Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury strona 6 kalejdoskop obrazów strona 7 zwycięstwo czy klęska? strona 11 Knopfler - geniusz sześciu strun strona 13 magia w świecie Carolla strona 15 nieudany klon "Chirurgów"? strona 17 gafa strona 21 cyberdzieciństwo strona 24 polityka dodawania strona 27 nie zabijam, nie kradnę, choć wierzę strona 28 przełomowe "okienko"? strona 31 taniec towarzyski strona 33 Dni Kariery - Warszawa, 24 X 2012 strona 38 KIEŁBASA WYBORCZA W SOSIE AMERYKAŃSKIM

Outro Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl ISSN: 2299 - 5242 Redaktorzy naczelni: Monika Toppich, Kamil Wiśniowski Zastępcy: Paulina Zguda, Marek Suska Sekretarz redakcji: Magdalena Wąwoźna Redaktor prowadzący: Justyna Majchrzak Korekta wydania: Martyna Kłopeć Fotoedycja wydania: Adam Białek Projekt okładki: Patryk Skoczylas Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Patrycja Rawska (społeczeństwo), Aleksandra Bartosik (społeczeństwo), Maciej Dziubiński (sport), Agata Andrzejak (korekta), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy). Korekta: Agata Andrzejak, Nina Bezpałko, Faustyna Cisło, Justyna Dubaj, Agnieszka Dydacka, Maria Gołaszewska, Agata Hajduk, Martyna Kłopeć, Patryk Łowicki, Cyntia Schmidt, Wojciech Żywolt Graficy: Angelika Marchewka, Jarosław Stępień, Adam Białek, Patryk Skoczylas Zdjęcie na okładce: Austen Hufford (CC BY 2.0) i kps186media (CC BYSA 2.0)

Wybory prezydenckie w USA są pożywką dla większości gazet, telewizji i portali internetowych od przynajmniej kilku miesięcy. Oglądając wiadomości, w których na okrągło wałkuje się temat (wciąż jeszcze) prezydenta Obamy, można odnieść wrażenie, że ten ostatnimi czasy bardziej zajmuje się swoją przyszłą polityką, niż teraźniejszą. Tu debaty, tu podróże po całym kraju i namawianie niezdecydowanego elektoratu na głosowanie na jedynego słusznego kandydata. Jesteśmy tak bombardowani informacjami o wyborach w nie naszym kraju, że powoli zaczynam wątpić, czy na pewno wiem, po której stronie Atlantyku się znajdujemy. No bo tak na dobrą sprawę, czy jesteśmy w tę kwestię aż tak zaangażowani? Rzecz jasna wybór Amerykanów jest dla nas bardzo znaczący i będzie mieć duży wpływ na politykę zagraniczną Polski, ale czy zainteresowanie mediów nie staje się zbyt przerysowane? W tym numerze polecamy więc inną perspektywę spojrzenia na wybory w USA, czyli jak wielką moc w tym gorącym okresie ma… gafa. I nie pozostaje nam nic innego jak cieszyć się, że na powtórkę z tego cyrku w Polsce możemy jeszcze trochę poczekać. Paulina







KALEJDOSKOP
OBRAZÓW
RELACJA Z FESTIWALU

Kochasz dobre kino i masz dosyć multipleksów? W takim razie zamknij oczy i wyobraź sobie, że jesteś w Ka-towicach. Masz przed sobą pięć dni i siedemdziesiąt trzy filmy krótko–, średnio– oraz pełnometrażowe. Mo-żesz wybierać pomiędzy filmami fabu-larnymi, dokumentalnymi i animacja-mi. Różne tematy, produkcje, style. Myślisz, że to tylko marzenie? Nie, to 3. Międzynarodowy Festiwal Produ-centów Filmowych Regiofun. Tegoroczna edycja odbywała się pod hasłem „Brand Europa”, co można odczytać jako europejską markę gwarantującą ja-kość, zwłaszcza w świecie, w którym coraz częściej kino nie jest narodowe, ale kooperatywne. Cały festiwal taki właśnie był, łączył w sobie wszystko, co związane z filmem. Podczas tych pięciu dni widzowie mogli zobaczyć filmy różnych kategorii. Brand Europa Cykl, w którym każda produkcja w inny sposób ukazywała, czym jest marka europejska. Znalazły się w nim takie filmy jak: „400 batów”, „Królik po berlińsku” czy „Sanatorium pod klepsydrą”. Filmem, który najlepiej oddaje to, że nie ma jednego obrazu Europy, są „Wizje Europy” zrealizo-wane przez 25 europejskich reżyserów. Konkurs filmów pełnometrażowych Jedenaście filmów, w tym dwa polskie: „80 milionów” Waldemara Krzystka, opowiada-jący prawdziwe losy działaczy dolnośląskiej Solidarności, którzy tuż przed wprowadze-niem stanu wojennego zdecydowali się wypłacić z banku 80 milionów złotych. Film ciekawy, tym bardziej, że stworzony w koncepcji kina sensacyjnego. "Na festiwalu każda kolejna scena filmu była zaskoczeniem i nikt nie siedział z przeświadczeniem, że przecież coś podobnego już było."

RELACJA Z FESTIWALU

„Pałac” to film dokumentalny Tomasza Wolskiego, będący swoistą monografią Pałacu Kultury i Nauki. Reżyser postarał się, by widzowie mogli zobaczyć budynek jako tętniący życiem organizm, który nie tylko jest śladem przeszłości, ale też instytucją teraźniejszą. Konkurs filmów krótko– i średniometrażowych Trzynaście filmów, wśród nich dwa polskie: “Dziadek Piaskowiec”, film zrealizowany w ramach cyklu “Nowe Legendy Miejskie”, w ktorym aktorami i współtwórcami były dzieci ze szkół podstawowych. Ten obraz to nieco groteskowa i surralistyczna legen-da mająca wyjaśnić, dlaczego dzielnica Zandka jest zbudowana na piasku. “Mój dom” Magdaleny Szymków to opo-wieść o dwóch kobietach, których losy zetknęły się w powojennym Szczecinie. Dla jednej z nich Szczecin to miasto utracone, dla drugiej odzyskane. Jury w składzie: Brendan McCarthy, Paweł Łoziński i Adam Sikora zdecydowało się przyznać ex–aequo trzy pierwsze nagrody. Otrzymali je: Niama Film Production, producent filmu “The Roar of the sea”, w reżyserii Any R. Fernandez i Torstena Truscheita. Obraz ten przedstawia prostą, ale bardzo ważną społecznie historię afrykańskiego uchodźcy. Drugim laureatem jest jeden z polskich

RELACJA Z FESTIWALU

kandydatów. Nagrodę otrzymało Wajda Studio, producent filmu „Mój dom”. "Festiwal był dobrze rozreklamowany, ceny biletów i karnetów nie były drogie (...), więc dlaczego było tak mało widzów?" Ostatnia nagroda trafiła do Port–Au–Prince, do producenta filmu „Yuri Lennon’s Lan-ding on Alpha46” w reżyserii Anthony Vouardoux. Zrealizowany w jednym ujęciu film jest niezwykle oryginalnym i innowa-cyjnym opisem wędrówki kosmonauty Yuri Lennona na księżyc Jowisza, gdzie spotyka go ciekawy paradoks. Panorama Regionalnych Funduszy Filmowych – filmy pełnometrażowe Dwanaście filmów zrealizowanych w ra-mach regionalnych funduszy. Oryginalna tematyka i wykonanie, jedne są śmiałe, inne bardziej tradycyjne. Można było zoba-czyć takie filmy jak: „Swooni” – niezwykle emocjonalny obraz o sześciu osobach, których losy splotły się ze sobą w tytu-łowym hotelu; „King Curling” – nietypowa komedia sportowa doprawiona specyfi-cznym norweskim humorem czy „Hemel” – intrygujący portret młodej kobiety, której życie toczy się wokół kolejnych przelotnych związków. Panorama Regionalnych Funduszy Filmowych – filmy krótko– i średniometrażowe Cztery niezwykłe obrazy: „Bento Monoga-tari” – Yvonne jest zafascynowana japońską papkulturą i próbuje rozjaśnić szary świat uosabiany przez jej męża. Wspaniale dobrane stroje i akcesoria; „Dr Professor’s Thesis of Evil” – czarna komedia opierająca się na komiksowych superbohaterach, będąca połączeniem techniki 3D, fotografii i animacji; „Matteus” – fascynujący film o dziecięcej ciekawości i wadze religii, oparty na doświadczeniach z dzieciństwa reżyserki; „Nadie tiena la culpa” – perfekcyjnie oddany obraz relacji małżeńskich, pragnień znudzonego męża i przewrotności kobiety. "Projekcji było naprawdę dużo, nie było możliwości, by zobaczyć wszystkie(...)" Oprócz wymienionych cyklów widzowie mogli również obejrzeć filmy z serii: Regio–Cannes, czyli te, które były wcze-śniej wyświetlane na festiwalu w Cannes, Retrospektywa NRW – filmy zrealizowane przez fundusz regionalny Nadrenii

RELACJA Z FESTIWALU

Północnej–Westfalii. Oczywiście nie zabrakło też czegoś dla najmłodszych widzów – Klaps, czyli Regiofun dzieciom prezentował takie filmy jak: „Bramkarz Liverpoolu”, „Chłopiec i pingwinek” czy „Naprzód, Eddy!”. "Oryginalna tematyka i wykonanie, jedne są śmiałe, inne bardziej tradycyjne." Projekcji było naprawdę dużo, nie było możliwości, by zobaczy ć wszystkie, ponie-waż filmy były wyświetlane w trzech kinach (Kino Kosmos, Światowid oraz Kinoteatr Ri-alto) i nakładały się na siebie. Jednak te pięć dni można było wykorzystać jak najle– piej i spędzić w salach kinowych niesamo-wite chwile. Tylko dlaczego w takim razie sale były ledwie do połowy zapełnione? Na niektórych seansach na widowni siedziało może z dziesięć osób, a miejsca było dla co najmniej stu. Pojawia się pytanie – Dlacze-go? Festiwal był dobrze rozreklamowany, ceny biletów i karnetów nie były wysokie (można nawet powiedzieć, że o połowę tańsze niż w sieciówkach), więc dlaczego było tak mało widzów? Ktoś mógłby po-wiedzieć, że większość woli kino komer-cyjne, ale ja w to nie wierzę. Na festiwalu każda kolejna scena filmu była zaskocze-niem i nikt nie siedział z przeświadczeniem, że przecież coś podobnego już było. A ta-kie filmy są najlepsze, prawda? Justyna Książek Fot. 1: puuikibeach (CC BY 2.0) Fot. 3: Adpowers (CC BY 2.0) ZWYCIĘSTWO CZY KLĘSKA?
Zawrzało, gdy do kin trafiła polsko–włoska produkcja reżyserii Renzo Martinelliego. „Bitwa pod Wiedniem” miała odświeżyć wielkie starcie wojsk chrześcijańskich z muzułmanami. Chcąc poczuć atmosferę czasów, gdy jeszcze siła i odwaga znaczyły więcej niż technika, pokusiłam się o zakup biletu.
RECENZJA FILMU

Młody Marek z Aviano (F. Murray Abraham), będąc w lesie, ma wizję - zmarły dziadek ukazuje się bohaterowi pod postacią wilka. Gdy chłopak dorasta, zostaje mnichem, a dzięki swej głębokiej wierze dokonuje wielu cudów. Jest świado-my zagrożenia wybuchu wojny religijnej, jednak usiłuje pogodzić zwaśnione strony. Wezwany przez cesarza austriackiego, Leopolda I Habsburga (Piotr Adamczyk), przybywa na jego dwór, ale władca bagatelizuje niebezpieczną sytuację. Dopie-ro otrzymując od Kara Mustafy (Enrico Lo Verso) oficjalne wezwanie do poddania się, Leopold wpada w panikę. Jako tchórz ucieka z kraju, aby rzekomo „ratować dynastię”. Niewielka nadzieja pozostaje w królu polskim, Janie III Sobieskim (Jerzy Skolimowski), jego oddziałach i wątpliwej strategii. Najmocniejszą stroną filmu była fabuła. Gdyby wyciągnąć ją w postaci scenariusza poza całość, to śmiało można by powie-dzieć: „Kurczę, przecież to jest całkiem dobre”. Nie mam również większych zastrzeżeń do charakteryzacji. Co prawda wąs cesarza Leopolda pasuje Piotrowi Adamczykowi jak wół do karety, jednak skoro ówczesna arystokracja nosiła peruki, to dlaczego by nie miała doklejać wąsów? Niestety, wiele scen jest przerysowanych lub niekonsekwentnych, np. taka, w której aktor mający uprzednio mocno nabiegłe krwią oczy, kilka kadrów później ma je całkowicie czyste. Wspaniała obsada była mocno przerekla-mowana. Borys Szyc jest postacią niemal-że niezauważalną, mniej znaczącą od epizodycznej. Niewiele więcej robią Daniel Olbrychski czy Wojciech Mecwaldowski. Zdecydowanie najgorszym elementem są efekty specjalne. Rażą mnie zrobione kom-puterowo: wilk, śnieg, palmy… Chwilami zdawało mi się, że oglądam grę kompute-

RECENZJA FILMU

rową. Nigdy nie widziałam, by jakikolwiek polski film miał przekonujące, realistycznie wyglądające animacje, ale jak na dzisiejsze czasy, to po prostu wstyd. Uważam, że pominięcie tych przerysowanych scen nie miałoby większego znaczenia dla fabuły, a na pewno poprawiłoby jakość produkcji. "Zdecydowanie najgorszym elementem są efekty specjalne." Żadna z postaci nie wypada zbyt wiary-godnie mówiąc po angielsku. Jeden z Turków został wybrany na posła, ponieważ znał „język niewiernych”. Jednak pomiędzy jego „tureckim angielskim” a „niemieckim angielskim” różnica jest prawie niedostrzegalna. Nawet Sobieski mówi po angielsku z twardym, polskim akcentem. Ekranizacja bitwy z 1683 roku rozcza-rowała mnie bardzo. Już miałam nadzieję, że powstanie dobry film historyczny, który przestanie męczyć tematykę II wojny światowej. Jednak widocznie potrafimy tylko biadolić nad swoimi klęskami, bo kiedy przychodzi nam się zmierzyć z sukcesem, wychodzi film fantasy. Katarzyna Czerny GENIUSZ SZEŚCIU STRUN
KNOPFLER
RECENZJA PŁYTY

Świetny kompozytor i nietuzinkowy gitarzysta. Karierę rozpoczynał jako "ojciec założyciel" Dire Straits w 1978 roku. To on zajmował się tworzeniem i aranżowaniem większości utworów. Warto nadmienić takie piosenki, jak "Water of Love" czy "In The Gallery", które są pewnego rodzaju sztanda-rem w całej twórczości Marka Knopflera. Najnowsze jego dzieło – "Privanteering" - to połączenie różno-rodnych stylów muzycznych, skupio-nych w całość dwupłytowego albumu. Część pierwszą rozpoczyna focus track - "Redbud Tree" (piosenka, która nie została wydana na singlu, a promuje album). Utwór ten wprowadza nas w historię, którą opowiada Knopfler. Opowieść spowita jest delikatnymi brzdąknięciami na gitarze, połączona z brzęczącą harmonijką. Nie sposób się nie zakochać, płynące nuty z głośnika wprowadzają w jesienny,

RECENZJA PŁYTY

nostalgiczny nastrój. "Miss You Blues", rozdział o chęci powrotu do korzeni. Korzeni Chicagowskiego bluesa z lat 30.-40. ubiegłego wieku, gdzie świat był prosty, pozbawiony antagonizmów i bez uprzedzeń. Miejsce spotkań kumpli z podwórka podczas wspólnego przesia-dywania w klubach bluesowych. Prosta melodia, mało słów i wspaniały efekt. "Nie sposób się nie zakochać, płynące nuty z głośnika wprowadzają w jesienny, nostalgiczny nastrój." Część drugą otwiera "Kingdom Of Gold". Bardzo ciekawa kompozycja - dynamiczny, a gdzieniegdzie mocno energetyczny utwór, przepełniony metaforami. Mark mówi o złudzeniach zwykłego człowieka. Odnosi się do sfery profanum, nie upomina, tylko chce pokazać właściwą drogę, jaką jest sacrum. Moim zdaniem najlepszy na całym albumie. Niewątpliwie jest to bardzo udana płyta - w skali 10 punktowej dostaje 11. Okładka nawiązuje do jesieni, czasu, gdzie można zwolnić i zastanowić się nad własnym życiem. Najlepszym momentem do posłu-chania tej płyty to chwila, gdy możesz usiąść z kubkiem kawy i dobrą książką. Michał Fila Fot. 2: alterna (CC BY 2.0) MAGIA W ŚWIECIE CAROLLA
Szukasz książki, która nie jest kalką innych pozycji znajdujących się na sklepowej półce? Masz dosyć fabuł, których przebieg bez trudu możesz odgadnąć? I wreszcie, chciałbyś dać się zaskoczyć? Receptą na twoje dolegliwości może okazać się nowa książka Jonathana Carrolla.
RECENZJA KSIĄŻKI

Książka ta to opowieść o mężczyźnie, który niespodziewanie dowiaduje się, że nad jego nienarodzonym jeszcze dzieckiem ciąży klątwa, że on i jego wybranka są przeklęci, że ich los został już dawno przypieczętowany. To historia z roztańczo-nym kloszardem w roli głównej, który zna najdrobniejsze – nawet te, które dawno już umknęły z pamięci – szczegóły twojego ży-cia. Wreszcie jest to opowiadanie o nie-ziemskiej agencji towarzyskiej, pozwalają-cej na zawieranie małżeństw między kobie-tami pochodzącymi z Ziemi a przybyszami z innych planet, którzy na Ziemię trafiają pod postacią chmur. Nowa powieść Jonathana Carrolla aż kipi różnorodnością i niezwykłością. „Kobieta, która wyszła za chmurę” to zbiór opowiadań podanych na kryształowej tacy stylu Carrolla i polanych smacznym sosem – nawet nie pytajcie o przepis, bo choćbym podała wam potrzebne składniki, to i tak zamiast pysznego ciasta, z piekarnika wyskoczyłby zakalec. Bohaterowie prozy autora „Krainy chichów” na pierwszy rzut oka są zwyczajnymi ludźmi, których życie toczy się gdzieś na krańcach ziemskiego globu, a ich problemy niewiele różnią się od setek spraw zapisywanych na małych karteczkach z adnotacją: „pilne”. Jest jednak coś, co sprawia, że między ich a naszą codziennością przebiega gruba, namalowana niezmywalnym mazakiem kreska. Magia. "Pisząc o miłości między dwojgiem mieszkańców innych planet, traktuje o miłości w ogóle." Mieszkańcy „Carrollowskich przestrzeni” żyją obok kosmitów, znających przyszłość martwych dzieci i nędznie ubranych

RECENZJA KSIĄŻKI "Carroll zaskoczy, wyprowadzi w pole i nie da się przewidzieć"

meneli, którzy widząc cię pierwszy raz, są w stanie zanucić twoją ulubioną piosenkę. Jak gdyby na przekór jej znaczeniu, magia jest dla nich czymś zupełnie normalnym. I choć czasem nie mogą uwierzyć, miotają się i szukają racjonalnego rozwiązania, to w końcu przyjmują z całą swoją pokrę-tnością to, co los stawia im na drodze. Autor „Kobiety, która wyszła za chmurę” i tym razem, snując nietuzinkowe i naszprycowane nadnaturalnością historie, tak naprawdę opowiada o rzeczach – mogłoby się wydawać – dawno już „prze-gadanych” i znanych już od podszewki. Pisząc o miłości między dwojgiem miesz-kańców innych planet, traktuje o miłości w ogóle. Proponuje pochylić się czytające-mu nad takimi kwestiami, jak zaufanie, chęć przypodobania się partnerowi czy re– zygnacji z samego siebie. Niezwykłość jest u niego strzałem w dziesiątkę, bo dzięki niej czytelnik z zapartym tchem czeka na to, co wydarzy się tuż za rogiem, za kolejną pośpiesznie przerzuconą stroną. I jak to zwykle bywa, Carroll zaskoczy, wyprowadzi w pole i nie da się przewidzieć. „Kobietę…” czyta się jednym tchem, pożerając linijkę po linijce i może dlatego mam wrażenie, że historie zbyt szybko się kończą, że autor powinien jeszcze dom-knąć pewne sprawy, a bohaterowie nie są gotowi, aby żyć życiem nadanym im przez czytelników. Urszula Potrawa „CHIRURGÓW” ?
NIEUDANY KLON
RECENZJA SERIALU

Z szybko bijącym sercem oglądasz nowe odcinki „Chirurgów” lub „Dok-tora House’a? A może wychowałeś się na „Ostrym dyżurze"? Po trzynastu la-tach od ostatniego polskiego serialu medycznego („Na dobre i na złe”), powstał nowy, „Lekarze”. Serial opowiada o pracy i życiu chirurgów pewnego szpitala, którzy oprócz miłości do wykonywanego zawodu zakochują się rów-nież w sobie nawzajem. Taki opis pasuje do niemal każdego serialu medycznego. Niestety, również do „Lekarzy”. "(..)taki projekt to prawdziwy skok na głęboką wodę." Magdalena Różczka, wcielająca się w głów-ną bohaterkę, Alicję Szymańską, opisuje ją jako zwyczajną dziewczynę o niezwykłej

RECENZJA SERIALU

pasji, jaką jest chirurgia. Tylko że już po obejrzeniu kilku odcinków można dostrzec, że Alicja nie jest typową dziewczyną. Jest kobietą–chirurgiem, co już samo w sobie jest niezwykłe, a ona jest do tego bardzo dobrym chirurgiem. Co więcej, nie popełnia błędów i zna odpowiedź na niemal każde pytanie. Jakby tego było mało, od razu zakochuje się w niej kilku mężczyzn (Maks Keller, Piotr Wanat i chyba również Daniel Orda), którzy próbują zdobyć jej przychyl-ność. A nie jest ona przecież jedyną kobie-tą w szpitalu. "Wpadek jest całkiem sporo, zwłaszcza na tych kilka wyemitowanych dopiero odcinków." W „Lekarzach” jest naprawdę wiele podobieństw do amerykańskiego serialu „Chirurdzy”, a różnice wpływają na całość negatywnie. Pierwsze podobieństwo poja-wia się już na początku – intro wyraźnie nawiązuje do tego, które znamy właśnie z serialu Shondy Rhimes. Dominują w nim błękitne i szare barwy, podkreślone czer-wienią. Muzyka też jest bardzo podobna, tak samo zresztą jak kitle lekarzy, wystrój szpitala, sal operacyjnych, a nawet leczone choroby. Oglądając kolejne odcinki odnio-słam też wrażenie, że Alicja została wy-kreowana na polską Meredith Grey, a Maks na Dereka Shepparda. Tyle że do orygi-nałów im bardzo daleko. Zresztą zarówno szpital jak i wykreowana rzeczywistość nie wydają się w „Lekarzach” zbyt realne. Powiedziałabym nawet, że każda kolejna scena jest bardziej cukierkowa. Ameryka-nie mają straumatyzowaną, popadającą w depresję Meredith, która igra ze śmier-cią, natomiast Polacy radosną i idealną Ali-cję. Toruński szpital również nie wydaje się zbyt wiernie opisywać realiów przepełnio-nych polskich szpitali. "(...)zarówno szpital jak i wykreowana rzeczywistość nie wydają się w „Lekarzach” zbyt realne." Kolejna rzecz, która rzuca się w oczy, to niezbyt dobra gra lekarzy, którzy są albo uśmiechnięci, albo zdenerwowani, jakby nie znali innych uczuć. Pozytywnym wyją-tkiem jest grający doktora Ordę, Wojciech Zieliński, który jako jeden z niewielu wyda-je się wiedzieć, jak chce wykreować swoją postać. I robi to rewelacyjnie. Oglądalność podnosi też na pewno sceneria pięknego Torunia, gdzie toczy się akcja. Seriale medyczne nie są tanie, wiadomo nawet, że należą do jednego z najdroż–

RECENZJA SERIALU

szych typów seriali. Dziwi mnie więc, że podjęto się takiego finansowego wyzwania, wiedząc, że środki przeznaczone na pro-dukcję nie są wystarczające. Widać to zwłaszcza po błędach, które są popełniane na sali operacyjnej oraz po nieprzygotowa-niu aktorów grających lekarzy. Może warto byłoby skupić się na dokładniejszych kon-sultacjach medycznych? Wpadek jest cał-kiem sporo, zwłaszcza na tych kilka wy-emitowanych dopiero odcinków. Przykłado-wo, pielęgniarka spogląda na monitor i ogłasza spadek ciśnienia, a wyraźnie wi-dać, że nie ma tego pomiaru, nagminnie też zdarza się defibrylacja asystolii, mimo że defibrylację podejmuje się przy migota-niu komór, a nie przy braku czynności ser-ca. "Dlaczego nie zaczęto od czegoś odrobinę łatwiejszego i wymagającego mniejszych środków?" Ten serial powstał jako odpowiedź na inne cieszące się dużą popularnością seriale medyczne. „Lekarze” wzorują się na „Chirurgach”, tak jak „Na dobre i na złe” jest polskim odpowiednikiem „Ostrego dy-żuru”. Co prawda jest to pierwszy polski serial tego typu, w którym widzowie mogą oglądać lekarzy przy stole operacyjnym, a nie tylko w gabinetach czy na koryta-rzach, jednak całość nie wydaje się być do-pracowana. I nic w tym dziwnego, bo taki projekt to prawdziwy skok na głęboką wo–

RECENZJA SERIALU

dę. Pytanie tylko, dlaczego w takim razie nie zaczęto od czegoś odrobinę łatwiejsze-go i wymagającego mniejszych środków? Zdecydowanie prostsze byłoby stworzenie serialu opierającego się nie na „Chirur-gach”, ale na „Housie”, bo przecież tam nie pokazywali operacji. A mimo to właśnie on cieszył się największą popularnością w os-tatnich latach. Tylko do takiej produkcji potrzebny byłby ktoś naprawdę chary-zmatyczny, a takiej to osoby w „Lekarzach” wydaje się brakować. "Oglądalność podnosi też na pewno sceneria pięknego Torunia, gdzie toczy się akcja." Serial nie jest idealny i wiele mu brakuje do amerykańskich odpowiedników, ale przecież od czegoś trzeba zacząć. Pozo-staje wiec chyba oglądać go dalej i czekać, czy z odcinka na odcinek będzie coraz lepszy, czy wręcz przeciwnie. W każdym razie nie jest typową telenowelą jak większość polskich seriali i to jest na plus. Co będzie dalej? Zobaczymy. Justyna Książek Fot: deepobserveron_ (CC BY 2.0) W Stanach Zjednoczonych zwycięzca debaty może pogrążyć swojego przeciw-nika w walce o najwyższy urząd w Ameryce. Albo przynajmniej pokazać, jak ważne są detale.
GAFA
SPOŁECZEŃSTWO

21 października 1984 roku Walter Mondale stanął w pojedynku z Ronaldem Reaga-nem. Jeden z czterech dziennikarzy zadają-cych pytania, Henry Trewhitt, poruszył kwestię wieku Reagana. Kandydat miał podczas tamtego spotkania skończone 73 lata i miał zostać najstarszym prezydentem USA. Czy gdyby zdarzyły się skrajne sytu- acje, takie jak brak snu czy olbrzymi stres, to pretendent do Białego Domu miałby problemy z podejmowaniem kluczowych dla kraju decyzji? Reagan odparł: „Wcale nie.” Dodał po chwili: „Nie zamierzam wykorzystywać w celach politycznych mło-dości i braku doświadczenia mojego kontr-kandydata”. Całkiem przeciętna ripoosta nabiera kolorów, gdy dowiadujemy się, że Mondale miał prawie 60 lat i na swoim koncie stanowisko wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. Sala wybuchła śmiechem, a Mondale – jak później wspominał – rów-nież zaśmiał się, ale był to niestety śmiech

SPOŁECZEŃSTWO

przez łzy. Poniósł sromotną klęskę, a Rea-gan zdobył blisko 98% głosów elektors-kich. Środa, 3 października 2012, Denver. Pier-wszą debatę pretendentów do Białego Do-mu zwyciężył Mitt Romney. W dobie telewi-zji wysokiej rozdzielczości widać każdą zmarszczkę, każdy, nawet najmniejszy, grymas. A w tym pojedynku, dotyczącym polityki wewnętrznej, Barack Obama wy-glądał na mocno zdenerwowanego, zaglą-dał co chwilę w notatki i co jakiś czas błądził wzrokiem po pomieszczeniu. Jak złośliwi komentowali - szukał swojego naj-większego sprzymierzeńca – telepromp-tera. Zupełnym przeciwieństwem okazał się Mitt Romney. Kandydat republikanów był cały czas uśmiechnięty, starał się odpowiadać na pytania zwięźle i na temat, równo-cześnie stawiając przeciwnika w ogniu pytań. Obama, nie kryjąc irytacji, miał problemy z odpowiedzią na pytania doty-czące gospodarki. Brak mu było również błyskotliwości, która już niejednego kandy-data zaprowadziła na podium. "Pierwszą debatę pretendentów do Białego Domu zwyciężył Mitt Romney." Mimo że Romney okazał się doskonale przygotowany do pierwszej debaty (podo-bno odpowiedzi ćwiczył już od czerwca), to

SPOŁECZEŃSTWO "Po 23 października Ameryka zamilkła. I w ciszy śledziła każde słowo kandydatów, by dobrze usłyszeć ewentualne potknięcie."

poza nią nie udało mu się uniknąć potknięcia. Stwierdził, że prawie połowa Amerykanów nie płaci podatków i naciąga państwo na zasiłki. Pamiętne „47%” ktoś życzliwy nagrał i opublikował. Przez kilka dni nagranie było pożywką dla mediów wszelkiego kalibru, a Obama robił w swojej kampanii aluzje do tego przemówienia. 22 października odbyła się ostania debata prezydencka tej kampanii. Romney przyjął zaskakującą postawę – praktycznie w każdej kwestii zgadzał się z Obamą, a poza tym stał raczej w defensywie niż w ofensywie. Romney jest swoistą białą kartą republikanów – obejmując różnorakie urzędy dostosowywał swoje poglądy do panującej sytuacji. Tak naprawdę to, co będzie robił po wygranych wyborach, nie jest do końca jasne. Ta niepewność może nie przysporzyć mu sympati wyborców. I mimo iż po pamiętnej debacie z 3 paź-dziernika blisko 70% widzów określiło go jako zwycięzcę, to w kolejnej zdecydowa-nie zwyciężył Obama, a szanse obu kandy-datów wyrównały się, bo w większości son-daży różniło ich jedynie 1–3% poparcia. Po 23 października Ameryka zamilkła. I w ci– szy śledziła każde słowo kandydatów, by dobrze usłyszeć ewentualne potknięcie. A politycy wiedzieli, że nawet jedna gafa mogłaby przeważyć szalę zwycięstwa na niechcianą stronę. Kamil Aftyka Fot.: Vectorportal (CC BY 2.0) Mamo! Mamo! Załączyłem skypa i rozmawiałem z Mać2000. Graliśmy dziś w Minecrafta. Założyliśmy sobie wspólny serwer. Wybudowaliśmy portal do Ne-theru i poszliśmy zapolować na Ghasty. Wyobraź sobie, że udało nam się jed-nego znaleźć! Blokowaliśmy wszystkie jego kule, bo mieliśmy miecze z czerwo-nej materii. Pokonaliśmy go i w ostatniej chwili wróciliśmy na powierzchnię. Ju-tro planujemy odnaleźć twierdzę i portal do Endu. Zniszczymy klocki ze słupów obsydianowych, zabijemy smoka i zdobędziemy 105 level! – opowiada dumny z siebie dziesięciolatek.
CYBERDZIECIŃSTWO
SPOŁECZEŃSTWO

Urodziłam się 20 lat temu. Pierwsza lekcja informatyki w szkole podstawowej to pier-wszy kontakt z komputerem. W Paintcie mogłam malować pędzlem, a po skończo-nej pracy nie byłam umorusana farbami! To była świetna zabawa, ale nigdy lepsza od grania w klasy, malowania kredami tę-czy na chodnikowych płytach albo zabawy w chowanego na placu przed blokiem. To, co kojarzy się z moim dzieciństwem, to właśnie zabawa na świeżym powietrzu. La-tem rolki i łażenie po drzewach, a zimą bałwany, bitwy na śnieżki i zakazane zja-zdy po śliskich poręczach. Poobijane kola-na, kąpiele trzy razy dziennie, wieczny ka-tar i jedna sekunda, która wystarczyła, by zasnąć po naprawdę męczącym dniu. A to, co okazało się w tym wszystkim najlepsze, to przyjaźnie, którym nadal nie widać końca. Komputer nie był w stanie założyć nam kajdan. Fikołki na trzepaku, drewnia-ne różdżki i złotówka w skarpetce, za któ-rego można było kupić wafla albo lodowe-go cukierka, zawsze były ważniejsze. "Login Mać2000 i wspólne ubijanie smoka mogą nie wystarczyć, by zbudować wartościową relację z rówieśnikiem." Może i dwadziesieścia wiosen to nie tak du-żo, ale będąc świadkiem tego, jak ci naj-młodsi patrząc w ekran komputera, prze-gapiają najbardziej beztroski okres w swo-im życiu, mam wrażenie, że świat stanął do

SPOŁECZEŃSTWO

góry nogami. Dzieci spotykają się ze sobą w sieci i spędzają godziny w oderwaniu od rzeczywistości. Rozwój technologii teore-tycznie zmienia wszystko na lepsze. Wię-cej możliwości, świetne źródło informacji i rozrywki. Pojęcie „rozwoju” z góry nace-chowane jest pozytywnie. Przyjmijmy więc, że zmiany towarzyszące temu rozwojowi, tak jak wszystko, mają po prostu skutki uboczne. A ofiarami tych skutków w naj-większej mierze są właśnie ci najmłodsi, będący (najczęściej w przeciwieństwie do swoich rodziców) na bieżąco z komputero-wymi nowinkami. Pomiędzy pokoleniami tworzy się coraz to większa przepaść, dys-tans nie do przejścia. "Zachowanie umiaru w korzystaniu z sieci i umiejętność czerpania radości i satysfakcji z życia poza nią tyczy się wszystkich(...)" Login Mać2000 i wspólne ubijanie smoka mogą nie wystarczyć, by zbudować wartoś-ciową relację z rówieśnikiem. Wspólne cho-dzenie po Netherze i podbijanie leveli to nie to samo, co wspólne łażenie po drze-wach i ściganie się, kto wejdzie wyżej. Dzi-siaj jedyne, co może zmęczyć sobie dzie-cko, to kciuki, którymi będzie obsługiwało pada, i oczy, którymi godzinami, w bezru-chu, wpatrywało się będzie w ekran kom–

SPOŁECZEŃSTWO

putera. Jest jednak pewna pociecha. Poja-wił się nowy cud techniki, X–Box! Dziecko trochę poskacze zamiast siedzieć w miej-scu, zmęczy coś więcej niż kciuki i być mo-że szybciej zaśnie. "Będzie to miejsce zawierania znajomości i odnajdywania niepodważalnych autorytetów, na które rodzice z realnego świata nie będą mieć wpływu(...)" Zamiana bezpośredniego kontaktu na alter-natywną, wirtualną formę interakcji, przy-stosowuje do życia w cyberświecie, a nie w rzeczywistym środowisku. Wpływ takiej przestrzeni na psychikę oraz kształtowanie świadomości dziecka może stać się w pew-nym momencie większy niż wpływ rzeczy-wistego otoczenia. Niebezpieczeństwo po-lega na tym, że wirtualny świat stanie się dla dziecka tym jedynym. Będzie to miej-sce zawierania znajomości i odnajdywania niepodważalnych autorytetów, na które ro-dzice z realnego świata nie będą mieć wpływu lub, co gorsza, nie będą o nich wiedzieć. "Zamiana bezpośredniego kontaktu na wirtualną formę interakcji, przystosowuje do życia w cyberświecie, a nie w rzeczywistym środowisku." Pomiędzy cyberświatem a rzeczywistością powinny być zachowane odpowiednie proporcje. W IV wieku p.n.e. Arystoteles nie mógł przewidzieć problemów XXI wieku. Już wtedy znalazł jednak sposób na równowagę – złoty środek. Jego teoria to ponadczasowy i uniwersalny sposób nawet na współczesny problem dysproporcji po-między realnym i wirtualnym światem. Za-chowanie umiaru w korzystaniu z sieci i umiejętność czerpania radości i satysfakcji z życia poza nią tyczy się wszystkich, łą-cznie z najmłodszymi, którzy obecnie mają z tym największy problem. Prędzej czy później dojdzie do konfrontacji z realnoś-cią, na którą trzeba być przygotowanym. Nie zawsze będzie można napisać, zamiast spojrzeć w oczy i powiedzieć, czy też po prostu wyciągnąć wtyczkę z gniazdka. Justyna Majchrzak Fot. 1: driph (CC BY 2.0) POLITYKA
DODAWANIA
SPOŁECZEŃSTWO

Nie tak dawno, siedząc sobie wieczo-rem przy komputerze, dowiedziałem się, ze rząd hiszpański podarował upadającemu bankowi 4,5 miliarda euro. Nie lubię się dowiadywać, że furę kasy dostają głupcy lub zło-dzieje. No bo dlaczego Hiszpanie, czyli także klienci tego banku, muszą wyłożyć taką kwotę? Otóż płacą bankowi za to, że ten stracił ich pieniądze i upada. Ludzie wzięli kredyty, powpłacali pieniądze na lokaty, a teraz praktycznie wychodzi na to, że pożyczki i oszczędności na lokatach muszą sfinansować sami. Pozostaje tylko odpo-wiedzieć na pytanie, czy bankierzy z chciwości i głupoty zainwestowali za dużo środków w ryzykowne aktywa, czy też przy okazji zostawili coś dla siebie na zamorskich kontach? Myślicie więc pewnie teraz, że moje serce jest po drugiej strony barykady i wspieram duchowo tych, którzy otaczali niedawno hiszpański parlament i nie chcą płacić za kryzys, z którym nie mają nic wspólnego. Nonsens. Oni wspaniale sobie radzili w systemie, który doprowadził do tego, że teraz muszą płacić bankom. Tak jak przyjemnie może być człowiekowi wciąga-jącemu biały proszek, tylko że potem trudno jest odstawić. Dobrze im się żyło w czasach, gdy można było dostać kredyt, na który tego kogoś tak naprawdę nie było stać, super jest, gdy politycy chcą kupić twój głos kolejnymi przywilejami so-cjalnymi (bo kto nie chciałby móc pracować mniej). Tylko, że skończyła im się kasa na używki i trzeba iść na odwyk. W tych dwóch postawach przepięknie widać przyczynę kryzysu: brak odpowie-dzialności za swoje czyny. Jak może być odpowiedzialnym bankier, który wie, że gdy doprowadzi swój bank do bankructwa, to i tak państwo zapłaci jego długi wyjmując pieniądze z kieszeni innych ludzi? Jak mogą być odpowiedzialni ludzie, dla których politycy starają się, żeby 2+2 równało się 5? Jakub Cichuta „Nie zabijam, nie kradnę, nie wierzę” – dumny a odważny billboard zawisł w Lublinie. Bohaterscy ateiści (a konkretnie Fundacja „Wolność od religii”) rozpoczęli kampanię, mającą na celu poinformowanie wszystkich, że nie są złymi ludźmi. Nie zabijają i nie kradną. Kampanię muszą rozpocząć, ponieważ tak są postrzegani w Polsce - zacofanym, zaściankowym kraju pełnym katolików, którzy ciągle obrażają, dyskryminują i stanowią 102% społe-czeństwa.
NIE ZABIJAM, NIE KRADNĘ, CHOĆ WIERZĘ
SPOŁECZEŃSTWO

Ateiści są nieustannie poniżani. Cały krwiopijczy katolicki świat jest przeciwko nim, a poprzez billboardy, które powiesili w Lublinie, chcą tylko pokoju i końca dyskryminacji i polsko–polskiej wojny w obrębie wiary. "Dziś nieuczęszczanie na te lekcje jest powodem do dumy." Członkowie kampanii sugerują, aby swoją wiarę i niewiarę zostawić w domu. Sami osobistych przekonań w domostwach jednak nie zostawiają, lecz manifestują je na billboardach. A przyzwolenie jest, bo katolicka Krucjata Różańcowa na billbo-ardach wywieszała hasła: "Maryjo, Królowo Polski, ratuj nas, bo giniemy". W jaki sposób uraża to ateistów? W żaden. Raczej przypomina słynny kodeks Hammurabiego – oko za oko, billboard za billboard. Drażni co najwyżej zacietrzewionych antyateistów, którzy znaczną część swojego życia spę-dzają na żmudnym obrzucaniu kalumniami wierzących, gdzie tylko się da. Może wys-tarczy nieco mniej krytycznie spojrzeć na wiarę? Rozumiemy, że może się nie podo-bać mieszanie polityki z religią, presja związana z uczęszczaniem na lekcje religii w szkole. Tylko tak naprawdę tego już nie ma. Teraz wstydem jest przyznanie się do tego, że się wierzy, a ateiści z podniesio-nym czołem meldują: „Nie! Nie wierzę! To ja mówię! Ja!” Na religię nie uczęszcza wielu uczniów i w naszych szkołach (czy to podstawówka, gimnazjum czy liceum) pro-blemów wiążących się z wyznawaniem innej religii lub ateizmu nigdy nie było. Dziś nieuczęszczanie na te lekcje jest powodem do dumy. To młodemu wierzącemu czło-wiekowi jest trudniej, to jego zasady i jego Bóg są wyśmiewani.

SPOŁECZEŃSTWO

A jak kampanię ateistów postrzega duża część katolików? Jako zwykłą obrazę. „To nie jest tak, że nie lubię ateistów, czy jestem do nich wrogo nastawiony, tylko dlatego, że nie wierzą. Mam znajomych, którzy otwarcie mówią, że Boga nie ma i nieważne, że stoję obok. Na to nie zwraca się już uwagi, to normalne. Natomiast tego typu billboard jest już przesadą. Oczy-wiście, że obraża wiarę - każdy prawdziwy katolik, a przynajmniej duża ich część czuje się urażona, w jakiś sposób ich to dotyka i może w końcu warto o tym powiedzieć. Skoro ateista może krzyczeć, że jest dyskryminowany i może walczyć o swoje prawa, to jako katolik też mogę powie-dzieć, że mi się to nie podoba, że dyskryminuje mnie i moją wiarę.” Tak kampanię ocenia osiemnastoletni katolik, licealista. Na akcję można spojrzeć z dwóch stron (z czego, jak myślę, twórcy kampanii świetnie zdają sobie sprawę) – ateista jest tak samo moralnym człowiekiem jak katolik – wersja oficjalna. Oczywiście może być, nie mówimy, że nie. Jest też druga strona, którą częściej dostrzegają wierzący: usuń-my „nie”. Wtedy wyjdzie: „zabijam, kradnę, wierzę”. Chcąc nie chcąc (choć przypusz-czamy, że jednak chcąc) wychodzi porów-nanie wiary do zabójstwa, kradzieży. I obok takiego hasła, osoba, której wiara nie jest obojętna i wierzy świadomie, nie przejdzie bez reakcji. W takim razie dla-czego ci krzykliwi ateiści walcząc o (jak twierdzą) pokój i brak dyskryminacji, obra-żają wiarę? Odpowiedź jest przykra i ba-nalna: bo o to twórcom kampanii chodzi. Widać to bardzo wyraźnie na przykładzie

SPOŁECZEŃSTWO

artykułów prasowych przytoczonych na stronie fundacji, w których to przeważają argumenty typu: „religia nie szanuje nauki”, „dzieci chodzą na religię, bo jest presja społeczna”, „religia zawsze jest w środku zajęć lekcyjnych” – co brzmi jak opróżnianie magazynka dogmatów, a nie jak jakakolwiek dyskusja. W zakładce „o nas” założyciele fundacji manifestują promowanie konstytucyjnej zasady rozdzia-łu Kościoła i państwa oraz popularnie brzmiącej wolności wyboru, ale zapomina się już o artykule 53.: „Rodzice mają prawo do zapewnienia dzieciom wychowania i na-uczania moralnego i religijnego zgodnie ze swoimi przekonaniami”. Stwierdzamy za-tem, że fundacja zasłania się konstytucją, ale tylko wybiórczo (czyli nieodpowiednio). "Członkowie kampanii sugerują, aby swoją wiarę i niewiarę zostawić w domu." Nie mamy pretensji do wszystkich ate-istów. Wielu jest takich, którzy dążą do prawdy bez religii. Boimy się jednak nieco, że tego typu kampanie zmiękczą umysły niewierzących i pociągną ich za sobą. A przecież porządnego ateisty byłoby ka-tolikowi szkoda. Jacek Kaczmarski, który całe życie był ateistą (i lewicowcem), swoją poezją mierzył się z wiarą, szukał Boga. Jego piosenki poetyckie to często bardzo ciekawe lekcje religii (np. „Konfesjonał”). Obecnym na stronie internetowej wzorem dla twórców kampanii jest jednak między innymi Christopher Hitchens, który oskar-żeniami wobec Matki Teresy (i nie tylko) wielokrotnie narażał się na śmieszność. "Skoro ateista może krzyczeć, że jest dyskryminowany i może walczyć o swoje prawa, to jako katolik też mogę powiedzieć, że mi się to nie podoba(...)" „Kto szuka prawdy, szuka Boga” twierdziła Edyta Stein. Niestety pomysłodawcom „Nie zabijam, nie kradnę, nie wierzę” daleko jeszcze do odnalezienia prawdy, bliżej do szukania zaczepki. Ateisto, zdaj się na rozsądek, nie na kontrowersyjne billboardy. Zdaje się, że kiedyś na nich reklamowano papierosy. Marta Nowacka, Sebastian Makaruk Fot: JasonParis (CC BY 2.0) Windows 8 nazywany jest czasem drugim Windowsem 95. Wygląd naj-popularniejszego systemu operacyjnego świata zmienił się tak bardzo od poprzedniej wersji, że można to nazwać prawdziwym przełomem. Mimo wszystko, wielu osobom nie przypadł do gustu. Dlaczego?
PRZEŁOMOWE "OKIENKO"?
NAUKA

Współczesna technologia dąży do inte-gracji. Świadczą o tym hybrydowe urządzenia, które co chwilę pokazywane są przez czołowych światowych producentów, takich jak Samsung czy Asus. Telefon, tablet i netbook w jednym (Padfone) – to żadna nowość. Tak samo kombinacje notebooka z tabletem – odczepiany ekran w Asusie Transformer Book czy Samsungu Ativ albo dwa dotykowe ekrany w Asusie Taichi. Do tej pory sytuacja na rynku wyglądała tak: urządzenia z mobilnym systemem Android albo iOS nie były w stanie zastąpić porządnego narzędzia pracy dla profesjo-nalisty. Powód? Brak zaawansowanych programów do obróbki grafiki czy do montażu filmów, a także ubogie w funkcje pakiety biurowe. Natomiast w kwestiach rozrywki i mobilności przegrywał walkę Windows 7. Źle dostosowany do obsługi

NAUKA

dotykowej i zaopatrzony w szumiące wiatraki nie pozwalał na przyjemne korzystanie z tabletu. W kolejnej wersji Windowsa – Windowsie 8 – projektanci systemu postanowili połączyć dwie funkcje w jedną. Czy to się im udało? Na plus Windows 8 był pisany specjalnie pod obsługę interfejsu dotykowego. Klasyczny przycisk „Start” został usunięty, a zastę-puje go „piękny i dynamiczny ekran startowy”, jak Microsoft nazywa nowe rozwiązanie, pomagające w nawigacji po systemie. Kafelki w takim ekranie star-towym są zaczerpnięte z Windowsa Phone'a 8 i bardzo dobrze sprawdzają się na urządzeniach dotykowych. W wersji Consumer Preview – przed oficjalną premierą – na zwykłym komputerze nie korzystało się z nich najlepiej. Podobno teraz jest już inaczej. "Surface RT, tableto–notebook firmy Microsoft został wyprzedany w dniu premiery Windowsa 8." Ponadto została rozwinięta obsługa gestami. Ze wszystkich gadżetów najbar-dziej spodobał mi się sposób odblokowy-wania komputera. Od teraz nie trzeba wpisywać żadnych haseł – na ekranie blokady pojawia się wybrane przez nas zdjęcie. By odblokować system, należy odtworzyć określony wzór obrazkowy na fotografii. Najlepiej jest to przedstawione w filmiku: http://www.youtube.com/watch ?v=XBmtde_XNBs&feature=plcp Na minus Microsoft zdecydował się stworzyć dwie podstawowe wersje nowego Windowsa: Pro i RT. Kiedy na pierwszej możemy zainstalować programy nawet sprzed dwudziestu lat, tak oprogramowanie na wersję RT pisaną z myślą o „tabletowej” architekturze procesora ARM możemy rozwinąć wyłącznie poprzez pobranie odpowiedniej aplikacji z Windows Store. Przez ten fakt kupno komputera z tańszą wersją RT jest dość ryzykowne, ponieważ jesteśmy uzależnieni od słabo rozwiniętego sklepu. Odejście od klasycznych rozwiązań może być samobójczym ruchem giganta – krakali niektórzy znawcy rynku. Jak się okazuje, pierwsze wiadomości zaprzeczają tej przepowiedni. Surface RT, tableto– notebook firmy Microsoft został wyprze-dany w dniu premiery Windowsa 8. Jak widać, współczesny rynek technologii po-trzebuje zmian, a wyniki sprzedaży tabletu Surface tylko to potwierdzają. Kamil Aftyka Fot: bobfamiliar (CC BY 2.0) JESZCZE SZTUKA, CZY JUŻ SPORT?
TANIEC TOWARZYSKI
SPORT

Oczami laika, różne rodzaje tańca – w tym także taniec towarzyski – często utożsa-miane są ze źródłem swego pochodzenia, czyli sztuką i teatrem. Niesamowita wręcz ewolucja i wzrost zainteresowania tą dzie-dziną kultury czy też aktywności fizycznej w ostatnich latach, spowodowały jednak, że taniec zaczęto traktować nie tylko w szeroko pojętym ujęciu artystycznym, ale coraz częściej też sportowym. Od kilku lat trwa więc dyskusja, czym tak naprawdę jest taniec i coraz częściej można usłyszeć, że jest to piękna synteza zarówno sztuki, jak i sportu. "(...)grono sędziowskie ocenia co prawda pary taneczne na podstawie ich umiejętności, ale robi to subiektywnie(...)"

SPORT

Adrian tańczy od 11 lat, ma najwyższą z możliwych, mistrzowską klasę „S” w tań-cach latynoamerykańskich. Zapytany o to, co czuje tańcząc, odpowiada: „Czuję się wolny, spełniony”, a po chwili refleksji do-daje: „Dla nas to sport, pasja i miłość, która pochłania mnóstwo energii i sił fizy-cznych”. Jego mama, obserwująca zmaga-nia syna na turniejach, twierdzi jednak, że po tancerzach wcale nie widać zmęczenia i wysiłku: „Widzowie obserwują pary tane-czne jak w teatrze – wspaniałą grę aktor-ską, piękne stroje – to miła rozrywka”. "(...)Marian Wieczysty postanowił spopularyzować taniec, ale nie jako formę rozrywki, a rywalizacji sportowej." Sportowa rywalizacja Taniec towarzyski wywodzi się ze sceny teatralnej. W Polsce długo traktowany był tylko i wyłącznie jako rozrywka. Wszystko zmieniło się w połowie XX wieku, kiedy to prof. Marian Wieczysty postanowił spo-pularyzować taniec, ale nie jako formę rozrywki, a rywalizacji sportowej. Wprowa-dzona nomenklatura czy system współza-wodnictwa postawiły taniec towarzyski wśród innych dyscyplin sportowych, a za-sady wówczas ustalone obowiązują do dziś.

SPORT

Aktualnie w Polskim Towarzystwie Tane-cznym zrzeszonych jest niespełna pięćset klubów, w których tancerze uprawiają taniec wyczynowy. Zdaniem wielu z nich, taniec to przede wszystkim sport, bo wiąże się z ogromnymi obciążeniami praktycznie wszystkich mięsni, kondycją, wydolnością. Jacek, trener jednego z podwarszawskich klubów, stwierdza, że nie tylko wysiłek fizyczny świadczy o sportowym charakterze tańca: „My jako tancerze, musimy się przede wszystkim doskonalić - technicznie i fizycznie – tak, by potem móc z powo-dzeniem rywalizować na zawodach. I właś-nie ta rywalizacja, dająca dodatkowy sma-czek i adrenalinę, powoduje, że na taniec patrzę bardziej z perspektywy sportowej”. Psychologowie twierdzą nawet, że przed ważnymi turniejami czy występami tance-rzom towarzyszy stres porównywalny czy nierzadko większy niż zawodnikom upra-wiającym inne dyscypliny. W tym momen-cie odezwać się mogą przeciwnicy tezy mó-wiącej, jakoby wysiłek fizyczny, napięcie i trema czy możliwość rywalizacji decydo-wały o tym, czy coś jest dyscypliną sportu czy też nie. Przykładowo gra w szachy nie wymaga specjalnej kondycji ani zdolności fizycznych, a jednak sportem niewątpliwie jest. Jak jest więc z tańcem? Odpowiedzi należy szukać w tym specyficznym połą-czeniu estetyki i sztuki z aktywnością ru-chową. Magiczny świat Nie można powiedzieć, że taniec towa-rzyski nie jest sportem, bowiem jak już wiemy, wymaga od tancerzy określonych umiejętności i sprawności. Jednak dzięki obecności swoistego artyzmu nie można

SPORT

nazwać go w stu procentach dyscypliną sportową. „Jeśli to jest sport, to zdecydo-wanie niesie ze sobą najwięcej emocji spo-śród wszystkich dyscyplin sportowych.” – mówi Aleksander Kłuszczyński, jeden z członków wspierających Polski Związek Tańca Towarzyskiego. Oczywiście można polemizować, czy zagorzałemu kibicowi pił-ki nożnej towarzyszy mniej emocji niż wi-dzom obserwującym taniec. Z pewnością jednak to właśnie tancerze muszą grać emocjami (w przeciwieństwie do np. piłka-rzy), by oczarować obserwatorów. I fakty-cznie – muzyka, gra świateł i kolorów, różnobarwne, błyszczące stroje – wszystko ma oddziaływać na widza, który ma się czuć, jakby przeniósł się w inny świat. "Jeśli to jest sport, to zdecydowanie niesie ze sobą najwięcej emocji spośród wszystkich dyscyplin sportowych." Sam fakt, że tańcem interesują się ludzie z poczuciem rytmu, smaku i wyczuciem estetyki, stawia go po stronie sztuki. Maciej Zakliczyński, choreograf, dodaje: „Bierze w tym udział teatr, bo każda choreografia ma fabułę, a tancerze odgrywają role. Zde-cydowanie ważna jest też muzyka, której rytm nadaje charakter poszczególnym tań– com. Ten rytm i muzykalność są czyn-nikami najbardziej wpływającymi na odbiór przez widza, a jednocześnie najważniej-szym kryterium oceny sędziowskiej.” W polemice odnośnie przynależności tańca do sportu lub do sztuki, należy też nawiązać do wspomnianej wyżej oceny sędziów – grono sędziowskie ocenia co prawda pary taneczne na podstawie ich umiejętności, ale robi to subiektywnie, przez co same zdolności tancerzy nie zawsze stają na pierwszym planie. "Sam fakt, że tańcem interesują się ludzie z poczuciem rytmu, smaku i wyczuciem estetyki, stawia go po stronie sztuki." Niewątpliwie trudno obiektywnie ocenić, czy taniec to sport czy też raczej sztuka – najtrafniejszym wydaje się być określenie go syntezą obu tych dziedzin. I właśnie to nadaje tańcowi tyle uroku, trudności, lecz także wspaniałej magii, bowiem tancerze nie tylko prezentują swoje umiejętności, ale też wytwarzają emocje, dzięki którym serce widza staje na ułamek sekundy. Maciej Wdowiarski Fot. 1: Carrington Vanston (CC BY 2.0) Fot. 2: aka_serge (CC BY 2.0)

OKIEM WIDGETA

DNI KARIERY WARSZAWA
24 X 2012
PATRONAT OUTRO

24 października miała miejsce jesien-na edycja największych studenckich targów pracy Dni Kariery®. Jak co ro-ku, warszawska edycja przyciągnęła tysiące studentów i absolwentów szu-kających zatrudnienia w branży fi-nansowej oraz poszukujących praktyk w zawodzie zgodnym z kierunkiem studiów. Tym razem targi odbywały się w Auli Spa-dochronowej Szkoły Głównej Handlowej, co przełożyło się na jeszcze większą liczbę odwiedzających. Mimo tego, że dominującą grupą byli niewątpliwie studenci SGH, targi cieszyły się również zainteresowaniem stu-dentów innych warszawskich uczelni, chociażby Uniwersytetu Warszawskiego czy Politechniki. Na wysoką frekwencję wśród studentów wpłynęła na pewno liczba wystawców i ich wysokie zróżnicowanie – pracowników szukały banki, instytucje ubezpieczeniowe, firmy konsultingowe i firmy z branży dóbr szybkozbywalnych. Wydarzenie odbyło się pod Patronatem Honorowym Szkoły Głównej Handlowej oraz Uniwersytetu Warszawskiego. Dni Kariery® organizowane są przez między-narodową organizację AIESEC, zrzeszającą dziesiątki tysięcy studentów z całego świa-ta. Członkowie AIESEC to młodzi i dynami-czni ludzie, którzy chcą odkrywać i rozwijać swój potencjał, wpływając przy tym pozy-tywnie na społeczeństwo. Oprócz jesiennej edycji, Dni Kariery® mają również swoją wiosenną, tym razem ogólnopolską odsłonę w dziesięciu najwię-kszych miastach w Polsce, co sprawia, że Targi są jednym z największych tego typu wydarzeń w kraju. Michał Wrąbel (AIESEC) Fot. 1: Patrycja Rawska Fot. 2: Bartłomiej Kalinowski

PATRONAT OUTRO