Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury strona 6 rozpruwacz powraca! strona 7 trzy kultury, jeden festiwal strona 10 kłamstwo w służbie człowieka strona 12 "sędziowie w sprawowaniu swojego urzędu są niezawiśli..." strona 17 rzetelność nieautoryzowana strona 20 fotorelacja: pięknie opakowanie NIC, czyli Forum Młodzieży strona 22 marsz, marsz polonia strona 24 obudź się strona 26 środek ciężkości strona 29 kto nowym prezesem pzpn? strona 31 mózg, glej i kanibale strona 34 WILK W OWCZEJ SKÓRZE

Outro Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl rekrutacja(@)outro.pl Redaktorzy naczelni: Monika Toppich, Kamil Wiśniowski Zastępca: Paulina Zguda, Marek Suska Sekretarz redakcji: Magdalena Wąwoźna Redaktor prowadzący: Urszula Skierkowska Korekta wydania: Marek Suska Fotoedycja wydania: Roksana Grzmil Projekt okładki: Patryk Skoczylas Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Patrycja Rawska (społeczeństwo), Aleksandra Bartosik (społeczeństwo), Maciej Dziubiński (sport), Agata Andrzejak (korekta), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy). Korekta: Agata Andrzejak, Nina Bezpałko, Faustyna Cisło, Justyna Dubaj, Agnieszka Dydacka, Maria Gołaszewska, Agata Hajduk, Martyna Kłopeć, Patryk Łowicki, Justyna Majchrzak, Cynthia Schmidt, Wojciech Żywolt. Graficy: Angelika Marchewka, Jarosław Stępień, Adam Białek, Patryk Skoczylas. Zdjęcie na okładce: Byzantine_K (CC BY 2.0)

Trochę głupio mi o tym mówić, ale jak pewnie wszyscy wiedzą, większość dzien-nikarzy ma z owieczką niewiele wspólnego (raczej to wilki w owczej skórze). I w prze-ciwieństwie do tego symbolu spokoju i czy-stości (lecz również bezrefleksyjnego po-dążania za tłumem!), my drążymy, szuka-my i w nieskończoność zadajemy pytania, na które nie zawsze chce się nam odpo-wiadać. A czasem pytania są zbyt ciekawe, by pod-dać się bez walki i tu wkracza do akcji etyka dziennikarska. Co jest dążeniem do prawdy, a co świadomą manipulacją? Co nie przystoi, a co można wytłumaczyć spe-cyfiką naszej profesji? Jak daleko można się posunąć, by koledzy po fachu nie mieli nas za temat do własnych artykułów? Jak wiele z tego, co codziennie oglądamy, czytamy i przetrawiamy dla własnych pog-lądów jest podstępnym zagraniem dzien-nikarza i komu zależy na takim stanie rze-czy? Takie pytania warto zadawać sobie przed każdą wyrobioną opinią, bo szybko może się okazać, że nasze niezależne zda-nie jest bardzo zależne od czyjejś manipu-lacji. Paulina







POWRACA!
ROZPRUWACZ
KULTURA

Nie lada gratka czekała na polskich fanów ciężkiego brzmienia. W ramach europejskiej trasy koncertowej Metal Messiah Tour w Polsce zagościł sam Tim ‘’Ripper’’ Owens znany z tak legendarnych kapel jak Judas Priest czy Iced Earth. Amerykański woka-lista promował swój solowy album podczas koncertów w Szczecinie, Warszawie i Rzeszowie. Timothy Owens to artysta rozpoznawalny nie tylko w środowisku muzyków meta-lowych. Zadebiutował w zespole Winter Ba-ne, z którym nagrał swój pierwszy album. Współpracował także z tribute bandem British Steel i to z niego niespodziewanie w 1996 roku dostał się do Judas Priest – kapeli, od której zaczęła się historia meta-lu. Zastąpił tam Roba Halforda. Siedem lat współpracy z tym legendarnym już, bry-tyjskim zespołem, w czasie których ukaza-ło się łącznie ich pięć albumów (dwa stu–

KULTURA

dyjne – Jugulator i Demolition, dwa kon-certowe oraz DVD) zapewniły Owensowi ogromną popularność, zwłaszcza że dyspo-nował możliwościami wokalnymi na miarę Halforda. Kiedy w 2003 roku doszło do zjednoczenia starego składu Judas Priest, ‘’Ripper’’ rozpoczął współpracę z inną me-talową legendą – pionierami power meta-lu, niemieckim zespołem Iced Earth, z któ-rym występował do 2007 roku. Potem śpiewał także w Beyond Fear i zespole Yngwiego Malmsteina. W 2009 roku wydał solowy album Play My Game, na którym pojawiły się tak znaczące nazwiska jak Vinny Appice z Black Sabbath, Dave Ellef-son z Megadeth, czy „bóg gitary basowej” Billy Sheehan. W ostatnich latach Tim ‘’Ripper’’ Owens związał się także z super-grupą Charred Walls of the Damned i zespołem Dio Disciples, w skład którego wchodzą ostatni członkowie kapeli Ro-nny’ego Jamesa Dio. Rzeszowski występ ‘’Rippera’’ 16 września przyciągnął do klubu motocyklowego Red Zone znaczne grono fanów z kilku pokoleń, czemu trudno się dziwić, biorąc pod uwagę wymienione wyżej dokonania tego artysty. Publiczność, rozochocona supportem rodzi-mej kapeli Middle Fingers oraz Sand Stone z Irlandii Północnej, gorąco przyjęła Tima Owensa i jego zespół. Amerykański wokali-sta zaserwował swoim fanom kawał dobre-go, ciężkiego metalu. Podczas prawie dwu-godzinnego koncertu można było usłyszeć nie tylko numery z jego solowego albumu, ale także utwory Judas Priest, Beyond Fear, czy Iced Earth, które przyniosły ‘’Ri-pperowi’’ taką popularność. Najgłośniej oczywiście dopominano się o kawałki Ju–

KULTURA

dasów i tych też było na koncercie naj-więcej. Owens dał z siebie maksimum nie tylko w sferze wokalnej, kiedy „wyciągał” partie falsetowe, ale także w kontakcie z publicznością, z którą chętnie wchodził w dialog, udzielając celnych, żartobliwych odpowiedzi. Kiedy młodzież pod sceną za-częła dopominać się o kultowy wręcz utwór Judas Priest - Painkiller, wokalista odpo-wiedział: Ten album to nie moja robota, przykro mi. W zamian uraczył wszystkich numerem Hell is Home z płyty Demolition. Po koncercie, zarówno członkowie zespołu, jak i jego charyzmatyczny frontman, chęt-nie rozmawiali i fotografowali się z fanami. Każdy zainteresowany mógł też liczyć na autograf. Występ Tima Owensa pokazał, że muzyka metalowa wcale nie jest na wymarciu, jak się to uważa w czasach, kiedy trudno odróżnić, co na płytach jest muzyką, a co elektronicznie zmiksowanym komponen-tem. Oby więcej takich koncertów! Tim Owens o Polsce: Wasz kraj jest świetny! Na tej trasie zagraliśmy trzy koncerty w Polsce i atmo-sfera była niesamowita. Publiczność dobrze się bawiła i my też byliśmy zadowoleni, dlatego uważam, że dni spędzone na kon-certowaniu w Polsce, to był naprawdę do-bry czas. Przygotował i pytał: Krzysztof Socha Fot. 1, 2, 3: Alexandre Cardoso (CC BY–SA 2.0)

KULTURA

TRZY KULTURY Wschód Polski często mylnie uważany jest za miejsce jałowe i zapomniane. Kiedyś żyło tu obok siebie wiele naro-dowości, co sprawiało, że region ten śmiało można było nazywać multikul-turowym. Mimo że dziś ich już nie ma, możemy próbować ocalić tamte tra-dycje i zwyczaje, bo naprawdę warto. 4 października we Włodawie rusza XIX Festiwal Trzech Kultur. JEDEN FESTIWAL Odkąd FTK powstał, mieszkańcy nie wyo-brażają sobie miasta bez jego istnienia. Jest dla nich tak samo ważny, jak każdy ocalały po wojnie ślad pozostawiony przez przedstawicieli trzech kultur. Festiwal jest wspaniałym sposobem na to, żeby teraz, w podzielonym świecie, znowu przez 3 dni stać się, jak to określają organizatorzy, „jednością w różnorodności”. Przyjęło się, że każdy dzień imprezy poświęcony jest innej kulturze. I tak piątek

KULTURA

jest zawsze dniem Żydowskim, sobota prawosławnym, a niedziela należy do kato-lików. Na festiwal co roku przyjeżdżają wy-bitni artyści scen polskich i zagranicznych, m.in. Grupa Rafała Kmity, Alicja Majewska, Benie Kahan, The Cracow Klezmer Band i wielu innych. Ich występy stanowią wspa-niałą atrakcję, ale też sprawiają, że Włoda-wa staje się jednym z lubelskich centrów kultury. W tym roku twórcy „Trzech kultur” zaprosili Maję Komorowską, Krzysztofa Tyńca, Ju-stynę Sieńczyłło, Annę Marię Jopek i Mie-czysława Szcześniaka. Będzie zatem można i popatrzeć, i posłuchać, a oprócz przeżyć duchowych na Bazarze Festiwalowym z pewnością znajdziemy też coś dla ciała. Dodatkowo, wszystko odbywa się w mu-rach starych synagog, cerkwi i kościołów, co sprawia, że atmosfera staje się wręcz mistyczna. Gdy wieczorem zdecydujemy się na spacer po wąskich włodawskich uliczkach, usłyszymy szepty przeszłości, doprawione szczyptą dobrej muzyki, zapa-chem brioszek i czulentu. Jeśli macie ochotę na wyprawę na pogra-nicze i chcielibyście się przekonać, czy Wschód naprawdę jest dziki, warto znaleźć się we Włodawie nad Bugiem od 4 do 7 października. Szczegółowe informacje na stronie: http://www.ftkwlodawa.pl . Do zobaczenia w Wielkiej Synagodze! Paulina Sawa fot.: DrabikPany (CC BY 2.0) KŁAMSTWO
W SŁUŻBIE CZŁOWIEKA
SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

Przeprowadzenie spektakularnego śledztwa to marzenie wielu dzien-nikarzy, którzy często uciekają się do kontrowersyjnych prowokacji. Kto jednak nie chciałby zdobyć szacunku okazywanego ludziom pokroju tych, którzy zmusili do rezygnacji prezy-denta Stanów Zjednoczonych w wyni-ku dziennikarskiego śledztwa po afe-rze Watergate? Etyka medialna, która co prawda w na-szych czasach znaczy coraz mniej, do-puszcza prowokację tylko w sytuacji, w której istnieje podejrzenie występowania znaczącej dla społeczeństwa patologii, a nie ma żadnej innej możliwości zdobycia potrzebnych informacji. Jest ostateczną bronią w arsenale dziennikarza i jako taka musi być wykorzystywana ostrożnie. Jej nieodłącznym elementem jest brak gwarancji, że dana osoba popełniła kiedy-kolwiek to przestępstwo, a ujawnienie prowokacji zwykle niszczy dobre imię osoby, wobec której ją zastosowano oraz feruje winę bez wyroku sądu. To są mocne

SPOŁECZEŃSTWO

argumenty, które powodują, że można brzydzić się prowokacją i łączyć ją z nie-zdrowymi przemianami w mediach: po-gonią za sensacją i tabloidyzacją. Na doda-tek czujemy się zagrożeni myśląc, że ktoś mógłby nas oszukać i wykorzystując naszą ufność, skompromitować nas. Odkryliśmy prawdę Jednak życie i praktyka nie potwierdzają tych obaw w stopniu uprawniającym do zakazania i karania prowokacji dziennikar-skich. Zacznijmy od przypadku najśwież-szego, czyli szefa sądu w Gdańsku, Ry-szarda Milewskiego, który ustalał pracę sądu tak, aby dostosować się do zaleceń urzędnika z kancelarii premiera, który nie powinien mieć żadnego wpływu na decyzje sędziego. W 2010 roku burmistrz Sopotu został oskarżony o łapownictwo, a jednym z od-prysków była kwestia dilera samochodów, G., który miał dać łapówkę burmistrzowi. Wiązano jego postać z sędzią Milewskim, który spotykał się prywatnie z oskarżonym w czasie procesu (prawdopodobnie prze-kazał mu informacje dotyczące śledztwa), polecał jego samochody innym sędziom oraz pomagał w poszukiwaniach notariu-sza, gdy G. chciał kupić nieruchomość, a samo podpisanie aktu odbyło się w domu sędziego. Milewski ostatecznie został świadkiem, ale sprawę nadal prowadzi jego była asystentka, która umorzyła wątek di-lera G. Obiektem działania dziennikarza była więc osoba, wobec której można było mieć wiele podejrzeń, a nie niewinny i bezradny sędzia, któremu brutalny dziennikarz zła-mał karierę. Prowokacja nie dość, że poka-zała nam sposób pracy sędziego, to jeszcze może przynieść dalsze korzyści, gdyż umożliwi powrót do zmanipulowanych (być może) spraw, w które był uwikłany. Mimo tego, za wysłanie maila, w którym przepro-wadzający prowokację podszywał się pod urzędnika Kancelarii Prezesa Rady Mini-strów, dziennikarzowi grozi kara: proces za powoływanie się na wpływy w instytu-cjach publicznych dla własnej korzyści. Przeszłość też nas uczy Za pierwszą prowokację dziennikarską uznaje się akcję przeprowadzoną przez Nellie Bly w 1887 roku. Udawała ona obłęd i dzięki temu dostała się do szpitala psy-chiatrycznego dla kobiet. Po wyjściu opi-sała złe traktowanie i znęcanie się nad pa-cjentami. Po tym wydarzeniu wyciągnięto wobec pracowników szpitala konsekwen-cje. Na polskim podwórku prowokacje także wykorzystywano od upadku PRL. Dzien-nikarz TVN za pomocą sfałszowanego dowodu wynajął mieszkanie, samochód, sprzęt narciarski czy płyty CD. Nawet wizyta w banku i próba założenia konta nie zakończyła się wykryciem fałszerstwa. Wy-kazano w ten sposób niebezpieczną lukę w systemie weryfikowania dokumentów, która była groźna dla obywateli. Także za pomocą prowokacji wykryto w 2005 roku

SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

odświeżanie wędlin w firmie Constar. Jednak najbardziej spektakularna prowo-kacja dotyczyła wykrycia grupy pedofilów. Dziennikarze „Wprost” i „Polsat” za pomocą forum założonego w Szwecji, uzyskali kon-takt z grupą rozpowszechniającą porno-grafię dziecięcą, a także kręcącą filmy por-nograficzne. Zdobyli ich zaufanie i jako regularni odbiorcy materiałów uczestniczyli w spotkaniach, na których prezentowano materiały. Zdobywali coraz więcej kon-taktów, ustalili, że pedofile korzystali głów-nie z dziewcząt wywodzących się z rodzin patologicznych, w wieku od trzech miesięcy do dwunastu lat, czasem płacili rodzicom, a czasem wykorzystywali ich nieświado-mość i nieuwagę. Na liście ludzi zaangażo-wanych w proceder było wielu znanych prawników, biznesmenów i artystów. W pewnym momencie przekazali swoją wiedzę organom ścigania, co wywołało falę aresztowań i prawdopodobnie ocaliło wiele dziewczyn przed dalszym wykorzystywa-niem. Więcej kontrowersji wzbudza najsłynniej-sza prowokacja polityczna. Dziennikarze TVN, Andrzej Morozowski i Tomasz Sekiel-ski, z pomocą posłanki Renaty Beger na-grali materiał, na którym politycy ówcześ-nie rządzącego Prawa i Sprawiedliwości Adam Lipiński i Wojciech Mojzesowicz, oferowali stanowiska w zamian za wystą-pienie z Samoobrony i popieranie rządu Jarosława Kaczyńskiego. Nagranie oburzyło opinię publiczną, jednak złamało pewną

SPOŁECZEŃSTWO

zasadę prowokacji: zakaz kreowania rzeczywistości. Istnieje możliwość, że to dziennikarze zachęcili posłankę Beger do podjęcia rozmów, więc sytuacja nie od-zwierciedlała rzeczywistości, tylko ją stwo-rzyła. Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich skrytykował działania dwójki redaktorów, jednak ta decyzja wy-wołała podziały w środowisku dziennikar-skim. Dylemat W imię interesu społecznego czasem trzeba poświęcić inne wartości. W czasie wojny pozwalamy zabijać, dozwolone jest aresztowanie osoby (czyli ograniczenie jej wolności), jeżeli istnieje niebezpieczeństwo dla innych. Tak samo prowokacja jest osta- tnią deską ratunku dziennikarza śledczego i póki media będą ją wykorzystywać w do– brym celu, będzie przyzwolenie na takie działania. Można mieć jednak obawy, że w czasie postępującej pogoni za sensacją i upadku etosu dziennikarza, może być wy-korzystywana do złych celów. Jak dotąd jednakże prowokacje czynią wię-cej dobra, niż szkody. Dają społeczeństwu wymierne korzyści i pozwalają wyciągać na światło dzienne nadużycia władzy oraz de-maskować przestępców. Do nadziei na przyszłość uprawnia fakt, że wykorzysty-wanie ich w celach nie służących wyższe-mu dobru będzie ciosem dla mediów i będą one ponosić konsekwencje w czasach, któ-re i tak dla mediów są ciężkie. Jakub Cichuta fot. 1: aalborgstift (CC BY 2.0) fot. 2: NS Newsflash (CC BY 2.0) fot. 3: altemark (CC BY 2.0) Prowokacja dziennikarska to temat dość newralgiczny – zwłaszcza w świetle tej najnowszej, przeprowadzonej przez „Gazetę Polską Codziennie”. Można by się zastanawiać nad zasadnością jej przeprowadzenia, można by toczyć długie dys-kusje nad jej miejscem we współczesnych mediach i związkami z etyką dziennikarską. Warto by się jednak przyjrzeć temu, co ona tak naprawdę obnaża. A jeśli chodzi o tę najnowszą, która niewątpliwie wywołała niemałą burzę w mediach i opinii publicznej, to obnażyła ona niemało.
„SĘDZIOWIE W SPRAWOWANIU SWOJEGO URZĘDU SĄ NIEZAWIŚLI…”
SPOŁECZEŃSTWO

Z wielu miejsc słychać opinie, że dzien-nikarz GPC zrujnował zaufanie Polaków do wymiaru sprawiedliwości. Pytanie brzmi tyl-ko, czy w ogóle było co rujnować… Według sondażu przeprowadzonego przez jeden z lokalnych trójmiejskich portali in-ternetowych, na pytanie „Czy uważasz, że polskie sądy są niezawisłe i niezależne od władz państwa?” aż 71% ankietowanych odpowiedziało „Nie, niezależność sądów to mit”, podczas gdy odpowiedzi twierdzącej udzieliło jedynie 6%. Podobne opinie prze-wijają się przez większość for interneto-wych: „Trzeba przyznać Gazecie Polskiej, że prowokacja udała się znakomicie. Jak na dłoni widać bezmiar głupoty, lizusostwa i dyspozycyjności władzy sądowniczej.”, „Prokuratura powinna postawić zarzuty te-mu sędziemu. Dyspozycyjność wobec wła-dzy to bardzo poważne przestępstwo.”, „Minęło prawie ćwierć wieku, a tu dalej "wicie, rozumicie" załatwia sprawę.” – to tylko niektóre z wielu komentarzy. I cho-ciaż trzeba przyznać, że są i takie, które zdecydowanie potępiają postawę dzienni-karza GPC, to jest ich zdecydowanie mniej. I chociaż prawdopodobnie nie dowiemy się, czy ta fala krytyki jest wyłącznie re-akcją na konkretną sprawę, czy niechęć i brak zaufania do wymiaru sprawiedliwości mają swoje źródło w innych – wcześ-niejszych – doświadczeniach, to warto by-łoby się zastanowić, gdzie w ogóle leży problem. Każde kolejne głośne uniewinnienie czło-wieka, który według opinii publicznej po-winien zostać skazany, spotyka się z po-dobnym przyjęciem. Ilu z nas po tragedii w Norwegii domagało się kary śmierci dla Brevika? Ilu z nas słysząc o kolejnym przypadku molestowania nieletnich doma-ga się kastracji chemicznej? Wiem, te przy-kłady są „graniczne”. Chodzi jednak o pew-

SPOŁECZEŃSTWO

ną zależność – im bardziej obrzydliwe i go-dzące w „publiczną moralność” (idąc za terminologią doktryny prawa) przestęp-stwo, tym surowszej i bardziej spektaku-larnej domagamy się kary. I o ile w przy-padkach najgłośniejszych i najbardziej bul-wersujących z reguły zdajemy sobie spra-wę, że nasze poglądy pozostają w sferze życzeń i postulatów, to tam, gdzie doma-gamy się np. dożywocia, a sędzia wydaje wyrok 25 lat pozbawienia wolności, nie zastanawiamy się nad tym, czy w ogóle można było za to konkretne przestępstwo dożywocie orzec – sprawa jest prosta, sę-dzia był zbyt łagodny. Łatwo jest ferować wyroki sprzed telewi-zora czy znad gazety – dużo trudniej, kiedy wiąże nas Kodeks karny. I tutaj chyba leży pierwszy powód, dla którego nie ufamy wymiarowi sprawiedliwości – nie wiemy, co tak naprawdę sędziemu wolno. Zupełnie inaczej wygląda jednak kwestia zaufania do władzy sądowniczej w sytuacji, jaka miała miejsce w ostatnich dniach. Konstytucja RP twierdzi, że „Sądy i Trybu-nały są władzą odrębną i niezależną od in-nych władz.”, a prawo przewiduje szereg konstrukcji, które mają tę niezależność za-gwarantować (wystarczy przywołać cho-ciażby powyborczą dyskusję o dopusz-czalności sprawowania mandatu posła przez prokuratorów w stanie spoczynku). Cała ta piękna ideologia ma jednak jedną poważną wadę: wszyscy jesteśmy ludźmi i wszyscy chcielibyśmy zajmować lepsze stanowisko, zarabiać więcej i być bardziej szanowanymi w swoim środowisku. I jest to rzecz zupełnie normalna – kto z nas nie

SPOŁECZEŃSTWO

wolałby być dyrektorem, niż sekretarką? Problem pojawia się tylko, kiedy – widząc na horyzoncie choćby odległą perspektywę awansu – zapominamy o tym, co nam wolno, a czego nie. Oczywiście, że sędzia powinien wykonywać swój zawód jak najrzetelniej, unikając wda-wania się w niepotrzebne dyskusje i kon-otacje z politykami. Problem polega jednak na tym, że nawet w tak pięknie ukształ-towanym ustroju sądownictwa jak nasz, nie da się uniknąć związków wymiaru spra-wiedliwości z aktualnym obozem władzy – choćby przez to, że część członków Kra-jowej Rady Sądownictwa (która ma spory udział w powoływaniu i awansowaniu sędziów) wybierana jest przez Sejm (po-mijając już nawet to, że w jej skład wcho-dzi również Minister Sprawiedliwości). I można by mnożyć argumenty na temat wykształcenia prawniczego i jego konie-czności dla sprawowania funkcji sędziego – ale skoro każdy sędzia ma takie samo wy-kształcenie, to czy perspektywa zapew-nienia sobie dodatkowych „punktów” na starcie do awansu nie jest kusząca? Trochę to smutne, że chyba największym problemem, z jakim musi się borykać są-downictwo, jest coś, czego nie da się pra-ktycznie wyeliminować – to, że wszyscy jesteśmy ludźmi i wszyscy chcemy mieć jak najlepiej. Magdalena Kelniarz Fot. 1: Seattle Municipal Archives (CC BY 2.0) Fot. 2: D. Gordon E. Robertson (CC BY–SA 3.0) W ubiegły czwartek Jill Abramson, redaktor naczelna New York Timesa oś-wiadczyła, że w jej dzienniku wypowiedzi nie będzie się już więcej autory-zować, nawet za cenę utraty rozmówców. Wcześniej z autoryzacji zrezygnowały m.in. Reuters i Politico. Czyżby w mediach szykowała się rewolucja?
RZETELNOŚĆ NIEAUTORYZOWANA
SPOŁECZEŃSTWO

„Praktyka autoryzowania wypowiedzi niesie ryzyko, że czytelnicy odniosą błędne wrażenie, iż oddajemy roz-mówcom zbyt wielką kontrolę nad tekstem. W najbardziej ekstremal-nych przypadkach pozwalałaby ona ingerować w teksty rzecznikom pra-sowym. Wprowadzamy w tej sprawie jasne reguły” - ogłosiła redakcja NYT w specjalnym memorandum. O jakich rzeczników prasowych chodziło? Kampania prezydencka w Stanach Zje-dnoczonych wre, zarówno Biały Dom jak i sztab Mitta Romneya bezwzględnie żądają autoryzacji, bo muszą między innymi usu-wać liczne wulgaryzmy tak chętnie używa-ne przez polityków. A może powodem oś-wiadczenia była sierpniowa wpadka dzien-nikarza NYT Marka Mazettiego, który tekst swojej koleżanki wysłał przed publikacją do znajomego - rzecznika prasowego CIA?

SPOŁECZEŃSTWO

Musi być mięsnie Jak stwierdził poproszony o komentarz do oświadczenia Abramson Piotr Najsztub, „najnudniejsze wywiady to te autoryzowa-ne”. Powiedział to z perspektywy i dzien-nikarza, i czytelnika. Żeby gazeta się sprze-dawała, musi być intensywnie. To znaczy w tekście musi być dużo tzw. „mięsa”, jak w żargonie dziennikarskim określa się in-formacje przyciągające uwagę odbiorców. Szok, oburzenie, zaskoczenie, gniew, ob-rzydzenie, rozpacz. I skandal. Pozytywne emocje sprzedają proszek do prania albo wycieczkę do Tajlandii, ale nie gazetę. Pod-czas autoryzacji, szczególnie w przypadku „ważnych” osób, znika większość stwier-dzeń kontrowersyjnych i niepoprawnych politycznie. Albo pojawiają się sformuło-wania, których celem jest przedstawienie rozmówcy jako dowcipniejszego i bar-dziej elokwentnego, niż w rzeczywistości. Nudny i grzeczny tekst to zły tekst. Dziennikarska fantazja Po co więc autoryzacja? Nie tylko roz-mówcom zdarza się zupełnie zmieniać treść rozmowy podczas jej spisywania. Dzien-nikarze też nie są bez grzechu. Żeby tekst był szokujący, a wypowiedzi zgodne z tezą autora, niektórym zdarza się wkładać w usta swoich rozmówców zupełnie zmy-ślone kwestie. I to autoryzacja właśnie da-je możliwość przeciwdziałania tej karygo-dnej praktyce. Złoty środek Na co dzień jednak autoryzacja pozwala wyjaśnić drobne nieporozumienia, które zdarzają się w każdej rozmowie. Nawet jeśli dyktafon jest włączony, łatwo ulec emocjom. Skróty myślowe, natręctwa ję-zykowe i niemądre stwierdzenia zdarzają się każdemu. W praktyce dziennikarz wy-wiady pisze po prostu od nowa. I tu po-trzebne jest obustronne zaufanie i uczci-wość. Większość naszych wypowiedzi nie nadaje się do druku, bo doskonale widać byłoby każde zająknięcie. Kto nie wierzy, niech się nagra podczas rozmowy ze zna-jomymi. Odpowiedzialność za słowo W Stanach Zjednoczonych autoryzować nie trzeba w ogóle. W Polsce tylko wówczas, gdy rozmówca o to poprosi. Wydaje mi się, że drugie podejście jest zdrowsze, bo po-zostawia obu stronom jakąś formę kontroli. Jednak nie dziwię się postępowaniu re-dakcji NYT. Zazwyczaj zastanawiamy się, co i jak mówimy drugiej osobie i jakie nasz komunikat będzie miał konsekwencje. Dla-czego podczas wywiadów mielibyśmy rezy-gnować z odpowiedzialności za wypowie-dziane słowa? Czy jeśli PR–owiec mógłby wykorzystać autoryzację do kreowania wi-zerunku swojego klienta to czy wywiad jako zapis rozmowy miałby jakikolwiek sens? Poza tym po co w ogóle dziennikarz miałby z kimkolwiek rozmawiać, skoro każ-dy zainteresowany autopromocją mógłby napisać wywiad z samym sobą i wysłać go do redakcji? Aleksandra Bartosik Fot.: US Department of Labor (CC BY 2.0)

FOTORELACJA: FORUM MŁODZIEŻY FOTORELACJA: FORUM MŁODZIEŻY PIĘKNIE OPAKOWANE NIC, CZYLI FORUM MŁODZIEŻY - 28 IX 2012 PAŁAC KULTURY I NAUKI W WARSZAWIE WIĘCEJ na: forummlodziezy.pl

MARSZ, MARSZ
POLONIA
SPOŁECZNY

Pod hasłem „Obudź się, Polsko!” odbył się w Warszawie marsz. Ja osobiście nie czuję się śpiąca, a tylko zażenowana tym, co zobaczyłam, kiedy weszłam w tłum maszerujących ludzi. Oczywiście każdy ma prawo do demonstracji, do wyrażania swojego zdania i nikomu nie będę tego zabraniać. Jednak kiedy spotykam na ulicy taką ilość osób, które pałają taką nie-nawiścią do "innych", zaczynam się bać. Drogę, którą zazwyczaj pokonuję ok. 7 min spacerkiem, tym razem z trudem po-konałam w 30 min. Wiedziałam, że będzie marsz, nie mam innej drogi - nie pozostało nic innego jak po prostu iść przed siebie. Z każdej strony „dopadały” mnie modlitwy, włączone na przenośnych odbiornikach Ra-dio Maryja oraz okrzyki „Tu jest Polska!”, „To był zamach!”. Kiedy byłam już blisko wyjścia z tłumu, który zaczął się w tym momencie głośno modlić, zaczepiła mnie starsza pani, uśmiechnięta, trzymająca flagę Polski oraz mniejszą – ze zdjęciem zmarłej pary prezydenckiej. Zagaiła: „Niech się pani tak nie śpieszy i pomodli razem z nami”. Kiedy odpowiedziałam tej pani, zdecydowanie grzecznym tonem, że po prostu nie chcę i nie mam ochoty się mo-dlić, popełniłam niemalże błąd swojego życia. Pani – oczywiście katoliczka, pełna miłosierdzia dla bliźniego - odpowiedziała mi tonem pełnym pogardy i obrzydzenia: „Nie jesteś prawdziwą Polką!”. Szczerze mówiąc, nie wiem od kiedy bycie Polakiem zależy od tego czy ktoś się modli, czy nie. Poczułam się w jakiś sposób obrażona, jednak przecież nie powinnam, bo ta pani, zagorzała katoliczka na pewno w ten spo-sób okazała mi swoją troskę i miłosierdzie. „Ja dziś byłam na śniadaniu z przyjaciółką i zrobiłyśmy sobie przy okazji spacer po starówce. Gdy już się zaczęli zbierać na marsz, to my powoli zwijałyśmy się do domu. Weszłyśmy do windy (byłyśmy z wózkiem), żeby na dół do Powiśla sobie spokojnie dojść. Wysiadamy, a tam miły starszy pan mówi: "Dwie w windzie, k***y.” Wózek mojego synka niemały, w rzucającym się w oczy kolorze pomarań-czowo–czarnym, a jednak pozostał nieza-uważony.” - pisze mi Patrycja, mama kilkumiesięcznego synka. Jeśli ktoś mi wy-tłumaczy takie zachowanie osób bio- rących udział w marszu, byłabym mu za to

SPOŁECZNY

bardzo wdzięczna. Dzień po całej demonstracji, gdy sie-działam sobie na przystanku i czekałam na autobus, podeszła do mnie starsza pani. Tego dnia akurat zamiast kolejnego marszu odbywał się Maraton Warszawski, zatem wszystkie autobusy kierowane były objaz-dami. Starsza pani głośno narzekała, że: „te sukinsyny blokują Warszawę, bo sobie biegają”. Po proteście drugiej pani, że przecież wczoraj był marsz dla jednych, a drudzy dziś sobie biegają, bo to ich bar-dziej interesuje, spotkała się z takim argu-mentem: „ale marsz, to było coś cudow-nego i pięknego, a bieganie jest okropne i blokuje Warszawę”. Korciło mnie bardzo mocno, aby się odezwać, że w dniu marszu autobusy nie jeździły nawet objazdami, a przejście przez Krakowskie Przedmieście było nie lada wyczynem, a dziś chociaż jest szansa na przejazd. Starsza pani była jed-nak zbyt mocno zajęta narzekaniem na otaczający ją świat i bałagan komunikacyj-ny oraz wychwalaniem pod niebiosa cu-downego marszu „prawdziwych Polaków”. Ja naprawdę nie mam nic przeciwko pro-testom, wyrażaniu swojego zdania i chęci zmian. Jednak nie bądźmy zamknięci na inne poglądy i nie wierzmy ślepo w coś nie-kiedy wręcz idiotycznego. Zacznijmy akcep-tować odmienność zapatrywań drugiego człowieka. Każdy ma swoje racje, jednak nie ma prawa zmuszać do ich przyjęcia ni-kogo innego. Patrycja Rawska Fot.: borowskimateusz (CC BY 2.0) Spęd? Burda? Rokosz?

SPOŁECZNY OBUDŹ SIĘ "Powiedzmy sobie szczerze: żadna ogólnopolska telewizja nie lubi PiS, „Solidarności” oraz „słuchaczy Radia Maryja i widzów TV Trwam”."

Włączając „Szkło kontaktowe” na TVN wie-czorem zazwyczaj powinno się być goto-wym na to, że prowadzący program saty-rycy większość swoich ciosów wyprowadzą w kierunku Jarosława Kaczyńskiego i jego partii. Tym bardziej zastanawiające było sobotnie wydanie tego programu, bo po marszu „Obudź się Polsko!” redaktor pro-wadzący na temat wiecu nie powiedział ani jednego złego słowa. „Dużo ludzi”, „Brak incydentów” – tylko to mogli usłyszeć zszokowani sympatycy ”Szkła”. Pokazano skrót całości wydarzenia, a następnie pod-jęto już inny temat. Czyżby wrogie Kaczyń-skiemu i o. Rydzykowi środowisko nie po-trafiło znaleźć haków? A może haków po prostu nie ma? Jakieś są na pewno, ale przypuszczalnie są nimi drobne incydenty zdarzające się przy każdym takim wiecu. I stanowią część marginalną wydarzenia, co należy docenić, bo pochód zebrał na-prawdę ogromną grupę ludzi – to naj-większy marsz w historii III RP. „Nie mogłem przejechać, do cholery jas-nej!”. Istotnie, przejechać nie mogłeś – kiedy powoli zaczynały się trzy główne wystąpienia sobotniego wieczoru na Placu Zamkowym, ogon wiecu sterczał jeszcze na rondzie de Gaulle’a – tyle ludzi pojawiło się, by kontestować obecną sytuację i dzia-łania władzy. Tym, którzy przejechać nie mogli współczujemy umiarkowanie, bo Ra-tusz ostrzegał o problemach komunikacyj-nych, które prawdopodobnie wystąpią. Rozważając hasła, pod których banderą maszerowali ludzie, trudno nie przyznać im słuszności. Oczywiście nie chodzi nam o „TO BYŁ ZAMACH” – wykluczyć takiej tezy nie można (zdziwionym tym zdaniem

SPOŁECZNY

polecamy lekturę wyników badań doktora Szuladzińskiego, któremu jeszcze nikt nie udowodnił braku racji, choć wielu już go wykpiło za pomoc Zespołowi Parlamentar-nemu Antoniego Macierewicza), ale niosący tego typu napisy są jednymi z tych, którzy od dwóch lat skutecznie blokują dostęp Kaczyńskiemu do władzy – z nich naj-łatwiej PR–owcom drużyny Platformy zrobić pomyleńców, nimi najłatwiej po-szczuć Polaków wahających się przy ur-nach. Skoncentrujmy się jednak na postulatach pochodu. Czego oni chcieli? Najłatwiej postulaty będzie klasyfikować według przywódców. Ojciec Tadeusz Ry-dzyk oczywiście liczy na miejsce na multi-pleksie. Sprawa jest zawiła i wygląda nie-ładnie, bo Krajowa Rada Radiofonii i Te-lewizji przedstawiła niejasne argumenty rzekomo potwierdzające słabą sytuację fi-nansową fundacji o. Rydzyka Lux Veritatis. Sam szef KRRiT – Jan Dworak – wypadał zdecydowanie średnio w programach, w których przyszło mu bronić decyzji Kra-jowej Rady, której przewodzi (np. 16 lute-go 2012 roku w programie „Bliżej”). Co prawda KRRiT planuje na jesieni „dogryw-kę” o miejsce na pierwszym multipleksie, jednakże broniący TV Trwam polityk Artur Zawisza ironizuje w jednej z prywatnych telewizji: „Proszę powiedzieć pokerzyście, że wygra w drugim rozdaniu”. Piotr Duda – przewodniczący „Solidarności” wypadł zdecydowanie najlepiej. Ile ugrał śmiałymi wypowiedziami, czas pokaże. A zakwalifikować do nich należy stanowczą polityczną deklarację, w której zakomu-nikowane zostało jasno poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości oraz Solidarnej Polski w walce o przejęcie władzy. Jednakże pierwszym tematem poruszonym przez Du-dę była wolność słowa i sprawa Telewizji Trwam, a wszystko to okraszone odwoła-niem się do trzeciego postulatu sierpnia 1980 roku. Następnie przewodniczący „So-lidarności” wspomniał o wieku emerytal-nym i umowach śmieciowych, czyli rze-czach dla „Solidarności” najważniejszych. Wielu nawet sympatyzujących z prawicą publicystów obstaje przy podwyższeniu wieku emerytalnego, jednakże trudno dzi-wić się niezadowoleniu związkowców – warto zestawić sobie słowa Piotra Dudy z ostatnimi głośnymi badaniami OECD, z których wynika, że Polacy generują bar-dzo mały PKB w stosunku do ilości godzin pracujących – to znaczy, że pracujemy nie-wydajnie, a płace są nieadekwatnie niskie. Roztkliwiając się nad zdolnościami retory-cznymi Piotra Dudy wspomnieć należy o słowach: „Donald Tusk powiedział, że nasze miejsce jest na ulicy. No, to jesteś-my na ulicy, Panie Premierze!” Jarosław Kaczyński wypadł wyjątkowo ma-ło agresywnie, przemawiał dosyć ogólnie. Nadrabiali za niego prowadzący ze sceny, co – w naszym przekonaniu – trochę niszczyło efekt całości (mowa o okrzykach Krzysztofa Szczerskiego). Trudno powie-dzieć, czy to kolejna zmiana taktyki ze strony szefa PiS, który chyba wie, że wojnę na PR przegrał już dawno. I im więcej sły-

SPOŁECZNY

chać będzie o zamachu, im więcej o Tar-gowicy i zdrajcach, tym lepiej wykorzystają to jego oponenci. Dlatego też podobnych sformułowań nie używał. Próbował wykrze-sać z siebie nieco charyzmy. Trudno nie przyznać racji Jarosławowi Kaczyńskiemu upominającemu się o Smoleńsk, zwłaszcza w świetle ostatniego, skandalicznego faktu pomyłek przy identyfikacji ciał ofiar. Na-leży przypuszczać, że sprawa katastrofy była jednym z motorów napędowych całe-go wiecu. A kolejne ekshumacje ciał mają nadejść. Zbigniew Ziobro i jego Solidarna Polska w zasadzie na marszu się jedynie pokazali, to był ich cały udział. Były minister spra-wiedliwości w rządzie Jarosława Kaczyń-skiego przemawiał na początku, ale jego marzeniem był występ na Placu Zamko-wym. Do tego jednak nie doszło – nie zos-tał wpuszczony na scenę. Media społecznościowe po stronie moherów Powiedzmy sobie szczerze: żadna ogól-nopolska telewizja nie lubi Prawa i Spra-wiedliwości, „Solidarności” oraz „słuchaczy Radia Maryja i widzów TV Trwam”. Dlatego nie były one zainteresowane tym, żeby pokazać marsz w całej okazałości. Poja-wiały się więc głosy, że dobierają takie ujęcia, na których nie widać do końca tej rzeki ludzi, która szła przez Warszawę. Nie pokazywano także obrazów, które mogłyby zaburzyć opinię, że w marszu biorą udział tylko starsze panie i agresywni związ-kowcy. I tę próżnię wypełniły media społecznościowe, a zwłaszcza dwa serwisy: Twitter i Instagram. Na marszu obecnych było wielu blogerów i dziennikarzy, którzy zdawali na Twitterze relacje praktycznie z każdego kroku marszu. Na zdjęciach można zobaczyć rodziny z dziećmi, jak i młodych ludzi, także z zagranicy (a kon-kretnie z Włoch). Nie taki diabeł straszny jak nim straszą W przypadku wielkich manifestacji straszy się możliwością przemocy, a najgroźniejsze tego typu wydarzenia, to marsze, w któ-rych uczestniczą podobno tylko mohery – starsze panie w beretach słuchające Radia Maryja. Z samej specyfiki mediów wynika fakt, że pożądane są relacje mówiące o bójkach czy innych formach agresji. Jed-nak w tym wypadku dziennikarze ponad-przeciętnie życzyli sobie, aby pojawiło się coś nadającego się do oznajmienia światu o brutalności PiSu, związkowców i telewi-dzów TV Trwam. Pod tym względem Marsz okazał się katastrofą. Pojawiło się tylko kilka drobnych informa-cji: pracownica TVP Info została lekko po-szarpana, a jeden mężczyzna splunął na kamerę Polsatu, przy czym po chwili prze-prosił, bo myślał, że to TVN. Poza tym - spokój, co najlepiej podkreśla wypowiedź dziennikarza TVN Krzysztofa Skórzyńskiego na Twitterze: „Przeszedłem trzy razy przez cały tłum. Zero agresji :)”. Tłumy starszych moherów, nie okazały się śmiertelnie za-bójcze. Nawet dla dziennikarzy z TVN–u. Jakub Cichuta Sebastian Makaruk Początek rywalizacji w fazie grupowej europejskich pucharów przyniósł Francu-zom mieszane emocje. Duże rozczarowanie w postaci porażki Lille w Lidze Mis-trzów zrekompensowały wysoka wygrana Paris Saint–Germain w tych samych rozgrywkach oraz zaskakująco dobre wyniki trzech zespołów w Lidze Europej-skiej. Szczególnie ten ostatni fakt wzbudził spore zadowolenie nad Sekwaną.
ŚRODEK CIĘŻKOŚCI
SPORT

Jak pisaliśmy w kwietniu (w numerze 67), Francja utraciła piąte miejsce w klubowym rankingu UEFA na rzecz Portugalii. Był to dzwonek alarmowy dla francuskiej piłki nożnej, spowodowany w dużej mierze słabymi występami tamtejszych zespołów w mniej prestiżowym spośród europejskich pucharów. Pierwsza seria gier w ich kolej-nej edycji pokazała, że Francuzi zaadreso-wali problem. Trenerzy Olympique’u Lyon, Girondins Bor-deaux i Olympique’u Marsylii – odpowied-nio: Rémi Garde, Francis Gillot i Élie Baup – wystawili do gry silne jedenastki, zbliżone do tych, które desygnują do gry w me-czach ligowych. Znalazło to odzwiercie-dlenie w rezultatach. Lyon pokonał przed własną publicznością Spartę Praga 2:1, Bordeaux rozgromiło u siebie belgijską Bru-gię 4:0, podczas gdy Marsylia zremisowała na trudnym terenie w Stambule przeciwko Fenerbahçe 2:2, mimo że przegrywała już

SPORT

w tym spotkaniu różnicą dwóch goli. Poważne potraktowanie gry w Lidze Euro-pejskiej od (w przypadku Marsylii i Borde-aux) rund kwalifikacyjnych wynika również z pewnego, szczęśliwego zrządzenia losu. Tak się bowiem złożyło, że tercet klubów reprezentujących Francję w tych rozgryw-kach w tym sezonie regularnie na prze-strzeni ostatnich kilku lat występował w Li-dze Mistrzów. Tym samym jest niejako „przyzwyczajony” do konieczności godzenia gry w Ligue 1 ze spotkaniami w europej-skich pucharach. Ponadto, są to kluby wy-soko notowane w rankingu UEFA, dzięki czemu były rozstawione z pierwszego kos-zyka w losowaniu grup. "Trenerzy (...) wystawili do gry silne jedenastki (...). Znalazło to odzwierciedlenie w wynikach." Dobre występy w Lidze Europejskiej w tym sezonie są o tyle istotne, że paradoksalnie, mniej doświadczone francuskie zespoły za-kwalifikowały się do rozgrywek Ligi Mi-strzów. Mistrz kraju, Montpellier, rywalizuje w elicie po raz pierwszy w blisko 40-letniej historii klubu. Wicemistrz, Paris Saint–Ger-main, awansował do Champions League po ośmioletniej przerwie. Jedynie trzeci ucze-stnik, Lille, brał w niej udział w przekroju kilku minionych sezonów. Ten fakt także został zilustrowany w do-tychczasowych wynikach. Montpellier – mi-mo dobrego występu – przegrało na wła-snym stadionie z Arsenalem 1:2 i ma nie-wielkie szanse na wyjście z grupy. Lille za-wiodło, ulegając u siebie mistrzowi Białoru-si, BATE Borysów, 1:3 w teoretycznie naj-mniej wymagającym spośród sześciu me-czów. Jedynie pełne gwiazd PSG zwycięży-ło na inaugurację, ogrywając na Parc des Princes Dynamo Kijów aż 4:1. Niewielkie doświadczenie paryżan na tym poziomie, każe ostrożnie spoglądać jednak na ich szanse w perspektywie kolejnych spotkań. Awans wszystkich sześciu drużyn do fazy grupowej Ligi Mistrzów czy Ligi Europej-skiej oraz osiągane jak na razie rezultaty, już pozwoliły Francji ponownie wyprzedzić Portugalię w klubowym rankingu UEFA. Co więcej, ma ona niewielką stratę do konsek-wentnie spadających w notowaniu Włoch. Może się zatem okazać, że dzięki dobrym występom w Lidze Europejskiej, Francja nie tylko znowu poprawi swoją pozycję, ale awansuje aż na czwartą lokatę. Wojciech Falenta fot.: alexdecarvalho (CC BY 2.0) KTO NOWYM
PREZESEM
SPORT

PZPN? Wybory na prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej zbliżają się wielkimi krokami. Już za niespełna miesiąc, a dokładnie 26 października, poznamy nowego szefa tej organizacji. Dziś już wiemy, że z wyborów wycofał się obe-cny prezes Grzegorz Lato, za co cała piłkarska Polska jest mu bardzo wdzięczna. Kim są kandydaci? Mówi się, że perspektywy nie są złe, ale czas wszystko pokaże. Kandydat numer jeden, Stefan Antkowiak, urodzony 8 kwietnia 1948 roku w Pozna-niu, jako piłkarz nie osiągnął zbyt wiele, ponieważ w swojej karierze doszedł tylko do młodzieżowych sekcji Lecha Poznań. Wielkim jego plusem jest jednak to, że w latach 86-92, sprawował funkcję wice-prezesa Kolejorza. Od roku 2000 sprawuje natomiast funkcję prezesa Wielkopolskiego Związku Piłki Nożnej. Na plus należy zali– czyć także doświadczenie w kierowaniu or-ganizacjami piłkarskimi. Wiek pana Stefana może być jednak przeszkodą i słabością. Osobiście uważam, że do Związku powinno zawitać trochę polotu i finezji, którego często brakuje starszym ludziom. Kandydat numer dwa, Zbigniew Boniek, urodzony 3 marca 1958 roku, jest jednym z głównych faworytów do przejęcia schedy po Grzegorzu Lacie. Popularny „Zibi” uzna-wany jest za jednego z najwybitniejszych polskich piłkarzy. Grał w takich zespołach jak Widzew Lódź, Juventus Turyn czy AS Roma. Z Juve triumfował w Pucharze Eu-ropy w 1985 roku. Na plus można zaliczyć doświadczenie za granicą, które niewąt-pliwie może przydać się do wprowadzenia szeregu innowacji w naszym Związku. Na minus - brak praktycznego doświadczenia na najwyższych stanowiskach. Boniek bez wątpienia jest jednym z najpoważniejszych kandydatów i osobiście popieram jego kan-dydaturę ze względu na misyjne podejście do sprawy. Kandydat numer trzy, Roman Kosecki, uro-dzony 15 lutego 1966 roku, były reprezen-tant i kapitan Polski, gwiazda takich zespo–

SPORT

łów jak Legia, Osasuna czy Atletico Madryt. Na plus można zaliczyć stosunkowo młody wiek, szacunek w środowisku piłkarskim oraz podejście do młodzieży. Miałem oka-zję osobiście poznać pana Romana pod-czas wizyty w Mazowieckim Związku Piłki Nożnej i muszę przyznać, że z naszej poga-wędki dało się wywnioskować, że chce stawiać na młodzież i będzie to robił, np. w środowisku sędziowskim. Na minus - podobnie jak Boniek, nigdy nie sprawował funkcji kierowniczych. Założył jedynie szkółkę piłkarską, Kosa Konstancin, której jest prezesem. Obok Zbigniewa Bońka jest głównym kandydatem do przejęcia funkcji prezesa. "Kim są kandydaci? Mówi się, że perspektywy nie są złe, ale czas wszystko pokaże." Kandydat numer cztery, Edward Potok, urodzony 20 lutego 1951 roku, mocno związany ze sportem. Ukończył warszawski AWF, a w przeszłości był zawodowym żołnierzem. Podczas służby większość cza-su poświęcał zajęciom sportowym. Dziś pełni funkcję prezesa Łódzkiego Związku Piłki Nożnej oraz członka zarządu PZPN, co można uznać za duży plus. Na minus - nie-wątpliwie doświadczenie zdobyte przy kie-rowaniu Łódzkim Związkiem jest cenione, jednak obawiam się, że Pan Edward może

SPORT

być jednym z tzw. Leśnych Dziadków i mieć nawyki, które tak mocno rażą wszy-stkich przeciwników Grzegorza Laty. Kandydat numer pięć, doskonale wszystkim znany Zdzisław Kręcina, urodzony 28 kwietnia 1954 roku, obecnie były działacz PZPN. Ostatnimi czasy znany z wielu afer, między innymi z afery alkoholowej i taśmo-wej. Choć powiem to niechętnie, plusem pana Zdzisława niewątpliwie jest doświad-czenie, jednak to chyba jedyna pozytywna rzecz, jaką można o nim powiedzieć. Stary wyjadacz i prawa ręka najgorszego w his-torii prezesa związku. Lepiej dla wszystkich będzie, jeżeli pan Kręcina zniknie z polskiej Piłki. Wybory zapowiadają się niezwykle cieka-wie. Przede wszystkim dlatego, że w końcu na horyzoncie pojawili się sensowni kan-dydaci. Jak na mój gust, największe szanse mają Zbigniew Boniek i Roman Kosecki, jednak mam nadzieję, że bez względu na wynik w końcu doczekamy się lepszych czasów i będziemy mogli być dumni z na-szej reprezentacji. Maciej Dziubiński fot. 1: Eva Rinaldi Celebrity and Live Music Photographer (CC BY 2.0) fot. 2, 3: DrabikPany (CC BY 2.0) MÓZG, GLEJ
I KANIBALE
NAUKA

Mózg. Niepoznany i tajemniczy. Na pierwszy rzut oka to zwykła, ponad kilogramowa masa w niezrozumiały sposób ułożona w kształt przypomina-jący półkole. Gdzie kryje się jego moc? Na większości schematów w podręcznikach mózg jest kolorowy – ta część odpowiada za ruch, ta za wzrok, a jeszcze inna za uczenie się. W rzeczywistości narząd ten jest jasnoróżowy. Dlatego studenci medy-cyny swoje pierwsze dni na uczelni za-czynają od sekcji zwłok. Nie dość, że potrafi ona ukazać lepiej niż jakikolwiek schemat złożoność ludzkiego organizmu, to jeszcze dowodzi, że w praktyce nic nie jest takie kolorowe. Niech przed waszymi oczami pojawi się irytacja dziewiętnastowiecznych medyków, którzy w swojej naukowej pracy badali tę różową papkę. Nie potrafili pojąć, jak to wszystko może działać. Ukazuje się tutaj poetycka dusza neurologa – mgliste pojęcie na temat umysłu stało się natchnieniem dla stworzenia funkcjonującej do dzisiaj nazwy „istota szara”. Wraz z istotą białą, substan- cja szara wypełnia ośrodkowy układ ner-wowy. Nie myślcie jednak, że istota biała jest lepiej poznana. Po prostu – i tutaj już bez żadnej symboliki – owe zbiorowisko przewodów (aksonów) łączących odległe od siebie neurony jest białe, a o samej substancji do niedawna myśleliśmy (nie: wiedzieliśmy), że odgradza różne obszary w mózgu. Dzięki najnowszym badaniom pogląd ten wydaje się być co najmniej naiwny. Już ze szkoły wiemy, że neurony można porównać do sieci elektrycznej. Impuls (oczywiście elektryczny) wędruje z dendry-tu do aksonu, a stamtąd przez szczelinę synaptyczną do kolejnej komórki nerwo-wej. Sądząc jednak, że to wszystko, znaj-dujemy się w poważnym błędzie. Akson osłania osłonka mielinowa. Jest ona ele-mentem gleju – struktur komórkowych, które wypełniają większość mózgowia i ob-wodowego układu nerwowego. Do tej pory sądziliśmy, że stanowią one jedynie źródło substancji odżywczych i izolację dla praw-dziwych „herosów”, jakimi są neurony, a co najwyżej pełnią kilka pomniejszych funkcji. Komórki glejowe stać jednak na więcej.

NAUKA

Mogą nie tyle co pomagać, a sterować neuronami. Odgrywają ważną rolę w na-prawianiu groźnych urazów, ich ubytki prowadzą do chorób psychicznych, a sam glej rządzi odczuwaniem bólu. Wrogi glej Złośliwy nowotwór mózgu, zwany pow-szechnie guzem mózgu, rośnie z powodu rozwścieczonych komórek, które mnożą się bez opamiętania. Uciskając ważne sfery mózgu i zaburzając jego prawidłowe funkcjonowanie, komórki raka bez leczenia prowadzą do strasznej śmierci. Jedno wie-my na pewno – guz mózgu nie ma nic wspólnego z komórkami nerwowymi, które ze swojej natury nie mają zdolności po-działu. A to właśnie nieprawidłowe namna-żanie się komórek jest przyczyną nowo-tworu. Podejrzanymi numer jeden stają się więc komórki glejowe. Nawet guzy nerwów obwodowych wywodzą się z gleju, a dok-ładniej z komórek Schwanna – osłonek mielinowych pokrywających tego typu ner-wy. "(...) nieprawidłowe namnażanie się komórek jest przyczyną nowotworu." Wyobraźcie sobie teraz gnijące jabłko. W miejscu obicia pojawia się zgnilizna, która szybko rozprzestrzenia się na cały owoc. W jaki sposób to banalne po-równanie może nam pomóc w zrozumieniu kolejnej funkcji komórek glejowych, jaką jest naprawa po poważnym urazie rdzenia kręgowego czy mózgu? W dużym uproszczeniu: gdy dojdzie do urazu, stożki wzrostu aksonów rozpoczy-nają odbudowę „kikutów” – pozostałości po zniszczonych połączeniach nerwowych. Niestety, na drodze pojawiają się złoczyńcy – białka, które hamują prawidłową napra-wę, dobijając do tego zdrowe neurony. Skutek tego jest oczywisty – paraliż do końca życia. Mam nadzieję, że teraz widzi-cie sens wcześniejszego porównania. Szalony glej Ludy Fore pochodzące z Nowej Gwinei na-zywają siebie „Leśnymi Ludźmi”. Ich oby-czaje były dawniej przynajmniej... niesma-czne. Zjadając mózgi zmarłych (również sproszkowane kości z warzywami) zsyłali na siebie śmiertelne zagrożenie. Dotykała ich później wolno postępująca, destrukcyj-na w każdym względzie, choroba o nazwie kuru. Mózgi zbadane w czasie autopsji przypominały gąbkę, a chorowały tylko kobiety i dzieci. Dlaczego? Jaki przedziwny czynnik mógł spowodować zaburzenia ru-chowe i psychiczne? Te pytania pojawiały się w głowie Carletona Gajduska – świeżo upieczonego lekarza pediatrii. Oskarżano go początkowo o zarozumiałość, nadgorli-wość i chamstwo. Wraz z upływem czasu stał się poważanym w całym naukowym

NAUKA

światku naukowcem. Odkrył niespotykaną do tej pory osobliwość – prion. W wierzeniach prymitywnych ludów Nowej Gwineti mężczyzna nie może zjeść ciała ko-biety (podobno jest to dla niego niebezpie-czne) ani drugiego mężczyzny, ponieważ może to go pozbawić sił do walki z wro-giem. Dzieci zaś jedzą wszystko, co dadzą im matki. Czy już nasuwa się wam odpo-wiedź na pytanie, dlaczego mężczyźni byli zdrowi? Gajdusek doszedł do wniosku, że chorobą można było się zarazić po zjedzeniu za-rażonego kuru ciała. Choroba była zakaź-na, zaś badania histologiczne (tkanek) po-kazały, że problemów zdrowotnych nie po-wodowały wirusy. Zakazano kanibalizmu i epidemia przycichła. W 2006 roku bada-cze powrócili na wyspę i ze zdumieniem odkryli, że jeden z przypadków „choroby drżących rąk” ujawnił się dopiero po 56 latach od zjedzenia zmarłego. Podobne objawy wystąpiły podczas pow-szechnie znanej zarazy wściekłych krów (vCJD) oraz przy przeszczepach części ciała od osób zarażonych chorobą (CJD). Długi czas inkubacji (od zarażenia do wy-stąpienia pierwszych symptomów) powo-duje, iż niewykluczone, że osoby, które zjadły dwadzieścia lat temu wołowy stek, mogą nie dożyć swojej choroby... Winowajcą zdaje się tu być nieprawidłowe białko PrP, które wpływa na mikroglej

NAUKA

(powszechnie uznawany za układ odpor-nościowy układu nerwowego), prowadząc do zaburzeń w przesyłaniu impulsów elek-trycznych pomiędzy synapsami. Istnieje powszechna teza, iż mikroglej przez kilka-naście, a nawet kilkadziesiąt lat toczy ol-brzymią walkę pomiędzy złowrogimi siłami. Niestety, po jakimś czasie przegrywa tę batalię, a chorzy zaczynają powoli umierać. Choroba prionowa jest chorobą czysto neu-rologiczną, ale dotykającą i ciało, i umysł. W schizofrenii jedynie umysł jest poz-bawiony zdrowego i racjonalnego osądu. Najlepiej opisuje to Ian Chovil na swoim blogu. Najgorsze w tej chorobie okazało się dla niego wykluczenie społeczne, wielce niezrozumiałe, ponieważ problem ten do-tyka aż 1% naszego społeczeństwa, a wśród schizofreników mamy przecież mniej zabójców, niż wśród alkoholików. W autopsji mózgów chorych nie tylko na schizofrenię, ale także na ciężką depresję czy inne schorzenia psychiczne, zauwa-żalny jest znaczny ubytek niektórych ko-mórek glejowych, zapewne spowodowany nieprawidłowym przesyłem informacji w naszym mózgu. Ostatnio u pacjentów zidentyfikowano kilkanaście nowych ge-nów, odpowiedzialnych za owe zaburzenia. Ważny glej Jak przeciwdziałać przewlekłemu bólowi, towarzyszącemu rwie kulszowej czy nowo-tworom? Ból czasami bywa nie do znie– sienia, ale w ogólnym rozrachunku jest niezbędny do przeżycia. Osoby chore na wrodzoną obojętność na ból (połączoną z anhydrozą, w skrócie CIPA) umierają zwykle tuż po przekroczeniu dorosłości. Nie odczuwają bólu, nie rozróżniają nawet skrajnych temperatur, również się nie po- cą. Często łamią sobie kości; patrząc w słońce i nic nie czując ślepną; nie wie-dzą, kiedy załatwić podstawowe potrzeby fizjologiczne, a jedząc mogą sobie odgryźć kawałek języka. Z drugiej strony mamy osoby, które od lat cierpią na silny, przejmujący ból. Co wydaje się być dziwne, u niektórych osób – wyleczonych po ciężkim urazie – ból się nasila. Nie potrafimy wyobrazić sobie cier-pienia, które popycha te osoby ku samo-bójczej śmierci. Richard Pacey, doskonały adwokat, doznał uszkodzenia rdzenia krę-gowego w wypadku samochodowym. Szczęśliwie wyzdrowiał, ale ból towarzyszył mu jeszcze dłużej, aż w końcu wsadzono go do więzienia na dwadzieścia pięć lat za fałszowanie niebotycznej liczby recept na leki narkotyczne potrzebne do zmniejszenia potwornego bólu. Będąc więźniem dosta-wał od władz stanowych odpowiednie daw-ki leków, umożliwiających mu normalne funkcjonowanie. Historia kończy się dobrze cztery lat później, kiedy to gubernator Crist ułaskawia Richarda. Co sprawia, że neurony wymykają się spod kontroli? Tak, tak, to nic innego jak ko–

NAUKA

mórki glejowe. W momencie, w którym czytacie to zdanie, badacze w pocie czoła pracują nad lekami przeciwbólowymi działającymi na mikroglej, komórki produu-kujące substancje (cytokiny i chemokiny) odpowiedzialne za nadmierne pobudzenie neuronów. Kiedy komórki nerwowe zostają uszkodzo-ne, dają znać innym o swoich problemach, wydzielając związek chemiczny (fraktal-kinę), docierający do mikrogleju. Ten osta-tni reaguje natychmiastowo – pędzi z po-mocą, wydzielając na neurony masę cy-tokin. Czujemy ból. Gdy mamy pecha, utrzymuje się on nawet po regeneracji neuronu. Gdy badacze zastosowali u szczu-rów lek blokujący receptory fraktalkiny w mikrogleju, zwierzęta przestały odczu-wać nienaturalny ból. To prawdziwy prze-łom w świecie medycyny, który niesie powiew świeżości i bardzo ważny krok w stronę rozszyfrowania naszego mózgu. Kamil Aftyka Dla głodnych wiedzy polecam doskonałą książkę R.Douglasa Fieldsa: „Drugi mózg. Rewolucja w nauce i medycynie” nakładem wydawnictwa Prószyński i S–ka Fot. 1: jepoirrier (CC BY–SA 2.0) Fot. 2: aigarius (CC BY 2.0) Fot. 3:Functional Neurogenesis (CC BY 2.0)

OKIEM WIDGETA