Musisz zainstalować flash player pobierz instalator












SANTO SUBITO?

Outro Ogólnopolska gazeta młodzieżowa Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl rekrutacja(@)outro.pl Redaktorzy naczelni: Monika Toppich i Kamil Wiśniowski Sekretarz redakcji: Marek Suska Zastępca: Kalina Mróz, Magdalena Wąwoźna Dział promocji: Krystian Pesta, Nina Hamera, Agnieszka Nowak Graficy: Angelika Marchewka, Patryk Skoczylas, Jagoda Gniecka Szefowie działów: Aleksandra Bieniek (kultura), Elżbieta Janota (filmowo - literacki), Magdalena Kondracka (społeczeństwo), Aleksandra Wilczak (społeczeństwo) Maciej Kulina (sport), Magdalena Kelniarz (korekta), Dorota Stach (foto), Aleksandra Bartosik (promocja) Korekta: Agnieszka Dydacka, Maria Gołaszewska, Martyna Kłopeć, Agata Hajduk, Agata Andrzejak, Katarzyna Bugiel, Anna Kubaczkowska, Patryk Łowicki, Agnieszka Michalska, Martyna Okupniak, Cynthia Schmidt, Paulina Szempińska Projekt okładki: HINT Intermedia Zdjecie: zoonabar

Biliśmy brawo, kiedy umarł, bijąc się z myślami, czy płakać, czy się cieszyć, że odszedł do domu Ojca. Lolek, Karol, ksiądz, wujek, różnie go nazywaliśmy. Li-czyło się jedno – to, że nawet jeśli go nie znaliśmy osobiście, nawet jeśli nigdy go nie widzieliśmy, był dla nas bliski, taki wujek dodający otuchy. Bo pokazywał, że można zrobić wiele, jeśli tylko się chce, mówił, że trzeba iść pod prąd i wymagać od siebie, nawet jeśli inni od nas nie wymagają. Zaraz potem pojawiły się jednak głosy sprzeciwu, kontrowersje pojawiają się przecież zawsze. Że beatyfikacja idzie zbyt szybko, że Jan Paweł II nie powinien być błogosławiony, że przecież był tylko czło-wiekiem, a może… aż człowiekiem? Wbrew temu, co twierdzą pudelki, beatyfikacja była jednym z najważniejszych wydarzeń w ostatnim czasie i to właśnie jej postano-wiliśmy poświęcić nie tylko główny tekst numeru, ale również okładkę. A kim dla Was był Papież? Uważacie się za część pokolenia JPII, był dla Was auto-rytetem? Czekamy na Wasze opinie już wkrótce na naszym profilu na Fb. Tymczasem, wymagajmy od siebie, two-rząc kolejne wydania Outro, w czasie sesji, końca roku, ostatnich egzaminów matu-ralnych. Wymagajmy, nawet jeśli nikt od nas nie wymaga. MiK

SPIS TREŚCI

Wokół kultury Strona 6 Recenzja płytowa: Mezalians Strona 8 Gliwickie spotkania chóralne Strona 10 Wywiad muzyczny: To my jesteśmy sobie panami Strona 12 Wywiad muzyczny: Nachalne promocje, blogi i penis w okularach, czyli nierozważna rozmowa z Krzysztofem Skibą Strona 20 Gabriela Mistral – Literacka Nagroda Nobla 1945 Strona 23 Recenzja książkowa: Błękitny chłopiec Strona 26 Recenzja książkowa: Blask w ciemnościach Strona 29 Recenzja książkowa: Opowieść o buntownikach Strona 30 Recenzja książkowa: By zrozumieć mistrza Strona 33 Sagi o sagach Strona 35 CINEMAniak, czyi kto, z kim, w czym na dużym ekranie Strona 40 Recenzja filmowa: Krok po kroku Strona 44 Recenzja filmowa: Kto ty jesteś, człowieku? Strona 47 Pierwsza piątka: And listen to the music of the night Strona 49 Wywiad – podróże: Podróż do Afryki, czas spotkań z ludźmi Strona 57 Społeczeństwo: Insomnia Strona 65 Społeczeństwo: Maria Konopnicka Strona 68 Temat numeru: Wujek błogosławiony Strona 72 Motoryzacja: Maserati Quattroforte Strona 76 Reklama: Zaplanuj wakacje z AIESEC Strona 78 Film Break TV: Matury Strona 80 WUJEK BŁOGOSŁAWIONY PODRÓŻ DO AFRYKI MEZALIANS INSOMNIA TO MY JESTEŚMY SOBIE PANAMI PIERWSZA PIĄTKA

TEKSTY POLECANE

Jan Paweł II został ogłoszony błogosła-wionym. Jak postać papieża zapamiętały osoby, które były w tym czasie w Rzy-mie? Czy reporter może podróżować samot-nie? Jak rozmawiać z ludźmi i jak przy-gotować się do wyprawy? Rozmowa z Dariuszem Rosiakiem. Płyty bywają raz lepsze, raz gorsze, recenzje również. W tym przypadku mamy do czynienia ze świetną recenzją nieświetnej płyty. Bezsenność jest chorobą pomijaną w dyskusjach, uważaną za mało gorźną. Jak jednak może zmienic nasze życie? O płytach, polityce i znajdowaniu czasu dla siebie. Wywiad z Farben Lehre. Kolejny odcinek podróży przez najwybitniejsze produkcje filmowe. Tym razem filmy o muzyce. Lato Filmów w Drodze Krakowski Festiwal Filmowy

WOKÓŁ KULTURY WOKÓŁ KULTURY Pleasure of Light Coraz częściej artyści próbują połączyć sztukę z nauką, szukają wspólnych cech, znajdują w nauce inspirację. Wystawa Pleasure of Light. Gyorgy Kepes i Frank F. Malina na skrzyżowaniu sztuki i nauki w Zielonej Bramie – Oddziale Muzeum Narodowego w Gdańsku – jest tego dowodem. Artyści zajęli się światłem; ich prace świadczą o tym, że nauka i sztuka nie muszą stać w sprzeczności. Ekspozycja czynna do 26 czerwca. Mistrz & Małgorzata Story Na deskach Teatru Polskiego w Bielsku-Białej w dniach 21 i 22 maja będzie można zobaczyć spektakl Mistrz & Małgorzata Story. Robert Talarczyk, reżyser przedsta-wienia, wykorzystał powieść Bułhakowa, a historię umieścił w zupełnie nowym kon-tekście. Akcja rozgrywa się we współczes-nej Moskwie i Czeczenii, a sama powieść to nie tylko inspiracja, ale przede wszystkim jeden z bohaterów spektaklu. Atrament dla leworęcznych Atrament dla leworęcznych to, jak nazy-wają spektakl jego twórcy, „współczesna komedia przesycona absurdem”. Na przedstawienie w reżyserii Krzysztofa Niedźwiedzkiego zaprasza 3 czerwca Teatr KTO w Krakowie. Na scenie wystąpią Jacek Buczyński, Maciej Małysa, Paweł Rybak i Maciej Słota. Spektakl został nagrodzony Grand Prix Off Talia na XII Festiwalu Komedii TALIA 2008 w Tarnowie. Dyrektor festiwalu Krzysztof Gierat Organizujesz koncert, wystawę, imprezę, lub planujesz wziąć udział w ciekawym wydarzeniu? Szukasz patrona medialnego dla swojej imprezy? Napisz do nas na adres: promocja@outro.pl

29 kwietnia rozpoczęła się pierwsza edycja Festiwalu Lato Filmów w Drodze będącego objazdową kontynuacją Festiwalu Filmo-wego i Artystycznego Lato Filmów w Warszawie. Do 3 lipca w 20 kinach należących do Sieci Kin Studyjnych i Lokalnych będzie można zobaczyć tego-rocznego laureata Oscara oraz Złotego Globu w kategorii Najlepszy Film Nieanglo-języczny – W lepszym świecie. Festiwal Filmów Kultowych Do 29 maja potrwa w Katowicach czter-nasta edycja Festiwalu Filmów Kultowych pod hasłem Różne oblicza kultowej filmo-wości. Są to projekcje najbardziej znanych i najważniejszych w kontekście współ- czesnej kultury obrazów - takich, z których za-czerpnięte zostały kul-towe wypowiedzi, wpro-wadzone już na stałe do języka. Nie zabraknie produkcji Rogera Cor-mana czy Sergio Leone. Zobaczyć będzie można także polskie filmy, często niedocenione i zapomniane, a dos-konale obrazujące ota-czający nas świat. W dniach 23-29 maja będzie miała miejsce pięćdziesiąta pierwsza już edycja Kra-kowskiego Festiwalu Filmowego, wyda-rzenia poświęconego filmom dokumen-talnym, krótkometrażowym oraz ani-mowanym. Jest to okazja do obejrzenia ponad 250 obrazów produkcji polskiej i zagranicznej. Pokazy odbędą się w kilku sekcjach: konkursowej, retrospektywy, po-kazy tematyczne. Długa jest nie tylko lista filmów; ważnym punktem festiwalu są imprezy towa-rzyszące. Uczestnicy będą mieli możliwość spotkania z twórcami. , . Niewątpliwymi pe-rełkami w prog-ramie są: minire-cital Tomasza Stańko, jazzmana, tręba-cza i kompo-zytora, koncert ga-lowy Motion Accordion Or-chestra czy Noc Wideoklipów – pokaz najnowszych wideoklipów z ca-łego świata. Aleksandra Bieniek fot. (plakaty) Jakub de Barbaro & Kuba Sowiński MEZALIANS
Ta płyta jest jak pociąg należący do PKP. Niekoniecznie ładna, spóźniona, naciągana, nic nie wnosząca i mało odkrywcza. Steczkowska najwyraźniej zaspała na swoje Intercity (krążek „Starsi panowie”) i teraz musi tułać się drugą klasą z Maleńczukiem. A tułaczka to nudna, choć krótka. Na szczęście.
RECENZJA PŁYTOWA

W jakimś wywiadzie Maleńczuk powiedział, że tych piosenek nie da się zagrać lepiej, można jedynie zrobić to inaczej. I to chyba kwintesencja tej płyty, bo utwory Kabaretu Starszych Panów nie zostały przearan-żowane, a jedynie wykonane przez dwójkę wokalistów. Bez żadnych udziwnień, kar-kołomnych interpretacji czy jakiejkolwiek ingerencji świadczącej o tym, że to album nagrany z potrzeby serca, a nie z koniunk-tury. Ot tak, zaśpiewali i poszli odebrać pieniądze z ZAIKSu. Trochę to smutne, bo powstała nie tak dawno płyta „Starsi panowie” była pod tym względem lepsza. Duet Steczkowska i Maleńczuk miał być oparty na oryginalnym połączeniu głosów. Ona z czterema oktawami, a on – Pan Maleńczuk - nowatorsko i egzotycznie, tak powinno być. A wyszło przewidywalnie i banalnie. Steczkowska już od dawna przyzwyczaja nas do swojego popowego wizerunku, tak różnego od tego z po-czątków kariery. Nie bawi się już w wo-kalizy, nie szarżuje swoim głosem, śpiewa „po prostu”. Dlatego ta płyta też jest „po prostu”, bo mamy do czynienia z albumem,

RECENZJA PŁYTOWA

na którym udziela się jedynie dwoje wo-kalistów, a nie osobowości. Nie ma zas-kakujących zabaw wokalami, które uroz-maiciłyby znany większości repertuar ka-baretowy. Z resztą, samo stwierdzenie, że na tej pły-cie mamy do czynienia z duetem jest bar-dzo dużym niedopowiedzeniem. Jedynym utworem, gdzie on występuje jest „Na ryby”. Wokal prowadzący należy do Ma-leńczuka, a Steczkowska jedynie robi za tło dopowiadając czy tworząc chórki. Bardzo przyjemnie się uzupełniają, ale zaledwie jedna piosenka na całą płytę, to stanowczo za mało. Tak naprawdę, to płyta Justyny, a naz-wisko Maleńczuka jest tu raczej zabiegiem marketingowym. Wokalista Psychodancing udziela się w zaledwie czterech utworach – oprócz wspomnianego „Na ryby” są także bluesowo - wymruczany „Upiorny twist” (jeden z ciekawszych momentów na płycie) oraz wydane na płycie z Kukizem „Smutny deszczyk” i „Bez ciebie”. Wiem, że mistrz zen uczył by minimalnym nakładem sił uzyskiwać jak największy efekt, ale w tym wypadku to nie wyszło, bo słuchacz drugi raz płaci za to samo. Jak dla mnie – trochę to oszukańcze. Ale skoro na tej płycie pałeczkę przejęła płeć piękna, to zajmijmy się jej utworami. Choć, prawdę powiedziawszy, nie bardzo jest czym, gdyż wszystkie są poprawne i spójne do granic możliwości, jakby były nagrywane na jedno kopyto. Od senty-mentalnej „Herbatki” przez melancholijne „Utwierdź mnie” oraz „Zmierzch” aż po mocno nacechowaną emocjami balladę „Do Ciebie szłam”. Lekko jazzują, są delikatne i subtelne, a połączone z minimalistyczną aranżacją („Stacyjka Zdrój”) dają efekt kojący ucho. Problem polega na tym, że szybko się nudzą. Strzałem w kolano był taki dobór utworów, bo zabrakło choćby jednego żywiołowego numeru na prze-łamanie tej jednostajności. Owszem, pew-nym urozmaiceniem jest tutaj Maleńczuk, ale to wciąż za mało. „Mezalianse” nic nie wnoszą do polskiej muzyki, nie przynoszą też jakichś świeżych interpretacji utworów Przybory i Wasows-kiego. Są nieudanym sequelem płyty „Starsi panowie” i nie bardzo wiem dla kogo są one przeznaczone. Bo z tym albumem jest jak z podróżą pociągiem – jest smutno, nudno i tylko czasem zachwyci nas jakiś widoczek na chwilę. Choć na szczęście, to nie jest długa podróż. Niemniej, ja tym pociągiem jechał już nie będę i wam też nie polecam. Norbert Oset „Mezalianse” (...) są nieudanym sequelem płyty „Starsi panowie” i nie bardzo wiem dla kogo są one przeznaczone. Byliście kiedyś na koncercie? Na pewno! Odbywają się na lotniskach, wielkich polach lub stadionach. Nie chcę jednak streszczać kolejnych podobnych imprez, lecz przybliżyć muzykę zupełnie innego typu.
GLIWICKIE SPOTKANIA CHÓRALNE
MUZYKA

Gliwickie Spotkania Chóralne są presti-żowym przeglądem chórów z kraju oraz zza granicy. Prezentują one repertuar nie tylko sakralny, ale również i świecki. W poprzednich edycjach, Gliwice gościły zespoły z Danii, Rosji, Włoch, Czech, Słowacji, Francji i Węgier. Impreza jest organizowana przez Akademicki Chór Politechniki Śląskiej nieprzerwanie od 1980 roku. Koncerty goszczą już etatowo w wachlarzu imprez na terenie Gliwic; o popularności tegoż przedsięwzięcia stanowi fakt, iż rzesza wyrobionych słu-chaczy (na których ilość żaden chór nie mógł narzekać podczas występów) wycze-kiwała w tym roku kolejnej, już 31., edycji tego wiosennego festiwalu, który w tym roku odbył się w dniach 15-17 kwietnia 2011 roku. Trzydniowa uczta muzyczna popularyzuje muzykę chóralną zarówno u starszych ludzi, jak i u dzieci – w każdej edycji

MUZYKA

wykonywane są największe dzieła polskiej oraz światowej sceny, co roku zaskakując słuchaczy oryginalnością a także solid-nością wykonania każdego utworu, dbając o najmniejsze szczególiki. GSCh postawiły sobie za cel kształtowanie i rozwijanie zainteresowań wokalnych młodzieży na te-renie regionu. Zapraszane są zazwyczaj studenckie chóry, jednakże jak to zwykle bywa, zdarzają się wyjątki od tej reguły; w pierwszym dniu, wystąpił - jako jedyny licealny – chór „Bel Canto” pod dyrekcją Lidii Blazel - Marszolik. Uczniowie szkoły średniej śpiewali wraz z Chórem Uni-wersytetu Ekonomicznego w Katowicach, pod batutą Dominiki Kawiorskiej. W ko-lejnych dniach występowały chóry Poli-techniki Wrocławskiej „Consonanza” i „Ars Cantata” z Warszawy. Natomiast 17 kwiet-nia swe umiejętności wokalne prezentował chór „Psalmodia” Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, jak również Akademicki Chór Politechniki Śląskiej. Jeśli kojarzycie muzykę chóralną wyłącznie z „kościelnymi przyśpiewkami”, to festi-wale, podobne do takich, mogą zmienić wasze nastawienie do twórczości tego typu; na festiwalu śpiewane były również znane i popularne wśród młodych odbior-ców hity ostatnich lat, zaaranżowane na kilka głosów. Jeśli chcecie spróbować cze-goś nowego, innego, posłuchajcie chóral-nych występów czy koncertów, które odbywać się będą wyjątkowo często wios-ną i latem. Może znajdziecie coś dla siebie? Może sami zaczniecie śpiewać? Piotr Pianowski fot. 2 London Bulgarian Choir/ 2.0 Kilka lat temu mieli wybór: albo muzyka, albo fabryka. Zdecydowali się na to pierwsze i w tym roku obchodzą 25-lecie swojej działalności muzycznej. O coverach, publiczności i wartości polskiego zespołu za granicą rozmawiałam z wokalistą zespołu Farben Lehre - Wojciechem Wojdą.
TO MY JESTEŚMY SOBIE PANAMI
WYWIAD - MUZYKA

9 października odbyła się premiera waszej najnowszej płyty „Ferajna”. Jak odbiera ją publiczność na kon-certach? To nasza ostatnia jak do tej pory płyta. My, wydając tę płytę, mieliśmy pełną świa-domość, że będziemy mieli kłopot z usu-nięciem niektórych kawałków z set listy koncertowej, bo płyta „Ferajna” została zrobiona w ten sposób, że praktycznie wszystkie utwory nadają się do grania na żywo. Z poprzednimi płytami bywało róż-nie. Na niektórych albumach są kawałki, które idealnie pasują na płytę, ale nie-koniecznie nadają się do grania na żywo. Natomiast „Ferajna” z założenia ma cha-rakter koncertowy. Druga sprawa jest taka, że w Polsce istnieje pewna grupa zespołów, które sprzedają dużo płyt, ale niestety na kon-certach różnie bywa z frekwencją. Jest też grupa zespołów, do której my się zaliczamy, która płyt może sprzedaje trochę

WYWIAD - MUZYKA

mniej, za to na koncertach ma dużo więcej ludzi. Teraz ludzie wolą wydać pieniądze na bilet na koncert niż na płytę. A są zespoły, których płytę ludzie kupią, a na koncert nie pójdą. Nie wiem czy to dobrze czy źle. Utrzymujecie się z promocji płyty, jej sprzedaży, koncertów czy jeszcze w jakiś sposób? W odwrotnej kolejności, czyli z koncertów, sprzedaży płyty i tak dalej. Z promocji żaden zespół się nie utrzyma, bo to nie przynosi zysków. Promocja jest po to, żeby promować dane wydawnictwo. Sami nie za bardzo się w tym widzimy. Jeśli chodzi o utrzymywanie się z muzyki, przypominam sobie wywiady sprzed dwudziestu lat, gdzie mówiłem, że każdy zespół stanie w pew-nym momencie przed wyborem: albo muzyka, albo fabryka. Czyli idziemy do roboty i gramy po godzinach, ale wtedy przygoda z muzyką skończy się po roku, dwóch, gdy się pojawią rodziny, dzieci i tak dalej. Wtedy z czegoś trzeba zrezygnować i najpierw rezygnuje się z grania. Taka po prostu jest hierarchia ważności. Dlatego rzuciłem to hasło dwadzieścia lat temu, bo wychodzę z założenia, że jeśli zespół ma funkcjonować profesjonalnie i ma być zawodową kapelą, to każdy jego członek musi dążyć do tego, żeby nie musiał pracować w fabryce. My do tego dążyliśmy i w pewnym momencie każdy z nas musiał rezygnować z dodatkowych zajęć. Jeszcze pięć lat temu mój brat pracował w Urzędzie Miasta, Mikołaj w jakiejś hurtowni, a ja w radiu. Później muzyka zaczęła wychodzić na pierwszy plan. Najpierw ja zrezyg-nowałem z pracy w radiu, później Mikołaj z pracy w fabryce, a na końcu mój brat z pracy w Urzędzie i w tej chwili wszyscy żyjemy już tylko z muzyki. Ale nie widzę w tym nic niekonsekwentnego, bo jeżeli chcemy grać i być dobrym zespołem, to musimy takiego wyboru dokonać. Wracając do „Ferajny”, na krążku znajdują się utwory nagrane razem z m.in. Muńkiem Staszczykiem, Magdą Rutkowską czy sekcją Tabu. Jak wyg-lądała wasza współpraca? Tytuł płyty zobowiązuje do tego, żeby zapraszać ludzi, których możemy traktować jako kolegów czy koleżanki z naszej wspólnej ferajny. Kontakty były bardziej przyjacielskie niż biznesowe. Zaproszenie Muńka Staszczyka nie ma nic wspólnego z tym, że jest on wokalistą znanego zespołu T.Love. Chodzi tu raczej o to, że swego czasu w akademiku na Kickiego wspólnie wypiliśmy godne dawki wsze-lakich napojów. Jeszcze wówczas nie istniało Farben Lehre, bo to było w ‘85 roku. Można powiedzieć, że był to mój dobry kolega z ławki. Zaproszenie go było ukłonem w stronę tamtych czasów. Na samym początku działalności Farben Lehre, Staszczyk mi trochę pomógł. Wsparł nasze działania, kiedy byliśmy jeszcze takim całkiem malutkim zespołem. A ja mam to do siebie, że pamiętam wszystko to co złe, ale też wszystko to, co dobre. I uważam, że zaproszenie Muńka było czymś zupełnie

WYWIAD - MUZYKA "Z promocji żaden zespół się nie utrzyma, bo to nie przynosi zysków. Promocja jest po to, żeby promować dane wydawnictwo. Sami nie za bardzo się w tym widzimy."

normalnym. Zaprosiłem również muzyków z zespołu Tabu. Myślę, że wzajemne relacje między Farben Lehre a Tabu można wręcz nazwać rodzinnymi. Magda Rutkows-ka, metalowa wokalistka już kiedyś śpie-wała z nami na Farbeheicie. Sprawdziła się wówczas bardzo dobrze, ale tutaj poszło jej o wiele lepiej. Dziewczyna naprawdę bardzo dobrze się rozwija. Jest jeszcze kla- wiszowiec Marek Makles z zespołu Habakuk. Kolejny nasz kolega, który nagrał z nami trzy płyty. Taki był dobór gości i nie doszukiwałbym się tutaj żadnego podłoża komercyjnego. Już kiedyś jeden z dzien-nikarzy podniósł mi ciśnienie pytając, czy zaproszenie Staszczyka było dlatego, że jest on wokalistą znanego zespołu. Ja mam to głęboko gdzieś. Tak na marginesie mogę powiedzieć, że ostatnie dokonania T.Love wcale mnie nie przekonują, więc gdybym miał iść według tego klucza, to bym go nie zaprosił. Kilka waszych piosenek to covery in-nych utworów. Jakimi kierujecie się kryteriami wybierając piosenkę do własnej interpretacji? Z interpretacją jest tak, że są dwie szkoły dla coverów. Jedna jest taka, że robi się własną interpretację, która całkowicie odbiega od oryginału. Są takie zespoły, które gdy robią covery, to ni cholery nie można poznać, co to jest. Ale są też takie, które wychodzą z założenia, że jak coś jest dobre, to lepiej tego nie niszczyć. My w większość coverów nie ingerujemy zbytnio, bo nie ma po co tego psuć. Lepsze jest wrogiem dobrego i raczej staramy się

WYWIAD - MUZYKA

nie odbiegać jakoś specjalnie od oryginału. Gramy je z powodów edukacyjnych - to znaczy, że młodzi ludzie dzięki takim zespołom jak Farben Lehre mogą usłyszeć na przykład Ramonesów. Kto wie, może nigdy by po nich nie sięgnęli. Drugim walorem, ale również i kluczem, jest to, że my jesteśmy kapelą, która już dużo zrobiła, nagrała sporo płyt, zagrała sporo kon-certów, więc żeby unikać znudzenia i zmęczenia pewnego rodzaju działaniami, to sięgamy po rzeczy, które sprawiają nam przyjemność. Jeżeli lubię jakąś piosenkę i czuję się na siłach, żeby ją zaśpiewać, to po nią sięgam. Stąd taki dobór coverów. Nie zawsze sięgamy po utwory bardzo znane, na przykład piosenka Fort BSu jest w ogóle nieznana młodszej części publiki. Głównym kryterium jest to, że nam się ten kawałek podoba i najważniejsze, żebyśmy się dobrze czuli grając go. I bardzo ważne jest również, żeby go nie zepsuć. Z pers-pektywy czasu stwierdzam, że zepsuliśmy kawałek Nirvany „Rape me”, bo ja mam zupełnie inny sposób śpiewania niż Kurt Cobain i uważam, że wokalnie sobie z tym kawałkiem nie poradziłem. Czy są utwory, których nie chcie-libyście już wykonywać? Myślę, że siłą tego zespołu jest to, że dziewięćdziesiąt procent piosenek jest ponadczasowych i gdybym teraz wziął i położył na ten stół wszystkie teksty, które napisałem do tej pory, to większość z nich obroniłaby się przed tak zwaną próbą czasu. Są aktualne. Często pada pytanie „Dlaczego gracie to, a nie tamto?” Bo nam się po prostu bardziej podobają te utwory a nie inne. A koncert ma jakieś ramy i to nie może być tak, że wyjdziemy i zagramy 90 piosenek, bo wtedy wszyscy byliby znudzeni, a koncert trwałby 7 godzin. Stąd też na koncert składa się średnio 20 kawałków, a my mamy 90 i z czegoś trzeba zrezygnować. Nie oznacza to, że nagle któreś straciły na aktualności. Jest parę takich piosenek, ale to dosłownie parę. Na przykład na płycie „Snukraina” są utwory, napisane głównie pod wpływem jakości prowadzenia polityki przez braci Kaczyńskich. Dzisiaj braci Kaczyńskich nie ma u władzy. W związku z powyższym te utwory, które powstały z inspiracji Ka-czyńskimi, nie są aktualne dzisiaj. Kolejnym powodem, dla którego nie gramy niektórych utworów jest to, że są one skomponowane na dwie gitary, a my w tej chwili gramy na jedną i czasami po prostu tych utworów nie da się zagrać. Czy artysta powinien angażować się w politykę? To jest dość złożony temat. Ja na przykład nie zapraszam polityki do mnie. Ona sama się wbija brudnymi butami. No i mam wybór: albo tego gościa wyrzucić z domu, albo zacząć z tym gościem w jakiś sposób polemizować czy dyskutować. Gdyby ar-tysta chciałby być szczery, to tak właśnie odpowie. Polityka miesza się w sprawy muzyki np. zakazując występów niektórym zespołom lub gdy są jakieś imprezy na rzecz miasta. Niektóre kapele się zaprasza,

WYWIAD - MUZYKA

bo są pro PiS - owskie lub pro SLD - owskie itd. To o samo dotyczy mediów, które mają mega przełożenie. W Trójce to właśnie polityka jest kluczem czy jesteś czy cię nie ma. Nas w Trójce nie ma. I w tym momencie jak my możemy stać obojętnie obok polityki, jeżeli ona sama wnika w to co my robimy? W związku z powyższym, czy jest coś złego, że muzycy angażują się politycznie? Ja się do żadnej partii nie zapisałem nigdy i nie zapiszę. W zapi-sywaniu się muzyków do partii jest coś złego, bo uważam, że w tym momencie trzeba dokonać wyboru: albo będę poli-tykiem, albo muzykiem. Jeżeli chcę być tak naprawdę muzykiem to nie powinienem być politykiem, a jeśli chcę być dobrym politykiem, to nie jem w barze z muzyką. Druga sprawa, rozróżniłbym angażowanie się w politykę ogólnopolską a lokalną. Ja na przykład popieram w tej chwili jednego z kandydatów na prezydenta Płocka, bo od tego, kogo w moim mieście wybiorą na prezydenta, zależy wiele rzeczy związanych na przykład z kulturą, imprezami, kon-certami itd. Uważam, że obecny prezydent nie daje rady, a pojawiają się kandydaci, którzy są w stanie lepiej poprowadzić chociażby życie kulturalne Płocka. Ale to jest szczebel lokalny i ja nawet nie nazwałbym tego polityką, tylko moim codziennym życiem, bo ja w tym mieście na co dzień funkcjonuję. Denerwuje mnie, gdy jakiś bałwan rządzi miastem. I naj-normalniej w świecie wypowiadam się teraz jako mieszkaniec Płocka, a nieko-niecznie muzyk Farben Lehre. W polityce lokalnej nie widzę nic złego, ale kan-dydowanie na radnego czy do parlamentu, to już inna sprawa. Lokalna tak,

WYWIAD - MUZYKA

ogólnopolska mniej. Z tą drugą też jest tak, że jeżeli polityka wchodzi z brudnymi butami do mojego życia i nie chce tego brudu po sobie posprzątać i jawi się realne zagrożenie wolności słowa czy demokracji, to są rzeczy, których nie godzi się tolerować i wtedy na przykład nie ukrywam, że ja się zaangażowałem w kam-panię prezydencką. Ale nie aktywnie, na zasadzie, że ja, Wojtek Wojda popieram tego i tego kandydata, ale nie ukrywam, że na koncertach i w tekstach starałem się uś-wiadomić młodym ludziom, żeby akurat tego pana nie wybierać. Tak więc uważam, że w sytuacji zagrożenia to każdy ksiądz, muzyk, poeta, malarz powinien coś po-wiedzieć. Zapewne koncertowanie pochłania mnóstwo czasu, do tego dochodzą jeszcze próby. Kiedy znajdujecie chwilę dla siebie? Jeżeli chodzi o próby, my jesteśmy już na etapie, w którym rzadko je grywamy. My się zgrywamy na koncertach wystarczająco dobrze, a próby robimy tylko wtedy, gdy przygotowujemy nowy materiał. Przed sesją z „Ferajny” prób było dużo, teraz jest ich o wiele mniej, bo nic nowego nie szykujemy. Nie śpieszymy się z nową płytą, bo już zapowiedzieliśmy, że ukaże się ona w 2012 roku i będzie się nazywać „2012”, więc jeszcze mamy trochę czasu. Na-tomiast nie mamy weekendów i takiego tradycyjnego życia, bo w weekend gramy. A jeśli chodzi o wolny czas, to w tygodniu jesteśmy w domu, w wakacje staramy się wygospodarować jakieś dwa, trzy tygodnie wolnego. Jest jeszcze urlop związany z okresem świątecznym, bo to nie jest najlepszy czas na koncertowanie ze wzglę-du na te wszystkie posty. A dla nas jest to o tyle korzystne, że mamy trochę przerwy. Oczywiście też jest tak, że to my jesteśmy sobie panami i jeżeli chcemy odpocząć, to odpoczywamy. Gracie również za granicą. Czym różni się publiczność z Niemiec czy Ukrainy od tej polskiej? Podstawowy problem grania za granicą jest taki, że oni mówią innym językiem i nie rozumieją tego, o czym śpiewamy. My tracimy wtedy sporo z naszej wartości, bowiem ludzie nie rozumieją tekstu. I to jest podstawowa bariera. Druga sprawa jest taka, że w Polsce utwory typu „Spodnie z GSu” czy „Matura” mówią coś ludziom, a tam oni tego nie rozumieją. W większości miast musimy ludzi na nowo zapoznawać z naszą muzyką. A reakcje ludzi, którzy widzą czy słyszą coś po raz pierwszy są zawsze inne niż gdyby znali dokonania danego artysty. Ta publika jakoś bardzo się nie różni, natomiast wiadomo, że kiedy gramy w Niemczech i ludzie nas nie znają, to reagują mniej spontanicznie niż gdyby nas już znali. Ci sami ludzie w momencie, kiedy wychodzi po nas kapela niemiecka reagują podobnie jak nasza polska publiczność, czyli żywiołowo. To działa też w drugą stronę, bo kiedy oni przyjeżdżają do Polski, mogą stwierdzić, że nasza publiczność jest mniej żywiołowa niż

WYWIAD - MUZYKA

ta z ich kraju. Jeśli chodzi o publiczność z Czech i Słowacji, to tych nie lubię, bo uważam, że mają zupełnie inny poziom zaangażowania emocjonalnego w koncerty. Jest on o wiele mniejszy niż na przykład publiczności z Niemiec czy Polski. Pub-liczność francuska czy włoska też niczym się nie różni, inaczej jest natomiast z ukraińską, bo oni przeżywają taki okres zachwytu nad muzyką, nad graniem, nad tym, że ktoś przyjeżdża i daje koncert. Tam widać dużo większą radość z bycia na koncercie niż u nas. W Polsce jakaś Jolka czy Beata mówią „Dzisiaj pójdę na Farben Lehre, jutro na Strachy na Lachy a pojutrze na coś innego”. I dla nich tak naprawdę te koncerty zlewają się w jedno. A na Ukrainie tych koncertów jest mało i dla nich jest to wielkim wydarzeniem. Oni żyją tym kon-certem, odliczają do niego dni. Bardzo mi się to podoba. W waszej twórczości teksty zawsze odgrywają ważną rolę, więc skoro publiczność zagraniczna ich nie rozu-mie, to jaki jest sens w koncer-towaniu na przykład w Niemczech czy Francji? To jest tak samo, gdy zespoły zagraniczne przyjeżdżają do Polski. My nie zawsze rozu-miemy co oni śpiewają, ale poza tekstem jest jeszcze muzyka, która odgrywa prze-cież bardzo ważną rolę. My za pomocą dźwięków przenosimy jakieś emocje i wtedy tekst nie zawsze jest potrzebny. Ktoś kiedyś powiedział, że są w życiu rzeczy, jak na przykład seks, do których

WYWIAD - MUZYKA

nie potrzeba słów i tak samo przeżywanie muzyki nie zawsze wymaga znajomości tekstu. Przykładem może być muzyka po-ważna, gdzie w ogóle nie ma słów. A jednak ludzie jej słuchają. Ja wcześniej powiedziałem, że my, grając za granicą, tracimy dużo na wartości, ale to nie oznacza, że jesteśmy bezwartościowi. Inaczej byłoby gdybym był poetą jak Stachura, a muzyka byłaby tylko do-datkiem do tego co piszę, to wtedy taki wyjazd do Niemiec nie miałby sensu, bo przecież oni nie rozumieją co śpiewam, a muzyka jest tylko dodatkiem. U nas tekst jest tak samo ważny jak muzyka. My rzeczywiście jesteśmy tam mniej wartoś-ciowym zespołem, ale to nie znaczy że nie mamy żadnej wartości. To jest tak jakbyś z piwa usunęła alkohol. To nadal jest piwo, pomimo że bezalkoholowe. I my w Niem-czech jesteśmy takim piwem, z tym, że nie mamy tego dodatku. Poza tym dla nas jest to nowe wyzwanie, no bo nie oszukujmy się, ile razy można grać w Zabrzu, Łodzi, Warszawie? W pewnym momencie czło-wiek dochodzi do wniosku, że już to wszystko widział. Ja lubię wyzwania, a każdy taki wyjazd do Niemiec czy Francji, to nowe doświadczenie. Czy są już jakieś pomysły na nowe projekty, poza płytą która ma się ukazać w 2012 roku? W 2011 roku będziemy obchodzić 25-lecie istnienia i z tej okazji wychodzi biografia zespołu, która będzie się nazywać „Bez pokory”. Tak, jak nasza pierwsza płyta. Biografię tworzycie sami, czy jest ktoś, kto się tym zajmuje? Jest dziennikarz, który się tym zajmuje. Robi wywiady „rzeka”, opowiadam mu całą naszą historię, a on posiłkuje się tym, że dzwoni do ludzi których wymieniam w czasie rozmowy. Celem wydania tej książki jest podsumowanie 25 lat istnienia. Żeby niektórym ludziom podziękować za pomoc, a innym za to, że podstawiali nam kłody pod nogi. Taki sąd ostateczny. Oczywiście niektórzy ludzie po przeczytaniu tego co mam do powiedzenia nie będą chcieli ze mną rozmawiać, ale ja już z nimi dawno nie mam ochoty rozmawiać, tylko nie potrafiłem im wcześniej tego wyge-nerować jakoś dosłownie, a teraz będzie okazja. Poza książką jest jeszcze pomysł, żeby wydać płytę winylową, na pewno pojawi się również płyta CD, ale to będzie takie the best of Farben Lehre. Paula Wyciślok fot. oficjalne zdjęcia zespołu











Gabriela Mistral była pierwszym laureatem nagrody Nobla pochodzącym z Ameryki Łacińskiej. To właśnie twórczość związana z tożsamością narodową pomogła jej zdobyć rozgłos oraz osiągnąć sukces przypieczętowany nagrodą Nobla w dziedzinie literatury za „poezję prawdziwego uczucia, czyniącą jej imię symbolem idealistycznych dążeń dla całej Ameryki Łacińskiej”
GABRIELA MISTRAL - LITERACKA NAGRODA NOBLA 1945
NOTKA BIOGRAFICZNA

Imię i nazwisko poetki było pseudonimem wymyślonym na cześć włoskiego poety i pisarza Gabriela D'Annunzio oraz fran-cuskiego poety Frédérica Mistrala - jej prawdziwe imię to Lucila de María del Perpetuo Socorro Godoy Alcayaga. Mistral urodziła się 7 kwietnia 1889 roku w Vicuña, mieście znajdującym się w środkowym Chile, niedaleko stolicy tego kraju. Jej matka była nauczycielką, podobnie jak ojciec przyszłej noblistki, który dodatkowo interesował się poezją. Gdy Gabriela Mistral miała trzy lata, jej ojciec odszedł od rodziny, zostawiając wychowanie przyszłej poetki oraz jej siostry - matce. Jednak w praktyce to starsza siostra pisarki zajmowała się jej wychowaniem oraz edukacją. Od najmłodszych lat Mistral zachęcana była do nauki. W wieku dziewięciu lat zaczęła pisać pierwsze wier-sze podpisując je później pseudonimem, pod którym znana jest dziś na całym świecie.

NOTKA BIOGRAFICZNA fot. Paul Lowry

W wieku szesnastu lat miało miejsce tragiczne wydarzenie, które silnie wpłynęło na jej twórczość - jej ukochany popełnił samobójstwo, a jedyną rzeczą, którą miał przy sobie była pocztówka od Mistral. To zdarzenie zaowocowało pierwszym tomem poezji zatytułowanym „Sonety Śmierci”. Za ten zbiór poezji otrzymała dwa lata później krajową nagrodę w dziedzinie poezji w konkursie „Festiwal Kwiatów”. Po prze-prowadzce do Santiago była w stanie szerzej zaprezentować swoje umiejętności; zaczęła pisywać wiersze z zamiarem ich publikacji w czasopismach i w chilijskim kręgu literackim. Wtedy też podjęła pracę nauczycielki. Najpierw w szkole dla dziew-cząt w Punta Arenas, później z polecenia ministra edukacji rozpoczęła pracę na rzecz programu edukacyjnego dla biednych w Meksyku. Otwierała biblioteki, by udos-tępnić ludziom szerszy dostęp do literatury i edukacji. Dzięki jednej z takich bibliotek Mistral poznała szesnastoletniego wtedy Pablo Nerudę, przyszłego noblistę, któremu pomogła, udostępniając również własne zbiory. By lepiej poznać różne metody nauczania podróżowała po całym świecie porównując systemy edukacji oraz sposoby przekazywania wiedzy. W 1923 otrzymała od rządu nagrodę „Nauczyciela Narodu”. Jej działalność, ludzie których spotykała na swojej drodze oraz bolesne doświadczenia stanowiły dla niej źródło inspiracji. Liczne podróże umożliwiły pisarce publikację prac nie tylko w kraju, ale i za granicą. W Hiszpanii opublikowała zbiór wierszy zatytułowany „Czułość”, który był zupeł-

NOTKA BIOGRAFICZNA

nym przeciwieństwem poprzednio publiko-wanych poematów pełnych żalu, smutku i rozgoryczenia. Brała również udział w wielu międzyna-rodowych konferencjach, gdzie wygłaszała odczyty dotyczące losu kobiet i edukacji. W 1925 roku zaczęła pracować dla Ligi Narodów. Praca ta wiązała się z licznymi wyjazdami – Mistral odwiedziła wiele krajów, gdzie pracowała jako konsul. W trakcie całego swojego życia mieszkała między innymi w Neapolu, Madrycie, Los Angeles, Nowym Jorku, Lizbonie i Vera-cruz. Jako przedstawicielka Ligi Narodów oraz różnych konsulatów, publikowała nie tylko poezję, ale również artykuły i felie-tony. Gabriela Mistral głównym celem swojego życia uczyniła nauczanie poprzez słowo pisane. Edukację oraz dostęp do zasobów wiedzy uważała za jedne z podstawowych kwestii i przez całe swoje życie walczyła o poprawę poziomu kształcenia. Wśród licznych tytułów naukowych, którymi Mistral została odznaczona znajduje się również tytuł profesora przyznany jej przez Uniwersytet w Chile. Mimo że poetka zakończyła edukację w wieku dwunastu lat, jej siła skierowana w stronę samo-kształcenia pozwoliła jej osiągnąć sukces, czego dowodem mogą być zbiory poezji, przemówienia, artykuły, książki oraz liczne publikacje, na temat roli edukacji w życiu dziecka. Jak powiedziała sama noblistka: „My, dorośli, na wiele potrzebnych nam rzeczy możemy poczekać. Dziecko nie może. Właśnie teraz formują się jego kości, tworzy krew, rozwija umysł. Nie możemy mu powiedzieć jutro. Jego imię brzmi dzisiaj.” Gabriela Mistral zmarła 10 stycznia 1957 rokuw Hampstead na raka trzustki w wieku 67 lat. Jej prochy zostały później przewiezione do Chile, gdzie rząd zarządził trzydniową żałobę, a cały naród opłakiwał śmierć kobiety, dzięki której głos Ameryki Łacińskiej został usłyszany na całym świecie. Paulina Rzymanek „Edukacja jest, być może, najwyższą formą szukania Boga.” Gabrieela Mistral BŁĘKITNY CHŁOPIEC

RECENZJA KSIĄŻKOWA

Indyjsko - amerykański chłopiec, dwie odmienne kultury i bolesne, ale jed-nocześnie i piękne poznawanie praw-dy o sobie. To wszystko znajduje się w debiutanckiej powieści Rakesha Satyala. „Błękitny chłopiec’’ obejmuje kilka miesięcy życia dwunastoletniego Kirana, którego ro-dzice wyemigrowali z Indii do Cincinnati. Fakt, że nie tylko zachowuje się inaczej, ale i inaczej wygląda, a także żyje w samym środku Stanów Zjednoczonych z rodzicami z nieznanej kultury (Punjabi), przyczynia się do tego, że jest nieakceptowany. Kiran jest niezwykle spostrzegawczy, ma inteligentny i błyskotliwy umysł, pewnego dnia stwierdza, że jest wcieleniem hindus- . . kiego boga Kryszny. Od tego momentu postanawia się do niego upodobnić. Je masło, gra na flecie i wierzy, że jego skóra przybierze niebieski odcień. Swoje nowe oblicze chce pokazać na Fes-tiwalu Talentów. Jednak duchowość głównego bohatera nie jest jedynym tematem poruszonym w po-wieści, przeciwnie, mowa tu także o jego cielesności i psychice. Kiran przez lata pojawiał się w szkole oblany perfumami matki, nosił różowe stroje i na Halloween przebierał się za lalkę Rainbow Brite. Teraz maluje się kosmetykami mamy, chodzi na balet i bawi się lalkami. Przez większość powieści obserwujemy także zmagania i reakcje na widok zdjęć w Playboy'u czy filmów erotycznych oraz, jak "szczęście"

RECENZJA KSIĄŻKOWA

dopisze, młodzieży kochającej się w parku. Chłopiec uczy się akceptacji swojej orien-tacji seksualnej i pochodzenia etnicznego. To także wysoce uduchowione artystycznie dziecko, które chce zwrócić na siebie uwagę rodziców, nauczycieli, czy kolegów z klasy. Nie zdaje sobie sprawy, że żyje w społeczności, która nie potrafi lub nie chce docenić jego unikalnych cech charakteru. Rodzice zmuszają go do zmiany zachowania. Pragną, by był taki, jak inni chłopcy w jego wieku. Jednak Kiran nie daje się uciszyć, nie daje sobie nic narzucić. Dalej jest sobą i uparcie podąża własną drogą. Rodzice Kirana bynajmniej mu w tym nie pomagają. Wprawdzie matka zapisała go na balet, jednak miała nadzieję, że to bę-dzie tylko przygotowanie do indyjskiego tańca khatak. Ojciec bardzo rzadko rozmawia z chłopcem, jeżeli już to robi, to po to, by chłopiec dostał od niego naganę lub ustosunkował się do jego poleceń. Satyal zgrabnie opisuje sceny, gdzie ojciec wylewa swoje rozczarowanie na syna, przekazuje emocje w taki sposób, że wręcz żal nam rodzica dziecka, który nie wie, jak do niego dotrzeć i obwinia się, że wcześniej nie poświęcił mu zbyt wiele uwagi. Pragnie go lepiej poznać, zro-zumieć, ale nie może pojąć jego zacho-wania oraz tego, że jego syn może być aż tak niemęski. Jesteśmy zmuszeni widzieć zachowanie Kirana tylko w kulturze, która dyktuje rygorystyczne normy męskiego wzorca naśladowania. Stąd też brak tole-rancji ze strony rodziców. W powieści Satyala możemy zobaczyć, jak chłopiec uczy się akceptacji swojej orientacji seksualnej, jak przestaje mieć znaczenie jego pochodzenie etniczne, a w końcu jak triumfuje: ,,Teraz mój wizerunek publiczny wzbogacił się o od-robinę nieśmiertelności, umiejętność prze-ciwstawiania się bólowi. Chichocząc w głębi serca, myśląc, że przynajmniej pod tym względem stałem się bogiem.’’ Triumf Kira-na może być triumfem dla wielu czy-telników, którzy przeżyli ból dojrzewania. „Błękitny chłopiec” to urzekająca i ory-ginalna opowieść, przepełniona inteli-gentnym humorem, traktująca o chłopcu, który pragnął być szczęśliwy. To książka o dziwnej, długiej podróży wgłąb siebie, która dopiero się rozpoczyna, tak wzniosła, tak śmieszna, że może jedynie prowadzić do prawdy… Mariola Lis BLASK W CIEMNOŚCIACH
Cormac McCarthy jest uważany za jednego z najważniejszych powieściopisarzy amerykańskich. Jego twórczość często porównywana jest do prozy Williama Faulknera i Hermana Melvilla, a on sam od lat wymieniany jest jako jeden z głównych kandydatów do literackiej Nagrody Nobla.
RECENZJA KSIĄŻKOWA

Akcję książki można streścić w dwóch zdaniach. Czytając „Drogę” towarzyszymy dwójce bohaterów: ojcu i synowi, którzy idą drogą donikąd, przez krainę „nigdzie”. Na końcu drogi nie ma niczego, w co warto wierzyć, a wszyscy i wszystko, co główni bohaterowie spotykają na swojej drodze dawno straciło sens . Prawdą jest, że motyw apokalipsy w sztuce eksploatowany był na miliony sposobów, a McCarthy pisząc swą ostatnią powieść wcale nie silił się na oryginalność. O niezwykłości „Drogi” nie świadczy bowiem główna tematyka, ale sposób, w jaki świat przedstawiony i losy bohaterów oddziałują na czytelnika. Książka amerykańskiego pisarza jest na-pisana niesamowicie oszczędnym i, mog-łoby się wydawać, ograniczonym językiem. Autor skąpi czytelnikowi przymiotników innych niż: „szary”, „ponury”, „mroczny”, „martwy” i „opustoszały”, które wypełniają każdą stronę i akapit. Jednak pomimo nagromadzenia tylu negatywnie nace-chowanych i przytłaczających słów, służących do opisania świata i miejsc akcji,

RECENZJA KSIĄŻKOWA

lekturę stale ogrzewa i rozświetla wątek uczucia łączącego ojca i syna. Wśród popiołu, zniszczenia i pustki głównym bohaterom udało się zachować blask, ciepło i miłość. Chociaż ojciec z synem zmuszeni są do egzystencji w postapo-kaliptycznej krainie, udaje im się nadl-udzkim wysiłkiem uratować swoje czło-wieczeństwo. Wszystko inne na świecie straciło sens: przyszłość, przeszłość, nazy-wanie rzeczy po imieniu oraz wspomnienia. Jakąkolwiek wartość i znaczenie mają tylko więź łącząca rodzica i dziecko oraz niezachwiana wiara w wyższość tego uczu-cia nad otaczającym je zewsząd piekłem. W czasie lektury warto zwrócić również uwagę na kompozycję tekstu. Dialogi nie rozpoczynają się od myślników, bra-kuje również klasycznego podziału na rozdziały. Krótkie urywane zdania oraz brak wyszukanych i rozbudowanych aka-pitów tworzą razem całość charakteryzu-jącą się minimum formy, która jest w stanie przekazać maksimum treści. Mimo jednowątkowej akcji oraz bardzo zawężonego grona bohaterów lektura „Drogi” niezwykle wpływa na wyobraźnię, a jednocześnie skłania do przemyśleń na temat stanu współczesnego świata oraz ludzkich słabości. Niezwykła siła przekazu oraz poruszające sceny z życia głównych bohaterów, a także mistrzowski, wręcz ascetyczny język sprawiają, że przeprawa przez „Drogę” to niesamowite doświad-czenie literackie. Taka książka to prawdzi- wy skarb, swoisty blask nadziei, wśród przegadanej i zazwyczaj niezbyt ambitnej literatury współczesnej, trafiającej do sze-rokiego grona czytelników. Mogę od razu powiedzieć, że czytając książkę nie poznamy przyczyn apokalipsy i nie dowiemy się, dlaczego ludzkość została skazana na istne „piekło na ziemi”. Tego możemy się jedynie domyślać z nielicznych wskazówek i jeszcze rzadszych retrospekcji. Jednak to, dlaczego tak się stało, nie ma większego znaczenia. Jedyne, co ma znaczenie, to ręce trzymające się kurczowo w ciemnościach, spojrzenia pełne ufności oraz nieprzerwana wiara w to, że „Jesteśmy dobrymi ludźmi (…) I zawsze tak będzie” Paulina Rzymanek "Mogę od razu powiedzieć, że czytając książkę nie poznamy przyczyn apokalipsy i nie dowiemy się, dlaczego ludzkość została skazana na istne „piekło na ziemi”. Tego możemy się jedynie domyślać." Podręczniki do historii pokazują tylko jej część. Przekazują fakty i daty, nie uwzględniając zwykle jednak bardzo ważnego aspektu: uczuć ludzi, których historia dotknęła bezpośrednio. By zrozumieć, jak żyło się pod dyktaturą socjalizmu, trzeba spojrzeć na wydarzenia z innej perspektywy – perspektywy ludzi, których młodość przypadła na te czasy. Pozwala na to wystawa „O miłości i gniewie. Młodość w czasach dyktatury”.
OPOWIEŚĆ O BUNTOWNIKACH
RECENZJA KSIĄŻKOWA

Marina Böttcher i Uwe Kulisch, autorzy ekspozycji, sami dobrze pamiętają piętno, jakie na ich młodości wywarł socjalizm. Stało się to inspiracją do stworzenia wędrownej wystawy, którą można było od-wiedzić w Nauczycielskim Kolegium Języ-ków Obcych w Częstochowie. Eksponaty opowiadają historię enedowskiej młodości Petera (nazywanego Barrym), Rolfa (nazywanego Gałganiarzem) i kręgu ich przyjaciół – ludzi, których codzienność była zdominowana przez socjalistyczną propagandę. Życie dwóch głównych boha-terów przedstawiono w pięciu etapach. Pierwszy to dzieciństwo: okres, w którym chłopcy bez krytycyzmu łykali propagandę, którą serwowali im dorośli, a od której nie

RECENZJA KSIĄŻKOWA

było ucieczki - nawet wolny czas orga-nizowały im ukierunkowane socjalistycznie ugrupowania młodzieżowe (na przykład Organizacja Pionierów). Drugi etap twórcy wystawy zatytułowali „Poszukiwanie sensu”. Bohaterowie powoli budzą się z odrętwiałego poddania ustrojowi i zaczynają myśleć samodzielnie. Odkrywają inny, wolny od propagandy i cenzury, świat. Poznają muzykę, różniącą się znacznie od partyjnych przyśpiewek i zdolną porwać tłumy. Zapoznają się z lite-raturą zakazaną w NRD, która nie narzuca gotowych schematów myślenia. Na drodze do realizacji ich marzeń staje jednak socjalizm. Wtedy właśnie Rolf i Peter popadają w pierwsze konflikty z władzami. Trzeci etap to próba dopasowania się do otaczającego świata. Młodzi ludzie po-dejmują próby dokończenia nauki i podjęcia pracy. Chcą dokonać karkołomnego za-biegu połączenia aktywnego uczestnictwa w życiu społecznym i pozostania przy swoich ideałach, odmiennych od tych narzuconych odgórnie. Szybko przekonują się, że nie są w stanie iść na kompromisy, by dostosować się do „socjalistycznych osobowości”. Czwarty etap („Być wolnym”) to opowieść o korzystaniu z życia. To czas impre-zowania do rana, spotykania się z przyja-ciółmi, manifestowania swoich poglądów poprzez ubiór i fryzury znacznie odbiega-jące od socjalistycznych norm, podróżowania autostopem i wędrowania. Rolf i Peter wszelkimi siłami walczą z władzami o skrawek wolności i nieza-leżności. „Być innym” to kolejny i ostatni etap. Przedstawia represje, jakie wobec boha-terów stosowały władze. Pomimo powta-rzających się zatrzymań, pobytów w więzieniu czy odmów wyjazdów, bohaterowie się nie poddają. To także opowieść o szoku, jaki przeżyli, kiedy jeden z kręgu ich przyjaciół okazał się zdrajcą, bez skrupułów dono-szącym na tych, którzy uważali go za godnego zaufania. Wystawa składa się z trzech elementów. Główną część stanowią tablice, na których umieszczono mnóstwo zdjęć. Wiele z nich to prywatne fotografie, przedstawiające rodziny i przyjaciół Rolfa i Petera. Inne pokazują dokumenty państwowe, notatki władz, zeznania, donosy. Kolejne to włas-noręczne dzieła enerdowskiej młodzieży, obrazujące falę buntu przeciwko władzom i propagandzie. Każda tablica wzbogacona jest długim tekstem, który opowiada his-torię Rolfa i Petera. Kolejną atrakcją jest pięć stanowisk, przy których odsłuchać można sporo ciekawych nagrań. Odwiedzający do wyboru mają wywiady z bezpośrednimi świadkami wy-darzeń, matkami bohaterów i ich przyjaciółmi, oraz sporą dawkę muzyki tamtych czasów. Do każdego stanowiska dołączono trzeci element wystawy: oszerne

RECENZJA KSIĄŻKOWA

broszury, uzupełniające informacje zawarte na tablicach. Ciekawym zabiegiem jest zastosowanie kontrastów. Obok własnoręcznie tworznych plakatów, kartek pocztowych, czy po-pularnych wtedy zeszytów, zawierających tłumaczenia tekstów zachodnich piosenek, znajdują się dokumenty Stasi, traktujące o podejrzanym zachowaniu przyjaciół. Tuż przy zdjęciach przedstawiających beztros-kie imprezy młodych, umieszczono odpo-wiednie paragrafy, wykazujące, że ich spotkania są skierowane przeciw ustrojowi i mogą stanowić zagrożenie. Można wsłu-chać się w zakazaną wtedy muzykę, która inspirowała, by za chwilę płynnie przejść do dźwięków hymnów partyjnych i pro-pagandowych piosenek. Dzięki temu widać wyraźnie, że w NRD rozwijały się rów-nolegle dwa światy. Zwiedzając wystawę nie sposób nie zau-ważyć kilku uchybień twórców. Para-doksem jest, że ekspozycja, choć niezwykle obszerna, traktuje niektóre istotne kwestie nieco powierzchownie, co powoduje u odwiedzających pewien niedosyt. Trzeba włożyć sporo wysiłku w to, by ziden-tyfikować się z bohaterami. Narzekać można też na jakość nagrań. Mimo kilku mankamentów wystawa godna jest jednak polecenia. Dokładne jej obej-rzenie uświadamia, że historia to nie tylko suche fakty. Każde wydarzenie dotyka pojedynczych ludzi i ma ogromny wpływ na ich życie. Ewelina Tkacz fot. Ludwig, Jürgen BY ZROZUMIEĆ MISTRZA

RECENZJA KSIĄŻKOWA

Magiczne opisy, trójwymiarowe pos-tacie, rosyjski humor, sarkazm i iro-nia. Tematyka do dzisiaj aktualna, ale nakreślona ostrym piórem i otulona magicznym klimatem. Opowiadania naprawdę niezwykłe. I łatwiejsze w odbiorze od powieści. Od czego za-cząć czytanie Vladimira Nabokova? Od tego. Pierwsza część zbioru „List, który nigdy nie dotarł do Rosji i inne opowiadania” zawiera 29 opowiadań powstałych w latach `20 ubiegłego wieku. Są w nim utwory już przedtem wydane w gazetach czy wcześ-niejszych tomikach, ale też takie opubliko-wane po raz pierwszy. Całość poukładana jest w sposób chronologiczny, co z jednej strony zakłóca nieco kolejność zasugerowaną przez autora, z drugiej jednak pozwala prześledzić rozwój Nabokova jako prozaika. Powieści Nabokova są zawsze wysuwane na pierwszy plan, przez co cierpią jego opowiadania. Szkoda, że tak się dzieje, bo nie ma lepszego początku na „podróż z Nabokovem” niż te właśnie króciutkie opowieści. Wszystko jest w nich odrobinę łatwiejsze. Zagadki i postaci nie są aż tak skomplikowane, rzeczywistość jest bardziej przejrzysta. Zbiór ten można potraktować jako łagodne i przystępne wprowadzenie do dojrzałej twórczości Nabokova. W ciekawy sposób przedstawia czy-telnikowi najważniejsze motywy, tematy i techniki autora. Ci, którzy znają jego powieści, na pewno z przyjemnością przeczytają ten zbiór,

RECENZJA KSIĄŻKOWA

delektując się możliwością śledzenia rozwijających się motywów, przeobraża-jących się postaci. Ostrzącego się pióra. Zmieniających się wartości. Rodzących się pomysłów. Ci, natomiast, którzy dopiero swoją „przygodę z Nabokovem” zamierzają zacząć nie mają się już co wahać przy wyborze. Opowiadania te zachwycą każdego. Już w tych krótkich historiach widać niesa-mowity kunszt rosyjskiego pisarza. Każda z nich to swoista perełka, w której pisarz dał upust swoim uczuciom. Zarówno pesymistycznym, jak i tym optymistycznym – bo pozytywnych emocji w nich wbrew pozorom nie brakuje. A wszystko to wypełnione jest dodatkowo niesamowitymi opisami, które sprawiają, że przenosimy się do tych miejsc w niemal czarodziejski sposób. Przystępność tych opowiadań odznacza się także tym, że traktują one o sprawach codziennych, o problemach, które są aktualne do dzisiaj. Tęsknota za rodzinnym domem, zdrada małżeńska, samobójstwo, konflikt z ojcem – tematy, o których zdawałoby się, że napisano już wszystko. A jednak sposób, w jaki zrobił to Nabokov, sprawia, że nie można na te opowieści spojrzeć inaczej, jak na małe arcydzieła. W „Liście, który…” każdy znajdzie swoje ulubione opowiadanie. Jest tam tak szeroki wachlarz motywów, że ma się wrażenie, jakby cały zbiór był opowieścią o innym świecie. I jest to świat Nabokova. Jego twórczości, bohaterów, rozwijających się i kształtujących motywów. Świat tak fascynujący, że ma się ochotę wrócić do niego po raz kolejny. I kolejny. Majstersztykami są według mnie opowia-dania „La Veneziana” – niesamowita opowieść o miłości do malarstwa - oraz „Tutaj mówi się po rosyjsku” – całkiem zabawna historia rosyjskich emigrantów, którzy w łazience swojego berlińskiego mieszkania przetrzymują sowieckiego agenta. Myślę, że równie wiele uwagi należy poświęcić opowiadaniu „Bachmann” – historii szalonego muzyka–alkoholika, w którego postaci można się dopatrzeć podobieństwa do tytułowego bohatera sławnej „Obrony Łużyna”, oraz opowia-daniu tytułowemu, które wydaje się być zalążkiem pierwszej powieści Nabokova – „Maszeńki”. „List, który…” jest oryginalny. I ekscy-tujący. O wielu utworach można tak po-wiedzieć i pewnie będzie to prawda, jednak ten zbiór to coś więcej. Urzeka stylem. Ironiczne podejście Nabokova do życia, sarkastyczne wstawki i rosyjski humor wypełniają każdą stronę. Opisy Rosji i na-tury zdają się równie rzeczywiste, co foto-grafie - bo właśnie to między innymi robił Nabokov – utrwalał miejsca i wspomnienia. Zupełnie jak fotograf, pragnął uchwycić to, co najpiękniejsze, by zatrzymać to w cza-sie. By nie przeminęło. I udało mu się. Tę książkę się pochłania i pamięta przez długi czas. Co więcej, odczuwa się po niej pewien niedosyt. Justyna Książek



















czyli kto, z kim, w czym na dużym ekranie

CINEMANIAK CINEMAniak Festiwal Muzyki Fimowej jest zaliczany do najlepszych imprez tej kategorii w Europie. Nic dziwnego - po raz czwarty będziemy mieli okazję uczestniczyć w niesamowitym widowisku na żywo.

DZIEJE SIĘ Trzeba to wreszcie głośno powiedzieć: maj należy do Krakowa! Nie od dziś wiadomo, że to miasto kulturą stoi. Festiwal Muzyki Fimowej jest zaliczany do najlepszych imprez tej kategorii w Europie. Nic dziw-nego - po raz czwarty będziemy mieli . . okazję uczestniczyć w niesamowitym wi-dowisku na żywo, które skupia najwy-bitniejszych artystów z całego świata. W tym roku organizatorzy postanowili w całości przenieść festiwal do hali ocynowni ArcelorMittal Poland - to miejsce ma klimat! W pierwszy dzień FMF gościć będzie japońskiego dyrygenta Joe'go Hisaishi, który da popis muzyki z takich animacji, jak "Ruchomy Zamek Hauru", czy "Spirited Away". Kolejnego dnia usłyszymy ścieżkę dźwiękową do gier komputerowych "Final Fantasy" oraz "Wiedźmin 2" - jest to absolutna nowość na tym festiwalu! Gościem specjalnym koncertu będzie kom-pozytor Masashi Hamauzu. Jednak to, na co wszyscy z niecierpliwością czekają, to z pewnością projekcja "Piratów z Karaibów. Klątwa Czarnej Perły" z muzyką na żywo. Przez ostatnie trzy lata mieliśmy przy-jemność oglądać (a przede wszystkim słu-chać) trylogię "Władcy Pierścieni" - i tym razem organizatorzy nie zawiedli. Muzyka z filmu o piratach skomponowana przez Klausa Badelta oraz Hansa Zimmera jest wprost genialna! Na zakończenie festiwalu usłyszymy polski akcent, a dokładnie suity z serialu "Czas Honoru". Finałowa gala odbędzie się przy udziale kompozytora Bar-tosza Chajdeckiego oraz aktorów serialu.

CINEMANIAK Jest to impreza z długą tradycją, jeden z najstarszych w Europie festiwali w całości poświęcony sztuce dokumentu, animacjom i filmom krótkometrażowym.

Jeśli jednak powyższy opis was nie przeko-nał, wejdźcie na stronę www.fmf.fm i zobaczcie filmik promujący festiwal. I już nikt nie będzie miał wątpliwości, gdzie spędzić majowe dni. Skoro już przyjechaliście do Krakowa - nie wracajcie! Dzień po zakończeniu FMF, czyli 23 maja, rozpoczyna się 51. Krakowski Festiwal Filmowy! Jest to impreza z długą tradycją, jeden z najstarszych w Europie festiwali w całości poświęcony sztuce dokumentu, animacjom i filmom krótko-metrażowym. Co roku wydarzenie to przyciąga wspaniałych gości oraz masę kinomaniaków. A także chętnych do zapre-zentowania swych filmów w konkursie - w tym roku zakwalifikowanych zostało aż 87 tytułów, które powalczą o zwycięstwo w kategoriach: Międzynarodowy Konkurs Filmów Dokumentalnych, Międzynarodowy Konkurs Filmów Krótkometrażowych oraz Konkurs Polski. Oprócz tego, tegoroczny festiwal za-prezentuje przegląd kina holenderskiego. Ponownie, jednak w nowej odsłonie, pod Wawelem odbędą się pokazy filmowe 'Dźwięki muzyki", czyli prezentacja porywających do tańca dokumentów. Nie zapomnijmy rów-nież o Nocy Wideoklipów - pokazie naj-ciekawszych teledysków. Co jednak czyni ten festiwal wy-jątkowym? Imprezy towarzyszące, czyli liczne koncerty, wernisaże, konferencje, a także targi filmowe.

CINEMANIAK

KRĘCI SIĘ Reżyser Phyllida Lloyd, autorka musicalu "Mamma Mia", kontynuuje współpracę z Meryl Streep. Ich wspólny projekt "The Iron Lady", opowiada o życiu Margaret Thatcher. A dokładnie - o trudnościach, z jakimi się mierzyła, by dotrzeć na szczyt mimo swojej płci i statusu, a także o cenie, jaką przyszło jej zapłacić za zdobytą władzę. Ten film to złożony portret niezwykłej kobiety, który ukazuje, kim naprawdę była Żelazna Dama. Na planie aktorce towarzyszyć będą m.in. Jim Broadbent (jako mąż Denis Thatcher) i Anthony Head (Goeffrey Howe). Premiera w grudniu. Po sukcesie "Autora Widmo" Roman Polański nie zamierza spoczywać na lau-rach. Wybitny reżyser ponownie przy-ciągnął oskarowe nazwiska - Kate Winslet, Jodie Foster, Christopha Waltza oraz Johna C. Reilly i już szykuje swój najnowszy film - "Carnage". Scenariusz jest adaptacją sztuki "God of Carnage" Yasminy Rezy i opowiada o dwóch małżeństwach, które spotykają się, by przedyskutować problem bójki między ich synami. Z pozoru niegroźna konwersacja przemienia się we wzajemne oskarżenia a także schodzi na tematy tabu. Zdjęcia zostały nakręcone w Paryżu i tam też odbędzie się premiera filmu, prawdo-podobnie jesienią tego roku. Niedawno ruszyły zdjęcia do "The Avengers" - wspólnego projektu Marvel Studios i Disney'a.

CINEMANIAK

To ekranizacja komiksu, opowiadająca o dobrze nam znanych superbohaterach, którzy jednoczą siły by przeciwstawić się wspólnemu wrogowi - bogowi Loki (Tom Hiddleston). W skład drużyny wchodzą m.in. Thor (Chris Hemsworth), Kapitan Ameryka (Chris Evans), Iron Man (Robert Downey Jr.) i Hulk (Mark Ruffalo). W obsadzie zobaczymy również Scarlett Johansson, Samuela L. Jacksona, Natalie Portman oraz Stellana Skarsgaarda. Obsada imponuje, a scenariusz napisał komiksowy weteran Zak Penn - mamy hit lata 2012! ZOBACZ TO Peter Jackson daje nam niepowtarzalną okazję do zajrzenia na plan "Hobbita" jeszcze przed jego premierą. Takie bonusy charakterystyczne są dla wydań DVD, ale nie tym razem. Specjalnie dla fanów ekranizacji dzieł Tolkiena twórcy filmu przygotowali reportaż z planu, a dokładnie z prac przygotowawczych oraz z pierw-szego dnia zdjęciowego. Na tym 10-minutowym filmiku będziecie mogli zo-baczyć, jak ogromnym przedsięwzięciem jest nakręcenie kostiumowego filmu - do uszycia wszystkich strojów, przygotowania scenerii i akcesoriów potrzeba setki ludzi. Każdy detal się liczy, ponieważ twórcy wiedzą, jak skrupulatni potrafią być fani "Władcy Pierścieni" - wszystkie dotychczas znane nam miejsca muszą być dokładnie odtworzone. Ten dokument to prawdziwa gratka dla fanów! Projekt "Dzień z życia" to Ziemia w pigułce. O co chodzi? Od lipca 2010 roku ludzie z najdalszych zakątków świata w ramach tego projektu wysyłali do serwisu YouTube kręcone przez siebie filmy o jednym dniu z ich życia. Z 80 000 nadesłanych filmów oskarowy reżyser Kevin Macdonald stwo-rzył 90-minutowy dokument. To praw-dziwa, wzruszająca historia ukazująca co-dzienne życie mieszkańców Ziemi. Autorzy filmów opowiadają w nich o swoich prze-życiach, miłości, nadziejach, strachu. Do-kument "Life in a day" można obejrzeć w Internecie. Jeśli nie mieliście okazji zobaczyć filmu "Soul Kitchen" w kinie, to serdecznie polecam zrobić to teraz - już 19 maja wychodzi na DVD i Bluray. Faith Akin, autor min. hitu "Zakochany Nowy Jork" i "Na krawędzi nieba", ponownie zachwyca. Reżyser tureckiego pochodzenia tym razem serwuje nam pomieszanie filmów gang-sterskich z... animacją "Ratatuj". Zinos, właściciel podupadającej restauracji komp-letnie traci nią zainteresowanie na skutek rozstania z dziewczyną. Personel nie chce jednak tracić pracy - kontrolę nad knajpką przejmuje ekscentryczny szef kuchni oraz DJ, który jest bratem Zinosa na przepustce z więzienia. Od tej pory restauracja będzie żyć własnym życiem, nie obędzie się jed-nak bez kłopotów, czyli sanepidu oraz... mafii. Muzyka w rytmach soulu i funku, wyśmienite jedzenie, dobry humor - ten film rozbudza apetyt na życie! Kalina Mróz KROK PO KROKU

RECENZJA FILMOWA

„Niepokonani” to amerykański film opowiadający historię Europejczyków przemierzających Azję. Być może właśnie ze względu na tę tematykę, nie znaj-dzie się w nim standardowego holly-woodzkiego rozmachu i epickości. Pytanie tylko, czy działa to na korzyść obrazu? Oryginalny tytuł filmu brzmi „The Way Back”, co znacznie lepiej oddaje to, o czym będzie w nim mowa. Całość dotyczy bowiem niewyobrażalnie długiej drogi pow-rotnej z syberyjskiego gułagu aż do domu – do Polski. Twórcy postawili sobie cel pokazanie nie tyle samych trudów węd-rówki, ile jej monotonii, a także niesa-mowitej determinacji, bez której idący nigdy nie dotarliby do celu. To nie jest film o przygodach na szlaku, ani pean na cześć niezmordowanych, bohaterskich śmiałków. To opowieść o ludziach, którzy nie mieli do stracenia nic poza życiem i o tę ostatnią wartość postanowili walczyć, walczyć upar-cie, bez fanfar, bez glorii, w znoju i bru-dzie. Główny bohater, Janusz, zostaje zesłany na Syberię za szpiegostwo. W obozie, doś-wiadczając ciężkich warunków, mrozu i głodu, poznaje kilku współwięźniów – pochodzących z Polski, Łotwy, Jugosławii i Ameryki – z którymi planuje ucieczkę. Pokonanie ogrodzenia obozu jest niczym, w porównaniu z czekającą ich karkołomną przeprawą przez śniegi Syberii, pustynie Mongolii czy strome góry Tybetu. Będą też musieli zmierzyć się z własną słabością i sprawdzić, czy w kryzysowej sytuacji można przeżyć, jednocześnie zachowując człowieczeństwo.

RECENZJA FILMOWA

Dużą zaletą obrazu jest jego strona wi-zualna. Kostiumy i charakteryzacja dopra-cowane są perfekcyjnie; nie ma tu miejsca na upiększenia i eufemizmy. Każdy kolejny etap podróży pozostawia na twarzach, ciałach i ekwipunku bohaterów trwały ślad, wyglądający niepokojąco prawdziwie. Wra-żenie robią także krajobrazy pojawiające się w „Niepokonanych”, prezentujące ma-jestatyczne, groźne, przytłaczające piękno przyrody. Kolejnym plusem jest aktorski wkład Colina Farella oraz Eda Harrisa. To właśnie ich postaci są najbardziej wyraziste i charak-terystyczne. Farell, grając rosyjskiego zabi-jakę, Walkę, znakomicie oddaje brutalność i bezwzględność postaci, która bardzo głę-boko chowa resztki jakichkolwiek senty-mentów. Natomiast Harris, jako tajemniczy Mister Smith, najbardziej doświadczony z wędrowców, jest cichy, lecz bardzo prze-nikliwy, zamknięty w sobie, ale władczy i zdecydowany, a przy tym nieco oschły, pełen jednak pilnie skrywanych emocji. Głównym problemem „Niepokonanych” jest fakt, że długa, nużąca podróż zaczyna w końcu nużyć także widza. Wydaje się, że Peter Weir wpadł w pułapkę, musząc wy-bierać pomiędzy zachowaniem autentyzmu a stworzeniem widowiska, które naprawdę przykułoby uwagę oglądającego do ekranu. Chcąc uniknąć przerysowania, patosu, sztuczności czy zwyczajnego ubarwienia prawdziwej skądinąd historii, skazał widza na trwanie w monotonnym rytmie „krok za krokiem”, od jednego charakterystycznego punktu krajobrazu do drugiego, od jednego pokonanego niebezpieczeństwa w stronę

RECENZJA FILMOWA Głównym problemem „Niepokonanych” jest fakt, że długa, nużąca podróż zaczyna w końcu nużyć także widza.

kolejnych, rysujących się na horyzoncie. Miejscami ma się ochotę uciec, przys-pieszyć bieg wydarzeń, porzucić wędru-jących. Paradoksalnie, w dłużących się momentach dziękowałam Weirowi, że nie nakręcił kolejnej epopei o supermenach, którzy wy-łaniają się zwycięsko spośród kłębów kurzu. Może i nie jest to największe dzieło tego reżysera: nie ma tu miejsca na tak in-teresujące zwykle w jego filmach dialogi, bo albo nie ma o czym mówić, albo na rozmowę brakuje sił. Nie ma miejsca na subtelne wplecenie dramatu w świat filmowych bohaterów, z której to sub-telności Weir słynie, bo ich dramat trwa tym razem od samego początku aż do końca. Nie ma charakterystycznego lekkiego humoru, bo nie znajdzie się tu powodów do śmiechu. Może fani „tra-dycyjnego” Weira poczują się zawiedzeni. Ale przynajmniej zwolennicy rzetelności i realizmu w kinie nie mogą nic reżyserowi zarzucić. No dobrze, powie ktoś, ale czy wobec tego film polecam? Odpowiedź brzmi: tak. Polecam go osobom gotowym poświęcić mu więcej czasu niż tylko dwie godziny spędzone w kinowej sali. Bo to jeden z tych obrazów, które uczymy się lubić i rozumieć dopiero później, rozmyślając i analizując, co twórca chciał nam powie-dzieć. Krok po kroku. Elżbieta Janota KTO TY JESTEŚ, CZŁOWIEKU?
Wyobraź sobie taką sytuację: jesteś naukowcem, prowadzisz badania, masz młodą, piękną żonę i ustabilizowane życie. W związku z twoimi badaniami zostajesz zaproszony na międzynarodowy szczyt naukowy. Proste? Banalne? Bynajmniej.
RECENZJA FILMOWA

Doktor Martin Harris prowadzi na pozór idealne życie - żona, kariera, podróże, zawód, który kocha. Kiedy razem przylatują na lotnisko i kierują się do hotelu, przez przypadek zapomina o swojej walizce i musi szybko wrócić na lotnisko. Jednak taksówka, którą jedzie, ma wypadek i samochód wpada do rzeki. Dzięki niez-wykłej odwadze szoferki udaje się go cudem uratować, jednak Harris odzyskuje przytomność dopiero po czterech dniach. Okazuje się, że ma poważne zaniki pamięci, nie pamięta wypadku, nie ma żadnych wiadomości od żony. Przerażony tym, że zostawił ją samą w obcym mieście, wypisuje się ze szpitala na własne życzenie i stara się ją odnaleźć. Kiedy mu się w końcu udaje, Elizabeth go nie rozpoz-naje, a przy jej boku pojawia się… inny Martin Harris. Jaume Collet - Serra stworzył film – zagadkę, gdzie od jednej tajemnicy natychmiast przenosimy się do następnej, po czym,



kiedy już wydaje nam się, że udało się rozwikłać zagadkę, na końcu okazuje się, że… wszystko wyglądało skrajnie inaczej. Nie ma w filmie pełnych napięcia pościgów, szamotaninę i popisy walki ograniczono do niezbędnych elementów, a widz, mimo to, ciągle zastanawia się, co będzie dalej, czy Martin Harris w końcu odnajdzie swoje prawdziwe „ja” i czy pozna swoją przesz-łość? Nie powstałby tak wspaniały efekt, gdyby nie gra głównych aktorów, na czele z Lia-mem Neesonem, który wykazał się praw-dziwą wirtuozerią aktorską. Od zagubio-nego i przerażonego profesora, przez zdeterminowanego mężczyznę, który naj-pierw chce naprawić błędy, a potem zacząć wszystko od nowa. Neeson pokazuje całą paletę uczuć, doskonale oddając zmiany nastrojów i stanów emocjonalnych głów-nego bohatera. Dla innych aktorów scenariusz nie był tak łaskawy i nie dał im zbyt wielkiego pola do popisu, film spokojnie można nazwać więc widowiskiem jednego aktora. Diane Kruger dobrze radziła sobie jako Helena trojańska, czy nawet poszukiwaczka Skarbu Narodów, natomiast kiedy przyszło jej szukać tożsamości Harrisa, wyglądała na jeszcze bardziej zagubioną niż tytułowy bohater. Ciekawa jest natomiast kreacja drugiego Harrisa, którą stworzył Aidan Quinn. Zarówno on, jak i jego bohater nie mieli łatwego zadania stojąc w cieniu Neesona, niemniej jednak, drugi Harris to genialny przykład człowieka, który chce piąć się na szczyt za wszelką cenę, ale ciągle jest ktoś, kto jest od niego lepszy. Bohater Qiunna to człowiek bezwzględny, cyniczny, który nie zawaha się przed niczym, by osiągnąć zamierzony cel. Równie złożona jest kre-acja Elizabeth Harris, graną przez January Jones, którą na początku poznajemy jako delikatną kobietę zakochaną w swoim mężu, potem przez moment trudno cokolwiek na jej temat powiedzieć, by na końcu poznać całą prawdę o motywach jej postępowania. Gdzie jest granica, między tym, co oczywiste i proste, a tym, o czym wolimy zapomnieć i wyprzeć z pamięci? Jak często posługujemy się tylko naszymi wyobraże-niami rzeczywistości i gdzie jest granica między złudą a prawdą? Na te pytania stara się odpowiedzieć „Tożsamość”. Nie jest to prosty film, to opowieść dla wymagających i wymagająca od widza. Ale warto zadać sobie te kilka pytań, najpierw o to, kim jest Richard Harris, a potem… kim jestem? Monika Toppich PIERWSZA PIĄTKA: And listen to the music of the night
„O muzyce mówi się dużo, ale niewiele udaje się powiedzieć” – stwierdził pewnego razu Felix Mendelssohn. Gdy postanowiłam przedstawić pięć wspa-niałych musicali, ta właśnie onieśmielająca opinia przyszła mi do głowy. Jednak podjęłam wyzwanie i tym razem spróbuję opisać nie tylko obrazy, ale i tę nieopisywalną muzykę.
PIERWSZA PIĄTKA

1. „Upiór w operze” Gaston Leroux – pisarz, który stworzył mroczną historię, fascynującą czytelników już od przeszło stu lat. Andrew Lloyd Webber – genialny kompozytor, którego muzyka wywołuje gęsią skórkę. I Joel Schumacher – reżyser „Upiora w operze”, który, łącząc historię z muzyką, stworzył piękny i poruszający film. Paryż, rok 1870. Opera Narodowa znajduje się u szczytu swego rozkwitu, (tak przy-najmniej można sądzić po bogato zdobio-nych wnętrzach, dystyngowanych gościach i pełnej życia krzątaninie za kulisami) kiedy trwają przygotowania do nowego spek-taklu. Dwaj świeżo upieczeni dyrektorzy teatru, André i Firmin, również są pełni entuzjazmu i optymistycznie patrzą w przyszłość. Jednakże ustępujący dyrektor wie, że czeka ich wiele problemów, z których najmniejszym będzie zachęcenie większej liczby widzów, by zjawiali się na przedsta-wieniach. Oprócz tego jest jeszcze bowiem rozhisteryzowana, narcystyczna diwa, nad którą trzeba zapanować i… Upiór. Duch Opery, któremu należy wypłacać miesięcz-ną pensję i zawsze rezerwować miejsce w loży numer pięć. Lecz André i Firmin, dżentelmeni młodzi, rozsądni, oświeceni i przedsiębiorczy, nie mają zamiaru wierzyć bzdurnym legendom i ulegać przesądom, zwłaszcza, jeśli ma ich to co miesiąc kosztować pięć tysięcy franków. Czy Upiór istnieje? Kim jest? I jak postanowi się zemścić? Co przede wszystkim liczy się w tym obrazie to scenografia i kostiumy, aktorzy oraz muzyka. Akcja (choć opowiedziana historia wciąga i intryguje) hamowana jest piosenkami. Wtedy właśnie mamy czas, by nacieszyć oczy gamą kolorów i cieni, sta-

PIERWSZA PIĄTKA

rannie dopracowanych szczegółów strojów i otoczenia. Krwistoczerwony plusz foteli, blask kryształowego żyrandolu, splendor złotych rzeźb, sukien i biżuterii. Albo też mgła, drżące płomyki świec, kamienne anioły stojące na straży opustoszałego cmentarza. Kamera, pokazując detale i ślizgając się zgrabnie po całości, pozwala nam znaleźć się tam, gdzie są bohaterowie. A dalej prowadzą nas ich głosy. Odtwórcy pierwszo- i drugoplanowych ról zostali świetnie dobrani, nie tylko ze względu na aparycję i zdolności aktorskie, ale przede wszystkim ze względu na predyspozycje wokalne. Wszyscy śpiewają czysto i melo-dyjnie, jednak każdy głos odwzorowuje także charakter odgrywanej postaci, jej emocje i uczucia. Na przykład: silny, głęboki, szorstki i wabiący – Upiór i głos Gerarda Butlera. Delikatny, czysty i drżący z emocji – głos Emmy Rossum i jedno-cześnie portret jej bohaterki, Christine Daae. Gładki, czuły i ciepły – Raoul de Chagny i głos Patricka Wilsona. Długo można by jeszcze mnożyć przykłady, ale wystarczy samemu posłuchać ścieżki dźwiękowej, by je odnaleźć. A co do samej muzyki? Operowe brzmienia łączą się w niej z bardziej codziennymi melodiami. Grzmią organy. Dźwięki orkiestry w pełnej harmonii wzbijają się pod sufity wi-docznych na ekranie sal. Piosenki unoszą się i opadają w niezwykle szerokiej skali dźwiękowej, rozwijają się, zaskakują, żyją. Głosy drżą albo trwają twarde jak żelazo. Przechodzą dreszcze. 2. „Skrzypek na dachu” „Skrzypek na dachu. Brzmi dziwnie, co? Można jednak powiedzieć, że w naszej małej wiosce, Anatewce, każdy z nas jest skrzypkiem na dachu. Wydobycie ładnej i prostej melodii, bez skręcenia sobie przy tym karku, nie jest rzeczą prostą.” – tymi

PIERWSZA PIĄTKA

słowami główny bohater filmu rozpoczyna narrację, wciągając nas w swoją historię. W położonej na terenie carskiej Rosji Anatewce od pokoleń żyje społeczność żydowska, w której każdy zna swoje miejs-ce, prawa i obowiązki. Rabin ma nauczać i błogosławić, swatka – kojarzyć małżeńs-twa, synowie – pomagać ojcom, a córki – słuchać ich i wyjść za mąż za wskazanego przez nich kandydata. Mleczarz Tewje ma aż pięć córek, z których trzy powoli dorastają do zamążpójścia. Każda z dziew-cząt ma inny charakter, inne spojrzenie na świat, marzenia i aspiracje, plany i pojęcie o miłości, powinności i posłuszeństwie. Cicha, skromna Tzeitel, radosna i lojalna Hodel oraz uparta, ambitna Chava – wszystkie odnajdą gorące uczucie i męż-czyznę, który zawładnie nimi całkowicie; wszystkie też, każda na swój sposób, spędzą zapracowanemu ojcu sen z powiek i przysporzą niemałych problemów i dyle-matów. Tymczasem wielki świat, jak zwykle, za nic ma romanse i porywy serca. Na scenie politycznej wrze. Komuniści głoszą potrze-bę przeprowadzenia rewolucji, coraz powszechniejsze stają się zsyłki na Sybir, a sytuacja Żydów w Rosji z dnia na dzień staje się gorsza. I nawet znajdującej się zawsze na uboczu Anatewki nie ominą zmiany… „Skrzypek na dachu” to opowieść o tradyc-ji, rodzinie, miłości, trudach i radościach dnia codziennego, ale też małych i dużych tragediach, które na nas spadają. Scena-rzyści nie dzielili przy tym ludzkich spraw na „ważne” i „nieważne”; każdemu wydarzeniu poświęcono równie dużo uwagi. Narrator, Tewje, prowadzi nas przez film, prezentując typowo żydowski sposób mó-wienia i rozumowania, a także głębokie przywiązanie do swojej kultury, religii i tradycji. Odbywając codzienną wędrówkę z mleczarskim wózkiem, często rozmawia z Bogiem i sobą samym, racząc widza improwizowanymi popisami prywatnej, dalekiej od nadęcia, lecz miejscami na-prawdę pokrętnej, filozofii. Czasami wprawia w wesołość, a czasem w zdu-mienie swoim sprytem przy rozwiązywaniu problemów, a inteligentne, bywa, że ironiczne, komentarze wygłaszane na boku bawią i napełniają empatią. Sławny z tej roli na cały świat Topol tchnął w postać wiele ciepła, energii i humoru. Pod wzglę-dem wokalnym, cała obsada sprawdziła się świetnie. Poza najbardziej znaną piosenką pod tytułem „Gdybym był bogaty”, film zawiera wiele innych, często piękniejszych lub ciekawszych. Duży udział mają w tym oczywiście wykonawcy: Norma Crane (Golde, żona Tewjego) o głębokim głosie, Rosalind Harris, Michele Marsh i Neva Small (córki głównego bohatera), których głosy są dźwięczniejsze, kryjące w sobie wszystkie nadzieje młodości, a także sam Topol, śpiewający z urzekającymi mocą i spokojem. W kreacji muzyki główną – niemalże tytułową – rolę grają skrzypce. Motywy, doskonale wystylizowane na żydowskie, często wpadają w melancholijny nastrój, falują delikatnie, odnajdują i podkreślają głębokie brzmienia. Każda nuta składa się na piękną i wyjątkową ścieżkę dźwiękową.

PIERWSZA PIĄTKA

3. „Chicago” Chicago, lata ‘20. Wietrzne Miasto żyje każdym popełnionym w jego murach przestępstwem, z godnym szaleńca dresz-czykiem emocji śledząc losy oskarżonych i zapewniając im traktowanie zarezerwo-wane zwykle dla gwiazd kina i estrady. W rytmie „całego tego jazzu”. Roxie Hart marzy o karierze śpiewaczki w którymś z modnych klubów skupiających każdego wieczora poszukujących rozrywki mieszkańców miasta. Fred Casely obiecuje, że załatwi jej kontrakt, jednocześnie wciągając ją w płomienny romans. Kiedy jednak okazuje się, iż poza paroma namiętnymi chwilami, Roxie nie ma na co z jego strony liczyć, wpada w szał, chwyta rewolwer i już po chwili Fred pada martwy w jej mieszkaniu. Dowody są miażdżące i zagubiona Roxie wkrótce ląduje w więzieniu, w sławnym „bloku morder-czyń”, którym opiekuje się przekupna, choć w gruncie rzeczy całkiem miła Mama Morton. Spotyka tam kobiety oskarżone o podobne zbrodnie, w tym powszechnie znaną Velmę Kelly, gwiazdę kabaretu, która zabiła swoją siostrę i narzeczonego. Roxie, mimo sytuacji, w której się znalazła, wciąż pamięta o swoich marzeniach i pragnie rozpaczliwie zaprzyjaźnić się z artystką. Tymczasem gazety robią swoje, zapewniając Roxie wciąż rosnącą popular-ność. Tę sprytnie wykorzystuje Billy Flynn, cieszący się wielkim uznaniem prawnik, którego cudem pozyskuje dla Roxie jej oddany mąż. Rozgrywka, w której udział wezmą prokurator okręgowy, oskarżona, adwokat, prasa i społeczeństwo, dopiero się rozpoczyna. I wszystkie chwyty są

PIERWSZA PIĄTKA

dozwolone. Gwiazdorska obsada, oryginalny sce-nariusz, olśniewające kostiumy i wpadająca w ucho muzyka zapewniły filmowi sześć Oscarów i jeszcze siedem nominacji. Renée Zellweger wcieliła się w Roxie, oddając tak prawdziwą, że aż irytującą naiwność i egocentryzm bohaterki. Rolę energicznej, dumnej i wyniosłej Velmy zagrała Catherine ZetaJones, natomiast niezwykle efektywnym, lecz skrajnie interesownym prawnikiem został Richard Gere. Na wzmiankę zasługuje też John C. Reilly, filmowy mąż Roxie, Amos, postać najpoczciwsza, budząca największą sym-patię oraz współczucie. I nawet, jeśli śpiew nie jest życiowym powołaniem tych aktorów, wszystkie utwory wykonane są czysto i melodyjnie, a muzyce towarzyszą ciekawe, znaczące teksty oraz pomysłowa, widowiskowa choreografia. Kabaret i modne w tamtych czasach style mu-zyczne są motywem przewodnim „Chi-cago”, to z nich czerpali inspiracje zarówno kompozytorzy, wykonawcy oraz choreo-grafowie, jak i kamerzyści czy scenogra-fowie. Nic więc dziwnego, że wizualna strona wszystkich piosenek osnuta jest na motywach związanych z estradą, kon-feransjerem w białym fraku, oślepiającym blaskiem reflektorów, szaleństwem barw, piór, kabaretek i cekinów. Fonia natomiast jest raczej szaleństwem trąbek i sakso-fonów, budujących napięcie werbli i kla-wiszy pianina migających błyskawicznie pod palcami przygrywającego. A opowiedziana w „Chicago” historia wcią-ga i intryguje, sprawiając, że niecierpliwie czekamy na zakończenie, jednocześnie demaskując mechanizmy działania me-diów, sposób myślenia mas i możliwość manipulacji faktami. W rytmie „całego tego jazzu”. 4. „Jesus Christ Superstar” Kontrowersyjny czy głoszący tradycyjne wartości? Musical opowiadający o ostatnich dniach Jezusa na ziemi doczekał się różnorodnych odbiorów i interpretacji, trudno jednak zaprzeczyć jego orygi-nalności i muzycznemu dopracowaniu. Akcja filmu, choć dotyczy wydarzeń rozgrywających się przed dwoma tysiącami lat, rozpoczyna się od ukazania postaci o względnie współczesnym wyglądzie. Są to aktorzy, a wszystkie następne sceny będą inscenizacją, w której wezmą udział – w ten sposób reżyser, Norman Jewison, ustanowił namacalne powiązanie pomiędzy odległą przeszłością a teraźniejszością. Wobec tego nie powinna też dziwić swego rodzaju oszczędność i niekonwencjonalność kostiumów, charakteryzacji oraz sceno-grafii. Większość scen rozgrywa się bowiem na tle skalistej pustyni, w skrom-nych namiastkach dekoracji i wewnątrz budowli sprawiających wrażenie niedokoń-czonych. Stroje i rekwizyty używane przez aktorów mają w sobie coś z przerysowanej teatralności i celowo nie przypominają autentycznych. Wszystko tutaj jest tylko przedstawieniem, niepełną wizją, niedos-konałym wyobrażeniem tego, jak sprawy w rzeczywistości mogły wyglądać… Przed naszymi oczami rozgrywają się sceny z Ewangelii, uzupełnione o motywacje, uczucia i reakcje, o których ta milczy. Ich

PIERWSZA PIĄTKA

bohaterom został zaś nadany wyrazisty charakter, dzięki czemu w ten, czy inny sposób stają się nam bliżsi – bo pełniejsi i, zwyczajnie, bardziej ludzcy. Dotyczy to również postaci Jezusa: zwłaszcza w przejmującym utworze zatytułowanym „Gethsemane”, przedstawiającym modlitwę w Ogrójcu, odtwórca tytułowej roli, Tod Neeley, w niepowtarzalny sposób odwzo-rowuje bardzo człowieczy lęk, rozpacz, gorycz i zwątpienie. Jednak, mimo tytułu i faktu, że to Chrystus jest centralną posta-cią opowieści, wokół której koncentrują się pozostałe, za głównego bohatera obrazu można uznać Judasza. Wiele miejsca poświęcono jego osobie, sposobowi rozu-mowania, przyczynom, dla których podej-mował decyzje, temu, co myślał i jak się czuł, odgrywając prawdziwie tragiczną rolę w całej historii. Carl Anderson, który wcielił się w Judasza, zasłużył na oklaski. Mocny głos, odważna gra aktorska i poruszające wczucie się w postać, zapewniły mu po-dziw nie tylko fanów filmu, ale i szerszego grona wielbicieli musicalu, w którego wystawieniach uczestniczył potem wiele razy. Ale i innym aktorom czy też właściwie – śpiewakom – należy się chociaż drobna wzmianka. Szczególnie Barry Dennen w roli Poncjusza Piłata wywarł na mnie wrażenie, jednak godne uwagi są także występy Paula Thomasa (Piotr), Kurta Yaghjiana (Annasz), Boba Binghama (Kajfasz), czy Larry’ego Marshalla (Szymon Zelota). I, w moim odczuciu, jedynie Yvonne Elliman, która wcieliła się w Marię Mag-dalenę, nie potrafi do końca sprostać po-ziomowi narzuconemu przez męską część obsady. Muzykę opisać trzeba przede wszyst-kim jako przesyconą emocjami. Każda

PIERWSZA PIĄTKA

z piosenek niesie ze sobą ładunek emo-cjonalny, który silnie oddziaływa na widza, ale także doskonale wyraża uczucia, pragnienia i lęki postaci. Wykonanie instrumentalne ma nowoczesne brzmienie, sporo w nim nagłych zwrotów, fragmentów w wysokich, przenikliwych rejestrach, wijących się niczym węże dźwięków syntezatorów, dudniących, niskich tonów, a nawet zgrzytów, towarzyszących najtra-giczniejszym momentom filmu. Całość w połączeniu z wspaniałymi wykonaniami wokalnymi, pozostawia niezatarte wraże-nie. 5. „Hair” Duch amerykańskich lat ‘60 i kultury hippisowskiej zamknięty w melodii i obra-zie. Milos Forman prowokuje, bawi, wzrusza, zaciekawia i, pośród energicznych piosenek oraz wizji barwnego życia, stawia gorzki wyrzut, na który nie ma kto odpowiedzieć. Młody Claude Bukowski opuszcza rodzinne ranczo w Teksasie i wyrusza w podróż do Nowego Jorku, by dołączyć do armii i służyć krajowi, który prowadzi w tym czasie wojnę w Wietnamie. Kiedy przybywa do wielkiego miasta, spotyka George’a, Jeannie, Huda i Woofa – grupkę hippi-sowskiej młodzieży, która w ciągu paru zaledwie dni pokazuje mu świat, jakiego do tej pory nie znał. Claude z rosnącym zdziwieniem przyjmuje kolejne rewelacje: największą wartością jest wolność, której pozbawiają nas prawo i normy społeczne, narkotyki to cudowny środek zapewniający radość i dobrą zabawę, Jeannie jest w ciąży, ale nie wie, z kim, a jej trzej towarzysze uroczyście spalili dokumenty powołujące ich do służby wojskowej. Nowi znajomi namawiają Claude’a, by zrobił to samo, on jednak nie daje się przekonać i postanawia spędzić z nimi ostatnie dni wolności, a następnie, zgodnie z rozkazem, zgłosić się na komisję poborową. Owe ostatnie dni są jednak bardzo bogate w wydarzenia; wśród wielu nowych doświadczeń, Claude poznaje Sheilę, zjawiskową dziewczynę z wyższych sfer. Pogłębienie tej znajomości wydaje mu się tyleż pożądane, co niemożliwe do osiągnięcia… Muzyka z „Hair” - muzyka lat 60. - pob-rzmiewa szaleństwem, energią, wolnością. Królują tu zblazowane saksofony i dźwięcz-ne instrumenty perkusyjne. Głosy woka-listów są odważne, często charakterys-tycznie modulowane i eksploatowane aż do zdarcia gardła. Często czuje się radość śpiewania dla samego śpiewania, choć przesłanie czai się zwykle pomiędzy prostymi słowami piosenek. Teksty i nastroje utworów są bardzo zróżnicowane: jedne abstrakcyjne, narkotyczne, pełne niezmąconej niczym wesołości (jak „Air”, czy „Hashish”), inne w pełen dystansu sposób poruszające poważne problemy tamtych czasów – na przykład problem rasizmu ujęty w piosence „Colored Spade” przez czarnoskórego Huda. Jeszcze inne (jak piosenka „Sodomy”) prowokują i igrają z widzem oraz jego pojęciem społecznie akceptowalnych zjawisk albo też obrazują ponadczasowe dylematy młodych ludzi, jak śpiewany przez Claude’a utwór „Where Do

PIERWSZA PIĄTKA

I Go”.Wszystkiemu temu towarzyszą entuzjastyczne popisy choreograficzne wykonywane przez artystów poddanych starannej charakteryzacji i w kolorowych kostiumach. W rolach głównych zobaczyć możemy Johna Savage’a (Claude), Treata Williamsa (George), Beverly D’Angelo (Sheila), a także Dona Dacusa oraz Dorsey’a Wrighta (Woof i Hud). Krótko mówiąc, „Hair” jest wciągającą opowieścią, interesującym studium spo-łecznokulturowym i ciekawym widowis-kiem. Oglądając film, skupiamy się na akcji i czerpiemy przyjemność z odbioru. Dopiero jakiś czas po napisach końcowych przychodzą nam do głowy wnioski i przemyślenia, które z tej historii wynikają. Dla mnie oznacza to wielki sukces twórców obrazu, którzy w musical o nieco kome-diowym nastroju wpletli sporo drama-tycznych wątków, unikając jednocześnie ciężaru gatunkowego. Dla wielbicieli tak kinematografii, jak poruszającej muzyki, powyższe filmowe zestawienie jest doskonałą okazją do uczynienia zadość obu pasjom. Ja do takich z pewnością należę, zachęcam więc wszystkich z głębi serca, by samodzielnie sprawdzili, jak owoce dwóch różnych gałęzi sztuki łączą się w arcydzieło. Elżbieta Janota CZAS SPOTKAŃ Z LUDŹMI

WYWIAD - PODRÓŻE PODRÓŻ DO AFRYKI Dariusz Rosiak - był wieloletnim pracownikiem francuskiego radia RFI i sekcji polskiej BBC. W latach 90. był korespondentem polskich mediów w Londynie, pisał m.in. w " Życiu Warszawy", " Życiu", " Tygodniku Powszechnym". Jego pojedyncze teksty ukazywały się również w "Polityce". Aktualnie jest dziennikarzem "Rzeczpospolitej", gdzie pisze do sobotnioniedzielnego działu "Plus Minus". Prowadzi w Programie III Polskiego Radia, "Raport o stanie świata" oraz okazjonalnie "Klub Trójki".

Dzięki akcji Programu III Polskiego Radia „Trójka Przekracza Granice” czterech reporterów zostaje wysła-nych w różne miejsca na świecie, aby na bieżąco relacjonować przebieg swoich podróży. Polski dziennikarz i publicysta Dariusz Rosiak udał się do Afryki, chcąc zgłębić jej tajemnice i pokazać Czarny Ląd z nieznanej strony. . . - Pisząc książkę, miał pan jakiś konk-retny cel? - Książka jest relacją z moich pobytów. Pierwowzory tych relacji były opublikowane w „Rzeczpospolitej”, oczywiście, innym elementem były relacje radiowe, które po-jawiały się w „Trójce”, ale książka jest takim uwieńczeniem całości, tzn. jest takim produktem finałowym i najbardziej istot-nym, bo zbierającym w całość doświad-czenia, ponad trzy lata moich podróży, które zaczęły się w roku 2007 i które, mam nadzieję, trwają aż do teraz. - Dlaczego akurat Afryka? - Dlatego, że jest ciekawa. Ja wcale nie marzyłem od dzieciństwa, żeby tam poje-chać. W pracy kieruje się głównie cieka-wością, chce się czegoś dowiedzieć, poznać nowe miejsca i ludzi. Afryka wydawała mi się tak interesująca i tak pełna różnego rodzaju napięć, dramatów, niepewności, że chciałem ją odwiedzić. - Jak przygotowywał się pan do wyjazdu? - Każda z tych podróży wiąże się z bardzo wnikliwymi i głębokimi przygotowaniami, które polegają na czytaniu na temat miejsc, w których mam być, na próbie ja-kiegoś sensownego zaplanowania tego pobytu, no i na organizowaniu spraw czysto logistycznych - wszystko jest na

WYWIAD - PODRÓŻE

mojej głowie, bo podróżuję sam z wyboru. Nie chcę podróżować z nikim innym - chce podróżować sam, dlatego że wtedy ma się największą swobodę. Nie biorę odpowie-dzialności za nikogo innego, nie muszę się kłócić o to, czy mamy skręcić w lewo, prawo, a może iść prosto, tylko po prostu dokonuje takich wyborów, jakich chcę. Przygotowania trwają co najmniej kilka tygodni albo i dłużej, np. w tej chwili nie szykuję się konkretnie do jakiegoś ko-lejnego wyjazdu, natomiast non stop czytam na temat Afryki, interesuję się tym, co się tam dzieję. W którymś momencie to stało się takim swojego rodzaju przyzwy-czajeniem i pracą bez przerwy. - Nie uważa pan, że podróżowanie sa-memu jest niebezpieczne, szczególnie do krajów afrykańskich? - Nie, nie jest. To znaczy ono nie jest bardziej niebezpieczne niż jakiekolwiek inne podróżowanie. Jeżeli ktoś wybierze się do Poznania, stanie przed stadionem LechaPoznań w szaliku LegiiWarszawa i zacznie krzyczeć obraźliwe epitety pod adresem tej pierwszej drużyny - ma problem. To obowiązuje właściwie wszę-dzie. Jeżeli się chodzi w miejsca, które są bezpieczne, to się jest bezpiecznym. Ja nie jeżdżę na wojnę, nie jestem korespon-dentem wojennym, nie wiem, jakbym się w tym odnalazł - nie próbowałem i, szczerze mówiąc, tak sobie mnie to pociąga. Ja jes-tem bardziej takim reporterem czy dziennikarzem, który jeździ po to, aby rozmawiać z ludźmi, aby się z nimi spotykać. Było oczywiście parę razy tak, że czułem się zagrożony, ale nie ma co robić z igły widły - to nie jest tak, że jak się jedzie do Afryki, to trzeba się jakoś specjalnie zabezpieczyć. Zabezpieczyć się trzeba przez takimi rzeczami jak malaria, choroby tropikalne, ale na pewno nie przed ludźmi - z nimi trzeba się spotykać. - Co najbardziej fascynuje nas w Afry-ce? Odmienność? Egzotyka? - Egzotyka na pewno. Myślę, że budzi zainteresowanie i ja nie mam nic przeciwko temu, żeby się fascynować egzotycznymi rzeczami, bo to jest absolutnie naturalne. Czasami niepokoi mnie jednak, że traktu-jemy ludzi, którzy mieszkają w Afryce, jak część ekosystemu - to znaczy tak samo jak słonie, żyrafy, rozlewiska rzeczne, drzewa akacjowe, itd. Gdzieś w to wpasuje się człowiek, zwłaszcza człowiek dziwnie wyg-lądający, z jakiegoś tajemniczego plemienia na przykład. I to jest coś, co może niepokoić, to jest budowanie pewnych stereotypów, które bardzo często nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. My mamy dwa stereotypy na temat Afryki: pierwszy jest taki, że Afryka to wielki tajemniczy ląd do odkrycia przez nas i jak tam poje-dziemy, nasze życie się zmieni - że odkryjemy coś o sobie. Według drugiego stereotypu Afrykanie są gromadą pry-mitywnych ludzi, którzy nie poradzą sobie na świecie bez nas. Problem obu tych stereotypów jest taki, że w ich centrum znajdujemy się my, tzn. ludzie z bogatych krajów, natomiast kompletnie pomijamy, czy traktujemy w sposób drugorzędny mieszkańców Afryki.

WYWIAD - PODRÓŻE

- Pozwolę sobie przytoczyć pewien fragment z książki: „Coraz więcej ekonomistów, w tym ekonomistów z Afryki, twierdzi, że pomoc między-narodowa nie tylko nie pomaga, ale jest największą przeszkodą w zmianie położenia ludzi ubogich na świecie i sensownym wyjściem jest jej całko-wite zaprzestanie”. Jaka jest pańska opinia na ten temat? - To jest wniosek, który jakoś jest w tej książce podbudowany faktami. Są dwa podstawowe rodzaje pomocy: pomoc hu-manitarna, czyli na przykład wsparcie niezbędne w takiej sytuacji, w jakiej jest teraz Japonia czy podczas jakichś katak-lizmów. Wtedy jakaś taka podstawowa ludzka przyzwoitość i empatia wobec drugiego człowieka wymaga, żebyśmy mu pomogli. Nie ma znaczenia, czy to jest huragan Kathrina, trzęsienie Ziemi, tsunami albo głód i susza w jakimś kraju afry-kańskim. Jak ktoś umiera z głodu, to nie trzeba się zastanawiać, tylko po prostu mu pomóc, żeby go uratować od śmierci - jeżeli oczywiście jesteśmy w stanie takiej pomocy udzielić. Natomiast jest jeszcze drugi rodzaj pomocy i to jest właśnie ta pomoc bardzo kontrowersyjna, co do której wielu ludzi ma wątpliwości, ja na pewno - tak zwana systemowa pomoc rozwojowa, czyli pakowanie pieniędzy w budżety innych krajów, co ma teoretycznie umoż-liwić im rozwój. Nie ma jednak dowodów na to, że ta pomoc działa i to jest jej podstawowy mankament. Gdyby ona rzeczywiście działała, to moglibyśmy się jeszcze zastanawiać: „Ok, poświęcamy na to jakieś miliardy dolarów, ale rzeczywiście w wielu miejscach dzięki naszym pienią-

WYWIAD - PODRÓŻE

dzom ludziom żyje się lepiej.” Nie ma takiej zależności, że my wsadzamy pieniądze, a oni wyciągają z nich na przykład więcej szkół albo więcej wykształconych dzieci, niższy poziom umieralności niemowląt, lepszy wzrost gospodarczy... Wzrost gos-podarczy nie ma nic wspólnego z pomocą w tych krajach. To nie są opinie tylko fakty. Ciągle upieramy się przy tym, żeby pomagać, z różnych powodów - przecież pomaganie innym jest niezwykle satys-fakcjonującym zajęciem, zwłaszcza kiedy nie wymaga specjalnego poświęcenia. Jeżeli na cel charytatywny damy 100zł, to znaczy, że nie są nam potrzebne i możemy się ich pozbyć. To nie jest tak, że odbieramy sobie albo swoim dzieciom od ust tylko po to, żeby komuś tam obcemu udzielić pomocy. - Jaka jest pańskim zdaniem główna przyczyna tego, że Afryka dzieli się bardzo często na skrajnie biednych i skrajnie bogatych? - Jest kilka opinii na ten temat. Jedna z takich bardzo rozpowszechnionych, ku której ja się skłaniam, to korupcja. Cytuje w tej książce Johna Githongo, kenijskiego aktywistę społecznego, który kiedyś był szefem kenijskiego oddziału organizacji Transparency International, potem musiał uciekać z Kenii, bo odkrył jakieś powią-zania korupcyjne na najwyższych szczeblach władzy. On twierdzi, że korupc-ja to jest podstawa, że z tego się bierze bieda, rozwarstwienie... Gdyby naprawdę poważnie zabrać się za korupcję, to połowa albo i więcej problemów Afryki zostałaby rozwiązana. To jest istotne. Po drugie, trzeba pamiętać, że kolonializm nie odpo-wiada za biedę Afryki, bo te państwa wystarczająco długo są niepodległe, żeby same mogły zadbać o swoje dobro (kolonializm na pewno nie jest podsta-wowym usprawiedliwieniem), natomiast nie warto minimalizować wpływu kolo-nializmu na mentalność Afrykanów i na to, jak ogromne dewastujące skutki wywarł on w większości krajów Afryki. Oczywiście, kolonializm miał też „lightową” stronę - budowano drogi, niektórym ludziom pod względem materialnym całkiem nieźle się żyło, tylko że życie ze świadomością naj-pierw niewolniczą, potem ze świadomością pełnej zależności od Imperium jest czymś, co pustoszy poczucie jakiejś i więzi narodowej oraz poczucie własnej wartości. Teraz pojawiają się nowe pokolenia Afry-kanów, już pozbawione tego bagażu, ale mimo wszystko on cały czas tkwi na tym kontynencie - w świadomości mieszkań-ców, w sposobie, w jaki uczą swoje dzieci, traktują innych - między innymi białych - to wszystko ma istotne znacznie i o tym warto pamiętać. - W książce wielokrotnie wspominał pan o pomocy ze strony Chińczyków. Czy ich wsparcie jest rzeczywiście w jakimś sensie lepsze niż nasze - mam na myśli na przykład Polską Akcję Humanitarną. - Trudno powiedzieć tej chwili. Chińczycy mają różne programy pomocy, ale przede wszystkim traktują Afrykanów jak partne-rów biznesowych. Ich związki z Afryką nie

WYWIAD - PODRÓŻE To nie jest tak, że odbieramy sobie albo swoim dzieciom od ust tylko po to, żeby komuś tam obcemu udzielić pomocy.

polegają na tym, że oni ustalają jakieś komisje, które sprawdzają, czy jest wystar-czająco wysoki poziom demokracji - i jeśli jest (albo raczej wydaje się, że jest), to wtedy dają pieniądze - między Chińczyka-mi a Afrykanami to odbywa się na zupełnie innej zasadzie - Chińczycy potrzebują su-rowców do rozruszania swojej gospodarki, do utrzymania wzrostu gospodarczego, nakarmienia tych milionów ludzi, do speł-nienia aspiracji tych kolejnych setek milionów mieszkańców, którzy wychodzą z nędzy w Chinach - do tego potrzebna jest gospodarka oparta na surowcach. Chiny tych surowców nie mają w wystarczającej ilości, dlatego szukają ich na świecie. W Afryce je znajdują i w zamian za to budują tam infrastrukturę. Na ile te niebezpieczeństwa, o których się mówi w związku z obecnością Chińczyków, w Afryce się sprawdzą, to zobaczymy, na pewno takie zagrożenia są. Tak ogromna ingerencja deformuje rynki, powoduje, że rodzima wytwórczość wypada zanim jesz-cze powstanie... Oczywiście, oni tworzą też miejsca pracy, bo te drogi ktoś budować musi - robią to częściowo Chińczycy, częś-ciowo Afrykanie. Ale jest jednak wiele nie- bezpieczeństw, które gdzieś tam się kryją. - To jest chyba ta podstawowa róż-nica, że Chińczycy traktują Afrykanów jak partnerów, natomiast my traktu-jemy ich jak ludzi zacofanych, których należałoby wychować. - To jest dokładnie to, o czym kiedyś pisał Rudyard Kipling - Afryka i Afrykanie są brzemieniem białego człowieka. Za ten naród czujemy się odpowiedzialni i chcemy

WYWIAD - PODRÓŻE

go wychować na siłę. Oni wcale nie chcą, żebyśmy ich zmieniali, dlatego akurat pod tym względem nastawienie Chińczyków jest odpowiedniejsze. - Napisał pan także: „Każdy kontakt z biedą wystawia nasze emocje na próbę.” Co pan czuł, podróżując przez slumsy krajów afrykańskich? - Nie ma się co specjalnie rozwodzić nad tym, co ja czułem, nikomu nie jest przy-jemnie, jak widzi biedne dzieci. Warto by-łoby pomyśleć, co zrobić, żeby ich tam nie było. - A co pana zdaniem należałoby zrobić? - Potraktować ich normalnie, tzn. zasta-nowić się, w jaki sposób spełnić postulaty, które wydają się w tej chwili nie do spełnienia. To znaczy wprowadzić kraje afrykańskie na rynki, na których mogłyby sprzedawać swoje produkty, na przykład produkty rolne. W jaki sposób inwestować w tych krajach i umożliwić im inwestycje na normalnych zasadach - czyli na takich, na których one mogłyby wejść na rynki finansowe i wziąć kredyty. W jaki sposób pomagać im ograniczać korupcję - to są metody, które służą między innymi zmniej-szeniu ilości biednych dzieci. - Czyli umożliwić rozwój. - Tak, umożliwić normalny rozwój, nie litować się nad losem biednych dzikich zwierząt, które, oczywiście, trzeba chronić i nie dopuszczać do ich wyginięcia, ale ludzie są ważniejsi. - Aby odejść trochę od tematów poli-tyczno - rozwojowych, pozwolę sobie teraz zacytować fragment książki, który opisuje specyfikę afrykańskich kobiet: „Afrykańska pupa - bezwstyd-na radość życia.” Co sprawia, że nasze ruchy są pana zdaniem ograni-czone, a dla Afrykanek poruszanie się jest wyzwoleniem? - To jest bardzo proste - my spędzamy życie za biurkiem, już w tych cywilizacjach zachodnich czy północnych, w krajach bogatych bardzo rzadko żyjemy na zew-nątrz, nie ruszamy się przez cały czas i nie możemy używać ciała w taki sposób, w jaki ono zostało zaprogramowane przez naturę. W większości krajów afrykańskich dzieci wychowują się przecież na dworze, ludzie spędzają większość czasu na powietrzu. Zresztą tak samo jest w Ameryce Połud-niowej - im bardziej schodzimy na połud-nie, tym ludzie więcej czasu spędzają na zewnątrz, bo jest inna pogoda. - Jaka jest pańskim zdaniem podsta-wowa różnica w postrzeganiu seksu-alności przez ludzi Zachodu a miesz-kańców Afryki? - Nie jestem pewien, czy wiem wiele na ten temat. Na pewno mogę się wypowiedzieć na temat podejścia do rodziny, do posia-dania dzieci. W seksualności prawdo-podobnie znacznych różnic nie ma, nato-miast są zasadnicze różnice w podejściu do posiadania dzieci. Dla nas coraz częściej staje się to problemem, a dla nich ciągle wartość kobiety ocenia się liczbą dzieci, które urodziła. Kobieta bezpłodna nie ma żadnej wartości. Podobnie jest z męż-czyzną - im większą ma rodzinę, tym więcej znaczy. Bardzo się dziwiłem, bo

WYWIAD - PODRÓŻE

w niektórych miejscach, nawet księża kato-liccy musieli brać pod uwagę to, że para, a w szczególności mężczyzna, sprawdza, czy kobieta jest w stanie mu urodzić dziecko, zanim zdecyduje się ją poślubić. - Jak sobie radzą w Afryce polskie misje katolickie? - Różnie, spotkałem różnych księży i róż-nych misjonarzy. Spotkałem takich, którzy bardzo źle się tam czuli, co jest dosyć dziwne, bo przecież na misje się nie zsyła - żeby zostać misjonarzem trzeba się zgłosić, tam nikt nie jedzie za karę. - Oni żałowali tego, że się zgłosili? - To jest pewnie znacznie bardziej skomplikowane. Większość tych ludzi jest po prostu bardzo samotna. Jest się w miejscu oddalonym od swojej kultury, w miejscu obcym. Jednak zdecydowana większość to wspaniali duchowni, którzy się bardzo mocno angażują w pomoc, w takie życie ewangeliczne, czyli po prostu dawa-nie świadectwa swoim własnym życiem. Tam naprawdę nie ma miejsca na dywa-gacje, na debaty, które na przykład my toczymy - debaty o aborcji, o małżeńst-wach gejów... U nas nagle te problemy stają w centrum debaty religijnej - naprawdę tam tak nie jest. Misjonarze są przywódcami społeczności, żyją z tymi ludźmi, jedzą to samo co oni, cierpią z nimi, cieszą i bawią się z nimi, itd. Niektórzy swoje działania skupiają na pomocy hu-manitarnej, jaką jest na przykład zakła-danie szkół czy budowanie studni. - Często rozmawiał pan z afrykańs-kimi dziennikarzami? Można w przypadku krajów afrykańskich mówić o nieza-leżnej prasie, mediach? Jak wygląda tam dziennikarstwo?

WYWIAD - PODRÓŻE Nie ma się co specjalnie rozwodzić nad tym, co ja czułem, nikomu nie jest przyjemnie, jak widzi biedne dzieci. Warto byłoby pomyśleć, co zrobić, żeby ich tam nie było.

- Tak, zdarzało się, że rozmawiałem. Jak wygląda dziennikarstwo? To zależy w jakim kraju. W większości dziennikarze są bardzo sprawni i dobrze poinformowani. W kra-jach, jak np. RPA jest bardzo silnie obecny rynek medialny, są tam porządne gazety, porządna prasa. W takich krajach jak Zimbabwe, które ma chyba najlepiej wykształconych ludzi, biorąc pod uwagę afrykańskie warunki - dziennikarze też są bardzo sprawni i odważni, bo żeby wyko-nywać tę pracę w sposób uczciwy, trzeba być odważnym - w takich krajach odwaga ma spore znaczenie. To były zwykle bardzo fajne spotkania, które mi dużo dawały. Dla mnie ważne jest, żeby wspominać o tym, że tego typu podróże nie miałyby sensu, gdybym po drugiej stronie spotykał jakiś mur obojętności albo ludzi, którzy nie chcą ze mną rozmawiać. To tylko dzięki nim można w ogóle cokolwiek napisać. Jeżeli oni się nie otwierają, to nie ma mowy o dialogu - np. w Rwandzie było to bardzo trudne, bo tam się wszyscy strasznie boją mówić i trzeba się dobijać, przebijać, szukać aluzji w ich wypowiedziach... W większości miejsc było to proste, bo ci ludzie chcieli ze mną rozmawiać. Zresztą, w Rwandzie też na takich natrafiałem, tylko trzeba było zadbać o ochronę. Aleksandra Wilczak fot. exfordy fot. Ferdinand Reus fot. Sara&Joachim fot. 4 hdptcar Około 20% Europejczyków cierpi na bezsenność - chorobę cywilizacyjną, która na przestrzeni lat staje się coraz bardziej powszechna. Ciągłe zmęczenie, brak snu w nocy, stres i złe samopoczucie. To doskonale może uprzykrzyć dni… a zwłaszcza noce. Czy da się z tym żyć?
INSOMNIA
SPOŁECZEŃSTWO

Był pochmurny dzień. Szedł wśród tłumu przechodniów i niczym się nie wyróżniał – wysoki, szczupły, dwudziestokilkuletni męż-czyzna. Okulary przeciwsłoneczne przes-łaniały jego oczy. Bez słowa je ściągnął. Jego wzrok był zmęczony, a cienie i doły pod oczami zdawały się być śladem po bójce. Jednak nie miało to nic wspólnego z rzeczywistością. „Cytując Edwarda Nortona z filmu „Pod-ziemny krąg”: „Bezsenność odrealnia świat. Wszystko jest kopią z kopii kopii.” Jest w tym wiele prawdy... Byłem wrażliwym jedenastolatkiem. Każdy dzień dla mnie był piękny, a w nocy zamiast spać wszystko dokładnie analizowałem i przeżywałem

SPOŁECZEŃSTWO

wewnątrz, aby z uśmiechem powitać kolejny dzień. Później już się tak nie cieszyłem. Natłok zdarzeń z całego dnia atakował podświadomość, powodując jakby deja vu całego dnia i kontynuację „co by było gdyby…?” Miałem fantazje i różne marzenia. Zamykałem oczy każdej nocy, ale zamiast baranków, przedzierało się przed moimi oczami tysiące obrazów, które potem łączyły się w jedną całość i były tak rzeczywiste jak film. Moja głęboka wyobraźnia nie dawała mi spać. Można pokusić się o stwierdzenie, że sam siebie niszczyłem. Byłem młody, rodzice martwili się, aczkolwiek mieli do tego prawo. Proponowali wyzbywać się myśli przed spaniem, mniej siedzieć przy komputerze, wcześniej kłaść się spać. Wraz z upływem czasu rozkładali bezsilnie ręce, poza tym były ważniejsze rzeczy od mojej bezsenności… Któregoś razu zabrali mnie do lekarza. Powiedział tylko tyle, że mój mózg jest w wysokiej aktywności, nie chce się uśpić, pracuje na okrągło… Nic nadzwyczajnego. Zapisał mi tabletki. Tak robił każdy kolejny lekarz. Nie mieliśmy na tyle pieniędzy, abym mógł poddać się bardziej specjali-stycznym badaniom, na przykład w jakieś klinice. Sam próbowałem z tym walczyć. Odstawiłem tabletki od specjalistów, zaczą-łem stosować różne diety, nie piłem kawy. Nie mając siły zacząłem brać tabletki nasenne. Nic mi nie pomagało. Bezsenność się pogłębiała, a później pojawiły się re-gularne bóle głowy i ciągłe zmęczenie. Byłem bezradny, ale nie mogłem siąść i płakać. Stwierdziłem, że z wiekiem samo mi przejdzie. Być może było to naiwne założenie. Jednak nie chciałem więcej nadużywać tabletek i nadal chodzić od lekarza do lekarza oraz dowiadywać się, że żaden nie może mi pomóc i dokładnie nie wie, co mi jest. Szybko się przyzwyczaiłem. Nie było to trudne, choć trochę uciążliwe. Organizm przyzwyczaił się do braku snu. Chętnie wykorzystywałem każdą chwilę do drzemki w ciągu dnia. Nie raz było tak, że przysypiałem w autobusie, na lekcjach. Piłem hektolitry kawy. Może nie było to zdrowe, ale przynajmniej mogłem funkcjo-nować normalnie. Co miałem robić? Nie spałem w nocy, a jak już udało mi się zasnąć, to na dwie lub trzy godziny. Ciągle chodziłem zmęczony. W pewnym mo-mencie wstydziłem się swojego wyglądu, bo za każdym razem pytali się mnie, czy się z kimś nie pobiłem. Miałem im mówić, że nie sypiam dobrze od wczesnego wieku dojrzewania i dlatego ciągle mam wory pod oczami? Kto by mi uwierzył? Bezsenność jest tematem tabu. Jest tyle groźniejszych chorób: nowotwór, cukrzyca, bulimia, anoreksja. Nie zwraca się uwagi na bez-senność, bo ludzie uważają, iż to sprawa każdego człowieka, czy w nocy śpi czy nie. Spotkałem się z opiniami, że nie ma takiej choroby jak bezsenność, a ja tylko udaję, aby ktokolwiek zainteresował się mną. Zawsze tak było. Jeden problem musi ustąpić kolejnemu, jedna choroba musi ustąpić drugiej, poważniejszej. Spychamy wiele z nich na drugi a nawet trzeci plan.

SPOŁECZEŃSTWO

A na czwartym planie znajduje się właśnie bezsenność. Jeśli chodzi o mnie, jest lepiej, zdecydowanie. To dziwne, ale miałem rację. Z wiekiem zaczęło się wszystko zmieniać. Od roku zauważyłem poprawę. Zasypiam w miarę szybko i śpię długo. Fakt, nie czuję się zazwyczaj dostatecznie wypoczęty, wyspany. Do tego dochodzi przestawiony zegar biologiczny – zasypiam późno i tak samo późno się budzę. Mimo tego potrafię się dostosować wedle potrzeb. Przyzwyczaiłem organizm do ekstremalnych sytuacji i jeśli muszę wstać do pracy o czwartej rano to wstaję bez problemów, a po pracy zasypiam jak należy. Nie wiem dlaczego mnie to spotkało. Może mój organizm nie wytwarza prawidłowo jakichś hormonów, brakuje mu witamin - może to sprawa genetyczna albo przypadek. Nie znam się na tym i nie będę wysnuwać tu żadnych teorii. Cieszę się jednak, że miałem z tym do czynienia. Pozwoliło mi to docenić wiele rzeczy i bardziej siebie szanować. Dzisiaj ludzie nie przywiązują dużej wagi do snu, choć według mnie jest to ważny element egzystencji człowieka… O ile tak można podsumować bezsenność. Ja już wiem jak dbać o siebie i o sen. Jak widać niektóre kłopoty to tylko kwestia czasu i trzeba uzbroić się w cierpliwość. Nie twierdzę, że było to łatwe ani do końca słuszne, ale mimo wszystko skuteczne. Czy da się z tym żyć? Jak najbardziej. Jeśli ja prze-żyłem, to ktoś inny na pewno też da sobie radę.” Magdalena Mróz

















TEOutroT WUJEK BŁOGOSŁAWIONY Drogi Czytelniku. Najpierw posłuchaj, ale w całości, do końca. http://galernik.wrzuta.pl/audio/aLBoko5ifNZ/jan_krzysztof_kelus__ballada_o_szosie_e7 fot. jetalone fot. 2 tiseb „Gdzie wtedy byłeś?”. To ważne pytanie. Kelus pisał o pomocy dla ludzi, którzy w 1976. roku w Radomiu protestowali przeciwko podwyżkom. Zostali potrakto-wani okrutnie: wyroki, „ścieżki zdrowia”, wyrzucanie z pracy. „Ścieżki zdrowia” polegały na tym, że trzeba było przebiec między szpalerami milicjantów z pałkami. Każdy z nich uderzał. Akurat w tym samym czasie władze promowały plene-rowe trasy z przeszkodami i urządzeniami do ćwiczeń, które nazywały się właśnie „ścieżkami zdrowia”. Stąd ironiczna naz-wa dla katowania ludzi. Zaiste, Polska nie bez powodu zasłużyła na miano „najwe-selszego baraku w komunistycznym obozie”. Pytanie: „Gdzie wtedy byłeś?” stało się obowiązkowe dla ludzi, którzy chcieli



SPOŁECZEŃSTWO

cokolwiek w Polsce zmienić. Chodziło o po-moc, chodziło o dawanie świadectwa. Wybrany w październiku 1978 roku Karol Wojtyła dawał świadectwo. W rok po swoim wyborze przyjechał do kraju i zawo-łał, aby „zstąpił Duch i odmienił oblicze ziemi, tej ziemi!”. W pewnym krakowskim liceum, którego dyrektorką była działaczka komunistycznej partii, nauczycielka polskiego powiedziała swoim uczniom, że mogą iść na papieską Mszę w godzinach nauki pod warunkiem, że przyniosą zwol-nienie od rodziców, a w tym zwolnieniu będzie napisana prawda. Nie uznała zwol-nienia chłopaka, którego rodzice napisali, że bolał go brzuch. Klasa zrozumiała, że prawda jest ważna. W następnym roku wybuchła „Solidarność” i miliony ludzi pod-niosły głowy. Zaczęli mówić prawdę. Kiedy ich wolność została zdławiona, Jan Paweł II przyjechał i mówił, aby wymagali od siebie „nawet, gdy inni nie będą od Was wymagali”. Wołał też, cytując Św. Pawła: „Jeden drugiego brzemiona noście!”. Gdzie postawił stopę, tam kwitła wolność. Był przyjacielem nie tylko swoich rodaków. Na beatyfikacji w Rzymie Polaków było wśród półtoramilionowego tłumu może 50, może 100 tysięcy. Pozostali przybyli z całe-go świata. Widać było flagi Kolumbii, Liba-nu, Francji, USA... Kiedy Benedykt XVI oz-najmił w czasie celebracji, że Jan Paweł II jest uznany za błogosławionego, plac Św. Piotra rozkwitł transparentami, a łzy w oczach mieli Włosi, Francuzi, Portugalczycy... Ci wszyscy ludzie uznali, że na pytanie „gdzie wtedy byłeś?” odpowiedzą pytają-cym prostymi słowami: „Razem z Nim”. A Ty? Gdzie wtedy byłeś? MiK



Dobiega końca kolejna seria artykułów. Po wielu wspólnie przejechanych kilometrach pora odstawić nasze legendarne samochody do garażu. Kluczyki do szafki, a zdjęcia i broszury do szuflady.
DRAPIEŻNIK POD LUKSUSOWĄ PRZYKRYWĄ
LEGENDY MOTORYZACJI

Wycieczkę, którą rozpoczęliśmy na ame-rykańskich bezdrożach zakończymy we Włoszech, gdzie prawie pół wieku temu pojawił się samochód, który do dzisiaj jest symbolem właściwie wszystkiego – sportu, luksusu, gracji oraz historii… Maserati Quattroporte, bo o nim będzie dzisiaj mowa, to auto nietuzinkowe. W wielu porównaniach pomijany lub niedoceniany, wciąż w cieniu Ferrari. Zajrzyjmy w karty historii i przekonajmy się, czy rzeczywiście zasłużenie. Wielkie dziecko stajni Maserati ujrzało po raz pierwszy światło dzienne w 1963 roku. Od tamtego czasu przeszło wiele renowacji i zmian, ale idea wciąż pozostała ta sama – produkować samo-chód kompletny: sportowy i luksusowy. Już sama nazwa modelu była niezwykła. Władze Maserati wpadły na bardzo ciekawy, a prosty pomysł. „Quattroporte” oznacza „czterodrzwiowy”. Samochód od początku miał spełniać istotny warunek –

LEGENDY MOTORYZACJI

miał mieć cztery drzwi. Szybkie, sportowe samochody zwykle takie nie są, jednak Włosi pragnęli od początku czymś się wyróżniać. Trzeba przyznać, że wyszło im całkiem nieźle – już pierwsze modele okazały się najszybszymi sedanami na świecie, rozwijając dużą, nawet jak na dzisiejsze czasy, prędkość 230 km/h. Pierwsza generacja sprzedawana była aż do końca lat ’60. Pod maską znaleźć można było całkiem solidne silniki bo o mocy ponad 200 KM. Gdy markę przejął fran-cuski Citroen, wypuścił drugą generację pojazdu, co okazało się wielką klapą. Na dodatek był to okres kryzysu paliwowego, co zniszczyło główny atut samochodu – jego silnik. Niedługo po tym Maserati przejęła firma De Tomasso, od początku starając się przywrócić dawny błysk Quattroporte. W 1976 roku zaprezento-wano pierwsze prototypy nowej generacji. Nazwę skrócono do wersji „4porte”, jednak w 1979 roku przywrócono oryginalną wersję. Nowy właściciel spełnił marzenia wielu fanów motoryzacji – znacząco poprawił osiągi. Pod maską zagościł mocniejszy silnik, a tylny napęd pozwolił na przyw-rócenie dawnej dynamiki. Radość z jazdy była ogromna, o czym świadczą kapitalne statystyki sprzedaży. Lata ’70 pozwoliły wypromować Quattroporte na cały świat. Sylwetka pozostawała niezmienna przez lata. Dopiero w 1994 roku zdecydowano się na pierwszy od dłuższego czasu zabieg kosmetyczny. Spowodowane było to głównie kolejną zmianą właściciela. Marka Fiat nie poniosła co prawda tak wielkiej klęski jak Citroen, jednak wielu rozczarowała. Samo-chód przypominał włoską Lancię. Tył był tak szkaradny, że wielu potencjalnych nabywców kończyło wizytę w salonie po kilku minutach. W roku 2004 na rynku pojawiła się aktu-alna wersja. Trzeba przyznać, że Fiat wy-ciągnął wnioski z poprzedniego projektu i dużo bardziej się postarał. Quattroporte stało się bardziej zaokrąglone. Chromo-wane dodatki dodają prestiżu. Samochód jest świetnie wyposażony, a mnogość dodatków rozpieszcza potencjalnego klien-ta. Mimo wszystko, Maserati nie cieszy się zbyt dużym wzięciem. Potężne 400 KM pod maską najwidoczniej nie wystarczają. Sprawdza się tutaj powiedzenie, że z Włoch dobre może wyjechać tylko Ferrari... Wracamy tutaj do wątku poruszonego na samym początku – co jest przyczyną dosyć kiepskiej popularności tego rewelacyjnego samochodu? Wydaje się jednak, że od przybytku głowa boli. Na Maserati mogą sobie pozwolić jedynie najbogatsi. A ci, jeżeli mają ochotę na drapieżny samochód, kupują sportowy i szybki model. Jeżeli chcą mieć luksus i prestiż, kupują wielką limuzynę. Maserati Quattroporte to dwa w jednym, a chyba jednak bardziej eksklu-zywne jest posiadanie dwóch różnych samochodów, niż jednego kompletnego wozu. Jedno jest pewnie – Quattroporte to kawał dobrej roboty z wielką historią na karku. Maciej Kulina