Musisz zainstalować flash player pobierz instalator












Czym jest KULTURA?

OUTRO Outro Ogólnopolska gazeta młodzieżowa Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl rekrutacja(@)outro.pl Redaktorzy naczelni: Monika Toppich Kamil Wiśniowski Sekretarz redakcji: Marek Suska Szefowie działów: Aleksandra Bieniek (kultura), Elżbieta Janota (filmowo - literacki), Magdalena Kondracka (społeczeństwo), Maciej Kulina (sport), Piotr Kulessa (finanse), Magdalena Kelniarz (korekta), Dorota Stach (foto) Korekta: Agnieszka Dydacka, Maria Gołaszewska, Martyna Kłopeć, Agata Hajduk, Agata Andrzejak, Katarzyna Bugiel, Aleksandra Królak, Anna Kubaczkowska, Martyna Okupniak, Paulina Szemplińska, Agnieszka Michalska Projekt okładki: HINT Intermedia Zdjecie: Vectorportal

To pytanie zadajemy sobie ostatnio w roz-maitych okolicznościach. Ostatnio przy oka-zji tekstu o pewnej subkulturze - niby jasne, ale przy konfrontacji dwóch osób okazało się, że właściwie mówią o dwóch różnych "kulturach". Dziś natomiast oka-zało się, że czasopismami kulturalnymi są też kwartalniki polityczne opcji rozmaitych, od prawa do lewa, które, jak argu-mentował jeden z ich twórców, też tworzą pewna kulturę. Tylko, że polityczną. Prze-jawem kultury jest więc, cytując chyba na-wet jakiś podręcznik historyczny, wszelka działalność człowieka. Polityka, muzyka, gospodarka, historia i sadzonki roślinne... siup! Do jednego worka. Patrząc z tej pers-pektywy, Outro to miesięcznik na wskroś kulturalny, choć sadzonek i polityki nie mamy. Co prawda po lekturze tekstu "Berety z an-tenką" okaże się, że młodzież obecnie nie jest kulturalna i w ogóle podlega całkowitej krytyce, my jednak wychodzimy poza schemat. I piszemy o kulturze. O! MiK

SPIS TREŚCI

Wokół kultury strona 6 Trzy pytania do Illuminandi: Zespół, który śpiewa o Bogu strona 8 Nieznane legendy muzyki: UFO strona 10 Wywiad: Monstrum – To jest magia strona 12 Ambient i jazz strona 17 Cinemaniak strona 19 Welcome to Burlesque! strona 22 Miłość barwy niebieskiej strona 24 Sala samobójców strona 26 Co w kinie piszczy strona 28 Pierwsza piątka: All we can do here is die strona 30 Z czego się śmiejesz? strona 37 Dziady w teatrze strona 41 Notka biograficzna: Sigrid Undset strona 45 Znudować świat na nowo strona 47 O Holokauście inaczej strona 49 Oskarżony o morderstwo strona 51 PRL - owskie wampiry? Dlaczego nie? strona 53 Sagi o sagach strona 55 Dzień kobiet, dzień dziecka, dzień psa... czy potrzebne są nam takie święta? strona 60 21 marca – święto wiosny, czy wagarowiczów? strona 64 Berety z antenką strona 66 Twoja kolej strona 70 Mosty ekonomiczne 2011 strona 72 W mieście nad Sekwaną strona 76 Niewesołe życie staruszka strona 81 Europejska stolica kultury strona 84 Good bye blue sky strona 88 Polscy piłkarze w krainie Karaibów strona 93 Zimowe zakupy strona 97 Marcowe szaleństwo strona 99 Zmiany na gorsze strona 102 Moc pod przykrywką strona 105 Rekord spod ziemi strona 107 Biegiem za horyzont strona 108 Pamięci śmierci nie oddamy strona 110 Europejska stolica kultury Mosty ekonomiczne 2011 Berety z antenką Illuminandi Sala samobójców Sagi o sagach

TEKSTY POLECANE

Czyli krótki przewodnik po miastach, które z kulturą kojarzą się bardziej lub mniej, ale mimo to pretendują do miana stolicy kultury. Czy sadzonki słonecznika pomogą? Patronat medialny Outro i nasza dziennikarka jako uczestniczka „mostowych” wykładów i spotkań. Jaki był tego rezultat? Autobus to: (wybierz poprawną odpowiedź) miejsce gdzie można zrobić zadanie domowe/ wyspać się/ posłuchać muzyki? Teoretycznie. Bo czasem nie jest tak prosto. Czy można śpiewać o Bogu, a mimo to mieć rzesze fanów? Przeczytajcie sami! Biedny zagubiony nastolatek czy raczej rozkapryszony bachor? A może, wzorem amerykańskich filmów należy zrzucić całą winę na rodziców? A może… wyjść do kina? Czy pisząc o faktastycznych sagach można napisać kolejną... sagę? Rozpoczynamy nowy cykl w Outro. WOKÓŁ
KULTURY
WOKÓŁ KULTURY

JANOSIK z muzyką Kwartetu Jorgi Synagoga pod Białym Bocianem we Wrocławiu zaprasza 23 marca o godzinie 20 na projekcję filmu Janosik z 1921 roku w reżyserii Jaroslava Jerrego Siakela. Tym, co wyróżni to wydarzenie spośród innych, będzie muzyka grana na żywo przez Kwartet Jorgi – zespół uważany za legendę polskiej muzyki folkowej. Sam film jest pierwszą realizacją opowieści o Janosiku, zbuntowanym góralu, przywódcy pows-tania antyhabsburskiego. Nakręcony przez dwóch słowackich debiutantów, właścicieli firmy produkującej sprzęt filmowy w USA, Janosik po prezentacji w 1921 roku, zniknął z oczu na kolejne 50 lat. Niewątpliwie film jest wart obejrzenia, wpisany na światową listę dziedzictwa kulturowego UNESCO, szczególnie w tak niezwykłej oprawie. Kowalska/Ciechowski Koncerty Kowalska/Ciechowski to trasa promująca najnowszy album artystki Moja krew. Płyta jest hołdem oddanym Grzegorzowi Ciechowskiemu, którego dziewiąta rocznica śmierci właśnie mija. Kasia Kowalska była z nim szczególnie związana, pomógł jej na początku kariery jako producent jej płyty. Wokalistka wystąpi w 12 miastach Polski, między innymi: w Lublinie, Gdańsku, Katowicach, Warszawie czy Wrocławiu. Ostatni koncert odbędzie się 17 kwietnia w Łodzi. 11 Tydzień KINA HISZPAŃSKIEGO Na przełomie marca i kwietnia uczestniczyć można będzie w projekcjach najnowszych i najciekawszych filmów hiszpańskich. Te-goroczna edycja poświęcona będzie retro-spektywie kina Álexa de la Iglesii. Festiwal potrwa od 17 marca do 10 kwietnia. DŻEM symfonicznie STATEK KOSZMICZNY ZIEMIA
19 marca o godzinie 19 na scenie Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu wystąpi nie po raz pierwszy zespół Dżem. Nowością będzie towarzysząca mu orkiestra symfoniczna
WOKÓŁ KULTURY

pod batutą Andrzeja Marko oraz Chór Re-sonans Con Tutti. Dżem, który obchodził trzydziestolecie ist-nienia w 2009 roku, uchodzi za jeden z ważniejszych polskich bluesowo - rockowych zespołów. W czasie tego koncertu grupie zostanie wręczona platynowa płyta za ich ostatni album Muza. Mihály Dresch Quartet Już 22 marca w poznańskiej Scenie na Piętrze wystąpi węgierski zespół Michály Dresch Quartet. Koncert odbędzie się w ramach Dnia Przyjaźni Polsko – Węgierskiej. Grupa, promująca folkową muzykę ich kraju i łącząca ją z elementami jazzu, zdobyła popularność za granicą dzięki płytom Riding the Wind, Hungarian bebop czy ostatniej Rare Bird. Bilety na koncert w cenie 30 zł. 4 marca w Centrum Sztuki Współczesnej Znaki Czasu w Toruniu odbyło się otwarcie wystawy Statek kosmiczny Ziemia inau-gurującej program artystyczny nowej dyrektor programowej galerii, Dobrili De-negri, serbskiej historyk sztuki i kurator wielu międzynarodowych wystaw miesz-kającej i pracującej w Rzymie i Belgradzie. Eksponowane będą prace łączące w sobie sztukę i pociąg do nauki. Artyści: Piotr Kowalski, Vladimir Bonačić, Gianni Colombo i Aleksandar Snerc podkreślają, że nauki humanistyczne i ścisłe nie są od siebie zbyt oddalone, że sztuka, nauka i nowoczesne technologie mogą współistnieć. Trudno wyobrazić sobie, co może rozumieć Simon Thorogood, mówiąc iż tworzy ubrania z dźwięków, Loris Cecchini – pływające miasta, a Diller Scofifio i Jorge Otra – architekturę pozbawioną masy, ciężaru, kształtu i koloru. Poza eksponatami za-poznać się można z najnowszą publikacją CSW, antologią tekstów Dobrili Denegri, Franco Farinelliego oraz Xárene Eskandar. W programie znalazły się także projekcje filmów poświęconych temu trendowi. Dość często odważne projekty łączą w sobie klasyczną prostotę z nowoczesnością, tradycję z postępem, naturę z technologią, intrygując widza kreatywnością. Wystawa otwarta do 22 maja.







UFO

LEGENDY MUZYKI

Po ekscytujących wizytach w nowo-jorskich klubach przyszedł czas na dzia-łalność twórczą Brytyjczyków. Tym ra-zem przeniesiemy się do Londynu, gdzie w 1969 roku powstał nietuzinkowy zespół. Nie bez powodu obrali nazwę UFO. Od samego początku wiedzieli, że ich dzieła przeniosą słuchaczy poza orbitę Ziemi.. Co prawda nie byli zieloni, a z głów nie wystawały im antenki, ale niejeden słuchacz „odleciał” na ich koncercie. Nie było problemów z wymyśleniem nazwy, jednakże na poczekaniu mieli jeszcze kilka innych, ciekawych wersji. Najpierw na-zywali się Hocus Pocus. Niecały miesiąc później jednak doszli do wniosku, że zie-lone ludziki są im bliższe niż czarodziejska różdżka. Z perspektywy czasu wydaje się, że podjęli dobrą decyzję – w erze Harry’ego Pottera mało kto pamiętałby o zespole Hocus Pocus. Wszystko zaczęło się w sierpniu 1969 roku, kiedy kapela została oficjalnie założona. W pierwotnym składzie znaleźli się Phil Mogg (wokal i gitara), Pete Way (bas) oraz Andy Parker (perkusja). Zanim zabrali się do pracy nad pierwszym krążkiem, ustalili kilka charakterystycznych cech zespołu. Przede wszystkim była to gitara. Wyekspo-nowana na pierwszym planie (nie tylko na koncertach, słychać to także na ich pły-tach) wyróżniała UFO od pozostałych zespołów. Zabieg bardzo ciekawy, gdyż nie odbiegano w ten sposób od popularnych wtedy solówek, a jednocześnie wprowa-dzano coś nowego i oryginalnego. Pierwsza płyta ujrzała światło dzienne pod koniec 1970 roku. Trzeba przyznać, że był to okres bardzo ciężki na hardrockowy debiut. Na rynku widać było zwiększające się zainteresowanie zespołami Black Sabbath oraz Led Zeppelin. Tych marek nie trzeba nikomu przedstawiać. UFO weszło na rynek bardzo dobrze, mimo że ich muzyka była nieco masywniejsza i toporna. Trzeba przyznać, że pierwsze kawałki bardziej pasowały do

LEGENDY MUZYKI

space rocka. W UFO brakowało dobrego gitarzysty. Wie-lu specjalistów zarzucało kapeli brak praw-dziwego frontmana, który swoim graniem na gitarze urzekłby publiczność i wpro-wadził więcej werwy do twórczości ekipy. Sytuacja uległa gwałtownej zmianie w 1973, kiedy do zespołu dołączył osiemnastoletni Michael Schenker. Pomimo młodego wieku miał już wyrobioną renomę na rynku muzycznym. Wcześniej współpracował z zespołem Scorpions. Od tego momentu UFO zaczęło pokazywać się z jeszcze lepszej strony. Doświadczenie Schenkera pozwoliło kapeli znacząco wzmocnić swoją pozycję. Odeszli od space rocka i powrócili do pierwotnych założeń, czyli prawdziwego hard rocka. Okres współpracy z młodym Michaelem to lata największej popularności UFO. W la-tach ’70 na rynku pojawiły się najlepsze płyty kapeli – Phenomenon (1974) oraz Lights Out (1977). Ich utwory podbiły serca nie tylko Brytyjczyków, ale także Ja-pończyków. Liczne koncerty dawały radość milionom fanów. Wkrótce stali się wzorem dla kolejnych zespołów – głównie heavy metalowych. Grupa gościła na kilku koncertach w Pols-ce. Do najciekawszych zalicza się występ w warszawskiej Stodole w marcu 2007 roku. Dwa lata później kapela powróciła i zagrała kolejne dwa świetne koncerty. W tym roku również będziemy mieli okazję zobaczyć ich na żywo w naszym kraju. Już dwunastego sierpnia pojawią się na Piątym Festiwalu Legend Rocka w Słupsku. Gorąco zachęcam, bo będzie na co popatrzeć. Maciej Kulina fot. alanejohnson006 5lutego w Jeżowem koło Stalowej Woli odbył się ROCK FESTIWAL, na którym wystąpili: KaliGula, Totentanz i Monstrum. I nie byłoby w tym nic zaska-kującego, gdyby nie to, że Festiwal odbył się z inicjatywy dwóch absolwentów jeżowskiego liceum: Łukasza Ciska i Krzysztofa Łuszczkiego. Rozmowa z członkami zespołu Monstrum: Mariuszem Waltosiem (wokal), Damianem >>Ślimakiem<< Zającem (gitara solowa), Kamilem Śliwińskim (gitara basowa) i Jackiem Mazurkiem (gitara rytmiczna).
To jest MAGIA
WYWIAD

Krzysztof Socha: Niedawno ukazał się Wasz nowy album Imperium zapom-nienia. To już wasza trzecia płyta. Otwiera ją zainspirowany twórczością Sabatona utwór Czerwona śmierć, który już stał się hitem. Ballada To co mam zdobyła trzecie miejsce w świą-tecznym wydaniu listy przebojów Polskiego Radia Rzeszów. Jak wyglą-dały prace nad płytą, która w niecałe trzy miesiące od wydania jest już tak popularna? Mariusz Waltoś: W zasadzie prace nad krążkiem obyły się bez jakiś większych niespodzianek. Wszystko poszło gładko; na próbach wstępnie przygotowaliśmy kawał-ki, potem trochę składania, aranżacje, nagranie w studio, no i płytka. Muzycznie trochę różni się od poprzednich albumów. Te dwa utwory zaś mają dla nas znaczenie sentymentalne. To co mam to taki pry-watny tekst; zadedykowałem go mojemu zmarłemu ojcu. Czerwona śmierć zaś to hołd złożony ludziom, którzy polegli w obronie naszego kraju w 1939 roku. Czy możemy się więc spodziewać ko-lejnych utworów z historią w tle? Wcześniej List, teraz Czerwona śmierć… Mamy nadzieję, że będzie jakaś konty-nuacja. Na razie nie chcemy nic zapeszać, nie chcemy za dużo mówić. Natomiast pomysły już są i są fajne. Jeśli już rozmawiamy o tematyce ut-worów, to nie sposób nie zapytać o Wasz stosunek do wiary. Słuchając utworów takich jak 21:37, czy Krzyż, można powiedzieć, że nie ukrywacie się ze swoją religijnością. To ewene-

WYWIAD

ment wśród zespołów metalowych, które raczej odżegnują się od wiary, czy taki psychospołeczny chwyt? Ja powiem tak. Tekst do 21:37 jest mojego autorstwa, tekst do Krzyża akurat napisał kolega. Nie było to zrobione w kontekście religijnym. Chciałem oddać hołd komuś, kogo uważam za wielkiego człowieka – nawet nie katolika, ale po prostu czło-wieka. Zrobił bardzo wiele nie tylko dla nas i dla naszego kraju, ale i dla zjed-noczenia ludzkości, dla pokoju na świecie. Dał swoim życiem świadectwo. A to, że akurat był papieżem… Ludzie przez to mogą odebrać to jako jakąś wiarę na pokaz… …albo fanatyzm? O tak, dobrze to powiedziałeś. Jesteśmy katolikami i są zachowane proporcje między wiarą a normalnym funkcjonowaniem. Nasze czasopisma muzyczne „ochrz-ciły” Was „polskim Hammerfallem”. Odpowiada Wam tego typu porównanie? To miłe, chyba nawet bardzo miłe. Po-równanie nas do takiego zespołu – takiej rangi zespołu, to jest wielki komplement. Natomiast muzycznie, to robimy to co nam wychodzi, to co kochamy. To nie jest zaplanowane w ten sposób, że jakiś utwór ma brzmieć tak, czy jak, czy siak, tylko wszystko wychodzi w praniu. Ktoś z nas przychodzi, ma pomysł na kawałek i nie sugerujemy się w ogóle, czy to ma brzmieć pod Hammerfalla, Sabatona, czy pod Iron Maiden. Kompletnie nas to nie interesuje. Nawet dziś, po koncercie miałem taką sytuację, że podszedł do mnie gość, powiedział, że dopatrzył się w którejś z piosenek z nowej płyty motywu podobnego do zagrywki użytej w jednej

WYWIAD

z piosenek zespołu Turbo i spytał, czy był to celowy zabieg, coś w rodzaju hołdu, czy przypadkowy. Wiadomo, że przypadkowy. My też się borykamy z pewnym deficytem dźwięków. Nie ma czegoś takiego, że weźmiesz gitarę i nagle stworzysz coś tak innowacyjnego, że nikt do tej pory tego nie słyszał, albo nie zagrał. To wierutna bzdu-ra, jeśli ktoś sądzi. Dlatego denerwują nas takie opinie, że jesteśmy czyimś plagiatem, albo jesteśmy do jakiegoś zespołu podobni. Tworzymy to, co nam w duszy gra i dobrze się z tym czujemy. I to jest najważniejsze. Idąc tym tropem myślenia, równie dobrze można by powiedzieć, że KAT nagrał utwór Niewinność w hołdzie zespołowi Metallica. No właśnie. Dla mnie to jest trochę bzdura. Każdy zespół komponuje i tworzy na włas-ną miarę i chyba nie ma takiego celu, żeby ktoś ich porównywał do tribute band choćby i zespołu Metallica. Oczywiście, to jest jakiś szacunek, renoma, ale chyba każdy zespół chce zdobyć jakieś własne „ja”, wypracować własny styl, dlatego myślę, że takie porównania to jest jednak błąd. Ostatnie badania wykazały, że Pod-karpacie jest regionem, z którego naj-trudniej się wybić młodym artystom. Co możecie na ten temat powiedzieć Wy jako zespół z Rzeszowa? Uważam, że każdy młody zespół, który nie doszedł do jakiś wyników, czy współpracy z wytwórnią ma pod górkę; jest się mu trudno wybić. Natomiast, jeśli chodzi o Podkarpacie, to faktycznie jest ciężko. Jak zaczynaliśmy w latach dziewięćdziesiątych, to Podkarpacie było uważane trochę za takie „zagłębie metalowe”. Było mnóstwo ludzi, po pięćset na koncert… Teraz to się zmieniło i na pewno trudniej jest nam, niż zespołom z Pomorza, czy z centralnej Polski. Koncertowaliśmy na wschodzie i tam zespoły borykają się z podobnymi pro-blemami. Wolicie grać w plenerze, czy w małych klubikach? Kamil Śliwiński: Ja jestem trochę mało medialny (śmiech), ale jeśli chodzi o sam koncert – w plenerach, czy w klubie, to takiej znacznej różnicy przynajmniej ja nie widzę. Różnica jest jednak w tym , jak nas ludzie przyjmują. Zdecydowanie w małych miejscowościach jesteśmy cieplej trakto-wani, niż na większych imprezach w dużych miastach. I oto jesteśmy w niedużej, pięcio-tysięcznej miejscowości. Dookoła pa-nuje zimowy marazm, w okolicy pra-wie nic się nie dzieje. Jakieś spo-radyczne koncerty w Stalowej Woli, większe imprezy dopiero w Rzeszo-wie. Aż tu nagle dwóch dwudzies-tolatków wpadło na pomysł zorgani-zowania rockowego festiwalu, który wybudzi z uśpienia całą okolicę. Sami znaleźli sponsorów i postarali się o przygotowanie imprezy… K.Ś.: No… rzeczywiście, stworzenie takiego

WYWIAD

przedsięwzięcia jak festiwal rockowy, czy nawet metalowy w takiej małej miejsco-wości to jest rzecz trudna do zrealizowania, niemalże karkołomna w dzisiejszych cza-sach, ale jak widać impreza się udała; frekwencja była bardziej niż dobra, my jesteśmy zadowoleni z przyjęcia nas przez organizatorów i fanów – także jesteśmy pod wielkim wrażeniem pracy tych dwóch panów. Jacek Mazurek: Dla mnie to jest magia. To, że tacy ludzie istnieją, jest dla mnie takim fenomenem, jak przenoszenie rzeczy-wistości filmowej do świata realnego. Myślę w tym momencie o filmie Świat Wayne’a, jak dwóch gości ma wizję i robią wszystko żeby ściągnąć fajnych ludzi, zrobić jakiś event. To jest tak pojedyncze i tak bardzo rzadkie zjawisko… Dla mnie to był strasznie magiczny koncert. Ja wiem, można tak mówić w każdej miejscowości, ale właśnie przed chwilą rozmawialiśmy tutaj z kolegą Ślimakiem i nie pamiętamy kiedy na koncercie była taka atmosfera, że aż się chciało zejść do tych ludzi i z nimi nawiązywać kontakt. Damian >>Ślimak<< Zając: To naprawdę miłe, bo Łukasz (Łukasz Cisek – przyp. K.S.) nie sprawiał wrażenia jakiegoś służbisty - kierownika, tylko normalnie zad-bał o każdy szczegół, chodził i pytał wszystkich gości, czy czegoś nie potrzebują. A sama organizacja? Jak oceniacie przygotowanie imprezy i zaplecze? K.Ś.: Organizacja? Bardzo profesjonalnie, wszystko odbyło się punktualnie, bez żad-nych „obsuw”, a takie się na tego typu imprezach zdarzają. Picie, jedzenie, gar-deroba, miejsce dla zespołów, wszystko

WYWIAD

świetnie przygotowane. Nic dodać, nic ująć. Mariusz Waltoś: Naprawdę, jesteśmy mile zaskoczeni tym festiwalem. Chłopaki pokazali jedną z największych klas, jakie w ogóle można osiągnąć. Niektórzy ludzie zajmujący się w Polsce organizacją koncertów nie potrafili zrobić tego, co oni. Począwszy od nagłośnienia, ochrony, po przyjęcie gości – wszystko jest dopięte na ostatni guziczek, jak w wojsku. Jesteśmy zajebiście zadowoleni. J.M.: Jakby mi ktoś powiedział wcześniej, że to robi dwóch młodych facetów, to bym mu parsknął w twarz. Tak jak na każdym koncercie jest coś źle, albo i połowa źle, tak tutaj – klasa! Sprawność organizacyjna na scenie, garderoba… Szczerze? Nie wiem, czy po raz pierwszy w swojej karierze, nie jemy czegoś tak fajnego (swojska kiełbasa – przyp. K.S.). No i możemy sobie z fajnymi ludźmi tutaj posiedzieć, pogadać, coś wypić i zjeść. Jak rzecze staropolskie przysłowie: „Gość w dom – Bóg w dom”. Jacek Mazurek: No bo gdzie jesteśmy? W słowiańskim kraju! Ja bardzo lubię te nasze rodzime, słowiańskie klimaty. A to co się dzisiaj wydarzyło, to dla nas absolutnie niesamowite przeżycie i bardzo ciepło będziemy wspominać występ w Jeżowem. Mam nadzieję, że niebawem znowu tu zagramy. Rozmawiał: Krzysztof Socha Fotografie autora Ambient i JAZZ

MUZYKA

Thom Yorke to człowiek, który nawet gdy tańczy jak parabola podczas ata-ku epilepsji (patrz teledysk do Lotus Flower), to wydaje się być „the coolest guy ever”. I tak samo jest z jego zespołem, nie ważne co wy-dają, to przecież Radiohead. Cztery lata temu Thom Yorke i spółka przekonali nas, że nie trzeba mieć za sobą wielkiej wytwórni oraz mega kasy, żeby wydać płytę oraz mieć z niej profit, pomimo rozpowszechnienia jej w Inter-necie za „co łaska”. W roku 2011 Brytyjczycy dowodzą z kolei, że nie potrzeba szumu medialnego, wielkiej kam-panii promocyjnej, ani nawet singla wyda-nego trzy miesiące przed płytą, żeby słuchacze i krytycy mieli gorące głowy. Tydzień przed internetową premierą, zespół napisał na stronie, że oto nowy clip i za chwilę będzie płyta. Szok, łzy i niedo-wierzanie, że oto jeden z największych zespołów świata znów przeskoczył sam siebie. Strach pomyśleć, co będzie, gdy wydadzą kolejny album. The King of Limbs trwa około 37 minut. Niektórzy uważają, że to znak naszych czasów, bo przecież przeciętny słuchacz nie skupi swojej uwagi na dłużej. Co więcej, jadąc tramwajem, czy samochodem, jego podróż nie potrwa więcej niż 40 minut. Zapomnijmy jednak, że ósme wydawnictwo Radiohead nadaje się do odsłuchu na słuchawkach podczas stania w zatłoczonym autobusie, czy w kor-ku. Owszem można, ale ulatuje wtedy cała aura tej płyty. Jest to wydawnictwo wieczorowonocne i do czerpania przyjem-ności ze słuchania Yorke’a i spółki. Na The King of Limbs zespół połączył jazz z ciepłą, bardzo ambientową, elektroniką. Już na otwarcie, w Bloom, dostajemy porcję ta-kiego, klimatycznego, grania. Jazzująca perkusja i jednostajny, zapętlony loop - podobny zabieg wykorzystano także

MUZYKA

w Feral, który brzmi tak, jakby zanurzyć w syntetycznych dźwiękach skalpel. W Morning Mr Magpie autentycznie słychać echo U2 (przede wszystkim jeśli chodzi o wokal). Wszystko rytmiczne, pędzące, ale gdzieś tam, podskórnie, bardzo neuro-tyczne. Co nie przeszkadza temu utworowi uzyskać miana najbardziej żywiołowego kawałka na płycie. Jeśli jednak ktoś po-myśli, że żywiołowy, to znaczy z gitarami i pazurem, to się bardzo pomyli. Na tym krążku gitara jest tylko dodatkiem, pobrzękującym gdzieś na dalekim planie. Wyjątkiem jest Give Up The Ghost, w którym dostajemy akustyczne dźwięki tegoż instrumentu oraz kończący płytę Separator, w którym mniej więcej od połowy dochodzi on do głosu na dłużej i jest mocniej zaakcentowany. Jest to zresztą jeden z lepszych numerów, bardzo lekki, nadający się na singiel, pomimo przetworzonego wokalu. Codex to ballada, w której postawili bardziej na melodię niż na rytm. Piękny fortepianowy motyw, pohukiwanie z oddali i lekko zblazowany (jak zwykle) wokal Yorke’a, a na dokładkę trąbka, która w instrumentarium Radio-head nie gościła już ładnych kilka lat - bardzo udany utwór. Nie jest to genialne dzieło Radiohead. Nie jest nawet wybitne, jest po prostu dobre, trzymające poziom, który zespół wyznaczył sobie dawno temu. Urzeka, zaskakuje, ale nie ma klimatu solowej płyty Yorke’a, czy choćby podobnych stylistycznie Hail To The Thief, bądź Amnesiac. Wyobraźcie sobie postapokaliptyczny świat - mroczny, ciem-ny i duszny, w którym dopiero budzi się nowe życie, zaczynają ćwierkać ptaki, a wszyscy czekają na kolejne wydarzenia, spokojnie oddychając. To właśnie jest no-wa płyta Radiohead. Norbert Oset CINEMAniak
czyli kto, z kim, w czym na dużym ekranie
WOKÓŁ KINA

DZIEJE SIĘ O tym festiwalu można z czystym su-mieniem powiedzieć, że jest już kultowy. Mimo iż to dopiero 4. edycja, bilety na Off Plus Camera schodzą jak świeże bułeczki. Nic dziwnego. W drugim tygodniu kwietnia Kraków zamieni się w mekkę kina nieza-leżnego. W ramach festiwalu odbędzie się Konkurs "Wytyczanie Drogi". O Krakowską Nagrodę Filmową i 100 tys. dolarów po-walczy 12 filmów z całego świata, w większości debiutujących reżyserów. Konkurs Polskich Filmów Fabularnych jest nowością. Wyłoniony zwycięzca otrzyma Polski Nobel Filmowy i 100 tys. zł. Oprócz tego zostanie przyznana Nagroda Publicz-ności, FIPRESCI oraz Nagroda "Pod Prąd" dla osoby o szczególnych zasługach dla kultury niezależnej. Off Plus Camera to nie tylko projekcje filmów, ale i warsztaty, panele dyskusyjne oraz spotkania z wy-bitnymi twórcami kinematografii. Wszystko to będzie się odbywać w salach studyjnych najstarszych krakowskich kin - twórcom przyświecała myśl odtworzenia klimatu z lat '70 i '80, kiedy polski film przeżywał lata świetności skupiając wokół siebie krajową elitę artystyczną. W dniach 1-7 kwietnia w stołecznej Warszawie odbędzie się 17. Festiwal Lato Filmów. Na inaugurację zaplanowao pokaz duńskiego filmu "W lepszym świecie" Susanne Bier, zdobywcy tegorocznego Złotego Globu w kategorii Najlepszy Film Zagraniczny. W ramach festiwalu odbędzie się Międzynarodowy Konkurs na Film z Najlepszym Scenariuszem oraz Scena-riuszowy Konkurs Filmów Krótko- i Średnio-metrażowych "Krótkie i Dobre". To jednak nie wszystko - widzowie będą mieli okazję zapoznać się z twórczością scenarzystów z całego świata. W tym celu odbywać się będą różnorodne cykle filmowe m.in. Kino Rumuńskie w Cannes, Najlepsze Scenariusze Sezonu, Panorama Kina Światowego. Na koniec festiwalu zostanie wręczona na-groda specjalna za całokształt twórczości scenopisarskiej Pióro Mistrza.

WOKÓŁ KINA

KRĘCI SIĘ Już w sierpniu polskie kina nawiedzi bardzo niebieski film... "Smerfy". Wygoneni ze swojej wioski przez złego Gargamela bohaterowie znani nam z dobranocki, trafiają do No-wego Jorku. Fabuła, nie oszukujmy się, jest już mocno oklepana i jedynie efekty 3D, chwytliwe dialogi i dobry dubbing w wykonaniu polskich aktorów mogą sprawić, że miło spędzimy czas na pełno-metrażowej wersji kultowej kreskówki. Czy jednak i w tym wypadku sentyment do baj-ki z dzieciństwa zadecyduje o naszej ocenie, dowiemy się w lecie. David Fincher, reżyser hitu "The Social Network" jest w trakcie realizacji zdjęć do swojego najnowszego fimu "The Girl With The Dragon Tatoo". Jest to ekranizacja bestselleru Stiega Larssona, pisarza zna-nego z sagi "Millennium". Książka opowiada o przygodach znanego dzien-nikarza, który otrzymuje zlecenie zbadania sprawy zaginionej w latach '60 nastolatki Harriet Vanger. Prowadząc swoje śledztwo, nie wie, że równocześnie sam jest śledzony przez hakerkę wynajętą przez jego zleceniodawcę. W filmie wystąpią Da-niel Craig, Robin Wright, Christopher Plummer i Stellan Skarsgard. MÓWI SIĘ Melodramat "Bodyguard" z Kevinem Cost-nerem i Whitney Houston w rolach głównych do dziś pozostaje wielkim hitem i źródłem przebojów jednej z najpopularniejszych wokalistek pop w historii, nie wspominając już o dochodach jakie przyniósł produ-centom. Nic dziwnego, że Warner Bros, po prawie 20 latach od premiery, planuje remake filmu. Nad scenariuszem pracują Jeremiah Friedman i Nick Palmer. Tak, jak w oryginale, twórcy planują zatrudnić autentyczną piosenkarkę, a zarazem

WOKÓŁ KINA

gwiazdę, na razie jednak nie wiadomo kogo najchętniej producent obsadziłby w swoim filmie. Biorąc pod uwagę sukces "Bodyguarda", chętnych nie będzie brakować. Jesienią ruszają zdjęcia do czwartej części serii o przygodach Jasona Bourne'a, byłego agenta CIA. Scenariusz do filmu "The Bourne Legacy" napisał Tony Gilroy. Prawdopodobnie akcja nie dotyczy już samego Bourne'a, a jego następcy. Trwają poszukiwania odtwórcy głównej roli. Kan-dydatów jest wielu, a wśród nich takie nazwiska jak Tobey Maguire, Jake Gyllenhaal czy Josh Hartnett. Premiera zapowiadana jest na sierpień 2012. ZOBACZ TO Spoty reklamowe jednej z największych sportowych firm odzieżowych Nike zawsze były czymś więcej niż tylko reklamą - zachwycały formą, pomysłem i realizacją. Tak jest i tym razem. Na meczu gwiazd NBA zaprezentowano krótki filmik Roberta Rodrigueza "The Black Mamba". Tytułowy bohater to nikt inny jak alter ego jednego z najlepszych koszykarzy Kobe Bryanta. W filmie sportowiec zmierzy się z czarnym charakterem - Kanyem Westem. Obok sławnego piosenkarza wystąpili również Bruce Willis i Danny Trejo. Owoc ich współnej pracy zobaczcie na YouTube. Kalina Mróz Welcome to Burlesque!

RECENZJA FILMOWA

Poszukiwanie szczęścia na nowej drodze życia. Życia pełnego blasków, świateł reflektorów, cekinów oraz wypudrowanych twarzy tancerek. „Burleska” jest historią przeciętnej dziew-czyny, Ali (Christina Aguilera), która za wszelką cenę chce wyrwać się z pro-wincjonalnego miasteczka, aby w końcu spełnić swoje marzenia. W dotychczasowej pracy nikt nie jest w stanie dostrzec skarbu, jaki w sobie kryje. Chodzi o wspaniały głos oraz umiejętności taneczne, które bohaterka doskonali na zapleczu sklepu bądź w zaciszu domowym. Kiedy Ali decyduje się na ważny krok w swoim życiu, postanawiając „spróbować” życia w wielkim mieście, automatycznie uruchamia maszynę, która każdego dnia przynosi jej kolejne niespodzianki. Życie szarej myszki zmienia się diametralnie! Możemy podziwiać, jak bohaterka przeis-tacza się w demona seksu, powala swoją urodą i ruchami scenicznymi. Za sukcesem Ali stoi przede wszystkim Tess (Cher). To ona, mimo wielkiego uprzedzenia do artys-tycznego „narybku”, marnej amatorsz-czyzny, daje szansę prowincjonalnej tan-cerce. Relacje między tymi dwiema kobietami sprowadzają się do przyjaznych spotkań. To Ali będzie towarzyszyła Tess w naj-gorszych chwilach jej życia, pomagając jej w kwestiach finansowych oraz mał-żeńskich, które niekoniecznie związane są z artystyczną ścieżką. I odwrotnie, to Tess będzie ogromnym oparciem dla wscho-dzącej gwiazdy. Również Sean (Stanley Tucci), przyjaciel założycielki klubu, będzie dopingował najmłodszą artystkę w jej poczynaniach, zapewniając jej jak najmniej bolesną ścieżkę wiodącą ku niewyob-rażalnej karierze. Na drodze zdobywania kolejnych doś-wiadczeń oraz osiągnięć w życiu Ali

RECENZJA FILMOWA

następuje „punkt zwrotny”. Coraz częściej wokół niej pojawia się Jack (Cam Gigandet) – barman i muzyk. Uczucie między tymi dwojga powoli, lecz skutecznie, rozkwita. Jednak czy związek pozwoli Ali w zdobywaniu dalszych szczebli kariery czy przyczyni się do zamiany priorytetów w jej życiu, powodując wybór między pracą a miłością? Miejsce, w którym bohaterka stawia swoje pierwsze kroki, jest bardzo enigmatyczne. Z jednej strony ma się wrażenie, iż wszystko jest wyłożone jak przysłowiowa „kawa na ławę”, przepełnione mnogością gestów, a jednak z drugiej strony kusi swoją tajemniczością, pewnego rodzaju sacrum. Wszystko jest zabawą. Wśród rywalizacji oraz dekadenckiego nastroju klubu, dużo tu ironii, błahych żartów oraz wyuzdanych uśmiechów. Burleska to swoista mieszanka artystyczna, zderzenie kunsztu dobrego smaku z wulgarnością. Film Steve’a Antina jest widowiskiem na miarę niejednego musicalu, pozostającego na dłużej w pamięci. Kompozycje este-tyczne, perfekcyjnie dopracowane choreo-grafie, a także stroje są kwintesencją tego obrazu. Ludzie, którzy wybierają się na „Burleskę” wyłącznie dla Cher i Christiny Aguilery nie pożałują wydanych pieniędzy. Obie artystki dobrze reprezentują swoje zdolności wokalne w wielorakich aran-żacjach. Idąc na film zanurzmy się w kli-macie burleski, chłonąc specyfikę tego gatunku, smakując każdy detal na swój własny sposób. Welcome to Burlesque! Krystian Pesta MIŁOŚĆ BARWY NIEBIESKIEJ
Co roku w Walentynki obserwuje się w kinach wysyp najnowszych komedii romantycznych, zarówno prosto z Hollywood, jak i z rodzimego podwórka. Pojawia się dylemat: na co wybrać się z drugą połówką? Ta część widzów, która zdecydowała się na produkcję zachodnią, wychodząc z założenia, że jak zza oceanu – to jest dobre, musiała srodze się rozczarować.
RECENZJA FILMOWA

Oglądając zwiastun filmu można pomyśleć: okej, jest spora szansa, że przyjemnie się go będzie oglądać. W końcu główny bo-hater będzie musiał przejść długą drogę, zmienić się, zawalczyć o szczęście dla uko-chanej, która cierpi na Parkinsona. Osoby, które miały nadzieję zobaczyć realistyczne, chwytające za serce zmaganie się z cho-robą, powinny w tym momencie sięgnąć po klasykę typu „Lepiej być nie może” albo „Benny i Joon”, które, choć dotyczą innego rodzaju schorzeń, bez dwóch zdań lepiej ukazują tę problematykę. Chociaż trzeba oddać twórcom sprawiedliwość: wątek choroby Parkinsona jest chyba tym najlepiej po-prowadzonym w filmie, potraktowanym dość poważnie. Niestety, najwyraźniej na tym kreatywność się skończyła, a sce-narzyści musieli wyjść z założenia, że skoro jest „trudny temat”, jest seks i jest Viagra, to więcej filmowi nie trzeba. A szkoda. Poza chorobą film opiera się na utartym schemacie: Ona i On, czyli Maggie i Jamie. On – niepoprawny podrywacz, stałego związku unikający jak ognia, Ona – sa-motna, chora, nieszczęśliwa, obawiająca się miłości. Przypadek sprawia, że się poz-nają. Potem jest już z górki: najpierw seks, potem uczucie, niby nie chcą, ale jednak chcą oboje. Następnie nieodłączna w fil-mach tego typu zabawa w kotka i myszkę,

RECENZJA FILMOWA

coś się psuje, żeby mogło się za chwilę naprawić. Niestety, zwroty akcji nie spra-wiają, że widzowie wstrzymują oddech, trzymają kciuki za bohaterów i próbują za wszelką cenę rozgryźć co będzie dalej. Ra-czej siedzą ze znudzonym wzrokiem wbi-tym w ekran i mimochodem pogryzają popcorn. Równolegle do zasugerowanego w tytule wątku miłosnego możemy obserwować rozwijającą się w szaleńczym tempie karierę Jamiego. A czym zajmuje się nasz bohater? Tak się składa, że jest przed-stawicielem farmaceutycznym. I to nie byle jakim – udaje mu się zdobyć możliwość rozprowadzania Viagry jako pierwszemu na rynku. Bo kto lepiej sprzeda niebieskie tabletki niż taki amator seksu jak Jamie? Niestety – kariera głównego bohatera nie jest zbytnio zajmująca. A widzom kończy się popcorn i zostaje im tylko wpatrywanie się w ekran z rosnącym znużeniem i popi-janie coli od czasu do czasu. Najwyraźniej scenarzyści planowali zgrabnie połączyć skrajnie różne wątki – niestety, zrobili to z gracją biegnącego nosorożca. Trochę smutne, bo z filmu wynika, że wszystko zaczyna się od seksu, a miłość, wbrew powszechnym skojarzeniom z czerwienią, ma barwę niebieską, jak tabletki Viagry. Twórcy filmu chcieli też, zdaje się, zasłużyć na pierwszy człon wyrażenia „komedia romantyczna”, bo wyszli z założenia, że rozbawią widza. Postawili na stary, utarty kierunek prowadzenia wszystkich akcentów humorystycznych: po raz kolejny seks. Co druga scena wręcz opływa w skojarzenia i gagi, najczęściej związane z męskim przy-rodzeniem. I o ile przez pierwszą połowę filmu można unieść kąciki ust w na poły rozbawionym, na poły skonsternowanym uśmiechu, o tyle w okolicach zakończenia nawet najwięksi fani tego typu humoru zie-wają ze znudzeniem i liczą minuty do końca. Właściwie można powiedzieć, że w filmie Edwarda Zwicka na dobrą sprawę, szu-kając dobrych stron czy mocnych punktów znajduje się tylko jeden: obsadę aktorską. Jake Gyllenhaal i Anne Hathaway nie pierwszy raz grają parę – pięć lat wcześ-niej ich bohaterowie tkwili w niesz-częśliwym małżeństwie w „Tajemnicy Bro-keback Mountain”. Gra tej dwójki, a także garstki inny aktorów, to światełko w tu-nelu. Gyllenhaal czaruje uroczym uśmie-chem, uwodzi spojrzeniem – nie jest to szczególnie wymagająca rola, ale jak na standardy filmu zagrał ją z prawdziwą klasą. Hathaway z kolei doskonale po-radziła sobie z przypadającą jej bohaterką: oddała rozchwianie psychiczne, zmagania z chorobą a także jej urok i wdzięk; rzecz jasna wszędzie tam, gdzie pozwolił jej na to niezbyt udany scenariusz. Przy zaletach filmu należy wspomnieć także o muzyce – pojawiło się kilka naprawdę dobrze dobra-nych utworów, które urozmaicają raczej nużącą akcję ekranową. Nie polecałabym filmu zakochanym parom, nie polecałabym nikomu, kto nie przepada za sprośnym dowcipem, ani nikomu, kto nie lubi przewidywalnej fabuły. W zasadzie trudno powiedzieć, czy film można polecić komukolwiek. To jedna z tych bez-barwnych produkcji, których nie da się zaklasyfikować jako dno kompletne, ale też nie należy dopuszczać ich do grona filmów „dobrych”, ani nawet filmów typu „okej”. Ogląda się raz, trochę żałuje się poś-więconego czasu, ale myśli też, że w sumie: mogło być gorzej. Dominika Pankow Kiedy wracałam kilka dni temu do domu, na budynku pobliskiego multiplexu zauważyłam nowy baner. W przeciwieństwie do pozostałych, nie był zdjęciem, lecz raczej ogromnym rysunkiem. Przedstawiał młodego chłopaka o czarnych włosach, trzymającego aparat fotograficzny. Otaczali go ludzie. Różni ludzie.
SALA SAMOBÓJCÓW
RECENZJA FILMOWA

Reklama, przyznaję – zainteresowała mnie. Jednak, niestety już samo obejrzenie trai-lera i rzut okiem na fabułę ostudziło chęć wybrania się do kina, ale – pomyślałam - pójdę, zobaczę, po co uprzedzać się już na samym początku? Sala wypełniona. Zaczynamy. Na ulotce re-klamowej jest napisane, że główny bohater, Dominik (Jakub Gierszał) ma lat 19 i jest zwyczajnym chłopakiem (czytaj: chodzi z najładniejszą dziewczyną w szkole, ma bogatych rodziców, stać go na to i owo, ma wielu znajomych.). Za chwilę stud-niówka, nieco później matura… W mię-dzyczasie jednak zdąży poznać na jednym z internetowych forów tajemniczą Sylwię (Roma Gąsiorowska), która odmieni jego dotychczasowe życie … A teraz moja wersja wydarzeń. Dominik to rozwydrzony, rozpieszczony, przewrażliwio-ny na swoim punkcie bachor. Ma równie neurotyczną matkę i zapracowanego ojca - polityka. Odwiedza z nimi operę, i równie ważnych i poważnych znajomych

RECENZJA FILMOWA

swoich rodziców. W wolnym czasie Do-minik, jeśli oczywiście ma ochotę chodzi do elitarnej szkoły i na imprezy. Ponadto ma najnowszy model laptopa, na którym przegląda stylizowane na gotyk filmiki, najbardziej kiczowate jakie tylko da się wyobrazić. Zapomniałabym – obowiązkowo kilka razy dziennie sprawdza ilość komen-tarzy pod swoimi zdjęciami na portalu społecznościowym łudząco podobnym do Facebooka… Żyć, nie umierać. Ale czy na pewno? Mimo że w moim odczuciu debiutanckie dzieło młodego reżysera Jana Komasy skrajnie stereotypowo przedstawia życie tzw. „bananowej młodzieży” i ich rodziców- ludzi pozornego sukcesu i spłaszcza rzeczy-wistość, to jednocześnie stawia pytanie o to, jak w czasach „robienia kariery” po-winno wyglądać życie rodzinne. O „Sali Samobójców” mówi się najczęściej w kontekście roli portali społecznościowych w naszym życiu lub o zastępowaniu rzeczywistości realnej przez wirtualną. Chwali się wykorzystanie technik trójwy-miarowych, nad którymi graficy pracowali przeszło rok. Ocenę tej części pozostawiam Waszemu estetycznemu sumieniu, jeśli zdecydujecie wybrać się do kina. Ja jednak zwróciłam uwagę na Dominika. Na jego początkowo nie do końca świa-dome zmagania z samotnością, seksual-nością, samookreśleniem. Niedawno, po kolejnej próbie zwrócenia na siebie uwagi, mój znajomy usłyszał od nauczyciela historii: „Kuba, ty masz pomysł na siebie, ale nie na swoje życie…”. Tak jak Dominik - wie czego nie lubi, ale nie ma pojęcia o tym, co jest dla niego ważne. Ma wszystko, jego matka pyta więc: „Co mamy mu jeszcze dać?!” Chciałoby się odpowiedzieć jej słowami Epikura: „Ko-bieto! odejmij mu raczej jedno z jego pragnień!”. Albo porozmawiaj z nim o nim. Dominik, uznany w szkole za geja, posta-nawia nim zostać. Postanawia zaszokować, by zwrócić na siebie uwagę rodziców (bra-wa dla Agaty Kuleszy i Krzysztofa Pie-czyńskiego). W świecie tytułowej Sali Sa-mobójców odnajduje pozorną akceptację, szczerość, odmienność, przyjaciół. Sylwia rozmawia z nim, mimo że zgubnie ukazuje mu postawę buntu i niezgody na warunki stawiane przez realne otocznie. Sylwia uzależnia go od siebie, bo jest jedyną osobą, która potrafi go wysłuchać. Jednak ani ona, ani rodzice, ani ogromne grono znajomych nie chce mu pomóc, a je-dynie wykorzystać do własnych celów. Mimo, że „Sala…” zdecydowanie mnie znudziła,rozśmieszyła i nakazała opuścić salę przed końcem seansu, doceniam próbę zwrócenia uwagi na temat do tej pory pomijany - rzeczywistą cenę kariery i wysokich dochodów. Okazuje się, że nie wystarczy „zaliczyć” rozmowę czy to z rodzicami, czy znajomymi w stylu: Co słychać? Wszystko w porządku. To super. Zaletą filmu jest także chętnie ukazywana klatka piersiowa głównego bohatera oraz jego nienaganny makijaż w stylu emo i cudownie gładka, lśniąca czarna grzywka! Mimo wszystko nie sposób dostrzec w „Sali…” czegoś więcej niż pozory, powierzchowność i zaledwie muskanie tematu. Ale może Wam się to uda. Aleksandra Bartosik CO W KINIE PISZCZY

WOKÓŁ KINA Marzec i kwiecień w kinach odzwierciedlają pogodowe kaprysy. "W marcu jak w garncu" - tak i na dużym ekranie, dużo gorących i ambitnych propozycji. "Kwiecień plecień, bo przeplata...", czyli po trochu ze wszystkiego - dramatu, komedii, sensacji. Sofia Coppola reżyseruje filmy rzadko, ale każdy z nich jest wydarzeniem. Podobnie jak w genialnym "Między słowami" autorka ukazuje ludzi poszukujących własnej tożsamości.

Sofia Coppola reżyseruje filmy rzadko, ale każdy z nich jest wydarzeniem. Podobnie jak w genialnym "Między słowami" autorka ukazuje ludzi poszukujących własnej toż-samości. Bohaterem "Somewhere. Między miejscami" jest hollywoodzki gwiazdor, wieczny chłopiec i imprezowicz. Pewnego razu Johnny musi zaopiekować się swoją córką z nieudanego małżeństwa, Cleo. To . . spotkanie wywróci jego życie do góry nogami i, kto wie, może pozwoli na znalezienie swojego miejsca w świecie. U boku Stephena Dorffa wystąpiła Elle Fanning, młodsza siostra Dakoty, która równie prężnie pnie się po szczeblach kariery. Rola Cleo nie pozostawia wątpli-wości, że zaledwie 12-letnia Elle jest gotowa na podbój branży filmowej. John Cameron Mitchell postąpił krok dalej, jego bohaterowie są zawieszeni między codziennym życiem a duchowością, a dok-ładnie - "Między światami". Obraz będący adaptacją sztuki Davida Lindsaya - Abaire'a pt. "Rabbit Hole" jest pełen emocji. Małżeństwo Corbertów traci dziecko, od tej pory ich związek przechodzi ciężką próbę - zarówno Becca (Nicole Kidman) jak i Howie (Aaron Eckhart) szukają pocieszenia w ro-mansach, przyjaźniach, terapii. Próbując ukoić swój smutek, coraz bardziej oddalają się od siebie. Film ukazuje temat tabu, jakim jest żałoba, oraz uzasadnia wszelkie sposoby jej ukojenia - w samotności, to-warzystwie, rozpaczy, a nawet w śmiechu. Lech Majewski jest osobą niezwykle wszechstronną, interesuje się nie tylko re-żyserią filmową oraz teatralną, ale i poezją, literaturą, malarstwem. Owocem jego

WOKÓŁ KINA

zainteresowań jest dzieło niezwykłe, ponieważ nikt wcześniej nie podjął się próby ożywienia obrazu i przedstawienia historii jego bohaterów. Dzięki technologii CGI i 3D obraz "Droga Krzyżowa" Bruegla ukazuje się widzom w całej swej okazałości wyglądając dosłownie "jak żywy". Wykonanie tak trudnego zadania trwało 3 lata, ale efekty są zachwycające i dostarczą wrażeń każdemu bez wyjątku. To lepsze niż zwiedzanie muzeum, w którym bez celu przechadzamy się tam i z powrotem, nie probując nawet zgłębić sensu oglądanego dzieła. Film "Jestem Bogiem" to skrzyżowanie "Bruce'a Wszechmogącego" z serialem "Ca-lifornication". Eddie (Bradley Cooper) jest pisarzem, a raczej próbuje nim być - brak mu weny nie tylko twórczej, ale i życiowej. Wszystko zmienia się za sprawą narkotyku, dzięki któremu mężczyzna staje się atrakcyjny, sprawny, skupiony, po prostu "wydajny". To czas, który pozwala Eddie-mu czerpać z życia jak najwięcej, wywołuje to w nim poczucie nieograniczonej mocy, jakby cały świat leżał u jego stóp. Jednak każdy sukces ma swoją cenę i jemu też przyjdzie za to zapłacić. Film skupia w sobie wątki sensacji, thrillera, psycho-dramatu. Scenariusz napisany według bestsellerowej powieści Alana Gynna "Daw-ka geniuszu" pokazuje, jak daleko jest w stanie posunąć się człowiek w celu realizacji swych ambicji. Twórcy "Epoki lodowcowej", jednej z naj- lepszych animacji ostatnich lat, zapewniają, że "Rio", ich najnowsze dzieło, będzie równie dobre. Historia papugi Blu, która ucieka z klatki i trafia prosto do Rio de Janeiro zapowiada się jako rewelacyjna rozrywka dla całej rodziny. Życie na wolności i związane z tym przygody na pierwszy rzut oka mogą wydawać się proste, ale przecież Blu nie potrafi nawet latać... Na szczęście w mieście takim jak Rio de Janeiro papug nie brakuje i chętnie przybędą mu z po-mocą. Będzie zabawnie, egzotycznie i barwnie. Kolejną dawkę śmiechu dostarczy nam komedia o... telewizji śniadaniowej. Becky Fuller dostaje propozycję pracy jako producentka porannego programu tele-wizyjnego. Aby podnieść oglądalność za-trudnia byłego aktora Mike'a. Znany i wy-buchowy celebryta za wszelką cenę chce pozostać w świetle reflektorów i z niechęcią podporządkowywuje się nowej produ-centce. Twórcy komedii "Dzień dobry TV" (a wcześniej "Diabeł ubiera się u Prady") z doświadczenia wiedzą, że na sukces filmu składa się dobry humor, chwytliwe dialogi, wartka fabuła i rewelacyjni aktorzy. Tutaj niczego nie brakuje, a Rachel McAdams, Harrison Ford i Diane Keaton wręcz za-rażają swoim entuzjazmem - aż chce się włączyć telewizor! Kalina Mróz ALL WE CAN DO HERE IS DIE
Karabiny, wybuchy, krew, chaos, spustoszenie, śmierć… Wojna. Jak zrobić na ten temat dobry film? Jak napisać o takim filmie, że jest dobry? Zdarzają się jednak obrazy o wyjątkowej sile przekazu albo specyficznej delikatności formy. I, choć czasem wolelibyśmy nie widzieć i nie wiedzieć, warto poświęcić im czas.
PIERWSZA PIĄTKA

1. „Szeregowiec Ryan” Mimo że widziałam „Szeregowca Ryana” już któryś raz z kolei, przez dobrych kilka minut siedziałam nad pustą kartką, zastanawiając się, jak opisać wszystkie te emocje, które towarzyszą jego oglądaniu. Film robi wrażenie – to trzeba powiedzieć na pewno. Akcja rozpoczyna się podczas lądowań amerykańskich żołnierzy w Normandii. Oddział kapitana Johna Millera dostaje się w środek prawdziwego piekła, pod wrogi ostrzał uderzający z taką siłą, że duża część desantowców nigdy nie opuszcza plaży. Wśród nich ginie młody żołnierz o nazwisku Ryan. Wkrótce, w bezpiecznym biurze na terenie Stanów Zjednoczonych, jedna z pracownic zajmujących się powiadamianiem rodzin poległych o ich stracie, odkrywa, że pani Ryan otrzyma wkrótce trzy listy. A to oznacza, że w ciągu kilkunastu dni straciła trzech synów, walczących w różnych stronach świata. Okazuje się jednak, że jest jeszcze jeden młody Ryan, czwarty syn pogrążonej w żałobie matki. Ten z kolei zaginął gdzieś w chaosie Normandii. W absurdalnym z taktycznego punktu wi-dzenia odruchu litości nad panią Ryan, wysokie dowództwo amerykańskiej armii wydaje rozkaz odnalezienia szeregowca Ryana i wysłania go do domu. Kapitan Miller i siedmiu jego ludzi niechętnie wy-rusza na niebezpieczną misję. To, co szczególnie podoba mi się w tym filmie to sposób prezentacji bohaterów. Nie mamy przed oczami jedynie kolejnych mundurów, ale żywych ludzi z krwi i kości. Każdy czymś się wyróżnia, a w czymś

PIERWSZA PIĄTKA

podobny jest do reszty, ich zachowania są naturalne, prawdziwe, znajome. Kamera nie faworyzuje tych, którzy predestynowani są do przeżycia, bądź wielkich czynów. Często daje nam poznać tych, którzy właśnie doświadczają swoich ostatnich sekund i, choć wokół trwa zażarta bitwa, ani oni sami, ani widz nie spodziewa się tak nagłego końca. Jeszcze bardziej intere-sujący są ci, których poznajemy bliżej: zgrani, choć różniący się znacząco pog-lądami, charakterem, zdolnościami i tem-peramentem żołnierze kapitana Millera. Na doskonałe stworzenie tych postaci zapra-cowali tak aktorzy, jak i twórcy dialogów. Bo to właśnie dialogi – od wygłupów i żartów, przez filozoficzne i świato-poglądowe pogawędki, wspomnienia i historie życia, aż po wywrzaskiwane żale, sprzeciwy i cierpienia – pozwalają nam poznać, polubić albo znienawidzić boha-terów (swoją drogą, im dłużej się film ogląda, tym łatwiej przychodzi wybaczenie postaciom niektórych zachowań. Pod koniec ze zdziwieniem można stwierdzić, że lubiło się wszystkich.). A wspominając o akto-rach, trzeba potraktować ich jako zgrany zespół, który reprezentują w filmie – zostali zresztą wyróżnieni dwoma prestiżowymi nagrodami za najlepszą grupę aktorską. Wobec tego i ja na równi pochwalę wszystkich czołowych artystów: Toma Hanksa (tajemniczy kapitan Miller), Je-remy’ego Daviesa (wrażliwy, nieporadny kapral Upham), Edwarda Burnesa (poryw-czy Reiben), Barry’ego Peppera (zawzięty Jackson), Giovanniego Ribisi (pełen po-czucia misji medyk Wade), Adama Goldberga (lojalny Mellish), Toma Size-more’a (rozsądny sierżant Horvath), Vina Diesela (uczuciowy twardziel Caparzo) i wreszcie – Matta Damona w roli młodego szeregowca Ryana, o którego całe to za-mieszanie.

PIERWSZA PIĄTKA

2. „Good Morning Vietnam” Pytanie ze wstępu – jak zrobić dobry film o wojnie? – nabiera w tym konkretnym przypadku dodatkowego wymiaru: jak zrobić dobrą wojenną komedię? Barry Levinson, reżyser „Good Morning Vietnam” znał odpowiedź (to samo można zresztą powiedzieć o naszym rodaku, Tadeuszu Chmielewskim, ale o tym innym razem), bowiem jego film jest równie zabawny i wciągający, co poruszający i prawdziwy. Wszystko zaczyna się, kiedy Adrian Cro-nauer, spiker radiowy, zostaje przeniesiony z Grecji do Wietnamu, gdzie trwa wojna, aby poprowadził audycję w wojskowej rozgłośni radiowej. Cronauer, sponta-niczny, pełen humoru, życiowej energii i radości, jest urodzonym mówcą i ko-mikiem. Bardzo szybko przełamuje do-tychczasową nudę i schematyczność nadawanych w radiu audycji, zyskując sobie wielką popularność wśród żołnierzy, a także podziw i szczerą sympatię współ-pracowników. Niestety, jego dwaj prze-łożeni nie są ludźmi, których serca tak łatwo podbić – jeden z nich to śmiertelnie poważny służbista, a drugi zakompleksiony tradycjonalista. Główny bohater ma więc przez nich wiele problemów w nowej pracy, a tymczasem postanawia zdobyć względy miejscowej piękności i zaprzy-jaźnia się z jej bratem. Czy w wojskowej hierarchii i wobec żołnierskiego umiłowania porządku, Cronauer, przełamujący formy i ignorujący rozkazy, jest w stanie przetrwać? Czy przyjaźń Wietnamczyka z żołnierzem amerykańskiego okupanta ma jakąkolwiek szansę powodzenia? Odpo-wiedzi na te bardzo poważne pytania, znajdują się pomiędzy zabawnymi wier-szami tej opowieści. Niesamowita gra aktorska Robina Williamsa jest jedną z podstawowych zalet filmu. Moc, z jaką wykrzykuje swoje słynne „good morning Vietnam”, energia, z jaką wyrzuca z siebie jeden żart za drugim, udatność w naśladowaniu głosów, odgłosów i akcen-tów – wszystko to sprawia, że strumień nudnych informacji przeradza się w rzekę rozrywki, tak dla słuchaczy Cronauera, jak i dla oglądających Williamsa. Dodatkowo możemy nacieszyć oczy egzotycznymi krajobrazami pulsujących życiem wietnamskich miast i dżungli, a uszy – skocznymi melodiami popularnych w tamtym czasie amerykańskich przebo-jów, które dzięki Cronauerowi przedostały się w eter i idealnie współgrają z atmosferą filmu. Ten obraz udowadnia, że nie trzeba być poważnym i patetycznym, by pokazać dramatyczną cząstkę historii – wręcz przeciwnie, to właśnie humor i zmagania z codziennymi, zwykłymi do bólu pro-blemami, nadają filmowi głębokiej auten-tyczności. 3. „Imperium Słońca” O wyjątkowości tego sześciokrotnie nomi-nowanego do Oscara filmu decyduje fakt, iż przedstawia on wojnę widzianą oczami dziecka w orientalnej scenerii chińskich miast i bezdroży. Reżyserem, tak, jak w przypadku „Szeregowca Ryana”, jest

PIERWSZA PIĄTKA

Steven Spielberg, który prezentuje tu tę samą umiejętność trafiania do widza, lecz zupełnie inne spojrzenie. W 1941 roku, kiedy już od paru lat trwa konflikt pomiędzy Chinami a Japonią, mieszkający w Szanghaju Brytyjczycy powtarzają, że to nie ich wojna. Ich życie rzeczywiście zdaje się potwierdzać te słowa. Podczas gdy na ulicach szerzy się głód i pogłębiają się niepokoje, bogaci Brytyjczycy egzystują w zamkniętym świecie przepychu, posłusznej chińskiej służby, dochodowych interesów, konwe-nansów i balów maskowych. Niektórzy wprawdzie opuszczają Szanghaj, kiedy zaczyna się szeptać o nadchodzącym niebezpieczeństwie, jednak ojciec Jamiego nie daje wiary pogłoskom. Jego rodzina pozostaje na miejscu, nieświadoma za-grożenia aż do momentu, kiedy do miasta wkraczają Japończycy pod flagą ze znakiem swastyki, na ulicach wybucha panika, a obywatele brytyjscy usiłują w ostatniej chwili opuścić Szanghaj. Mały Jamie zostaje oddzielony od rodziców przez wzburzony tłum. W tym miejscu zaczyna się jego wymuszona samodzielność, daleka wędrówka i walka o przetrwanie. Wojna, która nie była ich, bardzo szybko się w taką zmieniła. Widz wędruje śladami Jamiego i to z jego perspektywy postrzega rozgrywające się wydarzenia. Nie jest to zatem historia wojny, a raczej historia jednego chłopca, który przypadkiem znalazł się nawet nie w jej środku, ale na jej zapomnianych,

PIERWSZA PIĄTKA

nędznych obrzeżach. Christian Bale, wów-czas trzynastoletni debiutant, stworzył postać pełną życia, wytrwałą, sprytną i buńczuczną. Jamie, choć musi gruntownie zmienić poglądy na temat swojej pozycji społecznej i przynależnych mu praw, nie traci nigdy swojej zadziorności i pewności siebie. Uczy się natomiast wiele o wraż-liwości, budowaniu głębszych więzi mię-dzyludzkich i o tym, „co człowiek jest w stanie zrobić dla ziemniaka”. Dorasta, ale w tym samym czasie pozwala nam spojrzeć na otoczenie z dziecięcą jeszcze prostotą. Jamie porywa za sobą serca, tak bohaterów filmu, jak i widzów – nic dziwnego, że Bale otrzymał dwie pres-tiżowe nagrody przyznawane młodym artystom. Na planie towarzyszą mu między innymi John Malkovich oraz Miranda Ri-chardson, również spisując się doskonale. Obraz jest niemal całkowicie pozbawiony brutalnych scen, widoku krwi i ran. Skupia się raczej na tych, którzy oddaleni byli od linii ognia. I choć zawiera wiele porus-zających, przejmujących momentów, to cechuje się pewną łagodnością przekazu. Co w połączeniu z dobrze napisanym, słodko - gorzkim scenariuszem, sprawia, że „Imperium Słońca” jest filmem pełnym emocji, czasem smutnym, ale w osta-tecznym rozrachunku, dającym nadzieję. 4. „Gallipoli” Ten film opowiada o przygodzie, przyjaźni i bezsensie wojny. W tej właśnie kolej-ności. Peter Weir z właściwą sobie lek-kością opowiada historię dwóch młodych Australijczyków, która przeradza się nieza-uważenie w przejmującą opowieść o wojnie i jednej z najtragiczniejszych bitew, w jakich udział wzięli australijscy żołnierze – bitwie pod Gallipoli. Na początku obraz przenosi nas na dalekie prerie Australii, gdzie echa I Wojny Świa-towej docierają jedynie w postaci wieści zamieszczonych w gazetach. Młody Archy Hamilton pomaga ojcu przy spędzaniu bydła, a jednocześnie ćwiczy się w biegach sprinterskich, w których osiąga nadzwy-czajne wyniki. Archy marzy jednak, by zaciągnąć się do wojska i wraz z innymi rodakami wspomóc angielskie wojska w walkach z wrogą Turcją. Ale ponieważ jest niepełnoletni, ma z tym niejakie problemy – aż do momentu, kiedy na zawodach spotyka innego biegacza, Franka – życiowego konformistę, wielkomiejskiego dżentelmena z Perth i drobnego cwa-niaczka. We dwóch rozpoczynają przygodę, która nie tylko zbliży ich do siebie, ale również, krętymi ścieżkami, zaprowadzi aż do okopów Gallipoli, gdzie rozstrzygną się losy ich i wielu innych. Jak wszystkie chyba filmy tego reżysera, „Gallipoli” wydaje się początkowo nie-groźnym obrazem, łączącym szczyptę humoru z wciągającą, lecz niespieszną akcją, który to pokaże parę porywających przygód, to parę awanturniczych scen, a czasem zafascynuje bezkresnymi kraj-obrazami Australii, Egiptu i Turcji. Ale – jak w przypadku wszystkich chyba filmów tego reżysera – okazuje się, że w ostatecznym rozrachunku przekazano widzowi dużo

PIERWSZA PIĄTKA

więcej. W pewnym momencie następuje przełom, po którym napięcie wzrasta do granic możliwości i każdy, ten, kto zna zakończenie tej opowieści z lekcji historii, i ten, kto go nie zna, wpatruje się w ekran z rosnącym niepokojem, obserwując wy-siłki i zmagania bohaterów. Aż do samego końca nie wiadomo, jak rozstrzygną się ich losy, a napisy końcowe zastają widza oszołomionego i przejętego. Dwaj główni bohaterowie „Gallipoli” są od siebie bardzo różni, a jednak połączyły ich więzi przyjaźni – tak samo oglądający mogą bez wątpienia polubić zarówno idealistycznego, zawsze optymistycznie nastawionego Archy’ego i jego szeroki uśmiech, jak i odrobinę cynicznego, pełnego humoru i idącego na żywioł Franka. Jako Archy występuje debiutujący na wielkim ekranie Mark Lee, który doskonale oddał pogodę ducha, wrażliwość i zaciętość młodego chłopaka z prerii. Natomiast w rolę Franka wcielił się Mel Gibson, prezentując cały zestaw krzywych półuśmieszków i ujmujących min, dzięki którym z całą mocą tchnął życie w graną przez siebie postać. Całości dopełnia odrobinę psychodeliczna muzyka, bogata w dźwięki syntezatorów i dodająca filmowi ducha lat osiemdziesiątych, w których powstał. 5. „Kapitan Corelli” Mieliśmy już komedię wojenną, zaś „Kapitan Corelli” jest czymś w rodzaju wojennego filmu obyczajowego. Historia dotyczy relacji żołnierzy okupanta z miesz-kańcami pewnej niewielkiej wioski, po-kazuje zachowania, motywacje i odczucia jednym i drugich w skażonym cudzą

PIERWSZA PIĄTKA

dominacją środowisku, z dala od linii ognia. Akcja filmu rozgrywa się w Grecji zajętej przez faszystowskie wojska włoskie. W nadmorskiej wiosce Pelagia, córka i po-jętna uczennica miejscowego doktora, pożegnała się właśnie z narzeczonym, który wyruszył bić się z Albańczykami. Dziewczyna czeka na jego powrót, zamiast tego jednak, do wioski przybywają obcy żołnierze; rozpoczyna się okupacja. Pe-lagia, jak zresztą większość mieszkańców, żywi wobec najeźdźców uzasadnioną w jej mniemaniu nienawiść i pogardę, a gdy jeden z oficerów – kapitan Corelli – żąda gościny w domu doktora, traktuje go z wielkim chłodem i pełną dumy obo-jętnością. Włoscy żołnierze jednak dają się widzowi poznać jako sympatyczna, rozśpiewana grupa przyjaciół, która ponad wszystko pragnie wrócić do domu. Poza tym, że wykonują rozkazy – a i to z dużą dozą beztroskiej nieudolności – zajmują się tak nieszkodliwymi rozrywkami, jak grupowe śpiewy, tańce, gra na mandolinie, kąpiele i przechadzki po plaży… Dowództwo niemieckie nie jest jednak zadowolone z takiego obrotu spraw, wobec czego wkrótce przysyła na miejsce własne oddziały, które mają zaprowadzić porzą-dek. Jak to wpłynie na życie Greków? Czy Niemcy i Włosi porozumieją się co do dalszego postępowania w okupowanym kraju? I czy znajomość Pelagii i kapitana Corellego będzie miała szansę się rozwinąć? Obraz Johna Maddena jest pełen emocji, choć niewiele w nim żywiołowej akcji i energetyzujących scen. Pojawiają się wprawdzie trzymające w napięciu mo-menty, zawierające w sobie niebez-pieczeństwo, ryzyko i trudne decyzje, scenarzyści nie bali się jednak postawić na fabułę niespieszną, żonglującą uczuciami, pełną wnikliwości i subtelnego humoru. Film jest interesujący także pod względem aktorskim. Nicholas Cage, wcielający się w tytułowego bohatera, udowadnia tą rolą, że stać go na więcej niż udział w stricte rozrywkowych, czyli często głupawych, ho-llywoodzkich produkcjach. Rolę Pelagii przejmująco zagrała Penélope Cruz, na sto trzydzieści jeden minut stając się idealną Greczynką, zaś jej narzeczonym Mand-rasem, był - wyrośnięty sporo od czasu „Imperium słońca” - Christian Bale. Na uwagę zasługuje również John Hurt w roli zrównoważonego, rozsądnego doktora Ia-nnisa. I to właśnie dzięki zaletom scenariusza i przekonującej grze aktorskiej, a także dzięki kostiumom, charakteryzacji, pięknym krajobrazom oraz muzyce, do-dającym autentyczności i lokalnych smacz-ków, film ogląda się znakomicie. Po-zostawia on widza w przyjemnej zadumie i dobrym nastroju. A więc jeśli gotowi jesteście na trochę cięższe i bardziej wymagające tematy, po-lecam sięgnięcie po któryś z wymienionych wyżej filmów – odrobina refleksji, które te niewątpliwie wzbudzą nikomu jeszcze nie zaszkodziła, a ja ze swej strony za-pewniam, że nie zabraknie także prostej przyjemności z oglądania. Elżbieta Janota I Z CZEGO SIĘ ŚMIEJESZ?
Cezary Pazura powiedział w pro-gramie Kuby Wojewódzkiego, że zna polskiego widza i wie, czego oczekuje Polak idący do kina. Ale czy na pewno?
TELEWIZJA

W lutym przez polskie media przetoczyła się zażarta dyskusja dotycząca poziomu polskich komedii. Widzowie w większości chwalili, krytycy mieszali z błotem a dzien-nikarze dolewali oliwy do ognia – tak w skrócie wyglądała polemika o krajowej kinematografii masowej. Postanowiłem więc zapytać znajomych o to, co ich śmieszy lub żenuje na co dzień. Może dzięki informacjom, które zdobyłem, przyczynię się do tego, że polscy reżyserzy oraz scenarzyści lepiej poznają przec-iętnego widza i stworzą film, który zadowoli wszystkich?

TELEWIZJA

O polskich komediach OLA: Ostatnio byłam na ”Weekendzie” Czarka Pazury. Ogólnie film mi się nie po-dobał. Można powiedzieć, że był on "ty-powo polski". Zbyt wiele niepotrzebnej i trochę odbiegającej od fabuły krwi oraz duża ilość przekleństw. Humor również średni. Zbyt długo ciągnął [Cezary Pazura – dop.SG] poszczególne sceny, żeby uczynić je śmiesznymi. Efekt? Odwrotny. Patryk: Nie oglądałem jeszcze ostatnich premier, tj. „Weekend”, „Jak pozbyć się cellulitu” oraz „Oh, Karol 2” i nie za-mierzam tego zrobić w najbliższym czasie, bo polskie komedie skończyły sie z 10 lat temu. Wystarczyły mi trailery tych komedii z ‘najlepszymi scenami’ oczami twórców – były tak bardzo żałosne, że nie mam ochoty na całość. Na podstawie obserwacji polskiej kinematografii mainstreamowej, której twórcy od 10 lat robią tylko [tutaj pada wulgaryzm] komedie z tymi samymi aktorami, a w dodatku gównianą fabułą. Ostatni dobry polski film to „Dom zły”. Komedii nie pamiętam. Patrycja: Nie zgadzam się z „szanownymi” krytykami. Nic im się nie podoba. Sami nie wiedzą, czego oczekują od filmu. Jak są tacy mądrzy to niech nakręcą film – a ja ocenię. Ja idę do kina, żeby dobrze się bawić, oderwać się od przygnębiającej rzeczywistości. Byłam na „Oh, Karol 2” oraz na „Weekendzie”. Jak w każdym filmie coś mi się nie podobało. Ale nie żałuję wy-danych pieniędzy. Mateusz: Niestety żadna z nowych komedii się nie umywa w swojej genialności do najlepszych według mnie polskich komedii, czyli "Chłopaki nie płaczą" i "Dzień Świra”. O kabaretach Tomek: Uwielbiam stare skecze Ani Mru Mru, bawią mnie do dzisiaj. W ostatnim czasie popsuli się chłopacy i według mnie ciągną na marce, którą wylansowali lata temu. Kabaret Moralnego Niepokoju ma swoje przebłyski, aczkolwiek około 70% ich ske-czy jest żałosnych. Kabaretowi Limo wy-chodzą świetne parodie zwiastunów filmowych, na scenie jest już gorzej. Kabaret DNO to dno. Mają jeden numer, którym wszystkich rozśmieszają, a resztą żenują. Kamil: Rzadko oglądam występy kaba-retowe. Na pewno Ani Mru Mru oraz Kabaret Moralnego Niepokoju są naj-lepsze, ponieważ nie śmieję z tego, jakimi są idiotami tylko ze sceny, którą grają. Iza: Uwielbiam monologi kabaretowe And-rzeja Grabowskiego oraz Cezarego Pazury – rozśmieszają mnie do łez. Kryszak jest żałosny, ponieważ to, co mówi jest zabawne tylko dla niego samego. A to nie on ma się śmiać - tylko ja. O telewizji Kinga: Uwielbiam angielski humor z „Top Gear”. Szukają absurdów w otaczającym ich świecie. Naszą rodzimą telewizję dzielą lata świetlne od poziomu angielskiego. Magda: Kiedyś byłam fanką Szymona Ma-jewskiego, jednak w ostatnim czasie robi on z siebie mało śmiesznego kretyna. Do-bry Majewski skończył się wraz z przegraną

TELEWIZJA

PiSu, Samoobrony oraz LPRu. A show Pol-satu „Stand up – zabij mnie śmiechem” zabił mnie – ale głupotą. Czułam niesmak, gdy to oglądałam. Jedyne, co od lat utrzymuje w miarę równy, dobry poziom od lat, to ,,Świat według Kiepskich”. Uniwersalizm fabuły, postaci oraz sytuacji to cechy, które wyróżniają ten serial. Podoba mi się w tym, że nie jest on daleko oderwany od rzeczywistości i wyśmiewa nasze narodowe cechy. Każdy w swoim otoczeniu może rozpoznać mendę spo-łeczną Paździocha, kanalię Kiepskiego, matkę Polkę Halinkę, durnego synusia tatusia Waldusia czy też darmozjada Boczka. O Internecie Rafał: Uwielbiam śmieszne filmiki, których jest pełno w Internecie, a w szczególności na YouTube. Zawsze świetnie się bawię, gdy je oglądam. Amatorskie parodie w wy-konaniu internautów się o wiele bardziej zabawne niż profesjonalne występy aktorów. Justyna: Nie wiem co jest śmiesznego w tym, że aktor w filmie „Weekend” wy-powiada przekleństwo. Wolę amatorskie fil-miki na YouTube, kiedy sytuacja oraz zachowanie internautów jest zabawne. Oczywiście znajduję filmiki, które mnie żenują, jest ich chyba nawet więcej, ale podczas godziny oglądania ze znajomymi bawię się lepiej niż w kinie. O otoczeniu Piotrek: Mnie tam najbardziej śmieszą reakcje ludzi wokół. To jak szybko zmienia się im humor i nastawieni do innych osób z powodu jakiś głupich wydarzeń typu -„jesteś słaby nie lubię cię, nie chcę cię

TELEWIZJA

znać, jesteś nikim”. Po czym nagle po jakimś małym sukcesie nagle wszyscy gratulują, wynoszą na piedestał i mówią, jakoby wiedzieli wszystko od początku i zawsze byliśmy ich najlepszymi przyj-aciółmi – trudno w to uwierzyć, ale mam 20 lat i wrażenie, że nic nie zmieniło się od przedszkola. Jaka jest więc recepta? Po zapoznaniu się z waszymi opiniami do-szedłem do wniosku, że polscy reżyserowie oraz scenarzyści nie do końca wiedzą, z czego chcemy się śmiać. Sposób życia bohaterów komedii znacząco różni się od rzeczywistego polskiego stylu bycia. Nie-jednokrotnie życie w filmach przypomina argentyńskie oraz brazylijskie seriale, w których bohaterowie to ludzie sukcesu, a jedynym ich problemem jest odnalezienie miłości. Co ciekawe przeglądając rankingi najlepszych polskich komedii na pierwszy rzut oka widać, że na czołowych miejscach znajdują się te, w których jednym z głów-nych motywów była kwestia pieniędzy, a dokładniej ich zdobycia. Widać tutaj tytuły takie jak ,,Chłopaki nie płaczą”, ,,Kiler”, ,,Pieniądze to nie wszystko”, „Miś”, „Sami Swoi”, „Kariera Nikosia Dyzmy”. Jasno z tego wynika, że polskiego widza śmieszy niekonwencjonalny proces zdoby-wania pieniędzy. Może to być równie dob-rze wysokie stanowisko, które kojarzy się z wysokimi zarobkami. „Polscy” bohaterowie powinni posiadać ty-powo polskie cechy charakteru. Taka pos- tać jest bliższa rodzimemu widzowi, co pozwala mu zrozumieć ukryty sens dialogów oraz zachowań. Humor powinien być typowo polski, czyli zawierający absur-dy naszej rzeczywistości – dlatego też nie powinniśmy się w tej kwestii opierać zbytnio na zagranicznych wzorcach. Dużym problemem jest również brak aktorów. W większości produkcji występują te same osoby. Czasem już tak jest, że aktor raz gra papieża a innym razem kochanka, któ-ry próbuje uwieść wszystkie kobiety świata. Recepty na uzdrowienie polskiej kine-matografii nie ma. Polscy reżyserowie kręcą bardzo dużo, bardzo słabo oraz bardzo tendencyjnie i z identyczną obsadą. Powoduje to niesmak widza oraz ostrą krytykę znawców filmowych. Jeżeli raz coś się uda, powtarza się ten schemat we wszystkich możliwych produkacjach. Po 1989 roku w polskiej komedii coraz częściej dominowało chamstwo i cwaniactwo. Początkowo publiczności podobało się to i bawiło. Nakręcało to twórców by zrobić coś jeszcze bardziej w tym kierunku. Dziś, po 20 latach, widzimy efekt. Myślę, że polska komedia sięgnęła dna i bez nowych koncepcji to się nie zmieni. Jest to zadanie dla nas – młodych. Młodzież przemiany ustrojowej już się wypaliła. Tak więc, jaka powinna być śmieszna i dobra polska komedia? Nie wiem, ale chyba nie powinna przypominać ostatnich polskich produkcji... Szymon Godyla fot. 2 Marcin Gierasimowicz Dziady w Teatrze
Po 49 latach „Dziady” Adama Mickiewicza znowu wróciły na deski Teatru im. Stanisława Wyspiańskiego. W 1962 roku ten najważniejszy z polskich dramatów wyreżyserował Jerzy Kreczmar, dzisiejszą odsłonę zawdzięczamy Krzysztofowi Babickiemu.
TEATR

Inscenizacja takiego dzieła to zawsze zapowiedź niesamowitego widowiska, moż-na wręcz stwierdzić, że mając taki materiał nie można nie stworzyć wspaniałego spektaklu. A jednak nie jest to takie proste. „Dziady” były wystawiane przez wielu dobrych reżyserów w kraju i zagranicą (m. in. w 1937 r. w Teatrze Narodowym w Sofii czy w 1990 r. w Wileńskim Teatrze Dra-matycznym). Niemal do legendy przeszła inscenizacja w Teatrze Narodowym, w re-żyserii Kazimierza Dejmka w roku 1968, kiedy to doszło do przymusowego zdjęcia spektaklu z afisza. Wszystkie te próby interpretacji, które przez lata pasjonowały widzów, do czegoś zobowiązują. I Krzysz-tof Babicki jest tego świadomy. Co więcej, nie jest to jego pierwsza inscenizacja tego dramatu – ta miała miejsce jedenaście lat wcześniej w Lublinie. Oczywiście różnią się one od siebie, jak zapowiedział reżyser, bowiem od tamtego czasu zmienił się i on, i świat. Musiały się więc zmienić też „Dziady”. 5 lutego widownia miała możliwość zatra-cenia się w widowisku będącym połą-

TEATR

czeniem tradycji z ostrożną, nienarzucającą się innowacją, która delikatnie nagięła utwór do dzisiejszych realiów. Wszystkie te zabiegi sprawiły, że widowisko było jeszcze pełniejsze. Całość rozpoczyna się od części IV, osa-dzonej jednak nie w kościele, a w przytułku dla życiowych wykolejeńców. Znajdują się tam ludzie, którzy już się poddali i nie zamierzają dalej walczyć. Wśród nich jest Guślarz, którego wspaniale odegrał Andrzej Warcaba. Przeprowadza on obrządek Dzia-dów – wzywane są kolejno wszystkie Mickiewiczowskie duchy. Aktorzy wspaniale oddali nastrój szaleństwa, który został wzbogacony muzyką Marka Kuczyńskiego i podkreślony przez pełną grozy cho-reografię Anny Majer. Interesujący i po-wodujący dreszcze efekt lustra, który pojawił się właśnie podczas obrządku, podsycał tylko aurę grozy i tajemniczości. Gdy ostatni z nich znika, nadchodzi czas na wspomnienia. Guślarz zapowiada je sło-wami: „Czas przypomnieć ojców dzieje” – jest to wstęp do części III. W ten sposób akcja przenosi się do celi Konrada, w której więźniowie świętują Boże Narodzenie – scena jest bardzo autentyczna. Żale, złorzeczenia i wspomnienia więźniów prze-platają się z ich żartami i przepychankami. A wszystko to jest zakrapiane alkoholem, który daje im chwilę wytchnienia i moż-liwość zapomnienia na jakiś czas o swoim położeniu. To zresztą zastosowanie alko-holu – jako środka znieczulającego pamięć – zdaje się być nadal aktualna. Ich śpiew – coś między pieśnią religijno - patriotyczną a pijackim zawodzeniem - wydaje się być odzwierciedleniem ich nastrojów. A że były one raczej złe niż dobre, czemu trudno się zresztą dziwić, więźniowie zaczynają oczerniać Boga i Maryję. I tutaj na scenę wchodzi Konrad. Jego postać jest niez-wykle złożona i trudna do odegrania. Konrad to idealny przykład bohatera romantycznego, rozdartego wewnętrznie człowieka walczącego ze sobą. Grzegorz Przybył, który wcielił się w Gustawa - Konrada miał przed sobą nie lada wyzwanie. Do faktu odegrania tak skom-plikowanej wewnętrznie roli dochodzi jesz-cze wspomnienie aktorów, którzy mierzyli się z tym zadaniem przed nim. Byli to m.in. Józef Węgrzyn, Jerzy Trela i oczywiście Gustaw Holoubek. Czy udało mu się sprostać zadaniu? Wydaje mi się, że tak. „Wielka improwizacja” jest niemal kwin-tesencją „Dziadów”, dlatego to też ta część dramatu, na którą zwracamy największą uwagę. Cały monolog Konrada jest jego wewnętrzną walką. Z jednej strony mamy Konrada - Człowieka, który jest rozdarty przez miłość, chęć włączenia się do polityki, zaistnienia w kraju i egoistyczne pragnienie władzy, z drugiej Konrada - Wieszcza, człowieka, który wszystko robi dla dobra swojej ojczyzny, stając się niejako wzorem do naśladowania dla ówczesnych. „Wielka improwizacja” to nie tylko słowa – chociaż te są bardzo dobitne

TEATR

i momentami bluźniercze – sam fakt zwracania się do Boga jak do równego sobie, żądanie władzy nad ludźmi, jest więcej niż zaskakujący. Dodajmy do tego szaloną walkę uczuć i emocji, którymi można by obdzielić dziesięciu ludzi, a które tłoczą się w jednym człowieku – to właśnie to szaleństwo wynikające ze zbyt wielu myśli, uczuć i starań jest w improwizacji głównym elementem. Grzegorz Przybył wczuł się w rolę niemal hipnotyzując widownię. Zaczął spokojnie i wznosił głos coraz mocniej, aż do wrzasku, jakby chciał, żeby usłyszeli go wszyscy rodacy i sam Bóg. Krzyczał, miotał się po scenie, by zaraz potem zastygnąć nieruchomo i szep-tem zadać pytanie. A potem znowu wy-krzyczane żądanie, zgłoszona pretensja, rozkaz imitujący prośbę. Twarz aktora nie była zastygłą maską, kłębiło się na niej tysiące uczuć, przez rezygnacje, ból, cierpienie, prośbę, żal, aż po nadzieję i miłość. Było też na niej doskonale odegrane szaleństwo. Cała scena zdawała się iskrzyć od emocji i napięcia. A wszystko to w towarzystwie podsycającej grozę i powagę muzyki. I wreszcie padający na podłogę, zemdlony Konrad, którego przed śmiercią uratowały anioły, zamiast niego wypowiadając najgorsze z możliwych przekleństw – porównanie Boga do cara. Wraz z nim nastąpiło urwanie muzyki i cisza, która jeszcze bardziej podkreśliła dramatyzm sytuacji. Drugą część dramatu, opartą na III części dzieła Mickiewicza, wypełnił w większości bal u Senatora. Został on ukazany w sposób nieco uwspółcześniony, co sprawiło, że widz mógł jeszcze bardziej identyfikować

TEATR

się z aktorami. Scena rozpoczyna się na balu, gdzie całe towarzystwo plotkuje i za-chwyca się obcojęzyczną poezją i literaturą – wspaniale została ukazana ironia sytuacji. Rozmowy schodzą jednak na temat więźniów politycznych. Pojawia się oburzenie z powodu przerwanego balu (bo przecież to właśnie zabawa jest najważ-niejsza), ale też płacz i narzekanie na sytuację polityczną. Wysocki wypowiada słowa, które wszystkich elektryzują i zdają się być idealnym podsumowaniem – „Nasz naród jak lawa/Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa/Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi/Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi.” Sam Senator jest postacią niebywale cie-kawą. Miotany chęcią zysku, własnej wy-godny i zysku, ale też strachem. Wiesław Sławik, który odegrał tę rolę, był bardzo przekonujący. W jednej scenie uprzejmy, zalotny mężczyzna flirtujący z damą, w drugiej twardy polityk knujący przeciw wszystkim. Należy też wspomnieć, że jego postać została dostosowana do współ-czesnych realiów, choćby poprzez zamianę munduru rosyjskiego na eleganckie ubranie – w ten sposób jego postać może zostać odniesiona do wszystkich urzędników, posłów i senatorów. Gdy Senator bawi się i flirtuje z francuską Damą, na scenę wbiega pani Rollison (Violetta Smolińska) – niewidoma matka więzionego Rollisona, która rzuca się z pła-czem do stóp Senatora, prosząc o ratunek dla syna. Violetta Smolińska zagrała tę rolę z niebywałym uczuciem. Szloch, roz-pacz, padanie na podłogę, niemal czoł-ganie się na ziemi, udawanie niewidomej – wspaniała gra aktorska. Na uwagę zasługuje też Belzebub (w tej roli Wiesław Kupczak), którego charyzma dodawała scenom ironicznego wydźwięku, a który snuł się za Senatorem, podpo-wiadając mu złe rzeczy. Jego dwaj pomocnicy – Diabły (Zbigniew Wróbel i Dariusz Chojnacki), potęgowały tylko wrażenie zła czającego się dookoła. O spektaklu można pisać bez końca, a i tak będzie tego mało. Nie można tego opo-wiedzieć, to trzeba zobaczyć samemu. Myślę, że każdemu się spodoba. Ta in-scenizacja to niebywale udana próba interpretacji dramatu Mickiewicza, podjęta przez Krzysztof Babickiego. Ukazuje ona przenikające się w tekście dramatu płasz-czyzny: realną, historyczną i metafizyczną. A wszystko to stworzone jest w taki sposób, by zachwycać współczesnego widza i jednocześnie nie przesadzić z od-stępstwem od tradycji, co coraz częściej się zdarza, gdy reżyser chce dogodzić współczesnym gustom. Z ulgą mogę powiedzieć, że ten spektakl nie jest jedną z tych porażek. Dlatego zapraszam - bo warto! Justyna Książek Jej bogatym życiorysem oraz obfitym dorobkiem literackim można by obdzielić kilku artystów. W roku 1928 Akademia Szwedzka przyznała norweskiej pisarce literacką Nagrodę Nobla za „niezapomniany opis skandynawskiego średnio-wiecza". Jednak uzasadnienie Akademii Szwedzkiej nie odzwierciedla zbyt dokładnie burzliwego życia i niebanalnej twórczości Sigrid Undset.
SIGRID UNDSET – Literacka Nagroda Nobla 1928
NOTKA BIOGRAFICZNA

Sigrid Undset pochodzi z norweskoduńskiej rodziny. Urodzona 20 maja 1882 roku w Danii przyszła szwedzka noblistka spędzała całe dnie na zabawach muze-alnymi eksponatami, na lekturze nor-weskich sag i nauce folkowych piosenek. Ogromny wpływ na jej twórczość miał ojciec artystki – znany norweski archeolog, którego ogromna wiedza na temat śred-niowiecza zaszczepiła w niej miłość do tej epoki. Niestety, jego wczesna śmierć przekreśliła plany pisarki, która marzyła o studiach na uniwersytecie. Zamiast zdobyć wyższe wykształcenie, Undset zos-tała sekretarką i od szesnastego roku życia przez kolejne dziesięć lat pracowała w tym zawodzie dla Wisbech Electrical Company, by wesprzeć finansowo swoją rodzinę. Jednak mimo licznych obowiązków, Undset starała się każdą wolną chwilę poświęcić pisaniu. Sigrid Undset na początku swojej kariery pisarskiej wiele razy wysyłała swoje prace

NOTKA BIOGRAFICZNA

z prośbą o publikacje. Niestety, wiele wczesnych prób zakończyło się niepo-wodzeniem. Jedna z jej pierwszych książek rozpoczyna się zdaniem „Zdradzam swo-jego męża.” i prawdopodobnie właśnie to stwierdzenie zadecydowało o negatywnej odpowiedzi wydawnictwa. Z czasem jednak udało jej się przekonać wydawców do swojej prozy i jej pierwsza książka ukazała się drukiem w 1907 roku. Jej wczesne powieści koncentrowały się głównie na losach kobiet, często artystek, boryka-jących się z życiowymi problemami oraz rozdarciem między światem sztuki a obo-wiązkami. Fabuła jednej z książek artystki, zatytułowanej „Jenny”, umiejscowiona jest w Rzymie, gdzie Norweżka poznała swoją pierwszą wielką miłość i swojego przysz-łego męża. Już od początku znajomości ich związek nosił znamiona skandalu. Jej wybranek, Anders Castus Svarstad, miał już żonę, trójkę dzieci i był od pisarki dziewięć lat starszy. Po trzech latach znajomości iuzyskaniu przez Svarstada rozwodu, para pobrała się i przeprowadziła do Londynu. Tam Undset rozwinęła swoje literackie horyzonty zaczytując się w Shakespearze, Jane Austen, siostrach Brönte, „Opowieśś-ciach kanterberyjskich” i legendach o Królu Arturze (których własną wersję opubli-kowała w 1915 roku). Sigrid i Anders doczekali się trójki dzieci i przez kilkanaście ich związku Undset prowadziła dom zajmu-jąc się łącznie sześciorgiem pociech, znajdując jednocześnie czas na pisanie. Czasy pierwszej wojny światowej stanowiły dla pisarki okres, w którym mogła prze-myśleć wiele spraw dotyczących twórczości i światopoglądu. Po wojnie rozwiodła się z mężem i przeszła na katolicyzm. Dzięki swoim książkom i prestiżowemu stypen-dium przyznanym jej przez Norweski rząd była w stanie utrzymać rodzinę, wybu-dować dom i w pełni poświęcić się pisaniu. To właśnie wtedy powstała jej naj-słynniejsza powieści „Krystyna, córka Lawransa” – powieściowy cykl historyczny, którego akcja dzieje się w średniowieczu. To właśnie w tym cyklu spotykają się wszystkie pasje autorki – miłość do historii, norweskiej tradycji i rodzimej kultury, a także inspiracje szekspirowskim stylem kreacji bohaterów i realistyczne opisy tam-tych czasów. Dzięki tej pozycji Sigrid Undset na stałe wpisała się do kanonu powieści norweskiej, zdobywając również uznanie na całym świecie. Jej liczne prace, a także tłuma-czenia angielskich powieści ugruntowały jej pozycję jako pisarki, a późniejsza pomoc finansowa w czasie II wojny światowej oraz poparcie dla norweskiego rządu emi-gracyjnego zaowocowały przyznaniem au-torce Wielkiego Krzyża Orderu Świętego Olafa. W ostatnich latach swojego życia Sigrid Undset pisała głównie książki dla dzieci, podświadomie tęskniąc do swoich własnych, które zginęły w czasie wojny. Sigrid Undset zmarła 10 czerwca 1949 roku w swoim rodzinnym domu w Lillehammer z powodu wylewu krwi do mózgu. Paulina Rzymanek To miała być tylko wojna obronna. Nim jednak ludzie przejrzeli na oczy, euro-pejskie mocarstwa rzuciły się sobie do gardeł. Potyczka, w którą wciągnięte zostały liczne kraje, nie na darmo została nazwana I Wojną Światową, zaś jej uczestnicy zgodnie gotowi byli powiedzieć: „nigdy więcej”.
ZBUDOWAĆ ŚWIAT NA NOWO
RECENZJA KSIĄŻKOWA

W 1911 roku nic jeszcze nie zapowiadało wojny. W niewielkim walijskim miasteczku trzynastoletni Billy szedł właśnie po raz pierwszy do pracy w kopalni, a jego siostra specjalnie z tej okazji przyniosła mu ciasto z domu hrabiego Fitzherberta. To właśnie w jego willi pojawił się z gościną sam król, a arystokrata specjalnie z tej okazji zaprosił młodych ludzi reprezentujących kraje liczą-ce się na arenie politycznej. W tym właśnie miejscu po raz pierwszy przecięły się drogi przyjaciół hrabiego z czasów szkolnych, Niemca Waltera i jego kuzyna Austriaka Roberta, a także syna amerykańskiego senatora - Gusa. Tymczasem w carskiej Rosji narastało niezadowolenie i większość obywateli pragnęła czym prędzej wyjechać do Stanów Zjednoczonych, które w tym czasie zdawały się być rajem obiecanym, ziemią obiecaną. Grigorij i jego młodszy brat Lew mieli nawet plan, jak tego dokonać, niestety w chwili, gdy w ich życie

RECENZJA KSIĄŻKOWA

wkroczyła piękna Katerina, wszystko wyw-róciło się do góry nogami. Zaś nagłe pojawienie się księżniczki Bei i jej mał-żonka – hrabiego Fitzherberta, przywróciło potworne wspomnienia z dzieciństwa. Lecz, jak już wkrótce miało się okazać, to co najgorsze dopiero nadchodziło wraz z dniem, kiedy w Sarajewie zamordowany został arcyksiążę Franciszek Ferdynand. Wszelkie miłostki, płomienne romanse i spokój zostały zerwane, gdy mężczyzn pchnięto na front, ludność w wielu krajach zaczęła cierpieć głód, a niezadowolenie wzrastało z dnia na dzień. Dawny ład zachwiał się niebezpiecznie, do głosu doszły w końcu kobiety i ciężko pracujący lud, a wszystko to złożyło się bezsprzecznie na upadek mocarstw dawnej Europy. Pierwszym, co może przerażać, kiedy weź-mie się do ręki powieść Kena Folletta „Upadek gigantów” to fakt, że książka ma przeszło tysiąc stron. Niemałe niepewności wywołuje u czytelnika spis wszystkich bohaterów, który zajmuje kilka kartek. Lecz w momencie, gdy rozpoczyna się prolog, wszystko to po prostu staje się nieważne. Autor zręcznie wprowadza czytelnika w ży-cie każdego z bohaterów, barwnie odmalowuje ich charakter, a także zmiany, jakie w nich zachodzą w ciągu kilku kolejnych lat. Tworzy unikatowe postaci, które nie znajdą kopii w tej opowieści. Powieść z pewnością adresowana jest do osób, które zaznajomiły się z historią XX wieku przynajmniej na poziomie licealnym, bowiem by połączyć w całość wątki rozgrywające się w kilku państwa, warto zwracać uwagę na to, co w jakim roku się wydarzyło. Zaś dla prawdziwych fascy-natów nie zabrakło kilku „historycznych” smaczków ubarwiających opowieść. Ponie-waż „Upadek gigantów” jest tomem pierwszym Trylogii Stulecie nie trudno zro-zumieć, dlaczego postaci wywodzą się z różnych krajów, ale także i środowisk. Gra polityczna jaka nieprzerwanie toczy się mniej więcej od lat 20 ubiegłego stulecia pomiędzy największymi mocarstwami świata, musiała znaleźć odbicie w zwyk-łych ludziach, którzy z uwagą śledzą poczynania swoich rządów i wojsk. Zabieg ten z pewnością przybliżył czytelnikowi realia tamtych czasów, przedstawił historię nie tak dawną i pokazał los ludzi borykających się z problemami w czasie wojny, a także pokoju, kiedy cierpieli głód i nienawidzili ustroju politycznego włas-nego państwa. Chociaż temat podjęty w tej opowieści nie należy do najłat-wiejszych, zaś wykorzystanie postaci his torycznych, a także I Wojny Światowej jako tła dla swoich bohaterów to nie lada wyzwanie, Ken Follett poradził sobie z tym znakomicie. Nie sądzę jednak, by po autorze „Filarów Ziemi”, które zostały nawet przeniesione na mały ekran, można było spodziewać się klapy. Martyna Nowak O Holokauście inaczej

RECENZJA KSIĄŻKOWA

Kanadyjski pisarz Yann Martel jest znany polskim czytelnikom głównie dzięki swojemu światowemu bestse-llerowi zatytułowanemu „Życie Pi”. Historia opowiedziana w opubliko-wanej kilka lat temu najpopular-niejszej książce Martela już stała się kultowa i wielu krytyków zalicza ją do tzw. pozycji „must read”. W ostatniej publikacji kanadyjskiego prozaika, czytelnik znów ma do czynienia ze zwierzętami i chociaż historia Beatry-cze i Wergilego nie jest tak wcią-gająca, jak perypetie tygrysa Richar-da Parkera, z całą pewnością zasłu-guje ona na uwagę. Książka opowiada o Holokauście. Samo sło-wo Holokaust niesie ze sobą ogromną ilość emocji oraz obrazów, a tym samym często dość trudno jest oryginalnie i nowatorsko zaprezentować tę tematykę. Jak dokonał tego Yann Martel prezentując temat na zaledwie dwustu stronach zapełnionych dość sporą czcionką, dodatkowo posłu-gując się alegorią i oryginalną narracją? Głównym bohaterem powieści jest Henry – pisarz, który właśnie skończył książkę o Holokauście. Ze względu na to, iż temat był prezentowany niezliczoną ilość razy Henry postanowił wydać swoją powieść w postaci flip booka, książki dwustronnej, będącej z jednej strony powieścią, a z drugiej literaturą faktu – esejem. Niestety, wydawcy podeszli bardzo krytycz-nie do jego projektu i zniechęcony Henry postanawia przeprowadzić się do innego miasta. Ciągle jednak otrzymuje listy od

RECENZJA KSIĄŻKOWA

czytelników. W jednym z takich listów Henry znajduje kserokopię opowiadania Gustave’a Flauberta „Legenda o świętym Julianie Szpitalniku”, a także fragment dramatu, którego bohaterami, jak się później okazuje, są oślica i małpa – Beatrycze i Wergili. Zaintrygowany Henry postanawia spotkać się z autorem sztuki, który okazuje się być wypychaczem zwie-rząt. Nie jest to jednak jedyna intrygująca cecha tajemniczego taksydermisty… Reakcje krytyków i czytelników po pub-likacji „Beatrycze i Wergilego” były mieszane. Jedni chwalili autora za inno-wacyjne podejście do tematu, inni z kolei właśnie w tym doszukiwali się wad. Przecież zwierzęce alegorie dotyczące Holokaustu pojawiały się już nie raz, a Martel swoją powieścią nie tworzy niczego nowego, wręcz przeciwnie, udziwnia i utrudnia problem mieszając wszystkie możliwe gatunki literackie, przeplatając ze sobą dramat, legendę, esej i rozważania filozoficzne. Z drugiej jednak strony, prosty i przejrzysty język, a także jasno wytłumaczone symbole i alegorie mogą ułatwić zaznajomienie się z tematem tym, którzy z różnych względów nigdy o Holokauście nie czytali. Książka jest bardzo łatwa w odbiorze, a jednocześnie pozwala czytelnikowi zadawać sobie w trakcie lektury pytania, które mogą stać się okazją do przemyśleń. Jednym z nich może być pojawiające się na kartach powieści zdanie. „Jak będziemy mówić o tym, co nam się przytrafiło, kiedy to się skończy?” Jaki sposób mówienia o zbrodni i okru-cieństwie jest właściwy i może przemówić do czytelnika? Jak można przedstawić problem tak, by niczego nie pominąć i zadowolić każdego odbiorcę? Czy może mówić o tym osoba, która kulturowo nie ma z Holokaustem nic wspólnego? Sam autor w jednym z wywiadów odpowiada: „Nie chciałem napisać przegadanej po-wieści. Chciałem stopniowo dojść do słów, do jakiejś historii. Już od lat chciałem mówić o Holokauście, ale nie jestem Żydem, nie jestem Europejczykiem i mimo że mnie to interesowało, choć prze-czytałem dziesiątki książek na temat shoah, nie miałem do tego legitymizacji. Zrobiono to już tysiąc razy, tysiąc razy lepiej. To właśnie dzięki zwierzętom mogłem wymyślić nowy sposób podejścia do tego tematu”. Szczerość odpowiedzi autora oraz na-turalny język, którym posługiwał się pisząc powieść „Beatrycze i Wergili” a także niebanalni bohaterowie tej książki i his-toria, w jakiej biorą oni udział są nie-wątpliwymi atutami tej pozycji. Trzeba po nią sięgnąć i przekonać się samemu czy pomysł Yanna Martela jest warty poch-wały, czy krytyki. Paulina Rzymanek OSKARŻONY O MORDERSTWO

RECENZJA KSIĄŻKOWA

Jodi Picoult - autorka kilkunastu best-sellerów - zaprasza nas do poznania świata osamotnionego chłopaka z zes-połem Aspergera. „W naszym domu” to powieść, która spełni oczekiwania nawet najbardziej wybrednych fanów pisarki. W styczniu 2011 roku nakładem wydaw-nictwa „Prószyński i S–ka”, ukazała się nowa książka Jodi Picoult „W naszym domu”. Jak wszystkie jej utwory, jest to powieść oparta na psychologii społecznej, opowiadająca o życiu chłopca z autyzmem i jego rodziny. Bohaterem powieści jest osiemnastoletni Jacob Hunt cierpiący na zespół Aspergera, czyli łagodną postać autyzmu. Chłopak nie potrafi wyrażać uczuć, ma problemy z komunikowaniem się z ludźmi, nie patrzy w oczy, a każde odstępstwo od codziennej rutyny powoduje u niego ataki histerii. Jacob pasjonuje się analizą kryminalistyczną, więc książka jest przepełniona faktami i przemyśleniami na ten temat. Bohater często pojawia się w miejscach śledztwa i pomaga policji rozwiązywać sprawy. Kiedy jednak ginie jego instruktorka umiejętności społecz-nych, sam Jacob staje się obiektem zainteresowań śledczych, a zachowania charakterystyczne dla zespołu Aspergera według policjantów są równoznaczne z przyznaniem się do winy. Osiem-nastolatek zostaje oskarżony o morderstwo. I tu zaczyna się akcja powieści. Poznajemy ją z punktu widzenia pięciu osób: samego Jacoba, jego brata Theo, ich mamy Emmy, policjanta Richa i młodego adwokata Olivera. Każdy z nich inaczej patrzy na to, co się dzieje. Poza dociekaniem prawdy,

RECENZJA KSIĄŻKOWA

znajdziemy tu wiele przemyśleń o co-dziennym życiu, miłości, przyjaźni i wza-jemnej pomocy. Jodi Picoult przedstawia wszystko w sza-lenie interesujący sposób. Pisarka zdobyła wiele informacji, aby przedstawić różne nieznane czytelnikom fakty, związane głównie z ulubioną dziedziną Jacoba - kryminalistyką. Autorka idealnie wplata je wszystkie w fabułę. Pojawiają się też retrospekcje, połączone z aktualnymi wydarzeniami. Wstępami do poszcze-gólnych rozdziałów są opisy procesów, przy czym ostatni stawia przed nami pytanie: czy aspergerowcy naprawdę nie potrafią kochać? Jodi Picoult przedstawia marzenia, plany i myśli członków rodziny Hunt, których nigdy nie wypowiedzieliby na głos. Powieść jest pełna emocji. Czytelnicy mogą niemal poczuć, co to znaczy być nierozumianym i odrzucanym przez społeczeństwo. Oprócz wielu przemyśleń o życiu, książka zawiera irracjonalny humor. Na przykład w mo-mencie, w którym Oliver próbuje udo-wodnić, że Jacob nie zrozumiał swoich praw. Kiedy prokuratorka pyta chłopaka, czy wie co to znaczy „odstąpić od prawa”, Jacob staje wyprostowany i robi jeden krok. W lewo. Zachęcam do przeczytanie tej książki i poznania losów Jacoba i jego rodziny. Jest to odpowiednia lektura dla kogoś, kto chce doświadczyć granic między „innością a normalnością”. Powieść zmusza do zastanowienia się nad ludźmi, których los mocno doświadczył. Może wcale nie różnią się od nas tak bardzo? Agnieszka Nowak Postać wampira jest znana w różnych kulturach już od tysiącleci i zawsze była kojarzona z mrocznym stworzeniem pragnącym krwi. Niestety, w ostatnich latach te wyątkowe, mitologiczne istoty zostały sprowadzone do postaci przystojnych amantów, do których wzdychają nastolatki. Czy dla prawdziwych wampirów istnieje jeszcze ratunek?
PRL- owskie wampiry? DLACZEGO NIE?
RECENZJA KSIĄŻKOWA

Stworzona przez Stephenie Meyer postać, przystojnego wampira Edwarda Cullena, zapoczątkowała wysyp atrakcyjnych, do przesady słodkich wampirów, które z prawdziwymi istotami nocy niewiele ma-ją wspólnego. Sytuację poprawiają odro-binę powieści Anne Rice i serial „Czysta Krew”, ale tamtejsi bohaterowie też przecież nie grzeszą brzydotą. Są tylko bar- dziej przerażający i mają zdecydowanie le-piej skonstruowane charaktery. W natłoku nowych pozycji literackich i fil-mowych, Dracula zdaje się być odległy o miliony lat świetlnych, a wraz z nim tra-dycyjne pojęcie wampira. Pojawia się myśl, że wampirom przydałby się dobry adwokat, który oczyściłby ich imię. Polskim obrońcą zdecydował się zostać Andrzej Pilipiuk. A to już samo w sobie zapowiada się ekscy-tująco. A jeśli dodać do tego jeszcze tytuł książki – „Wampir z M-3”, to robi się jesz-cze ciekawiej. Autor osadził polskie wampiry w czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej i zamiast

RECENZJA KSIĄŻKOWA

skupiać się na tkliwych wątkach miłosnych postawił na folklor i ówczesną rzeczy-wistość. Całość potraktował, jak zawsze, z humorem, kpiąc sobie z komunizmu, z tych, którzy marzą o powrocie do niego, z wielbicielek przystojnych krwiopijców i pewnie z wielu jeszcze innych rzeczy. Główną bohaterką powieści jest osiemnas-toletnia Małgorzata Brona, która po samo-bójczej śmierci z miłości budzi się w rodzin-nym grobowcu i ze zdumieniem odkrywa, że przeleżała w grobie kilka miesięcy. Oczywiście przekonuje sama siebie, że to pewnie jakaś pomyłka i lekarz popełnił błąd przy wystawianiu aktu zgonu. Kiedy w domu brat próbuje zastrzelić ją z wiat-rówki ratuje ją nieznajomy mężczyzna, któ-ry twierdzi, że jest… wampirem. I tak za-czyna się pełna przygód historia Gosi – świeżo upieczonej wampirzycy. Pilipiuk trafił w przysłowiową dziesiątkę, umieszczając akcję powieści w systemie, który sam w sobie nie toleruje żadnych zjawisk paranormalnych oraz wszystkiego tego, czego nie można logicznie wytłu-maczyć. A jak uzasadnić, że człowiek, któr-ego pochowano przed miesiącami nagle wstaje z grobu? Trzeba to zataić. I to przed wszystkimi – milicją, ubecją, sąsiadami i innymi ludźmi. A łatwe to nie jest. Każdy wampir musi się przecież czymś żywić. A czym żywią się wampiry? Oczywiście krwią. I to nie byle jaką! Okazuje się bowiem, w co Gosia nie może na początku uwierzyć, że w krwi można wyczuć wszystko – co dany człowiek wcześniej jadł, czy pił, palił albo ćpał. A ta-ka skażona krew zbyt smaczna nie jest. Dlatego też należy polować na ludzi bo-gatych, młodych, „czystych”. Zobaczmy, możemy ugryźć córeczkę ubeka, opasłego badylarza, cinkciarza, partyjnego kacyka… Nic tylko przebierać. Bohaterowie powieści są przyjemnie swojs-cy i prawdziwi. Mieszkają w blokach, cho-dzą do pracy, płacą składki, kupują je-dzenie na „kartki”, marzą o dżinsach z Pe-weksu, w pokątny sposób zdobywają to-wary luksusowe z zagranicy i marzą o paszporcie. Autor z wdziękiem lawiruje pomiędzy zasadami socjalistycznej rzeczy-wistości, a tym, co wampiry robią, gdy nikt nie widzi. Tak naprawdę zimnokrwiści nie-wiele różnią się od ciepłokrwistych. Właś-ciwie jedyną istotną różnicą jest fakt, że nie oddychają. Książka, czego można się było spodziewać od początku, napisana w sposób dowcipny, inteligentny i z polotem. Zachwyca świe-żością i oryginalnym pomysłem, co do umiejscowienia fabuły. Oczywiście Pilipiuk pobawił się też konwencjami, oferując nam spotkanie z bohaterami swoich pop-rzednich książek, m.in. czołowym bimbro-wnikiem Rzeczpospolitej i niemal mitycz-nym Panem Samochodzikiem (po śmierci Nienackiego napisał dziewiętnaście po-wieści z cyklu, pod pseudonimem Tomasza Olszakowskiego). Myślę, że dla tych którzy czytują Pilipiuka od lat, będzie to kolejny łakomy kąsek, natomiast dla tych, którzy spotkają się po raz pierwszy z twórczością autora, może to być początek wielkiej przygody w wykreo-wanych przez niego światach. Zarówno jednym jak i drugim gorąco polecam, bo, co tu dużo mówić – autor w roli obrońcy wampirów okazał się wspaniały. I chyba je wybronił. A jak Wy sądzicie? Justyna Książek



















Dzień kobiet, dzień dziecka, dzień psa... czy potrzebne nam TAKIE ŚWIĘTA?
Rano za oknem było stopni mrozu i najprawdopodobniej nie był to złośliwy żart termometru. Ale ludowe powiedzenie kalendarza pociesza „Na św. Grzegorza (4 marca) zmierza zima do morza.”
SPOŁECZEŃSTWO fot. ggjsmith

Kiedyś takie powiedzonka bardziej się sprawdzały – raz, że klimat nam się zmienia (bo nie powiem, że ociepla!) i trudniej jest cokolwiek przewidzieć, dwa – świąt było jakoś więcej, a pogoda bardziej się ich słuchała... A wcale, że nie! Świąt nie ubyło, wręcz przeciwnie: oprócz dawnych marcowych św. Grzegorzów, Kazimierzów i innych Czterdziestu Męczenników przybyło nam wielu nowych „patronów”. I tak, kiedy z nadzieją na dalsze pocieszenie spoglą-dam do kalendarza, odkrywam: Dzień Walki przeciwko Zbrojeniom Atomowym (1.03), Dzień Teściowej; Dzień Dentysty (5.03), Dzień Sołtysa, Międzynarodowy Dzień Chorego (11.03), Międzynarodowy Dzień Astro-logii; Międzynarodowy Dzień Frankofonii; Dzień bez Mięsa (20.03). Dobrze… Tutaj przynajmniej wiem, o co chodzi. Ale jak mam świętować 21 marca,

SPOŁECZEŃSTWO

czyli Dzień Wierzby (Dzień Wagarowicza to wiem)? Czy mogę wtedy publicznie poprzytulać się z wierzbą albo smagać znajomych witkami? Uwielbiam dziwne święta! Uroz-maicają szare życie! W takie dni można świetnie pożartować z rzeczywistości! Jakie święto chciałbym wprowadzić? Dzień Wampira! - uśmiecha się Jacek i po chwili rozmarzony dodaje: Biegalibyśmy wtedy przebrani po ulicach i wzajemnie się straszyli. Zombie Walk? Coś w tym stylu… Niektórych może także ucieszyć Dzień Metalowca (28.03) czy dzień Obrony Cy-wilnej (2.03). Jeżeli nie chcecie świętować Dnia Kobiet tradycyjnie – możecie przy okazji obchodzić święto Nerek i Ogól-nopolski Dzień Sterylizacji Zwierząt. We-dług Maćka to jednak… bezsensowne głupoty. Dobrze, że o większości nie mam pojęcia. Strata czasu i robienie szopki. Powaga, niedobrze mi, kiedy rano budzi mnie radio i od razu słychać roz-chichotanego spikera oświadczającego, że dziś mamy Dzień Koziej D… i mamy się radować z tego powodu. Ja jestem jednak fanką Międzynarodowego Dnia Sprzeciwu wobec Tam (przypadającego w dzień urodzin sławnego fizyka Alberta i dzień Liczby Pi). Lecz i tutaj pojawia się wąt-pliwość, co do sposobu jego uczczenia. Choć jak wiadomo, każda okazja jest dobra, żeby pójść na piwo ze znajomymi, więc do wyboru, do koloru… Dla Karola to właśnie przede wszystkim doskonała okazja, by choć szara rzeczywistość choć trochę nabrała kolorów, czas żeby zaskoczyć przyjaciół: Święto Kaszanki czy Fanów Czerwonej Ostrej Papryczki Chili ubarwia rzeczywistość. Jest fun. Choć to zależy od okoliczności, bo trudno za-dzwonić do kumpla i powiedzieć: Hej! Jest Dzień Jakiejś Tam Choroby, więc wbijaj na imprezę. Ale w większości przypadków zdecydowanie lepiej obudzić się w Dzień Pluszowego Misia niż dzień „bez nazwy”. Pradziadowie świętowali Kulpanockę, Cel-towie Saovine, a my mamy Dzień Kon-sumenta. Stare święta zastępowane są przez nowe. Ale właściwie, dlaczego aż tak potrzebne jest nam świętowanie? Czy wreszcie szlachetne zamierzenia twórców przynoszą zamierzony skutek? Uważam, że dni uświadamiające ludzi są OK. O pew-nych tematach należy rozmawiać i przy-pominać jak najczęściej! Ale inne… Takie Walentynki, dzień pocałunku czy nad-chodzący Dzień Kobiet są bez sensu. O drugiej osobie należy pamiętać zawsze. Bez względu czy to kobieta czy mężczyzna. Nie wyobrażam sobie mówienia mojemu chłopakowi „Kocham cię” raz w roku. Specjalne okazywanie miłościraz w roku to miły zwyczaj, ale według mnie zupełnie niepotrzebny, takie wymuszanie uczuć przez sprzedawców czekoladek i kwia-ciarzy. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie warto przypominać innym ludziom o tym, aby okazywali sobie uczucie. Jeżeli czyjś związek zdążył już spowszednieć to może warto wykorzystać taką okazję, aby go odświeżyć? Choć wydaje mi się, że można zrobić to każdego dnia - będzie lepszy efekt i niespodzianka. Ja nie chciałabym wybulić w pośpiechu masy pieniędzy za

SPOŁECZEŃSTWO

superdrogie w te dni słodycze. W prezent dla ukochanej osoby trzeba włożyć swój czas i myśli. Przynajmniej ja tak to widzę, ale co kto lubi… - stwierdza Marta. Dziś żyje nam się nieporównywalnie lepiej. Najczęściej mieszkamy w miastach, dlatego zmieniła się większość świąt. Zmieniły się nasze oczekiwania wobec samego świę-towania. Nie jest już ono tylko odskocznią od ciężkiej codzienności, ale raczej roz-rywką samą w sobie, potrzebą zaznaczenia własnej odmienności i przynależności do konkretnej grupy. Pojawił się popyt na rozrywkę, więc narodziły się nowe okazje do zabawy. Społeczeństwo lepiej wykształ-cone, bardziej świadome ma potrzebę manifestacji swoich poglądów i otwartego stawiania pytań. Kasia zwraca jednak uwagę na nieco bardziej praktyczną stronę świętowania: A czy te wszystkie dni byłyby wolne? Jak wolne to super, podobają mi się, świetny pomysł, mogę świętować cokolwiek leżąc wygodnie na kanapie. Aaa… nie są wolne? To nie wiem. Mogą sobie być. Olesia przerywa jej i mówi: A ja lubię Dzień Dziecka, bo babcia daje mi ptasie mleczko. Tak też można. A teraz opinia, które zastanowiły mnie najbardziej, mimo, że nie do końca się z nimi zgadzam. Łukasz: Jakiś czas temu poszedłem z ko-legą do pobliskiego centrum handlowego po masło i znalazłem się w samym środku obchodów Dnia Yorka. Właściwie to byłem zachwycony, gdyż dwa lata temu dowie-dzieliśmy się o nim i koniecznie chcieliśmy go zobaczyć. Nie wytrzymałem, rzuciłem do kolegi (przyznaję: dość głośno): Jaki piękny York! Futro z niego byłoby cu-downe! Myślałem, że zginiemy na miejscu.

SPOŁECZEŃSTWO

W sumie mogłem się tego spodziewać… Nie cierpię takich dni. Dlatego zawsze, ilekroć trafię, na co dziwniejsze obchody, informuję o nich znajomych i razem je upamiętniamy - małym happeningiem lub imprezą. Jeżeli ktoś potrzebuje takich okazji – proszę bardzo. Ale chyba warto je wtedy samemu wymyślić. Włożyć trochę siebie. Wyobraźmy sobie Dzień Refluksu Żołądkowego. Do radia przychodzi ekspert i przez cały dzień opowiada, co robić, aby się go nie nabawić, w telewizji debatują czy kapusta kiszona sprzyja powstawaniu refluksów czy nie. Na ulicy dzieci mogą dostać balonik z napisem „STOP REFLUKSOM!”. To tylko przykład, ale w gruncie rzeczy tak przebiega większość tego typu imprez. Raz na jakiś czas można, ale nie codziennie i chociażby troszeczkę inaczej za każdym razem, bo jeśli nie to czeka nas kolejny Dzień Nudy. Wydaje mi się jednak, że nie każdy jest na tyle uparty, aby samemu organizować specjalny dzień. Przy przepracowaniu także ciężko czasem na coś wpaść. Ale jeżeli ktoś już coś zorganizuje, nawet zwykły flashmob to chętnie się przyłączę! Po drugie, różnorakie akcje nawet na mniejszą skalę ożywiają lokalną społeczność. Coś się dzieje, ludzie mają zajęcie, mogą się odprężyć, pomyśleć, o czym innym, oderwać się. Nieoceniona jest także funkcja informacyjna takich wydarzeń. „Bo coś tam w radiu ostatnio wspominali, pani w telewizji mówiła…” Ja, dzięki różnym tego typu akcjom wiele się dowiedziałam. Grzesiek z miną „tak, ale…” dodaje: Czasem warto jest ludziom o czymś przypomnieć, ale jeżeli Dzień Kobiet ma wyglądać jak za przysłowiowego PRLu, kiedy mąż przynosi żonie rajstopy i zwiędłe goździki pod groźbą wałka do ciasta, to jest to bez sensu. Nic na siłę. Cieszy mnie, jeżeli znajdę w kalendarzu jakiś „wesoły” dzień i mogę o nim pożartować ze znajomymi. Poza tym chętniej w mediach posłucham o chorobach kapusty niż o przepychankach polityków. Część tego typu dni oczywiście może wydawać się absurdalna czy nawet irytująca – każdy z nas na pewno mógłby ułożyć własną listę. Myślę tak sobie, że częściowo należymy do globalnego społeczeństwa, potrzebne nam są dodatkowo, nazwijmy to, „poprawne politycznie” święta obok naszych narodowych i religijnych, takie które mogą połączyć ludzi z różnych kręgów kulturowych – i tutaj jest naprawdę duże pole do popisu dla wszystkich wymyślających i świętujących. Każdy może celebrować to, co mu się podoba. I sądzę, że kiedy już wymyślimy czy przeczytamy o jakimś dniu – warto raczej zacząć zastanawiać się nad sposobem jego rozpowszechnienia i ciekawego święto-wania, niż nad tym, czy jest potrzebne czy nie. Aleksandra Bartosik fot. 2 Tilman Piesk Każdy z utęsknieniem czeka na pierwszy dzień wiosny, który obchodzimy 21 marca. Oficjalnie żegnamy się z zimą, która trwała stanowczo za długo. Jednak w ostatnich latach pojawiła się moda na Dzień Wagarowicza. Czy święto wiosny odeszło w niepamięć?
21 marca - święto wiosny czy wagarowiczów?
SPOŁECZEŃSTWO

Na dworze panuje arktyczny klimat. Wszyscy kichają i smarkają, a kolejka do lekarza wije się i nie ma końca. Codziennie mijają mnie tabuny ludzi poubieranych od stóp do głów. Wyraz twarzy takiego człowieka nie mówi nic innego jak: zimo precz! Ludzie mają dość mroźnej pory roku i wy- czekują z niecierpliwością pierwszych promyków słońca, przebiśniegów i kro-kusów. Taki widok cieszy oczy i wyzwala w nas mnóstwo energii. Niestraszna nam kapryśna pogoda. Czas najwyższy wygonić zimę i przywitać wios-nę! Doskonale pamiętamy z dzieciństwa zwyczaj topienia Marzanny. To wydarzenie do dzisiaj cieszy przedszkolaków. Najpierw przygotowują ogromną lalkę, a potem podpaloną wrzucają do wody. Maluchy wierzą, że odpływająca Marzanna zabiera ze sobą zimę. Tak było w przedszkolu. A teraz? Najpo-

SPOŁECZEŃSTWO

pularniejszym zwyczajem związanym z nadejściem wiosny są wagary. W pods-tawówkach i niektórych gimnazjach orga-nizowane są konkursy, akademie czy rajdy. Dla nauczycieli najważniejsze jest, by uczniowie wesoło, kolorowo i z pogodnym nastrojem przywitali wiosnę. W szkołach ponadgimnazjalnych rzadko pierwszy dzień wiosny jest wolny od zajęć lekcyjnych. Dlatego młodzież urywa się ze szkoły. W tamtym roku Dzień Wagarowicza wypadł w niedzielę. W związku z tym ucz-niowie „świętowali” w piątek lub w ponie-działek. Sami zainteresowani mają różne zdania na temat wagarów. Jedni są jak najbardziej za. Sądzą, że czasami trzeba zrobić sobie wolne. Nie można przez cały czas siedzieć na niewygodnych, drewnianych krzesłach. Najlepiej ten dzień spędzić ze znajomymi poza terenem szkoły. Inni uczniowie są zbulwersowani, że w święto wagarowicza nie są traktowani ulgowo. Uważają, że w ten dzień, ucieczki powinny być jak najbardziej legalne. Istnieje jednak grupa młodzieży, dla której ten wybryk jest po prostu bez sensu. Zwłaszcza jeśli decydują się na to pojedyncze osoby, a nie cała klasa. Młodzi ludzie unikają wyboru związanego z pójś-ciem na wagary, gdyż widzą, jakie są tego następstwa. Nauczyciele nie tolerują nieobecności uczniów na lekcjach z powodu „dnia lenia”. Uwielbiają wyciągać konsekwencje z powodu bardzo niskiej frekwencji. Pró-bują powstrzymać młodzież od uciekania ze szkoły. Robią to nieskutecznie, zapowia-dając na ten dzień klasówkę. Ta informacja z reguły jeszcze bardziej zachęca uczniów do zostania w szkole i świętowania wraz z nauczycielami. Oczywiście napisanie klasówki z mate-matyki to „kusząca” propozycja, jednak niektórzy mimo wszystko wolą wybrać się na wagary. Wiosenna aura i nutka optymizmu w niektórych przypadkach powodują, że uczniowie tracą głowę. Po-trafią zaszkodzić sobie i innym, najczęściej pod wpływem alkoholu i presji otoczenia. Gratuluje wyboru, droga młodzieży. Dzień Wagarowicza wcale nie daje moż-liwości legalnego wyjścia ze szkoły czy libacji alkoholowej. Nieliczni o tym pamiętają. Nastolatkowie, którzy nie wyobrażają sobie pojawienia się w szkole w ten dzień, potrafią „świętować” kulturalnie. Zwyczajny spacer czy spot-kanie ze znajomymi dostarcza im więcej rozrywki, niżeli picie taniego jabola w uk-ryciu. 21 marca - święto wiosny czy waga-rowiczów? Pierwotnie to pierwsze. Jednak myślę, że punkt widzenia zależy od wieku. Nastolatkowie doskonale pamiętają czasy topienia Marzanny. Wtedy 21 marca był dniem oficjalnego pożegnania się z zimą. Wraz z przekroczeniem progu gimnazjum, myślenie radykalnie się zmieniło. Teraz zapanowała moda na wagary. Justyna Błach BERETY
Z ANTENKĄ
SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

Podróż autobusem w godzinach szczytu może być niekiedy uciążliwa. Wielki tłok, ścisk, mnóstwo ludzi ciasno upakowa-nych na przestrzeni kilkunastu metrów kwadratowych. I to nie ludzi podob-nych, ograniczonych do wąskiej grupy społecznej, lecz wymieszanych loso-wo, różnych osobników. No popatrz Zosieńko, co to się wyrabia… Byłam ostatnio u lekarza. Z nogą. Pół roku kazał czekać na badanie! A prywatnie? Jak zapłacisz – kilka dni i masz po sprawie – dochodzi głos zza sterty ciasno upako-wanych ciał. Nad fotel wystają tylko dwie moherowe antenki. Co ty gadasz… - od-zywa się drugi głos – To ci dopiero, co to się wyrabia. Czy to społeczeństwo nie myśli? Dotychczas spokojna i opanowana publiczność zaczyna się nerwowo wiercić. Przynajmniej starsza część – młodzi wciąż nie zwracają uwagi na to niebywałe, coraz rzadziej spotykane zjawisko pt. Dwa „mohery” w autobusie. Starsze panie, dość barczyste, przysadziste, zdają się nie zważać na nic. Ani na to, że rozsiadając się z ogromną stertą reklamówek w fotelu, zajmują dodatkowo połowę przejścia między siedzeniami, przygniatając dwoje młodych, stojących obok ludzi. Ani na to, że każą całej reszcie podróżnych wysłu-chiwać, co mają one do powiedzenia. Ani w końcu na to, że ludzie w autobusie zdają się być coraz to bardziej podenerwowani. A to za sprawą poważnych komentarzy naszych bohaterek, odnoszących się do spraw rangi państwowej – polityki. Wszys-cy czują, że atmosfera robi się gorąca, wszyscy wiedzą, że można się spodziewać ostrych słów krytyki. Widziałam ostatnio w gazecie taki artykuł… Ale się uśmiałam, mówię ci Basieńko – Zosieńka zdaje się być podekscytowana – To było o tym, no jak mu tam, ten francuski prezydent, co to przyjechał do naszego na delegację i padało jak z cebra, a on musiał moknąć, bo te cymbały z BOR–u nie przewidziały, że

SPOŁECZEŃSTWO

on się wstydzi stać koło wysokiego ochro-niarza! Przejęciu, z jakim Zosieńka wy-powiada te słowa, towarzyszy ogromne napięcie ludzi słuchających jej. Śmieje się tylko Basieńka. No popatrz, co za durnie… Ja ci mówię, ten nasz rząd, to dzisiejsze społeczeństwo to nic więcej jak tępota, głupcy i same pijaki. Ot! Gdyby starsze panie zdecydowały się z konsekwencją ciągnąć temat polityki, zapewne ktoś ze starszych, świadomych ludzi zbeształby „mohery” z góry do dołu. Te jednak, intuicyjnie chyba wyczuwają, że atmosfera robi się gorąca i sprytnie zmieniają temat. Tym razem biorą na warsztat media – a co za tym idzie, komercja, konsumpcja, świat młodych. Starsi z ulgą wzdychają, a pod ścianę krytyki idą przedstawiciele dojrzewającego pokolenia, w tym autobusie, wszyscy stojący. Ja to słucham tylko jednego radia – Basieńka puszcza oko do Zosieńki – ¬Bo reszta… To wszystko czysta komercja! Starsze panie aż podskakują z wrażenia. Po krótkich wywodach, jak to media ogłupiają młodzież i jak demoralizują spo-łeczeństwo, przenoszą ciężar rozmowy na… Walentynki. To czysta komercja! – mówi jedna z nich - To nie jest to samo, jak za naszych czasów. Był maj – rzucało się wianki do rzeki – to było romantyczne. A teraz? Demoralizują tą młodzież na każdym kroku. Sytuacja robi się zabawna, można po-wiedzieć, groteskowa. Bezbronna młodzież, ledwo stojąca w ciasnym przejściu, do-datkowo poddawana ostrej krytyce, mimo, że jest Bogu ducha winna. Podróż, i tak już uciążliwa, staje się dla nich nocnym koszmarem. Nie ważne kim są, czym się interesują – wszyscy wepchnięci zostają do jednego, wielkiego worka z napisem ZŁO. Worka nonsensownego tak samo, jak wypowiedzi „moherowych beretów”. Nonsensownego, bo jak inaczej określić stek bzdur, którym obdarzają swoich słuchaczy dwie starsze panie? Najgorsze jest to, że nie ma jak się obronić. Nawet jeśli można, nie ma to sensu, to nic nie zmieni. Nic przecież nie da tłumaczenie - myślą - że świat się zmienił, że dzisiejsze realia są całkiem inne. Że młodzież wcale tępa nie jest, skoro nie gubi się jeszcze w natłoku technologicznych nowości. Że walentynowa komercja jest bardziej atrakcyjna niż rzucanie wianków do rzeki. Że istnieją jeszcze inne, wiarygodne, konsekwentne media poza „Radiem Maryja” i telewizją „Trwam”… Młodzi milczą. Jedyną nieśmiałą reakcją na wypowiedzi starszych kobiet jest przed-rzeźniająca mina dziewczyny stojącej nieopodal. Bla, bla, bla… - tylko na tyle ją stać. To jednak zdaje się nie przeszkadzać jej wysokiemu, łysemu chłopakowi. Wszys-cy inni uznają, że nie warto kłócić się z wiernymi zwolenniczkami moherowej propagandy, potępienia wszystkiego, co nowoczesne. Czy kierują się oni racjo-nalizmem, czy po prostu tchórzą, albo jeszcze lepiej – lenistwo każe im milczeć, nikt z obecnych osób nie protestuje. Następuje martwa cisza, którą przerywają dwa znane nam dobrze głosy starszych, doświadczonych przez życie kobiet. Oskarżycielski ton, a zarazem prostota wypowiedzi, z początku drażniące, po chwili coraz bardziej zdają się dotykać kolejnych podróżnych. Można odnieść wra-żenie, że wszyscy nagle polubili wygląd

SPOŁECZEŃSTWO "Na każdym kroku można spotkać „tępe laski”, robiące wszystko, żeby stracić cnotę (oczywiście nie za darmo – w końcu się szanują), wiejskich kozaków szpanujących sprowadzanym zza granicy samochodem pod dyskoteką, bizneswoman z komórką, która zapomniała o rodzinie, bo przecież praca jest ważniejsza."

swoich butów. Już nikt nie chce się kłócić z kobietami, mimo tego, że traktuje się je z przymrużeniem oka. Gdyby bowiem zastanowić się głębiej, sło-wa starych realistek mają w sobie jakiś cień prawdy. I to prawdy bardzo gorzkiej. Wystarczy przecież tylko się rozejrzeć. Na każdym kroku można spotkać „tępe laski”, robiące wszystko, żeby stracić cnotę (oczywiście nie za darmo – w końcu się szanują), wiejskich kozaków szpanujących sprowadzanym zza granicy samochodem pod dyskoteką, bizneswoman z komórką, która zapomniała o rodzinie, bo przecież praca jest ważniejsza. Ci sami ludzie wcale nie grzeszą rozsądkiem. Życiowe mądrości dziadków, tradycja, porządek, skromność – to wszystko oraz wiele innych cennych wartości, w dzisiejszym świecie nie ma racji bytu. Nawet w autobusie, w każdym z obecnych, można dostrzec mniejsze bądź większe wpływy zmieniających się trendów i poglądów, promowanych przez media. Media, które jednocześnie wyśmiewają świat starych, które żywią się ludzką głupotą i nami manipulują. Starsze panie mogą jedynie kręcić głową, reszta jednak osób jadących autobusem, pogrążona w rozmyślaniach, uświadamia sobie fakt druzgocący. „Moherowe berety”, mimo swojej śmieszności, rzeczywiście mają trochę racji. Ich racja z jednej strony oczywista, z drugiej strony obnaża bez-nadziejność położenia, w jakim znajduje się dzisiejszy świat. Doceniam wasze zda-nie, drogie panie – rzuca przez ramię mło-dzieniec wychodzący z autobusu i dodaje: Takim gadaniem jednak niczego nie zmienicie, a świata nie zbawicie. Jedyne co, możecie tylko uprzykrzyć innym podróż… Marcin Jasiński fot. Krystyna Janysek







MOSTY EKONOMICZNE 2011
Czy nie chcielibyście czasem na kilka dni zmienić swoje miejsce zamieszkania, swoją uczelnię i swoje otoczenie?
RELACJA OUTRO RELACJA OUTRO

Studenci polskich wyższych szkół ekono-micznych mieli takie pragnienie. By je zre-alizować powołali do życia Mosty Eko-nomiczne – ogólnopolską wymianę studencką. Początki projektu datuje się na rok 2005, w którym przedstawiciele samorządów stu-denckich warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej oraz Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu zdecydowali się na kilku-dniową wymianę studentów swoich uczelni. Pomysł się przyjął i obecnie po niemal siedmiu edycjach nie jest już to skromna wymiana między wrocławskimi a war-szawskimi ekonomistami. Dziś Warszawa gości studentów nie tylko z największych uczelni ekonomicznych (tj. studentów Uni-wersytetów Ekonomicznych w Krakowie, Katowicach i Poznaniu oraz wspomnianego wcześniej Wrocławia), ale również przeds-tawicieli wydziałów ekonomicznych z Lub-lina, Szczecina, Sopotu oraz Łodzi. Po kilkudniowej wizycie gości z całego kraju, studenci SGH także mają okazję odwiedzić swoje partnerskie uczelnie. Tegoroczne warszawskie Mosty Ekono-miczne odbyły się pomiędzy szóstym a dziewiątym marca. Stu pięciu śmiałków z całej Polski stawiło się w tym czasie w stolicy, by wspólnie „budować mosty”, czyli poznawać inne miasto, inną uczelnię czy wreszcie innych ludzi. Wyzwaniu temu miały pomóc atrakcje przygotowane przez organizatorów: cykl szkoleń i wykładów, zwiedzanie Warszawy oraz różnego rodzaju gry i wyjścia integracyjne. Jako jedna z owych stu pięciu osób, każdy aspekt wymiany sprawdziłam na własnej skórze. Przygotowany harmonogram zapowiadał intensywne trzy dni. Szkolenia, szkolenia i jeszcze raz szkolenia o przeróżnej te-matyce – począwszy od warsztatów i „po-gadanek” z praktykami biznesu, poprzez warsztaty z przydatnych kompetencji (np. jak skutecznie negocjować), a kończąc na nieco filozoficzym wykładzie prezesa Forum Obywatelskiego Rozwoju, Andrzeja Kra -

RELACJA OUTRO

jewskiego o korporacjach i ważnych żyy-ciowych wyborach. Nauczona doświad-czeniem z poprzednich studenckich wy-jazdów miałam już w głowie ponurą wizję, w której ledwie żywa po dwóch godzinach snu (wszak wszyscy wiemy, że integracji sprzyjają nocne pory) leżę na ławce i umieram ze zmęczenia na szesnastym pod rząd szkoleniu, ale wbrew pozorom moje niewesołe przewidywania nie spraw-dziły się. Co nie znaczy oczywiście, że szkolenia i warsztaty wypadły równie ciekawie jak się zapowiadały. Każda grupa miała zupełnie inny zestaw szkoleń i tzw. kejsów. W buntowniczym odruchu budziło to we mnie refleksję nad sposobem rozdziału owych zadań. Jak łatwo się domyśleć, prezentowały różny poziom. Pierwsze z zajęć, w jakich miałam możliwość wzięcia udziału, w zamierzeniu miały dotyczyć sztuki negocjowania. Ostatecznie skończyło się na wykładzie poświęconym inwestowaniu. Temat cie-kawy czy wręcz nawet modny, w dodatku prelekcję prowadził gracz giełdowy z wie-loletnim stażem. Wypadło naprawdę przekonująco... zwłaszcza dla laików. Oso-by względnie zaznajomione z tematyką inwestowania czy rynkami finansowych mogły wyjść z poczuciem niedosytu. Podobne odczucia miałam po warsztatach przygotowanych przez eksperta banku Citi Handlowy dotyczących zagadnień rynku międzynarodowego, kształtowania się kursów walutowych i instrumentów finan-sowych, takich jak obligacje czy opcje wa-lutowe. Po intensywnym semestrze nauki finansów międzynarodowych niestety nie usłyszałam niczego, czego wcześniej nie przekazali mi nauczyciele akademiccy. Na nieszczęście osób niezorientowanych w meandrach kursów walutowych analityk Citi Handlowego nie potrafił skutecznie i (przede wszystkim!) zrozumiale owych niejasności przedstawić. Trzecie z przeprowadzonych szkoleń także dotyczyło negocjacji i tym razem temat ten został zrealizowany. Po części wprowa-dzającej elementy teorii, zagraliśmy w grę zespołową mającą nam dokładnie przedstawić problematykę negocjacji. I to był strzał w dziesiątkę! Część praktyczna nie dość, że rzeczywiście pozwoliła zauważyć omawiane zagadnienia, to jesz-cze zintegrowała uczestników. Wykład Andrzeja Krajewskiego, prezesa Forum Obywatelskiego Rozwoju, zapowiadany jako próba odpowiedzi na pytanie „korporacja czy samorealizacja”, stał się refleksją o ważnych wyborach, o szczęściu i życiu w ogóle. Dodam że refleksjąrzeką na temat, o którym można debatować godzinami. Mosty Ekonomiczne to jednak nie tylko same wykłady i warsztaty – to także mała próba przedstawienia tego, co najlepsze i najciekawsze w danym mieście. Wycieczki po stolicy zapowiadały się rewelacyjnie. O ile wcześniej odwiedziłam już Muzeum Powstania Warszawskiego (polecam!), i Pałac Prezydencki, to tym razem cieszyłam się jak dziecko na myśl o wizycie w Centrum Nauki Kopernik. Moje oczekiwania zostały całkowicie zaspokojone, a wszystkie zainteresowane osoby odsyłam na Wybrzeże Kościuszkowskie. Ja jestem wciąż zbyt podekscytowana, by zachować obiektywizm w opisie tego magicznego miejsca. Polecam! Ostatnim, choć niemniej ważnym,

RELACJA OUTRO

aspektem Mostów Ekonomicznych była szeroko pojmowana integracja środowiska akademickiego. Ile osób – tyle definicji i sposobów na zbliżenie się do drugiego człowieka. Organizatorzy postawili na integrację o charakterze czysto rozrywkowym, przygotowując imprezy w klubach muzycznych. Niby zawsze zdaje egzamin, ale jednak pozostawia po sobie pewien niedosyt. Bo cóż możemy powiedzieć o osobach, z którymi łączy nas jedynie wspólny parkiet? Nie wszyscy lubują się w przetańczonych nocach, ale i oni sobie doskonale dali radę, stawiając na rozmowy do świtu o wszystkim i niczym. Przy ocenie wyjazdów, bardzo dużą rolę odgrywa postawa organizatorów. O ile poprzednie aspekty tego projektu stawiały go w moim prywatnym rankingu naj-ciekawszych wydarzeń niemalże na po-dium, ze względu na organizację z podium spadł na sam koniec. Wpadka goniła wpadkę. Harmonogram powstał chyba je-dynie po to, by się co rusz zmieniać. Od projektu o budżecie wynoszącym niemal czterdzieści tysięcy złotych i organizo-wanym przez czterdzieści osób wymaga się profesjonalizmu z najwyższej półki. SGH zaserwował nam nieprofesjonalizm godny przedstawiania go w podręcznikach jako przestroga przed tym, jak NIE realizować projektu. Kompletny brak przygotowania, chaos organizacyjny i momentami brak ludzkiego podejścia do uczestników. Za przykład mogę podać chociażby nie-uzwględnienie specyficznych potrzeb ży-wieniowych niektórych uczestników (we-getarian głównie). Mogłabym oczywiście wyliczać błędy. Ale mimo wszystkich wpadek organizatorów, nieprzyjemnostek, pośpiechu i niewyspania, warto, naprawdę warto, brać udział w tego typu projektach. I tego się trzymajmy. Magdalena Kondracka Paryż to nieskończona liczba muzeów i zabytków do zwiedzania, kafejek i restauracji. To stolica mody, miasto zakochanych, miejsce, gdzie spotykali się artyści różnych epok i ośrodek polskiej emigracji. Trudno lepiej niż Victor Hugo opisać to miasto jednym zdaniem: "Wszystko, co istnieje w dowolnym miejscu na Ziemi, istnieje też w Paryżu".
W MIEŚCIE NAD SEKWANĄ
Outro po EUROPIE Outro po EUROPIE

Jeśli chcemy przeznaczyć na zwiedzanie Paryża zaledwie weekend, stajemy wów-czas przed dylematem, co wybrać. Jest parę miejsc, które turysta obowiązkowo musi zobaczyć. Zrezygnowanie z tychże wiąże się z niekompletnym, a nawet nie-udanym pobytem w mieście. Trudno byłoby nie wybrać się przecież na wieżę Eiffla. Ten symbol Paryża już od samego początku budził wiele kontrowersji, aczkolwiek jest niezaprzeczalnie głównym punktem programu każdej wycieczki. Nocą wieża wygląda niesamowicie. Również widok z jej szczytu jest wówczas zachwycający: morze świateł rozciągające się po sam horyzont. Kolejne miejsce to Cité wraz z katedrą Notre Dame, drugą ikoną Paryża. Cité to mała wysepka na Sekwanie. W tym miejscu ok. 300 r. p.n.e. osiedlili się Cel-towie. Od tego czasu do XIX wieku wyspa

Outro po EUROPIE

była sercem rozbudowującego się miasta, a także świadkiem rządów Rzymian, pląd-rowań Wikingów, przejęcia władzy przez Kapetyngów, Merowingów, aż do Rewolucji Francuskiej. Na wyspę prowadzi Pont Neuf, najstarszy most w Paryżu. Cité to nie tylko katedra Najświętszej Marii Panny, zach-wycająca odwiedzających rozetami, witra-żami, przyporami, Galerią Królów nad portalem, wieżą, z której rozciąga się panorama miasta. To także Conciergerie, dawne więzienie, w którym na śmierć czekali między innymi: Maria Antonina, Robespierre, Danton; to Palais de Justice, obecna siedziba sądów francuskich. W samym centrum tych zabudowań znajduje się SainteChapelle, niezaprze-czalne arcydzieło gotyckiej architektury z przepięknymi kolorowymi freskami. Tym, co wyróżnia kaplicę, są zapierające dech w piersiach witraże zajmujące niemal całą jej górną część. Jeśli wybierzemy się do nowoczesnej dzielnicy La Défense, która znajduje się na obrzeżach miasta i wejdziemy na łuk Grande Arche, w linii prostej zobaczymy najważniejsze obiekty Paryża. W zasięgu wzroku znajdą się Łuk Triumfalny na Place de l'Etoile (Plac Gwiazdy), Champs Elysées, na końcu których rozciąga się Plac Zgody, a w jego centrum stoi mający ponad trzy tysiące lat obelisk ofiarowany przez władcę Egiptu w XIX wieku. Kontynuując, znajdziemy się w ogrodach Tuileries zakoń-czonych małym Łukiem Triumfalnym. Zauważyć można także Luwr - największe paryskie muzeum - i szklaną piramidę. W tym prawdziwym skarbcu obejrzymy, między innymi, najbardziej rozpoznawany obraz świata – Monę Lisę Leonarda da Vinci. Ci, którzy mają ochotę przespa-cerować się kilometrowymi korytarzami, znajdą też wiele artefaktów ze starożyt-ności: Nike z Samotraki, Wenus z Milo czy stelę z Kodeksem Hammurabiego. Idąc dalej na północny wschód, dotrzemy do Placu Bastylii, kolejnego ważnego his-torycznie miejsca. Mówiąc o Paryżu, trudno nie wspomnieć o jego Złotym Wieku, kiedy to na prze-łomie XIX i XX wieku tworzyli wielcy artyści: van Gogh, Picasso, Cézanne, Monet, Manet, Degàs, Pissarro – można wymieniać w nieskończoność. Ich dzieła można podziwiać w wielu miejscach: od Musée d’Orsay, przez Musée Picasso, Orangerie, do Petit i Grand Palace. Zakosztować życia bohemy można ciągle w jednej z ciekawszych dzielnic – Mont-martre. Na tym wzgórzu spotkamy nie tylko malarzy rozstawiających swe sztalugi i proponujących przechodniom portret. Nie można zapomnieć przecież o Moulin Rouge, miejscu, które ożywa nocą, kusząc turystów spektaklami i kabaretami jak z ubiegłej epoki. Nowym symbolem Mont-martru, a także samego miasta, stała się wybudowana zaledwie sto lat temu bazylika Sacré Coeur (Najświętszego Serca) witająca podróżnych przybywa-jących pociągiem do Paryża z północy. Po wspięciu się na wzgórze, przed oczami

Wieża Eiffle fot. K. Kalewicz



Outro po EUROPIE

ukaże się rozległa panorama miasta. Na schodach przed bazyliką już od samego rana można spotkać muzyków i tancerzy prezentujących swoje zdolności. Paryż jest pełen polskich śladów – wys-tarczy odwiedzić cmentarz la Père Lachaise, aby zobaczyć grób Chopina, Jarosława Dąbrowskiego, Józefa Wysoc-kiego i licznych działaczy niepodleg-łościowych. Warto przypomnieć, że na tym cmentarzu spoczywają najważniejsi literaci, muzycy, malarze francuscy i nie tylko: Honoriusz Balzac, Georges Bizet, Edith Piaf, Isadora Duncan czy Oskar Wilde. Wybie-rając szlak polski, trzeba koniecznie wejść do kościoła Saint Severain, gdzie znajduje się kopia Obrazu Matki Boskiej Ostro-bramskiej z polskim podpisem. Opisując Paryż, koniecznie trzeba choćby wspomnieć również o Operze, Galeries La Fayette, Dzielnicy Łacińskiej z bukinistami, o Hôtel Les Invalides, gdzie pochowany jest Napoleon, o Pont des Arts – moście, do którego pary przyczepiają kłódki ze swoimi imionami z nadzieją, że ich związek będzie trwał wiecznie, wreszcie o restau-racjach umożliwiających poznanie wszel-kich smaków świata. Najważniejsze jednak w zwiedzaniu tego miasta, to poddać się jego magicznej atmosferze, przespacerować się wąskimi uliczkami, zatrzymać przy bazarze, usiąść w ulicznej kawiarence z filiżanką kawy. Ach ten Paryż… Aleksandra Bieniek fot. K. Kalewicz W ostatnim czasie w polskich mediach rozgorzała dyskusja nad stanem naszego systemu emerytalnego.... Zaraz! Gazeta młodzieżowa, a ten zaczyna o eme-ryturach?! Niestety, każdy z nas kiedyś skończy pracować (oby jak najpóźniej!) i zechce przejść na zasłużony odpoczynek. Kwestia mocno omawianych ostatnio emerytur, dotyczy również każdego młodego człowieka. Zatem przyjrzyjmy się konsekwencjom obecnej sytuacji i zachodzących zmian, które będą z pewnością wpływać na jesień życia obecnych 30-, 20-, a nawet i 10-latków...
Niewesołe życie staruszka...
FINANSE

Kryzys finansowy - to pojęcie weszło na stałe do słownika dziennikarzy, polityków, ale i zwykłych ludzi. O ile utopijne obrazki Polski, jako „zielonej wyspy” mogły po-wodować na początku patriotyczne unie-sienia, zwłaszcza w porównaniu z sytuacją pogrążonej w recesji (cofającej się gos-podarczo) Europy, o tyle kolejne wyda-rzenia powoli przyćmiewały amerykańskie uśmiechy na twarzach naszych polityków. Owszem, Polska była jedynym krajem europejskim, który wyszedł z kryzysu obronną ręką (o ile ten kryzys juz się skończył), ale korzyści jakie z tego płynęły, zostały, w mojej ocenie, spożytkowane wyłącznie na powiększanie sondażowych słupków. W czasie gdy zdołowane i co-fające się regiony - Europa, Ameryka i większa część świata - opracowywały plan powstania z kolan, czyli reform gospo-darczych, które powoli zaczynają być wprowadzane, w Polsce na fali hurra-optymizmu, prezentowano nam kolejne mapy i diagramy zapowiadające rychłe wstąpienie naszego kraju do grona potęg gospodarczych... Efekt jest widoczny gołym okiem - prawie 8% deficytu, co oznacza, że rząd i sa-morządy wydały w 2010 roku ok. 120 miliardów złotych więcej niż „zarobiły” (zebrały w postaci podatków oraz z innych źródeł). Dla porównania: rząd szacuje, iż podwyżka podatku VAT z 22 na 23%, a także wprowadzenie opodatkowania to-warów wcześniej z podatku zwolnionych, przyniesie dodatkowe środki w wysokości zaledwie ok. 5,5 miliarda złotych rocznie... Wszystkie te liczby i procenty mogą na pierwszy rzut oka wydawać się niejasne, zwłaszcza w połączeniu z polityką i dia-gramami, ale celem umieszczenia ich w moim artykule jest zwrócenie uwagi na zatrważającą skalę problemów finansowych naszego kraju. W czasie, gdy polska gos-podarka rozwijała się jako jedyna

FINANSE

w Europie, a także w ostatnim roku, kiedy ten rozwój jeszcze znacząco przyspieszył, na fali „odwilży” gospodarczej na całym świecie, pogrążyliśmy się w ogromnych, coraz bardziej niebezpiecznych długach. Nie ma zielonej wyspy, nie ma lidera wzrostu i nie jesteśmy potęgą gos-podarczą! W samym centrum Warszawy, pod tele-bimem reklamowym, umieszczony został zegar długu. Codziennie pokazuje jak wysokie jest zadłużenie Polski oraz ile długu przypada na każdego Polaka. Wzbudza on duże zainteresowanie miesz-kańców i turystów, niestety nie każdy z nich rozumie że oznacza to, że jako obywatel kraju nad Wisłą zadłużony jest już na ponad 20 tysięcy złotych, o czym ów zegar codziennie przypomina. I w tym momencie wracamy do sprawy emerytur, ponieważ ostatnia gorączka me-dialna związana jest bezpośrednio właśnie z tym, złowieszczo „tykającym”, zegarem. Każdy pracujący Polak odkłada pieniądze na emeryturę. Jego składka, odpro-wadzana bezpośrednio z pensji ( między innymi stąd różnica w wypłacie jaką zapewnia nam pracodawca, a tą wypłacaną „na rękę”), odkładana jest na trzy sposoby. Największa jej część trafia do słynnego ZUSu, molocha państwowego, naprawdę jednak, te pieniądze znikają... W zasadzie składki wędrujące do ZUSu natychmiast wypłacane są w postaci świadczeń (eme-rytury, renty) osobom już nie pracującym, chorym, itd. Wpłacane przez nas pieniądze nie są zatem gromadzone, deponowane w żaden sposób, nie możemy w dowolnym momencie poprosić o ich wypłacenie,

FINANSE

jedyne co otrzymujemy, to OBIETNICA, że polski rząd wypłaci nam te środki po naszym przejściu na emeryturę. Kolejna część (czyli drugi filar) to tzw. Otwarte Fundusze Emerytalne. Pieniądze płynące do tych instytucji mają już materialną formę, w przeciwieństwie do tych „zusowskich”. Oznacza to po prostu, że są one inwestowane. Sposób, w jaki mogą być one pomnażane, jest oczywiście ściśle określony przez prawo, ogólnie można powiedzieć, że część z nich przeznaczana jest na wykup polskich obligacji (w taki sposób min. rządy zdobywają pieniądze na łatanie dziur budżetowych), a kolejna część wędruje na giełdę. W przypadku OFE mamy o wiele więcej swobody, sami decydujemy, który OFE wybieramy (dorocznie sporządzane raporty o skuteczności OFE służą tu pomocą), a poza tym fundusze te wyko-rzystują najbardziej ryzykowny, ale co ważniejsze także najbardziej zyskowny sposób pomnażania pieniędzy, czyli rynek obrotu papierami wartościowymi. Istnieje jeszcze tzw. trzeci filar, czyli In-dywidualne Konto Emerytalne, które rządzi się zupełnie innymi prawami, ale o tym napiszę w innym numerze. Wracając, do emerytur, OFE i długu. Rząd niedawno przeforsował przepisy zmniej-szające wysokość transferów do OFE na rzecz ZUS. Krótko - część pieniędzy tra-fiających dotychczas do OFE (pamiętajmy, ten bardziej niezależny od polityków filar) wyląduje w ZUSie (całkowicie pod kontrolą rządów). I co? To już? O to całe to zamieszanie? Tak, jest to tylko zwyczajna operacja księgowa, dlatego, że im więcej pieniędzy rząd przeniesie z OFE do ZUSu, w którym co roku pieniędzy brakuje, tym mniej będzie musiał pożyczyć na załatanie tych braków. Polski rząd jest zobligowany do ogra-niczania długu, tak aby nie był on zbyt wysoki w stosunku do PKB (Produkt Krajowy Brutto - „wielkość” naszej gospodarki). I teraz uwaga... Dzięki temu, że pieniądze z OFE popłyną do ZUS, zmniejszy się oficjalne, wykazywane w statystykach, zadłużenie naszego kraju! Dzięki prostej operacji księgowej, rząd będzie mógł dalej zadłużać Polskę, bez konieczności wprowadzania jakichkolwiek prawdziwych reform, a prawdziwy dług pozostanie „ukryty”! Powyższa analiza obecnej sytuacji poka-zuje, w jak trudnym położeniu się znaleźliśmy. Jeszcze do niedawna polski system emerytalny zaliczany był do najlepszych, najbezpieczniejszych w Eu-ropie, obecnie jest stopniowo demon-towany... Dopóki zamiast głęboko idących reform będzie nas stać tylko na żałosne, księgowe „manewry”, dopóty każdy z nas o godziwej emeryturze może zapomnieć. Mateusz Łuszczyński fot. yzx100.com























W połowie lutego światem piłkarskim wstrząsnęła wiadomość o zakończeniu kariery przez Ronaldo. To, o czym media spekulowały od dłuższego czasu, w końcu znalazło swoje oficjalne potwierdzenie. Napastnik, który swoimi bramkami sprawiał radość wielu kibicom na całym świecie, w końcu rozstał się z futbolem. „Głowa chce więcej, ale ciało nie pozwala” – skomentował całą sprawę Brazylijczyk. Chociaż ma dopiero 34 lata, to swoimi doświadczeniami pobiłby nie jednego starszego piłkarza. O talencie nawet nie wspominamy, bo tego mu stanowczo nie brakuje.
Good Bye BLUE SKY
SPORT - PIŁKA NOŻNA

Luis Nazario de Lima, bo tak brzmi jego pełne imię i nazwisko, pierwsze kroki w profesjonalnym futbolu stawiał w brazylijskim klubie Cruzeiro. Świetne występy w drużynach młodzieżowych pozwoliły mu na szybki awans do pierwszego zespołu, gdzie imponował skutecznością. Był mocnym punktem zespołu w czterdziestu sześciu spotkaniach, wpisując się na listę strzelców. Jego gra nie umknęła uwadze europejskich klubów. W wyścigu o jego „usługi” najlepsze okazało się holenderskie PSV Eindhoven, które zapłaciło za Ronaldo rekordową jak na tamte czasy sumę. W krainie tulipanów odnalazł się dosyć szybko i wciąż się rozwijał. Z miejsca stał się zawodnikiem pierwszego składu i kolejny raz skutecznie kończył akcje kolegów. W Holandii został jeszcze na jeden sezon. Ronaldo nie zaliczył go do udanych, głównie z powodu kontuzji, która wyłączyła go z gry na okres kilku miesięcy. Jest też pozytywny aspekt – w letnim oknie transferowym zgłosiła się po niego FC Barcelona. W Katalonii pograł tylko rok, ale cóż to był za okres! W czterdziestu dziewięciu spotkaniach strzelił czterdzieści siedem goli, z czego aż trzydzieści cztery w lidze hiszpańskiej. Nawet dziś wielki Leo Messi miewa prob-lemy z osiągnięciem podobnego rezultatu. Ronaldo wygrał trzy puchary i zdobył pierwsze indywidualne nagrody. W Hisz-panii ochrzcili go pseudonimem „El Feno-meno”, czego tłumaczyć nie trzeba. Katalończycy nie nacieszyli się zbyt długo jego grą. Astronomiczną sumę wyłożył Inter Mediolan, który zatrzymał wyboro-wego strzelca na okres pięciu lat. Pierwsze miesiące były wyborne – zawodnik strzelał

SPORT - PIŁKA NOŻNA

jak na zawołanie, posypały się także kolejne wyróżnienia, które otrzymał jeszcze za okres gry w Barcelonie. Największym sukcesem była zdecydowanie Złota Piłka, która od wielu lat przyznawana jest najlepszemu piłkarzowi na świecie. W roku 1997 El Fenomeno nie miał sobie równych. Na nieszczęście fanów, potem nie było już tak pięknie. Dwukrotne zerwanie więzadeł kolanowych sprawiło, że wiele miesięcy zamiast na boisku, Brazylijczyk spędził w szpitalach. O mały włos, a nie poje-chałby na Mistrzostwa Świata w 2002 roku. Do ostatnich chwil jego występ stał pod wielkim znakiem zapytania. Cóż by to była za strata, gdyby ostatecznie nie wziął w nich udziału! Reprezentacja Canarinhos wygrała cały turniej, a Ronaldo został bezsprzecznym królem strzelców. Zaowo-cowało to kolejnym transferem – do ga- laktycznego Realu Madryt. Powrót do Hiszpanii spotkał się z nies-makiem ze strony kibiców FC Barcelony. Zaczęto mówić o braku honoru u Brazy-lijczyka. Ronaldo nie przejmował się kry-tyką i już na dzień dobry strzelił dwa gole. Niestety, z każdym kolejnym występem było już coraz gorzej – pojawił się pierwszy kryzys i nadwaga. Mimo wszystko po krótkim czasie udało mu się wrócić do tego, co robił najlepiej – strzelania goli. Można powiedzieć, że lata spędzone w Realu Madryt były najlepszymi w jego karierze – zdobył wiele trofeów i nagród indywidualnych. Jest jednak małe „ale”. Był to ostatni wielki przystanek w karierze Brazylijczyka, który w 2007 roku przeniósł się powrotem do Mediolanu – tym razem do lokalnego rywala Interu – AC Milan. Włoski klub nie bez powodu nazywany jest

SPORT - PIŁKA NOŻNA

„domem emerytów”, w końcu nie jeden piłkarz wybrał Milan na zakończenie owo-cnej kariery. Do takich zaliczamy Ronaldo, który nie pograł za dużo i szybko wrócił do rodzinnych stron. W Brazylii ciepło przyjął go klub Corithians Sao Paulo, gdzie gra do dziś. W czerwcu zagra ostatnie spotkania, w tym pożegnalny – między Brazylią a Rumunią. Będzie to pierwszy występ napastnika w reprezentacji od 2006 roku i zarazem ostatni. Bogata kariera Ronaldo pokazała milionom fanom, jak wielki talent jest w stanie nieść w sobie człowiek. Trzeba jednak przyznać, że jego życie może być przestrogą dla wielu młodych graczy. W końcu w ostatnich latach nie było słychać o golach El Fenomeno. Jedynym tematem była jego otyłość, za co stał się obiektem krytyki, a nawet żartów. Wydaje się, że jest to odpowiedni, jeśli nie naj-wyższy czas na zakończenie kariery piłkarskiej. Zostawiam Was z jakże intrygującym pytaniem: czy koniec gry jeszcze bardziej zwiększy jego brzuszek? Maciej Kulina fot. 1 Antônio Cruz/ABr fot. 2 Tomasz Miłkoś Pojęcie emigracji jest Polakom dobrze znane. W naszą historię na trwałe wpisała się Wielka Emigracja czy liczne wyjazdy rodaków do Irlandii. Jednak wszystko wskazuje na to, że obecnie jesteśmy świadkami kolejnego polskiego exodusu. Tym razem piłkarskiego. Kierunek - Turcja.
Polscy piłkarze w krainie kebabów
SPORT - PIŁKA NOŻNA

Polskie szlaki Obecne występy Polaków w lidze tureckiej to jednak nie pierwszyzna. Naszym pio-nierem, grającym w kraju położonym nad Eufratem i Tygrysem, był Roman Kosecki, który już w 1990 r. trafił z Legii Warszawa do utytułowanego Galatasaray Stambuł. Obecny poseł na Sejm RP od początku stał się gwiazdą tego klubu, gdzie przez dwa sezony strzelił 19 bramek w 38 spotka-niach. Dzięki renomie zdobytej w Stambule Kosecki przeniósł się do ligi hiszpańskiej, w której również był kluczowym za-wodnikiem swoich klubów. Dziś Kosa nadal utrzymuje dobre kontakty z działaczami tureckimi, m.in. z prezesem Galatasaray, Adnanem Polatem, piastującym fotel wiceprezesa w tym klubie w czasach, gdy grał w nim Kosecki. Prawdopodobnie więk-szą karierę zrobił w Super Lig Roman Dąbrowski, który przeszedł do Kocaelispor Klubu z Ruchu Chorzów w 1994 roku.

SPORT - PIŁKA NOŻNA

Dąbrowski grał przez osiem lat w mieście Izmit położonym w północnozachodniej części kraju, następnie przechodząc do takich klubów jak Besiktas i Antalyaspor. Do Izmitu powracał dwukrotnie – na jedną rundę w roku 2005 oraz na cały sezon 2006-2007. Pięciokrotny reprezentant Polski rozegrał łącznie w barwach tureckich klubów 322 mecze, zdobywając 84 gole. Dąbrowski na tyle dobrze poczuł się w tamtejszych klimatach, że przyjął tureckie obywatelstwo i po karierze piłkars-kiej na stałe osiedlił się w Stambule. Miesz-kając w Turcji, posługuje się nowym nazwiskiem Kaan Dobra. Polskie szlaki w Turcji przecierał także Radosław Majdan, który 31 razy bronił barw Göztepe Izmir oraz sześciokrotnie stawał w bramce Bursasporu. Głośno było także o występach Mirosława Szymkowiaka w szeregach Trabzonsporu, gdzie jednak oczekiwania i presja ze strony kibiców oraz specyfika mentalności Turków nakłoniły Szymka do przedwczesnego zakończenia przygody z tamtejszą piłką, a także zaważyły o podjęciu decyzji o przejściu na piłkarską emeryturę w 2006 roku. Polski bigos na turecki kebab Jednak w kolejnych latach, oprócz Marcina Kusia przywdziewającego koszulkę Istanbul Büyükşehirna od 2008 r., na próżno było szukać kolejnych Polaków występujących na stadionach tureckiej ekstraklasy. Od czasu do czasu w mediach pojawiały się doniesienia o rzekomym zainteresowaniu polskimi zawodnikami niektórych klubów z Turcji, lecz negocjacje kończyły się zazwyczaj na wstępnych rozmowach. Tak było np. w przypadku Pawła Brożka po jego odejściu do Trabzonsporu w 2009 roku. Ku zaskoczeniu większości kibiców w naszym kraju tegoroczna przerwa zimowa naznaczona była głośnymi transfe-rami Polaków do Turcji, które wyróżniały się w naszej ekstraklasie. Barwy swoich klubów oraz polski bigos na turecki kebab zamienili w tym roku Maciej Iwański, Kamil Grosicki, Marcin Robak, Mariusz Pawełek, a do występującego od pół roku w Trab-zonsporze Arkadiusza Głowackiego dołą-czyli bracia Brożkowie. Z ligi greckiej do tureckiej przeniósł się także na początku obecnego sezonu rekordzista pod wzglę-dem występów w reprezentacji Polski, Michał Żewłakow. Masowa - jak na moż-liwości eksportowe polskiej piłki - emi-gracja Polaków do Turcji odbiła się w naszych mediach szerokim echem. Nie było bowiem w Polsce znanej gazety lub stacji telewizyjnej, która nie zdecydo-wałaby się poinformować odbiorców o tych wydarzeniach. Media w Turcji także nie pozostawały bierne przyjazdowi gwiazd naszej ligi. Co więcej, transfery Polaków były szeroko opisywane, szczególnie przez portale internetowe. Doszło nawet do tego, że jedna ze stron powiązana z Trabzons-porem ogłosiła Pawła Brożka „królem” tego klubu jeszcze przed debiutem Polaka… Obecnie były napastnik Wisły Kraków prze-siaduje głównie na ławce rezerwowych, a królami swoich nowych klubów czuć się mogą jedynie Kamil Grosicki oraz Marcin Robak. Obaj w 5 spotkaniach rozegranych

SPORT - PIŁKA NOŻNA

w Super Lig zdobyli po dwie bramki i pokazywali się z dobrej strony. Mało tego, Grosicki dzięki swojej przebojowej grze szybko podbił serca kibiców Sivassporu oraz… działaczy innych klubów, którzy zamierzają wykupić Grosika z Sivas po zakończeniu sezonu (pod warunkiem, że Polak zdoła utrzymać obecny poziom). 23-letniego napastnika z chęcią widzieliby w swoim klubie włodarze słynnego Gala-tasaray. Zwolennikiem tego transferu miałby być Roman Kosecki będący w dobrych relacjach z prezesem klubu. „20 marca będę gościł na meczu derbowym w Stambule, w którym Galatasaray zagra z Fenerbahce. Zostałem zaproszony przez prezesa Galaty. Powiem mu kilka dobrych słów na temat Kamila Grosickiego, który z pewnością byłby doskonałym wzmocnieniem” - twierdzi były reprezentant Polski. Tureckie rozeznanie Gdzie znajduje się źródło tak nagłego zainteresowania naszymi piłkarzami w Turcji? Sprawa nie jest łatwa, lecz można wyjaśnić transfery braci Brożków. Otóż jeden ze sponsorów Trabzonsporu prowadzi interesy w okolicach Krakowa i bywa częstym gościem w Polsce. Jego rozeznanie w realiach krakowskiego klubu zaowocowało dwoma transferami bliźnia-ków, a pół roku wcześniej Głowackiego. Co skłoniło jednak inne kluby do zakupu Polaków, którzy niedawno znaleźli się nad Bosforem? Wcześniej wspomniany Roman Dąbrowski doszukuje się przyczyn w częstych przyjazdach polskich klubów na obozy przygotowawcze do Turcji. Jak mówi Kaan Dobra: „Co roku do Turcji na obozy przygotowawcze przyjeżdża wiele naszych drużyn. W tym czasie do ośrodków zjeż-

SPORT - PIŁKA NOŻNA

dżają się menedżerowie i trenerzy, którzy mają pełny przegląd piłkarzy.” Ambitni czy chciwi? Poza kilkoma zespołami liga turecka jest mało znana i głównie postrzegana przez pryzmat fanatyzmu tamtejszych kibiców, o którym wielokrotnie w wywiadach opowiadał Szymkowiak. Naturalnie, w tym przypadku uwagę większości obserwatorów zwróciły wysokie zarobki, jakie otrzymywać będą nasi piłkarze. Z drugiej strony trudno się dziwić, że zawodnicy wraz z awansem sportowym pragną jednocześnie podnie-sienia statusu finansowego. Przyczyną pośrednią może być także fakt, że liga turecka posiada w Europie znacznie wyższą renomę niż nasza ekstraklasa. Tureckie kluby regularnie występują w fazach grupowych europejskich pucharów, a ostatnio szeregi tamtejszych klubów zasilili m.in. Ricardo Quaresma, Simao Sabrosa, Hugo Almeida czy Guti. Obecność takich nazwisk musi znacząco podnieść poziom tureckich rozgrywek. Polski piłkarz jak turecki kebab Zimowa emigracja polskich piłkarzy do Super Lig jest równie zaskakująca, co bu-dująca dla naszej piłki. Przecież nie co-dziennie Polacy mają okazję do rywalizacji w meczu o punkty z drużynami klasy Galtasaray lub Fenerbahce. Wydaje się, że kibice nie mieliby nic przeciwko temu, by ten futbolowy exodus trwał nadal, a polscy piłkarze stali się w Turcji tak popularni jak w Polsce turecki kebab. Rafał Guzik fot. 2 Enough4me fot. 3 N3ph ZIMOWE zakupy

SPORT - PIŁKA NOŻNA

Ostatni dzień minionego okresu do-konywania piłkarskich zakupów przejdzie do historii jako jedno z dwóch najbardziej ekscytujących, kończących daną sesję transferową 24 godzin. Prawdopodobnie jedynie 1 września 2008 roku, gdy kluby za pięć dwunasta zmienili za ogromne pieniądze Robinho (Real Madryt na Manchester City) czy Dimitar Ber-batov (Tottenham na Manchester United), wygenerowana została zbliżona daw-ka adrenaliny. Trudny okres - W styczniu ciężko wzmocnić zespół – zwykli powtarzać menedżerowie, trenerzy i dyrektorzy sportowi największych klubów na Starym Kontynencie. – Zimą można jedynie uzupełnić szeroką kadrę – dodają inni. Przeprowadzanie wielomilionowych transakcji w pierwszym miesiącu roku niesie za sobą większe ryzyko dla każdej ze stron, niż ma to miejsce latem. Tyczy się to zarówno kupujących, sprzedających, jak i samych zawodników. Przede wszystkim, styczniowe okienko transferowe przypada w większości euro-pejskich krajów na środek ligowego sezonu i, co jeszcze istotniejsze, niedługo przed rozpoczęciem fazy pucharowej rozgrywek Ligi Mistrzów oraz Ligi Europejskiej. Mniej zamożne kluby niechętnie (nawet kuszone wysokimi sumami odstępnego) przystają wtedy na odejście swoich najlepszych piłkarzy. Znaczące osłabienie swojego skła-du w chwili, gdy walka o trofea powoli wchodzi w decydującą fazę, wiąże się z perspektywą niepowodzenia, a na pewno zmniejszeniem swoich szans w osta-tecznym rozrachunku. Po ewentualnej sprzedaży swoich asów, analogicznie, ciężko jest przecież pozyskać nowych, wysokiej jakości graczy i tym samym

SPORT - PIŁKA NOŻNA

zapełnić powstałą lukę. Kolejną kwestią jest również szybkie wkompowanie nabyt-ków w zespół i jego grę – często wyma-gającej czasu, tak ograniczonego w środ-kowej fazie sezonu. Dla gigantów ogromne znaczenie mają także przepisy UEFA, w myśl których zawodnik nie może w jednym sezonie występować w Champions League w bar-wach dwóch drużyn. Barcelonie, Man-chesterowi United czy Realowi Madryt niekoniecznie opłaca się zatem wydawać krocie na piłkarza, który wiosną nie będzie mógł pomóc zespołowi we wszystkich rozgrywkach, a którego pozyskanie latem będzie z pewnością łatwiejsze do zreali-zowania. Wyjątkowość Jak to się stało, że właściciele (głównie angielskich) klubów przeznaczyli na zimo-we wzmocnienia ponad 200 milionów funtów? Co takiego szczególnego wyda-rzyło się na początku bieżącego roku? Można powiedzieć, że nic innego jak splot różnego rodzaju okoliczności, który pewnie prędko się nie powtórzy. Roman Abramowicz po raz pierwszy od kilku lat postanowił wyłożyć na stół grubą gotówkę w celu wzmocnienia notującej najsłabszą passę od kilkunastu lat (i za ery Rosjanina na Stamford Bridge) drużyny. Właściciel Chelsea był tak zdesperowany, że przystał na wygórowane żądania Liver-poolu i zapłacił aż 50 (!) milionów funtów za Fernando Torresa – napastnika najwyższej klasy, choć od dłuższego czasu niebędącego w stanie odnaleźć swojej optymalnej, wysokiej formy. Napastnika, który ze względu na uczestnictwo swojego byłego już klubu jedynie w rozgrywkach Ligi Europejskiej jesienią, mógł zostać zgłoszony do gry w Lidze Mistrzów, zwycięstwa w której The Blues tak bardzo pragną. Abramowicz nie wahał się też wydać ponad 20 milionów funtów na środkowego obrońcę Benfiki, Davida Luiza (nieuprawnionego do występów w Cham-pions League), mającego uzupełnić osła-bioną latem formację defensywną. Tymczasem władająca od października Liverpool Football Club firma NESV, zgodnie z obietnicami, rozpoczęła realizację nowej strategii wzmacniania zespołu już zimą, najpierw sprowadzając (za 26,5 mln euro) Luisa Suáreza z Ajaxu, a następnie błyskawicznie zastępując Torresa napast-nikiem Newcastle United Andym Carrollem – przeznaczając na Anglika 35 mln funtów uzyskanych ze sprzedaży Hiszpana do Chelsea. Bez posunięć The Reds i The Blues (wszystkich sfinalizowanych w ostatnich godzinach, a w trzech przypadkach minu-tach, okienka) styczniowa sesja trans-ferowa byłaby pewnie taka jak zwykle. Bez fajerwerków. Pewnie zresztą nie wyda-rzyłoby się nic szczególnego, gdyby wie-czorem 28 stycznia Fernando Torres nie złożył pisemnej prośby do zarządu LFC wyrażającej chęć przeniesienia się do londyńskiego klubu. Kto by jednak przewiedział, że to, początkowo odrzucone pismo, pociągnie za sobą taką sekwencję zdarzeń, relacjonowanych podczas ostat-niego dnia stycznia z zapartym tchem przez brytyjskie media i śledzonych na całym świecie. Wojciech Falenta MARCOWE SZALEŃSTWO

SPORT - KOSZYKÓWKA fot. Anders Brownworth

Wyobraźcie sobie klasyfikację ame-rykańskich uczelni, w której liderem jest UCLA (Uniwersytet Kalifornii w Los Angeles), a na drugim miejscu Uniwersytet Kentucky. Harvard (8 prezydentów USA i 41 Noblistów) i Yale (4 prezydentów USA i 15 no-blistów) nie są nawet uwzględniane w owym rankingu. Chodzi o klasyfikację najlepszych koszy-karskich uczelni w Stanach Zjednoczonych. NCAA (National Collegiate Athletic Asso-ciation) organizuje rozgrywki w niemal wszystkich dyscyplinach sportu, jednak najpopularniejsze są właśnie te koszy-karskie. Zawody odbywają się w letnim sezonie, równolegle do rozgrywek ligi NBA. Można zresztą pokusić się o stwierdzenie, że potyczki studentów stanowią komp-lementarne tło dla zawodowego krajobrazu sportu. Ilość uczelni, poziom selekcji oraz silne więzy absolwentów z alma mater powodują, że Amerykanie nie potrzebują rozgrywek na poziomie 3 czy 2 ligii, bo potyczki akademickie doskonale im je zastępują. W tym miejscu należy też zwrócić uwagę na poziom organizacji rozgrywek. Dla każ-dej uczelni posiadanie drużyn odnoszących sukcesy, będacych na jak najwyższym poziomie, oznacza - obok splendoru - bar-dzo wymierne korzyści, takie jak szeroko płynącym strumieniem pieniądze od sponsorów czy datki od absolwentów. Tego rodzaju fundusze są niezbędne dla utrzymania wysokiego poziomu kształ-cenia, bo przecież szkolnictwo wyższe za oceanem nie jest dotowane przez państwo. Dlatego też uczelnie, które przystępują do rozgrywek, oferują szereg stypendiów sportowych dla najlepszych graczy. Można powiedzieć, że model ten niejako przyj-muje formę zarabiania na tym, co komer-cyjne (sport) i inwestowania zysków w to,

SPORT - KOSZYKÓWKA

co niekoniecznie przynosi wymierne ko-rzyści (zaawansowane badania naukowe). Pisałem już w poprzednim numerze (Krótka opowieść o koszykówce), że koszykówka akademicka jest ściśle powiązana z NBA. Najlepsi koszykarze spośród studentów wybierani są w drafcie do najlepszej koszykarskiej ligi świata, dlatego też aka-demicka koszykówka obok nastawienia na wynik, nadal kładzie duży nacisk na ko-szykarską edukację. Z tego powodu akcje rozgrywane mogą być o 11 sekund dłużej niż na zawodowych parkietach, a trenerzy mają możliwość wykorzystania 10 przerw na żądanie. Od początku istnienia NCAA ogromnym problemem była ochrona tak zwanego "statusu amatora" zawodników. Pęd do zwycięstwa niejednokrotnie prowadził do patologicznych sytuacji, w których przyszłe gwiazdy koszykówki brały łapówki w za-mian za grę dla zdesperowanej uczelni. Niekiedy nawet nieświadomi niczego zawodnicy namawiani byli przez rodziców do gry w określonej uczelni, a podczas światecznych odwiedzin w domu, zasko-czeni pytali rodziców, skąd ci mieli pieniądze na remont domu czy zakup nowego samochodu. W znakomiecie opisu-jącym to zjawisko filmie „Blue Chips“, Nick Nolte grający zdeprawowanego trenera, „kupuje“ zawodnika do swojej drużyny za traktor. Graczom złapanym na „grze za pie-niądze“, grożą nawet dożywotnie dyskwa-lifikacje. Jak już mówiłem na początku, najwięcej tytułów (bo aż 11!) akademickiego mistrza Stanów Zjednoczonych w koszykówce zgromadził do tej pory Uniwersytet Kalifornii w Los Angeles, a do NBA z tej uczelni trafili tacy gracze jak: Kareem Abdul–Jabbar, Bill Walton, Reggie Miller czy Kevin Love. Absolwentami tej szkoły są także bracia O'Bannon, którzy po pobycie w NBA grali także w polskiej lidze. Siedmiokrotny zdobywca tytułu, Uniwer-sytet Kentucky to przede wszystkim legendarny trener Adolph Rupp, ale też jeden z najważniejszych graczy NBA, Pat Riley - obecnie twórca „wielkiej trójki“ (udało mu się namówić na wspólną grę LeBrona Jamesa, Dwyane'a Wade'a oraz Chrisa Bosha) z Miami oraz ostatni nr 1 draftu, John Wall, z którym ogromne nadzieje wiążą kibice Washington Wizards. Więcej niż dwa tytuły zdobyły jeszcze tylko trzy inne drużyny: Uniwersytet Północnej Karoliny (5 mistrzostw), który wychował najwiekszego gracza w historii, Michaela Jordana, ale też Mitcha Kupchaka czy Vinca Cartera. Trzy razy mistrzami NCAA byli gracze Uniwersytetu Kansas, których pierwszym trenerem był twórca koszy-kówki dr Naismith. Nazwiska, które każdy fan NBA powinien znać, a które wcześniej znajdowały się na koszulkach z napisem Kansas na piersiach, to bez wątpienia Jo Jo White i Wilt Chamberlain. Na koniec zosta-wiłem najbardziej polską z tych uczelni, mianowicie Duke. Aktualni mistrzowie zdo-byli to trofeum czterokrotnie, za każdym razem pod wodzą trenera o swojsko brzmiącym nazwisku Mike Krzyżewski, któ-ry już za życia stał się legendą, gdyż trenenuje Duke od 1980 roku. Na dodatek w ubiegłym roku zawodnikiem Duke był Olek Czyż, który jednak zdecydował się na zmianę uczelni na Uniwersytet Nevady.

SPORT - KOSZYKÓWKA

Najbardziej znani absolwenci Duke to Christian Leatner i obecnie klubowy kolega Marcina Gortata, Grant Hill. Po sezonie zasadniczym nadchodzi czas wyłonienia mistrza. Ponieważ PlayOff's odbywają się w marcu, a mecz finałowy na początku kwietnia, czas ten nazywa się „March Madness“. W ciągu miesiąca najlepsze akademickie drużyny stanów zjednoczonych rozgrywają po osiem spot-kań, co dla młodych organizmów, nie-przyzwyczajonych do takiego wysiłku, by-wa nie do wytrzymania. Najważniejsze mecze odbywają się w największych halach mogących pomieścić nawet ponad 20 tysię-cy kibiców. Tytuł do zdobycia jest jeden, a drużyn mających nadzieję na przejście do historii jako jego zdobywcy w 2011 roku co najmniej kilkanaście. Teraz, kiedy już wiemy, jak może wyglądać sport akadmicki i znamy realia najlepszych rozgrywek świata, możemy z wypiekami na twarzy śledzić marcowe szaleństwo, które w USA podobno przybiera tak gorącą formę, że powoduje roztopy śniegu. Co prawda, jesteśmy już po wielkiej ceremonii losowania pierwszej rundy playoff, ale najlepsze dopiero przed nami. Zach-wycajmy się narodzinami nowych gwiazd, bawmy razem z szalonymi kibicami, po-dziwiajmy akrobacje zespołów cheerladers oraz zgranie uczelnianych orkiestr zagrze-wających zawodników do walki o honor uniwersytetu. Może kiedyś w podobnej atmosferze będziemy oglądali finałowy pojedynek Politechniki Warszawskiej z Kra-kowską AGH, a żacy zwycięskiej drużyny opanują swoje miasto w szaleńczym ko-rowodzie zabawy niczym podczas ju-wenaliowych pochodów. Michał Mendala fot. LUIS BLANCO Zmiany na GORSZE?
Po wielkim boomie na siatkówkę, jaki nastąpił w Polsce po zdobyciu przez naszych siatkarzy najpierw vicemistrzostwa świata w 2006r., a trzy lata później mistrzostwa Europy, PZPS chciał przyciągnąć jeszcze więcej ludzi do tej dyscypliny sportowej w wydaniu reprezentacyjnym, ale także ligowym.
SPORT - SIATKÓWKA

Większość ludzi ogląda siatkówkę tylko w wydaniu kadrowym. Wiadomo - mecze reprezentacji Polski to zupełnie inna sprawa, wzbudzają w nas, Polakach, ja-kiegoś rodzaju patriotyzm. Kibicujemy naszym rodakom mocno, ale gdy tylko kadrowicze rozegrają wszystkie spotkania w danym sezonie reprezentacyjnym i zaczyna się PlusLiga, przełączamy kanał. PZPS chce temu zapobiec. Już od jakiegoś czasu próbują udoskonalić i urozmaicić rozgrywki ligowe. Challenge Telewizja Polsat od lat transmituje mecze siatkówki. Dzięki sprawnym kamerzystom tej stacji mogliśmy oglądać bardzo dokładne powtórki akcji, a także sprawdzać okiem kamery, czy piłka rzeczywiście była w boisku czy też nie. I właśnie w ten sposób władze PZPS wpadły na pomysł „challenge”. Co to jest? To dokładnie z angielskiego „wyzwanie”. Drużyna, która nie zgadza się z decyzją sędziego, może poprosić o sprawdzenie nagrania video

SPORT - SIATKÓWKA

całej akcji, ale tylko raz na set. Nieważne, jaki błąd zgłoszą, specjaliści oglądają ostatnią akcję jeszcze raz i weryfikują decyzję sędziego. Jeśli zespół zgłaszający problem miał rację, a sędzia się pomylił, to oczywiście dostają punkt, ale także w nagrodę dostają kolejną możliwość zgłoszenia challenge’u. Natomiast jeżeli to sędzia miał rację, drużyna nie może sprawdzić kolejnej akcji do końca seta. Z uwagi na to, że „challenge” jest bardzo kosztowne ze względu na ilość kamer, jakie są potrzebne (kilka z boku boiska, dwie na liniach trzeciego metra, dwie na liniach końcowych, dwie przy antenkach, itd.), challange stosowane jest tylko w finałach rozgrywek o Puchar Polski. Więcej zmian Polski Związek Piłki Siatkowej wprowadził pewien system zaczerpnięty z NBA: nikt nie spada z PlusLigi, a grać w niej może ten, kto spełnia wymagania budżetowe. Nie tylko to polscy działacze chcą zapożyczyć z amerykańskiej ligi koszykówki. Spodobały im się również draft i salary cap. Dla tych, którzy nie wiedzą: draft - kluby wybierają sobie młodychzdolnych, z którymi podpi-sują kontrakty; salary cap - to granica finansów, które klub może przeznaczyć na zawodników. I to byłoby niezłe posunięcie, bo młodzi mogliby się rozwijać, a polska siatkówka zykałaby nowych i świeżych za-wodników, których niewątpliwie potrzebuje. Poszli na rękę kibicom? Innym pomysłem PZPS było wydłużenie rozgrywek Polskiej Ligi Siatkówki. Otóż jeszcze w poprzednim sezonie drużyny klubowe grały w rundzie zasadniczej (mecz - rewanż) i playoff. Drużyna, która zdobyła mistrzostwo Polski, mogła rozegrać maksy-malnie 30 meczów. Natomiast w tym sezonie rozgrywki są podzielone na trzy fazy: pierwsza to runda zasadnicza, po której drużyny podzielone są na dwie grupy - na kluby zajmujące pozycje od 1-6 i 7-10. Dopiero potem odbywa się playoff. Następnie drużyny z miejsc od 1 do 4 grają o mistrzostwo Polski. I w ten sposób zespół, który wygra mistrzostwo, może rozegrać nawet 38 meczów! A przecież do tego dochodzą rozgrywki w pucharze CEV i w Lidze Mistrzów. Nie dość, że sezon klubowy i tak się wydłużył, to jeszcze awansując dalej w rozgrywkach euro-pejskich, automatycznie trzeba przesuwać spotkania ligowe. Czyli sukces wiąże się ze swego rodzaju porażką… Ostatnie obliczenia wykazują, że PlusLiga zakończy się na początku maja, a Liga Światowa zaczyna się 27… maja! W tym wypadku kadrowicze nie będą mieli czasu na odpoczynek. A jaki pożytek będzie miał trener reprezentacji z przemęczonych i kontuzjowanych zawodników? Tym bar-dziej, że już teraz pojawiają się złe wiadomości dotyczące zdrowia czołowych

SPORT - SIATKÓWKA

graczy. W ostatnim meczu Skry Bełchatów z AZS Politechniką Warszawską zabrakło trzech siatkarzy stanowiących o sile pierw-szego zespołu, ale także i kadry: Michała Winiarskiego, Bartosza Kurka i Michała Bąkiewicza. Skra została z jednym przyj-mującym i libero. Ich trener musiał sobie jakoś poradzić i wystawił Mariusza Wlaz-łego na przyjęcie – co początkowo uważałam za śmieszne i nie mogłam w to uwierzyć. Jednak Mariusz przez dwa pierwsze sety miał najlepsze przyjęcia wśród odbierających obu drużyn! Kadrze powiedzą „nie” Jeżeli PZPS nic z tym nie zrobi, to coraz więcej siatkarzy zacznie się leczyć i odpo-czywać, a w kadrze nikt nie będzie miał siły grać. I niech ktoś mi powie, gdzie tu logika w postępowaniach Związku? Wydłużyli se-zon, aby zadowolić kibiców spotkaniami między lepszymi zespołami, wymagają sukcesów od kadry, a w niej nikt nie będzie chciał grać, bo… tak skonstruowali sezon. Wcale się nie zdziwię, jeśli siatkarze zaczną odmawiać występów w reprezentacji z po-wodu przemęczenia czy kontuzji. Czy PZPS nie nauczył się niczego po mistrzostwach Europy w 2007 roku lub ostatnich Mist-rzostwach Świata? Dominika Wiśniewska fot. Waldemar Toppich Czas powrócić zza oceanu i przeanalizować rynek europejski. W tym numerze przeczy-tacie o Fordzie Capri, który już w przyszłym roku powróci na rynek moto-ryzacyjny po ponad 25-letniej przerwie w produkcji. Tymczasem, przenieśmy się do lat 60’ ubiegłego wieku…
MOC POD PRZYKRYWKĄ
MOTORYZACJA

Właściciele Forda, widząc ogromne zain-teresowanie Mustangiem w Stanach Zjed-noczonych, postanowili wprowadzić swój topowy model na rynek europejski. Szybko okazało się jednak, że portfele Euro-pejczyków nie są tak grube, więc zain-teresowanie pierwszym fastbackiem było znikome. Ford jednak nie odpuścił tak łatwo i zlecił swoim pracownikom pracę nad no-wym, tańszym odpowiednikiem, który trafi w gusta i zasoby pieniężne na Starym Kontynencie. Już w 1965 roku brytyjscy konstruktorzy zaprojektowali pierwszy taki samochód. Nazwali go „Colt”, jednak szybko musieli zrezygnować z tego po-ysłu, gdyż wcześniej nazwę zarezerwowała

MOTORYZACJA

sobie marka Mitsubishi. W styczniu 1969 roku po raz pierwszy zaprezentowano nowe, gotowe do jazdy Capri, które miało podbić serca fanów szybkiej ostrej jazdy. Trzeba przyznać, że samochód szybko zyskał uznanie. W salo-nach Forda robiło się tłoczniej z dnia na dzień. Capri wpadał w oko dzięki sportowej sylwetce, męskiemu i stonowanemu gril-lowi oraz mocno opadającemu tyłowi. Pod maską nie trzeba było montować silnika z Mustanga. Dzięki niewiarygodnie małej masie nawet słabsze silniki rozpędzały to cudo w bardzo krótkim czasie. Najmoc-niejsza wersja (150 KM) osiągała prędkość 100 km/h w zaledwie 7 sekund. Produkcję rozpoczęto w dwóch fabrykach – w Dagenham (Anglia) oraz Kolonii (Niem-cy). W ciągu niespełna dwóch lat wypro-dukowano aż 600 tysięcy sztuk – wynik rewelacyjny. Z biegiem czasu wprowa-dzano wiele zmian. Ogromna produkcja pozwalała na zebranie dużej ilości opinii, które analizowano i wprowadzano w życie. Kierowców zachwycały wygodne fotele, zgrabna kierownica i krótkie biegi. Sukcesu można upatrywać także w dużej możliwości konfiguracji samochodu. Ford oferował klientowi obszerną gamę silników i wersji wyposażeniowych. Wszystko moż-na było ze sobą łączyć. Wisienką na torcie była z pewnością długa lista dodatków, które rozpieszczały bogatszych kupujących. W 1974 roku pojawiła się druga wersja Forda Capri. Powiększono bagażnik, zwięk-szono przestrzeń na tylnych siedzeniach i naniesiono zmiany stylistyczne z przodu. Trzeba przyznać, że samochód zatracił tro-chę zadziorności, co poskutkowało wpro-wadzeniem sportowej wersji – do dziś najczęściej spotykanej na drogach. Cztery lata później w salonach pojawiła się trzecia generacja tego sportowego wozu. Niestety, reformy paliwowe dotarły także do Europy, na czym tracili dilerzy i kie-rowcy. Sprzedaż spadała, więc producenci zaczęli coraz poważniej rozmyślać nad wycofaniem modelu z rynku. Ostatecznie doszło do tego pod koniec 1986 roku. Z biegiem czasu można śmiało dyskutować nad słusznością decyzji. Sprzedano prawie dwa miliony egzemplarzy! Ford przez wiele lat uznawany był za ojca sportowych samochodów. Po wycofaniu modelu Capri popularność Forda znacząco spadła. Modele takie jak Puma czy Cougar, domniemani następcy, nigdy nie powtó-rzyły sukcesu swojego pioniera. Ford wraca jednak po rozum do głowy i w 2012 roku zamierza wypuścić na rynek czwartą generację Capri. Ruch zaskakujący, szcze-gólnie gdy przyjrzymy się prototypowi i wstępnym założeniom… Przyszłe Capri ma bazować na platformie Focusa. Odzie-dziczy po nim design oraz silniki. W tym momencie powstaje pytanie: czy warto wskrzeszać legendę dla czegoś takiego? Nowe Capri wygląda jak usportowiony Focus po liftingu. Czy zyska uznanie? Odpowiedź już niebawem. Maciej Kulina Rekord spod ziemi

RELACJA OUTRO

8 marca, po niemal dwóch miesiącach od dnia XIX Finału Wielkiej Orkiestry Świą-tecznej Pomocy dowiedzieliśmy się, że w tym roku padł kolejny rekord wysokości zebranej kwoty - 47 248 415 zł i 5 gr. Nie jest to jednak kwota uwzględniająca wszystkie pieniądze zebrane tego dnia, gdyż do tego należy doliczyć jeszcze dochody z aukcji internetowych i innych akcji prowadzonych w Internecie, co razem da sumę ponad 50 milionów złotych. Zebrane środki przeznaczone zostaną na zakup sprzetu dla dzieci z chorobami urologicznymi i nefrologicznymi (temat XIX Finału) oraz na realizację prowadzonych przez Fundację programów medycznych (np. Program leczenia dzieci osobistymi pom-pami insulinowymi) oraz programu edu-kacyjnego „Ratujemy i Uczymy Ratować”. . . Sama konferencja prasowa, na której wszystkie te kwoty zostały ogłoszone, określić można jako dość nietypową. Odbyła się 320 metrów pod ziemią, w Za-bytkowej Kopalni Węgla Kamiennego „Gui-do” w Zabrzu. Uczestnicy konferencji mieli okazję spróbować jazdy prawdziwą gór-niczą „szolą”, wszyscy musieli też przyw-dziać na głowę kaski – choć było to chyba tak oczywiste, że nie trzeba było specjalnie egzekwować tego obowiązku. Szkoda tyl-ko, że już w komorze, w której odbywało się to wydarzenie, kaski można było spokojnie zdjąć – a mogła być wspaniała ciekawostka dziennikarska! Marek Suska







Pamięci śmierci nie oddamy
Kto pamięta zeszłoroczny atak bombowy na dwie mos-kiewskie stacje metra? Niedługo, 29 marca, minie dokładnie rok. A o tym, co miało miejsce dwa dni później, wiele kilometrów na południe, w rosyjskim Dagestanie?
NAPISY KOŃCOWE

Jeden dzień, 39 ofiar. Dwa dni później, 12 kolejnych ofiar. Sucha statystyka, jeden człowiek, drugi człowiek, w końcu pięć-dziesiąty pierwszy człowiek. O pierwszym z tych zamachów pisałem świeżo po fakcie, w wydaniu pochodzącym niemal sprzed roku, z kwietnia 2010. Czemu znowu piszę o tym samym? Żebyśmy wszyscy nie za-pomnieli. Każdy naród ma swoje tragedie. Rosjanie pewnie pamiętają, przecież to ich żałoba. A Polacy, czy pamiętają? Myślę, że mogliśmy o tym zapomnieć. Niedługo po tych wydarzeniach, po których w katast-roficznych słowach (wypowiadanych pry-watnie) wieszczyłem początek trzeciej woj-ny w Czeczenii, przyszła nasza narodowa katastrofa, dziewięćdziesięciu sześciu za-kończyło swój pobyt wśród nas. Nie zamierzam łączyć i szukać tu rzekomych rosyjskopolskich związków. Nie rozważam tych smutnych zdarzeń ze względu na znaczenie dla społecznonarodowego życia Rosjan i Polaków. Mówię o śmierci i pamięci. Dlatego te miesiące, to smutne miesiące. Można sobie mówić, ludzie giną wszędzie, większość jest zupełnie anonimowa. Czemu akurat powinniśmy pamiętać o Rosjanach, a nie o zmarłych również rok temu, rów- nież w zamachach, Pakistańczykach? Nie wiem. Nic nie uzasadnia tego, że o jednych pamiętamy, a o drugich nawet nie sły-szeliśmy. Może europocentryczny egoizm. Ale każdemu z ludzi należy się choć cząst-ka pamięci. Większość otrzyma ją tylko od rodziny. Nikt przecież nie spamięta wszyst-kich ofiar wszystkich zamachów, katastrof, wojen. Ale niektóre wydarzenia robią na nas szczególne – to złe słowo, ale go użyję – wrażenie. Może to właśnie wezwanie do pamięci, wołanie: „nie zapomnij o nas!”. Zatem żyj i nie pozwól umrzeć w pamięci. Mam trzy tożsamości. Pierwsza, najszersza, ogólnoludzka. Dzięki niej będę się starał o Was pamiętać, ofiary Moskwy i Kizlaru. Druga, związana z moją wiarą, z tym, że jestem katolikiem. Ona szczególnie każe mi pamiętać o tych, których zamordowano z powodu Chrystusa. Trzecia - świadomość polska. O Smoleńsku nie da się zapomnieć. O tych ludziach, z których każdy zasługuje na osobny tekst, więcej, o każdym można by napisać książkę. Nie pozwólmy sobie zmarnować czasu pamięci. To nie ich, ale nasze tragedie. Marek Suska