Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury strona 6 staro–nowy zawrót głowy strona 7 7 razy dziś strona 10 dion - tank full of blues strona 13 student potrafi strona 16 czas na juwenalia! strona 22 "życie bez żaglowców dla mnie nie istnieje" strona 26 RACHUNEK ZYSKÓW I STRAT

Outro Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl rekrutacja(@)outro.pl Redaktorzy naczelni: Monika Toppich Kamil Wiśniowski Zastępca: Paulina Zguda Sekretarz redakcji: Marek Suska Zastępca: Magdalena Wąwoźna, Marta Jeziorek Redaktor prowadzący: Aleksandra Wojtaszak Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Patrycja Rawska (społeczeństwo), Maciej Kulina (sport), Agata Andrzejak (korekta), Dorota Stach (foto), Patryk Skoczylas (graficy). Korekta: Agata Andrzejak, Maria Gołaszewska, Martyna Kłopeć, Nina Bezpałko, Agata Hajduk, Patryk Łowicki. Graficy: Angelika Marchewka, Jarosław Stępień, Dorota Stach, Adam Białek, Paweł Szpondowski Fotoedycja wydania: Dorota Stach Korekta wydania: Nina Bezpałko Projekt okładki: Patryk Skoczylas Zdjęcie na okładce: www.3oceans.pl/CC BY 2.0

Święta powoli dobiegają końca, co oznacza „poświąteczne” porządki oraz rachunek zysków i strat – ile jedzenia zostało, czy ile kilogramów więcej pokazuje waga. Może więc zamiast oglądać kolejny serial warto wybrać się na rower albo chociaż spacer? Można wtedy po powrocie z większym spokojem zjeść kolejny kawałek babcinego ciasta! W najnowszym numerze oswajamy uczel-nię, na którą część z nas niedługo będzie musiała wrócić. Okazuje się więc, że stu-dent potrafi przeżyć tydzień za astrono-miczną kwotę... 5 złotych, zagrać w „Snej-ka” wielkości bloku, czy napisać kilku-metrową ściągę na egzamin pisemny, z której potem jest w stanie skorzystać. Gim-nazjaliści i licealiści – wydaje Wam się, że w szkołach dużo się dzieje? MiK



WOKÓŁ „Dobre Warsztaty w Dobrej Karmie”

WOKÓŁ KULTURY

„Z Bagdadu do Wiednia” Gdańska Projektornia GAK zaprasza 13 kwietnia na warsztaty teatralne z Lalish Theaterlabor. Założyciela-mi teatru eksperymental-nego, który powstał w 2010 roku w Wiedniu, jest dwójka irańskich arty-stów – Nigar Hasib i Sha-mal Amin. Projekt skiero- KULTURY wany jest przede wszys-tkim do miłośników teatru alternatywnego. Warszta-tom towarzyszyć będą spe-ktakle i prezentacje. Nietypowy Radar W poznańskim Centrum Kultury Zamek 12 kwietnia odbędzie się wernisaż wys-tawy „Radar – komiks austriacki”. Zaprezentowa-ne zostaną najważniejsze współczesne prace austria-ckich artystów. Wystawa jest częścią Międzynarodo-wego Festiwalu Kultury Ko-miksowej LIGATURA, pot-rwa do 22 kwietnia. Etniczne brzmienia 12 kwietnia w krakowskim Dworku Białoprądnickim, w ramach Muzycznych Czwartków, wystąpi zespół Los Mar Sentimentales – włosko–ukraińsko–polska grupa, grająca autorską muzykę o zabarwieniu śródziemnomorskim. Alicja Wojtas Od 14 do 15 kwietnia w piwnicy kawiarni Dobra Karma w Katowicach odbędą się warsztaty z produkcji i reali-zacji dźwięku, przeznaczone dla osób pragnących poznać pracę producenta muzycznego. Dwudniowe warsztaty poprowadzą Stealpot – producent albumów m.in. Moniki Brodki i Ani Dąbrowskiej oraz Dred – realizator dźwięku zespołów My Riot i Afromental. Czy stare filmy wciąż potrafią przerażać? Czy potrafią wywołać śmiech bądź zadziwić efektami specjalnymi? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w serii, w której porównywał będę stare filmy z nowymi. Na początek wybrałem film "Coś" z 1982 roku oraz jego remake z 2011 roku.
STARO–NOWY ZAWRÓT GŁOWY
RECENZJA FILMOWA

„Coś”, wyprodukowane przez Johna Car-pentera, to klasyka gatunku horror – science fiction. Ten głośny film należy do nakręconej przez niego Apokaliptycznej Trylogii („Coś”, „Książę Ciemności” oraz „W paszczy szaleństwa”). Akcja produkcji toczy się w amerykańskiej bazie naukowej na Antarktydzie. Załoga stacji zostaje zaatako- wana przez Norwega, który ścigał przez pustkowie psa husky. Nieświadomi niebez-pieczeństwa badacze przygarniają zwierzę, które w rzeczywistości nie jest już naj-lepszym przyjacielem człowieka, a przyby-szem z kosmosu. Gdy kosmita ujawnia się i odkryta zostaje jego niesamowita zdol-ność – asymilacja, nikt nie ma pewności, czy nadal jest człowiekiem. R.J. McReady wraz z resztą załogi muszą powstrzymać potwora, zanim przedostanie się na inne kontynenty.

RECENZJA FILMOWA

Film cieszył się bardzo dużą popularnością. Największym atutem tej produkcji były na pewno efekty specjalne. Przerażające metamorfozy ludzi w potwory są zasługą Roba Bottina. Pracował on nad nimi cały rok. Efekty odrywanej od ciała głowy były tak dobre, że w 2005 roku trafiły na trzecie miejsce w rankingu najlepszych efektów specjalnych (wg Magazynu SFX). John Car-penter świetnie wykorzystał atmosferę od-osobnienia do stworzenia napięcia, które utrzymuje się przez cały film. Krótko mówiąc, jest to klasyk gatunkowy, bez którego dzisiejsze filmy SF wyglądałyby zupełnie inaczej. Remakiem horroru wszechczasów jest wy-produkowany w ubiegłym roku film o tym samym tytule. Historia nakręcona przez Matthijsa van Heijningena Jr. pokazuje, co wydarzyło się w norweskiej stacji badaw-czej. Ekipa znajduje w lodowej jaskini tajemniczą budowlę, a nieopodal niej dziw-ną istotę zamrożoną w lodzie. Naukowcy wydobywają obcego i zaczynają świętować odkrycie. W tym czasie potwór ucieka i za-bija jednego z badaczy. Po szybkim unie-szkodliwieniu kosmity naukowcy znajdują w jego wnętrzu wchłonięte ciało kolegi. Przy dalszych badaniach okazuje się, że obcy ma zdolność transmutowania w inne organizmy. Załoga stacji nie może pozwolić uciec istocie, która jest zdolna zagrozić ludzkości. Reżyser i scenarzysta spisali się na medal. Napięcie w filmie naprzemiennie rośnie i opada. Przy niektórych scenach serce nie-malże wyskakuje z klatki piersiowej. Produ-cenci zadbali o detale, takie jak topór wbity

RECENZJA FILMOWA

w ścianę, który widoczny jest także w fil-mie Carpentera. Dzięki technologii kompu-terowej możemy podziwiać przeobrażenia przybysza z kosmosu. Najnowszy „Coś” jest debiutanckim dziełem młodego reżysera i godnie reprezentuje gatunek science fiction. "Napięcie w filmie naprzemiennie rośnie i opada. Przy niektórych scenach serce niemalże wyskakuje z klatki piersiowej." Zestawiając ze sobą oba te filmy uważam, że lepszy był oryginał. Mimo, że obie produkcje trzymają w napięciu na równym poziomie, to gra aktorska w klasyku z 1982 roku jest dużo bardziej realna. Nowa-torskość i pomysłowość całej produkcji najbardziej odzwierciedlona jest w efektach specjalnych (w niektórych używano gumy balonowej imitującej mięśnie lub skórę!) Carpenter lepiej ukazuje także atmosferę odosobnienia i życia na odludziu. Jeśli już ktoś zdecyduje się obejrzeć obie wersje, jako pierwszą polecam tę z 1982 roku. Maciej Nowotnik Gdybyście mogli wybrać dzień do przeżywania w nieskończoność, to jaki byście wybrali? Pierwszy pocałunek z ukochanym chłopakiem, szaleństwa z przyja-ciółmi czy może wypad nad jezioro z rodziną? Samantha Kingston nie ma wy-boru – musi przeżywać dzień, w którym zginęła.
7 RAZY DZIŚ
RECENZJA KSIĄŻKOWA

Sam Kingston jest jedną z najpopular-niejszych dziewczyn w szkole Thomasa Jeffersona. Ma trzy najlepsze przyjaciółki i wspaniałego chłopaka. Dzień, w którym zaczyna się akcja powieści, to dwunasty lutego, Dzień Kupidyna. Wieczorem ma się odbyć impreza w Kenta McFullera. Po imprezie cztery przyjaciółki jadą autem i nagle widząc przed sobą reflektory innego samochodu, skręcają w las… Następnego dnia Sam budzi się we włas-nym łóżku. Nie wie, jak się tam znalazła, a gdy spogląda na telefon, z przerażeniem odkrywa, że znów jest dwunasty lutego. Postanawia więc wykorzystać szansę i zmienić ten dzień, by nie dopuścić do swojej śmierci. Poznając Sam zdajemy sobie sprawę, że gdybyśmy ją spotkali w prawdziwym życiu, nie polubilibyśmy jej. Jest jedną z tych

RECENZJA KSIĄŻKOWA

dziewczyn, które potrafią rozpuścić plotkę niszczącą czyjeś życie i w ogóle się tym nie przejąć, a jakiekolwiek wyrzuty sumienia zakopać głęboko w pamięci. Jednak czy-tając kolejne strony książki jesteśmy świa-dkami przemiany, jaka zachodzi w Sam. Zaczyna rozumieć swoje błędy, chce je naprawić, a potem oprócz swojego życia chce uratować jeszcze inne, które sama zniszczyła. "Jak jeden gest, jedno słowo może nieodwracalnie zmienić bieg naszego życia, tak jak poderwanie się motyli w Tajlandii może wywołać tornado w Stanach Zjednoczonych." Powieść jest bardzo dobrze napisana. Opisuje dylematy nastolatki, najpierw zwykłe, codzienne, a potem te dotyczące właściwego postępowania. W książce znaj-dują się rozważania na temat życia i śmier-ci i tego, co w życiu jest naprawdę ważne. Zaczynając lekturę książki można się obawiać, że opisywanie jednego i tego samego dnia może stać się nudne – nic bardziej mylnego! Chociaż z tą samą datą, każdy dzień jest inny. Razem z Sam

RECENZJA KSIĄŻKOWA

dowiadujemy się, jaki ogromny wpływ mamy na własne życie i na życie innych ludzi. Jak jeden gest, jedno słowo może nieodwracalnie zmienić bieg naszego życia, tak jak poderwanie się motyli w Tajlandii może wywołać tornado w Stanach Zjedno-czonych. Czytając „7 razy dziś” zdajemy sobie sprawę, że to, co zrobimy, nawet najmniejsza rzecz, może doprowadzić do ogromnych konsekwencji. "(...) jesteśmy świadkami przemiany, jaka zachodzi w Sam. Zaczyna rozumieć swoje błędy, chce je naprawić, a potem oprócz swojego życia chce uratować jeszcze inne, które sama zniszczyła." „7 razy dziś” to udany debiut Lauren Oliver. Książka daje do myślenia i czyta się ją bardzo szybko. Uważam, że każdy powinien sięgnąć po tę pozycję, by w pełni docenić to, co naprawdę jest ważne w życiu. Agnieszka Nowak DION - TANK FULL OF BLUES
Ten niespełna 73–letni staruszek wy-dał po czterech latach płytę, która po-wraca do korzeni, nawiązując do tzw. "czarnego bluesa". Można było się te-go spodziewać...
RECENZJA PŁYTY

Wcześniejsza twórczość Diona to łączenie różnorodnych stylów jak rock and roll, doo wop czy folk rock. Dociekliwi odnajdą inne mieszanki, wszak DiMucci to wszech-stronny i piekielnie uzdolniony artysta. Poc-zątki jego scenicznej przygody przypada-jące na lata 50. XX wieku to współpraca z The Belmonts. Później nastąpiło pewnego rodzaju wypalenie zawodowe, ponieważ artysta zajmował się graniem dla nas-tolatków. Przyszedł jednak czas, by wydo-rośleć, a owocem tego była najpierw płyta „Bronx in Blue” (2006) następnie, „Heroes: Giants of Early Guitar Rock” (2008), a zwieńczenie nastąpiło w bardzo dobrym wydawnictwie „Tank Full of Blues”. Płytę rozpoczyna tytułowa piosenka – „Tank Full of Blues”, pełna rytmicznej i żywej, ale zarazem bardzo prostej melodii. Ten utwór to swoisty odpowiednik jednego z rozdziałów biografii Diona.

RECENZJA PŁYTY

Wspomina o początkach fascynacji muzy-ką, płynących dźwięków z radia i odczu-ciach, jakie mu wtedy towarzyszyły. "Wcześniejsza twórczość Diona to łączenie różnorodnych stylów jak rock and roll, doo wop czy folk rock." Dość szybko, bo już w drugim utworze, widać wyłamanie z bluesowego charakteru. „I Read It (In the Rolling Stone)” to bar-wna, pełna ironicznego słowa opowieść o mediach. Zwraca uwagę na mentalność ludzi sugerujących się tym, co pseudo-dziennikarze piszą w gazetach. Spostrze-gawczy zauważą pewną nostalgię w głosie spowodowaną tym, że ważną rolę w życiu ludzi, odgrywa dość ograniczony podział na to co jest "na fali" lub "passe". A szkoda... Kolejno trzy utwory: „Holly Brown”, „Two Train” i „Do You Love Me Baby” to pokaz trzech różnych „twarzy” Diona. Pierwszy kawałek jest oddaniem hołdu największym mistrzom bluesa. Uwypukla się to w nawią-zaniu do klasyku „Cross Roads” Johnsona. Środkowy utwór został przeznaczony na pokaz głosu DiMucci'ego, a w połączeniu z mocą daje kawałek dobrego materiału. Powolne, przeciągane frazy przechodzące w melorecytację, pokazują alternatywne

RECENZJA PŁYTY

podejście do bluesa, a nawet przełamanie pewnych ram, jakimi się rządzi. Ostatnia piosenka z tego grona to popis gitarowego fachu i doświadczenia. Liczy się tylko mu-zyka, słowa nie mają większego znaczenia. Warto zwrócić uwagę na ten utwór, gdyż żaden inny z krążka nie poszczyci się tego rodzaju budową. Zwykło się mawiać, że ostatki to rzecz o negatywnym wydźwięku. Dion wbrew tej zasadzie stworzył znakomity kawałek – „My Baby's cryin”. Zafundował nam cofnięcie się o niecałe 70 lat i zaprezentował najczystszego chicagowskiego bluesa. Bez zbędnych ozdobników i patetycznego nas-troju. Po prostu blues. W zakończeniu znajduje się kapitalna kompozycja – „Bronx Poem”. Delikatne szarpnięcia strun, melancholijny nastrój – wprost idealny do zestawienia życia z ma-rzeniami. Kilka wersów o realnych prob-lemach i utopijnych uczuciach ludzi z wiel-kich miast. Biały blues w wykonaniu Diona, ciekawe kompozycje, liczne odniesienia do ojców bluesa z poprzedniego wieku, dają nam kompletną całość. Nie zostały tu przetarte nowe szlaki, a raczej potwierdzone zostało to, co dobre w amerykańskiej muzyce. Michał Fila STUDENT POTRAFI
...CIEKAWOSTEK KILKA Z ŻYCIA ŻAKA.
SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

„Bywa, że w naszych lodówkach ja-dalny jest tylko szron” – to powie-dzenie w dosyć istotny sposób określa pewne aspekty studenckiego żywota. Ale takich „atrakcji” jest znacznie więcej. Poznajcie kilka z nich. 1) Tosty z pasztetem i ziemniaki z chlebem to jedne ze skrajnych pomysłów dań pozwalających na przeżycie dnia, kiedy portfel odmówił posłuszeństwa po ostatniej imprezie. Zdecydowany prym wśród sma-kołyków, rarytasów i wszelkich przypraw zarazem wiedzie natomiast keczup. 2) Jak długo można przeżyć za oszczę-dności wynoszące 5 złotych? Choć dla niektórych może się to wydać abstrakcją, znane są przypadki, które wydatki za taką gotówkę zagospodarowały na… tydzień. 3) Co można zrobić z zepsutym krzesłem? Odstawić w miejsce przechowywania in-nych podobnych sprzętów, naprawić, lub… wyrzucić oknem z piątego piętra – jak to razu pewnego zrobił student jednego

SPOŁECZEŃSTWO

z akademików (ofiar w zwierzętach bądź ludziach, o dziwo, nie było). "W rozpalaniu studenckiego grilla nie ma nic dziwnego – chyba, że uprzednio został on ustawiony w pokoju akademickim." 4) „Wpływ sesji egzaminacyjnej na stan biologii pochwy u studentek środowiska wrocławskiego.” – to jeden z najbardziej oryginalnych tytułów pracy magisterskiej obronionej kilka lat temu przez jednego z tamtejszych studentów, która zyskała już sławę o zasięgu ogólnopolskim (swoją dro-gą ciekawe, w jaki sposób przebiegała jej część „badawcza”…) 5) Pamiętacie słynną komórkową grę w „Snejka”? Jej wersję „maxi” stworzyli kiedyś mieszkańcy miasteczka studenckie-go na krakowskim AGH–u. Za planszę do gry posłużyła ściana budynku, wężem zaś stały się jego okna, które za pomocą zsynchronizowanego gaszenia i zapalania światła przez mieszkańców kolejnych pokoi, obserwowane z zewnątrz sprawiały wrażenie autentycznej gry (no tak, w koń-cu studenci Górniczo–Hutniczej to spec-jaliści od nauk ścisłych, prędkości światła i dźwięku…) 6) W rozpalaniu studenckiego grilla nie ma nic dziwnego – chyba, że uprzednio został

SPOŁECZEŃSTWO

on ustawiony w pokoju akademickim. Cóż, alternatywa w przypadku brzydkiej pogo-dy bardzo ciekawa. Tyle, że w najlepszym przypadku grożąca naganą, a w najgor-szym – wyrzuceniem „pomysłodawcy” z akademika. 7) Portierzy inwigilujący gości Domów Studenta to jedna z największych zmór młodych imprezowiczów. Stosuje się więc przeróżne metody uniknięcia „sprawdzenia” czy płacenia za nielegalnie spędzoną dobę. Jedną z najpopularniejszych jest wcho-dzenie oknem bezpośrednio do pokoju gospodarza lub oddalonej od umiejsco-wienia kamer kuchni. Wtedy, jako że okna te zazwyczaj umiejscowione są dość wysoko, w akcję „przetransportowania” gości równocześnie angażuje się nawet kilka osób. 8) Od dwóch do pięciu metrów – tyle może liczyć standardowa ściąga żaka, który właśnie wybiera się na egzamin pisemny. Zwinięta w efektowną harmonijkę, potrafi w sobie pomieścić nawet kopię całego podręcznika! "(...) popularną „cytrynówkę” na spirytusie lub nalewkę z M&M–sów można nabyć na prawie każdym akademiku już za 6 czy 7 złotych." 9) Kombinatorstwo w czasie sesji egza-minacyjnej kwitnie i fakt ten chyba już

SPOŁECZEŃSTWO "Od dwóch do pięciu metrów – tyle może liczyć standardowa ściąga żaka, który właśnie wybiera się na egzamin pisemny."

nikogo nie dziwi, popularne są więc zwolnienia lekarskie i telefony do egzami-natorów. Dziwić mogą natomiast powody, jakie podają przyszli nieobecni – bo tako-wymi może stać się wszystko: chociażby… biegunka. 10) Potrzeba matką wynalazku – przy-słowie to chyba najlepiej znają ci, którym kiedyś w trakcie imprezy brakło pieniędzy na firmowy trunek z monopolowego. Ale przyszli inżynierowie i magistrzy sposób na to znaleźli w rozwoju lokalnego przemysłu bimbrowniczego: popularną „cytrynówkę” na spirytusie lub nalewkę z M&M–sów można nabyć na prawie każdym akade-miku już za 6 czy 7 złotych. Przy zakupie nie polecamy jednak pytać o jej dokładny skład. 11) Kiedy chleb jest ciepły? Wówczas, kiedy jest świeży lub… spleśniały. Takiego odkrycia dokonało dwóch współlokatorów w czasie wiosennych porządków, kiedy za kolekcją swych puszek po piwie odkryli zzieleniały bochenek zapakowany w och-ronną folię. Zapytani o to, jak dużo czasu trzeba na wyhodowanie takiego przysma-ku, nie potrafili precyzyjnie odpowiedzieć. 12) Święta w akademiku to czas szcze-gólny i czas ten chcą uczcić także ci, którym nie dane będzie na długo wyjechać do domu. Z braku funduszy i efektownych ozdób, studenci często poszukują jakiejś alternatywy na stworzenie nastroju i ude-korowanie swoich pokoi. Jednym z nich jest choinka skonstruowana z… pustej flaszki po wódce i puszek po piwie.

SPOŁECZEŃSTWO

"Jak długo można przeżyć za oszczędności wynoszące 5 złotych? (...) znane są przypadki, które wydatki za taką gotówkę zagospodarowały na… tydzień." 13) Około 5 dób z rzędu – tyle czasu potrafi spędzić student w czasie sesji egzaminacyjnej na nauce, prawie zupełnie przy tym nie sypiając. Mimo to, zapytany (kiedy jest już po wszystkim, a sesja została zdana, odespana i należycie opita), czy studiowanie się opłaca, bez namysłu kiwa głową… …bo jeśli nie studia, to co? Faustyna Cisło CC by crowcig CC by m_p_fjqa CC by traggen CZAS NA
JUWENALIA!
SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

Jak głosi legenda, początek swojej historii studenckie juwenalia zawdzięczają najpra-wdopodobniej Neronowi, który z okazji ogolenia swej brody, w I w. n.e., jako pierwszy wymyślił ideę igrzysk z udziałem młodzieży. W Polsce tradycja ta, o dziwo, rozkwitła w konserwatywnych czasach średniowiecznych, a Kraków każdej wiosny rozbrzmiewał w czasie wesołych korowo-dów studentów tamtejszej Akademii. Nas-tępnie idea święta żaka bardzo szybko przeniosła się do innych miast i przetrwała do dzisiaj, choć w znacznie zmienionej formie. Aktualnie na nieco dalszy plan zeszły pokazy teatralne i zawody sportowe (kultywowane jeszcze w latach PRLu), większą wagę przywiązuje się natomiast do zabawy w towarzystwie muzyków, a na koncerty niejednokrotnie zapraszane są gwiazdy z całego świata. I choć „co kraj, to obyczaj”, a same juwenalia w każdym mieście przybierają nieco różniące się między sobą nazwy (Ekonomalia, Ursynalia itp.), dwie rzeczy pozostają stałym i nie-zmiennym elementem każdego takiego święta: korowód i… przyśpiewki. I o ile ten

SPOŁECZEŃSTWO

pierwszy w każdym miejscu wygląda podobnie, tak pieśni i hasła wykrzykiwane przez młodych studentów są wszędzie różne i dotyczą zazwyczaj nie tylko sła-wienia różnego rodzaju trunków (jakże ściśle związanych z tym okresem!), ale także potyczek międzymiastowych, między-osiedlowych i międzywydziałowych. Poznajcie kilka z nich: 1) Juwejuwejuwenalia! Kto nie pije, ten kanalia! 2) (wersja zamienna do poprzedniej) Kto się uczy w juwenalia, ten jest świnia i ka-nalia. 3) (o politechnice) – Piwo! Wóda! Polibuda! – Seks! Muzyka! Politechnika! 4) (krakowski Uniwersytet Jagielloński w oczach tamtejszego AGHu): – UJ się uczy sialalalala, AGieH się bawi sialalalalala – Śpiewają miasta, śpiewają wioski – największy kujon: UJ krakowski – Skrypty! Książki! Jagielloński! 5) (Akademia Górniczo Hutnicza o sobie): Literka A, literka G, literka H jak AGH. Kto tych literek nie szanuje, ten niech się w d*** pocałuje! 6) (riposta „Jagiellonki”): Żółto–niebieskie, to nasze barwy królewskie! 7) (przyśpiewki Wydziału Ekonomicznego): – Powiedz U, powiedz E, ekonomiczny bawi się! – Gwałcić, rabować – Ekonomiczny musi

SPOŁECZEŃSTWO

panować! – Wszystkim innym radę da nasz najlepszy UEK – Mówcie, co chcecie, UEK najlepszy na świecie! "Wbrew wszelkim stereotypom dotyczącym studenckiego lenia, polska młodzież posiada (...) spore zasoby poczucia humoru, pomysłowości i fantazji." Poza przyśpiewkami czy zwykłymi sloga-nami istnieją też bardziej ambitne twory artystyczne: własnymi hymnami mogą poszczycić się m.in. Olsztyn i Warszawa. Coraz częściej organizowane są też kon-kursy na ogólnopolskie hasło juwenaliowe, a chętnych za każdym razem nie brakuje. Wbrew wszelkim stereotypom dotyczącym studenckiego lenia, polska młodzież posia-da więc, jak widać, spore zasoby poczucia humoru, pomysłowości i fantazji. Co wy-myślą za lat kilka, kilkanaście? Strach po-myśleć, ale i żal nie zobaczyć. Zebrała: Faustyna Cisło „ŻYCIE BEZ ŻAGLOWCÓW
DLA MNIE NIE ISTNIEJE.”
TEMAT NUMERU TEMAT NUMERU

Małgosia Czarnomska to osoba, w której żyłach zamiast krwi, płynie słona woda morska. Autorka dwóch podręczników dla żeglarzy, od kilku lat pełni funkcje oficerskie na żag-lowcach. W listopadzie, w wieku 28 lat, została najmłodszą kobietą–kapi-tanem żaglowca w Polsce. W przer-wach między rejsami zajmuje się szkoleniami i edukacją morską mło-dzieży. Jak sama mówi, wszystko, co robi, prowadzi na morze lub jest z morzem związane. Jak i kiedy zaczęła się Twoja przy-goda z morzem? Przygodę z morzem zaczęłam dość późno, bo w wieku osiemnastu lat. Poczatkowo brałam udział w młodzieżowych rejsach na Mazurach i skipperzy, czyli sternicy, którzy prowadzili te rejsy, opowiadali nam legendy z morza i to w jakiś sposób rozbudziło moją ciekawość. Postanowiłam sama spróbować takiej przygody i już mi tak zostało.

TEMAT NUMERU

"Starcie z rzeczywistością zawodowego żeglarstwa było dosyć szorstkie." Kiedy przesiadłaś się na żaglowce? Swój pierwszy rejs morski odbyłam krótko potem na małym żaglowcu Kapitan Gło-wacki. Nie sądzę, żeby ten rejs miał znaczny wpływ na to, że pływałam później coraz więcej. Moja przygoda z żaglowcami była bardziej zainicjowana tym, że bardzo chciałam popłynąć na „Szkołę pod żag-lami”. Chciałam pływać z młodzieżą i mieć wkład w ideę edukacji pod żaglami, dlate-go też zaczęłam coraz częściej pływać. Najpierw pływałam na Pogorii, później na Chopinie, potem przesiadłam się na żaglo-wce zagraniczne, na Concordię i Sørlandet. Wszystko jednak wskazuje na to, że w naj-bliższym czasie wrócę na Chopina. Jak wygląda droga do osiągnięcia stopnia oficera na żaglowcu? Oprócz uprawnień żeglarskich, które trzeba mieć, a do nich kwalifikują się jachtowy sternik morski i kapitan jachtowy, trzeba posiadać też dodatkowe uprawnienia, np. radiowe, ewentualnie radarowe, ale poza tym zasadniczo wszystko opiera się o doś-wiadczenie. Przede wszystkim kapitanowie chcą, by oficer miał doświadczenie na konkretnym statku i go znał. Przeważnie to, czy osoba może pełnić na żaglowcu funkcję oficerską, jest właśnie decyzją kapitana. Dzieje się tak w szczególności w przypadku oficerów – wolontariuszy,

TEMAT NUMERU

którzy pływają za darmo pełniąc przy tym funkcje oficerskie. Natomiast w przypadku żeglarzy zawodowych, decyzję o zatrudnie-niu oficera podejmuje armator w porozu-mieniu z kapitanem. "(...) wtedy wydawało mi się, że Morze Śródziemne jest tak daleko, że dalej już nie da się popłynąć i że szczytem marzeń jest spędzenie miesiąca na żaglowcu." Pływałaś dla Class Afloat – kana-dyjskiej „Szkoły pod żaglami”. W jaki sposób tam trafiłaś? To dzieło przypadku. Początkowo bardzo chciałam brać udział w polskiej „Szkole pod żaglami” na Pogorii. Są to miesięczne szkoły dla licealistów. To było moje ma-rzenie i wtedy wydawało mi się, że Morze Śródziemne jest tak daleko, że dalej już nie da się popłynąć i że szczytem marzeń jest spędzenie miesiąca na żaglowcu. Osta-tecznie dostałam propozycję takiego rejsu, ale musiałam z niego zrezygnować z uwagi na uczelnię. Jakiś czas później kolega całkowicie przypadkowo wspomniał, że czytał o pewnym żaglowcu, Concordii, na którym jest taka kanadyjska szkoła i że na jej stronie internetowej można aplikować swoje zgłoszenia. Oczywiście jeszcze tego samego wieczoru weszłam na tę stronę. Po

TEMAT NUMERU "Polacy odznaczają się kreatywnością i rzadko sztywno podporządkowują się pewnym normom (...)"

zebraniu odpowiednich dokumentów i refe-rencji, które były wymagane, wysłałam swoje zgłoszenie. Nikt mi nie odpowiedział, więc średnio co dwa tygodnie przez rok wysyłałam im aplikacje. W tym czasie skontaktowali się ze mną tylko raz, z pyta-niem, czy możemy się spotkać, kiedy statek będzie w Gdyni. Dowiedziałam się wtedy, które uprawnienia zawodowe mu- szę jeszcze zrobić, by móc pływać na Con-cordii, a kiedy je już zdobyłam, to popły-nęłam w rejs. To były długie rejsy? Nie bałaś się, że sobie nie poradzisz? Oczywiście, że się bałam! (śmiech) To był mój pierwszy kontakt z pływaniem zawo-dowym, wcześniej zawsze pływałam w ra-mach wolontariatu. Starcie z rzeczywistoś- cią zawodowego żeglarstwa było dosyć szorstkie. Przeciętny kontrakt na Concordii trwał trzy lub sześć miesięcy. Mój był nie-standardowy, bo trwał cztery miesiące, a pierwsza połowa upłynęła mi na bardzo intensywnej nauce. Nie chodzi mi o sztukę żeglarską, ale standardy pracy i o to, jak należało wykonywać swoje obowiązki. Jak zareagowała Twoja rodzina na wieść o tak długim rejsie? Rodzina już wcześniej była przyzwyczajana do mojej kilkumiesięcznej nieobecności w domu, bo prędzej zajmowałam się też innymi rzeczami, np. kajakarstwem. A kie-dy powiedziałam, że płynę z Kapsztadu przez Karaiby aż do Kanady, bo to była trasa pierwszego rejsu, to mama złapała się za głowę, a ojciec się ucieszył. Oboje

TEMAT NUMERU

oczywiście liczyli na to, że rejs będzie jednorazową przygodą, ale później pogo-dzili się z tym, że wypływałam w morze coraz częściej. Co należało do Twoich obowiązków jako oficera? To są dość standardowe obowiązki. Zaczy-nałam od funkcji drugiego oficera, a taka osoba jest jednocześnie safety officer. Oprócz prowadzenia wachty, która była w dwóch zmianach czterogodzinnych, mia-łam pod swoją opieką cały sprzęt ratun-kowy. Byłam również odpowiedzialna za przeprowadzanie alarmów ćwiczebnych. Natomiast później pływałam jako pierwszy oficer. Taka osoba to prawa ręka kapitana, która wprowadza w życie jego zarządzenia i pilnuje, aby na statku wszystko było tak jak powinno. Poza prowadzeniem swoich wacht, jest też przełożonym pozostałych członków załogi. Co było najtrudniejsze w takich rej-sach? Obowiązki? Tęsknota? Jak już mówiłam, obowiązki to standar-dowe rzeczy na każdym statku, ponieważ są pewne normy i wystarczy ich przes-trzegać. Gdy już raz się tego nauczyłam, później nie sprawiało mi to żadnych trudności. Najtrudniejsze w długich rejsach były takie momenty uświadamiania sobie, że wszyscy bliscy są bardzo daleko i cza-sami nawet nie można do nich zadzwonić. Każdy z żeglarzy wypływających na dłuższy czas, każdy, kto ma rodzinę, przeżywa tego typu sytuacje.

TEMAT NUMERU

Jak więc wyglądała Gwiazdka na statku? To było najgorsze. Przeżyłam jedne święta Bożego Narodzenia na morzu i potem za wszelką cenę unikałam kontraktów w cza-sie świąt. Byłam wtedy na Concordii, a Gwiazdkę spędzaliśmy na morzu. W tym samym rejsie płynął też drugi żaglowiec – Fryderyk Chopin, z polską stałą załogą na pokładzie. Na Concordii z załogi polskiej poza mną byli jeszcze mechanicy i kapitan. Załoga Chopina miała kolację wigilijną, było im łatwiej, my natomiast nie mieliśmy nic podobnego. Pływałaś na polskich i zagranicznych żaglowcach. Różnica w ich utrzyma-niu czy prowadzeniu jest widoczna? Polscy armatorzy i marynarze charaktery-zują się pewnymi cechami, których nie wykazują np. skandynawscy armatorzy i odwrotnie. Polacy odznaczają się kreatyw-nością i rzadko sztywno podporządkowują się pewnym normom, z kolei Skandyna-wowie nie wyobrażają sobie życia bez norm i jakiekolwiek wolne myślenie nie jest mile widziane. Oczywiście są też różnice między statkami. Na pewno Concordia i Sørlandet były lepiej utrzymane niż standardowy polski żaglowiec, ale w Polsce przeznacza się mniej funduszy na aspekty dotyczące utrzymania statku. Jak wyglądał przeciętny dzień z Two-jego życia jako oficera na żaglowcu? Wracając do początków kariery... mój dzień jako drugiego oficera na Concordii wyglądał tak: wachty od północy do czwartej nad ranem i później od dwunastej w południe do szesnastej. Nocą na szczę -

TEMAT NUMERU

szście nie byłam sama na mostku, były też dzieciaki, które pełniły swoje funkcje. Po wachcie najczęściej kładłam się do koi. O ósmej rano było podniesienie bandery. Jest to poranny apel, czyli zbiórka całej załogi, podczas której wybijamy tzw. „szklanki” (bicie w dzwon). Wtedy poru-szane są sprawy wymagające obecności wszystkich z nas. Każdy może też powie-dzieć coś od siebie albo zadać pytania ka-pitanowi bądź oficerom. Niektórzy kapita-nowie zwalniali mnie z obowiązku uczes-tniczenia w podnoszeniu bandery ze wzglę-du na godziny moich wacht, ale kiedy brałam w tym udział, to następnie zaczy-nałam pracować około dziesiątej i przez dwie godziny załatwiałam sprawy związane z bezpieczeństwem. Później była kolejna wachta, a po niej znów różne prace związane z utrzymaniem statku. Wieczor - em kolacja, sen i o północy wszystko za-czynało się od początku. Powtarzając cały czas to samo, nie masz wrażenia, że jest to mono-tonne? Nie ma czasu się znudzić, ponieważ na statku jest zawsze dużo pracy. Człowiek przyzwyczaja się do poziomu zmęczenia, ilości pracy i snu. Osobiście nigdy nie odczuwałam nudy. Jak wygląda pływanie podczas sztor-mów? Sztorm sztormowi nie równy. Są takie, kiedy wszyscy modlą się o przetrwanie, a są takie, że po prostu podejmujemy standardowe działania zabezpieczające sta-tek i załogę i się płynie. Dzień jest taki sam, a obowiązków nie jest mniej.

TEMAT NUMERU "Ludzie uczą się skromności i powściągliwości, a przebywanie na statku wydobywa z nich dobre cechy."

Ewentualnie niektóre z nich są niemożliwe do wykonania, m.in. dlatego, że pokład jest zalewany przez fale albo są zbyt duże przechyły. Życie w sztormie od życia na spokojnym morzu różni się jedynie tym, że trudniej się przemieszczać i funkcjonować. Na przechylonym i rozbujanym statku nie-łatwo jest spać, jeść czy gotować. Pisałaś kiedyś na blogu, że podczas rejsu w maszt Sørlandet uderzył piorun. Jak to wyglądało? Wyglądało groźniej niż było naprawdę. Nie było mnie wtedy na pokładzie, bo właśnie skończyłam swoją wachtę, kończyłam myć zęby i miałam zamiar iść spać. Akurat w tym czasie rozległ się huk, a ja dopiero po chwili zorientowałam się, że kucam na podłodze i osłaniam głowę rękoma. To było całkowicie instynktowne. Huk był tak ogromny, że miałam wrażenie, że statek rozpada się na pół. Myślałam o tym, czy się przechylamy, czy nabieramy wody, czy roz-legają się jakieś alarmy. Byłam przeko-nana, że coś wybuchło na statku albo że w coś uderzyliśmy i toniemy. Jak najszybciej założyłam na siebie ubrania i wybiegłam na pokład. Tam dopiero dowiedziałam się, co się stało. Cała elektronika była spalona i włączyły się najróżniejsze alarmy. Zatyka-liśmy głośniki szmatami, żeby można było skupić się nad czymkolwiek i próbowaliśmy ustalić, jaki sprzęt nam został do nawigo-wania, bo podstawowy GPS straciliśmy. Wszystko w końcu opanowaliśmy i dopły-nęliśmy bezpiecznie do portu. Problemem natomiast była kwestia psychologiczna u dzieci, które to widziały, bo wyglądało to

TEMAT NUMERU

podobno jak kula ognia czy fajerwerki idące od czubka masztu. Część z tych dzieciaków przeżyła katastrofę Concordii, która zatonęła dwa lata temu, więc gdy zobaczyły coś takiego, reagowały niekiedy spazmami. "Huk był tak ogromny, że miałam wrażenie, że statek rozpada się na pół. (...) Byłam przekonana, że coś wybuchło na statku albo że w coś uderzyliśmy i toniemy." Były jakieś inne nieoczekiwane zda-rzenia albo wypadki? Pewnie, że tak. Awarie są właściwie na porządku dziennym i każdy, kto pływa, musi się z tym liczyć. Są awarie typu chłodzenie silnika, porwane żagle albo liny urywają się wysoko na masztach i spada-jąc, uderzają o pokład, cudem omijając czyjąś głowę. Nigdy nie miałam jednak dramatycznych akcji i mam nadzieję, że tak zostanie. Statek ma ograniczoną powierzchnię, na której przebywa sporo osób, które widuje się cały czas. Nie jest to fru-strujące? To dość ciekawa kwestia. Jednak załoga na statku organizuje się w pewien sposób i każdy jest w stanie wydobyć dla siebie minimum prywatności. Oficerowi jest oczy-

TEMAT NUMERU

wiście łatwiej, a ja jako kobieta dostawa-łam swoją kajutę, więc miałam komfort. Ale ludzie też wykształcają w sobie różne umiejętności, na przykład nie narzucają się, ale pomagają innym. Narzucanie się i demonstrowanie swojej obecności nigdy nie jest mile widziane i zawsze kończy się tym, że nikt Cię nie będzie lubił, ani nie będzie chciał z Tobą rozmawiać. Ludzie uczą się skromności i powściągliwości, a przebywanie na statku wydobywa z nich dobre cechy. Co wspominasz najlepiej z rejsów? Mam mnóstwo wspomnień z rejsów i tru-dno powiedzieć, co jest najlepsze. Są piękne wspomnienia dotyczące miejsc, jak na przykład przylądki Ameryki Południowej i Afryki, są wspomnienia wycieczek na wulkany, kajaków na morzu, wielorybów i jest tego wiele. Ale również dzieciaki i na-sze rozmowy w nocy wspominam bardzo ciepło. Liczyłaś, ile portów odwiedziłaś? Nie, nie mam pojęcia, ile ich było (śmiech). To prawda, że zostałaś najmłodszą kobietą–kapitanem żaglowca w Pol-sce? Tak, w listopadzie poprowadziłam stuletni żaglowiec Kapitan Borchardt, który jest najnowszym polskim nabytkiem. Płynęli-śmy ze Szczecina do Cuxhaven. Na pewno w Polsce żadna młodsza ode mnie kobieta nie prowadziła wcześniej żadnego żag-lowca.

TEMAT NUMERU



TEMAT NUMERU

Jak to jest być kapitanem i być odpo-wiedzialnym za cały statek i załogę? Dawno temu ktoś mi powiedział, że kapitan to najgorsza funkcja na statku. Nie rozumiałam tego, bo przecież kapitan nic nie robi, tylko chodzi, dogląda, dowodzi, śpi, je i to wszystko. Jednak poprowa-dzenie statku, który ma około 50 metrów długości i kilkadziesiąt osób na pokładzie, to ogromna odpowiedzialność. Jest dużo aspektów, o których kapitan musi myśleć, wiele spraw i decyzji, a one zachodzą tylko w jego głowie, więc ludzie rzeczywiście mogą myśleć, że taka osoba tylko chodzi i dowodzi. "Dawno temu ktoś mi powiedział, że kapitan to najgorsza funkcja na statku. Nie rozumiałam tego, bo przecież kapitan nic nie robi, tylko chodzi, dogląda, dowodzi (...) i to wszystko." A jakie to sprawy? Bardzo przyziemne dla statku, na przykład: kiedy muszę zadzwonić do portu, żeby zarezerwować keję? Statek jest duży, więc najczęściej stoi w porcie handlowym, a nie w marinie i rezerwowanie kei nie jest takie proste. A co zrobię, jak nie będzie kei? Czy "Dotychczas pływałam bardzo intensywnie, więc w czasie między rejsami odpoczywałam, nadrabiałam wtedy kontakty z rodziną i znajomymi (...)" muszę się odprawić celnie? Jakie doku-menty muszę przygotować? Czy starczy nam paliwa, czy potrzebuję zapasowych części? Spraw jest naprawdę bardzo dużo, włącznie z tym, ile czasu potrzebuje załoga, by przygotować statek do wejścia do portu, ile potrzebuje, by postawiła żagle. Trzeba myśleć też o tym, co zrobić, gdyby nagle coś się zepsuło albo była niespodziewana awaria. To wszystko oczywiście dzieje się w mojej głowie. Dodatkowo załoga ma również swoje problemy, które chce rozwiązać i atakuje mnie informacjami i pytaniami. Co robisz, kiedy nie bierzesz udziału w żadnym rejsie? Dotychczas pływałam bardzo intensywnie, więc w czasie między rejsami odpoczy-wałam, nadrabiałam wtedy kontakty z ro-dziną i znajomymi próbując podtrzymywać swoje tutejsze życie. W zeszłym roku zwolniłam nieco tempo. Obecnie w między-czasie prowadzę szkolenia żeglarskie, współpracuję z wydawnictwem Almapress, które wydało dwa moje podręczniki, a od

TEMAT NUMERU

niedawna pracuję w firmie 3Oceans zarzą-dzającej Chopinem. "Na pewno w Polsce żadna młodsza ode mnie kobieta nie prowadziła wcześniej żadnego żaglowca." Płyniesz gdzieś w najbliższym czasie? Tak, za miesiąc (śmiech). Nie wiem, dokąd, ale prawdopodobnie za miesiąc wsiądę na Chopina. Wyobrażasz sobie życie bez morza i żaglowców? Próbowałam i mi nie wyszło. Życie bez żaglowców dla mnie nie istnieje. Miałam czteromiesięczną przerwę w rejsach i mu-szę przyznać, że zdecydowanie potrzebuję gdzieś popłynąć. Nie wyobrażam sobie zmiany stylu życia i nie zamierzam go zmieniać. Dla zainteresowanych: więcej opowieści z rejsów znajdziecie na stronie: www.gosianamorzu.blog.pl Rozmawiała: Agata Andrzejak Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony www.gosianamorzu.blog.pl