Musisz zainstalować flash player pobierz instalator












(Nie)spełnione marzenie w cieniu tragedii STR. 18 Kino nie całkiem grzeczne STR. 33 Polemika STR. 90

SPIS TREŚCI

- tekst z całą pewnością wyjątkowy. W tamtym miesiącu Sandra dzieliła się z nami swoją radością z faktu, że pierwszy raz w życiu pojedzie na niemiecką Love Parade. Nie mogła, jej plany uległy zmianie. „Niestety” byłoby tu mocno nie na miejscu, trzeba raczej powiedzieć „na szczęście”. Całe szczęście, Sandro, że Cię tam nie było. Tunel w Duisburgu stał się ostatnim miejscem pobytu dla dwudziestu młodych osób. Być może można było zorganizować to lepiej, być może można było zrezygnować z parady, jeśli nie było dla niej odpowiedniego miejsca. Teraz jest już za późno i można tylko pytać: jak to się stało? Serdecznie polecamy zapoznanie się z tym właśnie tekstem. Tak osobisty nie zdarza się często. – relacja Elżbiety Janoty z festiwalu kina Lesbian Gay Bisexual Transgender z nutą refleksji na temat homofobii w ogóle – co „drugi najsłynniejszy duet dziennikarski redakcji Outro” ma do powiedzenia na temat homoseksualizmu i wierności. Krzyż na drogę STR. 73 Weźmy krzyż na codzienną drogę W labiryncie snów STR. 40 „Kino kobiece? Kino męskie?” Nonsens. „Ekstrak(l)asa” STR. 86 Nerwy+telewizor=katastastrofa

SPIS TREŚCI

– spojrzenie Marcina Jasińskiego na ostatnie wydarzenia mające miejsce w stolicy, czyli o tym, że „Nasz kraj po raz kolejny się ośmiesza”… STR. 75 …i odpowiedź Marka Suski, który – broniąc go – twierdzi, że „Polska to nie najdziwniejszy kraj na świecie.” – recenzja goszczącego od niedawna na ekranach naszych kin filmu „Incepcja”, czyli gratka dla fanów kina hollywoodzkiego z górnej półki. STR. 42 – recenzja klasycznych już niemal „Godzin”, czyli jaki powinien być film, aby poruszyć wymagających dziennikarzy Outro. – Rafał Guzik o tym, dlaczego Polska jest rajem dla piłkarzy, jak destrukcyjny wpływ mają na nasz rodzimy football pieniądze (czyli dlaczego klubowi z Katowic łatwiej jest kupić zawodnika z Zimbabwe niż z Gliwic) i co zrobić, żeby nasi piłkarze „dowiedzieli się, co to znaczy latać po boisku”. STR. 48 – czyli okiem najbardziej uszczypliwego felietonisty Outro o tym, jak skutecznie i nie wstając z fotela przyprawić się o nielichy ból głowy. Sposób na festiwale muzyczne STR. 15 Notka biograficzna Urodzinowa katastrofa Wakacje. Kurtyna…? Letni szał ciał STR.

SPIS TREŚCI

– Magdalena Kondracka o łączeniu przyjemnego z pożytecznym, czyli sposobie na uczestniczenie w wakacyjnych wielkich wydarzeniach muzycznych bez wydawania na to połowy zaoszczędzonych na lato pieniędzy. Festiwalowy wolontariat okiem Outro. STR. 28 - Alexandre Desplat – o jednym z największych kompozytorów muzyki filmowej, twórcy soundtracków do takich obrazów jak „Królowa” czy „Księżyc w Nowiu”. STR. – felieton Marty Pawłowskiej o tym, czego spodziewać się w swoje urodziny i jakie mogą być blaski i cienie tego, dla wielu najważniejszego, dnia w roku. STR. 55 – Basia Man o tym, co robić, aby w wakacje wobec braku premier nie zostać całkowicie odciętym od wydarzeń teatralnych, spojrzeć na tę dziedzinę sztuki z innej strony, a być może nawet spróbować własnych sił na scenie i odkryć w sobie nową pasję. - naczelna modowa specjalistka Outro o tym, co zrobić latem, aby wyglądać stylowo i wygodnie, nie wydając na to wszystkich oszczędności. Ogólnopolska gazeta młodzieżowa

STOPKA REDAKCYJNA

Kontakt: redakcja@outro.pl/ outro.redakcja@o2.pl Rekrutacja: rekrutacja@outro.pl Strona internetowa: www.outro.pl/ Forum: www.forum.outro.pl Redaktorzy naczelni: Monika Toppich Kamil Wiśniowski Sekretarz redakcji: Marek Suska Korekta: Magdalena Kelniarz Martyna Kłopeć Jagoda Migoń Agnieszka Dydacka Betina Stanossek Kultura: Aleksandra Bieniek Elżbieta Janota Paulina Rzymanek Martyna Dyjak Joanna Osada Anna Żmuda Sandra Kałuża Anna Wodzicka Martyna Kocenda Magdalena Grzywna Barbara Man Społeczeństwo: Marta Pawłowska Nikola Bochyńska Maciej Kulina Marcin Jasiński Rafał Guzik Agata Hajduk Anna Jasińska Szymon Jelonek Magdalena Kondracka Marek Świszczorowski Współpraca: Aleksandra Grzelczyk Martyna Nowak Strona internetowa: Krzysztof Rudlicki Grafiki: Angelika Marchewka Dorota Lip Fotografowie: Paula Wyciślok Ewa Mirkowska Marta Krzywda Karolina Rejdych Skład: Michał Boruta Jakub Knopek ............................................ Na okładce - Nicol Colga fot. Karolina Rejdych Na okładce dodatku - Klaudia Pzybyłek fot. Karolina Rejdych





WSTĘPNIAK

Znajdź element, który nie pasuje Takie hasło wygłasza większość kolorowanek i zeszytów dla małych dzieci. Z racji wakacyjnego wypoczynku, również na strony Outro wkradła się łamigłówka – okładka poprzedniego numeru była jednocześnie zapowiedzią kolejnego przygotowanego przez nas wydania specjalnego. „Pilnie poszukuję wakacyjnej pracy…” to tak naprawdę mała kryptoreklama dodatku o pracy dla uczniów i studentów. Mamy nadzieję, że przyda Wam się być może jeszcze w wakacje lub w czasie roku szkolnego i akademickiego. Zbliżający się koniec wakacji zmusza do pewnych podsumowań. Zwłaszcza, że już niedługo będziemy świętować rok od zarejestrowania gazety w systemie qmam (rocznica powstania redakcji planowana jest jednak na październik). Wytknięto nam ostatnio, że nie zrealizowaliśmy wszystkich, jakże ambitnych na początku, planów i mimo, że gazeta się rozwinęła, nie jest na takim poziomie, jak zakładaliśmy w śmiałych marzeniach. Bilans zysków i strat pokazuje jednak, że ekipa powiększyła się kilkukrotnie, numery wydawane są w terminie i (mamy nadzieję) są na coraz wyższym poziomie, a ponadto zyskaliśmy uznanie w kraju. Oczywiście realizacja kilku wymyślonych przez nas projektów wymaga nieco więcej czasu niż początkowo sądziliśmy, jednak mamy nadzieję, że przy dobrej woli z każdej strony, uda się już niedługo je sfinalizować. Nie zanudzając Was, w sierpniu jedynie do minimum ograni-czyliśmy teksty polityczne, aczkolwiek zapraszamy do zapoznania się z felietonem i polemiką na temat „wojny krzyżowej”. Nie znajdziecie tekstów o szkole czy studiach, za to mnóstwo o muzyce, książkach czy filmach, a także wywiad, czy relacje z najważniejszych imprez muzycznych. I wiele więcej. Jednocześnie zapraszamy na naszą stronę – outro.pl i na istniejące tam forum. Czekamy na wszystkie Wasze propozycje i pomysły odnośnie działalności gazety. Bez zbędnego współczucia dla fundacyjnej drukarki, prezentu-jemy kolejne, równie bogate wydanie miesięcznika Outro. MiK







Co z tym sierpniem?
Ponad połowa wakacji już za nami. Większość z nas podróżowała gdzieś w lipcu, często w nie jedno miejsce. Polacy coraz częściej wyjeżdżają za granicę. Młodzież wybiera zwykle obozy wakacyjne i wypady z rodzicami. Starsi mogą sobie pozwo-lić na indywidualny wyjazd z przyjaciółmi, jeśli stan portfela jest dostatecznie wysoki. Jest jednak grupa osób, które cały lipiec spędziły w rodzinnych stronach i dopiero na sierpień zaplanowały sobie wymarzony odpoczynek.
FELIETON

Pierwsze pytanie, jakie nasu-wa się na myśl, to takie, czy dobrze zrobiły. Zacznijmy od pogody. Trzeba szczerze przyznać, że lipiec jakoś szczególnie nas nie rozpiesz-czał. Dosyć często odwiedzały nas deszczowe chmury, z których nie raz padało. Temperatura nie spadała zwykle poniżej 20 stopni, jednak fani wielkich upałów mieli jedynie poszczególne dni na nacieszenie się żarem z nieba. Czy w takim wypadku lepiej było zostać w lipcu w domu czy gdzieś wyjechać? Zapytałem wielu znajomych i większość zgodziła się ze mną, że lipiec to miesiąc, w którym przeważnie powinno się wyjeżdżać. Osoby kończące rok szkolny 25.06 miały zwykle dość szarej codzienności w miejscu zamieszkania i chętnie wybierały się na wyprawy nad morze, w góry lub za granicę. Sierpień to tymczasem mie-siąc, w którym wypoczywa się „po wyjazdach” i przy okazji zbiera energię na nadchodzący rok szkolny. Wakacje to zawsze bardzo indywidualna sprawa dla każdego, dlatego zachęcam do przemyśleń po zakoń-czonym niedawno lipcu. Wciąż jest jeszcze dużo czasu, aby zgadać się ze znajomymi lub rodziną i wyjechać jeszcze w ostatnich tygodniach urlopu. Według synoptyków drugi miesiąc wakacji ma obfitować w lepszą pogodę, aniżeli pierwszy. Ja osobiście preferuję jedynie dwu- i trzydniowe wyjazdy w sierpniu, lecz odpowiedź na tytułowe pytanie pozostawiam Tobie, Drogi Czytelniku. Maciej Kulina Sepkultura Beirut Gojira

MUZYKA

17 sierpnia we Wrocławiu w Klubie Alibi odbędzie się koncert jednego z najpopu-larniejszych zespołów na świecie. Gościnnie wystąpi również amerykańska for-macja Crowbar, hiszpańska grupa Hamlet oraz Armed For Apocalypse z USA. Bilety kosztują 65 złotych w przedsprzedaży oraz 75 w dniu koncertu. Bad Religion We wtorek, 17 sierpnia w Pa-rku Sowińskiego w Warszawie będzie miał miejsce zupełnie nowy festiwal rockowy. Głów-ną gwiazdą będzie zespół Bad Religion, który przyjedzie do Polski po raz pierwszy. Związane jest to z okrągłą, trzydziestą rocznicą powstania grupy, która świętowana jest na specjalnej trasie koncertowej "30th Anniver-sary Tour". Na festiwalu zaprezentują się jeszcze polskie grupy: Maypole, CF98 oraz The Black Tapes. Cena biletu to 125 złotych. Data: 17 sierpnia 2010 Start: 19:00 Miejsce: Klub Stodoła, ul. Batorego 10, Warszawa Bilety: 89,00 PLN Data: sierpnia 2010 Godzina: 14:49 Miejsce: Klub Stodoła, ul. Batorego 10, Warszawa Vader Dub FX PEPSI ROCKS!

MUZYKA

Fani grupy Vader będą mieli sporo okazji, by uczestniczyć w koncertach organizowanych z okazji trasy koncertowej "Głosy z Otchłani (De Profundis 1995-2010)". Koncerty odbędą się: 20 sierpnia w Gdyni w Klubie Ucho, 22 sierpnia w Kutnie w Klubie 73, 24 sierpnia w Ostrowie Wielkopolskim w Klubie Afera oraz 25 sierpnia w Gliwicach w Rock'a Music Club. Jeśli mimo wszystko, nie uda się wam zdążyć na żaden z tych koncertów, Vader zagra również na 30 edycji koszalińskiego festiwalu Generacja, który odbędzie się w dniach 20-21 sierpnia w Amfiteatrze. Pierwszy dzień będzie okazją do prezentacji dla młodych kapel, natomiast drugiego dnia zagra właśnie Vader oraz Napalm Death. Bilety za 40 złotych w przed-sprzedaży, 60 złotych w dniu koncertu. Data: 18.08.2010 Miejsce: Kraków, CK Rotunda, ul. Oleandry 1 Start: 20:00 Bilety: 45 zł w dniu koncertu presents ROCK BATTLEFIELD – Dig The Hole vs. Jack Input Data: 17.08.2010 Miejsce: Hard Rock Cafe Warsaw, ul. Złota 59 Start: 21:30 Wstęp wolny Coke Live Music Festival Orange Warsaw Festival

MUZYKA

Reggae Dub Festival Z piątku na sobotę, 27 i 28 sierpnia odbędzie się już XI edycja festiwalu, który miał swoje skromne początki w 1999 roku pod nazwą Regałowisko. Bilet jednod-niowy kosztuje zaledwie 20 złotych, natomiast karnet 30. Więcej informacji można znaleźć na stronie internetowej www.regalowisko.pl Z kolei w dniach 20-21 sierp-nia w Krakowie w Muzeum Lotnictwa Polskiego odbędzie się jedno z najważniejszych polskich imprez muzycznych. Na trzech scenach będzie można słuchać największych krajowych i międzyna-rodowych artystów, w sumie wystąpi około trzydziestu wykonawców. W tym roku organizatorzy największy nacisk postawili na muzykę rockową, a największą gwiazdą ma być brytyjskie trio Muse. Wystąpią: Muse, Chemical Brothers, N.E.R.D., 30 Seconds to Mars, Muchy, Sofa, CF98, Eldo, Rotten Bark, Plastic, Sokół, Mosqitoo,donGURALesko, Irena, Panic At The Disco, The Big Pink. Kolejne dwa dni, mianowicie weekend 28 i 29 sierpnia, to Orange Warsaw Festiwal odbywający się na Torze Wyścigów Konnych na Słu-żewcu. Festiwal, odbywający się w tym roku pod hasłem: "Dla wszystkich tych, dla których muzyka jest najważniejsza na świecie", z udziałem takich gwiazd jak Nelly Furtado czy Ag-nieszka Chylińska i Edyta Bartosiewicz, będzie miejscem spotkania tysięcy fanów muzyki z całego kraju. Bilety w cenach 59 na jeden i 99 na dwa dni festiwalu. Aktualne polityczne zawirowania w naszym nadwiślańskim kraju w dużej mierze opierają się na próbach domknięcia budżetu państwa. Podobna sytuacja niejednokrotnie ma miejsce w trakcie planowania wakacyjnych wypadów, chociażby na festiwale muzyczne, których przecież bez liku. Czasem musimy z czegoś zrezygnować, przeznaczyć mniejszą kwotę pieniędzy na realizację muzycznych przygód... Ale po co? Zawsze jest przecież opcja „baw dobrze się za darmo... wolontariuszu.”
Sposób na festiwale muzyczne
MUZYKA

Parę lat temu, kiedy moje dotąd bardzo chwiejne i zmienne gusta muzyczne ustabilizowały się na tyle, że byłam w stanie konkretny gatunek czy wykonawcę ochrzcić mianem tego jedynego słusznego, zaczęłam rozglądać się po ofercie wakacyjnych festiwali muzycznych. Przyciągały gwiazdami o międzynarodowej sławie, wirtuozami, legendami i gwarancją dobrej zabawy, a już z całą pewnością zapewniały doświadczenia o wiele bardziej autentyczne niż słuchanie muzyki z iPoda w tramwaju. Przyciągały, ale też i... odpychały. Jak łatwo się domyśleć, czynnik cenowy brutalnie przywoływał mnie do rzeczywistości, lokując muzyczne orgazmy pod gigantyczną sceną w sferze marzeń. Trwałabym w tym smutnym stanie bez możliwości posłuchania muzyki na żywo do dziś, gdybym przypadkiem nie dowiedziała się o poszukiwaniach wolontariuszy do obsługi najróżniejszych imprez masowych I... przygoda ruszyła na dobre! Zostanie wolontariuszem na koncercie czy popularnym festiwalu wbrew pozorom nie jest trudne. Organizatorzy często odpowiednio

MUZYKA www.mmlodz.pl

wcześnie (na kilka miesięcy przed danym wydarzeniem) na swojej stronie internetowej podają stosowne wymagania odnośnie przysz-łych wolontariuszy i namiary na osobę odpowiedzialną za rekrutację. W większości przypadków wystarczy wypełnić specjalny formularz, podpisać z organizatorami eventu umowę o wolontariacie i...voila, pakuj się i wskakuj do pociągu! Proste, prawda? Praca wolontariusza ma oczywiście i swoje dobre, i złe strony. Z plusów zdecydowanie wysuwa się możliwość uzyskania karnetu lub biletu za darmo lub ze zniżką. Jako wolontariusz jesteś w centrum wydarzeń, masz niesamowitą okazję zobaczyć od kuchni organizację i funkcjonowanie życia festiwalowego, a i czasem poznania zapro-szonych gości, cyknięcia sobie pamiątkowego zdjęcia lub nawet dodania do znajomych na Facebooku. A minusy? Przede wszystkich w pierwszej kolejności pracujesz, dopiero potem bawisz się z pozostałymi uczestnikami. Przeciętnie trzeba być w pełni dyspozycyjnym przez ok. 6-8 godzin, co oczywiście oznacza, że spożywanie alkoholu lub środków odurzających w tym czasie jest surowo zabronione. Bardzo często, po kilku godzinach ostrej harówki przy rozstawianiu sprzętu na scenie lub sprzątaniu mobilnych toalet, zabawy czy dzikie pogo pod scenę to ostatnia rzecz, na którą człowiek ma ochotę. Z tym też trzeba się liczyć, decydując się na tę opcję. A i to nieszczęsne sprzątanie toalet, wspomniane przed chwilą... Tak, tak, w związku z tym, że potrzebni są ludzie dosłownie do wszystkiego, może okazać się, że będziesz mieć mało zaszczytną rolę (ale przecież nie niepotrzebną) w pozbywaniu się resztek organicznych i innych śmieci z popularnych toalet firmy Toi Toi. Ale ekipa sprzątająca oczywiście nie jest tą, do której trafienia życzę czytelnikom

MUZYKA

Outro! Są grupy informacyjne, obsługujące punkty medyczne, pracujące na kasach biletowych czy straganach z festiwalowymi pamiątkami i wiele, wiele innych. Jak widać wybór jest szeroki i każdy jest w stanie znaleźć coś na miarę swych zainteresowań i umiejętności. Nie chcąc wyjść na osobę niezorientowaną w temacie, pozwolę sobie wymienić kilka popularnych imprez, podczas których osoby mi znajome udzielały się w charakterze wolontariusza. I są to m.in. SLOT Art Festival, Międzynarodowy Festiwal Filmowy Era Nowe Horyzonty, Tauron Festiwal Nowa Muzyka, Odyseja Umysłu (odbywa się jednak zimą), Assymetry Festival i wiele, wiele innych. Dodam też, że wszystkie te osoby wypowiadały się w samych superlatywach o doświadczeniach zdobytych w roli wolontariusza do tego stopnia... Że w tym roku i ja spróbuję swoich sił! I z całą pewnością podzielę się w Outro wrażeniami z pierwszej ręki. Magdalena Kondracka (Nie)spełnione marzenie w cieniu tragedii
Ten artykuł miał wyglądać całkiem inaczej. Miała to być kolorowa, przepełniona zachwytem relacja z mojego pobytu w Duisburgu na Love Parade. Miały być liczne opisy, zdjęcia, komentarze moje i innych osób. Ale coś nie poszło zgodnie z planem...
MUZYKA

Wszystko było załatwione: termin wyjazdu, pobyt, plan. Walizki prawie spakowane. Ogromna radość i entuzjazm. Miało się spełnić moje marzenie. Love Parade. Dla takich miłośników muzyki elektronicznej jak ja, parada jest świętem, a może i świętością. Odkąd pamiętam, zawsze czekałam na wakacje, by w pewne lipcowe, sobotnie popołudnie spędzić na oglądaniu relacji live z Love Parade. Dlatego teraz, gdy wreszcie mogłam jechać, mój świat zawirował ze szczęścia. Parę tygodni później ten świat mi się nieco zawalił, ponieważ nowo otrzymana praca uniemożliwiła mi wymarzony, upragniony wyjazd. Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym nie zobaczyła przynajmniej relacji. Punkt 14:00 zaczęło się odliczanie, a z głośników, z początku cicho, a później coraz głośniej, wydobywał się hymn „The Art of Love”. Za mikserem pojawił się jego autor Anthony Rother, a na scenę wchodzili kolejno mężczyźni i kobiety w bieli, w ręku trzymając flagi z logiem parady. Wrażenie? Dreszcze mnie przechodziły. Nie tylko mnie. Siedząca obok siostra przeżywała to samo. Zewsząd płynęła muzyka, przejeżdżały platformy z muzykami i kolorowymi tancerkami. To miało być święto. Duisburg. Dziś już prawie każdy wie gdzie leży, choć jeszcze parę dni temu tylko miłośnicy techno zaprzątali sobie głowę takimi informacjami. 20 osób nie żyje, ponad 300 jest rannych. Nasuwa się pytanie: jak to jest możliwe? Przecież Niemcy są bardzo dokładni, takie wypadki się tam nie zdarzają. A jednak. Po godzinie 18.00 w tunelu, który prowadził na plac, gdzie

MUZYKA

odbywała się Parada Miłości, wybuchła panika. Niemieckie media mówiły o tłumie, który zaczął napierać na siebie. Z jednej strony szli wychodzący z Parady, z drugiej ci, którzy szli w kierunku sceny. Doszło do zderzenia, w wyniku którego przerażeni ludzie zaczęli przepychać się do wyjścia. Świadkowie mówią, że brakowało też powietrza. Zginęły osoby w wieku 18-38 lat. Byli wśród nich Niemcy, a także obcokrajowcy z Włoch, Holandii, Australii, Chin, Bośni i Hiszpanii. Gdy tylko rozpoczęła się relacja, od razu rzucił mi się w oczy teren, na którym odbywała się Parada. Zdecydowanie za mały. Na środku jakieś budynki po starym dworcu kolejowym i wbudowana w to główna scena. Zastanawiałam się, gdzie będzie przejeżdżało te kilkadziesiąt platform. Jak później się dowiedziałam, teren Love Parade mógł pomieścić ok. 300 tys. osób. To niewiarygodne! Kto pozwolił na to, żeby impreza mogła odbywać się na tak małej powierzchni?! Z roku na rok na Love Parade zjeżdża się coraz więcej fanów. Przecież w 2008r. w Dortmundzie, Parada odbywała się na zamkniętej z tej okazji autostradzie i pojawiło się wtedy ok. 1,6 mln osób! To właśnie ze strachu, że miasto nie pomieści takiego ogromu osób, Bochum zrezygnowało w 2009r. z organizacji Parady Miłości! Jak w takim razie doszło do tego, że Duisburg był przygotowany na 300 tys. osób? Ostatni raz tyle osób pojawiło się na tej imprezie 15 lat temu! W Duisburgu pojawiło się 1,4 mln osób. Nieoficjalnie mówi się nawet o 2 milionach. Jeszcze raz pytam: jak doszło do tego, że przez lekkomyślność i zaniedbania organizatorów zginęło 20 osób? Świadkowie mówią, że otwarte było tylko jedno wyjście – feralny tunel. Dlaczego inne wyjścia nie były udostępnione? Reiner Schaller, organizator imprezy, oświadczył, że to już koniec Love Parade. "Uczynimy wszystko, by pomóc w wyjaśnieniu tragedii. Love Parade zawsze była pokojową i radosną imprezą. Jednak zostało to całkowicie przysłonięte przez wczorajsze wydarzenia". 20 osób nie żyje, ponad 300 jest rannych. Dla wielu z nich, jak i dla mnie, uczestnictwo na Love Parade było marzeniem. Marzenie, za które musieli zapłacić życiem. Choć byłam zła, że mnie tam nie ma, teraz się zastanawiam, czy gdybym tam była, czy to nie ja byłabym jedną z ofiar? Choć bardzo mi przykro, że Parada już się nie odbędzie, dziś wiem, że dobrze się stało, że nie pojechałam. Ktoś u góry miał dla mnie lepszy plan. Sandra Kałuża Jest w roku parę takich dni, na które czeka się z niecierpliwością. Najdłuższy z tych ok-resów to zdecydowanie wakacje, z oczekiwanym przeze mnie i moich przyjaciół Przys-tankiem Woodstock. Istnieje wiele wspaniałych uczuć, jednak nie sądzę by coś było bardziej specyficznego od narastającej adrenaliny, nasilającej się wprost proporcjonalnie do ilości przesiadek podczas jazdy pociągiem.
Przystanek Woodstock
RELACJA

Sama podróż to już frajda. Ludzie jadący do Kostrzyna z całej polski, potrafiący się dogadać, śmiać... To wspaniałe. Po lekko męczącej podróży jesteśmy na miejscu. Wysiadka z pociągu zwiastuje, że na parę dni zaczyna się inne życie. Parę tysięcy ludzi idzie przez ulice miasta, by dotrzeć na największe pole, jakie do tej pory widziałam - Przystanek Woodstock. Wśród tych osób ktoś się wydziera, ktoś śpiewa, ktoś się śmieje, rozmawia, milczy... Przez tych parę dni nie będzie ci przeszkadzał fakt, że nie znając człowieka śpiewasz z nim piosenki Pidżamy Porno, czy jakiekolwiek inne. Podczas przechadzki długą drogą z daleka już widoczna jest scena, ogromna metalowa konstrukcja, na widok której usta same się otwierają, a oczy zaczynają przypominać śliwki. Spoglądasz w lewo i do rozwartych ust i śliwek dorzucasz jednoznaczne "łał!!!". Wzrokiem nie da się ogarnąć końca pola namiotowego. To w ogóle nie mieści się w mojej głowie, że to na co patrzę, to 500 000 osób, które za zgodą

RELACJA

rodziców bądź nie, na własną rękę, z dziećmi czy znajomymi są tu, siedzą, chodzą, skaczą. Rozbiliśmy namioty w upalny i duszny wieczór, przeczekaliśmy do następnego dnia, bo wtedy zaczynały się koncerty. 30 lipca 2010 roku, godzina 16:00, Jurek Owsiak bierze mikrofon i zapowiada pierwszą gwiazdę - Ewelinę Flintę. Następnie koncert zespołu Łąki Łan - magia - muzyka szczęścia. Do wieczora cała masa koncertów, około 20:00 rozpoczął się wyczekiwany przez nas koncert grupy Papa Roach - moc punk rocka. Na dobranoc Justyna Steczkwska, która pasuje do Woodstocku jak wół do karety, jednakże na "Dziewczynie szamana" bawiliśmy się wyśmienicie. Następnego dnia obudzeni przez słońce kroczymy, by umyć swoje zakurzone twarze. Żeby dostać się do "kawałka" wody trzeba czekać minimum pół godziny. Po odświeżeniu znajomości z czystością, parogodzinnym spacerze po Woodstockowym miasteczku, gdzie roi się od specyficznych ludzi, straganików, pokojowych patroli, i tak dalej, godzina 16:00. I znów muzyka, która jest dla nas jak balsam dla duszy. Kapele prezentowały swój repertuar, począwszy od reggae, skończywszy na metalu. Ponoć Woodstock opiera się na kapelach, muzyce. Kto jednak jedzie tam nie po raz pierwszy, ten na pewno pojechał również ze względu na klimat. Cały ostatni lipcowy weekend to szczęście, fantastyczny czas dla człowieka, który jedzie do Kostrzyna po trzy rzeczy, jak głosi hasło Przystanku: Love, Friendship, Rock&Roll. Polecam wszystkim! Tam nie trzeba mieć domu z basenem, trzystu miliardów dolarów, alkoholu i odjaz-dowej nowoczesnej muzy, by dobrze się bawić. Aleksandra Grzelczyk www.muzyka.wp.pl

RELACJA RELACJA

THE TREPP

WYWIAD WYWIAD

Martyna: Zacznijmy od początku. Od czego zaczęła się wasza przygoda z muzyką? Eryk: Kapela istnieje od 1986 roku, kiedy Sławek Gruca, mój „przyszły” wtedy ojciec, spotkał w szkolnej ławce Marcina Kurnika, przyszłego i obecnego wokalistę Treppa. Marcin powiedział mu, że ma zespół i zaprosił go na próbę. Cimplowi (bo taka jest jego ksywa) spodobała się gra mojego „starszego” na gitarze i wówczas został on już w zespole. Następnie poprosił o współpracę Bartosza Hapka i Adama Drabika, ówczesną sekcję rytmiczną. Tak powstał The Trepp. Kapela w tym składzie grała do 1993 roku. M: Co dalej? E: Koniec szkolnej sielanki. Z czasem każdy z członków zespołu zabrał się za zakładanie własnych rodzin. M: Jak doszło do reaktywacji zespołu? E: W 2007 roku, na jednym z portali społecznościowych wyczaiłem Marcina, z którym już całą rodziną Gruców spędziliśmy Sylwestra 2007/2008. Tata i Marcin skontaktowali się z pozostałymi chłopakami i zorganizowali próbę, która odbyła się w kurniku koło mojego domu. Obyło się tam kilka prób, potem pierwszy koncert w Libiążu. Z czasem basista z perkusistą odpadli, ale na

WYWIAD

szczęście skład zasiliłem ja i Piotr Walczyk – Walczas. Mi miejsce w zespole zaproponował tata, ale nie musiał długo namawiać do współpracy. Tak, w składzie Cimpel, Ojciec, Walczas i ja gramy do tej pory. M: Teraz coś o muzyce. Jak w jednym zdaniu określiłbyś to, jaką muzykę gracie? E: Gramy muzykę The Trepp. M: Teksty piosenek są wynikiem pracy zespołowej, czy raczej jednej osoby? E: Słowa to zasługa tylko i wyłącznie Marcina. Aczkolwiek muzyka i jej aranżacja to praca ojca. M: O czym one mówią? E: Piosenki mówią o tym co było, o czasach komunizmu, Armii Czerwonej, braku tolerancji, który objawia się także w dzisiejszych czasach. M: Powiedz mi coś o płycie. Kiedy zrodził się pomysł jej nagrania, jak do tego doszło i gdzie zainteresowani mogą się w nią zaopatrzyć? E: Pomysł.. zrodził się w ten sam dzień kiedy The Trepp zaczął regularnie grywać próby i koncerty. Wtedy powstała idea pierwszej taśmy. Przed wydaniem płyty jednorazowo zespół miał okazję nagrać materiał, w chrzanowskim MOKSiRze, ale pełnił on raczej funkcję pamiątki niż wydania komercyjnego. Nagranie płyty realizowaliśmy w studio muzycznym w Trzebini pod kierownictwem Kosy. Zgrywanie materiału trwało jakieś 2 tygodnie, plus ewentualne poprawki. Działo się to na przełomie 2009/2010 roku, ale sam krążek ukazał się 1 kwietnia. I nie był to żart. Album nosi tytuł ‘Prostota Wyrazu’. Płytę można dostać u każdego członka zespołu, albo za pośrednictwem Internetu, np. strony www.thetrepp.blogspot.pl M: Ile koncertów macie już za sobą? E: To trudne pytanie, ale można je liczyć w dziesiątkach. Gramy po całej Polsce. Prowadzimy trasę koncertową '4 strony punkrocka’. W trasie tej uczestniczą zaprzyjaźnione z Nami zespoły: Bazooka, The Bastard, PCK. M: Czy na koncertach spotykacie się z dużą grupą fanów? E: Myślę że tak. Zdobywamy uznanie na punkrockowej scenie muzycznej. Ludziom podoba się nasza muzyka, bo mimo że istnieje jeszcze wiele takich kapel grających muzykę w naszych klimatach, zespoły te nie mogą wybić się

WYWIAD www.hopmusic.pl

z popowej papki jaką pre-zentuje polski rynek muzyczny, moim skromnym zdaniem. M: Gdzie można Was spotkać na najbliższych koncertach? E: Szczerze mówiąc, zrobiliśmy sobie wakacyjną przerwę, ale myślę że będzie nas można spotkać w Oleśnie w okolicach listopada. (uśmiech) M: Czy w Twoim życiu muzyka jest najważniejsza i jak dużo czasu poświęcasz na granie? E: Fakt, ja żyję muzyką, bo od najwcześ-niejszego dzieciństwa mam z nią wiele wspólnego. Oczywiście poza muzyką jest jeszcze informatyka, militaria i inne moje zainteresowania. Poza tym mam też życie prywatne, a wolny czas spędzam z moją dziewczyną Alą. M: Czy wiążesz przyszłość z zespołem The Trepp? E: Oczywiście, tak. Co prawda, nie spodziewam się zarobienia fortuny na tym zespole, gdyż gram dla pasji, a nie dla pieniędzy, ale odpowiedź brzmi TAK. M: Podsumowując, czym jest dla Ciebie Twoja muzyka? E: Moja muzyka? (patrzy w okno) NASZA muzyka jest żywą lekcją historii Naszego kraju, przy której można się naprawdę dobrze bawić. Na pytania odpowiadał 16-letni perkusista zespołu The Trepp - Eryk Gruca. Pytała Martyna Kocenda. Alexandre Desplat

NOTKA BIOGRAFICZNA

Bohaterem sierpnia jest francuski kompozytor Alexandre Desplat, który w tym roku obchodzić będzie swoje 49 urodziny. Desplat urodził się w Paryżu jako syn Francuza i Greczynki, którzy przeprowadzili się do Francji z USA na krótko przed narodzinami syna. Swoją karierę rozpoczął w rodzinnym kraju, gdzie w latach 90. zaczął komponować muzykę do filmów. Wykształcenie w tym kierunku zdobywał najpierw na francuskiej uczelni C.N.M.S of Paris, gdzie studiował grę na fortepianie, trąbce oraz flecie. Później kształcił się w dziedzinie orkiestracji na uczelni w Los Angeles. Wtedy też związał się z wytwórniami produkującymi filmy anglojęzyczne, i to dla nich kontynuował tworzenie muzyki filmowej. Przełomem w karierze francuskiego kompozytora okazała się „Dziewczyna z perłą” z udziałem Scarlett Johansson i Colina Firtha. Mu-zyka do tego filmu otworzyła przed Desplatem drzwi do ogromnych i uzna-nych na całym świe-cie filmowych pro-dukcji. Obraz ten przyniósł mu również szereg prestiżowych nominacji oraz uzna-nie w kręgu znawców muzyki filmowej. Kolejnymi projektami kompozytora były „Narodziny” – film z udziałem Nicole Kidman, a później „Casanova” Lasse Hallströma z udziałem Heatha Ledgera, Sienny Miller i Jere-my’ego Ironsa. Rok 2006 był jednym z najbardziej uda-nych w karierze Alexandre Desplata. Wtedy właśnie powstały, jak do tej pory, dwie najważniejsze ścieżki dźwiękowe tego kompozytora – do „Królowej” i do „Malowanego Welonu”. Pierwszy przyniósł mu nominację do Oscara i nagrody BAFTA, drugi – Złoty Glob, Nagrodę Stowarzyszenia Krytyków Filmowych Los Angleses, a także nagrodę World Soundtrack Award 2006. W roku 2007 powstała muzyka do „Złotego kompasu”, filmu na motywach powieści brytyjskiego pisarza Philipa Pullmana i do „Pana Magorium Cudowne Empirium”, napisana przy współpracy z Aaronem Zigmanem. Rok 2008 to kolejna nominacja do Nagrody

NOTKA BIOGRAFICZNA

Akademii Filmowej tym razem za „Ciekawy Przypadek Benjamina Buttona.” Niestety, muzyka Desplata została pokonana przez soundtrack do „Slumdoga”. Kolejnymi filmami, na potrzeby których Alexandre Desplat napisał muzykę są: „Julie & Julia”, „Fantastyczny Pan Lis” (kolejna nominacja do nagrody BAFTA oraz trzecia nominacja do Oscara), „Largo Winch”, „Coco Avant Chanel” z Audrey Tautou, a także najnowszy film Romana Polańskiego „Autor Widmo”. Alexandre Desplat ma na swoim koncie także muzykę do „Syriany” i „Księżyca w Nowiu”. Jego kompozycje będzie można już niedługo usłyszeć w najnowszym filmie o przygodach Harry’ego Pottera, którego premiera będzie miała miejsce w grudniu tego roku. W trakcie tworzenia, a później nagrywania stworzonych przez Desplata ścieżek dźwiękowych, kompozytorowi towarzyszą najlepsze światowe orkiestry takie jak London Symphony Orchestra, Royal Philharmonic Orchestra oraz the Munich Symphony Orchestra. Dodatkowo Alexandre Desplat prowadzi gościnne wykłady na Sorbonie i w Royal College of Music w Londynie. W 2009 roku odebrał wyróżnienie dla najlepszego kompozytora roku. Można być pewnym, że w przyszłości Alexandre Desplat skomponuje wiele pięknych motywów, zarówno na potrzeby wielkich produkcji, jak i małych projektów. Jego oryginalność oraz nowatorskie rozwiązania nie pozwalają kryty-kom zaszufladkować go jako kompozytora bez pomysłu na kolejne utwory. Jego muzyka jest zawsze wielkim atutem każdego filmu, a oryginalność brzmienia sprawia, że muzyki Alexandre Desplata słucha się równie przyjemnie jako ścieżki dźwiękowej do filmu, jak i osobnej kompozycji. Paulina Rzymanek











Kino nie całkiem grzeczne, czyli co to znaczy LGBT
Poszukując letnich ciekawostek filmowych, natrafiłam na przegląd filmów LGBT. Z ulotki jasno wynikało, że odbędzie się on w dniach 2-8 lipca w trzech miastach Polski, w kinach Rialto w Katowicach i Poznaniu oraz w kinie Mikro w Krakowie. Pozostało tylko pytanie, co oznacza ów tajemniczy skrót „Najlepsze światowe kino Lesbian Gay Bisexual Transgender.”
KINO

Wybrałam się na kilka projekcji, równie ciekawa prezentowanych obrazów, jak i samego przebiegu festiwalu, nastrojów i reakcji widzów. W końcu to, co budzi kontrowersje, najczęściej także w pewnym stopniu ciekawi. Choć trzeba też przyznać, że zapowiedziana tematyka przeglądu wzbudzała obawy, jak się potem w rozmowie okazało, nie tylko moje. Myślę, że boimy się dosłowności pokazu, epatowania obrazami, do których nie jesteśmy przyzwyczajeni i których nie mamy ochoty oglądać – prohomoseksualnej agitacji, sposobów prezentowania przez kulturę tego, co przed nastaniem naszych liberalizujących czasów w kulturze starano się ukryć. I obawy te są, sądzę, jak najbardziej zrozumiałe, aczkolwiek – co stwierdzam z radością po obej-rzeniu paru z proponowanych filmów – nie zawsze uzasadnione. Znalazły się bowiem filmy, które będąc dojrzałą sztuką kinową, cechują się przy tym kojącymi delikatnością i obiektywizmem (pośród takich, które cechują się czymś niemal odwrotnym – cóż, niektórzy twórcy kinematografii od dawna wyznawali zasadę, że najlepszym sposobem dotarcia do widza jest zszokowanie go i tego się trzymają. Takie obrazy stanowiły jednak mniejszość podczas przeglądu). Co więcej, nie należy odnosić błędnego wrażenia, że zaprezentowane filmy dotykały tylko jednego tematu. Był on wprawdzie motywem przewodnim, na podstawie którego zostały dobrane, ale często nawet nie stanowił głównego wątku. Poruszone natomiast zostały tematy ogólnoludzkie: więzi rodzinnych, zaufania, odpowiedzialności za wychowanie dziecka („Miśki”), dorastania, przyjaźni, hierarchii wartości i wyznaczania sobie moralnych zasad („Krámpack”), podziałów i niesprawiedliwości społecznej i kulturowej, apartheidu, ograniczeń i obowiązków nakładanych na człowieka przez świat zewnętrzny i możliwości walki z nimi („Niewi-dzialny świat”). Również wśród gatunków wystąpiła duża różnorodność – mieliśmy

FILM

do czynienia z komedią, dramatem, romansem, filmem dokumentalnym i obycza-jowym… Jednym słowem, festiwal okazał się być naprawdę wielobarwny, by nie powiedzieć: we wszystkich kolorach tęczy. Zacznijmy jednak jeszcze raz od początku, to jest od momentu, w którym odbył się pierwszy pokaz. Dzień 2 lipca, chwilę przed godziną osiemnastą. Kinoteatr Rialto w Kato-wicach, czyli niewielki budynek w centrum miasta, relikt przeszłości przekształcony udatnie w przytulne, kameralne kino, niezależne od wielkich premier Hollywoodu. Wewnątrz jest cicho i spokojnie; choć większość gości zajęła już miejsca na sali, przemykają jeszcze widzowie zadziwiająco różnorodnych kategorii. Są młodzi i starsi, płeć nie gra roli, przyszli przyjaciele, pary i samotni oglądacze. Widzów nie ma wielu, na sali pozostało sporo wolnych miejsc, a jednak zajętych foteli nie da się z pewnością zliczyć na palcach jednej ręki. Gdy gaśnie światło, milkną szmery, a latynoamerykańska muzyka zwiastuje rozpoczęcie hiszpańskiego filmu. Każdego następnego dnia jest podobnie. Obserwuję postacie w ciemnym kinie – reakcje są różne, jedni oglądają z uśmiechem, drudzy z kamiennym wyrazem twarzy, jeszcze inni w krytycznych momentach odwracają wzrok od ekranu. Czasem przez publiczność przechodzi zgodny śmiech - ten zwykł łączyć wszystkich. Kiedy światło ponownie się zapala, rozpoczynają się ciche rozmowy i komentarze, aprobujące uśmiechy albo deklaracje, że „nigdy więcej”. W hallu, przy stoliku pełnym informatorów, biuletynów i ulotek, urzęduje Tomasz Koło-dziejczyk, koordynator Kampanii Przeciw Homofobii. Zagadnięty, chętnie zgodził się odpowiedzieć na parę pytań związanych z przeglądem. Czy to jedyna taka impreza w Polsce? „Nie. Takich imprez jest wiele. Ten przegląd jest pokłosiem odbywającego się właśnie w warszawskiej Kinotece festiwalu „Europride”. Oprócz tego zorganizowane są choćby takie festiwale jak „Replika”, „Manifa 2010”, doroczna impreza „Million different loves”, krakowskie KPH (Kampania

FILM

Przeciw Homofobii) organizujące pokazy otwarte, a w październiku w Katowicach zapowiedziany jest kolejny festiwal.” Zapytałam, kto w takim razie jest pomysłodawcą tego konkretnego festiwalu w tym kształcie, kto był odpowiedzialny za dobór i zestawienie filmów. „Filmy zostały wybrane przez organizacje sponsorskie – odpowiadał Tomasz – zaangażowane w ten projekt.” (A były wśród nich instytucje tak różne jak „QueerCafe” czy KPH i Muzeum Narodowe w Warszawie albo Instituto Cervantes.) Spytałam też, jak ocenia zainteresowanie przeglądem, czy było mniejsze, czy większe niż się spodziewali? „Myślę, że niska frekwencja – bo powiedzmy to sobie szczerze, jest ona raczej niska, nie jest to wydarzenie masowe – wynika nie z braku zainteresowania tematem, ale i z tego, że są już wakacje. Ludzie wyjechali, odbywa się wiele konkurencyjnych imprez. Ogólnie rzecz biorąc, zainteresowanie jest podobne jak na innych festiwalach tego typu.” Nie baliście się sprzeciwu, wrogości? „Nie można się wiecznie bać. W końcu trzeba wystąpić odważnie.” A reakcje, z jakimi się spotkaliście podczas reklamowania wydarzenia? „Zaskakująco pozytywne. Dwa lata temu, kiedy organizo-waliśmy „Równe szanse dla wszystkich”, pojawiła się wrogość i przeciwnicy. Teraz nikt nie protestował. Spotkałem się z otwartością i dużym zainteresowaniem, także wśród ludzi spoza „środowiska”. Także bezpośrednio po pokazach filmowych napotykałem entuzjastyczne reakcje. Ludzie podchodzili do mnie, żeby powiedzieć, że im się podobało albo przeprosić za to, że nie mogą przyjść następnego dnia” – zakończył ze śmiechem. Przegląd skończył się, mijając praktycznie bez echa. Jak zostało zauważone, nie było to wydarzenie masowe. Tylko mały procent mieszkańców miasta i okolic zdecydowała

FILM

się wziąć w nim udział, równie mały procent był w ogóle świadomy, iż podobna impreza się odbywa. Ci, którzy obejrzeli filmy z przyjemnością, chwalą pomysł i wykonanie. „Podobało mi się to, że wybrano filmy z jakimś głębszym przesłaniem a nie takie, jakich pewnie obawiała się większość. I to całkiem dobry sposób na poznanie świata ludzi o odmiennej orientacji seksualnej. Nie natarczywy, ale z klasą.” – mówi jedna z uczestniczek. Ci, którym impreza nie przypadła do gustu, mogą przynajmniej powiedzieć, że są bogatsi o pewne nowe doświadczenia, na które się otwarli. Ja osobiście podsumowałabym swoje wrażenia trzema zaledwie słowami: ciekawie, różnorodnie… inaczej. www.homocinema.pl „Miśki” („Cachorro”) „Krámpack”

FILM

KRÓTKO O ZAPREZENTO- WANYCH FILMACH: reżyseria: Miguel Albaladejo gatunek: komedia, obyczaj Kiedy matka małego Ber-nardo wyjeżdża na wakacje do Indii, zostawia chłopca pod opieką swojego brata Pedro, spokojnego i wiodą-cego uporządkowane życie geja. Zaplanowany począt-kowo na dwa tygodnie pobyt Bernardo u wujka przedłuża się znacznie i obaj bohaterowie muszą znaleźć sposób, by zorganizować sobie wspólne życie. Jak wyglądać będzie od tej pory relacja syna z matką, jak ułożą się stosunki z no-wym opiekunem oraz czy pojawiająca się znienacka babcia jest niesympatyczną tyranką, czy też zapowiedzią lepszej przyszłości? Pierwsze pięć minut filmu jest chyba przejawem tra-dycyjnej prowokacyjności hiszpańskiego kina, a może rodzajem testu dla widza. Jeśli nie zrazi się śmiałą sceną erotyczną, nagrodzony zostanie dalszą częścią filmu, zupełnie wolną od podobnych, momentami za-bawną, momentami reflek-syjną. Świetna rola José Luisa Garcíi Péreza, niebanalna tematyka, parę wzruszających scen. Minusem jest dość wolne tempo akcji, zdarzały się dłużyzny. Kino nieporywające, ale warte chwilki zadumy. reżyseria: Cesc Gay gatunek: komedia, romans Rodzice Daniego wyjechali na urlop, a ich syn ma pozostać w domu i spędzić wakacje ze swoim szkolnym przyja-cielem, Nico. Chłopcy korzystają z wolności wycho-dząc na plażę, umawiając się na polowanie, podrywając dziewczyny. Łącząca ich więź wzmacnia się, zaczyna przybierać całkiem nowe kształty… Pełna prostego humoru, głównie w dialogach, opowieść o zmianach, proble-mach i wyborach, a przede wszystkim o przyjaźni. Przy-jemnie, acz nie nachalnie optymistyczne przesłanie.

FILM FILM „Niewidzialny świat” reżyseria: Shamim Sarif gatunek: dramat Akcja filmu rozgrywa się w RPA w latach 50., czyli w czasie apartheidu. Wszechobecne po-działy – na czarnych, białych i „kolorowych”, czyli Hindusów – regulują życie wszystkich mieszkańców. Amina stara się stawić im czoła, Miriam wiedzie życie pogodzona z przeznaczonym jej losem. Dwie główne bohaterki odnajdują wsparcie i brakujące ciepło we wzajemnej, czułej przyjaźni. Film jest swego rodzaju studium ograniczeń, wobec których stają wszyscy bohaterowie. Wnikliwej analizie reguł i zależności społeczno - kulturowych i religijnych, towarzyszą prawdziwe, zaj-mujące postacie. Polecam. Poza tym zaprezentowano: „Diferente” reżyseria: Luis María Delgado gatunek: dramat, muzyczny „Ocana, portret przerwany” („Ocańa, retrat intermitent”) reżyseria: Ventura Pons gatunek: dokument „Zwolnienie” („Release”) reżyseria: Darren Flaxstone, Christian Martin gatunek: dramat „Sévigné” reżyseria: Marta BalletbnColl gatunek: dramat Elżbieta Janota

W labiryncie snów

FILM

Poziom pierwszy – sce-nariusz. Pomysłowy, ory-ginalny, precyzyjnie do-pracowany w najdrob-niejszych szczegółach i w zadziwiający sposób logiczny. Mocny funda-ment dla kolejnych warstw. Poziom drugi – aktorzy. Wspaniała plejada zna-nych i mniej znanych. Tworzących wspólnie ekipę postaci wyrazistych, naturalnych i sympatycz-nych. Poziom trzeci – kamera. Intrygujące zbliżenia, dynamiczne ujęcia walk i pościgów. Całość pracy kamery tworzy zajmujące widowisko wizualne. Oto przepis na udany i pory-wający film, jakim jest „Incepcja”. Głośna i przez wielu wyczekiwana premiera tego lata weszła na ekrany kin w zeszły piątek. I z pew-nością na długo jeszcze tam pozostanie. Ludzka podświadomość to potężne narzędzie, jeśli wie się, jak jej użyć. Cobb (Leonardo DiCaprio) wie. Jest najlepszym ekstraktorem na świecie - a przynajmniej zwykł tak twierdzić – co oz-nacza, że potrafi włamywać się do cudzych umysłów podczas snu i wykradać z nich cenne informacje. Co jednak stanie się, gdy pewnego dnia podejmie się znacznie trudniejszego zadania – przeprowadzenia incepcji, czyli zasiania obcej idei w czy-imś umyśle? Czy zebrany przez niego zespół zdoła osiągnąć cel, skoro Arthur (Joseph Gordon Levitt) od początku uważa, że to niemożliwe, Ariadne (Elen Page) jest nowa, Saito (Ken Watanabe) to tylko turysta, a komplikacje mnożą się jak grzyby po deszczu? Ale warto spróbować, bo stawka jest naprawdę duża… Do wymienionych aktorów, należy dodać kolejną wspa-niałą, choć niepokojącą, rolę Marion Cotillard, a także popisy Cilliana Murphy’ego i Toma Hardy’ego oraz epizodyczną rólkę Michaela Caine’a, w którego wykonaniu nawet epizody potrafią cieszyć. Muszę powiedzieć, że dawno nie widziałam filmu, który zawierałby w sobie tak dużą różnorodność wątków i prze-kazów. Mamy tu główny za-mysł w stylu sciencefiction, elementy dramatu, parę komediowych gagów, skom-plikowany plan i zgraną

FILM Tak więc, polecam film wszystkim wypoczętym, zwartym i gotowym do tej porcji umysłowego wysiłku, którego wymaga. Nie chcę straszyć – nie trzeba być wybitnie inteligentnym, by obraz pojąć i cieszyć się jego odbiorem. Szkoda by tylko było stracić którąkolwiek z jego przemyślnych zawiłości. Wszystkie są warte uwagi. Elżbieta Janota

drużynę rodem z filmów o przestępczych skokach stulecia, a przede wszystkim akcję w tempie kina sensacyj-nego, która w połączeniu z thrillerowym napięciem sprawia, że momentami widzowie odliczają nerwowo sekundy wraz z bohaterami. No i zagwozdka w stylu filmu psychologicznego, do rozważenia w domu. Najlepiej przed snem. Wypada jednak ostrzec, że nie jest to film, na który można wybrać się, żeby odpocząć po długim, męczą-cym dniu. Nie można po prostu wyłączyć myślenia i zrelaksować się. Akcja wymaga stałego śledzenia i choć uczynny scenarzysta przewidział subtelne wska-zówki, które pomagają wi-dzowi nadążyć za rozwojem wydarzeń, wszystko dzieje się szybko, płynnie, a rzeczy wynikają bezpośrednio jedne z drugich. Oglądający znaj-duje się od razu in medias res innej rzeczywistości, nie radziłabym więc wychodzić do toalety czy po dodatkowy kubełek popcornu, żeby nie przegapić istotnych wyjaśn-ień. Raz utracony wątek trudno jest w tym wypadku ponownie uchwycić. „Kino kobiece? Kino męskie?” Nonsens.

FILM

Po prostu dobre kino, czasem bardziej serio niż życie. Kino bez ubar-wień, bez nagłych zwro-tów akcji, bez przystoj-nych aktorów i chwyt-liwych sloganów. Takie kino broni się samo, słowa są może i zbędne, a jednak tylko za ich pomocą mogę opowie-dzieć coś o tej historii – żałuję. To z pewnością najbardziej banalny spo-sób mówienia o niej. „Godziny” to jeden z naj-bardziej poruszających fil-mów, jakie widziałam. Trudno być obiektywną i oce-niać na sucho, tym trudniej pisać bezosobowo o filmie, który tak osobiście się odbiera – bo taki on jest. Postaram się, nie lubię „pisania osobo-wego”. Niezwykła historia, a właściwie trzy historie, które splatają się ciągle, choć tajemnicę ich „ciągłości” widz poznaje dopiero na końcu. Ale nie sposób nie dostrzec, jak doskonale skonstruowana jest fabuła, jak logicznie zaplanowana. Żadnych zbęd-nych scen, w tym filmie wszystkie są konieczne. Brzmienie zabytkowego zegara melodyjnie przechodzi w dźwięk elektronicznego budzika. Scena snu, analo-gicznie – dwie kolejne sceny są piękne wprowa-dzenie. I – co niezwykłe – jest tak ciągle: trzy historie przenikają się wzajemnie – „powodują się” – kolejne sceny bezpośrednio z siebie wynikają. Historia życia ekscentrycznej pisarki, Wirginii Woolf. Oraz historia życia kobiety pozornie szczęśliwej, która dusi się swoim życiem heteroseksualnej żony i mat-ki, nad ranem czytając dla pociechy „Panią Dalloway”. Oraz historia bezimiennej kobiety, zwanej „panią Dalloway” przez mężczyznę, którego kochała. Każda z nich walczyła o swoje życie, bo żadna z nich nie posiadała tej rzadkiej umiejętności bycia szczęśliwą po prostu. Utalentowana Wirginia, cier-piąca na depresję, walczy ze zrozpaczonym mężem, który chce ją chronić przed światem. Walczy, by pozwolił jej : „stanąć z życiem twarzą w twarz, zasmakować go w pełni i.. zrezygnować z nie-go”. To, że Wirginię zagrała

FILM bardzo, że stara się nie płakać, kiedy ten pyta ją: „Bardzo będziesz zła, jeśli umrę?” Wielki tryumf trzech – zupełnie od siebie różnych – aktorek. „Triumwirat” napisałabym, gdyby nie kontekst historyczny. Radzę obejrzeć, koniecznie w samotności i najlepiej w ciemnym pokoju. I najlepiej nie mówić nic „po”. Kino kobiece? Nonsens. Anna Żmuda

Nicole Kidman, odnotowałam na napisach końcowych. Wydaje mi się, że nie ma większego komplementu dla aktora. Nieszczęśliwa żona „szalonych lat pięćdziesiątych”. Świa-doma swojej orientacji seksualnej, świadoma tego, że jest niezbędna dzieciom i mężowi. Dramat kobiety, która chciałaby żałować, że opuściła swoje dzieci. Pod koniec mówi to, co najbardziej wryje się w pamięć: „Dusiłam się. Nie miałam wyboru. Umierałam każdego dnia, a ja chciałam żyć. To nie był wybór, to była konieczność. Więc czy żal zmienia cokolwiek?” Julianne Moore jest tu wspaniała. Pomijając jej zniewalającą urodę, wobec której nie da się przejść obojętnie – jest tak wyrazista, że ta uroda przestaje mieć znaczenie. Mogłaby wyglądać jakkolwiek, choć jest piękna pięknem kobiet, które są takie zawsze: gdy śpią, gdy cała noc nie śpią, gdy płaczą. Urodą gęstych włosów, pełnych ust, ciężkich powiek i myślących oczu. I wreszcie cudowna Meryl Streep. Kobieta, która kocha mężczyznę umierającego na AIDS. „Tylko, kiedy jestem przy nim, naprawdę czuję, że żyję”. Kocha go tak XV LETNI FESTIWAL ARTYSTÓW MIĘDZYZDROJE
Wiele jest wydarzeń kulturalnych w Polsce, ale jedno od 15 lat oryginalne, bo skupia w jednym miejscu kilkudziesięciu znanych i lubianych. Mowa tu o XV Letnim Festiwalu Artystów, który odbył się 14 – 18 lipca w Międzyzdrojach. Byłam obecna i mogę powiedzieć: warto.
RELACJA RELACJA

Pogoda dopisała po raz drugi w historii, bo nieodłącznym elementem imprezy jest deszcz. Oprócz opalania, przechadzania się po molo i promenadzie, kosztowania lodów, gofrów, kebabów, zażywania morskich kąpieli wśród glonów, imprezowania do białego rana, można było „łyknąć” trochę kultury. W telewizji mieliście okazję oglądać relację w piątek, sobotę i niedzielę, ale w rzeczywistości wydarzenia rozpoczęły się już w środę. Miałam okazję ćwiczyć z trenerem Anny Muchy na: „Hallo, budzimy się!”. Kolejno programy: „Się kręci” i „Plejada filmowa” – spotkania z aktorami sztuk teatralnych i filmów wyświet-lanych podczas festiwalu. Dla dzieci i młodzieży także coś się znalazło – bezpłatne warsztaty z modern jazzu i jazz underground. Oprócz tego codziennie o 22:15 odbywał się koncert z gwiazdami: Natalią Kukulską, Pawłem Kukizem, Urszulą i Borysem Szycem. Płatne 30 PLN, sztuki teatralne 40 PLN (w tym wypadku jest to niska cena, bo bilety w teatrze na przedsta-wienie z gorszymi miejscami w Warszawie sięgają 70 zł). Jeśli chodzi o kwestie organizacyjne, nie sądzę, żeby władze się popisały. Nie mam co prawda porównania, bo nie byłam na wcześniejszych edycjach, ale to się po prostu czuje. Największą porażką był fakt, że z koleżanką kupiłyśmy bilety na koncert Borysa Szyca na miejsca siedzące, natomiast godzinę przed koncertem stojące, były w cenie 5 zł (!), przy czym i tak musiałyśmy wstać, żeby cokolwiek widzieć. Tłum oczywiście kumulował się wokół sceny. Gdybyśmy wie-działy wcześniej, poszłybyśmy na wszystkie występy… Nie ma jednak czego żałować, covery Borysa i jego bandu są niesamowite, a sam śpiewający aktor ma w sobie tyle charyzmy i energii, co niejeden lepszy wokalista rockowy. Pozostałością po koncercie są „Nothing compares to u”, „Od jutra”, i „Cukierek” w mo-ich głośnikach. Festiwal to również świetna sposobność do spotkania odtwórców głównych ról w polskim kinie – Dereszowska, Grabowski, Nowicki, Łapicki, Potocka, Zawadzka, Bołądź, Wolszczak, Szyc, Karolak, Śleszyńska i dodatkowo:

RELACJA RELACJA Minge, Gąsowski, Harasimowicz, Dowbor - to niektóre z osób, które można było zobaczyć. Podsumowując, zdecydowanie polecam taki wypad nad morze, bo z pewnością nie można się nudzić, a oprócz standardowego opalania i łykania wody morskiej, można się nieźle pobawić w nieco inny sposób, niż zawsze. Nikola Bochyńska fot. autorki tekstu

Nerwy + telewizor = katastrofa

RAMÓWKA

Wyobraźmy sobie: czło-wiek, po całym dniu zma-gania się z najróżniejszymi problemami, siada przed telewizorem. Jego ręce drżą ze zdenerwowania, oczy przekrwione są od całodniowego wysiłku. Sucho mu w gardle, ale przez swoje rozedrgane dłonie nie może nawet przygotować herbaty, musi się uspokoić. Toteż próbuje. Włącza telewizor. Scenariusz pierwszy: serwis informacyjny. O, popatrzę, co tam się dzieje na świecie. Informacja dnia, Waldemar Krasobudz kolejny raz szokuje swoimi wypowie-dziami. Znowu ten Kraso-budz, no nie, myśli nasz widz. Druga informacja, podatki w górę. Podatki w górę?! Co?! Złodzieje! Kolejna informacja, łamanie praw człowieka w Chinach. A podatki? Jakie tam mają podatki? Ostatnia informacja, żona prezydenta Galmacji zapomniała chusteczki do nosa i musiała o nią publicznie poprosić cesarzową Gumu-ków. Spiker komentuje wiadomość w dosyć niepo-ważnym tonie. Co za bzdury, chcecie mi zamydlić oczy, paszoł won z ekranu! W efekcie, po 25 minutach serwisu informacyjnego nasz widz zupełnie nie jest w stanie zapanować nad swoimi rozbieganymi rękami i musi wypić jakiś napar ziołowy dla uspokojenia swoich zszarganych nerwów. Pod warunkiem, że jest ktoś, kto mu go przygotuje. Inaczej nie da rady, bo może się, na przykład, opa-rzyć zbyt gorącym garnkiem. Scenariusz drugi: kanał sportowy. Proszę państwa, Myszka Miki Najlepsze Kiełbasy Sport Klub FC Gratomy ma bezpreceden-sową szansę na pierwszy w swojej historii awans do fazy grupowej Ligi Europejs-kiej. Po sporej zaliczce z pierwszego meczu, kiedy pokonali azerski Karaman Karambak Karamanaku Ka-ramanak dwanaście do zera, mecz na własnym stadionie wydaje się być wyłącznie formalnością. Jednakże 90 minut (+przerwa i czas doliczony) potem: i tak proszę państwa, końcowy gwizdek arbitra. W regulami-nowym czasie gry Azerowie wyrównali straty z pierwszego

RAMÓWKA

meczu, i zgodnie z nowym przepisem UEFA awansują dalej, gdyż mają fajniejszą nazwę klubu. Jeszcze raz okazało się, jak nieprzewidywalnym sportem jest futbol. Sportem pięknym. Pięknym?! Czy jest tu ktoś, kto umie przyrządzać zioło-we napary? Scenariusz trzeci: nowy odci-nek serialu. Tutaj są dwie opcje: a)Wakacje. Widz przełącza na określony kanał oczekując nowych przygód bohaterów serialu N jak Nigdy więcej nie patrz na mnie takim wzrokiem. Po chwili po głowie naszego oglądacza zaczynają chodzić niepokojące myśli. Czemu ona znowu jest z Michałem? Przecież rozstała się z nim dwieście odcinków temu. Telewizor odpowiada: Michał, zrozum mnie proszę, nie pasujemy do siebie, jest ktoś inny… Widz: Znam ten tekst… To stary odcinek! Za co ja ten abonament płacę, no za co?! Halo, zioła do stolika przed telewizorem, raz! b)Sezon niepowtórkowy. Od-biornik: Kasiu, dłużej tak nie mogę. Proszę, zrozum mnie, kocham Hildę całym sercem, to mocniejsze ode mnie. Ciebie również kocham, ale nie chcę cię dalej oszukiwać, Hilda to moje życie. Kasiu… Widz: Ty dra-ceno bambusowata! Hilda cię wcale nie kocha, ona szaleje za Dżakiem! Odbiornik: Nie chcę cię więcej widzieć, Macieju! Przecz sprzed moich oczu, leć do swojej Hildy! Widz: Coś ty nawyprawiał Macieju synu Macieja, herbu Itakwkoło-macieju z Maciejowa? Przecz sprzed moich oczu, leć do swojej Hildy! Zioła natych-miast! Na nerwy też dobra książka, gazeta. Jakieś hobby. Roz-mowa z kimś kochającym, miłym, mądrym. Zioła lepiej zostawić na później, jednak. Pod warunkiem, że czasem daruje się sobie oglądanie telewizji po raz kolejny. Marek Suska Terry Pratchett – Niewidoczni Akademicy

KSIĄŻKI

Terry Pratchett to pisarz, którego fani i wielbiciele nie mogą narzekać na częstotliwość publikacji. Ostatnimi czasy mogłoby się zdawać, że poziom opowieści, których akcja rozgrywa się w ukocha-nym przez wielu Świecie Dysku, spada, jednak najnowsza pozycja mist-rza absurdalnego humoru w świecie fantasy - Terry’ego Pratchetta – w pewnym stopniu obala tę tezę. Najnowsza książka brytyjs-kiego pisarza pt.: „Niewidocz-ni Akademicy” to zabawny i przewrotny komentarz Pratchetta na temat piłki nożnej, tym razem rozgrywa-nej przez szanowanych i powszechnie poważanych profesorów Niewidocznego Uniwersytetu pod okiem lorda Havelocka Vetinariego. Dodajmy do tego jeszcze tajemniczego ogra, krasno-ludzkie pokazy mody oraz pewną puszkę nożną i dobra zabawa gwarantowana. Stałych fanów niezdarnego maga Rincewinda powinien ucieszyć jego mały, aczkol-wiek istotny epizod, znajdzie się też miejsce dla wampira oraz liczne przekąski serwo-wane przez nocną kuchnię Niewidocznego Uniwersytetu. Taka mnogość wątków i pomysłów powinna zado-wolić każdego fana Świata Dysku, mimo tego, że (choć książka należy do mocniej-szych pozycji Terry’ego Pratchetta) daleko jej do doskonałości i poziomu, który reprezentował on swoimi książkami kilka lat temu. Tak czy inaczej magowie porzucają swoje zaciszne gabinety, porzucają swoje katedry i wydziały, którym są tak bezgranicznie oddani, a nawet w pewnym stopniu redukują swą dietę, by zagrać w piłkę! I to pod okiem najdziwniejszego tre-nera, jakiego przyszło im spotkać. Uczęszczają na lekcje baletu i nawet propo-nują własny model piłki, którą ma być rozegrany pierwszy od dwudziestu lat mecz. Tym, którym brak mundialu i wydarzeń około-mundialowych daje się we znaki, oraz tym, którzy szukają w lekturze humoru i niezobowiązującej treści traktującej piłkę nożną w inny, dość przewrotny

KSIĄŻKI

sposób „Niewidoczni Akade-micy” powinni przypaść do gustu. Mimo humoru, traf-nych porównań czy barwnych dialogów, książka zdaje się jednak nie być w pełni tym, czego czytelnik mógłby oczekiwać. Być może to efekt wypalenia wykreowa-nym przez siebie światem lub niedostateczna obecność tytułowych Niewidocznych Akademików sprawia, że jej klimat znika z każdą kolejną stroną książki. Główny wątek i pomysł gubią się gdzieś po dro-dze, ustępując miejsca innym wydarzeniom i nowym bohaterom, którzy z całą pewnością nie są tak dopracowani i zabawni jak Magowie i ich dyskusje nad podwieczorkiem z her-batą. Ta wielowątkowość jest rzeczą rzadką w literac- kim świecie Pratchetta i być może to dlatego stałym fanom książka wydaje się nazbyt rozbudowana. Mimo wszystko książkę czyta się płynnie i przyjemnie i w żad-nym wypadku nie można mieć zbyt wielu pretensji do autora, którego choroba (Terry Pratchett jest chory na Alzheimera) uniemożliwia mu pracę w tempie w jakim sobie ją wymarzył. Dlatego też „Niewidoczni Akademicy” zadedykowani są przyjacie-lowi autora, który pomógł mu przepisać powieść. Jest to więc książka wyjątkowa, bo jako pier-wsza z cyklu Świata Dysku została napisana ręcznie (wszystkie poprzednie autor pisał na komputerze i to właśnie dzięki fascynacji autora komputerami w Świe-cie Dysku i na Niewidocznym Uniwersytecie pojawił się Hex). Czytając tę książkę, możemy sobie tylko życzyć, by Pratchett tworzył równie ciekawe powieści i tym samym dostarczył nam tyle samo radości i przyjemności z lektury co „Niewidoczni Akademicy”. Paulina Rzymanek Marsha Mehran – Zupa z Granatów

KSIĄŻKI

Niedawno na polskim rynku ukazała się naj-nowsza pozycja w do-robku młodej irańskiej pisarki Marshy Mehran „Woda różana i chleb na sodzie”, która jest kontynuacją jej brawu-rowego debiutu literac-kiego jakim była „Zupa z granatów” wydana przez wydawnictwo W.A.B. w „Serii z Miotłą”, proponującej czytelnikom książki pisane przez kobie-ty, o kobietach, które czytać mogą wszyscy. Ciekawe debiuty i proza z czterech stron świata są niewątpliwym atutem tej serii, a książki sygnowane jej znakiem są bez wątpienia warte uwagi. Wytężmy więc zmysły, a w tym wypadku szczególnie węch i zanurzmy się w przepyszny świat wykreowany przez Marshę Mehran. Świat przedstawiony w „Zupie z Granatów” nie jest tak od-legły i nieprzystępny, jak by się mogło wydawać przeciętnemu polskiemu czytelnikowi, ponieważ akcja rozgrywa się w tak ukochanej przez Polaków Irlandii. Trzy młode siostry Aminpour przybywają do małego Irlandzkiego Ballinacroagh, które posiada wszystkie ele-menty małomiasteczkowej społeczności. Jak można przypuszczać, wiele z uprze-dzeń, z którymi bohaterki spotykają się przy otwarciu swojej restauracji, przemieni się na końcu w szczerą przyjaźń i solidarność, a pięk-ne siostry znajdą wielu sojuszników oraz szansę na szczęśliwe życie i praw-dziwy dom. Bohaterkom książki, tak jak i ich są-siadom, towarzyszą wspaniałe i kuszące zapachy wydobywa- jące się z wnętrz przytulnego „Babilon Cafe”. I choć kawa nie znajduje się w menu przygotowanym przez siostry Aminpour, to jednak możemy liczyć na pyszną herbatę, a także na ogromną ilość smakowitych deserów i soc-zystych dań. Ostrzegam, nie warto zasiadać do lektury będąc głodnym, bo opisy przygotowań, a także prze-pisy na wspomniane w książ-ce dania skutecznie potęgują uczucie głodu. Niemożliwym jest, by czytając o słodkiej bakławie lub o pięknym kolorze i aromacie tytułowej

KSIĄŻKI

zupy z granatów, nie poczuć się choć trochę głodnym i spragnionym tej egzotycznej kuchni i przemiłej atmosfery, obecnej nie tylko w „Babilon Cafe”. Choć siostrom towarzy-szą ponure i smutne wspomnienia z przeszłości dotyczące Iranu, który opuściły, książka kończy się słodko niczym pyszne słoniowe uszy, a radości jest tyle, by obdzielić nią nawet najbardziej pesymis-tyczne osoby. I to właśnie chyba przesądza o tym, że chociaż książka może na początku wydawać się idealną wprost lekturą, w końcu jednak niejednemu molowi książkowemu może zrobić się różowo z przejedze-nia. Wszystko kończy się za dobrze, bohaterowie są biali lub czarni, a nawet ten najczarniejszy zostaje na końcu częściowo „wybie-lony”. Książka jest zdecydo-wanie bardziej „lukrowata” niż porównywana z nią „Czekolada”, jednak swoista baśniowość „Zupy z Grana-tów” w pewnym stopniu wymusza tak dobre zakoń-czenie. Dobrze jest czasem przeczytać książkę, która dobrze się kończy i wszyscy są szczęśliwi, a czytelnik ma poczucie dobrze spędzo-nego czasu poświęconemu czytaniu książki. Aromatyczne zapachy, cieka-wi bohaterowie i lekkość pióra z jakim Marsha Mehran opisała Ballinacroagh, jej mieszkańców i trzy siostry Aminpour czynią z „Zupy z Granatów” pozycję obo-wiązkową dla miłośników kuchni oraz czytelników spragnionych optymizmu i książkowych happy endów. Paulina Rzymanek Waris Dirie - Kwiat pustyni

KSIĄŻKI

Bo w języku nomadów „Waris” to kwiat pustyni. I chyba nie można znaleźć bardziej trafnego – także przenośnie – tytułu dla opowieści kobiety o tym imieniu. Pochodzi z soma-lijskiego plemienia ko-czowników i w dzieciństwie przeżyła koszmar. Nie poddała się nigdy, wbrew obyczajom, rodzinie i zdrowemu rozsądkowi. Nie mogła się chyba poddać, w końcu który rozsądny kwiat postano-wiłby wyrosnąć na pus-tyni? Waris postanowiła. Historia życia tej kobiety – jednej z największych modelek XX wieku, matki, żony, kochanki i ambasadora ONZ jest wstrząsająca. "Poczułam w sobie niespożytą siłę. Nie znasz takiej siły, dopóki cię ktoś nie zaatakuje, nie spróbuje Cię zabić, zniewolić. Dopóki coś takiego się nie wydarzy, nikt nie wie, jak może być silny" Myślę, że to przede wszystkim książka o sile kobiet Afryki. Nie powtarzam wątłych argu-mentów wściekłych feministek z całego świata – to opowieść o kobiecie, które wyrastała w namiocie nomadów na somalijskiej pustyni, była przez mężczyzn traktowana okrutnie, jako mała dziew- czynka została poddana zbrodni obrzezania, jako jeszcze mniejsza patrzyła jak na jej skutek w męczar-niach umiera jej siostra. I uciekła, kiedy ojciec sprzedał ją mężczyźnie, którego nie kochała. Tragizm życia, które udało jej się uratować. A jednak najbardziej przera-żają nas te rozdziały, w któ-rych opisuje swoją największą tragedię, rytuał obrzezania, wykonany przez wędrowną szamankę tępą żyletką na pustynnych kamieniach. To się czyta prawie jak fantasy, cały czas w podświa-domości ma się wykrzyknik i nieme pytanie, jak do czegoś takiego mogło dojść. Dlaczego w dalszym ciągu dochodzi do okrutnego okaleczania kobiet na terenie Afryki?! Każdego roku tysiące z nich umiera w straszliwych męczarniach w imię tradycji gruboskórnych afrykańskich mężczyzn. Trudno oceniać samą książkę, bo przecież Waris jest modelką, stoickie „styl to człowiek” ani tu do rymu, ani do taktu. Czyta się jednak szybko, łapczywie, ze ściśniętym gardłem i łzami w oczach, bo temat i prostota przykrywają styl. Wszystko przykrywają. Anna Żmuda Wakacje to czas, który wszystkim kojarzy się beztrosko, to okres, w którym nareszcie mamy „czas dla siebie”. Po meczącym roku wyjeżdżamy z rodzinnych miast, odrywamy się od codzienności, robimy wszystko to, na co zwykle nie pozwalają nam obowiązki. Możemy nadrobić braki czytelnicze, kulturalne - zwiedzić muzea, galerie. A co jeśli wpadniemy na genialny pomysł i zechcemy w wakacje zawitać do teatru? Cóż… Najprawdopodobniej zastaniemy zamknięte drzwi i zaproszenie na wrześniową inaugurację sezonu. Ale czy to oznacza, że żadne spektakle się nie odbywają?
Wakacje. Kurtyna…?
TEATR

W teatrach instytucjonalnych na spektakle nie mamy co liczyć, bo wakacje również dla teatrów i ich pracowników są czasem urlopowym oraz czasem przygotowywania premier na nadchodzący sezon. Niemniej lato obfituje w różnorodne imprezy teatralne. To czas odbywania się rozmaitych warsztatów, przeglądów, festiwali, które lokalizują się najczęściej w atrakcyjnych turystycznie miejscowościach i mogą mieć charakter zarówno profesjonalny, jak i ama-torski. Żeby nie być gołosłowną, wystarczy wspomnieć znaną już na cały świat poznańską Maltę, która w tym roku obchodziła jubileusz swego 20-lecia. Od pierwszej swej edycji przeszła niesamowitą metamorfozę i z niszowego festiwalu, stała się miejscem, gdzie spotkać można największych i najciekawszych światowych artystów. Na jej kształt ostateczny składają się wszelkie możliwe dyscypliny sztuki, a program jest na tyle bogaty, że nie sposób wszystko zobaczyć. Uczestnik „Maltańskich zdarzeń” (określenie widz w tym przypadku trąciłby biernością, która byłaby co najmniej niestosowna) sam decyduje, co go najbardziej interesuje i niejako tworzy swój własny program Festiwalu. Na Malcie spotykają się chyba wszelkie możliwe dyscypliny sztuki, które wzajemnie się przenikają, reagują na siebie, współgrają ze sobą. Odnajdziemy tutaj taniec, muzykę, nowoczesne sztuki audiowizualne, spektakle teatralne, rozmaite działania performatywne. Z uwagi na jej 20. edycję, można powiedzieć, że jest już dorosła, ale jej dorosłość tożsama jest z pełnią sił witalnych, niesłychaną energią i powiewem czegoś „innego” w jak najbardziej pozytywnym aspekcie tego słowa. Ale skoro o festiwalach i teatrze mowa, to na przełomie lipca i sierpnia warto zajrzeć do Gdańska. Nie dość, że wypad nad morze nikomu jeszcze nie zaszkodził, to dodatkowo same atrakcje wiążą się

TEATR

z Festiwalem Szekspirowskim (w tym roku już 14.). Co w programie? Odpowiedź jest prosta – utwory największego dramaturga, zarówno w języku oryginalnym, jak i po polsku, oraz w wielu innych brzmieniach. Niemniej jeśli znamy tekst dramatu, nieznany język aktorów nie powinien stanowić przeszkody. Znajomość fabuły pozwala bowiem na śledzenie akcji, a nierozumienie języka jest niezwykłym doświadczeniem, które pozwala widzowi skupić się na przekazie emocjonalnym. Jeżeli ktoś jeszcze nie miał takiej okazji , to gorąco polecam - bardzo ciekawe doświadczenie, wszak teatr przede wszystkim powinien oddziaływać na nasze emocje. Organizatorzy festiwalu postarali się również o bogatą ofertę warsztatową skierowaną do wszystkich, którzy chcieliby z Szekspirem popracować, a nie jedynie go oglądać (choć i to daje przyjemność). Warsztaty poprowadzą aktorzy i twórcy spektakli, tym samym jest to okazja do bliższego ich poznania, zadawania pytań. W trakcie wakacji działają również teatry prywatne, w których często występują wielkie aktorskie talenty. W Warszawie w ostatnich latach takich teatrów powstało już kilka, ale pierwszym z nich był Teatr Polonia, którego założycielką jest Krystyna Janda. Repertuar Teatru jest bardzo różno- rodny, począwszy od klasyki dramatu, a skończywszy na kontrowersyjnych tekstach współczesnych. Co ciekawe, część spektakli nie jest wystawiana w murach teatru. Janda, jak sama mówi, „chce wychodzić z teatrem do ludzi”- i robi to, pokazując spektakle na Placu Konstytucji - wstęp wolny, żadnych biletów, każdy przypadkowy przechodzień może stać się teatralnym widzem: jeśli mu się nie spodoba - odejdzie, ale zdecydowanie częściej

TEATR

zostaje, a może nawet powraca. W teatrze każdy znajdzie coś dla siebie. Co roku niesłabnącą popularnością cieszą się wszelkie warsztaty teatralne, które kierują swą ofertę do starszych i młodszych. Tutaj wachlarz możliwości jest ogromny, w każdym większym mieście takowe zajęcia odbywają się co najmniej w kilku ośrodkach, a ponadto jest organizowanych szereg wyjazdów o takim charakterze. Sezon letni daje nam możliwość zerwania ze stereotypem, że prawdziwy teatr to tylko teatr repertuarowy. Nieprawda - performance, happeningi, akcje uliczne, popisy amatorów - wszędzie coś się dzieje. W mniejszych miejscowościach występują amatorzy - czasem jest ich tak wielu, że potrzebne są większe przeglądy by ich wszystkich pokazać. W większych miastach popularność mają już zawodowcy. Ale teatr to przede wszystkim poszukiwanie, więc jeśli masz ochotę spróbować swoich sił, stając na scenie, to korzystaj z możliwości udziału w warsztatach, a jeśli chcesz zobaczyć coś oryginalnego, śledź strony internetowe, bo może właśnie w Twojej miejscowości dzieje się coś o czym nie wiesz. Jeśli nie masz pomysłu na wakacje, to teatralna mapa Polski jest wbrew pozorom bardzo bogata. Udanej teatralnej przygody! Barbara Man „Na rosyjską nutę”
„Teatr nie potrzebuje techniki, teatr potrzebuje energii” – ta złota myśl wypowiedziana przez Grigę w ciągu pierwszych kilku minut spektaklu, jest skrupulatnie realizo-wana podczas jego trwa-nia. Coraz rzadziej ob-serwujemy na scenie żywioł aktorski w czystej postaci, ale Teatr Nowy przypomina nam, że ten żywioł nadal istnieje.
TEATR

W maleńkiej salce na kra-kowskim Kazimierzu rozgrywa się przed nam dramat Rosjan schyłku XIX wieku i okazuje się, że dramat ten jest bardzo aktualny na początku naszego XXI wieku. Jedyne, co się zmieniło, to stroje, wnętrza, ale marazm i zniechęcenie niestety nadal nam towarzyszą. W starym mieszkaniu spotykają się trzy osoby, które rozmawiają, piją, cieszą się, smucą, tańczą i żyją w świecie, którego zmienić nie można. Niespełniona aktorka i wojs-kowy przyszli do Grigi uczcić jego imieniny. W poda-runku przynoszą mu album, który koniec koców sprzedają, by kupić szampana. Siedząc przy stole rozmawiają o wszystkim, co trapi ich dusze, a swoją rozmowę suto zakrapiają wódką, otwierają kolejne butelki i co chwila znajdują okazje do nowego toastu. Piotr Sieklucki stawia w swoim spektaklu na interakcję z publicznością. Gdy widownia zajmie już miejsca, a światła nie są jeszcze zgaszone na scenę wychodzi aktor (jak później się okazuje to tytu-łowy Griga) i wygłasza do publiki swoistą mowę powi-talną. Otwiera dwie butelki wódki i puszcza trunek po sali, ten gest ma za zadanie stworzyć z publiki

TEATR

wspólnotę, która „poczuje rosyjską gościnność”. Tym samym widz zostaje wciąg-nięty w przestrzeń spektaklu, jest gościem w rosyjskiej chacie. Butelka wędruje z rąk do rąk, nie wszyscy mają ochotę wychylić kieli-szek, ale każdemu jest dana taka możliwość. Aktorzy kilkakrotnie podchodzą do widzów, mówią bezpośrednio do nich, nawet przytulają. Reżyser zadbał o to, żeby spektakl miał charakter spotkania. Aktorzy grają bardzo wyraziście, żartują, śmieją się, wspominają przeszłość, kłócą się, by za chwilę się pogodzić. Czują, że życie ucieka im przez palce. Co zatem wywołuje te salwy śmiechu na sali? Przede wszystkim genialnie zbudo-wane kreacje aktorskie, nie można chyba oczekiwać niczego więcej, nie dość że aktorzy współpracują ze sobą, to na dodatek świetnie grają z publicznością. W tle słychać rosyjskie melodie. W świecie naszych bohaterów najważniejszy jest dystans do tego, co się dzieje, dystans do siebie samych, swoich wyborów. Śmiech jest jedynym lekarstwem dzięki któremu wszyscy jakoś dalej żyją i radzą sobie, lepiej lub gorzej. Alkohol pomaga im zapom-nieć, dlatego upijają się, a każdy kolejny łyk pozwala im się oddalić, od tego, co sprawia im ból, od niespełnionych nadziei, pogubionych dróg. Najgorsza tragedia może zostać obró-cona w żart, byleby nasze życie mogło jakoś toczyć się dalej. Griga jest metaforą naszej egzystencji. Bez najm-niejszych oporów demaskuje to, przed czym staramy się uciekać. Pokazuje, że często chęć zmiany pozostaje wyłącznie w sferze naszych myśli, a od myśli do czynu droga jeszcze daleka. Spek-takl Siekluckiego bawi i porusza równocześnie i na pewno godny jest polecenia. Warto wspomnieć, że Teatr Nowy gra również w wakacje, więc widzowie na pewno nie będą się nudzić. Griga wg opowiadań A. Czechowa Reż. Piotr Sieklucki Występują: Dominik Nowak, Aneta Wirzinkiewicz/ Kata-rzyna Chlebny, Piotr Sieklucki Barbara Man Zaczął się sezon letni. Zaczęły się wakacje, wyjazdy, plaża, morze, opalenizna, chwilowe flirty i stałe związki, lody, zimne napoje i imprezy. Choć po tak długim roku szkolnym ciężko mi było uwierzyć w słowo: WAKACJE, z ulgą muszę stwierdzić, że to wszystko prawda. Mamy 2 miesiące wolnego, totalnej sielanki, „róbta, co chceta”, co nie znaczy, że mamy chodzić, w czym tylko dusza zapragnie. Jednak w lecie modne ubranie się nie jest tak trudne jak w innych porach roku, zważając na fakt, iż mamy na sobie o wiele mniej warstw.
Letni szał ciał
MODA

Zaczął się również ważny okres dla każdej maniaczki mody i zakupoholiczki, która na hasło: PRZECENY reaguje głośnym krzykiem. Mam nadzieję, że nikt nie ma problemów pokroju dziewczyny z „Wyznań zakupoholiczki” i żadna Polka nie stoi w kolejce do otwarcia drzwi ulubionej marki, ale to, co widziałam dzisiaj w sklepach, uosabia jedno słowo: szał. Ciuchy przebrane, porozrzucane, niektóre pospadały z wieszaków i leżą na ziemi, wiele jest też przybrudzonych, zaplamionych bądź uszkodzonych. Dlatego dla dziewczyn, które postanowią odświeżyć swoją szafę, mam kilka rad, które są ważne, a o których niejednokrotnie zapominamy. Przede wszystkim zwracamy uwagę na stan ubrania, o czym już wyżej wspomniałam. Ponadto zastanawiamy się, czy dana rzecz jest na pewno przeceniona. Sklepy mają swoje wyjątkowo sprytne sztuczki. I tak np. dziś zauważyłam bluzkę w tej samej cenie, co przed 3 miesiącami, ale miała naklejkę: „Przecena, minus ...%”. Znaną zagrywką jest naklejanie wielu cen. Mamy wtedy wrażenie, że nasza zdobycz była poddawana obniżce wiele razy, tymczasem cena ostateczna równa się początkowej. Idąc na przeceny, nie dajmy się oszukać. Nastawiając się na tanie zakupy, gdy szukamy w dziale np. 40 PLN, możemy natrafić na cos znacznie droższego, co zostało odłożone nie na swoje miejsce. Czy idąc na zakupy, zastanawiasz się, co ci jest potrzebne? Już dawno przestałam tak kupować. Zazwyczaj gdy czegoś bardzo się szuka, nigdzie się tego nie zastanie. Dlatego kupuj tylko to, co wpadnie ci w oko. Istotną zasadą jest posiadanie tego, co będziemy lubić nawet za rok i tego, co będzie uniwersalne, a nie czegoś, co jest po prostu tanie, i szkoda nie kupić. Zazwyczaj ciuch leży w szafie i przeciętnie

MODA

więcej niż 2 razy nie będziemy mieć go na sobie. Co warto kupić na wakacje, a co na „przyszłość”? Na lipiec/sierpień z pewnością przyda ci się kostium kąpielowy/kąpielówki. Obecne są przeceny tego artykułu nawet o 70%. Warto pomyśleć o kupnie przykładowo dwóch kompletów, gdyż w przyszłym roku zanim będzie taniej, minie trochę czasu. Modnym akcentem będzie kapelusz z dużym rondem, pareo, sandały – rzymianki (MUST HAVE!), okulary muchy z kolorowymi oprawkami bądź aviatorki. Jeśli chodzi o ciuchy z pewnością przydadzą ci się legginsy przed kolano (hit z wybiegów) w wesołych kolorach, zwiewne bluzki i sukienki, krótkie spodenki (marynarske), bermudy za kolano, długie tuniki. A co przyda się na później? Ścierane jeansy, sweter bliźniak, krótka kurteczka, chusta (w panterkę, zeberkę, kwiatki), baleriny. Czyli standardowo. Dla tych, którzy nie mają inspiracji, polecam modelowy przykład Blake Lively z serialu „Gossip Girl” (skarbnica modowej inspiracji). Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć wam udanych wakacji, szaleństw do białego rana i niezapomnianych wspomnień. Pamiętajcie, że ubieracie się dla siebie i dla własnego komfortu, a wiadomo, że ludzie zadowoleni i zadbani przyciągają uwagę bardziej niż modowi ignoranci. Nikola Bochyńska Pokolenie photoshopa
Nigdy nie myślałam, że o tym napiszę, bo temat jest związany ze światem mody, ale niejako jest jego gorszą częścią. Jest wciąż trochę tabu dla modelek i fotografów. Mianowicie, każdy z młodego pokolenia bez wątpienia wie, co kryje się pod nazwą PHOTOSHOP.
MODA

Jest to program do obróbki zdjęć, jak do tej pory najdoskonalszy, z którego, nie zawaham się powiedzieć, korzysta cały świat. I korzystają profesjonaliści, a ci, którzy opanowali go do perfekcji, potrafią zdziałać cuda – talia osy, długie, zgrabne nogi, blask w oczach, białe zęby, opalenizna na pięknej, gładkiej cerze. Oglądając reklamy (tak, nawet one są poprawiane!), billboardy, kampanie w gazetach, wiemy, że zdjęcia są przerabiane. Wiadomo to nie od dziś. Choć nie wiemy na ile. I tu zaczyna się problem. Problem? Właściwie to nie jest problem. Bo dla kogo? Dla fotografa, który zrobił cudowne „dzieło”? Dla modelki, która ogląda fotki i nic nie obchodzi ją, że w rzeczywistości nie tak wygląda rano w lustrze? Dla nas – odbiorców – też nie powinno stanowić to kłopotu. Widzimy ładną panią w bieliźnie, a na zgrabnym ciele wszystko lepiej się sprzedaje – to jasne. Nie wiemy czy rzeczywiście Bóg dał jej więcej urody, niż przeciętnej Polce. Nie wiemy, więc nas to nie obchodzi. I stare powiedzenie: „Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal” się sprawdza. Obróbki nie są rzeczą nową, dam sobie głowę uciąć, że Marilyn Monroe była poprawiana tak samo, jak dzisiaj wszystkie top models. Jednak niegdyś ludzie nie zdawali sobie z tego sprawy, a obecnie media co jakiś czas robią „wielką akcję antyphotoshopową”. Nie zapomnę, gdy w jakiejś polskiej gazecie ukazały się zdjęcia aktorek, które miały nie mieć na sobie ani grama pudru i ani

MODA

grama poprawki. Bardzo ciekawe, jakim sposobem wszystkie miały ten sam odcień skóry i tyle samo zmarszczek – 50 – latka i 30 – latka. Taka więc była polska kampania. Jednakże doceniam ten drobny gest pań, bo mimo wszystko, wymagał odwagi. A doceniam te, które publicznie burzą się, że zostały „ulepszone”. Jedna nie miała takiej sukienki, inna ma mniejszy biust, a druga dłuższe włosy. I nie boją się o tym mówić. Bo nie wstydzą się swojego ciała. Ostatnio głośno było o sprawie słynnej modelki plussize – Crystal Renn, która propagowała kobiece kształty i zachęcała, by młode dziewczyny nie szły tropem jej anorektycznych koleżanek. W sieci przed kilkoma tygodniami ukazały się natomiast nowe zdjęcia modelki na których zbliżyła się ona do standardów w branży, czyli: 85-58-88. Menadżerka potwierdziła, że przez intensywne ćwiczenia gwiazda schudła, ale nie na tyle. Sama Crystal oburzona, opublikowała sesję bez retuszu na której wyraźnie widać, że ma ona o blisko połowę większe uda. Takie manipulacje są na porządku dziennym, póki jednak modelka jest zadowolona, dopóty nie dowiemy się, jak naprawdę wygląda. Dlaczego o tym piszę? Jak i wszyscy byłam świadoma, że dziewczyny z gazet są wygładzone, a ich cery nieskazitelne. W końcu blisko 70% Polek ma cellulitis, co nie znaczy, że omija to chude. Mimo to, oglądałam zdjęcia i zachwycałam się – delikatnymi rysami, wypukłymi kośćmi policzkowymi, pełnymi ustami i wielkimi oczami. Patrzyłam i zwyczajnie podziwiałam, myśląc sobie: „Chciałabym tak wyglądać”. Nie lubię o tym mówić, bo raczej nie ma się czym chwalić, ale sama pozuję. Bez agencji, pozuję, bo lubię. Przyzwyczaiłam się już, że na zdjęciach, które dostaję moja cera jest lepsza, niż normalnie, a ewentualne nierówności są niwelowane. Wiadomo – modelka nie może mieć pryszczy.

MODA

Jednakże fotki, które dostałam przed kilkoma dniami, powaliły mnie na kolana. Na trzech zdjęciach sama wyglądałam jak z magazynu. Wszystko byłoby okej, ale to nie byłam JA! Moja mina wyglądała pewnie jak ta w reklamie Danio, kiedy ludzie muszą założyć mega okulary, bo nie wierzą, że jest tak tanie. Zrobiłam eksperyment i pojedynczo wołałam członków mojej rodziny, pytając czy podobają im się modelki (pozowałam z jeszcze jedną dziewczyną). Rozdziawiali usta z zachwytu, po czym każdy, bez wyjątku pytał, kto to jest. Dowiedziawszy się, nie mogli uwierzyć. Zabawiliśmy się w „różnice” i szukaliśmy poprawek. I tak przekonałam się, że mój nos (który lubię!) został zwężony, oczy dostały blasku, skóra przyciemniona, ręka odchudzona, nagle nabrałam talii najchudszej kobiety świata, a moich ust nie powstydziłaby się niejedna murzynka. Cała sytuacja stała się śmieszna, ale i żałosna, a jak to z kobietami bywa, zaraz zaczęłam się zastanawiać, czy jestem taka straszna, że prawie wszystko wymagało „upiększenia”? To co będzie za 20 lat? Tylko łopata i wąchać kwiatki od spodu! Podałam przykład z życia wzięty, a fakt istnienia PHOTOSHOPA dopiero teraz w pełni do mnie dotarł. I wolę nie wiedzieć, jak bardzo te, które uważam za piękne, są tylko wytworem czyjejś bujnej wyobraźni. Dlatego apeluję: dziewczyny, nie odchudzajcie się na potęgę, nie miejcie kompleksów, że coś u was jest za małe, a coś za duże. Kochajcie swoje ciało, bo niestety, później będzie już tylko gorzej. Nikt nie jest idealny, a ci, których się za takich uważa, potrafią jedynie dobrze ukrywać swoje wady i przede wszystkim są pewni siebie. Na pocieszenie dodam, że ostatnio przeprowadzono badania na panach i stwierdzili oni, że modelki z pierwszych stron wcale im się nie podobają, wolą zwyczajne dziewczyny z sąsiedztwa. Nikola Bochyńska



Pewnego lipcowego popołudnia postanowiłem przejść się jedną z najbardziej zatło-czonych ulic mojego miasta i poprosić młode osoby o odpowiedź na następujące pytanie: „Co uważasz za najbardziej pomocne przy komunikacji z innymi?”. Padały odpowiedzi typu: „podobieństwo charakterów”, „długość znajomości”, „umiejętność rozmowy” lub – w przypadku komunikacji na odległość – Internet, telefony komórkowe, czy już bardzo rzadko używana korespondencja listowa. Jeżeli chodzi o wymianę informacji, to szeroką ofertą mogą pochwalić się media takie jak: Internet (tak, tak, kolejny raz), telewizja, radio i prasa. Absolutnie nikt nie wspomniał o bardzo użytecznym darze, mianowicie o ludzkich zmysłach.
Ewenement zmysłów
PSYCHOLOGIA

Dzisiejsze czasy są, jakie są i nic na to nie poradzimy. Globalizacja dopadła praktycznie każdą dziedzinę życia, przez co człowiek głodny sukcesu musiał znacząco przyspieszyć, aby uzyskać upragniony rezultat. W pogoni za osiągnięciami zapominamy o najprostszych i często najpiękniejszych elementach życia. Na wejściu należy przypomnieć, że komunikacja to zarówno odbieranie bodźców, jak i nadawanie. Prawidłowy odbiór jest uzależniony od rodzaju nadawania i odwrotnie. Jedno jest zależne od drugiego - pewnego rodzaju perpetuum mobile (tak bardzo przeze mnie lubiane). Zajmę się dzisiaj kwestią odbierania bodźców, za co odpowiedzialne są niektóre zmysły. Mowa tutaj o wzroku, słuchu i dotyku. Większość z nas nie wyobraża sobie dzisiaj życia bez Internetu. Ba, nawet dwutygodniowy wyjazd bez dostępu do sieci bywa dużym problemem. Coraz rzadziej spotykamy się na mieście lub odwiedzamy we własnych domach. Komunikatory zaoferowały nam naprawdę dużo – brak potrzeby ruszania się ze swojego krzesła i brak możliwości ukazania swoich odczuć, bo przecież wszystko można sprytnie ukryć. Bardzo często poznajemy nowe osoby poprzez czaty lub portale społecznościowe. I tutaj pojawia się pewien problem, gdyż w takich miejscach nie mamy możliwości weryfikacji. Nasze zmysły wzroku, słuchu i dotyku są bezużyteczne. Nawet jeżeli zobaczymy zdjęcie danej osoby, to przecież nie mamy pewności, czy to na pewno ona. Kolejny problem to dłuższa rozłąka między bliskimi znajomymi lub parą. Możemy pisać smsy, ale w ten sposób nie dowiemy

PSYCHOLOGIA

się, jaki nastrój ma druga osoba, a także nie usłyszymy jej głosu, nie uściśniemy dłoni i nie przytulimy się. Można zadzwonić, ale pierwszej wady wciąż się nie pozbędziemy. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się Skype lub wideo rozmowa, jednak jakość obrazu często nie daje pożądanych efektów. Nic nie daje nam tak dużej dawki nowych informacji i bodźców, jak spotkanie w cztery oczy. W tym artykule nie mam zamiaru bagatelizować potęgi Internetu, bo przecież jest to ogromne osiągnięcie ludzkości, które pomaga nam w wielu czynnościach. Nawet tę gazetkę masz z Internetu, Drogi Czytelniku. Nawołuję jedynie do umiaru, gdyż zbyt duże przywiązanie do cyberznajomości osłabia nasze zmysły, dzięki którym możemy dostrzec najpiękniejsze detale w życiu. Nie zaniedbajmy tego. Maciej Kulina Sześćsetlecie jednego z największych – bo tak nielicznych – polskich zwycięstw, czyli tryumf historyczny oraz porażka organizacyjna.
Grunwald 1410-2010
RELACJA RELACJA

„Jedziesz pod Grunwald? Wow!” – mówili znajomi, bo nie każdy miałby ochotę przemierzyć pół Polski, a potem przedzierać się przez tłumy i wyczekiwać ileś godzin w upale, żeby obejrzeć trwającą niecałą godzinę inscenizację. Moja biedna rodzina, która w momencie nieuwagi zgodziła się pojechać ze mną, musiała toczyć bój z pyłem i czterdziestoma stopniami Celsjusza, zamiast, cytując tatę: „obejrzeć sobie wygodnie w telewizji w chłodnym domku”. Ale, moim zdaniem, było warto. INSCENIZACJA Okolone wzniesieniami pole z rzadkim laskiem w tle, służyło za miejsce inscenizacji bitwy pod Grunwaldem, którą wzbogacono o prolog, zawierający streszczenie sytuacji na ziemiach pod panowaniem Krzyżaków oraz scenę przekazanie królowi Jagielle dwóch nagich mieczy przez posłów krzyżackich. Inscenizację opatrzono komentarzem lektora, który relacjonował dokładny przebieg bitwy, podczas gdy przed oczami widzów śmigały strzały, cwałowały konie, upadały i powstawały chorągwie oraz błyskały ostrza mieczy. Wojska maszerowały na pole bitwy oraz z niego wracały pomiędzy ludźmi (naturalnie, za każdym razem byłam na przedzie grupy patrzących, więc miałam rycerzy dosłownie na wyciągnięcie

RELACJA

ręki!), co wydaje mi się wspaniałym pomysłem na nawiązanie osobistego kontaktu z uczestnik-ami inscenizacji. Przemarsze, dzięki którym widziało się twarz każdego rycerza, pozwalały zdać sobie sprawę, że obecni na polu bitwy to nie „jakaś tam grupa”, ale odrębne osoby o własnym charakterze, którym miało się okazję spojrzeć w oczy. W tej bitwie nikt nie ginie, ale można wyobrazić sobie, czym byłaby strata jednostek w prawdziwej wojnie. RYCERZE Tak naprawdę, nie przyszłam popatrzeć na bitwę, ale na ludzi. Na pasjonatów średniowiecznej kultury, zdolnych do ogromne-go poświęcenia, jakim były organizacja i uczestnictwo w licznych atrakcjach imprezy, co robili z wielkim wysiłkiem i jeszcze większym, godnym podziwu, optymizmem. Ci mieszkańcy białych namiotów podzielonych na obozy, w zależności od miejsca pochodzenia (różne województwa Polski, Litwa, Niemcy) posługiwali się nieustannie narzędziami średniowiecznymi, mieli wyłącznie ubrania z epoki i jedli tradycyjne potrawy.. Nie udało mi się co prawda porozmawiać z żadnym z uczestników walki, którzy cały czas byli zaabsorbowani przygotowaniami, ale repre-zentanci stoisk z atrakcjami byli rozmowni i chętnie opowiadali o kulturze Wieków Średnich. Sprawiali wrażenie niezwykle zgranych i nieustannie żałowałam, że nie zostałam jedną z nich; najbardziej ofiarni i najbardziej zadowoleni, chociaż nikt im za uczestnictwo nie zapłacił. ATRAKCJE Pola Grunwaldzkie nie rozczarowywały obsadzeniem przez wszechobecne na każdej dużej imprezie fastfoody, ogródki piwne i stragany z kiczowatymi porcelanowymi figurkami. Jeśli nawet jakieś istniały, obarykadowane były przez stoiska tematyczne, dlatego za wielką zaletę wydarzenia uważam konsekwencję: było naprawdę średniowiecznie. Poza zakupem pamiątek, można było otrzeć się o średniowieczną rzeczywistość: zrobić zdjęcie w zbroi, nosić repliki chorągwi, pojedynkować się na miecze, obejrzeć konny turniej, postrzelać do tarczy oraz posłuchać, a nawet zagrać na rogach i bębnach. Stoiska z wyrobami regionalnymi prezentowały przedmioty codziennego użytku produkowane do dziś metodą tradycyjną, takie jak chociażby ceramika, czerpany papier (wraz z prezentacją produkcji z użyciem sita i prasy), pieczywo, obuwie albo kwas chlebowy. Stoisk pilnowały osoby obyte z tematem, stąd wystarczyło zapytać o szczegóły pochodzenia i użycia ich asortymentu, żeby zmienić się z gapia w ucznia historii. TURYŚCI Mawia się, że najgorszą częścią każdego spektaklu jest publiczność. W przypadku Grunwaldu mogłaby ona zacięcie konkurować pod tym względem ze stroną organizacyjną imprezy, bo generalnie obie spisały się kiepsko. Niewielka część widowni była tutaj z sentymentu dla historii i kultury średniowiecznej. Starczyło słyszeć fragmenty rozmów (nie dało się nie podsłuchać w takim tłumie), żeby upewnić się, że większość chciała gdzieś zabrać dzieci, żeby móc pochwalić się, że się było, czy też spodziewała się widowiska. Mnie oburzało, że ponad jedna trzecia widowni wstawała i odchodziła jeszcze w trakcie trwania inscenizacji, która przecież była tak krótka, a czekali na nią pół dnia, zasłaniając przy tym widok zainteresowanym i prze-pychając się. W tłumie, gdzie każdy jest zirytowany, ciężko o kulturę. Byłam znies-maczona konfliktami o to, że ktoś komuś zasłania, albo miejsce zajął, albo bzdurnymi konwersacjami zupełnie nie na temat, podczas

RELACJA

gdy próbowałam wciągnąć się w historię opowiadaną przez lektora. Kultura Polaków w takich sytuacjach przypomina kulturę rozkapryszonych przedszkolaków, których mama nie nauczyła, że nie są na świecie same i najważniejsze. STRONA ORGANIZACYJNA Polska jak zwykle nie popisała się przed międzynarodowymi gośćmi. W obliczu nieprzytomnych upałów brakowało miejsc ujęcia wody – były nieliczne, jak na ogromną powierzchnię pól oraz niesamowicie obsadzone. Należy oddać sprawiedliwość, że przynajmniej dostępność toalet była przyzwoita, jednakże ich jakość z kolei poddałabym w wątpliwość. Pod względem sanitarnym, nadal jesteśmy daleko w tyle za Zachodem, co już nas nie zaskakuje. Dużo większym zawodem były skrajne problemy komunikacyjne. Od godziny 15, czyli mniej więcej po bitwie nie dało się wyjechać z Pól żadnym sposobem. Wypadek zatarasował sam początek wyjazdu i samochody stały w miejscu około siedmiu godzin, a kiedy zaczęto kogoś wypuszczać, to oczywiście VIPów i autokary, pojazdy osobowe miały problem z ruszeniem się choćby o metr przez kolejną godzinę. Nie tylko nie dało się opuścić imprezy, ale samochody dostawcze kierujące się na pola również stały, więc brakowało zapasów jedzenia i picia we wnętrzu obozu. Ze względu na organizację, nie zdecydowałabym się powrócić za rok na inscenizację bitwy, bo jak słyszałam od jednej stałej bywalczyni: „siedem lat temu było tak samo” i zmian się nie spodziewam. Jedno trzeba przyznać: realizm sytuacji został zachowany. Kiedy się już stamtąd wydostało, człowiek czuł się naprawdę jak po ciężkiej bitwie. GRUNWALD – to trzeba przeżyć. Nie przed telewizorem. Anna Wodzicka

RELACJA

Krzyż na drogę

POLEMIKA

„Żal kropka peel” – tylko tyle cisnęło mi się na usta, gdy to początkiem miesiąca oglądałem wieczorne wydanie wiadomości. W szklanym ekranie telewizora można było dostrzec grupkę specy-ficznych, wyraźnie rozdraż-nionych ludzi, którzy to z fanatycznym uporem oraz groźną gestykulacją wykrzy-kiwali wniebogłosy: „Nie oddamy krzyża!” Pierwsze co zrobiłem, to rozdziawiłem szeroko usta. Moje oszołomienie wzrosło o wiele bardziej, gdy realizator dokumentu przedstawił kolejne, jeszcze pikantniejsze sceny. Oto grupa katolickich buntowników, oddzielo-na barierkami, za którymi stał rząd lekko zdezorientowanych mundurowych, ruszyła szturmem na przedstawicieli służb porząd-kowych. Przepychanki, wyzwis-ka, szturchanie, przewracające się barierki, a razem z nimi ludzie – strajk zdemoralizowanej mło-dzieży? O dziwo, nie! To w większości starsi ludzie z różańcami w rękach. A to wszystko na tle drewnianego krzyża, stojącego przed pałacem prezydenckim… Co więcej, gdy już myślałem, że to na tyle sensacji, przed oczami ujrzałem jeszcze jedną scenkę, kiedy to tłum protestujących zagrodził drogę… księżom, idącym w procesji pod krucyfiks. „Nie oddamy krzyża!” – jedna kobieta powtarzała te trzy słowa w kierunku duchownych z takim zapałem, jakby zaraz miała się rozpłakać. Gdyby nie głos dziennikarza z tzw. off’u, pomyślał-bym, że to tylko sen, niepraw-dziwa fikcja… A jednak. To prawda. Szara, polska rzeczywistość jeszcze raz ukazała ludzką głupotę, bo ja inaczej tego nazwać nie mogę. Całe to zamieszanie powstało wokół drewnianego krzyża, który został postawiony przed pałacem prezydenckim po tragedii smoleńskiej w kwietniu tego roku. Został on tam postawiony, aby jednoczyć ludzi, gromadzą-cych się w modlitwie przed tym jakże ważnym dla narodu budynkiem. No właśnie – jedno-czyć, a jak zwykle wyszło „po polskiemu”. Po ponad trzech miesiącach, kiedy to krzyż wiernie spełniał swoją rolę, zawarto porozumienie (również z przedstawicielami Kościoła!) o przeniesieniu go do kościoła św. Anny, a w jego miejsce postawieniu monumentu upamiętniającego ofiary. Wszystko byłoby jak należy, nikomu krzywda by się nie działa,

POLEMIKA

gdyby nie… grupka sa-mozwańczych „Obrońców Krzyża”, którzy ni stąd ni zowąd zadecydowali, iż krzyż powinien pozostać tam gdzie był, a sam pomysł o przeniesieniu jest skandaliczny i wieszczy powrót komunistycznych czasów… Nie wiem dalej co o tym wszystkim myśleć, nie chcę również bronić żadnej ze stron, wiem jednak, że coś w tym państwie jest chyba nie tak… Krzyż – religijny symbol – niewątpliwie nie powinien być świadkiem tak dramatycznych, a za-razem śmiesznych wydarzeń. „Obrońcy Krzyża” – grupa religijnych, pobożnych ka-tolików, którzy występują nawet przeciwko księżom? W imię czego? Czy można ich nazwać fanatykami? Zbyt dużo pytań się nasuwa, wiem tylko jedno – nigdzie indziej do tego by nie doszło. Nasz kraj po raz kolejny się ośmiesza… Marcin Jasiński Weźmy krzyż na codzienną drogę

POLEMIKA

Ktoś kiedyś stwierdził (wi-działem to w internetowych komentarzach, może to myśl oryginalna, a może czyjś cytat), że Polacy są mistrzami świata w samobiczowaniu. I coś w tym jest. Marcin pisze: wiem tylko jedno – nigdzie indziej do tego by nie doszło, jak nie w Polsce. Nasz kraj po raz kolejny się ośmiesza… Naprawdę, Polska to nie najdziwniejszy kraj na świecie. Mamy swoje cechy, swoje przywary. Swoje narodowe smutki i swoje polskie radości. Swoje zadawnione spory i swoje wspólne poglądy. Nie powiem, że to wszystko piękne. Nie, nie zawsze. Czasem zdarza mi się pomyśleć o kimś, że powinien, delikatnie mówiąc, uciszyć się. Ale wiecie co? Nie mogę bez was żyć, siostry Polki i bracia Polacy. Nigdzie nie byłoby mi tak dobrze, jak wśród was. Pomimo wszystko. I nie musimy się aż tak przejmować tym, co powiedzą inni. Niech sobie mówią. Ich też lubię, choć i oni nie są pozbawieni wad. Błądzą, mylą się, kłócą, czasem nie znoszą. Ale w gruncie rzeczy, każdy z nich ma potencjał, by być naprawdę dobrym czło-wiekiem. Czy jest Arabem, Bry- tyjczykiem, Chińczykiem, Niemcem, Rosjaninem, czy też może pochodzi z Zimbabwe. Każdy z nich ma swoją godność. Człowiek jest stwo-rzeniem godnym. Nie musi tej godności zdobywać, po prostu ma ją od chwili poczęcia. Ja uważam, że to dlatego, że każdego z nas stworzył Bóg. I każdy może być jego dzieckiem, jeśli tylko Mu zaufa. Jeśli nie wierzycie, to wspólną nam wszystkim godność wyprowadźcie z samego faktu bycia człowiekiem. Każdy z nas zasługuje, żeby być szanowanym. Przestępców także się szanuje jako ludzi, choć karze się ich czyny. Ale ciężko to nam wszystkim przychodzi na co dzień. Ty durniu, do oszołomstwa się zapisz, precz! Krzyż nierozerwalnie związany jest z Chrystusem, a Chrystus to znak, któremu sprzeciwiać się będą. Jezus przynosi prawdę. Ale prawda nie zawsze jest dla nas przyjemna. Bo okazuje się, że jesteśmy zajadli, że jeden drugiemu chce zrobić coś złego, że jesteśmy chciwi. Że nie szanujemy innych. Tak, Chrystus przynosi prawdę. Bolesną. Nie fizycznie. Zresztą, czasem fizyczny ból to nic przy tym „innym”. Niejednokrotnie boli człowieka dusza. Coś nasze sumienie uwiera. Coś się nam przypomina. Pojawiają się wyrzu-ty. Ale jest nadzieja, można to

POLEMIKA

zmienić. Naprawić! Pojednać się. Wyrzut sumienia. Z jednej strony to przykre, że znakiem, o który toczy się nasz konflikt, jest właśnie krzyż. Ale z drugiej strony, to wspaniałe i symbo-liczne. Oby ten krzyż przypomniał nam o naszych wadach. O na-szych przewinach. Oby wywołał w nas wyrzut sumienia, potężny i bolący. Nie po to, żebyśmy cierpieli, ale żebyśmy skończyli z tym, co nas do niego doprowadziło. Ludzie pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu nie wzięli się znikąd. Większość z nas dawno ich wykluczyła. Oszołomy. Fanatycy. Mohery. Marcin pisze o ludzkiej głupocie. Jestem w stanie to zrozumieć, ale nie zaakceptować. Rozumiem, że ci ludzie nie przystają do pewnego poglądu na rzeczywistość. Że wydają się jakby z innej epoki, że ich działania budzą opór. Zresztą, niech licho weźmie to „ich”! To my, nie ma żadnych „ich” i „nas”. Ale my jesteśmy w stanie wykluczyć część naszego my. To już nie jedno my, ale w istocie podwójne my, zatem jakieś mymy. I wiecie co? Jak tak dalej pójdzie, to będziemy mymymymy. To, że nie wyszło nam zjednoczenie („po polskie-mu”, dodaje Marcin) to nie jest wina ich. To nasza wina. Ci ludzie przez lata byli wykluczani. Bo niepostępowi, bo fanatyczni. Ale nie, to nie tak. To nie było tak, że z jednej strony mądrzy, a z drugiej głupi. Mieliśmy inny ogląd świata. Mogliśmy

POLEMIKA

rozmawiać, sprzeczać się, dyskutować. Takie głęboko uważam, że nie masz racji, ale jeśli już się ze mną nie zgadzasz, to powiedz, posłucham i spró-buję cię przekonać. Ale nie idź daleko, moherze/ bezbożniku! Nie upraszczam. To jasne, że nasza wina nie leży po jednej stronie my, ale po obu stronach. Sami się nakręciliśmy. I przestańmy wreszcie się dzielić! Przestańmy się odgra-dzać stalowymi barierami, jak odgrodzono warszawski krzyż. Nie oszukujmy się – gdybyśmy porozmawiali, to żadnej afery by nie było. Ale nie lubimy rozmawiać, bo czasem to nazbyt trudne… Stało się, co się stało. Krzyża 3 sierpnia nie przeniesiono do kościoła św. Anny. Stoi tam do dziś, przynajmniej do 12 sierpnia, kiedy piszę ten artykuł. Dziś zawieszono tablicę pamiątkową na ścianie Pałacu Prezydenckiego. Czy to dobra forma upamiętnienia ofiar katastrofy? Nie wiem, choć faktycznie bardziej upamiętnia żałobę, niż samą katastrofę. Ale ciągnąć się za nią będzie fatalna historia jej odsłonięcia. Pojawiła się w zupełnym dla wszystkich zaskoczeniu. Jej oficjalna prezentacja nie miała odpowiedniego charak- teru, gdyż rodziny ofiar nie zostały o niej wcześniej powiadomione. Nie pojawił się prezydent, nie wybrano żadnej ważnej rocznicy, a poczynione przygotowania nie mogły przynieść dobrego rozwiązania sytuacji. Bo znowu z nimi (z nami!) nie porozmawialiśmy. Tu już przestaje chodzić o upamięt-nienie smoleńskiej katastrofy. Tutaj chodzi o to, żebyśmy się wszyscy, wreszcie, porządnie przeprosili. Ojcowie z synami, matki z córkami, babcie i dziadkowie z wnukami. Sąsiad z sąsiadem, znajomi ze znajomymi, pracownicy z przełożonymi. Oczywiście, że wiem, że to idealistyczna wizja, która pewnie długo się nie spełni. Cóż, trudno. Ale jeśli nie umiemy się kochać, to się przynajmniej szanujmy. Nie zgadzam się z tym, co głosisz. Uważam, że to nie-prawda i że nie powinieneś tego rozgłaszać. Ale stary, i tak cię szanuję. Ilu z was dyskutuje ze znajomymi o różnych kwest-iach? Pewnie większość. I są takie, w których się pewnie krańcowo nie zgadzacie. Ty mówisz Izrael, on/ona – Palestyna. Zdarza się wam pokłócić. Ja mówię – konserwatyzm, Ty – socjalizm. A ilu z was dojdzie do etapu głupku, masz nierówno w głowie? Pewnie niewielu, mam taką nadzieję. A jeśli nawet, to pojawi się w końcu myśl: to mój kumpel/moja kumpela… Opowiada dziwne rzeczy, ale znamy się milion lat… Głupio, prawda? Niektórzy mówią „łyso”. Trochę łyso. Potem się jakoś przeprosimy, tak myślę. Zapytaj siebie: jeśli przyjaciela źle ci obrazić dlatego, że sądzi inaczej, to dlaczego tak łatwo obrażasz kogoś, kogo nie znasz? Czy jest gorszym człowiekiem? Czy dzielimy ludzi na „gorszych” i „lepszych”? Możemy się nie zgadzać, możemy się gorąco przekonywać nawzajem, ale nie obrażać, wykluczać, niszczyć. Polska to nie najdziwniejszy kraj na świecie. A nawet jeśli? Nic to. To mój kraj! I twój, i twój, i twój też. Nie zawsze mogę powiedzieć: dobrze robicie, tak trzymać! Czasem muszę powiedzieć: nie, tak dalej być nie może. Jednak nigdy nie powinienem mówić: nie chcę was znać, nie mam z wami nic wspól-nego. Nie, nie. Marek Suska Polska na weekend

PODRÓŻE

W tym artykule chciałabym przeds-tawić Wam kilka uroczych miejsc w na-szym kraju, w trosce nie tylko o Wasze portfele, ale także o to, byśmy ostatecznie nie zostali zupełnie bez turystów, jako, że miejsc na dwudniowe wycieczki w Polsce nie brakuje, za to chętnych ostatnio, niestety, i owszem. Najpierw zajrzyjmy do miejsca nieod-wiedzanego zupełnie. Jest nim numer 1, czyli… 1. Powiat Chrzanowski Miejsce tak naprawdę opisywane w pozytyw-nych aspektach jedynie jako siedziba sięgającej wiele stuleci wstecz tradycji przemysłowej, mimo wszystko będzie potrafiło Was zaskoczyć, obiecuję. Dwa dni z napiętego grafiku kończącej się szkoły – czy zaczynającej się (wakacyjnej?) pracy przeznaczymy bowiem na odpoczynek i odrobinę relaksu, który pozwoli Wam naładować baterie. Pierwszego dnia z pewnością nie będziemy robić nic męczącego – tak naprawdę wybierzemy się po prostu na długi, długi spacer, by podziwiać piękne krajobrazy. Przejdziemy się Puszczą Dulowską nad zalewy Chechło, Balaton, Skowronek. Zobaczymy Ostaniec Triasowy w Bolęcinie, odkryjemy tajemnice Skalnego Serca (planety w postaci kamieniołomów i skalnych odkrywek). Drugiego dnia czeka nas zwiedzanie siedziby wcześniej zasiedlających to miejsce ludów azjatyckich (później nazywanych Cabanami), pierwszej fabryki polskich lokomo-tyw, Nadwiślańskiego Parku Etnograficznego w Wygiezłowie, czy Sanktuariów Maryj-nych w Płokach i Trzebini. 2. Park Miniatur w Inwałdzie Wielu z nas słyszało już o budowlach w skali

PODRÓŻE

stojących w tym niezwykłym Parku. Otwarty 19 maja 2007 roku, stale się zmienia, a jego zasoby zostają wzbogacone o coraz to nowsze repliki budowli. Co zobaczymy obecnie? Z całą pewnością Akropol, Koloseum, Krzywą Wieżę w Pizie, Wieżę Eiffla, Mur Chiński czy Sfinksa, ale także Big Bena czy Biały Dom. Z wyjątkiem Bazyliki św. Piotra wszystkie budowle zostały stworzone w skali 1:25, dzięki czemu zwiedzający mają szansę porównać proporcje poszczegól-nych budynków. Sam Park zajmuje obszar około 45 tys. m2, ale jego funkcji nie ogranicza się tylko do przekazywania wiedzy i zadziwiania turystów miniaturami. Oprócz tego oferuje on gościom Zielony Labirynt, Mini Lunapark, Kino 5D czy Symulator, z czego przynajmniej z trzech atrakcji trzeba skorzystać absolutnie, aby wizyta w Inwałdzie mogła zostać zaliczona do udanych. 3. Huba Nie, tym razem nie chodzi o grzyba. Huba, o której będziemy rozmawiać, to mała wioska na południowych stokach Kotelnicy (szczyt w paśmie Gorców). Jest miejscem, w którym określenie mała wioska można rozpatrywać dosłownie. W sumie znajduje się w niej czterdzieści domów. Zamieszkuje je około stu osób, kilka domków to jedynie mieszkania sezonowe, niezamieszkane na stałe. Ulokowana wysoko w górach, dzięki czemu możemy podziwiać niezwykłą panoramę, rozległą i ponad wszelką wątpliwość niepowtarzalną. 4. Hala Krupowa Trasa to oś Krowiarki – Podpolice. Wycieczka jest jednodniowa – będziemy przechodzić przez Halę Krupową – ale z łatwością można ją przedłużyć, zakładając po prostu, że na Hali Krupowej

PODRÓŻE www.sidzina.net.pl

zrobimy sobie długą przerwę na odpoczynek (trzeba jednak pamiętać o wcześniejszej rezerwacji). Zaczynamy w Zawoi (konkretnie w Kro-wiarkach, na parkingu, ale trzeba tam dojechać busem). Tam kierujemy się na czer-wony szlak, a stamtąd drogą przeciwną niż na Babią Górę, w górę, w dół, znowu w górę i tak ciągle. Tuz przed końcem drogi zobaczymy pomnik katastrofy lotniczej na szczycie Police, obok którego stoi krzyż, na którym z kolei wisi tabliczka, wykonana z resztek poszycia samolotu. Stamtąd, po krótkim postoju, najlepiej wyruszyć już bez zatrzymywania, gdyż czeka nas tylko spacer przez las aż do najbliższej polany, a potem prościutko na Halę, gdzie można się najeść, odpocząć, czy przenocować. Droga powrotna oznacza dla nas kolejne przejście przez las, tym razem oznaczone kolorem zielonym, które potrwa aż do trzech godzin ze względu na ostre podejścia. Spacer kończy się w miejscowości Zawoja - Podpolice, niedaleko przystanku autobusowego. Nie ma jednak pewności, że ktoś rzeczywiście tam po nas przyjedzie, proponuję więc spróbować szczęścia z łapaniem „stopa”.Tak kończy się nasza wędrówka przez Polskę na weekend. I pamiętajcie, że gdyby Wasze fundusze niekoniecznie szły w parze z marzeniami i kosztem ich urzeczywistnienia, zawsze możecie wziąć kocyk i wiklinowy koszyk albo aparat fotograficzny i wyskoczyć… do ogródka! Agata Hajduk Hasło: wakacje. Pierwsze skojarzenia: piękne morze, słońce, ludzie taplający się w basenie, a wokoło nich krzątający się kelnerzy w białych koszulach z uśmiechem proponujący kolejnego drinka z palemką. Wizja tyleż rajska, co złudna.
Klient nasz pan
PODRÓŻE

Raj na ziemi Po kilku miesiącach ciężkiej pracy i wyczeki-wania z nosem w katalogu jakiegoś biura podróży, udajemy się w końcu na upragnione dwa tygodnie w ciepłym kraju. Wtedy właściwie już nic nas nie obchodzi. Należy tylko wsiąść do odpowiedniego samolotu, a resztę już za nas zrobią. Na lotnisku pojawi się rezydent, który wpakuje do odpowiedniego autokaru, zawiezie do hotelu, pomoże w recepcji i grzecznie poda swój numer telefonu, w razie gdyby cokolwiek się działo. Na miejscu marzenie każdej zmęczonej życiem gospodyni domowej – codzienne sprzątanie w pokojach, nie trzeba nawet zaścielać łóżka, śniadania są gotowe, talerze wyniesione, ręczniki na basen podane. Wystarczy się położyć i narzekać jak jest gorąco pod parasolem, mając na sobie tylko strój kąpielowy, spoglądając jednocześnie jednym okiem na ubranych w długie ciemne spodnie kelnerów, którzy niemal bezszelestnie lawirują pomiędzy kolejnymi leżakami. Po przyjeździe do upragnionego raju,

PODRÓŻE

niezwykle zdradliwa niestety staje się perspek-tywa poczucia się jak biały kolonista, który przyjechał do dalekiej Afryki i będzie niósł zachodnie obyczaje zacofanym plemio-nom. I to wcale nie jest żart, lecz podsumowanie obserwacji poczynionej na sporej grupie turystów w jednym z egipskich kurortów. Po dłuższym czasie można dojść do wniosku, że niektórym wydaje się, że jeśli już zapłacili te swoje przysłowiowe dwa tysiące, wszyscy wokoło powinni spełniać ich najbardziej abstrakcyjne wymagania. Renata, rezydentka jednego z biur podróży, Polka z pochodzenia, a zarazem muzułmanka i przyszła żona egipskiego lekarza, spędzając już kolejny rok wśród turystów i hotelarzy, z pewnym sceptycyzmem wypowiada się o gościach odwiedzających te tereny: „Jest duża różnica pomiędzy ludźmi, którzy przyjeżdżali tu dziesięć, czy nawet pięć lat temu, w stosunku do tego, co jest teraz” – uśmiecha się lekko, jakby zastanawiając się, ile może powiedzieć, a konkretniej na ile pozwala jej pełniona funkcja. Ubrana po arabsku, w długie spodnie, ciemny golf i kamizelkę, zupełnie nie zwraca uwagi na czterdzieści stopni ciepła na zewnątrz. Patrzy z niepokojem na telefon, po czym odbiera rozmowę. Po chwili stwierdza z uśmiechem: „Praca z Egipcja- nami bywa trudna!”, by przejść do poprzedniego tematu. „Dawniej ceny były wyższe, a to niestety bardzo wpływało na „jakość” turystów. Ostatnio spotkałam się z pewnym klientem, który żalił się, że w hotelu jedzenie jest złe, obsługa niemiła, a pokoje brzydkie. Nie mieszkał oczywiście w pięcio-gwiazdkowym hotelu, ale… - tu zawiesza na chwilę głos – spytałam go ile zapłacił za dwutygodniowy pobyt. Odpowiedział z dumą, że 1600 złotych. – Uśmiecha się porozumie-wawczo. – Jeśli powiem, że sam lot kosztuje około 1200, nietrudno policzyć, ile zostaje na pokrycie kosztów zakwaterowania, wyżywienia itd. Pytam się, jakie wakacje można mieć w takiej cenie w Polsce?” Odpowiedź na to pytanie nie jest trudna, jeśli tylko spróbujemy zarezerwować jakikolwiek nocleg nad polskim morzem. Dla dwóch osób sto złotych to dobra cena, jeśli chcemy mieszkać w przyzwoitych, przypomina-jących hotelowe, warunkach. Jednak często jest to cena bez wyżywienia, a doliczyć należy do niej jeszcze wszelkie opłaty klimatyczne, gofry za dziesięć złotych i bilety do kina, jeśli kolejny dzień pada. Pod tym względem nic dziwnego, że kraje nie tak dawno egzotyczne i zarezerwowane dla wybranych, jak Egipt, Maroko, Turcja itd. stały się miejscem masowych wypraw turystów z całego świata. Często są to ludzie, którzy do tej pory jednie siedzieli w domu, nieznający dobrych turystycznych obyczajów. Tacy są najgorsi. Ja tu płacę i nic mnie nie obchodzi Kolacja w ładnej, choć nieco zniszczonej restauracji. Na długiej ladzie piętrzą się stosy jedzenia układające się w bogaty szwedzki stół. Ilość potraw znacznie przewyższa wszelkie standardy, jakie spotykamy w naszych domach. Pomiędzy stolikami krążą uśmiechnięci kelne-rzy, chyba telepatycznie odgadujący wszelkie życzenia klientów. Przy jednym ze stolików siedzi gruby mężczyzna z mnóstwem tatuaży, zarazem ofiara siłowni i sterydów, naprzeciw niego chuda blondynka patrząca na wszystko ze zdziwieniem. Ale ona jest tylko tłem, nie odzywa się w ogóle. Do mężczyzny podchodzi jeden z najmilszych kelnerów, pytając czy skończył już posiłek i czy może wziąć od niego talerz. Gość najpierw go ignoruje, a gdy

PODRÓŻE

kelner nieśmiało próbuje zabrać mu naczynia, reaguje krzykiem, tak, że obracają się nie tylko najbliższe stoliki, ale również podchodzi do nich szef hotelu, który sam jakoś załatwia sprawę z trudnym klientem. Kelner odchodzi do swoich obowiązków. Na ustach znów ma firmowy uśmiech, ale gdy tylko wydaje mu się, że nikt na niego nie patrzy, przygryza wargi i znika na chwilę. Goście albo udają, że niczego nie zauważyli, albo po chwili wracają do przerwanych rozmów. To tylko kelner. Człowiek, który poja-wia się i znika, nic o nim nie wiemy i wiedzieć często nie chcemy. Migracje za chlebem Można zaryzykować tezę, że o ile wyjazdy zagraniczne do pracy zniszczyły europejskie rodziny, turystyka zniszczy afrykańskie. Pracownikami hoteli w najbardziej popularnych egipskich kurortach, są w większości ludzie z Kairu, którzy przejechali wiele kilometrów w poszukiwaniu pracy. Powody są różne. Najczęściej wymienianym są zwyczajne względy finansowe, a także przyziemna możliwość znalezienia jakiejkolwiek pracy. Miejscowości nadmorskie będące zarówno mekką turystów, jak i wielkim placem budowy kolejnych hoteli, są w stanie wchłonąć niesamowite ilości ludzi – kelnerów, kucharzy, osób sprzątających etc. Niektórzy traktują pracę tam jako chwilową przygodę, możliwość zdobycia doświadczenia, by potem przenieść się do Europy czy Stanów. Inni po prostu lubią to, co robią. „Lubię to miasto, mam tu wielu przyjaciół” – opowiada z prostotą Mustafa, kelner w jednym z hoteli. „Chciała mnie wziąć” Choć różnią się poglądami i pomysłami na życie, mężczyzn (kobiet w miejscowościach

PODRÓŻE

turystycznych praktycznie się nie zatrudnia) pracujących w hotelach łączy jedno – właściwie wszyscy są kawalerami. Założenie rodziny uniemożliwiają im zarówno warunki finansowe, jak i godziny pracy. Często jest to od 10 do 14 godzin na dobę, sześć, czasem siedem dni w tygodniu. „Tobie może wydawać się to dziwne – Mustafa uśmiecha się lekko, widząc moją minę – ale jeśli lubisz swoją pracę, godziny nie są dla ciebie problemem. Możesz po prostu pracować dłużej.” Po mojej chwilowej konsternacji, nadal się uśmiecha. Uśmiech mają wrodzony. Niektórzy tylko firmowy, dla turystów, inni, jak Mustafa, są z zasady zadowoleni z życia i tak samo traktują wszystkich turystów: „Nawet jeśli ktoś jest niemiły, ja jestem miły dla niego tak długo, aż się do mnie przekona”. Jednak nie wszyscy mają takie podejście do sprawy. „Jestem jednym z niewielu w tym hotelu, którzy lubią Polaków. Dlaczego? Bo wy nie jesteście tak bogaci jak Amerykanie czy Brytyjczycy, a nawet jeśli, to nie wydajecie aż tak dużo pieniędzy. Na was się mniej zarabia, więc też mniej lubi” – tłumaczy z zadziwiającą szczerością kucharz Mino. – „Amerykanom wydaje się, że za pieniądze mogą kupić wszystko, nawet ludzi. I często im się to udaje” – bezradnie rozkłada ręce. „ Wiesz, hotel funkcjonuje jak wielki pociąg. Jest stacja początkowa, kiedy ludzie wsiadają, przez tydzień albo dwa pociąg jedzie, a potem wysiadają i wchodzą kolejni. Za każdym razem nowi. Pytałaś wcześniej o małżeństwo, powiem jeszcze, dlaczego nikt nie chce się żenić. Co tydzień są nowe turystki, które chcą przeżyć przygodę, można co tydzień z inną umawiać się na kolację, co tydzień inna jest piękna. To wygodny układ.” Rzeczywiście, patrząc na zachowanie niektórych turystek i pracowników hoteli, wygląda na to, że ten układ odpowiada obu stronom. „Czasem przyjeżdżają starsze kobiety ze Stanów – kontynuuje swoją opowieść Mino – które za pieniądze spotykają się z młodymi chłopakami. Mój kolega kiedyś nawet z jedną wyjechał. Próbowałem z nim rozmawiać, ale samochód i mieszkanie, które mu kupiła, były ważniejsze. Jedna nawet złożyła mi taką propozycję. Chciała mnie wziąć – uśmiecha się krzywo. – Tak, dobrze rozumiesz – kiwa głową rozbawiony na widok mojego pytającego spojrzenia. – Wziąć. Pewnie za mieszkanie i samochód albo coś takiego. Powiedziałem jej, że nie jestem kurczakiem.” Jakkolwiek dziwi mnie nieco to porównanie, Mino parska śmiechem, najwyraźniej uznając, że powiedział świetny dowcip. Znaleźć złoty środek Relacje między turystami, a pracownikami hoteli mogłyby niejednemu studentowi dostarczyć rewelacyjnego materiału do pracy magisterskiej. Socjolog miałby przykład relacji społecznych, psycholog osobowości ludzkich, kulturoznawca mógłby pisać o zderzeniach różnych tradycji i poglądów na życie. Na pierwszy rzut oka, obserwując codzienne życie turystycznych kurortów, można powiedzieć, że jesteśmy bardzo różni, my, będący po dwóch stronach turystyczno – finansowej barykady. Czasem posługujemy się stereotypami i nie próbujemy nawet się wzajemnie poznać. Dopiero rozmowa pozwala przełamać pewne tabu. Choć skończył się czas listów w butelce, nadal popularne jest podtrzymywanie waka-cyjnych kontaktów. Hotelarze w tym przodują, mogąc pochwalić się bogatą

PODRÓŻE

kolekcją znajomych z całego niemal świata. „Ostatnio byli u mnie znajomi ze Szwecji – chwali się z dumą Mino. -Przyjechali na miesiąc i w tym czasie zwiedziliśmy prawie cały Egipt. To była niesamowita wycieczka, a oni jeszcze za wszystko płacili!” Jak twierdzi Musfata, nie można generalizować – w każdym narodzie są lepsi i gorsi ludzie, bardziej i mniej mili. Czasem wystarczy ich po prostu poznać i spróbować zrozumieć. Mówi się, że można przeżyć całe życie, podróżując tylko jednymi liniami lotniczymi, mieszkając tylko w hotelach Hilton, jedząc tylko w McDonalds i nie wychodząc z basenu przez cały pobyt. Pytanie tylko, czy o to chodzi? Mustafa zaczyna się niecierpliwić i z niepokojem patrzy na zegarek. „Przepraszam cię bardzo, mam nadzieję, że masz już dużo informacji, bo ja muszę już iść. Przyjechali moi znajomi, są co prawda w innym hotelu, ale teraz przyszli do baru i chcą porozmawiać. Jeśli pozwolisz…?” Kiwam głową i dziękuję mu za rozmowę. Uśmiecha się radośnie i wychodzi do baru. Na schodach jeszcze raz mnie woła: „Uważaj na siebie. I… wróć jeszcze do Egiptu.” Monika Toppich (Od autorki: Niektóre wypowiedzi moich rozmówców zostały nieco sparafrazowane ze względu na konieczność tłumaczenia ich z łamanego nieraz angielskiego. Jednak w każdym przypadku, starałam się zachować ich pełen sens i przekaz.) „Ekstrak(l)asa”
Polska ekstraklasa jaka jest, niestety - każdy widzi. Jed-nak jak się okazuje, nasza liga potrafi także potrafi być istnym rajem dla piłkarzy, ale nie z powodu wysokości jej poziomu, a raczej z atrakcyjności płac, jakie można w niej otrzymać.
SPORT

Bowiem chyba tylko w Polsce może mieć miejsce sytuacja, w której piłkarze w zamian za koszmarne wyniki oraz brak realizacji minimalnych oczekiwań prezesów i kibiców stają się milionerami. Rezultaty, jakie osiągnęły polskie zespoły w tegorocznych meczach kwalifikacyjnych do europejskich pucharów (a zaz-naczam, że artykuł został napisany 4 sierpnia), śmiało pozwalają wysnuć tezę, że ten rok, tak jak wiele poprzednich, okaże się dla polskich drużyn porażką. Przypomnę jedynie, że żaden z naszych reprezentantów w Europie, a jest ich czterech, nie tylko nie wygrał, ale nawet nie zremisował eliminacyjnego meczu. Co gorsza, mając jak na polskie realia mocny skład, przegrywa z zespołem z Azerbejdżanu na własnym stadionie 0:1. Kibice najprawdopodobniej znów będą musieli cieszyć się grą swoich ulubieńców w rozgrywkach międzynarodowych do końca sierpnia lub początku września, a znane europejskie teamy oglądać nie na miejscowych stadionach a – jak to zwykle bywa - w telewizji. Dodatkowo ogólną słabość przeżywa od jakiegoś czasu reprezentacja Polski, której ostatni wynik to 0:6 dla przeciwnika. Nic dziwnego zatem, że coraz częściej słyszy się o żądaniach ze strony polskich kibiców, którzy pragną rozwiązania Polskiego Związku Piłki Nożnej oraz zawieszenia na dłuższy okres rozgrywek polskiej ekstraklasy – nawet kosztem utraty organizacji Euro 2012. Przypatrując się tej sytuacji, nie jestem przekonany czy wyżej proponowane rozwiązania mają jednak jakikolwiek sens. Wystarczy choćby spojrzeć w przeszłość, by przekonać się o tym, ile już razy historia podawała nam przykład w jaki sposób kończą się nieprzemyślane rewolucje. Poza tym, nawet gdyby marzenie przeciwników

SPORT

polskiego związku ziściło się i PZPN zostałby zamknięty, a nasza ekstraklasa zostałaby zawieszona, to i tak jaki by płynął z tego pożytek dla polskiej piłki? Co dałoby nam oraz piłkarzom kilkuletnie nicnierobienie? Czy przez ten czas, kiedy drużyny zamiast trenować i rozgrywać mecze miałyby przerwę, nauczyliby się wreszcie porządnie grać w piłkę? Może warto rozejrzeć się za innymi, mniej radykalnymi rozwiązaniami. Ostatnio coraz więcej osób zaczyna piętnować problem, jakim jest ewidentne przepłacanie polskich piłkarzy. Bo jak można nazwać sytuację, w której najlepsi piłkarze ekstraklasy odpadają w kwalifi-kacjach do europejskich pucharów z zespołami z Azerbejdżanu czy Estonii, a zarabiają tyle, ile nie dostaje wielu zawodników choćby znakomitej ligi niemieckiej? Na próżno szukać na przestrzeni ostatnich kilku lat wielkich osiągnięć polskich zespołów w między-narodowych rozgrywkach Pucharu UEFA lub dziś Ligi Europejskiej, a mimo tego stawki płacowe w ekstraklasie są podwyższane z roku na rok. Przykładowo pomocnik Legii Warszawa, Maciej Iwański, który w sezonie 2009/2010 legitymował się zaledwie czterema golami zdobytymi w lidze i zaliczoną jedną asystą inkasuje w tym roku 80 tyś. złotych – miesięcznie. O tym, że w ubiegłym sezonie Legia z Maciejem i innymi milionerami w składzie nie otrzymała nawet prawa gry w kwalifikacjach do Ligi Europejskiej nie muszę chyba przypominać. Nie jest żadną tajemnicą fakt, że prezesi polskich klubów głównie tracą, inwestując w nasz futbol. Wszakże wiadomo, że grając tylko na krajowym podwórku i nie występując na arenie międzynarodowej nie można zarobić wystarczająco, aby utrzymać klub, który oferuje swoim zawodnikom zarobki na średnim europejskim poziomie. Niestety poza masową utratą gotówki właścicieli zespołów, zjawisko przepłacania piłkarzy ma także negatywne odbicie na polskim futbolu. Analizując miesięczne wypłaty otrzymy-wane przez największe gwiazdy ekstraklasy nietrudno jest pojąć, dlaczego do naszego kraju tak chętnie powracają znani Polacy, którym nie udało się odnaleźć szczęścia zagranicą. Otóż w żadnym innym kraju na świecie tacy zawodnicy jak Euzebiusz Smolarek, Maciej Żurawski czy Artur Wichniarek, którzy zdecydowali się na powrót do Polski z lig zachodnich, nie uzyskaliby statusu gwiazd i astronomicznych pensji już na starcie bez wcześniejszego udowodnienia własnej wartości! Na przykładzie tych zawodników można się przekonać, że nasze rodzime gwiazdy, którym umiejętności nie starczyło już na mocniejszą ligę niż Polska dostają u nas pieniądze za samo nazwisko. Jak inaczej można wytłumaczyć fakt, że Ebi Smolarek, który jako napastnik strzelił w ostatnich trzech sezonach siedem bramek, będzie zarabiać od nowego sezonu w Polonii Warszawa 400 tysięcy euro rocznie? Swoją drogą jestem bardzo ciekawy tego, jak potoczą się w Polsce losy piłkarza, który jeszcze niecałe trzy lata temu swoją grą w reprezentacji wprowadzał pół Polski w stan zachwytu. W zeszłym sezonie jednak nie chciał go nawet przeciętny grecki klub AO Kavala… Dziwić może w tej sytuacji postawa prezesów, ale nie dziwi zachowanie takich piłkarzy. Jeśli do wyboru mają wysokie zarobki w Polsce, do tego częste wywiady w prasie i telewizji lub walkę o miejsce w składzie na Zachodzie ze średnią pensją,

SPORT

to wybór wydaje się być niemal oczywisty. Szkoda tylko, że w tym wszystkim, to właśnie nasza ekstraklasa jest miejscem, w którym podobni piłkarze odcinają swoje kupony od sławy. To samo jednak działa w drugą stronę. Tak jak polskie, powoli już zachodzące, gwiazdy chętnie powracają do ojczyzny, tak samo niektórzy zdolni gracze, którzy na co dzień występują w ekstraklasie, nie kwapią się, by ją opuścić. Znakomicie ten problem wychwycił były reprezentant Polski Tomasz Hajto, który na swoim blogu internetowym stwierdził, że piłkarz mający w Polsce status gwiazdy, wysokie zarobki oraz jest wymieniany w kontekście gry w reprezentacji, lub wyjazd zagranicę, gdzie będzie musiał ciężko walczyć z 30 innymi ludźmi o miejsce w wyjściowej jedenastce, to wybiera to pierw-sze. Obserwując tegoroczne transferowe zamieszanie, jakie urosło wokół Sławomira Peszki, nie wiem, czy właśnie podczas podejmowania decyzji co do wyboru klubu nie kierował się podobnymi motywami, rezygnując ostatecznie z wyjazdu do silnego przecież Panathinaikosu Ateny. Do polskiej ligi w ciągu ostatnich kilku lat przybywa ogromna liczba obcokrajowców. Tylko w zeszłym roku polskie kluby zatrudniły w swoich szeregach ponad 100 stranierich. Rzecz interesująca, ale może nie w przypadku, kiedy ci piłkarze w większości nie przewyższają umiejętnościami naszych rodaków. Co więc powoduje, że polskie kluby tak chętnie sprowadzają do siebie piłkarzy z obcymi paszportami zamiast promować rodzimych graczy? Problemem, który staje na przeszkodzie klubom w kupowaniu największych polskich talentów, jest ich cena. Normą jest sytuacja,

SPORT

w której klub żąda za swojego zawodnika kwoty miliona Euro w momencie, gdy ten nie rozegrał nawet dwóch sezonów na choćby dobrym poziomie. Jako przykład może posłużyć w tej sprawie przypadek Artura Sobiecha. Młody napastnik Ruchu Chorzów miał w zeszłym sezonie dosyć udaną rundę jesienną, w której zdobył 7 bramek i mniej już dobrą wiosenną, podczas której tylko 3 razy znalazł drogę do bramki przeciwnika. Po całym sezonie, w którym 19-latek zdobył zaledwie 10 goli, śląski klub „krzyknął” sobie za niego właśnie okrągły milion Euro. Jednak akurat w tym przypadku Ruch znalazł chętnego, by zgodzić się na tę co najmniej mało korzystną ofertę. Upartym kupcem okazała się warszawska Polonia, która niedawno nieco na siłę zakontraktowała wcześniej wspominanego przeze mnie Ebiego Smolarka. Czy to jest dobry sposób na budowanie solidnej drużyny? Pożyjemy – zobaczymy. W tym sezonie spośród polskich drużyn, to Lech Poznać ma walczyć o upragniony przez lata awans do Ligi Mistrzów. Naprawdę wydaje się, że na dzień dzisiejszy jest to jedyny polski klub, który ma realne szanse, by o to powalczyć. Jako jeden z nielicznych w naszej piłkarskiej rzeczywistości posiada wysoki budżet, sprawną organizację oraz piękny stadion. W momencie kiedy piszę te słowa właśnie dobiega końca eliminacyjny mecz Lecha ze Spartą Praga, który rozgrywany był w Poznaniu. Wynik 0:1 dla Czechów przedłuża okres oczekiwania na Polską drużynę w Champions League do 15 lat… Albo mi się wydaje, a może to taki delikatny sygnał ostrzegawczy dla polskich klubów, że czas wreszcie zacząć mierzyć siły na zamiary – lub raczej pieniądze do umiejętności. Rafał Guzik Polemicznie o homoseksualizmie

DYSKUSJA

S: Nie będę Cię oszukiwał swoim rzekomym pluralizmem. Uważam socjalizm i liberalizm światopoglądowy za zagrożenie. Tym bardziej, że jak raz dasz coś ludziom, to... sama wiesz. A moja "ciasnota umysłowa" - bo uważam pewne poglądy za niedopuszczalne. Nie jestem otwarty na dyskurs w pewnych tematach, bo w pewnych tematach "własne zdanie" nie ma nic do rzeczy. K: Socjalizm jeszcze jestem w stanie zrozumieć. ale wytłumacz mi, co masz do zarzucenia liberalizmowi. I co to znaczy „pewne”? S: "Pewne" - kwestie moralności nie podlegają dyskusji, bo są niezmienne. Zobaczysz, że za kilkanaście lat będziemy "dyskutować" o dopuszczalności pedofilii. Tak, takie stron-nictwa już istnieją, w Holandii nawet powstała kiedyś partia, która miała to w programie. Nie wiem czy nadal istnieje. Niby margines, ale ruchy gejowskie to też był margines. Liberalizm… Nie, naprawdę nie wszystko powinno być dozwolone. no chyba, że chcemy skończyć w świecie bez żadnych zasad. K: Wydaje mi się jednak, że trochę teraz przesadziłeś. a)Holandia to nie jest kraj, który może być miernikiem moralności lub jej braku w ogóle; b)Pedofilia a homoseksualizm to są zupełnie różne rzeczy. S: Ja nie twierdzę, że nie są! Ale obie są sprzeczne z naturą, choć nie powinno się homoseksualizmu karać, tylko próbować leczyć. Bo można wyleczyć. A pedofilia to groźne dla społeczeństwa przestępstwo. Mam tego świadomość. Ale uwierz mi, kiedyś karano za homoseksualizm i wydawał się on kompletnie niedopuszczalny. Mechanizm może być podobny, oby nie. K: Mam ochotę prychnąć z dezaprobatą. Ale powstrzymam się od komentarza na temat leczenia homoseksualizmu, milion razy się na ten temat wypowiadałam - wybacz, ale strzelam, że żadne z nas drugiego w tej materii nie przekona. Powinno Ci wystarczyć, że były prowadzone badania i z homoseksualizmu się nie da wyleczyć. Następuje w najlepszym wypadku chwilowy "zanik skłonności". Czy jakkolwiek to nazwać. S: Może tak. ale homoseksualizm to jest odstępstwo od naturalnej normy seksualnej. A w człowieku, o ile wiem, nic się jak dotąd nie zmieniło, więc nie wiem, dlaczego zmieniła się norma. Zanik skłonności? To wszystka kwestia psychiki. Gdzie ten "gen" homoseksual-izmu? A przy okazji, zauważ zmianę - jakbyśmy żyli z 70 lat temu, to byśmy jeno się chichrali z rozmawiania o homoseksualizmie. K: No dobra, załóżmy, że masz rację.

DYSKUSJA

S: Ale? K: A czemu zaraz „ale”? Choć ok, masz rację - jest „ale”. S: Trochę Cię znam, i wiem, że dyskusje między nami nie kończą się tak szybko. K: Ale spójrzmy na to z tej strony: jeśli homoseksualiści nie robią "nam" krzywdy, to dlaczego nie pozwolić im żyć jak chcą? Ja nie mówię o adoptowaniu dzieci, bo to jest kompletnie inna sprawa. Ale czemu nie pozwolić im zalegalizować związku na przykład? Nie mam na myśli np. ślubu w koś-ciele - mówię np. o wpisie urzędowym do akt. S: Bo im taka legalizacja niepotrzebna. To pusty postulat, który prowadzi do dalszych, w tym adopcji dzieci. Po co im to zarejestrowanie? Mówią - dziedziczenie. Można spisać testa-menty, będzie prościej i pewniej. Są jeszcze jakieś kwestie? K: Z jakiej racji ma być tak, że - powiedzmy - Ty żyjesz 20 lat z żoną i ona może decydować o Twoim losie (gdybyś nie był w stanie) a moja "żona" nie (jeśli zało-żyć, że też żyję z nią 20 lat)? A dziedziczenie jest akurat w miarę do załatwienia. S: Co do decydowania - można wydać pełnomocnictwa. Wszystko jest do zrobienia. K: Zwłaszcza jeżeli powiedzmy ulegam wypadkowi ("ja" jako lesbijka, idąc za przykładem powyżej - umownie) i nie było na to czasu? S: Ale jak nie było czasu? Jeśli rzeczywiście taki związek nie miałby przelotnego charakteru, to z całą pewnością był na to czas. Kobieta, którą mężczyzna niedawno poznał, też nie może za niego decydować. K: Tylko to wymaga zmiany mentalności. S: Zmiany mentalności? K: Chodzi mi o podejście na zasadzie "a kim on/ona niby jest, że ma decydować?" S: Przykro mi, ale nie nazwę pary homoseksu-

DYSKUSJA

alnej "rodziną", ani "małżeństwem". Po prostu nie. Mężczyźni powinni się realizować z kobietami (żonami! Kolejna sprawa - wierność równa się bezpieczeństwo), ewentu-alnie zrezygnować z aktów seksualnych. K: Moment, moment. Bo albo Cię nie zrozumiałam, albo postulujesz, że wszyscy geje to poligamiści... S: Nie, pewnie nie. Ale w tej grupie pewnie znaczenie częściej dochodzi do tzw. "zmiany partnerów seksualnych". To w ogóle nie powinno mieć nigdzie racji bytu, także w relacjach heteroseksualnych, no ale to inna kwestia. K: I właśnie stąd biorą się ataki. Z takiego "pewnie" - nie masz źródeł, nie masz dowodów, nie możesz tak mówić. S: Dlatego nie piszę tego publicznie, tylko do Ciebie (eee. Cóż, to była naprawdę spontaniczna dyskusja, nie ustawialiśmy tego – kpc). Choć jestem głęboko przekonany, że tak jest, patrząc choćby na artystyczne wysmako-wanie tych parad równości. K: Again: będę bronić środków antykoncep-cyjnych. (Tak a propos "zmiany partnerów seksualnych" i bezpieczeństwa) Ok, nie spierajmy się o to, bo póki nie żadne z nas nie ma dowodów, możemy się tylko zacząć kłócić, a to jest bez sensu (znam siebie i wiem, jak potrafię zareagować). S: Umówmy się, że w sprawie zmian, to moim głównym zastrzeżeniem jest nie bezpieczeństwo, tylko sprawa wierności, której dzisiaj próbuje się pozbawić większego znaczenia. Poza tym: ej. Nie mów mi tylko, że te parady to przykład dobrego gustu i skromności. K: Odwołujesz się do ekstremów. Heterosek-sualiści często zachowują się tak samo. A sprawa wierności to zupełnie inna kwestia jest. S: Może się zachowują. A widziałaś to w centrum miasta? K: "To" tzn. co? S: "To" w sensie paradę, podczas której prezentuje się pewne rzeczy często w sposób co najmniej nieodpowiedni, żeby nie użyć, starego, a nieco zapomnianego słowa "lubieżny". K: Nie pochwalam. To bez sensu - manifestacja czegoś, czego tak naprawdę w codziennym życiu nie ma. S: I z tej strony, i z tej strony mi się to nie podoba, takie zachowanie. Krzyczą o "edukacji seksualnej", a co sami promują - ech. K: Mnie też, chociaż założę się, że mam trochę inny próg tolerancji niż Ty. Nie mówię o spaniu z kim popadnie, na zasadzie: "nie będę się bawić w celibat", ale bywa i tak, że nam (kobietom w większości, niestety) wydaje się, że to już na zawsze, że na śmierć i życie, i chcemy dać facetowi wszystko. A że potem się rozpada i historia zatacza koło – to juz zupełnie co innego. S: Bo wszystko się dzieje tak szybko - gdzie jest czas na porządne poznanie siebie? Często się to pomija, co jest smutne, po prostu. K: Albo wydaje się, że już się poznało. To jest nie tyle smutne, co bolesne. S: Gdyby dać sobie czas, dużo czasu, to byłoby łatwiej. A my jesteśmy tak niecierpliwi. K: Byłoby, gdyby założyć, że wszyscy zaczną tak postępować. Bo jeśli nie, to często jest po prostu łatwiej i praktyczniej. Spójrz na to tak: Masz dziewczynę, decydujecie się z tym zaczekać. ("Ty" znów jest czysto umowne.) S: Praktyczniej? Z czym... Nie, proszę. Nie używaj takiego słowa w tym znaczeniu, proszę. Człowiek naprawdę może żyć bez zachowań seksualnych, da się. "Praktyczniej" odpada. K: Niech Ci będzie, mogę nie używać tego słowa. Wracając: ale twoi kumple tego nie

DYSKUSJA

rozumieją - i jest ciągłe nagabywanie z rodzaju: "zaliczyłeś?". I zaczynają się wątpliwości: "może jednak faktycznie powinienem?" etc. (bo choć może nie wszyscy, to część będzie się nad tym zastanawiać). Pół biedy, jeżeli na tych wątpliwościach się skończy. Gorzej, jeśli się zacznie naciskanie, ciągłe wracanie do tematu itd. To nie jest dobre z punktu widzenia relacji. S: Nie traktuje tego na poważnie/nie mam takich osób w bliskim otoczeniu/nie zamierzam być chorągiewką na wietrze. Ja nie mówię, że nie ulegam naciskom, ale naprawdę, są pewne sprawy, w których człowiek powinien myśleć. Myśleć. I słuchać tylko dobrych rad, co niestety wydaje się utopijne. K: Ok, ok. Dlatego właśnie mówię, że "ty" jest tutaj zamiennikiem dla "ktoś". I faktycznie, część będzie myśleć jak Ty i ja to cholernie podziwiam. S: Wybacz, ale dorosły facet powinien mieć świadomość, że odpowiada za siebie i innych. nie bawić się w głupie przycinki w tzw. „męskim gronie”. To jest po prostu dzieciarnia, i to złym tego słowa znaczeniu. Nie mówię, że wykluczam jakiekolwiek przycinki i wspólne spędzanie czasu - zresztą, rozumiesz o co mi chodzi. K: Dorosły. That's the point. S: Najgorzej to mają "półdorośli". Uważający się za dorosłych, niestety dzieciakiem (bo nie dzieckiem) podszyci. K: I to właśnie najczęściej jest ich problem. S: Ale u kobiet też się pojawiający, nie ściemniajmy, że to wszystko wina mężczyzn. K: Ich = "półdorosłych". Bez rozgraniczenia na płeć. K - Magdalena Kelnaiarz M - Marek Suska Urodzinowa katastrofa
Czas leci nieubłaganie. Pamiętasz? Mając zaledwie kilka lat z wielkim entuzjazmem świętowałeś wraz z rodziną ten jakże wyjątkowy dzień – Twoje urodziny.
FELIETON

Tort, łakocie, prezenty i obecność osób, na których tak bardzo Ci zależało. Nic więcej do szczęścia nie było potrzebne. Z roku na rok stawałeś się coraz starszy, mądrzejszy, bardziej doświadczony i poznawałeś nowych przyjaciół. Gdy byłeś młodszy, każdy członek bliższej rodziny pamiętał o Twoim święcie. Zawsze dzwonili do Ciebie i składali życzenia. Z biegiem czasu jednak pewne rzeczy się zmieniają... Spójrz. Teraz jesteś już prawie dorosły. Podejmujesz decyzje dotyczące Twojego dalszego życia. Masz nadal przyjaciół i znajomych, lecz nie ufasz już tak jak dawniej. Mimo to, wiesz komu naprawdę na Tobie zależy, a komu nie. Lada dzień obchodzić będziesz swoje urodziny. Nie możesz się doczekać życzeń krewnych i znajomych. Wierzysz, że pamiętają... Nadszedł ten długo wyczekiwany dzień. Godzina 00:00. Otrzymujesz pierwsze życzenia od znajomych. Tradycyjne: zdrowia, szczęścia, kasy itd. Kładziesz się do łóżka mile zaskoczony, że już w zasadzie od samego początku ludzie chcą Ci życzyć wszystkiego dobrego. Budzisz się w południe. Na łóżku siedzi siostra, która kupiła Ci drobny prezent. Myślisz sobie, super! Ona również pamięta. Rodzice także nie zawodzą, podobnie jak dziadkowie. Dzień dobiega końca. Twoi najbliżsi przyjaciele nie zapomnieli o Tobie. Podobnie jak osoby, po których nie spodziewałeś się, że będą pamiętać. Zastanawiasz się jednak dlaczego nikt z rodziny nie dzwoni, nie pisze smsa. Przecież zwykle to robili. Zawsze pamiętali o Twoim święcie, a Ty z radością wysłuchiwałeś życzeń. Niestety coś się zmieniło. W pierwszym momencie ogarnia Cię złość, jednak zaraz mija. Przecież takie rzeczy się zdarzają. Jest Ci przykro, ale nie chcesz psuć sobie humoru tymi kilkoma osobami, które niestety nie pamiętały. Zdarza się to po raz

FELIETON

pierwszy i troszkę Ci z tym nie do śmiechu. Jednak nie myślisz o tym i kładziesz się spokojnie spać. Rano budzisz się z wyśmienitym humorem i stwierdzasz, że w zasadzie nie ma się czym przejmować. Przecież wiele osób pamiętało o Twoich urodzinach. Jednak czujesz nadal pewien niedosyt. Otóż, urodziny obchodzimy raz do roku. Mimo wszystko jest to wyjątkowe święto i powinno się pamiętać o swoich bliskich i przyjaciołach. W naszych czasach wszystko jest łatwiejsze. Istnieją różnego typu portale społecznościowe jak nk, facebook etc. Przecież nikt nie zmusza Cię do zapamiętania kilkuset dat. Tam masz wyłożone wszystko jak na dłoni. Nawet jeżeli zapomniałeś, napisz życzenia po terminie! Dana osoba będzie wiedzieć, że są one szczere i że w jakimś sensie Ci na niej zależy. Przecież nie musisz od razu dzwonić, jeżeli tego nie lubisz. Napisz krótką wiadomość i przeproś, że zapomniałeś. Niewiele będzie Cię to kosztować, a przynajmniej udowodnisz, że jesteś coś wart: jako kolega, przyjaciel... Marta Pawłowska

REKLAMA REKLAMA

outro.pl Jeśli przecieka – ujawniać?
Ostatnia, bardzo głośna na świecie, sprawa wielkiego przecieku tajnych informacji z wojny w Afganistanie do portalu WikiLeaks, to dobry punkt wyjścia do rozmowy o tym, na co dziennikarze mogą sobie w pracy pozwolić.
FELIETON

Rozumiem, jakie cele kierowały anonimowym źródłem w tym przypadku. Dokumenty z Afganistanu mają ujawniać również nadużycia wobec ludności cywilnej, jakich dopuszczały się wojska natowskie podczas misji w tym kraju. Jednakże główna uwaga mediów i osób wypowiadających się w tej sprawie wcale nie skupiła się na tym, przynajmniej podług mojej obserwacji. Punkt ciężkości kładzie się na zagrożenie dla żołnierzy, jakie niesie ze sobą ta ogromna publikacja, ujawniająca procedury, metody działania, etc. I to jest poważny problem. Nie wiem, czy został wystarczająco dokładnie rozważony przez osoby, które brały udział w tym przecieku. Czy dziennikarz ma prawo korzystać ze zdobytych przez siebie, tajnych informacji? Pewnie tak. Zwłaszcza, gdy ma to, samo w sobie, jakiś cel. Gdy ujawnia się zbrodniczą politykę, korupcję, przekręty. Ale nawet wtedy trzeba się mocno zastanowić nad tym, czy nie spowoduje to, że czyjeś życie będzie zagrożone. Bo przecież takie dokumenty nie dotyczą zazwyczaj zakupu frytek w McDonaldzie. Można też taką publikacją wywołać spore kłopoty dla państwa czy organizacji. Wszystko trzeba wziąć pod uwagę. Osobiście pewnie nie zdecydowałbym się na ujawnienie takich źródeł, jak te afgańskie. Są nazbyt obszerne, zawierają za wiele gardłowych informacji; są po prostu niebezpieczne. Najpewniej darowałbym sobie też podanie do publicznej wiadomości słynnej notatki ministra Kancelarii Premiera (za rządu Jarosława Kaczyńskiego) Leszka Jesienia z rozmowy z urzędnikiem amerykańskiej ambasady w Polsce, Kennetha Hillasa. W całej sprawie chodziło o sugestie Hillasa dot. odwołania wicepremiera Giertycha, który żądał sejmowej debaty o cywilnych ofiarach konfliktu w Iraku. Wywołało to spory, a i pewnie niepotrzebny, skandal, który można było załatwić zupełnie po cichu, bez obecności mediów w tej sprawie. Dziennikarz może (chyba! Jestem tylko amatorem, mogę się nie znać) szukać dostępu do takich informacji, to przecież wypełnianie oczekiwanej od niego funkcji kontrolnej względem poczynań państwa. Ale zdecydowanie wykluczam tu podejście publikuję wszystko. Bo nie można, po prostu. Marek Suska