Musisz zainstalować flash player pobierz instalator












Do nauki!

słowem wstępu Outro Ogólnopolska gazeta młodzieżowa Wydawca: Fundacja Nowe Media Redaktorzy naczelni: Monika Toppich Kamil Wiśniowski Sekretarz redakcji: Marek Suska Korekta: Martyna Kłopeć, Agnieszka Dydacka, Agata Hajduk Szefowie działów: Aleksandra Bieniek (kultura) Elżbieta Janota (filmowo - literacki) Marta Pawłowska (społeczeństwo) Maciej Kulina (sport) Piotr Kulessa (finanse) Magdalena Kelniarz (korekta) Paula Wyciślok (foto) Fotoedycja: Klaudia Mehlich, Dorota Stach Projekt okładki: Anna Romanowska Zdjecie z okładki:oldweston J

ak podnieść poziom istniejącej już gazety? Jak zebrać grupę ludzi z całego kraju, w jednym, góra dwóch miejscach, na warsztaty dzienni-karskie? Zadanie wydaje się z pozoru niewykonalne. Jednak Outro, to ludzie przyzwyczajeni do zadań niewykonalnych i realizowania szalonych wizji. Dzięki temu oraz wsparciu Fundacji Nowe Media w ostatni weekend udało się zorganizować warsztaty, na których spotkali się ludzie, którzy do tej pory pracowali ze sobą jedynie przez Skype, gg i maile. Trudno już mówić o efektach, gdyż jesteśmy dopiero w połowie „akcji edukacyjno – integracyjnej”, jednak już w styczniu przedstawimy Wam odnowiony numer Outro. Tymczasem, zapraszamy do czytania wydania grudniowego, którego – na przekór – głównym tematem nie są święta, a piłka nożna. Ale przecież trudno się dziwić – wychodzimy poza schemat! MiK PS W tym miejscu nie sposób nie wspomnieć o nowościach, które można zaobserwować już na pierwszy rzut oka - zmieniło się logo, a także grafika numeru i... nie tylko. Zapraszamy do czytania! PS2 Niefortunnie przesunęło nam się wydanie - wybaczcie, prawa autorskie mu-szą być zachowane, nawet za cenę spóźnienia.

spis treści

Wokół kultury strona 6 Joe Hisaishi strona 10 „W Polsce mamy wielu przyjaciół” - Trzy pytania do Para Sundstroma – basisty zespołu Sabaton strona 12 Nirvana strona 13 Granda strona 16 Hiszpańsko – angielska radość strona 18 14. Targi Książki w Krakowie strona 20 Toskańskie przygody Ferenca Máté strona 24 Muzyczna podróż z Wojciechem Mannem strona 27 Cyberprzestrzeń blogerów strona 29 TO SIĘ RUSZA! strona 32 TO SIĘ RUSZA! Cz 1. strona 34 Co w kinie piszczy? strona 36 Chodź, opowiem ci bajeczkę strona 40 Czary i (kosz)mary strona 42 Niebezpieczna miłość strona 45 Pierwsza Piątka: „I see dead people” strona 45 Przechwałki - pyszałki i ramówkowe życzenia strona 52 TOP MODEL – „Zostań modelką” strona 54 Zimno i mokro, czyli co robić, gdy nad-ciągnął grudzień strona 58 Merry Christmas strona 63 "Znani z tego, że są znani" strona 65 Warto pomagać! strona 68 Czy jesteś finansowo inteligentny? strona 72 (Barra)cuda na krótkim dystansie strona 74 „Orzeł 2020” strona 77 Pan Kazio robi wielką różnicę strona 82 Czy godzina wystarcza? strona 84 Konflikt na linii Barcelona – Ibrahimović strona 86 CUD Z BLACKPOOL strona 89 Podsumowanie pierwszej ligi strona 93 Gaworzy порусски? strona 98 Znani z tego, że są znani Czary i (kosz)mary Muzyczna podróż W Polsce mamy... Pan Kazio robi różnicę Finansowa inteligencja

teksty polecane

o tych, któzy przyciągają uwagę mediów głównie skandalami i "tym, że są" recenzja jednej z najbardziej oczekiwanych premier filmowych tego roku dlaczego warto się cieszyć, że Wojciech Mann nie został saksofonistą z cyklu "3 pytania do..." rozmowa z basistą zespołu Sabaton Okazuje się, że Orlik Orlikowi nierówny - jedne obiekty niszczeją, inne wciąż wyglądają jak nowe o tym, jaka jest różnica między aktywami i pasywami, dlaczego samochód wcale nie powiększa nam majątku Wokół kultury
Księga Raju w Teatrze Żydowskim
wokół kultury

17 grudnia w Teatrze Żydowskim w Warszawie odbędzie się spektakl Księga Raju w reżyserii Piotra Cieplaka. Przedstawienie, oparte na powieści Icyka Mangera, opowiada historię mężczyzny, którego losy potoczyły się inaczej niż innych ludzi jeszcze przed jego urodzeniem. Legenda żydowska mówi, iż zanim dusza pojawi się na Ziemi, przebywa w raju. W momencie narodzenia - przyjęcia ludzkiego ciała - wymazane zostają wszystkie wspomnienia z pobytu w cudownej krainie. Bohater spektaklu jednak je zachowuje, co skłania go do porównań, refleksji, rozczarowań. Na scenie oprócz aktorów pojawią się także marionetki. SOS ginącej miłości Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu zaprasza na Piosenki Jerzego Wasowskiego i Jeremiego Przybory SOS ginącej miłości. Bohaterowie spektaklu, który obejrzeć

wokół kultury

będzie można 17, 18 i 19 grudnia o godzinie 19.00, porozumiewają się ze sobą słowami znanymi wszystkim utworów pochodzących z Kabaretu Starszych Panów. Utknęli oni na małej stacyjce zasypanej śniegiem i w ten sposób próbują nawiązać ze sobą kontakt, urozmaicić przedłużające się oczekiwanie. Zabrzmią między innymi: Addio, pomidory, Kaziu, zakochaj się, Już kąpiesz się nie dla mnie. Kompozycje (Lód) Na nową wystawę Magdaleny Hueckel Kompozycje (Lód) składają się jej fotografie z podróży po Islandii. Tematem prezentowanych zdjęć są śnieżne i lodowe krajobrazy wyspy. Przeważającymi kolorami są szarość, biel, chłodny nie-bieski. Kompozycje nasuwają myśli o spokoju, harmonii, a także ideale otaczającego świata, który sam w sobie jest piękny, jest dziełem sztuki. Prace można oglądać w Centrum Kultury Zamek, Galerii Fotografii PF w Poznaniu do 23 grudnia. Napięcia Studio BWA od 14 stycznia daje możliwość oglądania nie tylko samej wystawy Napięcia, której wernisaż odbędzie się tydzień później, 21 I , ale także jej montażu. Autorami instalacji są Magda Grzybowska i Marek Sienkiewicz. Napięcia to rozpięte w przestrzeni linki i struny łączące betonowe słupki, drewniane elementy. Według jej autorów jest to próba stworzenia „strefy napięć koncepcji”. Wystawa będzie czynna do 29 stycznia 2011 roku. Tadeusz Jodłowski, plakaty Poskramiacz

wokół kultury Chodzi o to, żeby duże zamknąć w małym… Prace te są z jednej strony niezwykle proste, w rzeczywistości jednak pełne alegorii i nawiązań do ówczesnych wydarzeń. Zadziwiające jest to, w jaki sposób autor stawiając parę kresek, odwołuje się do wyobraźni odbiorcy.

Chodzi o to, żeby duże zamknąć w ma-łym… to wystawa, która potrwa do końca 2010 roku w Muzeum Plakatu w Wila-nowie. Trudno znaleźć jakąkolwiek dziedzinę sztuki tworzenia afiszy, w której Jodłowski nie realizowałby się. Jego au-torstwa były zarówno monumentalne plakaty polityczne lat 50. i 60., jak te rekla-mujące teatry kukiełkowe, wystawy, przedstawienia cyrkowe czy też wydarzenia sportowe. Do 15 stycznia 2011 roku potrwa wystawa Moniki Szwed Poskramiacz/The Tamer. Ekspozycja ma miejsce w poznańskiej Galerii Muzalewskiej. Artystka jest absol-wentką Akademii Sztuk Pięknych w Poz-naniu. Na wystawie znalazły się obrazy przyciągające widza swoją oryginalnością i na długo zapadające w pamięć, chociaż niejednokrotnie trudne do zinterpre-towania. Tytułowy Poskramiacz to wyko-nana z przetartej starej skóry klęcząca i skulona postać zasłaniająca dłońmi twarz. Ma ona symbolizować słabości i ułomności człowieka, jego codzienną walkę z rzeczy-wistością i samotność, rozpacz za utra-conymi chwilami i nieśmiałą nadzieję zmian. Powidoki Życia Wystawa prac Władysława Strzemińskiego Powidoki życia. Władysław Strzemiński

wokół kultury

i prawa dla sztuki to refleksja nad moż-liwością przeniesienia elementów z jednej dziedziny twórczości do innej, ich nakładaniem się i współistnieniem. Druga część tytułu nawiązuje do przekonania artysty, że sztuka ma prawo uczestniczenia w życiu, a życie ma pełne prawo do udziału w sztuce. Władysław Strzemiński, malarz, grafik, projektant, był jednym z czołowych awangardy poczynając od dwudziestolecia międzywojennego. Jego prace to kolaże, do ich tworzenia używał różnych materiałów. Obok szkiców można znaleźć obrazy olejne z wyklejonymi fragmentami. Wystawę można zwiedzać do 27 lutego 2011 roku w Muzeum Sztuki w Łodzi. Towarzyszyć jej będą wykłady prowadzone przez międzynarodowych gości, semi-narium analityczne z czytania tekstów teo-retycznych Strzemińskiego, panel dyskusyjny oraz warsztaty i działania edukacyjne. Przed odejściem w stan spoczynku Spektakl Przed odejściem w stan spo-czynku. Komedia o duszy niemieckiej można oglądać w grudniu na Małej Scenie Teatru Studio w Warszawie. Sztuka Thomasa Bernharda w przekładzie Danuty Żmij - Zielińskiej to historia o upiorach na-zizmu, życiu i przyszłości mieszczucha. Przedstawienie jest okazją do obserwacji relacji międzyludzkich, problemów z poro-zumiewaniem się, a także wynikłych z tego komplikacji i zawiłości. Aleksandra Bieniek Joe Hisaishi

notka biograficzna G Muzyka Joe Hisaishiego jest trudna do porównania z tym, do czego przyzwyczaili nas kompo-zytorzy z Europy i z Hollywood.

rudniowa notka biograficzna zakończy nasz cykl o znanych i mniej znanych kompozytorach muzyki filmowej. Jednak będąc wierną zasadzie, że najlepsze należy zostawić na koniec, to właśnie w tym miesiącu przybliżę wam postać mojego ulubionego twórcy, który dzięki szczęśliwemu zrządzeniu losu urodził się właśnie w grudniu. Tym kimś jest Joe Hisaishi. Joe Hisaishi (naprawdę Mamoru Fujisawa) urodził się 6 grudnia 1950 roku w Nagano. Podobnie jak większość kompozytorów swoją muzyczną karierę rozpoczął od gry na instrumencie - w jego przypadku były to skrzypce. Później wybrał stu-dia na Kunitachi College of Music, gdzie studiował kom-pozycję i związał się ze środo-wiskiem muzyków minimalistycznych. Pierwsze kompo-zycje Japończyka z lat 70. sygno-wane były jego praw-dziwym nazwis-kiem. Jednak, kiedy w roku 1981 opub-likował swój pierwszy album „MKWAJU” dzięki któremu stał się bardziej rozpoz-nawalny, postanowił przybrać pseudonim artystyczny Joe Hisaishi. Wybór nowego imienia miał znaczenie: jest to retrans-krypcja z języka angielskiego na japoński imienia Quincy Jones. Wtedy właśnie dostrzegł go Hayao Miyazaki (o którym była już mowa przy okazji jubileuszu 25-lecia studia Ghibli w numerze czerwcowym) i zaprosił go do współpracy nad ścieżką filmową do filmu „Nausicaä z Doliny Wiatru”. Tym samym Joe Hisaishi

notka biograficzna

rozpoczął nieprzerwaną, bo trwającą przez wszystkie lata aktywności studia, współpracę z najsłynniejszym reżyserem anime. Cudowne filmowe światy Hayao Miyazakiego zostały zilustrowane prze-piękną i magiczną muzyką stworzoną przez japońskiego kompozytora. Ścieżki dźwię-kowe do „Księżniczki Mononoke” lub do „Ruchomego Zamku Hauru” zaskakują nie tylko oryginalnością oraz ogromną siłą oddziaływania na słuchacza. Są one także niezwykle zróżnicowane i ukazują tym samym niezwykły wachlarz umiejętności Joe Hisaishiego. Jednak Hayao Miyazaki nie jest jedynym twórcą filmów z którym Joe Hisaishi stworzył niepowtarzalny duet reżyser - kompozytor. Japoński artysta współpra-cował również ze znanym, także w Eu-ropie, reżyserem Takeshi Kitano. Muzyka do takich filmów jak „Scene at the sea”, „Kikujiro”, „Dolls” czy nagrodzonego na weneckim festiwalu Złotymi Lwami „Hanabi” przyczyniły się do jego między-narodowego sukcesu. Lecz Joe Hisaishi to nie tylko kompozytor. Od 2004 roku jest dyrektorem New Japan Philharmonic World Dream Orchestra, dla której zorganizował dwie trasy koncertowe, które zaowocowały albumem „American In Paris”. Jako dyry-gent i pianista współpracował również z Filharmonią Londyńską i włoską Citta di Ferara Orchestra. Joe Hisaishi jest także twórcą pierwszego w historii, japońskiego musicalu pod tytułem „Quartet”, który samodzielnie wyreżyserował i do którego oczywiście skomponował muzykę. Muzyka Joe Hisaishiego jest trudna do porównania z tym, do czego przyzwyczaili nas kompozytorzy z Europy i z Hollywood. Harmonia i bogactwo jego kompozycji kreują jego jedyny i łatwo rozpoznawalny styl. Wspaniałe aranżacje przyciągają uwagę słuchacza, czarując jednocześnie swoją prostotą. Zachęcam was do zapoz-nania się z jego twórczością, byście na własne uszy mogli się przekonać, że niesa-mowite epickie kompozycje i wzruszające motywy muzyki filmowej można odnaleźć także poza Hollywood. Paulina Rzymanek „W Polsce mamy wielu przyjaciół”

3 pytania do... T "Dla mnie ważne jest to co gram, jak brzmi tekst. Przede wszyst-kim, żeby mówił o „czymś” i miał sens. Istnieje wiele typowych heavy meta-owych tekstów, ale dla mnie nie jest to wys-tarczające."

rzy pytania do Para Sundstroma – basisty zespołu Sabaton K.S.: Co sądzicie o Pola-kach? Jak Wam się podoba w Polsce? P.S.: Polska to w pewnym sensie nasz drugi dom, ponieważ byliśmy tutaj wiele razy w zeszłym roku i tu nagrywaliśmy teledysk do kawałka z naszej nowy płyty. W Polsce mamy wielu przy-jaciół. Naprawdę dobrych zna-jomych, nie tylko fanów. Uwielbiam tutaj przyjeżdżać. Już czekam, aby tu powrócić, zwłaszcza po tych 4 dniach spędzonych na koncertach w Polsce. K.S.: Dlaczego w Waszych utworach dominuje tema-tyka historyczna? P.S.: Myślę, że to jeden z najbardziej interesujących tematów, o których mogliśmy napisać. Dla mnie ważne jest to co gram, jak brzmi tekst. Przede wszystkim , żeby mówił o „czymś” i miał sens. Istnieje wiele typowych heavy meta-owych tekstów, ale dla mnie nie jest to wystarczające. Pi-szemy o tym, co nas na-prawdę interesuje i fascynuje. Tak po prostu jest (śmiech). K.S.: Polacy pokochali Was za utwór 40:1. Czy w naj-bliższym czasie możemy liczyć na kolejne kawałki o bohaterstwie polskich żołnierzy? P.S.: Przyszłość na razie jest nam nieznana. Nawet nie zaczęliśmy myśleć o nowym albumie. Obecnie jesteśmy w trasie i promujemy najnowszą płytę. Co zrobimy? Jak skończymy trasę , wówczas zaczniemy myśleć o pracy nad następnym krążkiem. Nie jest-em pewien czy tematyka na-szych piosenek będzie zawie-rała tematy związane z Polską. Zobaczymy co się wydarzy, gdyż sami jeszcze tego nie wiemy. Krzysztof Socha Nirvana
Chyba nie ma na świecie osoby, która by nie słyszała o tym zespole. Albo za sprawą piosenek, albo tajemniczej śmierci wokalisty. Bez znaczenia jest to, czy ktoś lubi tego rodzaju muzykę. Grupa ta była niewątpliwie jedną z najbardziej charakterystycznych, a wokalista - Kurt Cobain – do dziś jest nie do zastąpienia.
sylwetka zespołu 20

lutego 1967 roku w biednym mieście Hoquiam nieopodal Aberdeen, w którym ludzie utrzymywali się z przemysłu drzew-nego, na świat przyszedł chłopiec. Wtedy nikt jeszcze nie podejrzewał, że stanie się jedną z największych legend rocka. W życiu Cobaina od zawsze była muzyka – jego ciotka miała swój zespół country i to właśnie ona pokazała małemu Kurtowi gitarę i zapoznała go z muzyką Beatelsów. Chłopiec nie miał łatwego dzieciństwa, nieustannie przeprowadzał się od matki do ojca, do ciotek, wujków i dziadków. Kiedy miał 12 lat, wujek nauczył go grać na gitarze. Wtedy też po raz pierwszy poznał smak marihuany. Muzyka go zafascyno-wała i postanowił założyć zespół. Zaprzy-jaźnił się z perkusistą lokalnej grupy i za-czął pisać własne teksty. Niedługo potem udało mu się nagrać demo razem z dwoma przyjaciółmi. Przypadkiem jedna z kaset trafiła do Krista Novoselica, późniejszego basisty grupy. Z czasem próby zespołu zaczęły przyciągać tłumy gapiów. W tym samym czasie Kurt stracił dach nad głową, ponieważ przestał płacić matce czynsz.

sylwetka zespołu

Wyprowadził się do swojej ówczesnej dziewczyny do Olympii. Wtedy też grupa zaczęła występować pod nazwą Nirvana. W późniejszych wywiadach Cobain mówił, że chciał nazwać swój zespół jakoś ładnie i zgrabnie – pojęcie nirwana oznacza m. in. wolność od bólu i cierpienia, a to pasowało do jego definicji punk rocka. Kiedy uzbierali pieniądze, weszli do studia nagraniowego. W wytwórni Sub Pop powstała pierwsza płyta legendarnego zespołu - „Bleach”. Jednak nie zdobyła ona większego rozgłosu, nie można nawet było jej dostać w sklepach. Wkrótce zostali zaproszeni na koncert do rodzinnego miasta Kurta. Cobain na koncercie wystąpił z szyją pomalowaną na czerwono, a Krist grał w samej bieliźnie. Zaczęli zdobywać coraz większą popularność nie tylko dzięki specyficznej muzyce jaką grali, ale też dzięki dziwnym zachowaniom Kurta na scenie (np. często rozbijał swoją gitarę ze złości na złe nagłośnienie). W 1990 roku pojawił się Dave Grohl – muzycy od razu wiedzieli, że to jest właśnie perkusista, jakiego szukali. Zmienili też wytwórnię płytową. Geffen Records dali Nirvanie zupełnie wolną rękę. I tak powstał kultowy album „Nevermind” z piosenką „Smells Like Teen Spirit”. Album odniósł natychmias-towy sukces, dosłownie znikał z półek sklepowych, co jednak nie podobało się Kurtowi. Nigdy nie chciał sławy, nie chciał żeby ktokolwiek się na nim wzorował. On po prostu marzył, by tworzyć muzykę. Już wtedy można było przypuszczać, że zespół nie będzie długo istniał - Kurt był już silnie uzależniony od heroiny i dużo pił. Courtney

sylwetka zespołu

Love, z którą był w związku, również nie stroniła od używek. 18 sierpnia 1992 roku na świat przyszła najważniejsza osoba w życiu Kurta - jego córka Frances Bean. Niestety nawet to wydarzenie nie zachęciło go do zmiany stylu życia. Zespół był znany na całym świecie, ludzie ich uwielbiali i z dnia na dzień ich sukces był coraz większy. W 1992 roku pojawił się trzeci album, ale pod żadnym względem nie dorównywał „Nevermind”. Rok później wy-szedł „In Utero” i był to niestety ostatni krążek wydany przez zespół. Uzależnienie wokalisty było coraz silniejsze. 6 marca Kurt zapada w śpiączkę spowodowaną zażyciem 50 tabletek silnego leku nasen-nego, który popił szampanem. Podobno to była pierwsza próba samobójcza. 8 kwiet-nia 1994 roku światem wstrząsnęła infor-macja o znalezieniu zwłok Kurta. Zmarł 5 kwietnia i tak naprawdę do dzisiaj nie wiadomo, czy było to samobójstwo czy zabójstwo. Po tej informacji na całym świecie nastąpiła fala samobójstw wśród ludzi w każdym wieku. Wraz z nim umarł także grunge. Złośliwi twierdzą, że Nirvana stała się legendą tylko dzięki kontrowersyjnej śmierci lidera, ale to nieprawda. Nawet jeśli Kurt żyłby do dziś, grupa byłaby tym, czym jest teraz. Po śmierci lidera Krist i Dave kategorycznie odmawiali reaktywacji gru-py, ponieważ bez Kurta nie miałoby to sensu. Gdyby nie Nirvana dzisiaj wiele zespołów by nie istniało. Wielu artystów inspiruje się ich muzyką. Do dzisiaj w telewizji czy w radiu można usłyszeć ich niektóre piosenki, ich muzyka jest nieśmiertelna. Śmierć Kurta była równie wielką stratą co śmierć innych wybitnych muzyków. W dzieciństwie podobno chciał dołączyć do Klubu 27 (termin, który określa wybitnych muzyków zmarłych w wieku 27 lat, impulsem do stworzenia go była śmierć m. in. Jimiego Hendrixa, Janis Joplin i Jima Morrisona), ale prawdopodobnie nigdy nie przypuszczał, że kiedyś do niego dołączy. Teraz część Nirvany możemy znaleźć w zespole Foo Fighters, ponieważ założycielem i członkiem jest Dave Grohl. Emilia Figurniak Granda

recenzja płytowa N

a nową płytę Monika Brodka kazała długo czekać. Warto było! Wokalistka nie stawia już na melodyjne, łatwo wpadające w ucho piosenki jak „Znam cię na pamięć’, wałkowane kiedyś przez rozgłośnie radiowe do bólu. Stawia na eksperymenty, nie boi się nagrywać piosenek - fanaberii, choć z góry wiadomo, że nie sprzedadzą się tak dobrze a i łatwiej byłoby przecież pozostać przy sprawdzonej, popowej konwencji. Zachowawczość?! Tego na tej płycie nie ma! Bo zasadniczo wydaje się, że jest na niej prawie wszystko, od skocznej „W pięciu smakach”, przez zwariowaną „Szyszę” do zmysłowego erotyku „Saute”. Poszukiwania Brodki są wariackie, chao-tyczne, radosne. Nie są spójne, ale czy muszą być poukładane i spójne ? „Wielkie oczy ma strach – palcem pogrożę mu.” śpiewa w cudownie prostych „Krop-kach kreskach”. Na pewno jest to płyta bardzo odważna, nie obliczona na sukces komercyjny, stworzona bardziej dla siebie niż dla kogokolwiek innego. To budzi sza-cunek. Ciągle za mało mamy takich albu-mów na polskim rynku muzycznym. Cho-ciaż podobno Michał Wiśniewski wydaje płytę z poezją śpiewana, więc jest nadzieja. W tytułowej „Grandzie” poznajemy butną, rozkapryszoną pannę, która wie, czego chce! „Nie będzie dziś walczyka!” Będzie jak zechce – „Zbliżysz się o krok, pora-chuję kości!” Zdecydowanie jest to jeden z lepszych kawałków na tej płycie, charakterystyczny, mocny, zabawny. Brod-ka czaruje tu głosem, ledwo wyczuwalną chrypką, mruczeniem, szeptem, wycią-ganiem samogłosek. Artystka zmienia się też w kobietę -wampa, niektóre kawałki przesycone są ero-tyzmem, jak przepiękna „Saute”. Cudowna poezja, delikatna, nie narzucająca się, nie wulgarna i nie szokująca, a i tak nie sposób się od tego oderwać! Urocze

recenzja płytowa Zachowawczość?! Tego na tej płycie nie ma! Bo zasadniczo wydaje się, że jest na niej prawie wszystko, od skocznej „W pięciu smakach”, przez zwariowaną „Szyszę” do zmysłowego erotyku „Saute”. Poszukiwania Brodki są wariackie, chaotyczne, radosne. Nie są spójne, ale czy muszą być poukładane i spójne ?

jest tu także zupełnie nietypowe akcentowanie – zupełnie inaczej brzmi tekst po usłyszeniu piosenki, słowa się przewartościowują, nabierają nowych znaczeń. Pod tym względem płyta porównywana jest stylem do Kasi Nosowskiej. Bardzo osobiście – nie mogę (nie przejdzie mi to przez gardło!) powiedzieć, żeby podobieństwo do woka-listki zespołu „Hey” było wadą. A nawet jeśli takie istnieją, nie przeszkadzają zupełnie, bo style te różnią się zasadniczo, wystarczy przesłuchać. Dostrzegalne mo-mentami podobieństwo formy niknie przy różnicy w treści. Obecne są ciągle w me-lodiach motywy góralskie, Brodka nie re-zygnuje z nich, zwłaszcza instrumentalny „Hejnał” i moja ulubiona, pierwsza na liście „Szysza”, której tekst… rozwala. Nie bar-dzo umiem znaleźć przymiotnik opisujący tą piosenkę. Choć jest to generalnie najgorzej oceniana kompozycja na tej płycie, mi – jak tylko ją słyszę – drżą nogi, już bym tańczyła! Najchętniej jakieś góralskie przytupywajki, o których nie mam bladego pojęcia. A gdybym chciała jakoś nakreślić, jaką płytą jest „Granda” Moniki Brodki, to chyba właśnie słów tej piosenki bym użyła: „Rozebrany cały świat A ja chcę patrzeć, a ja chcę patrzeć Wszystkim piątej klepki brak A ja popatrzeć chcę, a ja popatrzeć chcę W głowie dyskoteka trwa Taniec wątki rwie, a w tańcu ciebie chcę Rozum jak po głębszych dwóch A myśli plączą się i kroki mylą znów.” Anna Żmuda Hiszpańsko – angielska radość

recenzja płytowa W

lipcu tego roku ukazała się naj-nowsza płyta Enrique Iglesias’a „Euphoria”. Jest to pozytywnie nae-lektryzowana mieszanka, która wzbu-dza wiele kontrowersji ze strony słuchaczy. Płyta została wypromowana przez singiel „I like it”, wykonywany razem z Lionel’em Richie, śpiewającym wers swojego hitu All Night Long. Gościnnie wystąpił także Pitbull co było doskonałym pomysłem, gdyż wprowadziło trochę świeżości już na samym początku. Ponadto projekt ten stał się idealnym chwytem, aby przyciągnąć jak najwięcej fanów. Kolejnym dobrze przyjętym przez publiczność singlem jest piosenka „Heartbeat”, która wskoczyła na szczyty list przebojów. Enrique nie zapomniał też o ojczystym kraju więc część piosenek znajdujących się na płycie jest po hiszpańsku. Jedna z nich - "Cuando Me Enamoro" nagrana wspólnie z latynoską gwiazdą Juanem Luisem Guerra, wpisując się w stary, wiecznie towarzyszący artyście nastrój, momentalnie zdobyła szczyty hiszpańskich list przebojów. Euphoria to płyta zawierająca rytmiczne i skoczne kawałki utrzymane w radosnym klimacie przepełnionym zabawą. Tematykę utworów można było przewidzieć, Enrique śpiewa o miłości co dla nikogo nie jest zaskoczeniem. Artysta omawia wpływy kobiety na mężczyznę w dość prostolinijny sposób, moment, w którym człowiek odnajduje druga połówkę. Opisuje różne

recenzja płytowa

wydarzenia zwracając głównie uwagę na tą emocjonalną stronę. W nagraniu albumu artyście towarzyszyły różne gwiazdy takie jak między innymi: Nicole Scherzinger, Usher, Akon czy wcześniej wspomniany Lionel Richie. Artysta już dawno zaskarbił sobie uznanie i miłość fanów, którzy lubią tego typu muzykę. Fakt, iż album został pozytywnie przyjęty również o tym świadczy. Widać, że muzyka pop połączona z elementami muzyki latynoskiej od zawsze jest w jego sercu i to właśnie jej będzie się trzymał. Płyta udowadnia nam, że wokalista jest w świetnej formie, rozwija się, a swoje piosenki unowocześnia. Dotyczą one co prawda nadal jednego tematu, ale sposób prezentacji ciągle się zmienia. Podsumowując, płyta oceniona zostaje pozytywnie. Enrique kontynuuje tradycję ojca śpiewając o miłości, jednak czas najwyższy to zmienić. Pomimo wszystko, płyta ta łatwo wpada w ucho, a dla fanów muzyki latynoskiej będzie ona doskonałą odskocznią. Michalina Majchrzak „Godzina czytania jest godziną skradzioną z raju” Te słowa kanadyjskiego pisarza Thomasa Whartona były motywem przewodnim wspaniałego kulturalnego wydarzenia, jakim były listopadowe Targi Książki w Krakowie.
14. Targi Książki w Krakowie
relacja B

ędąc ich uczestniczką mogę śmiało dodać, że każda chwila spędzona w książ-kowej hali targowej przepełniona była mnóstwem emocji, a każda minuta poświęcona na spotkania autorskie i na przechadzanie się między stoiskami wydawnictw była spełnieniem marzeń takiego mola książkowego jak ja. Uczestnikom targów powodów do radości dostarczyło ponad 450 wystawców i 400 autorów, którzy przez cztery dni uszczęś-liwiali wszystkich odwiedzających. Jednak każda historia ma swój początek, więc równie dobrze relacja z 14. Targów Książki w Krakowie mogłaby rozpoczynać się mniej więcej tak… „Muzykanci grają na drzewach”… a dookoła tyle się dzieje! Radość z uczestnictwa w tegorocznych targach rozpoczęła się na długo przed ich otwarciem. Stale uaktualniana lista gości

relacja 5 listopada przekroczyłam próg hali uzbrojona w listę wystawców, plan spotkań oraz spis książek do kupienia. Wspaniały zapach świeżo wydrukowanych książek, wypełniający cały budynek był niczym zastrzyk pozytywnej energii oraz zapowiedź niezwykłych chwil, które miałam nadzieję spędzić w Krakowie.

oraz zaplanowanych spotkań z autorami powiększała się z dnia na dzień i układanie ostatecznej listy tzw. „mustsee” było dla mnie ogromną przyjemnością. A było z czego wybierać! Olga Tokarczuk, Michał Rusinek, Wojciech Mann, Małgorzata Kalicińska, Jacek Dukaj, o. Leon Knabit, Szymon Hołownia, Władysław Bartoszews-ki, Marek Krajewski, Wojciech Cejrowski, Martyna Wojciechowska, Andrzej Pilipiuk … na tym lista autorów wcale się nie kończy, wręcz przeciwnie, obecność takich nazwisk jak lord Jeffrey Archer, Charlotte Link czy Herta Műller, sprawiała, że nie mogłam się doczekać, aż to wszystko zobaczę na własne oczy! Jednak tym razem to nie wzrok był pierwszym zmysłem, który „oszalał”, gdy w piątkowe popołudnie dnia 5 listopada przekroczyłam próg hali uzbrojona w listę wystawców, plan spotkań oraz spis książek do kupienia. Wspaniały zapach świeżo wydrukowanych książek, wypełniający cały budynek był niczym zastrzyk pozytywnej energii oraz zapowiedź niezwykłych chwil, które miałam nadzieję spędzić w Krakowie. Wydawnictwo Duszpasterstwa Rolników Włocławek i oZNAKowany tramwaj Jeden dzień to z pewnością za mało, by wszystko zobaczyć i podjąć ostateczne, jakże trudne decyzje w sprawie zakupu wymarzonych tytułów. Z pomocą przyszedł plan hali, będący jedną wielką mapą skarbów pokazującą drogę do ulubionego

relacja

wydawnictwa. Wielbiciele wszystkich gatunków literackich mogli znaleźć coś dla siebie: Harlequin – stoisko A36, Czytelnik – stoisko B77, Wydawnictwo Duszpasterstwa Rolników Włocławek - stoisko C29, Wy-dawnictwo Uniwersytetu Śląskiego – stoisko E31... W sumie 453 stoiska pełne książek, albumów, tomików wierszy i różnego rodzaju publikacji. Ale na tym nie koniec! Wydawcy, wychodząc naprzeciw potencjalnym czytelnikom, kusili rabatami, promocjami i rożnego rodzaju atrakcjami. Wspomniane już stoisko Harlequin ofero-wało swoim wiernym czytelniczkom trzecią pozycję gratis, inni wydawcy wspierali akcję „Książka za Książkę”, która gwarantowała zniżki nawet do 50%, a wydawnictwo Znak zachęcało do podróży tramwajami, w których wolontariusze rozdawali kupony upoważniające do rabatu na wszystkie książki tej krakowskiej oficyny. Jednak zakupy to nie wszystko. W końcu równie dobrze można unikać tłumów, wybierając się do najbliższej księ-garni lub biblioteki. Większość odwiedza-jących liczyła przede wszystkim na spotka-nie w cztery oczy w ulubionym pisarzem i na autograf w ukochanej książce. Przy stole z Olgą Tokarczuk i na kanapie z Michałem Rusinkiem Forrest Gump mawiał „Jeśli widzisz kolejkę, to stań w niej”. Za jego radą poszło wielu fanów, którzy stali cierpliwie w licznych kolejkach przeróżnej długości. I tak, na kilka słów z Olgą Tokarczuk czekało się kilka chwil, a podpis Jeffreya Archera wymagał od czytelnika kilkudziesięciu

relacja

minut cierpliwości. Za szczęściarzy mogą uważać się ci, który zdobyli podpis zeszłorocznej noblistki, Herty Műller, bowiem na kilkaset osób które przyszły na spotkanie, tylko kilkudziesięciu udało się zmieścić w ustalonym przez ochronę limicie. Byli też tacy, którzy nie mieli powodów do narzekań; wśród nich znaleźli się z pewnością czytelnicy książek ojca Leona Knabita, który kręcił się po stoiskach praktycznie przez cały czas, rozdając uśmiechy i podpisując książki. Jeżeli miało się szczęście, to poza wymarzonym autografem można było również posiedzieć i porozmawiać. Ja byłam jednym z takich szczęściarzy i piętnaście minut spędzonych na rozmowie z Michałem Rusinkiem na kanapie księgarni Gandalf należy zdecydo-wanie do moich ulubionych momentów zakończonych już targów. Jeśli nie książka, to co? To oczywiste, że tematem przewodnim targów książki są dzieła literackie i wszystko to, co jest związane z ich publikacją. Jednak na terenie hali miały również miejsce różnego rodzaju warsztaty, wykłady, prezentacje i pre-lekcje. Pomiędzy stoiskami wydawnictw specjalizujących się w literaturze dziecięcej, swoje stanowiska mieli również sprzedawcy gier planszowych, którzy zainteresowanym tłumaczyli zasady gry w „Małych Powstań-ców” i wyjaśniali sposoby planowania rozgrywki „Bitwy pod Grunwaldem”. Fani różnego rodzaju gadżetów mogli prze-testować działanie eksiążki oraz poznać możliwości jej zastosowania. Stoisko Irving zapraszało na degustację pysznych herbat, których zapach doskonale pasował do literackiego nastroju imprezy. Oczywiście targi były przedmiotem zainteresowania nie tylko przeciętnego czytelnika; między wy-dawnictwami krążyli również przyszli autorzy i ilustratorzy, liczący na współpracę przy publikacjach kolejnych pozycji. Nie ma co ukrywać, organizatorzy 14. Targów Książki nie mają powodów do narzekania, podobnie z resztą jak odwiedzający, których liczba w tym roku przekroczyła 30 000. Ci, którym liczby nie wystarczą, muszą mi uwierzyć na słowo, że rynek książki i czytelnictwo w Polsce mają się całkiem dobrze, bo entuzjastów literatury i bibliofilów w naszym kraju na szczęście nie brakuje. Na zakończenie mogę śmiało powiedzieć: Do zobaczenia za rok, na jubileuszowej edycji 15. Targów Książki w Krakowie. Paulina Rzymanek Toskańskie przygody Ferenca Máté

recenzja książkowa O

powieść człowieka, który nie bał się spełnić swych marzeń. Doprawio-na humorem i drobnymi złośliwoś-ciami, zaczarowana urokiem Italii, pełna ciepła historia niczym z bajki. Tylko ktoś prawdziwie odważny zostawiłby za sobą poukładane życie i postanowił wyjechać niemalże na drugi koniec świata, by tam w końcu zrealizować swoje pragnienia. Nie znając zwyczajów wybranego miejsca, ani tym bardziej języka, próbował sięgnąć po szczęście i radość życia, nie przejmując się przy okazji potknięciami, jakie mogą napotkać każdego z nas. Rzuciłby się w wir nowych znajomości, czerpałby z nich przyjemność, a przy okazji nie zamartwiał tym, co może wydarzyć się następnego dnia. Być może to specyficzna cecha ludzi, którzy w okresie dominacji rosyjskiej nad krajami Europy Środkowo – Wschodniej nie bali się zrobić wszystkiego, żeby przedostać się na zachód. Tak właśnie zaczyna się autobiograficzna powieść Ferenca Máté - „Wzgórza Tos-kanii”. Pisarz wraz z żoną Candance – malarką - opuszczają Stany Zjednoczone, żeby we Włoszech poszukiwać swego nowego domu. Z przewodnikiem w dłoni trafiają do tego jakże magicznego zakątka Italii, po którym jeżdżą poszukując odpowiedniego dla siebie miejsca. Przy okazji rozkoszują się kuchnią włoską, która zachwyca ich w każdym calu, poznają kilku niezwykłych sąsiadów, a także niesa-mowitą wręcz wartość trufli. Dowiadują się

recenzja książkowa

również, że nie każdy pies doprowadzi ich do tego cennego smakołyku, zaś kasztany mogą okazać się śmiertelną bronią. W czasie swego pobytu w Toskanii odkrywają również to, co tubylcy wiedzą od urodzenia i nikt nie musi im tego tłumaczyć. W końcu celem życia nie musi być wspaniałe mieszkanie w centrum jednego z naj-większych miast świata i praca przynosząca krocie, a stary dom wraz z malowniczym ogrodem, gdzieś w zapomnianym zakątku. I z taką właśnie myślą powracają do Włoch na wiosnę, by w końcu osiąść na stałe w wymarzonym miejscu. Na tym jednakże ich przygody wcale się nie kończą. Nie minęło wiele lat od chwili, kiedy Ferenc i jego żona osiedli na stałe w Italii, a już odkryli, że do szczęścia wciąż czegoś im brakuje. Dom, który wybrali wcześniej, przestał nagle być tak magiczny, a nie-wielki ogródek dookoła niego nie był w stanie zastąpić tego, o czym naj-wyraźniej pisarz marzył już od dłuższego czasu. O swych dalszych losach napisał on w książce „Winnica w Toskanii”, której tytuł zdradza już na samym początku, czego autor pragnął najbardziej. I tak oto nastaje znów czas, kiedy Ferenc zwiedza okolicę w poszukiwaniu starego domu i odpowied-niego stoku, gdzie mógłby rozpocząć uprawę winorośli. Nie liczy się dla niego przesadna wygoda, lecz duch prawdziwej Toskanii, którą obecnie coraz ciężej od-naleźć. Pełno tu teraz bowiem Rzymian, których okoliczni mieszkańcy co najmniej nie lubią, zaś stawiane obecnie domy niczym nie przypominają tych średnio-wiecznych perełek, jakie znaleźć jeszcze można w niektórych zakątkach. W pod-różach czasem towarzyszy mu żona, choć częściej skupia się ona na pilnowaniu ich kilkuletniego syna Bustera. W końcu pewnego dnia mężczyzna trafia w miejsce, które okazuje się być idealne. A przy-najmniej do czasu, kiedy nie rozpoczyna się remont starego XIII - wiecznego klasz-toru z przecudną wieżyczką, zaś działka przeistacza się w mały tor z przeszkodami. Ściany niespodziewanie okazują się być spojone jedynie ruchliwymi lokatorami, przegniłe belki koniecznie muszą zostać zastąpione takimi z epoki, zaś dachówki należy doprowadzić do stanu używalności. Przy okazji Ferenc wciąż i wciąż przekonuje się, że włoskie urzędy są co najmniej enklawą dziwaczności, a jedynym sposo-bem na to, by zmusić pracowników do jakichkolwiek działań jest postraszenie ich dziennikarzami. To i wiele więcej smacz-ków można znaleźć w obydwu książkach. Autor posiada ten niezwykły dar wciąg-nięcia czytelnika w świat, o którym pisze i wcale nie potrzebuje do tego rozwlekłych, ani poetyckich opisów. Stara się przedstawiać wszystko tak, jakby snuł swoją opowieść podczas towarzyskiego spotkania. Można czasem wręcz odnieść wrażenie, że znajduje się dokładnie

recenzja książkowa

w miejscu, o którym Ferenc Máté dopiero co wspominał. Kiedy zaś przechodzi do wymieniania wszystkich posiłków, jakimi dane było mu się raczyć trudno nie odczuć burczenia w brzuchu, a przy okazji chęci skosztowania tych wszystkich specjałów. Dodane do tego zabawne wpadki, a także cięte uwagi, jakie nam autor serwuje, powodują, iż ma się wrażenie, że cała historia dzieje się gdzieś obok nas. Pomimo tego, iż to kolejna z książek opowiadająca historię życia obcokrajowca starającego się osiąść na stałe w nowym miejscu, w jakimś stopniu wyróżnia się ona na tle innych. Być może powoduje to sposób, w jaki została napisana, a może chodzi tutaj o patrzenie na świat z przymrużeniem oka. Jak również fakt, że autor posiada tę rzadko spotykaną zdolność śmiania się z samego siebie. To wszystko powoduje, że można się z nim zaprzyjaźnić, nie poznając go wcale osobiście i czekać na to, co wydarzy się za chwilę. Jego książki to nie długie opowieści na chłodne zimowe wieczory, lecz przyjemna odskocznia od codzienności, którą da się pochłonąć za jednym razem. Dzięki jego historii można na długi czas przenieść się do słonecznej Italii i zapomnieć całkowicie o otaczającym nas świecie. Zwłaszcza, kiedy to ponury, późny listopad. Dlatego też śmiało należy powiedzieć, że autobiograficzna powieść Ferenca Máté zasłużyła na najwyższą notę. Martyna Nowak Tekst wysoce subiektywny

recenzja książkowa J

ako wierna słuchaczka Trójki i en-tuzjastka audycji Pana Wojtka (nie będę się z tym kryć – jestem MANNiaczką), z radością wstaję o szóstej rano w piątek, by wysłuchać porannej audycji Zapraszamy Do Trójki prowadzonej przez wspom-nianego już redaktora Manna. Nie mogłam więc nie sięgnąć po jego autobiografię, która całkiem nie-dawno ukazała się nakładem wy-dawnictwa Znak. Książkę czyta się tak, jakby słuchało się programu radiowego. Jest tu miejsce na zabawne anegdoty, których Wojciech Mann ma w zanadrzu co niemiara (impreza w towarzystwie Animalsów, czy wspólne wykonanie „I just called to say I love you” w duecie ze Stevie Wonderem, przeszły już do historii) a także na różnego rodzaju zestawienia i listy, mniej i bardziej poważne, które przybliżają czytelnikowi jego pełen dźwięków świat. Oczywiście jest i muzyka, która była i będzie największą życiową pasją autora. Prezes Na Cały Świat, lekko i przyjemnie oprowadza nas po swoich dźwiękowych wspomnieniach i wprowadza nas w tajniki pracy tekściarza. Niestety, książka, będąc niezwykle interesującą i ciekawie napisaną pozycją, jest wbrew pozorom bardzo krótka. Gdy pomyślę, ile można byłoby w niej jeszcze zmieścić, ile opowiedzieć i ile historii rozwinąć, odczuwam pewien niedosyt. Zaledwie dwieście stron spisanych przez redaktora z tak ogromnym doświadczeniem sprawia, że z lekką nutką irytacji zadawałam

recenzja książkowa

sobie czasem pytanie: ”I co było dalej?” Chyba, że w planach są kolejne części wspomnień pana Wojtka… Jednak pomimo tych „tylko dwustu stron”, autobiografia Wojciecha Manna to fan-tastyczna podróż do przeszłości. Dla mojego pokolenia, żyjącego w świecie empetrójek, łatwo dostępnych płyt i licz-nych koncertów ulubionych grup muzycz-nych w kraju i za granicą, literacka wyprawa do czasów, gdzie odbiornik radiowy jest niemalże przedmiotem kultu, a konserwacja delikatnych płyt winylowych znana jest tylko nielicznym, książka pana Manna jest niczym wehikuł czasu. Wspom-nienia ilustrowane są fantastycznie dob-ranymi zdjęciami. Fotografie przedstawiają wielkie muzyczne wydarzenia, których autor książki był nie tylko uczestnikiem, ale także inicjatorem. Tak więc pozostaje nam tylko cieszyć się, że Wojciech Mann nie został jednak saksofonistą i liczyć na to, że ma w planach kolejne tomy swoich wspom-nień. Paulina Rzymanek fot. NASA Cyberprzestrzeń blogerów
Tradycyjne pamiętniki, pisane ręcznie w pięknych zeszytach i skrzętnie chowane przed ciekawskim okiem najbliższych odchodzą do lamusa. Prawdziwy triumf święcą natomiast ich internetowe odpowiedniki – blogi, które ewoluowały z początkowej formy dzienników, stając się jednym z najbardziej charakterystycznych symboli wirtualnej rzeczywistości.
wokół nas

Coraz prężniej rozwijająca się blogosfera stała się jednym z najpopularniejszych miejsc w sieci. Liczba blogów rośnie w zawrotnym tempie, znane portale cytują ich najciekawsze fragmenty, wywołując lawiny komentarzy, a w sieci nierzadko aż huczy od debat blogerów. Chcąc, nie chcąc, każdy użytkownik Internetu musi kiedyś zetknąć się z tym zjawiskiem. Niektórzy będą zniesmaczeni, inni zostaną stałymi czytelnikami i, być może, po pewnym czasie sami pokuszą się o założenie wirtualnego pamiętnika. Rodzaje blogów mnożą się jak grzyby po deszczu. Wszystko zaczęło się od dzienników. Teraz można do woli wybierać spośród wielu kategorii. Tradycyjne zapiski są nadal popularne, choć coraz częściej spotyka się też fotoblogi i wideoblogi. Pisarze – amatorzy publikują na blogach swoje opowiadania, poeci, piszący do tej pory tylko do szuflady, poddają wiersze ocenie internautów, a podróżnicy dzielą się z czytelnikami wrażeniami z wypraw. Powstają blogi – ocenialnie (na których blogerzy wydają opinię o twórczości kolegów po fachu) i blogi – poradnie (z których można dowiedzieć się wszyst-kiego na przykład o pielęgnacji urody). Nie sposób nie zauważyć, że aż roi się od blogów bezwartościowych, przy czytaniu których wywraca się żołądek. Marne teksty pisane tandetną czcionką opatrzone są kiczowatymi obrazkami. Obca ich twórcom jest ortografia i gramatyka, a poruszane tematy są tak błahe, że nie ma się ochoty czytać więcej. Nie można jednak nie docenić tych blogów, które w wirtualną rzeczywistość wnoszą wiele dobrego. Wśród mnóstwa nic nie wartych zdarzają się prawdziwe perełki,

wokół nas

tworzone z pasją i werwą. Przyciągają uwagę ciekawym stylem wypowiedzi i dopieszczoną szatą graficzną. Czytelnicy nawiązują więź emocjonalną z ich boha-terami, w napięciu czekając na kolejny wpis. Oprócz mnóstwa anonimowych blogerów można odnaleźć w sieci zapiski znanych i lubianych. Internetowe zwierzenia ce-lebrytów są cennym źródłem informacji dla fanów, teksty autorstwa polityków i znanych publicystów komentują aktualne wydarzenia. Nie brak też w blogosferze pamiętników cenionych artystów. Blogerzy tworzą swoją własną, niekon-wencjonalną społeczność. Opisując w In-ternecie nierzadko najbardziej intymne przeżycia (od utraty pracy po ciężką chorobę), zawierają znajomości i stają się sobie bliscy. Często przenoszą swoje wirtualne przyjaźnie do świata rzeczy-wistego. Blogosfera nie jest jednak wolna od napięć. Bardzo łatwo natrafić na obraźliwe komentarze, zacięte kłótnie, oszustów podszywających się pod kogoś, kim nie są i afery z nielegalnie skopiowanymi zdjęciami w tle. Chowający się za wymyślnymi nickami czytelnicy nie szczędzą obelg, często więc zwykła wymiana poglądów przeradza się w wirtu-alna awanturę. Internetowa anonimowość (choć bywa złudna) dodaje odwagi. Pod niektórymi blogowymi wpisami komentarze kipią od jadu i agresji, od czasu do czasu przeplatanych desperackim spamem „Fajny blog! Wpadnij do mnie!”. Czasem któryś z blogerów nie wytrzymuje i pakuje manatki, obwieszczając to czy-

wokół nas

telnikom pożegnalnym wpisem lub bez uprzedzenia usuwając swoje zapiski z sieci. Blogosfera staje się opiniotwórczą siłą, powoli wychodzącą poza wirtualny świat. Blogerzy są proszeni o przedstawianie swoich poglądów na aktualne tematy, organizują debaty z politykami, uczestniczą w specjalnie dla nich przeznaczonym maratonie. Wkrótce powstanie nawet film (w reżyserii Jarosława Rybusa) próbujący rozstrzygnąć, czy blogi rzeczywiście zasługują na miano „piąta władza”. Dla niektórych blogerów wirtualna dzia-łalność to początek literackiej kariery. Alek-sander Wierny, którego internetowa twór-czość biła rekordy popularności, na podsta-wie swojego bloga wydał książkę pod tytułem „Matka mojego dziecka”. Podobną drogę przeszedł Jacek Pałka (autor naj-pierw bloga, potem cyklu książek o swoim synku, Bazylku) i Paweł Klimczak, alias Wawrzyniec Prusky („Jędrne kaktusy”, „Ballada o chaosiku”). Każda edycja organizowanego przez portal Onet.pl konkursu na blog roku wzbudza niemałe emocje. Ze zgłoszonych setek blogów internauci wybierają te ich zdaniem najlepsze. Spośród ścisłej czołówki jury wyłania zwycięzców, których sowicie nagradza. Ciężko stwierdzić, na czym polega fenomen popularności blogów. Trudno sobie wyob-razić, by ktoś dobrowolnie chciał dzielić się swoją prywatnością z tysiącami internautów. Tymczasem wielu zakłada blogi z zapałem, nie czując oporów przed zdradzaniem najbardziej poufnych spraw, a często nie starając się nawet ukryć swojej tożsamości. Na lekturę niektórych blogów szkoda marnować czas, jest jednak też sporo takich, których adres z przyjemnością dodaje się do zakładek w przeglądarce. Konkluzja jest najbanalniejsza z możliwych: w blogosferze każdy może znaleźć coś dla siebie, jeśli tylko zastosuje się do przysłowia i oddzieli ziarno od plew. Tak to już jest ze starymi, dobrymi powiedzeniami – choć to frazesy, odnoszą się zarówno do przebrzmiałych tradycji, jak i cyber-przestrzeni. Ewelina Tkacz Animacja mnie pasjonuje, a celem tych artykułów jest przybliżyć Wam tę dziedzinę sztuki, prezentując ją z nieco innej strony niż dotąd. Kto wie, być może uda mi się zarazić kogoś tą pasją. Chcę pokazać, że animacja to nie „rysowanie ciągle tego samego”, nie tylko „bajki” i nie tylko dzieła same w sobie, ale potężny środek przekazu i odmienny punkt widzenia na rzeczywistość.
TO SIĘ RUSZA!
temat z okładki N

ajpełniejsza animacja łączy w sobie cechy literatury, rysunku, rzeźbiarstwa, architektury, muzyki… praktycznie każdej dziedziny sztuki, jaka przychodzi na myśl, a także nauk ścisłych. Wymaga jeszcze więcej dyscypliny niż film z aktorami, nie pozwala na przypadkowość, a jednocześnie faworyzuje spontaniczność. Na co dzień poważnie o animacji mówi się tak niewiele, że czasem obawiam się, za kogo uważają mnie znajomi, kiedy rozwodzę się nad przesłaniem „Dzwonnika z Notre Dame”, opowiadam o konturach Megary i płaszczu Hadesa w „Herkulesie”, a nawet porównuję postaci różnych wersji „Kucyków pony”. Dziecinne? Studentka bawi się w bajki? Co ciekawe, profesjonalni animatorzy wcale nie używają słowa: „bajki”. Nie ma tu żadnego sztucznego podziału na gatunki poważne

temat z okładki

i niepoważne. To po prostu „filmy”, niezależnie od założonego wieku widzów, czy tym bardziej metody realizacji. Dzięki temu czuje się ulgę, że nareszcie ma się do czynienia ze środowiskiem dojrzałym, gdzie liczy się prawdziwa wartość filmu, a to, czy jest „dla dzieci”, nie ma znaczenia. Na jakiej podstawie się wypowiadam? Uważam się za animatorkę. Zaczęło się, jak u każdego dziecka, od rysowania w przedszkolu, chociaż już wtedy były to nie tyle scenki, co całe historyjki. Zawsze interesowały mnie detale bajek, a odkąd tylko pamiętam wymyślałam i rysowałam własne postacie. Animacji zaczynałam się uczyć sama, w domowych warunkach. Dopiero rok temu trafiłam na zajęcia z profesjonalistami, które jeszcze bardziej mnie zainspirowały. Obecnie mam już na koncie pierwszy krótki filmik oraz wiele pojedynczych klipów i mimo skromnego portfolio śmiem twierdzić, że wiem, o czym mówię. Postaram się wyjaśnić zasady rządzące animacją, przybliżyć jej stronę techniczną i punkt widzenia animatora, przedstawię kilka znanych mi przykładów mistrzowskich animacji, jak również rozprawię się z niektórymi kinowymi porażkami. Zaznaczę jeszcze tylko, że skoncentruję się na animacji w rozumieniu tradycyjnym, przede wszystkim stylem rysunkowym. Wobec animacji komputerowej jestem zazwyczaj bardzo niechętna i zdarza mi się nie brać jej pod uwagę. Zatem, do dzieła. Anna Wodzicka TO SIĘ RUSZA! Cz 1.

temat z okładki A

nimacja wita kiepskich rysowników przy-krą wiadomością – nie tak łatwo będzie ukryć brak umiejętności. Postać na pojedynczym rysunku można ustawić pod najłatwiejszym kątem, w pozie, którą najlepiej umie się narysować. W dodatku jest okazja do dopieszczenia obrazka cieniami, na ewentualną korektę w Photo-shopie, a do tego element przypadku, kiedy raz jeden „wyszło” wyjątkowo ładnie. Jednakże w przypadku animacji nie ma znaczenia jeden obrazek, ale całość, średnia z dwudziestu pięciu obrazków na sekundę. Trzeba znać postać z każdej strony, umieć oddać wszystkie fazy ruchu, nie tylko te kluczowe, oraz utrzymywać wypracowaną jakość rysunku przez wszyst-kie klatki. Stąd wynika swoista trudność animacji jako sztuki, a także jedna z jej charakterystycznych cech: uproszczenie detali. I w tym miejscu animacja i rysunek zazwyczaj się rozchodzą. Poprawny animator nie rysuje realistycznie i to nie dlatego, że nie umie zacieniować każdego włoska na sierści zwierzęcego bohatera. Picasso malował tak jako nasto-latek, ale szybko mu się to znudziło, bo było za łatwe. Podobnie animator powinien wyrosnąć z realizmu i pozostawić go fotografom i grafikom komputerowym. Dlaczego nie powinno się animować rea-listycznie? Żeby było „szybciej”, bo ma się do stworzenia całą salwę obrazów? Nie sądzę – powstawały animacje z obrazów olejnych albo z klatek namalowanych farb -ką na szkle. Animacja nie naśladuje rzeczywistości! Jest jej interpretacją. Z tego powodu odbiega-nie od realizmu, czyli generalnie redukcja szczegółów, komplikuje zadanie twórcy,

temat z okładki

ponieważ musi więcej myśleć nad tym, co uprości, jak i dlaczego. Stąd w pracach słabszych animatorów podniesiona ranga ozdóbek, próbujących zrekompensować pospolitość uzyskanego ruchu. Innymi słowy, im mniej w utworze interpretacji na rzecz naśladownictwa, tym gorzej. Popatrz na lisy: Co z tego, że lewy jest poprawny anatomicznie, ma futerko zacieniowane ołówkiem itede, skoro nie przekazuje o sobie żadnej informacji oprócz tego, że jest lisem? Prawego trudno z nim zrównać – przede wszystkim wszystkie inne lisy tak nie wyglądają. Ten sposób rysowania, używany wyłącznie dla konkretnej postaci, Salvadora, odzwier-ciedli jego indywidualne cechy. Na pierw-szy rzut oka można stwierdzić, że jest wyli-niały, ale poczciwy. O lewym wiadomo tylko, że jest najbardziej typowym lisem w lesie. Dodatkowo, żeby zaznaczyć, co to za zwie-rzę, prawemu starczą trójkątny łeb, długie łapy i kitka, żadnych fotograficznych detali. Na widok lewego mnie skręca, tyle jedna-kowych już widziałam i rysowałam w przeszłości! W realizmie nic nowego się nie wymyśli. Teraz wystarczy wyobrazić sobie pracę nad pięcioma innymi filmami o lisach. Jeśli byłyby realistyczne, tak twór-ca jak i widz nie poznaliby nic nowego. No nie, znowu ten sam bezbarwny bohater…! Co ciekawe, narysowanie prawego lisa okazuje się o wiele trudniejsze niż lewego. Realistycznego nauczyłam się natychmiast, wystarczyło raz wzorować się na zdjęciu. Zaprojektować tego drugiego udało mi się dopiero po trzech latach powracających prób, kiedy jego postać dojrzała w opo-wiadaniu, z którego pochodzi. Anna Wodzicka W Polsce druga połowa grudnia nie sprzyja ambitnemu kinu, o festiwalach nie wspominając. Wiadomo - Boże Narodzenie to najlepszy czas, by z całą rodziną wybrać się obejrzeć film. Dlatego na dużym ekranie królują przede wszystkim familijne megahity prosto z Hollywood. Niektóre jak najbardziej godne polecenia, inne wyłącznie dla relaksu. Natomiast rok 2011 otwiera animacja "Megamocny", co pokazuje, że i w tym sezonie bajki mają się znakomicie.
Co w kinie piszczy?
zapowiedzi kinowe N

a początek - "Uprowadzona Alice Creed", czyli maksimum treści w minimum formy. Oglądając film, widz wie tyle, co nic - jest Alice, córka bogacza i dwóch porywaczy, a cała akcja dzieje się w jednym pokoju. Ważną rolę odgrywa tutaj detal - każdy szczegół został dopięty na ostatni guzik i nie pozostaje bez znaczenia. Pomyślicie sobie, że w jednym pomieszczeniu i z trzema aktorami nie-wiele może się zdarzyć. Wręcz przeciwnie - reżyser J Blakeson prowadzi z nami wyrafinowaną grę nie dając nam szansy na nudę. Aż dziw pomyśleć, że to jego debiut. Czekamy na więcej! O kolejnym filmie, który chciałam Wam przedstawić, pisałam już dawno, ale ze względu na premierę, której termin z tygodnia na tydzień ulega zmianie, nie mieliśce okazji go zobaczyć. Mowa tutaj o "Mr. Nobody". Oglądając zwiastun filmu

zapowiedzi kinowe

pomyślałam sobie: Kolejna historia ala Benjamin Button. Mocno się jednak pomyli-łam, ponieważ to nie tylko uczta dla oczu, ale przede wszystkim dla duszy. Wraz z bo-haterem filmu możemy poszukiwać odpo-wiedzi na pytania dotyczące naszego życia, jego jakości i sensu. To prawdziwy traktat filozoficzny opowiedziany doskonałą grą aktorską Jareda Leto i Diane Kruger. Polecam. A teraz coś, na co w Święta na pewno się wybierzecie, czy to z rodziną, czy po prostu sami dla siebie. "Opowieści z Narnii: Powrót Wędrowca do Świtu" to trzecia z kolei część przygód rodzeństwa Pevensie, które najbardziej niezwykłych chwil w życiu doświadcza wcale nie w rodzinnej Anglii, a właśnie pośród baśniowej scenerii Narnii. Tym razem akcja przenosi się na ocean, a tytułowy Wędrowiec do Świtu to statek, którym Łucja, Edmund i Eustachy podró żują, by pomóc Księciu Kaspianowi w odna lezieniu baronów narnijskich. Film po raz kolejny zrealizowany jest z dużym rozma chem a efektom specjalnym nie ma końca. Pomimo kilku niefortunnych dialogów, które musimy cierpliwie przetrwać, książka została bardzo dobrze zaadaptowana i film wiernie przedstawia opisane w niej wyda rzenia, co zresztą rzadko się zdarza, więc za to duży plus. Fanom sagi na pewno się spodoba. Kolejnym świątecznym hitem będzie z pew nością "Poznaj naszą rodzinkę", konty nuacja zabawnych komedii "Poznaj mojego tatę" i "Poznaj moich rodziców". W rodzinie

zapowiedzi kinowe To kolejna produkcja twórców "Shreka" i "Madagaskaru". Bohaterem bajki (nie tylko dla dzieci) jest czarny charakter Oobermind. Chcąc podbić Ziemię, od wielu lat walczy z superbohaterem Metro Manem, którego w końcu udaje mu się pokonać. Pozornie triumfujący geniusz zła odkrywa, że władza absolutna jest... nudna.

Fockerów ma pojawić się potomek, Greg chce więc za wszelką cenę pokazać, co to znaczy być głową rodziny. W swoją rolę wciela się aż za dobrze, a to znaczy, że wpadki towarzyszą mu co krok, a stąd już bardzo blisko do kolejnego konfliktu z teś-ciem. Ta komedia to wyśmienity prezent dla całej rodziny i uczta aktorska w jed-nym. Obsada ponownie dopisała: Ben Stiller, Robert De Niro, Owen Wilson, Barbra Streisand i Dustin Hoffman to tylko niektóre spośród gwiazd wielkiego formatu, które będziemy mogli oglądać. Zabawa gwarantowana. Jedną z najbardziej oczekiwanych premier miesiąca jest sequel kultowego film z lat 80-tych "Tron: Dziedzictwo". Sean wyrusza na poszukiwanie swojego ojca, który od 20 lat uwięziony jest w świecie gier kom-puterowych. W cybernetycznej przestrzeni czeka ich wiele przygód i niebezpieczeństw. Film robi zawrotną karierę będąc po prostu na czasie. Czy i Wy nie czujecie się czasem uwięzieni? W czasie karnawałowego szaleństwa znajdźcie trochę czasu na animację "Mega- mocny". To kolejna produkcja twórców "Shreka" i "Madagaskaru". Bohaterem bajki (nie tylko dla dzieci) jest czarny charakter Oobermind. Chcąc podbić Ziemię, od wielu lat walczy z superbohaterem Metro Ma-nem, którego w końcu udaje mu się pokonać. Pozornie triumfujący geniusz zła odkrywa, że władza absolutna jest... nudna. Postanawia więc stworzyć sobie

zapowiedzi kinowe

kolejnego wroga, przy którym Oobermind zachowuje się jak aniołek - nowy wróg bowiem ma na celu zniszczenie świata. Czy bohaterowi uda się powstrzymać swój własny twór? Czy jest gotowy stać się "tym dobrym"? Oczywiście odpowiedzi na te pytania są doskonale wszystkim znane, ale przecież nie po to chodzimy do kina na animacje Dream Works. Nie wiem jak Wy, ale ja nie przepuszczę okazji na taką zabawę! Tydzień później pojawi się niezbity dowód, że Daniel Olbrychski ewidentnie wpadł w oko Angelinie Jolie, bo ta wprost nie może się od niego oderwać. Chodzi oczywiście o film "Turysta", który jest hollywodzką wersją francuskiego "Anthony'ego Zimmera" z Olbrychskim w roli głównej. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Frank Taylor (Johnny Depp) jest przeciętnym Amerykaninem podróżującym do Wenecji. Po drodze spotyka Elise, piękną agentkę Interpolu, która wciąga go w intrygę mającą na celu schwytanie słynnego bandyty. 14 stycznia okaże się, kto kogo i w co tak naprawdę wrobił. W ten sam weekend pojawi się coś dla fanów zarówno Kena Loacha, jak i piłki nożnej. Ja osobiście nie jestem fanką ani jednego, ani drugiego, ale muszę przyznać, że film "Szukając Eryka" spodoba się każdemu. Dlaczego? Historia ta jest za-bawna, inteligentna, refleksyjna, świetnie opowiedziana i równie dobrze zagrana. Nic dodać, nic ująć, po prostu - do kina marsz. Kalina Mróz Chodź, opowiem ci bajeczkę

recenzja filmowa P

oszukujący odmienności, nowości i niebanalności nie znajdą tu wiele dla siebie. Wielbicieli magii Disney’a w klasycznej formie i nowej szacie oraz Macieja Stuhra - zapraszamy do kin. „Zaplątani”, przyćmieni jedynie przez sławetnego Harry’ego Pottera, już od 19 listopada królują na ekranach. Wytwórnia filmów Disney po paru dobrych latach powraca do przekładania tra-dycyjnych baśni na język animacji, przy jednoczesnym odarciu oryginału z zaska-kujących nierzadko grozy i okrucieństwa. Tym razem punktem wyjścia jest historia Roszpunki, opowieść najklasyczniejsza z klasycznych, a więc o królewnie zamk-niętej w wieży. W wersji filmowej główna bohaterka jest zaginioną córką królewskiej pary, która przechowuje w sobie uzdra-wiającą moc magicznego kwiatu. Nik-czemna starucha porwała ją w dzie-ciństwie, by móc korzystać z ukrytej w dziewczynce magii i nieustannie odmładzać swoje ciało. Aby tego dokonać, wystarczy zaśpiewać pewną piosenkę i dotknąć włosów Roszpunki, które rosną bez końca, a nasza bohaterka nauczyła się posługiwać nimi zgrabnie jak, nie przy-mierzając, Indiana Jones swoim batem. I jest jeszcze Flynn – wielki złodziej w wielkich tarapatach. Przede wszystkim, film jest atrakcyjny wizualnie. Nie tylko postacie – ich wygląd, ruchy, mimika, starannie dopracowane szczegóły – zasługują na pochwałę, bo w dzisiejszych czasach rzadko się zdarza,

recenzja filmowa

by spod ręki twórców wychodzili nieprzy-jemni dla oka i mało sympatyczni bohaterowie. Nie pamiętam jednak animacji, w której udałoby się uchwycić czyste piękno – takie, jakie oglądamy w „Zaplątanych”, gdy w jednej ze scen w niebo wzbijają się tysiące lampionów. Ujmujące. Kolejną zaletą obrazu jest humor. Budo-wany głównie przez dialogi, pełne lekkości, a miejscami nawet absurdu, operujące zabawnymi kontrastami, ocierające się o język naszej codzienności, a jednak bez odpychających mnie osobiście prób zdobycia serc nastoletnich widzów poprzez zmuszanie bohaterów do porozumiewania się nieudolnym nieraz młodzieżowym slangiem. Dużą zasługę ma tu też z pew-nością polski dubbing, wykonany bardzo profesjonalnie. Maciej Stuhr, użyczający głosu Flynnowi, spisał się doskonale i tchnął w postać życie, stając się rzeczywistą konkurencją dla swojego ojca, tym razem jako aktor dubbingowy. Zresztą, Julia Kamińska, która w polskiej wersji językowej wciela się w rolę Roszpunki, nie pozostaje za nim daleko w tyle. Na minus zaliczyć trzeba niektóre piosenki – niestety, bo animacje Disney’a zwykle charakteryzują się piękną oprawą mu-zyczną. Tymczasem część piosenek w „Zaplątanych” okazuje się być bez polotu, a do tego w nieprzekonującym wykonaniu (zdecydowany wyjątek stanowi utwór „Marzenie mam”, który dużych i małych widzów wprawił w zdrowy rechot, nawet, jeśli sam pomysł po „Shreku 3” nie wydaje się już całkowicie oryginalny). A mówiąc o oryginalności, trzeba wspom-nieć, iż główna idea oraz scenariusz nie zawierają w sobie absolutnie nic odkrywczego. Choć muszę przyznać, że w pewnym momencie zaczęłam podejrzewać, że fabuła meandruje w nieznanym dotychczas disneyowskim bajkom kierunku – i za tę chwilę niepewności warto twórcom podziękować. Widz powinien jednak wypatrywać zbliżającego się „i żyli długo i szczęśliwie” – jak to w bajce. „Myślę, że jest potrzeba, by Disney robił teraz właśnie to. Nikt inny nie może zrobić tego za nas. Nie powinniśmy szukać wymówek ani wstydzić się, że robimy bajkę.” – powiedział zaangażowany w projekt Glen Keane, główny animator klasyków takich jak „Piękna i Bestia”, „Pocahontas” oraz „Aladyn”. Czy „Zaplątani” również zajmą tak zaszczytne miejsce w kanonie disneyowskich produkcji, czas pokaże. Dziś po prostu przyjemnie się ten film ogląda. Elżbieta Janota Czary i (kosz)mary

recenzja filmowa N

ajsławniejszy młody czarodziej na-szych czasów podbija ekrany kin po raz kolejny. Harry Potter dorasta, a wraz z nim rosną w niesamowitym tempie zyski twórców filmu. „In-sygnia Śmierci” zarobiły ponad 61 milionów dolarów już pierwszego dnia po premierze. Pytanie, czy warto dorzucić swoje kilkanaście złotych do tej niewyobrażalnej sumy? W świecie czarodziejów dzieje się coraz gorzej. Nikt już nie wątpi, że Czarny Pan rzeczywiście powrócił i ma śmiałe plany. Ataki na mugoli nie ustają, czarodzieje i czarownice zaczynają znikać w tajem- niczych okolicznościach, Ministerstwo Magii infiltrowane jest przez sługi Voldemorta… Pośród tych niepokojów Harry Potter kończy siedemnaście lat i wraz z dwójką oddanych przyjaciół postanawia nie wracać już do Hogwartu, a oddać się w pełni misji powierzonej mu przed śmiercią przez Dumbledore’a. Ale odnalezienie i znisz-czenie horkruksów wcale nie jest łatwe. Film jest przede wszystkim niejednorodny jakościowo – i to w takim stopniu, że ciężko mi jednoznacznie określić go jako „dobry” lub „zły”. Zdarzały się, owszem, momenty emocjonujące, kiedy akcja w towarzystwie udanych efektów spec-jalnych mknie wartko do przodu. Mamy wśród nich parę walk, pojmania i ucieczki, mamy chwile grozy w domku Bathildy Bagshot, która właściwie nie powinna być przerażająca, a z jakiegoś powodu jest. Ale pojawiają się też przestoje – Anglicy pochwalili się kilkoma pięknymi widokami swojego morza, gór i lasów, ale krajobrazy nie zrekompensują niestety braku akcji. Cel wprowadzenia poszczególnych

recenzja filmowa „Harry Potter i Insygnia Śmierci” to głównie, jak to ujęła moja przyjaciółka, teatr trzech aktorów. A szkoda, bo poza trójką głównych bohaterów, Joanne Rowling przekazała filmowcom w spadku galerię niepowtarzalnych i ciekawych postaci. Co więcej, do dyspo-zycji reżysera pozostawała cała plejada brytyjskich gwiazd obsadzonych w ich rolach.

scen jest jasny: chodzi o budowanie atmosfery niepewności, lęku i stałego niepokoju o bliskich spowodowanych wojną oraz bezradności wobec niej. Sekwencje te są jednak za długie i stają się przez to zwyczajnie nudne. Co gorsza, obraz zawiera także kilka mo-mentów wręcz śmiesznych i nie mam tu na myśli akcentów humorystycznych, a raczej parę żenujących rozwiązań. Bo czy na-prawdę istnieje potrzeba, byśmy oglądali quasierotyczne sceny, w których Harry zapina sukienkę Ginny? (Swoją drogą, w szóstej części było wiązanie sznurówek, teraz to… Aż strach pomyśleć, jakie ta dziewczyna ma fantazje.) Albo, że pozwolę sobie na jeszcze jeden przykład, scena radosnego tańczenia w namiocie. Być może miała ona nieść przesłanie, iż „śpiew i taniec są tym, co dodaje ducha w ciężkich czasach”, ja jednak wolę żyć nadzieją, że to tylko zabłąkane klatki filmowe, które montażyści wstawili do obrazu całkowitym przypadkiem. Od strony technicznej „Insygniom Śmierci” niewiele można zarzucić. Efekty specjalne zawsze były mocną stroną filmów o Potterze i w tym wypadku nie jest inaczej. Warta wspomnienia jest także krótka animacja wpleciona w film, wykonana w nietuzinkowy, interesujący sposób. Praca kamery, zapewniająca ciekawe ujęcia oraz muzyka dyskretnie towarzysząca wydarze-niom również działają na plus. „Harry Potter i Insygnia Śmierci” to głów-nie, jak to ujęła moja przyjaciółka, teatr trzech aktorów. A szkoda, bo poza trójką głównych bohaterów, Joanne Rowling

recenzja filmowa

przekazała filmowcom w spadku galerię niepowtarzalnych i ciekawych postaci. Co więcej, do dyspozycji reżysera pozostawała cała plejada brytyjskich gwiazd obsa-dzonych w ich rolach. Szkoda więc, że tak mało czasu ekranowego przypadło w udziale Billowi Knighty’emu (Minister Magii Scrimgeour), Alanowi Rickmanowi (Severus Snape), czy Jasonowi Isaacsowi (Lucjusz Malfoy). Zdecydowanie pochwalić należy żywiołowe, jak zwykle, wysiłki Heleny Bonham Carter w roli Bellatrix Lestrange, a także Ralpha Fiennesa, którego twarzy widzowi często nie kojarzą, bo pozostaje ukryta za beznosym obliczem Voldemorta. Jednym słowem – można było wprowadzić do scenariusza kilka bardziej przyku-wających uwagę wątków albo przyosz-czędzić trochę na taśmie filmowej i skrócić obraz o dobrych kilka minut. Zwłaszcza, że zapowiadając przedstawienie siódmej częś-ci przygód Pottera w dwóch odsłonach, twórcy dali do zrozumienia, że mają widzowi bardzo wiele do przekazania. W momencie, gdy prezentowany obraz zawiera dłużyzny, pozostaje już tylko argument pieniężny, czyli rozumowanie pod tytułem „zróbmy dwie części i zaróbmy więcej”. A z takim założeniem już widzowi mniej przyjemnie. Oczywiście, lojalność wielkich fanów Harry’ego i dotychczasowe zaangażowanie w śledzenie jego losów zwykłych widzów sprawią zapewne, że większość z nich wybierze się i na ten, i na następny, wieńczący serię film. Ze mną na pewno tak będzie. Co nie zmienia faktu, że „Insygnia Śmierci” nie lądują na mojej osobistej liście produkcji wszechczasów… Elżbieta Janota Niebezpieczna miłość

recenzja filmowa C

zęsto mówimy, że jesteśmy skłonni do wielu poświęceń dla ukochanej osoby. Nieraz z łatwością przychodzi nam powiedzieć, że jesteśmy w stanie oddać za kogoś życie. Jednak czy, tak jak główny bohater kryminału „Dla niej wszystko” jesteśmy w stanie dla ukochanej osoby zrobić absolutnie wszystko? Początek filmu to rodzinna sielanka. John Brennan (Russell Crowe) i Lara Brennan (Elizabeth Banks) to kochający się rodzice kilkuletniego chłopca. Ich spokojne życie przerywa pukanie do drzwi. Główna bohaterka zostaje oskarżona o morderst-wo. Nikomu nie przychodzi do głowy myśl, że mogła popełnić taką zbrodnię. Zdes-perowany mąż, widząc jak najbliższa ro-dzina odwraca się od jego żony, jest gotów poświęcić dla niej swoje życie. Wątek w filmie „Dla niej wszystko”, według mnie, wydaję się być absurdalny. Po-czątkowo uważamy, że nas nigdy by coś takiego nie spotkało. Perfekcyjna gra aktorów powoduje jednak, że bez problemów wczuwamy się w ich role. Możemy sobie wyobrazić siebie jako zwyk-łych ludzi, których bez przyczyny spotkało nieszczęście. Reżyser, Paul Haggis, dopasował wprost idealnie aktorów do ich ról. Film trzyma w napięciu, dzięki zaskakującym zwrotom akcji, pomimo tego, zakończenie jest zupełnie przewidywalne, co psuje jego odbiór. „Dla niej wszystko” to jeden z ciekawszych dramatów tego roku. Wybierając się do kina powinniśmy się na nim nie tylko świetnie bawić, ale także przy każdym wypowiadanym przez nas: „Zrobiłbym dla Ciebie wszystko” zastanowić się czy po-trafilibyśmy tak jak John Brennan zrezyg-nować z pracy, opuścić rodzinę, zabijać, kraść, a wszystko to zrobić dla ukochanej osoby? Natalia Grzmil Pierwsza Piątka: „I see dead people”
Zbliżają się Święta i być może niektórzy z was spodziewają się opisu filmów bogatych w świąteczną atmosferę, wesołych Mikołajów i radosne dźwięki dzwoneczków. Ja jednak postanowiłam powiedzieć przekorne „nie” stereotypom. Bo przecież magia ruchomych obrazów polega na tym, że może w każdej chwili przenieść nas w dowolne miejsce i dowolny czas. Oglądajmy więc świąteczne filmy w lipcu, a kiedy ze wszech stron otacza nas bożonarodzeniowy nastrój, sięgnijmy po niesamowite historie nie tylko z tego świata:
pierwsza piątka

1. „Szósty zmysł” Są filmy, przez które w dzieciństwie nie mogłam spać, a i tak nie zrezygnowałam z ich oglądania. „Szósty zmysł” zajmuje wysoką pozycję na tej liście. Później okazało się, że wcale nie jest taki przerażający, choć niezmiennie budzi chłodny dreszczyk biegnący wzdłuż kręgosłupa. Jest to zasługą doskonałego scenariusza, który z wyczuciem dozuje napięcie oraz atmosfery budowanej umiejętnie przez wszystkich filmowych artystów, poczynając od kamerzystów i scenografów, a kończąc na aktorach. Muzyka, cień, trochę pary, odpowiedni kąt ustawienia kamery, mina młodocianego Haley’a Joela Osmenta – i można zacząć nerwowo obgryzać paznokcie. A o co cały ten strach? Mały Cole widzi duchy. A właściwie martwych ludzi. Przez cały czas. Czasem odwiedza go zmarła babcia, ale przez większość czasu życie chłopca jest prawdziwym koszmarem. Niektórzy zmarli tylko straszą swoim pojawianiem się znikąd i widokiem okropnych ran, od których zginęli, ale inni potrafią być niebezpieczni, pozostawiając Cole’a z serią siniaków i zadrapań. Co gorsza, nikt mu nie wierzy. Nawet psycholog, doktor Malcolm Crowe, który zostaje poproszony o objęcie opieki nad Cole’m przez zaniepokojoną matkę chłopca. Czy Crowe przypomni sobie w porę o podobnym przypadku sprzed lat i konsekwencjach, jakie z niego wyniknęły? Czy zdoła pomóc Cole’owi? I jak to wszystko wpłynie na jego własne życie? Współpracę Bruce’a Willisa, który wcielił się w postać psychologa, z Haley’em Joelem Osmentem uważam za jeden z najbardziej

pierwsza piątka

interesujących duetów w historii kina. Spotkanie doświadczenia i chłodnego pro-fesjonalizmu Willisa z urzekającą natural-nością i autentyzmem dziesięcioletniego wówczas Osmenta tworzy wciągające widowisko. Toni Colette dzielnie sekunduje im z drugiego planu, odgrywając matkę chłopca. I jest coś jeszcze, można powiedzieć, że najlepszy element, który zostawiłam na koniec tak, jak i twórcy filmu. Pomysł, zagadka, tajemnica. W tym świetle nie wypada mi powiedzieć więcej, ale gwa-rantuję, że spodoba wam się zaskoczenie, które na was spadnie. 2. „Oszukać przeznaczenie” Boisz się latać samolotem? Niepotrzebnie. Bo co ma być, to będzie. I nie jest to bynajmniej pocieszająca prawda, a przy-najmniej nie w przypadku bohaterów filmu „Oszukać Przeznaczenie”. Alex wraz z całą klasą wybiera się na szkolną wycieczkę do Paryża. Jak na prawdziwych Amerykanów przystało, wszyscy są niezmiernie pod-ekscytowani tą perspektywą i nie mogą doczekać się, kiedy dotrą na miejsce. Jednak, siedząc już w samolotowym fotelu, Alex dostaje ostrzeżenie z góry – w przerażającej wizji widzi katastrofę lotniczą, w której giną wszyscy pa-sażerowie wraz z nim. Wstrząśnięty, wpada w panikę i namawia ludzi wokół, by wysiedli. W końcu zostaje wysadzony razem z grupką kolegów z klasy, nauczycielką i przypadkową dziewczyną. Samolot startuje. I parę minut później wybucha w powietrzu. Wyrzuceni z pok-ładu okazują się cudownie ocalałymi.

pierwsza piątka Zasłony w oknach pozostają zasunięte i w pokojach panuje mrok, bo dzieci uczulone są na światło słoneczne i każdy kontakt z nim może doprowadzić do ciężkich obrażeń albo śmierci.

Ale czy na pewno? Sprawy zaczynają przy-bierać nieciekawy obrót, kiedy Tod, przyjaciel Alexa, zostaje znaleziony martwy w wannie. Agenci specjalni twierdzą, że popełnił samobójstwo. Alex rozpoczyna jednak własne śledztwo, które coraz mocniej i mocniej wciąga widza. Największym atutem filmu jest nawet nie sam pomysł, ale sposób, w jaki budowane jest napięcie. I, w przeciwieństwie do kolejnych części obrazu, nie doświadczamy przy tym przerostu formy nad treścią. Wystarczy tylko trochę krwi i niewielka ilość efektów specjalnych – reszta leży w gestii kamerzystów, scenarzystów i aktorów. Dodatkowo, kolejne ślady, tajemnice i wydarzenia rozwijane są przed naszymi oczami w starannie wyważonym tempie, tak, byśmy zawsze pozostawali w niecierpliwości, ale nigdy się nie nudzili. Aż do pełnego emocji zakończenia. Czy potem będziemy mogli wraz z bo-haterami odetchnąć spokojnie? 3. „Inni” Rok 1945, wyspa Jersey u wybrzeży Anglii. W wielkim, często skrytym w gęstej mgle domu mieszka kobieta z dwójką dzieci, wyczekując z niknącą powoli nadzieją na powrót głowy rodziny z wojny. Zasłony w oknach pozostają zasunięte i w pokojach panuje mrok, bo dzieci uczulone są na światło słoneczne i każdy kontakt z nim może doprowadzić do ciężkich obrażeń albo śmierci. Spędzają więc dnie przy świetle lampy, czytając Biblię, studiując religijne pisma i przyswajając umoral-niające czytanki z elementarza pod okiem

pierwsza piątka

pryncypialnej matki. A ta ponura wizja to dopiero początek. Anne, córka głównej bohaterki, twierdzi, że widzi obce osoby chodzące beztrosko po domu. Matka karci ją za wymyślanie niestworzonych historii, aż do momentu, kiedy sama zaczyna nabierać podejrzeń, iż w posiadłości dzieje się coś niesamowitego. Nastrój wzmaga pojawienie się trójki służących, którzy z miejsca rozpoczynają pracę w domu, przynosząc ze sobą nieuchwytny niepokój. Widz nie wie jeszcze, gdzie leży jego źródło, w którą stronę należy skierować podejrzenia, kto tu snuje intrygę, kto pada jej ofiarą i dlaczego. Rozwiązanie zagadki może nadejść z każdej strony. By dodać do tego coś jeszcze, reżyser i scenarzysta Alejandro Amenábar w pięknym stylu stosuje wszystkie klasyczne sztuczki, by wprawić widza w drżenie. Znajdziemy tu tajemnicze nagrobki i pokój pełen zasłoniętych płachtami przedmiotów, powolne najazdy kamery na odwróconą tyłem postać, akcenty muzyczne wywołujące napięcie, zabawę cieniami i ciemnością, widmową muzyką fortepianową i dziecięcym płaczem… Aktorzy odnajdują się na planie wspaniale. Zarówno Nicole Kidman, jak i młodzi debiutanci Alakina Mann i James Bentley potrafili stworzyć obraz zwykłej, osadzonej w codzienności rodziny, która tylko przypadkiem znajduje się w centrum nierzeczywistych zdarzeń. Nicole Kidman zasługuje zresztą na osobną wzmiankę, bo udało jej się stworzyć kreację niezwykle pełną, budzącą ambiwalentne odczucia. Jej bohaterka jest apodyktyczną opiekunką i kochającą matką, przewrażliwioną i wymagającą pracodawczynią, stale

pierwsza piątka

cierpiącą na migreny i silną kobietą, radzącą sobie z nieobecnością męża. Oglądając film można wiele razy zmienić o niej zdanie. I nie tylko o niej, bo nies-podzianek nie zabraknie. 4. „Prestiż” Kim jest człowiek, który potrafi przenosić się z miejsca na miejsce na oczach zdumionego tłumu? Opanował tajemne arkana magii, poznał dziedziny nauki, o których nie śniło się najbardziej uczonym ludziom świata, czy też może zaprzedał duszę diabłu? „Świat jest prosty. Żałosny. Całkowicie materialny. Ale jeśli na chwilę możesz nabrać ludzi…” To właśnie sprawia, że „Prestiż” tak bardzo różni się od pozostałych opisanych tu filmów. W nim od początku próbują nas przekonać, że nie ma rzeczy niezwykłych. I trudno w to nie uwierzyć, kiedy zapewnienia pochodzą z ust iluzjonistów, którzy każdego wieczoru bawią zachwyconą publikę pokazami scenicznej magii. Ale czy powinniśmy im zaufać? Film opowiada historię dwóch rywalizujących ze sobą iluzjonistów, którzy wrogami są nie tylko na scenie, ale i w prywatnym życiu. Ten film, którego akcja rozgrywa się na przełomie XIX i XX wieku, co dodatkowo gwarantuje pokaz pięknych kostiumów i specyficzną atmosferę minionych lat, to opowieść o sztuce, pasji, stracie, poświęceniu i obsesji. O tym, do czego człowiek gotowy jest się posunąć i co go do tego popycha. Na ekranie iluzja splata się z nauką, a nauka z magią, tak, że wkrótce trudno już wyznaczyć granice pomiędzy nimi. A przy okazji - to świetnie wyreżyserowana zagadka, pełna retrospekcji i przeskoków, składających się powoli przed oczami widza w jedną całość. I wszystko to w wykonaniu prawdziwych gwiazd, które zebrano na planie. Christian Bale i Hugh Jackman wcielają się w rywalizujących magików, a ich pełna emocji gra pozwala ujrzeć determinację, wściekłość, ból, czy triumf bohaterów. Towarzyszy im jak zwykle idealnie zgrany z rolą Michael Caine, a także Scarlett Johansson oraz Andy Serkis. Aż dziw, że film z taką obsadą, scenariuszem i pomysłem nie zyskał sobie większej popularności. Prawdziwa magia w reżyserii Christophera Nolana. 5. „Znamię” Kevin Costner kojarzy się z poważnym facetem, któremu nie w głowie spiry-tualizm, duchy i inne zabobony. Jego bohater, Joe Darrow, jest podobny. Lekarz z zawodu, szczęśliwy małżonek i liczący na jeszcze wspanialszą przyszłość człowiek. Wszystko zmienia się jednak, kiedy jego spodziewająca się dziecka żona ginie w nieszczęśliwym wypadku w Ameryce Południowej, gdzie pomagała tubylczym plemionom. Dla Joe nastają czasy rozpaczy i opłakiwania ukochanej kobiety. W ten sposób mógłby zaczynać się każdy dramat. Dla głównego bohatera także nie jest to nic innego niż życiowy dramat, tragiczny splot wydarzeń, na który nic nie można już poradzić. Jednak po paru wielce

pierwsza piątka

nietypowych okolicznościach nawet on musi przyznać, że dzieje się coś nadnaturalnego i nabiera podejrzeń, że walka jego żony ze śmiercią nie została jeszcze zakończona. Powszechnie wiadomo, że najstraszniejsze są sceny, w których zmarli otwierają nagle oczy albo gdy bohater musi odsunąć zasłonę, by przekonać się, czy ktoś nie stoi tuż za oknem. Prawda? Dlatego uważam, że „Znamię” przeraża bardziej niż niejeden horror, a przy tym posiada dużo bardziej przemyślaną i wciągającą fabułę niż większość z nich. Poza tym, doktor Darrow jest postacią prawdziwą, budzącą sympatię i współczucie widzów. Kevin Costner doskonale oddał głębię żalu, lęku i szaleńczej nadziei, w której pogrąża się ten człowiek, dzięki czemu widz momentami z łatwością się z nim utożsamia, a kiedy indziej zadaje sobie nasuwające się pytanie – czy to wszystko nie jest tylko wytworem przejętej bólem straty wyobraźni? Rozwiązanie zagadki zdaje się na zmianę bliskie i całkowicie nierealne do osiągnięcia… Powiało chłodem? Mam nadzieję, że gorąca czekolada i świąteczne pierniczki temu zaradzą. A całkiem poważnie: dajcie szansę tym niebożonarodzeniowym filmom, bo warto czasem podygotać w fotelu. I bawcie się dobrze! Elżbieta Janota Przechwałki - pyszałki i ramówkowe życzenia
Zwrócono mi uwagę na to, że za często piszę o pilocie jako o prawdziwym telewizyjnym berle. Zatem teraz ani słowa więcej o nim. (Teraz nastąpi wypowiedź, która w ramówce musi szokować. Proszę Was o odegranie sobie w głowie takiej melodii, która w thrillerach czy kryminałach sugeruje, że zaraz padnie martwe ciało!) Zresztą, czy pilot jest niezbędny do życia?
ramówka

Przyznam się szczerze. Bez bicia. Telewizji ostatnio nie oglądam prawie wcale. Toteż efekty są takie, że nasz telewizor, płaski jak stół (pomyśleliście kiedyś, że można by z telewizora LCD zrobić stół do jadalni?) jest przeze mnie głównie w stadium offowym. Nie chodzi tu o tzw. kino niezależne, nic z tych rzeczy (kiedyś takiego próbowałem, właściwie tylko jednego filmu, ale fanem nie zostałem). Chodzi o tę sytuację, w której ekran jest czarny jak… jak ekran wyłączonego telewizora. Ciało doskonale czarne, hi, hi. Zatem swoim przykładem, chcę wam udowodnić, że bez tego też da się przeżyć. Jasne, to nie jest tak, że kompletnie na telewizor nie patrzę gdy jest włączony, to byłaby bajda. Ale też nie są to jakieś zaplanowane czy celowo dobrane chwile – ot, może jakiś czas przy kolacji, przy robieniu czegoś w pokoju, gdy ktoś inny ogląda. Toteż można obyć się bez telewizji. U mnie przyczyną jest brak czasu – tego wam nie życzę, ale zawsze można znaleźć sobie inny powód dla odstawienia czarnego pudełka, np. pieczenie ogromu pysznych babeczek dla waszej rodziny i przyjaciół na święta, które już niebawem! I dopiero wam zakraśnieją lica, gdy będziecie je zajadać wśród dźwięków kolęd i zapachu mandarynek! Bo to nie jest wcale fajnie, gdy wigilijna wieczerza rozpoczyna się wśród dżingli reklamowych na Polsacie. Ewentualnie tego TU-tututu z TVNu. Albo gdy w trakcie spożywania ia karpia, będąc pochylonym nad talerzem, oglądasz kolejne, a jak dobrze już nam znane, metody rozprawiania

ramówka

się z włamywaczami, praktykowane przez Kevina McCallistera. To jest taka zupełnie specjalna chwila w ciągu roku, ta wigilijna kolacja, porównywalna może tylko z wiel-kanocnym śniadaniem (czy paschalną wieczerzą). Nie psujmy jej sobie telewizorem, który przecież z nami do stołu nie siądzie, bożonarodzeniowej świecy nie zapali, opłatkiem się nie podzieli. Już nie mówię, żeby przez całe święta nie oglądać, filmy i programy też są dla ludzi! Ale ta jedna godzina, czy dwie, ej… A przed wieczerzą zaśpiewamy, kto jak potrafi, jedni ciszej, drudzy głośniej: Wśród nocnej ciszy, głos się rozchodzi. Wstańcie pasterze, Bóg się wam rodzi! Jak najbardziej udanych świąt wam życzę, czytelnicy moi! Cieszcie się z przyjścia Boga na Ziemię, nie zapominajcie o tym, podstawowym przecież, sakralnym wymiarze Bożego Narodzenia. Dużo radości z rodziną (i zgody, jeśli coś jest nie tak!), wielu wspaniałych doznań smakowych podczas jedzenia tych wszystkich cudownych potraw, wyśpiewania wielu kolęd i mnóstwa słodkiego (te ciasta!) wypoczynku! A dla naszej redakcji, oprócz wyżej wypisanych życzeń, jeszcze jednego: żeby było między nami zawsze dobrze i bez kłótni, choćby w innych redakcjach miało wyglądać to inaczej, to pamiętajcie – wychodzimy poza schemat! Marek Suska Każda mała dziewczynka marzy, by być jak mama. Malować usta czerwoną szminką, nosić obcasy i eleganckie sukienki. Gdy mija parę lat, chce być gwiazdą telewizji – znaną piosenkarką albo aktorką. Śpiewa więc do szczotki do włosów, wchodzi na stół i występuje przed widownią misiów i lalek.
TOP MODEL – „Zostań modelką”
moda M

ija kolejne kilka lat – zaczyna stroić się, malować rzęsy, „tego i tamtego nie założy”, a „tego nie zje, bo jest za tłuste”. Chyba każda wysoka i szczupła (nieważne czy naturalnie czy dzięki miesiącom katorgi) dziewczyna, choć raz pomyślała o karierze modelki. Chciała mieć tak boskie, długie nogi jak Alessandra Ambrosio i wielkie błękitne oczy jak Natalia Vodianova. Przyznam bez bicia, że i ja, od dzieciństwa zachwycałam się nią, a gdy moja mama kupowała: „Twój Styl” czy „ELLE” (wtedy jeszcze jedne z nielicznych, ekskluzywnych gazet), wlepiałam oczy w ekstrawaganckie ciuchy i zimne panie prezentujące ubrania. Ten świat wydawał się jeszcze wtedy tak odległy i wielki! Nie wiem czy dlatego, że miałam „metr pięć wzrostu”, czy przez to, że Polska w ogóle miała w tym „innym” świecie tak mały udział.

moda

Dziś jest inaczej. Mam metr siedemdziesiąt pięć wzrostu i wiem, że wszystko tak naprawdę zależy ode mnie, no i oczywiście od szczęścia. Trzeba trafić na odpowied-nich ludzi, w odpowiednim miejscu. Kariera międzynarodowa nie jest nie do osiągnię-cia, mamy przecież Anję Rubik, Anię Jago-dzińską, Magdę Frąckowiak czy Monikę Jagaciak. To grono z pewnością będzie się poszerzać, a czy trafi do niego polska TOP MODEL? Program o tym tytule wszedł do ramówki TVNu wraz z przyjściem jesieni i zawojo-wał serca nastolatek. Młodych (i starych) modelek, fotografów, projektantów, fascy-natów mody czy zwykłych, nudzących się telewidzów. Przez pierwsze odcinki obserwowaliśmy tłumy dziewcząt wręcz napierających na drzwi, by już, zaraz, stanąć przed jury. Prowadzący: Magdalena Mielcarz i Michał Piróg, dodawali otuchy i dawali „kopniaka” na szczęście, a Joanna Krupa (przewod-nicząca), Marcin Tyszka, Dawid Woliński, Karolina Korwin – Piotrowska surowo oceniali. W końcu z tego miliona pięknych, bo polskich niewiast, musieli wybrać praw-dziwe perełki. I tak dziewczyny stawały przed trudnym zadaniem zagrania czegoś przed obiektywem, a wiadomo, że stres jest olbrzymi. Najlepsza piątka to: Kasia Smolińska, Ania Piszczałka, Paulina Papierska, Weronika Lewicka, Ola Kuligowska. Nagrodą główną był kontrakt z Max Factor, sesja zdjęciową na okładkę "Glamour" i międzynarodowy kontrakt z agencją modelek. Przeciętny

moda Program o tym tytule wszedł do ramówki TVNu wraz z przyjściem jesieni i zawojował serca nastolatek. Młodych (i starych) modelek, fotografów, projektantów, fascynatów mody czy zwykłych, nudzących się telewidzów.

wiek obecnych w domu to 18 – 19 lat. Najstarsza jest Ola – 20. Najwyższa Weronika - 183 cm. Studiując ich wymiary, doznałam głębokiego szoku – w paru przy-padkach daleko odbiegają od ideału. Zdzi-wiłam się, myślałam, że jurorzy ściśle przestrzegają kanonu piękna wybiegu. Owszem, jest kilka przeraźliwie chudych, ale na przykład wyżej wymieniona Weronika, która zaszła tak daleko, ma w talii 66 cm, a w biodrach 98 cm. Są to wymiary przeciętnej dziewczyny, jakich na ulicy co dzień można spotkać setki. Coś jednak w sobie musi mieć wyjątkowego, bo jak widać, same centymetry, to nie jedyny wymóg. Dziewczyny musiały zmierzyć się z wieloma zadaniami, m.in. drugim etapem był poligon po którym została wyłoniona szczęśliwa trzy-nastka. Ponadto boksowały się, wcieliły się w rolę dziennikarki czy reklamowały odżywkę firmy Pantene, a to i tak jedne z nielicznych wyzwań. I tu dla niektórych pojawił się problem – trzeba pokonać wrodzoną nieśmiałość, odezwać się do obcych, poradzić sobie z kamerą na żywo. A modelka nie może być wstydliwa, musi radzić sobie w każdej, nawet najmniej przewidywalnej sytuacji, znać angielski, obracać się w towarzystwie wpływowych ludzi i z pewnością być otwartą i uśmiechniętą. Jak się okazało, największy „potenszial” miała Paulina Papierska. Tak zadecydowali widzowie w finale głosując drogą SMSową. Trzecia była Ania, a druga Ola. Możemy

moda

się obecnie tylko zastanawiać czy był to dobry wybór? Decyzja o daniu szansy Paulinie może być błędna, gdyż miałam wrażenie, że z odcinka na odcinek była „przepychana” dalej, chociaż wiecznie płakała i nie radziła sobie z wyzwaniami, a przede wszystkim z samą sobą i swoją psychiką. Ponad to, jest za niska i nie zna angielskiego, no ale kto by się przejmował? Najwyżej będzie się dużo uśmiechać... Niektórym w Polsce wydaje się, że praca modelki właśnie na tym polega, na tak zwanym „leżeć i pachnieć”. Cóż, zwy-ciężczyni została rzucona na głęboką wodę, a jak sobie poradzi? Być może niedługo przeczytamy o jej wielkim sukcesie za oceanem. Pewne natomiast jest, że będzie kolejna edycja, bo jest zbyt duże zainteresowanie i zbyt duże pieniądze wchodzą w grę, by TVN z tej maszynki zrezygnował. Telewizja bez wątpienia kłamie. Mam nawet na to dowód. Moja koleżanka z po-kazu (pisałam o tym w poprzednim artykule) brała udział w tym programie, chociaż miała dopiero 17 lat i dostała się aż do etapu poligonu. Jednym z warunków przyjęcia było ukończone 18 lat. Ponad to, wszystkim wydaje się, że transmisja w TV jest zgodna z rzeczywistym czasem i że modelki naprawdę znajdują się tam razem przez kilka miesięcy. I tu niespodzianka – całość zajęła im tylko sierpień, a finał nastąpi w grudniu po tak długiej przerwie. Potwierdzeniem moich słów może być wypowiedź Joanny Krupy w jednym z wywiadów, kiedy to sama powiedziała, że przyjedzie do Polski dopiero w grudniu. Jakim cudem więc znajdowała się w dwóch miejscach na raz? Żadnym, bo po prostu od września do końca listopada w ojczyźnie jej nie było. Ale kogo to tak naprawdę obchodzi? Najważniejsze, jakie cele TOP MODEL realizuje. Coś się zaczyna, otwierają się drzwi, czyjeś życie może zmienić na takie, jak wymarzone w dzieciństwie. Tu czerwoną szminkę nakłada ci z idealną precyzją wizażystka, a czarne szpilki od Prady zmieniasz na czerwone od Louboutina. I choć praca modelki nie jest wcale lekka, bo co dzień walczysz o swoje „być, albo nie być”, kto nie chciałby być na okładce „Vogue’a”? Trzeba walczyć o swoje. I wierzyć w marzenia, bo się spełniają. O ile weźmiemy los w swoje ręce. Nikola Bochyńska Zimno i mokro, czyli co robić, gdy nadciągnął grudzień
Wychodząc z domu, automatycznie sięgamy wolną od torby i kluczy ręką po parasol. Nic dziwnego. Temperatura spadła, ostatnio ciągle pada, najczęściej gęsto i biało.
podróże z Outro podróże z Outro

Co robić, gdy nie ma się ochoty chodzić po malowniczych górach, a wszystko inne jest równie malowniczo ubłocone, mokre i ogólnieniekoniecznie zachęcające? Odpo-wiedź jest bardzo prosta. Jest wiele zajęć, którym można się poświęcić, kiedy nie ma warunków do prawdziwej, pełnej spotkań z naturą, wycieczki. Przygoda czeka za każ-dym rogiem! Z miejsc najciekawszych do odwiedzenia w grudniu, miesiącu pełnym śniegu, na pewno poleciłabym zamek w Trzebieszo-wicach i dość mały, skromny ośrodek Jam-rozowa Polana w okolicach Polanicy Zdroju. Zamki, pensjonaty, posiadłości w niezna-nych nikomu miejscowościach to najlepszy wybór przy poszukiwaniach tajemnic i dob-rej zabawy, choć nie polecam tego rodzaju wypraw podróżnikom indywidualnym. Aby zachować pewną dozę bezpieczeństwa, proponowałabym mimo wszystko upewnić się, że zaopiekuje się nami jakieś biuro podróży albo grupa znajomych, którzy będą mieli na wszystko oko i pomogą w razie potrzeby – zbyt dużo trau-matycznych przeżyć też nie jest przecież pożądane. Co więcej, chociaż początek grudnia już za nami, warto poczekać trochę dłużej i jede-nastego wybrać się na jarmark świąteczny w Dreźnie. Jest to najstarszy jarmark w Niemczech, w praktyce składający się z kilku pomniejszych, ulokowanych w róż-nych częściach miasta. Poza prezentami można tu kupić ozdoby świąteczne, napić się gorącego wina i skosztować znako-mitych pierników. Wszystkie stoiska oferują wyroby rękodzielnicze, są też przepięknie ozdobione. Cały jarmark doskonale wtapia się też w tło, jakim jest Starówka. Niektóre szkoły organizują tego dnia specjalne

podróże z Outro

jednodniowe wycieczki, w programie których nie ma praktycznie nic poza do-jazdem i zakupami, zakupami, zakupami… Oczywiście wspominam o tym, ponieważ zbliżają się Święta, a to jest właśnie miesiąc, kiedy wszyscy wydajemy naj-więcej pieniędzy na podarunki dla naszych najbliższych. I o ile nie wybieramy się przed Wigilią samolotem do Chicago, żeby kupić mamie czy ukochanej coś od Victoria’s Secret, bez wątpienia zechcemy przyjrzeć się bliżej świątecznym jar-markom, które otworzą przed nami swoje podwoje już wkrótce. Co więcej, takie właśnie jarmarki to świetny pretekst, by niejako „od kuchni” poznać małe wioski, położone w obrębie Waszego województwa. Można się tam przejechać pociągiem czy zwykłym auto-busem, pogawędzić ze sprzedawcami, in-nymi słowy zyskać niepowtarzalną okazję, by zobaczyć nieco inny obraz miasteczka niż ten, który pokazuje się zwykle turystom, a przy tym zawrzeć nowe znajomości. Moim zdaniem, Wigilię najlepiej spędzić w domu, ale jeśli w wasze upodobania trafia bardziej wypatrywanie pierwszej gwiazdki z okna wynajętego lokalu, jest wiele możliwości – można zdecydować się na świąteczny pobyt w Austrii albo wybrać specjalną ofertę narciarską w jakimś typowym, górzystym terenie, trwającą od Świąt aż do Sylwestra. Jednak odradza-łabym to, ponieważ to w tym okresie ceny są najwyższe, a natłok turystów tak ogromny, że uroczystości mogą wiele

podróże z Outro Moim zdaniem, Wigilię najlepiej spędzić w domu, ale jeśli w wasze upodobania trafia bardziej wypatrywanie pierwszej gwiazdki z okna wynajętego lokalu, jest wiele możliwości – można zdecydować się na świąteczny pobyt w Austrii albo wybrać specjalną ofertę narciarską w jakimś typowym, górzystym terenie, trwającą od Świąt aż do Sylwestra.

stracić w waszych oczach. Dla miłośników mangi, anime i wampirów grudzień oznacza jeszcze jedno: 17-19 grudnia odbywa się w stolicy Wampirkon, pierwszy konwent w całości poświęcony tylko temu jednemu gatunkowi postaci fantastycznej. W programie nie tylko postacie z mang (choć istnieją japońskie wersje „Zmierzchu”), ale także cosplay, czyli ludzie jak najbardziej prawdziwi, przebrani za Lestata czy Billa Comptona. Prawdziwy fan nie powinien tego przegapić (a osoba posiadająca znajomych o po-dobnych upodobaniach na pewno chętnie wykorzysta okazję, by zdobyć dla nich wymarzony, unikatowy prezent)! Zanim jednak będą Święta, czekają nas wyjazdy raczej krótkie, najczęściej jednodniowe wycieczki – to dobry moment, by namówić nauczycieli na jakieś wyjście do opery czy teatru muzycznego, najlepiej tego, którego nie ma w Waszym mieście (chociaż biletów do tej pierwszej najprawdopodobniej już nie uda się zdobyć). Będzie coraz ciemniej i zimniej, ale to nas przecież nie powstrzyma, prawda? A więc chwytajcie swój biały parasol w pięciolinie, czerwony w biedronkowe kropki, zielony z żabimi oczami, typowy czarny parasol przewodnika – i wyruszajcie w podróż, aby nie siedzieć cały czas w domu! Agata Hajduk



Hipermarkety są pełne ludzi, którzy przyciągnięci promocjami spędzają tam swój wolny czas. W ten sposób trwają przygotowania do Świąt we współczesnym świecie. „Dawniej było inaczej” - powiedziała sąsiadka, którą spotkałem na ulicy. „Bywało lepiej” - dodała. Jest tak, jak powinno być?
Merry Christmas
na czasie K

olorowe reklamy zachęcają do kupna nowej lalki, taniego mięsa, ubrań itd. Wszystko to napisane literkami w „świątecznym stylu”. W głowach może od tego się pomieszać i tak też się dzieje. Pogoń za promocjami i wydawanie ciężko zarobionych pieniędzy to coś, co już nas nie dziwi. Człowiek gdzieś się zatracił, zapomniał po co to wszystko. „Bóg się rodzi [...]” - słowa znanej kolędy, które mówią nam, o co właściwie chodzi. Święta Bożego Narodzenia to czas, w którym wspominamy narodziny Jezusa Chrystusa. Kiedy patrzy się na współczesnych chrześcijan, trudno jest powiedzieć, że czekają na Boga. Przygotowują się raczej do „święta prezentów” czy „święta jedzenia”. Spotkana na ulicy sąsiadka opowiedziała mi historię z dzieciństwa, kiedy to wraz z tatą szła do lasu po choinkę. W tym czasie jej mama gotowała świąteczne potrawy. Nie było mowy

na czasie

o kupowaniu w hipermarkecie gotowych pierogów, czy zupki w proszku. Powodem był brak owego sklepu jak i niechęć do zakupów. Według sąsiadki Święta powinny mieć niesamowitą atmosferę i być przygotowane „od A do Z” przez całą rodzinę. Dzisiaj jest to nieco trudniejsze, gdyż uważamy, że wszystko można kupić. Pieniądze są ważne, ale przysłaniają wiele ważniejszych rzeczy. Rodzina jest przykładem owej „przysłoniętej rzeczy”. W ciągu roku rzadko można porozmawiać ze wszystkimi jej członkami równocześnie. Święta są czasem, który powinniśmy w pełni oddać naszym bliskim, siąść przy wigilijnym stole i podzielić się opłatkiem, zapominając o sprzeczkach i wybaczając sobie nawzajem. Poczuć wreszcie świąteczną atmosferę i zajadać się przepysznymi potrawami, zrobionymi przez babcię. „Kościelne uroczystości narodzenia Pańskiego są dla mnie czymś co roku niesamowitym, wspaniałym i z wielką chęcią idę na pasterkę” - to słowa Tomka, który dzięki Kościołowi zrozumiał, na czym polegają Święta. Czymże są urodziny bez solenizanta? Boże Narodzenie to nie tylko zajadanie się i rozmowa z rodziną. To również czas na pomyślenie o Jezusie, któremu poświęcone są Święta. Jakub Jurkiewicz "Znani z tego, że są znani"
Wszędzie ich pełno. Telewizja, czasopisma, portale internetowe. Królują na wszystkich większych imprezach i balach. Stacje telewizyjne „zabijają się” o to, by wystąpili w ich programach rozrywkowych. ONI stawiają wygórowane wymagania. Przecież są celebrytami.
subiektywnie o celebrytach

Doda, Mandaryna, Candy Girl. Można wymienić długą listę nazwisk „gwiazd” muzyki, które znane są głównie z tego, że pojawiają się w różnych miejscach i robią wokół siebie szum. Niektóre z nich same się kreują, inne są kreowane przez media. Fenomenem jest to, że nie muszą posiadać szczególnych umiejętności (chociaż zdarza się, że jednak mają talent), a zazwyczaj znane są sporej części społeczeństwa. Doda. Choć ma niesamowity głos, zaistniała dopiero przez udział w realityshow Bar. Wszyscy dobrze pamiętamy, długie tipsy i pomarańczową skórę Dorotki. Menagerka, Maja Sablewska, pomogła wykreować jej nowy wizerunek. Oczywiście nie obyło się bez skandali. Rozbierane sesje w Play-boyu i CKMie, ślub z Radosławem Majdanem, kontrowersyjne wypowiedzi i filmiki na youtubie. Później spektakularne odejście od zespołu i męża, publiczne kłótnie z byłą już menagerką. Teraz też jej wszędzie pełno, a to za sprawą obecnego narzeczonego, Nergala (przy okazji on też staje się celebrytą ) i jego choroby. Wiele osób uważa, że Doda wykorzystuje jego obecny stan zdrowia, by pojawić się w mediach. Ma ogromny wpływ na społeczeństwo, bo potrafiła zmobi-lizować ludzi do oddawania szpiku. Działa charytatywnie. Tylko nasuwa mi się jedno pytanie. Czy sam talent starczyłby jej do osiągnięcia tego, co już osiągnęła? Candy Girl. Pojawiła się z nikąd. Co prawda wystąpiła w konkursie premier na Festiwalu w Opolu oraz na Sopot Hit Festiwal, ale nie zajęła szczególnie wysokich miejsc. Jeśli ktoś słucha produkcji polskich DJów, może kojarzyć Basię,

subiektywnie o celebrytach

ponieważ niejednokrotnie z nimi współpracowała. Głos może i ma, ale gdyby nie nieudane stylizacje, udział w programie Królowie Densfloru i związek z Tomkiem Lubeltem (z którym nota bene współpracowała wcześniej Doda) dzisiaj nikt by o niej nie słyszał. Ciekawym przypadkiem jest Agnieszka Chylińska. Ona sama nie kreuje swojego wizerunku, a raczej robią to za nią media. Niektórzy jednak uważają, że zdecydowała się na zmianę stylu muzycznego jedynie ze względów komercyjnych. Jednak jak mówi sama zainteresowana, teraz dopiero jest sobą. Chociaż została jurorką w programie Mam Talent i dość często pojawia się w prasie i portalach internetowych, raczej nie możemy powiedzieć, że ona sama robi wszystko, by znaleźć się na okładkach tabloidów. Zmianę stylu i wizerunku potępia wielu ludzi - ale czy to źle, że się rozwija? Ona ma prawdziwy talent, ma osobowość i nie musi brać udziału w skandalach ani afiszować się życiem prywatnym, by być na okładkach gazet. Nie boję się jej nazwać celebrytką ani ikoną popkultury, bo nią bezwzględnie i niepodważalnie jest. Lady Gaga. Ma ogromny talent muzyczny, pisze teksty piosenek (zaczynała jako songwriterka). Ale dopiero gdy zmieniła styl z rock’n’roll’owego na popowy, szturmem podbiła światową scenę muzyczną. Jej pierwszy singiel Just Dance był soundtrackiem do filmu Make it Happen (Just Dance – Tylko taniec). Później jej

subiektywnie o celebrytach

kariera zaczęła rozwijać się w zastra-szającym tempie. Jeden singiel za drugim, coraz bardziej odważne i kontrowersyjne teledyski, dziwne, niepowtarzalne stroje artystki. Chociaż wszyscy ją znają, rzadko można trafić na jakiś skandal z jej udziałem (oprócz tych związanych z jej wizerunkiem, np. strój z mięsa). Nie słyszymy o jej życiu prywatnym, a jednak jest gwiazdą, jest celebrytką. W każdej dziedzinie popkultury można doszukać się celebrytów; wśród aktorów, muzyków, dziedziców fortuny, sportowców, a nawet dziennikarzy. Nie chodzi o to, czy mają talent, umiejętności, (chociaż może on pomóc), ale żeby mieć pomysł na siebie, jak się pokazać, żeby zostać zapamiętanym. Warto się zastanowić, co byłoby bez tej całej głośnej otoczki, czy celebryci na co dzień, w domu, zachowują się jak gwiazdy, czy po prostu jak zwykli ludzie. Jestem przekonana, że oni też, choć mają parcie na szkło, czasem tęsknią do normalności. Sandra Kałuża Warto pomagać!
5-go grudnia obchodzony jest międzynarodowy dzień wolontariusza- osoby, która świadomie i dobrowolnie oraz bez wynagrodzenia angażuje się w pracę na rzecz potrzebujących.
temat z okładki temat z okładki W

ioletta to zawsze uśmiechnięta szesnastolatka pełna zapału do pracy. Jej historia pomagania innym zaczęła się w drugiej klasie gimnazjum, kiedy pani pedagog zorganizowała pierwsze zebranie dla wo-lontariuszy. Wiola wraz z pięćdziesięcioma innymi osobami udała się na spotkanie. Po miesiącu zostało tylko, albo aż dwadzieścia osób, które wiedziały, czego chcą, były pełne entuzjazmu i chciały nieść pomoc potrzebującym. Na początku, gdy pozwalał na to czas Wioletta chodziła na zajęcia organizowane w świetlicach. Pomagała opiekunkom, odrabiała lekcje z dzieciakami i bawiła się z najmłodszymi. Czasem po prostu zmy-wała kubki po herbacie. Jednak zawsze znalazły się zajęcia, w których mogła realizować się jako młoda, niosąca pomoc osoba. Wioletta wraz ze swoją grupą co roku organizuje „Majówkę” czyli imprezę dla dzieciaków z całej gminy. Jest to czas kiedy wolontariusze muszą się wykazać sumiennością i odpowiedzialnością gdyż każdy ma przydzielone indywidualne zadanie. Dyrygują sprawami technicznymi, a Ośrodek Pomocy Społecznej zajmuje się kwestiami finansowymi. Młodzież pomaga również przy zabawach dla osób nie-pełnosprawnych oraz organizuje spotkania Wigilijne. Wioletta współpracowała już niejedno-krotnie z chorymi dziećmi czy trudną młodzieżą, ale największą satysfakcje odczuwa, gdy widzi radość dzieciaków. One do szczęścia potrzebują niewiele, a odpłacają się najpiękniejszym uśmie-chem. Dlaczego Wiola pracuje jako wolon-tariuszka? Odpowiedź jest właściwie oczywista,

temat z okładki

jednak emanuje szczerością. Robi to gdyż lubi pomagać. Nawet jeśli musi zrobić coś trudnego, co na pozór przerasta jej możliwości nie poddaje się, gdyż widzi w tym cel. Pomaganie to jej żywioł. Ludzie wiedzą, że mogą zawsze na nią liczyć- a Wiola cieszy się, że właśnie tak ją odbierają. Młodzież, która pomaga również się rozwija. Wioletta wraz z przyjaciółmi często bierze udział w warsztatach dotyczących wolontariatu. Takie spotkania są bardzo owocne. Młodzi wolontariusze wracają po warsztatach z głową pełną ciekawych pomysłów i coraz bardziej rozumieją istotę swoich działań. Aktualnie pracują oni nad ciekawym projektem. Złożyli wniosek i otrzymali prawie 6 tys. euro na działania. Projekt nosi nazwę „Każdy inny – wszyscy równi” i jest realizowany na terenie Gminy Rudziniec. Jego celem jest ukazanie relacji młodzieżowych i uwrażliwienie ludzi na te-mat subkultur oraz niepełnosprawności za pomocą nowatorskich form sztuki i kultury. Jednak praca wolontariusza nie zawsze usłana jest różami. Los często kładzie im kłody pod nogi. Zdarza się, że ludzie nie rozumieją ich pracy. Zamiast pytać od razu osądzają. Ania, która zbierała pożywienie w centrum handlowym w Gliwicach spot-kała się z dość nieprzyjemną sytuacją. „Stałam przy koszyku z żywnością i jadłam batona, którego kupiłam trzy minuty wcześniej. Nagle podeszła do mnie kobieta i zaczęła na mnie krzyczeć, że objadam rodziny, które ze względu na finanse nie mogą pozwolić sobie na słodycze. Nie zdążyłam się nawet wytłumaczyć...”

temat z okładki

Przykre jest to, że wolontariusze odwalają kawał dobrej roboty, a i tak mało kto to docenia. Z kolei Tomek tylko raz pełnił rolę wolontariusza. „Była zbiórka pieniędzy na chore dzieci, a ja chciałem po prostu się na coś przydać.”- mówi. Zabrał ze sobą znajomych i stali kilka godzin na mrozie. Mimo tego młodzież dzielnie się spisała. Za każdy pieniądz wrzucony do puszki odwdzięczała się uśmiechem i szczerym „dziękuję”. Tomek obserwując ludzi, zauważył, że dzielą się na dwie grupy. Jedna charak-teryzuje się tym, że chce pomagać i wrzuca do puszki tyle pieniędzy ile może. Natomiast ludzie z drugiej grupy przechodzą obojętnie unikając kontaktu wzrokowego. „Nie wiem dlaczego ludziom ciężko jest wrzucić marną złotówkę do puszki.”stwierdza rozżalony. Katarzyna jest tegoroczną maturzystką, która od dwóch lat realizuje się jako wolontariusz. "Zawsze lubiłam pomagać. Największą przyjemność sprawiało mi asystowanie mamie w kuchni."- mówi. "Często też robiłam zakupy babci, która była chora i nie mogła wstawać z łóżka."- dodaje. Kasia ma bardzo dużo nauki i ograniczony czas wolny. Mimo to, raz w tygodniu znajduje dłuższą chwilę, którą spędza z panią Kazimierą- samotną, pogodną seniorką. "Gramy razem w szachy i rozmawiamy."- chwali się. Kasia robi też staruszce zakupy i sprząta w jej mieszkaniu. Czy lubi tę pracę? Czekając na odpowiedź usłyszałam tylko śmiech. "To nie jest pra-ca. To przyjemność. Pomagam pani Kazi odgonić samotność i smutki, a ona uczy mnie jak piec pierniki. To pewien rodzaj symbiozy."- odpowiada z uśmiechem. Takich osób jak Kasia jest więcej. Chętnie robią zakupy starszym, schorowanym ludziom. Najpiękniejsze jest to, że młodzież nie oczekuje nic w zamian. Z uśmiechem na twarzy ładuje do koszyka kolejny produkt spożywczy i zanosi go do domu seniora. A ten odwdzięcza się uśmiechem i dawką historii z serii "Gdy byłem młody..." Wolontariusze to nie herosi, ale zwykli ludzie mający słabości i załamania. Często są wykończeni i brak im energii na cokolwiek. Nieraz zdarzyło się, że pod wpływem impulsu rezygnowali z wolon-tariatu. Nie mieli już siły. Wypalali się. Jednak młodzież jest silna i szybko staje na nogi mimo zmęczenia i przeciwności losu. Wioletta, Katarzyna i Tomasz oraz inni wolontariusze ratują wizerunek młodych ludzi. Nie są oni „chuliganami z piwem w ręku”, lecz „działającą młodzieżą”. Udo-wadniają sobie i dorosłym, że są war-tościowymi młodymi ludźmi, a ich hasło na każdy dzień brzmi „warto pomagać”. Justyna Błach „Pieniądze się dla mnie nie liczą...”, „Nie jestem materialistą...” Już po kilku tego typu stwierdzeniach można się domyśleć z jakiego typu człowiekiem się rozmawia. Świadomy, czy nie, jest hipokrytą. Ten sam człowiek z niecierpliwością wyczekuje „pierwszego”, albo zbiera „kupony” na darmowe produkty w markecie...
Czy jesteś finansowo inteligentny?
finanse W

brew temu co mówi(my) pieniądze są bardzo istotnym elementem codzienności – nie kupią wszystkiego, ale znacznie ułatwią i ubarwią nasze życie. Jednocześnie pieniądze stanowią jedynie narzędzie i sa-mi decydujemy o tym, jak nim gospo-darować. Nasze decyzje natomiast, zależą od poziomu naszej „finansowej inteligencji”. Przeciętny Kowalski po skończeniu edukacji podejmuje pierwszą pracę. W tym mo-mencie stan jego finansów najczęściej jest jeszcze niezagrożony. Przyjmijmy, że nie ma na razie żadnych zobowiązań, pensja, którą otrzymuje wystarcza na zaspokojenie jego podstawowych potrzeb: jedzenie, ubranie, mieszkanie, opłaty i drobne przy-jemności. Problem zaczyna się wtedy, gdy skuszony przez spoty reklamowe instytucji finansowych powoli zaczyna pogrążać się w długach. Skoro pracuje, to przecież

finanse

może pozwolić sobie na własne miesz-kanie. W pewnym momencie zakłada rodzinę, rodzą się dzieci, wydatki wzras-tają: większy dom, samochód rodzinny... W konsekwencji rosną raty kredytów, dlatego trzeba też więcej pracować. Za ten wysiłek należy się nagroda! Ludzie chcą więcej, większe i lepsze, ponownie zwięk-szają się ich wydatki, niestety najczęściej niewspółmiernie do podwyżek płac, (magia i przekleństwo zarazem dźwigni finan-sowej, jaką jest kredyt), więc muszą więcej zarobić , a co za tym idzie - więcej pra-cować... Przerażające błędne koło! Zaskakujące, jak wielu z nas podąża właś-nie taką drogą - wytyczoną, wpojoną nam przez własnych rodziców i społeczeństwo... Inteligencja finansowa stanowi o naszej świadomości istnienia tego błędnego koła, ale przede wszystkim pozwala nam się z niego wydostać i uzdrowić nasze finanse. Absolutną podstawą jest poznanie różnicy między aktywami i pasywami (humaniści spokojnie). Aktywa to po prostu inwes-tycje, rzeczy, które wkładają pieniądze do naszej kieszeni, natomiast pasywa wycią-gają je z niej. Dom, w którym mieszkasz, samochód którym jeździsz nie są więc aktywami! Ale jak to? Przecież są warte tyle pieniędzy... Zastanów się jednak czy to one Tobie płacą, czy Ty wciąż do nich do-kładasz? Remonty, naprawy, rachunki i opłaty, krótko mówiąc koszty, tak naprawdę charakteryzują pasywa! Nie trzeba od razu rzucać się na głęboką wodę i inwestować na giełdzie, skuteczne jest poznawanie teorii z książek, publikacji, czasopism, albo seminariów i dopiero potem wykorzystywanie zdobytej wiedzy w praktyce. Kto raz spróbuje, zaczyna lepiej rozumieć otaczający, skomplikowany świat finansów i dzięki temu nie daje sobą manipulować. Inteligencję finansową kształtuje się przez całe życie, ale im wcześniej zaczniesz, tym lepiej dla Ciebie i Twojego portfela. Mateusz Łuszczyński "Kto raz spróbuje, zaczyna lepiej rozumieć otaczający, skomplikowany świat finansów i dzięki temu nie daje sobą manipulować." Zachodnie wybrzeża Ameryki Północnej. Głębiny Oceanu Spokojnego, zwanego inaczej Pacyfikiem. Tam, gdzie docierają jedynie pojedyncze promienie słoneczne swój obszar polowań ma szczupakowata ryba z rzędu okoniokształtnych. Szybka, przebiegła, drapieżna i niebezpieczna dla człowieka barrakuda. To o niej będzie dzisiaj mowa.
(Barra)cuda na krótkim dystansie
motoryzacja K

olejna lekcja biologii? Nic z tych rzeczy! Ryba ta była jedynie inspiracją dla produ-centów marki Plymouth, którzy niedługo po tym wypuścili na rynek jej blaszanego odpowiednika na czterech kołach. Przera-żony? Zafascynowany? To dopiero po-czątek – silnik jeszcze nierozgrzany. Pora na kolejną przejażdżkę po amery-kańskich bezdrożach. Tym razem wspólnie zasiądziemy przy kokpicie samochodu, który oferowany był tylko przez dekadę. Lata 1964-1974 to w motoryzacji okres bardzo burzliwy, o czym rozpisywałem się w poprzednich numerach. Marka samo-chodowa Plymouth od początku swojej działalności należała do koncernu Chrysler. W 1964 roku projektanci rozpoczęli prace nad samochodem sportowym, który sku-tecznie będzie walczył z prężnie rozwijającą się konkurencją. Punktem odniesienia miał być model Valiant, dla którego utworzono

motoryzacja

drapieżną wersję, noszącą bardzo orygi-nalną i trafną nazwę – Barracuda. Zainte-resowanie było tak wielkie, że po kilku tygodniach samochód uzyskał niezależność od Valiant’a i pojawił się na rynku jako osobny model. Co ciekawe, Barracuda swoją premierę miała dwa tygodnie przed Fordem Mustan-giem, którego ochrzczono mianem pierw-szego fastbacka. Mamy tutaj pewien fałsz historyczny, a kwestia ta pozostaje do dzisiaj tematem dyskusyjnym i kontro-wersyjnym pośród kolekcjonerów. Pierwsze wersje były bardzo podobne do swojego pierwowzoru, jednak z czasem Plymouth dążył do coraz mniejszej zależności. Dwa pojedyncze i okrągłe przednie reflektory na krańcach maski nawiązywały do nazwy modelu. Piękne kobiety i sportowe samochody to idealne połączenie. Kiedy oba elementy znajdują się na jednym zdjęciu, mężczyźnie trudno skupić wzrok na jednym. Mimo wszystko, pewne przysłowie głosi, że należy się kierować sercem. Barracuda miała je ogromne, a jej bicie było bardzo głośne i kuszące, ale nie dawało satysfakcji na dłuższy okres. Myślę oczywiście o silni-ku, który rozpędzał drapieżnika w bardzo krótkim czasie, bijąc na głowę inne modele. Pod maską znajdowała się popula-rna V8, która początkowo rozwijała moc 180 koni mechanicznych, by kilka miesięcy później liczyć sobie 235 KM. W 1969 roku udało się osiągnąć 330 KM, jednak złote lata przypisuje się trzeciej generacji, sprze-dawanej od roku 1970, aż do samego końca. Barracuda kojarzona jest głównie z tymi latami, gdyż właśnie wtedy osiągała największe sukcesy w wyścigach krótko-

motoryzacja

dystansowych. Fantastyczny, 390-konny silnik pozwalał pokonać czterysta metrów w niespełna czternaście sekund. Wygląd przyspieszał tętno przechodzącym obok wozu, zaparkowanego gdzieś w cen-trum miasta. Lata ’60 to głównie stary, amerykański styl, ciągle nawiązujący do Valianta. Wraz z poprawieniem osiągów, karoseria stawała się coraz bardziej drapieżna. Sylwetka z lat ’70 uznawana jest za najciekawszą. Współczesna młodzież zna zapewne Barra-cudę ze słynnych gier komputerowych – Test Drive 4, 5 i 6, Gran Turismo 2 i 6 oraz Need For Speed: Carbon. Samochód pojawiał się także w kilku filmach i seria-lach. Najgłośniejszym występem była rola w serialu Nash Bridges, gdzie główny bohater jeździ niezwykle rzadką wersją (Hemicuda cabrio – wyprodukowana w nakładzie 14 egzemplarzy). Plymouth Barracuda jest bardzo rzadkim okazem na polskich ulicach – spotkanie go graniczy właściwie z cudem. W USA zawsze pozostawała w cieniu najwięk-szych, czyli Corvetty i Mustanga. Nie oznacza to, że drapieżnik nie osiągnął suk-cesu. Ba, zapisał się na kartach moto-ryzacyjnej historii złotymi zgłoskami. Czy ktokolwiek z nas ma jakieś szanse, aby przejechać się takim fastbackiem? Ow-szem, ale raczej na terenie Stanów Zjednoczonych. Tym, którzy wolą pozostać w Polsce polecam zakup jednej z wyżej wymienionych gier i wirtualną przejażdżkę Barracudą. Maciej Kulina Pewien polski piłkarz, podczas zgrupowania reprezentacji odbywającego się w latach 80. na ziemiach RFNu, miał powiedzieć: „Patrząc na te boiska i murawy odnoszę wrażenie, że Polska jest jakieś 30 lat w tyle za Niemcami”. Z dzisiejszej perspektywy możemy stwierdzić, że nasz rodak zbyt wiele się wtedy nie pomylił. Wszak infrastruktura, która w Niemczech już 30 lat temu wyznaczała pewien standard, u nas dopiero dzisiaj, pod nazwą „Orlik 2012”, wprowadzana jest z wielką pompą. Jednak ostatecznie marzenia spełniły się.
„Orzeł 2020”
temat numeru K

oncepcje stworzenia nowoczesnej infra-struktury sportowej dla młodzieży, kołatały się w głowach polityków i działaczy piłkarskich już od dawna. Przez długie lata dobrych, ale chaotycznych planów nie udało się jednak zrealizować, a na przesz-kodzie stał brak współpracy osób mających odpowiadać za budowę piłkarskich kom-pleksów. Znaczy to tyle, że tylko w niek-tórych miastach naszego kraju, takich jak Kraków czy Warszawa, można było zobaczyć ładne boiska piłkarskie, na których młodzi futboliści mieli okazję grać do woli. Jednakże budowy takich obiektów były działaniami sporadycznymi i zawężo-nymi wyłącznie do najbardziej rozwiniętych regionów Polski. Brakowało spójnego pro-gramu, który swoim zasięgiem objąłby także i mniejsze miejscowości. Ale tak na-prawdę, najistotniejszym problemem był brak pieniędzy. Każdy kolejny polski rząd uważał, że istnieją ważniejsze wydatki niż

temat numeru

tworzenie piłkarskich obiektów dla młodzieży. Choćby same inwestycje w infrastrukturę drogową wydawały się być bardziej palące od budowy sieci boisk do piłki nożnej. Miłośnikom futbolu pozostało więc grać na niebezpiecznych asfaltowych boiskach, lub co gorsza na kilkudziesięcioletnich mura-wach, przypominających swoim stanem łąki do wypasu krów. Gra na takich nawierzchniach kończyła się często np. skręceniem kostki, lub stłuczeniami. Lecz w końcu niespodziewanie z pomocą – wcale nie medyczną, w 2007 r. przybyło do nas zwycięstwo Polski i Ukrainy w kon-kursie na organizację EURO 2012. Nieprawdopodobna z początku wizja współtworzenia tak prestiżowego turnieju w naszym państwie, znacząco pobudziła polskich polityków do działania na rzecz rozwoju rodzimego futbolu. Bodziec ten sprawił, że w końcu stworzony został upragniony przez lata program budowy kompleksów sportowych w każdej gminie - „Orlik 2012”. To, co zawsze pozostawało w sferze naszych cichych marzeń, miało zostać wreszcie zrealizowane i to w niewiarygodnie szybki sposób. Szumne zapowiedzi premiera Donalda Tuska o wybudowaniu co najmniej 2000 „Orlików” do 2012 roku, przez grono licznych osób traktowane były z przy-mrużeniem oka. Dzisiaj, patrząc na rozmach z jakim rozwija się ten program, nie można mieć już wątpliwości co do słuszności tamtych słów lidera Platformy. Piłkarscy zapaleńcy, którzy czekali aż pierwszy kompleks zostanie oddany do

temat numeru To, co zawsze pozostawało w sferze naszych cichych marzeń, miało zostać wreszcie zrealizowane i to w niewiarygodnie szybki sposób. Szumne zapowiedzi premiera Donalda Tuska o wybudowaniu co najmniej 2000 „Orlików” do 2012 roku, przez grono licznych osób traktowane były z przymrużeniem oka.

użytku, zostali nagrodzeni 15 września 2008 roku. To właśnie tamtego dnia w Gdowie w woj. Małopolskim miało miejsce pierwsze otwarcie „Orlika”. Po tamtym wydarzeniu, nowe boiska powsta-wały w kolejnych gminach, niemal jak grzyby po deszczu. Setny Orlik powstał 16 listopada 2008 roku w Koszalinie, dwu-setny 10 grudnia 2008 roku w Mikołajkach Pomorskich, a trzechsetny 22 grudnia 2008 w Łodzi. Dziś czynnych jest już ponad 1500 Orlików! Na efekty nie trzeba było czekać, są one wyraźnie widoczne. Przykładowo, w moim mieście niedawno powstały Orlik jest prawie zawsze pełen grających. O tym, jak duże rzeczywiście było zapotrzebowanie na zrealizowanie tego typu idei w Polsce świadczy sytuacja, która przydarzyła mi się nie tak dawno temu. Mianowicie razem z grupą znajomych poszliśmy do gospodarzy naszego Orlika, by na jeden z sobotnich wieczorów zabukować sobie boisko. Nasze zdziwienie było dość niemałe, kiedy okazało się, że rezerwacji trzeba dokonać niemal z dwu-tygodniowym wyprzedzeniem! Rzecz tym bardziej interesująca, że incydent miał miejsce w połowie listopada, a pogoda, lekko mówiąc, do gry nikogo nie zachęcała. I jak tu teraz nie oprzeć się wrażeniu, że słowa wielu piłkarzy, mówiących o braku zainteresowania aktywnym spędzaniem wolnego czasu przez młodzież, tracą na aktualności? Bądźmy jednak realistami. Jest raczej

temat numeru temat numeru

oczywiste, że początkowa popularność Orlików wśród młodzieży prędzej, czy później zmaleje. Z drugiej strony, mam cichą nadzieję, że ten wielki zapał nie u wszystkich będzie wyłącznie słomiany. Aby jednak nie przekoloryzować i tak już dobrej atmosfery panującej wokół tego projektu, warto również nadmienić, że znalazła się w naszym kraju duża liczba osób, próbujących na wartościowym projekcie zarobić w nieucz-ciwy sposób. Mowa tutaj o niektórych zarządcach orlikowych kompleksów, którzy w bezczelny sposób wyłudzali pieniądze od młodych ludzi. Dla przykładu zdarzały się sytuacje, w których za 2 godziny gry na Orliku pobierano kwoty w wysokości ok. 100 zł. W innych przypadkach gospodarze boisk kazali płacić pieniądze za użytkowanie szatni, lub korzystanie z ciepłej wody. Szkoda jedynie ludzi, którzy nie zdawali sobie sprawy, że takie działania są nielegalne. Nie wszyscy bowiem wiedzą, że ideą programu „Orlik 2012” jest korzystanie z całkowicie bezpłatnych boisk. Abstrahując jednak od zwykłej ludzkiej chciwości, mam pewne przeczucie, mówiące mi, że dzisiaj jesteśmy świadkami pewnej rewolucji, która za parę lat przyniesie polskiemu futbolowi wymierne korzyści. Taką korzyścią bez wątpienia byłoby, gdyby choć kilku małych chłopców biegających dziś po sztucznych murawach Orlików, wyrosłoby na dorosłe Orły reprezentacji np. „2020”. Rafał Guzik Pan Kazio robi wielką różnicę
Licznie powstające orliki stworzyły wiele nowych miejsc pracy. Posada taka nie wy-maga zwykle dużych kompetencji. Nowo-czesne obiekty posiadają już szatnie, pro-fesjonalny sprzęt, a nawet monitoring.
świat sportu

Czasem spotkać można ubogie wersje orlików, w których nic innego poza bois-kiem z bramkami nie znajdziemy. Jakie są różnice między samym boiskiem a więk-szym ośrodkiem treningowym ze sporym zapleczem? Chociaż na początku nie widać nic poza dodatkowymi gadżetami, to po dogłębnej analizie można wysnuć ciekawe wnioski. W celu porównania dwóch modelów zarzą-dzania boiskami posłużę się konkretnymi przykładami. Jako że sam często rozgry-wam spotkania na orlikach, doskonale orientuję się w sytuacji nieopodal mojego miejsca zamieszkania. Na obrzeżach Opola w 2008 roku wybudowano pierwszy orlik, znajdujący się tuż przy pewnej szkole. Ze względu na małą przestrzeń, obiekt zawierał jedynie boisko z bramkami, ogro-dzone cienką siatką. Przy wejściu wisiała karteczka z godzinami rezerwacji, które uaktualniane były raz na tydzień. Po

świat sportu

niedługim okresie, obiekt ten stracił na swojej wyjątkowej wartości. Starsze, nie-kulturalne grupy młodzieży często odwie-dzały to miejsce, zaśmiecając je. Co gor-sza, w popołudniowych godzinach wyr-zucali z murawy młodszych od siebie, aby móc samemu pograć, kompletnie nie przejmując się przy tym kolegami. Rezer-wacji rzadko kiedy przestrzegano. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja na drugim krańcu miasta, gdzie niedługo potem powstał bardziej rozwinięty obiekt sportowy, z kompletnym zapleczem. Wyso-kie, metalowe siatki osłaniały teren, do-datkowo strzeżony przez monitoring i wy-najętą firmę ochroniarską. Na noc zosta-wiano zapalone niektóre luxy, aby nie dopuścić do aktów wandalizmu. W godzi-nach otwarcia nad boiskiem czuwał spec-jalny zarządca, który sprawował opiekę nad obiektem i młodzieżą na nim przeby-wającą. Orlik ten ma już swoje za sobą, jednak wciąż wygląda jak nowy. Różnica wydaje się być bardzo mała – jeden pracownik, który czuwa nad całą infrastrukturą. Wymagania zapewne nie są zbyt duże – zarządca musi umieć korzystać ze sprzętu, który jest do dyspozycji młodzieży, a także powinien potrafić udzie-lić pierwszej pomocy, w razie kontuzji młodego gracza. Ponadto, musi zwracać uwagę na ład i porządek, aby obiekt mógł służyć wiele lat. Najnowsze orliki potrzebują swojego „Anio-ła Stróża”, który dopilnuje, aby boiska służyły młodym adeptom piłki nożnej przez długi okres czasu. Koszty nie będą wysokie – w końcu pensja takiej osoby nie jest duża, a przynosi o wiele więcej zysku. Maciej Kulina Centra treningowe zapewniają młodym adeptom piłki nożnej nie tylko nowoczesne boiska, ale także profesjonalny sprzęt sportowy, szatnie, a nawet natryski. Mimo szybkiej budowy orlików na terenie całego kraju, wciąż brakuje wolnych miejsc w kalendarzu już istniejących obiektów. Wedle przepisów, jedna grupa może zarezerwować boisko na godzinę i musi się pojawić w przynajmniej dziesięcioosobowym składzie. I tutaj pojawia się dręczące wiele zespołów pytanie: czy godzina wystarcza?
Czy godzina wystarcza?
świat sportu

Ogromne zainteresowanie nowymi bois-kami musi być kontrolowane przez odpowiednie przepisy. Mimo wszystko, wiele osób uważa je za bezsensowne. Wyobraźmy sobie dzień, w którym zainteresowanie takim boiskiem może być największe. Jest początek wakacji, dni są bardzo długie. Słońce jedynie czasem przebija się przez niegroźne, białe chmury, w powietrzu czuć świeżość. Temperatura sięga około 22 stopni, a delikatny wiaterek chłodzi rozradowane twarze młodziaków. Kalendarz jest już zapełniony po brzegi od kilku dni. Wybija godzina piętnasta. Nowa grupa wychodzi już przebrana z szatni, czekając na swoją kolej przy linii bocznej. Mija pięć minut, zanim poprzednia grupa zejdzie z boiska, zabierze swoje akcesoria, napoje i piłkę. Przed każdym meczem wymagana jest rozgrzewka (minimum 15 minut), która zapobiec ma przykrym urazom. O godzinie 15.20 drużyna dzieli się na dwa składy, ustawia na swoich

świat sportu Warto zastanowić się nad wprowadzeniem dodatkowego artykułu do boiskowych przepisów, który zezwalałby na dwugodzinną rezerwację. Jeżeli nie dla każdej grupy, to chociaż dla tych, którzy posiadają wykwalifikowanego trenera/opiekuna, który w odpowiedni sposób wykorzysta czas dzieciaków.

połówkach i mniej więcej o godzinie 15.25 rozpoczyna pojedynek. Łączny czas gry: 35 minut. Ta liczba mówi sama za siebie – w końcu normalny mecz trwa 90 minut, czyli prawie trzy razy więcej. A gdzie miejsce na trening? Gdzie czas na przećwiczenie stałych fragmentów gry? Co z poprawianiem techniki? O godzinie 16.00 dzieciaki schodzą z murawy, poganiane przez następną grupę. Wracają z nie-dosytem na osiedlowe, asfaltowe boiska lub niebezpieczne, stare murawy, aby nie marnować rozgrzanych już mięśni. Warto zastanowić się nad wprowadzeniem dodatkowego artykułu do boiskowych przepisów, który zezwalałby na dwu-godzinną rezerwację. Jeżeli nie dla każdej grupy, to chociaż dla tych, którzy posiadają wykwalifikowanego trenera/opiekuna, któ-ry w odpowiedni sposób wykorzysta czas dzieciaków. Rezerwacja boiska nie zawsze oznacza brak wstępu dla innych. Można porozmawiać i poprosić o dołączenie się, jeżeli mówimy o dwóch, czy trzech nowych graczach. Celem istnienia orlików jest w końcu zapewnienie rozrywki młodym piłkarzom, a także podwyższenie ich umiejętności. Wszystko wskazuje jednak na to, że marne 35 minut gry nie poprawi znacząco kondycji polskiego futbolu. Maciej Kulina Nie milkną echa transferu Zlatana Ibrahimovicia z FC Barcelony do AC Milanu. Minęły już niespełna cztery miesiące od tej transakcji, a do dnia dzisiejszego media bardzo chętnie publikują wypowiedzi popularnego Ibry i jego agenta – Mino Raioli. Europejskie kluby nawiązują już pierwsze kontakty odnośnie styczniowych transferów(Barcelona domknęła już nawet transfer Ibrahima Afellaya z PSV), a włoskie media wciąż rozpaczają nad dawno rozlanym mlekiem.
Konflikt na linii Barcelona - Ibrahimović
świat sportu

Transfer przyniósł falę krytyki nowemu zarządowi FC Barcelony, głównie ze względów ekonomicznych(drogi zakup, tania sprzedaż). Charyzmatyczny i medial-ny Szwed nie pozwolił, by całe wydarzenie zepchnęło jego osobę na boczny tor. Doprowadziło to do masy złośliwych, ironicznych i kontrowersyjnych wypowiedzi, głównie pod adresem szkoleniowca Blaugrany – Pepa Guardioli. Mało tego, agent zawodnika Milanu nie opuścił Zlatana w trudnych chwilach i chętnie uzupełniał wypowiedzi piłkarza. Ostatnia afera rozpoczęła się od słów Zlatana, które opublikowano na portalu marca.com. "Guardiola myśli, że stworzył futbol, który pokazuje Barça. Ludzie mówią tylko o tym, że to trener, który zdobył wiele trofeów. Zdobył, ale z takimi pił-karzami, to nawet ja wygrałbym sześć pucharów. Jeśli masz jakiś problem to go

świat sportu Urażony w tej sprawie poczuł się agent Szweda, który nie mógł dłużej patrzeć na obojętność i pewność siebie Guardioli. Najpierw skomentował odejście swojego lienta: "Ibrahimović prosił mnie, bym zabrał go z Barcelony, bowiem powiedział, że czuje wstyd siedząc na ławce rezerwowych. Powoli zamieniał się w zombie."

rozwiąż. Guardiola to filozof, który uważa się za Mahatmę Gandhiego." Jak widać słowa w kierunku Guardioli były bardzo ostre. Czyżby zapędy szkoleniowe Ibrahi-movicia były powodem odejścia? Tak naprawdę sam piłkarz nie wie, dlaczego mister zlecił zarządowi sprzedaż. Sam trener unika komentarzy w tej sprawie. „Bardzo cenię Ibrahimovicia, to znakomity piłkarz. Życzę mu powodzenia w Milanie.” Kibice Barcelony bardzo chwalą taktykę obraną przez Pepa – nie dać się sprowokować. Urażony w tej sprawie poczuł się agent Szweda, który nie mógł dłużej patrzeć na obojętność i pewność siebie Guardioli. Najpierw skomentował odejście swojego klienta: "Ibrahimović prosił mnie, bym zabrał go z Barcelony, bowiem powiedział, że czuje wstyd siedząc na ławce rezerwo-wych. Powoli zamieniał się w zombie." Barcelonismo wciąż pozostawało obojętne – przynajmniej tym razem mowa była bezpośrednio o sytuacji piłkarza, a nie o metodach treningowych w klubie. Miarka przebrała się jednak szesnastego listopada, kiedy Mino Raiola udzielił kontrower-syjnego wywiadu. Oberwało się także największemu piłkarzowi i trenerowi w his-torii FC Barcelony – Johanowi Cruyff’owi. "Guardiola razem z Cruyffem powinni udać się do szpitala psychiatrycznego, zamknąć się w nim i zagrać w karty". Zarząd klubu nie mógł dalej patrzeć, jak honor FC Barcelony jest obrażany. Na

świat sportu

oficjalnej stronie ukazał się komunikat, który głosił: "Klub FC Barcelona informuje, że uważa ostatnie wypowiedzi agenta Mino Raioli za nie do przyjęcia. Z tego powodu, dział prawny FC Barcelona rozważa podjęcie kroków prawnych przeciwko panu Raioli, w tym skierowanie sprawy do sądu. FC Barcelona ze skutkiem natychmias-towym, blokuje również wszelkie ocze-kujące wypłaty dla pana Raioli w związku z jego umową z klubem". Wypowiedź ta do dzisiaj jest komentowana wśród kibiców w całej Europie. Jeden z kibiców Realu Madryt postanowił wyrazić swoją opinię. Mimo, iż nie darzy sympatią FC Barcelony, to uważa, że szacunek należy się nawet największemu wrogowi, a walka powinna rozegrać się na boisku. Czy wystosowanie komunikatu uciszy Ibra-himovicia i jego agenta? Czy honor FC Barcelony nadal będzie raniony? Już wkrót-ce możemy być świadkami rozprawy sądowej, w której w roli oskarżyciela może wystąpić dział prawny FC Barcelony. Futbol z roku na rok ulega komercji, na czym tracą nie tylko piłkarze, ale przede wszystkim kibice. Maciej Kulina CUD Z BLACKPOOL
Na starcie poprzedniego sezonu menedżerowi Blackpool, Ianowi Hollowayowi, obiecano – i zapisano w kontrakcie – premię, która miała mu zostać wypłacona, jeśli prowadzona przez niego drużyna utrzyma się na zapleczu angielskiej ekstraklasy.W maju nikt przy Bloomfield Road nie zaprzątał sobie jednak głowy rejonami pozycji spadkowych.
świat sportu

Po dramatycznym finale fazy playoff prze-ciwko faworyzowanemu Cardiff City, wy-granym 3:2, The Tangerines (w tłu-maczeniu na język polski mandarynki) znaleźli się bowiem w piłkarskim raju i awansowali do Premier League. I wcale nie przestali zadziwiać. Blackpool Football Club powrócił do naj-wyższej klasy rozgrywkowej po 39-letniej przerwie. Entuzjazm wynikający z sen-sacyjnej promocji nie miał granic, zarazem nie trwał jednak w nieskończoność. Nowa rzeczywistość zmusiła włodarzy klubu do uważnego i skrupulatnego przeanalizo-wania zaistniałej sytuacji. - Nie jesteśmy jeszcze zespołem Premier League – szybko tonował nastroje charyz-matyczny szkoleniowiec Blackpool. – Wiele nam brakuje do zasłużenia sobie na taki tytuł. Dopiero przekonamy się, jak odnaj-dziemy się w tych realiach. Obawy dotyczące tego, iż klub z Lancashire może powtórzyć los Derby County z sezonu 2007/2008, były bez wątpienia uzasad-nione. Derby również wywalczyło sobie awans do elity nieoczekiwanie, nie będąc do niego przygotowanym ani pod względem organizacyjnofinansowym, ani

świat sportu świat sportu

przede wszystkim piłkarskim. Tymczasem przypadek Blackpool wydawał się jeszcze bardziej skomplikowany i dający jeszcze mniej powodów do optymizmu. W ubiegłych rozgrywkach stadion przy Bloomfield Road legitymował się drugą w kolejności… najniższą frekwencją (średnio poniżej 7 000 widzów na mecz) w League Championship, a samemu obiektowi znacznie bliżej do archaicznego zabytku niż funkcjonalnego i nowoczesnego stadionu z prawdziwego zdarzenia. Niski budżet uniemożliwiał dokonanie w zasadzie jakichkolwiek transferów - kilku nowych zawodników udało się pozys-kać dopiero pod koniec letniego okienka transferowego, za niewygórowane pieniądze czy nawet (w większości przy-padków) za darmo. W dodatku zespół opuścili piłka-rze, którzy dołożyli swoją cegiełkę do awansu Blackpool, trafiając do niego drogą wypożyczenia z innych klubów. Seamus Coleman i Barry Bannan już odgrywają coraz ważniejsze role, odpowiednio w Evertonie i Aston Villi. W związku z tymi czynnikami, Holloway sam przyznawał: - Jeśli się utrzymamy, stanie się cud. Po chwili dodawał jednak: - Ale ja wierzę w cuda. I pewnie w niemałej mierze właśnie wiara w możliwości swoich podopiecznych, połączona z umiejętnością ich motywowania oraz wspaniałą atmosferą w szatni, okazała się kluczem do sukcesu zespołu tak w poprzednim sezonie, jak i na początku bieżącego. Blackpool rozpoczęło nowy rozdział w swojej historii od niesamowitej wygranej na DW Stadium w Wigan aż 4:0 i choć tydzień później dostało srogą lekcję futbolu od Arsenalu (przegrywając na Emirates Stadium 0:6), szybko udowodniło, iż jest w sta-nie rywalizować jak równy z równym na najwyższym poziomie. - Wiem, że łatwo coś takiego powiedzieć, ale ta grupa ludzi jest naprawdę wyjątkowa – mówi doświadczony środkowy obrońca drużyny, Ian Evatt. – Jesteśmy dosłownie jak

świat sportu W ubiegłych rozgrywkach stadion przy Bloomfield Road legitymował się drugą w kolejności… najniższą frekwencją (średnio poniżej 7 000 widzów na mecz) w League Championship, a samemu obiektowi znacznie bliżej do archaicznego zabytku niż funkcjonalnego i nowoczesnego stadionu z prawdziwego zdarzenia.

bracia. Zespół ze stadionu przy Bloomfield Road, który został zmodernizowany na potrzeby uczestnictwa w Premier League, zyskuje sobie zwolenników także wśród obiektywnych obserwatorów. Decyduje o tym bardzo przyjemny dla oka styl gry Blackpool, odpowiadający piłkarskiej filozofii Hollowaya, który chce, by jego zawodnicy grali otwarty futbol i operowali piłką po ziemi, wymieniając pomiędzy sobą wiele podań. Taka taktyka nie zawsze przynosi owoce, chociaż okazała się wymierna w skutkach chociażby przy okazji sensacyjnego zwycięstwa na Anfield z Liverpoolem (2:1) na początku paździer-nika. O sile zespołu stanowi jego kolektyw, ale na pierwszy plan na pewno wybija się kapitan zespołu, Charlie Adam - lewonożny środkowy pomocnik, dysponujący świet-nym przeglądem pola, kapitalnym długim podaniem oraz fantastycznie bijący stałe fragmenty gry. Po czternastu kolejkach ligowego sezonu Blackpool zajmowało w tabeli Premier League dwunaste miejsce, z dorobkiem 18 punktów i 4 oczkami przewagi nad strefą spadkową. I choć o utrzymanie będzie pewnie rywalizować do samego końca rozgrywek, wprowadziło do ekstraklasy mnóstwo ożywienia i pozytywnie zaskoczyło niejednego niedowiarka. Na pewno nie powtórzy wyczynu Derby, które przed kilkoma laty opuszczało Premier League z 11 punktami na koncie… Wojciech Falenta Następny sezon piłkarskiej ekstraklasy będzie szczególny, bowiem zaraz po nim zostaną rozegrane polskoukraińskie mistrzostwa Europy. Z każdym dniem przybliżającym nas do Euro 12, polski futbol powinien zyskiwać na popularności. Dlatego też czołowe drużyny zaplecza ekstraklasy mają dodatkowe powody by znaleźć się szczebel wyżej. Kto jest w końcówce 2010 roku blisko upragnionego celu? Kto już może zapomnieć o awansie, a kto musi się bronić przed spadkiem do II ligi? Oto podsumowanie jesiennych zmagań pierwszoligowych.
Podsumowanie pierwszej ligi
świat sportu

Lider ŁKS Łódź do nowych rozgrywek podchodził z mniejszą ilością problemów organizacyjnofinansowych niż zwykle, więc kibice Rycerzy Wiosny oczekiwali dobrych, a na pewno lepszych niż rok temu wyników. Jednak chyba sami się nie spodziewali, że łodzianie zostaną mistrzem jesieni I ligi. Siłą zespołu są piłkarze, którzy jeszcze niedawno przywdziewali barwy warszawskiej Legii. Najlepszy strzelec to Marcin Mięciel, mający w dorobku dziewięć bramek. Jego doświadczenie wyniesione z boisk nie-mieckich i greckich wyraźnie procentuje i dodaje pewności siebie młodszym kolegom, takim jak na przykład Jakub Kosecki. Syn byłego reprezentanta Polski Romana stał się jednym z objawień przedsionka ekstraklasy i nierzadko motorem napędowym akcji Łódzkiego KS. Dowodem tego są statystyki. Dwudziesto-letni lewy pomocnik ustrzelił pięć bramek

świat sportu

i zanotował tyle samo asyst. W przeci-wieństwie do "Miętowego", jest on tylko wypożyczony z Łazienkowskiej. Identyczną ilość ostatnich podań otwierających kolegom drogę do bramki mają też Marcin Smoliński (także były legionista) i Krzysztof Mączyński (wypożyczony z Wisły Kraków). W tylnich formacjach też nie ma się czego powstydzić, choć mimo wszystko defen-sywa ustępuje pod względem jakości ofensywie. Spośród obrońców dobre noty zbiera Artur Gieraga, strzelec ostatniej bramki dla ŁKS w tym roku, natomiast nie ulega wątpliwości, że to bramkarz Bogusław Wyparło ma największą charyzmę jeśli weźmiemy pod uwagę zawodników o inklinacjach defensywnych. Jako jedyny z obecnej ekipy pamięta on mistrzostwo Polski zdobyte w 1998 roku. Podopieczni Andrzeja Pyrdoła stanowią dobrze wyważoną mieszankę rutyny i mło-dości i już teraz są głównym faworytem do awansu. Co ciekawe jednym ze sponsorów klubu jest koszykarz NBA, Marcin Gortat, który wychował się w Łodzi. Dwukrotni mistrzowie kraju są uznaną marką i choćby z tego powodu warto byłoby ponownie zobaczyć ich w ekstraklasie, podobnie jak derby włókienniczego miasta pomiędzy Widzewem i ŁKS. Z jednym oczkiem straty do lidera rundę jesienną zakończyło Podbeskidzie Bielsko -Biała. Drużyna spod Klimczoka nigdy nie grała w ekstraklasie, zatem nie dziwi upór podopiecznych Roberta Kasperczyka. Sam trener zapewnia, że Górale zamierzają od początku do końca grać o jeden cel, ale z drugiej strony tonuje nastroje, tłumacząc, że runda rewanżowa będzie trudniejsza. - Będzie to runda dużo cięższa. Nie dlatego, że się asekuruję, tylko dlatego, że tak jest co roku. Zespoły ze strefy spadkowej i znajdujące się tuż nad nią będą dawały teraz z siebie trzy razy więcej. W pierwszej rundzie ma się perspektywę wiosennych gier. W rundzie rewanżowej już tego nie ma. Nasza kadra musi więc być wzmo-cniona – wyjaśnia Kasperczyk. Uzupełnienia kadry na pewno są pot-rzebne, lecz skład Podbeskidzia już teraz budzi respekt. Grający w ataku Adam Cieśliński i Robert Demjan strzelili razem już osiemnaście goli i to zdecydowanie najlepszy duet napastników w I lidze. Obaj zaskoczyli wszystkich, bo Cieśliński sprowadzany był ze słabego KSZO Ostro-wiec Świętokrzyski, a Słowak, kiedy przybył na testy, to nawet sam trener nie znał jego umiejętności. Jednak Słowacy to siła Podbeskidzia. Bramkarz Richard Zajac i obrońca Juraj Dancik to jedni z lepszych piłkarzy na drugim piłkarskim froncie w Polsce. Na uwagę zasługuje też Maciej Rogalski, obecnie najlepszy ligowy asys-tent. Doświadczony pomocnik zdążył już dziesięć razy asystować przy bramkach kolegów. Bielszczanie strzelili w I lidze najwięcej bramek i najmniej ich stracili. Trzecim zespołem w tabeli, który też ma duże szanse na awans, jest spadkowicz

świat sportu

z elity – Piast Gliwice. Pewne jest, że ktoś z tej trójki będzie wielkim przegranym tego sezonu, natomiast nie wolno skreślać gliwiczan, którzy w swych szeregach mają wielu piłkarzy z przeszłością ekstraklasową. Największą gwiazdą i zarazem jednym z najlepszych piłkarzy w I lidze jest Jakub Biskup. Najwięcej bramek i najwięcej asyst w zespole tego gracza dobitnie świadczą o tym ile znaczy dla popularnych Piastunek. Z kimś takim w składzie trzy punkty straty do drugiego miejsca, które premiuje awansem to różnica możliwa do odrobienia. Zwłaszcza dlatego, że Piast niemal z całą czołówką zagra na wiosnę u siebie, zatem runda rewanżowa może być dla nich lepsza niż jesień 2010. Czwarta Sandecja Nowy Sącz i piąta Flota Świnoujście to również silne zespoły z ciekawą kadrą. Królem strzelców przed przerwą zimową został Nigeryjczyk Charles Nwaogu, który dla Floty strzelił aż 13 bramek. Pytanie tylko, czy działaczom Wyspiarzy uda się go utrzymać w Świ-noujściu, bo chrapkę na niego mają już lepsze zespoły. Sandecji to się nie udało i już bez Bębenka czy Jonczyka podopieczni Dariusza Wojtowicza nie grają tak rewelacyjnie jak rok temu, co nie zmienia faktu, że trzeba się z nimi liczyć. Największym problemem ekipy z Mało-polski jest jednak chimeryczność. Flota i Sandecja różnią się także stylem gry. Trener Petr Nemec preferuje futbol bez-troski, na mecze niebieskobiałych patrzy się z przyjemnością, pada w nich zaz-wyczaj mnóstwo bramek. Z kolei nowosą-deczanie grają bardzo zachowawczo, co nie może podobać się kibicom.

świat sportu Podopieczni Andrzeja Pyrdoła stanowią dobrze wyważoną mieszankę rutyny i młodości i już teraz są głównym faworytem do awansu. Co ciekawe jednym ze sponsorów klubu jest koszykarz NBA, Marcin Gortat, który wychował się w Łodzi.

Dalej dwójka beniaminków, potwier-dzająca, że zachodnia II liga jest silniejsza od wschodniej. Ruch Radzionków i Górnik Polkowice to drużyny przede wszystkim własnego boiska. Ich postawa to pozy-tywne zaskoczenie, gdyż za nimi plasują się Odra Wodzisław i Górnik Łęczna, czyli kluby, które nie tak dawno terminowały w ekstraklasie. Wodzisławianie to tegoroczny spadkowicz, ale ich kadra została całko-wicie przemeblowana. Teraz pełno w niej nieopierzonych wychowanków, dla których wiosna może się okazać zbyt trudnym sprawdzianem. Jarosław Skrobacz, który zastąpił Leszka Ojrzyńskiego osiągał przyzwoite wyniki, ale już wiadomo, że dalej trenerem Odry nie będzie. Zadłużony na 1,5 miliona złotych (albo i więcej) klub sterowany przez czeskich działaczy postanowił zatrudnić Czecha Miroslava Copjaka, który będzie zarabiał… 15 tysięcy złotych miesięcznie! Problemy finansowe to na zapleczu ekstraklasy stałe zjawisko. W Radzionkowie mimo dobrych wyników też bywa niewesoło, gdy piłkarze czekają na zaleg-łości w wypłatach. W Łęcznej tak źle nie jest, choć nierówności płacowe znacznie zmalały. Wyniki wciąż jednak są prze-ciętne, zatem prezes Dmoszyński posta-nowił zmienić strategię. Zamiast doświad-czonych graczy ze znanymi nazwiskami, teraz będzie stawiał na lokalne talenty. O utrzymanie w lidze będą się bić ci, którzy mieli awansować: GKS Katowice i Pogoń Szczecin. Nawet trenerzy tego nie

świat sportu

ukrywają. W Szczecinie najstarsi pracownicy klubu nie pamiętają, by podczas jednej rundy zatrudniono… trzech szkoleniowców. Wśród Portowców nastroje są fatalne, ale u fanów GieKSy panuje delikatny optymizm, bo gra pod koniec jesiennych zmagań nieco się poprawiała. Poza tym objawił się katowicki Messi, czyli Rafał Sadowski, który swoimi rajdami robi furorę na pierwszoligowych boiskach. Zupełnie inne założenia mieli zawodnicy MKS Kluczbork i GKP Gorzów Wielkopolski. Ich lokaty są raczej zgodne z przed-sezonowymi przewidywaniami, aczkolwiek pewni utrzymania nie są i na wiosną muszą być czujni. Ciężka walka czeka Niecieczę. Drużyna z maleńkiej wsi, zamieszkiwanej przez zaledwie 700 mieszkańców w ostatnich kolejkach grała lepiej i uciekła ze strefy spadkowej, ale nadal drży, bowiem rywale łatwo skóry nie sprzedadzą. Kolejarz Stróże, Warta Poznań, KSZO Ostrowiec Świętokrzyski czy też Dolcan Ząbki zdają sobie sprawę z niektórych swych ułomności, ale w obozie każdej z tych ekip nikt nie rezygnuje. Utrzymanie to bezsprzecznie dla nich podstawowy cel. Michał Mitrut Gaworzy порусски?
Guciguci, maleńki, jaką śliczną buźkę mamy tutaj w wózeczku! Ty tu sobie leż, a wujcio pokaże ci, jak się robi samolocik, o tak, brrbrrbrryyym! A teraz helikopterek prrprrprr!
napisy końcowe

Konieczność życiowa zmusiła mnie do nauki liczebników oraz odmiany dwóch czasowników z bardzo egzotycznego języka zza wschodniej i północnej, kaliningradzkiej granicy. Kanieszna (rosyjskie „oczywiście” w zapisie fonetycznym, bo normalnie, to się pisze tak: конечна), że moje chęci do nauki tej mowy ustępują miejsca strachowi przed wciąż czyhającą na mnie perspektywą usłyszenia na zajęciach pytania, które, choć proste i odpowiedź na nie powinienem wyśpiewać o 3:20 w nocy, to może sprawić, że nie powiem nic, albo odpowiem „coś” i to kompletnie źle. A ta „dodziecięcawypowiedź” ze wstępu? Uznajmy, że wzięła się z zazdrości. Widzicie, jak prędko uczą się małe dzieci? To przecież niebywałe, jak te maluchy, do których przemawia się, jakby były z Jowisza, chwytają wszystko dużo szybciej od nas, „dorosłych”, „wykształconych”, „pojętnych”. Ale każdy z nas ma takie osiągnięcia z tego wieku – ja się, na ten przykład, zdołałem nauczyć wtedy bardzo trudnego języka polskiego. Czy nauczyłbym się go teraz? Nic z tego. Mam problem z czterema wzorami odmian czasowników w rosyjskim, a w polskim jest ich, uwaga, jedenaście. Tak twierdzi Wikipedia, a ja jej wierzę. Precz z antywikipedyzmem! W ogóle mnie te dziecięce umiejętności zastanawiają. Przez dziewięć lat nauki niemieckiego nie zdołałem go ni w ząb opanować. Obibok wziął we mnie górę nad pracusiem. Nieważne. W każdym razie powiem coś, co mi się wydało mocno nienaturalne: w Niemczech po ulicach biegają małe dzieci, które wołają za sobą po niemiecku. Ja tyle lat nie zdołałem przeprowadzić płynnej rozmowy po teutońsku, choć więcej się tego języka uczyłem, niż te Kinder są na świecie. A one w germańskim śmigają. Uff. Toteż pamiętajcie o tym, że pod tymi słodkimi, dziecięcymi główkami kryje się potężny mózg i uważajcie na to, co mówicie. Bo one wszystko podłapią szybciej niż my, ludzie z bagażem stareńkiej metryki w Urzędzie Stanu Cywilnego. Nawet rosyjskie czasowniki. Marek Suska