Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

"Outro" zdobywa Warszawę strona 5 wokół kultury strona 6 pasja, energia i zaangażowanie strona 7 brutalna gra strona 9 płyta koloru krwi strona 12 pośród wielu wątpliwości strona 13 drugi kierunek studiów: wstyd i hańba! strona 15 wykład z celebrytą strona 18 polsko - litewski projekt badawczy strona 22 workcamp strona 24 nieuchwytny posłaniec bogów strona 26 zgłębianie Warszawy strona 30 czy Mou znów będzie wielki? strona 32 futbolowy sukces na krańcu świata strona 35 PROFESOR ZE SZKLANEGO EKRANU

Outro Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl ISSN: 2299 - 5242 Redaktorzy naczelni: Monika Toppich, Kamil Wiśniowski Zastępca: Paulina Zguda, Marek Suska Sekretarz redakcji: Magdalena Wąwoźna Redaktor prowadzący: Justyna Majchrzak Korekta wydania: Martyna Kłopeć Fotoedycja wydania: Adam Białek, Kamil Aftyka Projekt okładki: Patryk Skoczylas Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Patrycja Rawska (społeczeństwo), Aleksandra Bartosik (społeczeństwo), Maciej Dziubiński (sport), Agata Andrzejak (korekta), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy). Korekta: Agata Andrzejak, Nina Bezpałko, Faustyna Cisło, Justyna Dubaj, Agnieszka Dydacka, Maria Gołaszewska, Agata Hajduk, Martyna Kłopeć, Patryk Łowicki, Cyntia Schmidt, Wojciech Żywolt. Graficy: Angelika Marchewka, Jarosław Stępień, Adam Białek, Patryk Skoczylas. Zdjęcie na okładce: Slawek's (CC BY–SA 2.0)

Urokiem XXI wieku jest fakt, że nieważne co zrobisz, będąc w telewizji, ważne, że tam jesteś. Skoro miliony mogą Cię oglą-dać w porze największej oglądalności, niewątpliwie jesteś najlepszym kucha-rzem/nianią/psychologiem i – uwaga, to najnowszy wynalazek – wykładowcą na uczelni. Jasne, wśród celebrytów na uniwersytecie znajdziemy paru nadających się do roli pedagoga, ale ilu z nich zawdzięcza kolejny fach nazwisku? I czy ich obecność dodaje nam wiedzy, czy zaśmieca mózg? Warto kształcić się naukowo, skoro nasze miejsce może zająć osoba, która bardziej niż nad książkami i współpracy ze studentami sku– piała się na planowaniu nowego skandalu? A może dramatyzuję i niepotrzebnie wie-szczę kres polskiej edukacji. Przecież stu-dent nie osioł, uczy się we własnym za-kresie, wykładowców też ocenia nie pod względem ich atrakcyjności medialnej, tyl-ko tego, jak przystępne są ich zajęcia. Może mimo wszystko, obecność gwiazdy zwiększy atrakcyjność kierunku i pojawią się na nim osoby, które wcześniej o takim wyborze nawet by nie pomyślały? Paulina Małe sprostowanie: w Outro numer 89 autorem zdjęcia ze strony 27 jest Warren Noronha

FOTORELACJA: SPOTKANIE REDAKCYJNE "OUTRO" ZDOBYWA WARSZAWĘ





PASJA, ENERGIA

RECENZJA PŁYTY

I ZAANGAŻOWANIE Mumford & Sons są jedną z tych formacji, które trudno potraktować obojętnie. Pochodzą z Londynu i właśnie tam, u boku Laury Marling i Johnny'ego Flynna kształtowali lokalną scenę folk rocka, która stała się ewenementem na skalę światową. Marcusa Mumforda i jego kolegów wyróżniają ogromna pasja, energia i zaangażowanie. Te trzy cechy są doskonałą definicją dla premiero-wego, drugiego w ich karierze albumu - „Babel”. Polscy fani mieli okazję posłuchać ich na żywo podczas tegorocznej edycji Heineken Open'er Festival, podczas którego występowali jako jedna z głównych gwiazd. Ostatnich 18 miesięcy zespół spędził bardzo intensywnie: ustawiczna trasa koncertowa, tworzenie nowego materiału, a w przerwach między występami nagrywania w kilku brytyjskich studiach muzycznych, m.in. w Londynie, Devon i Somerset. Owoce ich ciężkiej pracy są jak najbardziej zadowalające. Nowa płyta nie wprowadza fundamentalnych zmian w brzmieniu, aczkolwiek pod względem natężenia emocji oraz charakteru tekstów sprawia wrażenie mocniejszej i odważ-niejszej od debiutu. „Hopless Wanderer” i „Lover Of The Light” to bez wątpienia najlepsze pozycje na track liście. Te dwa utwory najlepiej odzwierciedlają schemat

RECENZJA PŁYTY

większości kompozycji zespołu, czyli niepozorne, wyciszone wstępy, które po kilku minutach rozwijają się w podniosłe i poruszające pieśni. Na uwagę zasługuje również bardzo klimatyczny tytułowy numer, wyróżniający się lekko tanecznymi rytmami. Wszak wszystkie piosenki trzymają wysoki poziom, a w każdej można dostrzec coś wyjątkowego i godnego zapamiętania. Jedyny nasuwający się mankament to kwestia miksu. Podejrzewam, że spowodowane jest to dostosowaniem się do rozgłośni radiowych i różnego typu odtwarzaczy. Ujmuje to głębi i mocy poszczególnym utworom. Pasma są ewi-dentnie ucięte, a taki zabieg odbiera bez -pośredniość przekazu. Mimo to, sposób, w jaki członkowie zespołu operują dźwię-kami, jest urzekający, a wokal Marcusa broni się wyśmienitą techniką. Nie ma również mowy o minimalizmie. Oprócz podstawowych instrumentów pojawia się mandolina, bandżo, akordeon, skrzypce. Każde narzędzie brzmi wyraźnie i se-lektywnie. Można zarzucić grupie, że „Babel” jest swoistym kserem pierwszej płyty, lecz tutaj działa to na plus. Dopracowali swój rewelacyjny styl i po prostu konsekwentnie się go trzymają. Całość skomponowana jest z ogromną świadomością i profesjo-nalizmem. Jestem przekonana, że tym albumem Mumford & Sons zapewnią sobie stałe miejsce w sercach entuzjastów folk rocka. Aleksandra Szeweła Fot. 1: ausnahmezustand (CC BY 2.0) Fot. 2: seriykotik1970 (CC BY 2.0) Jednym z głównych celi Rubena Östlunda, reżysera filmu „Gra”, było wywołanie przez ten właśnie obraz dyskusji zarówno dotyczących rasizmu jak i agresji nieletnich, znęcania się psychicznego i przemocy wśród dzieci oraz struktur, jakie działają w grupach. Udało się, „Gra” już wywołała burzliwe dyskusje w Szwecji, obraz społeczeństwa podzielonego na klasy nie może dla nikogo pozostać obojętny. BRUTALNA
GRA
RECENZJA FILMU

Centrum handlowe, grupa ciemnoskórych nastolatków podchodzi do dwójki dobrze ubranych, zdecydowanie młodszych chło-pców. Pytają o godzinę, kiedy chłopiec wy-ciąga telefon, jeden z nastolatków stwierdza, że komórka nie jest jego, a do-kładnie taka sama została skradziona mło-dszemu bratu - jednemu z jego kolegów. „Jest taki sam, identyczne rysy, to nie mo-że być przypadek” tak argumentuje swoje zdanie i zdecydowanie stwierdza, że spr-awę trzeba jak najszybciej wyjaśnić. Cho-ciaż chłopiec pewny swojego zdania i tego, że telefon należy do niego, od razu za-przecza i zgadza się za namową ciem-noskórych chłopców, opuścić sklep i iść na spotkanie z bratem jednego z nich, do którego miał należeć telefon. W tym momencie zaczyna się okrutna tytułowa gra, w której biali chłopcy z do-brych rodzin stają się ofiarami bezwzglę-dnie znęcających się nad nimi psychicznie biednych, czarnoskórych nastolatków. Film stawia przed nami mnóstwo pytań, ale nie udziela odpowiedzi. Z jednej strony widzimy biednych nastolatków, których nie stać na tak wiele jak bogatych chłopców z dobrych rodzin, których podstępem okradają, stosując wobec nich okrutną przemoc psychiczną. Decyzja jest trudna, ciężko zdecydować jednoznacznie, czy rzeczywiście wszystko jest tak oczy-wiste i czy ofiarami i oprawcami są rzec-zywiście ci, którzy wydają się nimi być na początku. Skłania nas to do jeszcze głębszych refleksji tym bardziej, że film oparty został na faktach. Wszystkim osobom lubiącym ambitne kino, zaangażowane w problemy społeczne go-rąco polecam "Grę”. Wielokrotnie nagro-dzona historia, którą nam opowiada na pewno skłoni do przemyśleń, pokaże prawdziwy obraz podziału klasowego społeczeństwa XXI wieku. Marta Nowacka PŁYTA KOLORU
Nierzadko z zaskoczeniem odkrywamy piękno, którego do tej pory – choć było tuż–tuż – nie dostrzegaliśmy. Jednym z moich największych tegorocznych odkryć było zetknięcie się z twórczością (teraz mogę śmiało napisać - ge-nialnego) Stanisława Staszewskiego, ojca legendarnego Kazika.
RECENZJA PŁYTY

KRWI Ten zmarły w Paryżu w 1973 roku polski poeta, przeżywszy 48 lat obfitującego w najrozmaitsze przygody życia, pozostawił potomności, niestety, niewiele. Wikipedia podaje 27 utworów jego autorstwa, jednak fani zgodnie twierdzą, że wiele pozostało albo nieodkrytych, albo po prostu nieza-rejestrowanych. Publiczność nie poznałaby ich szerzej, gdyby nie zaprezentowali ich w latach dziewięćdziesiątych Jacek Kacz-marski na płycie „Bankiet”, a potem zespół Kult („Tata Kazika” i „Tata 2”). "Płyta cieszy ucho i rozgrzewa ducha." Teraz, po prawie 20 latach, płytę „Mój Staszewski” z własnymi interpretacjami piosenek poety–emigranta wydał Jacek Bończyk, aktor i wokalista. Na płycie możemy usłyszeć towarzyszących mu muzyków: Konrada Kubickiego (bas), Pawła Stankiewicza (gitary), Fabiana Wło -

RECENZJA PŁYTY "Wszystkim preferującym „piosenki z tekstem", a nie papkę serwowaną przez najpopularniejsze stacje radiowe, gorąco polecam tę płytę."

darka (akordeon i fortepian) i Roberta Siwaka (instrumenty perkusyjne). Krążek zawiera 15 genialnych wykonań, które każą się mocno pochylić nad każdym wyśpie-wywanym słowem. Jest to nie tylko "od-grzanie" twórczości zapomnianego autora, ale przede wszystkim zaproponowanie przez Bończyka nowej interpretacji tych piosenek, które są głębokie i refleksyjne, choć raczej pozbawione wielkiego kunsztu poetyckiego. Sam Kazik wypowiada się w podobnym tonie o interpretacjach: „Płyta Jacka jest świetna, bardzo mi się podoba, chwyta piosenki taty z innej strony niż moja i to jest piękne i głębokie.” Całość rozpoczyna i kończy piosenka „Samotni ludzie”. Jest rozmyślaniem na temat zła świata, od którego jedynym ratunkiem jest miłość. To moje ulubione dzieło Staszewskiego – właśnie za melancholię będącą moim stanem duszy i szarość zalewaną w kolejnych zwrotkach „kolorem krwi”. W repertuarze przeplatają się piosenki, w których wyrażana jest tęsknota za ukochaną i związane z tym rozterki („Ty albo żadna”, „Jeśli zechcesz odejść – odejdź”) z piosenkami mającymi wydźwięk polityczny lub prześmiewczy wobec środowiska poetyckiego („Marianna”, „Śmierć poety”, „Bal kreślarzy”). Wyko-nania Jacka Bończyka górują nad propozycjami Kultu, gdyż pozbawione są ciężkiego brzmienia i nadmiernego char-czenia wokalisty (porównajcie "Celinę”). Nie ma zatem na płycie "Mój Staszewski" nieakceptowanego przeze mnie harmidru.

RECENZJA PŁYTY

Jest za to spokojny i wyważony bas grający główną rolę w piosence "Samotni ludzie" czy "Nie dorosłem do swych lat", jest oszałamiająca lekkość gitary w "Mariannie" i zgiełkliwy, ale nadający klimat ulicy, akordeon w umuzycznionym wierszu Gałczyńskiego pt. "Śmierć poety". Zasoo-czeniem jest, że Bończyk również powielił błąd Kultu i w piosence "Samotni ludzie" śpiewa: "majowy dzwon na dnie – gdy zatopiony w drzwi" zamiast "zatopiony – brzmi", co nieustannie budzi we mnie śmiech. "Krążek zawiera 15 genialnych wykonań, które każą się mocno pochylić nad każdym wyśpiewywanym słowem." Wszystkim preferującym „piosenki z teks-tem", a nie papkę serwowaną przez najpo-pularniejsze stacje radiowe, gorąco pole-cam tę płytę, która poprzez swoją dosko-nałość cieszy ucho i rozgrzewa ducha. "Mój Staszewski" Jacka Bończyka to moje wiel-kie tegoroczne odkrycie. Jan Bulak Fot. 1: cogdoblog (CC BY 2.0) Fot.2:Moyan_Brenn_BE_BACK_on_10th_OCT's (CC BY 2.0) Fot. 3: shankhar, shiv (CC BY 2.0) POŚRÓD WIELU
WĄTPLIWOŚCI
RECENZJA KSIĄŻKI

Todd Burpo w książce pt. „Niebo istnieje… naprawdę” opisuje historię swojego syna, który podczas operacji wycięcia wyrostka robaczkowego odwiedził niebo. Rodzina czteroletniego Coltona przeszła bardzo wiele. Problemy zdrowotne ojca dziecka od dawna dawały się im we znaki, koszty leczenia pokrywały prawie całą pensję Todda i jego żony Sonji, jakby tego było mało chłopiec zaczął skarżyć się na bóle brzucha. Po jakimś czasie okazało się, że w jego ciele rozlał się wyrostek robacz-kowy. Potrzebna była natychmiastowa ope-racja, która ocaliła Coltonowi życie. Kilka miesięcy później chłopiec powiedział swoim rodzicom, że podczas śmierci klinicznej, trwającej trzy minuty, opuścił swoje ciało i udał się do nieba. Od tej pory zachęcony przez pytania ojca pastora zasypywał goinformacjami o tym, co czeka nas po śmierci. Z dziecięcą szczerością opowiadał o Jezusie trzymającym go na kolanach, aniołach i Bogu, bardzo kochającym wszystkich ludzi. Ujawniał przy tym wiele szczegółów, pasujących do opisów biblijnych. Chłopiec wspominał także o rze-czach, których nie mógł się dowiedzieć ze szkółki niedzielnej, czy od rodziców czytających mu biblię, gdyż był na takie wiadomości za mały. Opisywał najtrudniej-sze doktryny chrześcijańskie używając prostych słów charakterystycznych dla czterolatka. Spotkał pradziadka, zmarłego przed jego narodzinami i siostrę, o której poronieniu rodzice nigdy mu nie wspo-minali. Jednak zastanawiające jest to, czy można wierzyć czterolatkowi, który opisuje niebo dopiero po kilku miesiącach od pobytu w szpitalu? Dlaczego sam nie opowiadał o rajskich przestworzach tylko ciągle był o nie wypytywany przez ojca? Czy przed-szkolak jest w stanie odróżnić fantazję od

RECENZJA KSIĄŻKI

rzeczywistości? Jaki wpływ na jego opo- wieść miało wychowanie w religijnej ro-dzinie, w której tata jest pastorem? "Daje nadzieję i pokrzepia osoby, które straciły bliską osobę. Mimo kontrowersji pozwala inaczej, może lepiej spojrzeć na swoje ziemskie bytowanie." Todd Burpo przytacza słowa syna w prosty sposób, przez co powieść jest prawdziwa i czyta się ją jednym tchem. Wzrusza, śmieszy, zaskakuje, umacnia w wierze i sprawia, że o historii Coltona nie da się zapomnieć. Skłania do przemyśleń, pozwala spojrzeć na życie wieczne oczami małego chłopca, który z rozbrajającą szczerością opowiada o swojej podróży do nieba. Daje nadzieję i pokrzepia osoby, które straciły bliską osobę. Mimo kontrowersji jakie wywołuje, pozwala inaczej, może lepiej, spojrzeć na swoje ziemskie bytowanie. Nie nawołuje do nawrócenia, do niczego nie zmusza, nie drażni banalnym tezami, zaskakuje auten- tycznością. Warta jest polecenia tym, którzy poszukują odpowiedzi na pytania związane z religią, pragną umocnić się w wierze, a także szukają pocieszenia po śmierci członka rodziny. Mariola Lis DRUGI KIERUNEK STUDIÓW: WSTYD I HAŃBA!
W roku akademickim 2013/2014 zgodnie z nowelizacją ustawy o Nauce i Szkolnictwie Wyższym z 18 marca 2011r. za drugi studiowany kierunek będzie trzeba płacić.
SPOŁECZEŃSTWO

Studencie! Stypendium jest? Ciesz się, bo w ostatnim roku z powodu zaostrzonych kryteriów dostało je o 56% osób mniej. Kampania wrześniowa zakończona zwycię-stwem nad Hydrą nauki? Sukces jest, kasa jest - trzeba się napić! I aż do najbliższej sesji nie trzeźwieć. Bo nie daj Boże, na trzeźwo, mógłbyś stać się nadgorliwy i przypadkiem pomyśleć o rozpoczęciu drugiego kierunku. To wszakże wstyd na-ciągać Najjaśniejszą Rzeczpospolitą na takie rzeczy. I hańba. Hańbą jest dążenie do podniesienia kwalifikacji. Hańbą jest posiadanie dwóch magisterek. A przede wszystkim hańbą jest zmiana kierunku po roku jego studiowania. Wspomniana ustawa co prawda weszła w życie już w zeszłym roku. Ktoś jednak w ministerialnej świątyni planowania rąbnął się w artykule 29 wprowadzającym opłaty za punkty ECTS (punkty za zajęcia potrze-bne do uzyskania dyplomu) powyżej limitu

SPOŁECZEŃSTWO

i nie zauważył, że rekrutacja na rok 2012/2013 odbywa się jeszcze w roku 2011/2012. Dlatego gwałcący konstytu-cyjne prawo do bezpłatnej edukacji w szkołach publicznych przepis zedrze ostatni grosz ze studentów dopiero w przyszłym roku. "Na dodatkowym kierunku w zeszłym roku studiowało tylko jakieś 5–6% studentów. To mniejszość." Każdy polski żak od nowego roku dostanie limit ECTS–ów. Jeśli w jakikolwiek sposób go przekroczy, będzie płacił. Gdyby 1 ECTS kosztował na każdej uczelni tyle samo, to można by jeszcze próbować uciułać niezbędną sumę. Ale płacąc za przekro-czony limit ECTS, płacimy tak naprawdę za studia, nie za punkty. Przykładowo na medycynie na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym rok kosztuje ok. 35 000 złotych. Na dziennikarstwie na Uniwersy-tecie Warszawskim ok. 6000 zł. Jeśli nawet po dwóch latach dziennikarstwa poczuła-bym nagle lekarskie powołanie, to pewnie dopłata 70 tys. złotych za zmarnowane według Ministerstwa ECTS na pierwszym kierunku, skutecznie zmotywowałaby mnie do zostania najpoczytniejszym dziennika-rzem w kraju. Poza tym koniec z zimowa-

SPOŁECZEŃSTWO

niem. Nie poszła ci matura? Idź do pracy albo siedź w domu. Bo idąc na inny kierunek marnujesz ECTS–y. Masz 19 lat i nie wiesz, co chcesz w życiu robić? Idź do pracy albo zostań w domu. Nie wybieraj nic, bo drugiej szansy nie będzie. A jeśli już poszedłeś na studia i czujesz, że to, czego się uczysz, cię nie kręci? Trudno. Zostaje ci znienawidzona praca, frustracja i narzeka-nie na rząd. "Gwałcący konstytucyjne prawo do bezpłatnej edukacji w szkołach publicznych przepis zedrze ostatni grosz ze studentów " Oczywiście, że w życiu liczy się kasa i bogaci zawsze mają łatwiej. Ale wpro-wadzenie opłat za nadmiarowe ECTS to cofnięcie się naszej demokracji w rozwoju. Jeśli umiesz liczyć, licz na siebie. Ale nie martw się zanadto o stan polskiej demo-kracji. Po pierwsze, to niemodne i niewy-godne, po drugie na dodatkowym kierunku w zeszłym roku studiowało tylko jakieś 5–6% studentów. To mniejszość. Więc z demokracją nie ma problemu, póki większość jest zadowolona. Aleksandra Bartosik Fot.1: cogddoblog (CC BY 2.0) Fot. 2: Meathed Movers (CC BY 2.0) Fot.3: jjorgen (CC BY 2.0) WYKŁAD
Z CELEBRYTĄ
SPOŁECZEŃSTWO

Czy zatrudnienie celebryty na uczelni oznacza, że nasza edukacja ulega pogorszeniu? A może nie ma nic złego w tym, że obok profesorów, warsztaty na wybranych kierunkach będą pro-wadzić blogerzy czy styliści mody? Gdy jedni załamują ręce nad upad-kiem polskiej nauki, inni widzą w tym pomyśle same plusy. Czy byłoby coś dziwnego w tym, że za parę lat, oprócz wykładowców z tytułami, na uczelni zajęcia będą prowadzili celebryci, blogerzy, właściciele firm, znani dzien-nikarze? Choć za granicą jest to bardzo popularne, u nas nie wszyscy chcą takiej formy edukacji. Przekonać się o tym można czytając dyskusje internetowe, które ostatnio bardzo rozgorzały po tym, jak Viamoda Industrial (Szkoła Wyższa w War-szawie) poinformowała na swojej stronie internetowej, że ich nowym wykładowcą została Katarzyna Tusk, założycielka bloga modowego Makelifeeasier.pl. Młodzi zastanawiają się, czy uczelnia jest dobrym miejscem dla „niewykładowców” i czy takie osob osoby będą mogły przeka - zać coś pożytecznego studentom. Dla wielu komentujących o poziomie edukacji st-anowi wysoko wykwalifikowana kadra wykładowców, a zatrudnianie osób spoza takiego kręgu obniża jej rangę. Oczywiście zgadzam się z tym, że konieczni są utytułowani pracownicy, którzy oprócz wiedzy mają podłoże pedagogiczne. Nie wiedzę jednak nic złego w tym, żeby część zajęć na niektórych uczelniach była prowadzona przez osoby spoza kręgu akademickiego. "Może nie tylko studenci dowiedzą się czegoś od nich, ale i na odwrót?" Wielu moich znajomych myśli podobnie. Uważają, że dzięki warsztatom z ludźmi, którzy pracują w danym zawodzie i wiele w nim osiągnęli, młodzi będą czymś zainspirowani i łatwiej im będzie zde-cydować, jak chcą osiągnąć sukces w danej branży. Wiedza książkowa nie zawsze wystarcza, żeby czuć się pewnie, a spotkania z osobami z interesującego nas

SPOŁECZEŃSTWO

kręgu mogą pomóc zweryfikować swoje wyobrażenia o danej pracy. Kto ma pasję i determinację, na pewno skorzysta z rad osób z branży. Kasia Tusk została zatru-dniona przez szkołę, która ma kształcić profesjonalistów w sektorze mody, a prze - cież ta branża rozwija się bardzo szybko. Będzie prowadzić warsztaty z mediów społecznościowych i ich wykorzystania. "Spotkania z osobami z interesującego nas kręgu mogą zweryfikować wyobrażenia o danej pracy." Pomysł uczelni nie wydaje mi się chybiony. Kasia założyła bloga, którego dziennie odwiedza kilka milionów osób, a jej stylizacje są inspiracją dla wielu dziewczyn i kobiet. Młodym fashionistom potrzebna jest wiedza z tego zakresu, więc zajęcia z blogerką mogłyby okazać się strzałem w dziesiątkę, skoro dziewczyna potrafi wykorzystać Internet do promocji swojej pasji. Zatrudnianie osób związanych na co dzień z projektowaniem ubrań i modą jest doskonałą okazją dla studentów, by poznali tę rzeczywistość „od kuchni”. W branży odzieżowej w Polsce popularne staje się zapraszanie do współpracy blo-gerów czy projektantów, a na świecie jest to już powszechne.

SPOŁECZEŃSTWO

Nie wszyscy jednak są tak optymistycznie nastawieni do tego pomysłu. Wśród Inter-nautów zdania są podzielone, ale dominują komentarze negatywne. Nieliczni uważają, że Kasia sprawdzi się jako wykładowca. Pozostali sugerują, że młodzież może się do niej nie przekonać i postrzegać przez pryzmat zawodu taty. Jedna z komentują-cych pisze: „W Polsce jest wiele dobrych blogerek, które prowadzą strony w Inter-necie. Dlaczego studenci sami nie mogą zaproponować osoby, z którą chcieliby mieć warsztaty?” Karierę wykładowcy od października zacz-nie też Maja Sablewska, była menedżerka m.in. Natalii Kukulskiej i Dody, a także była jurorka pierwszej edycji telewizyjnego show TVN „X–Factor”. Będzie prowadziła zajęcia w Wyższej Szkole Promocji w War- szawie na specjalności marketing rozrywki. Natomiast w Wyższej Szkole Ekologii i Za-rządzania w Warszawie studenci będą mogli posłuchać, jak zarządzać marką modową, o czym opowie znany stylista – Tomasz Jacyków. "Za parę lat, na uczelni zajęcia będą prowadzili celebryci, blogerzy, właściciele firm, znani dziennikarze" Niektórzy z moich znajomych zareagowali na taki pomysł śmiechem i trudno im wyobrazić sobie zajęcia z polskim stylistą, który bardzo często jest wyśmiewany w Internecie. „Chętnie przeszłabym się na

SPOŁECZEŃSTWO

takie zajęcia, żeby chociaż posłuchać, co powie pan Jacyków. Na pewno byłoby to ciekawe doświadczenie, bo to kontro-wersyjna postać” – mówi moja koleżanka. „Dlaczego studenci sami nie mogą zaproponować osoby, z którą chcieliby mieć warsztaty?” Nie tylko jednak takie uczelnie stawiają na zatrudnianie osób z danej branży. Kata-rzyna Dowbor, znana polska dziennikarka, wykłada na Uniwersytecie Warszawskim i uczy studentów dziennikarstwa zacho-wania przed kamerą. Oprócz uczestnictwa w zajęciach prowadzonych przez utytu-łowanych wykładowców, studenci mają możliwość wysłuchania rad i uwag osoby, która na co dzień ma do czynienia z te-lewizją i bardzo dobrze zna medialną rzeczywistość. Dziennikarstwo jest kierun-kiem, który w dużej mierze opiera się na praktyce, a warsztaty z uznaną i doświa-wiadczoną dziennikarką na pewno pomo-gą adeptom. "Młodzi zastanawiają się, czy uczelnia jest dobrym miejscem dla „niewykładowców”" Przedsiębiorcy także dzielą się swoją wiedzą ze studentami. Poznański oddział koncernu Volkswagen współpracuje z Poli- techniką Poznańską czy Uniwersytetem Ekonomicznym. Wspólnie tworzą projekty, a zyskują obie strony. Firma umacnia swoją pozycję na rynku i prezentuje się dobre miejsce pracy, a młodzi nabywa-wają praktyczne umiejętności. "Kasia Tusk została zatrudniona przez szkołę, która ma kształcić profesjonalistów w sektorze mody" Choć wielu studentów pyta: po co polskim uczelniom praktycy, a szczególnie show biznes, ja pytam: dlaczego nie? Jeśli stu-dent jest mądry, szybko oceni, czy taka osoba ma coś ciekawego do przekazania. Może nie tylko studenci dowiedzą się czegoś od nich, ale i na odwrót? Może nie boimy się o to, że takie osoby nie poradzą sobie na uczelni, ale przemawia przez nas zazdrość? A przecież tak naprawdę zyskują wszyscy. Karolina Przybylska Fot. 1: starmanseries (CC BY 2.0) Fot. 2: Tulane Public Relations (CC BY 2.0) CZYLI POLSKO - LITEWSKI PROJEKT BADAWCZY
IDEA SPOTKANIA
SPOŁECZEŃSTWO

Nie tylko politycy oraz studenci nauk politycznych interesują się obecną sytuacją międzynarodową, zwłaszcza jeśli temat dotyczy relacji z naszymi najbliższymi sąsiadami. Idea spotka-nia to projekt, który dał młodzieży z Polski oraz Litwy możliwość posze-rzenia tej wiedzy, zyskania nowych umiejętności z zakresu wyszukiwania informacji, a także szansę na wzaje-mne poznanie i obalenie stereotypów. „Pomysł spotkania powstał mniej więcej rok temu, kiedy rozluźniła się moja współpraca z Gazetą Wyborczą” – opowiada Jakub Halcewicz - Pleskaczewski, jeden z głównych organizatorów badań. - „Miałem więcej czasu i szukałem pomysłów na pracę społeczną. Znalazłem Koło Naukowe Obserwacji Polskich Mediów, napisałem, właśnie odbywał się nabór nowych członków. Od razu zapytałem, czy współpracują może z Litwinami. Główna

SPOŁECZEŃSTWO

działalność Koła dotyczy jednak polskich mediów. Także jesienią, w listopadzie odbyło się w Polskiej Akademii Nauk spotkanie polskich i litewskich historyków o tym, czym jest Wilno w pamięci Polaków i Litwinów, i na czym polega konflikt między Polakami a Litwinami. Na tym spotkaniu padło, że może przydałyby się polsko - litewskie wymiany młodzieży. Wtedy wpadłem na pomysł, żeby połączyć dwie rzeczy: zrobić wymianę, której podstawą będzie projekt badawczy, dzięki temu mogłem zaangażować studentów i Koło, do którego należałem, oraz pracować na rzecz pojednania międzynarodowego”. "W mediach litewskich pojawia się więcej informacji o Polsce niż w polskich o Litwie" To był dopiero początek drogi, ale po uzyskaniu bliższych informacji od orga-nizacji pozarządowych oraz zdobyciu wparcia od rządowych instytucji udało się taką wymianę zorganizować. Jej celem było poprawienie relacji między Polską a Litwą, poznanie tych państw bez jakichkolwiek z góry narzuconych uprze-dzeń oraz zachęcenie młodzieży do inte-gracji. „Polacy zbierali informacje o tym, jak Litwa jest ukazywana w polskich mediach, na - tomiast Litwini zbierali informacje o Polsce” – wyjaśnia Irma Budginaitė, uczestniczka badań medioznawczych. „Okazuje się, że w mediach litewskich pojawia się więcej informacji o Polsce niż w polskich o Litwie. Tygodniowa wymiana, która miała miejsce w Wilnie oraz Warszawie miała bardzo bogaty program. Miałam okazję spotkać bardzo interesujących i inspirujących ludzi. Byli to m.in. historyk prof. Michał Kopczyński, Krzysztof Bobiński (Stowa-rzyszenie Dziennikarzy Polskich), Anna Ścisłowska (MamPrawoWiedziec.pl), a także polityk Ryszard Kalisz.” W ostatnich dniach odbyła się konferencja w Druskiennikach (Zjazd Forum im. Gie-droycia) natomiast kolejna planowana jest jutro w Warszawie. Halcewicz - Pleskacze-wski zapytany o to, dlaczego właśnie Litwa stała się obiektem badań i skąd wzięło się do niej takie zamiłowanie odpowiada: „Ona była zawsze obecna w opowiadaniach rodzinnych. Rodzina od strony taty pocho-dzi z Kresów, dziadek urodził się w Wilnie w 1922, a bratem mojej prababci był ko-mendant Aleksander Krzyżanowski "Wilk". Jak Nikzentaitis się dowiedział, to po-wiedział: Do diabła!” Magdalena Wąwoźna JEDŹ, ZWIEDŹ, POMÓŻ, POZNAJ – CZYLI WORKCAMP
Workcampy to krótkoterminowe (ok. 3 tyg.) obozy dla wolontariuszy z całego świata, których celem jest wyzbywanie się uprzedzeń i stereotypów, a także nawiązywanie międzynarodowych przyjaźni, bez względu na kulturę, naro-dowość, rasę czy status materialny.
SPOŁECZEŃSTWO

Jeden z niewielu Workcampów w Polsce odbył się w Tyczynie, w okolicach Rze-szowa. Brali w nim udział wolontariusze z Hiszpanii, Niemiec, Czech i Andory. Zadaniem wolontariuszy było stworzenie przewodnika oraz praca z osobami nie-pełnosprawnymi. Podobał im się pomysł stworzenia przewodnika dla przyszłych odwiedzających Tyczyn wolontariuszy, po-nieważ każdy mógł dodać coś od siebie. Łączyli pracę z przyjemnością: pozna-waniem miejsc, krajobrazów, interesują-cych ludzi, rozwijaniem zdolności foto-graficznych. „Pracując z niepełnosprawnymi zdobywam doświadczenie, mam nadzieję, że to wła-śnie tym będę się zajmować za 5–6 lat” - mówi Kristin, studentka Edukacji Specja-listycznej w Frankfurcie. „W Środowisko-wym Domu Samopomocy w Tyczynie pracuję z dorosłymi, wcześniej pracowałam z dziećmi, byłam nawet dwa miesiące w Ghanie. Praca tutaj jest bardziej swobo- dna, ponieważ są to osoby dorosłe, które same wybierają, co chcą robić i mogą to robić samodzielnie. Jedyny problem, z jakim się spotkałam, to bariera językowa. Nikt z pracowników ani obsługi nie znał języka angielskiego ani niemieckiego, przez co byłam traktowana jak niepełnosprawna językowo. Translator bardzo się przydał! Uważam jednak, że ludzie są tu przyjaźni i mili, chcieli, abyśmy w Polsce czuli się jak u siebie.” „Polska zieleń jest inna niż Hiszpańska, taka ciemniejsza i bardziej soczysta” – mówi Albert Garcia, student biotechnologii z Barcelonie, Hiszpan zakochany w Polsce. „Chcieliśmy spróbować, jak mieszka się w Polsce, poznać polskie zwyczaje, kuchnię, historię, Polaków, o których wiele słyszeliśmy.” Według Sandry, również studentki biotechnologii, jesteśmy bardzo otwarci na innych, przyjaźni, sympatyczni.

SPOŁECZEŃSTWO

W każdej wolnej chwili wolontariusze zwie- dzali Rzeszów i okolice. Byli zachwyceni muzeami, zabytkami. Dzięki workcampowi mogli zawrzeć nowe przyjaźnie, ćwiczyli umiejętności współpracy z osobami z in-nych państw, nauczyli się tolerancji i otwartości na inne kultury i zwyczaje. Hana Roskova z Czech, studentka budow-nictwa w Pradze mówi: „Zdecydowałam się na ten workcamp, bo Polska jest po sąsiedzku i zawsze chciałam ją zwiedzić.” Wolontariusze, którzy zdecydowali się wziąć udział w projekcie, mieli zapewnione wyżywienie i zakwaterowanie. Jednak nie dostają za swoją pracę żadnego wyna-grodzenia i muszą sami opłacić sobie koszty podróży. Oprócz wspólnej pracy, wolontariusze razem mieszkali, przygo-towywali posiłki i organizowali sobie wolny czas. „Zawsze tego rodzaju projekty pozo-stawiają wydźwięk, tak jest i tym razem” - mówi Tomasz Chlebek, lider Workcampu w Tyczynie. „Jest efekt - bo powstaje nie-typowy przewodnik, a w Środowiskowym Domu Samopomocy otworzyli się na współpracę z wolontariuszami z innych państw. Jednak przede wszystkim mamy ogromną satysfakcję z tego, co i jak robimy.” Natalia Pocałuń Fot.: Tomasz Chlebek POSŁANIEC

NAUKA

BOGÓW Doskonale znamy najbliższych sąsia-dów Ziemi dzięki ogromnej ilości sond, które tam zostały wysłane. Na Wenus i Marsa poleciało ich bardzo wiele, a przynajmniej kilka wylądo-wało na powierzchni tych globów. Inaczej jest natomiast z Merkurym. Wysłano tam raptem dwie sondy kos-miczne, przez co planeta ta skrywa jeszcze wiele tajemnic. Obserwowano już ją od dawna. Właściwie każdy z naszych przodków żyjący przed wynalezieniem pisma widział ją na niebie. Poszczególne ludy przypisywały mu imiona swoich bogów: Babilończycy Nabu, Grecy Hermesa (wieczorna gwiazda) i Apollo (poranna gwiazda), a Rzymianie – Merkury, co zostało już do dziś. "Planeta ta z wraz z kolejnymi odkryciami staje się coraz bardziej atrakcyjna dla naukowców." Po raz pierwszy o jakichkolwiek bardziej naukowych obserwacjach możemy mówić dopiero w XVII wieku, gdy wybitny niemiecki astronom Johannes Kepler w 1630 roku obserwował przejście Merkurego na tle tarczy Słońca. Dziewięć lat później włoski uczony Zupus z ciekawością rejestrował kolejne fazy tej planety. Merkury jednak z powodu bliskości macierzystej gwiazdy stwarzał (i stwarza do dziś) ogromne problemy przy obser-wacji. Stąd też nie dowiedziano się o nim zbyt wiele, dopóki nie wysłano tam pierwszej sondy. Przed pamiętnym 1973 rokiem wiedziano, iż planeta ta posiada najbardziej kolistą orbitę w całym układzie słonecznym, obiega gwiazdę w ciągu 88 dni; jest ona podobna do Ziemi, gdyż ma podłoże

NAUKA

skaliste. Dzięki obserwacjom radiowym poznano również jego okres obrotu wokół własnej osi – wynosi on aż 58 dni, co jest spowodowane silnym oddziaływaniem Słońca. Przełom Sonda Mariner 10 była szczególna z wielu powodów. Ta niepozorna konstrukcja o wymiarach 139 na 46 cm miała być pierwszym obiektem wysłanym przez człowieka w kosmos, który zbadał więcej niż jedno ciało niebieskie. Celem nadrzędnym był oczywiście Merkury, ale oprócz tego zamierzano jeszcze zbadać Wenus. Miało to mieć miejsce przy okazji wykonywania również po raz pierwszy tzw. asysty grawitacyjnej, zapewnionej przez tę planetę. Manewr ten polega na tym, aby wykorzystać pole grawitacyjne odpowie-dnio dużego ciała niebieskiego do zmiany prędkości i toru lotu obiektu. "Równiny, na których zgromadził się osad wulkaniczny, zajmują aż 6% powierzchni." Mariner 10 nie wszedł na orbitę Merkurego. Za to w ciągu trzech przelotów udało mu się wykonać zdjęcia 45% powierzchni planety, zbadać jej słabe pole magne-tyczne i wykonać pomiary temperatur, które tam panują. Okazało się, iż glob ten bardzo przypomina Księżyc. Nie tylko z powodu usianej kraterami powierzchni, ale także ogromnej dobowej amplitudy temperatury. W dzień dochodzi ona do 187 stopni Celsjusza, a w nocy spada do -183. Jest tam zatem, o ironio, chłodniej niż na Wenus, gdzie panuje istne piekło. Przyrządy Marinera 10 wykryły również nieproporcjonalnie duże jądro, które stanowi aż połowę masy planety (ziemskie stanowi tylko 33% masy), a także niezwykle słabe pole magnetyczne (1% ziemskiego). "Merkury okazał się w końcu czymś więcej, niż ciałem ciut większym, ale podobnym do Księżyca." Misja tej sondy zakończyła się sukcesem. Jednakże, jak to zawsze jest z badaniami, postęp rodzi wiele pytań. Skoro planeta ta posiada pole magnetyczne, to jakie ono jest? Które pierwiastki mają największy udział w tworzeniu powierzchni Merku-rego? W latach dziewięćdziesiątych przeprowa-dzono badania Merkurego przy użyciu radaru. Znaleziono głęboko w kraterach na biegunach tej planety coś, czego nikt by się nie spodziewał w ciele, które znajduje

NAUKA

się najbliżej Słońca. Ślady lodu. Infor-macja zelektryzowała środowisko naukowe. Trzeba było to przecież zweryfikować, bo inaczej nikt nie mógł spać spokojnie z taką informacją. Pojawił się zatem ostatni z wie-lu powodów do wysłania nowej sondy kosmicznej. Planeta inna niż wszystkie Sonda Messenger została wystrzelona trzeciego sierpnia 2004 roku. Nie okazała się już tak pionierska jak Mariner 10, ale dokonała jeszcze cenniejszych odkryć. Już między pierwszym a drugim zbliżeniem do Merkurego ostatecznie potwierdzono istnienie wody na tej planecie. Jednak prawdziwy wysyp odkryć miał dopiero nadejść po ostatecznym wejściu na orbitę tego ciała niebieskiego. Po trzech przelotach i siedmiu latach lotu i ostate- cznie udało się to zrobić. Messenger od 18 marca okrążał Merkurego i robi to do dziś, gdyż misję przedłużono o kolejny rok z planowanych dwunastu miesięcy. "Jest ona podobna do Ziemi, gdyż ma podłoże skaliste." Już po czterech miesiącach badania tej planety, przez sondę Messenger został wydany interesujący tekst o nazwie „Mercury not like other planets MESSENGER finds”(Merkury nie jest jak inne planety. Znaleziska Messengera) napisany przez Seana Solomona, geofizyka i planetologa z Columbia University. Z racji wykształcenia, skupił się on na budowie planety, ale i nie pominął ważnego aspektu

NAUKA

– pola magnetycznego. Po ponad czterdziestu latach Merkury okazał się w końcu czymś więcej, niż ciałem ciut większym, ale podobnym do Księżyca. Odnaleziono bowiem ślady aktywności geologicznej. Równiny, na których zgro-madził się osad wulkaniczny, zajmują aż 6% powierzchni. Dodatkowo naukowcy odkryli także szczelinę, przez którą naj-pewniej wydobywała się magma. Mierzy ona aż 25 kilometrów długości. "Znaleziono głęboko w kraterach na biegunach tej planety coś, czego nikt by się nie spodziewał (...) Ślady lodu." Sonda Messenger została wysłana również po to, aby zbadać pole magnetyczne tej planety. Podczas jej pierwszego zbliżenia do Merkurego w 2008 roku zaobser-wowano, że jej pole magnetyczne, stano-wiące tylko 1% ziemskiego, może być dziurawe. Statek bowiem napotkał magne-tyczne tornada, którymi są poskręcane wiązki pola magnetycznego. Znajdują się one w przestrzeni międzyplanetarnej i po-wstają wtedy, kiedy wiatr słoneczny napo-tyka magnetosferę Merkurego. Obecnie trwa przedłużona misja „posłań-ca”. Możemy się spodziewać jeszcze wielu odkryć, które zmuszą do zadania kolejnych pytań. Na szczęście w planach jest już kolejna misja kosmiczna mająca na celu zbadanie tej wspaniałej planety - Bepi-Colombo. Tym razem przygotowuje ją Europejska Agencja Kosmiczna. Sonda ma zostać wystrzelona w 2015 roku, a na orbitę planety dotrze w 2019 roku. „Mercury not like other planets MESSENGER finds” Można powiedzieć, że swego rodzaju paradoksem było to, iż na Merkurego, który znajduje się tak blisko Ziemi, wysłano tylko dwie sondy kosmiczne. Na szczęście zaczyna się to zmieniać i planeta ta, wraz z kolejnymi odkryciami, staje się coraz bardziej atrakcyjna dla naukowców. Można liczyć na to, iż BepiColombo nie okaże się ostatnią z sond tam wysłanych. Jednak Merkury nie jest jedynym ciałem niebie-skim traktowanym nieco po macoszemu. W Układzie Słonecznym znajduje się bowiem kilka miejsc, gdzie może być potencjalnie życie, a jednak jeszcze nie wysłano tam ani jednego statku. Paweł Gałwa Fot. 1: makelessnoise (CC BY 2.0) Fot. 2: distar97 (CC BY 2.0)

FOTORELACJA: WIELKIE ZWIEDZANIE WARSZAWtro WIELKIE ZWIEDZANIE WARSZAWY ZGŁĘBIANIE WARSZAWY Pozwiedzane! Wielkie Zwiedzanie Warszawy 2012, zorganizowane przez Samorząd Studentów SGH, przeszło do historii. Ostatnia sobota dla uczestników tej im-prezy zaczęła się od wykładu o gwarze warszawskiej. Potem z grupy zrobiło się kilka wycieczek, bo poznać całą Warsza-wę w tak krótkim czasie niepodobna. Jedni poszli więc szlakiem nawiązującym do powstania warszawskiego, inni przy-patrzyli się śladom socjalizmu, a były też i grupy zwiedzające Trakt Królewski, Mo-kotów czy Pragę. Dzień zaś zwieńczyła integracja. Niedzielnego poranka atrakcji ciąg dalszy. Każdy uczestnik WZW mógł w tym dniu zwiedzić wybrane przez siebie miejsce: Centrum Nauki Kopernik, Muzeum Pow-stania Warszawskiego, Niewidzialną Ga-lerię lub Centrum Sztuki Współczesnej. A potem - gra miejska! Całe to wydarze-nie, odbywające się pod patronatem "Ou-tro", zakończyła w poniedziałek wizyta w Sejmie i Senacie. Marek Suska

Jose Mourinho jest trenerem niezwykle charyzmatycznym. W historii swojej pracy trenerskiej rzadko spotykał się z zarzutami złego kontaktu z piłkarzami czy konfliktu w jego zespole. Słabe wyniki Realu na początku sezonu i zachowanie poszczególnych zawodników sugerują jednak, że któryś z tych znakomicie funkcjonujących trybików zaciął się. Coraz częściej mówi się, że jest nim atmosfera w szatni.
CZY MOU ZNÓW BĘDZIE WIELKI?
SPORT: PIŁKA NOŻNA

Madryt, 2 września 2012 roku, mecz trzeciej kolejki Primera Division, Real Madryt – Granada. Cristiano Ronaldo strze-la dwa gole, prowadząc Królewskich do pierwszego w sezonie tryumfu, ale nie okazuje radości ze zdobytych bramek. Balonik pompowany przez hiszpańskie media od początku rozgrywek wreszcie pęka: konflikt w Realu zostaje oficjalnie ogłoszony. Zachowanie Cristiano jest jedy-nie wierzchołkiem góry lodowej, a jedno-cześnie też zapalnikiem do międzyna-rodowej dyskusji. Słabe wyniki Realu potęgują wrażenie, że nie wszystko działa tak jak powinno, a media zaczynają dysku-tować na temat powodów zachowania Ronaldo. Teorii jest co najmniej kilka, po-cząwszy od tych najbardziej prawdopo-dobnych – jak chęć podwyżki, brak dosta-tecznego wsparcia kibiców – aż po te absurdalne, takie jak pozycja w zespole Kaki czy kłótnia z dotychczasowym przyja-cielem z szatni – Marcelo. Inne źródła po -

SPORT: PIŁKA NOŻNA

dają, że w szatni Królewskich doszło do podziału na dwa obozy: hiszpański z Ike-rem Casillasem na czele i portugalsko –brazylijski z Ronaldo, a jeszcze inne spekulują na temat konfliktu z samym Mourinho, który miał obrazić swojego rodaka na oczach całej drużyny po meczu z Sevillą. Jak nieprawdopodobnie te domysły by nie brzmiały, muszą mieć w sobie choć ziarno prawdy, bowiem faktycznie drużyna nie funkcjonuje tak, jak by wszyscy oczekiwali. "Miejsce na okładkach zajmują informacje o kłótniach piłkarzy lub o sprzeciwianiu się taktyce narzuconej przez trenera." Mourinho z taką sytuacją spotyka się po raz pierwszy. Jego zespoły, czy grały dobrze czy źle, zawsze cechował tzw. „Team Spirit”, czyli znakomita atmosfera w szatni, świetne stosunki piłkarzy z trene-rem i sobą nawzajem. Idealnym zobrazo-waniem takiego stanu rzeczy była opo-wieść Drogby o płaczącej szatni Chelsea po odejściu „The Special One”. Sam Didier niejednokrotnie wtedy powtarzał, że chciał-by opuścić Stamford Bridge i podążyć za dotychczasowym Bossem. Teraz sprawa ma się zgoła inaczej – zewsząd dochodzą pogłoski o tym, że ten duch drużyny, który był w zeszłym sezonie jednym z najważ-niejszych atutów, gdzieś się ulotnił. Miejsce na okładkach (szczególnie tych madryc-kich) zajmują informacje o kłótniach piłkarzy lub o sprzeciwianiu się taktyce narzuconej przez trenera. Dzięki lepszej grze Realu w ostatnich meczach media ucichły nieco w rozważaniach na temat kryzysu Los Blancos. Niewątpliwie jednak w związku z bardzo dużą przewagą punktową Barcelony, mała iskierka w postaci kolejnej wpadki może dopro-wadzić do wielkiego wybuchu. W najbliższą niedzielę Real może odpokutować nieco swoje winy w Gran Derbi. Ciężar gatun-kowy spotkania jest ogromny, a dla Kró-lewskich będzie jeszcze większy, gdy grać będą ze świadomością, że ewentualna porażka powiększy ich stratę do rywala z Katalonii do 11 punktów. "Mourinho z pewnością postawi wszystko na jedną kartę, bo Królewscy muszą ten mecz wygrać." W obliczu takiej sytuacji wszystkie oczy zwrócone są znowu na Jose Mourinho, który nie tylko musi rozpracować i unie-szkodliwić Barcelonę, ale przede wszystkim tchnąć w swoich piłkarzy wolę walki na śmierć i życie. Niejednokrotnie właśnie on brał na siebie odpowiedzialność w kluczo -

SPORT: PIŁKA NOŻNA

wych momentach sezonu, dlatego tym razem kibice Realu znowu na niego liczą. Zdecydowanym nadużyciem byłoby stwierdzenie, że porażka przekreśli szanse Królewskich na obronę mistrzowskiego tytułu, ale niewątpliwie strata kolejnych trzech punktów może okazać się bolesna w kontekście dalszej części sezonu. Przed „The Special One” kolejne wielkie wyzwa-nie – nie tylko wygrać następne ligowe Gran Derbi, ale też zacząć mozolnie odra-biać straty do najgroźniejszego rywala w wyścigu o ostateczny tryumf w lidze hiszpańskiej. "Balonik pompowany przez hiszpańskie media wreszcie pęka: konflikt w Realu zostaje oficjalnie ogłoszony." Mourinho z pewnością postawi wszystko na jedną kartę, bo Królewscy muszą ten mecz wygrać. Zwycięstwo znowu postawi trenera Los Blancos na piedestale i da pozytyw-nego „kopa” piłkarzom z Madrytu. Jeśli więc w najbliższą niedzielę Real pokona w El Clasico zespół Barcelony, niedowiar-kowie i krzykacze ucichną, a w stolicy Hisz-panii znowu zapanuje sielanka, przynaj-mniej chwilowa. Maciej Wdowiarski Fot. 1,2: Roonie Macdonald (CC BY 2.0) FUTBOLOWY SUKCES
NA KRAŃCU ŚWIATA
SPORT: PIŁKA NOŻNA

Setki palm kokosowych, poras-tających wybrzeża. Niebiańskie plaże oplatające niezliczoną ilość wysp, które tworzą pięć dużych archipe-lagów. Bujna roślinność, rafy kora-lowe, plantacje kawy i ananasów. Jesteśmy na Tahiti, największej - zamieszkałej przez niespełna 180 tysięcy mieszkańców - wyspie Polin-ezji Francuskiej. Turystycznym raju, przyciągającym podróżników naturą niemal nienaruszoną przez cywili-zację, zachwycającym pięknem nies-potykanym na żadnym innym skrawku Ziemi. Wyspy, wspaniała przyroda i plaże, palmy oraz… futbol. Kraj znany w świecie głównie z turystyki, parę tygodni temu zdobył rozgłos dzięki swojej piłkarskiej repreze-ntacji. Drużyna Tahiti awansowała do Pu-charu Konfederacji i z pewnością będzie je-go najbardziej egzotycznym uczestnikiem. „To niewiarygodne, zupełnie niewia-rygodne. Ta droga rozpoczęła się dwa-naście lat temu i teraz w końcu osiąg-nęliśmy nasz cel. Jedziemy na Puchar Konfederacji” – stwierdził tuż po wygranym finale Pucharu Narodów Oceanii rozentuz-jazmowany selekcjoner Tahiti, Eddy Etaeta. W przyzłym nprzeciw największych potęg stanie futbolowe kuriozum. Tak olbrzymiej anomalii w piłce nożnej nie widzieliśmy chyba nigdy. Na prestiżowy turniej,

SPORT: PIŁKA NOŻNA

wypchany po brzegi uznanymi firmami i gwiazdami, pojedzie banda nieopie-rzonych, bezimiennych piłkarzy. "Wyspy, wspaniała przyroda i plaże, palmy oraz… futbol." O tej niebywałej osobliwości zadecydowały czyniki mikroskopijne w piłkarskiej rzeczy-istości. Tahiti wygrało Puchar Narodów Oceanii, który w skali globalnej nie ma jakiegokolwiek znaczenia. Co więcej, gdyby nie sensacyjny zwycięzca, nikt o pucha-rowych zmaganiach gdzieś na końcu świata nawet by nie wspomniał. "Na renomowany turniej w Brazylii dostała się ekipa, która na przestrzeni ośmiu lat rozegrała tylko trzy sparingi." W drodze po trofeum anonimowa reprezentacja z nieznanego zakątka globu pokonała zespoły równie anonimowe, plasujące się w rankingu FIFA między 141 a 173 miejscem, czyli Samoa, Vanuatu, Nową Kaledonię oraz Wyspy Salomona. Zanotowała skok o 41 pozycji i obecnie w klasyfikacji znajduje się na 138 miejscu, za sąsiadów mając Turkmenistan, Burundi, Nikaraguę czy Grenadę. Nie byłoby sukcesu Tahiti, gdyby nie dwie nadzwyczaj sprzyjające i szczęśliwe okoliczności. Pierwsza to wycofanie się Australii z federacji Oceanii i przejście do federacji azjatyckiej. Druga to półfinałowa wpadka głównego pretendenta do pucharu - Nowej Zelandii (zaskakująca porażka z Nową Kaledonią). Tak oto reprezentacja Tahiti stała się pierwszą obok Australii i Nowej Zelandii, która triumfowała w Pucharze Narodów Oceanii. "Przerwa pomiędzy niektórymi pojedynkami międzypaństwowymi wynosiła do kilkunastu miesięcy." Na Puchar Konfederacji pofrunie więc drużyna, która w gablocie z trofeami umieściła dopiero pierwsze. Jeszcze osiem lat temu przegrywała z kim tylko się dało. W rozgrywkach o czempionat Oceanii w 2004 roku w trzech meczach otrzymała od przeciwników aż 24 bramkowe ciosy, odpowiadając ledwie dwoma. Na renomowany turniej w Brazylii dostała się ekipa, która na przestrzeni ośmiu lat roz egrała tylko trzy sparingi. Rywalizacji piłkarskiej doświadczyła jedynie w elimina -

SPORT: PIŁKA NOŻNA

cjach do Mistrzostw Świata i w Pucharze Narodów. Przerwa pomiędzy niektórymi pojedynkami międzypaństwowymi wynosiła do kilkunastu miesięcy. Zdarzały się lata, kiedy zawodnicy, reprezentując barwy narodowe, nie powąchali murawy przez okrąglutki rok, jak chociażby w 2005, 2006, 2008 czy 2009. W szranki z tuzami piłki nożnej stanie Kopciuszek w sensie dosłownym. Jeśli spróbujemy poszukać jakichkolwiek znaczących osiągnieć tamtejszego futbolu, to odnajdziemy zaledwie dwa. Uczestn-ictwo młodzieżowej reprezentacji w Mist-rzostwach Świata do lat 20 w 2009 roku (gdzie ośmioma bramkami zlały ją Hisz-pania i Wenezuela, a nieco łagodniejsza okazała się Nigeria, obdarowując egzo-tycznego rywala pięcioma golami) oraz finał Ligi Mistrzów Oceanii tahitańskiego klubu, AS Tefana, w niedawno zakoń-czonym sezonie. W brazylijskiej sambie weźmie udział drużyna, której trzon tworzą gracze ze wspomnianego młodzieżowego mundialu. O jej sile stanowi, co jest również ewenementem na skalę światową, rodzina Tehau. Bracia bliźniacy Lorenzo (strzelec hat–tricka w trzy minuty w boju z Samoa) i Alvin oraz starszy brat Jonathan, a także kuzyn Teoanui. Dali oni swojemu zespołowi trzynaście z dwudziestu goli zdobytych w Pucharze Narodów. W kadrze znajduje się raptem jeden zawo-dnik, który posiada europejski staż – Nico-las Vallar (niegdyś występował w Montpe– llier). Niedługo być może w podstawowej

SPORT: PIŁKA NOŻNA "Kraj, w którym liczba zarejestrowanych graczy nie przekracza dziesięciu tysięcy, nadal może awansować na mundial."

jedenastce wybiegnie najbardziej znany piłkarz rodem z Tahiti, dawniej futbolista FC Nantes, OGC Nice, FC Lorient, AS Monaco, a dzisiaj AS Nancy – Marama Vahirua. Kraj, w którym liczba zarejestrowanych graczy nie przekracza dziesięciu tysięcy, nadal może awansować na mundial. Jednak już w przyszłym roku Tahiti czeka przygoda życia. W skomercjalizowanej do cna dyscyplinie ciągle jest miejsce na niespodzianki. Piłka nożna wciąż nie wykorzystała wszystkich swoich scena-riuszy. Tym razem zabrała nas w bajkową podróż na kraniec kuli ziemskiej. Można rzec, że zafundowała egzotyczny powiew świeżości. Choć na przyszłorocznym Pucharze Konfe- deracji Tahiti nie odegra większej roli, a do ojczyzny wróci zapewne z bagażem pełnym straconych bramek, to dla piłkarzy będzie to sposobność do pokazania własnych umiejętności. Dla trenerów okazja do owocnych analiz taktycznych. Dla federacji szansa na dalszy rozwój tej dziedziny sportu w maleńkim państwie. Dla kibiców kosztowna i emocjonująca wyprawa do Brazylii. Lecz dla wszystkich Tahitańczyków zobaczenie ukochanej drużyny pośród najlepszych na globie będzie po prostu bezcenne. Kamil Kaźmierczak Fot. 1, 2, 3: Vajar24h.com (CC BY 2.0)

OKIEM WIDGETA