Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














W tym numerze odnajdźcie się sami, my składamy wam tylko propozycjeę najlepszych tekstów: AIDS w szkole – o potrzebie propagowania bezpiecznych stosunków Kto lepszy, kto potrzebniejszy? – odwieczny spór humanistów i inżynierów Jak wam smakuje? – czyli o „kryptoreklamach” w polskiej telewizji Spięty: Dróg jest tyle, ilu ludzi... – wywiad z wokalistą Lao Che Kilka prawd o branży – ciemna strona modelingu Religia w szkole – batalia o krzyże i katechezę Piłka nożna – sportowe pojedynki na najwyższym poziomie „Please, stop writing now.” – czyli o maturze – niekoniecznie tej polskiej Zapraszamy do przeczytania:)





Kontakt: redakcja@outro.pl / outro.redakcja@o2.pl Rekrutacja: rekrutacja@outro.pl Strona internetowa: www.outro.pl NK: nasza - klasa.pl/profile/32387999 Redaktorzy naczelni: Kamil Wiśniowski Monika Toppich Sekretarz redakcji: Anna Jasak Rekrutacja: Szymon Godyla Korekta: Magdalena Kelniarz (szefowa działu) Martyna Kłopeć Marek Suska Jagoda Migoń Agnieszka Dydacka Betina Stanossek Kultura: Aleksandra Bieniek (szefowa działu) Elżbieta Janota Paulina Rzymanek Martyna Dyjak Joanna Osada Anna Żmuda Sandra Kałuża Marek Suska Anna Wodzicka Martyna Kocenda Magdalena Grzywna Jakub Sroka Społeczeństwo: Marta Pawłowska (szefowa działu) Nikola Bochyńska Maciej Kulina Nina Dąbrowska Marcin Jasiński Rafał Guzik Agata Hajduk Anna Jasińska Szymon Jelonek Magdalena Kondracka Marek Świszczorowski Dział techniczny: Kamil Reszka (szef działu) Graficy: Angelika Marchewka Dorota Lip Jarosław Stępień Fotografowie: Paula Wyciślok (nadzór) Michał Grajoszek Anna Zawadzka Piotr Lycko Ewa Mirkowska Strona: Krzysztof Rudlicki







Weźmy się i zróbcie! „Napiszesz wstępniaka?” „Czemu ja? Przecież to twoja działka!” Tak pokrótce można określić dialogi naczelnych na trzy dni przed godziną „w”, czyli datą wydania kolejnego numeru, który jest o tyle problematyczny, że wypada akurat na czas matur znacznej części składu redakcyjnego. Dlatego też majowe Outro przygotowywali głównie studenci i osoby z młodszych klas licealnych, natomiast maturzyści od czasu do czasu starali się zorientować w toku prac, podsumowując je inteligentnym „aha”, by ku swojemu nieszczęściu powrócić do studiowania zbiorów literek i obrazków. Pozostała część składu pytała tylko: „jak matury?” i wracała do przerwanej pracy. I tak oto, po kilku spóźnionych tekstach i spalonym routerze, przy akompaniamencie gryzących grafików, prezentujemy Wam kolejny numer Outro. Wydawało się, że w tym miesiącu ilość stron ulegnie znacznemu uszczupleniu, jako że wielu dziennikarzy, z naczelnymi na czele, zdecydowało się na chwilowy urlop. Ku naszemu zdziwieniu, mobilizacja powiększającego się stale składu redakcyjnego była tak duża, że nie tylko udało się zgromadzić zwyczajową ilość tekstów, ale ze zwyczajowych 60 stron zrobiło się 80. Jak okaże się pewnego dnia, że doszło do 100, chyba trzeba będzie pomyśleć o tygodniku… Choć udało nam się w tym numerze rozbudować niektóre działy, z góry przepraszamy za wszelkie niedociągnięcia. Pracowaliśmy w trybie awaryjnym, a wiele zadań spadło na osoby mniej doświadczone. Choć większość z nich wywiązała się z tego bardzo dobrze, nie udało się uniknąć pewnych błędów. Kończą się matury, dla części redakcji to czas wakacji, reszta musi przebrnąć jeszcze przez sesje czy wystawianie ocen końcowych, niemniej jednak praca w Outro już niedługo powróci na zwykłe tory i będziemy mogli zaprezentować Wam jeszcze lepszy niż dotychczas, bardziej dopracowany numer czerwcowy. MiK



Aula Politechniki Opolskiej. Przed wejściem na salę, w której prowadzone są wykłady, obserwujemy kilka stolików zajętych przez przedstawicieli wielu firm. Wśród nich znajduje się stolik szeroko znanej na całym świecie firmy MSI. Jedna z przedstawicielek postanawia „wypuścić na spacer” niespodziankę, czyli pięćdziesięcio-centymetrowego robota.
VI Konferencja Informatyków w Opolu


Po chwili wszyscy zgromadzeni otoczyli cyborga i zaczęli się do niego uśmiechać. Możecie sobie wyobrazić ten błysk w ich oczach… A to przecież nie wszystko. Zainteresowani są wyraźnie pod wra-żeniem tak dużej ilości nowej technologii, z której mogą korzystać w przerwie pomiędzy wykładami. Zza błyszczących ekranów widać głowy ślicznych przed-stawicielek, które starały się jak mogły, aby odciągnąć studentów od sprzętu i przekazać im dane techniczne poszcze-gólnych produktów i przybliżyć ceny oraz zalety reprezentowanej firmy. Nic z tego – z mężczyznami jak z dziećmi. Im starsi, tym droższe zabawki ich cieszą. W dniach 20-21 kwietnia odbywała się tutaj VI edycja Konferencji Informatyków znana także jako Dni IT 2010. Ta cykliczna impreza ma na celu propa-gowanie wiedzy z szeroko pojętej infor-matyki. Wydarzenie cieszy się ogromną popularnością zarówno wśród studentów jak i specjalistów z różnych dziedzin in-formatyki. Wśród słuchaczy można było zaobserwować także grupę licalistów. Dni IT dają możliwość spotkania się z przed-stawicielami czołowych firm informa-tycznych oraz z najlepszymi specjalistami w branży. Oprócz wykładów zaplanowano także „Bal Informatyków”. VI edycję Dni



IT organizowały dwa koła naukowe „InFormat” oraz „TeamBit”, działające przy wydziale Elektrotechniki, Automatyki i Informatyki Politechniki Opolskiej. Pojawiłem się na miejscu pierwszego dnia, około 9.30, kiedy rozpoczynał się pierwszy wykład poświęcony najnowszym technologiom, stosowanym w produktach MSI. Prowadził go Dyrektor Działu Rozwoju Technicznego MSI Polska – Pan Marcin Baniak, z którym udało mi się przeprowadzić wywiad (poszukaj w spisie treści). Swój czas poświęcił w głównej mierze laptopom i mobilności, na którą zapotrzebowanie wciąż rośnie. Podczas prezentacji nie zabrakło takich nowinek jak „TURBO BOOST”, „3D BOOSTER”, „CINEMA PRO” czy „EASY FACE”, z powodzeniem wykorzystywanych w najnowszych modelach komputerów. Po wykładzie odbyło się losowanie nagród. W przerwie udało mi się porozmawiać z jednym z organizatorów przedsięwzięcia – Markiem. Według niego „przygotowania do imprezy przebiegały bardzo szybko i sprawnie, dzięki odpowiednio podzie-lonej, a następnie rzetelnie wykonanej pracy”. Organizatorzy doskonale zdawali sobie sprawę z wagi wydarzenia, dlatego żaden z nich nie obijał się podczas organizowania konferencji. Marek brał udział w przygotowaniach do zeszło-rocznych edycji, a zatem mógł porównać tegoroczną z poprzednimi. „Przede wszystkich pojawiło się więcej firm, na czym korzystają odwiedzający, gdyż wzrasta ilość i różnorodność technologii. Konferencja jest dostępna dla każdego, wystarczy tylko uprzednio zarejestrować się na stronie.” Marek wypowiedział się także o celach tego wydarzenia. Według niego „przede wszystkim jest to promocja dla opolskiej uczelni. Firmy mogą wypro- mować swoje nowe produkty, jednak sprzęt jest tu tylko dodatkiem do wykładów poświęconych najnowszym technologiom i ich powiązaniom z ekologią, na którą firmy zaczęły stawiać duży nacisk.” Podczas wykładów nie zabrakło ambitnych studentów, którzy aktywnie brali udział w wykładach i dosyć często przerywali prowadzącym, którzy z uśmiechem reagowali na każdy problem dręczący zgromadzonych. Studenci pytali głównie o możliwości „podkręcania” podzespołów w wolnym czasie. Dla większości jest to wiodące hobby, któremu poświęcają wiele czasu. Na koniec udało mi się porozmawiać z Pawłem, uczniem jednego z opolskich liceów. Jak twierdzi, interesuje się informatyką, która staje się coraz bardziej popularna. „Przybyłem na konferencję, gdyż chciałem zobaczyć na własne oczy nowe technologie wykorzystywane w lap-topach. Możliwe, że w najbliższym czasie zakupię jeden z nich.” Paweł korzysta aktualnie z komputera stacjonarnego, ale zgodził się ze mną, że miniaturyzacja powoli opanowuje rynek. Przyznał szczerze, że „woli inne firmy niż MSI, choć ta w żaden sposób nie odbiega normami od pozostałych.” VI Edycja Konferencji Informatyków już za nami. Kolejny raz wzbogaciła nasze umysły o kolejne nowości, które możemy już podziwiać na rynku. Można było odnieść wrażenie, że tak nowoczesne cuda będą dostępne tylko dla najbogatszych, ale jak pokazują ceny – w dzisiejszych czasach nie trzeba mieć wypchanego portfela, aby zakupić świetny sprzęt na lata. Za pomoc w pisaniu relacji oraz prze-prowadzeniu wywiadu pragnę podzię-kować Krzyśkowi Rudlickiemu – jednemu z organiza torów Konferencji. Maciej Kulina Opolska Masakra z Klawiaturą Przewodową
Czas: poniedziałek 19 kwietnia 2010 Miejsce: Wydział Elektrotechniki Automatyki i Informatyki, Politechnika Opolska


Godzina siódma, minut trzydzieści: tłum studentów wspieranych przez młodzież szkół ponadgimnazjalnych rozpoczął szturm na hol Wydziału Elektrotechniki Automatyki i Informatyki, w którym była prowadzona rejestracja na II Otwarte Mistrzostwa Opola w Pro-gramowaniu Zespołowym. Młodzi ludzie z różnych szkół i uczelni chcieli jak najszybciej potwierdzić swoje przybycie, odebrać koszulki, dane do logowania i rozpocząć ry-walizację. Najpierw jednak czekała na nich krótka oficjalna odprawa. Dyrektor Instytutu prof. dr hab. inż. Ryszard Rojek powitał serdecznie wszystkich zgromadzonych zachęcając ich do rywalizacji. Korzystając z okazji, zapraszał również tegorocznych abiturientów do studiowania na Poli- technice Opolskiej. Następnie dr inż. Artur Smolczyk opiekun koła naukowego TeamBit, które było organizatorem imprezy, objaśnił zasady rywalizacji i zaprosił wszystkich zgromadzonych na sesję próbną. W tym roku roz-wiązania zawodników oceniał system napisany przez czwórkę studentów w ra-mach pracy inżynierskiej, co stanowiło dla nich nie lada wyzwanie, aby zawody zostały przeprowadzone bezproblemowo. O godzinie 10.00 zawodnicy otrzymali koperty z 8 pro- blemami algorytmicznymi do rozwiązania. W czasie pięciu godzin mieli roz-wiązać jak najwięcej z nich. Zadanie polegało na napisaniu poprawnych programów spełniających określone warunki działania. Programy musiały liczyć poprawnie, musiały liczyć nie więcej niż ustalony limit czasu oraz nie mogły zajmować za dużo pamięci komputera. Po pięciu godzinach udało się wyłonić zwycięzców. Po omówieniu zadań nadszedł czas na ogłoszenie wyników i rozdanie nagróda było



o co walczyć! Główne nagrody sponsorowały firmy MSI Polska, AMD, ATI oraz Samorząd Studencki Politechniki Opolskiej, który również wsparł naszą imprezę. W kategorii szkół ponad-gimnazjalnych pierwsze miejsce zajęła drużyna „TAG” z II Liceum Ogólnokształcące im. M. Kopernika z Kędzierzyna Koźla, tuż za nimi na drugiej pozycji uplasował się "Z.CH. - Związek CHumanistów” z Publicznego LO nr II w Opolu, a na trzecim miejscu znalazła się drużyna „Seven deadly sins” z III LO w Opolu. W rankingu szkół wyższych pierwsze miejsce zajęła drużyna "C++hulhu" z Politechniki Opolskiej, na drugim stopniu podium stanęli również studenci PO z drużyny "MaPiK", ku zaskoczeniu wszystkich trzecie miejsce zajęli "Matematycy" reprezentujący Uniwersytet Wrocławski. O godzinie 17.00 zawodnicy zaczęli opuszczać mury wydziału Elektrotechniki Automatyki i Informatyki. II Otwarte Mistrzostwa Opola w Programowaniu Zespołowym uznano za zamknięte i od tej pory rozpoczęły się przygoto-wywania do DNI IT, o których więcej w następnym artykule. Krzysztof Rudnicki Na VI Konferencji IT pojawili się przedstawiciele wielu firm informatycznych:, m.in.: IBM, ADM, Oracle, MSI oraz opolskich Atel Electronics i Atmoterm S.A. Nam udało się porozmawiać z polskim przedstawicielem wiodącej na rynku płyt głównych i laptopów firmy MSI – Marcinem Baniakiem, który poprowadził wykład pt. "Najnowsze technologie stosowane w produktach MSI". O przyszłości komputerów i produktach firmy MSI rozmawiał Maciej Kulina.
„Wymagania rosną z roku na rok”
wywalić dopiski korekty!!!

Maciej Kulina: Na konferencji infor-matyków pojawiło się wiele osób. Przede wszystkim studenci, ale jak się okazuje – także niewtajemniczone osoby, które mogą w przyszłości zainteresować się produktami MSI, czy technologią komputerów. Jaki jest Pana zdaniem cel tej konferencji? FAE Supervisor oraz Kierownik Działu Rozwoju Technicznego - Marcin Baniak: Celem tej konferencji jest przede wszystkim uświadomienie młodym lu-dziom, w jak szybkim stopniu rozwija się informatyka i elektronika, a także w przy-padku firmy, którą reprezentuję (MSI), w jaki sposób nasi inżynierowie starają się dotrzeć do użytkownika, który nieko-niecznie musi znać się na elektronice, żeby wykonywać ważne dla niego czyn-ności przy komputerze. W przypadku naszych produktów sprowadza się to do prostych ruchów jak np. naciśnięcie przy-cisku, którego efektem jest chociażby przejście w tryb TURBO, co powoduje zwiększenie wydajności danego laptopa o 30%, bądź przejście w tryb EKO, w



momencie kiedy nie mamy dostępu do zasilania, a musimy skorzystać z komputera. Wtedy wystarczy uruchomić tą technologię, która obniża parametry laptopa, dzięki czemu praca na baterii się wydłuża. Myślę, że słuchacze mojego wykładu mają lepszy obraz produktów MSI oraz tego, co mogą one konsu-mentom zaoferować. Okazuje się, że dla użytkownika najbardziej przydatny jest sprzęt, który można wykorzystywać w wielu sytuacjach oraz taki, który można w każdej chwili rozbudować bez większych kosztów czy problemów z wymianą. Przykładowo, technologia 3D BOOSTER to przełączanie między dwoma kartami graficznymi. Jedna jest mniej wydajna, ale pobiera mniej prądu; druga natomiast daje lepsze efekty wizualne, ale z kolei jest mniej energooszczędna. Użytkownik posiadający taką technologię, może przełączać karty graficzne, w zależności od aktualnego zapotrzebowania. Wydaje mi się, że takie wykłady są bardzo dobre dla młodych ludzi, którzy chcą zakupić nowy sprzęt, bądź dokształcić się w zakresie nowych technologii. Bardzo się cieszę, że organizatorzy zadbali o to, aby firma MSI się tutaj pojawiła. Jest to dla nas bardzo ważne przedsięwzięcie. Wspomniał Pan o dużej różnorodności produktów, takiej, by klient mógł wybrać odpowiedni produkt, ale także by mógł w każdej chwili powiększyć swoje parametry (brzmi dziwnie, ale nie wiadomo, co z tym zrobić, jak to zmienić), a co za tym idzie – moż-liwości. Czy zgodzi się Pan z tym, że rynek w dzisiejszych czasach opiera się na konsumencie, któremu trzeba oferować jak największy wybór pro-duktów oraz poszczególnych podzes-połów? Tak, zgadzam się. Klienci w dzisiejszych czasach są wymagający. Wymagania rosną z roku na rok. Każdy z nas chciałby kupić jedną rzecz, którą wykorzysta w wielu różnych sytuacjach lub warunkach. Jeżeli zaś chodzi o płyty główne i karty graficzne, to tutaj dane produkty otwierają drogę dla osób, które zajmują się OVERCLOCKING'iem (zwiększaniem szybkości i wydajności sprzętu komputerowego). Nawet ktoś, kto jest laikiem w tym temacie, a chciałby rozpocząć przygodę z podkręcaniem, ma do tego duże pole manewru. Dla takich osób przygotowaliśmy kilka funkcji, które pozwalają na przetestowanie i spraw-dzenie możliwości zwiększania wydajności na danym komputerze. W ten sposób użytkownik otrzymuje odpowiedź na pytanie: „Czy to się w ogóle opłaca?”. Osoby bardziej zaawansowane też nie będą zawiedzione, gdyż każdy komputer daje duże możliwości w zakresie OVERCLOCKING’u, które w dużej mierze zależą od indywidualnych potrzeb konsumenta. Świetnym rozwiązaniem jest także ALLINONE, czyli komputer stacjonarny w monitorze. Można powiedzieć, że użytkownik dostaje ekran gratis, ponieważ komputer wbudowany jest w monitor. Rozszerzyliśmy ofertę o panel dotykowy, dzięki czemu zastosowanie produktu nie ogranicza się tylko do zastosowania domowego, ale także przemysłowego. Z takiego komputera korzystać może także młody człowiek, który dopiero uczy się alfabetu. ALLINONE to komputer stacjonarny, który niestety nie ma wbudowanej baterii, a zatem potrzebuje ciągłego zasilania. Zaletą jest tutaj mały rozmiar produktu, dzięki czemu możemy go przenosić z miejsca na miejsce w ciągu kilku sekund. Zastosowanie tych produktów jest bardzo szerokie. Staramy się dostosować do zapotrzebowania klientów, ale jednocześnie staramy się czymś zaskoczyć. W swoim wykładzie dużo mówił Pan o miniaturyzacji komputerów i pod-zespołów, czyli tak naprawdę o zwię-kszaniu możliwości jednego, coraz mniejszego produktu. Przykładem może być wspomniany ALLINONE, oferujący bardzo o wiele na małej powierzchni. Patrząc obiektywnie – jakie są wady oraz zalety miniaturyzacji, pomijając rozmiar, rzecz jasna? Miniaturyzacja pociąga za sobą ogra-niczenia. Każdy z nas ceni sobie komfort.



Jeżeli chodzi o laptopy, to wiele pro-duktów można byłoby jeszcze bardziej zmniejszyć, lecz wtedy dużo trudniej byłoby przykładowo przeglądać strony internetowe. Połączenie z Internetem w telefonie ma już prawie każdy, ale duża większość zgodzi się ze mną, że jest to jednak pewien dyskomfort, aby bez prze-szkód korzystać ze wszystkich możliwości na tak małym ekranie. Jeżeli zaś chodzi o zalety, to mniejsze przedmioty mają tu już określone przeznaczenie. Przede wszystkim jest to mobilność. Mają speł-niać swoje dotychczasowe funkcje, ale mają być także bardzo mobilne, dlatego czas pracy baterii (w laptopach) jest spra-wą pierwszorzędną. Dodatkowo Internet, który ma być dodatkową pomocą na przy-kład podczas wykładów. W najnowszych laptopach montowane są modemy HSDPA, które umożliwiają nam dostęp do Internetu 24 godziny na dobę. Mimo wszystko, ograniczenia są zdroworoz-sądkowe, by klient cieszył się z do-datkowych funkcji i możliwości, ale żeby jednocześnie mu to nie przeszkadzało. Jaka jest przyszłość komputerów? Czy jest możliwe, że laptopy usuną z rynku komputery stacjonarne? Tendencja sprzedaży laptopów jest ciągle zwyżkowa. Każdy student chce mieć laptopa. Każdy chce mieć przy sobie urządzenie, dzięki któremu w każdej chwili będzie mógł się połączyć z Internetem i sprawdzić potrzebne informacje, bądź też skorzystać z komunikatorów, aby porozmawiać z bliskimi lub przekazać ważną wiadomość. Tego typu rzeczy potrzebuje przeciętny użytkownik. Mimo wszystko komputery stacjonarne mogą być bardziej wydajne niż laptopy. Istnieje większa możliwość rozbudowy, aczkolwiek wiele laptopów posiada już parametry równie wysokie, co ich stacjonarne odpowiedniki. Są jednak specyficzne miejsca, w których są one nieodzowne i laptop jest tam niepotrzebny, stąd też uważam, że komputery stacjonarne wciąż na rynku będą funkcjonować i nie zostaną w pełni zastąpione laptopami. W takim razie, jaka jest przyszłość komputerów z perspektywy ekologii? Nie od dziś wiemy, że najnowsze



technologie nie współpracują ze środowiskiem. Przede wszystkim, urządzenia elektro-niczne muszą być bardziej energo-oszczędne. Od dłuższego czasu już nad tym pracujemy. Przykładem mogą być tutaj nowe płyty główne z technologią APS, czyli Aktywnego Przełączania Faz. Jaki jest powód instalowania takich no-winek? Właśnie ekologia i oszczędność energii. W momencie, kiedy użytkownik nie korzysta z pełni możliwości urządze-nia, APS odłącza poszczególne fazy zasilania, dzięki czemu komputer pobiera mniej prądu. Oszczędzamy wtedy pieniądze, energię, ale także wydłużamy żywotność komponentów. Tego typu technologie są ciągle rozwijane pod kątem ekologii. Firma MSI kładzie na to duży nacisk. Dla jakich klientów przeznaczone są poszczególne produkty firmy MSI? Jeśli chodzi o laptopy, to mamy dwa, podstawowe segmenty. Pierwszym są laptopy typu GAMING, czyli komputery dla wymagających graczy, dla których naj-ważniejsza jest wydajność. Do drugiego należą laptopy oznaczone literką „C”, czyli Classic. Jak sama nazwa mówi – kla-syczne, przeznaczone dla przeciętnego użytkownika. W tym wypadku MSI oferuje stosunkowo niską cenę z perspektywy wy-sokiej jakości. Mamy jeszcze podseg-menty, jak chociażby ENTERTAINMENT, czyli komputery kładące nacisk na mul-timedia. Wykorzystują one technologię CINEMA PRO, pozwalające na najwyższą jakość obrazu i dźwięku. Są to komputery dla osób oglądających filmy na kompu-terach, słuchających dużo muzyki. Po-nadto oferujemy także laptopy XSlim i ULTRA, czyli małe, lekkie komputery z cienką obudową, przeznaczone głównie dla ludzi biznesu, które potrzebują urządzenia w podróży lub podczas wszelakich konferencji, jak chociażby ta dzisiejsza. Jeżeli chodzi o karty graficzne i płyty główne, to oferujemy naprawdę bardzo szeroką paletę, co sprawia, że każdy użytkownik może dobrać taki sprzęt, jaki właśnie potrzebuje. Mimo że czujemy się nieco rozleniwieni wychodzącym powoli słoneczkiem, nie możemy zapominać o tym, co dzieje się w polskich miastach. Maj i czerwiec są bowiem miesiącami licznych festiwali i imprez kulturalnych. Zapowiada się uczta dla wielbicieli kina, sztuk wizualnych czy muzyki. Prawdziwą gratką będzie niewątpliwie Festiwal Malta łączący różnorakie dziedziny sztuki. Ale zanim się odbędzie, bo dopiero na przełomie czerwca i lipca, czeka wiele innych atrakcji.



Trwa 7 już edycja Szczecin Music Festu, podczas której prezento-wane są zjawiska współ-czesnej muzyki całego świata, w tym między in-nymi jazzu. Występujący artyści nierzadko inspirują się muzyką regionalną, co tworzy niezwykle ciekawą i niepowtarzalną atmo-sferę festiwalu. 20 maja w Szczecinie wystąpi Mulatu Astatke, pochodzący z Etiopii multiinstrumentalista i kom-pozytor. Jego twórczość to połączenie jazzu, funku, tradycyjnej muzyki etiopskiej i elementów egipskiej muzyki sakralnej. Do końca maja potrwa w Krakowie Miesiąc Fotografii. Jest to jedno z najpopu-larniejszych wydarzeń fotograficznych. Tegorocznym motywem przewodnim jest kultura brytyjska. Program prze-widuje wystawy fotografii dawnej, współczesnej, po-kazy slajdów. Organiza-torzy zapraszają również na projekcje filmów, wykłady, przegląd port-folio, warsztaty i spotkania z takimi fotografami jak Martin Parr, Mark Power czy Jason Evans. Podczas Miesiąca Fotografii rozstrzygnięte zostaną również dwa konkursy: sittcomm.award oraz Sekcji Show OFF. Najważniejsze wystawy w czasie festiwalu to: "Tony RayJones" w Galerii Starmach, "Fantasy Realism" w Galerii Bunkier Sztuki, "Aktualizacja UK" w Galerii Camelot, "Mark Power - The Sound of Two Songs" w Galerii MCK, "John Stezaker - Maski" w Galerii Pauza, "A. Broomberg i O. Chanarin - Afterlife" w Galerii ZPAF i Ska czy "British Youth Culture".



1 maja ruszył projekt Subiektywna Linia Autobu-sowa na dawnych tere-nach Stoczni Gdańskiej. Jest to około półtorago-dzinna wycieczka autobu-sowa po terenie stoczni. Zaczyna się na specjalnym przystanku tuż za Bramą nr 1. Trasa obejmuje kilka wybranych ważnych miejsc związanych z historią Solidarności i Stoczni, a także miejsc i wydarzeń wybranych wspólnie zarówno przez zwiedzających, jak i "prze-wodnika", który w tym dniu poprowadzi wyciecz-kę. Za każdym razem autobus zatrzymuje się przy takich miejscach, jak warsztat Lecha Wałęsy, Brama Historyczna nr 1 i Bramy na "Drodze do Wolności", dawna sala BHP, budynki na terenie Stoczni, miejsce w którym Wałęsa przeskoczył mur stoczniowy, wystawa w Instytucie Sztuki Wyspa, pochylnie. Oprowadzają dawni pra-cownicy stoczni. Subiektywna Linia Autobu-sowa ma na celu przy-bliżenie zwiedzającym te-go miejsca, które na co dzień jest niedostępne i otoczone murem. W przyszłości ma tutaj powstać Europejskie Centrum Solidarności, a tereny stoczni przysto-sowywane są do powsta-nia nowego osiedla Młode Miasto. Kolejną krakowską propo-zycją kulturalną jest Kra-kowski Festiwal Filmowy, który odbędzie się w dniach 31 maja – 6 czerwca. Festiwal ten uznawany jest za najważniejszy z prezentu-jących filmy krótkometrażowe i dokumentalne. Tegoroczna edycja jest wyjątkowa, ponieważ KFF odbędzie się już 50 raz. W czasie festiwalu filmy rywalizują w konkursie. Więcej informacji na www.kff.com.pl. W warszawskiej Zachęcie do 13 czerwca można oglądać wystawę "Gender check/ Płeć? Sprawdzam! Kobiecość i męskość w sztuce Europy Wschodniej". Zajmuje się wschodnioeuropejskim podglądem na podział ról ze względu na płeć od lat 60. ubiegłego wieku. Wystawiane są prace wykonane różnymi technikami: od malarstwa przez rzeźbę, instalacje, fotografie, plakaty aż po filmy i wideo. Wystawa przygo-towana we współpracy z wiedeńskim Museum Mo-derner Kunst.



Festiwal Malta w pier-wszych edycjach był im-prezą uliczną. Z biegiem czasu jego charakter zmieniał się i stał się on jednym z najważniejszych wydarzeń kulturalnych w Europie. Obecnie jest kilka nurtów festiwalu: Teatr/Performance, Muzy-ka, Taniec, Film/Sztuki Wizualne, Nowe Sytua-cje, Varia. W dniach 25 czerwca - 3 lipca festiwal odbędzie się na poznań-skich dziedzińcach, ryn-kach, placach, w parkach, halach, fabrykach i zam-kniętych salach teatral-nych. Z programem można zapoznać się na http:// www.maltafestival.pl/ . Do 13 czerwca potrwa wystawa "Out of Sth", czyli sztuka miejska we Wrocławiu. Prace będzie można oglądać nie tylko w galeriach BWA, ale także w przestrzeni miejskiej. Wystawa ta jest kontynuacją wrocławskiej ekspozycji sprzed dwóch lat, jako pierwszej prezentującej urban art - sztukę miejską. Projekty które będzie można obejrzeć to: "Obiekty pneumatyczne" oraz "Hail to the King, Baby!" w Galerii Awangarda BWA, "Breakin' the Wall" (wystawa murali) na terenie przestrzeni miej-skiej Wrocławia. Aleksandra Bieniek God Is An Astronaut Jeden z ważniejszych zes-połów post rockowych od-wiedzi Polskę by zagrać dwa koncerty. Pierwszy z nich odbędzie się 15. maja w poznańskim „Blue Note” a kolejny 16. maja w krakow-skim klubie „Kwadrat”. Zes-pół będzie promował nadcho-dzący krążek „Age of the Fifth Sun”. Bilety w cenach 45 – 55 zł dostępne na ticketpro.pl. Folkowometalowa uczta we Wrocławiu Korpiklaani, ikona swojego gatunku, 19 maja zagrają w wrocławskim klubie „Ali-bi”. Finowie supportowani będą przez zespoły Arkona oraz Virrasztók. Bilety w cenie 59 zł do nabycia poprzez portal ticket-pro.pl.



Black Rebel Motorcycle Club w Stodole Chluba amerykańskiej sceny alternatywnej wys-tąpi 23 maja w warszaw-skiej „Stodole”. Trasa kon-certowa będzie promowała długo wyczekiwany album zatytułowany „Beat The Devil's Tattoo”. Bilety w cenie 89 zł dostępne na ticketpro.pl. The Prodigy w Warszawie The Prodigy odwiedzą Pol-skę by dnia 22. maja wystąpić na warszawskim Torwarze. Zespół już od 20 lat utrzymuje się na scenie, nie tracąc przy tym przychylności kryty-ków i przy okazji awan-sując do miana legendy. Bilety w cenach 130 – 170 zł do nabycia przez portal ticketpro.pl. Vaya Con Dios Belgijska formacja wystąpi w Polsce trzy razy. Pier-wszy koncert w ramach 'Smooth Festival' 22. maja w Bydgoszczy. Kolejny 25. maja w warszawskiej Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki a trzeci 27. maja w zabrzańskim Domu Muzyki i Tańca. Bilety w cenach 160– 300 zł na ticketpro.pl. Rufus Wainwright Artysta, który w pełni zasłu-guje na miano geniusza, wystąpi w warszawskim klu-bie „Palladium” już 29. maja. Będzie promował najnowszy album zatytułowany „All Days Are Nights: Songs For Lulu”. Bilety w cenach 139 – 240 zł na ticketpro.pl. The Exploited Najbardziej znani przedstawiciele drugiej fali brytyjskiego punk rocka trzykrotnie wystąpią w Polsce. Bilety w cenie 50 zł do nabycia poprzez portal ticketpro.pl. Martyna Dyjak Kasabian

Skład tegorocznego open’era nie robi wielkiego wrażenia w porównaniu z rokiem ubiegłym, kiedy to mogliśmy podziwiać takie gwiazdy jak: Kings of Leon, Placebo, Lily Allen, The Kooks czy Gossip.

Większość fanów muzyki indie zgodnie twierdzi, że już nigdy nie będzie tak wspaniałej grupy jak w 2009, jednak wszyscy wielbiciele Heineken Ope-n’er Festival mają jeszcze trochę czasu na przeko-nanie się, czy ich uko-chane zespoły zawitają w tym roku do Gdyni, po-nieważ lista zespołów ciągle się powiększa. W tym roku obok takich grup jak: Archive, The Hives czy Mando Diao pojawi się band, którym jestem zauroczona, a mianowicie: Kasabian. W 1999 r. pięciu kontrowersyjnych Brytyjczyków stworzyło zespół, który od początku swojego istnienia był porównywany do Franz Ferdinand czy Arctic Mon-keys. Działo się tak głów-nie dlatego, że muzyka, którą tworzyli, była zadzi- wiająco podobna do dźwięków wszystkich zes-połów grających Indie roc-ka oraz muzykę alterna-tywną. Jednak „podobna” nie znaczy „taka sama”, dlatego też kasabian nie został zepchnięty na dolną półkę i odnosi kolejne sukcesy. Band nagrał w su-mie 3 płyty („Kasabian” w 2004, „Empire” w 2006 oraz „West Ryder Pauper Lunatic Asylum” w 2009”), z których każda dwukrot-nie osiągnęła status pla-tynowej. W 2007 r. Ka-sabian wygrał nagrodę „Best Live Act” w NME Awards, która jest do-tychczas jedyną ich sta-tuetką. Brytyjski zespół zdobywa coraz większy rozgłos, ich piosenka „Club Foot” została wyko-rzystana w filmie pt. „Gol”, a z kolei utwór „Underdog” promował te-lewizory BRAVIA w re-klamie firmy Sony. Jak widać, zespół małymi kroczkami stara się przy-ciągnąć uwagę potencjalnych słuchaczy na całym świecie. Mam nadzieję, że polski festiwal w Gdyni przyczyni się do tego, że Kasabian zyska rozgłos, na który zasługuje. Ich muzyka jest tak świeża i wspaniała, że na pewno zaczarują większe grono zwolenników indie. SOUNDS OF MY SOUL
Dziś będzie inaczej, może nawet trochę na odwrót, bo o muzyce. Moim skromnym zda-niem, odpowiednio do-brana, jest jednym z najważniejszych ele-mentów w filmie. Żad-na kultowa scena nie byłaby tak emocjonują-ca, gdyby w tle nie pojawiła się jakaś in-trygująca melodia. A czasem soundtracki są naprawdę niezwykłe.


Uwielbiam odnajdywać w filmach piękne piosenki, i dostrzegać, jak zwykłym o-brazom nadają one szczegól-ne znaczenie. „Once” to film reżyserii Johna Carneya. Podobno został na-kręcony w 17 dni, w dodatku jakąś amatorską kamerą (co da się zauważyć podczas oglądania). Jednak te infor-macje nie powinny nikogo zniechęcić. Jest to obraz naprawdę godny obejrzenia. Ale miało nie być o filmie, tylko o muzyce. Wróćmy zatem do „Once”. Jest on o muzyce. Samotny Irlandczyk, który w dzień naprawia odkurzacze, wieczorem wy-chodzi na główny deptak miasta i gra swoje kawałki. Nieprzypadkowo spotyka młodą imigrantkę z Czech, która okazuje się być do niego bardzo podobna, również jeśli chodzi o zainteresowania mu-zyczne. Nagrywają płytę. Prawdopodobnie najlepszym utworem tego filmu jest „Falling slowly”. Nieprzypad-kowo został on nagrodzony Oscarem 2008 za najlepszą piosenkę. Znakomita melodia plus odpowiednie słowa - oto przepis na sukces. W wyko-naniu Glena Hansarda i Mar-kéty Irglovej ta piosenka brzmi naprawdę niesamowi-cie, można powiedzieć, że porusza do głębi. Każdy utwór z soundtracku „Once” ma w sobie coś niezwykłego, zarówno jeśli chodzi o tekst jak i o muzykę. Każdy z nich opowiada nam jakąś historię z życia bo-haterów: w „Lies” mowa o żalu do ukochanej, „The Hill” tworzy niemal poruszającą opowieść o złamanym sercu, a „If you want me” opowiada o wzajemnych pragnieniach. Moim ulubionym utworem z tego filmu jest „When your mind’s made up”. Połączenie dźwięku gitary i fortepianu mnie zniewala. Piosenki z filmu „Once” są naprawdę warte posłuchania. Jest to ten gatunek muzyki, który samoistnie skłania lis-tenera do przemyśleń i potrafi wyzwolić w nas może jakieś nieznane, piękne emocje… Ten film można by niejako nazwać musicalem, bo w nim muzyka nie jest tylko tłem, ale i historią bohaterów… Przekonajcie się o tym sami. Danny Elfman



W tym miesiącu każdy fan muzyki filmowej, a już na pewno każdy fan dobrego kina spod znaku Tima Bur-tona, będzie musiał pamiętać o majo-wym bohaterze tego artykułu, którym jest Daniel Robert Elfman, znany bar-dziej ze swojego pseudonimu Danny. Urodzony 29 maja 1953 roku Danny Elf-man na stałe zapisał się na kartach historii filmu i muzyki do nich pisanej. Nadworny kompozytor Tima Burtona tworzy razem z nim wspaniały duet kompozytorreżyser, który od lat gwarantuje nam świetną rozrywkę i dzieła z najwyższej półki. Danny Elfman urodził się Teksasie. W swoim życiu wiele podróżował. Pierwsza wyprawa zakończyła się przeprowadzką do Los Angeles, następnie wizyta w Eu-ropie, gdzie Elfman spędził dłuższy czas w Paryżu, by na końcu zahaczyć o Czarny Ląd, którego ryt-my oraz muzyka zainspirowały i u-kształtowały styl muzyczny kom-pozytora. Po pow-rocie do kraju Da-nny Elfman razem ze swoim bratem Richardem zało-żyli grupę muzycz-ną o nazwie „Mys-tic Knights of Oin-go Boingo” (bar-dziej znana jako samo „Oingo Bo-ingo”) Dzięki członkostwu w tym zespole Elf-man po raz pier-wszy zetknął się z procesem tworze-nia muzyki na po-trzeby filmu, a także poznał reży-sera Tima Bur-tona, który okazał się być wielkim fanem tego zes-połu. Reszta to już historia. Ich spotkanie zaowocowało nie tylko wieloletnią przyjaźnią, ale także wspaniałą i efektywną współpracą między reżyserem a kompozytorem muzyki filmowej. Podobne kolaboracje w świecie filmu są dosyć powszechne: John Williams i Steven Spielberg, Robert Zemeckis i Alan Silvestri czy James Newton Howard i M. Night Shyamalan, jednak to właśnie Elfman i Burton uznawani są za najzgodniejszą tego typu „parę”. Wspaniale dopasowani wyobraźnią oraz zgodną wizją tworzenia każdego przedsięwzięcia przez lata współpracy zrealizowali wspólnie prawie wszystkie filmy reżysera (jest pięć wyjątków- wśród nich „Ed Wood”, gdzie Danny Elfman z niewyjaśnionych przyczyn



nie podjął się współpracy,zamiast niego na napisach końcowych widzimy znanego z trylogii „Władca Pierścieni” Howarda Shore’a; „Sweeney Todd”, gdzie kompo-zytorem muzyki do musicalu na podstawie którego realizowany był film jest Stephen Sondheim). [cytat] „My nawet nie musimy rozmawiać o muzyce. Nie musimy się wysilać umys-łowo, co jest dla nas dobre, bo w ten spo-sób stajemy się podobni. Jesteśmy szczę-śliwi mogąc nadawać na tych samych falach” Burton o Elfmanie Do uznawanych za najlepsze ścieżki dźwiękowe zaliczyć możemy muzykę do kultowego już filmu „Edward Nożycoręki”, przełomowego „Soku z żuka” z 1988 roku, adaptacji słynnych komiksów o Batmanie, czy do fantastycznej „Dużej Ryby”. Poza komponowaniem całych score’ów do filmów nie tylko w reżyserii Tima Burtona (Elfman współpracował również z Gusem Van Santem i Guillermo Del Toro) ame-rykański kompozytor ma na swoim koncie znane ludziom na całym świecie motywy przewodnie do „The Simpsons” czy „Gotowych na wszystko” . Jeszcze jako członek Oingo Boingo miał swój wkład w kom-pletowanie utworów muzycznych do „Gliniarza z Beverly Hills” . Ma także spore doświadczenie w dubbingu. Jego głosem mówi Burtonowy Jack Skellington z „Miasteczka Halloween”, zwar-iowane OompaLoompasy, pomocnicy Williego Wonki z „Charliego i Fabryki Czekolady” czy wreszcie wspaniały i charyzmatyczny Bonejangles z „Gnijącej panny młodej” gdzie razem ze swoimi Kościstymi Chłopakami rozkręca Krainę Umarłych. Można by jeszcze długo wymieniać nie tylko filmy, przy których Danny Elfman współpracował, ale także nagrody, które za tę współpracę dostał. Wśród nich brakuje tylko najwyższej rangą Nagrody Akademii Filmowej, jednak z czterema już nominacjami na koncie i mnóstwem niewyczerpanych pomysłów może się to okazać tylko kwestią czasu ,kiedy usłyszymy znane wszystkim słowa „„And the Oscar goes to…" Paulina Rzymanek Hubert Dobaczewski, znany szerzej jako Spięty – człowiek w odniesieniu do którego zdaje się nie mieć zastosowania porzekadło, mówiące iż jeśli ktoś nadaje się do wszystkiego, w rzeczywistości jest do niczego. Jako lider zespołu Lao Che, na kolejnych płytach mierzył się z tematyką począwszy od śred-niowiecznego obrzędu guseł, poprzez Powstanie Warszawskie, skończywszy na – utrzymanych w klimacie muzyki cyrkowej – rozważaniach na temat du-chowości i religii. Ja miałem okazję rozmawiać ze Spiętym przy okazji promocji jego solowego projektu, inspirowanego… szantami marynarskimi.
"Dróg jest tyle, ilu ludzi..."


Skąd pomysł na płytę inspirowaną szantami? Prosta sprawa – żegluję. Śpiewam szanty, może nie na co dzień, lecz wakacyjnie na Mazurach od dwudziestu lat. Kiedyś przy okazji występu jakiegoś szantowego zes-połu pomyślałem sobie, że mógłbym zro-bić swoją alternatywę dla szant. Najpierw alternatywę, a potem zrobiło się to cał-kiem antyszantowe i tak nazwałem tę płytę. Powiedz mi, jak Ci się grało materiał solowy w porównaniu do koncertów Lao Che? Wiesz, to był mój debiut. Jak gram z Lao Che to wiem, na czym stoję – mam za sobą sześciu kumpli i to jest odpowie-dzialność, która spoczywa na nas siedmiu. Tu jest tak, że jestem sam na scenie i jeździ ze mną tylko akustyk Lao Che – Mysza. To jest jedyna osoba, która mnie wspiera… Jeszcze nie ochłonąłem, żeby powiedzieć, co się zadziało. Jest to inna energia. Muszę się z tym jeszcze prze-spać, wystąpić parokrotnie, żeby jakoś to



ogarnąć, bo za wcześnie chyba jeszcze… Nadchodząca płyta Lao Che „Prąd stały / prąd zmienny” nie będzie konceptalbumem. Czym spowodowa-ne jest odejście od tej, tak cha-rakterystycznej dla zespołu, formy? Chcemy się sprawdzić w innych oko-licznościach. Byliśmy już zmordowani tym przez wiele lat… Tak w sferze marzeń, masz jakieś koncepty, które chciałbyś jeszcze zrealizować albo o których wiesz, że nigdy nie ujrzą światła dziennego? Nie nie… Płytę inspirowaną szantami wy-dałem pod koniec zeszłego roku, ale to był taki moment, kiedy byłem już konceptami zdecydowanie zmęczony. Ponieważ jednak to był pomysł, który narodził się siedem lat wcześniej i który tak powoli rozpę-dzałem, więc już byłem konsekwentny i zrobiłem ją w tym duchu. Choć przecież ona nie jest szantowa, stąd nazwa „Anty-szanty”. Chciałbym poruszyć teraz temat płyty „Gospel”. Spotkała się ona z dwojaką interpretacją. W związku z tym, chciałbym Cię zapytać, jaką rolę religia czy – mówiąc szerzej - Bóg odgrywa w Twoim życiu? Na tej płycie jest rozłam między religią a duchem. Jeśli duchowość, to jak naj-bardziej, natomiast religia – niekoniecz-nie. Ale to nie dlatego, że krytykuję religię samą w sobie, tylko po prostu jakoś nie mogę się odnaleźć w tym. Żyję w kraju, który nastawiony jest mocno katolicko, a nie chodzę do kościoła… Też nie do końca mi z tym dobrze, więc rozmyślam na ten temat. Jak zatem ustosunkowujesz się do ludzi, którzy tę płytę odbierają jako całkowicie antyreligijną lub wręcz przeciwnie – proreligijną? Nie… Przecież ani to jest pro, ani anty. Dla każdego jest to indywidualna sprawa. Ktoś się odnajdzie w Buddyzmie czy jakiejś innej religii, a ktoś będzie w ogóle



„wolnym strzelcem” i też mu będzie dobrze, osiągnie swoje cele i - szeroko pojęte - zbawienie. Dróg jest tyle, ilu jest ludzi… Uniwersalne jest rozwiązanie zapewniające pełną wolność. Oczywiście oprócz czynienia zła – bo przecież chodzi o takie doktryny i postawy, które zmierzają do czynienia dobra. Nie mówię przecież o jakiejś zupełnej anarchii czy innym złym postępowaniu. Na koniec, może chciałbyś coś przekazać tym, którzy będą czytać wywiad z Tobą? Nie wiem, co mogę ludziom powiedzieć. Miłość! (śmiech) Może coś w tę stronę… Rozmawiał Jakub Sroka Fot.: Piotr Warczak Co nas kręci, co nas podnieca



Od 9 kwietnia w polskich kinach możemy podziwiać kolejne dzieło jednego z najbardziej utalentowa-nych artystów dzisiejsze-go kina - Woody’ego Alle-na. „Co nas kręci, co nas podnieca” jest wspaniałym obrazem utrzymanym w konwencji dawnych filmów reżysera. Opowiada on his-torię Borisa Yellnikoffa (Larry Davis), który opuszcza swoje życie wśród nowojorskiej wyż-szej klasy aby wieść proste życie. Jednak ten cel był nie-możliwy do osiągnięcia dla tak wielkiego ekscentryka. Pew-nego dnia wprowadza się do niego młoda kobieta, która u-ciekła z domu w poszuki-waniu szczęścia w Nowym Jorku. Melody (Evan Rachel Wood) jest dziewczyną z po-łudnia, która mówi ze spe-cyficznym akcentem i ma dość proste podejście do ży-cia. Allen uwielbia kompl-ikować życie swoim bohate-rom, dlatego też wspólne mieszkanie Melody oraz dużo od niej starszego Borisa mu-siało zakończyć się małżeń-stwem. W całą historię wple-cione zostały różnego rodzaju intrygi oraz sprzeczności ze stabilizacją i normalnym funk-cjonowaniem. Historia się nieco komplikuje, gdy na e-kranie ukazuje się Randy (Henry Cavill), przystojny Anglik, który walczy o serce Melody. Wydawałoby się, że film ten może być zaszuf-ladkowany jako komedia romantyczna. Nic bardziej mylnego. Allen jest reży- serem, który uwielbia tworzyć „intelektualne komedie” prze-pełnione błyskotliwymi dialo-gami o życiu i śmierci, o mi-łości i nienawiści oraz o Bogu. Jego filmy przedstawiają psy-chologiczny portret bohate-rów oraz to, co się z nimi dzieje i jak reagują w danych sytuacjach. Bez wątpienia re-żyser wspaniale odnajduje się w tego typu filmach. Na przy-kładzie „Co nas kręci, co nas podnieca” widzimy, że Allen zakończył okres swojego kry-zysu twórczego z wielkim hu-kiem. Na chwilę odłożył swój klarnet, wstrzymał koncerty w hotelu Carlyle i mimo tego, że twierdzi, iż nigdy nie udało mu się zrobić wspaniałego filmu, napisał świetny scenariusz i nakręcił bardzo dobry film. Prawdą jest, że ostatnie filmy reżysera („Sen Kasandry”, „Wszystko gra”, „Scoop”) nie były aż tak wartościowe jak dzieła nakręcone w latach 1965-2004 (np. „Melinda i Melinda”, „Annie Hall”, „Cienie we Mgle” czy „Śpioch”). W ostatnich latach Allen miał dość pesymistyczne nastawie-nie do życia, co też odbiło się na jego filmach, jak sam twierdzi: „Kiedy byłem po-czątkującym reżyserem wyo-brażałem sobie, że w Holly-wood każdy filmowiec ma willę z basenem, półkę z Oscarami i gwiazdy za przyjaciół oraz, że bez przer-wy rozdaje autografy. Z tych wszystkich mam jedynie i aż Oscary oraz rozdawanie au- tografów. Nie wiedziałem, jak bardzo sława może rozcza-rowywać. Popularność i suk-ces w branży wcale nie po-magają w tym, by czuć się naprawdę szczęśliwym.” Ciesząc się z faktu, że owe negatywne myśli opuścił re-żysera naszych czasów, za-pominamy o nietrafionym tłu-maczeniu tytułu czy nawet o nieudanym pomyśle na plakat jego najnowszego filmu. Liczy się tylko fakt, że Woody Allen powrócił do kina w wielkim stylu. Starcie tytanów



W roku 1981 powstał film pt. „Zmierzch Tyta-nów”. Historia opierała się na podróży Perse-usza – syna Zeusa, na krańcu której bohater wygrywał względy pięknej Andromedy. Jednak po drodze półbóg musiał przejść pomyślnie wszystkie próby, które bo-gowie dla niego przygoto-wali. Musiał stawić czoła Meduzie, Cerberowi, Kra-kenowi oraz wielu innym starożytnym kreaturom. W dzisiejszych czasach film ten nie robi aż takiego wrażenia jak „Starcie Ty-tanów”, który aktualnie możemy oglądać w pol-skich kinach. Aczkolwiek w latach 80 twórcy obrazów nie dysponowali techni-kami, które dzisiaj poma-gają filmowcom stworzyć zachwycające dzieło. Dla-tego też „Zmierzch Tyta-nów” nie zachwyca efek-tami specjalnymi, muzyką ani nawet grą aktorską, mimo tego że fabuła jest bardzo ciekawa, a film wciąga tak, że wprost nie można go przerwać przed końcem. Promocja „Star-cia Tytanów” (myślę, że bez przeszkód możemy nazwać go remakiem „Zmierzchu Tytanów”) rozpoczęła się od wspa-niałego zwiastuna. Dawno nie widziałam tak świetnie zmontowanego oraz zgra-nego z muzyką trailera. W najważniejsze fragmenty filmu wpleciono dźwięk w taki sposób, że po obej-rzeniu krótkiego filmu, człowiek od razu czuje nieodpartą chęć pójścia do kina. Sama produkcja nie jest gorsza. Odbiorca chce, by film trwał jak najdłużej. „Starcie Tytanów” opowiada historię Perse-usza, który musi obronić miasto Argos przed roz-gniewanymi bogami. Co więcej, bohater za wszel-ką cenę chce pomścić śmierć swojej rodziny, która zginęła z rąk Hade-sa. Ta postać zrobiła na mnie największe wrażenie. Jego zjawiskowe wejścia przepełnione zgrozą i ta-jemniczością są niesamo-wite. Podczas wędrówki Perseusz stawia czoła o-gromnym skorpionom o-raz Meduzie, aby na końcu zgładzić wielkiego



Krakena. Jedyne czego mi brakuje w tego typu fil-mach to oryginalny język. Ludność starożytna posłu-gująca się językiem an-gielskim nie jest do końca przekonywująca. Jednak film utrzymany jest w ty-powo Hollywoodzkiej kon-wencji, ma przyciągnąć widzów do kina oraz ma zrobić na nich wrażenie. W tym celu reżyser Louis Le-terrier zgromadził wspa-niałą kadrę aktorów, za-czynając od Sama Wor-thingtona (który swoją drogą o wiele lepiej sprawdza się w roli Perseusza niż Avatara), poprzez takich aktorów jak: Ralph Fiennes (wspa-niała postać Hadesa) czy Pete Postlethwaite (Spy-ros), a kończąc na Liamie Neesonie (Zeus). Świetna gra aktorska oraz efekty specjalne nie byłyby tak wartościowe bez muzyki. Tu wielki ukłon w stronę irańskoniemieckiego kom-pozytora Ramina Djawa-diego, który rozpoczął swoja karierę u boku Hansa Zimmera. Razem z nim stworzył ścieżki dźwiękowe do takich produkcji jak: „Batman: Początek” czy „Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły”. Djawadi stworzył muzykę tak dobrze zsyn-chronizowaną z obrazem, że zapiera dech w pier-siach. Dlatego też „Star-cie Tytanów” jest filmem, na który warto iść do kina. Gwarantuję, że nie będzie to stracony ani czas, ani pieniądze. Magdalena Grzywna Jak wytresować smoka



Muszę przyznać, że dawno nie widziałam tak ciepłego i przyjemnego w odbiorze filmu animowanego. Nowa produkcja DreamWorks odbiega znacząco od wy-pracowanych ostatnimi czasy standardów dla obrazów animowanych i nie jest ani zabawnym filmem dla dorosłych w przebraniu bajki dla dzie-ci, ani przesłodzoną, kolo-rową ucztą dla najmłod-szych, od której starszym widzom może zrobić się tylko niedobrze. Nie popa-dając w żadną ze skraj-ności, „Jak wytresować smoka” zapewnia rozryw-kę publiczności reprezen-tującej wszystkie kategor-ie wiekowe. Wygląda na to, że nareszcie ktoś zna-lazł złoty środek. Narratorem opowieści jest młody Czkawka, chłopak z niewielkiej osady Wikin-gów, którego współple-mieńcy zajmują się prze-de wszystkim rybołów-stwem, kowalstwem, wy-pasaniem owiec i… walką ze smokami. Bestie te re-gularnie atakują ich osa-dę, paląc domy i pory-wając zwierzęta hodow-lane. Na szczęście, wszys-cy Wikingowie są nieustra-szeni i bardzo umiejętni w boju, a pokonanie smoka to dla nich fraszka. Dla wszystkich, oprócz Czkaw-ki. Chłopiec uchodzi za największą niezdarę i nieudacznika w wiosce, nie można zresztą powie-dzieć, by opinie te były całkowicie bezpodstawne. Dlatego też nikt nie wierzy mu, kiedy chłopak twier-dzi, iż udało mu się u-strzelić najbardziej ta-jemniczego ze smoków, zwanego nocną furią. Kie-dy Czkawka wybiera się do lasu, by udowodnić swoją prawdomówność, staje przed wyborem, który znacząco wpływa na jego dalsze losy, a także na losy całej osady. Nie tylko Czkawka, ale też inni bohaterowie filmu wykreowani są z dużą dbałością o wyróżniające ich cechy charakterystyczne, jak również z pewną dawką humoru, która sprawia, iż każdego z nich da się lubić. Wojowniczy wódz, kowal – gawędziarz, szko-leniowiec i doradca, kłót-liwe bliźniaki, ambitna Astrid, wymarzona dziew-czyna Czkawki – wszyscy oni i wielu innych tworzą barwny świat Wikingów. Oczywiście, jest i główny smoczy bohater, piesz-czotliwie zwany Szczer-batkiem, który swoimi zachowaniami i spojrze-niem wielkich oczu bawi



i rozczula. Jego przyjaz-nemu pyszczkowi mało kto jest w stanie się oprzeć. Inne zalety filmu to animacja, muzyka, a wreszcie polski dubbing. Grafika jest przyjazna dla oka, w filmie uniknięto zwykłej komputerowej kanciastości czy przery-sowania. Świat i postacie przedstawione są za to plastycznie, co robi dodat-kowe wrażenie podczas oglądania obrazu w trój- wymiarze. Ścieżka dźwię-kowa, którą zawdzięczamy Johnowi Powellowi, spełnia wszystkie zadania, jakie spoczywają na muzycznej stronie filmu – przystaje tematycznie do obrazu, wprowadza widza w przedstawiony na ekranie świat, współgra z emocja-mi bohaterów, porusza i, co tu dużo mówić, jest po prostu piękna. To jedna z tych ścieżek, które są w stanie zachęcić umuzykal- nionego widza do obej-rzenia filmu. I w końcu kwestia polskie-go dubbingu, na który jesteśmy tymczasowo skazani, ponieważ w kinach nie da się obejrzeć angielskiej wersji języ-kowej tego filmu. I mimo, że osobiście prag-nęłabym usłyszeć wodza Wikingów mówiącego gło-sem Gerarda Butlera, muszę pochwalić pracę polskich aktorów podkła-dających głosy. Zresztą w dziedzinie dubbingu film-ów animowanych, polscy tłumacze oraz aktorzy od dość dawna wykonują dobrą robotę, zaś „Jak wytresować smoka” nie jest wyjątkiem. Dialogi są poprawne, żywe i za-bawne, zaś wykonanie naturalne i dopasowane odpowiednio do filmowych postaci. Obraz ma wiele zalet, nie potrafię za to znaleźć ani jednej znaczącej wady. Animacja, będąc uniwersalną rozrywką i dostarczając przyjemnych wrażeń estetycznych wszystkim pokoleniom ki-nomanów, jest praw-dziwie godna miana kina familijnego. Oby więcej było takich filmów po których wychodzi się z kina z uśmiechem. Wyspa Tajemnic



Trwają dyskusje nad tym jaki gatunek filmowy reprezentuje sobą „Wyspa Tajemnic”. Najwięcej zwo-lenników mają opcje „thriller” oraz „dramat”. Pozostawiając jednak wszelkie spory dotyczące nazewnictwa na boku, wystarczy stwierdzić, że „Wyspa Tajemnic” jest filmem wciągającym, trzy-mającym w napięciu i w pewien sposób poru-szającym. Nie ma wąt-pliwości, że warto go obej-rzeć. Akcja rozgrywa się w roku 1954. Teddy Daniels (Leonardo di Caprio), de-tektyw federalny i weteran wojenny, wraz ze swym nowym partnerem Chuc-kiem (Mark Ruffalo) przy-bywają na niedostępną wyspę na Zatoce Bostoń-skiej w celu przeprowa-dzenia śledztwa. Jedyną instytucją działającą na Shutter Island jest mocno strzeżony szpital psy-chiatryczny dla przestęp-ców. Lecz mimo wszyst-kich środków ostrożności, ze swego pokoju zdołała uciec groźna pacjentka Rachel Solando. Detektywi rozpoczynają dochodze-nie, jednak napotykają na różne przeszkody wyni-kające z regulaminu szpi-tala, a także z niewy-jaśnionej niczym, niemal nieuchwytnej niechęci je-go pracowników, wśród nich dyrektora placówki, doktora Cawley’a (Ben Kingsley). Im dłużej Teddy Daniels przebywa na wyspie, tym więcej rzeczy zaczyna go niepokoić i wkrótce okazuje się, że zniknięcie pacjentki jest jego najmniejszym pro-blemem. Film jest prawdziwym mistrzostwem jeśli chodzi o tworzenie atmosfery. Tajemniczość i rosnący niepokój towarzyszą nie tylko bohaterom na ekra-nie, ale i widzom w sali ki-nowej. Scenariusz jest do-pracowany, akcja posuwa się do przodu w odpo-wiednim tempie i pozwala oglądającemu snuć coraz to nowe przypuszczenia co do dalszego rozwoju wy-darzeń. Gra aktorska na pewno również ma w tym swój udział. Di Caprio po-trafi sprawić, że pub-liczność przeżywa jego złość, żal i bezradność. Ben Kingsley jest idealny w roli doktora, którego deklarowana życzliwość oraz troska o pacjentów budzą podejrzenia. Mark Ruffalo popisuje się na zmianę zapałem i opa-nowanym rozsądkiem, które w okolicznościach, gdy wszystko zaczyna być podejrzane, wypadają równie zastanawiająco.



Również pomniejsze role zostały obsadzone doskonale, przemyślnie i z dużą dbałością. Może o tym świadczyć choćby fakt, że po wyjściu z kina pamiętamy twarz kogoś, kto nie pojawiał się na ekranie przez czas dłuższy niż minuta – liczyło się jednak wrażenie jakie wywołał, dzięki własnej osobie, charakteryzacji i pracy kamery. Również muzyka, światło, odpo-wiednie dobranie scenerii – wszystkie dobrze znane nam metody budowania atmosfery – są umiejętnie wykorzystane przez twór-ców „Wyspy Tajemnic”. I wszystko to można odczuć, siedząc w kino-wym fotelu. Ale największym chy-ba atutem filmu jest jego nieprzewidywalność. A także, jak się okazało po konsultacji z innymi oglą-dającymi, pewna niejednoznaczność. Nie ujawniając nic więcej, by nikomu nie zepsuć przy-jemności z oglądania, po-wiem jedynie, że jeśli film dostarcza tematu do dwu-godzinnej dyskusji po wyjściu z kina – a tak właśnie jest w tym wy-padku - to z pewnością świadczy to na jego ko-rzyść. Elżbieta Janota Juan Rulfo – „Pedro Páramo”



Wydawnictwo Znak już od roku obdarowuje czytel-ników klasykami literatury światowej, które wydaw-ane są w specjalnej jubi-leuszowej serii „50 na 50”. Seria ta jest fantastyczna pod każdym względem, cechuje się nie tylko bar-dzo wysokim poziomem li-terackim, ale także wyso-kim poziomem estetycz-nym – książki wydawane są w twardych okładkach, mają zakładki i pięknie redagowany tekst. Czego czytelnik może chcieć więcej? Do tej pory w serii ukazały się między innymi tytuły takie jak „Flush” Virginii Woolf, „Mądre Dzieci” Angeli Carter czy ogromni w objętości „Bra-cia Karamazow” Dostojew-skiego. Najnowszą książką sygnowaną znakiem „50 na 50” jest „Pedro Pára-mo” Juana Rulfo. Więk-szość czytelników skusi się na zakup i lekturę po przeczytaniu opisu na ob-wolucie: {cytat} „Pedro Páramo to klasyka Juan Rulfo – Uznawany za pre-kursora realizmu magicz-nego, stanowił wzór dla Garcíi Márqueza.” Kim więc jest Juan Rulfo skoro w swoim długim ży-ciu wydał tylko dwie książ-ki, a zdołał zainspirować znanego i cenionego na całym świecie kolumbij-skiego zdobywcę literac-kiej Nagrody Nobla? Juan Rulfo jest meksy-kańskim pisarzem uzna-wanym z prekursora rea-lizmu magicznego. Poza pisaniem krótkich opowi-adań zajmował się przede wszystkim fotografią. W Fundacji Juana Rulfo znajduje się ponad 6 000 jego zdjęć i fotografii. Je-go pierwsza literacka pub-likacja to zbiór opowiadań „Równina w płomieniach” wydana w roku 1953. Dopiero dwa lata później, w 1955 ukazuje się „Pedro Páramo” – opowieść o podróży, którą rozpoczy-namy wraz z pierwszym narratorem Juanem Pre-ciado, który wyrusza do Comalii by tam odnaleźć swojego ojca – tytułowego Pedro Páramo. Wioska okazuje się być porzu-cona i opuszczona. Nie ma tam nikogo, oprócz du-chów, które błąkają się po ziemi w poszukiwaniu ży-wych, którzy mogliby się za nich pomodlić. To właś-nie duchy sprawiają, że cała książka, jej narracja i chronologia rozmywają się i ulatują niczym zjawy. Już



na początku przestaje być jasne co jest snem, a co rzeczywistością, co jest prawdziwe i obecne tu i teraz, a co odeszło do przeszłości. Historia opo-wiedziana w „Pedro Pára-mo” nie należy do szczę-śliwych i podnoszących na duchu. Pedro Paramo, jak dowiadujemy się w trakcie czytania, jest cyniczny, brutalny, władczy i nieo-krzesany. Rządzi całą Co-malą żelazną ręką i nie ma nikogo, kto mógłby mu się sprzeciwić. Cała lektura przesiąknięta jest obec-nością śmierci i fatalnych wizji przyszłości. Jednak Pedro Páramo poza naturą człowieka gwałtownego i nieobliczalnego daje się poznać także jako kocha-jący ojciec i jako męż-czyzna, który całe życie prześladując kobiety, w końcu „umiera” z miłości do jednej z nich. „Pedro Paramo” to książka ulotna, niezwykła i do reszty wciągająca. Losy tytułowego bohatera mo-gą służyć jako metafora krwawej rewolucji meksy-kańskiej lub zwyczajnie jako metafora losów mias-teczka w którym Pedro Páramo żył i w którym umarł. Ta napisana pięk-nym, dramatycznym i onirycznym językiem książka jest gwarancją dobrej lektury i wspaniale spędzonego czasu jej stronami. Jej wielowąt-kowość i zaburzenia chro-nologii wydarzeń mogą na początku sprawić, że czy-telnik zgubi się w posz-czególnych scenach. Bę-dzie miał jednak towa-rzyszącego mu podróżnika Juana Preciado i duchy zamieszkujące Comalę ja-ko wiernych narratorów tej tragicznej i pięknej historii. W przygotowaniu w jubileuszowej serii „50 na 50” są „Biesy” Dosto-jewskiego i arcydzieło mo-dernizmu: „Ulisses” ir-landzkiego pisarza Jame-sa Joyce’a. „Pedro Pára-mo” autor - Juan Rulfo wydawnictwo - Znak 2010 stron – 142 Haruki Murakami – „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu.”



O czym myślę, kiedy mówię: Haruki Murakami? Myślę: bestseller. Myślę: niezwykła wyobraźnia. Myślę: surrealistyczne światy. Myślę: bieganie? Tak! W swojej najnowszej książce Haruki Murakami, znany japoński pisarz, od-krywa przed nami kawałek swojego świata, który koncentruje się wokół książek i ich pisania oraz wokół biegania i marato-nów. Ale po kolei. Haruki Murakami znany jest czy-telnikom w Polsce z książek wydawanych przez wydawnictwo Muza. Takie pozycje jak „Norwegian Wood”, opowiadania „Śle-pa wierzba i śpiąca kobie-ta” czy „Sputnik Sweet-heart” znane są z pew-nością każdemu czytelni-kowi rozmiłowanemu we współczesnej literaturze światowej. Jednak naj-nowsza książka, która niedawno pokazała się na naszym rynku zdecydo-wanie odbiega od tego, do czego do tej pory byliśmy przyzwyczajeni. Jest to bowiem autobiografia au-tora pisana w trakcie przygotowań do maratonu w Nowym Jorku. Poza opisywaniem mozolnych przygotowań do zawodów Haruki Murakami cofa się również wstecz, do po-czątków biegania, które są ściśle związane z po-czątkami jego kariery pisarskiej. {cytat} „Tak czy inaczej zacząłem biegać właśnie w taki sposób. Miałem wtedy trzydzieści trzy lata. Wciąż byłem młody, choć nie byłem już mło-dzieńcem. W tym wieku Jezus umarł na krzyżu. W tym wieku Scott Fitzgerald zaczął się staczać. Ten wiek to być może życiowe rozstaje. W tym wieku za-cząłem moje życie bie-gacza i spóźnioną, ale prawdziwą karierę pisar-ską.” Ale proszę się nie bać! Murakami w żaden sposób nie zmusza czytelnika do wysiłku związanego z tre-ningami i bieganiem. Au-tor nie gloryfikuje upra-wianej przez siebie dzie-dziny sportu, choć w trak-cie lektury widać jak na dłoni, że jest szczerze oddany temu, czemu się



w danej chwili poświęca: pisaniu bądź bieganiu. Jak już mówiłam jest to książka zdecydowanie in-na od pozostałych. Przede wszystkim z pewnością nie zapadnie nam w pamięć na tak długo, jak poprzed-nie publikacje Haruki Mu-rakamiego. „Koniec świa-ta i Hardboiled Wonder-land” czy „Kronika ptaka nakręcacza” to prawdziwe maratony w porównaniu z najnowszą autobiografią, która przy nich wydaje się być poranną przebieżką. „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” jest z całą pewnością lekturą miłą i niezobowiązującą, ciekawą dla tych, którzy chcą się czegoś o Mu-rakamim dowiedzieć. Mo-mentami ma się wrażenie, że sama książka rzeczy-wiście podobna jest do biegu, w trakcie którego biegacz właściwie nie myśli o niczym specjal-nym, ale i tak bieg spra-wia mu ogromną przyjem-ność i satysfakcję z pod-jętego wysiłku. Mimo to książka ta za-wiera kilka świetnie prze-myślanych i ciekawych fragmentów, które potra-fią zainteresować każdego czytelnika, bez względu na to, czy kiedyś już biegał, czy też nie ma o tym żadnego pojęcia. Te lekkie przemyślenia i wspom-nienia autora są w stanie zauroczyć każdego, kto po nie sięgnie, przy czym fanów Murakamiego nie trzeba będzie specjalnie do tego zachęcać. Styl książki jest prosty, co nie znaczy, że nieelegancki wręcz przeciwnie. Haruki Murakami nie odbiega wcale od swojego po-przedniego poziomu, a wręcz podnosi sobie po-przeczkę (bądź też prze-dłuża dystans, co w tych okolicznościach jest bar-dziej adekwatnym okreś-leniem). Filozoficzna za-duma i rozważania nad bieganiem i jego naturą to lektura doskonała w ob-liczu pachnącej i zachwy-cającej wiosny, która za-prasza do spaceru i prze-bywania na świeżym po-wietrzu. Tak więc o czym mówi Haruki Murakami, kiedy mówi o bieganiu? Mówi on o sobie, a to, jak już wiadomo od dawna, wcale nie jest rzeczą łatwą i prostą. „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” autor - Haruki Murakami wydaw-nictwo – Muza, stron – 190 Kobieta na krańcu świata



Lubię książki o podróżach. Zawsze chętnie poczytam o życiu gdzie indziej, o czymś nowym, niezna-nym, do tego mnie ciąg-nie. Może ma to też zwią-zek z autorami, bo prze-cież na środku afrykań-skiej pustyni lub syberyj-skiego stepu człowiek jest prawdziwszy – tam idą ludzie odważni, ciekawi świata, otwarci na innych. I nie idą żeby napisać dobrze sprzedającą się książkę, ale by przeżyć coś nowego, niezwykłego. Ewentualnie potem po-dzielić się tym z ludźmi, pokazać im życie, którego się nie spodziewali. Dla-tego zawsze podziwiam podróżników, zazdroszczę im. Książka „Kobieta na krańcu świata” to cykl dziesięciu reportaży opo-wiadających o życiu zwykłych - wyjątkowych kobiet w różnych miejs-cach na kuli ziemskiej. Jest afrykańskie safari i jest Kambodża, gdzie piękne kobiety rozbrajają miny sprzed trzydziestu lat – wciąż przy tym gi-nąc. Jest estancja w Ame-ryce Południowej, gdzie opalona blondynka - kow-boj postanowiła poświęcić swoje życie koniom. Martyna Wojciechowska to kobieta, która ma pasję. Czytałam, jak kiedyś powiedziała o sobie :„Chciałabym być piękna i zadbana, ale nie mam na to szans, moja skóra jest narażona na przemian na zimno i palące słońce, mo-je dłonie są zniszczone ciągłymi podróżami. Mo-głabym oczywiście przes-tać podróżować, ale nigdy nie oddam życia, które kocham, za cenę wypie-lęgnowanych paznokci.” Warto to docenić, niewie-le jest niestety kobiet (co za brak feminizmu z mojej strony), które nie chcą być formą ponad treść, nie chcą być powątpiewaniem w sens, jak zaśpiewałaby Kasia Nosowska. Zwłasz-cza jeżeli treść mają - jak Martyna Wojciechowska – naprawdę piękną. Ujął mnie reportaż o kobiecie żyjącej na safari, która założyła sierociniec dla małych słoniątek i uratowała ich jak dotąd już 120. Nazywa się doktor Daphne Sheldrick i wpisując jej nazwisko w googlach z łatwością znajdziecie możliwość wspomożenia jej organi-zacji. Anna Żmuda Jak wam smakuje?



Telewizja, wydawałoby się, ogłupia, ale to tylko niesprawdzone plotki! Prawdą przecież jest, że pół godziny spędzone przed telewizorem potrafi powiedzieć człowiekowi o życiu więcej, niż dwie godziny nad, chociażby, podręcznikiem z historii. Najlepiej zaś to wygląda, jeśli łączy się przyjemne z pożytecznym – ot, na przykład, jeśli oglądając swój serial dowiesz się, jaki pasztet powinieneś kupować, żeby być zadowolonym z jego smaku. (za pełną zgodność przy-taczanych słów ze sce-nariuszem Klanu gwarancji nie biorę, to raczej odautor-skie parafrazy) Mamo, a może jest jeszcze trochę tego pysznego pasz-tetu, który jedliśmy wczoraj? –Nie wiem, zobaczę. Ooo! (w tym momencie następuje bar-dzo wiele mówiące zbliżenie kamery na opakowanie pasz-tetu, z bardzo wyraźnie wi-doczną nazwą oraz informację o bliżej nieznanej mi promo-cji). Po wszystkim, Małgosia jeszcze raz podkreśla, jak dobry jest ten produkt. Bar-dzo naturalna sytuacja, dodatkowo pomagająca reali-zować dydaktyczną powin-ność telewizji. Anglojęzyczni nadali temu zjawisku nazwę product placement – a ja nazwałbym je czymś w stylu reklamy wewnątrz programu. Kto ogląda bloki reklamowe? Są, oczywiście, nieliczne grupki pasjonatów, lecz większość, słysząc charakterystyczny dżingiel, rozpoczyna trening ulubionego sportu każdego telewidza – skakania po ka-nałach. Tymczasem reklamę można podać widzowi dużo sprytniej, aplikując mu ją w trakcie programu, który właś-nie ogląda. I tak dokładnie wiemy, sprzętu kuchennego jakiej firmy używa Joanna Brodzik w swoim programie kulinarnym, i przyprawy któ-rej z firm preferuje. Mówią nam o tym duże napisy i wy-mowne zbliżenia kamery na, wydawałoby się, czynności nie wymagające dokładniejszego pokazywania. Ale i tak prog-ramy kulinarne nie zajmują, w mojej prywatnej klasy-fikacji, pierwszego miejsca. Wygrywają seriale – zwłasz-cza polskie (choć to zjawisko występuje na pewno także w zagranicznych, nasze reklamy są dla nas bardziej zrozu-miałe, po prostu). I tak, Klan pouczył mnie już nie tylko o pasztecie, ale i o leczeniu naturalnych w star-szym wieku wzdęć i uczucia ciężkości po posiłku (Elżbieta dobrze wyjaśniła nam sytu-ację, a babcia Stasia, cierpią-ca na tę przypadłość, w wielu odcinkach dokładnie pokazała nam, jakie remedium stosu-je). Pierwsza miłość zapre-zentowała nam zalety korzys-tania z usług jednej z firm oferujących szybkie pożyczki, a i oznajmiła nam, z jakiej sieci telefonii komórkowej korzystać, by nie przepłacić



dzwoniąc do Holandii. Majka pokazała nam, gdzie biżuterię kupują bohaterowie tego serialu. Wszystko to z wdziękiem kawosza siorbiącego głośno swój ulubiony napój z plastikowego kubeczka z automatu. Wiadomo, że to naturalne zja-wisko, ten cały product place-ment. W samej chęci zrobienia interesu nie ma – oczywiście! – nic złego, rzecz jednak w tym, żeby nie robić tego w sposób bandycki lub, po prostu, niemądry. Wydaje mi się, że Rysio, wraz z całą rodziną zachwalający znane ciast-ka z owocową galaretką przekona mało kogo, a może i nikogo. Ludzie mogą się raczej poczuć urażeni, że traktuje się ich inteligencję w ten sposób. A przecież można reklamować w sposób mniej dosłowny, mniej bezpośredni, mniej obraźliwy. Pewnie i skuteczniejszy! Można pokazać bohaterów je-dzących te nieszczęsne ciastka przy normalnej rozmowie, bez sztucznej pogawędki o ich niezliczonych zaletach. Można zaprezentować bohaterów jedzą-cych rzeczony pasztet bez nie-potrzebnego wstępu o jego wspa-niałym smaku. Można dyskretnie zareklamować sieć telefonii bez narzucającego się mówienia o jej zaletach. Bo przecież i uporczywe ukrywanie nazw produktów jest sztuczne. Nikt w normalnym życiu nie zakleja nazw na kartonikach od soków owocowych, jak to się działo w Rodzinie zastępczej. Cieszę się, że ci smakuje, ale i tak sam sobie pasztet wybiorę, Małgosiu. Marek Suska Od pewnego czasu, raz w miesiącu, ściskając w ręku szeleszczący banknot dziesięciozłotowy, urządzam regularne, dalekie i wycieńczające wyprawy. Dalekie, bo aż na sąsiednią ulicę i to do małej, zielonej, blaszanej budki, powszechnie zwanej kioskiem. I, uprzedzając wszelkie domysły, pożądanym przeze mnie towarem, nie są wcale żadne papierosy, playboye czy tym podobne gadżety. Jest nim nic innego, jak zwykłe, porządne czasopismo o tematyce filmowej, jako iż ten temat bardzo mnie ostatnio zainteresował. Jednakże mój pierwszy na łamach „Outro” nibyfilmowy quasifelieton nie będzie mimo wszystko o tym, jaki film ostatnio obejrzałem i co moim zdaniem jest w nim, łagodnie mówiąc, spartaczone, a co zasługuje na gloryfikację.
Progress znaczy postęp


Przeglądając jakikolwiek magazyn czy czasopismo, nigdy nie zaczynam bynaj-mniej od czytania artykułów. Zaczynam tak naprawdę od wertowania go kartka po kartce, aby wyszukać co ciekawsze… reklamy. Tak wiem, że to brzmi dość dziwnie, a co jeszcze bardziej zdumiewa, nie mam zielonego pojęcia dlaczego zawsze to robię. Po prostu tak już jest. Tak było również i ostatnim razem. Nie zdążyłem jeszcze dobrze się rozpędzić, przerzucając kolejne strony wspomnia-nego wyżej miesięcznika, gdy to ujrzałem zadziwiającą reklamę. Była piękna. Wpra-wiła mnie w osłupienie. Oto przed moimi oczami, pojawił się zdumiewający obraz, przedstawiający duży, ładny, bardzo płaski telewizor. Nie to jednak najbardziej mnie zaskoczyło. Największą niespodzian-ką było zjawiskowe zdjęcie wodospadu, umieszczone na ekranie telewizora. Wpa-dał on do rozległego jeziora o krystalicznie czystej, nieskazitelnej wodzie, w którym beztrosko pływał sobie… Chyba wieloryb. Napisałem „chyba”, albowiem na zdjęciu widać jedynie jego ogromny ogon. To właśnie ten ogon tego pięknego morskie-go żyjątka stanowił główny punkt progra-mu, niejako wisienkę na torcie. Co z nim było nie tak? Otóż został on wykorzystany przez grafików do zobrazowania pewnej innowacyjnej funkcji, jaką posiadać będą telewizory najnowszej generacji. Funkcja ta to wyświetlanie obrazu przestrzennego 3D. Muszę przyznać, że wielki czarny ogon, który zdaje się „wyskakiwać z ekranu”, rozchlapując dokoła mnóstwo kropelek wody, wywarł na mnie ogromne wrażenie… Technika idzie coraz szybciej do przodu i trzeba przyznać, że trochę za nią nie nadążamy. Jeszcze kilka lat temu ogromny podziw budziły wielkie płaskie telewizory High Definition. Mówiono wtedy, że to ogromny przełom w telewizji, który stwarza nową definicję wysokiej jakości. Jednak, czy ktoś się wtedy spodziewał, że za kilka lat będziemy mogli się cieszyć jeszcze lepszej jakości obrazem, który „wyskakuje” wprost do



Twojego ciepłego bezpiecznego pokoju? „Wszystko, co tylko możesz sobie wyobrazić, teraz może stać się prawdziwe” – tak w wolnym tłumaczeniu brzmi slogan jednego z światowych przedsiębiorstw, zamieszczony na stronie internetowej re-klamującej najnowsze telewizory z funkcją 3D tej firmy. Muszę przyznać, że nigdy wcześniej tak bardzo bym w to nie uwierzył. Inżynierowie coraz bardziej się wysilają, aby zatrzymać nas w domu. Teraz, siedząc na wygodnej kanapie, popijając ulubiony napój, możesz prze-nieść się w dowolne miejsce na ziemi i dostrzec tysiąc razy więcej szczegółów i to w lepszej jakości, niż to było dotychczas. Taka przygoda jest możliwa dzięki zastosowaniu skomplikowanych techno-logii. Telewizor z funkcją 3D nadaje dwa równoległe obrazy, a specjalne okulary, dołączane od producenta pozwalają na rozdzielenie ich na prawe i lewe oko, co w mózgu tworzy wrażenie trzeciego wymia-ru. Ciekawostką jest, że w trzecim wymia-rze możemy oglądać nie tylko specjalnie stworzone do tego celu filmy. Telewizory potrafią konwertować obraz nagrany w 2D do 3D w czasie rzeczywistym. I to jest, według mnie, jedną z najlepszych zalet tych wynalazków. Jednak mimo tak wielu dobrych stron telewizorów 3D, należy wspomnieć również o wadach. A są one równie liczne. Przede wszystkim technologia ta jest jeszcze zbyt innowacyjna, co sprawia, że nie jest jeszcze doskonała. Po pierwsze, aby móc w ogóle dostrzec jakąkolwiek głębię obrazu, należy włożyć wyżej wspomniane okulary, co może być uciążliwe. Po drugie, trzeba siedzieć na wprost telewizora. Inaczej obraz będzie zniekształcony, a efekt niepełny. Po trzecie, konwertowany obraz z 2D w czasie rzeczywistym jest



słabszej jakości. Ponadto istnieje ogromna lista przeciwwskazań w oglądaniu telewizji trójwymiarowej. Nie mogą się nią cieszyć m.in. kobiety w ciąży, osoby mające problemy z błędnikiem czy z oczami. A są to tylko trzy pozycje z długiej listy… Co nas czeka w niedalekiej przyszłości? W którą stronę zmierzamy? Czym jeszcze inżynierowie nas zaskoczą? Nie mam zielonego pojęcia. Jak na razie mówi się o doskonaleniu technologii 3D tak, abyśmy mogli się nią cieszyć bez (powtarzam: bez!) użycia okularów. Tego typu telewizory mają wejść na rynek już za około 5 lat, jeśli nie wcześniej. Istnieją również słuchy o pracach nad likwi-dowaniem okablowania. Wszelkie sprzęty elektryczne, w tym również telewizory, mają być bezprzewodowe, ale to już temat na oddzielną dyskusję. Kierunek postępu najlepiej obrazuje sytuacja pod-czas bardzo znanych targów elektroniki użytkowej w Las Vegas, które odbyły się w tym roku z początkiem stycznia. Przez ostatnich kilka lat, producenci znanych firm, prześcigali się w tworzeniu jak największych, najlepszych, najbardziej zjawiskowych produktów. W tym zaś roku, można było zaobserwować rzecz zaskakującą. Największe poruszenie budziły produkty (uwaga!) ekologiczne i energooszczędne. To znakomicie wskazuje kierunek, w którym będą zmierzać inżynierowie przez najbliższe kilka lat. Kończąc te wywody, chciałbym zachęcić Was do czytania czasopism filmowych. Pełne są one inspiracji oraz ciekawych informacji. Zresztą sami widzicie. Jedna reklama, a tyle pisania… à bientôt! Marcin Jasiński Irak, czyli najbardziej nietypowe miejsce na majówkę



Pamiętacie mistyczną, nie-wyobrażalnie piękną cywi-lizację w malowniczej kra-inie dolin Tygrysu i Euf-ratu, o której uczyliście się na historii? Osobiście zaw-sze chciałam pojechać w tamto miejsce, poroz-mawiać z tamtymi ludź-mi… I nawet jeśli to nie-możliwe, miło jest móc uzmysłowić sobie, że tak naprawdę mimo wszystko jakaś część kolebki współ-czesnego świata wciąż istnieje – przybrawszy postać Iraku. Irak ma bardzo krwawą historię. Podbijało go wiele narodów: Arabowie, Tur-cy, Mongołowie, w końcu został brytyjskim terytor- ium mandatowym, a w 1932r. uzyskał niepodleg-łość. Niestety, nie był to koniec problemów – póź-niejsze lata przyniosły brutalną wojnę domową z mniejszością kurdyjską, potem wojnę z Iranem, najazd na Kuwejt w 1990r… nie jest łatwo być Irakijczykiem. Jednakże, żyje tam aż 26 074 906 osób! Przy po-wierzchni ponad 437 tys. km² oznacza to około 59 mieszk./km², a to dość znacząca liczba. Tak na-prawdę nie polecam wy-jazdu w tamte rejony, szczególnie ze względu na chwiejną sytuację bezpie-



czeństwa osobistego, ale uważam, że żadnego kraju nie można zaniedbywać, dlatego też kiedy tylko wszystko się uspokoi, kie-dyś z pewnością sięgniecie po Outro, żeby poczytać, gdzie wybrać się na wa-kacje… i oto wasz wzrok padnie właśnie na ten ar-tykuł . Ponieważ kraj położony jest w strefie klimatu pod-zwrotnikowego , przez większość czasu na po-godę nie można narzekać. Od maja do października – a więc nie tylko w czasie majówki, ale także wa-kacji i wypadów wrześnio-wych – trwa lato, suche i bardzo gorące. Zimy nato-miast są wilgotne i chłod-ne. Najlepszym środkiem komunikacji są taksówki, możliwe do wynajęcia na-wet na cały dzień (trzeba jednak pamiętać o wyzna-czeniu opłaty od razu, gdyż nie ma w nich taksometrów). Najważniejsze jest, by podczas zwiedzania kraju zachować normy zwycza-jowe. Są one określone, jako że 95% mieszkańców kraju jest muzułmanami, a nieprzestrzeganie może grozić nieprzyjemnościa-mi. Kobiety w każdym wieku powinny ubierać się skromnie i w żadnym wypadku nieskąpo. Waż-ne jest, by nie spożywać alkoholu w miejscach pu-blicznych czy nie oka-zywać wyższości. Irakij-czycy są raczej uprzejmi, zawsze traktowali obco-krajowców z szacunkiem, trzeba jednak pamiętać, że ich ciężka sytuacja związana z wojną i ciągłą obecnością wojska zmusiła ich do znaczącej zmiany zachowań. Nie oznacza to oczywiście, że zostaniecie potraktowani źle czy nie-grzecznie. Jeśli tylko wy zachowacie normy, oni za-chowają je także. Nieszczęśliwym dla turys-tów zbiegiem okoliczności jest jednak to, iż nie wol-no wchodzić do meczetów w większości miejsco-wości, co może znacząco utrudniać zwiedzanie: na szczęście dla nas, turys-tów, z zewnątrz również jest co pooglądać. Zanim jednak przejdziemy do zwiedzania, przyjrzyj-my się nieco irackim zwy-czajom. Co podobne do Polski, kobietom i osobom starszym okazuje się sza-cunek, między innymi us-tępując im miejsca w au-tobusie. Arabowie i Kurdo-wie mają różne struktury społeczne, choć opierają się one mniej więcej na tej samej zasadzie: trudno jest zajść wysoko, jeśli jest się urodzonym w u-boższej rodzinie. Roz-dźwięk między bogatymi a biednymi wciąż jest, nies-tety, stanowczo zbyt wy-soki. Aby otrzymać sta-nowisko albo założyć fir-mę, należy zostać naj-pierw wybranym przez rząd, który dokonuje sta-rannej selekcji osób



należących do wyższych sfer społecznych. W większości mówi się po arabsku, ewentualnie kur-dyjsku. Z języków zachod-nich najbardziej pow-szechny jest, oczywiście, angielski. Z innej beczki: rozwód może dać tylko mężczyz-na, na szczęście dla kobiet skończyły się już małżeń-stwa aranżowane. Jak pisałam wcześniej, to właśnie na terenie Iraku istniała i rozwijała się, mająca silny wpływ na rozwój późniejszych kultur basenu Morza Śródziem-nego i Azji, cywilizacja su-meryjska. Dzięki niej miasta zaczęto obwaro-wywać murami, zaraz po-tem zaś wynaleziono zik-kuraty. Najpiękniejsze i najlepiej zachowane zabytki tamtego okresu to ruiny miast Sumeru, ta-kich jak Uruk (4 tys. lat p.n.e.) i Ur (3-2 tys. lat p.n.e.). Wykopaliska Ur są też potwierdzeniem biblij-nego potopu, ponieważ pod warstwą namułów znaleziono tu ślady ry-backiej cywilizacji, nad którymi znajduje się wyż-szy poziom miasta Ur był też domniemanym miejs-cem urodzin Abrahama, który potem wędrował do świętej ziemi Kanaan, dzisiejszego Izraela. W południowym Iraku na- tomiast największym sku-piskiem zabytków jest Ba-bilon, stolica starożytnej Babilonii, która istniała już w XVIII w. p.n.e. i w której to Nabuchodonozor kilkanaście wieków później rozkazał zbudować między innymi bramę bogini Isz-tar, swoją salę tronową czy wiszące ogrody. Istniał tam również siedmiopięt-rowy zikkurat, który jest rzekomo ruinami biblijnej Wieży Babel. Z okresu greckiego w Babilonie zachował się amfiteatr, gdzie w 313r. p.n.e. zmarł sam Aleksander Wielki. Przez bardzo długi okres Irak był centrum islamu, dlatego też z tamtego o-kresu zachowało się wiele zabytków związanych z tą religią I tak możemy dziś zobaczyć Wielki Meczet Piątkowy Al.Dżami ze spiralnym minaretem w Samarze, Sad Ibn Abi Wakkas w Kufie czy jeden z niewielu obiektów stricte świeckich, pałac Abbasy-dów z XII w. w Bagdadzie. Islamskie zabytki znajdują się na terenie całego Ira-ku. Szczególnie dużymi ich skupiskami są właśnie Bagdad (ponad 70 me-czetów, mauzoleum Zu-bajdy, park AzZaura), AlBasra i Mosul (naj-bardziej znany jest meczet z XVI w. z krzywym mina-retem). Wiele z tych obiektów powstało w okresie tureckiego imper-ium osmańskiego, w skład którego wchodził Irak od XVI do początku XX w. W północnym Iraku, zwłaszcza w okolicach Mosulu i w Górach Kur-dystańskich, są również zabytki związane z religią chrześcijańską (klasztor proroka Jonasza w Mo-sulu, kościoły ormiańskie). Ogółem w Iraku jest ponad 10 tys. obiektów zabytkowych. O atrakcyjności turys-tycznej Iraku decydują, prócz zabytków archi-tektury, także interesujące przykłady systemów na-wadniających, takie jak kanały, słynne koła wod-ne, wielkie tamy na Tygrysie, nadwodne osady rybackie na rozlewiskach Szatt alArab, wielkie plan-tacje palm daktylowych (3/4 światowej produkcji daktyli), pola naftowe - ropa jest głównym bogac-twem Iraku, dającym 90% jego dochodów - oraz kopalnie siarki koło Mosulu i Kirkuku, typowe dla krajów islamskich ba-zary, oraz bogate muzea Bagdadu. Ważnym obiek-tem turystycznym jest tzw. Drzewo Adama, na miejscu rzekomego Raju Ziemskiego w AlKurna. Irak z powodu wymienio-nych wcześniej wielokultu-rowych, dwuwyznaniowych obyczajów, stał się miejscem szczególnie ciekawym turystycznie. Poza zabytkami (do części których, niestety, jako niemuzułmanie nie będziemy mieć wstępu)



warto tam jednak zobaczyć także strefy wykopaliskowe, które jeszcze odkrywają przed nami to, co kiedyś będą oglądać w całej krasie, zupełnie odrestaurowane, nasi potomkowie. Co ciekawe, na przykład Babilon, oprócz opisanego wcześniej znaczenia, jest tak naprawdę istotny niemal dla wszystkich ruchów na świecie - w chrześcijaństwie wystę-puje w Apokalipsie Świętego Jana i według większości znawców Pisma jest synonimem, metaforą czy też eufemizmem na określenie antycznego Rzymu, ucis-kającego nową religię chrześcijańską tak, jak an-tyczny Babilon uciskał daw-nych Żydów ze Starego Tes-tamentu. Dla rastafarian jest za to symbolem systemu ucis-kającego wolnych ludzi, sym- bolem zepsucia i upadku za-sad, niesprawiedliwości oraz podziałów społecznych na lepszych i gorszych. U świad-ków Jehowy – siedzibą wszystkich fałszywych religii świata, które mają zostać zniszczone przez władców politycznych tuż przed Arma-gedonem. Możecie mi teraz odpowie-dzieć na pytanie: czyż te wszystkie różnice, ciekawost-ki, zabytki o wielopłaszczyz-nowym znaczeniu nie czynią z Iraku miejsca, które chciałoby się zwiedzić od dolin aż po krańce gór? I pamiętajcie. Za tych kil-ka(naście?) lat, jadąc tam, zegarki przestawiamy o trzy godziny do przodu. Agata Hajduk Daj pospać jeszcze pięć minut!



Analizując liczebność i popularność różnorodnych grup na Facebooku poś-więconym problemom ze snem doszedłem do wniosku, że artykuł o procesie snu z perspek-tywy psychologii oraz neurologii będzie bardzo przydatny dla młodych ludzi, do których adreso-wane jest Outro. Przy-kładowe nazwy grup to „wstajemy? nie.”, „PIE*-DOLE IDĘ SPAĆ.”, „Gdy chce sie w końcu pouczyć, to od razu zasypiam.”, „Nie mów do mnie z rana” czy „''Time to wake up, you have school!!'',,''Time to F*CK OFF i need sleep!!''”. „Można uważać za rzecz dowiedzioną, że do zdro-wia potrzeba człowiekowi minimum sześciu godzin snu. Większość ludzi po-trzebuje nawet więcej. Łudzi się ten, kto sądzi, że obędzie się mniejszą iloś-cią snu.” – tak uważa dr George Stevenson z Na-tional Association for Mental Health (Towarzyst-wa Wspierania Zdrowia Umysłowego). Większość specjalistów uważa za u-mowną liczbę ośmiu go-dzin. Liczba ta zmienia się w zależności od wieku i stanu zdrowotnego danej osoby. Zadajmy sobie te-raz pytanie: „Czy tak długi sen jest możliwy?”. W dzi-siejszych czasach tak bardzo liczy się efek-tywność, przez co wiele osób zaniedbuje zdrowie dla szkoły lub pracy. Jak to jest z tym snem? Do czego jest nam w ogóle potrzebny? Dr John Bigelow uważa, iż „wyniki badań umocniły go w przeświadczeniu, że praw-dziwym celem snu nie jest wyzwolenie od trudów dnia. Nie pozostawiły też cienia wątpliwości co do tego, że dla harmonijnego i pełnego rozwoju psychiki żaden aspekt ludzkiego życia nie jest tak niezas-tąpiony jak właśnie sen, który uwalnia człowieka od wszelkich rozproszeń świata zmysłowego.” Sen wspomaga działanie ukła-du nerwowego i daje mu możliwość „odetchnięcia”



po kilkunastu godzinach pracy. Ponadto, komórki pamięci bardziej utrwalają się w naszym umyśle, co przydaje się szczególnie przed ważnymi spraw-dzianami. Niewyspanie natomiast, powoduje po-budliwość, depresje i zmienność nastrojów. Go-rzej sprawuje się nasz układ nerwowy, przez co wolniej reagujemy na otaczające nas sytuacje. Trudniej jest nam także skupić uwagę na danej myśli, czynności. Jak po-radzić sobie z problemami ze snem? Większość z nas odsypia braki z całego tygodnia podczas weeken-du. Jak się okazuje – to nie zawsze działa! Według amerykańskich naukow-ców odsypianie w wee-kendy nie podwyższa sprawności psychomoto-rycznej. Do idealnego sa-mopoczucia przywrócić nas może kolejny tydzień, ale tym razem przespany w odpowiednich ilościach, po osiem godzin na dobę. Czy duża ilość obowiązków może wpływać na długość naszego snu? Owszem, ale nie tak, jak większość myśli. Im więcej wypoczy-wamy, tym bardziej „os-pali” jesteśmy, a co za tym idzie – więcej śpimy. Duża ilość obowiązków nakłada na nas większą ilość stresu, przez co nie potrzebujemy tak dużej ilości snu, a po prze-budzeniu jesteśmy bar-dziej wyspani. Podsumowując, ilość snu nie zawsze równa jest z jakością, jednak jest to bardzo ważny czynnik. Brak snu może w przysz-łości doprowadzać do wie-lu chorób, głównie zwią-zanych z układem ner-wowym. Należy jednak myśleć przedsiębiorczo i odpowiednio gospodaro-wać snem, aby w trakcie dnia nie być „rozleniwio-nym”. Polecam także kawę lub gumę do żucia, jako środki poprawiające aktywność psychomoto-ryczną. Z tym pierwszym nie przesadzajcie – uza-leżnienie od kawy może prowadzić do schorzeń serca! Maciej Kulina



Coraz ciekawsza staje się batalia o krzyże wiszące w salach lekcyjnych. Czemuż to ma zniknąć z klas coś, co od niepamiętnych czasów nikomu nie przeszkadzało? Co się sta-ło, że nagle dwa prostopadłe drewienka stały się symbolem nietolerancji wobec innych re-ligii? Można rzec, że chrześci-jaństwo jest podstawą naszej kultury, w ogóle kultury eu-ropejskiej i nawet przez wzgląd na tradycję krzyże win-ny zostać. Nie jestem konserwatystą, nie przeszkadzałoby mi, gdyby obok krzyża, jeśli zajdzie taka potrzeba (gdy w klasie są osoby wyznające różne reli-gie), wisiały symbole protes-tanckie czy islamskie. A jako że po wojnie Polska przestała być krajem wielokulturowym i wielowyznaniowym (i dopiero teraz, na szczęście, to się zmienia), w większości szkół nie zaistniałaby potrzeba „zmodernizowania” zestawu symboli religijnych. Oczywis-tym jest, że każdy ma prawo do własnego wyznania, ale czemu jedno z nich, to, które u nas posiada najliczniejszą grupę wyznawców, ma doznać uszczerbku? Sprawa jednak nie jest tak prosta, jakby się wydawało, można ją rozpat-rywać na wielu płaszczyznach – co mają zrobić ateiści? Nie wierzą, więc ich symbolem jest… nic. A to już wisi w klasie, więc co przeszkadza inna rzecz? W tym miejscu gładko można przejść do drugiej istotnej kwestii, a mianowicie przed-miotu „religia” w szkole. Nie mam żadnych zastrzeżeń do krzyża, ale już do lekcji chciałbym się „przyczepić”. Opinią wielu uczniów i nauczycieli (tak w gimnazjum, jak i w liceum), przedmiot ten winien się zmienić na „reli-gioznawstwo”. Wydaje mi się, iż dużo bardziej przydatne są informacje o wielu religiach, poznanie ich historii i kon-frontacja ze sobą nawzajem. Niestety, w polskim szkol-nictwie powszechna jest sytu-acja, gdzie na religii nie robi się zupełnie nic. Osobiści mi-ałem przyjemność w gim-nazjum mieć lekcje z napraw-dę wybitnym nauczycielem, od którego wiele się nauczyłem i mile go wspominam, nie oszukujmy się jednak, jest to przypadek jednostkowy. W większości jest to „klepanie pacierza” i nic więcej. Czy nie bardziej pożyteczne byłoby poznanie wielu religii, ich za-łożeń połączonych z elemen-tami filozofii (na brak której narzekają nauczyciele, nie mając podstaw np. do analizy tekstów filozoficznych w li-ceum czy rozważań nad ide-ałem państwa Platona na lekcjach historii)? Pytania te pozostawiam do przemyślenia. Szymon Jelonek AIDS w szkole
Dlaczego w Polsce o HIV i AIDS mówi się bardzo niewiele? A nawet nic? Dlaczego wciąż brakuje akcji, które w jasny sposób pokażą problem niebezpieczeństwa zarażenia i zarażania?


Polska jest krajem o naj-wyższym wskaźniku nie-świadomych nosicieli HIV w Europie. W naszym kraju ponad 35 tys. osób żyje z HIV, a tylko 12 tys. wie o swoim zakażeniu – w większości są to ludzie poniżej 29 roku życia. Żyjemy w trudnych czasach, w których pozornie wszystko jest dozwolone. Wydaje nam się, że nic i nikt nie może ograniczyć nas w naszych działaniach i postępowaniu. Wydaje nam się, że nic nie zagraża naszemu zdrowiu. Podwaliną nierozsądnych wyborów staje się coraz „luźniejsze” podejście do seksualności już u naj-młodszych ludzi, wchodzących dopiero w wiek dojrzewania, nie zdających sobie sprawy z konsekwencji czy potencjalnego ryzyka, jakie niesie za sobą „wolność”. Szkoły starają się nie zauważać problemu, w wielu z nich nie ma plakatów informujących o możliwym kontakcie z ośrodkami pomocy, podstawowych zabezpieczeniach. Podczas zajęć mających przygotować uczniów do życia seksualnego, wy-kwalifikowanego pedagoga zastępują nauczyciele nie mający w większości nawet wiedzy o metodach zabezpieczeń. Problem jest coraz widoczniejszy w czasie,



kiedy technologia i rozwój szkół posuwają się do przodu. Wyposażanie szkół w nowoczesne komputery nie zrehabilituje braku wykwalifikowanych pedagogów. Ignorancja przestaje dotyczyć nauczycieli, staje się problemem również wśród młodych ludzi. Brak kontaktu z uczniami, po-zwalanie im, by robili dosłownie wszystko, staje się być plagą w Polsce . Mimo medialnej nagonki i informowaniu o postępach, w środowisku młodzieży nie zmienia się nic. Brak jest akcji promujących bezpieczny seks. Podczas zajęć zaś nauczyciele wolą przeprowadzić anonimowe ankiety, które zwykle przemijają bez echa, uczniowie nie są informowani o wynikach czy potencjalnym zagrożeniu. Tematyka seksu w Polsce jest niechętnie poruszana, wciąż panuje stereotyp, że zarazić się mogą tylko narkomani, homoseksualiści czy pro-stytutki. Problem tkwi także w rodzicach, którzy usilnie kultywują czystość swych dzieci, uważają, że młodym ludziom nie potrzebne jest pranie mózgu, a oni sami nie potrzebują ulotek, poświęcenia chwili uwagi nawet na tolerancję wobec osób zarażonych. Zdrowy tryb życia na zajęciach sprowadza się do promowania abstynencji seksualnej. Wszelakie kampanie nie odniosą skutku, jeśli nie dotrze do każdego, że i jego dotyczy problem. Poważną przeszkodą dla edukacji jest negatywny stosunek wobec stosowania antykoncepcji. W ra-portach zagranicznych dla światowej Organizacji Zdrowia, Polska plasuje się wśród krajów o naj-niższej częstości stosowania nowoczesnych metod antykoncepcji . Z biegiem lat wzrasta ilość kampanii przeciwko HIV i AIDS, różniące się sposobem oddziaływania na odbiorcę, prześcigają się w oryginalnościi kontro-wersyjności – odnieść można wrażenie, iż wię-kszość kampanii marketin-gowych obiera za cel promocję samej agencji, niż walkę z faktycznym problemem. Plakaty przyciągają wzrok, kuszą, ale nie znajduje się w nich nic, co będzie przeka-zywało rzeczywistą informację o problemie. Komunikacja w momencie złego odbioru nie odnosi zamierzonego celu. Nastolatki wiedzą, czym staje się AIDS, kreowany go na masowego mordercę, zbrodniarza. Nie wiedzą jak zaradzić mu, myśląc, że przed wirusem uchronią ich tabletki antykoncepcyjne, bądź zarażą się kontaktem przez sam dotyk czy ślinę. Warto więc, by w szkołach położono nacisk na edukację seksualną, nie komunikowano w sposób trywialnie prosty o istnie-jącym zagrożeniu, wskazano drogę do walki z nim i pomocy. Dostęp do wiedzy i antykoncepcji powinien być priorytetem w szkołach, nauczyciele powinni umieć odpowiadać na trudne pytania. Nie bójmy się ich zadawać, nie bójmy się obalania stereotypów i walki z niewiedzą. Nina Dąbrowska Gdzie szukać pomocy? Telefony Zaufania dla osób zakażonych HIV i chorych na AIDS: 022 692 82 26 Całodobowy Telefon Zaufania AIDS 022 621 33 67 AIDS - Zielona Linia Jeszcze dobrze nie zdążyłam zrzucić z siebie białej bluzki, a jedno już mogę powiedzieć: nienawidzę być w klasie maturalnej. A już na pewno nie w IB.
„Please, stop writing now.”


IB – International Baccalaureate, Matura Międzynarodowa, to dwuletni odpowiednik polskiego liceum, w którym lekcje odbywają się po angielsku, plan zajęć obejmuje tylko wybrane przez ucznia przedmioty, a skala ocen to 1-7. W dużym skrócie to gratka dla tych, którzy nie chcą studiować w Polsce albo kontynuują w kraju edukację rozpoczętą za granicą. IB – z czym to się w ogóle je? Większości ludzi skrót IB kojarzy się tylko i wyłącznie z którąśtamzkolei grupą inwalidzką. ą. Cóż, po dwóch latach siedzenia w tym systemie mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że coś w tym jest… W takim wypadku można by to nazwać „syndromem zredukowania zapotrzebowa-nia na sen”. Jak zwykł mawiać mój geograf: „Uczniowie IB sypiają mniej więcej godzinę na dobę, jeśli przyjąć, że tę godzinę spędzają w autobusie miejskim jadąc do szkoły”. Mówiąc jednak poważnie, Matura Między-narodowa ma swoje zalety. Dwa lata



uczenia się tylko i wyłącznie tego, co zdaje się potem na maturze, może być kuszącą opcją dla tych, którym nie zależy na podwyższaniu sobie średniej wiedzą o kulturze czy przysposobieniem obronnym. Jest jednak i druga strona – niespecjalnie dobrze rokująca zwłaszcza typowym humanistom. Bo o ile konieczność uczenia się i zdawania matematyki nie będzie już specjalną różnicą, o tyle przymusowy egzamin z fizyki, chemii lub biologii nie wygląda już tak różowo. A niestety, przedmiot ścisły na maturze zdawać trzeba. Co ciekawe, w drugą stronę już niekoniecznie – wystarczy się dobrze postarać, a ominie nas wątpliwa dla niek-tórych przyjemność dwuletniego studio-wania historii, geografii psychologii czy (w niektórych szkołach) ekonomii. Warto jednak pamiętać o tym, że samo chodzenie na lekcje i przystąpienie do sesji egzaminacyjnej (która – muszę to przyznać patrząc na swój własny rozkład egzaminów – potrafi być co najmniej nieprzyjemna) nie gwarantują zdobycia dyplomu. Jest jeszcze cała masa dodatkowych kryteriów, które należy w tym celu spełnić, takich jak zaliczenie kursu teorii wiedzy czy CAS’u – 150 godzin zajęć artystycznych, sportowych (jako, że plan klas IB nie przewiduje zajęć z WF’u) i wolontariatu. A jak to wygląda w praktyce? Wśród ludzi obserwujących uczniów IB z boku panuje przekonanie, że tak podstawowe czynności jak spanie czy jedzenie wymagają wygospodarowania specjalnego czasu w planie dnia – często kosztem nauki. I chociaż w niektórych momentach wydaje się ono być zasadne, zazwyczaj funkcjonujemy mniej więcej w tym samym rytmie, co polscy „normalni” licealiści. Nie da się ukryć, czasami bywa ciężko.



Kiedy zaczynają się zazębiać odgórnie narzucone terminy a czas ucieka w zastraszającym tempie, niefajnie jest zdać sobie sprawę, że w przyszłym tygodniu należy oddać trzy eseje, których zawalenie skutkuje co najmniej obni-żeniem wyniku matury (bo do ostatecznej punktacji liczy się nie tylko majowy egzamin, ale i kilka prac badawczych pisanych w trakcie dwóch lat) – wtedy najlepszym przyjacielem strudzonego „Ajbola” staje się litrowa butelka napoju energetyzującego i cztery saszetki kawy, a pojęcie „snu” wydaje się równie nierealne jak liczby zespolone. Zazwyczaj jednak, jeżeli tylko termin nie goni terminu, a wszystkie obowiązkowe prace leżą spokojnie na biurku dyrektora, życie w IB jest nawet spokojniejsze niż w polskim liceum – geografia wymaga tylko umiejętności logicznego myślenia, historia nie polega na pamięciowym „kuciu” dat (a tylko na zrozumieniu procesów, które wywołały na przykład I wojnę światową), a czegoś takiego jak uczenie się definicji czasów w angielskim po prostu nie ma. Dodatkowym plusem uczenia się w takiej klasie jest rozwijanie umiejętności języ-kowych. Chociaż i tutaj mogą pojawić się problemy – używanie przez 8 czy 10 godzin dziennie tylko języka angielskiego (często nawet na przerwach, bo uczniowie IB pochodzą z różnych stron świata i niekoniecznie znają więcej polskich słów niż potrzeba do kupienia wody mineralnej) powoduje „uwstecznienie” umiejętności używania polskiego i znaczne trudności w komunikacji z naczelnymi, tak na przykład. Tak czy inaczej, Matura Międzynarodowa – jak wszystko – ma swoje wady i zalety. Jeżeli potrafi się współpracować i ma dość determinacji, żeby zarwać kilka nocy w roku, jest całkiem miłą alternatywą dla polskiego systemu edukacji. M. Kelniarz PESEL wpisany, numer dowodu osobistego jest, wszystkie odpowiedzi poprawnie zaznaczone, kartka oddana = matura zdana. Wreszcie nadszedł czas, by przeczytać gromadzone przez cały rok książki, pojechać na wakacje życia lub zmierzyć się z zabawą w dorosłość – pierwszą pracą. Ale zanim oddasz się pomaturalnemu relaksowi i marzeniom o życiu studenckim, odpowiedz sobie na jedno pytanie: Jak się właściwie na te studia dostać?
Poradnik użytkowania produktu „Rekrutacja na studia”


Jeśli wierzyć opiniotwórczemu portalowi internetowemu, Nonsensopedii, studenta charakteryzuje ciągły głód, kac i doskonale wy-pracowana przez kolejne semestry umiejętność kombinowania. Dwóch pierwszych wyróżników przeciętnego żaka nie będziemy analizować, bo to ani czas, ani miejsce, ani okoliczności adek-watne do tego niezbyt chlubnego tematu, nato-miast zatrzymamy się chwilę na owym kom-binatorstwie. Można je postrzegać w sposób dwojaki, nie ulega jednak wątpliwości, że na studiach zdarzają się sytuacje, które wymu-szają wykazanie się tą zdolnością. Pierwszym sprawdzianem jest sam proces rekrutacji. Bywa dość zawiły, momentami kosztowny, wymaga stalowych nerwów i kalendarza w dłoni a i potrafi spędzić sen z powiek niejednemu świeżo upieczonemu absolwentowi szkoły średniej. Dla tych, którzy chcą oszczędzić sobie zmartwień, zmarszczek i nadwagi spowodowanej zajada-niem rekrutacyjnego stresu, przygotowałam krótki poradnik, bazujący na doświadczeniu moim i moich znajomych studentów. Informacje o produkcie Z reguły pierwszym krokiem podejmowanych przed rozpoczęciem studiów jest zapoznanie się z ofertą dydaktyczną oferowaną przez szkołę wyższą. Kandydaci przeglądają ofertę, wybierają interesujące ich kierunki i jedno-cześnie dowiadują się o wstępnych wymaga-niach (jakie przedmioty powinno się zdawać na maturze, by zwiększyć swoje szanse itp.). Uczelnie informacje o zasadach naboru na konkretny rok akademicki publikują w okolicach przełomu września i października roku poprzedzającego (!) dany rok akademicki. Tak więc kandydat na studia w roku akademickim 2010/2011 już w październiku 2009 mógł dowiedzieć się o szczegółach jego rekrutacji i swobodnie zdecydować o liczbie i rodzajach przedmiotów, do jakich będzie podchodził na maturze. Uczelnie stosują dwa rodzaje rekrutacji: elektroniczną i nazywaną przeze mnie tradycyjną. Elektroniczna, najkrócej ujmując, polega na założeniu swojego konta na spe-cjalnej internetowej platformie. Konto takie za-wiera wszelkie informacje osobowe oraz wyniki uzyskane na egzaminie maturalnym. Wszystkie procedury są załatwiane internetowo, jedyne co my musimy zrobić, to tuż po decyzji o przyjęciu, przywieźć niezbędne dokumenty, będące po-twierdzeniem woli studiowania i kończące pro-ces rekrutacji z wynikiem pozytywnym. W re-krutacji tradycyjnej swoje dokumenty i kandy-daturę zgłaszamy osobiście lub za pośred-nictwem poczty. Sposób ten jest charakterys-tyczny dla uczelni uznawanych ogólnie za



artystyczne, gdzie dobrze napisana matura nie jest wyłącznym kryterium dostania się na studia. Ogólne zasady użytkowania Po wybraniu wymarzonej uczelni nasz maturzysta musi podjąć kolejny krok, a jest nim zarejestrowanie się w systemie rekrutacji elektronicznej. Hiperłącze do tego systemu powinno się znaleźć zawsze w zakładce skierowanej do kandydatów na stronie internetowej szkoły wyższej. Podczas zakładania konta musimy wpisać wymagane dane osobiste, a także dokonać wyboru pomiędzy proponowanymi opcjami takimi jak rodzaj studiów (dzienne, wieczorowe lub zaoczne – wyłącznie dzienne są bezpłatne) czy stopniem (w systemie bolońskim jest to I stopień – studia licencjackie 3-letnie, w systemie starym, stosowanym na takich kierunkach jak np. prawo są to studia jednolite magisterskie 5-letnie). Warto wcześnie dowiedzieć się wcześnie nieco więcej o każdej z prezentowanych możliwości. Wypełniać wymagane pola należy bardzo starannie, bo jak się przekonała moja koleżanka Marta, o pomyłki nietrudno. Chciałam pójść na Uniwersytet Jagielloński. Przy wypełnianiu podania w systemie elektronicznym nie doczytałam poleceń i w rezultacie zamiast złożyć podanie na studia w Krakowie, złożyłam do filii uczelni i przyjęto mnie do tejże filii w jakimś śląskim miasteczku. Było już niestety za późno na odkręcenie tego... - wzdycha ciężko. Prawidłowe wypełnienie zgłoszenia rekrutacyjnego to jednak za mało, by zostać formalnie rozpatrywanym jako kandydat na studia w uczelni wyższej. By w ogóle ktokolwiek zechciał choćby popatrzeć na nasze podanie, musimy uiścić opłatę rekrutacyjną. Opłata zależy od rodzaju kierunku, na jaki aplikujemy. Maturzyści marzący o studiach uznawanych za artystyczne (realizowanych np. w szkołach teatralnych lub akademiach sztuk pięknych) muszą się liczyć z tym, że kwota ta może nawet wynosić 150 złotych! Podobnie na kierunkach takich jak architektura lub urbanistyka. Kandydaci, którzy muszą przejść dodatkowy test sprawności fizycznej (wymagany w szkołach oficerskich i akademiach wychowania fizycznego) płacą około 100 złotych, zaś pozostali 85 złotych. Z reguły cena ta odnosi się do jednego kierunku (sic!), więc logicznie- aplikując na kilka kierunków opłata jest odpowiednio kilka razy pomnożona. Ostateczne decyzje w tej materii zależą oczywiście od uchwał poszczególnych uczelni, więc warto dokładnie przejrzeć stronę www naszej przyszłej Alma Mater. Mamy już wypełnione zgłoszenie i uiszczoną opłatę, więc jesteśmy już formalnymi kandydatami. Potrzebne są już tylko nasze wyniki z matury. W dniu ich otrzymania lub w ciągu



najbliższych kilku dni musimy uzupełnić nasze konto o te informacje. Oczywiście należy to zrobić z należytą starannością i kilka razy sprawdzić, by wyłapać każdy, nawet najmniejszy błąd. W przypadku gdy kandydujemy na uczelnię, która przeprowadza nabór na podstawie dodatkowego kryterium (np. testy sprawności fizycznej lub egzaminy wstępne) musimy pamiętać o dodatkowych formalnościach i dokumentach. Może to być np. dostarczenie szczegółowego orzeczenia lekarskiego, przygo-towanie specjalnej teczki z własnymi pracami artystycznymi (typowe dla akademii sztuk pięknych) lub wybór utworów literackich, które będziemy recytować przed komisją w szkole aktorskiej. Wszystkie informacje dotyczące dodatkowych warunków dla kandydatów publikują uczelnie przeprowadzające dodat-kowe testy. Dlatego gorąco radzę być na bieżąco z ze wszelkimi pojawiającymi się na stronie uczelni newsami. Dodatkowe funkcje produktu Powyższe czynności to jedynie spis czynności, bez których wykonania prawdopodobnie nigdy nie będziesz mógł się ani poczuć, ani nazwać studentem. Są przykrymi formalnościami i z pewnością tego lata zaprzątną niejedną głowę. By jednak nie dać się ponieść samona-pędzającej panice i stresowi, zebrałam kilka rad i sposobów na zachowanie rozsądku w tych szalonych chwilach. Po pierwsze, zapamiętaj dokładne terminy poszczególnych etapów rekrutacji. Zrób to w sposób najbardziej dla ciebie efektywny. Możesz zapisać w kalendarzu, przykleić kartkę z najważniejszymi datami na lodówkę lub ustawić specjalne powiadomienia w telefonie komór-kowym. Każdy sposób jest dobry. Wyrwany w środku nocy ze snu, musisz być gotowy na bezbłędne wyrecytowanie tych kilku dat. Naprawdę nie jest ich dużo, a przynajmniej będziesz mieć pewność, że nie przegapisz żadnego ważnego etapu i tym samym nie zniszczysz marzeń o beztroskim studenckim życiu. A to z pewnością boli... Pomocne jest również regularne odwiedzanie strony internetowej uczelni i bieżące śledzenie pojawiających się tam informacji. Dodaj stronę do ulubionych (zwłaszcza jeśli ma skompli-kowany adres). Początkowo wchodź rzadziej, a w trakcie właściwej rekrutacji staraj się wchodzić codziennie, by mieć pewność, że nie przegapisz żadnej ważnej informacji. Dostałam na tym punkcie prawdziwej obsesji - opowiada moja koleżanka z grupy, Dominika. – Potrafiłam wchodzić na stronę uniwersytetu po kilka razy na godzinę. Pamiętam, że o dwunastej miały być publikowane wyniki pierwszego naboru, a ja od dziewiątej już siedziałam naszykowana i cały czas odświeżałam stronę. Dzisiaj się z tego tylko śmieję. Zanim nadejdzie dzień Twojego triumfu - pozytywnego wyniku w walce o przyjęcie na wymarzony kierunek, przygotuj się starannie. Wszystkie niezbędne dokumenty (świadectwo z wynikami matury, świadectwo ukończenia szkoły, opinia lekarza medycyny pracy i wiele innych podanych zawsze na stronach internetowych) zbierz w jedno miejsce i miej w pogotowiu. Bardzo często, zwłaszcza przy drugich, trzecich i dalszych naborach pozostaje jedynie kilka dni lub nawet godzin na dostarczenie wymaganych dokumentów do odpowiedniego działu na uczelni. Dlatego musisz być gotowy, by w każdej chwili ruszyć do przyszłego miasta uniwersyteckiego. Pamiętaj, że dostarczenie wymaganych dokumentów w przewidzianym terminie ostatecznie potwierdza przyjęcie na studia w uczelni wyższej. Nie musisz robić tego osobiście, ale w razie nieobecności lub niedyspozycji przygotuj swojego pełnomocnika i przekaż mu przygotowaną wcześniej teczkę z dokumentami. Pamiętam, jak w poniedziałek rano dostałem informację, że muszę przywieźć dokumenty do Wrocławia do południa we wtorek. Mieszkam na drugim końcu Polski i podróż pociągiem zajmuje mi ładne kilka godzin. Miałem może godzinę na spakowanie się, wzięcie dokumentów. To był koszmar, nie umiałem znaleźć nigdzie świadectwa ukończenia szkoły. Najadłem się



niezłego stresu - wspomina Igor. Jeśli mimo wszystkich wymienionych rad i wskazówek wciąż nie możesz poradzić sobie ze stresem, znajdź kogoś, z kim będziesz mógł się podzielić swoimi emocjami. Ciężar niesiony wspólnie staje się lżejszy. Rozmawiaj z przyjaciółmi, których dręczą te same problemy. Warto również dopisać się do forum dyskusyjnego, skupiającego studentów Twojej przyszłej uczelni. W specjalnie wydzielonych wątkach możesz porozmawiać z innymi kandydatami, wymienić się poglądami na temat trudności matury i zawiłości procesu rekrutacji, a nawet spytać starszych kolegów o poradę lub poprosić o pomoc w rozwiązaniu jakichkolwiek wątpliwości. Nie szkodzi również odnaleźć stronę internetową samorządu studentów, często pojawiają się na nich wartościowe informacje takie jak poradniki i praktyczne rady, jak się odnaleźć w nowych, uczelnianych okolicznościach oraz liczne projekty integracyjne kierowane wyłącznie dla studentów nowo przyjętych (dni adaptacyjne, otrzęsiny, wyjazd integracyjny i inne podobne). Na Twoje wszelkie pytania odpowie także odpowiedzialna za rekrutację jednostka na danej uczelni, wystarczy tylko zadzwonić i dowiedzieć się wszystkiego. Tylko teraz cały ten skomplikowany proces i zasady nim rządzące wydają się niemożliwe do spamiętania i wykorzystania w życiu... Na szczęście to złudzenie. Wystarczy nie poddać się panice i wykorzystać niektóre z naszych porad, a już wkrótce ten koszmar stanie się bardzo odległym wspomnieniem. I wierzcie mi, wiem co mówię – sama przez to przechodziłam dwa lata temu. Magdalena Kondracka W razie reklamacji Uwaga! Pisząc ten poradnik wzorowałam się głównie na procedurach typowych dla uczelni, gdzie studiuję. Najbardziej wiarygodne i aktualne informacje znajdziecie na stronach www uczelni, na które się wybieracie. Prasówka
Kwiecień stał się dla polskiej polityki miesiącem burzy i narastającego niepokoju. Choć początek miesiąca wcale tego nie zapowiadał.


Pod koniec marca w moskiewskim metrze oraz w Dagestanie doszło do ataku terrorystycznego. Dwie kobiety, samobójczynie, wysadziły się w jadących składach. Rosja uznała to za cios w swoją dumę, a Miedwiedwiew zapowiedział walkę z gruzińskim terroryzmem. Zamach, o tyle szczęśliwy, że doszedł do rezultatu, kiedy metro stało na stacji, zakończył się niewielką ilością zabitych, za to wiele osób zostało rannych. Spotkał się on z międzynarodowymi konsekwencjami politycznymi. Stany Zjedno-czone, jako największy przeciwnik terroryzmu we współczesnym świecie nie poparły sta-nowiska Rosji. Nie zrobiły tego, ponieważ wielokrotnie sprzeciwiało się atakom Rosji na kraje byłego Związku Radzieckiego. I o ile walkę z Afganistanem czy Iranem uważają za walkę z terroryzmem, to Rosyjską wojnę z Czeczenią uznają za pogwałcenie praw człowieka. W polskim prawie przedsiębiorczym dokonano zmian, które miałyby ułatwić procedury prawne dla małych i średnich firm. Miałby, ponieważ założenie jest czysto teoretyczne, a przedsię-biorcy zgodnie twierdzą, że wolą brak pomocy od państwa niż to, co im państwo oferuje. Brak pomocy oznacza brak niechcianej ingerencji w interesy, a wszystkie nowe ustawy, według przedsiębiorców, są bezużyteczne i zbyt skom-plikowane. Premier Rządu, Donald Tusk, i Prezydent Polski, Jarosław Kaczyński, po raz kolejny skoczyli sobie do gardeł. Tym razem związane było to z obchodami 70. rocznicy Zbrodni Katyńskiej. Szef Rządu został zaproszony przez władze rosyjskie na oficjalne uroczystości niedaleko Smoleńska. Ambasada zaprzecza, jakoby otrzy-mała oficjalne pismo od Kancelarii Prezydenta, że głowa państwa pragnie uczestniczyć w tych uroczystościach. (Nie wydaje mi się aby ta informacja była potrzebna. Teraz jest bezuży-teczna.) 10 kwietnia 2010. Samolot prezydencki Tupolew TU-154 rozbił się podczas podcho-dzenia do ładowania na lotnisku koło Smoleńska w Rosji. W katastrofie zginęło 96 osób: para prezydencka, generałowie, biskupi, księża, posłowie i wiele znaczących dla polityki osób. W związku z nagłą śmiercią prezydenta, zgodnie z konstytucją, tymczasową władzę w państwie objął marszałek sejmu, Bronisław Komorowski. Zostaje ogłoszona żałoba narodowa. W związku z tragedią pod Smoleńskiem i żałobą narodową, premier Donald Tusk odwołał swoją wizytę w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Nikt z Polski nie pojawił się również na szczycie nuklearnym, który miał miejsce 12 kwietnia. Do 26 kwietnia, włącznie, trwały uroczystości żałobne upamiętniające wszystkie ofiary poległe w katastrofie. 21 kwietnia 2010 r. została oficjalnie potwierdzona data przedterminowych wyborów prezydenckich. I tura wyznaczona na 20 czerwca. Ewentualna II na 4 lipca 2010. Anna Jasińska Co nowego o wyborach?



Zaczynając pisać roz-ważania na temat wy-borów, byłam przeko-nana, że dojdzie do nich najwcześniej za pół roku. Jednak ostat-nie wydarzenia zmusiły polskie władze na mocy konstytucji art. 125 (głoszący o nagłej śmierci prezydenta) po pierwsze, aby zacho-wać ciągłość władzy, ustala kolejność osób, które mają pełnić obo-wiązki prezydenta. Konstytucja Polski za-kłada więc, że pierwszą osobą p.o. ma być marszałek Sejmu, a gdyby on nie mógł pełnić tych obowiąz-ków, byłby to mar-szałek Senatu. Irracjonalnie w konstytucji Polski nie ma zapisu o tym, by osoby, które „sto-ją w kolejce” do p.o. pre-zydenta, nie mogą podró-żować razem. Zaledwie dwa dni po katastrofie w jednym z zagranicznych mediów ukazał się krótki wywiad z politologiem, bodajże także wykładow-cą Uniwersytetu Jagielloń-skiego. Dziennikarz zapy-tał, dlaczego tak ważne dla Polski osoby podróżo-wały jednym samolotem. Rozbawiła mnie odpowiedź tego politologa, który za-cytował odpowiedni arty-kuł konstytucji i wytłuma-czył, że nie ma w Polsce prawa zakazującego ta-kich podróży. Politolog nadmienił, że zaledwie trzy dni wcześniej w Smo-leńsku lądowała niemal połowa polskiego rządu z szefem na czele, marszał-kami Sejmu i Senatu, pos-łami oraz ministrami. Szczęściem w nieszczęś-ciu było to, że chociaż ten jeden samolot doleciał na miejsce i powrócił bez-piecznie. Po drugie, artykuł 125 konstytucji Polski wska-zuje datę przedtermi-nowych wyborów na pre-zydenta, które mają się odbyć nie później niż 60 dni po ogłoszeniu śmierci prezydenta. Marszałek Ko-morowski wykazał się od-robiną empatii, choć sły-szałam również głosy pro-testu. Datę wyborów po-dał oficjalnie niemal w ostatniej chwili. Spoczywał na nim olbrzymi obowią-zek i presja. Z jednej stro-ny naciskało na niego pra-wo, z drugiej strony wciąż



nie pochowano Lecha Kaczyńskiego. Większość z ciał dopiero przyleciała do Polski, a kilkadziesiąt wciąż było niezidentyfiko-wanych. W tych trudnych warunkach i ciężkiej sytu-acji rodzin ofiar katastro-fy, Komorowski musiał przypominać o polityce. O tym, że trzeba utrzymać ciągłość władzy oraz o tym, że katastrofa nie możne wpłynąć na zmiany niektórych zachowań poli-tycznych. Sytuacja stała się teraz nie tyle niepewna, ale ekspresowa. Wyobraź-cie sobie, że coś, na co czekacie od lat, nagle zbliżyło się tak szybko, że nawet nie zdążyliście za-reagować, a wiąże się z ogromną odpowiedzial-nością. Coś jak… ważny egzamin. Przyjmiemy, iż jesteśmy pilnymi uczniami i na bieżąco powtarzaliś-my materiał, nigdy nie dostawaliśmy słabych ocen, ale od napisania tego testu zależy całe nasze życie. Coś podobne-go do matury. Chyba nikt nie chciałby, bez względu na przygotowanie, żeby taka matura zaskoczyła nas wcześniej, prawda? To dość nieprzyjemne. Egzaminem dojrzałości polityków jest możliwość wystartowania do wybo-rów prezydenckich. Sam wpis na kartę wyborczą jest zaszczytem reprezen-towania często całej partii lub nawet koalicji. Bez względu jednak na to z jak wielkim wyprzedze-niem wiedzielibyśmy, że będziemy mogli wystar- tować w wyborach, jest szereg wielu (często drobnych spraw), które w momencie rozpoczęcia kampanii wyborczej mu-szą być zrobione. Kandydaci mają drastycz-nie skrócony czas. Pod-czas wyborów w 2005 ro-ku termin wyborów został oficjalnie potwierdzony 18 maja i wytyczony na 23



października, co dało kandydatom ponad pięć miesięcy czynnej kampa-nii. Na zarejestrowanie kandydata, a więc zdo-bycie tysiąca głosów po-parcia i zgłoszenie wnios-ku do Państwowej Komisji Wyborczej, były trzy mie-siące (15 sierpnia 2005 r.). Tym razem partie bę-dą miały na to zaledwie kilka tygodni! Problemem jest również utrata w ka-tastrofie wielu poten-cjalnych kandydatów na prezydenta jak na przy-kład Jerzy Szmajdziński (SLD) czy typowany z ramienia PiS, Lech Ka-czyński. Chodzi tu o ludzi charyzmatycznych, roz-poznawalnych, którzy po-siadają charyzmę, zaufa-nie społeczne. Prezes partii nie zawsze chce kandydować - Donald Tusk już na początku 2010 r. oznajmił, że woli skupić się na prowadzeniu rządu niż reprezentacji kraju. W związku z tra-gedią kampania wyborcza może potoczyć się, nies-tety, tylko w dwóch skraj-nych wersjach. Albo bę-dzie wyjątkowo okrutna, szybka, agresywna i bluźniercza, albo wyją-tkowo łagodna, szybka i upamiętniająca poległych w katastrofie. Pisząc te słowa, nie mogę jeszcze niczego powiedzieć, są to tylko hipotezy. A biorąc pod uwagę fakt, że wszyscy kandydaci będą mieli szczególnie mało czasu, kampania będzie musiała przynieść szybkie rezultaty. Myślę, iż kata-strofa będzie wykorzys-tana we wszystkich pos-tach wyborczych. Stanie się narzędziem politycz-nym, jakim być nie po-winna. Jakakolwiek walka



wyborcza by nie była, nie powinna wpływać na nasz ugruntowany pogląd poli-tyczny. Na dzień dzisiejszy do PKW zgłosiło się ponad dwudziestu kandydatów. Większość z tych nazwisk jest nieznana dla zwy-kłego obywatela. Ba! Nawet dla osoby intere-sującej się polityką te nazwiska mogą niewiele mówić. Dlatego choć na tę chwilę mamy tych dwu-dziestu paru kandydatów, nie stawiałabym na to, ja-koby wszyscy mogli wpi-sać się na listy wyborcze. Oczywiście, wszystko po-każe czas. Czas kampanii, wyborów i zaprzysiężenia nowego prezydenta. Anna Jasińska Drużyna PO
Nie od dzisiaj wiadomo, że grupowe zmagania tworzą mocne więzi między członkami.
Szymon Godyla

Kolega, z którym w pod-stawówce we dwójkę potra-filiśmy ograćresztę klasy w dwa ognie już na zawsze będzie przyjacielem, a mimo tego,iż zdarzą się czasem jakieś sprzeczki i różnice zdań, to jak w sporciepowiemy sobie, co jest źle i co musimy zrobić żeby nadal grać na wysokimpoziomie. Podobnie będzie w survivalu, koszykówce, piłce nożnej... Wspólne zmagania, problemy, zadania kształtują przyjaźń, dzięki czemu będzie ona bardziej wytrwała w ciężkich momentach. W październiku zeszłego roku czerwone karki w rządzie Tuska otrzymali Grzegorz Schetyna, Mirosław Drzewiecki oraz Andrzej Czuma za nie do końca potwierdzony udział w utracie bramki, czyli 'aferze hazardowej'. Wielu obserwatorów mówiło wtedy o rozpadzie wewnątrz Platformy i podziale na zwolenników Tuska i Schetyny, co miało być początkiem końca. Dymisje te, głównie szefa MSWiA ,określano mianem bomby zegarowej, która eksploduje, gdy prezydentem zostanie Tusk i zwolni się miejsce premiera. I tutaj jest całyfenomen obecnej władzy - PO nadal istnieje i ma się dobrze, co pokazują corazwyższe słupki w sondażach poparcia. Spekulacje, o których wspomniałem, miałyby realne szanse spełnienia się w poprzednich rządach, ale nie w tym,gdzie poza osobistymi ambicjami każdego członka pojawiła się jak w dobrej drużynie piłkarskiej chęć wygrania meczu, niezależnie od tego, czy jest się na boisku, czy na ławce.

Szymon Godyla

Najważniejszym powodem takiego stanu rzeczy, według mnie, są spotkania członków Platformy na boisku piłkarskim, gdzie po meczu wszyscy udają się do szatni, zmęczeni, spoceni, spragnieni. I wtej sytuacji nawiązuję się dyskusja, gdy zanikają pry-watne ambicje imożna pomówić o tym, co się dzieje w polityce, rządzie, partii bez zbędnych formalności. I wtedy można powiedzieć 'Grzesiu, tę sprawę trzeba wyjaśnić i trochę nie w porządku byłoby, żebyś nadal pełnił funkcję szefa MSWiA. Mirek, ty też usiądziesz na ławce wyjaśnienia całej tej sprawy. Andrzej, bracie, spokojnie, wyjaśni się tylko to wszystko i zapraszam z powrotem. Chłopcy, obiecuję, że postaramsię wyjaśnić to jak najszybciej, bo jestem prze-konany, że nie zdradziliście naszej drużyny. Przypominam, że za tydzień też gramy o tej samej porze'.Takiej rozmowy z pewnością nie byłoby w PiS, gdzie prezes sam by zadecydował, co będzie najlepsze i zmieszałby z błotem wszystkich odejrzanych i a pomocą CBA wsadził do więzienia, chcąc pokazać wyborcom, czego to on ie robi z 'przestępcami'. W SLD za czasów, gdy rządzili, cała sytuacja nie rozegrałaby się w szatni ani w mediach, tylko przy kieliszku. Po alkoholu też łatwiej rozmawiać na trudne tematy, jednak gdy minie 'faza' pojawia się kac moralny, złość i chęć odegrania się, a gdy cała sprawa wypłynie do mediów, to tacy ludzie tracą w oczach wyborców, ponieważ nikt nie chce, żeby interesów jego państwa pilnował człowiek pod wpływem alkoholu. To, że drużyna Tuska ma się świetnie, pokazują ostatnie wydarzenia, kiedy premier postanawia być nadal premierem i przedkłada obowiązki względem państwa i obywateli ponad swoje ambicje prezydenckie. Wspólna konferencja przewodniczącego klubu pa-rlamentarnego PO Grzegorza Schetyny z Donaldem Tuskiem, dotycząca konieczności zmian w Polsce w najważniejszych kwestiach, zasługuje na uznanie przez sam fakt zaistnienia - mimo że żadnych konkretów nie usłyszeliśmy. Następnie komisja śledcza mająca wyjaśnić kulisy tzw. 'Afery hazardowej' - wyjaśnienia wszystkich głównych bohaterów PO pokazują, że tak naprawę żadnej afery nie było i komisja jest niepotrzebna, a powstała po to, żeby pokazać to opozycji w bardzo przejrzysty sposób. Najbliższe dni dostarczą nam wielu nowych informacji, na podstawie których będziemy z pewnością nadal spekulować. Takim tematem z pewnością będzie los kandydata na prezydenta, którego wybrała 'cała' drużyna wraz z kibicami tzw. 'członkami partii' przy frekwencji 47, 7%, co było z pewnością porażką i ciosem w PO. Jednak chcąc oceniać obecny Rząd RP i PO musimy mieć jedno na uwadze - jest to drużyna bardzo zgrana, gdzie wiele procesów odbywa się zupełnie inaczej niż w poprzednich 'ekipach' rządzących. Przez co nasze spekulacje nie powinny w dużej mierze opierać się na doświadczeniach z poprzednich rządów, ponieważ rząd Tuska tworzy nową jakość w polskiej polityce. Kluczową rzeczą jest też stworzenie wizji PO, jako partii ponad podziałami poprzez przyciągnięcie do siebie ludzi takich jak Krzysztof Jan Bielecki, Janusz Lewandowski, Michał Boni, Adam Glapiński, Maciej Nowicki i Jerzy Buzek. Są to ludzie, którzy niegdyś budowali III RP, później zdobywali doświadczenie za granicą, a obecnie mającymi predyspozycje na wysokie urzędy europejskie. Być może obecny stan rzeczy jest "sprawką" całej rzeszy PRowców na zapleczu partii, jednak uważam, że jest to pierwsza ekipa w historii Polski, której styl reprezentuje wysoki poziom kultury politycznej, a gabinet Donalda Tuska ma szanse być drugim w III RP, który wytrwa całą kadencję. Szymon Godyla Kibicowanie MADE IN POLAND
Bez nich sport w ogóle by nie istniał. Są na trybunach po to, by cieszyć się ze zwycięstw piłkarzy, lecz także by wspierać swych ulubieńców w trudnych chwilach. Często określa się ich mianem „11 zawodnika”. Kibice, bo o nich mowa, są solą futbolu. To dla nich grają piłkarze, a fani w ramach wdzięczności tworzą fantastyczną atmosferę na stadionie…


To krótki opis tego jak powinno wyglądać prawdziwe kibicowanie. Niestety, mimo tego, że dopingowanie może być dobrą zabawą, w Polsce jest kojarzone krótko mówiąc, z bójkami i bandytyzmem. Czy taki jest prawdziwy stan rzeczy? Czy kibice piłkarscy rzeczywiście zasłużyli sobie na miano bandytów, w kraju, gdzie piłka nożna jest sportem narodowym? Niestety, historia kibicowania w Polsce jest dość brutalna, żeby nie powiedzieć krwawa. Często zdarzały się przypadki, kiedy fani obu drużyn walczyli ze sobą w trakcie meczu na śmierć i życie. Niejednokrotnie przecież cały kraj oblegały wieści o rannych i zabitych w bójkach podczas derbów Krakowa czy starciach między Wisłą Kraków a Legią Warszawa. Polscy „kibole” także dość mocno dawali o sobie znać, kiedy ich drużyny uczestniczyły w europejskich rozgrywkach klubowych. Przykładem może być tu sytuacja, gdy głośnym echem na Starym Kontynencie odbiła się awantura, jaką wywołali warszawscy kibice dopingujący Legię na Litwie. Jednak wyżej wspomniane sytuacje dziś należą do rzadkości i wspominane są głównie przez starsze grono kibiców. Owszem, od czasu do czasu nadal możemy usłyszeć o bójce wywołanej przez



kiboli w trakcie meczu, lecz na szczęście dzieje się to już tylko sporadycznie. Od kilku lat kibice sami starają się naprawiać zły wizerunek dopingowania w Polsce. Fani piłki nożnej organizują wiele akcji dobroczynnych i często garną się do pomocy społecznej. Pomimo tego, w Polsce kibic dalej kojarzony jest z bandytą i osobą, która przychodzi na stadion tylko w celu bicia się z policją. Co takiego powoduje, że mimo usilnych starań nasi kibice wciąż nie mogą pozbyć się etykietki łobuzów i dresiarzy? Wiadomo, że każda rzeka ma swoje źródło, lecz w tym przypadku źródeł jest kilka, a dokładniej dwa. Największą winę za aktualny stereotyp kibicowania w naszym kraju ponoszą polskie media. Nikt inny jak oni nie goni za tanią sensacją. A sensacją w tym przypadku jest „kolejna” awantura kiboli na stadionach. Często na antenie popularnych stacji telewizyjnych emi-towane są reportaże o wojnach na polskich meczach. Trzon takich reportaży stanowią archiwa nagrań z dość odległej przeszłości. W kółko powtarzane jest wideo ze spotkania polskiej ligi, gdzie w Poznaniu doszło do przykrych scen na stadionie miejscowego Lecha. Wydarzenie to, które miało miejsce w 2003 r. (7 lat temu!) stawia się w reportażu obok tych, które dzieją się obecnie na znacznie mniejszą skalę. Podczas takich emisji nadal przypomina się o niebezpie-czeństwie czyhającym na zwykłych obywateli, którzy chcą wybrać się na mecz z całą rodziną. Mało kto mówi jednak o tym, że władze polskich klubów od lat dość skutecznie walczą z tym problemem. Dziś na coraz większej ilości polskich stadionów zainstalowane są systemy



profesjonalnego monitoringu, działa także system identyfikacji osób przebywających na trybunach. Zamiast tego media głośno komentują przypadki przemocy na stadionach, co w rezultacie wypacza prawdziwy obraz polskiego kibicowania. Takie tematy sprzedają się bardzo dobrze, a zarazem niweczą cały wysiłek wkładany przez prawdziwych kibiców w zmianę tego stereotypu. Szkoda, że telewizja, radio czy prasa tak rzadko wspominają o akcjach dobroczynnych, które dzieją się za sprawą fanów piłki. Takich przykładów naprawdę można znaleźć wiele, niestety, aby się o nich dowiedzieć trzeba się dość dobrze naszukać. Inicjatywą godną pochwały popisał się ostatnio najbardziej znany klub kibica w Polsce, „Wiara Lecha” z Poznania. Kibice z „miasta koziołków” zorganizowali akcję, dzięki której do każdego przedszkola w województwie Wielkopolskim trafią odblaskowe kamizelki (50 tyś. sztuk), które podniosą bezpieczeństwo dzieci na drogach. Akcja ta została zaaprobowana przez władze Poznania. Kolejnym aktem dobrej woli kibiców może być inicjatywa fanów Śląska Wrocław, którzy dzięki swojej działalności dostarczą tysiące maskotek i zabawek do domów dziecka w okolicach Wrocławia. Polskie media milczały, gdy w 2008 r. w Częstochowie odbył się zjazd kibiców na Jasnej Górze w celu poświęcenia klubowych szalików. Do miejsca, które jest celem licznych pielgrzymek wiernych przybyło wielu fanów ponad 10 polskich drużyn! Podobne rzeczy dzieją się w Polsce na co dzień, niestety miejsce, jakie poświęca się im np. w gazecie, znajduje się często na ostatnich stronach wydania. Zgadzam się z opinią, że to media głównie kreują negatywny obraz polskiego kibica. Jednak nie są one jedynymi winnymi tej sytuacji. Tak jak w każdym wielkim stadzie owiec znajdzie się jedna lub kilka czarnych, tak samo wśród kibiców nie brakuje zwykłych rozbójników, którzy również przyczyniają się do kształtowania stereotypów. Nie mówię już o nielicznych bójkach, które niestety mają jeszcze miejsce na stadionach, ale które będą zawsze, gdyż tego po prostu nie da się wyeliminować. Mówię raczej o słynnych już przyśpiewkach, które ośmieszają władze Polskiego Związku Piłki Nożnej. W ostatnich miesiącach można było usłyszeć o „wojnie” między kibicami a PZPN. Jedyną bronią kibiców w tej walce były licznie petycje o zmiany struktur władz PZPN do siedziby włodarzy polskiej piłki oraz właśnie owe przyśpiewki na stadionach. Ostatnio na niemal każdym polskim meczu można usłyszeć, co to niektórzy kibice robią z PZPN… W mojej ocenie jest to działanie skandaliczne i co gorsza zupełnie bezsensowne! Czy ci „kibice”, którzy przeklinali na stadionach w obecności kilku tysięcy ludzi wnieśli coś nowego do polskiej piłki? Czy swoim zachowaniem zmusili PZPN do jakiegokolwiek działania? Odpowiedź na te pytania jest oczywista – nie. Takie postawy powinny być wykluczane ze sportu i dziwię się władzom polskiej piłki nożnej, że jeszcze nie wprowadziły żadnych sankcji za pojawianie się podobnych incydentów na stadionach. Garstka kibiców, którzy śpiewają takie rzeczy, kompromituje się tylko w oczach innych osób pogarszając przy okazji i tak kiepski już wizerunek polskiego kibica. Czy można jakoś temu zaradzić, gdy nikt oprócz samych zainteresowanych nie stara się poprawić wizerunku kibiców? Wydaje mi się, że istnieje kilka rozwiązań. Dla mnie najbardziej ciekawym pomysłem byłoby zorganizowanie profesjonalnej kampanii społecznej, w której znani piłkarze i osobistości ze świata kultury np.



aktorzy promowaliby kibicowanie bez przemocy i pokazywali liczne przykłady pozytywnego dopingowania, które mają przecież miejsce na polskich stadionach (piękne oprawy meczowe, transparenty czy konfetti). Dzięki takim działaniom, zwykli obywatele średnio interesujący się piłką nożną może dostrzegliby, że na meczu w Polsce wcale nie odgrywają się sceny z filmu „Wejście Smoka”. Na koniec chciałbym wykluczyć mój subiektywizm w ocenianiu kwestii czy polskie kibicowanie jest brutalne czy też nie. Nie jestem fanem żadnej z drużyn, nie zasiadam co tydzień w „młynie” z klubową koszulką i szalikiem, by razem z kolegami dopingować naszych piłkarzy. Jestem po prostu zwykłym obserwatorem, który patrząc z boku na to wszystko kibicuje jednej tylko drużynie i to nie piłkarskiej – Polsce. Rafał Guzik
Europejskie turnieje pił-karskie weszły w końcową fazę. Duże pieniądze, uz-nanie i sława. Już w maju poznamy najlepsze kluby Starego Kontynentu!


Dnia 12 maja na Nordbank Arena w Hamburgu o puchar Ligi Europejskiej (kiedyś Pu-char UEFA) zmierzą się an-gielski Fulham i hiszpański Atletico Madryt. Obie drużyny awansowały do finału po emocjonujących meczach pół-finałowych, odpowiednio z HSV Hamburg oraz FC Li-verpool. Ani Fulham, ani At-letico nie byli faworytami w swoich rywalizacjach. Zarów-no dla Fulham, jak i dla Atletico jest to szansa na pierwszy tak ważny tytuł. Przed finałem obie drużyny są w podobnej sytuacji. Atletico Madryt, który w Primera Division zajmuje 9. miejsce, nie jest w najwyższej formie, Fulham, plasujący się na 12. pozycji w angielskiej Premier-ship, też nie zachwyca swoja grą. Zapewne jeszcze większe emocje wzbudzi konfrontacja na najwyższym szczeblu Ligi Mistrzów. W Madrycie 22 maja zostanie rozegrany finał owych rozgrywek, mecz pomiędzy Bayernem Mona-chium a Interem Mediolan. Mistrz Niemiec dość pewnie rozprawił się w półfinale z Olympique Lyon, natomiast Inter po męczącym boju wyeliminował aktualnego mis-trza Europy – FC Barcelonę. Styl gry mistrza Włoch nakrę-ca często poruszany wśród sympatyków piłki nożnej temat: „Czy pasywna gra nie zabija istoty i piękna sportu?”. Możliwe, lecz trzeba przyznać, że agresywny, obronny styl zapewnił Włochom finał. Jest to zasługa jednego z naj-lepszych, jeżeli nie najl- epszego trenera na świecie, Jose Mourinho, człowieka nielubianego za swoją aro-gancję, lecz podziwianego za świetny zmysł taktyczny. Z drugiej strony, trener drużyny z Bawarii, Luis van Gaal przewyższa Mourinho oby-ciem i doświadczeniem – będzie to jego trzeci finał LM na ławce trenerskiej. Pewnym jest, że z rozgrywkami takiej rangi wiążą się wielkie pieniądze, prestiż, a nawet polityka – lecz miejmy nadzieję, że zwycięży zdrowa, sportowa rywalizacja. Marek Świszczorowski Dzień „Twojej Starej”
Teraz, kiedy jesteś du-żym dzieckiem, czas na zmiany. Najważniejsi stają się dla Ciebie znajomi. Co tam ro-dzina, ona zawsze sobie będzie.


Twój światopogląd uległ zmianie. Jednak gdy ktoś krytykuje Twoją matkę, nie potrafisz siedzieć bez-czynnie. Musisz jej bronić. Dlaczego? To proste. Tyl-ko Ty możesz wytykać wa-dy swojej rodzicielki, nikt inny. W domu jest to „mamu-sia”, przy znajomych natomiast „Twoja stara”. A jak, szpan musi być. Cofnijmy się jednak do czasów dzieciństwa. Pierwszy dzień w przed-szkolu. Pamiętasz? Płakałeś jak bóbr, gdy ukochana mama miała już odejść. Tuliła Cię do siebie i powtarzała, że będzie fajnie i że za kilka godzin po Ciebie wróci. Zrobiła tak, jak mówiła, a Ty głupi myślałeś, że Cię zostawi. Czekała na Ciebie ze zniecierpliwieniem wśród tylu innych mam. Ty pod-biegłeś do niej i mocno ją przytuliłeś. A początek szkoły? Nie pamiętasz jak z dumą niosłeś tytę, a wraz z Tobą kroczyła mama? Sprawiałeś pozory opano-wanego, jednakże zżerał Cię stres. Ze strachu ob-gryzałeś paznokcie, zresz-tą nie Ty jeden. Później było tak, jak mówiła ma-ma. Wcale nie tak źle. Poznałeś nowych kolegów, koleżanki i sympatyczną nauczycielkę. Wracając do domu byłeś dumny niczym paw ze swojej mamy. Nie można zapomnieć o dniu, w którym dostałeś pierwszą w życiu jedynkę. Z poczuciem porażki wró-ciłeś do domu, płaczliwym



głosem tłumacząc mamie, że nie chciałeś. Ona pogłaskała Cię po głowie i powiwedziała, że nic się nie stało. Dodała też przysłowie: „uczeń bez jedynki, to jak żołnierz bez karabinu”. Twoją twarz roz-świetlił uśmiech i z pokorą odrabiałeś zadania domowe. Do mamy biegałeś z różnymi problemami. Kiedy skaleczy-łeś nogę, kto Ci ją opatrzył? Kiedy byłeś smutny, kto Cię pocieszył? Kto szedł z Tobą na huśtawki, gdy babcia nie miała czasu? Przypomnij sobie też jak to było, gdy ktoś zjadł Twojego cukierka. Kto Ci wtedy poprawiał humor i częstował najsłodszą czeko-ladką? Oczywiście mama. Była dla Ciebie najważniejsza, najukochańsza i najpięk-niejsza. Nie wyobrażałeś sobie bez niej życia. A teraz? Z pewnością nie jest już tak jak dawniej. Wiesz, że w razie problemów możesz się do niej zwrócić, jednak rzadko to robisz. Wolisz przyjaciół! Zresztą, to TYLKO Twoja matka. Przypomnij sobie teraz, że to właśnie Twoja mama nosiła Cię pod sercem 9 miesięcy. Nie raz dałeś jej popalić. Ona jednak zapomniała o całym bólu, gdy posłałeś jej swój pierwszy uśmiech. Później robiłeś to z równie silnym entuzjazmem, bo wiedziałeś, że sprawia jej to przyjemność. Teraz wiele rzeczy się pozmieniało, ale



mama się nie zmieniła. Fakt, może przybyło jej lat, ale Tobie też. Nic nie zniszczy więzi, która wzmocniła się przez te wszystkie lata. Najwyższy czas trochę spoważnieć i zdać sobie sprawę z tego, że gdyby nie ona, nie byłoby Cię na świecie. Dni mijają i macie ich coraz mniej. Co zrobisz, gdy jej zabraknie? Choć raz w życiu spraw by 26 maja był dniem szcze-gólnym i dla niej i dla Ciebie. Zmień swoje postępowanie, żebyś póź-niej nie żałował, że poświęcałeś jej za mało uwagi. Wystarczy że kupisz symbolicznego kwiatka lub pudełko czekoladek. Cieszcie się razem tym dniem, bo spędzone razem chwile są bezcenne. Nie licz na to, że jeśli będziesz w potrzebie to znajomi Ci pomogą. Oni zostawią Cię na lodzie, a Twoja matka nie. Kiedy byłeś mały, czepiałeś się jej spódnicy i ani się obejrzysz, a będą to robiły Twoje dzieci. I to Ty będziesz dla nich wszystkim. Ich własnym, prywatnym słońcem. Marta Pawłowska Kilka prawd o branży.
Amelia, lat 7, śliczna blondyneczka o dużych, przestraszonych oczach. Pociągła buźka, rysy jaku aniołeczka. Jej mama – wysoka brunetka, o kobiecych kształtach, długość nóg – ponad przeciętną.


Gdy idzie ulicą wiele głów (nawet kobiecych) odwraca się za nią. Była modelka. Ale urodziła – musiała pożegnać się z karierą. Bo pojawiły się rozstępy, blizna na brzuchu po cesarskim cięciu, parę centy-metrów za dużo w biodrach i talii, a nie tak łatwo od razu to wyeliminować. Na jej miejsce weszła nowa krew, być może dziewczyna złapana przez skauta* na przystanku autobusowym, albo pasjonatka, która sama się zgłosiła. Mała Amelia wychowuje sięw domu, gdzie do obiadu ogląda się „Fashion TV”, każdy ma osobną garderobę, a po mieszkaniu nigdy nie chodzi się w „starym, powy-ciąganym dresie”. Przymierza ciuchy mamy, krzywo maluje usta czerwoną szminką i robi miny do lustra. Gdy dorośli pytają, kim chciałaby zostać w przyszłości, bez sekundy wahania odpowiada: „modelką”. Amelia ma 16 lat. Ciągle na diecie, katuje się ćwiczeniami, byle nie przytyć. Matka nie chce, by weszła do branży, dlatego każe jej normalnie jeść i zabrania trenować w takich ilościach. Nastolatka upycha obiad po kieszeniach. Czasem też wkłada szczoteczkę do zębów daleko do gardła. Kwaśny smak w ustach jest potem nieprzyjemny, ale działa. Waga nie idzie w górę, stopniowo nawet spada! Jest z siebie dumna, znowu okazała się silniejsza! Robi sobie zdjęcia i pota-jemnie wysyła do agencji. Jedna się odzywa i zaprasza do siebie. Amelia prosi pełnoletnią kuzynkę, żeby z nią poszła. Wszystko w tajemnicy. Mierzona jest przez bookerkę*, która wykrywa fałsz w wy-



miarach. Oczywiście na nieko-rzyść. Biorą ją na polaroidy* pod warunkiem, że pozbędzie się tych dwóch centymetrów w talii. Gorliwie przytakuje. Jednak ma krzywy rozstaw nóg. Coś nie tak z jednym zębem. Nie będą budować książki*, nie będzie testów*. Przynajmniej nie w tej agencji. Może spróbować w innej. Ile jest takich przypadków? Ile dziewczyn w wieku 13 - 17 lat marzy o karierze modelki i katuje się, by pozować do zdjęć na Hawajach, być na okładce „Vogue’a” i chodzić po wybiegach Mediolanu? Ostatnio coraz więcej. Przez łatwy dostęp do Internetu i telewizji propagujących chudość i „modelowe” piękno, dyrektorzy marketingu narzucają idealny wizerunek – długie, miękkie włosy, duże oczy, pełne usta, pociągła twarz, wystające kości policzkowe. Wymiary: 85 – 58 – 88. Bądź mniej. Tak, kanon piękna się zmienił. Im chudsze, tym lepsze. W modelingu nie masz być ładna. Masz być charakterystyczna, by to właśnie ciebie zapamiętali. Masz przykuwać uwagę, by kupili ciuchy, które na tobie wiszą. Tak, wiszą, bo jesteś wieszakiem. Schematyczne pozy i miny – tego musisz się nauczyć. Najlepiej, żebyś umiała grać w tenisa. Pływanie na jachcie – twój plus. Bądź silna psychicznie, tu nikt nie będzie traktował cię lepiej niż manekina do prezentowania ciuchów. Trzeba chodzić wzdłuż prostej linii, poruszając biodrami, kolana prawie się ocierają. Kamienny wyraz twarzy, tajemniczość i lekce-ważenie najbardziej działają na odbiorców. Niedawno napisali gdzieś, że zmienia się kanon piękna. Że teraz będą modelki o pełnych kształtach, zbliżone do kobiet na ulicach, bo to one kupują ciuchy, i to do nich skiero-wane są kolekcje. To niepra-wda. Świat mody zmieni się, gdy projektanci zaczną szyć ciuchy w rozmiarze 10/12* i swoje pokazy obsadzą „normalnymi” modelkami. Bo wszyscy poza branżą zgodnie twierdzą, że widok dziewczyny o kształtach 13 – letniego chłopca nie jest seksowny. Nie ma na razie co się łudzić, że będzie rewolucja. Zbyt wiele gotowych do katego-rycznych poświęceń jest dziewcząt, rynek sam się napędza. A fotograficy popadają w skrajności. Albo propagują szkieletory, albo brzydko otyłe osoby, które mają promować „kobiece kształty”. Nie wiem, kiedy i czy w ogóle sytuacja się unormuje, ale jedno jest pewne – jesteśmy tylko narzędziami w ich rękach. Podatnymi na reklamę, których zadaniem po obejrzeniu pokazu lub sesji jest „podłapanie” nowych trendów i spowodowanie myślenia, że to, co mamy w szafie, jest już „out”. Choć ani to czasem gustowne, ani piękne. Prawdą zaś jest to, że piękno to coś, co podoba się całkiem bezinteresownie. W świecie mody, nie ma na to miejsca. 1* - skaut – osoba zajmująca się wyszukiwaniem nowych twarzy np. na ulicach i ściąganiem ich do agencji 2* - bookerka – w agencji zajmuje się nowymi twarzami 3* - polaroidy – zdjęcia robione przez agencję na początku, które wychwytują wszystkie „niedoskonałości” 4* - książka – inaczej portfolio, im więcej sesji w nim tym lepsze 5* - testy – inaczej zdjęcia próbne 6* - rozmiar 10/12 to odpowiednik naszego 38/40 Nikola Bochyńska Kto lepszy, kto potrzebniejszy?
Pytanie, kto jest najpotrzebniejszy w społeczeństwie i dyskusja nad nim przypomina nieco odwieczną debatę na temat wyższości zupy grochowej nad pomidorową. Bo przecież, powtarzając za Tuwimem, należałoby powie-dzieć, że „wszyscy są dla wszystkich”.


Gdzieś jednak wyszedł nam, znowu (a może był obecny zawsze?), w naszym polskim internetowym harmidrze, spór humanistów z matematykami (wyrażenie umowne, proszę pamiętać, liczę tu wszystkich inżynierów itp.). I powracają stare, i trochę obraźliwe dla humanistów fragmenty, że nie zajmują się matematyczną częścią nauki, bo jej po prostu nie ogarniają, albo są leniwi, a w ogóle to da Vinci jest sztandarowym przykładem humanisty, a i pojazdy projektował. Atakowani odpierają zaczepki mówiąc o swoim uduchowieniu i tak dalej. I tak obie strony przesadzają. Są również i takie jednostki, które twierdzą, że cały ten podział i spór jest śmieszny, i w ogóle nie powinien mieć miejsca. Mądry inżynier metalurgii powinien umieć także określić, jak do teatru absurdu ma się Tango Mrożka, a doktor nauk historycznych nie mieć problemu z rozwiązaniem równania wymiernego. I teoretycznie nie miałby tu nic do rzeczy fakt, że ci ludzie zajmują się w życiu czymś zupełnie innym, i czemuś innemu poświęcili dni, w których przyswajali najwięcej informacji. I że temu metalurgowi do niczego wiedza o Mrożku, a historykowi równania mogą przydać się wyłącznie przy analizie wskaźników ekonomicznych, z, powiedzmy, okresu czarnej śmierci w Europie. A przecież od tego, z kolei, są ludzie, którzy zajmują się ekonometrią. Kto ma rację? Wszyscy. I nikt. Jedynym powodem takiej sytuacji jest to, że nie da się dokonać żadnego prawdziwego uogólnienia. Jasne, że w grupie humanistów ukrywają się nie tylko ci, którzy chcą tam być, lecz również ci, którzy poddali się zupełnie przed nauką matematyki. A w drugiej grupie postanowili przezimować ci, którzy wmawiają sobie, że na nic im się ta literatura nie przyda, i że czytać tego zupełnie nie warto, bo nikogo się tym nie nakarmi. A przecież są i tacy (to tylko przypuszczenie, lecz z dużą dozą prawdo-podobieństwa, że jest prawdziwe), którzy zawodowo zajmując się historią, interesują się odkryciami ze świata nauki. W drugą stronę na pewno ma miejsce podobna sytuacja. Czyli można? Można. Ale wcale nie trzeba. Bo przecież nie trzeba znać się na literaturze polskiego romantyzmu, żeby być świetnym specjalistą od energetyki gazowej. Trzeba, na szczęście czy nie, znać się najpierw doskonale na tym, co się w życiu robi. Zmuszanie się do rzeczy, które nas wcale nie interesują i tak nie przyniesie żadnego dobrego efektu. Nikomu na nic się nie przyda pozowanie na człowieka wszechstronnych zainteresowań i szerokich horyzontów, więc i niewłaściwie kogoś za to krytykować. Nie, humaniści nie są lepsi od matematyków, matematycy nie są lepsi od humanistów. Wszyscy dla wszystkich, racja. Marek Suska