Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

nazywam się Bond.. strona 6 halloweenowe specjały strona 10 hard rock cafe w rytmach afromental strona 14 jubileuszowy tofifest strona 16 nie jestem piękny, a przyciągam wzrok strona 18 stop, wysiadam! strona 21 nie tylko dla absolwentów kosmonautyki strona 25 idzie nowe? strona 28 on, Ibra strona 31 CO Z TYM BONDEM?

Outro Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl ISSN: 2299 - 5242 Redaktorzy naczelni: Monika Toppich, Kamil Wiśniowski Zastępcy: Paulina Zguda, Marek Suska Sekretarz redakcji: Magdalena Wąwoźna Redaktor prowadzący: Zuzanna Bućko Korekta wydania: Agata Andrzejak Fotoedycja wydania: Jakub Dudek Projekt okładki: Patryk Skoczylas Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Patrycja Rawska (społeczeństwo), Aleksandra Bartosik (społeczeństwo), Maciej Dziubiński (sport), Agata Andrzejak (korekta), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy). Korekta: Agata Andrzejak, Nina Bezpałko, Faustyna Cisło, Justyna Dubaj, Agnieszka Dydacka, Maria Gołaszewska, Agata Hajduk, Martyna Kłopeć, Patryk Łowicki, Cyntia Schmidt, Wojciech Żywolt Graficy: Angelika Marchewka, Jarosław Stępień, Adam Białek, Patryk Skoczylas Zdjęcie na okładce: materiały prasowe

Nie, Bond mnie nie kręcił. Nie kręci. I kręcić zapewne nie będzie. Choć muszę przyznać, że kiedy świat od kilkudziesięciu lat huczy o jednym facecie biegających z bronią po różnych sceneriach, to za-czynam się zastanawiać, czy wykosztować się i przekonać, o co w tym dokładnie chodzi. Tylko czy Bond to wciąż coś, co może zakręcić kogokolwiek? Czy nie staje się powoli odgrzewanym kotletem, na którym żeruje wielka wytwórnia i spore grono twórców? Czy jest numerem jeden, bo w ciągu najbliższych tygodni to niezaprze-czalny fakt, dlatego, że jest świetnym fil -mem i niezapomnianą rozrywką, czy ludzie chodzą do kina z pewnego rodzaju przy-zwyczajenia? Zresztą, czy to ważne? Lepiej pooglądać pokiereszowanego i męskiego w każdej sytuacji Bonda, niż cały czas przejmować się szarą rzeczywistością i jej chorymi anomaliami, z którymi możemy się zetknąć na każdym kroku. Swoją drogą, jestem pewna, że tajny agent Jej Królewskiej Mości bez problemu mógłby nas czasem przed nią poratować. Paulina



Z pewnością każdy, czy to rodzeństwo w przedszkolu, czy też osiemdzie-sięcioletnia babcia, potrafiłby dokończyć to słynne zdanie. Gdyby postać ta istniała naprawdę, a nie była tylko wytworem reżyserów, James Bond z pew-nością uchroniłby świat przed zamachami z 11 września, wojną w Iraku i pora-dziłby sobie z kilkoma klęskami żywiołowymi. Przecież Bond zawsze wygrywa starcia ze wszystkimi terrorystami.
NAZYWAM SIĘ BOND…
TEMAT NUMERU

Filmy o Jamesie Bondzie to historia ostat-nich kilkudziesięciu lat, w czasie których niezmiennie funkcjonuje on w masowej wyobraźni. I tak przeżył z widzami zimną wojnę, upadek komunizmu, narodziny terroryzmu. Być może właśnie dlatego w najnowszym filmie „Skyfall” jest człowie-kiem zmęczonym, który zbyt dużo przeżył i widział. "(...)niezmiennie funkcjonuje on w masowej wyobraźni." Kiedy w trakcie kolejnej misji zdetermino-wana M rozkazuje agentce strzelać, ta trafia Bonda, który spada z dużej wyso-kości i zostaje uznany za zmarłego. Rozgoryczona M pisze jego nekrolog i stara się żyć dalej, chociaż cały czas targają ją wyrzuty sumienia związane ze śmiercią najlepszego agenta. Kiedy widz zastanawia się, jakim cudem twórcy filmu tak szybko uśmiercili Bonda i czy to przypadkiem nie jest koniec serii, agent, z licznymi bliznami, odnajduje się na z pozoru rajskiej wyspie, gdzie mieszka w domku na plaży i co wieczór pije z miejscowymi. Leki, alkohol i stres bardzo wyraźnie się na nim odbijają – 007 wygląda jak człowiek stary, którego życie właśnie się skończyło. Momentem przełomowym staje się atak terrorystów na londyńską siedzibę MI6. Bond wyjeżdża z rajskiej wioski i swoim zwyczajem włamuje się do domu M –

TEMAT NUMERU "(...)razem z agentem budzimy się z letargu i rozpoczynamy podróż przez chińskie miasta, Londyn, Szkocję i wiele innych miejsc(...)"

należy dodać, że na samej zainteresowanej nie robi to już najmniejszego wrażenia – po czym oświadcza, że wraca do czynnej służby. I choć w ich rozmowie aż roi się od ironii, złośliwości i wzajemnych pretensji, M wie doskonale, że Bond jest jedynym człowiekiem, na którym rzeczywiście może polegać. Bond i M – dwa relikty starego świata - muszą zmierzyć z cyberterroryz- mem i widmami przeszłości, które żadne-mu z nich nie dają spokoju. I wtedy wła-śnie razem z agentem budzimy się z letar-gu i rozpoczynamy podróż przez chińskie miasta, Londyn, Szkocję i wiele innych miejsc, bierzemy udział w efektownych po-ścigach i skomplikowanych akcjach. A za nami, jak cienie, podążają widma przeszło-ści, determinacja, żal i wściekłość. To nie jest już prosta historia o playboyu, który czasem postrzela. Bond dorósł, zestarzał się i bierze na siebie odpowiedzialność za świat i Anglię, utyskując przy tym niczym zestarzały wujek, na młode pokolenie, które konsekwentnie opanowuje MI6. Po filmach z Bondem nie spodziewamy się wiele – ma być Bond, piękne kobiety, samochody, strzelaniny, pościgi, trochę polityki i ładne krajobrazy. Kiedy wrzucimy to wszystko do jednego worka, odpowied-nio wymieszamy i wyjmiemy w dowolnej kolejności, możemy stworzyć z tego każdy kolejny film o agencie 007. „Skyfall” oczywiście dostarcza nam tych wszystkich atrakcji, niemniej jednak czuć w filmie pewien powiew nowości, który – parado-ksalnie – powoduje wprowadzenie wątku o starości, zmęczeniu i przemijaniu

TEMAT NUMERU

pokoleń. Bond nie jest już młodzienia-szkiem, M chcą wysłać na emeryturę, a no-wy Q ma – jak ze złością zauważa 007 – jeszcze trądzik i wygląda jak uczeń presti-żowego liceum. I choć ten Bond jest zupełnie „niebondowaty”, może właśnie dzięki temu staje się bliski widzom, realny, ludzki. Bo też bywa zmęczony, też ma chwile słabości. Jak każdy z nas. *** Marka Sony chwali się nowymi telefonami „przetestowanymi prze agenta 007”, piosenka Adele, która jest wykorzystana jako główna ścieżka dźwiękowa, robi furorę na listach przebojów, a w co drugiej reklamie telewizyjnej jest odniesienie do agenta z licencją na zabijanie. Na YouTube możemy znaleźć mnóstwo parodii efektownych przewrotów i powalania kolej-nych wrogów, a hotele, gdzie były kręcone co bardziej ważne czy efektowne sceny, już liczą przyszłe zyski z nagłego napływu turystów. "Nikt nie zaprzeczy, że żyjemy w erze Bonda." Jak to możliwe, że postać z filmów pełnych „skoków bez spadochronu, jazdy na jed-nym – oczywiście przebitym – kole czy też biegu pośród serii z dwudziestu karabinów maszynowych” (jak to kąśliwie krytykują sceptycy), gdzie ze wszystkich podanych wyżej akcji wychodzi bez poważniejszych obrażeń, potrafiła zawładnąć światem? Lubimy bohaterów. Nikt nie zaprzeczy, że

TEMAT NUMERU

żyjemy w erze Bonda. Na przestrzeni lat ten Bond inaczej wyglądał i inaczej się zachowywał. Reprezentował inne cechy, które były ważne dla danego pokolenia. Przez lata był odzwierciedleniem tendencji społecznych, a także ich produktem. To my i nasze oczekiwania tworzymy Bonda i to dzięki nam każda kolejna produkcja staje się przebojem. Kinowa premiera najnow-szego filmu „Skyfall” tylko potęguje to zja-wisko. Bond znów wychodzi cało z kolejnej misji, znów ratuje świat i znów jest nieza-stąpiony. A my, siedząc w kinie marzymy, żeby agent 007 nie był tylko wytworem produkcji filmowych i żył naprawdę. Jaki ten świat byłby piękny! Zamiast utrzymy-wać wielkie armie, mielibyśmy jednego agenta i kilku pomocników, budżety państw nie byłyby tak obciążone publicz-nymi wydatkami, może udałoby się dzięki temu wyjść z kryzysu? A może inaczej, Bond poradziłby sobie z Iranem i Irakiem jednocześnie, a potem poprawił krawat i poszedł dalej? Lubimy marzyć. Dlatego James Bond, choć nie tak młody i nieco już zmęczony, wciąż ma przed sobą wielką karierę. Karolina Wojtal, Jakub Cichuta, Monika Toppich Fot. 1: brava_67 (CC BY 2.0 Fot. 2: Wikimedia Commons (CC BY 2.0) Fot. 3: cliff1066™ (CC BY 2.0) HALLOWEENOWE
SPECJAŁY
KULTURA: FILM KULTURA: FILM

Dni poprzedzające święto zmarłych każdemu kojarzą się z czym innym. Ludzie masowo wykupują ze sklepów różnokolorowe znicze i wieńce lub szykują kostiumy na coraz bardziej popularne Halloween. Ja natomiast, wykorzystując klimat tego mrocznego święta, przypominam sobie praw-dziwe kino grozy. Oglądając coraz to nowsze horrory, zadaję sobie tylko jedno pytanie - dlaczego scenarzyści i reżyserzy kładą nacisk głównie na obrzydzenie, a nie na prze-rażenie widza? Być może młodzież woli oglądać filmy, w których bohaterowie bez przerwy tną się piłami mechanicznymi, szatkują watahy zombie bronią maszynową lub zakochują się w przepięknych wam-pirach. Widziałem już komentarze na forach internetowych, głoszące, że „Saga Zmierzch” jest najlepszym horrorem z krwiopijcami w roli głównej. Zamiast tracić czas na tego typu produkcje, które za kilka lat zostaną zapomniane, lepiej

KULTURA: FILM

obejrzeć jeden z klasycznych dreszczow-ców, a jest z czego wybierać. Miłośnicy krwi Produkcje dotyczące wampirów były jednymi z pierwszych horrorów. Niektóre nowości wciąż trzymają poziom swoich prekursorów, aczkolwiek coraz częściej pojawiają się kiczowate filmy, w których krwiożerczy wampir zmienia się we flirtu-jącego przystojniaka. Kontynuując wampirze tematy, przed-stawiam protoplastę tej rasy, czyli Nos-feratu. Po premierze filmu, która odbyła się ponad 90 lat temu, postać owego hrabiego wzbudziła przerażenie wśród społeczności. Mimo że film był niemy, a krwi nie było zbyt wiele, „Nosferatu – Symfonia Grozy” został wpisany do kanonu horrorów wszech czasów. Oglądając „Nosferatu” po raz drugi, można się trochę znudzić. Właśnie w tym momencie należy włączyć „Van Helsinga” i tylko patrzeć, jak rządy krwawego Draculi nad Transylvanią mijają. Efekty specjalne, niesamowita muzyka, zapierająca dech w piersiach sceneria i wartka akcja czynią z niego film, który szybko się nie znudzi, ale też k nie przestraszy. Jeśli uważacie, że Halloween powinno się spędzać na wesoło, należy włączyć „Nieu-straszonych Pogromców Wampirów” Ro-mana Polańskiego. Ta przezabawna ko - media przedstawia perypetie Profesora Abronicusa i jego asystenta, Alfreda, walczących z transylwańskimwampirem. Potwory z szafy i nie tylko Nocą, gdy nad światem zapada mrok, nawet zwykła szafa może przyprawić człowieka o dreszcze. Mimo że nie wierzę, by w mrocznych kątach mojego pokoju czaiło się zło, zawsze, patrząc w ciemne miejsce, nie czuję się zbyt pewnie. Postacią królującą w takich właśnie zakamarkach jest Boogeyman, potwór z filmu o tym samym tytule. W całej trylogii zjawa będąca ucieleśnieniem największych lęków swoim ofiar zbiera krwawe żniwo, czy to w zwykłym mieszkaniu, szpitalu psychia-trycznym czy akademiku. Każda kolejna część serii robi się coraz bardziej brutalna, lecz na szczęście nie traci jednocześnie na grozie. "(...)zjawa będąca uciele-śnieniem największych lęków swoim ofiar zbiera krwawe żniwo(...)" Boogeyman zabija jednak po to, by żyć, ponieważ żywi się ludzkim strachem. Innymi rodzajami duchów są te szukające pomsty. Do tej kategorii zaliczają się boha-terki dwóch świetnych horrorów. Pierw-szym z nich jest „The Grudge – Klątwa”. Opowiada on historię młodej dziewczyny, podejmującej się opieki nad starszą osobą.

KULTURA: FILM "Coraz częściej jesteśmy zasypywaniu mnóstwem produkcji nastawionych tylko na jak największy dochód."

Dom staruszki na obrzeżach Tokio nie wy-różnia się niczym szczególnym, nie licząc faktu, że jest naznaczony klątwą zabija-jącą każdego, kto doń wejdzie. Oglądając ten film w ciemnympokoju przy dobrym nagłośnieniu lub w słuchawkach na uszach, przerażenie jest gwarantowane. W ciągu ostatnich lat ilość dobrych dresz- czowców spadła. Przełom nastąpił jednak w dniu premiery „Kobiety wczerni”. Młody adwokat, Artur (Daniel Raddcliffe) przyby-wa do opuszczonego domu w celu upo-rządkowania dokumentów spadkowych zmarłej właścicielki. W pracy przeszka-dzają mu dziwne hałasy, rozchodzące się w różnych częściach domu. Mimo przestróg, mężczyzna próbuje rozwikłać tajemnicę upiora straszącego w domo- stwie. „Kobieta w Czerni” w mojej opinii jest jednym z najlepszych horrorów, jakie widziałem w ciągu ostatnich kilku lat. Atmosfera filmu przyprawia o dreszcze, a pojawienia się zjawy przyśpieszają bicie serca. Coraz częściej jesteśmy zasypywaniu mnó-stwem produkcji nastawionych tylko na jak największy dochód. O wielu dzisiej- szych horrorach nikt za 10 lat nie będzie mówić, chociaż niektóre nadal są godne obejrzenia. Dzień zmarłych i poprzedzające go Halloween nie ograniczają się tylko do odwiedzania grobów i zbierania słodyczy przez dzieci. Można także usiąść wygodnie w fotelu i spędzić wieczór przy dobrych horrorach. Maciej Nowotnik Fot: gaudiramone (CC BYSA 2.0) Do Warszawy jechały po kilkadziesiąt albo i nawet kilkaset kilometrów tylko po to, żeby spotkać swoich idoli. Mowa tu o dziewczynach z fanklubu Afromental, które jak zwykle nie zawiodły chłopaków z zespołu i licznie przybyły na ich jubileuszowy występ.
HARD ROCK CAFE W RYTMACH
RELACJA Z KONCERTU

AFROMENTAL Koncert odbył się 23 października w war-szawskim Hard Rock Cafe, w ramach wtorkowego cyklu Pepsi Rocks. Grupa świętowała tego wieczoru swoje ósme urodziny. W klubie nie zabrakło także bardzo żywiołowej publiczności, wśród której znalazło się też kilka zaprzyja-źnionych z chłopakami celebrytek, m.in. Ola Szwed, Ewa Farna i Marina. "Grupa świętowała tego wieczoru swoje ósme urodziny." Na scenie dominowało, typowe dla zes-połu, bardzo energiczne brzmienie, charak-terystyczne dla stylu z pogranicza reggae,

RELACJA Z KONCERTU "W połowie koncertu odbył się happening, wspierający walkę z rakiem piersi(...)"

R&B, hip–hopu i soulu. Występ rozpoczął się piosenką „The Bomb”, która jest tytułowym utworem najnowszej, trzeciej studyjnej płyty zespołu, wydanej w listo-padzie 2011 roku. Na setliście znalazły się również inne dobrze znane utwory, takie jak: „Rollin with you” czy „It’s my life”. Podczas imprezy gościnnie wystąpił raper Numer Raz, który w 2007 roku nagrał z grupą kawałek „Słowo”, znajdujący się na debiutanckim wydawnictwie Afromental, zatytułowanym „The Breakthru”. W poło-wie koncertu odbył się happening, wspierający walkę z rakiem piersi, podczas którego publiczność została poproszona o wzniesienie w górę rozdawanych przy wejściu różowych, papierowych serc. Tłum w klubie szybko przechwycił pozy-tywną energię, płynącą ze sceny, i świetnie się bawił, skacząc i bujając się w rytmie wszystkich utworów. – To jeden z najlepszych koncertów, na jakich byłam. Emocje i energia nie do opisania. Chłopcy mają świetny kontakt ze słuchaczami, od początku do końca koncertu zespół i publika byli jednością. To był mój pierwszy, ale na pewno nie ostatni koncert Afromental - twierdzi Joanna, jed-na z fanek grupy. Justyna Możdżonek Fot. 1: Giorgio Tomassetti (CC BYSA 2.0) „Ojciec chciał, żebym miała porządny zawód, niestety, zawiódł się.” Tymi sło-wami zaczęła swoją wypowiedź córka Charliego Chaplina – Geraldine. Jej obe-cność uświetniła pierwszy dzień toruńskiego „Tofifestu” – 10. Między-narodowego Festiwalu Filmowego.
JUBILEUSZOWY TOFIFEST
RELACJA Z FESTIWALU

Festiwal, który stara się promować kino ambitne i niepokorne trwał od soboty 20.10 do piątku 26.10, a wyświetlono na nim około 160 filmów (m.in. zdobywca Zło-tych Lwów z Wenecji - „Cezar musi umrzeć”, „Yuma”, „Raj: Miłość”), walczące o „Złote Anioły” przyznawane przez jury pod przewodnictwem Zbigniewa Zama-chowskiego. "Oprócz filmów festiwal stał się okazją do spotkań z ludźmi kina." „Grand Prix”, czyli najważniejszą statuetkę (za najlepszy pełnometrażowy debiutancki bądź drugi film fabularny) otrzymała austriacka „Kuma” – film opowiadający o rozwoju relacji dwóch tureckich kobiet żyjących w Wiedniu. Jedna jest chorującą na raka żoną Turka, a druga zostaje jego przyszywaną żoną. Za najlepszą reżyserię

RELACJA Z FESTIWALU "Krystyna Janda odwiedziła Toruń, gdyż została obdarowana Specjalnym „Złotym Aniołem za Niepokorność Twórczą”."

„Złotego Anioła” otrzymał film słowacko-–czeski „AŽ DO MESTA AŠ” (Made In Ash), wyreżyserowany przez Ivetę Grofovą, który przedstawia zderzenie między ambicjami i marzeniami młodych Słowaczek z brutal-ną rzeczywistością naszych czasów. W ka-tegorii From Poland zwyciężył film „Mój rower” Piotra Trzaskalskiego, w którym trójka mężczyzn: dziadek, ojciec i syn, łączą swoje siły, aby odnaleźć zaginioną babcię. Oprócz filmów festiwal stał się okazją do spotkań z ludźmi kina. Wspomniana Geraldine Chaplin (grająca między innymi w „Doktorze Żywago”) przyjechała po od-biór „Złotego Anioła” za całokształt twór-czości i opowiedziała miedzy innymi o swo-ich wcześniejszych związkach z Polakami (jako nastolatka poznała w Anglii polską emigracyjną rodzinę, z którą bardzo się zżyła). Krystyna Janda odwiedziła Toruń, gdyż została obdarowana Specjalnym „Złotym Aniołem za Niepokorność Twór-czą”. Nagrodą „dla Wschodzącej Gwiazdy Kina Europejskiego” został uhonorowany Jakub Gierszał. Odbyło się także spotkanie ze Zbigniewem Zamachowskim, który te nagrody przyznawał. Gośćmi było też wielu innych reżyserów i aktorów z Polski, ale też z zagranicy, na przykład Manya Patil i Mohan Agashe z Indii. Jakub Cichuta Fot. 1: Wikimedia Commons (CC BY 2.0) Fot. 2: vancouverfilmschool (CC BY 2.0) „NIE JESTEM PIĘKNY, A PRZYCIĄGAM WZROK”
Kiedy umiera jakiś artysta, zazwyczaj ograniczamy się do współczucia rodzinie, staramy się (dla spokoju sumienia) przypomnieć jego dokonania, by następnego dnia zapomnieć. Niestety, problem zaczyna się, gdy umrze artysta, który ukształtował nasze życie.
KULTURA: MUZYKA

Przemysław Gintrowski. To nazwisko mówi mi wszystko... Muzyk całą duszą, a zara-zem bardzo uczciwy człowiek. Zmarł w sobotę, 20 X 2012 roku, mając 61 lat. Pomimo różnych młodzieńczych prób estra-dowych, swoją karierę tak naprawdę roz-począł w roku 1976, gdy w warszawskiej Rivierze zadebiutował siedmiominutowym „Epitafium dla Sergiusza Jesienina”. Dwa lata później wraz z Jackiem Kaczmarskim i Zbigniewem Łapińskim stworzył sławne „Trio”. Trudno jednak mówić, że między nimi nawiązała się przyjaźń – należałoby raczej tę relację porównać do „koalicji artystów”. Współpraca z tą dwójką głęboko naznaczyła jego karierę – widać to zwłaszcza teraz, gdy po śmierci często postrzegany jest w mediach jako „dodatek do Kaczmarskiego”. W 1979 roku stworzyli program poetycki, który na trwałe wszedł w historię polskiej muzyki – „Mury” z pio-senką, którą wszyscy kojarzą jako „niefor-malny hymn Solidarności”. "Gintrowski nie ukrył się w domu, ale stał się artystą podziemnym, drugoobiegowym (niemal bardem Stanu Wojennego)." Po sukcesie „Murów” (około 1000 kon-certów!) powstały jeszcze dwa wspólne programy – „Raj” i „Muzeum”. Pomimo roz-padu Tria w stanie wojennym, Gintrowski nie ukrył się w domu, ale stał się artystą podziemnym, drugoobiegowym (niemal



bardem Stanu Wojennego) i koncertował, gdzie tylko mógł, często nielegalnie. Komu-nizm upadł i Trio wróciło na scenę – powstały płyty: zapis trasy koncertowej z 1991 roku pt. „Mury w Muzeum Raju” i „Wojna postu z karnawałem”, której wydanie zakończyło się ogromnym suk-cesem. Co ciekawe, sam Gintrowski mówił w filmieJ. Mędrzyckiego pt. „Jacek”: „Ja któregoś dnia, buszując w Internecie, natknąłem się na fragmenty naszego koncertu, już nawet nie wiem, który to był rok, ale to późno dość było, z Filharmonii. I po prostu, powiem nieskromnie, byłem pod wrażeniem.” "Programy informacyjne rzuciły się, by podać tego smutnego newsa(...)" Choć po tej płycie drogi „koalicji artystów” się rozeszły, to jednak Przemysław Gintrowski tworzył nadal – muzykę do filmów i seriali, a także od czasu do czasu wydając własne płyty. Był rozpoznawalny głównie dzięki przejmującemu, ochrypłemu głosowi barda, którego wcześniej nie było na polskiej scenie muzycznej. Jako podkładu muzycznego najchętniej używał gitary i syntezatorów, choć były momenty, że akompaniatorem była cała orkiestra. Herbert - to ważne nazwisko. Gintrowski tworzył albumy w całości oparte na tek-stach Herberta i był uznany za najlepszego interpretatora jego tekstów. No i kino – był kompozytorem muzyki filmowej. Ale kto dziś wie, że muzyka ze znanego wszystkim „13. Posterunku” jest autorstwa tego pana?

KULTURA: MUZYKA

"Smutne, że programy informacyjne są przygotowywane na szybko i bez sensu." Zmarł Artysta. Programy informacyjne rzuciły się, by podać tego smutnego newsa jak najszybciej i często mogliśmy usłyszeć takie bzdury, jak te, że był współtwórcą sławnej piosenki „Mury”, autorem muzyki do „Człowieka z Żelaza” czy po prostu tekściarzem. Smutne, że programy inform-acyjne są przygotowywane na szybko i bez sensu. Zachęcam wszystkich do posłuchania kilku utworów Przemysława Gintrowskiego i zajrzenia w świat pięknej muzyki, którego cząstka już nie powróci. Jan Bulak Fot.2: seriousbri (CC BY 2.0) STOP, WYSIADAM!
Ile razy wsiadałeś do autobusu lub pociągu i po kilku minutach chciałeś wysiąść? Czy znasz to uczucie, gdy ludzie depczą ci po palcach, blokują wyjście i umilają czas najnowszymi hitami puszczanymi z wypasionej komórki? I choć wiem, ile wymaga znoszenie takich zachowań, proponuję spojrzeć na to z przymrużeniem oka.
SPOŁECZEŃSTWO

Komunikacja miejska – to brzmi tłumnie Jadąc autobusem, tramwajem czy innym środkiem komunikacji, na pewno zauwa-żyłeś, że pasażerowie różnią się od siebie. Niby wszyscy wsiadamy do jednego po-jazdu, ale każdy robi to na swój sposób i inaczej spędza tych kilkanaście lub kilka-dziesiąt minut. „Pasażerowie – łowcy sie-dzeń” sekundę po wejściu do autobusu mają tylko jeden cel: nie dać sobie zabrać miejsca. Zazwyczaj są to młodzi ludzie, ale zdarza im się przegrać z „babciami akrobatkami”, które widząc wolne siedze-nie przeobrażają się w gimnastyczki, zapo-minają o lasce i biegną do niego co sił w nogach. To oczywiście humorystyczny opis, ale chyba każdy nie raz przekonał się, że autobus czy tramwaj w godzinach szczytu jest synonimem tłumu i każdy wo-lałby usiąść niż stać. "Zazwyczaj są to młodzi ludzie, ale zdarza im się przegrać z „babciami akrobatkami”(...)" Ilu pasażerów w komunikacji miejskiej, tyle opinii na temat tego, co denerwuje w po-dróży i sprawia, że traktujemy ją jako strefę tortur. Kasia, 17–letnia uczennica liceum, nie może znieść, gdy ktoś siada na jednym z siedzeń, a obok kładzie torbę blokując drugie. Adam natomiast uważa, że ustąpienie miejsca jest sprawą indywi-dualną, bez względu na to, czy jest się starszą osobą, czy zmęczonym po całym

SPOŁECZEŃSTWO

dniu nauki uczniem. „W autobusie czy tramwaju wszyscy mają takie same prawa do siedzenia, a jak się komuś nie podoba, że musi stać, to niech jeździ taksówkami” - dodaje. "Irytujące jest, kiedy ktoś myli autobus z budką telefoniczną(...)" Z komunikacji miejskiej korzysta nieposia-dająca prawa jazdy Dorota Wellman, prowadząca „Dzień dobry TVN”. Lubi pod-róże, bo znajduje podczas nich odpowiedź na pytanie, czym na co dzień żyją ludzie: „Trudno na to pytanie odpowiedzieć, gdy przebywa się na salonach, w domu lub w swoim samochodzie. Patrzę na to, co ludzie czytają, jak są ubrani, jak wyglądają i jak się zachowują. Nie można odcinać się od świata.” (wyp. dla natemat.pl) W autobusie jedzie DJ… Irytujące jest, kiedy ktoś myli autobus z budką telefoniczną i prowadzi niezwykle interesujące rozmowy przez telefon. Nie-którzy też dzielnie próbują przeobrazić pojazd w dyskotekę. Widząc kogoś, kto ściska w dłoni komórkę i już nie może do-czekać się zabawy w DJ–a, myślimy jedno: „Błagam, bylebyś usiadł daleko ode mnie”. Czasem jednak, gdy bardzo chcemy czegoś uniknąć, musimy liczyć się z tym, że zaraz nam się to przytrafi. A często pada na tych, którzy postanowili uprzyjemnić sobie jazdę czytaniem książki. Mimo muzykalnego towarzysza, zaabsorbowani czytaniem nie chcą dać za wygraną. Ciekawą scenkę

SPOŁECZEŃSTWO "(...)zaczął na głos czytać książkę, którą właśnie trzymał w dłoni."

zaobserwowałam wracając ostatnio auto-busem do domu. Starszy pan nie wytrzy-mał, kiedy jego nastoletni towarzysz słuchał głośno piosenek z komórki i zaczął na głos czytać książkę, którą właśnie trzymał w dłoni. Pasażerowie w ciągu kilku minut poznali kulturę Bułgarii, a DJ z rumieńcem na twarzy wyłączył telefon. Zarząd Transportu Miejskiego w Warszawie przeprowadził ostatnio wśród podróżu-jących sondę „Co najbardziej denerwuje cię w zachowaniu współpasażerów?”. Ponad 40% ankietowanych odpowiedziało, że gło-śne zachowanie oraz blokowanie wyjścia. ZTM prowadzi w październiku kampanię edukacyjną „Pomyśl o innych, nie jesteś sam”. W prawie 1200 pojazdach miejskich pojawiają się interesujące plakaty „Oby- watelu, to nie dyskoteka” czy „Obywatelu, nie stój murem.” Wszystko po to, by zwiększyć komfort jazdy i wyzbyć się nega-tywnych nawyków. Może być wesoło Co innego gdy ktoś opowiada jakiś żart. Wtedy większość uszu wytęża sięi słucha: „Za autobusem biegnie mężczyzna i krzy-czy: - Ludzie, powiedzcie kierowcy, żeby się zatrzymał, bo spóźnię się do pracy! - Panie kierowco, jeszcze jeden pasażer! Kierowca zatrzymuje się. Do autobusu wskakuje zdyszany facet i mówi:- Dziękuję Państwu! A teraz bileciki do kontroli proszę...” I choć większość z nas bilety posiada, to

SPOŁECZEŃSTWO

nie lubimy, gdy ktoś wątpi w naszą odpo-wiedzialność i podejrzewa, że jedziemy na gapę. Ale czym się tu martwić? Może akurat ten, kto całą drogę „umilał” nam podróż głośną i często niekulturalną roz-mową, zapomniał kupić bilet i niefortunnie trafił na kontrolę. Wielu w duchu życzy takiemu delikwentowi nauczki. "Podróżowanie może być jednak przyjemniejsze, jeśli każdy przypomni sobie podstawowe zasady savoir–vivre." Autobusy czy pociągi to jednak miejsca publiczne, więc trudno zabronić komuś dyskutowania czy rozmawiania przez telefon. Podróżowanie może być jednak przyjemniejsze, jeśli każdy przypomni sobie podstawowe zasady savoir–vivre. I choć niejednokrotnie chciałoby się po prostu wysiąść i pojechać własnym autem, to lepiej wziąć głęboki oddech i przypomnieć sobie słowa piosenki: „wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet, ściskając w ręku kamyk zielony, patrzeć jak wszystko zostaje w tyle.” Karolina Przybylska Fot1: epSos.de (CC BY 2.0) Fot.2: BazzaDaRambler (CC BY 2.0) Fot.3: markhillary (CC BY 2.0) NIE TYLKO DLA ABSOLWENTÓW KOSMONAUTYKI, ...czyli co nam da przystąpienie do Europejskiej Agencji Kosmicznej
Ten dzień z pozoru niczym się nie wyróżniał. W sejmie nudne rozmowy, głosowanie według ściąg, jakaś ustawa o ratyfikacji przystąpienia do ESA. Ot, klasyczna praca dla dobra Polski. A jednak wydarzyło się tam coś magicznego. „Jedyny sukces Tuska” - skomentował jeden z internautów.
NAUKA

Nikt tu, naturalnie, nie czarował, chociaż kto wie – może jakiś czarownik rzeczywi-ście tam był obecny. Dwudziestego czwar-tego października bowiem sejm jedno-głośnie zatwierdził umowę umożliwiającą Polsce przystąpienie do Europejskiej Agen-cji Kosmicznej. Obyło się bez sporów i nu-dnych kłótni. Wydarzenie, z pozoru błahe, przyniesie naszemu krajowi bardzo wiele realnych korzyści, w tym także dla ludzi młodych. Nawet jeśli nie zamierzasz kształ-cić się w kierunku związanym bezpośrednio z kosmonautyką, czytaj dalej, bo na pewno znajdzie się coś dla siebie. "Wydarzenie, z pozoru błahe, przyniesie naszemu krajowi bardzo wiele realnych korzyści." Aby dowiedzieć się tego, postanowiłem porozmawiać z Jarkiem Jaworskim, człon-kiem redakcji strony kosmonauta.net, a także koordynatorem m.in. zakończo-nego już projektu SCOPE 2.0 (ekspery-ment dotyczący kampanii lotów strato-sferycznych Europejskiej Agencji Kosmi-cznej BEXUS). Paweł Gałwa: Jakie korzyści przynie-sie ludziom młodym przystąpienie Polski do Europejskiej Agencji Kosmi-cznej? Jarek Jaworski: W Polsce osoba, która interesowała się kosmosem, właściwie nie mogła znaleźć pracy. Natomiast z racji tego, że nasz kraj przystąpił do ESA (European Space Agency – Europejskiej Agencji Kosmicznej), to siłą rzeczy musi opracować swój program kosmiczny i wspierać rodzime przedsiębiorstwa, aby mogły konkurować z zagranicznymi, chociażby w celu uzyskania różnych kontraktów. W tym momencie jest około

NAUKA

27 firm nakierowanych na tę branżę, które robią, zaczęły coś robić bądź za chwilę coś zrobią. W związku z tym osoby, które interesowały się kosmosem i jeśli coś chciały zrobić, to musiały dotąd wyjeżdżać, będą mogły to robić w Polsce. Kolejną korzyścią jest to, że studenci mogą uczes-tniczyć w programach i stażach eduka-cyjnych o celach kosmicznych, które na-prawdę dają niemałą szansę na zdobycie doświadczenia i wiedzy. Gdy je ukończą, mogą później pracować chociażby w ESA. Jak nie byliśmy do tej pory w Europejskiej Agencji Kosmicznej, to Polacy nie mogli za wiele robić. PG: Gdzie należy się kształcić, aby potem znaleźć pracę w tym sektorze? JJ: Kosmonautyka charakteryzuje się tym, że nie trzeba koniecznie być po niej, żeby robić coś związanego z kosmosem, tzn. kierunek ma z nim wiele wspólnego. Natomiast kosmos jest związany z wielką ilością branż. Na przykład, aby zbudować łazika czy sondę kosmiczną, to są potrzebni mechanicy, którzy skończą studia mecha-niczne, np. pięcioletnie magisterskie, a potem zrobią jakiś dodatkowy kurs albo staż i w ramach kosmonautyki będą robić mechanikę, która jest dedykowana temu sektorowi kosmicznemu. Ilość kierunków jest ogromna, np. bardzo potrzebni są wszelkiego rodzaju kartografowie czy lu-dzie związani z geoinformacją z i geoinfor-matyką, ponieważ powszechnie wykorzy-stywane są przez państwa europejskie zdjęcia satelitarne na potrzeby rolnictwa, administracji publicznej i potrzeba ludzi, którzy by te zdjęcia obrabialii i wyciągali z nich dane.

NAUKA "Warto zbierać doświadczenie jak najwcześniej, bo to w każdej branży jest ważne."

PG: Jak trudno jest zdobyć tu pracę? JJ: Na pewno trzeba robić coś więcej niż tylko studiować. Np. Europejska Agencja Kosmiczna posiada bardzo wiele punktów rekrutacyjnych dla studentów, które poz-walają przeprowadzić jakiś eksperyment w kosmosie bądź w warunkach zbliżonych do kosmosu. Warto aplikować na tego typu staże i programy edukacyjne jak najwcze- śniej, już na studiach. Natomiast można też działać w Polsce, jest tu bardzo dużo orga-nizacji studenckich oraz różnych organizacji pozarządowych zajmujących się kosmo-sem. Warto zbierać doświadczenie jak najwcześniej, bo to w każdej branży jest ważne. *** Można powiedzieć, że przed młodymi osobami otwiera się naprawdę szereg no-wych perspektyw. Zadziwiające jest nato-miast to, że informacje o przystąpieniu Polski do tej organizacji przeszły prak-tycznie bez echa. Kiedy pytam się znajo-mych, czy wiedzą o tym ważnym wydarze-niu, jedynie otwierają oczy ze zdziwienia. Jeżeli ktoś jest zainteresowany konkret-nymi liczbami, proponuję zapoznać z materiałami ze strony: http://polskawesa.pl/dlamediow/ Paweł Gałwa Fot. 1: xray delta one (CC BYSA 2.0) Fot. 2: Paolo Amoroso (CC BY 2.0) „Życzę wam, żebyśmy dotarli do Brazylii, póki my żyjemy!” - zakończył wzniośle swoją wypowiedź na mównicy Zbigniew Lach, członek ustępującego zarządu PZPN. Jego wystąpienie było idealnym zobrazowaniem komicznej i nieco absurdalnej atmosfery piątkowych wyborów na prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej, które jednak zakończyły się szczęśliwie. Szczęśliwie, bo prezesem został Zbigniew Boniek, który daje polskiej piłce nadzieję na lepsze jutro.
IDZIE NOWE?
SPORT: PIŁKA NOŻNA

Wszystko zaczęło się od nieścisłości związanych z metodą głosowania – wstępnie wybór prezesa miał się odbyć za kotarą, ale na wniosek delegata Lecha Poznań uchwalono, że głosowanie to odbędzie się drogą elektroniczną. Nauka obsługi skomplikowanego narzędzia do głosowania trwała tak długo i budziła tyle wątpliwości, że niektórzy uczestnicy zjazdu zastanawiali się, czy prezesa uda się wybrać przed północą. Kolejne nieporo-zumienia związane były z protestem jednego z delegatów, który twierdził, że regulamin wyborów był niezgodny ze statutem PZPN. Potem przemowę poże-gnalną zaczął jeszcze wówczas urzędujący prezes Grzegorz Lato, próbując tłumaczyć się, że przez czas jego prezesury trwała nagonka na niego i Związek. Nie omieszkał również pochwalić się organizacją Euro 2012, a jego wypowiedź świetnie wpa-sowała się w klimat wyborów. Jednak kiedy na mównicę wszedł wreszcie złotousty

SPORT: PIŁKA NOŻNA

Zbigniew Lach, atmosfera stała się lekka i przyjemna, a zjazd przybrał raczej formę kabaretu. Ostatecznie głosowanie wygrał Boniek, uzyskując dość sporą przewagę nad resztą stawki, a wszyscy odetchnęli z wyraźną ulgą, gdy poznali nazwisko nowego prezesa PZPN. "Nauka obsługi skomplikowanego narzędzia do głosowania trwała tak długo i budziła tyle wątpliwości, że niektórzy uczestnicy zjazdu zastanawiali się, czy prezesa uda się wybrać przed północą." Na długo przed wyborami stawiano Bońka wśród najpoważniejszych faworytów do wygrania wyborów. Jego kandydatura miała oczywiście swoich przeciwników, jednak wydawał się być najrozsądniejszym wyborem. W tym samym rzędzie stawiano Romana Koseckiego, jednak wydaje się, że w jego wypadku dużo zdziałały media, robiąc wokół niego szum i otoczkę fawo-ryta. Razem z „Zibim” tworzyli duet, który mógł wprowadzić powiew świeżości do PZPN–u. Pozostałych kandydatów nie brano raczej na poważnie, szczególnie jeśli mowa tu o kibicach i dziennikarzach. Kan-dydatura Zdzisława Kręciny traktowana by-ła jako dość niesmaczny żart, a anonimowi dla przeciętnego kibica Antkowiak czy Potok nie byli uważani za faworytów. Jak jednak dobrze wiemy, PZPN rządzi się własnymi prawami i zamiast wybierać, mogliśmy tylko biernie patrzeć, jak de-legaci układają się między sobą, a kan-dydaci próbują zyskać poparcie wśród głosujących. Często można stwierdzić, że bardziej na dobru polskiej piłki zależy właśnie kibicom, niż samym działaczom, co niejako potwierdził prezes Podkarpackiego ZPN, Kazimierz Greń: „Jest tu grupa „pływaków”, która odda głos za obiecane stanowisko, umowę zlecenie w PZPN, komisję czy wydział. Trzeba to jasno mówić.”. Mimo to, wydaje się, że większość delegatów przejrzała na oczy i zrozumiała błąd, jakim było wybranie Grzegorza Laty na prezesa cztery lata wcześniej, dlatego akurat tym razem postanowili zadbać o polską piłkę i po prostu zagłosować na najlepszego kandydata. "Na długo przed wyborami stawiano Bońka wśród najpoważniejszych faworytów do wygrania wyborów." Można odnieść wrażenie, że Boniek wygrał nie dzięki swoim postulatom, ale przede wszystkim dzięki opinii człowieka medial-nego, posiadającego wiele kontaktów i przede wszystkim reprezentatywnego,

SPORT: PIŁKA NOŻNA

czego akurat nie można powiedzieć o ustępującym prezesie. Cztery lata temu, dzięki popularności i dobrej sławie wiel-kiego piłkarza, wybory wygrał Grzegorz Lato, jednak ten wybór był przyjęty przez opinię publiczną z zaskoczeniem, a wręcz z niedowierzaniem. Teraz, kiedy jesteśmy mądrzejsi o cztery lata rządów Laty, wybór Bońka stał się punktem odniesienia do jakichkolwiek nadziei, które możemy wiązać z lepszą przyszłością polskiego fut-bolu. Nowy szef Związku sprawia wrażenie człowieka, który nie tylko wie, co chce zmienić, ale też wie, jak to zrobić i będzie miał odwagę rozbić i rozkruszyć „beton” w PZPN. Przed nowo koronowanym prezesem wielkie wyzwanie, prawdopodobnie najwię-ksze w życiu – wyprowadzić polską piłkę nożną na prostą, i chyba mało kogo będzie interesowało to, jakimi sposobami osiągnie swój cel. Boniek ma w ręku wszystkie atuty, a nam pozostaje jedynie życzyć mu powodzenia i żyć nadzieją, że nie będzie kolejnym wielkim piłkarzem, który, posa-dzony na prezesowskim stołku, spanikuje i zbłaźni się na oczach naszych i świata. Maciej Wdowiarski Fot.1: DrabikPany (CC BY 2.0) Fot.2: DrabikPany (CC BY 2.0) Zlatan Ibrahimovic odegrał już w swym życiu wiele różnych ról. Od biednego dziecka bałkańskich emigrantów w Szwecji, przez ulubieńca słynnego Fabio Capello w Juventusie, rezerwowego w Barcelonie, aż do największego zakupu francuskiego Paris Saint–Germain.
ON, IBRA
SPORT: PIŁKA NOŻNA

Popularny Ibra stał się już futbolową ikoną, często bardziej kojarzoną za kontrowersje, jakie wywołuje, niż za bramki, które strzela. Mogę sobie także bez problemu wyobrazić kolejne epizody w życiu – wyniesienie PSG na szczyty Ligue 1, zas-kakujący koniec kariery, może nawet tre-nowanie juniorów w Malmö FF. Ale uwierzcie mi – nigdy nie podejrzewałbym tego akurat zawodnika o to, że autobio-grafia, którą napisał wspólnie z dzienni-karzem Davidem Lagercrantzem, zostanie nominowana do szwedzkiej literackiej nagrody August. Ten ewenement to jednak doskonała okazja, by przypomnieć o Zla-tanie tym, którzy po przenosinach do Francji przestali się nim interesować. Nad „Ja, Ibra” zachwycają się prawie wszyscy, którzy zetknęli się z tą książką. Wydana w pod koniec zeszłego roku nie zrobiła u nas furory. W Szwecji, rodzinnym

SPORT: PIŁKA NOŻNA

kraju Ibrahimovica, w ciągu pierwszego dnia sprzedała się w 100 tysiącach eg-zemplarzy. Wkrótce okazało się, że bar-wność tego piłkarza to nie jedyne, co przyciągało doń kupujących. Bo gracz PSG, w porównaniu chociażby do Davida Beck-hama, jest w swojej opowieści niezwykle szczery. Dla Polaków przykładem tak bezkompromisowej autobiografii może być jedynie „Kowal. Prawdziwa historia”, opo-wiadająca o życiu Wojciecha Kowalczyka. Największego z naszych rodzimych futbo-lowych skandalistów, bez ogródek wyle-wającego swoje żale na kolegów z dru-żyny, poszczególnych dziennikarzy, trene-rów, wreszcie na PZPN. Nie kryjącego się z piciem na zgrupowaniach, równającego z ziemią legendę Antoniego Piechniczka czy Kazimierza Górskiego. Ale Kowal to gwia-zda dla krajowego formatu, legenda Legii, jedyny Polak, który zrobił karierę w hi-szpańskim klubie. Ibrahimovic zaś jest rozpoznawany na całym świecie, niektóre z jego bramek do dziś piastują wysokie miejsca na listach najładniejszych goli ostatnich lat. To piłkarz niezwykły - i tym bardziej niezwykła jest jego historia. Jej początek to obrzeża Malmö, jedna z imigranckich dzielnic. Zarówno matka, jak i ojciec pochodzili z Bałkanów – Bośni oraz Chorwacji. Rozstali się, gdy Ibra był jeszcze zbyt mały, by w ogóle unieść futbolówkę. Żył w odizolowaniu od reszty szwedzkiego społeczeństwa – zamykał się głównie w kręgach obcokrajowców. Gdy narodowa reprezentacja przy ekstazie swoich rodaków dochodziła do półfinałów Mundialu w 1994 roku, on zajmował się kradzieżą rowerów lub zaczepianiem

SPORT: PIŁKA NOŻNA

przypadkowych przechodniów. Swoje pierwsze piłkarskie buty kupił za 59 koron w wieku sześciu lat. Od tego czasu jego futbolowa kariera pięła się ku górze, ale nawet sukcesy na tym polu nie mogły zmazać poczucia wyobcowania, jakie odczuwał przez większość życia. W dru-żynie juniorów Malmö FF nie słyszał od trenerów pochwał, raczej uszczypliwe uwagi. Rodzice innych graczy wysyłali nawet petycje, by wyrzucić go z zespołu – podobno miał zły wpływ na ich dzieci. Apel ten był traktowany całkiem poważnie – do momentu, w którym znienawidzony imi-grant wszedł na boisku w spotkaniu ligowym przy stanie 0:4 i praktycznie w pojedynkę nie tylko wyrównał wynik, lecz dał swej ekipie zwycięstwo różnicą trzech bramek. "Swoje pierwsze piłkarskie buty kupił za 59 koron w wieku sześciu lat." Nic dziwnego, że w niedługim czasie zainteresowali się nim działacze Ajaxu. Po dwóch latach grania w seniorach Malmö jego cena wzrosła do prawie 11 milionów euro. W 40 meczach w Allsvenskan zdobył bowiem 16 goli. W transferze do Holandii pomógł mu Leo Beenhakker, który do dziś jest jednym z największych autorytetów Szweda. A zdobycie szacunku Ibry wcale nie jest łatwe – pokazał to między innymi Fredrikowi Ljunbergowi, wielkiej gwieździe narodowej reprezentacji, o którym wypo-wiada się jako o nudziarzu. W Amster-damie Zlatan wytrzymał trzy lata, zdobywając między innymi nagrodę za trafienie sezonu – przepiękne wykończenie po indywidualnej akcji przeciwko NAC Breda, zaliczając przy tym osiem (!) udanych zwodów. Zresztą o ile na pracowitość czy skuteczność Ibrahimovica od czasu do czasu można było ponarzekać, zawsze czarował techniką. W mojej pamięci zawsze pozostanie gol przeciw Włochom – odwrócony tyłem do bramki napastnik piętą przelobował zarówno bramkarza, jak i stojącego na linii bramkowej obrońcę. Z Euro 2012 warto zaś przypomnieć sobie woleja, który wyprowadził szwedzką reprezentację na prowadzenie w meczu z Francją. "Rodzice innych graczy wysyłali nawet petycje, by wyrzucić go z zespołu – podobno miał zły wpływ na ich dzieci." Gdy okazało się, że Ibra wcale nie spo-tulniał, przywdziewając koszulkę Ajaxu, konflikt z którąś z kluczowych person w klubie był nieunikniony. Trafiło na Rafaela Van der Vaarta. Panowie do dziś się nienawidzą – grający obecnie w HSV, holenderski pomocnik podobno został nakręcony, jak ćwiczy na podobiźnie Zlatana wymachy kijem do golfa. Szwed

SPORT: PIŁKA NOŻNA

zapowiedział za to, że kiedyś osobiście połamie mu nogi. Częściowo mu się udało – kiedy w przedsezonowym sparingu popularny VdV ucierpiał w starciu ze swym ówczesnym klubowym „kolegą”, szybko zorganizowano przenosiny Ibrahimovica do Juventusu. Tamten dwuletni epizod jest jednym z najlepszych w bogatej karierze tego zawodnika. Krnąbrny napastnik z niewiadomych powodów z miejsca stał się ulubieńcem Fabio Capello, który czasem nie wahał się wystawić go zamiast legendy Starej Damy – Alessandro Del Piero. Ale i lata 2004–2006 nie były sielanką. Na treningu prawie pobił się z weteranem, Patrickiem Vieirą (co zresztą stało się potem podstawą do wzajemnego szacu-nku, jakim do tej pory się darzą), a także zaczął okładać pięściami Jonathana Zebinę. W Serie A zresztą miał sporo podobnych występków. Sporą popularnością na YouTube cieszy się nagranie, jak kopie w głowę udzielającego wywiadu Antonio Cassano. Od czasu do czasu potrafił także zarobić głupią czerwoną kartkę. Niemniej jednak, zarówno w Juventusie, jak i w In-terze częściej czarował, niż oburzał. To zaś doprowadziło go do transferu do prowadzonej przez Pepa Guardiolę Barce-lony i jednego z ciekawszych futbolowych konfliktów ostatnich lat. "Krnąbrny napastnik z niewiadomych powodów z miejsca stał się ulubieńcem Fabio Capello."

SPORT: PIŁKA NOŻNA

Ja, Ibra właśnie za dokładne opisanie tego epizodu jest krytykowana w Katalonii. Tam Guardiola był swego czasu prawie równy Bogu. Gdy w 2009 roku do Blaugrany trafiał Zlatan, nikt nie spodziewał się, że nawet on odważy się postawić utytuło-wanemu szkoleniowcowi. Ale Pep podpadł Ibrahimovicowi już na samym początku znajomości. Szwed, znany ze swego zamiłowania do szybkich samochodów (przyznaje się bez ceregieli, że swoim Porsche potrafił jeździć i po 300 kilometrów na godzinę, nie zważając na policję ani czerwone światła), dostał zakaz używania sportowych aut. Następnie został prze-sunięty ze swojej nominalnej pozycji na taką, która bardziej odpowiadała Leo Messiemu, co skomentował stwierdzeniem, że trener kupił sobie Ferrari, a jeździ nim jak Cinquecento. Porównanie do akurat tego samochodu było nieprzypadkowe – Ibra nie tylko był wówczas jednym z najlepszych zawodników świata, lecz także kosztował ogromne pieniądze. Barca kupiła go za 45 milionów euro i dołożyła do tego Samuela Eto'o, wycenianego na kole-jne kilkadziesiąt milionów. Eskalacja małej wojny nastąpiła w meczu półfinałowym Ligi Mistrzów (w której zresztą nigdy się Zlatanowi nie powodziło) z Interem, pro-wadzonym przez Jose Mourinho. Schodząc z boiska, sfrustrowany Ibrahimovic wykrzy-czał Guardioli w twarz, że boi się The Special One i że „nie ma jaj”. Nic więc dziwnego, że nawet gdy zapowiedział, że w sezonie 2010–11 powalczy o miejsce w podstawowym składzie Barcelony, szkoleniowiec nie chciał go widzieć na Camp Nou. Do końca swej kariery w Ka-talonii nie rozmawiał z trenerem. Szybko został wypożyczony do Milanu, który rok później zdecydował się na transfer definitywny. To ostatni, najbliższy nam etap kariery Ibry. Grając dla Rosso–Neri krytykował sędziów, raz nawet rzucił w jedną z dziennikarek swoją gumkę do włosów, pytając się przy tym „na co się, k***a, gapi”. Wtedy też miał miejsce niechlubny incydent z niebezpiecznym kopnięciem Cassano w głowę. Sam Zlatan uznał to jednak za świetny żart. Gdy zatem przyszła oferta kupna z PSG, Milan zdecydował się puścić wybitnie utalentowanego, lecz także krnąbrnego ponad normę napastnika. Ibrahimovic od sierpnia gra więc w Paryżu i dostaje 13 milionów euro rocznie, co daje mu miejsce w pierwszej piątce najlepiej zarabiających graczy. Jego sława jednak zaczyna powoli gasnąć, choć on sam co rusz przypomina o sobie kolejnymi trafie-niami. Prawda jest jednak taka, że o Ibrze niełatwo będzie komukolwiek zapomnieć. Jakub Mirowski Fot.1: Gerard Reyes (CC BY 2.0) Fot.2: Jeanfrancois Beausejour (CC BY 2.0) Fot.3: prettyfriendship (CC BYSA 2.0)

DNI KARIERY - WROCŁAW WROCŁAW - 22 X 2012 DNI KARIERY - TARGI PRACY, PRAKTYK I STAŻY ZORGANIZOWANE PRZEZ AIESEC WROCŁAW UE WYDARZENIE POD PATRONATEM MEDIALNYM "OUTRO"



OKIEM WIDGETA