Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury strona 6 Hamlet w reżyserii Radosława Rychcika - pro czy kontra strona 7 kobieta w czerni vs. Daniel Radcliffe strona 11 magiczne światy strona 13 must be the music w wersji hard rock strona 16 chcę być gwiazdą strona 19 mam talent czy mam wzruszającą historię? strona 22 sztuka iluzji strona 28 castingi? czemu nie! strona 31 kompleks franza strona 35 tydzień w obiektywie strona 38 DEBILIZM WYCHODZI Z MODY?

Outro Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl rekrutacja(@)outro.pl Redaktorzy naczelni: Monika Toppich Kamil Wiśniowski Zastępca: Paulina Zguda Sekretarz redakcji: Marek Suska Zastępca: Magdalena Wąwoźna, Marta Jeziorek Redaktor prowadzący: Kamil Aftyka Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Patrycja Rawska (społeczeństwo), Maciej Kulina (sport), Agata Andrzejak (korekta), Dorota Stach (foto), Patryk Skoczylas (graficy). Korekta: Agata Andrzejak, Maria Gołaszewska, Martyna Kłopeć, Nina Bezpałko, Agata Hajduk, Patryk Łowicki. Graficy: Angelika Marchewka, Jarosław Stępień, Dorota Stach, Adam Białek, Paweł Szpondowski Fotoedycja wydania: Adam Białek Korekta wydania: Martyna Kłopeć Projekt okładki: Patryk Skoczylas Zdjęcie: US Mission Geneva/CC BY 2.0

Każdy z nas jest wyjątkowy! A kiedy każdy jest wyjątkowy, nikt tak na-prawdę nie jest wyjątkowy. Bo nor-malnością wtedy jest bycie wyjąt-kowym i będąc wyjątkowym jesteś jednym z wielu wyjątkowych w sza-rym tłumie. Powyższe stwierdzenie jest fragmentem rozmowy usłyszanej kiedyś na przystanku tramwajowym. Pomijając fakt, że jest to koszmarek gramatyczny, trudno nie przyz-nać temu racji. Nie możemy wszyscy się wyróżniać, nie możemy wszyscy być naj-lepsi. Bo kto wtedy byłby gorszy? Natłok programów typu talent show za-chęca do takiego „wyjątkowego” trybu życia. KAŻDY z nas w ciągu kilku chwil, może stać się gwiazdą, wygrać pieniądze, nagrać płytę, zdobyć przepustkę do lepszego życia...! To takie proste! Na wyciągnięcie ręki! Przyjdź! Czekamy właśnie na CIEBIE! Ale jeśli czekają właśnie na mnie... I na moją koleżankę, i na mojego kolegę też. I kuzyna, i sąsiadkę, i wujka Zdzisia... To na kogo tak właściwie czekają? Na tych, którzy zrobią z siebie kretynów ku uciesze gawiedzi, na tych, którzy się popła-czą i powiedzą, jak im źle, żeby inni mogli czuć się lepiej? Co ciekawe, podczas pracy nad tym wydaniem zarysowała się bardzo ciekawa teza. Otóz wiele osób deklaruje, że „nie ogląda tego typu programów”. Czyżby debilizm powoli wychodził z mody? MiK



WOKÓŁ Czy „wojna to męska rzecz”?

WOKÓŁ KULTURY

Recital skrzypcowy w Pałacu Staniszów W ramach Festiwalu Muzy-kaliów Staniszowskich, 25 marca odbędzie się Recital skrzypcowy w wykonaniu Marii Ołdak – laureatki wielu ogólnopolskich i mię-dzynarodowych konkur-sów. Artystka zagra utwory z repertuaru Wolfganga Mozarta, Johannesa Brah- KULTURY msa, Alfreda Schnittke i Claude’a Debussy’ego. Na fortepianie akompaniować jej będzie Dominik Zabłoc-ki. Rockowe powitanie wiosny We wrocławskim klubie Bezsenność dnia 21 marca wystąpi istniejący od 2008 roku zespół PRL JAM. Za-gra on utwory znanych zespołów: Pearl Jam i Kings of Leon. Mocnym rockowym brzmieniem grupa ta pożegna astrono-miczną zimę. „Bogini filmowego firmamentu” Z okazji obchodów 50. ro-cznicy śmierci Marilyn Mo-nroe – legendy kina, które w sierpniu będzie obcho-dził filmowy świat, 20 mar-ca warszawskie Kino Iluz-jon wyświetli 10 najważ-niejszych produkcji z nieży-jącą już aktorką w rolach głównych. Na ekranie po-jawią się m.in.: „Słomiany wdowiec”, „Pół żartem, pół serio”, „Niagara”. Alicja Wojtas CC by seetheholyland Próbą znalezienia odpowiedzi na to pytanie jest wys-tawa zorganizowana w Krakowie. Poznajemy 12 kobie-cych sylwetek, poprzez które zostały ukazane losy oku-powanego miasta. Wybuch wojny zmienił ich życie – pogarszające się warunki bytowe, ciągły strach przed śmiercią. Kobiety musiały zorganizować sobie życie na nowo – ściąć włosy, znaleźć pracę, zatroszczyć się o utrzymanie rodziny. Każda historia jest inna, wyjąt-kowa i niepowtarzalna. Fotografie można oglądać w Fabryce Schindlera. Wystawa potrwa do 22 kwietnia. Ostatni tydzień obfitował na Śląsku w wiele wrażeń. 10 marca miała miejsce inauguracja XIV Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuki Reżyserskiej „Interpretacje”, którego celem jest promocja młodych polskich twórców. Główną nagrodą wręczoną najlepszemu zgłoszonemu reżyserowi jest „Laur Konrada”, statuetka wykonana przez wybitnego rzeźbiarza, Zygmunta Brachmańskiego, będąca jedną z najbardziej prestiżowych nagród w tej dziedzinie. W ramach imprez towarzyszących widzowie mieli możliwość obejrzenia „Hamleta” w reżyserii ubiegłorocznego laureata „Interpretacji”, Radosława Rychcika, w wykonaniu kieleckiego Teatru im. S. Żeromskiego.
HAMLET W REŻYSERII RADOSŁAWA RYCHCIKA - PRO CZY KONTRA?
RECENZJA SPEKTAKLU

Pro „Hamlet” to sztuka, z którą chce zmierzyć się każdy reżyser, w której główną rolę chce zagrać każdy aktor. Szekspir wydaje się nadal mieć nad nimi kontrolę, mamiąc tajemnicą, którą można rozwikłać. I w ten sposób zdają się traktować „Hamleta” kolejni reżyserzy. Radosław Rychcik stwo-rzył interpretację na wskroś współcze-sną, wydobywając z niej to, co wyróżnia się we wszystkich sztukach Szekspira – uniwersalizm. Reżyser posługując się hi-perbolą współczesnego świata doskonale oddał problemy „Hamleta”, jednocześnie sprawił, że nie wydają się one aż tak odległe w czasie. Na największą uwagę zasługuje wcielający się w tytułową rolę Tomasz Nosinski, który w spektakularny sposób odegrał szaleń- stwo Hamleta zamkniętego w czasie, w osobie kilkunastoletniego chłopca. Jego kreacja była celowo niespójna, aktor za-trzymał swoją postać na granicy szaleń-stwa, co było widoczne w momentach, gdy odzyskiwał równowagę umysłu, która tak wyraźnie kontrastowała z obłędem. Cieka-wym pomysłem Rychcika było założenie, że nie tylko Hamlet jest owładnięty szaleń-stwem, czego skutkiem były nienaturalne, sztucznie emocjonalne postaci wrzaskiem wyrażające swoje poglądy, przez co wyglą-dające na niemniej szalone niż główny bohater. Kontrastem dla owych dzikich, niespokojnych i mocno uwspółcześnionych bohaterów jest król, którego Mirosław Bie-liński zagrał w sposób doskonale trady-cyjny, mimo nowoczesnego stroju, oraz Horacy w interpretacji Andrzeja Plata, który wcielił się nie tyle w przyjaciela Hamleta,





RECENZJA SPEKTAKLU "Kontrowersje może wzbudzać emanujący z przedstawienia erotyzm, uzasadniony w jednej ze scen (...)"

ile w jego ochroniarza, doradcę i przede wszystkim obserwatora. Kontrowersje może wzbudzać emanujący z przedstawienia erotyzm, uzasadniony w jednej ze scen, gdzie nagi Hamlet po-równuje się do Narcyza. Jest to też w pe-wien sposób kolejna próba reżysera, by zerwać z dawnym tabu, a co za tym idzie, przybliżyć się do współczesnych ludzi oraz ich problemów. Spektakl z całą pewnością porusza swoją aktualnością i energią, nakłaniając widzów do próby odkrycia tajemnicy, kto tak na-prawdę jest szalony, a kto tylko chowa się za maską. Wszystko to zostało podkreślone muzyką Michała Lisa, która potęgowała wrażenie emocjonalnego bałaganu, mo- mentami niemal wwiercając się w mózg i sprawiając ból, co dodawało wszystkiemu realizmu. Justyna Książek Kontra Wybór repertuaru może mało oryginalny, ale jak wiadomo, każdy szanujący się teatr powinien mieć w swoim dorobku insceni- zacje tragedii Szekspira. W tym jednak wy-padku Hamlet jest Hamletem jedynie z nazwy. Bo co prawda pozornie wszystko się zgadza, jest śmierć – zabójstwo ojca i rychły ślub matki, jest romans z Ofelią i podstępy jej ojca, Poloniusza, ale wszyst-ko to jest mało szekspirowskie. Gertruda przez większą cześć spektaklu niewiele mó-wi, nic nie robi, jest bezwolna, zimna i zu-pełnie niezainteresowana wydarzeniami.

RECENZJA SPEKTAKLU

Horatio z przyjaciela stał się niejako obser-watorem i komentatorem zdarzeń. Sam Hamlet z kolei pozbawiony został swego wielkiego egzystencjonalnego monologu, którego patetyczny ton zupełnie nie paso-wałby do rozhisteryzowanego młokosa, biegającego po scenie w podkolanówkach. W podobny sposób przedstawiono również Ofelię i Laertesa. Wszyscy oni albo krzyczą i skaczą po stołach, albo wygłaszają swoje kwestie bez przekonania. Reżyser jednak w swej interpretacji nie po-został konsekwentny. Można odnieść wrażenie, że nie był do końca przekonany, w którą stronę chce pójść z inscenizacją. Miesza sceny zaczerpnięte bezpośrednio z tekstu z własnymi pomysłami, z czego nie tworzy się żadna spójna całość. Boha-terowie są niekonsekwentni, niewiarygodni i trudno doszukać się w ich postępowaniu idei przewodniej. Cały spektakl jest orygi-nalny, innowacyjny, miejscami szokujący z technicznego punktu widzenia, ale nie wnosi sobą nowych znaczeń. Reżyser ze znanej tragedii stworzył nową historię, ale nie wiadomo dlaczego. Jego reinterpretacja nie oferuje żadnych wniosków. Można by powiedzieć, że tekst Szekspira był dla Rychcika punktem wyjścia, z którym jed-nak nie udało mu się nigdzie dojść. Hanna Kocur autor zdjęć: Rafał Urbański KOBIETA W CZERNI VS. DANIEL RADCLIFFE

RECENZJA KSIĄŻKOWA

Przyjazne duchy z Hogwartu? Nie, to już nie to! Teraz Daniel Radcliffe spotka się z prawdziwą zjawą. Daniel Radcliffe, aktor znany z roli Ha-rry’ego Pottera w ekranizacji powieści J. K. Rowling, powraca na ekrany kin. Tym ra-zem jego przeciwnikiem nie będzie Czarny Pan, tylko tajemnicza dama w czarnym stroju. W „Kobiecie w czerni” Radcliffe wciela się w rolę młodego notariusza, Ar-thura Kippsa. Po śmierci żony z pomocą niani wychowuje kilkuletniego syna. Aby nie stracić posady, przyjmuje propozycję wyjechania do małego miasteczka i upo-rządkowania dokumentów zmarłej niedaw- no wdowy. Miejscowa legenda głosi, że jej dom nawiedzany jest przez przerażającą zjawę. Gdy ktokolwiek ją zobaczy, w wios-ce umiera dziecko. Mimo przestróg Arthur przybywa do opuszczonej gotyckiej posiad-łości. Jednak w segregowaniu dokumentów przeszkadzają mu niepokojące dźwięki oraz tajemnicza kobieta w czarnej sukni, poja-wiająca się w różnych miejscach w budyn-ku. Wkrótce w miasteczku w tragicznych okolicznościach zaczynają ginąć dzieci. Młody notariusz musi powstrzymać krwio-żerczego ducha, zwłaszcza, że za kilka dni do miasteczka ma przyjechać jego syn. Reżyser „Kobiety w czerni” – James Wat-kins – wyprodukował naprawdę dobry, straszny i trzymający w napięciu horror. Nie jest to film, w którym cała groza pole-ga na cięciu ludzi piłą mechaniczną lub in-nym niebezpiecznym narzędziem. Produk-cja straszy głównie dzięki kreacji czerni ty-tułowej postaci (Alisa Khazanova). Jej nag-łe, aczkolwiek krótkie wizyty zapierają dech w piersiach i natychmiastowo przyśpieszają bicie serca. Napięcie podtrzymywane jest dodatkowo przez ciągłą obecność zjawy w pobliżu domu. Dzięki temu, że akcja fil-mu toczy się w pierwszej połowie XX wie-ku, bohaterowie mają do dyspozycji tylko świece i lampy naftowe, które stwarzają mroczny i tajemniczy klimat. Grozę dopeł-nia muzyka skomponowana przez Marco Beltramiego (twórca muzyki do filmów „Coś” i „Nie bój się ciemności”). Jak to w filmach dreszczowcach bywa, scenariusz nie zawsze jest logiczny. W wielu scenach

RECENZJA KSIĄŻKOWA

normalny człowiek uciekłby i nie wrócił, lecz nie bohater horroru, który zawsze mu-si podążać za niepokojącymi odgłosami, bądź poruszać się po ciemnym domu bez żadnego źródła światła. Gra aktorska Da-niela Radcliffa nie osiągnęła najwyższego poziomu, ale i tak wypadła nieźle biorąc pod uwagę fakt, że w ostatnich latach grał on cały czas tę samą postać. "Jak to w filmach dreszczowcach bywa, scenariusz nie zawsze jest logiczny. W wielu scenach normalny człowiek uciekłby i nie wrócił, lecz nie bohater horroru, który zawsze musi podążać za niepokojącymi odgłosami." „Kobieta w czerni” Jamesa Watkinsa jest naprawdę dobrym pokazem grozy, który powinien znaleźć się na liście filmów praw-dziwego wielbiciela horrorów. Dzięki tej produkcji Daniel Radcliffe nie będzie koja-rzył się jedynie z postacią czarodzieja z Hogwartu. Uwaga – obejrzenie seansu grozi nieprzespaną nocą! Maciej Nowotnik Nadszedł czas na dziewiątą, ostatnią podróż. Dziewiątą, bo to moja ukochana liczba, lecz zamierzam przedstawić Wam o wiele więcej zaczarowanych miejsc. Fantastyczne krainy nie kończą się przecież na tych, które do tej pory zostały tutaj zaprezentowane. By je odkryć, należy sięgnąć po niezliczone tomy niez-wykłych opowieści. Polskich i zagranicznych. A teraz trzymajcie się mocno, przed nami najbardziej szalona wyprawa w nieznane.
MAGICZNE ŚWIATY
KULTURA

Wszystko zaczęło się od dwudziestu ma-gicznych pierścieni. Trzech dla elfów. Sied-miu dla krasnoludów. Dziewięciu dla ludzi. I tego jednego, o który przyszło stoczyć krwawe boje, by ostatecznie przepadł w Górze Przeznaczenia. Nim do tego dosz-ło, Śródziemie pogrążyło się w mroku i nie-pewności, prawowity władca Gondoru zagi-nął, zaś Rohan podupadał coraz bardziej. Potężny czarodziej sprzymierzył się z okrut-nym władcą Mordoru i nie powstrzymał się przed plenieniem zła, zepsucia i śmierci wszędzie tam, gdzie posłał swe liczne wojska. I do tego właśnie świata, w to miejsce pełne niebezpieczeństw, trafia dru-żyna, która jak się zdaje, jest skazana na niepowodzenie. Ucieknijmy jednak z tego miejsca przez drzwi w magicznej szafie, by znaleźć się w krainie pokrytej śniegiem i spotkać tam najbardziej niesamowite istoty, jakie tylko przyjdą nam do głowy. Oto Narnia, gdzie

KULTURA "To świat odpowiadający na dziecięce marzenia, tak odmienny od potężnego Śródziemia."

gadające szczury są najwspanialszymi szer-mierzami, a siłą wyobraźni możemy przy-wołać wszystko, co zechcemy. Nawet na-sze największe koszmary, o których nigdy nie powinniśmy myśleć. To świat odpowia-dający na dziecięce marzenia, tak odmien-ny od potężnego Śródziemia. Być może to opowieści dla młodszych czytelników, któ-rym nie w smak są opowieści Tolkiena – poważniejsze, o wiele cięższe i straszniej-sze, ale i starsi znajdą w nich coś dla sie-bie, być może pozwolą na powrót tego, co gdzieś się zagubiło i dadzą porwać się ma-rzeniom… …By zaraz potem wpaść do świata, gdzie żyją wiedźmini, magowie, smoki, krasnolu-dy, elfy, czasami trafi się inny potwór, jed-norożec albo zagubiony mistrel, o które go walczą wszystkie kobiety w okolicy. Przyda się trochę przekleństw, niejasności i pijac-kich burd, by zrównoważyć idealny świat dziecięcej wyobraźni, jaki przed chwilą od-wiedziliśmy. Do tego należy dołożyć jesz-cze młodocianą księżniczkę ofiarowaną ja-ko zapłata za wykonanie zadania, a historia stanie się mniej przejrzysta i o wiele bar-dziej złowieszcza, niż przed chwilą. A ponieważ stąd już niedaleko do wojen na tle religijnym, można spokojnie zawędro-wać do XV wiecznych Czech, gdzie właśnie skazano na śmierć Jana Husa i rozpoczyna się zbrojna krucjata zwolenników jego nauk. Naprawdę nietrudno, by w te potyczki wplątał się głupiutki miłośnik nie-wieścich wdzięków, gdy rozwścieczeni mężczyźni nakrywają go w łożu ze swoją krewną. Już tylko parę kroków do oskar-

KULTURA

żenia o czary, udawanie się na sabaty cza-rownic i płodzenie dzieci ze szlachciankami. Wszakże z tego właśnie słynęło średnio-wiecze, gdzie łatwiej było trafić na stos niż do sal królewskich. "Hogwart i niezwykła opowieść o Chłopcu, Który Przeżył już na zawsze zajęła miejsce w historii tego gatunku, choć z pewnością trudno zaliczyć ją do klasycznych opowieści spod znaku fantastyki." Skoro zaś mowa o czarach, nie można w tym momencie zapominać o najsławniej-szym magu naszych czasów. Hogwart i niezwykła opowieść o Chłopcu, Który Przeżył już na zawsze zajęła miejsce w historii tego gatunku, choć z pewnością trudno zaliczyć ją do klasycznych opowieści spod znaku fantastyki. Nie można jednak przejść obojętnie obok Szkoły Magii i Cza-rodziejstwa, latających mioteł, państwa w państwie, czekoladowych skaczących żab i całych zastępów niestworzonych rze-czy, które w większości wszyscy poko-chalibyśmy od razu. Epilog Przemknęliśmy przez Śródziemie, gdzie wszystko tak naprawdę się zaczęło. Potem przyszło nam wstąpić do Narnii przemiesz-czając się przez zaklętą starą szafę, by stamtąd powędrować wprost do Rivii i Cin-try. Przenieśliśmy się w czasy husyckie, a potem wybraliśmy się do XX–wiecznej Anglii. Nie możemy jednak zapominać o Świecie Dysku, a także krainie, gdzie w nocy nie powinniśmy nawet marzyć o opuszczaniu runicznego kręgu. Znajdzie się też miejsce dla wielkich japońskich ro-dów. Można by wskazać także na świat w pełni zawładnięty przez magów nie ży-czących sobie żadnych przejawów nadzwy-czajnych mocy poza ich kręgami. Wymie-niać można zaprawdę w nieskończoność, jest w czym wybierać w zależności od tego, jaki dokładnie typ fantastyki kto lubi. Roz-poczynając „Władcą Pierścieni”, przecho-dząc przez „Opowieści z Narnii”, „Wiedź-mina” czy „Harry’ego Pottera”, a kończąc na „Trylogii Czarnego Maga”. Jak to się mówi – do wyboru, do koloru. Drodzy czy-telnicy, od teraz dobierajcie sobie te fan-tastyczne przystawki zgodnie z własnym uznaniem. Martyna Nowak CC by Sky1/HD Tańczą z diabłem już od siedmiu lat i powoli, ale sukcesywnie podbijają rodzimą scenę muzyczną. Mowa o zespole „Symetria”, który dzięki dwóm wydanym płytom („Primodium” z 2009 i „Niewolnicy wolności” z ubiegłego roku) oraz rzeszy fanów towarzyszących im na licznych koncertach, wygrał internetowy precasting programu „Must be the music” i miał szansę pokazać, dlaczego warto postawić na ekipę rock’n’rollujących chłopaków ze Śląska. O wrażeniach z występu w Warszawie opowiada wokalista kapeli, Grzesiek Żygoń.
MUST BE THE MUSIC W WERSJI HARD ROCK
SPOŁECZEŃSTWO: WYWIAD

Jak wyglądała Wasza droga od pow-stania kapeli aż do występu w III edycji show "Must be the music"? Droga była długa (7 lat), kręta, kamienista i zawiła. Wiele upadków i wzlotów, ale cały czas na przekór wszystkiemu parliśmy do przodu. Efekt? Masa rozwalonych festiwali, dwie płyty (w tym ostatnia "Niewolnicy Wolności") cały czas w ogólnopolskiej sprzedaży, prawie dwieście koncertów i najwyższe wyróżnienie... Zdobycie serc wielu ludzi, którzy sami siebie nazywają fanami. Czy próbowaliście swoich sił w pro-gramach tego pokroju przed udzia-łem w polsatowskiej produkcji? Nie, nigdy. Ja jako wokalista gdzieś tam startowałem, ale bez większych eksce-sów. „Must Be The Music” to była nasza pierwsza tego rodzaju per-wersja. Wasza popularność, a w rezultacie również wygrana w precastingu, jest efektem udanej promocji, przywiąza-nia fanów czy innych czynników? By-liście zaskoczeni takim wynikiem? Pre–casting internetowy to był przypadek... A tak sobie to wrzucimy i co? Udało się! Szok! Setki ludzi stojących za nami, jak ar-mia głosuje na Symetrię. W efekcie musie-liśmy jechać do Warszawy na casting głów-ny jako zwycięzcy castingu internetowego. I udowodnić, że... ich nie zawiedziemy. I nie zawiedliśmy! (śmiech) Jak zareagowało na Wasz występ jury? Za dużo powiedzieć nie mogę. Do czasu

SPOŁECZEŃSTWO: WYWIAD

emisji w telewizji (jeżeli w ogóle wejdziemy na emisję) obowiązuje nas tajemnica. Mo-gę powiedzieć tylko tyle, że było bardzo, bardzo ok. I jesteśmy zadowoleni. Nie dali-śmy ciała! Nie byliście onieśmieleni składem jury? Wchodzimy, staję na "krzyżyku" przed mi-krofonem, look przed siebie i siedzi czwór-ka wspaniałych. Pierwszy kontakt wzroko-wy, no i się zaczęło... Chwila rozmowy z jury i jazda, robimy swoje. Faktycznie, Kora to przecież królowa polskiego rock'n'roll'a, Elżbieta Zapendowska – bab-ka, która może z każdego wokalisty zrobić miernotę wielkości śpiewaka podsklepowe-go. Pikanterii i emocji dodaje fakt, że za chwilę prawdopodobnie oceniać Cię będzie parę milionów ludzi... Czy dzięki "MBTM" otwarły się już przed Wami jakieś drzwi, posypały się propozycje? MBTM to potężna, chyba najpotężniejsza siła medialna w kraju, jeśli chodzi o mu-zykę i talent show. W parę chwil ze zwyk-łych ludzi mogą zrobić gwiazdy, a "gwiazd-ki" zniszczyć. Pierwsze miejsce w pre–cas-tingu internetowym spowodowało, że auto-matycznie zobaczyło nas ponad 300 tysięcy ludzi (bo tyle ma facebookowy fanpage MBTM). Co za tym idzie, wielu ludzi zaczęło oswajać się z naszą muzą, słuchać innych utworów, wzrosła sprzedaż płyt, a w koń-cowym efekcie i koncerty przybrały na mo-cy. Teraz mamy 10 koncertów, a w mię-dzyczasie zaliczamy w każdym mieście lokalne rozgłośnie radiowe, zarówno te ro-ckowe, jak i całkiem popularne. Więcej będę mógł powiedzieć po trasie.

SPOŁECZEŃSTWO: WYWIAD

"Choćby nie wiem, co się działo, trzeba zawsze podążać swoją, przez nikogo nie narzuconą drogą. Jeśli z niej zejdziesz - jest po Tobie, stajesz się marionetką i tracisz kontrolę nad wszystkim." Warto próbować swoich sił w takich programach? Czy ja wiem, czy warto? Każdy powinien obrać swoją drogę. Oczywiście jest to potężna promocja (jeśli uda się wejść na wizję), ale cały czas trzeba pamiętać o jednej, najważniejszej rzeczy! Zostać sobą! Choćby nie wiem, co się działo, trze-ba zawsze podążać swoją, przez nikogo nie narzuconą drogą. Jeśli z niej zejdziesz - jest po Tobie, stajesz się marionetką i tracisz kontrolę nad wszystkim. Rozmawiała: Paulina Zguda CC by tuppus CHCĘ BYĆ GWIAZDĄ
Nie zawsze możemy być utalentowni we wszystkich dziedzinach. To, że nie umiemy śpiewać, tańczyć czy zwijać języka w rurkę, wcale nie świadczy o byciu gorszym, tylko innym.
SPOŁECZEŃSTWO

Nie dla każdego indywidualizm, jaki wyka-zuje jednostka, jest do przyjęcia. Czasami potrzeba akceptacji przez jakąkolwiek gru-pę lub bycia sławnym jest silniejsza od za-żenowania bądź strachu, że możemy głu-pio wypaść. Cytując jednego z bohaterów, dzięki którym powstaje ten artykuł: "Chciałbym zostać znany. W byciu rozpoz-nawanym fajne jest to, że swoją ideę moż-na przekazywać dalej." Zdanie niewątpliwie mądre i słuszne. Bartek, uczestnik jednej z edycji programu “You Can Dance”, stał się prawdziwą gwiazdą, choć nie przeszedł nawet pierw-szych eliminacji. Zapewne stanowi wyzwa-nie dla niejednego mentora tańca. Jednak od kwestii techniki tanecznej mamy jury. Natomiast jeśli 14–latek chce być sławny, nie powinno to nikogo dziwić, choć kiedy jako swoich idoli podaje Mansona i Ruto-wicz, można tu szukać jakichś problemów z osobowością. Polecam obejrzenie krążą- cego w Internecie filmu o wdzięcznym ty-tule "Gwiazda". Jest to występ Bartka, któ-ry zrobił wręcz ogromne wrażenie na inter-nautach. Najbardziej zaskoczył mnie ko-mentarz Cynakowej (jednej z intenautek): "Oglądałam z przerwami, bo aż sama wsty-dziłam się tego, jakie to odłamki polskiego społeczeństwa znajdują się na tym świe-cie". Zaczęłam wtedy zastanawiać się, jak tak młoda osoba może podchodzić do jednoznacznej i otwartej krytyki. Okazuje się, że Bartek ma już na swoim koncie udział w programie “Rozmowy w toku”. Wystąpił w odcinku “Gwiazdy Internetu” wraz z uczestnikiem programu “Mam Ta-lent”, słynnym Luntkiem. Na temat Luntka trudno cokolwiek powie-dzieć, ale w sieci krąży spora ilość filmików nagrywanych przez tego chłopaka, robią-cego karierę jako internetowy showman. I tak też się przedstawia. Trzeba mieć duże poczucie humoru i sporo cierpliwości, żeby

SPOŁECZEŃSTWO

przebrnąć przez materiały na jego temat, ale warto. Po dociekliwym oglądaniu fil-mów trafiłam na slajdy robione przez jed-nego z fanów wschodzącej, a nierozu-mianej gwiazdy. Były tam zdjęcia z czasów, kiedy człowiek o pseudonimie Luntek był Pawłem. I, o dziwo, budził sympatię. Miły, dobrze wyglądający, uśmiechnięty. Cóż, nie mam pojęcia, gdzie się obecnie podziewa, ale dobrze by było, żeby wrócił. "Na temat Luntka trudno cokolwiek powiedzieć, ale w sieci krąży spora ilość filmików nagrywanych przez tego chłopaka, robiącego karierę jako internetowy showman. I tak też się przedstawia." Na castingu “Gwiazzda” wiedział, że nie potrafi tańczyć. Chciał być tylko sławny. Luntek nie przejął się krytyką i wciąż robi swoje. Kolejna bohaterka, która próbowała swoich sił jako tancerka, nie miała ani dys-tansu do siebie, ani poczucia wyższości. Mariola Kaniewska miała problem ze zrozu-mieniem, dlaczego jej tak dobrze zapowia-dający się talent został odrzucony. Tak dłu-go nie mogła zrozumieć, że trzeba było po-

SPOŁECZEŃSTWO

prosić ochronę o przyspieszony kurs nauki wychodzenia z sali przesłuchań. Cóż, na-wet zazwyczaj spokojna i miła pani Rusin stała się wtedy rzeczowa, oficjalna i zasad-nicza. Jednak komentarz Michała Piróga, który powiedział: "Twój taniec przypominał przestraszoną, nawaloną łanię", nie pozos-tawiał złudzeń. "Aż dziw, że w tych programach rodzą się też prawdziwe talenty. A jednak! Najbardziej zastanawiają mnie reakcje widowni, zarówno tej w studio jak i przed telewi-zorami, kiedy na scenę wchodzi z wyglądu kolejny kosmita." Po takiej dawce indywidualistów nieco odechciewa się oglądać tego typu progra-my. Jednak są też ludzie, którzy podbili In-ternet, a nie zrobili z siebie absolutnie żad-nego pośmiewiska, ponadto wzbudzają sympatie widzów. Jednym z moich ulubień-ców jest 16–latka z Wrocławia. Zdolna, choć czeka ją jeszcze niejedna godzina na sali treningowej, aby dojść do perfekcji. Zapadła wszystkim w pamięć jako miła, młoda tancerka, która ma problemy z fa-cetami i niebanalny śmiech. Marta jest przemiła, ale nie porwała jury do tańca tak jak Kogut, kolega Anny Muchy. Aż dziw, że w tych programach rodzą się też prawdziwe talenty. A jednak! Najbar-dziej zastanawiają mnie reakcje widowni, zarówno tej w studio jak i przed telewi-zorami, kiedy na scenę wchodzi z wyglądu kolejny kosmita. Początkowo reagujemy śmiechem, do czasu, aż taka osoba trafia do finału “X–factor” czy też “Mam Talent”. O Michale Szpaku i Madoxie można mówić dużo. Chwalić, ganić, wyśmiewać, ale ta-lentu nie można żadnemu z nich odmówić. Odnoszę wrażenie, że im dłużej oglądam podobne programy, to takich ludzi jest w nich coraz więcej. Nie chodzi o to, że kreują się na jakieś dziwadło, ale o to, że prawdziwe talenty nie potrzebują się tak wyróżniać. Mercuremu, Mansonowi, a na-wet Madonnie, pomimo ich talentu, nie było łatwo. Potrzebowali dużo siły, zapar-cia, wiary w siebie, a ponadto dobrych ludzi na swojej drodze, żeby móc wiele osiągnąć. Jeżeli obecne programy mogą ułatwić start utalentowanym ludziom, to nie powinny schodzić z anteny, jednak Luntkom, Gwiazzdom i innym Mariolom serdecznie dziękujemy za rozbawienie publiczności. Aleksandra Wojtaszak MAM TALENT CZY
MAM WZRUSZAJĄCĄ HISTORIĘ?
SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

Programy w TVN–ie są popularne i opłacalne, bo swoim faworytom ki-bicują setki tysięcy widzów. Sporo z nich wysyła SMS–y, by wspomóc ulubieńców. Niewielu wie, że nim pro-gram trafia na antenę, odbywają się tzw. „pre–castingi” przed reżyserem i producentem programu, którzy wy-biorą „freaków” i tych utalentowa-nych. Wiedzą, że lepiej sprzeda się program z niewidomą kobietą niż z dziewczynką z bogatego domu. Czy historie znane z programów typu ta-lent show służą zdobyciu większej ilości głosów? Po pierwsze: „X Factor” – zwycięzcą pierw-zej edycji był Gienek Loska (co ciekawe, naprawdę nazywa się Hienadź Łoska i po-chodzi z Ukrainy). W wieku 17 lat przepro-wadził się do Polski. Był alkoholikiem i grał na ulicy. Czy właśnie dlatego telewidzowie go pokochali? Na jednym z blogów znalaz-łam taki cytat: „Gienek Loska wygrał, bo wielu głosujących miało w pamięci lan-sowaną do bólu historię jego trudnego

SPOŁECZEŃSTWO "Gienek przypomina nas samych, a niektórzy zauważyli nawet, że jest obdarzony świetnym głosem."

życia. Gienek przypomina nas samych, a niektórzy zauważyli nawet, że jest obda-rzony świetnym głosem. Wygrał jednak je-go wizerunek everymana. Chyba jako jedy-ny zwycięzca jakiegokolwiek talent show był bezdomny i występował na ulicy nawet podczas trwania programu, chociaż już wtedy cieszył się dużą popularnością. To ujęło widzów.” Z przykrością stwierdzam, że nie przekonu-je mnie ostatnia edycja programu „Mam ta-lent”. Po prostu przestało mnie interesować oglądanie ludzi, którzy biorą publikę „na li-tość”, by głosowali akurat na nich. W trze-ciej edycji na scenie zadebiutowała Magda-lena Welc, która powiedziała: „Jeżeli wy-gram, to kupię swojej rodzinie dom.” Czyż to nie urocza historia? Młoda, bo wówczas zaledwie 11–letnia dziewczynka chciała wybudować dom za wygraną. Przecież każ-dy telewidz odda głos na dziecko, a już na pewno, gdy ma ono taki głos jak Mag-da. Na deser zostawiłam „Top Model. Zostań modelką.” Niedawno skończyła się druga edycja tego programu. Nieco odbiega on od pojęcia talent show, a podchodzi pod reality show. Modelki wykonują różne za-dania, a jury je ocenia. Jeżeli któraś z nich nie chce rozebrać się do sesji, to najpew-niej odpadnie z programu. Pierwszą edycję wygrała Paulina Papierska. „Jest głupia, nie znała angielskiego, brała ludzi na litość” ­– to najczęściej powtarzające się opinie. Druga edycja kojarzy się głównie z Michali-ną Manios i Anną Bałon. Michalina kiedyś

SPOŁECZEŃSTWO "Ania była najmłodszą uczestniczką programu, a pozostałe dziewczyny bardzo potępiały jej niedojrzałość."

była… Michałem: „Do 18. roku życia mia-łam zarówno męskie, jak i żeńskie narządy rozrodcze. Wychowałam się na wsi, w szkole mówili do mnie Michał. Rodzice kochali mnie taką, jaką jestem. Teraz mam 22 lata i jestem Michaliną.” Manios urodziła się jako hermafrodyta. Zanim przeszła ope-rację korekty płci, wiele osób sądziło, że jest homoseksualistą. Wskazywały na to liczne przesłanki, jak sposób zachowania, poruszania i gestykulacja przy mentalności Michała. Większość osób z jej otoczenia nie akceptowało odmienności dziewczyny. „Kiedy lekarze po raz pierwszy mnie zoba-czyli, uznali, że jestem chłopcem, bo penis jest znacznie lepiej wykształcony niż piersi. Jednak dorastając czułam się bardziej ko-bietą niż mężczyzną. I dlatego cztery lata temu przeszłam operację usunięcia jąder i zmieniłam imię na żeńskie.” – przyznała Michalina w wywiadzie. Z kolei Ania jeszcze rok przed eliminacjami do programu ważyła 24 kilogramy więcej. W domu modelek pojawiły się pogłoski o jej bulimii, ponieważ miała tendencję do objadania się, po czym na długo znikała w łazience. Wkrótce sama Bałon zde-mentowała plotki – schudła z miłości do chłopaka. Codziennie ćwiczyła po 4 goo-dziny dziennie i zrezygnowała ze sma-kołyków. Jej drugą zmorą jest dziecinność. Ania była najmłodszą uczestniczką pro-gramu, a pozostałe dziewczyny bardzo potępiały jej niedojrzałość. Szczęśliwie podczas ostatnich odcinków kręconych w Paryżu, Ania przestała się „pieścić”

SPOŁECZEŃSTWO

i skończyła się użalać nad sobą i błęda-mi, które popełniała w programie. "W trzeciej edycji "Mam Talent" na scenie zadebiutowała Magdalena Welc, która powiedziała: „Jeżeli wygram, to kupię swojej rodzinie dom.” Czyż to nie urocza historia?" W drugiej edycji finał programu był pełen emocji. Nikt nie był pewien, czy wygra Ol-ga Kaczyńska, czy Ania Bałon. Jednak spo-rą oglądalność zapewniły z pewnością licz-ne wypowiedzi tej drugiej, jak na przykład: „Chciałabym cofnąć czas i wziąć tą książkę, i jeszcze raz to wszystko rozegrać. Wszyst-ko przepadło.” Historie prezentowane w takich progra-mach mają przykuć naszą uwagę i nie poz-wolić nam przełączyć telewizora na inny kanał. W istocie oglądalność jest wysoka. Zatem jaki nowy program trafi na jesienną ramówkę TVN–u? Wkrótce się przekonamy. Aleksandra Mudel CC by SebastianDooris CZYLI REŻYSEROWANE KŁÓTNIE W TELEWIZJI
SZTUKA ILUZJI,
SPOŁECZEŃSTWO CC by Andreja

Mimo, iż niektóre programy telewi-zyjne dobrze nadają się do wypro-mowania młodych talentów, to jed-nak większą uwagę gawiedzi zalega-jącej przed telewizorami i internau-tów, którzy nie mają nic lepszego do roboty, niż przekopywanie Internetu w poszukiwaniu nowych ploteczek o swoich ulubionych celebrytach, przykuwają sprzeczki pomiędzy juro-rami, niekiedy celowo wyreżyserowa-ne, tylko po to, by przyciągnąć przed telewizory większą liczbę widzów. Telewizyjne show typu „Mam talent”, „X Factor” czy „Must be the music” powołano w celu wyłonienia spośród rzeszy artystów–amatorów tych, których telewizja mogłaby wypromować na nowych idoli popkultury. O powodzeniu takich działań świadczy ilość koncertów, jakie daje teraz Gienek Loska, zwycięzca programu „X Fac-tor”, który dawniej grywał za miedziaka po

SPOŁECZEŃSTWO "Jedną z sześciu złotych zasad sterowania odbiorcą jest przecież karykaturowanie rzeczywistości."

miejskich rynkach, czy choćby niesłabnąca popularność Szymona Wydry i Eweliny Flin-ty – uczestników pierwszej edycji dawnego „Idola”; programu, który był pewnym no-vum w branży tego typu, a których jest te-raz na pęczki. Jednakże portale interneto-we zajmujące się plotkami z życia celebry-tów, rzucające natrętnymi tytułami typu „Doda bez majtek” i regularnie zaśmiecające nam skrzynkę mailową, wy-nalazły sobie nową rozrywkę, którą jest podawanie informacji o osobistych spię-ciach pomiędzy jurorami i która, o dziwo, ma rzesze żywo zainteresowanych czytel-ników. Jednym z takich nagłośnionych incydentów była ostra sprzeczka, do której doszło mię-dzy obsadą „Tańca z gwiazdami”, a o której swego czasu rozpisywały się por-tale plotkarskie, takie jak pomponik.pl, pu-delek.pl, a nawet część poważnych portali informacyjnych. Mianowicie juror Janusz Józefowicz rzucał mięsem w prowadzącego program Piotra Gąsowskiego za to, że ten ośmielił się przerwać mu wypowiedź za-proszeniem widzów na reklamy. Gąsowski bronił się, że dostał wiadomość na słuchawki o nadchodzącym czasie rekla-mowym, ale obrona ta nie była także od-malowana kwiecistą polszczyzną. Potem Józefowicz miał spięcie jeszcze z zasiada-jącą w jury Iwoną Pavlovic, z którą poróż-nił się o występ taneczny Michała Szpaka (nawiasem mówiąc, znanego z programu „X Factor”) i demonstracyjnie dał mu dzie-sięć punktów, kiedy pani Pavlovic wyciąg-nęła jedynkę. Przytaczając wyżej opisaną

SPOŁECZEŃSTWO

sytuację portal ochyachy.pl popełnił tym samym niesamowity PR–owy błąd, gdyż w leadzie… napisał niewygodną prawdę, którą niechcący mógł otworzyć oczy niek-tórym czytelnikom, a mianowicie: „Wszyst-ko wskazuje na to, że konflikt nie jest wy-reżyserowany”. Tym samym dał do zrozu-mienia, że większość tych wszystkich sy-tuacji z kłótniami jurorów służy jedynie manipulacji widza, co nie jest żadną no-wością. Jedną z sześciu złotych zasad ste-rowania odbiorcą jest przecież karykaturo-wanie rzeczywistości i stwarzanie pozorów rzeczywistości innej niż ta, która jest na-prawdę. Kulisy takich zachowań w jednym z wywia-dów radiowych odsłonił Nergal, który wspólnie z Andrzejem Piasecznym piasto-wał stanowisko jurora w pierwszej edycji „Voice of Poland”. Jak powiedział w roz-mowie z dziennikarką, sąsiedzi często za-czepiali go i mówili: „Adam, dobrze mu powiedziałeś, temu Piaskowi, bo głupoty gada. Ale mu pocisnąłeś!” Tymczasem Ner-gal stwierdził, że prywatnie bardzo się z Piaskiem lubią, a te droczenia się są ele-mentem pewnej gry scenicznej. Na pyta-nie, czy kolejne telewizyjne show ma słu-żyć promowaniu nowych talentów, czy lan-sowaniu stronniczych jurorów, musimy jed-nak odpowiedzieć sobie sami. Krzysztof Socha CC by missyward CASTINGI?
CZEMU NIE!
SPOŁECZEŃSTWO: WYWIAD SPOŁECZEŃSTWO: WYWIAD

Marcin „Vader” (22) jest studentem polonistyki na wydziale Uniwersytetu Rzeszowskiego i częstym uczestnikiem eliminacji do różnego rodzaju programów rozrywkowych. Na swoim koncie ma też castingi do produkcji takich jak „Must Be The Music” i „Mam Talent”. Jesteś stałym bywalcem wszelkiego rodzaju castingów. Skąd właściwie pomysł na udział w tego typu show? Czemu akurat one? W gronie swoich znajomych na ogół jestem postrzegany jako człowiek wesoły, pozy-tywnie nastawiony do życia, lubiący od czasu do czasu zrobić sobie z czegoś przy-słowiowe jaja. Poza tym uważam, że w życiu należy doświadczyć czegoś cie-kawego, czegoś, co będzie się wspominać kiedyś po latach. Dlatego, choć to może wydać się dziwne, do „Must Be The Music” czy „Mam Talent” nie wybrałem się z czymś konkretnym, był to raczej czysty spontan. Po prostu usłyszałem, że w Rze-szowie, gdzie aktualnie studiuję, ma się od-być pre–casting do „MBTM”. Mój kolega wybierał się na niego ze swoim zespołem, pomyślałem więc, że też spróbuję, bo takie wydarzenie może być naprawdę ciekawym przeżyciem. Napisałem piosenkę i wyruszy-łem w drogę. Nie przeszedłem dalej, ale samo show pozytywnie mnie oszołomiło, poznałem osobiście wokalistę Pectusa i zwyczajnie chciałem więcej. Potem przy-szedł czas na „Mam Talent”, w którym spa-rodiowałem głosy innych, co ponoć całkiem nieźle mi wychodzi - i, o dziwo, dzięki temu stanąłem nawet przed obliczem słynnej trójcy Chylińska–Kozyra–Foremniak w ubie-głorocznej edycji! I nawet się nie

SPOŁECZEŃSTWO: WYWIAD

obejrzałem, gdy wkrótce zdałem sobie sprawę, że ci ludzie, ta atmosfera oczeki-wania na swoją kolej, adrenalina, możli-wość poznania osób, które dotychczas oglądało się jedynie w telewizji… to wszystko zwyczajnie uzależnia i bardzo mi się podoba. „Mam Talent” również nie przyniósł większych osiągnięć? Tym razem poszło już lepiej, zostałem za-kwalifikowany do drugiego etapu i zapro-szony do Katowic. Pani Małgosia i pan Ro-bert zgodnie orzekli, że bardzo pozytywna ze mnie osoba. Pani Agnieszka dodała, że mój czas jeszcze nie nadszedł, ale na pew-no jeszcze kiedyś się zobaczymy (śmiech). Tak czy siak, wrażenia były niesamowite. I co mnie dziwi najbardziej: do pierwszego programu znacznie lepiej się przygotowywałem. A o udziale w „Mam Ta-lent” zdecydowałem w ostatniej chwili przez zwykłą ciekawość i chęć porównania wrażeń, „repertuar” układałem sobie w po-ciągu. No, ale może tak to już jest, że cza-sem lepiej wychodzi nam to, na czym nam mniej zależy (śmiech). Przejdźmy na moment do teorii: mówisz o pre–castingach i castingach – czym one się różnią? Pre–casting to spotkanie wstępne z reali-zatorami programu, na które w zasadzie może przyjść każdy, kto chce spróbować swoich sił i przedstawić własne umiejęt-ności w danej dziedzinie. Czasami odbywa się to pod okiem prowizorycznego jury, czasem kandydaci zostają zwyczajnie na-grywani w czasie swoich „5 minut”. I wówczas, jeśli przejdą pomyślnie

SPOŁECZEŃSTWO: WYWIAD

pierwsze przesłuchanie, dostają się na cas-ting wyższego szczebla – już ten właściwy, który po 2 czy 3 miesiącach nagrań można obejrzeć w telewizji. A w telewizji, jak to bywa, wszystko jest piękne i dopracowane: publicz-ność jednym głosem płacze lub wi-watuje, uczestnicy spokojnie czekają na swoją kolej i spontanicznie ma-chają do kamery. Tak samo jest w rzeczywistości? Niezupełnie. Samo show, jakie uczestnicy prezentują, zawsze jest czymś prawdzi-wym. Jednak jeśli przyjrzymy się bliżej or-ganizacji, stwierdzimy, że nie wszystko jest tak spontaniczne i szczere. Na przykład na jakieś 2 godziny przed rozpoczęciem pro-gramu widownia (złożona głównie z rodzi-ny i znajomych towarzyszących uczestnikom) jest odpowiednio sterowana i szkolona przez obsługę techniczną, która grzecznie wyprasza tych, którzy nie potra-fią „dostosować się” do ogólnie panujących wymogów zachowań. I tak w czasie nagra-nia publiczność wiwatuje, kiedy organiza-torzy stwierdzą, że podczas danego wystę-pu należy wiwatować, lub wygwizduje, jeśli uczestnik okaże się kiepski. Co do samych uczestników: trzeba zaznaczyć, że kamera rejestruje tylko te ujęcia, na których tłum wygląda wesoło i spokojnie. A to choćby ze względu na czas trwania takiego castingu (czyli od kilku do kilkunastu godzin) czy niektóre panujące na nim zasady, zwy-czajnie nie jest prawdziwe. Co masz na myśli? Jest kilka rzeczy, które już na wstępie dają potencjalnemu uczestnikowi niemiłego

SPOŁECZEŃSTWO: WYWIAD

kopniaka. Po pierwsze, kolejki do takich pre–castingów są ogromne, a organizato-rzy nie zawsze bywają uprzejmi dla ochot-ników. Nie każdemu uda się też dostać do budynku przed jego zamknięciem, co po-woduje coś w rodzaju wyścigu szczurów: część osób niemal tratuje się nawzajem, byle tylko dostać się do środka. Inni re-zygnują zupełnie, zniechęceni widokiem takiej sytuacji. Kiedy po takim spotkaniu znajomi pytają mnie, jak było, często żar-tuję, że sam fakt „dopchania” się na prze-słuchanie powinien być uważany za wy-graną. Potem następuje zazwyczaj cały szereg formalności, przyklejanie numer-ków, uzupełnianie formularzy – i tu kolejna ciekawostka: jeśli ze swoim talentem przej-dziemy do następnych etapów, telewizja, która emituje program, w pewnym sensie zastrzega sobie prawo do czerpania pro-fitów z naszego wizerunku, skoro już nas „wynalazła”. Przynajmniej według mnie nie jest to zbyt sprawiedliwe czy miłe. Zatem według Ciebie wiele można zarzucić takim programom pod względem realizacji. A jak oceniasz samych uczestników? Cóż, na castingach można spotkać szerokie spektrum ludzkich charakterów – od mało-latek przechwalających się swoimi nieza-przeczalnymi zdolnościami, do zbytnio zadufanych w sobie osobników, którzy „wiedzą, po co tam są” i nie tracą swojej energii na zbędny, według nich, popis. Ale na szczęście zdarzają się też tacy, z któ-rymi śmiało można przegadać te kilkanaście godzin, śmiejąc się przy tym niemal bez przerwy. Poznałem tam na-prawdę wielu wspaniałych ludzi, z niektó-rymi utrzymujemy kontakt do dziś. Mimo wszystko, takie emocjonujące przeżycia w pewien sposób łączą. Fakt, stres jest chyba niemały… Oj, niemały. Jako dziecko występowałem już przed mniejszą lub większą publicz-nością i zawsze wydawało mi się, że takie prezentowanie siebie przed kamerą nie może już być dla mnie czymś strasznym. Ale wizja wyjścia na scenę w momencie, kiedy zaczynam zdawać sobie sprawę, że tym razem może zobaczyć mnie cała Pols-ka, paraliżuje całkowicie. Na szczęście, kie-dy przychodzi sam moment występu, pani-ka powoli mija. Mija na tyle, że już zbieram ekipę do następnego „Mam Talent” (śmiech). Rozumiem więc, że mimo odczucia pewnego zawodu względem tych pro-gramów, nadal masz ochotę konty-nuować swoją przygodę. Dlaczego? Przede wszystkim dla samej przygody właśnie i zbierania niesamowitych wspom-nień, bo takie one są. Chciałbym kiedyś móc poopowiadać wnukom, jakiego miały szalonego dziadka (śmiech). No i może ja-kaś nieśmiała nadzieja, że w plastikowym świecie neonowych świateł jest też gdzieś miejsce dla takiego pozytywnego świra jak ja. I choć trudno to racjonalnie uzasadnić, naprawdę to lubię! Rozmawiała: Faustyna Cisło .KOMPLEKS
FRANZA
SPORT

Franciszek Smuda. To nazwisko po-winno być znane każdemu, kto oglą-da czasem telewizję. Nie wspominam o tych, którzy na co dzień interesują się sportem. Dla mniej zorientowa-nych powiem, że jest to nasz wybawi-ciel i cudotwórca, człowiek, który po objęciu prowadzenia narodowej rep-rezentacji w piłce nożnej, miał czynić swoje słynne cuda. Samozwańcza gwiazda. Można powiedzieć między-narodowa, w końcu swoją karierę zaczynał za zachodnią granicą wtedy jeszcze PRL–u. Nadmuchane sukcesy w polskiej ekstraklasie i znikome na arenie międzynarodowej. Tak, proszę państwa! To właśnie ten człowiek zrzucił ze stołka byłego trenera Realu Madryt, chyba najlepszego, jakiego do tej pory mieliśmy. Przejdźmy jednak do teraźniejszości. Pols-ka piłka nożna słynie głównie z porządnych bramkarzy. Mamy ich naprawdę sporą grupkę, grają w silnych klubach. Szczęsny, Fabiański, kiedyś Jerzy Dudek. Ale to nie o nich mi chodzi. Na tę chwilę słupków re-prezentacji strzeże z ogromną ambicją Wojciech Szczęsny. Bramkarz bardzo do-bry, choć jeszcze młody i niedoświadczony. Mamy jednak kogoś, kto posiada to doś-wiadczenie, jest ograny, ma talent i przede wszystkim ogromną charyzmę. Człowiek, który spokojnie mógłby być kapitanem na-szych Orzełków. Zawodnik, który ponoć w lidze, w której gra, ustępuje tylko legen-darnemu Buffonowi. Artur Boruc. Słuch po nim zaginął – przynajmniej ten reprezenta-cyjny. Oficjalnym powodem wyrzucenia go z reprezentacji jest nieodpowiednie zacho-wanie na pokładzie samolotu, którym re-prezentacja wracała do Polski. Pijaństwo, chamstwo i krzyki. A jak jest naprawdę? Moim zdaniem był to tylko pretekst. Jak wiemy, Boruc to osoba dosyć

SPORT

kontrowersyjna. Franciszek Smuda po prostu bał się go. Nie chciał dopuścić do tego, że ktoś podważy jest autorytet. "Jak to w naszym kraju bywa, (...) człowiek nie posiadający osobowości i kwalifikacji, kieruje drużyną, która reprezentuje nasz sport narodowy." Z jednej strony trudno mu się dziwić, ale z drugiej? Nasza reprezentacja do najsil-niejszych nie należy i nie może sobie poz-wolić na wyrzucanie z niej najlepszych za-wodników. W tej sytuacji selekcjoner Smuda zachował się zupełnie nieprofe-sjonalnie, kierując się w powołaniach wła-sną dumą i sympatiami, zamiast umieję-tnościami zawodnika. Boruc wyciągnął rękę na zgodę, a mimo to Smuda ją odrzucił. Dlaczego? Bo musiałby panować nad kimś, kto jest tzw. samcem alfa. Wniosek jest prosty. Jeżeli ktoś nie potrafi zapanować nad piłkarzem, to znaczy, że nie powinien pracować w tym fachu. Należy dodać, że wraz z Borucem wyrzucony został Michał Żewłakow, który był kapitanem i wstawił się za Arturem. Naszej reprezentacji bra-kuje kogoś, kto w szatni potrafiłby poro-zmawiać z kolegami, przemówić im do roz-sądku. Po Franciszku Smudzie nie można się tego spodziewać, gdyż jego umieję-tność mówienia po polsku jest dosyć słaba, nie wspominając o tym, że Franz nie spełnia podstawowego warunku bycia

SPORT

trenerem, a mianowicie nie posiada matury. Jak to w naszym kraju bywa, oko na ten fakt zostało przymknięte i człowiek nie posiadający osobowości i kwalifikacji, kieruje drużyną, która reprezentuje nasz sport narodowy. "Czerwcowe EURO będzie kolejną porażką, a wcale nie musiało tak być." Musimy się z tym pogodzić. Czerwcowe EURO będzie kolejną porażką, a wcale nie musiało tak być. W składzie reprezentacji mamy kilku zawodników, którzy grają na solidnym europejskim poziomie, jak choćby trójka z Dortmundu. Błaszczykowski, Le-wandowski i Piszczek. W Niemczech cieszą się ogromnym szacunkiem, a w repre-zentacji nie grają najlepiej. Świadczy to jedynie o tym, że mamy słabego selek-cjonera. Sytuacja z Arurem Borcuem naj-lepiej oddaje obraz tej sytuacji. Nam, kibi-com, pozostaje mieć nadzieję, że kiedyś w końcu zniknie werbowanie zawodników do reprezentacji na podstawie przyjaźni za-miast talentu, a selekcjoner będzie odpo-wiedzialny za to, co robi. Maciej Dziubiński CC by Piotr Kucza CC by drabikpany

TYDZIEŃ W OBIEKTYWIE TYDZIEŃ W OBIEKTYWIE WIOSNA fot. Dorota Stach fot. Roksana Grzmil fot. Agata Andrzejak