w drugiej muzyk przywitał publiczność spokojnym „A Thousand Years”. Druga część rozkręcała się bardzo powoli, składając się w większości z bardziej nas-trojowych piosenek z repertuaru brytyjskiego muzyka. Natomiast prawdziwe szaleństwo rozpoczęło się wraz z „King of Pain” (mój koncertowy numer jeden), by następnie przeistoczyć się w ogólnostadionową euforię przy utworze „Every breath you take”. Na bis Sting zaśpiewał między innymi cudną „Desert Rose”, by na koniec pożegnać publiczność zebraną na poznańskim sta-dionie utworem „I was brought to my senses”. Utwór zaśpiewany acappella był ostatnim na koncertowej setliście, a owacjom kończącym to niezwykłe muzyczne wy-darzenie nie było końca. Po odpaleniu dość mizernych sztucznych ogni uświetniających uroczyste otwarcie nowego stadionu, Sting dyskretnie zszedł ze sceny, by polecieć do Berlina, gdzie następnego dnia nagrywane było DVD z trasy. Szykują się więc piękne święta, bo premiera DVD zaplanowana jest na grudzień, a berlińska setlista, iden-tyczna z tą poznańską, pozwoli mi przeżyć to wszystko jeszcze raz, a wszystkim tym, którym nie dane było zjawić się w Poznaniu 20 września przybliży niezwykłość tego zapierającego dech w piersiach koncertu. Mogę śmiało powiedzieć (nie tylko dlatego, że kocham Stinga), że było to wspaniałe przeżycie, a muzyka tego wieczoru na zaw-sze pozostanie w moim sercu. Teraz tylko wystarczy trzymać kciuki, by Sting znów wpadł na jakiś genialny muzyczny pomysł i postanowił podzielić się nim z całym światem, odwiedzając przy tym ponownie nasz nadwiślański kraj. Paulina Rzymanek Sting

NOTKA BIOGRAFICZNA

W tym miesiącu wszyscy fani Stinga będą świętować pięćdziesiąte dziewiąte urodziny tego genialnego muzyka. Ja również się do nich zaliczam, więc musicie mi wybaczyć skrajny subiektywizm obecny w październikowej notce biograficznej, a także w relacji z koncertu. Sting (Gordon Matthew Sumner) urodził się 2 października 1951 roku w Wallsend w Anglii. Wallsend to robotnicza dzielnica Newcastle; Sting od dziecka pomagał swojemu ojcu w pracy, wstając wcześnie rano, by razem z nim rozwozić mleko. Uczęszczał do szkoły katolickiej St. Cuthbert’s o bardzo suro-wych zasadach. Rygor i dyscyplinę rekom-pensował sobie sekretnymi wypadami do klubów, by podglądać muzyków tam gra-jących. Zanim jednak Sting został sławnym na cały świat mu-zykiem, musiał przejść długą drogę, by z pracownika bu-dowy, a następnie nauczyciela, wybić się na sam szczyt popularności. Początkowo grywał w małych zespołach jazzowych. I to właś-nie przy współpracy z jednym z nich, a konkretnie z Phoenix Jazzmen, otrzymał swój pseudonim. Na jednym z koncertów muzyk ubrany był w sweter w czar-nożółte pasy, który - zdaniem lidera grupy, upodabniał Stinga do trzmiela. Jednak romans ar-tysty z jazzem nie trwał długo i w 1977 razem z Stewartem Copelandem i Henry’m Padovanim (później zastąpionym przez Andy Summersa) założył zespół The Police. Chociaż działalność zes-połu nie zamyka się nawet w dekadzie, to przez kilka lat wspólnego grania Sting z kolegami zdążyli zdobyć sześć nagród Grammy i wy-dać pięć płyt zawierających takie przeboje jak „Message In a bottle”, „Roxanne”, „Every little thing she does is magic” oraz „Every breath you take”. Po rozpadzie The Police, Sting rozpoczął karierę solową, która jak do tej pory przyniosła mu 11 nagród Grammy oraz cztery nominacje

NOTKA BIOGRAFICZNA

do Nagrody Akademii Filmowej za Najlepszą Oryginalną Piosenkę Filmową. Ponieważ zazwyczaj tematem przewodnim notek bio-graficznych jest właśnie muzyka filmowa, to warto wspomnieć, że poza nominacjami do Oscara za piosenkę, Sting ma na swoim koncie albumy z muzyką do filmów doku-mentalnych „Living Sea” i „Dolphins”, które zostały wyróżnione nominacją do Oscara. Gordon Matthew Sumner zalicza się do artystów, którzy śmiało mogą powiedzieć, że osiągnęli wszystko i niczego nie muszą nikomu udowadniać, zatem tworzy muzykę, która podoba się przede wszystkim jemu samemu, a dopiero potem innym. Ta dość ryzykowna zasada wcale nie zmniejszyła jego popularności; Sting od kilku lat dla własnej przyjemności eksperymentuje z różnymi gatunkami muzycznymi, często dalekimi od jego rockowych korzeni, a mi-mo to jego muzyka ciągle cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem. W os-tatnich latach swojej działalności mu-zycznej nawiązał współpracę z wytwórnią Deutsche Grammophon, specjalizującą się wydawaniu płyt z gatunku muzyki kla-sycznej. W 2006 roku Sting przy współpracy z bośniackim lutnistą Edinem Karamazovem wydał płytę z muzyką rene-sansowego angielskiego kompozytora Johna Dowlanda, a kilka miesięcy później razem z Copelandem i Summersem reaktywował zespół The Police i wspólnie zagrali 152 koncerty w ramach The Police Reunion Tour, która okazała się kasowym sukcesem. Sting poza muzycznym angażowaniem się w masową kulturę, kilka razy próbował swoich sił jako aktor; na początku grając role w przeróżnych filmach m.in. u Davida Lyncha czy u boku Seana Bean’a, by później pojawiać się jako on sam w „Filmie o pszczołach” czy śpiewać razem z Robertem

NOTKA BIOGRAFICZNA

Downey Jr’em w serialu „Ally McBeal”. Występował również na Broadwayu w musicalu „Opera za trzy grosze” w reżyserii Johna Dextera. Sting jest także założycielem Rainforest Foundation mającą na celu ratowanie lasów tropikalnych oraz ochronę rdzennej ludności tam mieszkającej. Grał również na charytatywnych koncertach i przy wielu okazjach wspiera działalność Amnesty International. Najnowszym projektem Stinga jest płyta „Symphonicities”, która zwiera największe przeboje muzyka zaaranżowane na orkiestrę. Promocji płyty towarzyszy trasa koncertowa, a jednym z punktów na muzycznej swingowej mapie był Poznań… Paulina Rzymanek (Nie)znane legendy muzyki – Złe Psy
Kolejny artykuł z mojej nowej serii, mającej na celu „odkurzenie” starych, dobrych, ale nieco mało znanych marek w świecie muzyki, może przynieść trochę wątpliwości, które pragnę rozwiać już na samym początku. Większość z nas nie kojarzy zespołu o podobnej nazwie.
MUZYKA

Moją tezę potwierdzić może największy portal muzyczny – last.fm – według którego Złe Psy mają aż 1749-krotnie mniej słuchaczy, aniżeli wszystkim nam znana Metallica. Poruszające, nieprawdaż? Osoby bardziej ambitne przerwały już wcześniej czytanie artykułu i zajrzały na wikipedię, aby wnikliwiej poznać strukturę zespołu. Na początek – rok powstania (1999) – i już wiele osób kiwa głową. „Eee, to nie może być żadna legenda” – myśli zapewne większość z Was. W oczy rzuca się jednak osoba Andrzeja Nowaka. I tutaj dochodzimy do sedna – mojego głównego aktora w tym artykule. Tym razem zespół posłuży jako tło dla fenomenalnej indy-widualności, jaką jest wspomniany muzyk. Nie oznacza to jednak, że odstawię na bok „pit bulle”, bo zapewne sam Pan Nowak mocno by mnie za to skrytykował. Kilka dni temu zespół zawitał do Opola. Zaciekawiony interesującą nazwą zespołu postanowiłem zatrzymać się na chwilę przy informacji umieszczonej na stronie internetowej Miejskiego Ośrodka Kultury. Już na samym początku uśmiech zawitał na mojej twarzy, gdyż koncert w ro-dzinnym mieście dać miał lubiany przeze mnie Andrzej Nowak – założyciel Tajnego Stowarzyszenia Abstynentów (TSA), które miało ogromny wpływ na mentalność ograniczonych komunizmem Polaków. Kon-certy na festiwalu w Jarocinie dały ogrom-ną sławę frontmanowi TSA. Nie wahałem się długo i zakupiłem bilet na piątkowy koncert.

MUZYKA

Złe Psy jak najbardziej zasługują na sukces, lecz kolejny raz rzeczywistość ukazuje, jak bardzo zacofana muzycznie jest dzisiejsza młodzież. Bardzo słaba al-ternatywa całkowicie zepchnęła na boczny tor klasyki. Ten zespół wydaje się być ponadczasowy, głównie ze względu na charakterystyczne brzmienie, na którym bardzo zależało Andrzejowi Nowakowi. Trzeba przyznać, że jest to osoba, która nie kryje się ze swoimi zainteresowaniami. Muzyk już nie raz opowiadał o swoim zamiłowaniu do pięknych motorów, groźnie wyglądających pitbulli i amerykańskiego kurzu. No właśnie, czego może brakować założycielowi legendarnego już TSA? Ut-worzenia zespołu, który idealnie wpasuje się w jego zainteresowania. W końcu o czym śpiewa się lepiej niż o tym, co się kocha? Kolejnym aspektem, dla którego warto było wydać trochę pieniędzy, było nieziemskie widowisko na koncercie Złych Psów. Bardzo ciężko jest spotkać dzisiaj zespół, który tak świetnie przeniesie nas trzydzieści lat wstecz, a właśnie tak można było się czuć na koncercie „pit bulli”. Pan Nowak nie jest już młodym mężczyzną, jednak rześkość, z jaką poruszał się po scenie i nawiązywał kontakt z publicznością daje niezapomniane wrażenia. Dużo młodsi Jacek Kasprzyk i Paweł Nafus byli jedynie tłem dla swojego starszego współpra-cownika. Publiczność także nie zawiodła – większość ubrana była w stare, skórzane kurtki, między którymi prześwitywały tshirty z wizerunkiem Złych Psów. Warto wspom-nieć także, że część dochodów z imprezy przekazana była na schronisko dla psów w Opolu.

MUZYKA

Idea koncertu dała mi wiele do myślenia. Przede wszystkim, dla niezapomnianych emocji warto było wyjść z domu i poznać bardzo interesujący zespół. Ponadto, uwierzyłem w to, że w dzisiejszym świecie „alternatywy” znajdzie się miejsce dla prawdziwych klasyków. Ale kto tak naprawdę słucha Złych Psów? Bardzo mała garstka fanatyków Andrzeja Nowaka. Szkoda, bo przez brak zain-teresowania o tej kapeli pisać mogę jedynie w kontekście nieznanych legend muzyki. Maciej Kulina Co w kinie piszczy

FILM

Na zewnątrz coraz zim-niej, za to do kin wchodzi wiele gorących tytułów. Pomimo typowo barowej pogody, zapraszam Was na dobry film - najlepsze lekarstwo na jesienną depresję. Kinowe nowości otwiera Jared Leto w nietypowym filmie „Mr Nobody“. Tytułowy bohater obserwuje swoje życie z perspektywy 118-latka. Aby powrócić do poprzedniego wieku musi odpowiedzieć na pytania dotyczące jego dotychcza-sowej egzystencji – czy był szczęśliwy, czy wystarczająco kochał swoją rodzinę?. Od-powiedzi poznacie 22 paź-dziernika. Kto z Was nie widział ekranizacji bestsellerowej sagi "Zmierzch"? A może komuś się nie podobała? Moja fascynacja rozpoczęła się wraz z ujrzeniem pięknej i szlachetnej twarzy głównego bohatera, wampira Edwarda a zakończyła na drugiej części "Księżyc w nowiu", gdy w jednej ze scen światło słoneczne pada na klatkę tegoż właśnie wampira. W tym momencie na sali kinowej daje się słyszeć przeciągłe "ble, fuj", a ja stwierdzam, iż moje poczucie estetyki zostało mocno naruszone. Dlatego też z miłą chęcią wybiorę się na parodię sagi pt. "Wampiry i świry" (poz-wolę sobie przytoczyć tytuł oryginalny, nieco bardziej udany, "Vampires suck"). Scenarzyści filmu to nikt inny jak twórcy "Strasznego filmu" oraz "Poznaj moich Spartan". Nic dodać, nic ująć. Na listopad czekam z nie-cierpliwością, ponieważ przed nami kolejna dawka śmie-chu za sprawą najnowszej komedii twórców "Kac Vegas". Niech jednak polski tytuł Was nie zniechęca, "Zanim odejdą wody" zapowiada się jeszcze lepiej. Peter (w tej roli Robert Downey Jr., który ostatnio wykazał się Oglądając filmy pamiętajcie o kinowej etykiecie - wyciszcie telefony, nie rozrzucajcie popcornu, nie mlaskajcie i nie siorbcie popijając Pepsi...

FILM

swoim talentem komediowym m.in. w "Sherlocku Holmesie") próbuje dostać się na czas na narodziny swojego pier-worodnego. Sprawy się jednak komplikują, gdy towarzyszem jego podrózy zostaje początkujący aktor Ethan, którego gra znany z "Kac Vegas" Zac Galifianakis (tak, ten pulchny brodacz od męskiej torebki). W rolach drugoplanowych również aktorska ekstraklasa: Michelle Monaghan, Juliette Lewis oraz Jamie Foxx. Rezerwujcie bilety na 5 listopada! Osobom poszukujących moc-niejszych wrażeń polecam "Amerykanina". Jack, płatny zabójca (obiekt westchnień naszych mam - George Clooney) postanawia wycofać się z zawodu. Przyjmuje jednak ostatnie zlecenie. Zobaczcie jak scenarzysta radzi sobie z pozornie wyś-wiechtaną już tematyką kinową oraz oceńcie pracę reżysera Antona Corbijna, wybitnego twórcę tele-dysków m.in. Nirvany i Depeche Mode oraz dra-matu muzycznego "Control". Zdrada, namiętność, mrok - takimi słowami możnaby opisać obraz "Chloe", remake francuskiego filmu "Nathale". Catherine i David na pierwszy rzut oka prowadzą idyl-licznego życie - są bogaci i spełnieni zarówno zawo-dowo, jak i rodzinnie. Bańka pozorów pryska jednak, gdy Catherine zaczyna podejrze-wać męża o zdradę. Chcąc sprawdzić jego lojalność, wynajmuje ekskluzywną pros-tytutkę. W filmie tym uwodzi przede wszystkim obsada, wspaniałe kreacje stworzyli Julianne Moore, Liam Neeson oraz Amanda Seyfried. Kalina Mróz DORIAN GRAY

FILM

Miałam nadzieję, że z po-czątkiem tej jesieni spę-dzę parę przyjemnych chwil w kinie i z niecier-pliwością wyczekiwałam dwóch dużych produkcji, które zapowiedziano na ten okres. Obie z potęż-nym potencjałem i sze-roko reklamowane – obie od dawna już krytykowane przez za-chodnich widzów, którzy zawsze są do przodu. Ale nie ufałam krytyce, dopóki nie zobaczyłam na własne oczy. To było bolesne doświadczenie. A nawet dwa. Tyle słowem wstępu, żeby oszczędzić wam podob-nego narzekania w dwóch porcjach. A teraz przejdź-my do konkretów. Czuję się w obowiązku stwierdzić, że mój ulubiony autor przewraca się w grobie. „Portret Doriana Graya” na-pisany przez Oscara Wilde’a nie doczekał się do tej pory zbyt wielu ekranizacji, być może dlatego, że nie jest z pewnością literaturą o stałej, wartkiej akcji, jaką najchętniej przenosi się na wielkie ekrany. Oglądając wersję Olivera Parkera ma się wrażenie, że scenarzysta przeczytał oryginał, uznał za nudnawy i postanowił ulepszyć według własnego widzimisię. Wierność powieści zauważyć można w posz-czególnych cytatach z lorda Henry’ego i w pojedynczych scenach, które najwyraźniej według filmowca się Wilde’owi udały. Oprócz tego, fani książki doświadczają wielu atrakcji - nie-spodzianek. Postacie umierają i rodzą się z dużą dowolnością, główna ksią-żkowa intryga kryminalna odarta została całkowicie z tajemniczości, a subtelne niedopowiedzenia Wilde’a ujrzały światło dzienne w jaskrawych barwach. Ale to ciągle tylko opis filmu z punktu widzenia kogoś, kto zna i lubi powieść o Dorianie Grayu. Jak jest w przypadku innych widzów? Podejrzewam, że skoro nie są tak bardzo zajęci prze-żywaniem faktu, iż film zabija piękno i przesłanie literackiego pierwowzoru, może dopaść ich najzwy-czajniejsza w świecie nuda. Bo, umówmy się, obrazy

FILM

egzotycznych orgii, którymi raczy nas reżyser, też zaczynają w końcu nużyć. A kiedy na ekranie pojawia się sugestia dziewiętnasto-wiecznego sadomaso, pozostaje już tylko niesmak. Aktorom ciężko coś zarzu-cić. Ani Benowi Barnesowi, odtwórcy tytułowej roli, ani Colinowi Firthowi, który gra lorda Henry’ego Wottona, nie można odmówić talentu ak-torskiego. Najprzyjemniejsze wrażenie sprawia Ben Chaplin oraz odgrywany przez niego Basil Hallward, który jest nie tylko naj-sympatyczniejszą, ale i najwierniej oddaną postacią. Lecz, niestety, po raz ko-lejny okazało się, że nawet doskonałe aktorstwo nie wystarczy, żeby zrobić dobry film. Chciałabym móc napisać, że przynajmniej klimat stworzony w filmie zas-ługuje na słowo uznania. Tak się zdawało mniej więcej do połowy. Trzeba oddać sprawiedliwość twór-com kostiumów i sce-nografii. Ujęcia dawnego Londynu są ciekawe i dopracowane, stroje, wnętrza i charakteryzacja postaci przyjemne dla oka. Co z tego, kiedy klimat psuje portret, przypo-minający raczej potwora z taniego horroru. Szczerzy kły, syczy i warczy po nocach – wydaje się to trochę nie na miejscu. No i scena pościgu w metrze – klasyka dziewiętnastowiecznego kina. W bonusie mogli od razu dorzucić Bruce’a Willisa. Jednym słowem – roz-czarowanie. Mogliśmy mieć elegancki film o pięknie, sztuce, zbrodni i wielkiej tajemnicy prostego mło-dzieńca, który staje się coraz bardziej skompli-kowanym mężczyzną. A mamy przydługą opowieść bogatą raczej w seksualne ekscesy – bo tego o sztuce mógłby widz nie zrozumieć – traktującą o złym chłopcu, którego jednak może zmienić prawdziwa miłość do kobiety. Co z tego wynika, nikt w rzeczywistości nie wie. Szkoda. Elżbieta Janota OSTATNI WŁADCA WIATRU

FILM

Fani kreskówek już od dawna zachwycają się serialem „Avatar: The Last Airbender”. Wieść, że popularną serię prze-nosić się będzie na ekrany kin, wywołała poruszenie, dyskusje i niecierpliwe oczekiwanie. Liczono, że reżyser, Shyamalan, popisze się swą dawną wyobraźnią i rozmachem, których w ostatnich filmach nieco mu brakowało. Bo prze-cież temat jest niez-wykle wdzięczny! Świat zamieszkiwały cztery plemiona: wody, powietrza, ziemi i ognia. Porządku pilnował Avatar, osoba, która władać mogła wszyst-kimi żywiołami. Ale kiedy Avatar niespodziewanie znik-nął, władcy plemienia ognia postanowili rozszerzyć swoje panowanie. Nastąpiła wojna.. Akcja, tak serialu, jak i filmu, rozpoczyna się w mo-mencie, kiedy przewaga plemienia ognia została już umocniona i przyjęta do powszechnej wiadomości, a tymczasem młode ro-dzeństwo, Katara i Sokka, odkrywają pod lodem niezwykłego chłopca. Już wkrótce rozpoczyna się dla nich wszystkich pełna przygód wyprawa. Materiał, za który wziął się Shyamalan, daje ogromne możliwości. Serial opiera się na świetnym pomyśle, jest zabawny, a bending, czyli posługiwanie się mocami żywiołów, widowiskowy i przemyślany. Jak sprawa ma się w filmie? Niestety. Wszystkich fanów czekało gorzkie rozczarowanie. „Dialogi są koszmarne, fabuła momentami pourywana i chociaż teoretycznie trzyma się wersji wydarzeń znanej z kreskówki, ma się wrażenie, że jest niekomp-letna. W ogóle nie do zaakceptowania jest fakt, że w wersji kinowej zostały pominięte wojowniczki Kiyoshi. Bending był zbyt wolny i, o ile pod względem estetycznym oraz w kwestii dopracowania szczegółów ruchu zasługuje on na pochwałę, o tyle spowalnia

FILM

całą akcję i walki, zamiast być dynamicznymi i zap-ierającymi dech w piersiach, są nudnymi wyćwi-czonymi ruchami” – wy-raziła swoją opinię Paulina, która mówi o sobie, że jest wielką fanką serialu. I nie sposób się z jej recenzją nie zgodzić. Również postacie nie zachwycają, zwłaszcza Sokka, który w animowanej wersji wnosił sporą dawkę humoru, w filmie stał się zupełnie innym bohaterem- poważnym, a przy tym nieco mdłym. Poza tym, ma się czasem wrażenie, że de-biutujący aktorzy grają w przerysowany, teatralny sposób. Na pochwałę za-sługuje tu jednak Dev Patel, znany wcześniej z filmu „Slumdog Millionaire” w roli księcia Zuko, a już najlepsze wrażenie zrobił na mnie Shaun Toub, wcielający się w wujka Iroh. Ale trzeba też wspomnieć o „atrakcjach”, nazwijmy to, bardziej lokalnych. Jestem zdecydowaną przeciwniczką dubbingowania filmów nie-animowanych. A przykład „Ostatniego Władcy Wiatru” bardzo mocno utwierdził mnie w moim przekonaniach. Polski dubbing zamienia bohaterów w postacie z hiper-artykulacją i zaburzeniami ekspresji emocjonalnej. Na plus dla filmu działa scenografia, a także dobór kostiumów i – w większości przypadków – charakteryzacja bohaterów. Postaci i miejsca przedstawione w serialu zostały wiernie odwzorowane i przyjemnie się na nie patrzy. Warto też zwrócić uwagę na muzykę. „To jest coś, co trzyma bardzo wysoki poziom i momentami niestety film nie dorasta do pięt pięknym ilustracjom muzycznym” – stwierdza znów Paulina. Szkoda, że patrząc na całokształt, ma się wrażenie, że to nieudane epickie kino dla nastolatków, na którego efekty specjalne zabrakło miejscami funduszy, a śmiech budzi nie to, co powinno. I znów mogę tylko zgodzić się z Pauliną: „Ten film był ogromną szansą dla Shyamalana, by wrócić do łask widzów na całym świecie. Niestety mu się to nie udało.” Elżbieta Janota THE SOCIAL NETWORK

FILM

Portalu Fecebook nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Jednak postać jego twórcy sta-nowiła dla mnie, tak samo jak, przypuszczam, dla większości użytkow-ników, kompletną zagadkę. Harvard, najbardziej pres-tiżowa uczelnia świata, a przynajmniej najbardziej rozreklamowana. Studenci mogący pochwalić się mi-lionami na kontach i ko-neksjami, które ułatwiają realizację wszystkich pla-nów. Taki oto obraz wy-łania się z pierwszych minut nowego hitu kaso-wego. Skoro Facebook przynosi miliardy zysków, można przecież skorzystać na popularności i miliony użytkowników ściągnąć do kin. Główny bohater widniejący na plakatach „geniusz, zdrajca, miliarder” to postać, której nie zauważylibyśmy prze-chodząc koło niego na ulicy. Za to wyróżnia się w tłumie studentów – nie jest ani tak przystojny, ani tak wysportowany, ani tak bogaty jak oni. Jest za to w jeszcze trudniejszej sy-tuacji, bo środowisko, w którym się znalazł niemal zmusza go do zrobienia czegoś wyjątko-wego. Droga ku temu jest jednak zawiła, a on sam zdaje się nie przewidywać konsekwencji swoich czy-nów. Gdy chcąc niejako zemścić się na dziewczynie w jedną noc pisze serwis porównujący studentki, jest w stanie przeciążyć łącza internetowe uczelni. Choć ma później z tego powodu problemy, staje się rozpoznawany, co pozwala mu na realizację własnego projektu. Pierw-sze efekty zaskakują nawet jego, a Facebook staje się popularny na całym świe-cie. W ostatecznym rozra-chunku, zmuszony jest jednak walczyć o prawo do swojego dzieła z ludźmi, których wcześniej uważał za przyjaciół… Już pierwsze sceny filmu

FILM Czy jest to dobry film? Trudno powiedzieć. Nie jest to obraz, nazywany dobrym lub złym, bo nie skupiamy się tu na filmie. Lecz na tym, co chce on nam przekazać i na pytaniach, które zadaje. To dobry film dla młodych i pełnych ambicji, gdyż zmusza do przemyślenia tego, jak wiele jesteśmy w stanie poświęcić dla sukcesu. Monika Toppich

zapowiadają jego dwu-płaszczyznowość. Z jednej strony widzimy chronolo-gicznie, niemal z aptekarską drobiazgowością, wszystkie wzloty i upadki, realizację kolejnych pomysłów i roz-wój przedsięwzięcia, z drugiej zaś, cały film przerywany jest relacjami z potyczki prawników, wyciągający na światło dzienne kolejne, co bardziej kompromi-tujące fakty, tylko po to, by niemal jak na sprawie rozwodowej stwierdzić, że ty bierzesz pralkę, a ja że-lazko. Tu jednak chodzi o miliony dolarów. W całej tej sprawie najbar-dziej szkoda głównego bo-hatera. Geniusza, który miał pomysł, a potem nie do końca potrafił nad nim zapanować, który wymknął mu się spod kontroli i zaczął żyć własnym życiem. Mło-dy człowiek, choć zmienia i ciągle ulepsza swój ser-wis, cały czas szuka przy-jaciół i w doborze ich często pokłada nadzieję w nie-właściwych osobach, by w końcu z najtrudniejszymi kwestiami i tak pozostać sam. Jedzenie na ekranie

TELEWIZJA

Czy program kulinarny to dziwny pomysł? Prze-cież mało nam po tym; zjeść nie zjemy, a tylko narobimy sobie apetytu. Można tłumaczyć, że chodzi o prezentację cie-kawych przepisów, jasne, zgadzam się. Tylko kto z Was, zrobił kiedyś w domu coś, co ujrzał w programie kulinarnym? Ot zagadka! Gotuj z Kuroniem. Pascal: po prostu gotuj! Kuchnia z Okrasą. Domowa kawia-renka. Był nawet program Joanny Brodzik (Brodzik w kuchni? A nie, od kuchni). We wszystkich chodziło o jed-no: ktoś gotuje, widzowie oglądają, podziwiają kuli-narne umiejętności. Pro-gramy jednak różniły się zabiegami, które miały wi-dza przyciągać. Od usta-wienia gwiazdy w roli gos-podyni programu (możecie pani Brodzik nie lubić, ale popularności jej odmówić nie sposób), po gwiazd do programu zapraszanie (Okrasa – ale i Pascal kogoś tam zapraszał. Tylko, że zawsze jedynie na koniec, a widz mógł te osoby obejrzeć jedynie, gdy jadły, śmiały się, etc.). Można było też rzucić tajemniczym głosem zza kamery – czy ktoś kiedykolwiek widział tę panią, która mówiła do Pascala przez cały program? Ale to wszystko nie jest jakieś szczególnie szałowe. Gotują, pokazują, a my mo-żemy podziwiać ich kuli-narny kunszt. To jednak nie to. Choć w sumie jest jeden program, który jak dla mnie wyróżnia się z og-romu podobnych. Nigella gryzie. I inne z Nigellą Lawson. Nie chodzi tu tylko o urodę pani Lawson, choć oczywiście, jest imponująca. Wyjątkowość tych programów to również sposób prowadzenia kamery, skupiający się na szcze-góle. To czasem irytuje, ale na pewno jest mocno inne od tego, co widzimy zazwyczaj. Jednak to wciąż ten sam schemat. A o gotowaniu można inaczej. Choćby tak, jak to od wielu lat robi Robert Makłowicz. Jego też można nie lubić, można mu wytykać, że nie jest mistrzem kulinarnym pierwszej

TELEWIZJA

wody, ale! Ale to co pokazuje, pokazuje naprawdę ciekawie. To nie tylko gotowanie i sucha opowieść. To żywe spotkanie z kulturą kraju, do którego Makłowicz podróżuje. I przy-pomina, że kuchnia to istotny element tożsamości posz-czególnych narodów, czy grup etnicznych. Czym byłaby Polska bez bigosu? I te fantazyjne wypowiedzi naszego podróżnika. Wszak galaretka stoi twardo jak nasi pod Kircholmem. I jeszcze inny typ programu kuli-narnego. Wielkie show, w którym rywalizują znani mistrzowie kuchni, lub pretendenci do tego miana. Chociażby słynna Piekielna kuchnia Gordona Ramsaya. Program, który swoją popularność zawdzięcza pewnie nie tylko świetnej rywalizacji, jaką często ukazuje (choć nie zaw-sze czystej, niestety), ale i oso-bowości prowadzącego, Ramsaya. Dla niezorientowanych, to jeden z najlepszych kucharzy na świecie, właściciel wielkiej licz-by restauracji. I człowiek, który w kuchni, przynajmniej tej piekielnej, nie trzyma nerwów na wodzy. Kucharze niejedno-krotnie mogą usłyszeć inwek-tywy pod swoim adresem, gdy robią coś wybitnie źle lub kon-sekwentnie źle. Rozwalony po kuchni przypalony łosoś, halibutowi też się chyba niegdyś dostało. I te komentarze. Ale Chef Ramsay jest taki poważny tylko w pracy. Poza nią to na-prawdę w porządku facet.

TELEWIZJA

I nasze Kuchenne rewolucje. Właściwie, wcale nie nasze, bo to kalka kolejnego programu z Ramsayem, Kuchennych koszmarów. Trzeba przyz-nać, że nasza polska wersja wypada przy pier-wowzorze dosyć blado – i nie mam tu na myśli wcale wizerunku pani Gessler, która się naprawdę stara, żeby było ciekawie. To, że wypadamy dosyć blado, to punkt dla nas. Choć nie widziałem wszystkich odcinków Kuchennych rewolucji, to w porównaniu z wersją amerykańską (Ramsay jednak jest Brytyjczykiem, nie Amery-kaninem), u nas jest cał-kiem porządnie. Tam to dopiero zdarzały się kwia-tuszki w knajpach. Kara-luchy grasujące po zamra-żarce, zepsute pesto poda-wane gościom. I tak dalej. To chyba mój ulubiony punkt w programie telewi-zyjnym. Kulinaria. Jasne, są programy, które lubię bar-dziej i te, które lubię mniej. Ostatnio najwspanialszy jest Mistrz kuchni: Australia. Serdecznie wszystkim polecam. Marek Suska Kuchnia Franceski – Peter Pezzelli

KSIĄŻKI

Pisząc tę recenzję, jestem świadkiem ponurej, desz-czowej i zimnej wrześ-niowej aury. Mam jed-nocześnie nadzieję, że październik przyniesie nam piękną i kolorową polską jesień, będącą optymistycznym akcen-tem przed mroczną zimą. Jeżeli jednak paździer-nikowa pogoda wywoła u was jesienną depresję lub też zatęsknicie za latem i będziecie potrze-bować czegoś naprawdę optymistycznego, a jed-nocześnie lekkiego i przy-jemnego, to „Kuchnia Franceski” amerykańs-kiego autora Petera Pezzelliego będzie dla was doskonałą propozycją. W książce nie zawsze musi chodzić o to, by była wy-szukaną i inteligentną lek-turą. Ogromną wartość mają również książki, które są dobrze napisane, a ich lek-tura wywołuje uśmiech na twarzy. Trudno jest napisać książkę, która nie będzie banalna w swojej prostocie, a schematyczny rozwój wypadków prowadzących do happy endu nie wypro-wadzi nas z równowagi po pierwszych pięćdziesięciu stronach. Książka Petera Pezzelli’ego to doskonały przykład lektury przyjemnej, niezobowiązującej i nieskom-plikowanej. Główną bohaterką książki jest Franceska i oczywiście jej kuchnia. Bo to właśnie zapachy kuchni Franceski sprawiają, że świat dookoła niej nabiera specjalnego smaku, a ludzie zaczynają się uśmiechać i dostrzegają sens w życiu. Pełna wigoru starsza pani postanawia się jeszcze na coś przydać i zatrudnia się jako niania dwójki dzieci wychowywanych przez samotną matkę. Franceska nie tylko realizuje swój cel, pragnąc znów być komuś potrzebną, ale pomaga również przywrócić równowagę w życiu zapra-cowanej Lorettcie i, co najważniejsze, uczy ją goto-wać. Smakowite potrawy, słodkie przekąski oraz ape-tyczne przepisy na końcu książki sprawią, że zatęsk-nicie za dobrym jedzeniem i osobą podobną przemiłej

KSIĄŻKI

Francesce, która by je przy-rządziła i pomogła zapro-wadzić porządek w życiu pełnym chaosu. W „Kuchni Franceski” nie brak ciepła, radości, przyjaźni i jakże by inaczej, miłości. Jedzenie gra tu główną rolę i wszystko dobrze się kończy. Czego chcieć wię-cej gdy deszcz stuka o szyby, a liście opadają z drzew? „Kuchnia Franceski” to słodki deser. Nie jest to ciężkostraw-ne danie główne i być może wielu z was uzna tę książkę za zbyt przesłodzoną i w efekcie przewidywalną. Ale bądźmy szczerzy - kto nie potrzebuje czasem po-trzeby ucieczki do świata, gdzie wszystko pięknie pachnie, a miłość dosłownie puka do drzwi? Jeżeli więc kochacie jeść, nie lubicie zbyt długich i skompliko-wanych książek lub też po prostu dopadła was je-sienna depresja i macie ochotę na dobrze napisa-nej pozycji, sięgnijcie po „Kuchnię Franceski” Petera Pezzelliego i dajcie się wciągnąć w tę uroczą lekturę. Paulina Rzymanek Jedz, módl się, kochaj – Elizabeth Gilbert

KSIĄŻKI

Są różne powody, dla których czytamy książki: bo lubimy to robić, bo znajdują się na spisie lektur, bo jesteśmy cie-kawi, bo to nasze hobby, bądź to nasza praca. W zależności od pozycji, zawsze znaj-dzie się powód jej przeczytania. Przyczyną, dla której sięgnęłam po „Jedz, módl się, kochaj” jest film, który wszedł do kin pierwszego paź-dziernika, i który bar-dzo chcę zobaczyć (ze względu na rolę Javiera Bardema). A ponieważ nie oglądam filmów na-kręconych na podsta-wie książek, jeżeli naj-pierw nie przeczytam pierwowzoru, musia-łam siłą rzeczy sięgnąć po bestseller Elizabeth Gilbert. Bałam się od początku, czym też okaże się ta książka, będąc sceptycznie nastawiona do wszystkiego, co arcyamerykańskie (książkę poleca Oprah, a nie ma nic bardziej amerykańskiego, niż amerykańska książka rekomendowana przez boginię amerykańskiej te-lewizji). Niestety, mój strach był całkiem uzasadniony. Ale od początku. Książka „Jedz, módl się, kochaj” to swoista autobiografia pi-sarki i dziennikarki Elizabeth Gilbert. Poznajemy ją, gdy decyduje się na rozwód, który jest prawdziwym ka-mieniem milowym w jej życiu i w efekcie zmienia ją całkowicie. Jednak ani Elizabeth „przed” ani Elizabeth „po” nie zaskarbiła sobie mojej sympatii. Główna bohaterka i jednocześnie narratorka, to prawdziwa królowa dramatu i rozpaczy, szukająca pocieszenia u wszystkich możliwych przyjaciół rozsianych po całym świecie, którzy mimo jej okropnie męczącego i niesamowicie egoistycznego nastawienia do całego świata, jakimś cudem znoszą jej narzekania i depresję.

KSIĄŻKI

Elizabeth Gilbert to prawdziwa neurotyczna Amerykanka poszukująca prawdy o ży-ciu z dala od swojego rodzinnego kraju. Wyjechała do Europy i Azji, gdzie ma nadzieję odnaleźć równowagę, której USA nie może zaofe-rować. Tak się cudnie składa, że ma wystarczająco dużo pieniędzy (mimo koszmarnego i traumatycznego rozwodu), by pozwolić sobie na roczne wakacje, objadając się w Italii (Jedz), spędzić kilka miesięcy na medytacji w Indiach (Módl się) i znaleźć miłość swojego życia w In-donezji (Kochaj). O ile pierwsza część, mimo bolesnych rozwodowych re-trospekcji jest do strawienia (w końcu dzieje się we Włoszech, a klimatu Rzy-mu nie jest tak łatwo zepsuć swoją zdziecinniałą postawą życiową), o tyle Indie, pełne uduchowionych opisów medytacji oraz przemyśleń na temat rozwoju szeroko rozumianego sacrum, to prawdziwa mę-czarnia. Nie dość, że jesteśmy zmuszeni spędzić kilkadziesiąt stron w umyśle okropnie irytującej Elizabeth, to jeszcze spotykamy na swojej drodze Richarda z Teksasu, który prawi mądrości będące krzyżówką prawd naćpanego faceta z cudownie oświeconym prorokiem, któremu było dane poznać najgłębsze tajem-nice ludzkiego żywota. Brzmi strasznie? Cóż, tak jest w rzeczywistości, ale skoro już mamy za sobą duchowe oświecenie prosto z indyjskiej aśramy, opowiedziane z punk-tu widzenia przewrażliwionej amerykanki, to co gorszego może nas spotkać, prawda? Zbliżamy się do punktu trzeciego na naszej liście „Drodze do równowagi według Gilbert”. Kochaj. Oczywiście jest miłość. Praw-dziwa. Romantyczna. Namięt-na i aż po grób. A do-datkowo na Bali czeka na naszą bohaterkę szaman, by to właśnie jej przekazać wszystkie swoje mądrości. I będzie jeszcze biedna kobieta z dzieckiem, której Elizabeth zbuduje dom. I wszystko zakończy się całkowitym szczęściem, nie-zachwianą równowagą du-chową, wierną miłością, nowymi przyjaciółmi z całego świata, nowym życiem i og-romną fortuną, którą Elizabeth Gilbert zarobi dzięki publikacji swojej książki. Nic dziwnego, że Ameryka kocha tę książkę. American Dream można osiągnąć rów-nież za granicą! A potem powrócić jako kobieta sukcesu i żyć sobie beztrosko w New Jersey. Niestety, ja jako mieszkanka starego konty-nentu, zmuszona jestem ocenić „Jedz, módl się, kochaj” jako pozycję przereklamo-waną i bardzo naiwną. Paulina Rzymanek Cień wiatru

KSIĄŻKI

„Każda znajdująca się tu książka, każdy tom, posiadają własną duszę. I to zarówno duszę te-go, kto daną książkę napisał, jak i dusze tych, którzy tę książkę prze-czytali i tak mocno ją przeżyli, że zawładnęła ich wyobraźnią.” Gdyby ktoś cię kiedyś oprowadzał po Cmentarzu Zapomnianych Książek, po-myśl te słowa. Ja tak właś-nie to sobie wyobrażam, zawsze. Idąc między rega-łami w bibliotece, nawet tej zwykłej, miejskiej lub szkolnej, myślę o tysiącach książek, które mijam. O pozaginanych rogach, zatłuszczonych stronach, podkreślonych zdaniach, wyblakłych ilustracjach. O ludziach, w których zostały ich słowa, gdzieś głęboko w środku, po prostu kiedyś przeczytali wyrwane z kon-tekstu – lub nie - zdania i one w nich zostały, może nawet nazwały to, co wcześniej w tych ludziach było nienazwane, czego obecność tylko przeczuwali. Bo: „Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie.” jak mówi tajemniczy człowiek bez twarzy, a on się na słowach świetnie zna. Wiem, że zaczęłam od końca, a właściwie od środka, na pewno zaś nie zaczęłam od początku. Istnieją książki, które czyta się od pierw-szego zdania do ostatniego ciągiem – bez względu na to, która jest godzina i co akurat mamy do roboty ‘na wczoraj’. I „Cień Wiatru” jest taką książką, piękną, wciągającą, pełną treści. Jest książką z bogatą, prze-myślaną fabułą, napisaną w czasach, kiedy na listach bestsellerów królują kiepskie pamiętniki i pożal się Boże poradniki. Ostatnio to zauważyłam – niemodne jest już pisanie książek po-ważnych, liczy się dziś głównie to, żeby było śmieszne, ‘lekkie’ i żeby się szybko czytało. Czy w czytaniu chodzi tylko o to, żeby szybko? Przepraszam za odejście od tematu, brakuje mi w dzisiejszych czasach Prusa, po prostu. Nie można jednak powiedzieć, że nie jest śmiesznie. Fermín Romero de Torres i jego

KSIĄŻKI momentami straszna. Historia, którą skła-dał kawałek po kawałku, smutna. I ja nie będę streszczać jej fabuły – tę książkę warto odkryć samemu, liczę na zaufanie. „Literatura kłamie, choć ładnie to czyni.” Anna Żmuda

mądrości życiowe doprowadzą do spazmatycznych śmiechów każdego. „Miłość jest jak wędlina: jest salami i jest mortadela.” Bo w ogóle postacie są mocną stroną powieści Zafona. Każda z nich wydaje się być konieczna dla całości, co pogłębia jeszcze bardziej wrażenie, że ob-serwuje się świat ab-solutnie realny. Co jest więcej wyjątkowego w „Cieniu Wiatru”? Jeden z najpiękniejszych, jakie znam, opisów miasta. Nie można nie zakochać się w Barcelonie, przeczytawszy tę książkę. Wzniosłe gmachy, tajemnicze przejścia, urok-liwe uliczki, zabiegane ulice, swojskie podwórka. Tysiące małych światów. Po przeczytaniu ostatniej kropki ma się ochotę zabu-kować bilet lotniczy. Już. Natychmiast. Od razu. Żeby nie zgubić tego, co się znalazło, sprawdzić, czy ta Barcelona, taka właśnie, naprawdę istnieje. Mały Daniel pokochał książkę Caraxa, ponieważ jej słowa go zaczarowały. Nie potrafił powiedzieć o czym jest, ponieważ opisywanie ode-brałoby jej całą magię. Droga, jaką pokonał, żeby poznać człowieka, którego słowa mia-ły nad nim moc, była trudna, Już po raz czwarty Teatr im. Adama Mickiewicza w Częstochowie zaprosił widzów na organizowany przez siebie Międzynarodowy Przegląd Przedstawień Istotnych „Przez Dotyk”. W ciągu sześciu festiwalowych dni zaprezentowanych zostało zaprezentowanych 11 przedstawień oraz koncert Jaromira Nohavicy. Niemniej nie jest to przegląd najciekawszych propozycji minionego sezonu. Hasło przewodnie tegorocznej edycji brzmi: „Pogubieni?” i, niestety, to pogubienie daje się zauważyć w grze aktorów. Również reprezentacja międzynarodowa wypada dość blado (jedynie 2 czeskie propozycje).
Co teatralnego piszczy w Świętym Mieście?
TEATR

Nie mogę obiektywnie ocenić całego festiwalu, mam za sobą jedynie pierwsze dni imprezy i być może kolejne okażą się ogromnym zaskoczeniem. Skupię się jednak na pro-pozycjach gospodarzy, bo te z hasłem przewodnim są ściśle związane. Teatr im. A. Mickiewicza wystawił do festiwalowej prezentacji spektakle, których na pewno nie musi się wstydzić - Plażę Petera Asmussnena w reżyserii André Hübner – Ochodlo oraz Patrz, słońce zachodzi. Sibylle Berg w reżyserii Bronisławy Nowickiej. Obydwie sztuki doskonale wpisują się w hasło edycji, postanowiłam skupić się na pierwszej z nich, która swoją premierę miała 30 stycznia 2010 roku. Była to premiera długo wyczekiwana, bo teatr zamierzał wystawić tę sztukę już kilka lat temu, ale z rozmaitych przyczyn do tego nie doszło. To, co możemy oglądać na częstochowskiej scenie, pozytywnie zaskakuje. Sztuka o problemach, relacjach między ludźmi, trudnościach codziennego życia i o tym, jak bardzo, wręcz rozpaczliwie, potrzebujemy drugiego człowieka. Reżyser znany doskonale częstochowskiej publiczności rysuje przed nami symboliczny obraz, w którym tęsknota miesza się z rozmai-tymi uczuciami - od gniewu, silnej obecności, przez erotyzm do samotności, z której nie można się wyrwać. Oto dwie pary borykające się ze swymi prywatnymi problemami spotykają się w pensjonacie, w nadmorskiej miejscowości, której jedyną atrakcją jest tytułowa plaża. Sanne (Teresa Dzielska) i Jan (Adam Hutyra) spędzają tam urlop już od kilku lat, a każde wakacje Jan skrupulatnie upamiętnia aparatem fotograficznym, bo mówi, że tylko dzięki zdjęciom jest w stanie cokolwiek zapamiętać. Tym razem jednak Jan nie zabrał aparatu, tym samym nawiązuje się więź między drugą parą - Vernerem (Maciej Półtorak) i Benedikte (Sylwia Oksiuta), którzy w to miejsce przyjechali po raz pierwszy i nie ostatni. Sytuacja ich przypadkowego, a później już

TEATR

planowanego spotkania powtarza się przez cztery kolejne lata. Tego, co dzieje się w ich życiach przez resztę roku, możemy się jedynie domyślać, ale mamy pewność, że dzieje się sporo, zwłaszcza w sferze emocjonalnej. Plaża stanowi niejako studium upadku i rodzenia się relacji międzyludzkich, które przez fizyczność osiągają swój wymiar duchowy i odwrotnie. Andre Hübner – Ochodlo ma ogromne wyczucia przestrzeni scenicznej, świetnie operuje nawet niewielkim obszarem, w którym dzięki prostym rozwiązaniom uzyskuje wieloplanowość. Jeżeli ktoś oglądał jego spektakle, sposób aranżacji scenograficznej na pewno spostrzeże jako cechę charakte-rystyczną. Nie powiem, że wszystkie środki stosowane przez niego wydają mi się konieczne i niepodważalnie słuszne, ale wiele z nich dopełnia obrazu całości. Plaża to spektakl trudny oraz wymagający od widza swoistego skupienia. Być może wynika to z jego długości i tego „czteroletniego” roz-ciągnięcia w akcji, bo im późniejsze epizody, tym trudniej nam skupić swoją uwagę, być może gdyby spróbować okroić tekst, spektakl zyskałby na świeżości. Niestety, bardzo prawdopodobne, że odbiłoby się to niekorzystnie na jego psychologii. Mimo wszystko uważam, że Plaża jest godna polecenia. Nie mam nic do zarzucenia aktorstwu, zwłaszcza sceny erotyczne zostały rozwiązane w sposób, który uważam za szczególnie trafny dla przedstawiania takiej tematyki na teatralnych deskach. Natomiast nadmiar symboliczności w finale może być drażniący, bo zdecydowanie co za dużo to niezdrowo. Barbara Man Cały świat zaskoczyła informacja, że w Korei Północnej odwołano Zjazd Komunistycznej Partii Korei. Zjazd w niczym nieszczególny, ale ponieważ Kim Dzong Il nie mógł w niej uczestniczyć, stała się jedną z priorytetowych wiadomości. Stan zdrowia Kim Dzong Ila jest ciężki – ma on małe szanse na dożycie roku 2013. Cierpi na ciężką niewydolność wątroby, a jego nerki wymagają stałej dializy. Ma problemy z sercem, a na skutek wylewu, który przeszedł przed dwoma laty, jest częściowo sparaliżowany. Nic dziwnego więc w tym, że od miesięcy trwają spekulacje, kto obejmie władzę w Korei Północnej.
Kim Dzong Il – i kto dalej?
ŚWIAT

Największe szanse na to ma Kim Dzong Un, najmłodszy syn przywódcy KRLD. Świadczy o tym fakt, że ojciec zabrał go w sierpniu do Pekinu. Jednym z celów wizyty było zapewne „przedstawienie następcy tronu” chińskim przywódcom. Ponadto trwa sukcesywne przekazywanie funkcji w aparacie władzy. Rola Chin w tym jest znacząca. Pekin mógłby wesprzeć frakcje wrogie Kim Dzong Ilowi i Unowi. Zapewne tylko kwestią czasu jest wybór Una na członka Biura Politycznego KC Partii Pracy Korei oraz szefa departamentu ds. personalnych. Stamtąd już tylko krok do wybrania sobie współpracowników tak, by móc stanąć na czele Komisji ds. Bezpieczeństwa Narodowego, która de facto nadzoruje armię i służby bezpieczeństwa. To zaś oznaczałoby zdo-bycie realnego przywództwa w kraju. Decyzja ta została jednak przeniesiona w czasie, ze względu na niedawno odwołany zjazd partii. O synu Kim Dzong Ila wiadomo drastycznie mało. Jednak znawcy właśnie jego typują na następcę od 8 stycznia 2009 roku. Właśnie wtedy Un został naznaczony na następcę. Świadczyć ma o tym wyznaczenie nowego święta państwowego, właśnie w dniu 8 stycznia, czyli dniu urodzin Una. Do niedawna zachodnie media spekulowały ile Un może mieć lat. Ostatecznie w komunikacie podano, że Un jest 28-latkiem. Możliwe jest jednak, że jest to zabieg aparatu propagandy, według której Kim Ir Sen przyszedł na świat w 1912 roku, Kim Dzong Il w 1942 (choć faktycznie urodził się w 1941 roku), zaś Kim Dzon Un w 1982 roku. Tak o wiele łatwiej zapamiętać, nie wspominając o sile numerologicznej i wylicze-niach astrologów. Reżim zastrzegł sobie ponadto, że imię „Dzong Un” jest przeznaczone tylko dla syna Kim Dzong Ila, zaś wszystkich posiadaczy zobowiązuje się do zmiany. Un wykazuje się podobno talentem przywód-czym, bystrością umysłu, siłą fizyczną oraz mocną głową do picia. Jednakże pochodzi z nieprawego łóża, cierpi na nadciśnienie i cukrzycę oraz ma problem alkoholowy. Jeżeli faktycznie zostałby mianowany zastępcą Kim Dzong Ila, na pewno nie rządziłby sam.

ŚWIAT

I tutaj na scenę wschodzi Dzong Song Thaek, 64-letni wuj Una, obecny wiceszef partii komunistycznej i równocześnie mentor młodego Kim Dzong Una. Choć naraził się w 2004 r. ukochanemu przywódcy, to w cztery lata później właśnie jemu chory Kim Dzong Il przekazał władzę. Na pewno w staraniach o władzę nie ma szans córka Kim Sul Song, choć bibliografowie nie są nawet pewni jej imienia. A inni? Najstarszy brat Kim Dzong Una ma 39 lat i choć jako pierworodnemu, to jemu należałaby się władza, raczej jej nie odziedziczy. Powodów jest kilka: po pierwsze przebywa za granicą (w Chinach, zresztą z woli ojca), po drugie prowadzi rozrywkowy tryb życia, a o tym, że jest uzależniony od hazardu wiedzą niemal wszyscy. Po trzecie skompro-mitował się na tokijskim lotnisku, legity-mując się fałszywym paszportem i opo-wiadając, że przyjechał zwiedzić Disneyland. Kolejny z braci Kim Dzong Chol miał szanse na sukcesję. Jego podobizna kilka lat widniała na znaczkach pocztowych. Został szefem jednej z grup partyjnych oraz kierownikiem departamentu agitacji i propa-gandy. Jednak cechy osobowe i warunki głosowe wykluczają go ze stanowiska. Dzong Chol mówi piskliwym, wręcz kobiecym głosem. I choć jest to wynik zaburzeń hormo-nalnych, to uznawane jest to za niemęskie. Należy jednak wziąć pod uwagę, że po śmierci Kim Dzong Ila zapanuje chaos, który opanować mieliby wojskowi, tworząc tym samym dyktaturę na wzór Brimy. Jeśli Kim Dzong Un zostanie oficjalnie ogłoszony następcą, nie oznacza to automatycznie, że będzie sprawować faktyczne przywództwo w kraju. Historia pokazuje, że jego przodkowie wiele lat walczyli o najwyższe miejsca w partii, chociaż oficjalnie posiadali władzę. Kim Dzong Un, mając 28 lat i skromny bagaż doświadczeń może nie poradzić sobie z tym tak szybko.

ŚWIAT

Pozostaje nam tylko czekać do oficjalnej deklaracji. A potem propaganda zacznie na nowo pisać biografię Kim Dzong Una, z biegiem lat wielokrotnie ją zmieniając. Dynastie u władzy występowały w wielu państwach, jednak wprowadzenie trzeciego pokolenia „na szczyt” to ewenement. Poza tym nigdzie jeszcze tacy władcy nie doprowadzili do tak dramatycznego wyniszczenia kraju i śmierci milionów obywateli. Promykiem nadziei jest fakt, że cokolwiek stanie się po śmierci Kim Dzong Ila, nowy lider nie zdobędzie takiej władzy jaka miał obecny władca. Nie zdobędzie takiej potęgi, ani też szybko nie doczeka się kultu, jakiego doczekał się Kim Dzong Il. Anna Jasińska (na podstawie wykładów Andrzeja Bobera oraz Historii Współczesnej) Długo nie wiedziałam, o czym napisać. Trendy na jesień? Nie, jeszcze zdążę. Poza tym szczerze wątpię, że w tym roku nie przywdziejemy zbyt szybko kurtek i płaszczy zimowych. Podejrzewam, że na Święto Zmarłych będziemy mieć przynajmniej jedną warstwę śniegu za sobą. Połączę więc trendy jesienne z zimowymi i będzie jak znalazł. Mówi się, że tematy na felieton przynosi życie. I w tym przypadku nie było inaczej, choć przez prawie miesiąc musiałam czekać na natchnienie.
O second - handach
MODA

Pewnego deszczowego poniedziałku wstałam wcześniej, niż zwykle. Choć pogoda była okropna, a pierwszą myślą, gdy otwo-rzyłam oko było: „Chcę spać, pozwólcie mi spać!” Przypomniałam sobie jednak, że wstaję z własnej woli i zwlekłam najpierw nogę, potem rękę i całą resztę z łóżka. Powodem była zwykła ludzka ciekawość, jak to się dzieje w wielu przypadkach. Mianowicie całe wakacje w niedzielę wieczorem ko-leżanka narzekała, że musi wstać rano, bo się umówiła. Byłam zdziwiona, bo kogo w wakacje w ogóle obchodzą dni tygodnia, a co dopiero fakt, że ktoś wstaje w poniedziałek rano!? Szok. Na to objaśniono mi, że umówiła się na 8.45. Z koleżanką, bo idzie na „polowanie na ciuchy”. Moje zainteresowanie rosło i rosło, aż w końcu dowiedziałam się, że o 9 otwierają second – hand, a na początku tygodnia jest zawsze nowa dostawa. Ponieważ są straszne kolejki, należy przyjść wcześniej, żeby w miarę możliwości dostać się do wieszaków. Z opowieści usłyszałam, że jest ciekawie, bo kobiety „biją się o ciuchy jak

MODA

o mięso”. Moja wyobraźnia zarysowała damskie postaci łapiące się za włosy i targające jedno ubranie. Musiałam to zobaczyć! Na miejscu byłam około 9.15. To, co uj-rzałam, przeszło moje najśmielsze ocze-kiwania – przy wieszakach kłębiły się tłumy kobiet. Odetchnęłam, chwilę zastanawiając się czy wejść, ale zaryzykowałam. Ku mojemu zdziwieniu nie zostałam zgnieciona przez szalone zakupoholiczki. Spokojnie podeszłam do pierwszego lepszego stojaka rozglądając się na boki. Wokół mnie roiło się od pań w każdym wieku. Matki, córki, babcie, ciocie – były tu wszystkie. Różnie ubrane, ale zauważyłam, że sporo jest 20 – 40 – latek, których ubrań nikt by się nie powstydził, prawdziwych fashionistek. Ich stroje składały się z modnych botków, skórzanych torebek – kopertówek, idealnych płaszczy i kolorowych chustek. Bez pro-blemu mogłam podać sklepy, w których na co dzień kupują, ale tu z pewnością przyszły szukać czegoś oryginalnego, czego nie ma w zwykłych sieciówkach. Wzięłam dwa ciuchy, nie chciało mi się grzebać wytrwale, przepychać między torbami i szukać „perełek”. Stanęłam więc w kolejce do przymierzalni, a ta była pokaźna. Rozglądnęłam się wokół. Panie wciąż wertowały szmatki z pasją, praw-dziwą zawziętością w oczach, ale nie zauważyłam by ktoś się kłócił. Wolałam natomiast nie patrzeć, co upolowały po-zostałe, bo gdy stanęłam tak i zobaczyłam u jednej przecudną, jedwabną sukienkę, a u drugiej zwiewną tunikę, żałowałam, że nie trafiłam na nie akurat ja. Mile zdziwiło mnie również to, że w sklepie spotykają się znajome, często tylko z „po-lowań”. Wymieniają się ciuchami, jeśli to nie ich rozmiar, doradzają sobie, opowiadają, co nowego, modnego sobie

MODA

kupiły, a co według nich nie nadaje się do noszenia. „Na oko” potrafią orzec, ile będzie ważyła para butów i ile aktualnie będzie kosztować (cena uzależniona jest od dnia tygodnia). Zachwyciło mnie w tej wizycie nie tylko to, że znalazłam nowiutką rzecz cztery razy tańszą, niż identyczna w tym roku w H&M, ale też fakt, że jest to swego rodzaju społeczność otwarta, którą łączy jedna pasja – moda. Taki zakupoholizm jest też dla nas i dla grubości naszego portfela znacznie zdrowszy, bo kupimy – często nowe ciuchy za o wiele niższą cenę. Ponadto możemy znaleźć coś naprawdę świetnego, unikatowego, czego nie będzie miał nikt, a im większe miasto, tym większe na to szanse. Czasy, gdy second – hand równał się "lumpeks", już dawno minęły. Teraz „second – hand” to znaczy: oryginalność, wyczucie stylu, bycie modnym w 100 %. A w sklepach „z drugiej ręki” ubierają się nawet gwiazdy. Nikola Bochyńska Mogłoby się wydawać, że przeprowadzka z małego miasteczka do wielkiej aglomeracji to nie lada wyzwanie. A tymczasem okazuje się, że zmiana (zdawałoby się) dużego miasta na stolicę wcale nie jest dużo prostsza. Zwłaszcza, jeśli nagle rozpoczyna się życie na własny rachunek…
Pomyśl trzy razy, zanim pójdziesz na studia…*
STUDIA

Ja nie mam gdzie mieszkać! Znalezienie mieszkania do wynajęcia to banał. Wystarczy otworzyć gazetę, wybrać naj-bardziej interesujące nas ogłoszenie, wykonać telefon, umówić się na spotkanie, obejrzeć, zaakceptować, podpisać umowę, spakować walizki i już. Marzenia ściętej głowy. Po pierwsze, znalezienie dokładnie takiego mieszkania, o jakim się marzyło, które nie będzie nas kosztować 3/4 miesięcznej pensji całej rodziny jest niemożliwe. Po prostu niemożliwe i już. Cóż, trudno przecież oczekiwać, żeby ceny w ścisłym centrum miasta (bo przecież po co marnować czas i pieniądze na dojazdy?) nie przy-prawiały o zawrót głowy. Ale dobrze, załóżmy, że znaleźliśmy lokum, na które nas stać i które nie zmusza nas do spędzenia pół godziny rano w metrze (lub trzech i pół w korkach) – wydawałoby się, że nic, tylko się cieszyć. Hola, hola! Żeby nie było tak słodko i różowo musi się jeszcze po drodze okazać, że w owym „gniazdku” nie ma mebli, podłogi są do wymiany, a w oknach hula

STUDIA * Ten artykuł jest oczywiście mocno przerysowany i absolutnie nie ma na celu przekonania kogokolwiek, żeby rezygnował z wymarzonej medycyny z powodu konieczności cotygodniowego szorowania wanny.

wiatr. No nic, zaciskamy zęby i remontujemy – mimo krwi, potu, łez i uciekających bez-powrotnie wakacji. Kiedy już wszystko jest tak, jak chcieliśmy, pozostaje tylko wynająć przyczepę i ciągnąć ją ze sobą trzysta kilometrów – ewentualnie spędzić kolejny tydzień usiłując własnoręcznie skręcić meble z Ikei. Obie opcje są wyjątkowo parszywe. No i… można się przeprowadzać – pod wa-runkiem, że nie zapomni się zabrać garnków, patelni, sztućców, żelazka, odkurzacza i mi-krofalówki. W przeciwnym razie czeka nas kolejna wyprawa do Ikei, Media Marktu i Carrefoura. I gdzież fundusze na słynne studenckie życie…? Komunikacja miejska nie gryzie – och, doprawdy? Rok akademicki się rozpoczął, zatem na uczelnię należałoby jakoś dotrzeć. Pierwsza opcja – autobus. Odpada, pojęcie „godzin szczytu” brzmi wystarczająco tragicznie nawet, jeśli nie musimy się z nim mierzyć dwa razy dziennie. Tramwaj? Szukanie konkretnego przystanku zajmuje zbyt dużo czasu. No to zostaje nam metro. I tu pojawiają się dwie opcje. Albo jesteśmy nadgorliwi (czy też choćby „ambitni”) i nie chcąc się spóźnić na wykład siedzimy godzinę pod salą (bo kto mógł się spodziewać, że przemierzenie 16 kilometrów naprawdę może trwać poniżej 90 minut?), albo wychodzimy z założenia, że zdążymy i wpadamy na zajęcia dobre 20 minut spóźnieni. Pół biedy, jeśli to wykład na którym siedzi blisko 600 osób, gorzej, jeżeli chcemy się wślizgnąć niezauważeni do trzydziestoosobowego pomieszczenia. Powodzenia… Keczup z promocji Wiadomo, że studenci to z natury rzeczy dość specyficzna grupa społeczna.

STUDIA

W dużym skrócie i stereotypowo patrząc, można by powiedzieć, że zawsze ma co pić, a nie zawsze ma co jeść. Oczywiście jest to dość mocno przerysowany obraz, jednak niekoniecznie brak mu ziarenka prawdy. Kiedy w szafkach słychać echo, a w lodówce zostają tylko półki i światło, a na domiar złego okazuje się, że nie ma mamy, która pogoniłaby pędem do Biedronki, nagle zdajemy sobie sprawę, że trzeba wybrać: koncert czy ziemniaki (bo zazwyczaj niestety jest tak, że na jedno i drugie niekoniecznie musi nam wystarczyć, jeżeli naprawdę chcemy mieć za co iść na tę imprezę w piątek…). I kończy się tak, że wróciwszy z uczelni rzucamy torbą, bierzemy reklamówkę, robimy listę rzeczy absolutnie najpotrzebniejszych… i pół godziny analizujemy ceny na półkach w Realu usiłując wmówić sobie, że najtańszy majonez wcale nie będzie się wiele różnił od tego, który jedliśmy w „starych dobrych czasach”, kiedy mieszkaliśmy z rodzicami. Magdalena Kelniarz



Marzyliście kiedyś o „roku życia” spędzonym daleko od domu, wśród obcokrajowców? O poznaniu fascynu-jących miejsc, ciekawych ludzi, zmierzeniu się z samym sobą? Taka myśl prześladowała mnie od zawsze. W końcu udało mi się spełnić moje pragnienie. Jestem we Francji na Erasmusie!
Bienvenue en France
STUDIA STUDIA

Sądzę, że większość spotkała się już z nazwą tego programu. Dla tych, którym jest ona obca, przybliżę pokrótce jego założenia. Sokrates Erasmus jest międzynarodowym programem wymian studentów. Zazwyczaj ogranicza się on do Europy, ale również młodzież z innych rejonów świata ma możliwość podjęcia studiów na naszym kontynencie. Warunkiem uczestnictwa jest znajomość języka kraju, do którego się wybieramy albo angielskiego - w zależności od programu studiów. Poza tym ważna jest również średnia ocen. Uczelnie macierzyste pomagają studentom, wypłacając stypendia wyrównujące różnice w cenie utrzymania pomiędzy Polską a wybranym krajem. Pozostaje tylko uzupełnić stosik doku-mentów, wybrać uczelnię, gdzie chcemy się uczyć, zamówić bilet i spakować walizkę. Dopiero po przyjeździe na miejsce okazuje się, o ilu drobiazgach nie wiedzieliśmy, że nie mamy książeczki zdrowia, wystarczającej ilości zdjęć legitymacyjnych potrzebnych właściwie wszędzie - w akademiku, do legitymacji, do karty bibliotecznej, biletu miesięcznego etc. Przedmioty wybrane

STUDIA

przez nas jeszcze w Polsce niekoniecznie zgadzają się z tym, co jest na miejscu, poza tym zajęcia, na których powinniśmy się pojawić, odbywają się w tym samym czasie. Francja znana jest z biurokracji. Pod tym względem mnie nie rozczarowała. O ile w Polsce przy zakładaniu konta bankowego wystarczy podpisać umowę, ewentualnie jeszcze parę drobnych papierków, o tyle tutaj otrzymałam całą stertę makulatury do przeczytania, zapamiętania i asygnowania. W celu otrzymania jakiegoś dokumentu trzeba stać przynajmniej w kilku kolejkach i kiedy nareszcie znajdujemy się na początku, dowiadujemy się, że to jednak nie tutaj. Razem z innymi obcokrajowcami próbujemy zrozumieć, dlaczego wszystko w niedzielę – od sklepów, restauracji, po transport publiczny, jest nieczynne. Co

STUDIA

dziwniejsze, dlaczego jest też tak w poniedziałek? Francuzi powiedzieli, że nie ma się nad czym zastanawiać, bo logicznie tego nie wytłumaczą. Musimy to po prostu przyjąć i już. Wszystkie wymienione wyżej trudności wcale nie zniechęciły mnie do tego kraju. Wręcz przeciwnie, mam okazję nauczyć się czegoś innego i dowiedzieć się, jak żyć inaczej niż "po polsku". Warte wspomnienia jest to, iż ludzie mają tu nieco inne usposobienie. W mniejszych miasteczkach na korytarzach akademika wszyscy witają się, uśmiechają. Zdecydowanie tworzy to atmosferę serdeczności i pomaga zawierać nowe znajomości. Przyjechaliśmy tu na studia, ale nie przeszkadza to ani trochę w spędzaniu czasu w międzynarodowym towa-rzystwie, ucząc się słów w obcych językach, degustowaniu tradycyjnych potraw (często gotowanych po raz pierwszy w życiu, bez koniecznych, a nieosiągalnych we Francji składników, improwizowanych bez przepisów), poznawaniu gier, oglądaniu filmów. Dopiero w konfrontacji z innymi kulturami dowiadujemy się sporo o naszych cechach narodowych. Nie mówię tu o stereotypach, które staramy się obalać i z których żartujemy (są w Polsce niedźwiedzie polarne czy nie?). Według Brazylijczyków na przykład my, Europejczycy jesteśmy zbyt spięci, przejmujemy się drobiazgami, nie pozwalamy sobie na spontaniczność. Dla nas natomiast są oni nieco niezorganizowani, spóźnialscy, zbyt nierozgarnięci. W sytuacjach, kiedy próbujemy się gdzieś razem wybrać, niezbędna okazuje się sztuka kompromisu. Mimo wszystko udało nam się zorganizować weekendowy wyjazd do Amsterdamu. Nie da się ukryć, że pojawiło się parę problemów. Okazuje się, że szukając miejsca do spania na dzień przed wyjazdem, można znaleźć jedynie camping sporo oddalony od centrum miasta. Ponadto bę-dziemy już wiedzieć, że warto byłoby rezerwować samochód nieco wcześniej niż parę godzin przed planowanym odjazdem, który nawiasem mówiąc, przesunął się o dwie czy trzy godziny. Uczymy się spontaniczności! Często wchodząc do sklepu, restauracji, spotykamy się z pytaniem

STUDIA STUDIA

o narodowość. Odpowiedź jest zazwyczaj nieco bardziej skomplikowana niż pytający się spodziewał: „My jesteśmy z Brazylii, te trzy to Polki, dwie Hiszpanki i Niemka”. Czasami zmienia się ilość i narodowości, dodajemy: Anglicy, Węgier, Koreanki, Meksykanin. Tworzymy kolorową grupę. Jedynie rzadko można spotkać z nami Francuzów. Są wyjątki, ale raczej nie są zbyt chętni do integracji. Dla nich jesteśmy wciąż po miesiącu stworzeniami egzotycznymi, chociaż powoli przełamujemy się i zaczynamy sobie mówić „cześć” na korytarzach uczelni czy akademika. Wspominałam o nauce obcych języków. Większość potrafi powiedzieć już "dzień dobry", "dobranoc", ale mimo wszystko twierdzą, że polski jest trudnym językiem. Główną trudnością jest to, że nie widzą różnicy między słowami: "Kasia" i "kasza" i z radością pokazując na kaszę, mówią do Kasi, że nazywa się jak to coś do jedzenia. Nie rozróżniają też słów: „proszę” i „prosię”. Podobnie jest i ze mną. Zazwyczaj za granicą staram się przedstawiać moim pełnym imieniem, ale razem ze mną jest tu kilka Polek, które i tak nazywają mnie Ola. Za każdym razem, kiedy widzę zdziwienie na twarzach obcokrajowców, muszę tłumaczyć, że Ola to takie imię i nie ma to nic wspólnego z hiszpańskim "hola" wymawianym dokładnie tak samo. Stałam się ofiarą jakże popularnego żartu - powitania: Hola Ola! Jestem we Francji dopiero od miesiąca. Mimo to czuję, że spędzę tu dobry rok, obfity w przygody, które będę wspo-minać przez całe życie. Nie wszystko przychodzi mi tu łatwo, w końcu zajęcia prowadzone są w obcym języku, tak zresztą jak będę musiała pisać egzaminy. Ale pokonanie z odrobiną wysiłku takich właśnie przeszkód sprawia ogromną satysfakcję, dodaje siły i odwagi do podjęcia nowych wyzwań. Aleksandra Bieniek Jest taki kraj, gdzieś na wschodzie, tam gdzie kończy się Europa, gdzie niedźwiedzie polarne spacerują po ulicach przez cały rok pomiędzy ruinami pozostałymi z drugiej wojny światowej, a jeżeli już znajdzie się tam samochód, jest on z pewnością kradziony w Niemczech. Ten kraj nazywa się Polska.
Zima, Kraków i pierogi
ŚWIAT

Trochę przesadziłam. Ale niestety są to stwierdzenia, z którymi nieraz spotkałam się w czasie rozmów z obcokrajowcami. Większość zdaje sobie sprawę z istnienia takiego państwa, ale nie wszyscy wiedzą, gdzie go przyporządkować, nie zawsze mają ochotę się tym zajmować. W końcu to mały, nic nie znaczący na arenie europejskiej, a cóż to dopiero mówić o świa-towej, kraj. Przeprowadziłam mały wywiad wśród młodych z całego świata i okazuje się, iż nie jest tak źle, jak można by się spodziewać. Pierwsze skojarzenia z Polską to druga wojna światowa, Jan Paweł II, Kraków, Warszawa, "na zdrowie". Polska z pewnością znajduje się w Europie. Na wschodzie. W każdym razie na wschód od Francji. Jakie to było zdziwienie, kiedy w czyimś terminarzu znaleźliśmy mapę Europy, na której bardzo ładnie zaprezentowano, że nasz kraj leży dokładnie w centrum kontynentu. Polska znajdowała się bowiem na samym środku, przecięta na pół. Czyli na Polsce nie kończy się Europa - to było

ŚWIAT

kolejnie wielkie odkrycie. Zamknęłam mapę i zapytałam, czy mamy dostęp do morza. Tak. Nie- usłyszałam w tym samym czasie. Po krótkiej dyskusji moi rozmówcy stwierdzili, że jednak morze jest, a na-wet przyznali nam prawo do gór. Bo skoro góry są na Słowacji i w Czechach, to chyba nie zatrzymują się na granicy, tylko pną się dalej. Problemy pojawiają się przy pytaniu o kli-mat. Pierwsza odpowiedź, jaka pada to: zimny. Precyzując, mimo wszystko w niedź-wiedzie polarne nikt nie wierzy, Polska nie leży też poza granicą wiecznego śniegu. Dla gorących narodowości Ameryki Po-łudniowej temperatura poniżej zera jest niewyobrażalna, śnieg widzieli tylko w te-lewizji, dlatego porównują pogodę w lecie. Upalna temperatura, kiedy my jesteśmy na skraju wytrzymałości, dla nich jest normą. Wniosek: Polska jest zimnym miejscem. My, Polacy, jemy dziwne rzeczy. Jedną z nich jest na przykład kapusta kiszona i grzyby zawinięte w ciasto i ugotowane. Wygląda to trochę podejrzanie, zapach też nieco-dzienny, ale mimo wszystko okazuje się całkiem smaczne. Poza tym należy pa-miętać o naszym trunku narodowym. Pojawia się jednak pytanie, czy aby na pewno wódka nie jest rosyjska - niektórym tak się kojarzy. Ta kwestia pozostała nierozstrzygnięta, być może będzie przedmiotem kolejnej dyskusji. Nie ma jednak wątpliwości, że w sklepach za granicą można kupić aż trzy rodzaje polskiej wódki i ani jednego rosyjskiej, co może być odpowiedzią. Słyszałam, że trzech najczęściej wymie-nianych Polaków to Jan Paweł II, Lech Wałęsa i Robert Kubica. O papieżu wspom-nieli sami, postanowiłam więc zapytać o po-zostałych dwóch. Nazwisko działacza Solidarności jest im całkowicie obce,

ŚWIAT

nie kojarzy się z niczym. Co do Kubicy, wyrazili zdziwienie, że jest Polakiem. Podobnie sprawa ma się z Chopinem i Marią Skłodowską Curie. Tutaj winę ponoszą chyba nazwiska, szczególnie że u noblistki pomijane jest to polskie. Nasz język jest zarówno trudny jak i ciekawy. Interesujący przez to, że jest poniekąd egzotyczny, zupełnie nie podobny w brzmieniu do żadnego innego znanego im języka. Najprawdopodobniej jest podobny do innych języków słowiańskich, takich jak czeski czy rosyjski, ale nie jest to pewne. Zostałam zasypana znanymi zwrotami i słowami: "mam na imię", "dzień dobry", "tak", "nie", "miło mi cię poznać", "jeden, dwa, trzy… dziesięć", "masz czas?", "gdzie jest toaleta?", "papa". Pozytywnym aspektem, według

ŚWIAT

tych, którzy już kiedyś odwiedzili naszą ojczyznę, jest to, że szczególnie młodzi ludzie znają obce języki: angielski, niemiecki. Można bez obaw wybrać się do Polski nie mówiąc po polsku. Stereotypowy Polak to złodziej niemieckich samochodów, ale na pocieszenie usłyszałam, że stereotypowy Argen-tyńczyk kradnie brazylijskie samochody. Polska postrze-gana jest jako kraj nierozwinięty, nieco zacofany gospo-darczo, ale za to tańszy. Co ciekawe, nie wspomniano o naszych rodakach, którzy emigrują w celach zarob-kowych. Możliwe, że moi rozmówcy nie spotkali się nigdy z tą sytuacją, ale według nich w większości krajów wizerunek Polaków nie jest negatywny, raczej definiują jako obojętny. Coś, co najbardziej zadziwia, to fenomen zdrobnień pols-kich imion. Trzeba przyznać, że mamy ich naprawdę wiele i nie zawsze są one podobne do formy oficjalnej. Ale nigdy nie sądziłam, że aż taką radością może być odkrycie,

ŚWIAT

że Katarzyna to Kasia, a Jakub – Kuba. Kolejną niez-wykłością jest obchodzenie imienin. Czy po spotkaniu Polaków można zmienić zdanie na temat Polski? Owszem, okazuje się, że nie każdy Polak to złodziej i nawet jeśli Niemcy nie przepadają za Polakami jako narodowością (z wzajemnością, niestety), można polubić konkretną osobę. U większości zrodziła się ochota wycieczki na wschód, który wcześniej nie wydawał się ani trochę pociągający. Niektórzy nawet zarezerwowali już bilety na samolot. Rozmawiałam z młodymi z : Niemiec, Francji, Anglii, Brazylii, Kolumbii i Indii. Aleksandra Bieniek



Łapanie lata
Spróbuj wyjrzeć za okno. Na pewno gdzieś niedaleko znajdzie się jakieś drzewo, może trawnik, ewentualnie grządka albo żywopłot. Przyjrzyj się im uważnie.
PODRÓŻE PODRÓŻE

Żółkną. I jest to spodziewaną oznaką nadcho-dzącej jesieni. Pewnie wyciągnąłeś/ęłaś już z szafy cieplejszy płaszczyk i okręcasz sobie jakiś szalik dookoła szyi, kiedy wychodzisz. Niewykluczone, że zdążyłeś/łaś zdjąć już z tablicy korkowej piękne widoczki, połyskujące z wakacyjnych pocztówek. Może porzuciłeś/łaś projekty wycieczki rowerowej do najbliższej wsi z kocem i koszykiem pełnych pysznych rzeczy… A może i nie, kto wie? Ja, niestety, właśnie tak postąpiłam. Ale jest jedna rzecz, którą powinieneś/naś wiedzieć. Wakacyjne wypady wcale nie kończą się wraz z pierwszym szkolnym dzwonkiem. Przyroda, tak piękna w swojej jesiennej szacie, nie daje się zostawić za drzwiami klasy i wciąż kusząco wygląda zza zamkniętego okna, powodując, że nie jest łatwo skupić się na biologii czy fizyce. Co więc należy zrobić, żeby uwolnić się od przymusowej utraty tlenu przez wszystkie następne miesiące? Nabrać go już teraz! Może piknikowy koszyk nie jest takim znowu złym pomysłem? Wystarczy wybrać grubszy koc, zrobić do termosu ciepłej herbaty zamiast brać colę w butelce, narzucić coś jeszcze na siebie… I voila! Każdy las obok ciebie jest pełen tajemnic. Pod każdym drzewem rosną kosze podgrzybków (sama widziałam; mało tego, zdołałam nawet odkryć parę maślaków, schowanych w wyjątkowo gęstych igłach). Gdzieniegdzie majaczą już kasztany. Na skwerach widuje się zakochane pary, schowane w cieniu pozostałych jeszcze na gałęziach liści, przytulające się do siebie nad stawkami i obserwujące kaczki, które nie odleciały na zimę. Niektórzy biegają wesoło, trzymające się za ręce czy zbierające opadłe liście w imponujące bukiety. Tak więc, kochani, nie planujcie wielkich podróży last minute, bo z reguły to, co wybiera się w październiku, nie jest tej samej jakości, co w sierpniu czy lipcu. Ceny, ostatecznie, nie spadają same z siebie.

PODRÓŻE

Zamiast tego postarajcie się wygospodarować sobie trochę czasu na to, żeby wyjść z domu. Wrzućcie repetytorium z fizyki do pod-ręcznej torby, ubierzcie wygodne buty i idźcie na spacer. Ławki na wyspach czy w parkach świetnie nadają się do nauki w stylu „enigmatyczny nastolatek którego warto poznać”, więc kiedy tylko podwiniecie nogi pod siebie i otworzycie książkę, obowiązkowo z ogromnymi słuchawkami na uszach, możecie poczuć się jak bohaterowie serialu obyczajowego albo jakbyście w końcu od czegoś uciekli. Bo nauka niekoniecznie musi oznaczać sie-dzenie w ławce. Ale nie tylko o to chodzi. Jeśli znajdziecie sobie stałe miejsce wypoczynku, najlepiej położone na odległość spaceru od domu, będzie mogło stać się waszą bazą wy-padową także w gorsze, zimniejsze, brzydsze itp. dni. Warto poszukać niewielkich wzniesień w okolicy, na które chcielibyście się wspiąć w wolnym czasie. Może na odległość pół godziny drogi pociągiem jest jakaś mała, tajem-nicza miejscowość, w której nigdy nie byliście? Stara cygańska posiadłość, wokół której chaszcze osiągnęły już wysokość dorosłego człowieka? Róbcie zdjęcia. Pisz-cie wiersze. Wykorzystajcie wszystko, co wam przyjdzie do głowy, bo nieważne jest to, co robicie, tylko sam fakt, że to robicie. Październik jest jednym z ostatnich miesięcy, podczas których nadal opłaca się jeździć na rowerze, o ile nie ma się na ósmą, do szkoły. Do bagażnika przypinamy sakwy, do lewej wrzucamy zeszyty, do prawej kanapki i jedziemy na przejażdżkę. Póki nasz oddech nie zamienia się jeszcze w parę, warto też przemyśleć wracanie do domu piechotą. Spacery nie dość, że pokażą wam okolicę, to jeszcze dotlenią i ogólnie poprawią nastrój, o ile oczywiście nie złapie was deszcz. Jeśli mimo wszystko nie możecie funkcjonować bez zagranicy, poleciłabym krótkie wy-cieczki typu Austria, Berlin czy Praga. Znakomicie wprowadzają w klimat wyjazdu, nie trwają zbyt długo – w sam raz, żeby pozostawić lekko podróżniczy niedosyt – i przede wszystkim nie obciążają aż tak kieszeni, nadwyrężonej z powodu kupo-wania książek. W Polce na szczególną uwagę zasługują biwaki harcerskie i wypady z przyjaciółmi, których zawsze w magiczny sposób robi się więcej, kiedy nastaje październik. W listopadzie szykuje się natomiast prawdziwa frajda dla miłośników fantastyki: trwający aż CZTERY dni konwent fantastyczny Falcon w Lublinie. Sprawdzić warto także warsztaty: medialne, teatralne, plastyczne. Przede wszystkim polecam jednak spacery. Nic tak nie odpręża jak świadomość, że musimy jeszcze przejść sześć kilometrów, zanim cokolwiek zmusi nas do wzięcia się do nauki. Jako że październik jest dla katolików miesiącem różańca, odważnym i spragnionym nowych przeżyć proponuję także wybrać się do kościoła – spędzenie pół godziny na kolanach, modląc się i słuchając jednostajnego głosu wydobywającego się z setek ust, może być czymś naprawdę niezwykłym. Życzę więc powodzenia w zdobywaniu tlenu, tak potrzebnego przy nauce i wypoczynku! Agata Hajduk Co z tą Polską?
Po tych wszystkich pięknych słowach, ogłoszeniu Polski „Zieloną Wyspą” można by myśleć, że żadne problemy nas nie dotykają, a tym bardziej takie jak nadmierny dług publiczny.
FINANSE

„Jesteśmy jedynym krajem w całej UE, który może się pochwalić wynikiem dodatnim (PKB - PAP) i ten plus jest większy niż ktokolwiek mógłby się spodziewać” – powiedział zeszłego lata premier Donald Tusk (źródło: PAP). Nie pozostaje nic, tylko się cieszyć. Szkoda tylko, że tak wspaniały i wyjątkowy wzrost nie został wykorzystany do zredukowania choćby deficytu, nie mówiąc już o zadłużeniu sektora publicznego. Należy się zastanowić nad naszym postę-powaniem. Teraz, kiedy nasza gospo-darka rozwija się, zwiększamy zadłużenie i to w takim tempie, że przekracza ono wzrost gospodarczy kraju. Co zrobimy, kiedy nasza gospodarka wejdzie w fazę stagnacji? Wpływy podatkowe będą spadać, i aby załatać ogromny deficyt, albo podniesiemy podatki, albo obetniemy wydatki. Oba te działania jeszcze bardziej spowolnią wzrost gospodarczy. Możemy jeszcze po prostu nie zważając na nic, zwiększyć bardziej deficyt, co spowoduje eksplozję zadłużenia, a tym bardziej jego stosunku do PKB, które będzie wtedy albo stało w miejscu, albo co gorsza spadało. Takie rozwiązanie w krótkim czasie wypro-wadzi zadłużenie i potrzeby pożyczkowe państwa na poziomy, którym nie będziemy mogli sprostać. Będzie to oznaczało albo

FINANSE

bankructwo, albo drastyczne oszczędności. Z pewnością wszyscy będą chcieli uniknąć pierwszego wariantu. W takim razie do wyboru pozostaną tylko radykalne oszczędności – cięcie ulg, zasiłków, zatrzymania budów dróg, zamrożenie rent, emerytur i pensji w sektorze publicznym. W tej chwili należy sobie zadać pytanie czy taki obraz Polski, zalewanej dodatkowo strajkami, nam odpo-wiada. Czy do tego dążymy? Jestem przekonany o tym, że każdy z nas chciałby zgoła innej ojczyzny. Takiej, w której trwały wzrost, opierający się na zdrowych podstawach, jest powodem dobrobytu mieszkańców. Dziś zapobieżenie czarnej wizji przyszłości Polski jest jeszcze możliwe. Nie traćmy czasu na niezbędne reformy i zgódźmy się na cięcia wydatków państwowych. Oczekujmy jednak w zamian nie tylko obniżenia deficytu, ale przede wszystkim długu publicznego. Oczekujmy zatem od naszych rządzących zbudowania trwałej, strukturalnej nadwyżki budżetowej. Droga na skróty, którą poszła choćby Irlandia, jest zła i prowadzi do zapaści w późniejszym okresie. Lepiej wykonajmy kilka małych kroków w prawidłowym kierunku, niż kilka kroków milowych w kierunku przepaści, do której w tej chwili zmierzamy. Piotr Kulessa Źródła: http://stooq.pl/n/?f= 355616&c=1&p=4+18+22 rybinski.eu Odrzutowy odlot
Widok sportowych samochodów na ulicy dzisiaj już nikogo nie dziwi. Prezentują się dosyć agresywnie z wyglądu, nie grzeszą także swoimi osiągami. Podobnie jak wszystkie służące nam wynalazki, tak i „odrzutowce na kółkach” mają swoich pradziadków, którym zawdzięczają dzi-siejszą popularność.
MOTORYZACJA

W ostatnim numerze rozpisywałem się nad samochodem, który przewyższył swoją popularnością swojego mistrza. Tym razem przyjrzymy się jego poprzednikowi - Chevroletowi Corvette. Podobnie jak w przypadku Mustanga – Corvette powstał z myślą o stosunkowo nowej, ale liczącej się grupie chętnych w branży samochodowej, a mianowicie młodzieży. Druga połowa XX wieku kojarzy nam się przede wszystkim z wieloma buntami czy wyzwoleniami. Ogromne przy tym znaczenie mieli ludzie, przed którymi całe życie stało otworem. Samochody stały się bardzo pożądanym, lubianym i modnym produktem. Częstokroć wydawano ogromne sumy pie-niędzy. Co takiego oferował tak na dobrą sprawę pierwszy, sportowy samochód? Cóż, Amerykanie postarali się przy tworzeniu argumentów mających przekonać młodzież do zakupu Chevroleta. Wyobraźmy sobie szarą i nudną rzeczywistość w USA. Wsiadając do takiego samochodu, realia miały ob-racać się o 180 stopni i wywoływać skrajne emocje u kierowcy oraz jego pasażerów. Jeszcze przed otwarciem drzwi wpadała w oko nieprawdopodobna karoseria przypomi-nająca odrzutowce. Jednak najważniejsze miało wydarzyć się po przekręceniu kluczyka w stacyjce. Mocny, basowy dźwięk wydobywający się z wydechu i wrażenie nieskończonej mocy pod maską robiły wrażenie. I pomyśleć, że takie rzeczy produkowano już w 1953 roku, kiedy to oficjalnie ruszyła do produkcji pierwsza generacja tego kultowego samochodu.

MOTORYZACJA

Na początku w ofercie był tylko kabriolet, który pochwalić mógł się licznymi chromowanymi dodatkami, co dodawało klasy nadwoziu. Pod maską zamontowano silnik o mocy 150 KM, jednak do roku 1962 ilość ta wzrosła prawie trzykrotnie! Największy sukces osiągnęły jednak kolejne generacje, a konkretniej druga i trzecia. Nawiązując do Mustanga – mamy tutaj odwrotną sytuację, gdyż Fordy najlepsze były ponoć na samym początku. Druga generacja Corvette (C2) była zdecydo-wanie lżejsza, co bezpośrednio wpłynęło na osiągi samochodu. Z wyglądu miał on przy-pominać rekina pożerającego szosowe rybki z wielką łatwością. Pojawiła się wersja coupe – mająca fenomenalną, panoramiczną tylną szybę. Moc ciągle rosła – tym razem w danych technicznych pojawiła się liczba 435 KM! C3 to już zupełnie inny model. Reformy kontrolujące spalanie amerykańskich samocho-dów nieco rozczarowały fanów szybkiej jazdy. Skończyła się era ogromnych i po-tężnych silników montowanych w tym klasyku. W 1985 roku pojawiła się czwarta generacja, którą kojarzyć powinien każdy kierowca – do dziś wiele takich samochodów jeździ po ulicach. Pierwszy raz od feralnych reform udało się utworzyć silnik nawiązujący do tradycji poprzedników. W 1997 roku świat ujrzał kolejną wersję naszego odrzutowca, jednak nie zapisał się on niczym wyjątkowym na tle poprzednich eg-zemplarzy. Nowinką była zupełnie nowa, bardzo lekka karoseria. Największe emocje wywołała aktualna wersja Corvetty – mogąca zmieścić pod maską nawet 647 KM! Nieprawdopodobny wynik! Zgodnie z duchem technologii udało się poprawić właściwości jezdne, wyposażenie czy elektronikę, która dodatkowo miała chronić pasażera.

MOTORYZACJA

Pozostaje tylko pytanie – dla kogo Chevrolet Corvette? W dzisiejszych czasach jest to potwornie drogi samochód, przeznaczony tylko dla bogatych. Na początku służyć miał jednak przeciętnemu obywatelowi, z czasem tracił na popularności poprzez ogromne ceny. Taki był zresztą powód sukcesu Forda Mustanga. Nikt jednak nie zaprzeczy – Chevrolet Corvette to legenda, która była, jest i będzie postrachem szos. Maciej Kulina HOMO MENDA
Lepsza najgorsza prawda niż najpiękniej-sze kłamstwo - większej głupoty nie słyszałem. Już pewnie myślisz, że mam jakiś przebłysk zidiocenia. Skądże. Wolno mi tak myśleć i napisać o tym, bo jak wiemy Polska to kraj, w którym panuje wolność słowa. Dziś chciałbym jednak wbrew pozorom pokazać wam obiektywny obraz nas samych.
LUDZIE

Czy dziś choć raz skłamałeś? Na to pytanie pewnie odpowiedziałeś negatywnie. No to już mamy drugie kłamstewko do kolekcji. Co ten koleś pisze, za kogo on się uważa, on mi będzie mówił, czy kłamię czy nie? Chill out. Zastanów się, czy dziś miałeś coś zrobić, a nie zrobiłeś, czy w najmniejszej sprawie pominąłeś znaczący szczegół, który mógł przesądzić o danej sprawie, czy z czystego lenistwa znowu powiedziałeś: Tak, w szkole wszystko spoko. Spoko, spoko, ciekawej do której kapy w dzienniku, czwartej, piątej czy też szóstej? A może do wywiadówki? To słowem wstępu. Pomijając fakt, że na co dzień okłamujemy innych (źle na tym nie wychodzimy, prawda?), to okłamujemy sami siebie, co jednak powinno nas już „ruszyć”. Sami mówimy sobie, że jutro, najwyżej pojutrze coś zrobimy, a i tak cały dzień siedzimy przed komputerem, nie robimy tego, co powinniśmy, aż w końcu budzimy się z „ręką w nocniku” i kolejnym kłamstwem, „że nie miałem czasu” ratujemy się z opresji. Nasze życie opiera się na kłamstwie. Nie zaprzeczysz. Kłamiemy zawsze. Kiedy tylko nadarzy się okazja, a okazji z wiekiem coraz więcej. Z czystym sumieniem powiedz sobie, ile razy zawyżyłeś sobie własne „wyniki”, „osiągnięcia” o ile można je tak nazwać. Codziennie, gdy ludzie pytają Cię o to, ile lub jak coś zrobiłeś masz pokusę, aby powiedzieć im, że zrobiłeś coś lepiej aniżeli faktycznie. I robisz to. Dzięki temu masz proporcjonalne korzyści. Grosik do grosika i będzie…? Nazbierało się tych kłamstw już trochę. Pomyśl, gdzie byś był, jaka byłaby Twoja sytuacja, co sądziliby o Tobie inni,

LUDZIE

gdybyś nie kłamał? Oni o tym nie wiedzą, Ty tak. Do dziś czułeś się z tym normalnie, nawet można powiedzieć dobrze. Od teraz zaczynasz widzieć, że czego byś nie robił, zawsze chcesz coś sobie skrócić, ułatwić, oszukać samego siebie, dla przykładu z aspektu żywieniowego zjedzenie 4 hamburgerów i wypicie dietetycznej coli to istne samobójstwo, jednak z Twojej strony ta dietetyczna cola utwierdza Cię w przeko-naniu, że dbasz o własne zdrowie. Nie okłamuj siebie, bo możesz się na tym przejechać. Co do okłamywania innych, nie namawiam do tego. Jednak jeśli ratujesz własny tyłek, tudzież znajomych, jak wiesz złagodzenie wersji może okazać się przydane. Bo jest różnica między kłamaniem, a mija-niem się z prawdą. Na koniec zapamiętaj, że wszystko co robisz, robisz na własny rachunek. Niektórym przyjdzie go zapłacić, obyś miał w przyszłości na tyle odwagi, aby móc to zrobić. Paweł Kawalec Za nami już pierwszy miesiąc piłkarskich emocji na arenie europejskiej. Niektóre kraje rozpoczęły ligowe zmagania już w sierpniu, co jeszcze bardziej wpłynęło na ciekawość spotkań we wrześniu. W momencie publikacji „Outro” wracamy przed telewizory po przerwie reprezentacyjnej. Takie momenty to idealne okazje na pierwsze, malutkie podsumowania, tak jak w tym przypadku. Porównując z końcówką ubiegłego sezonu, mamy do czynienia z kilkoma niespodziankami. Czyżby Mistrzostwa Świata w Republice Południowej Afryki tak bardzo wpłynęły na formę wciąż aktualnych mistrzów? Przyjrzyjmy się temu.
Futbolowy wrzesień
SPORT

Uznawana za najlepszą ligę w Europie – angielska – zaskoczyła nas najmniej. Chelsea Londyn pod batutą Carlo Ancelottiego ani trochę nie zwolniła, dzięki czemu już od pierwszej kolejki wygodnie siedzi w fotelu lidera, mając na swoim koncie osiemnaście punktów na dwadzieścia jeden możliwych. Jedyną porażkę zanotowała na stadionie wicelidera Premiership – Manchesteru City. Szejkowie odwalili kawał dobrej roboty w trakcie trwania okienka transferowego, czego efekty widać w tabeli ligowej. Mimo wszystko według opinii publicznej City wciąż nie wykorzystuje swojego potencjału, lekko rozczarowując. Inne potęgi takie jak: Manchester United, Arsenal Londyn czy Tottenham nie mają wielkich strat do wicelidera i wciąż będą się liczyć w ostatecznym układzie tabeli. Nie obyło się bez niespodzianek, a do takich należy FC Liverpool, który aktualnie usadowił się w strefie spadkowej! Nowy menedżer The Reds – Roy Hodgson – nie spełnia pokładanych w nim nadziei, co wprowadza zwątpienie w szeregi kibiców LFC. Trochę inaczej ma się sprawa hiszpańska. Po sześciu kolejkach rozgrywek Primera Division hegemonia FC Barcelony i Realu Madryt zdaje się być nieco osłabiona. Blaugrana zawodzi przede wszystkim w swoim teatrze – Camp Nou – na którym zdecydowanie rzadziej niż jeszcze kilka miesięcy temu słychać zachwyt katalońskich kibiców. Pep Guardiola zdał sobie sprawę, że dziewiętnastu zawodników w kadrze pierwszego zespołu to zdecydowanie za mało i już w styczniu ma zamiar porządnie zabrać się za transfery – przede wszystkim graczy ofensywnych, których w Barcelonie jak na lekarstwo. W Madrycie natomiast wciąż oczekiwania zdają się przewyższać szarą rzeczywistość. Choć w szóstej kolejce udało się rozgromić zaskakująco słabo grające Deportivo La Coruna, to wciąż pozostaje wiele do życzenia, jeżeli chodzi o grę Królewskich. Kilka ciekawych transferów i dobrze prosperujący na przyszłość szkoleniowiec Jose Mourinho mogą zapewnić Realowi wymagany styl, którego jednak wciąż w Madrycie nie ma. Tymczasem na

SPORT

pozycji lidera ulokowała się Valencia, której bukmacherzy nie wróżyli świetlanej przyszłości. Wszystko spowodowane kłopotami finan-sowymi, przez które władze klubu zmuszone były sprzedać swoje dwie największe gwiazdy – Davida Villę (FC Barcelona) i Davida Silvę (Manchester City). Trochę mniej znani następcy – Aduriz i Soldado zdają się być odpowiednimi następcami na miejsce dwóch Davidów. We Włoszech jeszcze większa niespodzianka, gdyż w rozgrywkach przewodzi broniące się w zeszłym sezonie przed spadkiem Lazio Rzym. Serie A zdaje się być bardziej wyrównana niż w poprzednim sezonie, o czym może świadczyć stosunkowo mała liczba punktów zgromadzonych przez aktualnego lidera (13 na 18 możliwych). Ostatni triumfator – Inter Mediolan – okupuje aktualnie drugie miejsce, głównie dzięki znakomitej postawie snajpera Samuela Eto’o. Francja, jak głosi słynne porzekadło, cieszy oko swoją elegancją. Już w zeszłym sezonie liczba fanów Ligue 1 gwałtownie wzrosła, a wszystko dzięki nieprawdopodobnie wyrównanym rozgrywkom. Piłkarze nie chcieli zawieźć swoich fanów i we wrześniu przygotowali jeszcze większą ilość nies-podzianek niż w zeszłym sezonie. Przede wszystkim zaskakuje wysoka forma St Etienne, o którym przeczytać możecie w osobnym artykule poświęconym „zielonym”. Co prawda aktualnym liderem jest Rennes, to jednak ta pierwsza drużyna zrobiła większą furorę na początku rozgrywek. W czołówce utrzymuje się zespół Ludovica Obraniaka (Lille), który nie zamierza odpuścić prowadzącej dwójce. Inny „polski” zespół – Auxerre – wyraźnie złapało zadyszkę. Największym rozczarowaniem pozostaje jednak Olimpique Lyon lewitujące nad strefą spadkową. W Niemczech kolejne ofiary europejskiego wirusa, który stopniowo wyniszcza faworytów

SPORT

w poszczególnych krajach. Bundesliga miała jeszcze bardziej się wyrównać, dzięki ciekawym transferom. Do Schalke przybyli tacy gracze jak Raul i Huntelaar, do Leverkusen zawitał Ballack, a Borussię Dortmund zasilił kolejny Polak – Robert Lewandowski. Wszystkie te drużyny są jednak w cieniu ogromnej sensacji – Mainz. Beniaminek kierowany przez młodego, ale niezwykle wymagającego i nieodpuszczającego szkoleniowca zdołał zdetronizować potęgi, a w szczególności aktualnego mistrza – Bayern Monachium, który zajmuje dwunastą lokatę w tabeli. Wypada także wspomnieć o pucharach, jednak żeby dokładnie zobrazować sytuację poszczególnych grup Ligi Mistrzów i Ligi Europejskiej, należałoby napisać o tym osobny artykuł. Nas najbardziej interesować powinien Lech Poznań, który kapitalnie wykorzystuje zarazę, która rozprzestrzeniła się wśród europejskich potęg. Zarówno Manchester City, jak i Juventus Turyn, pozostają za Polakami w grupowej tabeli. Miejmy nadzieję, że Lechitom uda się przejść do kolejnej fazy rozgrywek. Czy przerwa reprezentacyjna cokolwiek zmieni w układzie sił poszczególnych rozgrywek? Czy największe europejskie zespoły odnajdą cudowne lekarstwo na panującą zarazę? A może to jednak mundial tak znacząco wpłynął na formę gwiazd? Czeka nas niezwykle interesujący październik na futbolowej arenie. Nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Cię, Drogi Czytelniku, do śledzenia sytuacji w piłkarskiej Europie. Maciej Kulina „Pantha Rhei, wszystko płynie…” – mądrość Heraklita wydaje się pasować do każdej dziedziny życia, oprócz chyba tylko polskiej piłki, której rozwój już dawno przestał płynąć, zatrzymując się w miejscu kilkadziesiąt lat temu. Przez ten czas prawie cała piłkarska Europa ruszyła naprzód, zostawiając nas daleko, daleko za sobą. Jak daleko? Myślę, że ok. 500km.
„500 km do raju”
SPORT

Dlaczego właśnie 500? Odpowiedzi upatry-wałbym w tym, że często wielu ekspertów życia futbolowego za wzór idealnie rozwi-jającego się państwa pod względem piłkarskim podaje Niemcy. A, że odległość ze stołecznej Warszawy do granicy naszych zachodnich sąsiadów to mniej więcej 500 km, taką odległość postanowiłem podać sobie za dystans dzielący nas od potęgi piłkarskiej Europy Zachodniej. Gdyby tę odległość udało nam się w najbliższej przyszłości „pokonać” moglibyśmy śmiało mówić w Polsce o piłkarskim raju. Aby jednak tego dokonać, trzeba by poprawić kilka fundamentalnych wad, panujących od lat w naszym futbolu, bo droga do tego celu może być długa, wyboista i kręta, a i nikt nie gwarantuje nam, że nawigacja będzie działać przez cały czas. Kiedy Leo Beenhakker w lipcu 2006r. obej-mował stery polskiej reprezentacji, wyraził pewną opinię o tym, że w Polsce tak jak i w innych częściach Europy rodzą się wielkie talenty piłkarskie – problem w tym,

SPORT

że ich pojawienia nie potrafimy umiejętnie wykorzystywać. Twierdzenie Holendra jest co najmniej słuszne, ale Ameryki Leo w ten sposób nie odkrył. Od lat przecież wiadomo, że w Polsce dysponujemy silną futbolową młodzieżą, co potwierdza np. wynik młodzieżowych mistrzostw Europy z 2001, w których zajęliśmy 1 miejsce. Niestety, z tej jakże dobrej mąki, nie wyszedł już taki fajny chleb i w późniejszych latach nie mieliśmy większego pożytku z młodych laureatów tamtego turnieju. Jakie kroki należy zatem przedsięwziąć, aby podobne wyniki przydarzały się nam coraz częściej i można było z nich czerpać do piłki seniorskiej? Pierwsze 200 km Kiedy wyruszymy w trasę do futbolowego raju, trzeba będzie pokonać pierwszy odcinek drogi, który na samym początku jest już olbrzymim wyzwaniem. Chodzi mianowicie o system szkolenia młodych piłkarzy. Jego beznadziejny stan to już niemal sztandarowy zarzut kibiców pod adresem PZPN od wielu lat. Można by używać licznych epitetów, ale chyba najbardziej trafnymi będą „przestarzały” i „niespójny”. System szkolenia młodych zawodników w Polsce jest stosowany troszeczkę w „dziki” sposób. Chodzi o to, że w każdym regionie naszego kraju metoda kreowania nowych talentów wygląda zu-pełnie inaczej. Brakuje u nas konkretnych przepisów, które normowałyby warunki, w jakich mieliby trenować młodzi chłopcy. Każdy klub działa w tej dziedzinie na własną rękę i wyznaje indywidualną filozofię szkoleniową, co nie sprzyja równomiernemu wzrostowi utalentowanej młodzieży w całej Polsce. Kolejną wielką bolączką jest fakt, że kiedy potencjalny przyszły kadrowicz trafia do szkółki ze słabego, biednego klubu, to część kosztów związanych ze sprzętem, transportem,

SPORT

obozami muszą pokryć jego rodzice, którzy wcale takiego obowiązku nie powinni mieć. Niestety, ale jest u nas normą sytuacja, że aby dziecko mogło regularnie ćwiczyć piłkę nożną, oraz każdą inną dyscyplinę sportu, musi posiadać rodziców, którzy dla jego sukcesu są w stanie poświęcić wiele rzeczy – inaczej może być mu ciężko. Dodatkowo stan infrastruktury wielu piłkarskich „akademii” pozostawia u nas wiele do życzenia. Boiska, które pamiętają jeszcze czasy Gierka nie są mocną kartą prze-targową w walce o zdolnego młodzieńca. Trudno się zatem dziwić, że frekwencja na treningach młodzieżowych sekcji w Polsce nie jest w ostatnich latach imponująca. Podobna sytuacja jest nie do pomyślenia na Zachodzie, gdzie np. w Niemczech istnieje 390 niezależnych szkółek piłkars-kich, tzw. stutzpunkty, które wyszukują najzdolniejszych zawodników w swoim rejonie, doszlifowują ich talent i kierują ich do mocniejszych klubów w obrębie ośrodka. Cały proces odbywa się zupełnie bezpłatnie, gdyż tamtejszy związek piłki nożnej przeznacza na ten interes ok. 10 mln Euro rocznie, kilkakrotnie razy więcej niż cały budżet Polskiego ZPN. Rodzice niemieckich dzieci nie muszą angażować się nadto w rozwój futbolowy swojego syna, wystarczy, że podeślą go do aka-demii ulokowanej najbliżej ich domostwa, która swoimi nowoczesnymi boiskami ze sztuczną trawą i halami sportowymi sama zachęca do wstąpienia w jej szeregi. Inicjatywa, aby utworzyć w Niemczech sieć takich punktów powstała po fatalnych występach jej reprezentacji w mistrzostwach świata 1998 i Euro 2000. Jak widać po wynikach Niemców na dwóch ostatnich mundialach, mądra i systematyczna praca została nagrodzona. Coś na wzór wspomnianych Stuztpunktów powstało w tym roku w województwie dolnośląskim gdzie powstało już kilka podobnych placówek działających na takiej samej zasadzie co niemieckie odpowiedniki. Jednak tak jak w wielu innych dziedzinach futbolowego życia, tak i w tym aspekcie dopiero raczkujemy. Cóż… jedziemy dalej. Odcinek drogi w remoncie Za nami ciężka droga. Można było troszkę pobłądzić, ale chyba warto się pomęczyć. Atakując 3. setkę kilometrów natrafiamy na niemniejszy problem, jakim jest infras-truktura treningowa polskich klubów. W czasie, gdy uczestniczą one w euro-pejskich pucharach - rzadkość, ale jednak to się zdarza, wielokrotnie byłem świad-kiem sytuacji, kiedy kibic zagranicznego klubu po wizycie w Polsce twierdził, że u nas czas piłkarsko został rzeczywiście wstrzymany. Nieraz kibice Austrii Wiedeń, czy Arisu Saloniki twierdzili, że nie spodziewali się zastania w Polsce tak marnej piłkarskiej infrastruktury. Mnie osobiście śmieszy sytuacja, kiedy klub występujący w ekstraklasie, na najwyższym polskim szczeblu rozgrywek, nie ma gdzie odbywać codziennych treningów. Zdaję sobie wtedy pytanie, na czym te drużyny chcą budować swoją przyszłość? Przecież nie można myśleć o zbudowaniu silnego klubu na przestrzeni kilku lat bez tak podstawowych warunków infrastruk-turalnych jak boiska treningowe. Istnym kuriozum jest fakt, że jeszcze niedawny lider naszej ligi, Polonia Warszawa, treningi odbywał na pozostającym w fatalnym

SPORT

stanie boisku Hutnika Warszawa. Niejed-nokrotnie byliśmy świadkami parodii, kiedy w październiku, listopadzie czy to nawet w kwietniu zarząd ekstraklasy był zmuszony odwoływać spotkania z powodu opadów śniegu – problemem był brak posiadania podgrzewanej murawy. Na szczęście z tym jak i z problemem tragicz-nego stanu polskich stadionów powoli zaczynamy sobie radzić. Ostatnio w naszym kraju jak grzyby po deszczu zaczynają powstawać nowe (lub są modernizowane stare) stadiony. Efekty widać od razu, wystarczy wpisać w sieci frazę „polskie stadiony”, by przekonać się, jakimi obiek-tami będziemy się cieszyli już niedługo. Spora w tym zasługa zbliżających się mistrzostw Europy, które odbędą się w Polsce i na Ukrainie, ale nie tylko – bo powoli po rozum do głowy idą także dzia-łacze naszych klubów, a sponsorzy polskich drużyn jakby ostatnio mniej skąpili na ten cel. Ostatni odciek udało się pokonać w miarę bezboleśnie, ale jak będzie wyglądał następny? Zapowiada się mało ciekawie. Wyboje na odcinku 300-400 Nie jest w Polsce żadną tajemnicą, że nasza myśl szkoleniowa po prostu nie istnieje. Dokładnie tak. Na tym polu panuje wolna amerykanka. Nasi trenerzy, czasem nawet ze sporym doświadczeniem, są szkoleni podczas przyspieszonych kursów przy PZPN, które wyjaśniają przyszłym rzemieślnikom tego ciężkiego zawodu tylko podstawy przyszłego fachu. Taki kurs trwa ok. dwóch miesięcy. To przecież oczywiste, że w tak krótkim czasie nikt nie jest w sta-nie nauczyć kogoś od A do Z sposobu, w jaki należy prowadzić drużynę piłkarską. Nies-tety, w ostatnich latach Polska jest

SPORT

zasypywana „absolwentami” takich kursów, których uczestnicy posiadają umiejętności prawdopodobnie tylko na papierku. Daleko takim kursom do wiedzy, jaką oferują profesjonalne szkoły trenerskie działające na Zachodzie. Jedna z najbardziej pre-stiżowych akademii na świecie znajduje się oczywiście w Niemczech, a konkretniej w Kolonii. To właśnie tam można odbyć półroczne szkolenie, w ramach którego trener ma czas i możliwości pobrania teoretycznej i praktycznej wiedzy – tak stało się np. z naszym selekcjonerem Franciszkiem Smudą oraz obecnym trenerem Arki Gdynia, Dariuszem Pasieką. Próżno także na mapie futbolowej Europy szukać trenerskich nazwisk Polaków. Niestety poza wyjątkiem, jakim jest Ryszard Komornicki, pracujący przez kilka lat w Szwajcarii, zagraniczni prezesi nie palą się by zatrudniać trenerów naszej piłki… Czarny punkt na drodze Wszystkie problemy, które wymieniłem są problemami raczej technicznymi. Do ich zwalczenia potrzebne jest oczywiście dużo silnej woli, zapał do pracy i pieniądze. Możemy przecież wybudować akademie piłkarskie z prawdziwego zdarzenia. Nie są już dla nas większym problemem budowane właśnie nowe stadiony. To wszystko z bie-giem czasu powinno w końcu zostań wyeliminowane. Martwi mnie jednak jedna rzecz. Boję się, że na 499 kilometrze, to właśnie problemy takie jak korupcja, ukła-dziki, luźnie podejście do obowiązków, czyli nasza polska mentalność mogą okazać się dla nas ślepą uliczką bez możliwości wycofania. Rafał Guzik Charles Nwaogu

SPORT

Polskie kluby w negocjacjach między sobą nie chcą sprzedawać możniejszym i wyżej notowanym ligowym rywalom swych perełek, wychowanych na naszych boiskach. W porównaniu do prezentowa-nej przez graczy jakości, dyktują za nich przesadnie wysokie ceny, a sami zawodnicy żądają horrendalnych pensji. Wtedy w poszukiwaniu wzmocnień działacze decydują się na ściągnięcie obcokrajowca. To ryzykowny manewr, ponieważ polski kibic woli oglądać rodaka. Są jednak wyjątkowi stranieri, którzy cieszą się pełną sympatią kibiców i grają fenomenalnie. Przykład? Charles Uchenna Nwaogu. Często jest tak, że piłkarze z zagranicy nie prezentują oczekiwanego poziomu, a w szatni są skutecznie izolowani. O Nigeryjczyku urodzonym w biednym Osogu powiedzieć tego nie można, bo to on jest czołową postacią pierwszoligowej Floty Świnoujście. Pamiętacie Olisadebe? Charles N. ma z nim wiele wspólnego i być może będzie miał jeszcze więcej. Co prawda nikt o tym jeszcze głośno nie mówi, ale dopuszczalne jest, że napastnik Wyspiarzy w przyszłości pójdzie śladem starszego kolegi po fachu i zagra z białym orzełkiem na piersi. Nwaogu, tak jak ulubieniec Engela, przygodę z naszym krajem rozpoczął od warszaws-kiej Polonii. Ciemnoskóry napastnik przybył tam mając ledwie 16 lat i to był tak na dobrą sprawę jego pierwszy poważny krok w przygodzie z piłką. W żadnym profesjo-nalnym nigeryjskim klubie piłkarskim wcześniej nie zagrał i dlatego mimo afry-kańskiego pochodzenia, można go uznać za polski produkt szkoleniowy. O ile jednak Olisadebe rychle podbił polskie boiska, o tyle „Charlie” miał prawo wielokrotnie dać sobie spokój, spakować się i wrócić do ojczyzny, rezygnując tym samym z marzeń o zos-taniu dobrym piłkarzem.

SPORT

Od najmłodszych lat imponował zapałem, pracowitością a także wiarą w siebie. W innym przypadku nie zdecydowałby się w tak młodym wieku samotnie wyjechać do Europy. Do przewidzenia było jednak, że łatwo mu nie będzie, zważywszy, iż koledzy z juniorskiej ekipy Czarnych Koszul mogli mu nie szczędzić docinków ze względu na odmienne pochodzenie. Starał się, ale skapitulował. To była wiosna 2006, kiedy po raz pierwszy wylądował w Polsce. Jeszcze tego samego roku po kilku tygodniach prób wyrzucono go z Polonii, a pozostawiony samemu sobie młody Nigeryjczyk jesienią pozostawał bez klubu. Sam Nwaogu podkreśla, że to był jeden z najtrudniejszych okresów w jego życiu. Nowy kraj, nowe otoczenie, a tak szybko wylądował na bruku. Jakoś przetrwał. Pomocną dłoń wyciągnął Leszek Ojrzyński, ówczesny trener Znicza Pruszków, który postanowił dać szansę desperacko poszu-kującemu angażu młodzikowi. III liga (dawna nomenklatura) nie była spełnieniem jego marzeń, więc nowe miejsce zatrudnienia potraktował jako odskocznię do lepszego jutra. Z Robertem Lewandowskim stworzył znakomity duet napastników. Przybysz z Afryki grał tylko połowę sezonu, ale zdążył strzelić pięć bramek. Znicz awansował do II ligi i tam był bliski kolejnej promocji, ale mimo jednakowego dorobku punktowego, musiał uznać wyższość Arki Gdynia, która miała lepszy bilans meczów bezpośrednich. Pruszkowianie z Nwaogu w składzie byli o krok od ekstraklasy! Największą gwiazdą pozostawał oczywiście Lewandowski, a Charles Uchenna był przy nim co najwyżej statystą, postacią z dru- giego lub trzeciego planu. Zawodnik nie ukrywał pierwszych objawów niezadowolenia z takiego stanu rzeczy. Po prostu zżerała go ambicja. W efekcie w następnym sezonie stracił miejsce w wyjściowym składzie i przez całe rozgrywki tylko raz wpisał się na listę strzelców. Tyle tylko, że był to gol nieistotny, bo zdobyty w przegranym meczu. Przed reformą rozgrywek i zmiany ich nazwy w Pruszkowie sztab szkoleniowy podziękował za współpracę Nwaogu tłumacząc to mizerną skutecznością zawodnika. Napastnik ponownie znalazł się w fatalnej sytuacji, nie tylko sportowej, ale i finansowej. Ostatecznie jednak zatrudniła go broniąca się przed spadkiem Odra Opole, choć nie spodziewano się po nim cudów. - Chcemy jak najszybciej zgłosić go do rozgrywek, gdyż mamy kłopoty ze zdobywaniem bramek – mówił trener opolskiej drużyny Andrzej Prawda. - Liczę, że Charles będzie zdobywał bramki. Nie stać nas na wielkie naz-wiska, a potrzebujemy napastnika – przekonywał szkoleniowiec, dając do zrozumienia, że ów transfer nie był z pew-nością pierwszym na jego liście. Odra nie tylko spadła z ligi, ale w ogóle upadła. Z 22 strzelonych przez nią bramek tylko jedna był autorstwa Nigeryjczyka. On, co ciekawe, sobie poradził. Nieoczekiwane zainteresowanie jego osobą wykazała Flota Świnoujście, wówczas pierwszoligowy średniak. Takiego daru od losu nie wolno było zmarnować. Nwaogu bez wahania złożył podpis na stosownym dokumencie. Debiut w nowych białoniebieskich barwach przypadł zatem na sezon 2009/10, w którym Nigeryjczyk strzelił osiem bramek. Dorobek nie był zły, ale gra nowego napastnika pozostawiała kibicom Floty wiele do życze-

SPORT

nia. Narzekali, że zbyt często się przewraca i marnuje stuprocentowe okazje. Z tej chimeryczności dał się poznać już wcześniej, ale skoro niezawodny Petr Nemec ciągle w niego wierzył, to kibice musieli to konstatować w następujący sposób: trener coś w nim widzi. Może jednak coś potrafi? Obecnie piłkarz czuje się Polsce bardzo dobrze, co potwierdza fakt, że znalazł w naszym kraju dziewczynę i nawet ma już z nią dziecko. Co ważne, nie spotyka się już z objawami rasizmu, co miało miejsce choćby za czasów jego gry w Opolu. Jednak do rasistowskiego incydentu doszło, ale nie ze strony kibiców. Było to podczas 9. kolejki ubiegłego sezonu. Flota grała na wyjeździe z ŁKS Łódź. W pewnym momencie spotkania partner z drużyny Damian Staniszewski prośbę o podanie od Charliego sformułował mało parlamentarnymi słowami: Podaj, czarnuchu je… Nwaogu nie dał w kaszę dmuchać. Podszedł do Staniszewskiego i dwoma skutecznymi ciosami zapracował na czerwoną kartkę. Nemec sytuację tę zbagatelizował i poczekał aż media dadzą spokój. Może słusznie, bo tak czy owak takie sprawy załatwia się w szatni, a nie na łamach prasy. Wiadomo było, że panowie już nigdy przepadać za sobą nie będą. Staniszewski grzeje teraz ławę w Sandecji Nowy Sącz, a na wyspie Uznam nikt za nim nie płacze. Z kolei Nwaogu bezapelacyjnie jest teraz najważniejszym piłkarzem kon-certowo grającej Floty. Na chwilę obecną (stan po 10. kolejce I ligi) Nigeryjczyk jest na czele klasyfikacji strzelców z dorobkiem dziewięciu trafień. To on dał kibicom ze Świnoujścia niesamowitą frajdę, kiedy zadecydował o losach derbów Pomorza Zachodniego, w których Flota była lepsza od Pogoni Szczecin. Flota i Pogoń nie są wbrew pozorom zwaśnionymi klubami – kibice jednej i drugiej drużyny utrzymują pakt o nieagresji, choć

SPORT

to nie umniejsza prestiżu takich spotkań. Prawda jest jednak taka, że ten, kto się wyróżnia się w barwach Floty, najczęściej otrzymuje propozycję gry w Szczecinie i z niej skrzętnie korzysta. Było tak już wiele razy, zatem całe Świnoujście liczy się z tym, że z Nigeryjczykiem może być podobnie. On sam zaraz po spotkaniu z Portowcami zapewniał jednak dziennikarzy, że dopóki w Szczecinie pracować będzie Mandrysz, to on do lokalnego rywala się nie przeniesie - Nie chcę iść do obecnego trenera Pogoni. Chifon tam grał i co? Pogonili go. Zostaję tutaj. Wiadomo jednak, że Pogoń to lepszy klub. I co teraz? Mandrysz został zwolniony, więc szczecińscy kibice marzą o tym, by Nwaogu niezwłocznie wzmocnił ich ekipę, najlepiej wraz z trenerem Petrem Nemcem, który wykonuje w Świnoujściu kapitalną pracę. Obecnie na ławce trenerskiej Pogoni Maciej Stolarczyk, ale nie wiedzie mu się najlepiej. Poza tym atak wymaga wzmocnień. 36-letni Olgierd Moskalewicz młodszy już nie będzie i potrzebuje następcy. Charlsowi niebawem potrzebne będą nowe wyzwania, gdyż wiecznie grać we Flocie nie może. Już zimą zapewne kusić go będą potentaci I ligi i ekstraklasy. Jeżeli dalej będzie się tak rozwijał, zmieni otoczenie. Wystarczy, że dalej będzie regularnie strzelał. Może przyjrzy mu się też selekcjoner Smuda? Powoływanie graczy z drugiego frontu już mu się bowiem zdarzało. Skąd tak znakomita forma napastnika Floty? - Strzelam dzięki mojemu synkowi i dla niego – zwięźle tłumaczy ulubieniec kibiców. Skoro tak, to sympatycy tej drużyny trzymają kciuki, by Charlie strzelał kolejne gole. Nie tylko te na boisku. Michał Mitrut
Zieloni na czele
SPORT

Najbardziej utytułowany francuski klub dwa ostatnie sezony zakończył na dopiero siedemnastym miejscu w tabeli Ligue 1, tuż nad strefą spadkową. W 38 meczach rozgrywek 2009/2010 strzelił zaledwie 27 bramek – najmniej spośród wszystkich 20 zespołów uczestniczą-cych w zmaganiach tamtejszej ekstrak-lasy – słabo spisywał się na swoim stadionie, nie imponował także grą w defensywie. Tymczasem, po szóstej kolejce spotkań bieżącego sezonu, Saint Étienne sensacyjnie usadowiło się w fotelu lidera ligowej klasyfikacji. Po raz pierwszy od 28 lat! Świetne zawody w wykonaniu całej drużyny przeciwko niewygodnemu rywalowi w postaci Montpellier i efektowna (3:0) wygrana przed własną publicznością wcale nie zakończyły wspaniałej passy Zielonych. Tydzień później piłkarze Christophe’a Galtiera pojechali na Stade de Gerland do Lyonu i dokonali czegoś, co nie udało im się od 1994 roku. Pokonali swojego odwiecznego, lokalnego rywala 1:0! W kolejną sobotę nie dali się natomiast pokonać mistrzowi kraju – Olympique’owi Marsylia – po świetnym spotkaniu remisując z nim 1:1. I choć ten podział punktów kosztował ich ostatecznie utratę pozycji przodownika tabeli Ligue

SPORT

1 na rzecz Rennes, bez cienia wątpliwości Saint Étienne zanotowało na starcie rozgrywek 2010/2011 pewnego rodzaju przełomu, czego najlepiej dowodzą liczby. Zieloni uplasowali się na szczycie ligowej klasyfikacji po wywalczeniu w pierwszych sześciu meczach 13 punktów, czyli tylu, ile mieli na swoim koncie po kolejno: 16 i 13 spotkaniach dwóch poprzednich rozgrywek. Trudno również nie zwrócić uwagi na postęp, jakiego zespół dokonał przed własną publicznością. Na Stade Geoffroy Guichard uzbierał na razie 9 „oczek”, w każdym z trzech wygranych pojedynków aplikując swojemu rywalowi (Sochaux, Lens, Montpellier) po trzy gole. A przecież w ubiegłym sezonie Saint Étienne potrzebowało całego ligowego sezonu, by zwyciężyć w zaledwie 5 meczach na swoim stadionie i zdobyć w nich raptem 13 goli (najmniej w Ligue 1). Galtier zachowuje jednak spokój, powtarzając: - Musimy twardo stąpać po ziemi. Naszym podstawowym celem na te rozgrywki pozostaje niedopuszczenie do takiej sytuacji, w jakiej znajdowaliśmy się w po-przednim sezonie. Nie można zaliczać nas do tej samej kategorii, co Lyon, Marsylię, Lille czy Rennes. Szkoleniowiec Zielonych objął drużynę w grudniu ubiegłego roku. Wcześniej pełnił funkcję asystenta poprzedniego trenera, Alaina Perrina. Na początku bieżącego sezonu udało mu się nadać prowadzonemu przez siebie zespołowi styl i charakter. Na pewno bardzo pomogły mu w tym prze-prowadzone latem transfery, dzięki którym przemeblował formację obronną oraz wprowadził do drużyny więcej doświadczenia. Co więcej, sprowadzenie do klubu Albina Ebondo, Sylvaina Marchala, Carlosa Bocanegry oraz Laurenta Batllesa kosztowało Saint Étienne jedynie… 165 tysięcy euro! Tyle kosztował bowiem reprezentant Stanów Zjednoczonych. - Znając Batllesa, jest ważną postacią tego zespołu nie tylko na boisku, ale także w szatni - wyjawia były opiekun 35-letniego pomocnika w Olympique’u Marsylia, obecnie dyrektor sportowy klubu, José Anigo. Wymienieni wyżej zawodnicy umożliwili stworzenie w Saint Étienne dobrej równowagi pomiędzy rutyną a młodością. 22-letni Bakary Sako i o dwie wiosny na karku młodszy Emmanuel Rivière systematycznie się rozwijają, 23-letni Blaise Matuidi już zadebiutował w dorosłej reprezentacji Francji, a jego rówieśnik, niesamowity Dimitri Payet od samego początku rozgrywek wyrasta na jedną z czołowych postaci całej Ligue 1. Wychowanek Nantes również został zresztą nagrodzony za swoje występy powołaniem do kadry Laurent Blanc na październikowe mecze Trójkolorowych w eliminacjach do Euro 2012. - Sezon jest długi. Cieszmy się tymi chwilami, ale one nie będą trwały wiecznie – dodaje Galtier, zdając sobie sprawę, iż przed jego drużyną jeszcze wiele trudnych wyzwań w obecnych rozgrywkach. Bez wątpienia niezwykle udany start sezonu dodał Saint Étienne niezbędnej dawki pewności siebie i położył fundamenty pod przynajmniej „bezpieczne” i spokojne roz-grywki. Wszystko ponad taki stan rzeczy będzie dodatkowym bonusem, na który gorący, ale i wymagający, fani Zielonych z pewnością nie pokręcą nosem. Wojciech Falenta Tym razem... Inaczej.
O ubiorze, o podejściu kobiet do tego problemu, o męskich reakcjach na niewieści strój. Cała dys-kusja zaczęła się od pytania, czy złe jest wydawanie niemal ostatnich funduszy na sukienkę.
POLEMIKA

Po pytaniu, które można zreferować jako „ładną?” oczom „S” pokazała się klasyczna mała czarna. Zaczął się zastanawiać, czy nie za mała. A potem? K: Poza tym ona jest całkiem długa, no bez przesady. Tak do pół uda mi będzie, a to jest dużo. S: To jakie są krótkie sukienki? K: Takie, które się niektórym mylą z bluzkami. Aż tak krótkich nie noszę. S: To już niesmaczne. K: Nie no, jak dziewczyna ma ładne nogi to czemu nie. S: Tym ładniejsze nogi im skromniej odziane, o! K: Oj, przesadzasz. Po co chować jak ładne? Równie dobrze mógłbyś stwierdzić, że jak dziewczyna ma ładny biust, to powinna chodzić w golfie. Phi! S: Się trzeba szanować. Po prostu. K: Szanowanie niekoniecznie oznacza ukrywanie swoich atutów. Ok, nie zamierzam chodzić w majtkach po ulicy, ale jeśli nie wyglądam jak wiedźma, to czemu nie założyć szortów? S: Co w takim razie oznacza szanowanie? K: Co oznacza? Niepokazywanie wszystkiego, w bardzo dużym skrócie. Czy mamy wyglądać jak te biedne arabskie kobiety? No przestań. Poza tym to jest niepraktyczne. Przecież przy 30 stopniach nie będę w długich jeansach chodzić! S: Nie. Zresztą, taka dygresja na boku, to one zawsze chodzą tak odziane, że nie wiem, jak wytrzymują w tym gorącu. Choć kobiety podobno ogólnie są bardziej wytrzy-małe od facetów, więc może dlatego tego nie rozumiem. Ale na ten przykład ładna, zwiewna, letnia sukienka, nieko-niecznie sięgająca jeno po miednicę.

POLEMIKA

K: A wiesz jakie te sukienki są niepraktyczne? S: Nie wiem, nie zdarzyło mi się w takiej chodzić. co z nimi nie tak? K: Kurczę, to jest właśnie męski punkt widzenia. Wam się zawsze wydaje, że my to tak tylko dla was. A nieprawda! S: Ale jak to robicie dla siebie, to dla wyglądu, czy dla wygody? K: Może to moje subiektywne odczucie, ale mnie tam np. w długich sukienkach średnio wygodnie. Gniecie się to, uważać trzeba, żeby ci nikt na tym nie stanął, jak wieje to wyglądasz jak żaglowiec (a i tak wszystko co pod spodem często widać, bo one są tak robione, że jak już latają na wietrze, to masakra jest). Robi się to i dla wyglądu i dla wygody.. Dla tego drugiego, to by pewnie większość z nas bez makijażu i z nieumytą głową chodziła. Tu chodzi o złoty środek. S: Ale sukienki dobrze wyglądają. a szorty nie dość że krótkie, to kojarzą się z występami siatkarek. Nie mam nic do siatkarek, wręcz przeciwnie. Tylko po prostu nie widzę tego

POLEMIKA POLEMIKA

na ulicy. A złoty środek, to mocno ogólnikowe! K: No to niech będą i sukienki - krótkie! O! S: Czemu krótkie, dla wygody? K: To już kwestia tego, co kto lubi. Pewnie duża część dziewczyn powiedziałaby, że to nie jest wygodne, bo trzeba uważać, żeby pół świata nie zobaczyło twoich majtek w misie. Ja tam lubię, mnie jest wygodniej w tych krótkich. A poza tym nie ukrywam, czasami fajnie się jednak patrzy na wasz wzrok, gdy się zagapiacie. Chociaż trzeba oddać sprawiedliwość, jedna rzecz mnie w krótkich sukienkach denerwuje. S: Czyli robicie to też dla zainteresowania! Mam was! I co takiego cię denerwuje? K: Nie to, że dla zainteresowania. W tej materii, to co najwyżej po to, żeby się pośmiać z was jak wpadacie na słupy oglądając się za nami. A denerwuje mnie to, że nogi na nogę założyć nie idzie, bo od razu widać końcówki od pończoch. ale i to da się rozwiązać. S: Proszę cię, Kielnia. Szczerze: miałaś choć raz w życiu taką sytuację, że ktoś przez ciebie wpadł na słup? Takie akcje to chyba tylko w filmach. K: W słup to nie, ale jeden gościu sobie ostatnio szybę w samochodzie otworzył, jak się oglądał na światłach. S: I takie zainteresowanie jest dla Was miłe? K: Nie miłe tylko śmieszne. Przynajmniej dla mnie. Może coś ze mną nie tak, ale mnie to niesamowicie bawi S: Czyli Ty się po prostu śmiejesz z facetów, o! Myślę, że to pytanie, które zadam, otworzy też oczy wielu innym fa-cetom, nie tylko mnie. Czym się różnią rajstopy od pończoch? K: Ale masz refleks - przecież ja się z was zawsze śmieje, wy jesteście przezabawni. O, choćby to pytanie. Pończochy się kończą na udzie, rajstopy się na tyłek zakłada. S: Oj, już nie bądźmy tacy nieuczciwi, kobiety też bywają zabawne. Dzięki za wyjaśnienie. (tutaj „K” zaczęła pokazywać „S”, przy użyciu linków z Google Image, jak wyglądają rajstopy, a jak pończochy. Po prezentacji pończoch padło kolejne pytanie.) K: To teraz jeszcze mi powiedz jaki to rodzaj. S: W życiu, nie ma siły.

POLEMIKA

K: Samonośne. S: Że nie trzeba nóg, żeby się nosiły? K: Że nie trzeba pasa do pończoch! S: Pas do pończoch? Co to w ogóle jest pas do pończoch?! K: Pas do pończoch to jest taka część bielizny, do której się przyczepia pończochy, żeby się nie zsuwały. Zwykłe pończochy w sensie. Bo samonośne mają silikon na wykoń-czeniu od spodu i same się skóry trzymają. K: Od czego myśmy w ogóle zaczęli rozkminę o pończochach? S: Od ich końcówek wystających spod krótkiej sukienki. K: A właśnie. Są tacy, którym się to podoba. S: Że wystają końcówki? K: Ponoć tak. Ja tego nie ogarniam, bo równie dobrze można i zdjąć tę sukienkę od razu. S: Co w tym fajnego? To już podpada pod jakąś perwersję.

POLEMIKA

K: Nie no z perwersją to przesadziłeś. Fajnego? Nie wiem. Może tyle, że nakręca od razu wyobraźnię? Nie mnie o to pytać. S: A w tym, że nakręca wyobraźnię nic perwersyjnego nie ma? Jej, przecież można patrzeć na kobietę i ją podziwiać bez żadnych takich wyobrażeń. K: Są tacy co nie umieją. I zależy, co definiujesz jako perwersję. Jakby ją dusić tymi pończochami to na bank, ale to chyba akurat zwykłe libido S: Wszelkie "fantazje" rozumiem przez perwersje. Jasne, czasem się jakaś myśl nasunie, ale już chyba rozwijanie jej w sobie nie jest w porządku. Zwłaszcza wobec osoby, na którą się patrzy. K: Zależy z jakiej perspektywy na to patrzysz. Bo de facto to nic nikomu nie robi. S: Ciężko tu mówić o perspektywie. Są pewnie tacy, którym to może przeszkadzać. K: Wiesz, jak ktoś siedzi przykładowo w metrze i się na ciebie patrzy to nigdy nie wiesz o czym myśli.

POLEMIKA

S: A czy gdybyś wiedziała, patrzyłabyś na niego tak samo obojętnie? K: Nie wiem, nie zastanawiam się nad tym. Chyba zależy kto i o czym by myślał. S: Nie przeszkadza to nam, bo nie wiemy, o czym nawzajem myślimy. Pewnie to dobrze, bo inaczej dopiero patrzylibyśmy na siebie wszyscy wilkiem. Ale z drugiej strony, jak się tak pomyśli, co się może rodzić w niektórych głowach... K: Ja chyba wolę, żeby nikt nie wiedział o czym myślę. S: Jak każdy. Problem w tym, czy nie przeszkadza Ci to, co myślą inni, gdy jesteś tak, a nie inaczej ubrana. K: Nie. Póki trzymają ręce przy sobie, to raczej po prostu mam ubaw z tego, jak próbują ściągnąć na siebie uwagę (udaje im się, nie przeczę, ale chyba nie do końca w ten sposób jakby chcieli). S: A jak się ściąga tę uwagę? To może być fajny przyczynek do Twojej teorii o "zabawności facetów". K: A to już zależy od gościa. S: Opowiadaj, będzie zabawnie. K: Generalnie wszystko sprowadza się do udawania samca alfa. "Stary, idź mi po piwo, ja jestem za fajny, żeby stać w kolejce". Ewentualnie: "Ej, mała, chcesz drinka? Tylko nie za drogiego, bo wiesz, muszę dać napiwek barmance bo fajna z niej dziewczyna [ok., było napisane inaczej, delikatna cenzura – korekta po czasie, dalej „kpc”], a już wydałem na paliwo do mojego Porsche..." S: Powiedz, że żartujesz. K: Koloryzuję, ale łapiesz o co chodzi, mam nadzieję. S: Ile razy Cię już tak "wyrywano"? K: W ogóle. Za kogo ty mnie masz, no błagam... S: Czekaj, no ja zrozumiałem to tak, że ktoś próbował tak zwrócić na siebie Twoją uwagę. Zacytuję: "Póki trzymają ręce przy sobie, to raczej po prostu mam ubaw z tego, jak próbują ściągnąć na siebie uwagę (udaje im się, nie przeczę, ale chyba nie do końca w ten sposób jakby chcieli)". Nie pytam, czy Cię tak "wyrwano" (litości, Kielnia, o to Cię nie podejrzewam) tylko ile razy "wyrywano". K: Parę razy się zdarzało. S: Gdzie tak się dzieje?

POLEMIKA

K: Kluby. S: Ale idzie też tam spotkać ludzi w innym typie, niż wyżej przedstawiony? K: Idzie, oczywiście że tak. Kwestia tego, gdzie chodzisz. To „S” skończy. W sumie ładna puenta. Trzeba po prostu uważać i zawsze się szanować. Do podejrzanych miejsc chodzić nie warto, z ludźmi dziwnego zachowania lepiej się nie zadawać. Nigdy nie wiadomo, co komu siedzi w głowie. Czasem śmieszny facet może okazać się nagle groźnym facetem. Na odwrót też to pewnie działa, ale to już nie stwarza realnego niebezpieczeństwa. Mówię ciemnym języ-kiem, wiem. Dlatego teraz otwartym tekstem: dziewczyny jesteście wspaniałe i zasługujecie na porządnych mężczyzn! K – Magdalena Kelniarz S – Marek Suska „Życie na squacie”
Pan Henryk to przypadkowo spotkany w okolicy sklepu monopolowego w Gliwicach mężczyzna.
LUDZIE

Zapytany o historię swojego życia, wykazał typową dla jego środowiska postawę: „ Postaw (...) lala lapatik (...) to pogadamy.” Po krótkiej wymianie zdań doszliśmy do porozumienia. Pan Henio mimo wątłej sylwetki i równie wątłego zdrowia okazał się przysłowiowym walecznym kogucikiem. Pominę tu wulgaryzmy, którymi okraszał każde wypowiedziane zdanie. Jego historia jest krótka. To prosty, nieuczony człowiek, nawet jego wiek jest nieokreślony, sam pan Henio traci co rusz wątek i gubi się w bełkotliwych zeznaniach. Ma ok. 64 lat. Jego wykształcenie kończy się na kilku klasach szkoły podstawowej oraz OHP, gdzie zdobył uprawnienia spawacza gazowego, a w późniejszym czasie prawo jazdy na wywrotki. Po jego ukończeniu zdobył pracę w dużym kombinacie. „Ludzie, czego ja nie spawałem... jednak najczęściej spawałem swoje gardło piwem i kolejnymi butelkami wódki”. Był dumny z tego, że całe swoje pieniądze wydawał na imprezy z kolegami. „W czasie jednej z takich imprez dorobiłem się potomstwa, był szybki ślub itd. Razem z żoną wynajmowaliśmy mieszkanie na osiedlu Błogosławionego Czesława.” Jednak sielanka nie trwała zbyt długo, żona pana Henryka straciła pracę, czego on sam doświadczył wielokrotnie w czasach komuny, więc szukał nowej – i tak w kółko. Jednak czasy się zmieniły, duże zakłady pracy padły, a na dodatek pan Heniu przez swoje picie stracił prawo jazdy. Kiedy poszedł na bezrobocie, jego syn ożenił się i wyjechał na Mazowsze. Żyjąc z zasiłków i zaglądając do kieliszka, pan Henryk wraz z żoną popadli w długi. Brakło pieniędzy na czynsz i inne media, zostali eksmitowani z mieszkania. „Kiedy dostaliśmy nakaz eksmisji, moja żona zostawiła mnie i wyjechała do syna.” Bohater mieszka teraz w starej opuszczonej kamienicy, którą zawsze okupują zastępy dresiarzy - to niebezpieczna dzielnica. Na koniec pan Henryk powiedział: „Mam w dupie to, co się ze mną stanie i jak skończę, najważniejsze jest to, żebym miał się czego napić.” Po czym zapytał: „Hej lala postawisz mi piwo...?” Gdy odmówiłam, obrzucił mnie epitetami i chwiejnym krokiem znikł w pobliskiej bramie. Karina Cieszowic Dopalacz dla publiki
Jak to jest, że można sztucznie nadać ton opinii publicznej? Jak to jest, że całe społeczeństwo może zacząć dyskutować nagle o sprawie, która zna już od dawna?
ŚWIAT

Jasne, że mówię o dopalaczach. Przecież nie były dostępne od tygodnia, czy dwóch. Można było je kupować przez długi, długi czas. Nie przeciwstawiano się temu nazbyt intensywnie, o, na przykład znowelizowano 10 czerwca ustawę o przeciwdziałaniu narkomanii. Oburzano się. Ale nie jakoś mocno i bardzo konkretnie. Sprawa się zmieniła po medialnych donie-sieniach o kolejnych przypadkach zatruć po spożyciu dopalaczy lub nawet o śmierci po zastosowaniu tych produktów. To tragiczna sytuacja. Jednak czy nie zaistniała i wcześniej? Nie wiem. Ale dopalacze nie zaczęły być groźne tydzień temu. I w pełni popieram tę walkę. Szkoda, że jest prowadzona w taki sposób, bo przecież można by (chyba, prawo studiuję od paru dni dopiero) zakazać po prostu obrotu substancjami psychoaktywnymi, bez wymieniania ich szczegółowej listy – o takim rozwiązaniu pisał Rafał A. Ziemkiewicz w jed-nym ze swoich felietonów na Rzeczpospolitej. Mimo wszystko, lepiej późno, niż wcale. Bardzo szkoda, że zaczęło się to w okresie przedwyborczym i jest po prostu w tych celach wykorzystywane. Młodzi Demokraci (młodzieżówka Platformy Obywatelskiej) zorganizowali w Koszalinie akcję przeciwko dopalaczom. Ulotki o szkodliwości tych substancji wręczali młodzieży samorządowcy. Nie wiem, może podobnych akcji było więcej, może uczestniczyli w nich i inni. Ale już pierwszy przykład nie przedstawia się najlepiej. Chciałbym myśleć, że ten temat nie ma nic wspólnego z wyborami. Marek Suska