Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

Wokół kultury strona 6 Recenzja płytowa: Można śpiewać sto lat strona 7 Recenzja teatralna: O „Iluzjach” strona 10 Filmy tygodnia strona 12 Wstrząśnięte, nie zmieszane, czyli weekendowy koktajl filmowy strona 13 CINEMAniak, czyli kto, z kim, z czym, na dużym ekranie strona 16 Recenzja książkowa: Dziecięce światy strona 19 Temat numeru: Targi książki strona 22 Temat numeru: „On żyje z czytelników i doskonale zdaje sobie z tego sprawę” strona 26 Temat numeru: Świętujemy dwa lata redakcji – kalendarium strona 29 Sport: Barokowe Premiership strona 31 Sport: Męska gra?! strona 35 Tydzień w obiektywie: Targi książki strona 38 NIEUŚWIADOMIENI

WSTĘPNIAK Outro Ogólnopolska gazeta młodzieżowa Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl rekrutacja(@)outro.pl Redaktorzy naczelni: Monika Toppich i Kamil Wiśniowski Sekretarz redakcji: Marek Suska Zastępca: Marta Jeziorek, Julia Kozioł Redaktor prowadzący wydania: Kalina Mróz Projekt okładki: Patryk Skoczylas Zdjęcie na okładce: Fotochronicle/CC by 2.0 Szefowie działów: Ula Skierkowska (kultura), Elżbieta Janota, Paulina Rzymanek, Martyna Nowak, Justyna Książek (filmowo - literacki), Maciej Kulina (sport), Agata Andrzejak (korekta), Dorota Stach (foto), Magdalena Kondracka (promocja), Patryk Skoczylas (graficy). Korekta: Agata Andrzejak, Maria Gołaszewska, Martyna Kłopeć, Agata Hajduk, Anna Kubaczkowska, Patryk Łowicki, Martyna Okupniak, Cynthia Schmidt, Paulina Szempińska Graficy: Angelika Marchewka, Jarosław Stępień, Dorota Stach, Adam Białek

W ostatni weekend podczas spotkania redakcji Outro, które odbyło się w Sup-raślu, Robert Bogdański, prezes Fundacji Nowe Media, wspominając początki swojej znajomości z redakcją stwierdził, że wiele lat temu, kiedy ktoś mówił mu, że może powstać internetowa i multimedialna re-dakcja, mówił, że to jest niewykonalne. My nie mieliśmy tej świadomości. Nie zasta-nawialiśmy się, czy jest to możliwe, jakie trudności przed nami staną. Po prostu to zrobiliśmy, po prostu ruszyła redakcja, po prostu okazał się pierwszy numer, a potem kolejne i kolejne. Aż do czterdziestu, bo przez dwa lata okazało się ponad czter-dzieści wydań Outro. W wielu sytuacjach okazywało się, że brak świadomości przeszkód sprawia, że bez żadnych problemów je pokonujemy. Tak też pracowaliśmy w Supraślu planując pro-mocję Outro. Założenie było proste – nie ma ograniczeń, nie ma problemów, nie ma kłopotów sprzętowych. Mamy działać, a im bardziej szalone pomysły powstaną, tym lepiej. Potem wystarczy już tylko je zre-alizować. MiK





WOKÓŁ KULTURY

W ramach warszawskiego festiwalu Spotkanie Teat-rów Narodowych 26 i 27 października wystawiony zostanie spektakl „Moris Szimel”, w wykonaniu teat-ru Habima z Tel Awiwu. Sztukę oparto na dramacie Hanocha Levina. 26 października w Łodzi odbędzie się koncert ku czci wybitnego polskiego kompozytora, Aleksandra Tansmana, połączony ze światową prapremierą jego koncertu na gitarę i or-kiestrę „Hommage à Manu-el de Falla” W październiku w kra-kowskim Międzynarodo-wym Centrum Kultury można odwiedzać wystawę „Polo-wanie na awangardę. Za-kazana sztuka w Trzeciej Rzeszy”. Podczas ekspo-zycji zaprezentowane zos-taną dzieła sztuki (obrazy, utwory literackie i mu-zyczne) uznawane w cza-sach hitlerowskich za „sztukę zwyrodniałą” i których twórcy prześladowani byli przez nazistów 25 października w Opolu muzyk jazzowy Victor Bailey i jego zespół, Victor Bailey Group, zaprezentują się na jedynym polskim koncercie. 30 października w War-szawie odbędzie się spek-takl Krzysztofa Materny „Dobry wieczór państwu”. Artysta opowie, co sądzi o polskich mediach i prze - myśle rozrywkowym. Asys- tować mu będzie Olga Bo-łądź. Przygotowała: Ewelina Tkacz MOŻNA ŚPIEWAĆ STO LAT

RECENZJA PŁYTOWA Manewry szczęścia - Zadyszka

Są genialne zespoły w polskiej mu-zyce rockowej, które nie mają swojej płyty typu „Tribune to…”, np. Armia, Closterkeller czy Hey. Zespół ze Skar-żyska - Kamiennej do nich nie należy. Ponieważ w tym roku właśnie zaprzy-jaźnione kapele przerobiły utwory Happysad, co zostało natychmiast wydane na dziesięciolecie istnienia grupy Kuby Kawalca. Po pierwsze ta płyta, przypomina mi jak stary jestem. Doskonale pamiętam jaką wrzawę spowodował w tych bardziej alternatywnych mediach utwór „Zanim pójdę” oraz jak porównywano debiutancki album do Pidżamy Porno. Rzeczony kawałek i tym razem może narobić trochę szumu, ale ze względu na artystę, który go wykonuje. Ponieważ w myśl zasady „wszędzie musi być Czesław”, przeróbki dokonał sam Czesław Mozil. I zrobił to we własnym stylu, z akordeonem zamiast gitary i swoim specyficznym śpiewem. Trzeba przyznać, że ta płyta w ogóle jest specyficzna. Artyści na nią zaproszeni pochodzą z różnych muzycznych światów, co tylko pokazuje, że wszystko zdatne jest do przeróbki, jeśli się ma tylko odrobinę chęci i talentu. „Zadyszka” to taki miszmasz stylów, ga-tunków i wyobraźni twórców. Przypomina kobietę po liftingu, odsysaniu tłuszczu i in-nych zabiegach upiększających. Taka le-ciwa modelka, na którą wciąż chce się patrzeć (w tym wypadku słuchać). Przykład

RECENZJA PŁYTOWA HAPPYSAD - Zadyszka (promomix)

pierwszy z brzegu – „Taką wodą być” wzięte w zgrabne palce Nathalie and the Loners teraz jest wakacyjną piosenką w kli-macie hawajskim. Natalia Fiedorczuk po-kazała, że dało się z tej kompozycji wycisnąć coś więcej niż prostą melodyjkę, ba dało się nawet zaśpiewać lepiej niż w oryginale. To nie jedyna zaskakująca przeróbka, bo metalowcy z Sosnowca, zespół Frontside, na warsztat wziął utwór „Nie ma nieba”. Zręcznie połączyli ładnie zaśpiewaną, delikatną wręcz, pierwszą część utworu, z metalowym czadem i growlem w drugiej. „Kostuchna” z kolei przypadła Gutkowi wespół z Indios Bravos i myślę, że inaczej niż kolejna „reggeałówa” ten kawałek nie mógł wyglądać. Znany z polsatowskiego show „Must Be The Music” zespól Enej poszedł w stronę charakterystycznego dla siebie folku w utworze „Mów mi dobrze”, zahaczając nawet o delikatną bossanovę. Niemniej zaskakujący jest Janusz Zdunek, który utwór „Taka historia” zagrał w całości na trąbce. Nawet remix trafił się na tej płycie, za sprawą Agima Dżeljiiljiego. W zasadzie nie ma tutaj słabego coveru i nawet jeśli nowe wersje nie odbiegają za bardzo od pierwowzoru, to zdecydowanie unosi się nad nimi duch gościa go wykonującego (kawałki wykonane przez Muzykę Końca Lata, Naiv czy Muchy). Jedynym nieporozumieniem jest utwór zagrany przez jubilatów. Happysad próbował scoverować samych siebie i wykonał wolniejszą wersję „Manewrów

RECENZJA PŁYTOWA

szczęścia”, co nie wyszło na dobre kawałkowi, choć może wpasowuje się w stylistykę jaką zespół prezentował na swoich ostatnich dwóch płytach. Warto dodać, że najnowsze wydawnictwo zawiera także płytę DVD z zapisem koncertu jaki odbył się na tegorocznym Jarocinie. Happysad i goście spisali się tam całkiem nieźle, i dla tych, którzy byli wtedy pod sceną może to być fajne przy-pomnienie sobie występu, a ci których festiwal ominął mogą się przekonać co stracili. Chociaż Happysad zdecydowanie nie jest kamieniem milowym w historii polskiego rocka i spornym jest czy zasłużyli sobie na płytę z coverami, to nie można odmówić „Zadyszce” tego czego wielu podobnym albumom zabrakło – inwencji twórczej. Nie ma tutaj odgrywania utworów w skali 1:1, każdy jest ciekawy i charakterystyczny. Od elektroniki po metal. Brawo, można śpie-wać sto lat bez żenady. Norbert Oset O „ILUZJACH”

RECENZJA TEATRALNA

„Bardzo mi przykro. Ale niestety, tobie się tylko wydaje, że mnie ko-chasz. A raczej, oczywiście, kochasz mnie, jak ja ciebie, ale Margaret, wybacz, ja mówię o zupełnie innej miłości, o tej miłości, której nie udało nam się wspólnie doświadczyć.” W warszawskim Teatrze na Woli, jednym z ciekawszych punktów na kulturalnej mapie stolicy, odbyła się właśnie premiera przedstawienia w reżyserii A. Glińskiej pt. „Iluzje” autorstwa I. Wyrypajewa. Jest on uznawany za wybitnego dramaturga współczesnego teatru. Jego sztuki są zas-kakujące, pozornie absurdalne, a opisane w nich relacje przywodzą na myśl gabinet psychiatryczny. Nic nie jest proste i oczy-wiste, a już szczególnie to, co się nam takim wydaje. Dramaty jego autorstwa opowiadają o świecie emocji, wrażliwości,

RECENZJA TEATRALNA

ale również o niezrozumieniu i tragediach zwykłych ludzi, zawsze traktujących swoje problemy bardzo poważnie. Tym razem podjął się on próby odpowiedzenia na py-tanie o istotę miłości na przykładzie czwór-ki zagubionych wewnętrznie staruszków. Bohaterowie, dwa małżeństwa w wieku 80+, stają przed trudnym dylematem – czy przed śmiercią rozliczyć się z przeszłością, zdemaskować zakłamania powstałe przez lata niedomówień, przewrócić świat swoich bliskich do góry nogami czy ukryć uczucia i umrzeć po bożemu. Sybil postanowiła wyznać prawdę, oznajmić, iż przez pięć-dziesiąt lat małżeństwa nie kochała swego niedawno zmarłego męża, lecz jego naj-bliższego przyjaciela, Alberta. Wyrypajew pyta widza: kiedy odczuwamy miłość? Czy może to być uczucie sa-molubne, niespełnione, bez wzajemności? Na początku każdy z czwórki zdecydowanie stwierdza co jest miłością, a co nie. Jednakże, autor nie byłby sobą gdyby wskazał widzowi poprawną odpowiedź – z pozoru prosta historia o spóźnionym uczuciu zaczyna się komplikować i mącić do tego stopnia, że na końcu nikt już nie wie co się rzeczywiście wydarzyło, a co było nieporozumieniem, bądź żartem. Obserwując nieszczęsnych donżuanów na emeryturze nie sposób nie odczuć dla nich współczucia i nie zadać sobie pytania jak można sobie tak poplątać życie. Poziom absurdu i ironii wprost nieprawdopodobny, tylko dla wyjadaczy. Na wartości przedstawienia zaważyła oso-ba reżyserki, Agnieszki Glińskiej. Znana głównie z inscenizacji Czechowa w Teatrze Narodowym i Współczesnym, w podobny sposób jak w przypadku Płatonowa, uka-zuje nam emocjonalność bohaterów XXI wieku. Prezentuje ich ze współczuciem, ale również z wyrozumiałością i ogromną sympatią – mając do dyspozycji świetnych aktorów tworzy subtelną sieć zależności, w której nic nie jest oczywiste. Spektakl jest bardzo dobry, ale może pozostawić obojętnym – historia w nim opowiedziana jest bardzo pouczająca, ale jednocześnie odrobinę niewiarygodna, chłodna. „Iluzje” w Teatrze na Woli będą nie-wątpliwie kolejnym sukcesem rosyjskiego pisarza. Jest to sztuka bardzo dowcipna, trochę gorzka, dająca do myślenia. Po wyjściu ze spektaklu jeszcze długo można się zastanawiać nad zadanymi pytaniami. Mnie się nie udało znaleźć na nie od-powiedzi, ale przynajmniej wiem dlaczego - w końcu wszyscy jesteśmy otoczeni przez iluzje. Aleksander Musiał Paranormal Activity 3 Dom snów Wszyscy wygrywają Dług O północy w Paryżu To tylko sex

FILMY TYGODNIA

Czyli historia o tym, jak to wszystko się zaczęło. Oglą-daliśmy częśc pierwszą, która była wielkim suk-cesem. Część drugą można uznać, za kiepską ko-medię. Ciekawe jakie re-cenzje zbierze kolejna część cyklu. Rodzina z dziećmi wpro-wadza się do wymarzo-nego starego domu. Coś Wam to mówi? Filmów opartych na tym sche-macie było już bardzo dużo i właściwie można się zas-tanawiać, czy twórcy są w stanie stworzyć coś nowe-go. Najlepiej sprawdzić. Prawnik zgłasza się na ochotnika do trenowania miejscowej drużyny. Tam spotyka wielu ludzi mają-cych różne problemy i bę-dących w różnej sytuacji życiowej. Film odpowiada na pytanie, czy marzenia trzeba realizować za wszel-ką cenę, czy też trzeba iść za głosem serca. Agenci Mossadu cieszą się wielką sławą za sprawą misji, kórą przeprowadzili jako młodzi ludzie. Czy laury rzeczywiście im się należą? Film pokazuje wydarzenia teraźniejsze i przeszłe. Wnioski wycią-gamy sami. Młoda para przybywa do Paryża, żeby świętować ślub. Jednak wierność małżon-ków zostaje wystawiona na próbę. Lekko i romantycz-nie. Ale jakie plenery! Są młodzi, odnoszą suk-cesy i nie mają zamiaru sie ustatkować. Po wielu nieu-danych związkach, decy-dują się na prostą zasadę: żadnych uczuć.

FILMY TYGODNIA WSTRZĄŚNIĘTE NIE ZMIESZANE, CZYLI WEEKENDOWY KOKTAJL FILMOWY

Mężczyzna traci kobietę swojego życia i wszystko, na czym mu zależy. Dwa poniższe filmy, w pięknie od-tworzonych historycznych sceneriach, pokazują, jak pokrzywdzony przez los bohater dąży do odzyskania honoru i do zemsty. 1. „Gladiator” Dzięki filmowi Ridleya Scotta, Maximus stał się sławniejszy od Spartakusa. Wizualnie mistrzowski, naszpikowany emocjami, pod-noszący poziom adrenaliny nawet przy dru-gim, trzecim i kolejnym oglądaniu – „Gla-diator” nikogo nie pozostawia obojętnym. Cesarstwo Rzymskie, II wiek naszej ery. Umierający cesarz Marek Aureliusz pragnie, aby miejsce na tronie zajął po nim jego przyjaciel i ulubiony generał, Maximus. Z oczywistych względów, prawowity nas-tępca, Kommodus, nie jest tym faktem zachwycony. Po śmierci Marka Aureliusza, Kommodus planuje zgładzić rywala wraz z całą jego rodziną. Cudem wymykając się żołnierzom nowego władcy, Maximus dos-taje się do niewoli, a następnie zostaje gladiatorem. Jego celem staje się od tej pory wywalczenie sobie drogi do wielkiego Koloseum w Rzymie, gdzie będzie mógł po-nownie spojrzeć w twarz swojego wroga… Szczegółowo dopracowany w zakresie kos-tiumów i scenografii, pełen mrożących krew w żyłach scen walki, wyróżniający się świetną, precyzyjną pracą kamery, „Gla-diator” jest wspaniałym widowiskiem.

FILMY TYGODNIA

Postać Maximusa, brawurowo odegrana przez nagrodzonego Oscarem Russela Crowe’a, dla wielu stała się uosobieniem waleczności, męstwa i honoru. Efektu do-pełnia muzyka, która pobudza i przyspiesza bicie serca, niczym wojenne werble. Tak – obraz jest wzniosły, być może nawet patetyczny, uniknięto jednak śmieszności wynikającej zwykle z przesady. Scottowi zarzuca się standardowość i nietrzymanie się historycznych faktów, ale ja mówię: nie o to w tym filmie chodzi! „Gladiator” z założenia miał być historią o odwadze i niezłomności przeciwsta-wionych nikczemności i zdradzie, historią, której zadaniem nie jest zaskakiwać i uczyć, ale wywoływać dreszcze. I na tym polu obraz sprawdza się znakomicie. 2. „Iluzjonista” Baśniowy, zarówno pod względem formy, jak i treści, film Neila Burgera opowiada o miłości, magii i iluzji w cesarskim Wiedniu. Młody chłopiec z włościańskiej rodziny za-kochuje się z wzajemnością w księżniczce, która w przyszłości ma zostać żoną następcy tronu, księcia Leopolda. Młodzi zostają więc rozdzieleni, dziewczyna spę-dza czas starannie pilnowana na dworze, zaś chłopak wyrusza w podróż jako iluz-jonista Eisenheim. Gdy po latach powraca do rodzinnego miasta, próbuje odnowić znajomość z dawną ukochaną i na nowo wzbudzić uczucie, co przysporzy mu potężnego wroga w osobie księcia. Czy "Tak – obraz jest wzniosły, być może nawet patetyczny, uniknięto
jednak śmieszności wynikającej zwykle z przesady."
FILMY TYGODNIA

pokładający ogromną wiarę w swoich umiejętnościach magik zdoła przezwyciężyć szykany władzy, oskarżenia policji kry-minalnej, a wreszcie – śmierć? „Iluzjonista” to romantyczna opowieść o pięknej, choć nieco naiwnej miłości, w której granice między światem rze-czywistym a nadprzyrodzonym zdają się zacierać. Rozwój wydarzeń, mimo że początkowo akcja rozwija się zgodnie z wszelkimi przypuszczeniami widza, może w ostatecznym rozrachunku niejednego zaskoczyć. Warto też zwrócić uwagę na aktorską stronę przedsięwzięcia: jako Eisenheim wystąpił enigmatyczny Edward Norton, zaś w rolę księżniczki wcieliła się Jessica Biel. Jednak za najciekawsze postacie opowieści uznać można księcia Leopolda, którego Rufus Sewell wyposażył w odpowiednią dozę arogancji oraz inspektora Uhla, o którego kreację zatroszczył się z dużą starannością Paul Giamatti. Na koniec zostawiłam sobie największy atut „Iluz-jonisty” – wizualne piękno. Kamera tworzy ciekawe, przemyślane ujęcia, umiejętnie prezentuje olśniewające kostiumy, wydo-bywa głębię kolorów… Obraz jest, poza wszystkim, niekwestionowaną ucztą dla oczu. Elżbieta Janota na dużym ekranie

CINEMANIAK CINEMAniak, czyli kto, z kim, w czym Zwiastun filmu "Taipei exchanges"

DZIEJE SIĘ W Warszawie w dniach 19-26 października odbędzie się 5. Festiwal Filmowy Pięć Sma-ków. Tym razem w stolicy zaprezentowane zostaną filmy Azji Wschodniej m.in. kino tajwańskie, koreańskie oraz japońskie. Filmem otwierającym będzie "Taipei Ex-changes", jednak najbardziej oczekiwaną premierą jest ekranizacja bestsellerowej powieści Harukiego Murakamiego "Nor-wegian Wood", która zostanie pokazana w ramach sekcji Nowe Kino Azji. Festiwal Filmowy Pięć Smaków to aż 30 filmów podzielonych na różne sekcje tematyczne (Focus: Tajwan, Azja w obiektywie, Sushi Typhoon, Taste of Korea oraz wspomniana już sekcja Nowe Kino Azji). Gościem specjalnym imprezy będzie Chen Wenpin, reżyser obrazu "Wędrówki dusz". To nie jedyne atrakcje - stołeczni kinomaniacy powinni przygotować się na dreszczyk emocji z Koreańską nocą grozy. Tego-roczna edycja festiwalu zawita również do Krakowa (26-31.10) i Poznania (12-15.11). 27 października cały filmowy światek skupi swoją uwagę na stolicy Włoch, gdzie odbywać się będzie 6. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Rzymie. Organizatorzy zapewniają, że podczas festiwalowego tygodnia całe Wieczne Miasto będzie zaangażowane w przyjęcie gości z całego świata oraz zapewnienie im rozrywki poprzez liczne koncerty i wystawy. Na czele konkursowego jury stanie znany włoski kompozytor Ennio Morricone. W ramach festiwalu zostaną zapre-zentowane premiery z Europy oraz innych kontynentów m.in. najnowsze dzieło Petera

CINEMANIAK Aktorzy, podkładający głosy głównym bohaterom bajki, w Warszawie opowiadali o swoich postaciach, pracy nad filmem oraz wzajemnych relacjach.

Jacksona i Stevena Spielberga "Przygody Tintina". Jedna z sekcji tematycznych zostanie w całości poświęcona Wielkiej Brytanii. Rzymski festiwal z roku na rok zyskuje na popularności, prestiżu oraz jakości. Program tegorocznej edycji wydaje się spełniać te kryteria. KRĘCI SIĘ Zaledwie w kilka dni po śmierci Steve'a Jobsa wytwórnia Sony zainteresowała się nakręceniem biografii o sławnym zało-życielu firmy Apple. Film miałby powstać w oparciu o książkę Waltera Isaacsona. Zbiór ponad 40 wywiadów z miliarderem, bliskimi mu osobami a nawet rywalami trafi na sklepowe półki w grudniu. Na film będziemy musieli niestety poczekać trochę dłużej. O Facebooku po raz kolejny będzie głośno. Oto bowiem sztandarowa gra portalu spo-łecznościowego - "Farmville", ma zostać przeniesiona na duży ekran. Na taki pomysł wpadli twórcy "Toy Story" Alec Sokolow i Joel Cohen. Gra o prowadzeniu gospodarstwa rolnego i utrzymywaniu się z uprawy warzyw, roślin i hodowli zwierząt była ulubioną rozrywką internautów, jednak ostatnio została zdetronizowana przez gry CityVille i The Sims Social. Szykuje się kolejny skandal - tak media skwitowały wiadomość o szykowanej przez Mela Gibsona produkcji o żydowskim bo-

CINEMANIAK

haterze Judzie Machabeuszu. Reżyser, wielokrotnie posądzany o antysemityzm, nie jest zrażony krytyką jaka na niego spadła po ekranizacji "Pasji". Co więcej, Gibson zamierza odegrać rolę głównego bohatera, co wywołało liczne protesty wśród organizacji żydowskich, które już próbują użyć swoich wpływów i zablo-kować produkcję. ZOBACZ TO Salma Hayek oraz Antonio Banderas pojawili się we wrześniu w Polsce, by promować najnowszą animację Dream-Works "Kot w Butach". Aktorzy, pod-kładający głosy głównym bohaterom bajki, w Warszawie opowiadali o swoich po-staciach, pracy nad filmem oraz wza- jemnych relacjach. Oczywiście z humorem i hiszpańskim temaperamentem. Zobaczcie na poprzedniej stronie! Otwarcie 27. Warszawskiego Festiwalu Filmowego uświetnił najnowszy film Davida Hare'ego "Ósma strona". Thriller, opo-wiadający o agencie MI5, porusza aktualne tematy polityczne i związane z nimi dylematy moralne. Reżyser do współpracy nad nowym filmem zaprosił wybitnych aktorów - Billego Nighy, Rachel Weisz oraz Ralpha Fiennesa. Hare, scenarzysta takich filmów jak "Godziny" i "Lektor", był jednym z gości WFF. Jak wypowiadał się o swoim najnowszym dziele możecie zobaczyć po-wyżej. Kalina Mróz DZIECIĘCE ŚWIATY

RECENZJA KSIĄŻKOWA

Na półkach w księgarniach zagościł właśnie niesamowity zbiór opowiadań Jean - Gustave Marie Le Clézio. Le Clézio to powieściopisarz francuski, noblista z roku 2008. Akademia Szwedzka uznała francuza za „autora otwierającego nowe perspektywy poetyckich podróży i zmysłowych uniesień, badacza ludzkości będącej poza granicami cywilizacji". Wszyst-kie te elementy możemy odnaleźć w opowiadaniach zatytułowanych „Modno i inne historie”. Bohaterami wszystkich opublikowanych w tym zbiorze historii są dzieci. Motyw dziecka w literaturze do najrzadszych nie należny, tym bardziej należy cenić sobie prozę Le Clézio, który podszedł do tematu z niezwykła delikatnością. „Mondo i inne historie” to niesamowita podróż w świat dziecięcej wrażliwości, wyobraźni oraz przemyśleń. Mali bohaterzy stoją w opo-zycji wszystkiego, co dorosłe, obracając się momentami w całkowicie odrealnionej rzeczywistości, która może być zarówno czasami współczesnymi czytelnikowi, jak i odległą historią. Każde dziecko repre-zentuje tu jednostkę, będącą ucieleś-nieniem wszystkiego, co nieskażone cywi-lizacją oraz nauką. I tak jest tytułowy Mondo, bezdomny chłopiec i baczny obserwator otaczającego go świata, znaw-ca ludzkich charakterów. Lullaby, która postanawia rzucić szkołę, z powodów, których w żadnym wypadku nie można uznać za prozaiczne. Jest też marzyciel Daniel, który pragnie być jak Sindbad Żeglarz, chociaż nigdy nie widział morza oraz Petite Croix, niewidoma dziewczynka, która postrzega świat uważniej niż nie-jeden zdrowy człowiek. Świat przedstawiony w opowiadaniach francuskiego noblisty momentami ociera się o baśń i oniryzm nadając całości pewnej uniwersalności, jednocześnie będąc niesamowicie przystępnym niczym

RECENZJA KSIĄŻKOWA

najprostsze przypowieści. Dzieci pojawiające się na kartach książki często wydają się słabe i bezbronne, jednak są one nośnikiem pewnych uniwersalnych wartości oraz swego rodzaju duchowości. Często pochodzące z nikąd mogą śmiało służyć za symbol przekraczania granic między tym, co materialne, a tym, co ulotne i nienazwane. Mimo, że końca losów bohaterów w wielu przypadkach nie można określić mianem szczęśliwego zakończenia, lektura z całą pewnością dostarczy czytelnikom wiele radości, a także swego rodzaju nadziei. Piękne opowiadania Le Clézio, choć mo-mentami podobne w formie, zawsze zas-kakują pięknem i precyzją oraz językową prostotą, która potrafi wyczarować prawdziwie zachwycające miejsca i his-torie. Wszyscy wielbiciele opowiadań będą oczarowani dokładnością, z jaką pisarz kreuje świat swoich małych bohaterów, a każdego czytelnika z pewnością porwie pogoń za falami, pragnienie niewinności oraz umiłowanie piękna otaczającego nas świata. Paulina Rzymanek - Książkę udostępniło wydawnictwo W.A.B.





TEMAT NUMERU TARGI KSIĄŻKI „Czytanie jest modne” - pod takim hasłem w dniach od 20 do 23 paź-dziernika w stolicy Górnego Śląska odbyły się pierwsze, katowickie Targi Książki. Wystawcy związani z kulturą czytel-nictwa, spotkania z autorami oraz wy-kłady związane z szeroko pojętą lite-raturą oraz bibliotekoznawstwem – to tylko część propozycji, które organi-zatorzy przygotowali dla moli książ-kowych. Targi Książki były pierwszą tego typu imprezą zorganizowaną na tak dużą skalę w województwie Śląskim. Nic więc dziw-nego, że w gronie organizatorów znaleźli się reprezentanci samorządów większości najważniejszych miast z okolic Katowic, a także przedstawiciele przeróżnych or-ganizacji i instytucji związanych z tym województwem. Wśród partnerów wy-różnić można między innymi Muzeum



TEMAT NUMERU

Śląskie, Teatr Śląski, Miejską Bibliotekę Publiczną w Katowicach oraz katowicką Akademię Sztuk Pięknych. Lista przyjaciół oraz osób wspierających - czy to medialnie czy to merytorycznie – imprezę, była naprawdę imponująca. Co więc konkretnie można było zobaczyć w katowickim Spodku w ciągu tych czterech dni i jaki w os-tateczności jest bilans pierwszej tego typu imprezy na Śląsku? Wystawcy, goście, spotkania Liczba wystawców zaproszonych do Ka-towic z okazji śląskiego święta książki składała się przede wszystkim z wydaw-nictw, ale również z przedstawicieli mediów oraz firm związanych z głównym motywem targów, czyli czytelnictwem. Na hali tar-gowej można więc było znaleźć wyda-wnictwo Media Rodzina, wydawnictwo W.A.B. czy wydawnictwo Sonia Draga, a także stoiska instytucji oraz mediów związanych z szeroko pojętą kulturą np.: portal literacki granice.pl, Bibliotekę Śląską, stoisko Polskich Gier Planszowych oraz, co ciekawe, Antykwariat Krzysztofa Jastrzębskiego. Jednak dla większości odwiedzających Targi najważniejsze były spotkania z pisarzami. Na liście autorów oraz rozpisce spotkań autorskich można było znaleźć nazwiska takie jak Marta Fox, Kazimierz Kutz, Małgorzata Gutowska - Adamczyk. Fani fantastyki również mogli doszukać się w programie czegoś cie-kawego wybierając spotkania z Andrzejem Ziemiańskim, Jakubem Ćwiekiem czy tłu-maczem Terry’ego Pratchetta – Piotrem W. Cholewą. W sumie lista gości wyniosła ponad 70 wystawców, promujących razem z organizatorami wspomniane już hasło imprezy „Czytanie jest modne.” Targi Książki były okazją służącą nie tylko promocji czytelnictwa, a program towa-rzyszący imprezie nie składał się tylko i wyłącznie ze spotkań autorskich. Od-wiedzający mieli okazję wziąć udział w różnego rodzaju warsztatach, pokazach filmowych oraz obejrzeć wystawy znaj-dujące się przed wejściem do hali targowej. Organizatorzy zadbali również o najmłodszych czytelników proponując im spędzenie czasu w Sali Zabaw Baśniogród oraz wspólne czytanie w towarzystwie przemiłych pań z Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Widać więc, że organizatorzy Targów Książki w Katowicach postarali się, by impreza była uniwersalnym wyda-rzeniem kulturowym skierowanym do szerokiego grona potencjalnych odwie-dzających. Na dobry początek Nie da się jednak ukryć, że śląskie święto czytelnictwa czeka w najbliższych latach sporo pracy, jeżeli organizatorzy chcą konkurować z ogromnymi i wiodącymi prym w tej dziedzinie Targami Książki w Krakowie, które w tym roku odbędą się po raz piętnasty. Jak to przy pierwszej edycji bywa, nie obyło się bez kilku wpadek (zwłaszcza ze strony kon-feransjera) oraz trudności organizacyjnych. Wystawcy przyznali, że organizatorzy mogli

TEMAT NUMERU

wyjść im bardziej naprzeciw i tym samym rozwiązać wiele problemów przed roz-poczęciem się Targów, jednak nie ukrywali zadowolenia, że wreszcie mają możliwość zaprezentowania się w nowym środowisku i wśród nowego grona odbiorców. Także zainteresowanie ze strony odwiedzających, pomimo dobrej kampanii oraz silnego zaplecza medialnego, miało raczej cha-rakter kameralny, co można uznać zarówno za wadę jak i zaletę. Z pewnością sprzyjało to kontaktom pomiędzy wys-tawcami, a także, co szczególnie ważne, pomiędzy autorami i czytelnikami, które miały miejsce w małym gronie i tym samym ułatwiały wymianę doświadczeń oraz przemyśleń. Jednak wchodząc na halę targową, gdzie mieściły się wszystkie stoiska oraz główna scena przedsięwzięcia, na której występowali co ważniejsi goście, można było odnieść wrażenie, że niewiele jest osób zainteresowanych wydarzeniami mającymi miejsce w Spodku. Być może wpływ na to miał silny, regionalny cha-rakter imprezy skupiający przedstawicieli województwa Śląskiego, i tym samym niewielki odsetek instytucji o zasięgu ogól-nopolskim. Mam nadzieję, że Targi Książki w Katowicach, w przyszłości rozwiną skrzydła i, wyciągając wnioski z popełnionych błędów oraz rozwijając silne punkty imprezy, w następnych latach staną się wydarzeniem nie tylko o ważnym znaczeniu lokalnym, ale także będącym obiektem zainteresowania odwiedzających z całej Polski. Czekamy na kolejną odsłonę katowickich Targów, która zainteresuje szersze grono polskiej społeczności zaczy-tanej w książkach. Paulina Rzymanek "ON ŻYJE Z CZYTELNIKÓW I DOSKONALE ZDAJE SOBIE Z TEGO SPRAWĘ"

TEMAT NUMERU

Jednym z gości katowickich Targów Książki był Piotr W. Cholewa – znany i wielokrotnie nagradzany tłumacz literatury fantastycznej i science fiction. Podczas spotkania w kato-wickim Spodku w ramach panelu „Kawa z pisarzem” odpowiedział nam na kilka pytań związanych z książ-kami oraz z osobą Terry’ego Prat-chetta oraz uchylił rąbka tajemnicy dotyczącego najnowszej powieści angielskiego pisarza zatytułowanej „Snuff”. Paulina Rzymanek: Czy miał Pan już w rękach najnowszą książkę Terry’ego Pratchetta – „Snuff”? Piotr W. Cholewa: Mam ją już elek-tronicznie i jej tłumaczenie powinno ukazać się przed końcem tego roku. To jest trochę zaskakująca książka – kompletnie się jej nie spodziewaliśmy. Pratchett, gdy zaczął chorować [autor cierpi na chorobę Alzheimera - przyp. aut.], planował skoń-czyć cykl Świata Dysku na „Niewidocznych Akademikach”, ale nagle zdecydował się napisać „Snuff”. Trochę obawialiśmy się, ja i wszyscy fani, że będzie chciał w niej doprowadzić do jakichś dramatycznych rozwiązań np.: zabije Vimesa lub Pat-rycjusza. Od razu jednak powiem: nie. Książka mówi o tym, jak Vimes dostaje urlop, którego nawiasem mówiąc wcale nie

TEMAT NUMERU

chce, jednak, zmuszony przez Patrycjusza, zostaje w końcu wysłany do Wiejskiej Rezydencji. Ale, jak sam autor wiele razy pisał, „jak jest policjant, to zdarza się zbrodnia”. Tak jest i tym razem. Nie chcę zbyt wiele zdradzać, ale zapewniam, że jest naprawdę ciekawie. Polski tytuł będzie brzmiał najprawdopodobniej „Niuch”. Czy ma Pan w Świecie Dysku jakiś ulubiony cykl? Nie. (śmiech) Pratchett kiedyś powiedział, że bardzo lubi pisać o ludziach, którzy, gdyby tylko mogli, byli by źli. I taki jest Vimes, taka jest babcia Weatherwax i oczy-wiście taki jest Śmierć, którego bardzo lubię. Wydaje mi się, że najmniejszą sympatią darzę Rincewinda, chociaż z dru-giej strony przez dwadzieścia lat pra-cowałem na uczelni i to, co Pratchett pisze o uniwersytecie, jest mi bardzo bliskie. (śmiech) Bardzo lubię cykl o Nauce Świata Dysku – to niesamowicie napisane książki popularnonaukowe. Pratchett pisze, co prawda, tylko co drugi rozdział, ale dwóch pozostałych współautorów - Ian Stewart i Jack Cohen – świetnie analizuje naszą naukę z punku widzenia uczonych zamieszkujących Dysk. I tak, Cohen jest świetnym biologiem, a Stewart, którego książki czytałem, gdy byłem jeszcze prostym matematykiem, jest specjalistą od wszystkich chaotycznych zachowaniach Wszechświata. Sam Pratchett nigdy nie skończył studiów, jednak nauka nie jest mu obca. Podchodzi do tego wszystkiego z pewnym dystansem – był kiedyś rzecznikiem prasowym elektrowni ato-mowej. (śmiech)

TEMAT NUMERU

Czy myśli Pan, że Terry Pratchett jeszcze kiedyś przyjedzie do Polski? Szczerze w to wątpię. Oczywiście różne rzeczy mogą się zdarzyć, ale osobiście uważam, że nie ma już na to szans - stara się ograniczać wyjazdy i występy. Ostatnio jednak widziałem wywiad przeprowadzony przez stację BBC sprzed dwóch czy trzech miesięcy i wyglądał świetnie. Gdyby ktoś nie wiedział, że jest poważnie chory, to pewnie by się nie domyślił. Mówił bardzo sensownie, odpowiadał na pytania; widać, że stara się walczyć z chorobą wszelkimi możliwymi sposobami. Czy mógłby Pan opowiedzieć coś o ostatnich wizytach autora w na-szym kraju? Pratchett był w Polsce trzy razy. Raz na Targach Książki w Warszawie, za drugim razem jeździł po Polsce - był w Krakowie, odwiedził wybrzeże, a następnie zakończył swoją wizytę, jako gość honorowy na konwencie fantastyki w Lublinie. Za trzecim razem, gdy znów przyjechał do Warszawy, wymyślił sobie, że codziennie rano będzie wyjeżdżał na spotkanie i między innymi właśnie wtedy wybrał się do Krakowa. Do teraz po sieci krążą zdjęcia kolejki wychodzącej z Empiku na rynku, stojącej po autografy. (śmiech) Pratchett bardzo lubi mieć długą kolejkę i raz, gdy byliśmy razem na Targach i przechadzaliśmy się po hali, w pewnym momencie zobaczył tłum stojący w kolejce do jakiegoś pisarza. Zapytał mnie: „A to do kogo?”. To była kolejka do Papcia Chmiela. Odpowiedziałem mu więc, że to taki nasz kultowy autor komiksów. Pratchett przyg-lądał się jeszcze przez chwilę i z za-dowoleniem stwierdził: „No. Ja jednak miałem dłuższą” (śmiech) On sam bardzo pilnuje spraw związanych ze swoimi czytelnikami. Kiedyś nawet widziałem, jak zażądał kubełka z lodem, by móc sobie obłożyć nim dłoń, zdrętwiałą od roz-dawania autografów. Czasem, po skoń-czonym spotkaniu, gdy organizatorzy już zwijają stoiska, trafi się jakaś „sierota” stojąca w kącie z egzemplarzem. Wtedy Pratchett zawsze podpisuje mówiąc: „Przepraszam bardzo, ale to jest klient, który płaci, a klient, który płaci, ma pierwszeństwo”. On żyje z czytelników i doskonale zdaje sobie z tego sprawę, dlatego też zawsze dba o to, by byli za-dowoleni. Myślę, że wszyscy fani Pratchetta z niecierpliwością będą czekali na polskie tłumaczenie jego ostatniej książki. O tak, myślę, że to będzie fantastyczny prezent na święta. Tak więc już wkrótce proszę wypatrywać jej na półkach w księ-garniach. Rozmawiała: Paulina Rzymanek BIEG PRZEZ DWA LATA HISTORII REDAKCJI, PRZEZ WYDARZENIA, SPOTKANIA... Stacja druga, przełomowa: Stacja trzecia, konkursowa: Stacja czwarta, imprezowa: Stacja piąta, fundacyjna:

DWA LATA OUTRO

Wiele się działo. Wielu ludzi pojawiało się w redakcji, odchodziło, awansowało, albo wracało. Zapraszamy na krótką podróż kolejką przez historię Outro. Podróży stacja pierwsza: Kołobrzeg. Obóz dziennikarski Fundacji Nowe Media, tam powstał pomysł na gazetę. wydanie pierwszegu numeru Outro. Początkowo miał się ukazać 1.10.2009, ale nie zdążyliśmy. Największą zaletą tego wydania byla... okładka. nasze wątpliwości odnośnie celowości istnienia redakcji rozwiał konkurs MAM Forum Pismaków. A konkretniej wygrana. praca w Outro to nie tylko pisanie teksrtów, czy spędzanie długich godzin nad składem. To też spotkania integracyjne i warsztaty. prawdziwego "kopa" dało redakcji przyłączenie się do Fundacji Nowe Media, która od roku jest naszym wydawcą. Stacja szósta, warsztatowa: Stacja siódma, fotograficzna: Stacja ósma, warszawska: Sstacja dziewiąta, obozowa: Stacja dziesiąta, czasowa: Stacja jedenasta, chwilowo ostatnia:

DWA LATA OUTRO

W grudniu odbyły się warsztaty dziennikarskie organizowane przez Fundację. Najpierw w Opolu, potem w Gliwicach. dział foto nie mógł zostać pominięty, więc dla nich również odbyły się warsztaty. Choć w nieco ekstremalnych zimowych warunkach. w czerwcu, tym razem w Warszawie, odbyły się warsztaty dotyczące wywiadu i materiałów multimedialnych. w październiku ekipa reprezentantów Outro wzięła udział w międzynaro-dowym obozie dziennikarskim w Serocku. najwazniejszą zmianą, poza dołączeniem do Fundacji Nowe Media, było przejście z miesięcznika na tygodnik. Nie była to łatwa decyzja, ale skoro od dwóch miesięcy wszystko działa, to znaczy, że była słuszna. świętując dwa lata Outro pojecialiśmy do Supraśla, gdzie rozmawialiśmy na temat tego, co już zrobiliśmy, ale przede wszystkim planowaliśmy kolejny rok. Gdy patrzę na dzisiejszy angielski futbol, mam wizję baroku. Wielcy zagraniczni inwestorzy, wspaniała, wystawnie zdobiona sala, wysokokaloryczne i sma-kowite przysmaki… Ogólnie rzecz biorąc – jest pięknie, bogato, a jednak gdzieś czuć zepsucie, które nie wszyscy zauważają. Po medialnej burzy, jaką wywołali zagraniczni inwestorzy pomysłem wycofania z Premier League spadków i awansów, coraz więcej kibiców zaczyna sobie zdawać sprawę, że coś tutaj jest nie tak, jak być powinno.
BAROKOWE PREMIERSHIP
SPORT

Ta, mówiąc delikatnie, kontrowersyjna idea wyszła na światło dzienne za sprawą dy-rektora naczelnego Stowarzyszenia Mena-dżerów Ligi, Richarda Bevana. Według jego słów, zagraniczni inwestorzy pochodzenia amerykańskiego oraz azjatyckiego – oczy-wiście niewymienieni z nazwiska – chcieliby porzucić pomysł relegacji w celu za-bezpieczenia się przed stratą zysków. To nie pierwsza próba zamachu na taki stan, w jakim znajduje się Premiership w chwili obecnej. Nie dalej jak dwa lata temu szefowie Boltonu Wanderers próbowali przeforsować zmianę systemu rozgrywek na dwuczęściowy, z mocno udziwnionymi zasadami spadków i awansów. Innym pomysłem było dodanie do obecnie grających klubów także Celticu Glasgow i Glasgow Rangers ze szkockiej ekstraklasy, w której to zespoły te na tyle odstają od reszty stawki, że sprawa mistrzostwa w każdym sezonie była ich wewnętrzną

SPORT

sprawą. Jeszcze we wrześniu tego roku władze Liverpoolu chciały zmiany podziału wpływów pieniężnych ze sprzedaży praw do transmisji meczów za granicę. Wszystkie te pomysły, niezależnie od tego, czy były mniej, czy bardziej udane, przeszły jednak bez echa. Problem w tym, że z tego, co mówi Bevan, wynika fakt wyjątkowo niepokojący: niewiele brakuje do tego, by relegacji w Premier League naprawdę zabrakło. W angielskim futbolu, kształtującym się już od ponad wieku, panuje piękna, bardzo demokratyczna zasada. Jeżeli czternastu z dwudziestu właścicieli klubów zgłosi propozycję jakiejś zmiany w rozgrywkach, zostaje ona przyjęta niezależnie od sprzeciwu pozostałej szóstki. Do tej liczby, jak mówi dyrektor Stowarzyszenia Mena-dżerów Ligi, brakuje już tylko czterech, pięciu nowych inwestorów. W lecie także Arsenal Londyn przejdzie „pod władanie” Amerykanów i możliwe, że także poprze ten pomysł, jako że reputacja Kanonierów została mocno nadszarpnięta ostatnimi wynikami i już wkrótce mogą oni bronić się przed przymusowym pobytem w niższej lidze. Jeszcze bardziej stresujący jest niemrawy odzew klubów - stanowczy sprzeciw wobec takiej reguły wyraziły jak dotąd jedynie władze Aston Villi i Stoke City oraz właściciel Wigan Athletic – Dave Whelan. Protestują także dwaj najbardziej charyzmatyczni trenerzy – Alex Ferguson z Manchesteru United i Harry Redknapp z Tottenhamu Hotspur. Czy jednak nawet takie osobistości potrafią zatrzymać zagra-nicznych inwestorów w ich dążeniach do jak największych zysków? I jakie kon-sekwencje miałyby takie zmiany? Przeforsowanie pomysłu wycofania spad-ków i awansów zabiłoby angielski futbol. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Rozgrywki piłkarskie na wzór NHL czy NBA to zabójstwo pięknych tradycji, trwających od 1888 roku, na liczącym 24 stopnie systemie ligowym rozgrywek w Anglii i w końcu do roz-wiązania Premier League. Obecnie walka w Premiership toczy się na dwóch frontach – o start w europejskich pucharach oraz o utrzymanie. Czasem to na tym drugim toczą się o wiele bardziej zacięte boje. Przypomnijmy sobie chociażby zeszło-roczną batalię o miejsce poza strefą spadkową, jaką w ostatniej kolejce stoczył beniaminek Blackpool FC z Manchesterem United – o wiele bogatszym klubem z historią po brzegi wypełnioną sukcesami. Radość piłkarzy w pomarańczowych koszulkach, gdy choć na chwilę zdobyli prowadzenie i smutek po końcowym gwizdku, gdy dowiedzieli się, że spadają do Football League. Jako kibic Czerwonych Diabłów o wiele uważniej śledziłem wtedy poczynania drużyn w dolnej części tabeli, niż starcia ekip z górnej półki. W pro-ponowanym przez zagranicznych inwestorów

SPORT

systemie po paru kolejkach niektóre zespoły bez realnych szans na tytuł odpoczywałyby spokojnie na miejscach 18-20, wiedząc, że nawet gdyby zakończyły sezon bez jednego punktu na koncie, i tak nie grożą im konsekwencje. Z Premier League na długie lata (bo nie wierzę, że ta idea przetrwałaby więcej niż dwie, może trzy dekady) pożegnałyby się takie marki, jak Leeds United, West Ham, Sheffield czy Middlesborough, które jeszcze niedawno walczyły o najwyższe trofea. Niższe klasy rozgrywkowe umarłyby śmiercią naturalną, bo po co inwestować w zespół, który i tak awansu nie wywalczy? Co do tych naj-lepszych… Cóż, oni także nie pociągnęliby zbyt długo. W Anglii rozwijałoby się kilka klubów walczących rok w rok o laury, zaś reszta miałaby rolę chłopców do bicia. A zmian oczywiście by nie było, ponieważ inwestorzy tak czy tak zarabialiby ogromne pieniądze na biletach. Całkowicie popieram apokaliptyczną wizję Iana Wrighta, zamieszczoną na łamach wtorkowego The Sun. Nie można, pod żadnym pozorem, pozwolić na to, by Premier League stała się czymś na wzór amerykańskiego NBA. Jeżeli angielska federacja nie zawetuje tego, powiedzmy sobie wprost, idiotycznego pomysłu, musimy go zwalczyć wszelkimi możliwymi sposobami: począwszy od protestów na stadionach, jeżeli mieszkacie na Wyspach Brytyjskich, po bojkot transmisji tele-wizyjnych, jeżeli nie macie możliwości przeprawienia się za kanał La Manche na mecz Manchesteru czy Chelsea. Nie mam

SPORT

nic przeciw zagranicznym inwestorom i jeżeli tylko będą oni służyć brytyjskiej piłce, są jak najbardziej mile widziani. Ale muszą działać na korzyść wpierw kibiców, a dopiero potem własną, muszą uszanować długoletnią tradycję, jaka od ponad stu lat nieprzerwanie rządzi najlepszą ligą świata. Tymczasem przedstawiciele Venky’s Limited, czyli indyjskiego koncernu, który ostatnio zakupił Blackburn Rovers, do niedawna nie wiedzieli o tym, że relegacja w Premiership w ogóle istnieje. Cóż, najwyższy czas zacząć się interesować losami zespołu, który się kupuje, bo w przypadku popularnych Wędrowców przyszłość może przynieść wiele nie-przyjemnych niespodzianek. A jeżeli ktoś chce uratować swoje zyski, to niech zainwestuje w nowych piłkarzy, a nie w nowe ustawy. Nie można w imię pieniędzy deptać czegoś, co od lat porusza miliony kibiców piłki nożnej na całym świecie. I, jak mówi Wright w swoim krótkim artykule, nie można pozwolić, by szaleńcy przejęli władzę nad psy-chiatrykiem. Jakub Mirowski fot. chrissy polcino fot. bobaliciouslondoni "...jeżeli ktoś chce uratować swoje zyski, to niech zainwestuje w nowych piłkarzy, a nie w nowe ustawy. Nie można w imię pieniędzy deptać czegoś, co od lat porusza miliony kibiców piłki nożnej na całym świecie..." MĘSKA GRA?!

SPORT

Przez lata piłka nożna zarezer-wowana była głównie dla mężczyzn. Zarówno w drużynach piłkarskich, jak i na trybunach. Jednak dzisiaj coraz więcej dam ma coś do powiedzenia w futbolu. Czy w tym, zdecydowanie męskim, sporcie, będziemy świadkami damskiej rewolucji? „…Pierwszą Beckham, a drugą jakiś Replay…” Wygląda na to, że słynne dowcipy na temat braku futbolowej wiedzy u płci pięknej należy uznać za nieaktualne, lub nie do końca prawdziwe. Kobiety zaczynają coraz śmielej zabierać głos w dyskusjach na piłkarskich forach internetowych, a pytania w stylu „Czym jest spalony?” uznają za banał. Powód takiej sytuacji jest równie prosty. Na piłkarskich stadionach rośnie liczba damskiej widowni! Na przyk-ład na stadionie Śląska Wrocław kobiety

SPORT

stanowią średnio 8-9 % ogółu. Jeszcze lepiej jest w Lubinie, gdzie kobiety to średnio 16% widowni. Panie przebywając na mecze powoli nabywają wiedzy i często nie są na tym polu gorsze od mężczyzn. Czy jednak chęć zapoznania się z tematyką piłkarską to jedyny powód zwiększonej frekwencji kobiet? Złośliwi twierdzą, że panie bardziej niż fascy-nowaniem się pięknymi zagraniami, inte-resują się przystojnymi piłkarzami. Z dru-giej strony trzeba podkreślić to, że coraz więcej kobiet możemy spotkać nie tylko na stadionach medialnej ekstraklasy, ale też na mało popularnych meczach niższych lig. Zatem zarzut, że kobiety np. za wszelką cenę chcą wystąpić w telewizji, choćby w migawkach poprzedzających każde spot-kanie, jest fałszywy. Obojętnie która z przyczyn tego zjawiska jest prawdziwa, trzeba przyznać rację, że kobiety na stadionach zdecydowanie „odchamiają” at-mosferę. Za to powinniśmy im dziękować. Soccer ain’t no game for girls Coraz więcej można usłyszeć nie tylko o kobietach na trybunach, ale także na boisku. W ostatnich latach jesteśmy świad-kami „zapraszania” kobiet do grania w pił-kę. Większość znanych klubów Europy zaczęła otwierać kobiece szkółki piłkarskie na masową skalę. Skutki tego procesu widać przede wszystkim w podnoszeniu się ogólnego poziomu kobiecych rozgrywek. Jeszcze około dziesięciu lat temu, liczba błędów popełnianych przez damy na bo-isku była zatrważająca. Mężczyźni trakto-wali damski futbol bardziej jako kabaret, bądź parodię gry w piłę, niż poważne starcia między dwiema drużynami. Dziś futbol w wydaniu żeńskim oferuje kibicom możliwość oglądania poukładanych tak-tycznie zespołów i zaawansowanych tech-nicznie piłkarek. Poziom kobiecych roz-grywek podniósł się znacząco zwłaszcza w Niemczech, gdzie reprezentantki tego kraju nieprzerwanie od 1995 dzierżą tytuł Mistrzyń Europy. Ostatni kobiecy mundial organizowany właśnie w Niemczech udo-wodnił jak wielką popularnością cieszą się na świecie tego typu rozgrywki. Wystarczy przypomnieć, że mecz otwarcia oglądało przeszło 75 tysięcy kibiców, a na po-zostałych spotkaniach trybuny pojemnych niemieckich stadionów wypełniały się w ok. 70%! Te liczby nie mogą jednak przysłonić nam faktycznej popularności tego sportu, która w starciu z męskim odpowiednikiem wypada fatalnie. Przyczyną takiego stanu jest najprawdopodobniej stosunkowa mło-dość kobiecego futbolu: pierwsze mist-rzostwa świata w piłce nożnej kobiet zorganizowano dopiero… w 1991 roku. Z kolei Stany Zjednoczone to chyba jedyny kraj na świecie gdzie futbol żeński rozwijał się szybciej od męskiego. To właśnie tam amerykańscy piłkarze musieli udowadniać wszytkim, że „soccer ain’t no game for girls.” Czas już chyba uświadomić sobie, że jest pewien obszar piłki nożnej, w którym

SPORT

kobiety mają zdecydowanie więcej do powiedzenia niż na trybunach oraz na boisku. Co to takiego? Zapytajmy inaczej: dlaczego znani piłkarze są często foto-grafowani w nocnych klubach? Skąd biorą się zaskakujące transfery do takich miejsc jak Mediolan, Paryż, Madryt czy Los Angeles? Jak wytłumaczyć częste wahania formy klasowych zawodników? Jeszcze nie wiecie? Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi albo o kasę, albo o kobiety. W tym przypadku o jedno i drugie. Kobiety uwiel-biają mącić w życiu piłkarzy. Doradzają im transfery do miejsc, gdzie im samym będzie wygodnie. Romans narze-czonej piłkarza często łamie mu serce, a także karierę… Może to dość jaskrawe przykłady, choć z drugiej strony życie zna już takie przypadki. Warto jednak wiedzieć, że w piłce nożnej kobiety najlepiej odnajdują się w cieniu mężczyzn. Działając z ukrycia są skuteczniejsze niż na boisku lub na trybunach. I to właśnie tam, a nie w polityce czy biznesie, czują się najlepiej. Rafał Guzik fot. alainalele

Outro Tydzień w obiektywie Katowickie Targi Książki fot. Klaudia Mehlich