Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury strona 5 romantyczne kino akcji? strona 6 jak diabli strona 8 w rytmie reggae strona 10 jak wiele musi nas łączyć, by zacząć dzielić? strona 14 praca puszczana z dymem strona 19 marzeniami na dach ziemi! strona 23 rozmowy ostatniej szansy strona 27 gwiazdorski biznes z zaświatów? strona 31 "młodzi gniewni" na siatkarskich parkietach strona 35 okiem widgeta strona 39 CHCESZ BUCHA?

Outro Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl ISSN: 2299 - 5242 Redaktorzy naczelni: Monika Toppich, Kamil Wiśniowski Zastępcy: Paulina Zguda, Marek Suska Sekretarz redakcji: Magdalena Wąwoźna Redaktor prowadzący: Maciej Nowotnik Korekta wydania: Nina Bezpałko Fotoedycja wydania: Maciej Wanke Projekt okładki: Patryk Skoczylas Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Patrycja Rawska (społeczeństwo), Aleksandra Bartosik (społeczeństwo), Maciej Dziubiński (sport), Agata Andrzejak (korekta), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy). Korekta: Agata Andrzejak, Nina Bezpałko, Faustyna Cisło, Justyna Dubaj, Agnieszka Dydacka, Maria Gołaszewska, Agata Hajduk, Martyna Kłopeć, Patryk Łowicki, Cyntia Schmidt, Wojciech Żywolt Graficy: Angelika Marchewka, Jarosław Stępień, Adam Białek, Patryk Skoczylas Zdjęcie na okładce: Moyan_Brenn_BE_BACK_ on_10th_OCT (CC BY 2.0)

Osobiście jestem niepaląca, ale wielu spośród moich pełnoletnich, jak i bez-dowodowych znajomych, pali regular-nie. Znajdują się w różnym stadium: począwszy od okazjonalnego papie-rosa na imprezie, kończąc na wypa-laniu paczki dziennie. Nie moje zdrowie, nie mój interes. Ale czy to do końca prawda? Przecież fakt wychodzenia, załóżmy, co pół godziny by zapalić, znacząco wpływa na naszą produktywność i terminowość. Nie dzi-wi więc kontrowersyjny pomysł Urzędu Miejskiego w Świnoujściu, który ogło-sił, że urzędnicy palący muszą odpra-cować każdą przerwę na dymka. Tylko czy ten dymek nie będzie miał teraz dla nich bardziej gorzkiego, trującego nadgodzinami smaku? Sensowne wyjście z sytuacji czy ogra-niczanie wolności osobistej drugiego człowieka? Zależy od tego, czy nonsza-lancko rozkoszujemy się ostatnim pa-pierosem, czy czekamy jako petent pod pustym okienkiem. Paulina >>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>> Sprostowanie: na 21. stronie ostatniego wydania ukazało się stwierdzenie: "Tymczasem pozostaje nam czekać na kolejny odcinek smoleńskiego serialu." Zdanie to jest wynikiem nieporozu-mienia, a redakcja Outro nie identyfikuje się z tym stwierdzeniem. Serdecznie przepraszamy wszystkie osoby, które poczuły się dotknięte.



ROMANTYCZNE KINO AKCJI?
Jest rok 2044. Oprócz latających motocykli, holograficznych monitorów i telekinetycznych umiejętności niewielkiej części populacji, pojawiła się możliwość podróżowania w czasie, a wraz z nią nowy zawód – looper.
RECENZJA FILMU

Looperzy to płatni mordercy eliminujący ludzi z przyszłości, a dokładniej z roku 2074. Skrępowany przybysz w worku na głowie, pojawia się o określonej godzinie w miejscu, na którym czeka looper, by oddać strzał i zainkasować kilka sztabek srebra. W tym wszystkim jest jednak haczyk - a dokładniej pętla czasu. "Miłość jest tutaj celem lub powodem prawie wszystkich działań." Praca na takim stanowisku wiąże się z dniem, którego nie da się uniknąć - dniem, w którym będzie trzeba strzelić do samego siebie i zamknąć rzeczoną pętle. Od tego momentu, looperowi zostaje 30 lat życia, pod warunkiem, że nie spartaczy roboty i nie ucieknie sam przed sobą… W dokładnie takiej sytuacji znajduje się główny bohater – Joe (Joseph Gor-don–Levitt), który w skazańcu (Bruce Wil-lis) rozpoznaje samego siebie. „Looper – Pętla czasu” przewyższa innych reprezentantów gatunku science fiction i kina akcji. Przewaga polega na orygi-nalności, pomysłowości, a przede do siebie, a potem pomagają. Nie rozumieją się nawzajem, ponieważ z jednej strony mają wspólne wspomnienia, z drugiej różne cele. To starcie pokoleniowe intry-guje niekiedy bardziej niż zagadka i zata-czająca koło historia. "Ta historia traktuje o sile miłości zarówno romantycznej jak i rodzicielskiej..."

RECENZJA FILMU

Film przekracza reguły kina gatunkowego science fiction. Kiedy przyjrzymy się, to pod tradycyjną przykrywką strzelanin i pościgów odkryjemy opowieść o sile miłości. Na szczęście to drugie dno wyłania się w subtelny sposób i sprawia, że całość staje się jeszcze bardziej emocjonująca. ""Looper - Pętla czasu” przewyższa innych reprezentantów gatunku science fiction i kina akcji." Miłość jest tutaj celem lub powodem prawie wszystkich działań. Wszyscy są w nią uwikłani. Ta historia traktuje o sile miłości zarówno romantycznej jak i rodzi -cielskiej, ale także o degeneracji wywo-łanej jej brakiem. Należy jednak zaznaczyć, że „Looper” nie jest skrzyżowaniem romansu z filmem akcji, ale przemyceniem siły miłości do kina akcji w mistrzowsko wysublimowany sposób. Dzięki takiemu zabiegowi film zyskał urzekającą głębię. Justyna Majchrzak JAK DIABLI
Kojarzycie hasło reklamowe, gdzie padają słowa "Powinni tego zabronić"? W odniesieniu do najnowszej płyty Acid Drinkers, chciałoby się powiedzieć dokładnie to samo.
RECENZJA PŁYTY

Ten album to jedno z najbardziej boles- nych doznań, z jakim przyjdzie się zetknąć miłośnikom muzyki z gatunku "ciężka, jak diabli". Śmiem twierdzić, że będą ranni po wysłuchaniu "La Part Du Diable". Dlaczego? Przejdę do kilku przykładów. Po pierwsze, każdy fan ciężkiego grania, słuchając najnowszego krążka na swoich wielkich i mrocznych głośnikach, będzie pogował w swoim pokoju lub nawet moszował, co gorsza. Obie te czynności przy utworach takich jak "The Trick", "Bundy's DNA" czy "Andrew's Strategy" mogą doprowadzić do rozgardiaszu w ca- łym pokoju, a jak dobrze pójdzie, to i w domu, tudzież najbliższym sąsiedz- twie. Po drugie - "Kwasożłopy" nawołują do za- mordowania "cudzoziemca".Niebezpieczeń-stwo polega na tym, że z całą pewnością metalowa brać na koncertach również

RECENZJA PŁYTY

będzie krzyczała w niebogłosy "Kill The Gringo", bo refren otwierającego numeru należy do tych, przy których pozostanie obojętnym nie wchodzi w grę. Warto także zwrócić uwagę na southern rockowy "Zombie Nation", który na żywo również może zadziałać jako "rozbawiacz" i "na-kręcacz" publiki. "Jedno z najbardziej bolesnych doznań, z jakim przyjdzie się zetknąć miłośnikom muzyki z gatunku "ciężka, jak diabli". Śmiem twierdzić, że będą ranni po wysłuchaniu "La Part Du Diable" Po trzecie, adepci nauki gry na gitarze lub perkusji, po styczności z tą płytą, mogą mieć połamane kończyny. Ślimak zasuwa na bębnach tak, że aż się słuchacz zastanawia, czy aby nie ukrył gdzieś swo-jego klona za plecami, który mu pomaga bić z taką prędkością. Popcorn z kolei może startować w konkursie na najszybsze palce świata i kto wie, czy nie zająłby w nim miejsca na pudle. Takie solówki jak w "Paycheck" do codzienności natomiast nie należą i młodym, stawiającym pierwsze kroki w drodze ku zostaniu najlepszym gitarzystą świata, nie polecam uczenia się gry, wzorując się na "La Part Du Diable", bo powyłamywane palce będą wówczas najmniejszym wymiarem kary. Po czwarte wreszcie, jest to wydawnictwo z rodzaju tych, których słucha się głośno, nawet bardzo. Wielu melomanów może po prostu ogłuchnąć od wokalu Titusa. Woka- lista jest ciągle w dobrej formie, o czym świadczy cały album "zaśpiewany" z mocą i wielką werwą. "Popcorn z kolei może startować w konkursie na najszybsze palce świata i kto wie, czy nie zająłby w nim miejsca na pudle." Tak chwalę i chwalę, ale ktoś zapyta - czy jest to płyta przełomowa? No nie, ale prze- cież nie zawsze o przełomy w muzyce chodzi. To doskonale wykonana petarda, która rozłoży na łopatki dziesiątki, o ile nie setki, koncertowiczów. Acid Drinkers ciągle trzymają wysoki poziom i w swojej kate- gorii nagrali płytę roku. Norbert Oset Fot. 1: by Robert Rojewsk (CC BYSA 2.5) „One Love Sound Fest” to festiwal muzyki reggae, który w tym roku odbył się już po raz dziewiąty. W sobotę, 17 listopada, przed Halą Stulecia we Wrocławiu zgromadziło się kilkuset fanów muzyki z Jamajki.
W RYTMIE REGGAE
RELACJA Z FESTIWALU

Drzwi otworzono kilkanaście minut po szesnastej. Miałam trochę czasu na rozejrzenie się po hali i zajęcie dobrego miejsca. Rozstawiono kilka punktów gastronomicznych, w tym jeden z wegeta-riańskim i wegańskim jedzeniem (Naja-dacze.pl), gdzie można było zjeść indyjskie pierożki albo „ciasteczko z ganją” (ale bez THC). W korytarzach umieszczono stoiska z ubraniami w kolorach reggae: zielonym, żółtym i czerwonym, a także czarnym. "Lista artystów była inna niż miała być na początku." Pierwszy na scenę główną wyszedł Junior Stress& Sun el Band. Występ rozpoczął się piosenką „L.S.M” , której tytuł oznacza sound system z Lublina, do którego należy wokalista. Ludzi było jesz -





RELACJA Z FESTIWALU

cze niewiele, ale bawili się świetnie. Junior wspaniale rozgrzał publikę, która niemal cały czas skakała do jego muzyki. Potem energiczny koncert dała Marika&Spoko-armia. "Scena była malutka i mieściła się w niewielkim dusznym, pomieszczeniu..." Po niej na scenę wyszedł MellowMood, zespół z północy Włoch, występujący w Polsce po raz pierwszy. Aby to oni pojawili się w zastępstwie SOJA głosowało aż 1047 osób. Po ich koncercie w hali zrobiło się ciemno i mogliśmy oglądać po-kaz świateł przygotowany przez Halę Stu - lecia i organizatorów „One Love”. Później na scenę wszedł Promoe, artysta ze Szwecji, który na swoich płytach łączy brzmienia gae z muzyką hiphop. To był już jego drugi wys występ na „One Love” (pierwszy w 2008 roku). Pojawił się w towarzystwie C.O.S.MIC, z którym gra na co dzień w zespole Looptroop Rockers. Potem zobaczyliśmy Max’a Romeo z Ja-majki, legendę muzyki reggae, który mimo swoich 65 lat skakał i tańczył na scenie. "Ludzi było jeszcze niewiele, ale bawili się świetnie." Przedostatni pojawił się Mr. Vegas, najbar-dziej popularna postać współczesnego ja-majskiego dancehallu. Festiwal zakończył

RELACJA Z FESTIWALU

się występami Jahman Levi & Hornsman Coyote, odpowiednio z Jamajki i Serbii. Tymczasem na scenie sound systemowej grali: Zebra Soundsystem z Polski, Silly-WalksDiscotheque z Hamburga, eha-llMasakrah, Radikal Guru &Cian Finn, Over OverproofSoundsystem, Mungo’sHi Fi i na koniec Herbalize It z Holandii, który gra w pierwszej lidze światowychsound syste-mów. Scena była malutka i mieściła się w niewielkim dusznym, pomieszczeniu, które niemal przez cały czas było wypeł-nione ludźmi. Lista artystów była inna niż miała być na początku. Tony Rebel i QueenIfrica odwołali swój udział, a członkowie zespołu SOJA musieli wrócić do USA w ważnych sprawach rodzinnych. Pierwotnie miał ich zastąpić tylko OverproofSoundsystem, później dołączyli do nich MellowMood oraz I Jahman Levi &HornsmanCoyote. Wszy-stko było bardzo dobrze zorganizowane, a koncerty, także tych artystów zaproszo-nych na kilka dni przez festiwalem, były świetne. Już czekam na następną edycję! Agnieszka Nowak http://www.onelove.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=105&Itemid=150 Fot. 1: by Luki.r (CC BY 2.0) Fot. 2: by Luki.r (CC BY 2.0) Fot. 3: by Luki.r (CC BY 2.0) Fot. 4: by Luki.r (CC BY 2.0) Fot. 5: by Luki.r (CC BY 2.0) JAK WIELE MUSI NAS ŁĄCZYĆ, BY ZACZĄĆ DZIELIĆ?
Już 10 grudnia w praskim teatrze Divadlo Komedie odbędzie się pre-miera jednego z najważniejszych dra-matów polskiej sceny współczesnej. Czeski przekład „Naszej klasy” Tade-usza Słobodzianka autorstwa Evy Bergerovej i Renaty Putzlacher.
RECENZJA SPEKTAKLU

Dramat autorstwa Tadeusza Słobodzianka, aktualnego dyrektora Teatru Na Woli, to jeden z najwybitniejszych utworów pisa-nych na scenę ostatnich lat. Uhonorowany Literacką Nagrodą „Nike” porusza tematykę wyjątkowo delikatną. Jest to opowieść o ludziach, których poróżniła nie tylko wojna, religia i różnice kulturowej. Przede wszystkim była to budząca się w nich nienawiść oparta na niezrozumiałych z naszej perspektywy pobudkach. W naszej historii znalazło się niewielu twórców, którzy odważyli się podjąć interpretację wydarzeń przemilczanych i tych, których obraz został w znacznym stopniu znie-kształcony przez media. To opowieść o wartościach, które ewoluowały w pros-tych ludziach wraz ze zmianą ideologii, rządów. O tych przemianach pragną roz-mawiać twórcy „Naszej klasy”. I nie chodzi tu o wielkie przemiany ustroju, władzy, lecz te najmniejsze, zachodzące głęboko w na-szych sercach. Te, które mogą wyrządzić najboleśniejsze z krzywd. Historia klasy, grupy ludzi, których połączył los. Różnice kulturowe z początku stanowią pewnego rodzaju urozmaicenie codzienno-ści, jedynie czasem są powodem do dzie-cięcych uszczypliwości. Jednak uczniowie dorastają i z niewinnych istot przeobrażają się w bezwzględnych ludzi gotowych do czynów, o których dziś nie potrafimy nawet rozmawiać. Z czasem różnice pomiędzy nimi zaczęły się pogłębiać, a wraz z nimi

RECENZJA SPEKTAKLU

pojawiło się niezrozumienie. Podejmowane decyzje przeczyły wszelkim wartościom, które jako dzieci podświadomie wyznawa-li. Co musi się stać, by człowiek, który pod-kochiwał się w koleżance ze szkolnej ławki, po kilkunastu latach zgwałcił ją, a następnie zamordował? Czy ich błędy można w jakikolwiek sposób usprawie-dliwić, zrozumieć? Jak my postąpilibyśmy na ich miejscu? "Spektakl Fundacji Sztuka Dialogu w koprodukcji z Festi-walem Konfrontacje Teatralne w Lublinie ukazuje przede wszystkim ludzi." Mordy Żydów wykonywane przez Polaków. Kto po tylu latach chce o nich słyszeć? Jednak losy bohaterów dramatu „Nasza klasa” nie ograniczają się do tego jednego wydarzenia. Ono rzucało cień na całe ich dalsze życie. Nieważne, czy brali w nim udział, czy je obserwowali, a nawet czy jedynie znaleźli się w złym miejscu o złej porze. Losy wielu z nich zapętlają się. Nieważne, jak bardzo się starają, zmieniają wyznanie, wyjeżdżają za granice kraju czy stają się pionkami w okrutnej ideologii. Tu

RECENZJA SPEKTAKLU

umiejętność dostosowania się nie przynosi wybawienia, a dalsze cierpienia. Spektakl na nowo stawia tuszowane przez wiele lat pytania, wypowiadane jedynie szeptem. Tadeusz Słobodzianek postanowił je wygłosić. Opowiedzieć historie ludzi, których życie zostało zmarnowane przez wybory, które nie do końca były ich własnymi. Ich losy zostają opowiedziane aż do czasów współczesnych. Wraz ze zmianą aktualnej opcji politycznej, zmienia się ich sytuacja życiowa. Ich decyzje to tylko pozory, tak naprawdę są im narzucane z góry. Jedyne, co mogą zrobić, to podporządkować się, przyjąć winę na siebie. Jednak błędy przeszłości i ciężar wyrządzonych okrucieństw nie znikną tak jak znikali poszczególni dyktatorzy. Piętno zostało odciśnięte, a jego ciężar odczuwają następne pokolenia. Z życia bez wartości nie można wyhodować zdrowej generacji pozbawionej ciężaru przeszłości. Czy moż-na zapomnieć? "Zawsze stawiamy siebie na pozycji ofiary. Jednak gdy spojrzymy na losy jednostek, osądzenie nie będzie już takie proste." Twórcom do osiągnięcia zamierzonego efektu nie była potrzebna rozbudowana scenografia. Skromnych kilka ławek i krzeseł stworzyło całą bazę dla opowieści. Meble, tak jak bohaterowie, zmieniały

RECENZJA SPEKTAKLU

swoje role, lecz w rzeczywistości pozosta-wały wciąż takie same. W obliczu śmierci wszyscy znów byli sobie równi. Odchodząc zabierali ławki, by ponownie mogli zasiąść jako jedna klasa. Tym razem za drzwiami, które stanowiły granicę życia i śmierci. Spektakl Fundacji Sztuka Dialogu w ko-produkcji z Festiwalem Konfrontacje Teat-ralne w Lublinie ukazuje przede wszystkim ludzi. Różnice pomiędzy nimi, takie jak ideologia, religia, pochodzenie, stanowią tylko i aż punkt zapalny. Przyjaźń prze-mienia się w nienawiść, mordy, gwałty, zawiść i rządzę zemsty. Nie możemy osą-dzać. Nie żyliśmy w tamtych czasach, tamtych realiach. Nie robią tego twórcy. Wraz ze świetnymi aktorami Teatru Na Woli opowiadają historię, wydawać by się mogło, wyjątkową, a to przecież historia prostych ludzi. Lecz milczące przez lata społeczeństwo sprawiło, że nie potrafimy spojrzeć na tamte czasy z pokorą. Zawsze stawiamy siebie na pozycji ofiary. Jednak gdy spojrzymy na losy jednostek, osądze-nie nie będzie już takie proste. A może nie chodzi tu o wydawanie wyro-ków? Zuzanna Bućko Fot. 1: by Daniel Kruczynsk (CC BYSA 2.0) Fot. 2: Fot. 3: by Loboda (CC BYSA 3.0) Fot. 4: by egevad (CC BY 2.0)



Urząd Miejski w Świnoujściu nie chce dłużej płacić urzędnikom za wychodzenie na przerwy na papierosa i możliwe, że za tym przykładem pójdą inne polskie placówki. Pracownicy palą coraz częściej i marnują czas, który powinni poświęcić na pracę. Kto jest zatem poszkodowany? Palacz, któremu ogranicza się wyjścia „na dymka”, pozostali pracownicy, przejmujący ich obowiązki czy szefostwo, które za to wszystko płaci?
PRACA PUSZCZANA Z DYMEM?
TEMAT NUMERU

W Świnoujściu popracują dłużej Na 228 pracowników Urzędu Miejskiego w Świnoujściu do zakończenia wakacji paliło 20. Odkąd jednak prezydent zarządził, że każde wyjście na papierosa trzeba zapisywać w specjalnym zeszycie, liczba ta spadła o prawie połowę. Ci jed-nak, którzy pozostali przy nikotynowym nałogu, odnotowują to, a naczelnicy posz-czególnych działów mają pilnować czy przerwy „na dymek” są później odpra-cowane. Urzędnicy, którzy mają wypraco-wane nadgodziny, mogą sobie z nich odliczyć czas na papierosa. Pozostali zos-tają po godzinach. Skąd jednak pomysł wprowadzania tego typu kontroli palą-cych? W przypadku Urzędu Miasta w Świnoujściu, mieszkańcom miasta nie podobało się, że urzędnicy palą w godzinach pracy. Nikt oczywiście nie zabroni zapalić co jakiś czas, ale pracownicy zazwyczaj na taką przerwę

TEMAT NUMERU

wychodzili razem, a w urzędzie ustawiały się kolejki petentów. Gdyby zliczyć co-dzienną ilość „wypalanych” minut, w niektórych przypadkach pracownik może mieć do odpracowania nawet jeden dzień miesięcznie. „Załóżmy, że czas spędzony na paleniu to 15 minut dziennie. Rachunek jest prosty: 24 dni pracy dają aż sześć godzin, które nasi pracownicy przeznaczają na palenie” – mówi Robert Karelus, rzecznik prezydenta miasta w Świnoujściu. Palący nieefektywni w pracy? Badania przeprowadzone przez naukowców z Lizbony wykazały, że palacze pracują gorzej od niepalących, a to dlatego, że dekoncentruje ich myśl o kolejnym wyjściu na papierosa. Palacz opuszcza swoje stanowisko pracy o wiele częściej, więc jest mniej wydajny. W ciągu roku uzależnieni od nikotyny „przepalają” w pracy do 86 godzin. Prawie połowa Polaków chce zakazania palenia w pracy. Niepalących pracowników denerwuje, gdy palacze robią sobie częste przerwy i przez to zaniedbują powierzone im zadania. Marcin, student matematyki, wypala dziennie 10 papierosów. Na uczelni spędza zazwyczaj 4-5 godzin i pali co przerwę, razem z innymi znajomymi z roku. „Palę już od kilku lat – mówi - ale nie kusi mnie tak jak dawniej. Teraz wypalam jednego lub dwa papierosy na przerwie między następnymi zajęciami, ale w czasie wyk-ładów ta myśl mnie nie dekoncentruje. Nie mam problemu, żeby się skupić. Zdarzało się nawet, że nie musiałem zapalić na

TEMAT NUMERU

przerwie. Nie zgadzam się z tym, że wszyscy palacze są mniej efektywni w pra - cy, bo to zależy, ile kto czasu poświęca na palenie. Jeśli ktoś faktycznie wychodzi co 15-20 minut, bo tak go to kusi, to powinien się zastanowić nad tym, ile firma może przez niego stracić. A jeśli chodzi o pomysł ze Świnoujścia, to mimo wszystko go popieram. Grunt, to nauczyć się kontr-olować czas poświęcany na palenie.” Monika, stażystka w jednym z urzędów, nie ukrywa, że przy zgłaszaniu swojej kan-dydatury, osoba odpowiedzialna za rek-rutację wspomniała, że preferują osoby niepalące. W urzędach czy sekretariatach kolejki tworzą się bardzo szybko i raczej nie można pozwolić sobie na częste przer-wy. „Sama nie palę, ale jedna ze znajo-mych w urzędzie wychodzi na papierosa bardzo często. Zdaje sobie sprawę, że za chwilę może przyjść petent, ale to sil-niejsze od niej. "Palacz opuszcza swoje stanowisko pracy o wiele częściej, więc jest mniej wydajny." W czasie ośmiogodzinnej pracy potrafi wypalić 20 papierosów. W tym czasie muszę ją zastępować, odbierać kolejne maile i telefony. Popieram pomysł urzędu ze Świnoujścia, bo w wielu przypadkach palenie to miganie się od obowiązków. Można zapalić co jakiś czas, ale wielu

TEMAT NUMERU

palaczy nie radzi sobie z chęcią sięgnięcia po kolejnego papierosa. Odbija się to na efektywności ich pracy, ale też na ogólnej atmosferze.” Pomysł obowiązkowego odpracowywania wypalonych minut, jaki zaproponowało szefostwo w Świnoujściu, zapewne prze-niesiony zostanie do innych urzędów i placówek. Na forach internetowych nie-którzy twierdzą, że jest to sztuczne ro-bienie problemów i niedługo może kontro-lowane będą wyjścia do toalety. Nie chodzi tu jednak o to, by walczyć palaczami i po-kazywać im, jaki ich nałóg jest zły. Palacz sam świadomie decyduje czy chce palić i zna możliwe skutki uboczne. Warto jed-nak pomyśleć, że kilka lub kilkanaście „niewinnie wypalonych papierosów” odby-wa się kosztem czasu pracy i często psuje panującą w niej atmosferę między pozos-tałymi pracownikami, klientami i szefost-wem. Karolina Przybylska Fot. 1: by Centophobia (CC BYSA 2.0) Fot. 2: by eschipul (CC BYSA 2.0) Fot. 3: by kenji.aryan (CC BYSA 2.0) Fot. 4: by eisenbahner (CC BY 2.0) MARZENIAMI NA DACH ZIEMI!
Bogumiła Raulin jest organizatorką i jedyną uczestniczką autorskiego projektu „Siła Marzeń – Korona Ziemi”. Od A do Z samodzielnie organizuje wyprawy, których celem jest zdobycie wszystkich najwyższych szczytów 7 kontynentów. W rozmowie z Outro przekonuje, jak wiele potrafią zdziałać nasze marzenia.
WYWIAD

Karolina Wojtal: Skąd wziął się pomysł na projekt „Siła marzeń – Korona Ziemi”? Bogumiła Raulin: Pomysł urodził się w mojej głowie, kiedy pojechałam do Afryki. Pomyślałam wtedy: „To jest już kolejny szczyt w Koronie… i w sumie dlaczego by nie spróbować jej zdobyć?” Lubię wyzwania, więc spróbuję i temu sprostać. Nie jest to łatwe, bo w większych projektach, jak np. wspinaczka na Mount Everest (najwyższy szczyt Azji) czy Mount Vinson (najwyższy szczyt Antarktydy) potrzeba bardzo dużego kapitału finansowego i realizacja tej wyprawy bez udziału sponsorów jest po prostu niemożliwa. Ten projekt ma też pokazać ludziom, że można realizować swoje marzenia, będąc zwykłym zjadaczem chleba. Spełnianie własnych marzeń jest dla ciebie najważniejsze? Absolutnie nie! Jednak gorąco wierzę w siłę marzeń, w to, że jeśli sobie coś posta-nowimy, dążymy do tego i przede wszys-tkim wierzymy, że nam się to uda, to co tak naprawdę stoi na przeszkodzie, aby osiągnąć sukces? Tak! Projekt „Siła Marzeń – Korona Ziemi” to wielkie wyzwanie, ale jestem przekonana, że sobie z nim poradzę. Nikt też nie mówi, że będzie łatwo i liczę się z tym. Były takie momenty, kiedy chciałaś po prostu zrezygnować? Kiedy uznałaś, że jednak nie wszystkie marzenia można spełnić? Marzenia można odłożyć, poczekać na bardziej sprzyjający wiatr, ale broń Boże nie wolno z nich rezygnować.





WYWIAD

Nie boisz się wybierać samotnie w takie podróże? Choć we wszystkie swoje podróże wybie-ram się sama, jest to samotność trochę pozorna. Cenię sobie czas, w którym jedzie się lokalnym autobusem z nosem przyk-lejonym do szyby, podziwia się to, co cię otacza i ma się czas na przemyślenia. Mimo że docieram do celów mojej podróży samotnie, to na miejscu nie uniknę spotkań z lokalną ludnością. Zresztą o to w tym wszystkim chodzi! W górach bywa bardzo różnie. Raz w zasięgu wzroku nie ma nikogo i wówczas rzeczywiście jest się skazanym tylko i wyłącznie na siebie. Ale bywa i tak, że na szczyt idą „ karawany zdobywców”. Nawet jeśli kogoś nie znam, a idzie pięć metrów przed mną, dokładnie na ten sam szczyt, to czy to jest samotne wejście? Chyba nie, bo w przypadku Elbrusa w tym samym momencie, co ja, na zdobycie szczytu miał ochotę pewien Rosjanin i mimo że i on, i ja chcieliśmy zdobyć szczyt w pojedynkę, to tak naprawdę zrobiliśmy to razem. Jak wygląda przygotowanie do wyp-rawy - kondycyjne, organizacyjne, koszty? Przygotowanie fizyczne oczywiście musi być. Staram się w miarę regularnie biegać - ale nie jestem z pewnością sprinterką. Moją kondycję fizyczną oceniam na dobry (śmiech). Czyli zawsze mogłoby być lepiej. Poza dobra kondycją niezmiernie ważna jest kondycja naszego umysłu. Przygotowanie do wyprawy rozpoczynam od czytania odpowiedniej literatury, forów internetowych czy kontaktu z ludźmi, którzy byli już w miejscach, w które się wybieram. Potem kupno biletów lotniczych, wiz, permitów, organizacja noclegu czy dojazdów na miejsce etc. Organizacja takiej wyprawy to proces nawet i kilku-miesięczny. "Marzenia można odłożyć, poczekać na bardziej sprzyjający wiatr, ale broń Boże nie wolno z nich rezygnować." Takie organizowanie wyprawy to część wielkiej przygody czy jedynie nieprzyjemny obowiązek? Od samego początku przygotowań do wyprawy jestem bardzo podekscytowana. Poza czasochłonnymi sprawami organiza-cyjnymi szalenie ważne jest również pozyskanie patronów medialnych i przede wszystkim sponsorów. To dzięki nim wyprawa nabiera charakter bardziej medialny, a po przyjeździe mogę dzielić się z czytelnikami bądź słuchaczami swoimi przeżyciami. Ale prawda jest taka, że motyle w brzuchu

WYWIAD

zaczynają latać już od pierwszej myśli, gdy wybiera się punkt na mapie. Potem podczas przygotowań do wyprawy i już samego wyjazdu robi się ich w tym brzu-chu po prostu więcej. Dla mnie nie jest to obowiązek, tylko czysta przyjemność. Jak wspominasz swoje poprzednie wyprawy na Elbrus, do Afryki? Poza Afryką były jeszcze Indie, Nepal, Peru, była Francja – Mount Blanc. To jest lekcja, której nie nauczysz się z żadnej książki. Książka to wiedza teoretyczna, każdy z nas ma inne wyobrażenie o miejscu, o którym czyta. I nie raz te na-sze wyobrażenia mocno odbiegają od rze-czywistości. Masz jakieś podpowiedzi dla przysz-łych zdobywców szczytów? Może nie dla zdobywców, tylko dla osób pragnących zrobić coś fajnego! Bez zna-czenia na to, co to jest, najważniejsze jest być małym uparciuchem. Stawać przed lustrem i mówić sobie: „Uda mi się!” Rozmawiała: Karolina Wojtal Fot: http://www.bogumilaraulin.blogspot.com/ Śmiali się… Jestem do niczego. Nie mam żadnych przyjaciół. Nikt mnie nie chce. Po co to wszystko? Najlepiej by było, gdyby mnie nie było. Nienawidzę chodzić do szkoły. Wszyscy znaleźli sobie przyjaciół, a ja nawet nie mam z kim porozmawiać. ROZMOWY
OSTATNIEJ SZANSY
SPOŁECZEŃSTWO

A jednak kogoś obchodzą takie myśli i nasze problemy. I nie mówię tu o mamie, tacie lub innych bliskich nam osobach, którym czasem boimy się powiedzieć, jak bardzo jest źle. W Warszawie działa Fundacja Dzieci Niczyje, a z jej ramienia Telefon Zaufania- 116 111. Przeprowadzane rozmowy nie są nagrywane, a dzwoniący są całkowicie anonimowi, chyba że sami zdecydują inaczej. Oprócz tego działa również strona www.116111.pl, na której można wysyłać anonimowe wiadomości do konsultantów, jeśli nie chce się bądź nie ma się moż-liwości zadzwonić. Strona zawiera odpo-wiedzi na najczęściej zadawane pytania, choć są one stworzone sztucznie, by nikt, kto z tej strony korzysta, nie czuł, że został zdradzony. Ekipa Telefonu 116 111 to ludzie, którzy są studentami czwartego i piątego roku kie- runków takich jak psychologia, socjologia, pedagogika czy resocjalizacja lub ich absol-wentami. Dodatkowo, wszyscy są przesz-koleni do rozmów z dziećmi i nastolatkami oraz pracują na specjalnym programie. Wypowiedzi konsultantów są monitorowa-ne, ale odbywa się to bez podsłuchiwania dzwoniącego. "Przeprowadzane rozmowy nie są nagrywane, a dzwoniący są całkowicie anonimowi, chyba że sami zdecydują inaczej." Przed każdym dyżurem spotykają się, żeby porozmawiać o tym, jaki pseudonim ma

SPOŁECZEŃSTWO

osoba, która może zadzwonić raz jeszcze, co powiedziała i o czym należy z nią osoba, która może zadzwonić raz jeszcze, co powiedziała i o czym należy z nią roz-mawiać. Opowiadają też o tym, w jakim stanie ducha przyszli, żeby nie rzutowało to na ich pracę. Po każdym dyżurze spotykają się ponownie, żeby przeprowadzone roz-mowy nie obciążały ich, kiedy już wrócą do domu. Większość to wolontariusze, pracowników jest zaledwie kilku. Powód? Brak funduszy. Codziennie dzwoni do nich kilka tysięcy ludzi. Od 12:00 do 20:00 przez cały tydzień czuwa sześciu kon-sultantów. To za mało i wielu ludzi nie jest w stanie się dodzwonić. Fundacja nie pobiera opłat za przeprowadzanie rozmów, mimo że musi przeszkolić konsultantów i zapewnić im program, służący do odbie-rania połączeń, a nie jest on najtańszy. Kiedy Telefon Zaufania rozpoczynał swoją działalność, konsultanci odbierali telefony głównie od dziewczyn. „Chłopcy potrzebowali więcej czasu, żeby się do nas przekonać”- mówi Lucyna Kicińska, koordynator programu FDN Tele-fon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111. Najczęściej dzwonimy my, nastolatki, najrzadziej dzieci poniżej jedenastego roku życia. Czasami dzwonią dorośli, ludzie po czterdziestce z bardzo dorosłymi sprawami, np. problemy ze spłatą kredytu. Są oni wtedy kierowani na telefon zaufania dla dorosłych. Niekiedy pomocy potrzebują też

SPOŁECZEŃSTWO

studenci albo maturzyści. To, że skoń-czyli osiemnaście lat, nie oznacza, że nie mogą już zadzwonić na numer 116 111. Problemy, z jakimi zmagają się osoby dzwoniące lub piszące na Telefon Zaufania, często są podobne. Przeprowadzane są rozmowy o związkach, przyjaźniach, rodzi-nie i szkole. Podejście do każdej osoby jest inne, każdy z nas jest odrębną jednostką. Mamy odmienne historie. Inaczej przeży-wamy nasze uczucia i emocje. Dorastamy w różnych warunkach. Konsultanci dosko-nale o tym wiedzą i traktują każdego dzwoniącego indywidualnie. Nie tylko z na-mi rozmawiają, kiedy odważymy się zadz -wonić, ale też często towarzyszą całemu procesowi rozwiązywania naszych prob-lemów. Jeśli jeden telefon nie wystarcza, dzwoniący wymyśla pseudonim i umawia się, że zadzwoni znowu. "Czasem w trosce o jej bezpieczeństwo zmuszeni są do złamania zasady anonimowości i przekazania sprawy policji." Nie jest tak, że na 116 111 dzwonią tylko ofiary przemocy fizycznej i psychicznej. Nieważne, z jaką sprawą zadzwonisz, konsultanci postarają się pomóc. Problemy, które są najczęściej poruszane, to relacje: nawiązywanie ich, utrzymywanie i to, co z nich wynika. Wielokrotnie omawiane są też kłopoty związane z brakiem znajomych i interesujących zajęć. Oczywiście, dzwonią

SPOŁECZEŃSTWO

również tacy, których problemy wymagają natychmiastowej interwencji, przykładowo jeśli ktoś planuje popełnienie samobójstwa. W takich sytuacjach konsultanci nakłaniają taką osobę, by pozwoliła im sobie pomóc. Czasem w trosce o jej bezpieczeństwo zmuszeni są do złamania zasady anonimo-wości i przekazania sprawy policji. Jednak-że spośród około pół miliona odebranych połączeń, do takiej interwencji doszło tylko 250 razy. Wśród dzwoniących często są również dzieci z domów dziecka. W wyniku tych telefonów zostało przeprowadzonych wiele akcji z udziałem policji, które wykazały różne nieprawidłowości w pracy tychże placówek. Podobnie kiedy dzwonią-cy mówi o problemie w szkole, konsultanci mogą skontaktować się z daną placówką i zainterweniować. 6 listopada 2012 roku były czwarte urodziny Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111. Jednocześnie mają oni już za sobą pięćset tysięcy odebranych połączeń. Mogłoby się zdawać, że to nic, bo przecież telefonów zaufania jest w Polsce już kilka. Tylko dlaczego tak trud-no jest się tam dodzwonić? Dorota Karkosik www.fdn.pl www.116111.fdn.pl www.116111.pl Fot. 1: by SheltieBoy (CC BY 2.0) Fot. 2: by Pink Sherbet Photography (CC BY 2.0) Fot. 3: by HowardLake (CC BYSA 2.0) GWIAZDORSKI BIZNES Z ZAŚWIATÓW?
Informacja o śmierci Whitney Houston, podana do wiadomości w lutym 2012, wstrząsnęła całym światem. Nikt nie mógł uwierzyć w to, że w czerwcu 2009 odszedł król muzyki pop - Michael Jackson. Jaka była przyczyna śmierci Amy Winehouse? Dlaczego straciliśmy kogoś tak wielkiego jak Elvis Presley? Tysiące pytań, tysiące łez wiernych fanów i… tysiące zupełnie nowych fanów.
SPOŁECZEŃSTWO

Fenomen aukcji Wydawać by się mogło, iż gdy umiera dana osoba, liczba jej zagorzałych zwolenników znacznie się zmniejsza. Podając przykład sławnej osoby – co z tego, że przez lata była dla estrady znaczącą postacią? Obecnie show biznes kręci się nieustannie i osoby wypierane są przez inne, bardziej wyraziste, mające lepszy pomysł na siebie i swoją karierę. Kiedy umiera celebryta, często staje się jeszcze sławniejszy niż za życia… Dla-czego? Co sprawia, iż jego pozycja jeszcze się umacnia? Trend ten zauważalny jest w Internecie. Magazyn Forbes przygotował zestawienie najlepiej zarabiających gwiazd po śmierci na rok 2012 w oparciu o aukcje internetowe i licytowane pamiątki po nich. Pierwsze miejsce zajęła Elizabeth Taylor, drugie Michael Jackson, trzecie zaś Elvis Presley. Michael Jackson w latach rozkwitu jego kariery, tj. we wczesnych latach 80–tych, był bożyszczem kobiet, królem popu. Wraz z kolejnymi albumami jego pozycja na rynku muzycznym umacniała się. Kryzys przyszedł po 2000 roku, kiedy to zysk ze sprzedaży płyt nie był już tak duży jak w poprzednich latach. Jacksonowi nie przy-sporzył też nowych fanów proces o molestowanie. Nadal jednak miał swoich zwolenników. Kiedy w 2009 roku przyszła wiadomość o jego śmierci, fani pogrążyli się w żałobie. Nie będzie drugiego Mi-chaela, który urzekał głosem, tańcem, widowiskami na koncertach. Jeszcze przed śmiercią był krytykowany przez wiele osób, nazywany dziwakiem, przez innych zapom-niany. Nagle po jego śmierci wielbiciele

SPOŁECZEŃSTWO

zaczęli zbiorowo protestować. Ci bardziej bogaci pokusili się nawet o zakupienie rzeczy samego króla popu. Pod koniec 2011 roku szczęśliwcy mogli stać się posiadaczami tablicy kuchennej Jacksona, na której jego dzieci napisały kredą „Kochamy Cię Tatusiu” (została sprzedana za 5 tys. dolarów) czy bardziej kontro-wersyjnej pozostałości po piosenkarzu – wezgłowia łóżka, na którym zmarł. W ostatniej chwili wycofano jednak je z aukcji, pozostawiając jedynie dywan, na którym stało. Sprzedano go za 15 tys. dolarów, choć przewidywana cena wyno-siła ok. 500. Olbrzymie sumy odnotowano także na aukcjach Liz Taylor, notabene przyjaciółki Jacksona. 2,6 milionów dolarów zapłacono za kolekcję jej wieczorowych sukien, co według domu aukcyjnego Christie’s jest rekordem aukcyjnym dotyczącym strojów. Jedną z nich sprzedano za 362,5 tys. do-larów, podczas gdy jej cena wywoławcza wynosiła 5 tys. Rekord biżuteryjny również należał do aktorki za jej kolię wypełnioną perłami pochodzącymi z XVI wieku, wyce-nioną na 2–3 mln, a sprzedaną za 11,94. "Podobna oferta pojawiła się również po śmierci Michaela Jacksona - otóż można było stać się posiadaczem jego bielizny firmy Calvin Klein."

SPOŁECZEŃSTWO

Można sobie tylko wyobrazić, kto jest zainteresowany aukcjami – fani albo kolekcjonerzy, którym wygrana dostarczy sławy w ich gronie. Jest to całkiem normalne zjawisko, powszechnie trakto-wane w kategoriach hobbystycznych przez samych zainteresowanych oraz społeczeń-stwa, dopóki nie rośnie zainteresowanie coraz to dziwniejszymi własnościami zmar-łych gwiazd. Z okazji 35. rocznicy śmierci Elvisa Presleya w Wielkiej Brytanii ogło-szono aukcję dotyczącą jego ulubionego egzemplarza Biblii oraz brudnej bielizny. O dziwo nie osiągnęła ona nawet ceny minimalnej, wynoszącej 7 tys. funtów. Podobna oferta pojawiła się również po śmierci Michaela Jacksona - otóż można było stać się posiadaczem jego bielizny firmy Calvin Klein. W maju 2008 natomiast zlicytowano pustą buteleczkę po lekach Presleya. Pojawiła się również aukcja, której przedmiotem był… ząb zmarłego w 1980 roku lidera grupy The Beatles. Pamiątką po artyście zadowolił się dentysta gotów zapłacić za kawałek próchnicy Lennona aż 19 i pół tysiąca funtów! "Sumy, jakie gotowi są zapłacić ludzie za pamiątki po gwiazdach, wielokrotnie przekraczają cenę minimalną." Sumy, jakie gotowi są zapłacić ludzie za pamiątki po gwiazdach, wielokrotnie przek-raczają cenę minimalną. Podejrzewać

SPOŁECZEŃSTWO

można, iż podczas licytacji toczą się bitwy dotyczące konkretnych własności, licytato-rzy prześcigają się wzajemnie w propo-nowaniu nowych sum pieniężnych. W jakim celu? I co z tego wszystkiego wynika? Licytują przede wszystkim ludzie bogaci, mogący pozwolić sobie na tego typu wysokie wydatki. Mogą to być pasjonaci twórczości nieżyjącego artysty, ci, którzy chcieli poznać swojego idola, ale nie zdążyli i w ten sposób mają okazję częściowo zrekompensować sobie brak tej możliwości. I to oni przyczyniają się do wzrostu popularności gwiazd po śmierci. To osobliwe hobby zarezerwowane jedynie dla osób bardzo zamożnych wciąż drożeje – kolekcjonerzy są gotowi płacić coraz to większe sumy pieniędzy. Jak długo jeszcze tendencja ta będzie wzrastała i jak bardzo może się powiększyć majątek nieżyjących gwiazd? To pytanie na razie musi pozostać bez odpowiedzi. Link z wykresem dot. najlepiej zarabia-jących gwiazd po śmierci: http://biznes.interia.pl/wiadomosci/news/najlepiejzarabiajacezzaswiatowtow-gwiazdy,1857837,4199 Sylwia Bałuk Fot. 1: by Asterio Tecson (CC BYSA 2.0) Fot. 2: by Ricardodiaz11 (CC BY 2.0) Fot. 3: by by Maroon Surreal (CC BY 2.0) SIATKARSKICH PARKIETACH Siatkarze są obecnie najbardziej docenianymi sportowcami w Polsce. Spełniają swoje marzenia, zadziwiają cały kraj i budują swój autorytet, chociaż bywa, że nie mają nawet dowodu osobistego. Pisząc to, mam na myśli zespół Politechniki Warszawskiej oraz najmłodszego siatkarzaw naszej lidze – Jakuba Popiwczaka, który został ostatnio pierwszym libero Jastrzębskiego Węgla.
"MŁODZI GNIEWNI" NA
SPORT

Kiedy rozpoczynał się kolejny sezon PlusLigi, nie sądziłam, że przyniesie on taką niespodziankę. Wydawało mi się, że najbardziej zaskakujące były same tran-sfery, jakie miały miejsce w niektórych zespołach (chociażby wyjazd Bartosza Kurka do Moskwy i zastąpienie go Mariu-szem Wlazłym na pozycji przyjmującego, czy przejście Bartmana do rzeszowskiego klubu, gdzie po raz pierwszy miał grać jako atakujący). Okazało się, że siatkarze stołecznej drużyny szykują dla nas niezłą niespodziankę. W Politechnice zmieniło się wiele, zaczynając od trenera. Jakub Bednaruk zastąpił Radosława Panasa i od tej chwili wszystko się zaczęło. Politechnika wygry-wała kolejno z Jastrzębskim Węglem (w szeregu którego walczą chociażby tacy zawodnicy jak kapitan zespołuMichał Łasko – atakujący reprezentacji Włoch - czy polski przyjmujący Kubiak), Delectą Byd-goszcz, pokonała również Wkrętmet AZS

SPORT

Częstochowa o oraz EffectorKielce. Ostat-nio wygrała także z Indykpolem AZS Ol-sztyn prowadzonym przez przywołanego chwilę temu, byłego trenera warszawiaków Panasa. Dotychczas Politechnika z takimi przeciwnikami albo łatwo traciła punkty i nie zdobywała pełnej puli, czyli trzech „oczek”, albo po prostu przegrywała. Brakowało pieniędzy, gra się, kolokwialnie mówiąc, nie kleiła. Bednaruk coś zmienił, coś zaskoczyło. Wprowadził do zespołu perspektywicznych graczy, takich jak młody rozgrywający Drzyzga. Ważną rolę w zespole zaczął odgrywać Krzysztof Wierzbowski, a niezmiennie swoją klasę sportową potwierdza Grzegorz Szymański, który zgromadził na swoim koncie już 96 punktów (dla porównania – atakujący rzeszowian, Zbigniew Bartman – 104). Warto również podkreślić, że zawodnicy zaczęli śmielej wypowiadać się w mediach i nabrali pewności siebie, czego dowodzą słowa erzbowskiego w wywiadzie dla por-talu swo.wo.pl : „My nie składamy broni, bo pokazujemy dobrą siatkówkę. Jeżeli będziemy grali jak dotychczas, to skła-niałbym się ku opinii, że przeciwnicy będą się bali nas, a nie my ich.” Oczywiście nadmierna wiara w swoje umiejętności nie zwiastuje w siatkówce nic dobrego, ale dzięki takim słowom buduje się siłę drużyny i jej wiarę we wspólny sukces, którego w stolicy dawno nie było. Politechnika zajmuje obecnie drugie miejsce w klasyfikacji generalnej. Oczywiś-cie pozycja ta z pewnością się zmieni, ale już teraz warto podkreślić rozwój zespołu, z którym pozostałe drużyny zaczynają się liczyć. Najtrudniejsze pojedynki dopiero przed klubem, ale kibice pozostają pełni

SPORT

nadziei, że zwycięska passa zostanie podtrzymana. Warszawską drużynę tworzą głównie młodzi, perspektywiczni zawodni-cy, którzy z pewnością poprowadzą zespół do rzeczy wielkich. "Im szybciej młodzi zawodnicy dostaną szanse rozwoju, tym lepiej dla kadry narodowej i dla rozwoju polskiego sportu." Skoro już mowa o zaskoczeniach w PlusLidze wynikających z przejęciem pałeczki przez młodych, to należy wspom-nieć o pewnym szesnastolatku, który z po - wodzeniem występuje w tych najwyższych klubowych rozgrywkach w Polsce. Młody Jakub Popiwczak zastąpił kontuzjowanego Wojtaszka na pozycji libero Jastrzębskiego Węgla i radzi sobie znacznie lepiej odtego, co można by oczekiwać po jego niewielkim doświadczeniu. Nastolatek dopiero ogrywa się w tak dobrej lidze, a lekcje, jakimi są dla niego spotkania z najlepszymi świa-towymi siatkarzami są bezcenne, jeśli chodzi o rozwój jego kariery. Przyjmuje piłki na poziomie około 50-60%, co jest bardzo dobrym wynikiem. Należy pamiętać, że jedna z największych gwiazd polskiej reprezentacji seniorów, także libero – Krzysztof Ignaczak, potrzebuje zastępcy, także jeśli chodzi o najmłodsze pokolenie. Trener Jastrzębian Lorenzo Bernardi, wybrany siatkarzem XX wieku zaufał Po-piwczakowi, a wydaje się, że nie ma więk -

SPORT

szej nobilitacji niż właśnie zaufanie tak wybitnej postaci. Jak przyznają jego ko-ledzy z zespołu, przed młodym siatkarzem jeszcze wiele pracy, ale ma on potencjał. Jest to na pewno nowa sytuacja w PlusLidze, gdyż dotychczas tak młodzi zawodnicy nie mieli wstępu na parkiet. Jak przyznał Popiwczak, na początku codzienne spotkania w szatni z najlepszymi w zawo - dzie były dla niego dużym wydarzeniem, traktował je jako coś, co może się już nie powtórzyć, ale teraz stały się dla niego codziennością i przyzwyczaił się do zmian, jakie nastały w jego życiu. Może nam jeszcze dostarczyć wiele radości i wzruszeń, nie tylko podczas rozgrywek klubowych. W PlusLidze dzieje się dużo, ale zmierza to raczej ku dobremu. Im szybciej młodzi zawodnicy dostaną szanse rozwoju, tym lepiej dla kadry narodowej i dla rozwoju polskiego sportu. Nie można oczywiście dopuścić do sytuacji, w której na par-kietach staną sami niepełnoletni, ale wystarczy spojrzeć na Politechnikę War-szawską, która jest idealnym przykładem połączenia ogrania i doświadczenia, ze świeżą energią i ambicją młodych, dojrzewających siatkarzy. Julia Tobolska Fot. 1: by DrabikPany (CC BY 2.0) Fot. 2: by DrabikPany (CC BY 2.0) Fot. 3: by DrabikPany (CC BY 2.0) Fot. 4: by DrabikPany (CC BY 2.0)

OKIEM WIDGETA