Musisz zainstalować flash player pobierz instalator












Are you Outro?

Outro Ogólnopolska gazeta młodzieżowa Wydawca: Fundacja Nowe Media Strona internetowa: www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl rekrutacja(@)outro.pl Redaktorzy naczelni: Monika Toppich Kamil Wiśniowski Sekretarz redakcji: Marek Suska Korekta: Martyna Kłopeć, Agnieszka Dydacka, Maria Gołaszewska, Agata Hajduk, Anna Kubaczkowska Szefowie działów: Aleksandra Bieniek (kultura) Elżbieta Janota (filmowo - literacki) Magdalena Kondracka (społeczeństwo) Maciej Kulina (sport) Piotr Kulessa (finanse) Magdalena Kelniarz (korekta) Paula Wyciślok (foto) Projekt okładki: HINT Intermedia Zdjecie: Emery Co Photo Fotoedycja: Dorota Stach

Wchodząc do sklepów komputerowych, trudno nie trafić na reklamę Sony, która wręcz idealnie trafia do odbiorcy. I nie, nie chcemy tu robić jakiejś kryptoreklamy, nie zostaliśmy patronami żadnego ich kon-kursu, ani nie dostaliśmy darmowych laptopów. Nic z tych rzeczy. Chodzi tu ra-czej o znalezienie cech, ale nie cech potencjalnego klienta, tylko dziennikarza Outro. Czy jest coś, co nas wyróżnia? Godzina późna, spotkanie na Skype, parę minut przed wydaniem. Oczywiście połowy rzeczy nie ma, brakuje jakichś tekstów, grafik, etc. Jednym słowem – zwykła re-dakcyjna rzeczywistość. Jak można się w niej zachować? Ano można albo załamywać ręce i stwierdzać, że „pewnie się nie uda”, albo można – jak to zwyk-liśmy czynić – robić wszystko „na przed-wczoraj”. Co ciekawe, z dość zadowalającymi efektami. Bycie dziennikarzem Outro to pi-sanie w godzinę tekstów, na które inni mają tydzień, to korekta o północy, to śniadania, obiady i kolacje nad składem. To „teoretycznie konstruktywne” spotkania, które rozłożyć na łopatki może jedna dygresja, lub też te „bardziej konstruk-tywne”, kiedy w czasie naszych studenc-kich sesji liczy się każda minuta. Are you Vaio? Nie. Ale „wariat” – to już zdecy-dowanie bardziej charakteryzuje naszą ekipę. MiK … Docierały do nas ostatnio różne wieści, iż chochlik MAM miał ostatnio własną wizję składu rozmaitych stron gazetek. Niestety dopadło to i nas. Dlatego też, choć wojna zakończyła się sukcesem, jednoczesną bitwę z czasem i systemem przegraliśmy i byliśmy zmuszeni opublikować wydanie nieco później. Niemniej jednak, życzymy wszystkim miłej lektury.

Spis treści

Wokół kultury Strona 6 "Wiele jest kretyństwa na świecie" - wywiad Strona 10 Nieznane legendy muzyki - Blondie Strona 12 CINEMAniak Strona 15 Sen o doskonałości Strona 18 Dysków i igrzysk Strona 21 Niebieski ludzik z wielką głową Strona 24 Stracić, by odzyskać Strona 26 Bbbertie Strona 27 Zwierzęce królestwo Strona 30 Co w kinie piszczy Strona 32 Pierwsza piatka Strona 35 To się rusza! Strona 43 Telezakupowe czasoutracenie Strona 47 Grazia Deledda Strona 49 Muzyka rozpaczy Strona 51 Walkirie Strona 53 Smaki Europy według Makłowicza Strona 55 Weekend w Berlinie Strona 57 Komu TO potrzebne? Strona 60 Będzie dobrze Strona 65 Śmiały nieśmiały problem Strona 71 Krótka opowieść o koszykówce Strona 75 Wyśniona kariera Mesuta Özila Strona 79 My się zimy (nie) boimy Strona 84 Gran Derbi oczami kibica Strona 87 40% Polaków nie wie, co to inflacja Strona 90 Sposób na język Strona 92 Jak oddać fiskusowi tylko 99% podatku? Strona 94 Piorunująca odpowiedź Dodge’a Strona 96 Nic - niewiedza nieprzyjazna Strona 98 ___________________________________ Do ostatniego wydania wkradł się chochlik, który sporo namieszał w tekście "Kotom wszystko wolno". Najwyraźniej uznał, że jest kotem i jemu również wszystko wolno. W imieniu chochlika i redakcji, przepraszamy. PIERWSZA PIĄTKA: TO SIĘ RUSZA! Będzie dobrze Krótka opowieść o WEEKEND w Berlinie

Teksty polecane

As mad as a hatter - "Edward Nożycoręki" zjednuje sobie coraz większe rzesze wielbicieli, "Planetę małp" widział niemal każdy, a "Gnijąca panna młoda" to jedna z najlepiej zrobionych animacji. Komu trzeba przedstawiać Tima Burtona? Cz 3. Ruch i animacja rysunkowa w praktyce - Mało kto zdaje sobie sprawę, jak wiele pracy dzieli wstępny szkic bohatera od tego, co podziwiać możemy w kinie. Jak przebiega proces animacji opisuje Anna Wodzicka. Wielu z nas zna osoby, którym świat zawalił się wraz z wiadomością o ciąży. I byłoby to zastanawiające gdyby nie to, że duża ich część nie skończyła jeszcze nawet szkoły średniej. Oczekiwanie na dziecko i. no właśnie: co dalej? Okazuje się, że niekoniecznie trzeba od razu panikować. Może być dobrze, trzeba włożyć w to po prostu odrobinę wysiłku. KOSZYKÓWCE - kiedy po raz pierwszy wrzucono skórzaną piłkę do kosza do zbierania owoców, skąd się wzięło NBA, która drużyna jest najbardziej utytułowaną w historii i kto tak naprawdę wymyślił zasady tej dyscypliny pisze Michał Mendala. - Stolica stolica naszych zachodnich sąsiadów wydaje się idealnym miejscem na spędzenie weekendu. Ewelina Tkacz pokaże nam, jak NAPRAWDĘ poznać Berlin w dwa dni. Nic - niewiedza nieprzyjazna - jak można żyć nie wiedząc, co się dzieje wokół? Okazuje się, że można. Tylko co dalej? Felieton Marka Suski. Tiramisu Silence, please!

Wokół kultury WOKÓŁ KULTURY Przedstawienie opowiada o współczesnych kobietach sukcesu. Na pozór podziwiane, potrafiące się odnaleźć w otaczającym je świecie, naprawdę są zagubione, niejednokrotnie znienawidzone.

26 i 27 lutego o godzinie 19 w Teatrze na Woli w Warszawie odbędzie się spektakl Tiramisu Joanny Owsianko. Przedstawienie w reżyserii Aldony Figury opowiada o współczesnych kobietach sukcesu. Na pozór podziwiane, potrafiące się odnaleźć w otaczającym je świecie, naprawdę są za-gubione, niejednokrotnie znienawidzone. Na scenie pojawią się między innymi: Anna Gajewska, Magdalena Karel, Martyna Peszko. Silence, please! to zbiorowa wystawa wielu artystów: Andrzeja Bednarczyka, Sławomi-ra Brzozka, Marka Chlandy, Stefana Gie-rowskiego, Koij Kamoij, Wojciecha Łazar-czyka, Jacka Sempolińskiego, Sławomira Sobczka. Jej wernisaż będzie miał miejsce 17 lutego w ABC Gallery w Poznaniu. Wszystkie prezentowane prace podejmują temat ciszy, próbują nadać jej kształt. Istotne jest to, iż artyści zdecydowali o prostocie swoich prac. Można je określić takimi przymiotami, jakie właśnie z ciszą zestawiamy: bezruch, skupienie, tajemni-czość. Ważnym aspektem ekspozycji są także odwołania do kultury Wschodu, kojarzonej ze spokojem i równowagą, oraz nawiązania do innych znaczeń tego wyrazu używanego w codziennej mowie w innych kontekstach.

Wokół kultury

Bielska Zadymka Jazzowa Jedno z największych polskich wydarzeń związanych z muzyką jazzową, Lotos Jazz Festival 13. Bielska Zadymka Jazzowa, od-będzie się w dniach 16-20 lutego w Bielsku - Białej. Uznany za najlepszy polski festi-wal przez czytelników Jazz Forum, Lotos Jazz Festiwal gości corocznie gwiazdy estrady oraz najlepiej zapowiadających się młodych muzyków. W czasie trzynastej edycji usłyszeć będzie można Ahmada Ja-mala, Candy Dulfer, Joshuę Redmana, Avishaia Cohena, CéU, The Hillbilly Moon Explosion, Marcina Żupańskiego Chicago Quartet, Tomek Grochot Quintet feat. Eddie Henderson. Oprócz tego na uczest-ników czekają imprezy towarzyszące: kon-certy oraz wystawa fotografii Barbary Ada-mek Midnight Talks – just listen & feel jazz. Czy to jest przyjaźń? Czy to jest kochanie? Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu za-prasza na spektakl poetycko – muzyczny Czy to jest przyjaźń? Czy to jest kochanie?, w czasie którego można będzie usłyszeć niezapomniane piosenki Marka Grechuty. Aranżacji utworów zespołu Anawa oraz późniejszych, z okresu solowej kariery artysty, dokonał Tomasz Łuc. Przedsta-wienia odbywają się codziennie do 20 lutego o godzinie 19. fot. ssoosay Polkowickie Dni Teatru Secesyjne szkło z wytwórni czeskich

Wokół kultury Wokół kultury Opowieści z Ziemi 24 lutego o godzinie 19 w Galerii BWA we Wrocławiu odbędzie się wernisaż wystawy Michaliny Kosteckiej Opowieści z Ziemi. Tuż przy samym wejściu kozetka psychoanalityka, co zapowiada poznanie swojego wnętrza w czasie zwiedzania wystawy. Oprócz zdjęć, eksponowanych jest wiele nietypowych przedmiotów takich jak kręgle z kulą z ludzkiej czaszki czy różaniec zrobiony z rękawiczek przypominających zaciśnięte pięści. Nie brakuje monitorów pokazujących uliczny happening, którego element, stara maszyna do prucia swetrów, także znajduje się na wystawie. Jest i magiczne drzewo przemawiające do zwiedzających. Dwuczęściowa ekspozycja przeprowadza nas przez proces formowania człowieka przez społeczeństwo, kończąc na całko-witym uwolnieniu jednostki z barier kulturowych i społecznych. Autorka zwraca uwagę na pierwotny cel sztuki, chce powiedzieć, że powinna ona pokazywać wnętrze człowieka. Wystawa otwarta do 12 marca. Faces In the Forest Muzeum Narodowe we Wrocławiu goś-ci do 20 marca wystawę ceramiki Michael Flynn. Faces In the Forest. Ekspozycja bry-tyjskiego artysty, Michaela Flynna, została przygo-towana z okazji Międzynarodowego Sympozjum Por-celana Inaczej. Jego prace, two-rzone najczęściej w cyklach, to wielkoformatowa ceramika figura-tywna. Głównymi inspiracjami są kultura antyczna, dawne wierzenia, tradycje i zwy-czaje, prezento-wane zawsze zaś z pewną dozą ironii na temat bohate-rów jego dzieł.

Polkowickie Dni Teatru Oblicza Teatru potrwają od 28 lutego do 13 kwietnia. Tegorocznej edycji patronować będzie popularna aktorka filmowa i teatralna, Anna Seniuk. To właśnie ona 7 marca dokona uroczystej inauguracji festiwalu, wręczając nagrody publiczności zeszłorocz-nym laureatom. Poza tym wystąpi w Dniu Walentego Teatru im. J. Osterwy z Gorzowa Wielkopolskiego. Na scenie Polkowickich Dni Teatru zaprezentują się teatry z całej Polski, między innymi: Teatr Bajka z Warszawy, Teatr Ateneum z Warszawy, Teatr Polski ze Szczecina, Teatr Nowy z Zabrza. Nie zabraknie również wybitnych aktorów. Oprócz Anny Seniuk Polkowice odwiedzą Andrzej Seweryn, Artur Barciś, Adam Ferency, Pau-lina Holtz, Joanna Żółkowska. Festiwalowi towa-rzyszyć będą Przegląd Twórczości Filmo-wej Anny Seniuk, spektakle dla dzieci i młodzieży oraz konkursy teatralne. Wystawa Secesyjne szkło z wytwórni czeskich w Skarbcu Muzeum Narodowego we Wrocławiu prezentuje 12 eksponatów pochodzących z hut i rafinerii szkła, między innymi „Pallme König & Habel”, „Johann Lötz Witwe” z Klostermühle (Klášteský Mlýn w Czeskim Lesie), z okresu Fin de Siècle. Warto zwrócić uwagę na szkła z „Johann Lötz Witwe”, wiodącej rafinerii owej epoki. Zachwycano się nimi nie tylko w kraju, zostały wyróżnione między innymi na Wystawie Światowej Paryżu, gdzie w 1900 roku otrzymały Grand Prix. Wytwórcy początkowo wzorowali się na wyrobach firmy L.C. Tiffany’ego, później tworzyli własne projekty. Czeskie wytwórnie szkła były jednymi z najważnieszych w tej dziedzinie na świecie. Miłośnicy secesji z pewnością docenią piękne kształty barwnych naczyń oplecionych wiciami roślinnymi, szklanymi nićmi czy udekorowa-nych muszlami, tak charakterysty-cznymi dla okree-su secesji. Wysta-wę można oglądać do końca marca. Aleksandra Bieniek fot.2 Muzeum Narodowe we Wrocławiu Trzy pytania do Bogusza Rutkiewicza

3 pytania do... „Dużo jest kretyństwa na świecie” "...ważne jest to, że mimo upływu lat my się po prostu lubimy. Nie wytrzymasz w zespole trzydziestu lat, jeśli nie możesz patrzeć na drugą osobę, prawda?"

Krzysztof Socha: Obserwując historię zespołu Turbo można powiedzieć, że los Was nie oszczędzał. Kilkukrotne zawieszenie działalności, liczne zmiany składu, naciski wydawców, konflikty z wytwórniami… Mimo to Turbo wróciło na scenę i to w wielkim stylu. Co Wam dało siłę do powrotu? Czy tylko wspólna pasja? Bogusz Radkiewicz: Myślę, że po części odpowiedź zawarta jest w pytaniu, ponieważ na pewno motywacją do grania dzisiaj takiej muzyki nie są sprawy finansowe. Chyba, że gralibyśmy co innego, bo sądzę, że w pewnych gatunkach muzycznych motywacją są tyl-ko i wyłącznie pieniądze. Chodzi nam nie tyle o miłość do muzyki, co miłość do grania – wielu ludzi kocha muzykę, a niekoniecznie kocha grać. Poza tym, ważne jest to, że mimo upływu lat my się po prostu lubimy. Nie wytrzymasz w zes-pole trzydziestu lat, jeśli nie możesz patrzeć na drugą osobę, prawda? Myślę, że to jest właśnie kwintesencja tego, że po trzydziestu latach jeszcze się pętamy po scenach. Album Kawaleria Szatana wzbudził wiele kontrowersji wokół zespołu. Grono antyfanów muzyki metalowej było wyraźnie poruszone. Sceptycy zaczęli doszukiwać się podtekstów satanistycznych nawet w piosence "Jaki był ten dzień". Jak się odnosić do takich opinii? Dużo jest kretyństwa na świecie i to było jedno z nich. Wydaliśmy płytę Kawaleria Szatana, w związku z tym ktoś, kto ma mało zwojów mózgowych od razu pomyślał, że gramy muzykę satanistyczną.

3 pytania do... "Wydaliśmy płytę Kawaleria Szatana, w związku z tym ktoś, kto ma mało zwojów mózgowych od razu pomyślał, że gramy muzykę satanistyczną."

Tytuł był oczywiście przekorny, teksty bardzo pacyfistyczne, nasycone – rzekłbym nawet – miłością bliźniego. Natomiast rzeczywiście wzbudziła ona muzycznie dużo kontrowersji, bo przed jej wydaniem graliśmy, powiedzmy, bardzo melodyjny heavy metal. Kawaleria zaś to było dużo mocy, takiej nowej drapieżności, energetyczności. Pamiętam, że wielu naszych fanów podchodziło do tego z dystansem. Niektórym bardzo się ten album nie podobał. Dzisiaj, po dwudziestu pięciu latach od jej wydania, wszędzie czytam, że jest to płyta kultowa i kamień milowy w polskim heavy metalu. Czasami jednak historia oddaje sprawiedliwość temu, co dobre. Obchodzicie teraz trzydziestolecie istnienia zespołu. Czego możemy spodziewać się po jubileuszowej trasie koncertowej? Tego, że zagramy, jak zawsze zresztą, dobrą muzykę i będzie na pewno wyśmienita zabawa. Krzysztof Socha Obecny skład zespołu Turbo: Wojciech Hoffmann – gitara prowadząca (od 1980) Bogusz Rutkiewicz – gitara basowa (1983-1988, od 1996) Tomasz Krzyżaniak – perkusja (od 2001) Dominik Jokiel – gitara rytmiczna (od 2001) Tomasz Struszczyk - wokal (od 2007) fot.1 Roger Lofek, fot.2 Krzysztof Raś
(Nie)znane legendy muzyki – Blondie
Muzyka

Przyszła kolej na ostatnią wizytę w nieistniejącym już klubie CBGB, o którym napisane zostało już bardzo wiele na łamach Outro. Zespół, który osiągnął największy sukces nosi nazwę Blondie. Wiele osób muszę tutaj rozczarować – nie będzie to artykuł o słodkich blondynkach, które podbiły scenę muzyczną, dzięki świetnej figurze. To historia kapeli, która nie narodziłaby się, gdyby nie ogromne zainteresowanie koncertami Television i Ramones. Pewien zafascynowany student Chris Stein – był pod tak ogromnym wrażeniem imprez w nowojorskich klubach, że sam postanowił uformować band na miarę Sex Pistols. Ostatecznie, nowy zespół poszedł w trochę innym kierunku, niż początkowo zakładano. Chris dosyć szybko zwerbował kelnerkę Max’s Kansas City – Debbie Harry. Była to kobieta wyjątkowa – trudno się dziwić Chrisowi, że postanowił z nią z współpracować. Jej piękne blond włosy, pełna twarz, duże oczy i nieprawdopodobny głos wyznaczały

Muzyka Fantastyczne linie melodyczne w wykonaniu zespołu w połączeniu z niepowtarzalnym głosem Debbie Harry osiągnęły ogromny sukces na całym świecie.

trendy w modzie i muzyce. Do duetu dołączyli Clem Burke (perkusja) i Jimmy Destri (syntezator). Ekipa rozpoczęła prace nad pierwszym krążkiem w 1975 roku. Płyta o nazwie „Blondie” ujrzała światło dzienne rok później i od razu zdobyła dużą rzeszę fanów. Nie było to jednak tak fenomenalne wejście w rynek muzyczny jak zespołu Ramones. Fanom podobały się bardzo oryginalne aranżacje, jednak wciąż oczekiwano czegoś więcej. Debbie nie rozczarowała wielbicieli i każdy kolejny album był coraz lepszy. Rok w rok pojawiał się nowy krążek – każdy lepszy od poprzedniego. Począwszy od „Plastic Letters”, poprzez „Parallel Lines”, „Eat to the Beat”, “Autoamerican”, kończąc na “The Hunter”, który kupić można było w 1982 roku. Podczas nagrywania ostatniego coś zaczęło zgrzytać. Kolejne konflikty i spięcia doprowadziły ostatecznie do rozwiązania zespołu, który nigdy nie trzymał się jednego schematu. Blondie to kapela, która swoimi utworami zdobyła serca fanów hard rocka, punku, popu, a nawet reggae. Fantastyczne linie melodyczne w wykonaniu zespołu w połączeniu z nie-powtarzalnym głosem Debbie Harry osiągnęły ogromny sukces na całym świecie. Plakaty zespołu Blondie spotkać można było na ulicach Nowego Jorku, Londynu, Moskwy, a nawet Hong Kongu! Utwory „Heart Of Glass”, czy „The Tide Is High” okupowały szczyty dziesiątek list przebojów. Sama Debbie stała się

Muzyka

obiektem westchnień milinów mężczyzn. Kobiety chciały mieć fryzurę jak ona, a faceci taką kobietę. Jednak Harry była niepowtarzalna. Po rozpadzie zespołu rozpoczęła karierę solową. Okładkę jej pierwszego albumu projektował scenograf filmu „Obcy”. Po wielu namowach, w 1998 roku zespół zagrał koncert w oryginalnym składzie. Szybko okazało się, że prawdziwa przyjaźń trwa wiecznie i Blondie wrócili na rynek muzyczny. Rok później ukazał się siódmy album studyjny – „No Exit”. W 2003 roku fani nacieszyć się mogli kolejnym krążkiem – The Curse Of Blondie”. Dwa lata później Debbie zagrała wraz z przyjaciółmi w Sopocie. Długa przerwa w niczym nie przeszkodziła kapeli, która do dziś grywa jak za starych, dobrych lat. Ich twórczość odeszła trochę w zapomnienie, dlatego warto o nich przypomnieć. A jest o czym… Maciej Kulina fot. 1 Paris Visone fot. 2 Jean Luc fot. 3 Jean Luc CINEMAniak
czyli kto, z kim i w czym na dużym ekranie
Świat filmu

DZIEJE SIĘ 27 lutego poznamy laureatów Nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej. Nomi-nacje nie zaskoczyły i w większości po-krywają się z tymi do Złotych Globów. Największe szanse na Oskara ma film „Jak zostać królem“, który zdobył aż 12 nominacji, w tym dla najlepszego aktora pierwszoplanowego. W najważniejszych kategoriach bój o statuetkę stoczy również „The Social Network“ (8 nominacji), „Praw-dziwe męstwo“ (10), „Figther“ (6) i „Czarny Łabędź“ (6). Jury postanowiło docenić także kino familijne – „Toy Story 3“ po-walczy zarówno w kategorii najlepszego filmu, jak i animacji. Zaskakująco, szansę na prestiżową nagrodę stracił Christopher Nolan za reżyserię „Incepcji“ oraz nagro-dzona Złotym Globem piosenka z musicalu „Burleska“. Akademia Filmowa nie wzięła również pod uwagę polskiego kandydata do Oskara – „Wszystko co kocham“. 83. ceremonię poprowadzi James Franco i Anne Hathaway. Transmisja z Kodak Theatre do obejrzenia w Canal+ 28 lutego o 2:30. 7 marca odbędzie się ceremonia wręczenia Polskich Nagród Filmowych Orły 2011. Do konkursu zakwalifikowały się 32 pełno-metrażowe filmy, które mieliśmy okazję oglądać do końca stycznia w warszawskim kinie Luna - m.in. „Wszystko co kocham“, „Chrzest“, „Essential Killing“, „Joanna“ i „Wenecja“. 13. edycja prestiżowych nagród zostanie przyznana przez Polską Akademię Filmową na czele z przewod-niczącą Agnieszką Holland. 5 dni wcześniej zostanie ogłoszone nazwisko laureata Nagrody za Osiągnięcia Życia. KRĘCI SIĘ Padł pierwszy klaps na planie filmowym najnowszego „Spider–Mana“.

Świat filmu

Tym razem zapoznamy się z mło-dzieńczymi latami Petera Parkera, dowiemy się kim naprawdę byli jego rodzice i jak rozwijała się jego miłość do Gwen Stacy. Czarnym charakterem będzie Dr Connors przemieniony w Lizarda. W roli człowieka - pająka zadebiutuje Andrew Garfield, znany z filmu „The Social Network“. Dokładny tytuł nie jest jeszcze znany. No cóż, o „Puss in Boots“ nie można powiedzieć, że się kręci, ale realizuje na pewno. Najnowsza animacja o historii Puszka znanego nam ze „Shreka“ opo-wiadać będzie o jego kocięcej młodości i zauroczeniu kocicą Kitty. W wersji ory-ginalnej głosy podłożą Antonio Banderas, Salma Hayek i Zach Galifianakis. Czy urok osobisty kota w butach zachęci publiczność do szturmu na kina? Odpowiedź 6 stycznia 2012. MÓWI SIĘ Po licznych problemach finansowych studio MGM powoli powraca do formy. Dowodem tego ma być kontynuacja filmów o słynnym agencie 007. W 23. odsłonie przygód Jamesa Bonda obowiązkowo zobaczymy Daniela Craiga. Producenci nie wykluczają udziału Rachel Weisz jako złego charak-teru. Roboczy tytuł filmu to „Red Sky at Night“. Film wyreżyserowany przez Sama Mendesa trafi do kin w listopadzie 2012 roku. Anne Hathaway i Tom Hardy dołączyli do obsady „The Dark Knight Rises“, kolejnym filmie o Batmanie. Aktorka wcieli się w postać Seliny Kyle/Kobiety Kota, Hardy natomiast zagra mutanta Zgubę. Christopher Nolan zapowiedział, że jest to

Świat filmu

ostatni wyreżyserowany przez niego sequel o superbohaterze, natomiast odtwórca glównej roli, Christian Bale, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Zdjęcia ruszają w maju, a ich efekt amerykańscy widzowie zobaczą w lipcu 2012 roku. ZOBACZ TO Nie widziełeś jeszcze „The Social Network“ - zdobywcy Złotego Globu za najlepszy film i potencjalnego zwycięzcy tegorocznych Oskarów? Nie przyznawaj się znajomym i jak najszybciej biegnij do wypożyczalni lub sklepu. Od 15 marca film o twórcy portalu społecznościowego Facebook wy-chodzi na DVD i Blu–Ray. To po prostu trzeba zobaczyć - ten film w niczym nie przypomina nudnej biografii. Trzymający w napięciu niczym najlepszy thriller, z dos-konałą muzyką i chwytliwymi dialogami powinien znaleźć się na półce każdego kinomaniaka. Niektóre zwiastuny są niczym krótko-metrażowe filmy - pięknie zrealizowane, dopracowane do ostatniego szczegółu, po prostu zachwycające. Taka też jest zapo-wiedź filmu „Woda dla słoni“, ekranizacji bestselleru Sary Gruen. Zwiastun prze-niesie Cię w magiczną podróż wędrownego cyrku, rąbka tajemnicy uchyli przed Tobą doborowa obsada: Reese Witherspoon, Christopher Waltz i Robert Pattinson. Przedsmak hitu w wielkim stylu. Kalina Mróz Sen o doskonałości

Recenzja kinowa

"Czarny łabędź” według opisu dystry-butora to thriller psychologiczny – ale co to właściwie oznacza? Dziś thriller kojarzy się raczej z hollywoodzkimi wybuchami, pościgami i strzelanina- mi. A przecież, w założeniu, gatunek ten ma być po prostu określeniem filmu wywołującego u widza emocje, co dobrze oddaje polski odpowiednik tej nazwy: dreszczowiec. I faktycznie, nie sposób zaprzeczyć, że „Czarny łabędź” naprawdę sprawia, że prze-chodzą nas dreszcze. Reżyserem filmu jest Darren Aronofsky, reżyser, który interesuje się głównie ob-sesją, bo, jak sam mówi, to właśnie z niej może pączkować geniusz albo szaleństwo. A może jedno i drugie. „Czarny łabędź” zawiera obie te cechy w proporcji idealnej. Należałoby więc zadać sobie pytanie: o czym właściwie jest ten film? O geniuszu, szaleństwie? Czy o obsesji właśnie? A może o ciemnej stronie każdego człowieka? Nie. Ten film jest o doskonałości. O śnie o dos-konałości. Bo o tym śni Nina, główna bohaterka (w tej roli rewelacyjna Natalie Portman), młoda kobieta, żyjąca z tok- syczną matką (Barbara Hershey), przekła- dającą na córkę swoje niespełnione ma-rzenia o karierze baletnicy. Nina tańczy od lat, ćwiczy, w studiu i poza nim, rozciąga się, wylewa pot, krew i łzy, szlifuje umie-jętności. Marzy o doskonałości, o dorów-naniu gwieździe zespołu, niezwykłej Beth (Winona Ryder). I nagle, kiedy Thomas Leroy (Vincent Cassel), trener grupy, ogłasza, że Beth odchodzi na emeryturę, a na jej miejsce wejdzie dziewczyna, która stanie się perłą obsady „Jeziora Łabę-dziego”, Nina dostaje szansę. W swoich

Recenzja kinowa

pięknych, wystudiowanych ruchach, w uz-naniu dla drobiazgów i szczegółów, pi-elęgnowanych w każdym skinieniu dłoni, jest idealną kandydatką na Białego Ła-będzia. Niestety Królowa musi zatańczyć jeszcze jedną partię – złej siostry – Czar-nego Łabędzia. Jeśli Nina chce zrealizować swój sen o perfekcji, musi odnaleźć swoją ciemną stronę, ulec metamorfozie. Ten film, tak jak inne filmy Aronofsky’ego, cechuje pewna powtarzalność – podążamy śladami Niny: studio, dom, studio, dom, balet, matka, balet, matka. I odnosimy wrażenie, że choć Nina kocha i jedno, i drugie, to jednocześnie ich nienawidzi. To ją niszczy od środka. Rutyna, powta-rzalność, ludzie, zazdrosne baletnice, tok-syczna matka, genialny, acz morderczy i rozerotyzowany trener, upokorzona pop-rzedniczka. I wtedy pojawia się ktoś, kto przełamuje schemat – nowa dziewczyna z Los Angeles, tancerka, która nie szuka ram, w które mogłaby się wpasować, tylko idzie do przodu, z fantazją i swobodą. Lily (Mila Kunis) wyrywa Ninę ze schematu, zabiera do klubu, na drinka, na zwierzenia. To właśnie wtedy pojawia się tak typowy dla Aronofsky’ego rodzaj narracji. Od początku filmu możemy oglądać cu- downe kadry, wspaniałe ujęcia, kamerę wydobywającą z baletu piękno i ruch, ale dopiero w klubie, po zażyciu przez Ninę narkotyku, pojawia się montaż biorący we władanie percepcję widza – czerwony, zie-lony, czarny. Kilkusekundowe ujęcia zabarwione kolorowymi filtrami, przepla-tane z klatkami ciemnego ekranu. Taniec, a raczej wyjęte z niego momenty, ma w sobie coś dzikiego i nakręconego, coś, co po prostu wciąga w ekran, tak, jak robiło to przez cały czas trwania „Requiem dla snu”. Aronofsky już w „Zapaśniku” odszedł od stosowania techniki „punkowej”, ale wciąż potrafi jej użyć, kiedy tego potrzebuje. We wprowadzeniu niezwykłego klimatu pomaga mu też doskonała ścieżka dźwię-kowa. Melodie, dźwięki – wszystko daje efekt niepokoju, nerwowości, ale też pasji i namiętności. Muzyka wprowadza w pewien rodzaj transu lepiej, niż zrobiłyby to jakiekolwiek efekty wizualne. Oczywiście, nie można zapomnieć o akto-rach, którzy wspięli się na wyżyny swoich umiejętności. Z uwagą obserwowałam grę każdego, szukałam jakiegoś defektu, punktu zaczepienia – nie znalazłam. Każdy z nich zdawał się żyć swoją rolą: Portman na przemian łamała się i odradzała, szukała siebie, znajdywała i gubiła; Kunis kusiła i uwodziła; Cassel na przemian trzymał blisko i odrzucał na dystans; a Hershey stała się wręcz symbolem matki, która niespełnione ambicje przekłada na dziecko, i która swoją nadopiekuńczością wyrządza mu ogromną krzywdę. Co zaskakuje, w filmie nie ma dłużyzn, sceny przechodzą płynnie z jednej do drugiej, czasami wręcz pędząc, zrywając z dotychczasowym schematem filmów

Recenzja kinowa

Aronofsky’ego. Jak dotąd w jego dziełach dłużyzny występowały – co prawda stanowiąc zabieg celowy. W „Czarnym łabędziu” ich nie ma, może dlatego, że nawet tempo akcji, czy ruch kamery symbolizują taniec – ciągły, rytmiczny i doskonały. Właściwie film nie ma wyraźnego wstępu, rozwinięcia i zakończenia. Oczywiście, są punkty zwrotne, nie jeden i nie dwa, historia zostaje odpowiednio wprowadzona – ale ma się wrażenie, że wchodzi się z butami w sam środek, a może raczej zakończenie czegoś, co trwa i trwa, przez lata. Pierwsze sceny, balet i gra świateł, kontrast czerni z bielą są trzonem całej his-torii. Film pozostawia po sobie niezwykłe wra-żenie – wraz z napisami końcowymi w głowie pojawiła się kompletna pustka, a zaraz po niej miliony pytań proszących o uwagę. Przede wszystkim jednak wybijało się jedno uczucie: wrażenie harmonii. Czy to nie dziwne? Przecież harmonia właśnie została rozchwiana, właściwie rozsypała się w drobny mak, rozbita przez obsesję, połą-czenie geniuszu i szaleństwa. Ale może właśnie o to chodzi, o jasną i ciemną stronę, które wreszcie znalazły się w rów-nowadze. Chodzi o lęk, o namiętność, o płomienne przemowy o perfekcji, która według Leroya polega na „zatraceniu się”, o poznanie każdego zakątka siebie, nawet tego, który najbardziej przeraża. Dopiero wtedy można osiągnąć doskonałość i, jak się okazuje, ma ona wysoką cenę. Dominika Pankow Dysków i igrzysk!

Recenzja kinowa Tak wypadałoby krzyczeć wszystkim obywatelom zamkniętym w świecie skonstruowanym przez Kevina Flynna kilkanaście lat temu. Gdy twórca znika, do gry wchodzi jego syn, by móc za wszelką cenę odnaleźć ojca. Za pomocą teorii kwantowej miał pomóc w ulepszaniu przyszłości. Jednak nie spodziewał się, iż sam padnie ofiarą swoich urojeń oraz zostanie uwięziony we własnej pułapce…

Kevin Flynn (Jeff Bridges) kilka lat temu wymyślił program, który był zwieńczeniem jego marzeń. Za pomocą teorii kwantowej miał pomóc w ulepszaniu przyszłości. Wiedza bohatera pozwoliła na skonstru-owanie wymarzonego świata. Jednak nie spodziewał się, iż sam padnie ofiarą swoich urojeń oraz zostanie uwięziony we własnej pułapce… Z odsieczą przychodzi jego syn – Sam Flynn (Garrett Hedlund). Przyrzeka sobie, że zrobi, co tylko w jego mocy, by uratować ojca. Jak wiadomo - droga od myśli do czynu jest bardzo długa. Dopiero, kiedy Sam w pełni osiągnie dojrzałość oraz zrozumie, jakimi prawami rządzi się życie, będzie w stanie przeciwstawić się trudom, jakie może napotkać na swojej drodze. Czy 27-letni mężczyzna jest w stanie walczyć o tożsamość swojego ojca? Trudności pojawiają się już na samym początku, kiedy to Sam nie wie, od czego należy zacząć. Nie wie, za co ma się złapać ani gdzie może szukać ojca. Z drobną „podpowiedzią” przychodzi do niego Rinzler (Anis Cheurfa). Sam, robiąc to z czystej ciekawości, dotyka jednego z przycisków konsoli, nakręcając przy tym wahadła rzeczywistości, i (zupełnie nieświadomy swojego czynu) trafia do cybernetycznej przestrzeni. O tym, jak trudno jest poruszać się w świecie, w którym nie zna się reguł oraz zasad panujących w danym wymiarze, chyba nie trzeba nikogo uświadamiać. Podobnego zjawiska doś-wiadcza główny bohater, który nie wie-dząc, co dany ruch bądź czyn spowoduje, ślepo stawia kolejne kroki. Flynn czeka na

Recenzja kinowa Nie znajdziemy "happy endu". W ogóle go nie doświadczymy. Bynajmniej nie ze strony ojca i jego świetlanego życia w przyszłości.

przypadek. Najlepszym wyjściem byłaby dla niego sytuacja, w przypadku której na jego drodze pojawiłby się przewodnik, który doda otuchy czy też stanie się jego osobistą busolą wskazującą mu bezpieczny kierunek. Życie (nawet to cybernetyczne) jest „brutalne i pełne zasadzek”! Syn za-gubionego ojca musi radzić sobie sam. Należy jednak powiedzieć, iż umiejętnie stawia czoła wielu przeciwnikom. Osta-tecznie, choć z pomocą Quorry (Olivia Wilde), trafia w objęcia swojego ojca. Aczkolwiek historia się tutaj nie kończy! Nie znajdziemy "happy endu". W ogóle go nie doświadczymy. Bynajmniej nie ze stro-ny ojca i jego świetlanego życia w przysz-łości. Świat, do którego wkracza Sam, rządzi się własnymi prawami. W kontekście artys-tycznym i wizualnym świat przedstawiony w „Tronie” zasługuje na pochwałę. Jako widzowie, dostrzeżemy naprawdę wiele obrazów, które świadczą o precyzyjnym studium i przywiązywaniu wagi do najm-niejszych szczegółów. Cybernetyczny świat, przedstawiony techniką cyfrową, pozwala na bardzo staranne „dopiesz-czanie” wyobrażeń. Reżyser, Joseph Ko-sinski, czytelnie przekazuje widzom własną koncepcję, która stanowi główny wydźwięk tego filmu. Położony jest duży nacisk na walkę dobra ze złem. I choć motyw ten „wałkowany” jest praktycznie w co drugim filmie, w „Tronie” podany jest nieco inaczej.

Recenzja kinowa

Oczywiście, mamy w tym przypadku zaprezentowaną dosłowną walkę dwóch opozycyjnych obozów, które nigdy nie zgodzą się z racjami swojego przeciwnika. W bardziej alegoryczny sposób została przedstawiona konfrontacja świata urojonego (cyfrowego) ze światem rzeczywistym. Z jednej strony pełne zaangażowanie i pokładane ambicje w tworzenie wirtualności, z drugiej zaś powrót na ziemię, doświadczenie co-dzienności. Która z płaszczyzn wygra? Mimo iż w filmie odpowiedź już padła, miejmy nadzieję, że my również potrafimy umiejętnie gospodarować naszym życiem. Dzięki temu w życiorysie każdego z nas nigdy nie dojdzie do sytuacji rozdwojenia ścieżek, za czym idzie wybór między tym, co dobre a co złe. Krystian Pesta "Mamy w tym przypadku zaprezentowaną dosłowną walkę dwóch opozycyjnych obozów, które nigdy nie zgodzą się z racjami swojego przeciwnika. W bardziej alegoryczny sposób została przedstawiona konfrontacja świata urojonego (cyfrowego) ze światem rzeczywistym." Niebieski ludzik z wielką głową
Megamocny to geniusz zbrodni, przybyły z obcej planety. Chce zrobić z mieszkańców Metro City swoich poddanych. Jak myślicie, uda mu się?
Recenzja kinowa

Tytułowy Megamocny jest przestępcą od urodzenia. Wychowywał się w więzieniu, był nielubiany w szkole. Miał jednak przyjaciela - rybę o imieniu Minion. Jego największym wrogiem jest wychowany w bogactwie Metro Man, obrońca miasta Metro City. Megamocny, mimo iż jest genialnym złoczyńcą, od 20 lat przegrywa walki z Metro Manem. Ich losy cały czas śledzi dziennikarka Roxanne Ritchi i jej ka-merzysta Hall. Jednak pewnego dnia Me-gamocny przez przypadek zabija Metro Mana i spełnia się jego marzenie o rzą-dzeniu miastem. Na początku jest bardzo zadowolony z ta-kiego obrotu sprawy, a także zdziwiony, bo już przyzwyczaił się do porażek. Cieszy się widokiem miasta z gabinetu burmistrza i przez jakiś czas robi wszystko, co pla-nował zrobić, gdy Metro Man jeszcze żył. Ale ta sielanka i samozachwyt nie trwają długo. Megamocny zaczyna czuć się sa-motny bez swojego wroga. Snuje się po mieście i rozmyśla, co ma zrobić. Nagle wpada na „genialny” pomysł i… tu zaczyna

Recenzja kinowa

się prawdziwa akcja filmu. Megamocny i mieszkańcy Metro City są w niebez-pieczeństwie. Właśnie takiego filmu można było się spodziewać po twórcach „Shreka", "Mada-gaskaru" i "Kung Fu Pandy" współpra-cujących z wytwórnią DreamWorks Ani-mation. Reżyserzy „Megamocnego”, Tom McGrath, Cameron Hood i Kyle Jefferson, sprawili się doskonale. Film ma ciekawą fabułę i jest bardzo zabawny. Nawet jeśli walka dobra ze złem jest stara jak świat i może trochę oklepana, to przedstawiona w taki sposób wcale nie jest nudna. Zwykle w tego rodzaju filmach oglądamy rozterki dobrego bohatera, tymczasem w „Mega-mocnym” jest dokładnie na odwrót. Pozy-tywny obrońca jest postacią drugoplanową, a poczynania złoczyńcy są głównym te-matem komedii. Poznajemy jego wspom-nienia, niecne plany, tajemnicze machiny i wiernych sługusów. To on, opowiadając swoją historię, kreuje filmowe postacie, tak, jak je widzi. Świat oczami przestępcy jest pełen niespodzianek… dla niego i dla widza. Animowany film będzie się podobał zarówno dzieciom, jak i ich rodzicom. Jeśli chcemy pójść do kina na komedię z ciekawą fabułą, „Megamocny” nadaje się idealnie. Zabawne jest, jak główny bohater opisuje siebie: wielka głowa i skóra koloru jednej z barw podstawowych. Jest kilka scen śmiesznych, kilka niemal drama-tycznych i wiele sensacyjnych. Głosu postaciom użyczyli dość znani aktorzy, zarówno dubbingowi, teatralni, jak i filmowi. Tomasz Borkowski, podkładający głos w kilku serialach dla dzieci, doskonale sprawdził się jako Megamocny. Marcin Dorociński jako Metro Man wcale nie był gorszy od Brada Pitta, który podkładał głos w wersji angielskiej. Katarzyna Glinka jako Roxanne Ritchi, Marcin Hycnar jako Minion i Paweł Ciołkosz jako Hall także sprawili się bardzo dobrze. Ciekawostką jest, że polski dubbing wyreżyserowała znana polska aktorka dubbingowa – Anna Apostolakis. W filmie podobała mi się też muzyka, była bardzo dobrze dopasowana do sytuacji, w jakich znajdowali się bohaterowie w poszczególnych scenach filmu. Została skomponowana przez Lorne Balfe i Hansa Zimmera. Zachęcam więc wszystkich do obejrzenia, bo naprawdę warto. Agnieszka Nowak Stracić, by odzyskać

Recenzja kinowa

Doznanie pustki i braku sensu życia nie jest miłym doświadczeniem. Go-rzej, kiedy do tego wszystkiego dochodzi poczucie wyalienowania ze społeczeństwa, odrzucenie, zamknię-cie się na wszystkie możliwe drogi. Z takim właśnie położeniem musiała zmierzyć się Nina (Tammy Blanchard), główna bohaterka filmu „Bella”. Gdy dowiaduje się, że jest w ciąży, jej życie z dnia na dzień szarzeje. Po utracie pracy oraz kontaktów z przyjaciółmi wokół niej nie pozostaje nic godnego uwagi. Jednak to tylko otoczka… Nawet Nina nie po-dejrzewa, iż ktoś może na nią spoglądać zza ściany, kontrolować jej kroki, poz-nawać ją co raz intensywniej. Tajemniczym obserwatorem jest kolega z pracy o imieniu Jose (Eduardo Verástegui). Kiedy Nina zostaje zwolniona z pracy, Jose pojawia się obok niej jako „anioł stróż”. Spędza z nią wiele czasu, zabiera ją w ulubione miejsca. Chce być dla niej silnym ramieniem, które będzie w stanie podtrzymać Ninę. Znajomość powoli na-biera rumieńców. Co wspaniałe – „Bella” nie jest obrazem, który ukazuje miłość w wymiarze cielesności, bądź też zagląda bohaterom do łóżek. Obojgu bohaterom nie śni się nawet zbliżyć w pełni do siebie. Z początku zimna relacja współpracowni-ków przeistacza się na oczach widzów w rozognioną przyjaźń. Rozpoczynają się wspólne spacery, podczas których można pozwolić sobie na nieograniczone roz-mowy. Podczas spotkań na plaży bohate-rowie dyskutują o sprawach egzysten-cjalnych. Półmrok lampionów, kwiecista sukienka, bezkres piaszczystej plaży to

Recenzja kinowa

szczegóły, które pozwalają odczuć klimat przedstawionych scen. Jednak tematami spajającymi relacje tych dwojga nie są wcale rozmowy o pogodzie, gustach kulinarnych czy ulubionych fil-mach. Zagłębiają się w psychikę człowieka, jego pozycję w świecie, nadając roz-mowom filozoficznego wymiaru. Filmowa para poznaje się lepiej dopiero podczas dysput o zabarwieniu egzystencjalnym. Jednak egzystencji pojmowanej w krzy-wym zwierciadle. Rozmowy ich są podej-mowane z perspektywy etycznej oraz moralnej. Dlaczego? A to dlatego, iż każdy z nich, zarówno Nina, jak i Jose, noszą ciężar życia (a raczej śmierci) na swoich barkach. W przypadku mężczyzny chodzi o nieumyślnie spowodowany tragiczny wypadek samochodowy, w którym zabił dziecko. Natomiast u kobiety, tematyka oscyluje wokół planowanej aborcji. Dzięki życiowym próbom para niegdyś niezna-jomych sobie ludzi emocjonalnie zbliża się do siebie. I chociaż obydwoje w przesz-łości stracili wszystko, co udało im się zbudować, dziś śmiało mogą powiedzieć, iż odzyskali to, co najważniejsze dla nich. Miłość, przyjaźń, zaufanie, szczęście. Film „Bella” w reżyserii Alejandro Gomeza Monteverde’a jest wzruszającym dramatem o życiu. W sposób przyjemny i stonowany opowiada o ludziach usytuowanych w życiu codziennym, o których nie wiemy prak-tycznie nic. Oczywiście, jeśli nie wykażemy inicjatywy bliższego poznania się z danym człowiekiem, nigdy nie będziemy w stanie powiedzieć o nim czegoś interesującego. Jednak znajomość nie jest wcale wyznacz-nikiem ani potwierdzeniem, iż o człowieku wiemy już wszystko. Często jest tak, że ktoś skrywa w sobie najgorsze i najbardziej brutalne doświadczenia z przeszłości, nie wyjawiając ich komukolwiek. Zamyka się w swojej historii, zamykając się w sobie… Krystian Pesta B - b - bertie Dwóch mężczyzn – jeden straszliwie się jąka, drugi stara się go wyleczyć. I o tym przez dwie godziny? Odpo-wiedź brzmi: tak, i to bez chwili nudy! „Jak zostać królem”, z dwunastoma nominacjami do Oscara, zasłużenie znajduje się na najlepszej drodze do zdominowania tegorocznej gali. Kiedy w 1925 roku książę Albert, młodszy z synów panującego ówcześnie króla Je-rzego, ma wygłosić swoją pierwszą mowę do narodu, okazuje się, że jego problem z jąkaniem się, jest nie tylko przypadłością utrudniającą życie jednego człowieka i wstydliwym sekretem rodziny, ale też sprawą całej Wielkiej Brytanii. W wyniku rozpaczliwych poszukiwań rozwiązania problemu, książę trafia do niekonwen-cjonalnego logopedy, Lionela Logue’a. Ten, odrzucając oficjalny zwrot „Wasza Wysokość”, upiera się przy nazywaniu

Recenzja kinowa

swojego pacjenta Bertiem i rozpoczyna leczenie poprzez serię niezwykłych metod. Tymczasem król czuje się coraz gorzej, zaś brat Alberta, David, coraz mniej zważa na konwenanse i standardy moralne rodziny Windsorów. „Jak zostać królem” z prostą, opartą na faktach fabułą, to przede wszystkim wspa-niałe widowisko aktorskie. Wcielający się w Bertiego Colin Firth jest kwintesencją królewskości i dystyngowania, a jedno-cześnie świetnie oddaje zwyczajny ludzki strach i zniechęcenie, nie mówiąc o stronie technicznej, czyli naturalistycznym odwzo-rowaniu zaburzeń mowy. Natomiast odgrywający rolę logopedy Geoffrey Rush stworzył postać mężczyzny pozornie beztroskiego, tryskającego humorem i nie robiącego sobie nic z konwenansów, w głębi zaś naprawdę silnego, odważnego i obdarzonego wielkim uporem. To dzięki ich przekonującej grze obraz tak mocno nasycony jest emocjami. Często cała sala kinowa wypełnia się niemal namacalnym zakłopotaniem, przygnębie-niem, bezradnością, gniewem, radością czy nadzieją. W kluczowym momencie napięcie, widoczne na twarzach aktorów i statystów, udziela się i widzom. Sam zresztą sposób, w jaki napięcie to powstaje, jest niezwykły. Realizm i subtel-ność przekazu sprawia, że nie wiemy nawet, kiedy zaczęliśmy nerwowo zaciskać pięści albo trzymać kciuki. Firthowi i Rushowi towarzyszy na planie zespół doskonałych brytyjskich aktorów, takich jak Helena Bonham Carter, Michael

Recenzja kinowa

Gambon, Guy Pearce, Timothy Spall (z charakterystyczną miną Churchilla), czy Derek Jacobi. Jakkolwiek jednak żadnemu z nich nie można odmówić uznania, wszystko wokół zostało przyćmione przez talent i zaangażowaniem odtwórców głów-nych ról. Zachwyca także sposób opowiedzenia tej historii. Wobec tego pochwały należą się w równym stopniu scenarzystom, którzy stworzyli scenariusz wyważony, przemyś-lany, zachowujący odpowiedni dystans do Jego Królewskiej Mości, dzięki czemu obraz jest szczery i urzekający, a z pozoru nie-ciekawy temat staje się doskonałym materiałem na film. Całości widowiska dopełnia muzyka Alexandre’a Desplata. Gdy brakuje słów, to właśnie ona tworzy nastrój i przekazuje emocje w przejmujących brzmieniach albo energetyzujących, skoczniejszych melodiach. Rzadko trafiają się filmy takie jak ten: prawdziwe i pozytywne, oryginalne, poru-szające, zabawne, traktujące o rzeczach dużych i małych, przemawiające tak do krytyków, jak i do zróżnicowanego grona publiczności. Tym większa radość, kiedy wreszcie można powiedzieć z czystym sercem i bez żadnych „ale” – panie i panowie, czapki z głów! To arcydzieło zwyczajnie odbiera mowę. Elżbieta Janota Zwierzęce królestwo

Recenzja kinowa

Dzika Afryka – pełna zwierząt. A także ludzi, którzy chcą zniszczyć przyrodę. Bohaterowie Safari nie poz-wolą na to, by im się udało. Pragną uratować swoje środowisko. Pomimo trudności dojdą do swego celu. Bajeczne plany dotyczące budowy luk-susowego hotelu w Afryce muszą wypalić! Na ich drodze staje, a raczej płynie pewien problem. Rzeka Okavongo utrudnia prace budowlane. Ludzie postanawiają więc wybudować tamę. Choć udało im się zatrzymać żywioł, popełnili poważny błąd. Wiele zwierząt zostało bez wody - sprag-nieni mieszkańcy Afryki wyruszają więc na poszukiwania zaginionej rzeki. Wyprawę pełną przygód prowadzi surykatka Billy i lew Socrates. Po drodze napotykają dziesiątki innych zwierząt, które dołączają do niebezpiecznej podróży. Główny bohater animacji ma jeszcze drugi powód wędrówki. Billy ma zamiar odzyskać szacunek i miłość swojego syna Juniora. "Safari 3D" to niemiecki film animowany. Jest to pierwsza tak poważna trój-wymiarowa produkcja w Europie. Scenariusz został napisany na podstawie książki Ericha Kästnera, a produkcja trwała prawie trzy lata. Zaczęło się od wykreo-wania wyglądu postaci. Reżyserowie Klooss i Tappe do 2009 roku nie byli pewni czy w Europie jest wystarczająco dużo kin 3D. „Dopiero gdy "Avatar" wywrócił świat kina do góry nogami – zapaliliśmy zielone światło naszemu projektowi" - mówią

Recenzja kinowa

twórcy filmu. Mimo tego, że jest to bajka, produkcja zawiera poważny morał dla wszystkich. Zwierzęta celowo zostały pod-dane uosobieniu, aby uzmysłowić ludziom ich niewłaściwe zachowanie. Oglądając je można powiedzieć, że potrafią zachować się lepiej niż niejeden człowiek. Nawet z pozoru groźny lew przechodzi na wegetarianizm tylko dla dobra swoich kolegów. Film ukazuje jak ludzie krzywdzą przyrodę. Autorzy chcieli dać nam do myślenia i sądzę, że im się to udało. Zwierzaki są przeurocze i zabawne. Mimo porządnego morału polecam produkcje młodszym widzom. Film przypomina "Madagaskar" i "Króla Lwa", lecz bardzo dobrze ujęty krajobraz Afryki powala widzów na kolana. "Safari" jest godne nagrodzenia brawami za to, że Europejczycy podjęli tak ciężkie wyzwanie. Obraz można obejrzeć już od 14 stycznia z polskim dubbingiem. Magdalena Tkacz "Safari 3D" to niemiecki film animowany. Jest to pierwsza tak poważna trójwymiarowa produkcja w Europie." Co w KINIE piszczy
Luty, czas ferii, to doskonały miesiąc na nadrobienie zaległości kinowych. Szczególnie warto jeszcze przed galą wręczenia Oskarów obejrzeć nomi-nowane filmy.
Zapowiedzi filmowe

Danny Boyle szykuje nam kolejną podróż, choć możnaby powiedzieć, że z tym re-żyserem byliśmy już wszędzie - na "Nie-biańskiej plaży", w Indiach ze "Slum-dogiem. Milionerem z ulicy", "W stronę słońca". Czas na podróż w głąb wyobraźni. Początek filmu "127 godzin" przypomina narkotykowy sen. Narkotykiem jest tu adrenalina, która zachęca Arona Ralstona, głównego bohatera, do wyprawy w góry. Sen szybko się kończy, gdy mężczyzna wpada do szczeliny i przez tytułowe 127 godzin walczy o przetrwanie. Atmosferę podkręca fakt, że film oparty jest na prawdziwych wydarzeniach, warto więc zobaczyć, jak zakończyła się ta historia. Najnowszy obraz Boyla zmierzy się w wyścigu po Oskary w takich kategoriach jak: najlepszy film, scenariusz adaptowany, aktor pierwszoplanowy, muzyka, piosenka

Zapowiedzi filmowe

i montaż. Co ciekawe, nominowany za głowną rolę, aktor James Franco będzie równocześnie prowadzącym gali rozdania nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej. "Wszystko w porządku" - film o kobietach, ale nie tylko dla kobiet. Nazwisko reżyser, czyli Lisy Cholodenko, najsłynniejszej femi-nistki w świecie filmu, może odstraszać. Ale zapewniam - jej feminizm nie ma nic wspólnego z tym nadwiślańskim, czyli emanowaniem seksem i prowadzeniem nieprzyzwoitych rozmów. To opowieść o kobietach silnych, mądrych, mocno stąpających po ziemi. O ciepłym domu, gdzie nie ma miejsca na mężczyzn. Komediodramat ukazujący realia współ-czesnej rodziny homoseksualnej bez pa-tosu, za to z humorem i inteligencją. Po obejrzeniu go, z pozoru niekonwencjonana rodzina powinna wydawać nam się bliska, przepełniona zwykłą codziennością. Wy-jdziecie z kina z poczuciem, że nie tylko warto zaakceptować ten film, ale i to społeczeństwo. Zapewniam, u nich wszyst-ko w porządku. Reżyser i scenarzysta Mike Leigh po dwóch latach nieobecności powraca w wielkim stylu. I od razu dostaje nominację do Oskara za scenariusz oryginalny. Mocno trzymam za niego kciuki - "Kolejny rok" działa na widza jak katharsis. Przyglądamy się małżeństwu mieszkającemu na angiel-skiej wsi, wiodącemu spokojne życie emerytów, których dzieci zostały już dawno odchowane i nareszcie mogą zająć się tylko sobą - jednak Mike Leigh daleki jest od patosu. Autor zamiast sielankowości ukazu-je nam zwykłą codzienność starszych ludzi, gdzie czas płynie wolno, gdzie liczy się każdy uśmiech i promyk słońca. Nie są jednak wolni od wad, frustracji i zmartwień - Tom i Gerri prowadzą dom otwarty, wciąż otaczają się ludźmi, są to jednak osoby z problemami, które przychodzą do nich po ukojenie. Małżeństwo udziela się również społecznie. Tak więc ich ciągła rola polega na dawaniu wsparcia. A może sami go potrzebują? Czas na marcowy relaks. Nie ma to jak dobra komedia na odpoczynek po wysiłku zwanym sesją. A ta dawka humoru - "Skąd wiesz" - na pewno Wam się spodoba. Skąd wiemy, czego chcemy od życia, czego oczekujemy od otaczających nas ludzi lub od samych siebie? Zostawny lepiej przemę-czone szare komórki w spokoju, a szukanie odpowiedzi pozostawmy głównej boha-terce. Lisa (Reese Whiterspoon) ma 27 lat i uważa, że najlepsze lata ma już za sobą i nawet jej związek z przystojnym, lecz trochę zakręconym graczem baseballa (Owen Wilson) nie wystarczy, by w pełni cieszyć się życiem. W szukaniu odpowiedzi pomoże jej dawny znajomy, George (Paul Rudd) oraz jego przedsiębiorczy i wyma-gający ojciec (Jack Nicholson). Czy sobie poradzi? A może będzie żyła w błogiej

Zapowiedzi filmowe

nieświadomości? Nawet jeśli nie interesują Was odpowiedzi na te pytania, warto obejrzeć film dla roli Jacka Nicholsona, który (nie pierwszy raz) daje popis swoich umiejętności komediowych. Zapamiętajcie datę 11 marca - oto nad-chodzi najnowsza komedia Woody'ego Allena! I jak to u Allena - tyle się dzieje! A wszystko to dzięki współpracy kultowego już reżysera z doborową obsadą – Anthonym Hopkinsem, Antonio Bandera-sem, Naomi Watts i Joshem Brolinem. "Poznasz przystojnego bruneta" opowiada o perypetiach dwóch par: Alfiego i Heleny oraz ich córki Sally i zięcia Roya. Dla mistrza obyczajowych komedii temat relacji damsko–męskich jest niewyczerpanym źródłem scenariuszy. Znajdziemy tutaj wszystko: rozstania i powroty, śmiech i łzy, zdradę, zau-roczenie. Reżyser jednak nie przesadza, każda z tych rzeczy jest odpowiednio dawkowana widzowi i nie przytłacza, a całość przyprawiona jest chwytliwymi dialogami i humorem. Kalina Mróz W dawnych czasach klej wykorzystywany przy produkcji kapeluszy miał silne właściwości odurzające, dlatego parających się tym zajęciem często nawiedzały niesamowite wizje – stąd angielski idiom „szalony jak kapelusznik”. Dziś, na szczęście, by doświadczyć niesamowitych wizji wystarczy włączyć telewizor. A i Szalony Kapelusznik kojarzy się inaczej.
PIERWSZA PIĄTKA As mad as a hatter
Cykl: pierwsza piątka

Trzykrotnie nominowany do Oscara i wciąż czekający na statuetkę, znany ze swego ekscentrycznego stylu, prawdopodobnie jedyny mężczyzna, który nawet w pełnym makijażu budzi zachwyt wśród kobiet – mowa oczywiście o Johnnym Deppie. Do tego Brytyjka podziwiana za wszech-stronność i wielkie zaangażowanie w po-wierzone jej role, arystokratka z pocho-dzenia, próbująca zerwać z wizerunkiem „królowej gorsetu”, który przylgnął do niej w młodości, gdy grywała głównie szeks-pirowskie damy – Helena Bonham Carter. I wreszcie reżyser, którego dzieła są rozpoznawalne już od pierwszego spoj-rzenia, dzięki jego wielkiej oryginalności oraz plastycznej wyobraźni – Tim Burton. To trio wspólnie tworzy filmy, które zabiorą was do innego, zadziwiającego świata. 1. „Alicja w Krainie Czarów” Alicja znana jest z tego, że myśli o sześciu

Cykl: pierwsza piątka Nikt, oprócz Alicji. Ale dlaczego właśnie jej? Czy ktoś zna odpowiedź na to pytanie? Czy dziewczyna przypomni sobie, czego nauczył jej wcześniejszy pobyt w Krainie? A liczy się każda chwila, bo zbliża się Chwarny Dzień…

nieprawdopodobnych rzeczach jeszcze przed śniadaniem. Ta dziewczyna, która w dzieciństwie pobiegła za spóźnionym Białym Królikiem i odwiedziła Krainę Cza-rów, ma dziś dziewiętnaście lat i nie pamięta nic ze swojej dawnej wizyty. Ma ponadto poważniejsze sprawy na głowie: matka chce, by wyszła za mąż za niez-darnego arystokratę, a miejsca zmarłego ojca w zarządzie międzynarodowej spółki handlowej nie ma kto zająć. Alicja musi dopiero trafić ponownie do Krainy Czarów, by przekonać się, że można wpaść w jeszcze większe kłopoty. Krwawe panowanie Czerwonej Królowej – zwanej Czerwym Łbem, ze względu na monst-rualnej wielkości głowę – umocniło się i nikt nie jest w stanie stawić jej czoła. Nikt, oprócz Alicji. Ale dlaczego właśnie jej? Czy ktoś zna odpowiedź na to pytanie? Czy dziewczyna przypomni sobie, czego nau-czył jej wcześniejszy pobyt w Krainie? A liczy się każda chwila, bo zbliża się Chwarny Dzień… Mia Wasikowska, młody talent o polskich korzeniach, sprawia sympatyczne wraże- nie, wcielając się w odważną, nieco zbyt beztroską i lekko traktującą konwenanse dziewczynę. A zadania, by pozytywnie się zaprezentować, wcale nie ułatwiała jej para drugoplanowych aktorów, których gra była doskonała, a postacie tak zwariowane, że z powodzeniem mogliby przyćmić samą Alicję. Myślę jednak, że Mii udało się wybronić i jej talent nie zbladł nawet

Cykl: pierwsza piątka

w obliczu przejmującej recytacji poezji absurdalnej w wykonaniu Szalonego Kapelusznika – oczywiście Johnny Depp – ani wobec żywo zagranej porywczości absurdalnie wielkogłowej królowej – tak jest, to właśnie Bonham Carter. Być może na zbyt wiele sobie pozwalam, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pan Carroll chciałby, by tak właśnie wyglądał stworzony przez niego świat: na każdym kroku jakiś – nawet jeśli malutki i w grun-cie rzeczy nieznaczący, ale jednak – cud i dziw. Tak właśnie wygląda Kraina Czarów pod kierownictwem Burtona. Czuje się, że ten świat rozciąga się dużo dalej niż sięga kamera i istnieje dużo dłużej niż trwa film. Tajemniczy, przesycony głębokimi barwa-mi, bogaty w swoje własne historie, stanowi dom dla całej gamy oryginalnych postaci, które spłynęły z pióra Lewisa Carrolla, a następnie wyrosły zdrowo pod okiem Burtona. Oprócz wspomnianych wcześniej głównych bohaterów, mamy tu między innymi pociesznych bliźniaków o imionach Dyludyludi i Dyludyludam, wojowniczą myszkę Mniamałygę, zwa-riowanego Marcowego Zająca, podłego Skazeusza, niebieską gąsienicę – Absolema, groźnego Bunderzwierza, a także sławnego kota z Cheshire. A uśmiechowi tego ostatniego nie oprą się nawet ci, którzy obojętni byli na wszystkie pozostałe uroki obrazu. 2. „Edward Nożycoręki” Jeśli nauczyłam się czegoś studiując język francuski, to tego, że od każdej reguły musi być wyjątek. I proszę – oto wyjątek od mojej własnej reguły. W „Edwardzie Nożycorękim” nie wzięła bowiem udziału Helena Bonham Carter. Ale ten konkretny efekt współpracy Johnny’ego Deppa z Timem Burtonem jest tak znakomity, że nie sposób go pominąć. Poza tym, to Depp nosi w tym filmie fryzurę typową dla bohaterek Bonham Carter – uznajmy to za wystarczające nawiązanie i zapowiedź po-jawienia się trzeciej gwiazdy uzupeł-niającej męski duet w późniejszych obra-zach. Na najbardziej typowym z typowych przed-mieść Ameryki lat 60. ubiegłego wieku mieszka Peg wraz z rodziną. Życie mieszkańców identycznych, kolorowych domków jest uporządkowane i prze-widywalne. Dzieci chodzą do szkoły, a wieczorami spotykają się, by dyskutować o swoich problemach nastolatków, męż-czyźni równo o piątej wracają z pracy, a w sobotni poranek udają się na golfa, natomiast panie to kury domowe, których życie wypełniają plotki i nadążanie za aktualną, osiedlową modą. A nad tą zwyczajną okolicą góruje zamek służący za mieszkanie zdolnemu wynalazcy o nies-łychanym pomysłach. Ostatnią jego kre-acją jest Edward – stworzony na wzór

Cykl: pierwsza piątka

człowieka i niemal idealnie go przypo-minający. Ale wynalazca zmarł, nim zdążył dokończyć swoje dzieło. I właśnie dlatego Edward, zamiast dłoni, posiada niezwykły zestaw nożyc. Kiedy tak niesamowita postać trafia do domu Peg, od razu budzi zainteresowanie. Ale w co się ono przerodzi? Jak mieszkańcy zareagują na podobny odchył od normy? Jak w nowym dla siebie świecie odnajdzie się Edward? Obraz Burtona, choć w typowej dla reżysera oprawie dziwaczności i kolorowej przesadności, porusza całkiem prawdziwe problemy: jak traktuje się odmienność, co decyduje o naszym postrzeganiu rzeczy-wistości, jak jednostka wpływa na społeczność, a społeczność – na jednostkę. Postać Edwarda wykreowana jest w dos- konały sposób, tak, że widz czuje do niego natychmiastową sympatię, wraz z nim przeżywa najróżniejsze smutki i radości, współczuje mu i uśmiecha się, widząc uśmiech na jego twarzy. Johnny Depp w tej roli rozczula i porywa za sobą nawet najmniej empatycznych widzów. Towarzy-szące mu na planie Winona Ryder oraz Dianne Wiest odpowiednio okazują opiekuńczość i zrozumienie, którym wi-dzowie sami chcieliby się wykazać. Efektu dopełniają scenografia i charakteryzacja, które bezbłędnie przenoszą nas w czasie i przestrzeni, prosto do świata prze-ciętności. I Edwarda. 3. „Sweeney Todd: demoniczny golibroda z Fleet Street”

Cykl: pierwsza piątka

Już sam tytuł brzmi groteskowo i nie jest to bynajmniej mylne wrażenie – cały film, będący zadziwiającym tworem, który łączy w sobie jak najbardziej poważną akcję z pastiszowymi zagraniami, aż kipi groteską. Przypominająca gęstą farbę krew spływa rynsztokami dziewiętnastowiecz-nego Londynu. Charakteryzatorom poz-wolono na twórczy szał, a w efekcie postacie wyglądają jakby dopiero co zeszły z desek sceny; teatralne przerysowanie uwidacznia się w ich strojach, ponurym makijażu, niesfornych fryzurach… No i przede wszystkim trzeba wspomnieć o wyjątkowej hybrydzie gatunkowej, jaką stanowi ten film: wybuchowa mieszanka horroru, dramatu (czasem zmierzającego nawet w stronę melodramatu) i musicalu. Czy można być jeszcze mniej sche-matycznym? Akcja rozpoczyna się w chwili, kiedy zgorzkniały i tajemniczy podróżnik (w tej roli oczywiście Johnny Depp) ląduje u brzegów rodzinnej Anglii. To, co spotkało go tu wiele lat wcześniej, sprawiło, że pogrzebał swoje dawne nazwisko i zaczął mienić się Sweeneyem Toddem. Mimo to wraca jednak do dawnego mieszkania i do dawnego zawodu – zostaje golibrodą, zresztą najlepszym w mieście. Ale tytuł ten wcale go nie satysfakcjonuje, ponieważ Sweeney pragnie czegoś innego. A speł-nienie tego pragnienia jest na wyciągnięcie brzytwy… Przed coraz bardziej szaleńczym dążeniem do celu nie powstrzyma go ani oddana pani Lovett (Bonham Carter), ani nieostrożny marynarz Anthony, ani mno-żące się komplikacje. Będzie zemsta, mi-łość, morderstwa, obłęd, pogonie, ucieczki, ciastka, rozpacz, zgorszenie i śpiew. Zgrzytom gatunkowym towarzyszą równie planowe zgrzyty muzyczne. Oprawa dźwię-kowa „Sweeneya Todda” jest pełna zmian tempa, dysharmonii i fałszywych nut. Nie należy jednak wysnuwać tu mylnych wniosków – dobrze się tej muzyki słucha. Wpasowuje się idealnie w konwencję obrazu, współgra z odzwierciedlanymi przez ak-torów emocjami, wibruje w niskich, mrocznych rejestrach. I choć towarzyszące jej popisy wokalne wykonują w dużej mierze aktorzy, którzy na co dzień nie mają ze śpiewem do czynienia, nie wypadają one wcale źle. Zresztą, w musicalu takim, jak ten, nie zawsze chodzi o czyste brzmienie głosu, a często raczej o oddanie charakteru postaci, głębi przeżyć. I to udaje się niemal wszystkim: na pewno dwójce głównych bohaterów, ale także Jamiemu Campbellowi Bowerowi, wscho-dzącej gwieździe kina, oraz od lat zajmującemu miejsce na firmamencie Alanowi Rickmanowi. 4. „Charlie i fabryka czekolady” Chwila na złapanie oddechu po wcześ-

Cykl: pierwsza piątka Choć niemal wszystkie filmy Tima Burtona można nazwać bajkowymi, to „Charlie i fabryka czekolady” najbardziej przypomina klasyczną dziecięcą opowieść z morałem. Ale to już pewnie zasługa Roalda Dahla, który jest autorem książki―pierwowzoru.

niejszej makabresce. Charlie mieszka w skromnym domku wraz z rodzicami oraz czworgiem dziadków. Choć żyją na skraju biedy, nadrabiają materialne braki wza-jemnym przywiązaniem i miłością. Charlie uwielbia siadać w nogach łóżka zajmo-wanego przez całą czwórkę staruszków i słuchać ich opowieści, a największą radość przeżywa zawsze w dzień swoich urodzin, kiedy to otrzymuje jedną jedyną tabliczkę czekolady w roku. Jednak tuż obok tej ckliwej, rodzinnej historii, kryje się tajemnica. Zagadkowy, od lat nieopusz-czający swej fabryki i niewidujący się z nikim, producent najlepszych słodyczy świata, Willy Wonka, postanawia wpuścić pięcioro wybrańców do swojego osnutego legendą królestwa. Szczęśliwcami mają być ci, którzy znajdą złoty kupon wewnątrz opakowania czekolady Willy’ego Wonki. Zgadnijcie, co takiego kryje urodzinowa ta-bliczka Charliego? Choć niemal wszystkie filmy Tima Burtona można nazwać bajkowymi, to „Charlie i fabryka czekolady” najbardziej przy-pomina klasyczną dziecięcą opowieść z mo-rałem. Ale to już pewnie zasługa Roalda Dahla, znanego głównie z powołania do życia niebywale zdolnej, choć niekochanej Matyldy, który jest autorem książki-pierwowzoru. Reżyser przeobraził tę historię w widowisko pełne jaskrawych kolorów i psychodelicznych rozwiązań. Przykłady? Interesująca scenografia wprost ze snów obdarzonego sporą wyobraźnią łakomczucha, niecodzienna charaktery-

Cykl: pierwsza piątka

zacja i przyjemne w oglądzie, bardzo plastyczne efekty specjalne… A przede wszystkim odrobinę niepoczytalna postać ekscentrycznego Willy’ego Wonki, czyli prawdziwy aktorski raj, w którym znalazł się Johnny Depp, wcielając się w tę rolę. Wydaje się ona bowiem jak dla niego stworzona. Helena Bonham Carter gra z kolei matkę Charliego, sprawiając, że znaczenia nabiera rola epizodyczna, która przy innej obsadzie prawdopodobnie nie pozostawiłaby żadnego wrażenia na odbiorcy. Trzeba też wspomnieć o odt-wórcy tytułowej roli (i nie mam tu wcale na myśli fabryki czekolady), kolejnym mało-letnim aktorze, który podbija ekrany kin - Freddie Highmore spisał się jak zwykle doskonale. Kreacja przedstawionego świata oraz gra aktorska wynagradza wszelkie braki w fabule, a może raczej jej przewidywalność. A tyleż banalny, co zabawny gag z windą i śpie-wające Umpa - Lumpasy to parominutowe doświadczenie, które wymyka się jakie-mukolwiek opisowi. 5. „Gnijąca panna młoda” Victor van Dort w rzeczywistości jest tylko kukiełką wysoką na kilkanaście centy-metrów. A jednak kukiełka ta podejrzanie przypomina Johnny’ego Deppa. Natomiast ubrana w zwietrzałą suknię Emily o niebieskiej cerze ma uśmiech Heleny Bonham Carter. I, oczywiście, postacie te mówią głosami wspomnianej pary aktorów. „Gnijąca panna młoda” wykonana została w trudnej i niezmiernie czasochłonnej technice animacji poklatkowej, co oznacza, że każda klatka jest osobną fotografią starannie wykonanych, plastycznych ku-kiełek – bohaterów obrazu – minimalnie przesuwanych ręcznie na każdym zdjęciu, co przy odtwarzaniu w formie filmu sprawia wrażenie ruchu. Oglądając efekt końcowy, studiując płynność ruchów, dopracowanie szczegółów, naturalną mimikę postaci oraz stopień skomplikowania poszczególnych scen, warto zdać sobie sprawę, jaką pracę wykonała ogromna grupa ludzi, przygo-towująca to arcydzieło animacji. Zdecy-dowanie jest na co popatrzeć. Dwa kontrastujące ze sobą światy i ich równie różniący się od siebie mieszkańcy, realis-tycznie odwzorowane scenerie, ludzie, zwierzęta i… zmarli. No właśnie, bo część akcji tej niestandardowej animacji rozgrywa się właśnie w pod-ziemnym królestwie umarłych, gdzie Victor na skutek brzemiennej w skutki pomyłki, trafia jeszcze za życia. Na jego kłopoty składa się nie tylko fakt, że tracąca powoli integralność Emily jest przekonana, iż ten chcę ją poślubić, ale również wizja zbliżającego się ślubu z prawdziwą na-rzeczoną, Victorią, na którą to uroczystość Victor nie jest w stanie się stawić. Dodatkowo, w świecie żywych roznosi się plotka o ucieczce niedoszłego pana młodego, tajemniczy przybysz knuje

Cykl: pierwsza piątka

własne niecne plany, a groźny i zasadniczy pastor, który ma udzielać ślubu Victorii i Victorowi bynajmniej nie okazuje się pomocny (w roli duchownego jedyny w swoim rodzaju Christopher Lee o dud-niącym, budzącym respekt głosie). Czy główny bohater znajdzie wyjście z tara-patów? Co zrobią mieszkańcy świata umarłych, gdy dowiedzą się, że Victor planuje ich opuścić, porzucając Emily? I, oczywiście, jak to wszystko się skończy? Zagadka nie jest łatwa do odgadnięcia, co jest wielkim plusem tego filmu wcale–nie– dla–dzieci. Muzyka oraz piosenki pojawiające się w „Gnijącej pannie młodej” warte są osobnej wzmianki. Ich twórca, Danny Elfman, podobnie jak Burton, jest człowiekiem z wizją, a co ważniejsze, potrafi tę wizję przetransformować w dzieło. Ścieżka dźwiękowa towarzysząca obrazowi jest dopracowana, pełna emocji, interesujących, nastrojowych brzmień i chwytliwych rytmów. Wraz z przekonującymi wykonaniami wokalnymi stanowi świetne dopełnienie tego, co widoczne na ekranie. Jednym słowem: jeśli macie dość sza-roburości za oknem albo codziennej monotonii, sięgnijcie po kawałek wspólnej twórczości Burtona, Deppa i Bonham Carter. To coś jak talizman przeciwko nudzie. Elżbieta Janota TO SIĘ RUSZA!

Animacja

Cz 3. Ruch i animacja rysunkowa w praktyce Dobrze wiadomo, że filmowa postać składa się z wielu elementów, takich jak wygląd, dialogi, dubbing i rola w fabule. Nie można jednak zapomnieć o ruchu. Uważam, że ruch jest w animacji najważniejszy, ponieważ buduje jej klimat. Może to za-brzmiało banalnie, ale niestety zdarza się, że nawet recenzenci, pisząc o filmie animowanym, zapominają skomentować ten podstawowey element. Ruch jest pulsem filmu i jeśli wypadnie słabo, ciężko o porządną produkcję. Ktokolwiek chce być animatorem, po-winien kłaść największy nacisk na jakość ruchu. Dlatego też tym razem przy okazji dosłownego opisu techniki wykonania animacji rysunkowej wspomnę, co wpływa na ruch naszej postaci. KROK 1 – Postać z inspiracji Wszystko zaczyna się od pomysłu na postać, ogólnego wrażenia na jej temat, które trzeba usystematyzować, na przykład serią projektów. Osobiście zaczynam ani-mować dopiero, kiedy jestem w stanie wyobrazić sobie całość postaci, włącznie z kolorem, głosem i wymiarami, jakby stała obok. Kiedy już mamy pewność, kim postać jest, trzeba ustalić jednoznaczną wersję wyglądu podczas sekwencji (a jeśli to przemiana, jaka jest początkowa i final-na forma), żeby nie ustalać niczego w trak-cie. Warto jak najbardziej uprościć szcze-góły, potem i tak okaże się, jak dużo ich mamy. Przy okazji przydaje się dla wprawy porysować postać z różnych stron i w róż-nych pozach, najlepiej dynamicznych.

Animacja

KROK 2 – Sprzęt Idealny do rysowania jest profesjonalny stół z pochyłym blatem i bolcami do wie-szania kartek nad podświetlaną od spodu paletą. W domowych warunkach staramy się przede wszystkim widzieć jak najwięcej z poprzednich klatek. Najlepiej używać profesjonalnej kalki, na której widać do trzech klatek, nawet bez podświetlenia od spodu. Niestety jest droga, a do tego niewiele da się z niej zmazać. Na początek polecam zwykłe kartki A4, jak najcieńsze (tym razem akurat im tańsze, tym lepsze). Jeśli się uda, w rysowaniu najlepiej sprawdzi się ołówek bliski HB: za miękki zbędnie pogrubia linie i brudzi kartkę, co później przeszkadza w kolorowaniu, nato-miast zbyt twardy nie będzie dobrze widoczny spod kolejnej kartki, a do tego utrudnia poprawki. KROK 3 - Rysowanie Chyba najlepsze w całym procesie ryso-wania jest to, że nie wymaga dokładnego zaplanowania. Trzeba tylko mieć ogólne pojęcie, jak sekwencja powinna wyglądać, a o szczegółach decydujemy przy ryso-waniu bieżącej klatki. Co klatkę rysujemy każdą część postaci kawałek dalej, takie to proste. Trudność natomiast polega na tym, że w przeciwieństwie do komiksu, gdzie mamy do czynienia z samymi kluczowymi fazami ruchu, klatki to w większości fazy pośrednie. Dla przykładu, łatwo narysować postać siedzącą i stojącą, ale w trzech czwartych wstawania albo tuż przed siadaniem, już nie. Dlatego też istnie-je metoda animacji polegająca na „cięciu” ruchu na półfazy, te znów na pół i tak dalej. Kolejną zasadą jest wyolbrzymienie ruchu na klatkach animacji. Taki ruch odtworzony w realnym tempie będzie wyglądać auten-tycznie. Analogicznie, zmiany w postaci nakreślone nieśmiało na etapie klatek będą mało zauważalne na filmie. W animacji rysunkowej tak naprawdę więcej jest myślenia, niż rysowania. Trzeba cały czas pamiętać, co się już zrobiło i co się ma zamiar zrobić. Przykładowo, w przy-padku animowania żywiołów musimy zapewnić im naturalną ciągłość: nie cze-kać, aż nasza pierwsza fala morska rozbije się o brzeg i dopiero zarysować nową, tylko pamiętać, w której fazie ruchu jest każda kolejna fala… Jeśli chodzi o zwie-rzęta, trzeba wiedzieć, na jakiej zasadzie ciało utrzymuje równowagę, dzięki czemu wszystkie łapy, ogon i szyja są w prawid-łowym miejscu względem siebie. Słowem, najwięcej tu pamiętania. Jeśli chodzi o szybkość ruchu, reguluje się go ilością klatek – im ich mniej, tym szybciej. Właśnie dlatego powolny ruch jest trudniejszy do narysowania, jako że trzeba umieć narysować bardzo drobne zmiany, utrzymując jednolitą tendencję i nie pozwalając na „drżenie” linii. A jak zrobić, żeby ruch był ponad-przeciętny? Na to nie ma przepisu, a ja nie chcę żadnego zmyślać. Wiem tylko, że nie można poprzestać na „niezbędnym ruchu”, któremu nie da się przypisać żadnego

Animacja

przymiotnika oprócz tego właśnie. Jeśli postać wchodzi drzwiami, to niech wejdzie z impetem, nieśmiało, wślizgnie się, zawie-si na klamce, czy wkroczy dumnie!… A nie po prostu „wejdzie”. KROK 4 – Eliminacja błędów Jeśli mamy pomysł na skomplikowaną postać, albo złożony ruch, możemy potrzebować próbnej sekwencji. Polega to na maksymalnym uproszczeniu postaci i rysowaniu tylko wybranych klatek. Można w ten sposób sprawdzić, czy ruch jest prawidłowy w ogólnym zarysie, a dopiero później stworzyć dokładniejszą wersję z pełnią szczegółów. W profesjonalnych wytwórniach rysuje się od razu z pełną dokładnością, natomiast sekwencja jest oglądana przez innych rysowników. W ra-zie potrzeby powraca do autora w celu korekty, aż powstanie wersja ostateczna. Może to być niewielka zmiana w ruchu postaci, lub zmiana planu, w skrajnych przypadkach zdarza się nawet projekto-wanie całej postaci od nowa – dla zain-teresowanych: żeby lepiej zorientować się, jak wyglądają poprawki, warto zapoznać się z opublikowanymi ujęciami pomi-niętymi, czyli „cutscenes” dla filmów Disneya, na przykład „Pocahontas” (ewo-lucja wizerunku postaci lokaja Wigginsa) i „Król Lew 2” (wycięcie scen dras-tycznych). KROK 5 - Kontury i kolor W animacji rysunkowej starej daty, na narysowaną na kalce klatkę nakładano folię, poprawiano na niej linie konturówką, po czym kolorowano farbkami od spodu folii. Kolorowanie niezliczonej ilości klatek

Animacja

wymagało kiedyś aż tyle surowca, że w tamtych czasach wytwórnia Walt Disney Pictures miała własne laboratoria che-miczne do mieszania farbek do celuloidów. Dzisiaj celuloidy wyszły już z użycia, kalkę skanuje się i koloruje w programie gra-ficznym. Niezmiernie przyspiesza to pro-dukcję, a na dodatek zmniejsza koszty. W warunkach domowych polecam kolo-rować klatki na komputerze, także dla uzyskania jednolitości wypełnienia pól kolorem. W ten sposób obraz nie będzie dodatkowo drżeć, jak mógłby po zasto-sowaniu kredek czy farb. NA KONIEC parę sztuczek, czyli o tym, co potocznie nazywam „oszczędnością klatek”. - Tempo ruchu: Najczęściej spotykane w anime. Ponieważ japońscy animatorzy mają na głowie ogromną ilość odcinków, znaleźli sposób na oszczędność. Podstawą jest manipulacja tempem ruchu. Łatwo zauważyć, że przy spokojnych statycznych scenach i rozmowach ruch w kreskówkach japońskich jest zminimalizowany, nato-miast przybiera niezwykłego tempa w momencie akcji. Dzięki temu, uzyskuje się bardzo efektowne sekwencje, na przykład sceny walk. Z perspektywy animatora podobna stra-tegia jest wygodnym rozwiązaniem, po-nieważ im więcej faz ruchu mamy do narysowania, tym więcej pracy, rzecz jasna. Najlepiej więc prawie nic na obrazku nie zmieniać przy ruchach wolnych, a przy szybkich zmieniać z każdą klatką jak najwięcej i tak właśnie minimalizuje się wysiłek. Strategię japońską poleciłabym początkującym animatorom dla domowych potrzeb, natomiast surowo odradzałabym profesjonalistom. Podobne uniki są przy-datne, ale nie wypada się na nich opierać. Klatki kluczowe: optymalnym wyjściem dla animatora leniwego, lubiącego jednak metodę rysunkową jest pomoc programów generujących klatki. Człowiek rysuje same kluczowe klatki, a komputer dodaje między nimi przejścia. Doradzam to wyjście każdemu, kto chce upłynnić swoje klatki, np. dorabiając komputerowo przejścia mię-dzy narysowanymi własnoręcznie dziesię-cioma na sekundę do dwudziestu pięciu na sekundę. Z kolei, zbyt duży udział komputera może poskutkować ruchem, od którego aż zionie matematyczną regular-nością. Czyli nieautentycznym. Natomiast wszelkie chwyty typu przetrzy-mywania jednej klatki przez jakiś czas, powtarzanie czy zapętlanie krótkich sek-wencji są już czystą formą lenistwa albo desperacji. Jestem przeciwko ich stoso-waniu, poza wyjątkiem, gdy jest to uzasad-niony zabieg artystyczny. Wszystkie wspomniane powyżej sztuczki są czymś na miarę kłamstewka, jak zaglą-danie przeciwnikom w karty albo użycie kodów w grze. To na ile są właściwe, podlega już indywidualnej interpretacji. Ja jestem przeciw wszelkim strategiom „osz-czędzania klatek”, lepiej wcale nie próbo-wać, ponieważ z reguły trudno się z nimi rozstać. Anna Wodzicka Telezakupowe czasoutracenie
To dobrze, że im człowiek starszy, tym więcej rozumu zaczyna używać. Krytyczne spojrzenie na świat zaczyna nam, mam nadzieję, towarzyszyć nie tylko od święta i nie tylko wtedy, gdy ktoś nas poprosi o ocenę. Oceniać trzeba samemu i dla siebie również.
Ramówka

Chyba naprawdę nie masz co robić. Sam widzisz, co oglądasz. Co takiego, telewizję? To jeszcze nie świadczy, że marnuję czas. Edukuję się! W dziedzinie domorosłej wynalazczości? Nie, w zakresie stosowania prawa patentowego. Jejku, nie przesadzaj, przecież czasem można popatrzeć na… Telezakupy. Efekt działalności twórczej grupy prawdziwych pionierów i przodow-ników we wprowadzaniu unowocześnień do ludzkiej codzienności. Niebieskie mopy przepięknie ściągające wodę z posadzki, elektryczne pasy zamęczające różnorakie partie naszego ciała. Przyrządy do malo-wania, dzięki którym już nigdy nie zachlapiesz farbą akrylową podłogi. Elekt-ryczne obieraczki do ziemniaków, które zwrócą ci czterdzieści minut z dnia, normalnie spędzane z nożykiem w ręku. Piękne naścienne dozowniki do mydła, które uwolnią cię od tego tandetnego plastiku. Kiedy nadarzyła mi się, w moich nieka-blówkowych czasach, okazja by popatrzeć

Ramówka

sobie na specjalny kanał z telezakupami, oczywiście sobie tego nie darowałem. Nie zachęcam was do tego, wręcz przeciwnie. Po prostu miałem wtedy więcej czasu a mniej pomysłów na to, jak go dobrze wykorzystać. Potem też do tego wracałem, choć już nie w takim wymiarze. Mógłbym zaryzykować nazwanie siebie znawcą ówczesnej oferty. Co zresztą nie jest żadnym osiągnięciem, bo nigdy nie jest ona nazbyt szeroka, więc już po pewnym czasie widzi się znów to samo. I to samo. Może teraz jest inaczej, ale wątpię. Wtedy było właśnie tak. Godziny lecą, w kółko to samo. Po co spędzać długie chwile na tele-zakupach? Może telezakupy mamią wizją tego, co łatwiejsze? Wmawiają przecież ludziom dokładnie to, co ci chcą usłyszeć – życie może być prostsze, tylko zadzwoń. Chcą być lekarstwem na chorobę wieku, ustawiczny brak czasu. Ale jednocześnie przekręcają problem – bo on nie leży w tym, że musimy wykonywać jakieś codzienne czynności. Nasze babcie robiły to wszystko i jeszcze więcej, a czasu im chyba nie brakowało, przynajmniej nie tak bardzo jak nam. To, że nie mamy chwili dla innych, to nie wina tego, że musimy obierać ziemniaki, wręcz przeciwnie – czemu by nie zaprosić kogoś do wspólnego wykonywania tej czynności? Może to być okazja do poważnej rozmowy, sceneria trochę absurdalna, ale ona nie jest ważna. Przecież o życiu i śmierci wcale nie trzeba rozmawiać przy sączącym się z głośników Bachu i w ogólnie podniosłej atmosferze – to dopiero byłoby śmieszne! Można się przy tym i pośmiać, wiele dobrych rzeczy można z innymi przeżyć właśnie przy tym zwykłym, szarym, podobno ponurym obieraniu kartofli. Problem leży w bożkach współczesnej rzeczywistości, przede wszystkim w tym, że dajemy sobie wmówić, że najważniejsze jest to, co w życiu osiągniemy, jak będą do nas mówić, jak nas będą określać. Tylko pomyśleć trzeba, czy bardziej chcemy usłyszeć Tato, kocham cię!, czy też Panie doktorze, wspaniałe osiągnięcie. I żadne telezakupy, żaden wynalazek nie będzie lekarstwem na to, że nie mamy czasu. To nie cudowny antybiotyk, nawet nie sku-teczne tabletki bez recepty. To zwykłe placebo. Kto znajdzie rozumowe uzasadnienie spę-dzania długich chwil przed telezakupami? Kto to usprawiedliwi? Tak samo z całym procesem oglądania telewizji. Nie wiem, czy jest dla tego dobre uzasadnienie. Tylko czy wszystko musi je mieć? Nie. Ale o ile lepiej byłoby, gdyby takie było. Dlatego koniec z Ramówką. Dziękuję za siedemnaście miesięcy znoszenia przez was tych wynurzeń. Marek Suska Druga z kolei literacka Nagroda Nobla, która decyzją Akademii Szwedzkiej przypadła kobiecie, powędrowała do rąk włoskiej prozatorki i autorki opowiadań - Grazii Marii Cosimy Damiany Deleddo. Włoska pisarka otrzymała literackiego Nobla "za poetyckie dzieła, w których z jaskrawą plastycznością opisuje życie swojej ojczystej wyspy, a także za głębię w podejściu do ludzkich problemów w całości". Książki Deleddy cechują się również silnym naciskiem na emocje takie jak miłość i ból, a także częstymi rozmyślaniami na temat śmierci.
Grazia Deledda – literacka Nagroda Nobla 1926
Notka biograficzna

Życie na ojczystej wyspie Grazia Deledda urodziła się 27 września 1871 roku na Sardynii w małej, odizo-lowanej od świata, wiosce Nuoro. Ciekawym faktem jest, że na Sardynii większość mieszkańców posługuje się dialektem logudorskim – jednym z czterech dialektów języka sardyńskiego, bardzo podobnym w brzmieniu do łaciny. Grazia Deledda, będąc od urodzenia otoczona lokalnym dialektem i historiami swojego regionu, często wracała do klimatu Nuoro w swoich powieściach. Głównymi boha-terami jej historii są prości ludzie: właściciele ziemscy, pasterze, służący i rol-nicy, a także sama Sardynia i piękno jej krajobrazów. Jednak zanim włoska pisarka przelała swoje myśli na papier była wielką fanką rosyjskich powieści i książek lokal-nych autorów. Przyszła noblistka odebrała zaledwie podstawowe wykształcenie i w wieku dziesięciu lat zakończyła edu-

Notka biograficzna

kację. Później jednak kształciła się prywatnie pod okiem swojego osobistego nauczyciela. Pierwsze wiersze Deledda zaczęła pisać mając lat osiem, w wieku piętnastu lat napisała swoje pierwsze opowiadanie, a pierwsza książka ukazała się drukiem, gdy Grazia miała siedemnaście lat. W swojej rodzinnej wiosce Deledda postrzegana była jako kobieta zachowująca się niestosownie i nieodpowiednio, pisząca książki o miłosnych trójkątach i mał-żeńskich zdradach. Niezrażona negatywną opinią, Deledda kontynuowała publi-kowanie swoich powieści w gazetach ukazujących się w Rzymie i Mediolanie. „Miłość jest to piękny samotrzask, na zewnątrz samo złoto, a wewnątrz śmierć.” W 1900 przeniosła się z Nuoro do Cagliari, a następnie do Rzymu. W przepro-wadzkach towarzyszył jej mąż, Palmiro Madesani, z którym później miała dwóch synów. Deledda poza dbaniem o własne gospodarstwo opiekowała się również swoim bratem, który po śmierci ojca rozpił się i przegrał w karty cały majątek; włoska pisarka szczerze gardziła jego nałogiem i stylem życia. Nie da się jednak ukryć, że tragiczne i naznaczone obecnością fatum historie są stałym motywem jej powieści. Jej bohaterowie to między innymi byli więźniowie i złodzieje, ludzie hamowani przez konwenanse i obyczaje, postaci nękane przez pożądanie, poświęcające się dla innych w imię wyższych celów i rozdarte wewnętrznie. Książki Deleddy często klasyfikowane są jako powieści naturalistyczne, przedstawiające ducha włoskiego dekadentyzmu, podkreślającego znaczenie pierwotnych instynktów i słabość człowieka w obliczu miłości, śmierci, winy i grzechu. Pomimo kontrowersji jakie często towarzyszyły publikacji jej książek, Deledda należała do grona najpopular-niejszych włoskich prozaików, którymi interesowali się nie tylko rodzimi czytelnicy, ale także autorzy z innych części Europy. W 1920 roku D.H. Lawrence napisał wstęp do angielskiego wydania powieści „Matka”, a sześć lat później jej literackie dokonania zostały wyróżnione przez Akademię Szwedzką. Chociaż obecnie powieści Grazii Deleddy mogą wydać się czytelnikom archaiczne i przestarzałe, jej skromny, bezpretens-jonalny i śmiały styl pisania wciąż wywierają ogromne wrażenie. Jedna z ostatnich książek włoskiej pisarki, która ukazała się po jej śmierci, nosi tytuł „Cosima”. Jest to powieść autobiograficzna, której głównym motywem są problemy jakim kobieta musi stawić czoła, jeżeli chce zostać poważaną i uznaną pisarką. Grazia Deledda zmarła w wieku 64 lat, 15 sierpnia 1936 roku w Rzymie na raka piersi. Paulina Rzymanek Muzyka Rozpaczy
Najnowsza książka wydawnictwa Znak w serii „50 na 50” to „Sonata Kreutzerowska” Lwa Tołstoja. Tak jak obiecuje nam wydawca, jubileuszowa seria gwarantuje literaturę z najwyższej półki. Nie inaczej jest w przypadku najnowszej publikacji tej krakowskiej oficyny.
Recenzja książkowa

Tytuł książki zaczerpnięty został z nazwy jednego z dzieł Ludwika van Beethovena o tym samym tytule. „Sonata Kreutzerowska” wiedeńskiego klasyka jest gwałtowna, niespokojna i nie wróży dobrego zakoń-czenia. Tak jest również w przypadku jej literackiego odpowiednika. Dzieło Tołstoja jest pełne rozpaczy, gniewu, żalu, mizoginii, napięcia, erotyki, zdrady, miłości, nienawiści i szaleństwa. Ten ogromny ładunek emocjonalny sprawia, że „za-ledwie” 140 stronicowe wydanie „Sonaty Kreutzerowskiej” nie jest łatwą lekturą. Obiecuje jednak coś, o czym marzy każdy wymagający czytelnik - wybitne studium ludzkiej psychiki. Nocny Pociąg z Nieznajomym Książka opowiada historię Pozdnyszewa, za młodu rozhulanego i rozpustnego mło-dzieńca gustującego w niewyszukanej rozrywce i licznych romansach. Jego his-toria to swego rodzaju spowiedź, którą opowiada przypadkowemu podróżnemu, dzielącemu z nim przedział. Godziny

Recenzja książkowa

spędzone na bolesnej, rozpaczliwej i pełnej kontrowersji opowieści o przeszłości Pozdnyszewa zdają się mknąć niczym pociąg, który niesie bohaterów w czarną noc. Jest to historia o relacjach między mężczyzną i kobietą, rozmyślania o mał-żeństwie i wyznanie okrutnych czynów, których źródłem było szaleństwo. Trudno się dziwić, że w Rosji po wydaniu „Sonaty” cenzura zabroniła jej rozpowszechniania, a prezydent Stanów Zjednoczonych The-odore Roosevelt nazwał Tołstoja „zbo-czeńcem moralnoseksualnym”. Nawet dziś przy lekturze „Sonaty Kreutzerowskiej” antypatia do kobiet i wręcz namacalna mizoginia są kolejnym elementem, który może być powodem, dla którego wiele czytelniczek ciśnie książkę w kąt. Przystanek Szaleństwo Historia opowiedziana w „Sonacie Kreutzterowskiej” jest doskonałym punk-tem wyjścia dla wielu rozmyślań i roz-ważań. Relacje między małżonkami oraz mroczny obraz rosyjskiego społeczeństwa z końca XIX wieku służą jako preludium do prawdziwego zniszczenia i śmierci bez przebaczenia oraz jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Relacja Pozdnyszewa to opo-wieść szaleńca, co pozwala czytelnikowi kwestionować jego decyzje. Rozpaczliwy punkt kulminacyjny – morderstwo i wszyst-ko to, co do niego prowadzi - pozwalają nam sądzić, że czasem niewiele się zmieniło w relacjach międzyludzkich. Histe-ryczne kłótnie, rozdrażnienie, brak poro-zumienia między mężem i żoną czy długie okresy milczenia, których świadkami są małe dzieci, służące często jako karta przetargowa w burzliwych dyskusjach rodziców. Można zadać sobie pytanie, czy wiele się od czasów Tołstoja zmieniło? Czy obecny świat jest bardziej moralny od tego przedstawionego w „Sonacie Kreutzerows-kiej”? Czy szaleństwo i jego skutki wywołane zazdrością i nieporozumieniami jest aż tak niespotykane? Można również zachwycać się, jak zwykle w przypadku Tołstoja, znakomitym portretem psycho-logicznym głównego bohatera, a także realistycznymi walorami powieści. Jedno jest jednak pewne: czytelnikowi wysia-dającemu na ostatniej stacji razem z wier-nym słuchaczem Pozdnyszewa towarzyszyć będzie gorycz i niepokój po tak przej-mująco i wspaniale napisanej historii. Paulina Rzymanek Paulo Coelho to jeden z najpopularniejszych pisarzy współczesnych. Świadczy o tym fakt, iż jego powieści są sprzedawane w 160 krajach. Teraz literat powraca z nową książką. Jest ona nasycona magią i tajemniczymi obrzędami, przepełniona mądrościami i radami.
Walkirie
Recenzja książkowa

Główny bohater, wraz ze swoją żoną Chris, wybiera się w czterdziestodniową podróż po pustyni Mojave, której celem jest osiągnięcie kolejnego stopnia wtajemni-czenia w sztuce magii oraz spotkanie swojego prywatnego Anioła Stróża. Po drodze spotyka tytułowe Walkirie, które są pogańskimi kobietami - wysłanniczkami Odyna - odzianymi w skórę, jeżdżącymi z miasta do miasta na harleyach, aby wygłaszać kazania. Na pustyni Paulo do-wiaduje się, że aby spotkać swego anioła musi złamać pakt, zaakceptować przeba-czenie i przyjąć zakład. Książka „Walkirie” posiada wszystkie ele-menty charakterystyczne dla twórczości pisarza. Są to niedługie sceny przedsta-wione w różnych literackich skrótach. Tekst jest przepełniony magią, religijnością i sa-morealizacją. Jest to szybki i łatwy odczyt. Kilka fragmentów tej powieści jest na-prawdę inspirujących i skłaniających

Recenzja książkowa fot. Dorota Stach Na pustyni Paulo dowiaduje się, że aby spotkać swego anioła musi złamać pakt, zaakceptować przebaczenie i przyjąć zakład.

czytelnika do refleksji. Sprawia, że przy-wiązujemy wagę do myśli, duchowości i nadziei. Pomimo tego, że książka wydaje się natchniona przez katolickie nauki chrześ-cijańskie, to niektóre pomysły są jedno-cześnie zupełnie inne i nie tylko nie mają nic wspólnego z popularnymi naukami chrześcijańskimi, ale także wydają się absurdalne i nie na miejscu. Na przykład, jedna z historii w książce opowiada o Marii, która oddaje swoje ciało przewoźnikowi, żeby dostać się do Jerozolimy. Natomiast Walkirie są wojowniczkami światła, przez-naczonymi do głoszenia o chrześcijańst-wie. Podróżują do różnych miast, aby kochać się z mężczyznami napotykanymi na drodze. Przez te okropne myśli, autor wydaje legitymizację prostytucji dla sprawy religii i nieprzyzwoitych stosunków sek-sualnych. Uważam, że było to nie tyle niewłaściwe, co niesmaczne. Książka wzbu-dza w czytelniku emocje od zachwytu przez nostalgię do zażenowania. A morał wydaje się szalenie banalny – każdy człowiek ma inną ścieżkę w życiu i wciąż po-szukuje swojego powołania w tym świecie. Autor stawia wiele pytań, na które nie udziela odpowiedzi. W powieści przejawia się wie-le rad, a także symboli, które czytelnicy muszą odszyfrować, odgadnąć i zinterpre-tować, aby zrozumieć, o co chodzi, co jest męczące. Jeżeli jesteście fanami Coelho i dobrze interpretujecie jego powieści, to „Walkirie” was nie zawiodą. Osobiście nie polecam tej książki czytelnikowi, który po raz pierwszy ma zetknąć się z tym pisarzem. Mariola Lis Smaki Europy według Makłowicza

Recenzja książkowa

„Tak więc jestem i Grekiem, i Chiń-czykiem, cóż to komu może przesz-kadzać?” Robert Makłowicz jest dziennikarzem, krytykiem kulinar-nym oraz historykiem, a swoją naj-nowszą książką zatytułowaną „Café Museum” udowadnia, że jest także świetnym pisarzem i utalentowanym prozaikiem. A wszystko to można odkryć wybierając się w kulturową, literacką i kulinarną podróż, na którą zaprasza czytelnika wydawnictwo Czarne. Świat przedstawiony w „Café Museum” to część Europy Środkowej: Austria, Słowacja, Rumunia, Węgry i Dalmacja. Odwiedzane przez autora regiony pełne są przygód, lokalnych potraw, wybornych trunków i przede wszystkim serdecznych przyjaciół. Bo książka Roberta Makłowicza nie jest książką kulinarną ani podróżniczą. To książka o ludziach i o niezwykłych, często zabawnych, spotkaniach. Nieważne, czy za główny temat książki uznamy ludzi, jedzenie, historię czy też kulturę. Naj-ważniejsze jest, by docenić sposób i kunszt z jakim „Café Museum” zostało napisane. Tylu przepysznych przymiotników, apetycz-nych akapitów i smakowitych stwierdzeń można obecnie ze świecą szukać w polskiej literaturze. „Café Museum” to prawdziwa kopalnia cytatów. To także niesamowita dawka błyskotliwego humoru. Obco-brzmiące nazwy lokalnych potraw oraz miejscowych alkoholi wcale nie utrudniają lektury, wręcz przeciwnie: dodają lekturze aury tajemniczości, stanowiąc jednocześnie wspaniałe tło dla toczących się wydarzeń.

Recenzja książkowa

Natomiast ogrom wiedzy Makłowicza, a także szczera fascynacja kulturą i historią odwiedzanych miejsc czynią jego historie jeszcze ciekawszymi. Makłowicz w każdym nowym miejscu stara się znaleźć to, co łączy wszystkich miesz-kańców Europy Środkowej. Bez względu na to, czy są to podobieństwa językowe, zbieżności kulinarne, czy ta sama radość i szczerość spotykanych po drodze ludzi, autor poszukuje jedności, która pozwala mu wszędzie czuć się jak u siebie w domu. Makłowicz – gawędziarz, zabiera czytelnika wszędzie tam, gdzie duch czasu nie zdołał jeszcze doszczętnie zniszczyć prawdziwie europejskiego piękna, a swoją książką chroni przed zapomnieniem to, co wy-jątkowe. Podczas lektury ciężko się zdecydować, co doskwiera nam bardziej: głód spowodowany opisem przydomowego ogrodu pełnego darów natury, tęsknota do miejsc opisy-wanych z niezwykłą czułością, czy może chęć odbycia podobnej podróży. O tym każdy czytelnik musi zadecydować sam. Jednak bez względu na to, czy chcemy czytać o historii, kulinariach lub kulturze, książka Roberta Makłowicza będzie zawsze doskonałym wyborem. Aż chciałoby się powiedzieć: „Przez żołądek do serca”; w przypadku Makłowicza takie stwierdzenie sprawdzało się w przeszłości wiele razy. Tym razem jednak powiem: „Przez lekturę, do serca” i nie skłamię mówiąc, że „Café Museum” właśnie tak oddziałuje na czy-telnika. Paulina Rzymanek fot. Dorota Stach Istnieją miasta, które zachwycają od pierwszego wejrzenia, choć do pełnego rozsmakowania się w ich niepowtarzalnym klimacie potrzeba wiele czasu. Do takich miast należy stolica Niemiec, zawdzięczająca swą unikatowość wielokulturowej strukturze społecznej i bogatej historii.
WEEKEND w Berlinie
Outro po Europie fot. Rasmit

Dzień pierwszy, czyli grzech nie zobaczyć Wszystkich tajemnic Berlina nie da się odkryć podczas krótkiej wizyty, istnieje jednak kilka żelaznych punktów, które koniecznie trzeba odwiedzić, by nie uznać podróży za nieważną. Brama Branden-burska, czyli niemiecki łuk triumfalny, jako jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc, doskonale nadaje się na pierwszy etap zwiedzania. Przez ponad dwieście lat istnienia była świadkiem wzlotów i upad-ków Niemiec. Symbolizowała triumf (gdy w XVIII wieku wzniesiono ją na cześć sukcesów pruskiej armii), porażkę (gdy podczas II wojny światowej została zniszczona przez bombardowania), podział (zamknięta w czasie, gdy Berlin podzielony był przez mur), by wreszcie stać się symbolem wolności i jedności państwa. Nieopodal Bramy Brandenburskiej znajduje

Outro po Europie

się kolejny punkt wyprawy – Reichstag, czyli siedziba niemieckiego parlamentu. Pochodząca z XIX wieku budowla, w której obradowano już za czasów cesarstwa niemieckiego, to obecnie jedna ze sztan-darowych atrakcji Berlina. Szklaną kopułę, która wieńczy budynek, turyści mogą odwiedzać bezpłatnie. Trzeba jednak pa-miętać, że chętnych jest mnóstwo i zare-zerwować sobie sporo czasu na stanie w kolejce. Warto też zwrócić uwagę na liczne zbiory dzieł sztuki współczesnej, znajdujące się w budynku. Po odpoczynku pod Bramą Brandenburską i zwiedzaniu Reichstagu godna polecenia jest powolna przechadzka ulicą Unter den Linden, pełną restauracji, kawiarń i skle-pów z pamiątkami. Trasa ta zaprowadzi wytrwałych aż do Uniwersytetu Humboldta, jednej z najlepszych uczelni europejskich. Stamtąd już tylko kilka kroków do Museuminsel, czyli Wyspy Muzeów, stworzonej jako konkurencja dla Luwru czy British Museum. Pasjonaci wystaw będą zachwyceni możliwością zwiedzenia na przykład Starego Muzeum Narodowego lub Muzeum Pergamońskiego. Dla tych, na których podziwianie eksponatów nie robi wrażenia, alternatywą jest dalszy spacer wzdłuż ruchliwej Karl–Liebknecht Straße, przy której znajduje się między innymi efektowna katedra berlińska. Ulicą tą dojść można do Alexander Platz, jednego z najbardziej znanych placów berlińskich. Nieograniczeni lękiem wysokości śmiałko-wie skuszą się na pewno na wjazd na trzysta sześćdziesięcioośmiometrową Berliner Fernsehturm, czyli Berlińską Wieżę

Outro po Europie

Telewizyjną, skąd podziwiać można panoramę miasta. Dla tych, którzy pewniej czują się, mając pod stopami stały grunt, pozostaje odpoczynek przy fontannach i integrowanie się z berlińską młodzieżą, przesiadującą licznie na placu o każdej porze dnia i nocy. Dzień drugi, czyli zbytki i zabytki Skoro pierwszy dzień upłynął na pozna-waniu centrum Berlina, kolejny warto poświęcić na zwiedzanie bardziej odległych miejsc. Dobrym pomysłem będą tu okolice Kurfürstendamm. Na dobry początek: Kaiser–Wilhelm– Gedächtniskirche, czyli kościół poświęcony pamięci cesarza Wilhelma. Jak większość berlińskich zabytkowych budowli, podczas II wojny światowej doznał poważnych uszkodzeń. Główna wieża, niegdyś naj-wyższy punkt w mieście, stała się ruiną. Nie zdecydowano się jednak na rozbiórkę. Zniszczoną wieżę pozostawiono nietkniętą, dobudowując do niej jedynie nowe ele-menty, po to, by zawsze już przypominała o wojnie. Po zwiedzeniu kościoła godna polecenia jest wizyta w pobliskim KaDeWe, czyli Zachodnim Domu Handlowym, będącym nie tylko miejscem zakupów, ale i atrakcją turystyczną. Na powierzchni ponad sześćdziesięciu tysięcy metrów kwadra-towych znajdują się butiki, luksusowe drogerie, sklepy z biżuterią, delikatesy, a także kawiarnie i restauracje. Ten eksklu-zywny dom towarowy potrafi dostarczyć rozrywki na naprawdę długi czas. Jeżeli po atrakcjach KaDeWe starczy siły, można jeszcze wybrać się do odległego Mauerpark, czyli jednego z niewielu miejsc w mieście, gdzie pozostawiono kawałek muru berlińskiego, będącego tak znaczącą częścią historii Berlina Na wieczorny spacer znakomicie nadaje się Potsdamer Platz, którego urok docenia się w pełni dopiero po zmroku, gdy jest zachwycająco oświetlony. Po II wojnie światowej zostały z niego tylko gruzy – tym większy podziw budzi jego obecny, najwyższy standard. Czas spędzić można w jednej z wielu kawiarni lub kinie. Dla miłośników obcowania z kulturą Potsdamer Platz ma w ofercie teatr i Muzeum Filmowe. Nocne życie Nocą Berlin tętni życiem. Kluby, puby i dyskoteki są pełne, kina oferują nocne seanse i bywa, że o trzeciej nad ranem ciężko jest dostać się do autobusu zatło-czonego jak w godzinach szczytu. Miasto nie śpi nigdy. Jedną z popularniejszych nocnych dzielnic jest Kreuzberg z tak zwaną O–Straße (właściwie Oranienstraße), przy której znajduje się między innymi niezwy-kle popularny klub SO36. Ewelina Tkacz fot.2 Cezary p Niektórych inspirują. Sprawiają im przyjemność, a nawet pociągają do tego stopnia, że są oni skłonni się z nimi zasnąć. Inni znowu w ich towarzystwie odczuwają bardzo silne, niczym nieuzasadnione zawroty głowy, migreny czy nawet odruchy wymiotne. Lektury szkolne – czyli…
Komu TO potrzebne?
Społeczeństwo

Wszyscy pamiętamy czasy podstawówki. Pierwsze kroki stawiane w społeczeństwie, pierwsze obowiązki, nauka, sprawdziany, pierwsze stresy, wzloty i upadki. „Pierwsze fajki, skręty i alkohol” – dodaliby niektórzy, lecz nie o tym będzie mowa. To właśnie szkoła podstawowa uczy nas umiejętności, bez których dalszy rozwój człowieka nie byłby możliwy – czytanie, pisanie i liczenie. Kiedy pytam znajomych, jaka jest ich ulubiona lektura, większość bez wahania przytacza „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren. Dzieło słynne, wszystkim znane, omawiane w trzeciej klasie szkoły podsta-wowej. Kiedy pytam o inne lektury, wymie-niają jeszcze kilka tytułów z podstawówki, między nimi „Anię z Zielonego Wzgórza” czy „W pustyni i w puszczy”. A reszta? Hm... Czy lektury są potrzebne? W dzisiejszym świecie źródłem informacji jest przecież Internet, gdzie lansuje się krótkie, zwięzłe przekazywanie informacji. Po co czytać obszerne tomy książek, skoro możemy ściągnąć sobie streszczenie i na tej pods-tawie równie efektownie snuć wnioski o historii literatury? Kto w ogóle czyta lek-tury? Osobiście ich nie czytam, ponieważ uznaję to za stratę czasu – mówi Zbyszek, uczeń drugiej klasy o profilu mate-matyczno–informatycznym. Podobne zda-nie mają jego koledzy z klasy. Według nich przedmioty ścisłe są o wiele ważniejsze i to na ich nauce wolą się skupić. Zamiast czytania całej książki, wolę ściągnąć z neta opracowanie. Robię tak od gimnazjum i jakoś żyję – dodaje jeden z nich. Taka sytuacja przeważa w klasach o „ścisłych” profilach. A co z klasami humanistycznymi? Tu spra-wa wygląda trochę lepiej. Więcej ludzi

Społeczeństwo

przyznaje się do czytania całości albo przynajmniej fragmentów lektur. Mimo tego zarówno w pierwszym, jak i w drugim środowisku można spotkać osoby, które o lekturach szkolnych nie mają zielonego pojęcia. O czym rozmawiamy? Aby utwierdzić się w przekonaniu, że czytanie lektur przez młodzież to pojęcie abstrakcyjne, udaję się do biblioteki przy mojej szkole. Jest ona położona w odosob-nionym, cichym korytarzu. Pamiętam, że jeszcze we wrześniu miałem ogromne problemy, aby ją odnaleźć. Od czasów szkoły podstawowej postrzegałem biblio-tekę jako miejsce ciche i spokojne. To miejsce jest jednak specyficzne – na przerwach panuje tutaj ruch jak na stołówce. Choć zawsze myślałem, że jest to bardziej spowodowane możliwością skorzystania z Internetu niż realizowania podstawowej działalności biblioteki, to już pierwsze słowa bibliotekarki, którą pytam o zdanie w sprawie lektur, szybko sprowa-dzają mnie na ziemię... Sytuacja z lektu-rami wcale nie jest taka zła, przynajmniej w naszej szkole. Wręcz przeciwnie, mogę śmiało powiedzieć, że wielu uczniów na-prawdę lektury czyta. Praktycznie przez cały rok mamy problemy z brakiem odpowiedniej ilości egzemplarzy – słowa te, choć nierealne, coraz bardziej zdają się mnie przekonywać. Rzeczywiście, co chwilę ktoś nam przerywa rozmowę, prosząc o książki. Jeśli chcemy mieć pojęcie o świecie, o życiu, czy też mieć ciekawe

Społeczeństwo

tematy do rozmów, to musimy czytać. Książki otwierają nam nowe perspektywy, wpływają na nasz światopogląd. Jeśli chcemy być oczytani, mądrzy, warto jest brać pod uwagę nie tylko współczesne pozycje, lecz musimy sięgać również po te klasyczne, tak zwane wielkie, piękne – dodaje moja rozmówczyni, jednocześnie wydając uczniom żądane lektury. Słowa te, może trochę zbyt optymistyczne, zawierają w sobie ziarenko prawdy. Książki rzeczy-wiście pozwalają nam postrzegać świat z innych perspektyw. Wystarczy przysłu-chać się tematom rozmów różnych ludzi, aby szybko stwierdzić, że człowiek oczy-tany ma otwartą furtkę w większości kręgów towarzyskich. Czy to będzie kółko adoracji wzorów matematycznych czy filmowych zapaleńców – człowiek taki wszędzie będzie miał coś do powiedzenia. Chcę dobrze zdać maturę A co o lekturach myślą ci, których bez-pośrednio one dotyczą? Zdanie uczniów jest podzielone. Spora ilość pytanych osób rzeczywiście lektury czytała, jednak jakie dało im to korzyści? Dla mnie czytanie lektur to nonsens, nic mi one tak naprawdę nie dają. Czytam je tylko dlatego, żeby móc dobrze napisać maturę – mówi Tomek. Spotkałem wiele osób potwier-dzających tę tezę. Uczniowie klas „ścisłych” mają gorszą sytuację. Matura na poziomie podstawowym jest oparta przede wszyst-kim o lektury, więc trzeba mieć przy-najmniej trochę wiedzy na ten temat. A co z tymi, którzy na czytanie książek czasu nie mają, ponieważ zależy im na innych przedmiotach? A matura z języka polskiego jest obowiązkowa… Nie ma co narzekać, my mamy tą samą sytuację z matematyką – to zdanie Dawida, ucznia klasy o profilu społecznoprawnym. Zastanawiająca jest jednak kwestia, czy lektury z obecnie obowiązującego kanonu mogą wnieść coś wartościowego do naszego życia? Niektóre lektury mogą naprawdę wiele nauczyć. Pan Tadeusz jest przykładem dzieła, po prze-czytaniu którego możemy poznać realia codziennego życia naszych przodków z najdrobniejszymi szczegółami - twierdzi Patrycja, uczennica klasy o profilu dyplo-matycznym. Pozostaje pytanie, czy naprawdę wszystkich to interesuje? Filmy zamiast książek? Co można więc zaproponować uczniom, którzy nie mają czasu ślęczeć nad opasłymi książkami? Poza streszczeniem dzieła, zawsze pozostaje możliwość obejrzenia jego ekranizacji, jeśli takowa istnieje. Tu jednak kolejny haczyk. Wszyscy dobrze wiedzą, że z ekranizacjami jest różnie. Reżyser bowiem przenosi dzieło na ekran

Społeczeństwo Na pytanie, jakie inne lektury proponowałby zamiast obecnych „klasyków”, odpowiedział bez namysłu: „Ja bym proponował lektury bardziej praktyczne. Nie wiem, może… Kamasutra?”.

zwykle w formie poważnie odstającej od oryginału, a co za tym idzie, nie można uznać filmów za wiarygodne. Cytowana wcześniej bibliotekarka stanowczo odradza takie sposoby. Najlepszym rozwiązaniem jest najpierw przeczytanie lektury, a póź-niej obejrzenie jej ekranizacji, lecz tylko jako uzupełnienie dzieła – mówi, by po chwili dodać – czasami nawet jest to konieczne, aby móc w pełni zrozumieć film. Na przykład całkiem niedawno pewna klasa wybierała się na teatralną inscenizację poematu Aleksandra Puszkina „Eugeniusz Onegin”. Na kilka dni przed wyjściem wszyscy szturmem okupowali bibliotekę, ponieważ ich polonistka poradziła prze-czytać najpierw oryginał, gdyż mogłyby wystąpić trudności w interpretacji. I miała rację – ci, którzy nie zdążyli przeczytać książki, mieli poważne problemy… Ciekawym rozwiązaniem również jest proponowanie młodym lektur nowszych, współczesnych, zamiast książek sugero-wanych w kanonie lektur. Przykładem może być wszystkim dobrze znany Harry Potter. Coraz częściej słyszy się o takich sposobach. Nauczyciele uzasadniają takie wybory tym że lektury w klasach szkoły podstawowej, czy nawet w gimnazjum mają za zadanie przede wszystkim pomóc młodym się „rozczytać” i wskazać, jak trzeba „czytać umiejętnie”. W takim wypadku nie ma różnicy, czy omawiamy lekturę z tych proponowanych klasyków czy książkę z listy światowych bestsellerów.

Społeczeństwo

Podstawowym zadaniem jest przede wszystkim zaciekawienie młodych światem książek i literatury. Niestety, sytuacja w liceum jest zupełnie inna, ponieważ lektury w szkołach ponadgimnazjalnych to podstawowa wiedza, bez której nie można myśleć o dobrze zdanej maturze. Dokąd pójść? Sytuacja wydaje się być skomplikowana. Nigdy nie uda się pogodzić interesów wszystkich uczniów z całej Polski. W któ-rym kierunku pójdzie szkolnictwo polskie – czas pokaże, jednak najprawdopodobniej nic się nie zmieni jeszcze przez dobre parę lat. Poza kosmetycznymi zmianami w lekturach lista ta prześladuje uczniów w niezmienionej postaci od dawna. Pozostaje nam dyskutować, czy taka sytuacja bardziej szkodzi polskiej mło-dzieży, czy też nie, jednak po rozmowie z jednym z moich kolegów uznałem, że coś dobrego jednak jest w tej stagnacji listy lektur… Na pytanie, jakie inne lektury pro-ponowałby zamiast obecnych „klasyków”, odpowiedział bez namysłu: Ja bym proponował lektury bardziej praktyczne. Nie wiem, może… Kamasutra?. Marcin Jasiński fot.1 zimpenfish fot.2 crimfants fot.3 Logofag Kasia to normalna dziewczyna. Chodzi do liceum wieczorowego, bardzo dobrze się uczy i planuje studia. Jest piękną, szczupłą blondynką. Uwielbia spacerować i rozmawiać. Ostatnio do jej rozrywek należą oglądanie kreskówek, zwłaszcza wieczorynek, układanie klocków i opowiadanie bajek. Uważa, że trzeba się pogodzić z tym, na co nie do końca ma wpływ. Jest niesamowitą kobietą, potrafiła przezwyciężyć strach i dojść do wyznaczonego sobie celu.
Będzie DOBRZE
Społeczeństwo

„Mateusza poznałam przez przypadek. Zaczęło się od wspólnej imprezy. Potem od słowa do słowa zaczęliśmy się poznawać. Wiele nas łączyło, oboje uwielbialiśmy spacerować. Potrafiliśmy chodzić godzinami. Nie czuliśmy się zmęczeni, nie brakowało nam tematów, nie przesta-waliśmy się śmiać. Zawsze, zanim położyłam się spać, Mateusz dzwonił do mnie. Czasem tylko po to, żeby umówić się na spacer następnego dnia. Zakochaliśmy się w sobie. Oboje ukrywaliśmy to przez dłuższy czas. Może dlatego, że baliśmy się wzajemnej reakcji, albo może nie chcieliśmy niszczyć naszej przyjaźni. Wiele razy rozmawialiśmy o przyszłości, a wła-ściwie o planach, oczywiście wspólnych. Nie wyobrażaliśmy sobie życia bez siebie. Przedstawiłam Mateusza swoim rodzicom. Zaakceptowali go i polubili. Ja poznałam jego mamę. Jest bardzo sympatyczną i wygadaną osobą. Wiedziałam po kim Mateusz odziedziczył taką cechę. Często się

Społeczeństwo

z tego śmialiśmy. Pasowaliśmy do siebie, ja częściej słuchałam a on opowiadał. Jak zwykle o niczym. Gdy musieliśmy poro-zmawiać na poważniejszy temat, w ciągu pięciu minut zamieniał się on w rozmowę o niczym. Nawet nie zauważałam jak to się działo. Cieszyłam się z każdej chwili, którą spędzaliśmy razem. Nie mieliśmy dużych problemów, nie kłóciliśmy się często. Pomagała nam nasza przyjaźń, nie tylko byliśmy ze sobą, ale przede wszystkim przyjaźniliśmy się. Gdy któreś z nas miało problem, rozmowa była lekiem na wszystko. Wspieraliśmy się nawzajem. Uważałam nas za idealną parę. Byłam uzależniona od jego obecności. Potrzebowałam jej jak niczego innego. On sam wystarczał mi w stu procentach. Nie miałam czasu dla znajomych. Poświęcałam go tylko jednej osobie w moim życiu. Myślałam, że to nigdy się nie skończy. W wieku 16 lat zaszłam w ciążę. Dzień, w którym się o tym dowiedziałam pamiętam do dziś. Nic do mnie nie docierało, byłam w szoku. Nie potrafiłam płakać, załamać się, cieszyć. Nie było po mnie widać żadnych emocji. Nie myślałam o niczym. Mateusz bardzo mnie wspierał, powiedział: „Nie będzie idealnie, ale będzie dobrze”. Oboje byliśmy niepełnoletni. Nie mieliśmy pracy, własnego mieszkania. Nie mieliśmy niczego co jest potrzebne do utrzymania i wychowywania dziecka. Wiedziałam, że muszę porozmawiać z rodzicami. Zrobiłam to tego samego dnia. Nie zastanawiałam się, czy jeszcze poczekać, czy ich na to przygotować. Dobrze zdawałam sobie sprawę, że do takiej wiadomości nie da się nikogo przygotować. Myślałam tylko o tym, że prędzej czy później będę musiała

Społeczeństwo

im powiedzieć, chciałam mieć to za sobą. Ich reakcja była bardzo podobna do mojej. Nie było płaczu, krzyku. Oczywiście nie było też radości. Wierzyłam w to, że będzie dobrze. Ustaliliśmy, że Mateusz znajdzie pracę na wakacje. Sam to zaproponował. Starał się robić co tylko mógł. Chyba tylko dlatego, że jeszcze nie zdawał sobie sprawy powagi sytuacji. Ja nie mogłam rzucić szkoły i pójść do pracy, jednak robiłam co mogłam. Udzielałam korepetycji, uczyłam się dobrze, więc nie miałam z tym problemów. Zaczęłam czytać wiele książek związanych z ciążą. Lekarz był zdziwiony moją wiedzą. Pierwszy raz zdałam sobie sprawę z tego, że noszę pod sercem malutkiego człowieka gdy przed każdym pójściem do lekarza modliłam się o to, aby wyniki badań były dobre. Nie dbałam już tylko o siebie. Byłam odpowiedzialna za dwie osoby. Często kładłam się i myślałam o jego płci, o tym jak będzie wyglądało. Starałam się uciekać od myśli związanych z tym, że mogę sobie nie poradzić. Pomimo tego, że mojego brzuszka nie było jeszcze widać, gdy na dworze robiło się trochę zimnej, odruchowo kładłam na nim obie ręce. Nieuniknione były plotki na mój temat. Dowiadywałam się o sobie różnych rzeczy, w większości nieprawdziwych. Starałam się tym nie przejmować. Zaczęło bardziej zależeć mi na szkole. Uczyłam się lepiej niż wcześniej. Wiedziałam, że to ważne i że powinnam o to zadbać. Dyrektorka mojej szkoły bardzo mi pomogła, pozwoliła mi dalej do niej chodzić, porozmawiała z wszystkimi nauczycielami. Do dziś jestem jej wdzięczna. Gdzieś w tym wszystkim zatraciły się nasze rozmowy z Mateuszem o niczym. Przestaliśmy chodzić na spacery. Często gdy spotykaliśmy znajomego, staraliśmy się pójść inną stroną. Ja tego nie chciałam. Nie uważałam, że mam powód, aby tak robić. Przecież nikogo nie zabiłam, nie okradłam. Dlaczego miałabym się wstydzić ludzi? Jedyne miejsca, w których spotykaliśmy się to nasze mieszkania. Raz byliśmy u niego, a raz u mnie i tak w kółko. Czerwiec – miesiąc, w którym słońce zmusza ludzi do wychodzenia z domu. My nie wychodziliśmy. Mateusz zaczął unikać spotkań ze mną. Wiele razy próbowałam z nim o tym rozmawiać. Niestety bez skutku, potrafił tylko zmieniać temat. Jednak najczęściej zaczynaliśmy się kłócić. Kłótnie pojawiały się przez dosłownie wszystko. Wierzyłam nadal, że będzie dobrze. Mateusz coraz rzadziej pracował. Tłumaczył to mówiąc, że ma prawo czuć się zmęczony. Starałam się to zrozumieć. Mieszkam w małym mieście, wieści szybko się rozchodzą. Pewnego dnia, wracając do domu, przytrzymałam drzwi starszej pani, która właśnie wchodziła do klatki. Spodziewałam się tylko, że powie: „dziękuję”. Usłyszałam, że zmarnowałam sobie życie i, że powinnam się wstydzić wychodzić z domu. Nie mogłam w to uwierzyć. Ludzie zachowywali się jakby znali mnie lepiej niż ja sama siebie. Oprócz nielicznych osób, które naprawdę mi pomogły, inni patrzyli się na

Społeczeństwo "Nic do mnie nie docierało, byłam w szoku. Nie potrafiłam płakać, załamać się, cieszyć. Nie było po mnie widać żadnych emocji."

mnie jakbym nosiła w sobie jakąś chorobę zakaźną. Innym razem dwie dziewczyny, których nawet nie znałam patrzyły na mnie i mówiły do siebie: „Patrz to ta, co wpadła. Należało się jej, jak się ma nowego chłopaka co tydzień i robi to z kim popadnie to trzeba się z tym liczyć”. Dlaczego ludzie potrafią być dla siebie tacy okrutni? Ja nie byłam inna, ani gorsza. Nosiłam w sobie małego dzidziusia, który nie pozwalał mi zapomnieć o tym, że tam jest. Tylko on się dla mnie liczył. Z perspektywy czasu uważam, że zachowałam się dojrzale. W pełni poniosłam odpowiedzialność za to co zrobiłam. Mogłam się załamać, codziennie płakać, ale nic by mi to nie dało. Uświadomiłam sobie, że moje życie się nie zmarnowało. Byłam pewna, że będzie mi w nim znacznie trudniej niż innym, jednak nie poddałam się. Zrobiłam to dla niego, wiedziałam, że kiedyś będę mu mogła śmiało powiedzieć, że nie zrezygnowałam, ponieważ był dla mnie i zawsze będzie najważniejszy. Nigdy przez myśl nie przeszła mi aborcja. Gdybym to zrobiła czułabym się jakbym ukarała je za coś czemu nie jest winne. Musiałam walczyć. Pomimo tego, że czasem już brakowało mi sił, dałam radę. Udało mi się dzięki niemu. Kochałam je, wszystko robiliśmy razem, jedliśmy, oglądaliśmy filmy, słuchaliśmy muzyki, gotowaliśmy. To cudowne uczucie, nigdy go nie zapomnę. Czynności, które normalny człowiek wykonuje mecha-nicznie, mnie sprawiały ogromną radość. Gdy szłam po szklankę wody czułam, że nie jestem sama. Zawsze mówiłam do

Społeczeństwo

niego: „Chce ci się bardzo pić? Chyba będziemy musieli nalać sobie dwie szklanki”. Wciąż jednak czułam, że cały świat stanął przeciwko mnie i mojemu dziecku. Zapomniałam co to znaczy normalne wyjście do sklepu. Ludzie mierzyli mnie wzrokiem. Brakowało jeszcze tylko tego, żeby mówili o mnie w radiu, albo w telewizji. Oczywiście dodając przy tym niestworzone historie. Niszczyli życie nie tylko mnie, ale też jemu. Dziecku, które nie jest niczemu winne. Jeszcze się nie urodziło, a już było skazane na to, że ludzie będą je traktowali inaczej. Wiele osób się ode mnie odwróciło. Pomimo tego, że mnie znali i wiedzieli jaka jestem, wierzyli w plotki. Nie mogłam z tym nic zrobić. Żyłam ze świadomością, że małe stworzenie przyjdzie na świat dzięki mnie. Z Mateuszem widywałam się raz w tygodniu. Nigdy bym nie pomyślała, że byliśmy kiedyś idealną parą. W moim życiu zmieniło się dosłownie wszystko. Rodzicie mnie wspierali, jednak nie byli w stanie zastąpić dziecku ojca. Młody, bezradny człowieczek potrzebuje obojga rodziców. Zrobiłabym dla niego wszystko, jednak wielu rzeczy nie byłam w stanie. Dzień jego narodzin pamiętam bardzo dokładnie. W końcu niełatwo zapomina się najszczęśliwsze dni w swoim życiu. Pierwszy raz mogłam dotknąć Kamilka. Był drobny i malutki. Tego uczucia nie da się opisać. Trzeba sobie spróbować wyobrazić jak to jest trzymać na rękach największe szczęście w swoim życiu, być za nie odpowiedzialnym, martwić się o nie.

Społeczeństwo

Patrzyłam na część siebie, która na zawsze będzie ze mną związana. Nie da się nie kochać swojego dziecka. Mój mały Kamilek jest najpiękniejszym i najwspanialszym dzidziusiem na świecie. Mateusz, po moim telefonie, przyjechał razem z moją mamą do szpitala. Niestety na porodówkę mogła wejść tylko jedna osoba. Przepuścił moją mamę, a sam patrzył przez szybę. Kilka godzin później, odwiedził mnie po raz kolejny. Patrzył na Kamilka i nie mógł oderwać od niego wzroku. Cały czas okrywał go kocykiem i pytał się mnie czy przypadkiem nie jest mu zimno. Bał się go wziąć na ręce. Kilka dni później gdy byłam już w domu, spotkałam się z Mateuszem. Poprosił mnie o rozmowę, ustaliliśmy, że nie będziemy razem. Odwiedza nas co drugi dzień. Spędzamy ze sobą wiele czasu, bardzo mi pomaga. Jesteśmy teraz zupełnie innymi osobami. Obowiązki zmieniają ludzi. Trzeba zdać sobie sprawę, że w życiu nie można być wiecznym dzieckiem. Trzeba wybrać cel i dążyć do niego. Czasem opłaca się poświęcić, oddać komuś całego siebie. Można wtedy wiele zyskać.” Natalia Grzmil fot.1,2,3,4 Klaudia Mehlich fot.5 Jon Ovington ___________________________________ Ze względu na prośbę bohaterki o niepublikowanie jej wizerunku oraz danych osobowych wszystkie imiona w tekście zostały zmienione, fotografie przedstawiają zaś inną osobę. ___________________________________ We współczesnym świecie nie ma miejsca na nieśmiałość. Życie wymaga od każdego codziennej walki z przeciwnościami, narzuca określone normy, zachowania i zadania, którym często trudno podołać. Mimo tego lękliwość społeczna towarzyszy wielu ludziom.
ŚMIAŁY nieśmiały PROBLEM
Społeczeństwo for. Krystyna Janysek

Dotyka ona dzieci w wieku przedszkolnym, młodzież i osoby dorosłe. Wiek czy status społeczny nie mają żadnego znaczenia. Zawsze byłam nieśmiała. Kontakty z ludźmi były dla mnie bardzo trudne. Pamiętam stres, jaki towarzyszył mi w pierwszych dniach szkoły czy podczas wystąpień publicznych. Czułam paraliżujący strach i tremę. Trudno było mi nad tym zapanować. Właściwie sama nie wiem, dla-czego... - opowiada Kasia, uczennica trzeciej klasy liceum. Przyczyny paraliżującego lęku mogą być różne. Wielu zmagających się z nieś-miałością ludzi ma negatywne doświad-czenia z przeszłości. Często doświadczali wstydu, byli odrzucani i ośmieszani przez rówieśników. Najczęstszą przyczyną nieś-miałości jest problem z niską samooceną i akceptacją samego siebie. Notoryczne negatywne myślenie o sobie i wytykanie

Społeczeństwo Przyczyny paraliżującego lęku mogą być różne. Wielu zmagających się z nieśmiałością ludzi ma negatywne doświadczenia z przeszłości. Często doświadczali wstydu, byli odrzucani i ośmieszani przez rówieśników. Najczęstszą przyczyną nieśmiałości jest problem z niską samooceną i akceptacją samego siebie.

sobie wad pogłębia problem. Ludzie, którzy nie są pewni siebie, uważają, że z jakiegoś powodu są gorsi od innych. Zawsze przejmowałam się tym, co ludzie o mnie myślą. Wychowałam się w rodzinie, w której zdanie sąsiadów czy znajomych miało ogromne znaczenie. Kiedy się wy-prowadziłam z domu, miałam nadzieję, że porzucę ten głupi nawyk. Niestety, tak się nie stało. Trudno pozbyć się postaw, które zakorzenili w nas rodzice - zdaje sobie sprawę Ola. Takie osoby podczas rozmowy przywiązują zbyt dużą wagę do tego, co myśli o nich rozmówca. Obawiają się surowej krytyki. Boję się publicznych wystąpień, nawet w gronie osób, które znam. Wśród przyjaciół potrafię normalnie rozmawiać i śmiać się, ale kiedy na polecenie nauczyciela mam ogłosić jakąś informację na forum klasy, odbiera mi mowę. Pewność siebie zostaje zupełnie zachwiana... - żali się Adrian, spokojny i wrażliwy chłopak. Staje na środku klasy i próbuje coś powiedzieć, jednak mimowolnie się spina i czerwieni. A w głowie pojawia się tylko jedno pytanie: „Co oni o mnie pomyślą?”. Każdy kontakt z nowo poznaną osobą jest dla mnie bardzo stresujący. Nie umiem sobie z tym poradzić. Czerwienię się i jąkam. Najchętniej nie wychodziłabym z domu. Mogłabym uniknąć takich sytuacji - opowiada Basia, dobrze ucząca się „szara myszka”. Spotkania z nowymi osobami to ogromny ciężar psychiczny. W głowie

Społeczeństwo

pojawia się pewien rodzaj blokady. Onieś-mielenie w codziennych sytuacjach i skrę-powanie są bardzo silne i utrudniają kontakty międzyludzkie. Zwykłe rozpo-częcie rozmowy czy odezwanie się na lekcji sprawia kłopot. Osoby nieśmiałe nie udzie-lają się zbyt często, gdyż nie chcą się skompromitować, chociaż paradoksalnie mają o to do siebie później pretensje. Lękliwość społeczna wprowadza w życie zamieszanie, którego większość chciałaby się pozbyć. Kacprowi się udało. "Kiedy opo-wiadam ludziom, że kiedyś byłem nieśmiały, to reakcja zawsze jest ta sama. Najpierw zdziwienie, potem śmiech. Trudno im uwierzyć, że jeszcze rok temu miałem problemy z nawiązywaniem kon-taktów, a najbardziej błahe zdarzenie było w stanie mnie zestresować. W tej chwili realizuję się w firmie. Często występuję publicznie. Nie mam z tym już naj-mniejszego problemu. Dojście do tak ogromnych efektów zajęło mi kilka lat ciężkiej pracy nad sobą. Uczyłem się siebie i byłem cierpliwy. Ale się opłaciło." Historia Kacpra udowadnia, że nieśmiałość można zwalczyć. Specjaliści doradzają, jak to zrobić. Na samym początku należy uświadomić sobie potrzebę pracy nad sobą. Należy zro-zumieć, że nie ma ludzi idealnych - każdy popełnia jakieś błędy. Codziennie trzeba rozwijać własne poczucie wartości. Nie-zbędny będzie również dystans do siebie. Śmiech zwalcza stres i inne negatywne emocje. Osoby nieśmiałe są mistrzami

Społeczeństwo

w negatywnym myśleniu. Należy porzucić czarne scenariusze i zacząć myśleć pozytywnie. To, co powoduje, że osoby nieśmiałe często nie podejmują nawet próby walki ze swoją wstydliwością, to obawa przed po-rażkami. Nie można ich uniknąć, ale można czerpać z nich wiele doświadczenia. Nawet jeśli nie uda się pożegnać na zawsze z onieśmieleniem, nie wolno się przej-mować, gdyż odrobina nieśmiałości dodaje tajemniczości! Justyna Błach Na samym początku należy uświadomić sobie potrzebę pracy nad sobą. Należy zrozumieć, że nie ma ludzi idealnych - każdy popełnia jakieś błędy. Codziennie trzeba rozwijać własne poczucie wartości. Niezbędny będzie również dystans do siebie. Śmiech zwalcza stres i inne negatywne emocje. fot.2 epSos.de fot.3 Krystyna Janysek fot.4 joseph.antoniello Krótka opowieść o KOSZYKÓWCE

Sport

W 2011 roku przypada 120 rocznica powstania koszykówki. Wiąże się ona nie tylko ze stworzeniem przez dra Jamesa Naismitha pierwszych zasad gry w piłkę koszykową, czy też z przybiciem drew-nianych koszy do zbierania owoców do balkonów w sali gimnastycznej tak, by można było do nich wrzucać skórzaną piłkę, ale przede wszystkim z powstaniem pierwszej drużyny koszykarskiej w historii. Springfiels w stanie Massachusetts w USA – to właśnie tam narodził się ten sport i właśnie jego amerykańskiego wydania dotyczyć będzie poniższa historia. Co ciekawe, jedną z narodowych dyscyplin zespołowych Stanów Zjednoczonych wy-myślił Kanadyjczyk. Nauczyciel wychowania fizycznego i lekarz, dr James A. Naismith został zobligowany przez swojego praco-dawcę, Training School w Springfield, do stworzenia nowej gry zespołowej. Podczas pierwszej rozgrywki nowej dyscypliny, dr Naismith podzielił młodzież na dwie 9-cio osobowe drużyny. Zawodnicy mogli jedynie podawać do siebie piłkę – nie znano bowiem możliwości kozłowania - a punkty zdobywano poprzez wrzucenie piłki do kosza. W związku z problemem wyciągania piłki postanowiono wybić dna w koszach. Trzeba było czekać aż 15 lat na zamianę ciężkich drewnianych konstrukcji na meta-lowe obręcze z podwieszoną siatką oraz specjalne tablice ułatwiające zdobywanie punktów. Już od samego początku dążono do uat-rakcyjnienia tej dyscypliny. W 1898 roku

Sport

powstała pierwsza zawodowa liga koszy-karska w Ameryce - NBL (National Basketball League), która jednak szybko się rozpadła. Zapotrzebowanie na ten rodzaj rozrywki spowodowało, że kilkak-rotnie w historii dyscypliny w Stanach Zjednoczonych funkcjonowały po dwie rywalizujące ze sobą ligi zawodowe. Dopiero w 1949 roku doszło do utworzenia znanej nam obecnie NBA (National Basketball Association) z połączenia BAA i nowo powstałej w 1937 r. NBL (oprócz nazwy nie miała nic wspólnego z tą założoną w 1898 roku). Rozgrywki podzielone są na regular season i play–offs zwane też post season. O ile w sezonie regularnym drużyny rozgrywają mecze ze wszystkimi rywalami z ligi, o tyle play–offy wyłaniają najpierw mistrzów kon-ferencji i dopiero w finale spotykają się przedstawiciele mistrza "zachodu" z mist-rzem "wschodu". Obecnie najbardziej utytułowane kluby to Boston Celtics (17 tytułów mistrzowskich) oraz Los Angeles Lakers (16 tytułów). Co ciekawe, wspom-niani wyżej Boston Celtics oraz New York Knicks (początkowo Knickerbockers - od rodzaju bufiastych spodni noszonych przez holenderskich założycieli Nowego Jorku) są jedynymi drużynami, które grają w swoich macierzystych miastach od początku pow-stania klubów. Liczne "wędrówki" drużyn związane są z dość zabawnymi nazwami. Na przykład, "Jeziorowcy" z Los Angeles, miasta niemającego za wiele wspólnego z jeziorami, nazwę zawdzięczają Minnesocie, zwanej "Krainą 10 000 jezior", gdzie grali w latach 1947-1960. Klub ten jest jeszcze starszy, gdyż oficjalnie zgłosił się do rozgrywek BAA w 1946 roku jako Detroit Games. Z Lakers wiąże się też jedna z najbardziej przełomowych zmian w historii koszykówki. W 1950 roku doszło do meczu pomiędzy Minneapolis Lakers a Fort Wayne Pistons (obecnie Detroit), w którym zanotowano najniższy wynik w historii NBA: 19-18. Nadmierna gra na czas graczy Pistons zmusiła władze ligi do zastanowienia się nad tym, jak zapobiec takim sytuacjom. NBA wprowadziła ograniczenie czasowe (24 sekundy) na rozegranie akcji, co doprowadziło do przyspieszenia gry, a za-razem zwiększenia widowiskowości. Silne osobowości zawodników i trenerów spowodowały, że lata 60', 70' i 80' to czas dominacji dwóch najbardziej utytułowa-nych drużyn. Wiąże się to m.in. z silnymi związkami najlepszej ligi świata z rozgryw-kami akademickimi. 90% graczy NBA to absolwenci amerykańskich uczelni, na któ-rych młodzi koszykarze zdobywają doś-wiadczenie i stawają się lokalnymi gwiazdami. W Stanach Zjednoczonych sport akademicki jest na dużo wyższym poziomie niż w Europie, dlatego nikogo nie dziwi, że w zawodowej lidze gra tylko 30 drużyn (w tym jedna z Kanady).

Sport

Mieszkańcy kibicują przede wszystkim zespołom reprezentującym lokalne uniwer-sytety czy szkoły wyższe, natomiast roz- rywka na najwyższym poziomie - NBA, dostępna jest tylko w tych miastach, które spełniają szereg pozasportowych wymogów. Kluby NBA nie muszą szkolić zawodników, gdyż robią to za nie uczelnie. Jednak aby zachować równowagę sił w lidze, draft (nabór zawodników do klubów NBA) rządzi się szczególnymi zasadami. Generalnie drużyny z najgorszymi bilansami z sezonu zasadniczego mają w drafcie pierw-szeństwo wyboru. Ma to na celu wyrównywanie szans, najlepsi rookies (tak w świecie koszykówki określa się debiu-tantów) trafiają do najsłabszych drużyn. Jednak w wyniku kontuzji lidera drużyny, czy też genialnych wymian pomiędzy klubami (w NBA nie można zawodnika kupić od innego klubu, a jedynie wymienić na innego gracza, bądź na wybór w drafcie) zdarzało się, że jedna drużyna dominowała w rozgrywkach przez lata. Dzięki Davidowi Sternowi, który od ponad ćwierćwiecza pełni funkcję komisarza ligi, o NBA mówi się, że jest innowacyjna. W jaki sposób rozgrywki sportowe mogą być innowacyjne? Chodzi o wiele rozwiązań z pogranicza świata mediów i sportu. Bardzo duża widowiskowość przez cały sezon - wielokrotnie wynik rozstrzygany jest równo z końcową syreną. Jeśli dodamy do tego, że aby zostać mistrzem NBA, należy przeciwnika pokonać w finale czterokrotnie (najbardziej pasjonujące

Sport

finały rozstrzygały się w siódmym spotkaniu), to wyobraźcie sobie te emocje! NBA jako pierwsza liga na świecie daje możliwość oglądania WSZYSTKICH ligo-wych spotkań za pomocą TV, Internetu czy telefonów komórkowych (a warto przy-pomnieć, że każda z 30 drużyn rozgrywa ich tylko w regular season 82!) Możliwość oglądania przez sędziów w spornych sytu-acjach powtórek z nagrań video stała się w tej lidze normą i nie zmieniło to ani dramaturgii spotkań, ani ich płynności, na co powołują się władze federacji piłkar-skich, wzbraniając się przed wprowadze-niem tego typu rozwiązania. I tak, po 120 latach zwyczajne rzucanie piłki do drewnianego kosza stało się sportem, a my za pomocą Internetu czy telewizji możemy poczuć, jak gdyby ci najwięksi byli tuż obok nas, na wycią-gnięcie ręki. Jesteśmy niejako uczestnikami tworzenia historii – dzieje się to niemal każdego wieczora, kiedy to ustanawiane są kolejne rekordy zdobytych punktów, asyst czy przechwytów. Jednak we współczesnej koszykówce najpiękniejsze jest to co, było jej istotą od samego początku – że każdy z nas może wziąć pomarańczową piłkę i pobiec na osiedlowe boisko, by poudawać – może już nie Micheala Jordana, ale LeBrona, Kobyego czy Marcina Gortata. Michał Mendala fot. 2 consiglieri80 fot. 3 Keith Allison Jeszcze rok temu był zaledwie gwiazdą lokalną, a teraz jest piłkarzem klasy światowej. Koncertowo zagrał na mundialu, prowadząc swą reprezentację do zdobycia brązowych medali. Całkowicie zasłużył sobie na transfer do Realu Madryt. Mesut Özil, potwierdza to niemal każdym meczem rozegranym w barwach „Królewskich”.
Wyśniona kariera Mesuta Özila
Sport

Szybko zyskał sympatię kibiców z Santiago Bernabeu, którzy w ogóle nie przejmowali się długotrwałą kontuzją Kaki. Dlaczego? Ano, dlatego, że Mesut Özil wspaniale zastępował pod jego nieobecność zdo-bywcę Złotej Piłki z 2007 roku. Ale zaraz, zaraz. Zastępował? Niemiec z tureckim ro- dowodem nie zamierza się zadowalać rolą drugoplanową! I nie ma się co dziwić. 22-latek nazywany był już „niemieckim Zidanem” jak i „nie-mieckim Messim”. Już od dłuższego czasu rozwijał się bardzo harmonijnie i każdy, od dawna śledził jego losy, wiedział, że to materiał na wielkiego gracza. Ostatni rok jego piłkarskiego życia, to wręcz pod-ręcznikowy przykład na to, jak prawidłowo robić karierę. Jeszcze zimą i wiosną bry-lował w Bundeslidze, latem wskoczył na

Sport

wyższy poziom, grając jak z nut na Mistrzostwach Świata w RPA, zaś jesienią (już w barwach Realu) ugruntował swą pozycję wśród gwiazd europejskiego futbolu. Jego grę cechuje ułańska fantazja, lecz myli się ten, kto myśli, że to jeździec bez głowy. Mimo południowoeuropejskich korzeni prezentuje w grze również niemiecką dyscyplinę i rozwagę. Nie kiwa bez namysłu, narażając zespół na ryzy-kowne straty piłki. Wręcz przeciwnie, Özil dobrze wie, że uprawia sport zespołowy, na co wskazuje choćby fakt, że ma na koncie najwięcej asyst spośród wszystkich podopiecznych Jose Mourinho. Zresztą, portugalski trener nie żałuje po-chwał pod adresem 21-krotnego repre-zentanta Niemiec, stawiając go na równi ze swym rodakiem, Cristiano Ronaldo, na którego ma w zwyczaju chuchać i dmu-chać. – On jest magiczny. Mamy dwóch magików. Jednym z nich jest Cristiano Ronaldo, a drugim właśnie Mesut Özil. Ludzie obydwu kochają tak samo – głosił w połowie rundy jesiennej Primera Division popularny Mou. Mesut Özil to, wbrew niektórym donie-sieniom, nie syn, a wnuk tureckich emig-rantów, którzy wyjechali za chlebem właśnie do Niemiec. Jego rodzice, tak jak on - całe życie spędzili w Niemczech. Młody Mesut, jako że dość szybko ujawnił nieprzeciętny talent na boisku, równie szybko musiał się zastanowić, czy chce grać dla ojczyzny przodków, czy też dla kraju, w którym się urodził i wychował. Był w o tyle trudnej sytuacji, że decyzję musiał podjąć w wieku nastoletnim. Mając 19 lat i występy w młodzieżowych niemieckich reprezentacjach za sobą, zrzekł się całko-wicie tureckiego obywatelstwa. Dziś tego nie żałuje, mimo że początkowo towa-rzyszył mu duży strach, ponieważ tureccy emigranci telefonicznie grozili mu śmiercią. Dla Özila wybór był jednak oczywisty. - Każdy ma prawo do własnego zdania, ale dla mnie było jasne, że będę grał dla reprezentacji Niemiec. Tutaj się urodziłem i to mój dom. Mam tu rodzinę i mnóstwo przyjaciół. Otrzymałem propozycję gry zarówno dla Niemiec jak i Turcji, jednak drugiej opcji nawet nie brałem pod uwagę – tłumaczył w jednym z wywiadów. To, że w ramach meczów międzyna-rodowych zakłada na siebie koszulkę z czarnym orłem, wcale nie oznacza, że w zupełności odizolował się od swych korzeni i ich nie pielęgnuje. Wprost przeciwnie, piłkarz w dalszym ciągu wyz-naje tę samą wiarę, co jego rodzice i dziadkowie. Przed każdym swoim meczem recytuje w szatni wiersze księgi Koranu, aby być jeszcze bardziej skoncentrowanym i zmobilizowanym. Wszyscy koledzy, z któ-rymi gra, czy to reprezentacyjni, czy też klubowi, wiedzą, że nie wolno mu wtedy przeszkadzać. Taka postawa wzbudziła

Sport

szacunek wszystkich tych, którzy tak jak on dążą do poprawy stosunków turecko–nie-mieckich. W listopadzie został nagrodzony w corocznym hamburskim plebiscycie Bambi w kategorii „Integracja”. Gdy prze-mawiał odbierając statuetkę, łatwo było zauważyć, że męczy go już ciągłe zamie-szanie związane z pochodzeniem. Był spe-szony, zupełnie inaczej, niż gdy nagrywał niedawno piosenkę wraz z samym Jayem Delano, który prywatnie jest jego przyja-cielem. Kiedy jednak trzeba było zachować zimną krew, zrobił to. Prawdziwą próbę nerwów przeżył miesiąc przed otrzymaniem wspomnianej nagrody, podczas meczu nacji, z którymi jest związany. Przez całe spotkanie Niemcy – Turcja rozgrywane na Stadionie Olimpijskim w Berlinie, gdy tylko był przy piłce, słyszał pod swoim adresem gwizdy, buczenie i wyzwiska. Pomimo, że mecz rozgrywany był za naszą zachodnią granicą, to jednak na trybunach przeważali zamieszkujący Berlin Turcy, którzy ze wszystkich sił starali się dekoncentrować Mesut Özila. On jednak sprawiał wrażenie kompletnie głuchego na odgłosy wyda-wane przez publiczność. Nie popełniał błędów, był stale skupiony wyłącznie na sprawach boiskowych i przy okazji rozegrał kapitalną partię. Trafił do bramki na 2-0. Zdaniem niektórych, trafił w serce Turcji, ale sądząc po tym, że nie celebrował radości po wpisaniu się na listę strzelców, zdawał sobie sprawę, iż w takiej sytuacji lepiej pozostać zachowawczym. Z jednej strony słyszał okrzyki tureckie „Zdrajca!

Sport

Zdrajca!”, z drugiej zaś, choć nie tak głośne, wiwaty i oklaski ze strony kibiców trzeciej reprezentacji ostatnich Mistrzostw Świata. – Oczywiście byłem bardzo szczęśliwy. To, że strzeliłem tę bramkę w tak ważnym meczu, było czymś wspa-niałym. A co do stonowanego zachowania zamiast typowej celebracji po zdobyciu bramki, przyznaję, że była to spontaniczna decyzja. Zrobiłem to z szacunku dla moich rodziców i dziadków – tłumaczył na gorąco po meczu dziennikarzom. Mesut Özil w seniorskiej piłce zadebiutował już w wieku 17 lat, a szansę zaprezento-wania się w Bundeslidze dał mu jako pierwszy Mirko Slomka. Wystarczyło, aby zagrał raptem 30 meczów w barwach Schalke 04 Gelsenkirchen, a już zgłosił się po niego mający równie wysokie aspiracje Werder Brema. Zmienił klub w zimowym oknie transferowym w 2008 roku, zaś kwota odstępnego wyniosła 5,5 miliona euro. Tak jak w przypadku gry w Schalke, tak i w Werderze, Özil musiał się zadowolić wicemistrzostwem Niemiec. Nigdy nie było mu dane wznieść mistrzowskiej patery wręczanej triumfatorowi niemieckiej ekstraklasy. W dorosłym futbolu jego jedynym dotychczasowym trofeum wciąż pozostaje Puchar Niemiec zdobyty z bre-meńczykami w 2009 roku. Był bardzo bli-ski zwycięstwa z ekipą Thomasa Schaafa w ostatniej, historycznej edycji Pucharu UEFA, zanim rozgrywki zmieniły nazwę, ale ostatecznie lepszy w finale okazał się Szachtar Donieck, który wygrał po do-grywce 2-1. W finałowej rywalizacji wsze-chstronny pomocnik spisał się bardzo słabo - to wyraźnie nie był jego dzień, a samo spotkanie pewnie nadal jest dla niego gorzkim wspomnieniem. Na poprawę nastroju miesiąc później wygrał mist-rzostwa świata U-21 z reprezentacją Niemiec - i tam już w decydującej batalii spisał się bez zarzutu, bo strzelił jedną z bramek przeciwko rówieśnikom z Anglii. Tyle, że przegrany finał ostatniej edycji Pucharu UEFA to stare dzieje, bo jeszcze nie tak dawno Mesut Özil przeżył prawdziwą rozpacz. Mowa oczywiście o Gran Derbi Europa, w których odwieczny rywal Realu – FC Barcelona, ośmieszyła drużynę Özila gromiąc ją 5-0. Sam zainteresowany został zmieniony już po pierwszej połowie i zasiadł na ławce pełen zdziwienia i rozczarowania. Pytany, czy miał o to żal do Mourinho, natychmiast zaprzeczał, oznajmiając, że trener ma pra-wo stawiać na kogo chce. To było bez dwóch zdań najgorsze przeżycie Mesuta Özila, odkąd jest on piłkarzem „Królew-skich”. Jest to zarazem również przy-słowiowa łyżka dziegciu w beczce miodu, bo niemal we wszystkich pozostałych me-czach, podobnie jak cały Real, grał perfe-kcyjnie. Swoją drogą, obawiano się, że okres jego

Sport

adaptacji w nowym otoczeniu będzie trwał długo, tymczasem Özil z miejsca stał się jednym z najlepszych tancerzy w „Białym Balecie”, jak określano kiedyś drużynę Realu Madryt, gdy grali tam m.in. legen-darni Niemcy, tacy jak Paul Breitner czy też Günter Netzer. Czy Mesut Özil też będzie tak długo i tak dobrze wspominany przez kibiców Los Blancos? – Moim celem jest zwyciężanie z Realem Madryt we wszy-stkich możliwych rozgrywkach – podkreśla na każdym kroku. A skoro tak mówi, wypada mu wierzyć. Jeżeli wygra rywalizacje o pierwszy skład z wracającym do formy Kaką, być może uda mu się ziścić swoje kolejne sny, bo część na pewno już zrealizował. A na pewno oczyma wyobraźni widzi siebie bry-lującego na boisku, a nie na ławce rezer-wowych… Michał Mitrut Fot.1 Alejandro Ramos Fot.2 Christopher Bruno Fot.3 Alejandro Ramos „Uhu–ha! Nasza zima zła!” – zdaje się mówić większość piłkarzy, trenerów i kibiców polskiej piłki nożnej. Kiedy w styczniu i lutym najmocniejsze ligi europejskie co tydzień rozgrywają swoje mecze, nasi piłkarze biegają, ćwiczą i grają mecze towarzyskie. „Tak długa przerwa zimowa zabija formę zawo-dników” - już trzy lata temu mówił ex–selekcjoner reprezentacji Polski, Leo Beenhakker. Dlaczego więc nikt w zarządzie Ekstraklasy od lat nie zamierza wprowadzić nowych rozwiązań?
MY SIĘ ZIMY (nie) BOIMY
Sport

Ludzie blisko związani z polską piłką, w szczególności działacze i trenerzy, powtarzają jak mantrę, że musimy zmniejszać dystans dzielący nas od futbolowej Europy. Jak tu jednak nasza Ekstraklasa ma dogonić piłkarskich po-tentatów, kiedy w trakcie przerwy zimowej piłkarze przez trzy miesiące nie grają meczów o wysoką stawkę? Zimą w Polsce drużyny zamiast grać regularnie, wyjeż-dżają na obozy do ciepłych krajów, ćwiczą w siłowni i rozgrywają wiele sparingów. A jak twierdzi obecny trener Widzewa Łódź, Czesław Michniewicz - „Nic nie rozwija tak bardzo jak rywalizacja. W treningu piłkarz nigdy nie nabierze takich umiejętności, jak w czasie meczu.” W naszym kraju długie zimowe zgru-powania organizuje się po to, by wiosną i latem kluby były dobrze przygotowane na trudy ligowych zmagań i kwalifikacje do europejskich pucharów. Problem jednak

Sport

w tym, że takie rozwiązanie nie jest chyba najlepsze dla samych piłkarzy. Po rozpo-częciu rundy wiosennej, przez pięć kolejek gracze narzekają, że czują jeszcze w no-gach ciężkie przygotowania zimowe. Jed-nak, co najważniejsze, w letnich meczach o awans do rozgrywek europejskich prze-grywają rywalizację z zespołami takimi jak estońska Levadia Tallin czy Karabach Agdam z Azerbejdżanu z powodu… braków kondycyjnych. Taki polski paradoks. Przytoczone przykłady odnoszą się akurat tylko do Wisły Kraków, lecz świadkami podobnych sytuacji jesteśmy co sezon, od kilkunastu lat. Jeśli więc ustalanie tak długiej przerwy zimowej ciągle nie zdaje w Polsce egzaminu, to może czas wreszcie to zmienić? Piłkarska Europa podsuwa nam kilka rozwiązań tego problemu. Może któreś z nich dobrze zadziała w polskiej rzeczywistości. Pierwszym z rozwiązań jest przeniesienie Ekstraklasy z obecnego systemu rozgry-wania meczów „jesień - wiosna” na „wiosna - jesień”. Dyskusja w naszym kraju o konieczności zastosowania podobnej roszady rozpoczyna się głównie w grudniu, kiedy kluby muszą często rozgrywać swoje mecze w śniegu po kostki lub w sierpniu w momencie, gdy polskie zespoły z kre-tesem przegrywają kwalifikacje do euro-pejskich pucharów. Zwolennicy opcji wio-senno - jesiennej często podkreślają, że ten system sprawdził się w krajach skan-dynawskich oraz na Białorusi, gdzie zimowa pogoda także uniemożliwia rozgrywania spotkań w tym okresie. Najbardziej znany entuzjasta wpro-wadzenia tego systemu na polski grunt, wcześniej wspomniany Czesław Mich-niewicz zaznacza, że rozpoczęcie sezonu wiosną pozwoliłoby nam lepiej spisywać się w walce o rozgrywki UEFA, ponieważ przy-stępowalibyśmy do nich w trakcie sezonu, a nie po długiej letniej przerwie. Z drugiej strony zarząd Ekstraklasy odpiera te argu-menty, mówiąc, iż rozgrywanie meczów w lipcu niechybnie wiązałoby się ze zni-komą frekwencją kibiców na trybunach i przed telewizorami. Lipiec to ponoć mie-siąc szczególnie niekorzystny dla mediów, m.in. z tego powodu UEFA rozpoczyna Ligę Mistrzów właśnie we wrześniu. Ponadto, w każdym roku parzystym należałoby prze-rywać sezon w połowie maja ze względu na odbywające się mistrzostwa świata lub Europy. Spór pozostaje nierozstrzygnięty. Zdecydowanie łatwiejsza w realizacji w na-szym kraju wydaje się koncepcja wyko-rzystywana w takich krajach jak Niemcy, Francja czy Holandia, czyli po prostu skrócenie długiej przerwy zimowej. Oczy-wiście, z powodu braku choćby wys-tarczającej ilości stadionów z zadaszonymi trybunami w Polsce nie moglibyśmy sobie pozwolić na dwutygodniowe urlopy, jak ma to miejsce na Zachodzie. Może jednak

Sport

udałoby się przynajmniej kończyć pierwszą rundę w połowie grudnia, a kolejną zaczynać w połowie lutego? Jak słusznie zauważa były reprezentant Polski i trener napastników Lecha Poznań, Andrzej Juskowiak, w Polsce szybko powstają zada-szone stadiony z systemem ogrzewania murawy, co znacząco ułatwiłoby orga-nizację meczów nawet przy lekko niesp-rzyjających warunkach. Ekstraklasa SA w tej sprawie milczy. Skrócenie przerwy zimowej w Polsce nie jest rzeczą skomplikowaną – wystarczyłaby odrobina chęci ze strony członków zarządu, a na pewno większość piłkarzy i prezesów polskich klubów poparłaby ten pomysł. Jeśli FIFA jest w stanie nakłonić wszystkich do rozgrywania Mistrzostw Świata w Katarze zimą, to dlaczego w terminarzu naszej ligi nie miałyby zostać wprowadzone drobne zmiany? W całym zamieszaniu związanym z przerwą zimową działacze Ekstraklasy SA stoją z założonymi rękoma, odrzucając wszystkie ciekawe rozwiązania i nie proponując nic od siebie. Z całą pewnością zima w Polsce minie w końcu sama, ale wątpliwe, by sam zniknął cały problem, który wymaga zdecydowanej reakcji. Rafał Guzik Fot. włodi Hiszpańskie Gran Derbi mają już 75 lat! Przez ten długi okres rywalizacja na tym polu rozwinęła się do niewyobrażalnej skali. Już nie tylko piłkarze, trenerzy i prezesi chcą dzierżyć prym. Prestiż jest tak ogromny, że kibice obydwu klubów przez cały rok angażują się w każdą sprawę, która tego meczu dotyczy.
GRAN DERBI oczami kibica
Sport

Każdy zainteresowany futbolem, orientuje się, czym jest piłkarskie święto, które przynajmniej co pół roku ogląda 400 mi-lionów fanów na całym świecie. Mimo to wypadało by co nieco przybliżyć jego definicję. Jak mówi Wikipedia El Clásico (hiszp. "Klasyk"), Derbi Español ("Derby hiszpańskie") lub Gran Derbi Europa ("Wielkie Derby Europy") – nazwa meczów piłkarskich pomiędzy Realem Madryt i FC Barcelona, najbardziej utytułowanymi klu-bami Hiszpanii. Ta encyklopedyczna defi-nicja niewiele mówi nam o samej magii meczu. Wielu ludzi, którzy brali udział w tym spotkaniu - mowa tutaj również o piłkarzach - porównuje uczucie towarzy-szące temu wydarzeniu do narodzin pier-wszego syna, kupna własnego samochodu czy powiedzenia „tak” przed ołtarzem ukochanej osobie. Te przykłady mogą

Sport

zobrazować jak silne więzi łączą ich ze swoim klubem. Kibice różnie przedstawiają początek swojej miłości. Jedni, gdy byli mali, kibicowali drużynie, która wygrywała, a gdy dorośli to już im tak zostało, drudzy przejęli pasję od taty albo starszego brata. Inni dostrzegali jak bardzo rozbudowane są te instytucje. W każdym calu. Jak wielką wagę przykłada się do wszystkich as-pektów. Na przykład, fani Barcelony kochają ją za wychowanków, a Realu za największe piłkarskie gwiazdy na świecie. Duże znaczenie mają też barwy. Biały to kolor Królewskich. Nieskazitelnie czysty, monarszy, daje wrażenie wysokiej klasy. Wydaje się być zarezerwowany dla najlepszych. Piłkarze z Katalonii noszą zaś bordowogranatowe barwy. Fan Realu patrząc na herb klubu czy koszulkę, ma wrażenie jakby klub ten został zesłany z nieba. Kolory te kontrastują w pewien sposób z barwami Los Blancos. Są ciemne i dodają piłkarzom polotu i finezji. Niewątpliwie, Real Madryt i FC Barcelona to kluby, które wywołują ogromne emocje. Nie chciałbym urazić kibiców z Anglii czy Brazylii, ale wydaje mi się, że żadne zespoły na świecie nie mają dookoła siebie tak elektryzującej otoczki. Należy dodać, że rywalizacja pomiędzy fanów piłki nożnej w Hiszpanii jest raczej kulturalna i polega na złośliwościach, a nie krwawych porachunkach. Liczba sympatyków obydwu klubów w ciągu roku potrafi zmieniać się nawet o 15 %. To wszystko to zasługa tzw. „sezonowców”, którzy są zmorą dzi-siejszych czasów. Oczywiście świat zna ich od dawna, ale w ostatniej dekadzie, kiedy w porywającym tempie rozwinął się Internet, dają się we znaki jak nigdy. Wielu fanów potrafi nienawidzić takich osób mimo, że ich nie zna. Miłość i poświecenie jakim darzą swoją drużynę doprowadza ich do szału, kiedy na forach pojawiają się bzdurne wpisy. Mało tego – taka osoba potrafi uargumentować, dlaczego jeszcze rok temu była kibicem Realu, a już w tym Barcelony. Dla prawdziwego znawcy fut-bolu, a zwłaszcza miłośnika Gran Derbi to istny koszmar. Nie ma na to jednak lekarstwa. Nie mam zamiaru nikogo obrażać, bo przecież „sezonowiec” to też człowiek i mimo wszystko powinno się przyjąć do wiadomości jego opinię, a następnie w odpowiedni sposób ja skontrować. Ciężko ustalić, ilu jest tych prawdziwych i oddanych. Myślę, że ich liczba będzie utrzymywać się w 50% całości. Jeżeli już spotkamy taką osobę, zazwyczaj możemy liczyć na konfrontację, która będzie stała na odpowiednim pozio-mie. Faktem jest jednak to, że nie ważne, jak rozsądny był by kibic to i tak żaden nie da sobie wmówić, że to klub przeciwnika jest lepszy.

Sport

Gran Derbi jest rozgrywane przynajmniej co pół roku. Kibice Hiszpanii żyją tylko tym wydarzeniem, gdyż żaden inny klub nie jest w stanie dogonić wielkiej dwójki. Kiedy w końcu nadejdzie mecz wyjaśnia się, kto przez dwa kwartały będzie miał prawo zasiąść w loży szyderców. To chyba ulubiony dzień dla kibica zwycięskiej drużyny. Złośliwości nie mają końca. Są te na tle przyjacielskim, ale są też takie, od których dosłownie wieje grozą. Nie zapominajmy, że bardzo często kibice Realu albo Barcelony przyjaźnią się, a wygrana ich drużyny pozwala śmiać się z kolegi przynajmniej następne pół roku. No właśnie, to półrocze należy do Culés, których drużyna wygrała 5-0. Nie wątpliwie to ogromny cios dla Blancos, którzy powoli zapominają o „piątce” i szykują się na rewanż. Nie jest to jednak takie proste. „Niebiesko–szkarłatni” na każdym kroku przypominają o tym co się zdarzyło w listopadzie na Camp Nou. Wykonują również gest zapoczątkowany przez największego prowokatora w Drużynie Barcelony, Gerarda Pique. Ten środkowy obrońca zdecydowanie zachowuje się jak najwierniejszy kibic. Niewątpliwie gest znany jako „Przybij piątkę” wywołuje u kibiców Realu białą gorączkę. Wydaje mi się jednak, że przyjdzie czas, kiedy sytuacja ta się odwróci. Maciej Dziubiński fot. 2 JonathanVitela co to inflacja

Finanse 40% Polaków nie wie,

Stopa procentowa, wskaźnik WIBOR, LIBOR, czy też o umiejętności oblicze-nia rzeczywistej opłacalności lokaty nie wspominając. Tymczasem brak tej podstawowej wiedzy ma ogromny wpływ na racjonalność podejmowa-nych przez nas codziennych decyzji. Zacznijmy więc od wyjaśnienia tego niezwykle tajemniczego zjawiska. Inflacja to nic innego, jak średni wzrost cen w ciągu ostatniego roku – wskaźnik, który podawany jest w mediach, dotyczy zmian cen artykułów kupowanych przez prze-ciętnego Kowalskiego. Polacy – milionerzy! Akurat w Polsce wiedza na temat inflacji i jej przyczyn powinna być szeroko znana, a to za sprawą niedawnej hiperinflacji. 1 stycznia tego roku minął ostateczny termin wymiany „starych” złotych na „nowe”. Cztery zera, które skreśliliśmy, nie wzięły się nam przypadkowo. Były skutkiem ogromnego wzrostu cen, który miał dwie przyczyny – niedobór towarów i wzrost podaży pieniądza. Problem nie-doboru towarów został rozwiązany, jednak inflacja, mimo że znacznie się obniżyła, nie zniknęła. Dlaczego? Nadal zwiększała się podaż pieniądza, a nie bez wpływu pozos-tawały wydarzenia zewnętrzne. Podaż pieniądza? Indeks podaży pieniądza informuje o tym, ile nowego pieniądza trafia na rynek. In-nymi słowy, ile dodatkowych pieniędzy jest

Finanse

wytwarzanych i to w dosłownym zna-czeniu. „Wytwarzanie” może odbywać się na dwa sposoby – Bank Centralny (NBP) drukuje nowe banknoty albo banki komercyjne kreują nowe pieniądze (czytaj – wpisują na klawiaturze kwotę kredytu, jakiego udzielają panu Kowalskiemu). Oczywiście proces i rozmiar kreacji pie-niądza jest pośrednio kontrolowany przez Narodowy Bank Polski, jednak nie zmienia to faktu, że zwiększa się ilość pieniądza w obiegu, co w efekcie skutkuje inflacją. No i co? Co z tego wynika dla przeciętnego obywatela? Inflacja powoduje obniżanie się wartości pieniędzy znajdujących się do-tychczas w obiegu (za tą samą kwotę można kupić coraz mniej, bo jest więcej pieniędzy, a tyle samo towarów). Tym samym posiadacze oszczędności tracą, a zadłużeni zyskują, bo realnie oddać muszą coraz mniej. Wszelakie stałe świadczenia tracą na wartości, a raty 0% zyskują na atrakcyjności. Piotr Kulessa fot. Roksana Grzmil Czy szkolna nauka języków obcych ma coś wspólnego z praktyką? Jak bardzo jest od niej daleka dowiadujemy się dopiero podczas pobytu w obcym kraju lub w międzynarodowym towarzystwie. Z konieczności i dzięki pomysłowości powstają neologizmy i anegdoty, z których śmiać się będziemy latami…
Sposób na język
Felieton

Zastanówmy się nad skutecznością edu-kacji lingwistycznej… Języków uczymy się przecież od najmłodszych lat. Większość potrafi się przedstawić, zamówić pizzę, czy zapytać, którędy na dworzec. Sytuacja nieco się komplikuje, gdy konieczne jest użycie bardziej niecodziennego słownictwa, albo takiego, które nie pojawiało się w podręczniku jako najbardziej przydatne (abstrahując, kto i na jakiej podstawie dobiera listy potrzebnych słówek?). Ale także i na to można znaleźć sposoby. Kiedy na przykład dochodzi do… opo-wiadania legend, prezentowana historia staje się nieco niekompletna, acz ory-ginalna, bo "na rynku w Krakowie można spotkać gołębie, to takie szare ptaki, gdzieś takiej wielkości" albo "ten człowiek ubrał coś takiego twardego, nie można było go zabić, a nogi miał tak, tylko że na odwrót". Jednym zdaniem, coraz sprawniej posługujemy się peryfrazami, chociaż

Felieton

pantomima jest także nieodłącznym tej nowej codzienności. Niejednokrotnie okazuje się, że – wbrew przysłowiom i obiegowej opinii – naj-lepszym przyjacielem człowieka jest słow-nik, jeśli obrazkowy - tym lepiej dla korzystającego. Dużą pomocą bywają również naprędce stworzone rysunki albo niezastąpione images.google.com. Przypomina mi się dowcip, w którym wszystkie zwierzęta afrykańskie są takie jak "kuń", tylko mają dłuższą szyję, sierść w czarnobiałe pasy itp. W końcu pierogi to jak ravioli, tylko trochę większe; rolada to jak kotlet, tylko zawinięte; bigos jest za to… do niczego niepodobny. Czasami pomocą służą również inne obce języki. Czego nie znamy po angielsku, można przecież wyrazić po francusku, niemiecku, hiszpańsku. Niemal każdemu uczniowi bliska jest sytuacja, kiedy podczas sprawdzianu przypominają się wszystkie słówka oprócz tego jednego potrzebnego. Jeśli nie jesteśmy przy tablicy, dlaczego by z nich nie skorzystać? Ubarwiają wypo-wiedź, a najważniejszym przecież aspek-tem jest komunikacja. Rozmówca nas zrozumiał – cel został osiągnięty, środki nie są istotne. Prawdopodobnie do końca życia zapa-miętam chwile, kiedy usiłowałam nawiązać konwersację, prawie zupełnie nie znając języka. Dopiero po jakimś czasie doce-niamy doświadczenie zbierane poprzez żarty, w śmiechu, niekoniecznie na serio. Warto powalczyć z obcym językiem w jego naturalnym otoczeniu. To nie tylko nauka, ale także niesamowita przygoda. Aleksandra Bieniek fot. 2 nathanborror

Społeczeństwo

Jak oddać fiskusowi tylko 99% podatku? Serce roście, patrząc na te sta-tystyki! Od wprowadzenia w Polsce siedem lat temu możliwości przekazywania jednego procenta podatku na rzecz organizacji pożytku publicznego, każdego roku notowaliśmy wzrost liczby osób korzystających z tej szansy przynajmniej o 118%. 1 stycznia 2004 roku weszła w życie Ustawa o działalności pożytku publicznego i wolontariacie. Wtedy właśnie osobom fizycznym umożliwiono przekazywanie, przy rozliczaniu się z fiskusem, osławio-nego jednego procenta podatku na rzecz organizacji pożytku publicznego. Sama jednak czynność przekazania wymagała sporego zachodu, gdyż podatnik najpierw musiał sam dokonać wpłaty na rzecz wybranej organizacji pożytku publicznego, a następnie mógł tę kwotę, nie prze-kraczającą 1% należnego za dany rok podatku, odliczyć w składanym picie. Od 2007 roku sprawa jest dużo prostsza, gdyż przekazywaniem pieniędzy zajmują się naczelnicy urzędów skarbowych. Nie jest to kwota, która w jakikolwiek sposób zmniejsza ewentualny zwrot podatku! Jest to procent z całości oddanych w danym roku fiskusowi pieniędzy, co oznacza, że dostanie on 99% naszego podatku, zamiast całości. Jedyne, co od 2007 roku zrobić musiał sam podatnik, to wpisać nazwę i numer KRS wybranej przez siebie organizacji w skła-danym zeznaniu podatkowym. Od tego roku kwestia jest jeszcze mniej skompliko-wana, gdyż osoba chcąca podzielić się swoim „jednym procentem” musi wpisać w PIT tylko numer KRS danej OPP. Składający zeznanie podatkowe może podać cel szczegółowy, na jaki chce przeznaczyć część swego podatku (np. leczenie konkretnej osoby), może również wpisać jakiś kontakt do siebie, choćby numer telefonu czy adres email, dzięki któremu wybrana przez organizacja będzie miała możliwość kontaktu z nim, jeśli wyrazi zgodę na przekazanie swoich danych stawiając krzyżyk w rubryczce nieopodal. Swoim podatkiem podzielić mogą się osoby rozliczające się wg PIT-36, PIT-37, PIT-36L, PIT-38, PIT-39 i PIT-28. Zeznanie musi być złożone w odpowiednim terminie, tj. w tym roku do 2 maja, za wyjątkiem PIT-28, który trzeba złożyć do 31 stycznia. Istnieje jeszcze możliwość uzupełnienia odpowiedniej rubryki w składanej korekcie do miesiąca od upływu ostatecznego terminu złożenia zeznania. Wpisana kwota zostanie wypłacona tylko wtedy, jeśli podatnik uiści pełną należność podatkową za dany rok nie później, niż dwa miesiące od upływu terminu złożenia zeznania podatkowego, czyli w przypadku PIT-28 do 31 marca 2011, a w pozostałych przypadkach do 30 czerwca 2011. Nie ma

Społeczeństwo

natomiast żadnego problemu, gdy oczekujemy zwrotu. Z roku na rok osób korzystających z tej formy wsparcia pożytecznej społecznie działalności jest coraz więcej. W pierwszym roku obowiązywania tych regulacji prawnych, w 2004, OPP w ten sposób wspomogło 80 320 osób (przekazały 10,4 miliona złotych), zaś w 2010 już przeszło 8,5 miliona podatników, ofiarując w sumie ponad 357 mln złotych. W poprzednim roku najhojniej obdarowana przez Polaków organizacja (Fundacja Dzieciom „Zdążyć z pomocą”) otrzymała ponad 62 miliony złotych. Wydaje się, że jeden procent to zgoła niewiele, ale gdy przeznacza go na różne cele z górą osiem milionów podatników, suma staje się całkiem pokaźna. A ofiaro-wać go można całkowicie według własnych upodobań i przekonań, nie tylko ze względu na oczywistą swobodę wyboru OPP przez składającego zeznanie, ale również przez to, że ustawowa regulacja zadań, które mogą wypełniać organizacje pożytku publicznego, jest naprawdę szeroka. Wspierać można najróżniejsze kategorie działalności, od pomocy społecznej, przez ochronę przyrody do upowszechniania wiedzy o obronności. Lista OPP wraz z możliwością wyszukania organizacji wedle celu, jaki realizuje, znaleźć można pod adresem bopp.pozytek.gov.pl/szukaj.do. Znajdują się tam również publicznie udostępnione sprawozdania finansowe organizacji pożytku publicznego. Grosz do grosza, procent do procenta… Niemiło byłoby nie zanotować kolejnego roku ze wzrostem o ponad 100% w liczbie tych, którzy podzielili się swoim podatkiem z innymi. Czy tak będzie? Czekamy. Marek Suska Piorunująca odpowiedź Dodge’a
Wspominając stare, amerykańskie klasyki nie można zapomnieć o ogromnym sukcesie marki wy-wodzącej się spod skrzydła Chryslera – Dodge.
Motoryzacja

Chociaż firma działała na rynku motoryzacyjnym już pod koniec XIX wieku (produkcja rowerów), to głośno zrobiło się o niej dopiero w latach ‘60 i ‘70 XX wieku. Kiedy założyciele (John i Horace) przenosili fabrykę do Detroit, nie byli świadomi, jak bardzo wpłynie to na losy motoryzacji. Możliwość rozwoju w nowym miejscu spowodowana była podpisaniem kontraktu ze znaczącą już wtedy korporacją – Fordem. Bracia Dodge rozpoczęli produkcję pierwszego modelu samochodu. Pod koniec lat ‘30 Dodge nie był już obcą marką w Stanach Zjednoczonych, jednak lata sławy przy-padają na okres ‘boomu motoryzacyjnego’, który zaczął zbierać żniwo po II Wojnie Światowej. W Outro czytaliście już o ma-łychwielkich fastbackach, jednak najciekawszy wszedł do sprzedaży kilka lat po

Motoryzacja

konkurencji. Mowa o samochodzie, którego imię wywołuje ciarki na plecach znawców szybkich wozów – Charger. Samochód pojawił się na rynku w 1966 roku, kiedy Mustang i Barracuda zajmowały czołowe lokaty na listach sprzedaży. Początkowo do kupienia było zaledwie 180 egzemplarzy, ale czas, z jakim zostały sprzedane, dał do myślenia właścicielom Dodge’a. Do dzisiaj można się zastanawiać nad tym, dlaczego właściciele tak długo czekali z odpowiedzią na ogromne zainteresowanie samochodów z nadwoziem typu „fastback”. Kiedy Charger na dobre zadomowił się w salonach, można było myśleć nad poprawkami, które miały zmiażdżyć wciąż liderujące Fordy i Plymouth’y. Charakterystycznymi cechami Charger’ów były przede wszystkich tylne światła, ostro ścięty tył i przedni grill, który zauważyć można było z kilkuset metrów. W nocy wyglądało to trochę inaczej – Chargery zawsze startowały pierwsze z sygnalizacji świetlnej. Stojąc na przejściu dla pieszych można było spokojnie poczekać. Szansa, że zbliżający się Charger zahamuje była praktycznie znikoma. Największym atutem Dodge’a były silniki, które zmiażdżyły każdy inny sportowy samochód. Najmocniejszy osiągał pojemności 7,0 litra. Na ulicach najczęściej spotkać można było silniki 4,2 litra, które rozwijały bagatela 420 KM. Pięć sekund i mamy 100 km/h na liczniku. Wynik nieprawdopodobny jak na tamte czasy. Lata ‘70 to okres kryzysu w motoryzacji, spowodowanego nowymi przepisami, które na pierwszy miejscu stawiały środowisko, a dopiero na drugim moc silnika. Większość fastbacków przeszła gwałtowne zmiany. Dodge postąpił jednak inaczej i nie chciał zmieniać rewelacyjnego obrazu, jaki stworzył sobie ich pionierski model. W 1974 zakończona została ośmioletnia era w dziejach motoryzacji. Era, którą można opisywać złotym atramentem. Charger został ściągnięty z taśm produkcyjnych, jednak to nie koniec historii tego samochodu. Prawdziwe losy wciąż są pisane przez kolekcjonerów, którzy do dzisiaj nałogowo odwiedzają amerykańskie komisy w poszukiwaniu używanych Charger’ów. Niedługo po tym zabierają się za renowację swoich nowych pupili. W Polsce na próżno szukać tego niesamowitego samochodu. Jeżeli chcemy obejrzeć Chargera na własne oczy – polecam niektóre gry wyścigowe, stare filmy lub dłuższą wycieczkę po Stanach Zjednoczonych. Czasu jest coraz mniej – w końcu wskazówka zegara ciągle biegnie, co nie wpływa dobrze na ilość oryginalnych Charger’ów. Maciej Kulina Nic - niewiedza nieprzyjazna
Wszystko mi mija. Dużo do załatwienia, więcej do zro-bienia, najwięcej zaś potrzeba mi czasu, którego nie mam. Spać kiedyś trzeba, codziennie obowiązki wykonywać, zwłaszcza, gdy się sporo zawali i dużo jest do napra-wienia. I na tyle niewiedzy i niepamięci sam się skazuję.
Felieton

Wspaniale byłoby wiedzieć o wszystkich istotnych wydarzeniach ze świata. Dobrze byłoby mieć świadomość tych najważ-niejszych. Ale nie zawsze jest na to czas, nie zawsze jest taka możliwość. Czasem zaś są powody, dla których rezygnuje się z tak intensywnego kontaktu ze światem. Tylko co ja powiem kiedyś? Wujku, wujku, pani mówiła nam dziś o rewolcie w Egipcie parę lat temu, przecież ty to widziałeś, powiedz nam coś! Tak, moi drodzy, to prawda, było coś takiego i… yyy… A gdy zapytają mnie co zrobiłem, jak się poczułem, gdy usłyszałem o śmierci kilku-dziesięciu osób na moskiewskim lotnisku? Może zły przykład, bo o tym akurat wiem. Pamiętam. Powinniśmy o tych, którzy od nas odeszli, z tego świata, pamiętać. A to jest nasza wspólna tragedia. Nie rosyj-sko–polska, nie słowiańska, nie euro-pejska, ale ogólnoludzka. Ludźmi jesteśmy wszyscy. Co bym powiedział, żyłem, nie pamiętam? To jeszcze byłoby akce-ptowalne, każdy ma problemy. Nie można nikogo za to rugać. Gorzej byłoby usły-szeć: żyłem, nie obchodzi mnie to. Właśnie, gorzej gdy zaczyna się w nas chęć niewiedzy. Gdy pojawiają się po raz pierwszy słowa: co mnie obchodzą inni, mam swoje kłopoty, oni też swoje mają, zajmijmy się każdy sobą. Jasne, z ziems-kiego świata raju nie zrobimy. Ale co zrobimy ze swoją osobą? Damy się wyprać z człowieczeństwa, damy sobie wmówić, że każdy powinien sam sobie radzić? A gdy możemy coś zrobić, a sobie tak powiemy? Lepiej potem zbić wszystkie lustra świata. Żeby siebie nie widzieć, do kiedy coś się w nas nie ruszy. Mówię – bom smutny – i sam pełen winy. Marek Suska