Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury strona 6 najgorszy dzień w życiu strona 7 oswoić śmierć strona 10 jak trwoga to do Boga? strona 12 spod konfesjonału na kozetkę strona 14 na kozetce u Freuda strona 16 babcia modna strona 20 blogowa moda strona 26 lumpeksy są cool! strona 29 wywiad z Adamem Ginterem strona 32 tydzień w obiektywie strona 38 BARBIE, KIBOL - DWA BRATANKI?

Outro Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl rekrutacja(@)outro.pl Redaktorzy naczelni: Monika Toppich Kamil Wiśniowski Zastępca: Paulina Zguda Sekretarz redakcji: Marek Suska Zastępca: Magdalena Wąwoźna, Marta Jeziorek Redaktor prowadzący: Agata Andrzejak Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Maciej Kulina (sport), Agata Andrzejak (korekta), Dorota Stach (foto), Patryk Skoczylas (graficy). Korekta: Agata Andrzejak, Maria Gołaszewska, Martyna Kłopeć, Nina Bezpałko, Agata Hajduk, Patryk Łowicki. Graficy: Angelika Marchewka, Jarosław Stępień, Dorota Stach, Adam Białek, Paweł Szpondowski Fotoedycja wydania: Roksana Grzmil Korekta wydania: Magdalena Kelniarz Projekt okładki: Patryk Skoczylas Zdjęcie: Victor Candela CC BY 2.0

Nie szata zdobi człowieka. Ale blondynka ubrana na różowo, do tego – o zgrozo! – w futerku, z całą pewnością jest plastikową idiotką, nawet gdyby skończyła trzy fakul-tety i należała do Mensy. Facet z szalikiem jakiegoś–tam klubu, ogolony na łyso i w adidasach, z całą pewnością jest kibolem, który tylko czyha na to, żeby roz-walić Narodowy i obrabować jakąś babcię. I taka babcia ucieka od niego, nawet kiedy ten chce ją przeprowadzić przez ulicę. Jak chłopak jest za dobrze ubrany albo ma zbyt wąskie spodnie, albo za dużą wagę przywiązuje do tego, w czym wychodzi, to już z całą pewnością gej, a może i złodziej. Ratuj się, kto może – jeszcze zabije! Moda jest powszechnie uważana za temat lekki, łatwy i przyjemny. Ciekawe tylko, że przy okazji takiego tematu na światło dzienne wychodzą tego typu stereotypy. Czytając to, zastanawiamy się, jak my – współcześni Polacy – możemy być takimi kretynami. Szkoda tylko, że statystyczny Polak wierzy w większość tych bzdur. MiK



WOKÓŁ Teatralne szaleństwo

WOKÓŁ KULTURY

Niecodzienna wystawa 8 marca o godz. 19.00 w poznańskiej galerii Art Stations Stary Browar od-będzie się wernisaż wysta-wy „Układy równoległe”. Będzie można zapoznać się z pracami Jadwigi Maziar-skiej, Rosemarie Trockel i Gertrude Goldschmidt. Prezentacja będzie miała formę „anegdotyczną” KULTURY i będą jej towarzyszyć po-kazy filmów, wykłady i ka-talogi. Wystawa potrwa aż do 1 czerwca. Koncert rocka 5 marca o godz. 21 w war-szawskiej Hard Rock Cafe wystąpi zespół Clostereller – czołowy przedstawiciel tzw. „klimatycznego” rocka na polskiej scenie muzycz-nej. Mimo dużej różnorod-ności zespół cechuje się łatwo rozpoznawalnym oraz charakterystycznym stylem, który wyróżnia go na tle innych rockowych zespołów. Otwarty koncert 7 marca o godz. 19.00 w sopockim Centrum Haff-nera zagra znany w Polsce i w Zachodniej Europie zespół Julia Vikman Band. Niedługo ukaże się nowa płyta z chilloutową wersją utworu "Belye rozy" i inny-mi rosyjskimi utworami przedstawionymi w nowoo-czesnych aranżacjach. Justyna Książek 10 marca rozpocznie się 14. Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej Interpretacje. Celem jest promocja najzdolniejszych młodych reżyserów teatralnych oraz zaprezentowanie publiczności najlepszych spektakli sezonu. W jego trakcie będzie można zobaczyć spek-takle mistrzowskie: „Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie” oraz „Bracia Karamazow”, a także liczne spektakle konkursowe. Festiwalowi będą towarzyszyć równie ciekawe imprezy. „Genialna komedia Romana Polańskiego” – to slogan, który reklamuje naj-nowszy film reżysera pt. „Rzeź”. Entuzjazm dystrybutora brzmiał dla mnie tro-chę podejrzanie – byłem na paru podobno genialnych komediach i stąd niedo-wierzanie. Jednak tym razem owo stwierdzenie jest bliskie rzeczywistości – bli- skie, gdyż nie jest to raczej komedia.
NAJGORSZY DZIEŃ W ŻYCIU
RECENZJA FILMOWA

„Rzeź” opowiada o spotkaniu rodziców dwóch jedenastoletnich chłopców, z któ-rych jeden w kłótni wybił drugiemu dwa zęby. Widzimy zatroskanych i odpowie-dzialnych dorosłych, którzy pragną nie do-puścić w przyszłości do takich incydentów i doprowadzić do pogodzenia skłóconych dzieci. To wszystko brzmi bardzo budująco, słyszymy kolejne deklaracje dobrej woli. Z czasem jednak pojawiają się pierwsze zgrzyty, jest coraz mniej przyjemnie, aż w końcu różnice światopoglądowe przera-dzają się w zaciekły spór. Po pewnym cza-sie rozpoczyna się kanonada krzyków, wyz-wisk, histerycznego śmiechu i rozpaczli-wego płaczu. Przyglądając się rozwojowi wypadków, trudno uwierzyć, że wciąż obserwujemy te same osoby – jakie są przyczyny takiej przemiany? Otóż tych czworo nieszczęśników popełniło jeden poważny błąd – powiedzieli, co naprawdę myślą.

RECENZJA FILMOWA "Mówienie sobie prawdy często nie należy do rzeczy przyjemnych. Sądząc po sposobie jej wyrażania przez bohaterów, wydaje się, że długo musieli zaniedbywać tę umiejętność."

Mówienie sobie prawdy często nie należy do rzeczy przyjemnych. Sądząc po sposo-bie jej wyrażania przez bohaterów, wydaje się, że długo musieli zaniedbywać tę umie-jętność. Fala frustracji, kompleksów i nies-pełnionych ambicji jest nie do uniknięcia. Stopniowo wystawiane są na próbę kolejne aspekty ich życia, same dzieci przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Postaci zaczy- nają rozmawiać o swoich problemach mał-żeńskich, z czasem okazuje się, że nikogo nie kochają, nie wierzą w porozumienie z drugą osobą, a relacje międzyludzkie opierają się na dominacji innych. W grun-cie rzeczy różnica między nimi a jedenasto-latkami polega jedynie na oszukiwaniu sa-mych siebie i podporządkowaniu się ogól-nie akceptowanym postawom i przyjmowa-nym normom. 50–letnie „dzieciaki” ubrane w garnitury i żakiety wydają się być przy-gnębiająco groteskowe. Z drugiej strony, obserwowanie rzezi psychologicznej jest doświadczeniem bardzo komicznym – świetnie zagrane poszczególne stadia powrotu do psychiki kilkulatka i rozbraja-jąco bezpośrednie dialogi nieraz wywołują uśmiech. Absurdalność sytuacji i emocjo-nalne reakcje postaci potrafią być zaskaku- jące. Jako wielbiciela sztuki, bardzo zach-wyciła mnie scena oglądania albumów z galerii. W moim odczuciu atutem filmu są intere-sujące ujęcia Pawła Edelmana, wzmac-niające nastrój klaustrofobii i napięcia przedstawianej sytuacji. W takich warun-kach nagły wybuch emocji staje się bar-dziej zrozumiały. Warto też zwrócić uwagę

RECENZJA FILMOWA

na scenografię odwzorowującą statecz-ny dom klasy średniej – kominek, foto-grafie na ścianach w kolorze écru świadczą o aspiracjach rodziców, a stają się oprawą dla gwałtownego uzewnętrznienia się pos-taci, prymitywnych i powierzchownych. Pomimo wielu zalet filmu, odnoszę wraże-nie, że reżyserowi nie udało się ustrzec od pewnych słabości. W niektórych momen-tach dążenie do eksplozji emocji było moim zdaniem tak silne, że aż niewiarygodnie, jakby postaciom zależało na samoupodle-niu. Cała sytuacja jest utrzymana w sche-macie spotkania choleryków skrępowanych dobrymi manierami, w którym otwarty, efektowny konflikt jest obowiązkowym finałem – brakowało mi przełamania tej konwencji, pewnego nagłego zaskoczenia w rozwoju wypadków. W trakcie filmu wszystkie postaci stwier-dziły, iż przeżywają najgorszy dzień swoje-go życia. Takie wyznanie może wzbudzić zdziwienie – kłótnia z obcymi ludźmi nie wydaje się aż tak dramatycznym prze-życiem. W moim odczuciu rzeczywistą przyczyną tego wyznania było przyznanie się do swojego prawdziwego światopo-glądu, skrywanego przed znajomymi i sobą samym – będącego wypadkową egoizmu, życia w poczuciu wyższości nad innymi, postrzegania otoczenia przez pryzmat nie-spełnienia uczuciowego. Muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolony z poznania bohaterów „Rzezi” – po wyjściu z sali kinowej obiecałem sobie, iż nigdy nie będę taki jak oni. Aleksander Musiał Nie ma słów, które opiszą ogromny żal, przeraźliwą pustkę i niekończące się przygnębienie po śmierci dziecka. Jednak już sama potrzeba uporządkowania myśli może prowadzić do znalezienia środka dającego odrobinę ukojenia.
OSWOIĆ ŚMIERĆ
RECENZJA KSIĄŻKOWA

Beata Kanik jest (nie)zwykłą matką. Taką, która dla rodziny poświęciła bardzo wiele. Postanowiła napisać pamiętnik, który zadedykowała swojemu zmarłemu na raka synowi. W książce zatytułowanej „Trzyma-jąc śmierć za rękę” opisuje swój ból, ogrmne cierpienie, poszukiwanie oparcia w Bogu oraz próbę pogodzenia się z prze- rażającą myślą, że Marcin, jej jedyny syn, który był dla niej całym światem, wkrótce umrze. Kobieta dokładnie przedstawia proces postępującej choroby dwudziestojednolet-niego syna, który nigdy nie narzekał na ża-den ból czy dolegliwości. Nie pytał, dlacze-go spotkało to właśnie jego. Podczas cho-roby bardzo zbliżył się do matki, zaprzy-jaźniając się z nią. Stała się jego powier-niczką, lekiem na smutek i strach. Kobieta często grała przed synem, przywdziewała maskę uśmiechu, by go nie martwić i nie

RECENZJA KSIĄŻKOWA

odebrać resztek nadziei na to, że wyz-drowieje. Również cierpiała, patrząc na coraz słabszego syna. Nie miała w nikim oparcia. Nikogo nie interesowało, co czuje i co przeżywa. Dla syna zrobiłaby wszy-stko, z chęcią wzięłaby jego chorobę na siebie. Nie mogła. Była w stanie tylko przy nim trwać i dodawać mu otuchy do ostatniej chwili jego życia. Marcin zmarł w wieku 21 lat. "Kobieta często grała przed synem, przywdziewała maskę uśmiechu, by go nie martwić i nie odebrać resztek nadziei na to, że wyzdrowieje." Beata Kanik zwraca się w książce do wszystkich, którzy pielęgnują swoich blis-kich i opiekują się nimi, gdy przechodzą ciężkie choroby. Zapewnia, że sobie pora-dzą, gdyż Bóg nie daje chorym i opieku-nom nic, co jest ponad ich siły i co mogło-by ich pokonać. Pamiętnik napisany jest bardzo prostym językiem. Czyta się go jednym tchem. Uderza szczerością myśli przelanych na pa-pier. Wzrusza, dodaje otuchy, skłania do przemyśleń i oczyszcza. Pokazuje, jak wiel-ka potrafi być miłość matki do dziecka, chorego dziecka. Nieważne, czy ma dzie-sięć, piętnaście, dwadzieścia lat. Pamiętnik może być skierowany do ludzi szukających sensu w cierpieniu, do tych, którzy nie po-trafią pogodzić się ze śmiercią bliskich, do wierzących, którzy utwierdzą się w prze-konaniu istnienia Boga. Nie przekona atei-stów, niczego im nie wytłumaczy. Nie spo-doba się osobom przygotowanym na świe-tną literaturę i piękne opisy. Jednak o re-lacji matki z dobiegającej końca pielg-rzymki jej syna na Ziemi nie da się zapomnieć. Mariola Lis "Pamiętnik może być skierowany do ludzi szukających sensu w cierpieniu, do tych, którzy nie potrafią pogodzić się ze śmiercią bliskich, do wierzących, którzy utwierdzą się w przekonaniu istnienia Boga." Dawno temu było łatwo – jak nie było słońca, to wina Zeusa, jak za duże fale na morzu, to zagapił się Posejdon, a jak zbiory nie wyszły, to Demeter zawaliła. Proste? Potem pojawił się jeden Bóg i, o zgrozo, wszystkie problemy zaczęły lądować tylko u Niego! Ale wciąż było na kogo utyskiwać. Zawsze można było powiedzieć, że za mało pomógł, że niewystarczająco się wstawił. Znacie ten kawał z porażająco prawdziwą puentą: „daj mi szansę, wyślij kupon!”?
JAK TRWOGA TO DO BOGA?
SPOŁECZEŃSTWO: FELIETON

Od kiedy nową religią stała się nauka, problem stale się powiększa. Bo jak coś mi nie idzie, to już tylko, cholera, moja wina. Żaden Posejdon już nie pomoże i jak Costia Condcrdia się przewróciła, to nikt nie winił nikogo na górze. Kiedy wczoraj zderzyły się pociągi – swoją drogą, chyba jeszcze bar-dziej kochamy PKP – to wszyscy zastana-wiają się, czy to błąd człowieka, czy ma-szyny. A Zeus ma luz. I inne bóstwa też. Choć tematem tego numeru jest moda, wygląd i to, jakie wrażenie robimy na innych – wystarczy przejść korytarzami szkół czy uniwersytetów, żeby zobaczyć, że jest to zdecydowanie ważniejsze niż po-ziom wiedzy – warto zwrócić uwagę na temat poboczny, którym zajęliśmy się nieco później i który pojawił się też w telewizji i gazetach codziennych. Mianowicie młodzi ludzie, którzy nie osiągnęli tak oszałamia-jącego sukcesu, jak to wmawiali im ro-dzice, nie szukają już ratunku w Bogu. To

SPOŁECZEŃSTWO: FELIETON

dobre dla ich babć, kiedy emerytura jest za niska. Młodzi szukają ratunku w nauce – pigułki, ewentualnie dobry alkohol i pre-paraty energetyczne. Jeśli to nie pomaga, szukają ratunku między ludźmi. Ale nie przyjaciółmi czy rodziną! Przecież w XXI wieku to niemodne, żeby wypłakiwać się w ramię przyjaciela. Nie, przyjacielowi trzeba opowiadać o sukcesach, pokazywać nowy sprzęt i dyskutować o planach budowy domu. Problemy? Kryzys? To relikt poprzedniej epoki. Już wiemy, jak powinno wyglądać życie młodego człowieka w XXI wieku – dobra szkoła, studia, potem praca w wielkiej międzynarodowej korporacji. Mieszkanie w dużym mieście, markowe ciuchy i wyjazd na wakacje – jeśli korporacja pozwoli. Oczywiście życie człowieka XXI wieku dalekie jest od rozczarowań. Sukces jest konieczny! Tak jak oddychanie. "Dawno temu było łatwo – jak nie było słońca, to wina Zeusa, jak za duże fale na morzu, to zagapił się Posejdon, a jak zbiory nie wyszły, to Demeter zawaliła." "Już wiemy, jak powinno wyglądać życie młodego człowieka w XXI wieku – dobra szkoła, studia, potem praca w wielkiej międzynarodowej korporacji. Mieszkanie w dużym mieście, markowe ciuchy i wyjazd na wakacje – jeśli korporacja pozwoli." Możesz pracować na trzy etaty, nie spać prawie wcale, ale i tak musisz być zadowolony i uśmiechnięty, bez względu na wszystko. I musisz się dobrze prezen-tować, być otwarty na nowe możliwości, nastawiony na cel, dobrze zorganizowany. A jeśli już to masz, albo właśnie nie udaje Ci się tego osiągnąć... przyjdź na kozetkę do psychoanalityka. On Cię wysłucha, może nawet z Tobą porozmawia o prob-lemach, żebyś mógł wrócić do grona zna-jomych i opowiadać o sukcesach. Monika Toppich CC by Noel Tanner SPOD KONFESJONAŁU NA KOZETKĘ
Naukowcy biją na alarm: pogoń za osobistym sukcesem może skończyć się depresją i wizytami u psychologa. Do gabinetów zgłaszają się nawet 22–latki!
SPOŁECZEŃSTWO

Jak donosi Akademickie Centrum Psychote-rapii Szkoły Wyższej Psychologii Społecz-nej, młodzi ludzie nie radzą sobie z obecnie bardzo modnym szybkim tempem życia i masowo zgłaszają się do specjalistów z dziedziny psychologii i psychiatrii. W po-równaniu obecnych analiz z wynikami z lat poprzednich jasno wynika, że obniża się wiek młodych pacjentów: aktualnie średnia to 26 lat, ponad połowa zgłaszających się do Centrum SWPS jest jednak znacznie młodsza – z pomocy terapeutów korzystają już 22–latki. Powodów zaistniałej sytuacji jest kilka. Dzisiaj młodym ludziom stawia się bardzo wysokie wymagania, a do podjęcia wyma-rzonej pracy niezbędne jest nie tylko odpowiednie wykształcenie, ale i staż na konkretnych stanowiskach. Stąd coraz więcej studentów rozpoczyna poszukiwa-nie płatnego zajęcia już w trakcie nauki, nawet jeśli ta odbywa się w trybie dzien- nym. Do tego dochodzi studiowanie na kilku kierunkach jednocześnie, kursy, szko-lenia, dodatkowe fakultety. Pochłaniają one sporo czasu, nie zawsze jednak okazują się pomocne – na obecnym rynku pracy nie stanowią żadnej gwarancji powodzenia zawodowego. Towarzysząca temu wszyst-kiemu presja otoczenia, wizja podzielenia losu często dzisiaj spotykanego „magistra na bezrobociu” i zjawisko tzw. wyścigu szczurów sprawiają, że młodzież coraz go-rzej radzi sobie z pogodzeniem obowiąz-ków, jakie sobie narzuca bądź jakie stawia jej otoczenie, a wszystkie swoje osiągnięcia traktuje przedmiotowo – jako kolejny szczebel na drodze do kariery. – W przypadku powodzenia i znalezienia się na upragnionym stanowisku również istnieje pewne niebezpieczeństwo – zgo-dnie twierdzą psycholodzy. – Młodzi ludzie zatrudnieni w wielkich korporacjach często podchodzą do swojej pracy jak do rodzaju

SPOŁECZEŃSTWO

walki o przetrwanie, panicznie bojąc się utraty swojej pozycji lub desperacko dążą do awansów. A to wyniszcza zarówno fizy-cznie, jak i psychicznie. Kolejnym poważnym problemem staje się także brak wolnego czasu i towarzystwa. Młode osoby są tak pochłonięte swoimi dążeniami do osiągnięcia sukcesu, że nie-jednokrotnie ich świat zamyka się w obrę-bie biura (czy własnego pokoju) i kom-putera. Nie ma mowy o spotkaniach ze znajomymi, przyjaciółmi (o ile takowi są) czy inną zaufaną osobą, z którą można byłoby porozmawiać o swoich obawach i wątpliwościach. Do lamusa odchodzą też wizyty w konfesjonałach, gdzie pokolenie naszych ojców i dziadków niejednokrotnie dawało ujście swoim emocjom pod opieką zaufanego duchownego. Skutek? Niezwykle modni w latach 90–tych studenci, którzy na uczelnie trafiają po to, by „studiować” beztrosko ciesząc się ży-ciem, dzisiaj traktowani są już bardziej jako narodowe darmozjady o gorszych warun-kach umysłowych. Zdominowali ich ambit-niejsi rówieśnicy, których marzenia o dele-gacjach, drogich hotelach i drinkach zamie-nione zostały na depresję, stany lękowe, zaburzenia w relacjach towarzyskich i regu-larne posiedzenia na… kozetce. Faustyna Cisło CC by Trader Chris Psychoanaliza od początków istnienia budziła mieszane emocje. I choć środo-wiska naukowe apelują o zachowanie rozsądku, to w XXI wieku metoda ta staje się coraz bardziej popularna. Rozgoryczenie psychologów i innych uczonych jest tym bardziej uzasadnione, gdyż psychoanaliza może być szkodliwa, a w najgor- szym wypadku jej skutki mogą nawet być śmiertelne!
NA KOZETCE U FREUDA
SPOŁECZEŃSTWO

Emma leżała na sofie wspominając czasy, w których mogła podnieść się z łóżka. Na początku zauważyła u siebie dziwne obja-wy – dolegliwości żołądkowe, a także pro-blemy menstruacyjne. Duży kłopot stano-wiło również chodzenie. Udała się do leka-rza, który uznał, że cierpi na nerwicę wy-wołaną masturbacją, a jedyną metodą le-czenia jest operacja nosa. Skierował ją do swojego przyjaciela, który „naprawił” jej uszkodzone miejsce. Niestety, po zabiegu kobieta zaczęła obficie krwawić z jamy no-sowej, a ów medyk stwierdził, że ta „wyk-rwawia” miłość do niego. W rzeczywistości chirurg, który ją operował, nieumyślnie zostawił podczas operacji półmetrową ga-zę. Kim byli ci dwaj – można by powiedzieć – hochsztaplerzy? Panie i Panowie, przed-stawiam Wam Zygmunta Freuda i jego przyjaciela, Wilhelma Fliessa! O Zygmuncie Freudzie z nutą ironii Przypadek Emmy Eckstein (przedstawiony

SPOŁECZEŃSTWO

wyżej) to nie jedyny taki w naukowym do-robku Freuda. W „Etiologii histerii” opisał 18 przypadków pacjentów z histerią, całko-wicie „wyleczonych” po przywróceniu wspomnień o molestowaniu w dzieciństwie. Później okazało się, że wszystko było mis-tyfikacją. Historia ta rozsławiła Berthę Pappenheim (inaczej Annę O.) – sufra-żystkę i działaczkę społeczną, która począ-tkowo miała problemy z mową, a jej stan szybko się pogarszał. Trafiła do doktora Josepha Breuera. Lekarz ten zauważył u niej dwa stany świadomości – jeden, „rzeczywisty”, w którym rozpoznawała oto-czenie, ale bywała humorzasta; drugi, w którym miewała halucynacje, bóle gło-wy, problemy z widzeniem i paraliż mięśni karku. Po pewnym czasie kobieta nie była w stanie mówić poprawnie gramatycznie, robiła długie pauzy w zdaniach, powtarzała słowa, aż w końcu zaniemówiła. Doktor Breuer wraz z Freudem próbowali rozwi-kłać zagadkę tego dziwnego przypadku. Po wprowadzeniu pacjentki w hipnozę udało im się namówić ją do opowiedzenia przy-krych rzeczy z dzieciństwa. Po tym zda-rzeniu Anna zaczęła mówić płynnie i popra-wnie. Ale do czasu… Wiosną 1881 roku zmarł ojciec pacjentki. Śmierć ta wprawiła ją w stan osłupienia; ponownie straciła zdolność mowy i rozu-mienia języka niemieckiego. Doktor Breuer namówił ją do zwierzenia się ze swoich problemów. Poskutkowało, ale już następ-nego dnia Anna stała się znów apatyczna, ospała. Zaczęła się okaleczać, co doprowa-dziło do zagrożenia życia. Chcąc, nie chcąc trafiła do sanatorium, w którym jej stan uległ jeszcze większemu pogorszeniu: przestała pić napoje, a żeby uzupełniać płyny, zjadała olbrzymie ilości owoców. Po opuszczeniu kliniki opowiedziała Breuerowi, że obrzydził ją pies pijący ze szklanki. Po tym wyznaniu wypiła podobno pół butelki wody. Lekarz uznał terapię za ukończoną ze stuprocentowym sukcesem. Jednak Anna O. nigdy nie wyzdrowiała całkowicie. Dzisiaj przyjmuje się, że Bertha mogła cierpieć na schizofrenię lub BPD (pogra-niczne zaburzenie osobowości). "Na splamionej reputacji Zygmuta Freuda i jego przyjaciół pojawiały się skaza za skazą." Na splamionej reputacji Zygmuta Freuda i jego przyjaciół pojawiały się skaza za skazą. Freud dopatrywał się we wszystkim podtekstów seksualnych – nawet u małych dzieci, które miały według niego fantazje panseksualne, czyli przyjemności ze ssania, jedzenia i wydalania, co przenosiło się odpowiednio na ich późniejsze życie sek-sualne. Prekursor psychoanalizy zajmował się również zbawiennym wpływem… koka-iny. Był zachwycony jej znieczulającymi

SPOŁECZEŃSTWO

właściwościami. Napisał nawet piosenkę, w której sławił walory tego środka! Psychoanaliza i psychoterapia – grunt to ich nie mylić! Spośród wszystkich – momentami nawet komicznych – niedociągnięć w karierze Zygmunta Freuda, uczony ten dokonał niezwykle ważnej rzeczy – uczulił nas na to, że choroby takie jak nerwica czy his-teria niekoniecznie mają podłoże fizyczne, a psychiczne. Sam trafił na listę dwunastu największych naukowców w książce Melvy-na Bragga pt.: „Na barkach gigantów”. Nie powinniśmy jednak traktować psychoana-lizy jako metody naukowej. Istnieje cienka granica pomiędzy nauką a sztuką, a psy-choanaliza plasuje się gdzieś pośrodku, ponieważ „wielkie” odkrycia Freuda pod-chodzą bardziej pod pseudonaukę. Mimo to, w dużej mierze to one zapoczątkowały współczesną psychiatrię. Freud propagował fakt, że przez rozmowę i przywoływanie wspomnień da się wyleczyć chorobę. Dziś wiemy, że po części miał rację – wiele dolegliwości ma podłoże psychiczne, a osób chorych na schizofrenię nie trzeba palić na stosie, by wypędzić z nich „de-mony”. Wystarczy porozmawiać. Ten niespotykany twór – psychoanaliza – istnieje do dzisiaj, ale nie w czystej, freu-dowskiej, formie. Jego elementy przenik-nęły do współczesnego języka. Ba – nawet do sposobu myślenia! Budząc się rano, wspominamy sen zastanawiając się, co mógł oznaczać. Często okazuje się, że ta

SPOŁECZEŃSTWO

nocna mrzonka odnajduje odniesienie w przyszłości (przynajmniej chcielibyśmy w to wierzyć). Próbujemy czasem dociec, dlaczego podświadomość podsuwa nam na przykład koszmar, a nie bajeczny sen ze szczęśliwym zakończeniem. "Freud propagował fakt, że przez rozmowę i przywoływanie wspomnień da się wyleczyć chorobę." Zygmunt Freud wpłynął też na kulturę masową. Pomijając tysiące książek demas-kujących tajemnice mrocznej psychoana-lizy, powstało wiele filmów do niej nawią-zujących. Również sama psychiatria jest wdzięcznie przedstawiana szerszemu gronu widzów. Przykładem jest chociażby polska produkcja „Bez tajemnic” emitowana przez HBO od zeszłego października. Serial ten pokazuje, że współczesna terapia psychia-tryczna nie polega na umieszczaniu cho-rego w przysłowiowym wariatkowie, a pod-daje się go zwykłej konwersacji. To także jedna z zasług Freuda. Dla głodnych wiedzy: „Trujące owoce trzeciej filozofii podejrzeń. O szkodliwym wpływie psychoanalizy na kulturę podejrzeń” autorstwa Jacka Breczko http://sceptycy.org/?page_id=159 Kamil Aftyka CC by psychpics CC by tiredoflondon BABCIA MODNA
...CZYLI 15 RZECZY, KTÓRYCH NIE WIEDZIELIŚCIE O SWOICH PRARODZICIELKACH.
SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

Depilacja czoła, odżywka z jajek i bu-raczana pomadka… dziwaczny żart? Nie, historia! Mówi się, że dzisiaj kobiety są w stanie zrobić wszystko dla poprawienia swojej aparycji. Ale nasze babcie i prababki wcale nie były lepsze, ba, same niejednokrotnie kosztem własnej urody ryzykowały zdrowie, a nawet życie. Czy wie-dzieliście, że… 1. Gorset wyszczuplający stosowano je-szcze pod koniec XIX wieku (kiedy to udoskonalony został dodatkowo o meta-lowe zabezpieczenia otworów, przez które przeciągano ozdobny sznurek), powodując masowe omdlenia naszych prababek. Ko-rygujące talię bezszwowe, elastyczne tka-niny, to wynalazek zaledwie kilkunastu os-tatnich lat. 2. Arszenik – dziś skuteczna trucizna na szczury, początkowo był uważany za zu-pełnie nietoksyczny. Niektóre kobiety sto-sowały go do uzyskania modnej wówczas, alabastrowej cery. Inne zakraplały nim

SPOŁECZEŃSTWO

oczy, co ponoć pozwalało im powiększyć swoje rozmiary i ponętnie błyszczeć. 3. Inną metodą służącą do uzyskania prze-zroczystości cery były powszechnie spopu-laryzowane pijawki. Przystawiano je do skóry i pozwalano wypijać krew „pacjentki” dotąd, aż jej twarz stawała się zadowa-lająco blada. 4. Owłosienie wszystkich partii ciała jesz-cze do początków lat 90–tych ubiegłego wieku stanowiło rzecz naturalną, a nawet higieniczną. Nie depilowano więc włosków pod pachami czy w okolicach intymnych. Te najbardziej widoczne zaś – na nogach, osłabiano za pomocą pumeksu, niejedno-krotnie ryzykując przy tym utratę tkanek skóry. 5. Jedną z najbardziej popularnych metod dbania o jamę ustną było szorowanie zębów solą lub węglem spożywczym. Do bardziej drastycznych metod należało pole-wanie ich kwasem, amoniakiem lub szlifo-wanie za pomocą pilnika. 6. Substancją, która na przełomie XIX i XX wieku wzbudzała sensację na miarę dzi-siejszego botoksu był środek o nazwie bo-raks. Stosowany w różnego rodzaju mie-szankach i maseczkach do twarzy, miał po-móc w usunięciu z niej przebarwień i pie-gów. Nic dziwnego, boraks okazał się wkrótce niczym innym, jak toksycznym środkiem czyszczącym. 7. Wybuch II wojny światowej spowodował znaczny deficyt w zakresie dostępu do

SPOŁECZEŃSTWO

damskich kosmetyków, kobiety starały się więc wykorzystać wszystko, co według nich pomogłoby im poprawić urodę. I tak węgiel czy sadza stały się doskonałym barwnikiem do brwi i rzęs, a sok buraka ćwikłowego – formą pomadki i różu do policzków. 8. W kobietach obdarzonych wysokim czołem często dopatrywano się korzeni arystokratycznych. Stąd też zdarzały się przypadki, kiedy inne dziewczęta, chcąc posiadać takowe, depilowały sobie skronie. 9. Pojęcie ekologii czy ochrony zwierząt nie było znane naszym babciom. Naturalne futro, zwłaszcza z lisa, było oznaką sza-cunku męża i majętności. Dlatego noszono je chętnie pod różnymi postaciami, nie-jednokrotnie zachowując przy tym w jego części „zasuszony” fragment pyszczka. 10. Farby do włosów w aktualnej postaci to właściwie zupełne novum wśród kosme-tyków. Jeszcze kilkanaście lat temu rozjaś-nianiu pasm służyła woda utleniona, do uzyskania ciemniejszych tonów stoso-wano natomiast hennę, różnego rodzaju płukanki ziołowe lub kalkę do maszyno-pisu. "Jedną z najbardziej popularnych metod dbania o jamę ustną było szorowanie zębów solą lub węglem spożywczym."

SPOŁECZEŃSTWO "Pierwsze tusze do rzęs produkowane w Polsce w okresie PRL–u miały formę sprasowanego proszku, który trzeba było rozpuszczać wodą."

11. Wielu naturalnych specyfików używano też do samej pielęgnacji fryzury – prym wiodła maseczka wzmacniająca z kurzego jajka, oliwy i cytryny. Drugim kosmetykiem nawilżającym była rycyna, znany środek przeczyszczający. 12. „Deszcz majowy – czapki z głowy” – znacie to powiedzenie? Zapewne chodziło w nim o wychwytywanie pierwszych, przy-jemnych i cieplejszych kropli dżdżu. Ale nie tylko. Jeszcze nasze mamy były w dzie-ciństwie uczone, że naturalna woda zeb-rana w czasie deszczu ma najlepszy wpływ na nasze włosy i skórę. 13. Peruki to nie tylko wymysł poprzednich epok czy sposób na ukrywanie poważnej choroby. W latach 60–tych noszenie ponęt- nych loków wykonanych z prawdziwych bądź sztucznych włosów było istnym sza-łem mody. 14. Jeszcze do niedawna szyciem i dopaso-waniem biustonosza indywidualnie dla każ-dej kobiety zajmowały się tzw. gorseciarki – krawcowe, które specjalizowały się w tworzeniu bielizny na miarę (dzisiaj za- wód ten wraca do łask pod nazwą brafit-terki). Szyto z cienkich, przewiewnych materiałów, o modelu „push–up” nie było więc mowy. Jednak to, czego nie umiał po-prawić stanik, doskonale uzupełniała wata. 15. Pierwsze tusze do rzęs produkowane w Polsce w okresie PRL–u miały formę sprasowanego proszku, który trzeba było uprzednio rozpuszczać wodą. Stworzenie

SPOŁECZEŃSTWO

takiego perfekcyjnego makijażu było tym samym dużo, dużo bardziej pracochłonne niż obecnie. "W latach 60–tych noszenie ponętnych loków wykonanych z prawdziwych włosów było istnym szałem mody." Po co to wszystko? Dla siebie samej i wła-snej satysfakcji, dla wzbudzenia zazdrości u koleżanek, wreszcie dla swoich mężów i kochanków – jak zawsze. A panowie? Odgradzali się od większości nowinek, w niemalże niezmienionej formie przecho-dząc z pokolenia na pokolenie. Wszelkie dziwaczne ewolucje dotyczące wyglądu czy garderoby woleli pozostawić kobietom, zbywając je milczeniem bądź pobłażliwą anegdotką, bo przecież „baby to zawsze takie głupie”… Zebrała: Faustyna Cisło CC by lou CC by rubygoes CC by scubadive67 CC by rishibiswas BLOGOWA MODA
Żółta sukienka czy różowe szpilki? Nie znam wiosennej mody, ale dzięki łatwemu dostępowi do sieci, zawsze znajdę tam coś, co jest na czasie.
SPOŁECZEŃSTWO

Moda tworzona jest na wielkich salonach. Jest po to, by nas zachwycać. Jednak na co dzień także trzeba się jakoś ubierać. Przy dużej dostępności sklepów i różnorod-ności strojów, staliśmy się modowo leniwi. Odkąd Internet stał się dobrem powsze-chnym, moda na dobre tam zagościła. Strony internetowe czołowych projektan- tów są czymś niezwykłym. Pierwszy raz, bez względu na miejsce, w którym miesz-kamy, możemy być na bieżąco i blisko wielkiej mody. A kiedy zaczęli ją kreować zwykli ludzie, w sieci wielką popularność zdobyły tematyczne blogi. W końcu przy-szedł moment, kiedy te dwie siły połączyły się. Duet bardzo silny, acz zwodniczy. Ogólnodostępność Internetu i popularność blogów pozwoliła ludziom z wyczuciem smaku publikować swoje wizje modnego stylu. Pozwoliła również, by pomysłami dzieliły się osoby, które niekoniecznie zna-ją się na modzie. Przez to zawsze musimy

SPOŁECZEŃSTWO

uważać, by słuchać właściwych rad, by nie uzyskać efektów odwrotnych od zamierzo-nych. Jeżeli czujemy sie zagubieni w interneto-wym świecie mody, możemy sugerować się znanymi nazwiskami. Nie zawsze jednak wiemy, jak stroje z wybiegów przerobić na codzienne stylizacje. Tu z pomocą wycho-dzi jeden z moich ulubionych stylistów – Tomasz Jacyków. Poza stylizacjami dla gwiazd, z których się utrzymuje, profesjo-nalnie ocenia również styl ubioru czytel-niczek. Nie muszą to być wymyślne stroje. Jacyków postawił na kreowanie mody tam, gdzie jest ona najpopularniejsza – wśród nas. Na podstawie przesłanych zdjęć i opi-sób stylizacji, ocenia sposób dobierania garderoby do sylwetki ciała oraz radzi, jakimi krojami ubrań podkreślić figurę. Miałam obawy, czy z takim tempera-mentem, jaki posiada Jacyków, będzie on w stanie nie zrobić krzywdy komentarzami. Ku mojemu zaskoczeniu, jego odpowiedzi oprócz tego, że często pochlebne i zachę-cające do rozwinięcia pomysłów, są też rzeczowe. "Jeżeli czujemy się zagubieni w internetowym świecie mody, możemy sugerować się znanymi nazwiskami." "Moda zmienia się pod wpływem różnych czynników, np. nowych nurtów, starych przyzwyczajeń i łatwego dostępu do sieci. Można jedynie mieć nadzieje, że zawsze będzie nas stać na sklepowe szaleństwa." W przypadku nieudanej stylizacji młodej damy, opinia jest tak ubierana w słowa, żeby nie zniechęcać krytyką, ale pokazać błędy i od razu przedstawić pomysł, jak je ulepszyć czy naprawić. Często z chęcią wracam do tej strony, ponieważ taka mała szkoła mody przyda się każdemu. Cieszy mnie, że nie musi to być szkoła przetrwania, a przyjemna nauka, podczas której poczujemy się docenieni, a nasze zdolności i możliwości będą rosły. Lawirując między stronami, nie sposób pominąć blog Katarzyny Tusk, który prowadzi wraz z koleżanką Zosią. Poza tym, że obie panie mają po 25 lat isą absolwentkami psychologii, jest jeszcze fakt, że Kasia to córka premiera, Donalda Tuska. Podchodziłam sceptycznie do tej strony, ale z racji tego, że moda mnie

SPOŁECZEŃSTWO "Ogólnodostępność Internetu i popularność blogów pozwoliła ludziom z wyczuciem smaku publikować swoje wizje modnego stylu."

interesuje, postanowiłam przełamać niechęć i zobaczyć, co panie piszą. Muszę przyznać, że strona jest na dobrym poziomie, a samo założenie jest ciekawe. Celem blogerek jest pokazanie, jak ubierać się z klasą, by każdego było na to stać. Publikowane kreacje są kupione, stworzone i sfotografowane przez autorki strony. W opisie są podawane ceny, które dodają wiarygodności. Obawiałam się jeszcze pseudomodnej paplaniny, która u ce-lebrytek jest nagminna. I tutaj znów się zaskoczyłam, bo opisy stylizacji są proste i konkretne. Nie ma zbyt wiele pisania o geniuszu płynącym z tego duetu. Strona, choć dobrze zrobiona, o czym świadczyć może ilość zdobytych nagród, nie jest wybitna. Cóż, bloga Kasi i Zosi nie mogę polecić z czystym sumieniem, bo nie zgadzam się ze wszystkim, co piszą, ale na pewno warto go przejrzeć. Własny osąd w sprawach dotyczących mody jest zawsze kluczowy i ostateczny. Blogów jest dużo i ciągle ich przybywa. Moda zmienia się pod wpływem różnych czynników, np. nowych nurtów, starych przyzwyczajeń i łatwego dostępu do sieci. Można jedynie mieć nadzieje, że zawsze będzie nas stać na sklepowe szaleństwa i – jak powiedziała Marilyn Monroe, ikona mody: „Pieniądze nie dają szczęścia, szczę-ście dają dopiero zakupy”. Przyziemne, ale prawdziwe. Obyśmy mieli dobry gust i peł-ny portfel, bo jedno bez drugiego ogra-nicza i podcina skrzydła. Aleksandra Wojtaszak fot. Dorota Stach „Ciucholand – popularna nazwa sklepu z używaną odzieżą, najczęściej spro-wadzaną z zagranicy, powstała z połączenia potocznie używanego określenia ubrania (ciuch) i angielskiego słowa land (oznaczającego kraj, teren), czasem wchodząca w skład szyldu sklepowego.” – to tyle, jeśli chodzi o Wikipedię.
LUMPEKSY SĄ COOL!
SPOŁECZEŃSTWO

Pamiętam, kiedy moja mama zabrała mnie pierwszy raz do lumpeksu. Pochodziłam między koszami z ubraniami i zaczęłam marudzić, że chcę wyjść. Tak narodził się mój wstręt do używanej odzieży. Od tego dnia mija już 7 lat, a ja wciąż nie mogę przekonać się do ubrań z drugiej ręki. Według niektórych w lumpeksach można kupić ubrania dobrych marek w niskiej cenie. Do takich osób należy Faustyna, jedna z moich redakcyjnych koleżanek. „Lubię kupowanie w ciucholandach, bo można tam znaleźć perełki – nówki, prawie nie śmigane, za 5 czy 7 zł. Jedyne, czego nie kupię to bielizna, pościel i piżamy. Czemu? Bo mam wrażenie, że tam gnieździ się najwięcej chorób i bakterii. Większość kupowanych przeze mnie ubrań to te uni-wersalne, które często się przydają. A ja nie będę za nie płacić 40 zł. Według mnie świetną sprawą są też tzw. outlety – sklepy

SPOŁECZEŃSTWO

z końcówkami kolekcji markowej odzieży lub egzemplarzami odrzuconymi z kolekcji, np. z powodu niewielkiej skazy. Można tam kupić zupełne nówki po wiele niższej cenie”. Agnieszka twierdzi, że bardzo chętnie kupowałaby w ciucholandach, ale nie ma na to czasu. A są też tacy jak Agata: „Do lumpeksów nigdy nie byłam przekonana. Z jednej strony brzydzi mnie trochę kupowanie rzeczy, które nosiły nieznane mi osoby. Z drugiej – teorety-cznie to nic takiego, ale jednak. Od czasu do czasu chodzę po takich sklepach, ale ceny często mnie przerażają. Jest sklep, który chwali sobie wiele osób. Ma dostawę co tydzień w poniedziałek, ale w ponie-działki cena za 1kg ciuchów to prawie 60zł. No proszę... W takie dni wolę wydać nieco więcej i kupić nowe, a nie używane rzeczy w normalnych sklepach. W piątki w lum- peksach jest najtaniej, ale wtedy nie ma już nic konkretnego, co mogłabym dla siebie kupić. Wciąż do takich sklepów zaglądam od czasu do czasu, aby przeko-nać się do nich – mimo wszystko nie umiem i nawet jak mam coś upatrzone, to z powrotem odkładam na wieszak.” "(...) wolę wydać nieco więcej i kupić nowe, a nie używane rzeczy w normalnych sklepach." Według innych w lumpeksach są tylko szmaty. „Nie lubię tam chodzić, bo mam wrażliwe nozdrza i te ciuchy po prostu śmierdzą”, mówi Agnieszka. Z kolei Monika

SPOŁECZEŃSTWO

ma odmienne zdanie: „Osobiście lubię lum-peksy, choć uważam, że czasami jest w nich dość mało rzeczy na mój gust. Moim zdaniem jest tam dużo ciuchów, które nie zawsze się sprzedają, ponieważ nie są na topie, przez co sklepy tracą na swojej dobrej opinii. W lumpeksach są często rzeczy niezwykłe i niespotykane”. Mam wrażenie, być może mylne, że kupo-wanie w takich sklepach jest tabu. Nikt nie chwali się, że tam kupuje, bo to wstyd, że nie ma wystarczająco dużo pieniędzy. Ale kto powiedział, że lumpeksy są dla bied-nych? Naprawdę jest tam mnóstwo marko-wych rzeczy, o wiele taniej niż w zwykłych sklepach! Kiedyś to był obciach. A teraz wielu sławnych projektantów i gwiazd z Hollywoodu kupuje rzeczy w takich miejscach. Ktoś ostatnio powiedział, że jego znajoma kupuje w lumpeksach ubra-nia „metkowe”, odnawia je: pierze, zeszy-wa, a potem sprzedaje na Allegro za duże pieniądze. Czy lumpeksy są dobre, czy złe, na to pytanie sami sobie odpowiedzcie. Ja wciąż nie mogę się przekonać do ubrań, które już były przez kogoś noszone. Jednak na pewno to dobry sposób na oszczędzenie kilkudziesięciu złotych. Bo przecież każda złotówka się liczy… Aleksandra Mudel CC by frijole CC by Michael Benatar Adam Ginter – w tym roku skończył studia (chociaż chciałby na nie wrócić). Aktualnie pracuje w biurze projektowym, a na co dzień uwielbia chilloutowe lenistwo z filiżanką kawy w jednej dłoni i śmietankowym ptasim mleczkiem w drugiej. Jeden z najlepiej ubranych magistrów budownictwa, co możecie sprawdzić na: www.mensside.blogspot.com.
„W SUMIE WYCHODZI NA TO, ŻE NIE PRZYKŁADAM WAGI DO UBIORU.”
SPOŁECZEŃSTWO

Jak byś ocenił modę polskich męż-czyzn? Trzeba powiedzieć, że z roku na rok jest coraz lepiej, modowa świadomość rośnie. Mężczyźni stają się bardziej otwarci na mo-dę i wszystko, co jest z nią związane. Duża też w tym zasługa kobiet, które niejako „dopuściły” mężczyzn do świata mody, zwróciły uwagę na to, jak ich partnerzy są ubrani. Często jest tak, że to właśnie za sprawą kobiety, mężczyzna zmienia swoje podejście do ubioru i mody. Tak było w moim przypadku. Należy zwrócić uwagę na to, że w dużych miastach tolerancja jest znacznie większa. Ludzie są bardziej anoni-mowi, stąd też na miejskich chodnikach łatwiej jest spotkać ciekawie ubranych mężczyzn. Uważasz, że możesz być inspiracją dla innych mężczyzn? Brzmi to strasznie poważnie i sam nie okre- śliłbym się w ten sposób. Zakładając bloga nawet nie myślałem o czymś takim. Bardzo mi miło, jeśli ktoś o mnie w ten sposób powie. Zakładam to, w czym czuję się dob-rze, a jeśli przy okazji komuś to się spodo-ba i zainspiruję go na tyle, że wykorzysta to dla siebie, to fantastycznie. Pozostaje tylko cieszyć się. Skąd pomysł na prowadzenie bloga? Do jego prowadzenia namówiła mnie moja narzeczona Zuza, która już od jakiegoś czasu funkcjonowała w sieci (sannas-land–of–illusion.blogspot.com). Robiłem jej zdjęcia, więc siłą rzeczy byłem zaangażo-wany w jej bloga. Widziałem, ile radości jej to sprawia, no i przede wszystkim, jak się dzięki temu rozwija. Bez Zuzy na pewno nie byłoby The Men’s Side. Wcześniej wstawiałem już swoje sety na Lookbooku i blog był kolejny krokiem w poszukiwaniu własnego stylu.

SPOŁECZEŃSTWO "Często (...) właśnie za sprawą kobiety mężczyzna zmienia swoje podejście do ubioru i mody."

A Twoje zainteresowanie modą? Bo przecież generalnie jest tak, że męż-czyźni nie przywiązują do tego aż tak dużego znaczenia. Zainteresowanie modą pojawiło się u mnie stosunkowo niedawno, około czterech lat temu. Wszystko za sprawą Zuzy. Czytała czasopisma modowe, w których czasami trafiały się „męskie artykuły”, podsyłała mi zdjęcia ciekawie ubranych mężczyzn. Dzię-ki temu dostrzegłem, że można fajnie wy-glądać i pozostać przy tym męskim. Sam zacząłem szukać – najpierw inspiracji, póź-niej własnego stylu. A to, że mężczyźni nie przywiązują zbyt dużej wagi do ubioru i wystarczą jeansy i T–shirt, to stereotyp, czy na-prawdę tak jest? Kto powiedział, że w jeansach i T–shircie źle się wygląda? (śmiech) A poważnie, wiem, o co Ci chodzi i niestety, należy przyznać rację tym, którzy tak twierdzą. Trudno powiedzieć, skąd to wynika, jednak w większości mężczyźni nie są zaintereso-wani tym, żeby wyglądać stylowo. W męs-kiej świadomości jest chyba zakodowane, że jesteśmy stworzeni do robienia rzeczy „ważniejszych” aniżeli dbanie o ubiór. To domena kobiet. Zgryźliwi nierzadko nazy-wają zadbanego mężczyznę „zniewieścia-łym”, a przecież kto chciałby mieć taką opinię w swoim środowisku? Boimy się tego i wolimy pozostawać nijacy. Zwracasz uwagę na to, jak ubrani są mężczyźni na ulicy? Wyróżniają się, czy większość jest zwykłymi "szara-





SPOŁECZEŃSTWO

kami"? A może niektórzy zamiast być ubrani są przebrani? Raczej nie zwracam uwagi na to, jak są ubrani inni mężczyźni wokół mnie. Częściej dostrzegam ciekawie ubrane kobiety. Męż-czyzn wyszukuje Zuza, wzajemnie się uzu-pełniamy. Szczerze powiedziawszy, nie wi-działem jeszcze faceta tak ubranego, abym mógł go określić jako przebranego. Poza tym staram się być tolerancyjny i jeśli miałbym kogoś ocenić jako „przebranego”, musiałbym bardzo się postarać. Każdy ma własny styl i nie do mnie należy jego ocena. "Własny styl dodaje mi pewności siebie i w jakimś stopniu wyraża moją osobowość." A co daje Ci własny styl? Sam powie-działeś, że zanim Twoja dziewczyna zaraziła Cie modą, nie przywiązywa-łeś to tego wagi. Lepiej czujesz się teraz, wyrażasz w ten sposób jakieś swoje wewnętrzne „ja”? Własny styl dodaje mi pewności siebie i w jakimś stopniu wyraża moją osobo-wość. Uważam, że to, jak się ubieramy, odzwierciedla nasze wnętrze i to, kim jes-teśmy. Jak otoczenie reaguje na Twój ubiór? A jak ma reagować? (śmiech) Nie jest ani wyzywający, ani ekstrawagancki. Czasami mam na sobie trochę więcej koloru i tyle. Nie mam problemów z „otoczeniem”. Nie tyle chodzi mi o nietolerancję, ale czy na przykład spotykasz się z ko-mentarzami albo uwagami, że fajnie wyglądasz? Oczywiście, że uwagi się pojawiają. Nie-którzy z uśmiechem mówią, że fajnie wy-glądam, inni złośliwie wytykają, że przesa-dzam. Złośliwe uwagi wpuszczam jednym uchem i drugim natychmiast wypuszczam. Nie zastanawiam się nad nimi, gdyż nie mają dla mnie wartości. Co innego kon-struktywna krytyka. Tę trzeba zawsze roz-patrzyć. Ile czasu potrzebujesz na to, żeby skompletować jakiś outfit? Czy może przychodzi Ci to "od tak"? Różnie z tym bywa. Są dni, kiedy nie mam z tym problemu, są jednak też takie, kiedy nic mnie nie przekonuje. Na szczęście tych drugich jest już coraz mniej. Na początku nie byłem pewien, czy dana rzecz pasuje do innej. Teraz, kiedy, mój styl ukształ-tował się, nie mam większych problemów z tym, co na siebie założyć. Skąd czerpiesz inspiracje? Inne blogi, czy może coś jeszcze? Inspirację czepię ze wszystkiego, co mnie otacza. Nieraz jest tak, że z pozoru nieis-totna rzecz staje się motywem przewodnim naszego ubioru. Sprawia, że w ten czy inny sposób adaptujemy ją na własne potrzeby.

SPOŁECZEŃSTWO

Poza tym dużo inspiracji można znaleźć w sieci na przeróżnych „modowych” stro-nach. Najbardziej inspirujące są te strony z modą uliczną. Czasami znajduję tam takie połączenia kolorów czy faktur, na które sam nigdy bym nie wpadł. Ciekawe pomysły zawsze staram się zapisać na dys-ku, a następnie przekształcać według własnych zasad. A podglądasz i czerpiesz też inspira-cje z twórczości projektantów albo stylistów, czyli ludzi, którzy po prostu wiedzą, jak dobrze wyglądać? Jasne, że tak. Moim zdaniem liderem pol-skiej sceny Fashion jest Robert Kupisz. Natomiast jeśli chodzi o kogoś z zagranicy, wskazałbym na Nickelsona Woostera, An-gelo Flaccavento i może Davida Beckhama. Dwaj pierwsi wyróżniają się nietuzinkowym ubiorem i bezkompromisowością w dobo-rze rzeczy, Beckham natomiast jako jeden z pierwszych mężczyzn, bez metki Fashion Man, pokazał, że mężczyzna może dobrze wyglądać i w dodatku dobrze się w tym czuć. "Uważam, że to, jak się ubieramy, odzwierciedla nasze wnętrze i to, kim jesteśmy." Gdzie najbardziej lubisz robić zakupy i dlaczego? Nie mam ulubionego miejsca, w którym zawsze robiłbym zakupy. Kupuję to, co mi się podoba i bez względu na to, jaka metka jest przyszyta do ubrania. Oczywiście dużo

SPOŁECZEŃSTWO

kupuję w sieciówkach, z których najbar-dziej odpowiada mi Zara, gdyż zawsze można znaleźć tam najnowsze trendy. Sporo zakupów robię też w sieci, gdzie moim faworytem jest Asos.com, oferujący bardzo ciekawe kolekcje w przystępnych cenach. Stawiam też na secondo handy, w których można znaleźć naprawdę świe-tne rzeczy za grosze. Przerabiasz też sam ubrania, czy to nie dla Ciebie? Nie zawsze w sklepach można znaleźć to, czego aktualnie się szuka. Bywa też, że wypatrzona rzecz jest zbyt droga, w takim wypadku najlepszym rozwiązaniem jest zrobienie czegoś podobnego samodzielnie. Przerabianie sprawia dużo radości, zwła-szcza w momencie, kiedy osiąga się zamie-rzony efekt, dlatego też w chwilach wol-nego czasu uwielbiam realizować własne pomysły. Męski modowy must have? Niezależnie od trendów: klasyczne grana-towe jeansy, oryginalna mucha, tenisówki, Tshirt z ciekawym nadrukiem i skóra. Hmm… W sumie wychodzi na to, że nie przykładam wagi do ubioru. Po prostu jeansy i T–shirt. (śmiech) Rozmawiała: Patrycja Rawska CC by mensside

TYDZIEŃ W OBIEKTYWIE TYDZIEŃ W OBIEKTYWIE 1 MARCA - NARODOWY DZIEŃ PAMIĘCI ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH CC by Paweł Supernak CC by rkatafrakta CC by Martyna Józefiak