Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury strona 6 magnetyzmu brak strona 7 zakochaj się w Wenecji strona 9 league of legends 11 sześćset stron samotności strona 13 wstrząśnięte, nie zmieszane, czyli weekendowy koktajl filmowy strona 15 wciąż w stanie wojennym strona 18 narozrabiali, a teraz uciekają strona 22 Korea Północna - pustelnicze królestwo strona 28 stan wojenny oczami dzieci i młodzieży strona 31 koszykarze też mieli swoje losowanie strona 34 taktyczne zwycięstwo Pepa strona 37 DAWNO I NIEPRAWDA!

Outro Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl rekrutacja(@)outro.pl Redaktorzy naczelni: Monika Toppich Kamil Wiśniowski Sekretarz redakcji: Marek Suska Zastępca: Marta Jeziorek, Julia Kozioł Redaktor prowadzący wydania: Paulina Zguda Projekt okładki: Patryk Skoczylas Zdjęcie na okładce: J. Żołnierkiewicz (1981) Szefowie działów: Elżbieta Janota, Paulina Rzymanek, Martyna Nowak, Justyna Książek (kultura), Maciej Kulina (sport), Agata Andrzejak (korekta), Dorota Stach (foto), Patryk Skoczylas (graficy). Korekta: Agata Andrzejak, Maria Gołaszewska, Martyna Kłopeć, Nina Bezpałko, Agata Hajduk, Patryk Łowicki, Cynthia Schmidt. Graficy: Angelika Marchewka, Jarosław Stępień, Dorota Stach, Adam Białek, Paweł Szpondowski

Wiadomości TVN24 dostarczają czasem dziwnych historyjek, jak choćby jedna sprzed dwóch godzin, jak to dziennikarz z żoną i córeczką biorą udział w ekspe-rymencie – czy uda im się żyć „w PRL–u”? Bez komórek, Internetu, z maluchem jako jedynym środkiem komunikacji, bez całego sprzętu, który ułatwia życie. Okazuje się, (jakże to zadziwiające!), że jest trudno. Pokolenie osób w wieku kilkunastu, dwu-dziestu albo dwudziestu kilku lat nie pamięta już czasów PRL–u. Wiemy tyle, ile opowiadają rodzice, czy dziadkowie, czyli najczęściej niewiele. Stan wojenny to brak Teleranka, a sam komunizm to kartki na jedzenie. I już. Jakie to proste, prawda? Nie doceniamy wysiłków starszych pokoleń, nie intere-sujemy się nimi, bo: dawno i nieprawda. I po co sobie tym głowę zawracać. Szkoda tylko, że niewielu pomyślało o tym, że gdyby nie to „dawno”, to nasz świat mógłby wyglądać zdecydowanie inaczej. MiK



WOKÓŁ JAK SIĘ MAJĄ EKSLIBRISY?

WOKÓŁ KULTURY

BALET W ZABRZU Rosjanie słyną z wielu rze-czy, w tym z muzyki po-ważnej i baletu. 15 grudnia w zabrzańskim Domu Mu-zyki i Tańca, Moscow City Ballet zaprezentuje Pola-kom, jak się tańczy „Jezio-ro łabędzie” Piotra Czaj-kowskiego. KULTURY EGIPSKIE PEREŁKI Państwowe Muzeum Ar-cheologiczne zaprasza od 12 grudnia do zwiedzania wystawy „Papirusy, mu-mie, złoto... Michał Tysz-kiewicz i 150-lecie pier-wszych polskich i litew-skich wykopalisk w Egip-cie”. Organizatorzy wysta-wy postarali się zebrać eksponaty z kolekcji XIX-wiecznego polskiego pod-różnika i egiptologa–ama-tora. STAN WOJENNY NA ŚLĄSKU Śląsk upamiętnia 30 rocz-nicę wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. W nocy z 12/13 grudnia w studyjnym kinie „Świato-wid” w Katowicach zapla-nowano „Filmową godzinę milicyjną”, a 13 grudnia cykl filmów „Drogi do wol-ności”. 16 grudnia Ślązacy wspominać będą pacyfika-cję KWK „Wujek”, w tra-kcie której zginęło 9 górni-ków. Częścią tych obcho-dów będzie widowisko multimedialne „16.12.81”, z udziałem m.in. Pawła Kukiza i Muńka Staszczyka - wstęp wolny. Nie zabra-knie również innych wyda-rzeń, a całość programu obchodów można znaleźć pod adresem: www.grudzien81.pl. Od 16 grudnia toruńska Galeria Sztuki WOZOWNIA zaprasza na pokonkursową wystawę prac prezento-wanych w Malborku w ramach XXIII Międzynarodo-wego Biennale Ekslibrisu Współczesnego. Czas tych form sztuki, wydawałoby się, już minął – ale to wyda-rzenie przeczy tej tezie i pokazuje, że choć po cichu, to jednak ekslibris wciąż żyje. Marek Suska MAGNETYZMU BRAK
Nie da się co roku wydawać albumów wypełnionych hitami, co potwierdziła Ri-hanna swoją szóstą płytą. Po całkiem dobrym „Loud” nadszedł czas na zniżkę formy, co nie zmienia faktu, że „Talk That Talk” sukces komercyjny i radiowy ma zapewniony z marszu.
RECENZJA PŁYTY

Największy zarzut jaki mam do „Talk That Talk”, to absolutny brak przebojowości w porównaniu z poprzedniczką. Na „Loud” hitami sypnęła jak Mikołaj grzecznym dzie-ciom: „S&M”, „Raining Man” czy chociażby „California King Bed” oraz „Only Girl (In the World)”. Z „Good Girl Gone Bad” hitów na-wet wymieniał nie będę, bo było ich je-szcze więcej. Tutaj tego nie ma. Na tle po-zostałych kawałków fajnie wypadają ocie-rający się o dancehall „Cockiness (Like It)” oraz funkujący „Watch ‘n Learn”. I to w za- sadzie wszystko, jeśli chodzi o dobre utwo- ry. Cała reszta to przyzwoite popowo–dys-kotekowe tworzywa. Od radiowego house’u („We Found Love”) oraz trance’u (“Where Have You Been”) po ballady, których sły-szeliśmy w wykonaniu Rihanny już wiele (“Farewell”, “Drunk On Love”). Nawet po-nowna kolaboracja z Jay’em Z w tytuło-wym „Talk That Talk”, to jakby echa „Um-brelli” – jest on, jest ona, magnetyzmu brak.

RECENZJA PŁYTY

Za to nie można się przyczepić do produkcji, co w zasadzie jest już zwyczajem. Lista ludzi maczających palce przy tej płycie jest dłuższa od listy utworów. Jest StarGate po-jawiający się na wcześniejszych wyda-niach. Dobrą robotę wykonali także Bangla-desh czy Dr. Luke, czyli producenci znający swój fach. Oczywiście można marudzić, że sama artystka jest współautorką zaledwie czterech utworów na tej płycie, ale wyjaś-nijmy sobie – w popie nie chodzi o jak największy wkład w dzieło, ona ma od tego ludzi. W zasadzie jedyne, co łączy „Talk That Talk” z „Loud”, to motyw coraz bardziej niegrzecznej Rihanny. W swoich tekstach mniej („Cockiness (Like It)”) lub bardziej („Birthday Cake”) dosadnie określa, co i jak chciałaby robić z mężczyzną i na pewno nie jest to gra w twistera. Oczywiście obok tych wyznań dozwolonych od lat osiemnas-tu, śpiewa też o miłości. To nie jest zła płyta. Trzyma poziom, poni-żej którego Rihanna pewnie nie zejdzie, jednak mało tu przebojów rozgrzewających głośniki do czerwoności. Fani i tak tę płytę kupią i będą zadowoleni, bo jak co roku (no, prawie) dostaną porcję niezłego popu swojej ukochanej wokalistki po przejściach. Całej reszcie polecam wcześniejsze wydaw-nictwa Rihanny, jak choćby „Loud” lub „Good Girl Gone Bad”. Norbert Oset ZAKOCHAJ SIĘ W WENECJI
Wenecja to miasto na wodzie, znane wszystkim zakochanym. Po wąskich kana-łach pływają gondole i vaporetti, czyli tramwaje wodne. Podobno, gdy zjawisz się w Wenecji i usłyszysz, jak bije stary wenecki dzwon Maragona, to znaczy, że rozpoznał on w tobie duszę prawdziwego wenecjanina. Marlena de Blasi nie usłyszała go ani razu.
RECENZJA KSIĄŻKOWA

Gdy Marlena de Blasi pierwszy raz przyje-chała do Wenecji, była niechętna i pełna podejrzeń. W przeciwieństwie do wię-kszości ludzi nie była zakochana w tej „bizantyjskiej damie”. Jednak już wkrótce zmieniła zdanie, pokochała atmosferę We-necji i wracała tam regularnie. Pewnego razu spotkała mężczyznę o jagodowych oczach, który zakochał się w niej od pier-wszego wejrzenia. Znała po włosku głów-nie nazwy potraw, a on nie mówił dobrze po angielsku, ale przecież Wenecja słynie ze swej mocy swatania ludzi. „Tysiąc dni w Wenecji” to lekka, ciepła, zabawna i inspirująca powieść pełna sma-ków północnych Włoch. Na końcu książki Marlena de Blasi umieściła kilka swoich przepisów na pyszne włoskie dania, na przykład na gęstą zupę pomidorowo–chleb-ową. Sama powieść także zawiera wiele opisów różnych dań i to tak smakowicie podanych, że ślinka cieknie podczas lektu-ry. Książka jest oparta na wspomnieniach autorki z okresu trzech lat, podczas których mieszkała w Wenecji. Powieść zawiera wśród tekstu wiele włoskich wtrąceń.

RECENZJA KSIĄŻKOWA "Nie znajdziecie w niej opisów „miejsc, które trzeba zobaczyć", ale obrazy życia codziennego, a także refleksje nad szczęściem, jakie można z niego czerpać."

Najczęściej są to nazwy potraw. Na końcu książki znajduje się opublikowany już w 2002 roku esej „Wenecja dla dwojga”, który proponuje parom, jak mogą spędzić czas w mieście świętego Marka, żeby na-cieszyć się sobą. Opowieść ta jest pełna miłości. Nie tylko Marleny do Tajemniczego Nieznajomego, ale także do miasta na wodzie. Dla niego jest to miejscowość, w której urodził się i dorastał. Ona dowiedziała się tam, czym tak naprawdę jest miłość. „Weź mnie za rękę i młodniej wraz ze mną. […] ośmiel się kochać” - szepce Wenecja do wszy-stkich zakochanych w niej ludzi. Książka spodoba się wielbicielom słone-cznej Italii, a zwłaszcza Wenecji, bo poz-wala dokładniej poznać tamtą kulturę i zwyczaje Włochów widziane oczami cu– dzoziemki. Nie znajdziecie w niej opisów „miejsc, które trzeba zobaczyć”, ale obrazy życia codziennego, a także refleksje nad szczęściem, jakie można z niego czerpać. „Tysiąc dni w Wenecji” nie zachwyci wielbi-cieli klasycznych romansów, ponieważ wy-chodzi poza ramowy schemat. Jest to po-mieszanie romansu i książki kulinarnej. To idealna lektura na grudniowe wieczory, kiedy chcemy się zrelaksować i przenieść myślami do słonecznej Italii. Uważam, że powieść zachwyci zwłaszcza ludzi zakocha-nych w Wenecji, którzy już ją odwiedzili i mogą porównywać swoje przeżycia z przeżyciami Marleny, a także lepiej wy-obrazić sobie bohaterkę na ulicach wod-nego miasta. Agnieszka Nowak LEAGUE OF LEGENDS

RECENZJA GRY

Interesuje cię Minotaur niszczący ogromne działa? A może wielkie drze-wo rzucające małymi, ale groźnymi wybuchającymi sadzonkami? League of Legends to sieciowa gra typu MOBA (massive online battle arena), wy-produkowana przez studio Riot Games, oparta na zmodyfikowanej mechanice zna-nej mapy do Warcraft III - Defence of the Ancients. Akcja rozgrywa się na wyspie Valoran, która przez setki lat pogrążona była w wojnie miedzy nacjami. W końcu wszyscy jednomyślnie stwierdzili, że czas zakończyć wieloletnie spory wyniszczające całą krainę i stworzyć organizację League of Legends, której zadaniem będzie nadzorowanie walk odbywających się na specjalnych arenach zwanych Fields of Justice. W ten sposób wielkie bitwy między narodami zamieniono na małe kontrolowane potyczki. W grze występuje osiemdziesięciu ośmiu różnych bohaterów. Dodatkowo, co około 2 tygodnie, Riot dodaje nowe postaci z unikatowymi zdolnościami. Zazwyczaj to-warzyszy temu łatka poprawiająca znale-zione błędy, zmieniająca atrybuty postaci lub poprawiająca grafikę. Co tydzień (naj-częściej we wtorek lub środę) udostępnio-nych dla każdego gracza zostaje 10 darmo-wych postaci wybranych przez administra-cję. Każda postać po rozpoczęciu nowej roz-grywki zaczyna na pierwszym poziomie z możliwością zdobycia maksymalnego 18 poziomu, rozwijając przy tym 4 rożne umiejętności: trzy zwykłe, o krótkim czasie odnowy, i jedną specjalną, która najczęś-ciej długo się regeneruje. Nie można zapo-mnieć również o umiejętnościach pasyw-nych, które rozwijają się same po awansie na odpowiedni poziom. To, co wyróżnia grę od innych tego typu, to dostępność dwóch trybów rozgrywki: klasycznego oraz dominacji. W trybie kla-sycznym gracze zostają podzieleni na

RECENZJA GRY

dwie, trzy– lub pięcioosobowe drużyny. Obie rozgrywkę zaczynają w jednym z na-rożników mapy koło „Nexusa”, z którego co 30 sekund wychodzą małe potworki zwane Minionami lub Creepami. Aby druży-na wygrała należy zniszczy wrogi Nexus. Natomiast w trybie dominacji gracze zosta-ją podzieleni na dwie drużyny po 5 osób, a Nexus ma 500 punktów życia i aby go zniszczyć należy przejąć co najmniej 3 z 5 punktów rozmieszczonych na mapie w pobliżu takich miejsc jak: wiatrak, cmen-tarzysko, wiertło, kamieniołom czy rafiner-ia. Oczywiście im więcej punktów zostanie przejętych, tym szybciej zabity zostanie Nexus przeciwnika. Grafika nie ustępuję w żaden sposób ko-mercyjnym produkcjom. Animacje są płyn-ne i dopracowane, a całość utrzymana jest raczej w cukierkowej konwencji. Na szcze-gólną uwagę zasługują detale postaci, któ-re nadają im indywidualny charakter. Dźwięki w grze stanowią raczej tło, jest ich mało, ale każdy jest dokładnie przemyślany i dopasowany do sytuacji na ekranie. Szczególnie ważnym elementem rozgrywki jest system run oraz masteries, który umożliwia wzmocnienie dowolnej postaci poprzez bonusowe statystyki, które pozwa-lają rozwijać postać według własnej kon-cepcji. Ciekawe jest też tworzenie coraz to lepszych przedmiotów podczas każdej z rozgrywek. Za każdym razem kiedy zaczniemy nową grę, nasza postać zaczyna od początku: ma pierwszy poziom i zero przedmiotów. Z czasem oczywiście za zdobyte pieniądze poprzez zabijanie minionów oraz wrogich bohaterów kupujemy sobie przedmioty potrzebne by wygrać rozgryw-kę. Główną wadą League of Legends jest bardzo powolne zdobywanie IP (Influence Points) za które kupujemy postacie lub ru-ny. Za jeden mecz trwający od 30-60 mi-nut dostajemy ich zaledwie 100-200, zaś na postać z górnej półki musimy nazbierać ponad sześć tysięcy. Można więc łatwo po-liczyć ile czasu minie, zanim się rozwinie-my. Jak w większości gier internetowych, tak i tutaj istnieje ranking graczy, w którym wyznacznikiem są punkty ELO naliczane zależnie od stosunku meczy wygranych do przegranych. I tutaj pojawia się problem związany z przydzielaniem graczy do po-szczególnych drużyn – często bywa tak, że wraz z graczami stojącymi w rankingu wy-soko zostaje przydzielony ktoś z niższej pozycji i nie radzi sobie z wyższym pozio-mem rozgrywki, przez co cała drużyna traci punkty. League of Legends to gra przyciągająca głównie dzięki kreacji postaci. Można ją polecić graczom lubiącym duży wybór zarówno na początku, jak i w trakcie roz-grywki. Pomimo pewnych niedociągnięć wydaje się, że dzięki częstym aktualizacjom wszystko zmierza w dobrym kierunku. Sło-wem: serdecznie polecam! Tomasz Wiśniowski 600 STRON SAMOTNOŚCI
Bardzo trudno jest określić pisarza jednym tylko słowem. W końcu na dorobek autora składają się liczne prace i publikacje dotyczące wielu tematów i zaga-dnień. Można się jednak pokusić o wybór jednego wyrazu, który w jakiś sposób może podsumować pojedynczą powieść autora. W przypadku „Sutrree” Corma-ca McCarthy’ego tym słowem może być: realizm.
RECENZJA KSIĄŻKOWA

Właściwie na temat fabuły samej powieści nie można powiedzieć zbyt wiele, bo - jak zwykle w przypadku McCarthy’ego - to nie fabuła jest najważniejsza. Głównym bohat-erem jest tytułowy Cornelius Suttree, któ-ry porzuca swoje dotychczasowe, raczej wygodne życie, by zamieszkać na barce w Knoxville i łowić zębacze w Tennessee River. Jednak to nie jego zajęcie jest naj-ważniejsze, tylko to, kogo spotyka i to, czego doświadcza. Otoczony zewsząd pija-kami, awanturnikami, koneserami niezbyt wytrawnych Starych Czasów, byłymi więź-niami i włóczęgami, Suttree pozostaje sa-motnikiem i wyalienowanym członkiem społeczeństwa. Spędzając kolejne lata na starej barce, Suttree niczym Leopold Bloom, prowadzi nas przez niekończące się smutki własnej egzystencji oraz zapo-znaje nas z życiem toczącym się na ulicach Knoxville. W prozie McCarthy’ego chodzi przede wszystkim o słowa. Czytając jakąkolwiek powieść amerykańskiego prozatora, nie można nie odnieść wrażenia, że każdy element jest na swoim miejscu. Brak zna–

RECENZJA KSIĄŻKOWA

ków interpunkcyjnych nie jest wcale ozna-ką niedbalstwa, wręcz przeciwnie: zwraca on uwagę czytelnika na to, co najważniej-sze – czyli treść. Każdy element i każda postać w „Suttree” jest „skończona” i nie-zwykle prawdziwa. Czytając tę książkę można poczuć silną rękę pisarza, która prowadzi nas przez wcale niełatwy labi-rynt zdań i akapitów. Bo chociaż każde wyrażenie ma swoje własne miejsce, to nie jest to łatwa lektura; realność prozy Mc-Carty’ego nie jest prosta w odbiorze. Tro-chę zwodniczy może okazać się w tym przypadku opis na okładce: o ile proza McCarthy’ego w ogóle do wesołych się nie zalicza, to w przypadku „Suttree” można doszukać się kilku zabawnych fragmentów. Nie mają one jednak za zadanie rozbawiać czytelnika: ich rolą jest odkładanie w czasie nieuniknionych zakończeń, smutków oraz często brutalnych elementów życia co-dziennego. Jak zwykle jednak, mimo bycia niezwykle realistycznym (by nie powiedzieć naturalistycznym) w opisach tych przyjem-nych oraz (w dużej mierze) tych nieprzy-jemnych aspektów życia, McCarthy daje czytelnikowi ponad sześćset stron pięknej literatury. Są to strony pełne alegorii i sym-bolicznych postaci, a także całe akapity odnoszące się do opisów świata oraz poje-dyncze zdania, brutalnie kończące pewne etapy życia bohaterów, które składają się razem na wspaniałą całość. Cormac McCarthy nieczęsto udziela wywia-dów. Nie obraca się również w środowisku literackim oraz nie uczestniczy w spotka-niach z czytelnikami. Jednak każdy, kto ze-chce poznać tego autora trochę bliżej, musi koniecznie przeczytać „Suttree”. McCarthy przemawia do czytelników po-przez słowa, poprzez własną twórczość. Może właśnie dlatego uznawany jest za jednego z najważniejszych pisarzy amery-kańskich XX wieku? Bez względu jednak na to, czy znacie już McCarthy’ego czy nie, warto sięgnąć po „Suttree”, by przypom-nieć sobie, że piękna literatura to nie tylko magiczny realizm. To także nieznośna pustka, wszechobecne zgliszcza oraz bru-talna realność świata opisana słowami Cormaca McCarthy’ego. Paulina Rzymanek – książkę udostępniło Wydawnictwo Literackie "McCarthy przemawia do czytelników poprzez słowa, poprzez własną twórczość. Może właśnie dlatego uznawany jest za jednego z najważniejszych pisarzy amerykańskich XX wieku?"

WOKÓŁ FILMU WSTRZĄŚNIETE, NIE ZMIESZANE, CZYLI WEEKENDOWY KOKTAJL FILMOWY "Pełna głębokich przemyśleń komedia, albo, jak kto woli, pełen ciepła i humoru dramat."

Dzisiaj będzie o dzieciach i dla dzieci – a także dla każdego, kto od czasu do czasu wciąż potrafi poczuć się dzieckiem, kto wie albo pamięta, co to znaczy być dorastającym chłopcem lub dojrzewającą dziewczyną… 1.„Dziewczyna i chłopak – wszystko na opak” Niech nie zmyli was tytuł: prawdziwy tłu-maczeniowy cud, przywodzący na myśl prozę Hanny Ożogowskiej, albo niegrze-szące mądrością komedie romantyczne. „Dziewczyna i chłopak” – w wersji ory-ginalnej „Flipped” – to pełna głębokich przemyśleń komedia, albo, jak kto woli, pełen ciepła i humoru dramat. Kiedy tylko Bryce Loski przeprowadza się z rodziną do domu naprzeciwko, Juli Baker wie, że coś ją z tym chłopakiem połączy. Nieważne, że ma tylko osiem lat. Nieważ-ne, że Bryce wydaje się niechętny i prze-straszony jej towarzystwem. A kiedy lądują razem w klasie, sprawy jeszcze bardziej się komplikują. Historia, której narratorami są dorastający Bryce i Juli, przedstawiona jest z dwóch całkowicie odmiennych punktów widzenia. Dzięki temu zyskujemy pełny obraz, jes-teśmy w stanie zrozumieć bohaterów i ich motywacje, poznać ich najskrytsze myśli i uczucia. W tym tkwi również element humorystyczny – bo w wielu sytuacjach

WOKÓŁ FILMU "Znajdziemy tu, oczywiście, element przygodowy i awanturniczy, ale także wątek miłosny czy fantastyczny oraz zrozumiałe, acz nienarzucające się, przesłanie."

różnice w postrzeganiu świata i wydarzeń przez chłopca i dziewczynkę okazują się naprawdę zabawne. Poza tym film ujmuje swoim ciepłem, szczerością i prostotą. Mówi się tu o sprawach zwyczajnych, codziennych – bo któż z nas nie uwikłał się kiedyś w niewinne grzecznościowe kłam-stwo albo nie rzucił w złości słów, których natychmiast pożałował? A także w sposób subtelny porusza się tematy dużo poważ-niejsze – kształtowania relacji rodzinnych, odpowiedzialności, poświęcenia, wstydu. Obraz wzrusza, koi nerwy i pozostawia wi-dza w dobrym, nieco rozrzewnionym, na-stroju. Dodatkowym atutem jest gra mło-dych aktorów: Madeline Carroll i Callana McAuliffe’a, a także sympatycznego Johna Mahoneya w roli dziadka. 2. „Droga do El Dorado” Pogląd, że filmy animowane przeznaczone są wyłącznie dla najmłodszych, już od jakiegoś czasu jest przeżytkiem. Starsi również mogą miło spędzić przy nich czas. Zwłaszcza, jeśli film, tak jak „Droga do El Dorado”, może się poszczycić tak wieloma zaletami z różnych dziedzin. Tulio i Miguel są parą zgranych oszustów, a także naj-lepszymi przyjaciółmi w całej Hiszpanii czasów konkwistadorów. Kiedy w ich ręce wpada mapa legendarnego El Dorado, zaczynają wierzyć, że czeka ich niewy-obrażalne bogactwo. Natychmiast (bez przygotowania i właściwie przypadkiem) wyruszają w drogę, podczas której czeka ich mnóstwo kłopotów, rozczarowań,

WOKÓŁ FILMU

zaskoczeń i trudnych decyzji… Wytwórnia Dreamworks stworzyła obraz emocjonujący, ciekawy, lekki i przyjemny, pełen dowcipnych dialogów na poziomie, wyjątkowych gagów i komicznych sytuacji. Znajdziemy tu, oczywiście, element przy-godowy i awanturniczy, ale także wątek miłosny czy fantastyczny oraz zrozumiałe, acz nienarzucające się, przesłanie. Jednym słowem, w czasie filmu trudno się nudzić. Poza urozmaiconą akcją, „Droga do El Do-rado” urzeka też pięknem i starannością animacji. Kolorowy, ulotny świat stanowi tło dla dwóch głównych bohaterów o cha-rakterystycznych, unikalnych rysach i dos-konale dopracowanej mimice. Plusem jest również świetnie zrobiony polski dubbing – a zważcie, że pisząca to ma w kwestii dubbingu bardzo wysokie wymagania – zarówno jeśli chodzi o dialogi, jak i chwy-tliwe piosenki. Choć z niektórymi warto się też zapoznać w wersji oryginalnej, w wyko-naniu Eltona Johna. Elżbieta Janota "Droga do El Dorado" urzeka pięknem i starannością animacji. Kolorowy, ulotny świat stanowi tło dla dwóch głównych bohaterów o charakterystycznych, unikalnych rysach i doskonale dopracowanej mimice." Trzydzieści lat po wprowadzeniu stanu wojennego wciąż chcemy o nim pamiętać. To się nam chwali. Problem w tym, że wciąż w tym wszystkim jeste-śmy podzieleni, może nawet tak, jak wtedy: jedni potępiają, inni zaś twierdzą, że to była konieczność.
WCIĄŻ W STANIE WOJENNYM
TEMAT NUMERU TEMAT NUMERU

13 grudnia 1981 roku jest nierozerwalnie związany z sierpniem 1980 roku. Sukces gdańskich (ale nie tylko, poza tym Gdańsk wcale nie był pierwszy) strajków i powsta-nie Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” rozpoczęła tzw. okres „karnawału Solidarności”. Oczywiś-cie, już utworzenie jakiejkolwiek organizacji niezależnej od władzy Partii („Naród z Partią!”) i dopuszczającej niepodporządko-wanie się decyzjom towarzyszy było co najmniej nietypowe. Klimat polityczny tych lat był już jednak szczęśliwie nieco inny niż atmosfera z czasu pacyfikacji Poznania (czerwiec '56), Wybrzeża (grudzień '70) czy nawet Radomia i Ursusa (czerwiec '76). Ale „karnawał” wcale nie był czasem szczęścia. Nie nastał czas wolności, niepod-ległości, praworządności, nic z tych rzeczy. „Solidarność” próbowała walczyć tym, co było jej najgroźniejszą w tamtych warun-kach bronią, czyli strajkami. Ustępstwa władzy nie rozluźniły tego ciasnego komu-nistycznego gorsetu zbyt mocno, ale to

TEMAT NUMERU

i tak było zbyt wiele. Już od 1980 roku zastanawiano się, jak naprawić sierpniowe błędy. Na szczęście mogliśmy liczyć na naszego brata („Dlaczego Związek Radzie-cki to nasz brat, a nie przyjaciel? Bo przy-jaciół można wybierać!”) i już w grudniu 1980 roku przygotowywano stosowną in-terwencję w Polszy. Jednakże ostatecznie zdecydowano, że Poljaki powinni to rozwiązać własnymi rę-kami, do czego też sowieckich towarzyszy skłaniały ich własne problemy. Czy zatem zagrożenie bratnią wizytą rzeczywiście było powodem wprowadzenia stanu wojen-nego? Są powody do tego by sądzić, że w grudniu 1981 roku nie było ku temu entuzjastycznej woli ze strony Kremla: wojna w Afganistanie, niewydolność gos-podarcza Sojuza czy twardy kurs polityki amerykaskiej za rozpoczętej właśnie w 19- 81 roku prezydentury Ronalda Raegana. Wprowadzenie stanu wojennego nie było podyktowane jakąś nagłą potrzebą. Władze przygotowywały tę operację przez długi czas, czekając tylko na pretekst do uru-chomienia tego mechanizmu. W końcu, w nocy z soboty na niedzielę 13 grudnia rozpoczęto internowanie wyznaczonych osób, zagrażających bezpieczeństwu pań-stwa. To właśnie ze stanu wojennego po-chodzą słowa „rozmowa kontrolowana, rozmowa kontrolowana”, gdyż po przywró-ceniu komunikacji telefonicznej w mia-stach, połączenia podlegały cenzurze – po-dobnie jak korespondencja. Polacy informacji o wprowadzeniu stanu wojennego z entuzjazmem nie przyjęli i stawiali opór w różny sposób –

TEMAT NUMERU

od noszenia opornika, przez pisanie na murach antyrządowych haseł (WRON won za Don!) i spóźnianie się do pracy, aż do podejmowania akcji strajkowych. Te przy-niosły swoje ofiary – najbardziej znana pacyfikacja Kopalni Węgla Kamiennego „Wujek” w Katowicach spowodowała śmierć 9 górników, z których najmłodszy miał 19 lat. Wciąż nie wiemy wielu rzeczy o najbliższej przeszłości Polski. Proces zomowców strze-lających do górników z „Wujka” ostatecznie zakończył się w kwietniu 2009 roku. I tutaj uwaga – akt oskarżenia w ich pierwszym procesie w III RP wniesiono w grudniu 1991 roku. Jednak niedługo zapadną wyro-ki w procesie wprowadzających stan wo-jenny, choć na ławie oskarżonych ostali się jedynie gen. Czesław Kiszczak i Stanisław Kania, poprzednik gen. Jaruzelskiego na stanowisku I sekretarza KC PZPR. Po co zajmować się przeszłością? Choćby po to, żeby wiedzieć, jak było naprawdę. Nie chodzi o to, żeby starszych i chorych ludzi wsadzać do więzienia. Karać nie trze-ba, ale chodzi o to, żeby ich osądzić je-szcze za ich życia, powiedzieć "winni" lub "niewinni". Jeśli winni, to wszyscy powinni o tym wiedzieć. Jeśli niewinni, to również wszyscy powinni o tym wiedzieć. Suum cui-que tribuere - każdemu oddać, co się mu należy. Marek Suska W przeddzień trzydziestej rocznicy wprowadzenia stanu wojennego w naszym kraju, zarówno Ci, którzy tamte zajścia pamiętają, jak i my, pokolenie his-torycznych żółtodziobów, zwracamy się w stronę grudnia ‘81. Z czym jeszcze, oprócz niesławnego przemówienia generała Jaruzelskiego kojarzy się stan wo-jenny zwykłym ludziom, na oczach których rozgrywały się historyczne wyda-rzenia?
Narozrabiali, a teraz uciekają, czyli co znów nabroili studenci, co łączy wojsko z wodą gazowaną i kto miał uczulenie na styropian.
TEMAT NUMERU fot. mediafury (CC BY 2.0)

Wszystkiemu winni są studenci i robotnicy - Zacznijmy od tego, że studiowałam na Akademii Ekonomicznej, na pierwszym ro-ku towaroznawstwa w Krakowie. Dopiero potem zaczęłam studia na wydziale historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mieszkałam w akademiku, Fafis się nazywał – wspo-mina pani Małgorzata, emerytowana nau-czycielka historii. - Czuło się taką napiętą atmosferę już na studiach; tę konfrontację z władzą, bo pamiętam, że u nas na uczel-ni był taki duży wiec zorganizowany przez studentów i nam studenci mówili właśnie o tych prawach więźniów politycznych. I generalnie była atmosfera walki o prawa obywatelskie. Pamiętam, że 12 grudnia wieczorem wrócili wszyscy do akademika. Wszyscy, którzy brali udział w strajku na uczelniach. Wię-kszość uczelni właśnie wtedy strajkowała. My żeśmy się właśnie zdziwili, że wszyscy

TEMAT NUMERU

wrócili, bo nie było podjętej właściwie żad-nej decyzji o zakończeniu strajku. Tak nam na korytarzu powiedzieli, że pojawił się ktoś na uczelni (bo był to strajk okupacyjny i oni tam siedzieli cały czas) i powiedział im, że dzisiaj w nocy coś się wydarzy i że-by oni ten strajk zakończyli, żeby rozeszli się do domów. Myśmy się normalnie położyli spać, nikt niczego nie podejrzewał. Rano myśmy się obudzili, to była niedziela i ktoś mówił, że nie działa ani radiowęzeł, ani radio, ani telefon, że coś się stało po prostu. Myśmy czekali w takim napięciu, a radio było włą-czone i wtedy pamiętam, że co godzinę było ogłoszenie odczytywane Wojciecha Jaruzelskiego, że został wprowadzony stan wojenny. Początkowo były to ogólne komunikaty tylko o wprowadzeniu stanu wojennego, a potem z godziny na godzinę były czytane takie konkretne już rozporzą-dzenia dotyczące organizacji życia w okre-sie tego stanu. Byliśmy tak przejęci tym w ogóle co się stało, bo usłyszeliśmy że została zawieszona wszelka komunikacja. Zaraz po tym, polecieliśmy na pierwszą Mszę do kościoła akademickiego, bo myś-leliśmy, że może w kościele coś księża wie-dzą, bo Kościół był jedyną taką instytucją niezależną. No i tam właśnie na Mszy mo-dliliśmy się za ojczyznę, a wszystkie kościo-ły były przepełnione i wtedy właśnie księża zaczęli mówić, żeby zgłaszali się ludzie z tych rodzin, z których ktoś nie wrócił do domu na noc. Zbierano informacje – dane, nazwiska, adresy, bo było podejrzenie, że część z tych osób została aresztowana, al-bo internowana. Więc taką bazę danych robili. Księża już wtedy zaczęli się tak orga-nizować, mimo że nic konkretnego nie wie-dzieli. W Krakowie na tych głównych uli-cach, na rogatkach wszędzie stały czołgi. Właściwie było spokojnie, nic się nie działo. Była zima, był śnieg, mróz dosyć duży. Mo-ja siostra też wtedy studiowała w Krako-wie, tylko że na drugim końcu Krakowa, tak że nie mogłam się z nią porozumieć, bo telefonów nie było. I myśmy z godzinę na godzinę słyszeli kolejne rozporządzenia i było właśnie powiedziane, że zawieszona jest wszelka działalność organizacji, ze nie wolno się gromadzić, zabronione są mani-festacje i że bezterminowe ferie są od dnia dzisiejszego ogłoszone. Musieliśmy się spa-kować i w dniu następnym, w poniedział-ek, wrócić do domu. Tylko że komunikacja nie działała i nie wiedzieliśmy jak my się dostaniemy do domu. A na afiszach tam było, że nie wolno fotografować, że go-dzina policyjna jest wprowadzana od godzi-ny 22 do 6 rano i że jeśli ktoś chce się przenieść z miejsca na miejsce, czy chce gdzieś wyjechać, to musi mieć zgodę władz. I o pierwszej chyba, w telewizji był puszczony taki dziennik telewizyjny z przemawiającym Jaruzelskim i ogłaszał ten dekret władzy państwa o wprowa-dzeniu stanu wojennego, że ukonstytu-owała się ta wojskowa rada, że ona prze-jęła władzę, że większość zawodów zostało zmilitaryzowanych itd. Po południu zaczę-liśmy się pakować, no i nastraszyli nas w akademiku, że trzeba wszystko wziąć, bo

TEMAT NUMERU „Narozrabiali, a teraz uciekają!”. Bo to takie przekonanie było, że winę za stan wojenny ponoszą studenci i robotnicy, bo to oni strajkowali. Były manifestacje i przez nich władze musiały wprowadzić stan wojenny, żeby to wszystko uspokoić."

nie wiadomo, czy w ogóle wrócimy na studia. Więc każdy miał pełny bagaż ksią-żek. Nikt przecież tego do domu nie woził, tylko wiozło się takie rzeczy, które trzeba było wyprać w domu. Nie było wtedy pra-lek w akademikach, tylko na zmianę się rzeczy nosiło. A teraz te całe torby żeśmy powypychali jak się tylko dało. I z tymi bagażami, czekaliśmy całą noc, żeby rano pójść pieszo na dworzec. I rano wyszliśmy na ulicę z tego akademika całą gromadą. Nie wiedzieliśmy, czy jeżdżą pociągi. W ca-łym Krakowie nie jeździły tramwaje, auto-busy; wszyscy pieszo szli gdzieś. Jedni pewnie do pracy, drudzy tak jak my z tymi tobołami te 5 kilometrów do dworca. Tłu-my ludzi koczowały na tym dworcu. Poszli-śmy najpierw na autobusowy i nikt nic nie wiedział. Powiedzieli nam, że raczej dzisiaj nie będzie żadnego autobusu w stronę Tar-nobrzega, czy Rzeszowa. Na dworzec PKP potem żeśmy poszli. Mnóstwo ludzi na tych korytarzach, salach, peronach i też nam powiedzieli, że nie wiadomo o której będzie pociąg. No i pamiętam, że wtedy taka babcia zła na nas krzyknęła. Tylko tak po-wiedziała: „Narozrabiali, a teraz uciekają!” Bo to takie przekonanie było, że winę za stan wojenny ponoszą studenci i robotnicy, bo to oni strajkowali. Były manifestacje i przez nich władze musiały wprowadzić stan wojenny, żeby to wszystko uspokoić. Po południu puścili pociąg do Rzeszowa. I na dworcu w Rzeszowie stała cała grupa ludzi i my żeśmy siedzieli na tym dworcu w Rzeszowie i wtedy też nam nikt nie powiedział, czy będzie jakiś autobus. I sie-dzieliśmy na tym dworcu w Rzeszowie już

TEMAT NUMERU

nie pamiętam ile, aż puścili autobus. Tacy szczęśliwi wsiedliśmy do niego, że doje-dziemy i zapytaliśmy tego kierowcę, bo pa-miętam że przystanek był wtedy strasznie daleko, czy nam zatrzyma się koło domu. Wiem, że księżyc świecił, gdy weszliśmy na podwórko. Żeśmy krzyczeli:„Dzieci jadą z wojny!” No a potem to już okres stanu wojennego. Bez światła, bez telewizji, bez radia. Pamiętam tego sylwestra, którego wszyscy organizowali. Wszystko było nie-legalne. U nas na górze w dwóch pokojach cała ta młodzież bawiła. Światło było wyłączone, zabawa przy świeczce. Cały grudzień praktycznie przy świeczce był. Spędzaliśmy. Nie wiedzieliśmy, kiedy wró-cimy na te studia. Gdzieś na początku stycznia pozwolili chyba szkołom średnim i podstawówkom. A my, dopiero pod ko-niec stycznia wróciliśmy na uczelnie. Dwa miesiące mieliśmy zaległości. Musieliśmy potem do końca stycznia wszystko to nad-robić. Mieliśmy zajęcia przez sobotę i nie-dzielę. Było dużo aresztowanych, bo działało w Solidarności, w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów i na pewno byli in-ternowani, ale tego już nie wiem. Wiem, że ojciec koleżanki był internowany, bo on był działaczem Solidarności. I w Rzeszo-wie było dużo ludzi właśnie internowa-nych. A potem tym wszystkim wypusz-czonym osobom związanym z Solidarnością dawano możliwość wyemigrowania do Sta-nów Zjednoczonych z całą rodziną. Wiem, że dużo osób wtedy skorzystało. A kole-gów? Jakoś nie pamiętam tak. Ja nie miałam kolegów, którzy działali w Solidar- ności, czy byli jakoś szykanowani czy prześladowani – kończy pani Małgorzata. Śmigłowce nad wytwórnią wód gazowanych - Kiedy pracowałem w Hucie w Stalowej Woli, czytałem na bieżąco wszystkie ulotki KORu, również ulotki stalowowolskie i świ-dnickie, bo tam też pracowałem wcześniej w WSK Świdnik, i z miasta Lublina – opo-wiada pan Edward, świadek stalowowolsk-ich strajków. – Chociaż nie byłem w So-lidarności, to żyłem tym. I te ulotki dawali mi majster i brygadzista. Chodziłem za ma-szyny i tam w kąciku sobie czytałem. Osobiście znałem pana Stanisława Krupkę, który pracował w „narzędziowni”, a potem został przełożonym tej Solidarności. Odsze-dłem z pracy w „narzędziowni”, kiedy za-częły się tam tworzyć już klimaty typowo konspiracyjne. Ja sądzę, że pod tym kątem i ja byłem przygotowywany, bo dawali mi te ulotki i patrzyli, jak ja reaguję, kiedy ja je czytałem. I kiedy ja zostałem przenie-siony do wytwórni wód gazowanych, to ja wtedy widziałem śmigłowce, które nisko nad ziemią przelatywały. Dziesięć, dwa-naście, raz dwadzieścia jeden ich naliczy-łem. I w nich żołnierze z karabinami wszy-stko obserwowali. A tę wodę gazowaną, to i Huta wtedy brała od nas, a to był już stan wojenny. I ja wtedy tam pojechałem i się znalazłem w „narzędziowni” i spotkałem się z moimi współpracownikami, którzy mnie lubili. I pech chciał, że ten mój master właśnie wtedy był na zmianie i on mi po-wiedział takie słowa, których nie zapomnę

TEMAT NUMERU

do końca życia: „Oj, Edziu, myśmy wiązali z tobą nadzieję, a tyś nam uciekł z narzędziowni…”, czym dał mi do zrozu-mienia, że gdybym był dalej tam praco-wał, to oni by mnie okrzyknęli związ-kowcem. I miałem takiego jednego znajomego, który u nas niedawno na targu sprzedawał dętki i koła rowerowe, wiertła i takie tam. I on wtedy działał z Krupką, przed stanem wojennym był w konspiracji i wiedział, że się za niego wezmę. I skrył się gdzieś u ba- ci, tak, że ona nawet nie wiedziała, że on się tam u niej chowa. I pół roku gdzieś w podziemiach się chował, ale czasem nocą wychodził, bo musiał jakieś jedzenie zorganizować a tam się i pchły, i wszy mu „zakociły”. Raz jak tam wyszedł, właśnie trafił na trzech takich, co zaczęli za nim iść i jakieś znaki sobie dawać. I żeby nie te jego nogi, na których płoty przesadzał między blokami uciekał, to by go zatłukli na śmierć. A potem on był poszukiwany listem. w Stalowej Woli, to władza prześladowała księdza, obecnego biskupa, Frankowskie-go, który odprawiał Msze za ojczyznę i pa-rafianie go pilnowali, żeby władze komu-nistyczne nic mu nie zrobiły. A u nas we wsi, to ja pamiętam, że ORMOwcy przy-chodzili do kościoła i nagrywali kazania świętej pamięci księdza prałata, i wcale się z tym nie ukrywali. Ale władze, przy-najmniej tu w miejscowości, to z wielkim szacunkiem go traktowali i nie śmieli ja-koś grubiańsko się do niego odnosić. I kle-ryków wtedy strasznie szykanowano, okru-tne represje ich dotykały.

TEMAT NUMERU

I tyle to ja wiem. Gdyby Jasiek G. żył, to by więcej powiedział, bo on był na tych strajkach w Rzeszowie. I pan Szewczyk też tam był i Władzia Z. Ona była w stru-kturach głównych w Rzeszowie i była od-znaczona krzyżem jakimś, ale jak zmała, to nasi zaniedbali i nikt po to odznazenie nie pojechał. I ono przepadło – z żalem wzdy-cha pan Edward. Taki „zwykły” strajk - W Hucie, to jak się przyszło do pracy, to się siedziało na świetlicy przez osiem godzin i od czasu, do czasu to przychodził jakiś kierownik i mówił, żeby iść pracować – opowiada pan Franciszek, uczestnik strajków w HSW. A potem to się szło do domu, a przychodziła następna zmiana. A wtedy ksiądz Frankowski organizował innych księży i oni tam, na „narzędziowni” spowiadali,bo tam był główny punkt, na tych mechanicznych wydziałach.I jak nie pracowaliśmy, to się należały nam posiłki i dostawaliśmy te zupy. W Hucie jak wszyscy strajkowali, to i ja strajkowałem. A te samoloty na nas wtedy najeżdżały. A poza tym, to wiele nie mam co opowiadać, bo najwięcej to działali ci, co do Rzeszowa na strajki jeździli, a ja nie jechałem, bo chory byłem. Ale wtedy to ja się nie bałem. Bardziej to się bałem w ’56, jak były strajki, bo ja wtedy byłem w wojsku w Poznaniu, a Cyrankiewicz kazał nas zebrać w gotowości do uspokojenia tych zamieszek. A ja się bałem, bo nie chciałem do nikogo strzelać, a za odmowę wykonania rozkazu groził sąd polowy i kara śmierci. No ale to się jeszcze wtedy uspokoiło, te strajki. Kto naprawdę spał na styropianie - Ja się od początku trzymałem z daleka od tych wszystkich strajków, bo nie chciałem żeby ktoś mi przyłoił, tym bardziej, że miałem na pieńku z władzami – mówi pan Stanisław. – I zupełnie się tego nie wsty-dzę. Za to zastanowiłbym się nad tym, czy ci wszyscy, którzy dzisiaj opowiadają, jak to piersi nie nadstawiali i jak to im się źle leżało na tym styropianie, bo mieli na niego uczulenie, faktycznie coś zrobili dla kraju. Bo czasem było tak, że niektórzy nie dość, że się chowali jak tylko mogli, to jeszcze donosili na kumpli. Ale to jest teraz modne, że można się pochwalić, tym że ktoś był w opozycji i ludzie sobie tym schlebiają. Warto zbadać, kto co napradę wtedy robił -podsumowuje pan Stach. *** Ilu ludzi, tyle poglądów i wspomnień związanych ze stanem wojennym. Ale wspomnienia te łączy jedno: wszyscy pa-miętają, że w tę mroźną niedzielę trzyna-stego grudnia 1981 roku nie było „Teleranka”… Krzysztof Socha & Katarzyna Szczepaniak fot. fot. NYCgal (CC BY 2.0) fot. D. Stach (Outro) KOREA PÓŁNOCNA - PUSTELNICZE KRÓLESTWO

TEMAT NUMERU

Wielka potęga militarna. Państwo, które jako jedyne nie poddało się kryzysowi. Co to może być? USA, Chi-ny, może Francja? Nie, to Korea Pół-nocna przedstawiona przez rządzą-cych tam komunistów. Tak naprawdę jednak głosy władz a ,,zwykłych lu-dzi'' są zgoła odmienne. Historie przedstawione poniżej ukażą nie-zwykłą kontrastowość panującą w Korei, a materiały filmowe zamie-szczone obok pozwolą nam lepiej sobie wyobrazić realia panujące we współczesnym państwie totalitarnym. Patrzymy na turystów, którzy jeżdżą po Ko rei Północnej. Odwiedzają Pjongjang, sto-licę kraju. Składają tam hołdy wiecznemu przywódcy Kim Ir Senowi. Później docierają do ,,elitarnej'' szkoły, w której panuje su-rowa dyscyplina. Żaden krytyk nie może się do niczego przyczepić: dzieci są uśmie-chnięte, grzeczne, a do tego wielce utalen-towane. W rzeczywistości w tym państwie nie jest tak pięknie. Szacuje się, że 1/4 budżetu państwa przeznacza się na wojsko. Żoł-nierze są wszędzie. Od kilkudziesięciu lat panuje tu stan wzmożonej czujności, goto-wość do walki. Jednym słowem – stan wo-jenny. Od najmłodszych lat dzieciom wpaja się, że Amerykanie chcą wojny, są źli, podaje się im sfałszowane informacje. Kształci się obywateli, którzy są potem gotowi oddać życie za ojczyznę. Pilnują linii brzegowych, bo Amerykanie mogą zaatakować drogą morską. Są w po-siadaniu takich ilości plutonu, że można byłoby zbudować z nich aż osiem bomb jądrowych. Na wszelki wypadek, gdyby Amerykanie chcieli im wypowiedzieć woj-nę. W łagrach testuje się na ,,niewo-lnikach'' substancje chemiczne. Raz podano kobietom ciężarnym trucizny, które dopro-wadziły do wykrwawienia i śmierci po dwu-dziestu minutach. Takich historii jest wiele. Ale to nie koniec paranoi.

TEMAT NUMERU



TEMAT NUMERU

W nocy na obrazach satelitarnych Korea Północna jest ciemną plamą, podczas gdy inne lądy świecą, niczym świetliki. Wszys -stkie informacje, które znamy o Korei po-chodzą od zbiegów z obozów koncentra-cyjnych. W jednym z łagrów wieszano mężczyznę tak, że tylko czubki palców stykały się z podłożem. Nie mógł usiąść, nie mógł się położyć. Ta katorga trwała kilka dni. Pewnej kobiecie, która została niesłusznie oskarżona za malwersacje finansowe, wlewano do gardła gorącą wodę. Gdy mdlała, po wpompowaniu wielkich ilości płynu, polewali ją zimną wodą. Później kładziono na nią drewnianą belkę, na któ -rej końcach stawali ludzie. Czuła się jakby jej wnętności były miażdżone. Woda wy-pływała jej wszystkimi otworami ciała. Błagała, by ją zabili, bo ból był nie do zniesienia. Inna osoba opowiada, że poto-mstwo kobiet w łagrach dziedziczy ich wi-ny, więc musi zostać zabite. Kładzie się je na podłodze i dusi, stając na jego szyi. Matka błaga o litość dla dziecka, ale to nic nie pomaga. W państwie, w którym tak dużo środków pochłania się na armię, nie można mówić o sprawnym działaniu innych sfer życia pu-blicznego. W sklepach brakuje towaru, a ludzie przymierający głodem zjadają wszystko, co uda się im znaleźć, chociażby wodorosty. Dziennie na jednego obywat-ela przypada średnio jedna miska ryżu. To za mało, by żyć po ludzku. Organizacje pozarządowe przysyłają do Korei tony paczek żywnościowych, których etykiety są skrupulatnie zaklejane etykie-tami koreańskimi. Nie może przecież wyjść na jaw, że ta miska ryżu dziennie nie bierze się z inicjatywy rządu Korei, tylko innych darczyńców. W większych miastach Korei wybudowano dwunastopasmowe autostrady, na których nie ma żadnego ruchu. Nawet zamożniejsi nie mogą sobie pozwolić na kupno samo-chodu. Historia pokazuje, że w ustroju komu-nistycznym nie ma szans na równość. Na-wet gdy takową stara się wprowadzić, okazuje się, że wszyscy są równie … bied-ni. Nasuwa się nam pytanie: dlaczego Kore-ańczycy się nie sprzeciwiają? Wynika to z masowej propagandy i cenzury. W Korei zakazane są komórki, Internet nie jest ogó-lnodostępny. To jest miejsce odcięte od całego globu. Izolacja sprawia, że jedynym źródłem wiedzy stają się słowa rządzących. Koreańczycy myślą, że w innych zakam-arkach Ziemi dzieje się gorzej, a oni mają szczęście, że żyją w rozkwitającym kraju powszechnej szczęśliwości. Kamil Aftyka STAN WOJENNY OCZAMI DZIECI I MŁODZIEŻY
Nie wszyscy podczas stanu wojen-nego walczyli i czynnie działali w opo-zycji. Niektórzy byli na to za mali, niemniej jednak doskonale pamię-tają tamte wydarzenia.
TEMAT NUMERU

SZESNASTOLATEK, mieszkaniec Gno-jewa, wsi k. Malborka Cieszyłem się, że nie muszę iść do szkoły, bo rodzice mi nie pozwolili. Było dużo śnie-gu. Za kaplicą koło południa wylądował he-likopter. Później jechały opancerzone sa-mochody. Nie bałem się, byłem ciekawy rozwoju wy -darzeń. Pamiętam Ochotniczą Rezerwę Milicji Obywatelskiej, która jeździła po wsi-ach wieczorami. Jej działania można opisać w dwóch słowach: donosiła i kradła. Tak naprawdę byli to ludzie niezwykle pry-mitywni. Niektórzy nie skończyli nawet dwóch klas podstawówki, a w większości mieli sławę pijaków i degeneratów. Kolejnym ciekawym ,,zjawiskiem'' byli nas-tolatkowie, którzy zamiast iść do wojska szli do ZOMO. Dostawali pensje i paczki żywnościowe w sklepach konsumach, gdy innym brakowało jedzenia. W pierwszy po-

TEMAT NUMERU

niedziałek po wprowadzeniu stanu wojen - nego nie dowieźli do sklepu chleba – nie było nic. Służący w ZOMO nie mieli dyle-matów, co zjeść na obiad. Jednak wbrew powszechnemu mniemaniu nie byli tacy straszni. ORMO było gorsze. W tych czasach trzeba było być łotrem, by przetrwać. Łapówki były na świetle dzien-nym, a reżim był tak silny, że ojciec mógł donieść na swojego syna. Słuchałem radia Wolna Europa. Sygnał był zagłuszany, tylko niektóre informacje prze-chodziły. Był to jeden z kroków do wolno-ści. DZIESIĘCIOLATKA, mieszkanka Gda-ńska Szkoły miały być zamknięte do Nowego Roku. Szczerze mówiąc ucieszyłam się, że ferie będą dłuższe, bo zaczęły się już trzynastego grudnia. Na początku stanu wojennego mama chciała nas wywieść z Gdańska na wieś, żebyśmy były bezpieczne. Wraz z siostrą ucieszyłyśmy się, bo nie mogło być nic lepszego od ferii z babcią. Gdy dojecha-łyśmy do Biblioteki Narodowej ujrzeliśmy makabryczny obraz palących się samoc-hodów, opancerzonych czołgów i prze-rażonych ludzi. W tym samym czasie tata wrócił z pracy do pustego mieszkania. Nie było dzieci ani ich matki... Co sił w nogach wróciłyśmy do autobusu. Gdy wyruszył, kamień spadł mi z serca. Mimo to wciąż czułam strach, że ktoś nas złapie. Zapyt-ałam mamę, czy to wojna. Mama powiedziała, że nie. ,,Nikt nie wie co to jest'' – dokończyła. W 1981r. miałam zaledwie dziesięć lat. Po tak długim czasie ciężko cokolwiek pa-miętać. Większość rzeczy, które dzisiaj wiem, pochodzą z ustnych przekazów mo-ich krewnych i książek. Mimo iż byłam – przynajmniej po części – świadkiem ta-mtych zdarzeń, nie potrafię przywołać zbyt wielu wspomnień. Rodzice pewnie chcieli mnie przed tym uchronić. Tamten epizod był moim pierwszym doświadczeniem, że życie przynosi rozczarowania. Ten widok pozostanie na długo w mojej pamięci. SIEDMIOLATKA, Gdańsk Przed moimi oczami ukazują się jedynie urywki. Gdy wchodziło się do windy w naszym bloku widać było różne napisy, typu: ,,nie chcemy stanu wojennego''. Pamiętam też, że tej zimy, kiedy wpro-wadzono stan wojenny, nie pojechaliśmy na święta do dziadków, mimo że mieszkali w innej dzielnicy miasta. Rodzice bali się ryzykować jazdę przez centrum Gdańska, które było jednocześnie centrum wydarzeń. Rodzina, która żyła na wsi starała się być samowystarczalna, bo ciężko było dostać jedzenie i inne produkty. Można opo-wiedzieć tu wiele historii. Raz stałyśmy z mamą przed sklepem papierniczym, by kupić chińskie ołówki z gumkami. Obsłu-giwały nas bardzo … hmm … nieprzyjemne panie. My chciałyśmy ołówki z pieskami, a one cierpko odpowiadały, że albo weźmie-

TEMAT NUMERU "Zapytałam mamę, czy to wojna. Mama powiedziała, że: ,,nikt nie wie co to jest.''

my różowe albo nie będziemy miały nic. Oczywiście nie było wyboru. Nie po to stało się godzinami w kolejce, by wychodzić z pustymi rękami. Zimą udało się rodzicom kupić ,,Rubina''. Na sankach przywieźli go do domu. Kolo-rowy telewizor! Hura! Nie przeszkadzał nam nawet fakt, że podobno często ... wybuchał (śmiech). Nie było łatwo, ale nie było też tragicznie. Dziadek pracował na farmacji, więc mógł wymieniać kartki i kupować w sklepie mię - snym, który miał lepsze zaopatrzenie, niż inne w okolicy. Wujek wyjechał do Niemiec Zachodnich, skąd przysyłał paczki z dolarami i pro-duktami na, które był w tamtych czasach wielki popyt, czyli czekolady, kolorowe za-palniczki i rajstopy. Mama handlowała tym na ,,hali'' i uzbierane pieniądze chowała do kanapy. Nie wiedziała co robić z tak dużą sumą, a wiedziała, że musi ją pilnować, bo wujek zamierzał kupić za to samochód. Wujek przebywał tam do 1984 roku, jego żona wróciła wcześniej, choć miała z tym problemy. Podobnie jak stryjek, który wy-jechał do USA i chciał wrócić w czasie stanu wojennego, ale nie mógł. Chodziło się także po dary do kościoła, w tym bardzo dobrą mąkę. Na końcu mszy śpiewało się pieśni patriotyczne, które mnie, jako dziecko, bardzo wzruszały. Kamil Aftyka KOSZYKARZE TEŻ MIELI SWOJE LOSOWANIE
W cieniu losowania grup piłkarskiego Euro 2012 odbyło się losowanie grup eliminacyjnych EuroBasketu 2013. Koszykarze podobnie jak piłkarze trafili do "grupy życia", jednak o ile odpadnięcie reprezentantów "kopanej" przyniesie Polsce wstyd, o tyle eliminacyjna porażka koszykarzy może oznaczać koniec basketu w naszym kraju.
SPORT KOSZYKÓWKA

O tym, z jakimi problemami boryka się polska koszykówka, pisałem we wcześniej-szych numerach Outro. Po średnio udanym tegorocznym EuroBaskecie na Litwie, więk- szość kibiców z optymizmem patrzyła na jego kolejną edycję, tym razem mającą się odbyć w Słowenii. Optymizmu dodawał fakt, że mamy młodą reprezentację, która zdobyła właśnie cenne doświadczenie, sło-weńskiego trenera, Alesa Pipana, oraz to, że za dwa lata do kadry dołączy Marcin Gortat. Gdy nie przebrzmiały jeszcze echa mis-trzostw na Litwie, my myśleliśmy już o Sło-wenii. Czekają nas jednak trudne, nie bój-my się nazywać rzeczy po imieniu, eli-minacje do tego championatu. Finlandia, Belgia, Szwajcaria i Albania to rywale na-szej reprezenatcji w wyrównanej grupie E. Na EuroBasket 2013 awansują dwie najlep- sze drużyny oraz cztery z najlepszym bilan-sem z trzecich miejsc. Finlandia i Belgia, podobnie jak Polska, uczestniczyły w tegorocznych Mistrzost-wach Europy. Finowie awansowali do tego turnieju z baraży, ale udało im się dostać do drugiej rundy dzięki zwycięstwom nad Bośnią i Hercegowiną oraz Czarnogórą. Do-datkowo zanotowali minimalną porażkę z późniejszym półfinalistą, reprezen-tacją Macedonii, a w drugiej rundzie nie wygrali żadnego spotkania przez co odpadli z turnieju. Belgia była rywalem Polski w eliminacjach do turnieju na Litwie. W Łodzi repre-zentacja prowadzona przez Igora Grisz-czuka rozbiła Belgów 93-73, a liderem dru-żyny był Gortat, który zdobył 29 punktów. W rewanżu zwycięstwo było w zasięgu ręki. Na trzy minuty przed końcem pro -

SPORT KOSZYKÓWKA

wadziliśmy 67-63, by ostatecznie przegrać 67-70. Należy dodać, że Polska zagrała w tym spotkaniu w najsilniejszym składzie z Gortatem (18 pkt i 11 zbiórek), Kelatim (20 pkt) i Lampe (8 pkt). Na EuroBaskecie Belgowie zaprezentowali się gorzej od Polaków i po pięciu porażkach w grupie od-padli z turnieju. Szwajcarzy, jako jedyni spośród naszych rywali, posiadają w swoim składzie gracza z NBA. Thabo Sefolosha (Oklahoma City Thunder) to przede wszystkim świetny ob-rońca, zwłaszcza tzw. "dwójek" (rzucający obrońcy). Sposób na niego będzie musiał znaleźć najprawdopodobniej Thomas Ke-lati, od którego bardzo wiele zależy w ata-ku naszej reprezentacji. Na koniec najsłabsza drużyna w grupie E, czyli Albania. Drużyna bez gwiazd i bez su-kcesów. Cechą charakterystyczną bałkań- skiego basketu jest walka na każdym centymetrze parkietu. Albania będzie raczej walczyła o zwycięstwa w pojedynczych spotkaniach na swoim terenie. Oby takiego zwycięstwa nie wydarła naszej drużynie narodowej. - Nie ma znaczenia, z kim zagramy, trzeba się po prostu zakwalifikować. Czasem jest tak, że pozornie łatwiejsi rywale dają po-czucie, że będzie łatwo. Ale nigdy nie jest łatwo, zakwalifikować się zawsze jest trud-no. Każdy zespół chce się pokazać na tle innych, a Polska jest takim zespołem, na który można się mobilizować - tak podsu-mował losowanie grup eliminacyjnych dy-rektor sportowy reprezentacji, Walter Jek-lin. Warto zauważyć, że problemem może być mobilizacja naszej drużyny, która na ostatnim EuroBaskecie potrafiła pokonać wicemistrzów świata, Turcję, by później

SPORT KOSZYKÓWKA "Każda porażka przed własną publicznością będzie przysłowiowym strzałem w kolano, a brak awansu oznaczać będzie całkowite zniknięcie koszykarskiej reprezentacji Polski ze świadomości kibiców."

w słabym stylu przegrać z Wielką Brytanią. Dlatego, choć w walce o awans "na papi-erze" jesteśmy faworytami, to problemy możemy mieć innej natury. Tradycyjnie kłopot może stanowić zapełnienie hal kibi-cami. Najbardziej przyciągają na trybuny gwiazdy, a tych w Polsce nie zobaczymy na pewno. Dlatego rozsądne wydają się zabie-gi PZKosz, by reprezentacja zagrała choć jeden sparing z topową reprezentacją przed polską publicznością. A co, jeśli nie awansujemy? Aż strach w ogóle myśleć o takim scenariuszu. Choć nasza reprezentacja przyzwyczaiła nas, że potrafi z każdym wygrać, to niestety potrafi także z każdym przegrać. Każda porażka przed własną publicznością będzie przysło-wiowym strzałem w kolano, a brak wansu oznaczać będzie całkowite zniknięcie koszykarskiej reprezentacji Polski ze świadomości kibiców. Odrzućmy jednak tę pesymistyczną wizję. Pierwszy raz od lat trener reprezentacji ma szansę pracować z drużyną dłużej niż dwa lata. Mamy doświadczonych zawodników, którzy są w najlepszej fazie swoich karier, a do reprezentacji pukają już osiemnasto- i dziewiętnastolatkowie z młodzieżowej kadry trenera Jerzego Szambelana. O ile zawodnicy będą zdrowi i nie będzie prob-lemów organizacyjnych, to powinno być dobrze. Gdyby tak jeszcze znalazły się pie-niądze na spłatę długów PZKosz i wdro-enie jednolitego systemu szkoleniowego... Marzyć zawsze wono. Michał Mendala fot. D. Stach fot. fot. DrabikPany (CC BY 2.0) Za nami kolejne Gran Derbi Europa, czyli starcie Realu Madryt z FC Barceloną. Po raz kolejny zapowiadało się na wygraną Realu. Kibice Królewskich pompowali balonik przed potyczką z Blaugraną, ale już po kilku-nastu/kilkudziesięciu minutach zeszło z nich powietrze. Co miało wpływ na zmianę obrazu meczu?
TAKTYCZNE ZWYCIĘSTWO PEPA
SPORT PIŁKA NOŻNA

Zimny prysznic w 21. sekundzie Jose Mourinho świetnie odrobił pracę domową i wręcz bezbłędnie ustawił swój zespół taktycznie przed pierwszym gwizd-kiem. Dwóch najbardziej ofensywnych piłkarzy miało za zadanie wywierać presję na stoperach oraz bramkarzu ekipy przyjezdnej. Nie od dziś wiadomo, że kluczem Barcelony do budowania pięknych akcji jest perfekcyjne wyprowadzenie futbolówki ze strefy obronnej. Dlatego też, tak rzadko oglądamy dalekie wybicia obrońców lub bramkarza Blaugrany. Zagranie taktyczne Mourinho dało efekt w postaci szybko strzelonej bramki (21.sekunda meczu!). Niemniej jednak, Real był drużyną lepszą przez dobre pół godziny. Na szczególne wyróżnienie zasługuje strzelec pierwszej bramki – Karim Benzema – który nie raz postraszył defensywę przyjezdnych.

SPORT PIŁKA NOŻNA

Guardioli feniks w rękawie Przed meczem wielu ekspertów speku-lowało, czy Pep Guardiola będzie na tyle odważny, aby w meczu z Królewskimi ustawić trójkę obrońców i aż pięciu pomocników. Odpowiedź poznaliśmy na pół godziny przed meczem: nie odważył się. Dwa kwadranse dały mu jednak dużo do myślenia i zdecydował się na taktyczną roszadę na boisku. Chwilę później Blaugrana wyrównała (gol Alexisa), aby całkowicie zdominować mecz w drugiej połowie i ostatecznie zwyciężyć 1:3. Szkoleniowiec nie dokonał w kluczowych momentach meczu żadnej zmiany perso-nalnej, a zatem nie można mówić o żad-nym asie, lecz feniksie, który powstał z po-piołów, rozsianych po całej murawie. Po-zostałe 60 minut należało do Kataloń-czyków. Dani Alves do przodu Prawy obrońca FC Barcelony rozpoczął spotkanie bardzo defensywnie. Miał za zadanie wspomaganie Carlesa Puyola w kryciu Cristiano Ronaldo. Owszem, gwiazda Realu była mało widoczna, ale było to raczej spowodowane słabą dyspozycją Portugalczyka, niż obroną Alvesa. Carles Puyol z kolei nie radził sobie w powietrznych pojedynkach z Karimem Benzemą. Stąd też decyzja o wysunięciu Alvesa bardziej do przodu. Dani od razu stał się bardziej widoczny i brał udział w niemal każdej akcji ofensywnej Barce- lony. Co więcej, zanotował przepiękną asystę przy golu Frabregasa na 1:3. Puyol na prawo, Busquets do tyłu Miejsce Alvesa na boku obrony ktoś musiał zająć. Padło na Puyola, który na prawej falnce świetnie radził sobie z Ronaldo i Ozilem. Na środek defensywy cofnięty został z kolei Busquets, który do końca spotkania pełnił bardziej rolę gladiatora, niż klasycznego obrońcy. Bardzo często wy-chodził do przodu wywierając presję na napastnikach Królewskich. Cichy Mourinho Pozostałe pozycje były korygowane na bieżąco i nie były aż tak widoczne. Wyjątkiem może być jedynie Cesc Fabregas, który dostał trochę więcej swobody w środku pola, co doprowadziło do bramki na 1:3. Najgorszym aspektem taktycznym spotkania był jednak brak reakcji ze strony Realu, a raczej Mourinho, który wpatrywał się w Barcelonę, szukając dziury w całym, zamiast wykorzystać potencjał swoich graczy. Kolejna wygrana Barcelony. Tym razem może mniej efek-townie, ale efektywnie! Rewanż już za pół roku. Maciej Kulina fot. Chesi - Fotos CC