Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury strona 6 jednym strzałem strona 7 z szuflady bluesmana strona 9 (nie)sprzyjająca aura muzycznych wzniesień strona 10 nic nie jest za darmo strona 20 gwiezdne latarnie strona 22 niezgodnie z planem strona 26 odpadli z podniesionymi głowami strona 32 filozofia gry strona 35 najsłabsza drużyna euro strona 38 OUTRO NA SPORTOWO

Outro Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl rekrutacja(@)outro.pl Redaktorzy naczelni: Monika Toppich Kamil Wiśniowski Zastępca: Paulina Zguda Sekretarz redakcji: Marek Suska Zastępca: Magdalena Wąwoźna Redaktor prowadzący: Kamil Aftyka Korekta wydania: Agata Andrzejak Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Patrycja Rawska (społeczeństwo), Maciej Kulina (sport), Agata Andrzejak (korekta), Dorota Stach (foto), Patryk Skoczylas (graficy). Korekta: Agata Andrzejak, Maria Gołaszewska, Martyna Kłopeć, Agnieszka Dydacka, Faustyna Cisło, Nina Bezpałko, Agata Hajduk, Cynthia Schmidt, Patryk Łowicki Graficy: Angelika Marchewka, Jarosław Stępień, Dorota Stach, Adam Białek, Paweł Szpondowski Fotoedycja wydania: Kamil Aftyka Projekt okładki: Patryk Skoczylas Zdjęcie na okładce: Πρωθυπουργός της Ελλάδας (CC BY 2.0)

Patrząc na najnowszy numer, śmiało moż-na stwierdzić, że Outro staje się na mo-ment gazetą sportową. Bo i trudno tego uniknąć, kiedy czerwiec i początek lipca okazały się tak emocjonującym okresem, gorącym w stopniu adekwatnym do pogo-dy. Siatkarze są mistrzami Ligi Światowej, Agnieszka Radwańska drugą rakietą Wim-bledonu – historia polskiego sportu dzieje się na naszych oczach. Tymczasem uroczyście przysięgamy, że to ostatnie teksty o Euro na najbliższych kilka numerów. W tym podsumowujemy, jak wyglądało to wielkie wydarzenia sportowe i dlaczego wypadło… kompletnie nie po na-szej myśli. Polacy, których narodową cechą spokojnie można określić narzekanie na wszystko, co się rusza, zupełnie inaczej przewidywali Mistrzostwa. A jak wyszło, mogliśmy zobaczyć wszyscy: tysiące zagra-nicznych kibiców mają w sercu niezmiernie ciepłe wspomnienia z pobytu w naszym kraju. Jeśli jednak wolicie trzymać się z dala od każdej dyscypliny, bez obaw, i tak mamy coś dla Was. Interesują Was relacja z Ope-n'era czy gwiezdne latarnie? Odsyłam do lektury dalszych stron. Spokojnie, na razie mamy luzy od wszelkich doniesień sporto-wych. Do czasu, bo przecież… Igrzyska Olimpijskie zaczną się dopiero za niecałe trzy tygodnie. Paulina



WOKÓŁ W rytmach flamenco

WOKÓŁ KULTURY

Letnie kino W ramach cyklu wakacyj-nych spotkań ze świato-wym kinem, na plaży w Gdyni Orłowie 10 lipca zostanie wyświetlony film niemieckiego reżysera Faith Akina, zatytułowany „Soul Kitchen”. Historia opowiadająca losy Zinosa, właściciela podupadającej restauracji. KULTURY Katowicki LOT Jak co roku w podcieniach Centrum Kultury Katowice odbędzie się już 14. edycja Letniego Ogrodu Teatral-nego, przeglądu najcie-kawszych przedstawień teatralnych i kabareto-wych, w ramach którego 14 lipca Teatr Polski w Bielsku–Białej wystawi sztukę zatytułowaną „Mi-łość w Koenigshutte”. Street art Od 13 do 15 lipca w War-szawie odbędzie się XX Międzynarodowy Festiwal Sztuka Ulicy. W piątek na Rynku Nowego Miasta za-prezentują swoje umiejęt-ności Teatr Kryly Halopa z Białorusi, Wędrujące lalki pana Pezo z Rosji i polski teatr Tu i Tam. Koncertowe lato 15 lipca na plenerowej „Letniej Scenie Radia Kra-ków” wystąpi wokalno–in-strumentalny zespół z Rej-kjaviku, powstały w 2008 roku – ÁRSTÍÐIR. Alicja Wojtas Fot. 1: hr.icio (CC BY 2.0) Fot. 2: Dance Photographer - Brendan Lally (CC BY 2.0) W Synagodze pod Białym Bocianem we Wrocławiu 15 lipca odbędzie się unikalny koncert pod hasłem „Naj-cenniejsze pieśni i taniec flamenco z Kadyksu”, na któ-rym artyści pochodzący z hiszpańskiego miasta porto-wego, z regionu Andaluzji, zaprezentują swoje umie-jętności wokalne i taneczne. Impreza będzie praw-dziwą ucztą dla miłośników flamenco. Na koncercie wystąpią: Carmen de la Jara, María Moreno, Juan Jose Alba, David Sanchez „El Galli”. JEDNYM STRZAŁEM
Jack Reacher to inteligentny i niebezpieczny twardziel. Bez wahania używa siły, gdy ktoś wejdzie mu w drogę. Jest niezależny, nigdzie nie mieszka dłużej niż kilka dni. To facet bez samochodu, konta bankowego i stałego miejsca pobytu. Pojawia się, rozwiązuje problem i odchodzi. Tak było i tym razem.
RECENZJA KSIĄŻKI

W powieści „Jednym strzałem” Jack Rea-cher trafia do Indiany, gdzie w piątkowy wieczór o piątej popołudniu doszło do ma-sakry. Zamachowiec oddał sześć strzałów, zabił pięć osób, raz spudłował. Dowody obciążające Jamesa Barra są niepodważal-ne. Barr twierdzi, że jest niewinny, ale nie chce rozmawiać z adwokatem. Jego siost-ra, Rosemary, wynajmuje młodą panią prawnik. Niespodziewanie pojawia się Rea-cher i nic już nie jest tak oczywiste. Autor książki, Lee Child, jest brytyjskim pi-sarzem, „Jednym strzałem” to jego dzie-wiąta powieść. Child jest laureatem m.in. Anthony Award, otrzymał także honorowy stopień naukowy doktora literatury. Zaczął pisać po zwolnieniu z pracy w telewizji i teatrze. Jego pierwszą powieścią był „Po-ziom śmierci”. Książka „Jednym strzałem” jest jednym z lepszych thrillerów jakie czytałam. Fabuła jest bardzo zagmatwana, jednak autor do-brze wie, co zrobić, by nie zamęczyć czy-telnika. Akcję rozwija stopniowo, ale robi to w taki sposób, że nagle zdajemy sobie

RECENZJA KSIĄŻKI

sprawę, że jesteśmy w połowie książki, zaaferowani, a tak naprawdę nie było jesz-cze żadnej strzelaniny. Lee Child rozróby wprowadzana na koniec, gdy wszystko ma się już rozwiązać. Resztę książki zajmuje dedukcja Reachera i tropienie zbirów. Powieść naprawdę warto przeczytać. Cie-kawość będzie nas zżerać aż do ostatniej strony, a każdy może okazać się nie tym, za kogo uważaliśmy go na początku. Lee Child buduje swój thriller w sposób, który zawsze dobrze wypada. Mianowicie w pewnym momencie okazuje się, że do-tychczasowy podejrzany jest niewinny, a oskarżony powinien zostać ktoś inny. Jednak ten „inny” nie może pojawić się nagle. Musi przewijać się w książce, co ja-kiś czas. Child potrafi wcześniej jasną fabu-łę, zagmatwać w środku i rozwiązać w zas-kakująco oczywisty sposób na końcu. „Jednym strzałem” jest książką dla osób, które lubią thrillery i kryminały, a jedno-cześnie nie mają nic przeciwko niebez-piecznym i tajemniczym bohaterom. Bo to Jack Reacher wciela się w rolę detektywa i nie boi się używać swoich pięści w nego-cjacjach. Powieść polecam szczególnie tym, którzy chcą potężnej dawki emocji. Na pewno się nie zawiodą! Agnieszka Nowak Fot 1: Alan Cleaver (CC BY 2.0) Fot 2: AMagill (CC BY 2.0)

Z SZUFLADY BLUESMANA Z SZUFLADY BLUESMANA

Staruszki dają czadu Rush – Clorkwork angels Zespół Rush założony w 1968 roku ma na koncie wiele doskonałych albumów, a co się z tym wiąże – nagród. Niezliczona licz-ba złotych i platynowych płyt na stałe za-pewniła im miejsce w panteonie metalo-wych legend. Kanadyjskie trio swoim no-wym wydawnictwem jedynie potwierdza, że wciąż jest w formie. Krążek został po-dzielony na dwie części: tę oficjalną i tę z bonusami. Kilka ciekawych kawałków tworzy dość spójną całość. Jednak najlep-sze zostawione są na koniec. Najciekawszy z nich to: „The Wreckers”. Niekonwencjo-nalne riffy i wokal Geediego Lee dają stwo-rzyły kapitalny singiel. Czegóż chcieć wię-cej, jeśli staruszki tak dają czadu? Wiecznie młodzi The Offspring – Days Go By Kalifornijska grupa The Offspring po czte-rech latach wydała kolejny krążek. „Days Go By” to świetne połączenie nowoczesne-go punku i klasycznego rockowego grania. Szybsze i wolniejsze partie gitar to kwinte-sencja stylu, jaki prezentuje zespół. A już tytułowy utwór „Days Go By” to pokaz al– ternatywnego podejścia do muzyki. Pano-wie z The Offspring udowodnili, że mimo iż mają wiele wiosen na karku, to garażowe granie nie jest im obce. Wielu mówiło, że miliony sprzedanych płyt na świecie zepsu-ją ich dotychczasową pozycje – mylili się. Pokazali, że status gwiazd im nie przesz-kadza w tworzeniu muzyki. Michał Fila (NIE)SPRZYJAJĄCA
AURA MUZYCZNYCH UNIESIEŃ
RELACJA Z FESTIWALU RELACJA Z FESTIWALU

Dla mnie jeszcze się nie skończył, dla was pewnie też nie. Tegoroczny Hei-neken Opener Festival przeszedł do historii, ale czy dla każdego? Uczest-nicy z pewnością wciąż mają przed oczami błotne rzeki, w nozdrzach ich smród, a w głowie miliony melodii za-rejestrowanych podczas festiwalu. Ci, których zabrakło, bombardowani przez media coraz to gorszymi prog-nozami pogody na początek lipca, z pewnością długo będą żałować swo-jej nieobecności. Podczas tegorocznej edycji festiwalu wys-tąpili: Błoto Sound System – znana wszystkim grupa serwująca zgromadzonym na terenie imprezy różnorodną gamę dźwięków od tych długich, wręcz monotonnych wygry-wanych gumowym obuwiem, do dyna-micznych, tworzonych przez walczących o przetrwanie posiadaczy klapek, conver-sów i zziębniętych nóg. Ulewny, przelotny deszcz – to grupa lo-dowatych cząsteczek wody o nieskończo-nych możliwościach i pomysłach na coraz to nowsze aranżacje. Nie zabrakło znanych utworów takich jak „Uderzamy w namiot z wielką siłą” do tych melancholijnych: „Drobne kropelki”, towarzyszących m.in. magicznemu koncertowi The Kills. Gęsta jak mleko mgła – to właśnie jej zawdzięczamy niesamowitą atmosferę pod-czas koncertu Bon Iver oraz upadki, któ-rych można było doświadczyć szukając swojego namiotu potykając się o niewi-doczne dla ludzkiego oka podtrzymujące owe namioty linki.





RELACJA Z FESTIWALU

Burza z piorunami – niesamowite wizua-lizacje podczas koncertu Mumford & Sons oraz piętnastominutowe opóźnienie owego koncertu zawdzięczamy właśnie jej. Czer-wone niebo i przebijające się przez czarne jak noc chmury to jej zasługa. To tylko nieliczni bohaterowie imprezy. Na chwilę uwagi zasługują również gwiazdy z prawdziwego zdarzenia. Ci, którzy co ro-ku przyciągają wielotysięczne tłumy pod scenę. Tegoroczny headliner – Bjork – zasługują-ca na owacje na stojąco doskonale pora-dziła sobie pomimo niesprzyjających wa-runków atmosferycznych, jak i problemów ze zdrowiem. Bjork wraz z towarzyszącym jej chórem dała popis swoich możliwości głosowych hipnotyzując widownię najwięk– szymi przebojami, których odbiorowi towa-rzyszyła pełnia księżyca. Ciekawość festiwalowiczów wzbudził kon-cert orkiestry pod batutą Krzysztofa Pende-reckiego, niestety już po pierwszych dźwię-kach część zawiodła się, nie szczędząc występującej na głównej scenie grupie przykrych komentarzy dotyczących stylisty-ki kompozycji, zdaniem większości nieade-kwatnej do miejsca. Fani Joy Division podczas koncertu New Order z pewnością przeżyli ekstazę słysząc pierwsze dźwięki utworów legendarnej for-macji Iana Curtisa. New Order zaprezento-wali przekrojowo swój cały dorobek wpla-tając w setlistę, ku uciesze wszystkich, ut-wory takie jak Isolation czy Transmission.

RELACJA Z FESTIWALU

Na dwie godziny zadumy i czystej magii pozwolił koncert Bon Iver. Utrzymane w melancholijno–depresyjnym klimacie ut-wory zebrane na dwóch krążkach artysty, okraszone mgłą sprawiły, że wielu miało łzy w oczach. Ci, którzy przybyli na koncert samotnie, nie mieli łatwo choćby ze wzglę-du na fakt, iż na tego typu koncertach brak drugiej połówki doskwiera bardziej niż zwykle. Okazją do tańca oraz głośnego krzyku był koncert The Ting Tings. Zgromadzony tłum został rozgrzany do czerwoności utworami takimi jak „That's Not My Name”, podczas którego każdy przez chwilę mógł poczuć się jak śpiewająca ze sceny Katie White wykrzykując wspólnie z wokalistką frazę „That's not my name”. Jednym z najbardziej wyczekiwanych kon-certów był ten francuskiego duetu JUS-TICE, z którego wielu nawet największych fanów muzyki elektronicznej wyszło z nut-ką rozczarowania. Być może dlatego, że każdy z nas zapętlił w odtwarzaczu obie płyty z dorobku formacji i odtworzył milion razy filmy w serwisie YouTube, ukazujące szaleństwa mas pod sceną. Nic nowego – wielu w ten właśnie sposób podsumowało koncert zamykający występy na najwięk-szej scenie podczas drugiego dnia festiwa-lu. Jedno jest pewne: niesamowicie jest wykrzykiwać frazę „we are your friends, you’ll never be alone again” wraz z wielo-tysięcznym tłumem ludzi w różnym wieku. Festiwale mają niesamowitą atmosferę, którą trudno oddać w słowach, to trzeba przeżyć.

RELACJA Z FESTIWALU

Wielką, tym razem taneczną rodziną, uczy-nił widownię zespół Friendly Fires. Ed Mac, ruszający się na scenie niczym legen-darny Mick Jagger, zasługuje na miano zespołu, mającego najlepszy kontakt z pu-blicznością ze wszystkich zespołów, które mieliśmy okazję oglądać podczas tego-rocznej edycji. Koncert Friendly Fires poprzedzał występ grupy Bat For Lashes. Zapadające w pa-mięć teksty śpiewane przez niesamowicie utalentowaną Natashę Khan wzruszyły wie-lu, a wyczekiwany przez wszystkich utwór „Daniel” wzruszył nawet przypadkowych widzów. Zespołem, który przyciągnął pod scenę chyba największą liczbę osób, jest Franz Ferdinand, którego członkowie byli bardzo zaskoczeni tłumnym przybyciem zziębnię-tych melomanów. Pomimo niesprzyjającej aury doskonale bawili się oni przy najwięk-szych przebojach kolektywu. Wielu rozczarował również występ Jamiego Woona, który wystawił gitarowy skład, za-wodząc oczekiwania. Grupa kojarząca się z naszpikowanymi elektroniką utworami znudziła nawet największych fanów. Ocze-kiwań nie zawiódł jedynie największy prze-bój grupy Night Air, który niezależnie od aranżacji jest wart usłyszenia. Dla wielu ostatnim koncertem tegorocz-nego Open’era był występ grupy The XX, która od dobrych kilku lat pomijała kraj nad Wisłą w swoich trasach koncertowych, za co kilkakrotnie serdecznie przeprosiła w sobotę. Na setliście nie zabrakło znanych

RELACJA Z FESTIWALU



RELACJA Z FESTIWALU "Wielu rozczarował również występ Jamiego Woona, który wystawił gitarowy skład, zawodząc oczekiwania (...) nawet największych fanów."

wszystkim utworów, takich jak „Heart Skip-ped A Beat” czy „Crystalised”. Ci, którzy chcieli pozostać w melancholijnym nastroju tuż po koncercie The XX, udali się do Alter Namiotu, w którym była okazja do obejrze-nia filmu „Inni” – dokumentu o grupie Si-gur Rós z Islandii. Opener to nie tylko kon-certy i hektolitry rozcieńczonego piwa. Fes-tiwalowicze mogli zaspokoić wszystkie kulturalne potrzeby w jednym miejscu. Na terenie imprezy można było zobaczyć wys-tawę zorganizowaną przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej z Warszawy. Tematem wys-tawy były związki muzyki ze sztuką, której jednym z najlepszych przykładów są Love Songs prywatne teledyski Sasnala kręcone do znanych utworów, m.in. „Superstar”, „Blue Moon” Elvisa Presleya czy „My Little Underground” zespołu Jesus and Mary Chain. Komponując autorskie wideoklipy do trzech piosenek miłosnych, artysta zapętla się na konkretnym, często absurdalnym, leitmotivie, sugerując prywatną refleksję oraz prowokując dystans miedzy widzem a tematyką klipów. Na festiwalu nie zabrakło również teatru. Na deskach sceny zaadaptowanej specjal– nie dla grupy Teatru Nowego wystawiono czterokrotnie spektakl „Anioły w Ameryce” – spektakl w reżyserii Krzysztofa Warli-kowskiego, który był grany zaledwie 50 ra-zy, a zdobycie na niego biletu w zwyczaj-nych warunkach graniczy z cudem. Teren festiwalu to również miejsce spot-kań. Tutaj możemy spotkać ludzi z pierw-szych stron gazet, zadać im nurtujące nas





RELACJA Z FESTIWALU

pytania, porozmawiać w pełnym słońcu przy piwie z Karolem Paciorkiem, współ-twórcą popularnego kanału „Lekko Stron-niczy”. Na polu namiotowym, jak co roku, panowała fantastyczna atmosfera. Najmilej wspominać będę z pewnością utalentowa-ne grupy młodych ludzi, które nad ranem raczyły nas wykonaniami przebojów takich jak „Fly Me to The Moon” Sinatry. Moją faworytką jest dziewczyna, która każdego dnia śpiewała grając przy tym na ukulele. "Najmilej wspominać będę z pewnością utalentowane grupy młodych ludzi." Wiele jest grup, które nie gościły jeszcze w Polsce. Pozostaje nam cierpliwie czekać kolejny rok, by zgromadzić się w Gdyni. Warto również zainteresować się innymi festiwalami odbywającymi się w Polsce. Ciekawie zapowiada się OFF Festival w Katowicach oraz Tauron Nowa Muzyka, które – choć nie tak duże i nie aż tak po-pularne jak Open'er – zapraszają co roku największe gwiazdy sceny alternatywnej i elektronicznej. Justyna Wojciechowska Fot.1,2,4: Katarzyna Mieszawska Fot 3: carlescs79 (CC BY 2.0) Fot.5: FunGi_ (CC BY 2.0) NIC NIE JEST
ZA DARMO
SPOŁECZEŃSTWO

Wiece w Paryżu, teoretycznie mające na celu walkę o prawa kobiet w kra-jach muzułmańskich, co roku przycią-gają tłumy studentów z całej Polski i innych państw Europy oraz Bliskiego Wschodu. Wyjazdy są dobrą okazją do tego, by zwiedzić stolicę Francji pra-wie za darmo. Jednak ilu uczestników naprawdę wie, kto jest organizatorem imprezy? W 2007 roku polscy studenci wyjechali do Paryża na wiec pierwszy raz. Było ich wtedy około trzystu. Rok później było ich dwa-dzieścia razy więcej. Podróżowali nie tylko studenci, ale też osoby starsze. Każdy wie-dział jedynie to, że trzeba było tworzyć sztuczny tłum gdzieś, gdzie ktoś tego wy-maga. A skoro wyjazd jest za dwadzieścia euro i zapewniony jest nocleg, to trzeba ko-rzystać z okazji. Niecodziennie zdarza się zwiedzać Paryż prawie za darmo. Nikt nie zwraca uwagi na to, kto jest orga-nizatorem wiecu. Zresztą niewiele osób jest zainteresowanych takimi informacjami, któ-re notabene często skrajnie różnią się od siebie. Nazwa Towarzystwo Irańskie nie- wiele mówi większości z nas. Wielu ludzi nie wie także, kim są Ludowi Mudżahedini. Otóż Towarzystwo Irańskie, mające swoją siedzibę w Berlinie, jest organizacją utwo-rzoną przez Ludowych Mudżahedinów – grupę, która jest uznawana przez Stany Zjednoczone i Kanadę za organizację terro-rystyczną, używającą przemocy jako meto-dy prowadzenia polityki. Z unijnej listy po-dobnych organizacji grupa ta została skreś-lona trzy lata temu, ponieważ Europejski Trybunał Sprawiedliwości orzekł wówczas, że uznając Ludowych Mudżahedinów za grupę terrorystyczną, Komisja Europej-ska pogwałciła ich prawo do obrony. Towarzystwo Irańskie, które jest oficjalnym sponsorem tanich wycieczek do Paryża, opłaca wszystkim uczestnikom wiecu prze-jazd, wyżywienie oraz nocleg. Symboliczna kwota, którą trzeba wpłacić, idzie na ubez-pieczenie oraz na opłaty za rachunki telefo-niczne opiekunów autokarów. Opiekunem może być każdy – wystarczy skrzyknąć lu-dzi, uzbierać ich odpowiednią ilość, wyna-jąć autokar i ruszyć w drogę.

SPOŁECZEŃSTWO

W poprzednim wydaniu moja redakcyjna koleżanka pisała o tegorocznej manifesta-cji. Pisała także o wadach w organizacji wiecu, o brudzie, jaki tam panował. Cóż, nie ma się co dziwić. To w końcu Francja – tam ludzie zatrudniani są do tego, by zbie-rać po innych butelki z chodników, tam no-cą pod Luwrem są imprezy, roztrzaskane szkło i porozrzucane śmieci. Nad ranem wszystko jest sprzątane, by następnego wieczoru cykl zaczynał się od nowa. Trud-no zatem spodziewać się większych luksu-sów na nieczynnym już lotnisku, na którym corocznie odbywa się wiec. Trudno również mieć pretensje o przeszukiwanie uczestni-ków i zakaz wnoszenia telefonów komórko-wych czy aparatów na teren lotniska. Spot-kanie to może być doskonałą okazją, by wyrządzić krzywdy na dużą skalę. "Nikt nie zwraca uwagi na to, kto jest organizatorem wiecu." Nie można zarzucać Towarzystwu Irańskie-mu złej organizacji, kiedy nawet nie wie-my, czego spodziewać się na wiecu. Więk-szości z nas i tak to nie interesuje – obec-ność na manifestacji jest czymś, co często traktowane jest jako niemiły obowiązek, by nie trzeba było zwracać kosztów przejazdu ani pobytu w Paryżu. Agata Andrzejak Fot.1: Guillaume Cattiaux (CC BY 2.0) Fot.2: patrickneckman (CC BY 2.0) GWIEZDNE LATARNIE
Kiedy w 1967 roku Antony Hewish i jego studenci ukończyli budowę spe-cjalnego radioteleskopu do obserwacji migających gwiazd oraz kwazarów, nikt nie spodziewał się spektakularnego odkrycia, gdyż stworzony został do badania znanych już we wszechświecie obiektów. Stało się jednak inaczej.
NAUKA

Latem 1967 roku, radioastronom Antony Hewish i jego były student, Jocelyn Bell, zaobserwowali niezwykłe sygnały radiowe przy długości fali 3,7 – niezwykłe, ponie-waż występowały w regularnych odstępach około jednej sekundy. Co ciekawe, nie były one zsynchronizowane z czasem płynącym na Ziemi, ale z gwiezdnym. Po ogłoszeniu odkrycia i odrzuceniu tez o jego ziemskim źródle (piracka stacja radiowa, policyjne transmisje) w świecie naukowym nastąpiła burza. Powstawały różne hipotezy dotyczą-ce pochodzenia tego sygnału radiowego. Najpopularniejsza zakładała, iż jest tworem pozaziemskiej cywilizacji. Na dodatek od-kryto kolejne jego źródło, które wysyłało sygnały radiowe co 1.2 sekundy. Aż tak wiele istot chce się z nami skontaktować? W czasie kiedy media dawały ujście spe-kulacjom, astrofizycy wnikliwie analizowali dane. W 1968 roku rozwiązano ten pro-blem, odwołując się do hipotezy Roberta Oppenheimera i Fritza Zwicky'a. Zakładała ona, iż bardzo masywne gwiazdy w czasie swojej przysłowiowej śmierci zapadają się w bardzo gęste i małe gwiazdy neutrono-we. Nieco później, swoje odkrycie Hewish i Bell nazwali pulsarem. Każdy tego typu obiekt jest gwiazdą neu-tronową. Pomimo swoich niewielkich roz-miarów, posiada ona kilka trylionów razy silniejsze pole magnetyczne od ziemskiego. W połączeniu z bardzo szybkim obrotem wokół gwiazdy wytwarzana jest energia elektryczna rzędu tryliona voltów. To bar-dzo dużo, zważając na fakt, iż tylko jeden metr sześcienny magnetosfery pulsara

NAUKA

z mgławicy Kraba zawiera więcej energii elektrycznej niż wyprodukowała dotąd ludzkość. Pulsary są najbardziej znane z potężnych rozbłysków fal promieniowania optycznego, gamma i rentgena. Każdy z nich wysyła je na nieco innych częstotliwościach i czasami jeden z jego rodzajów jest praktycznie po-mijany. Przykładowo w 2008 roku odkryto pierwszy pulsar, wysyłający jedynie pro-mieniowanie gamma – CTA 1. Powstaje ono w potężnym polu elektromagnetycz-nym, gdzie elektrony rozpędzają się do prędkości podświetlnych. Dokładne miejsca jego wytwarzania są niepewne i mogą być różne dla poszczególnych jego rodzajów, takich jak gamma, rentgena czy optyczne-go. Zawsze jednak występują gdzieś nad biegunami magnetycznymi. Dla ziemianina pulsar nieco przypomina la-tarnię morską. Ze względu na bardzo szyb-ką rotację promienia świetlnego, obiekt wydaje się migać, co zmniejsza optycznie odległość gwiazdy od obserwatora. Same impulsy promieniowania gamma pojawiają się w identycznym tempie, w jakim nastę-puje obrót pulsara wokół własnej osi. Co ciekawe, zdecydowana większość tego typu obiektów została odkryta tak samo, jak pierwszy jego przedstawiciel. Do końca 2010 roku aż tysiąc osiemset odnaleziono przy użyciu radioteleskopów. Jedynie sie-demdziesiąt pozostało dostrzeżonych na skutek emisji promieniowania gamma. Dlaczego? Zarówno obserwacje, jak i mo-dele, wskazują na to, iż z wiekiem pulsa-rem coraz wolniej się obraca i powoli traci zdolność do emisji promieniowania

NAUKA

gamma. Dlatego łatwiej jest wykryć sygna-ły radiowe. Stąd też taka dysproporcja w stosunku odkryć dokonanych przy użyciu radioteleskopów do tych, w których pierw-sze skrzypce grały teleskopy, prowadzące obserwacje w zakresie promieniowania gamma. Generalnie wszystkie pulsary są gwiazdami neutronowymi, jednakże nie każda gwiazda neutronowa jest pulsarem. Są dokładnie trzy drogi, wskutek których zwykłe masyw-ne świecidełko może wysyłać promieniowa-nie rentgena: Emisja Magnetosfery – tak samo jak pul-sary wysyłające promienie gamma, te emanujące nieco inną częstotliwością, po-trafią produkować wysokoenergetyczne elektrony. W skutek interakcji z polem magnetycznym i obrotu gwiazdy wokół własnej osi, następuje tworzenie się całego spektrum promieniowania nad biegunami magnetycznymi. Ochładzanie Gwiazdy Neutronowej – kiedy obiekt tego typu zostaje uformowany z su-pernowej jest bardzo gorący. Z czasem po-wierzchnia studzi się. Jednakże zdarza się, iż zostaje kilka obszarów o wysokiej tem-peraturze, wśród których znajdują się bie-guny magnetyczne. Wtedy następuje emis-ja impulsów termalnych promieniowania rentgena. Możliwe jest też połączenie obu powyższych sposobów wysyłania promie-niowania. Przyrost – często odkrywa się układy podwójne gwiazd. Zazwyczaj nie dochodzi do większych incydentów, jeśli one są podobnych typów. Co innego natomiast, jeżeli jedną z nich jest bardzo masywna gwiazda neutronowa. W takiej sytuacji częstokroć następuje przechodzenie wodo-ru i innych pierwiastków na bardziej ma-sywny twór. Podczas tego procesu atomy w trakcie swej drogi na jeden z magnetycz-nych biegunów pulsara są tak podgrzewa-ne, aż zaczynają emitować promieniowanie rentgena. Po swoistym pożarciu sąsiedniej gwiazdy, pulsar kończy swoją aktywność. "Dla ziemianina pulsar nieco przypomina latarnię morską." Odkryto obecnie jedynie cztery tego typu obiekty posiadające układy planet. Pierw-szy z nich odnalazł znany polski astronom, Aleksander Wolszczan. We wrześniu 1990 roku za pomocą radioteleskopu w Arecibo (Portoryko) odkrył pierwsze 3 planety poza Układem Słonecznym, krążące wokół pul-sara PSR 1257+12 w konstelacji Panny. Samo odkrycie zostało oficjalnie opubliko-wane w naukowym czasopiśmie Nature w dniu 9 stycznia 1992 roku. Ostatnio odkryto również interesującą egzoplanetę zbudowaną wyłącznie z węgla, które ma najpewniej budowę krystaliczną. Jest naj-prawdopodobniej wielkim diamentem, tylko czterysta razy cięższym od Ziemi.

NAUKA

Pulsary mają już teraz bardzo wiele zas-tosowań. Dają one nieocenione wprost możliwości testowania wielu teorii. Są tak-że bardzo dokładnym wzorcem czasu, a zmienność pulsarów podwójnych pozwala na najbardziej dokładne sprawdzenie ogól-nej teorii względności Alberta Einsteina. Warto również wspomnieć, że są także pulsary milisekundowe. Pierwszy z nich został odkryty w 1982 roku, a jego okres wynosi 1.6 milisekundy. Oznacza to, że gwiazda o masie zbliżonej do masy Słońca i ogromnej gęstości, wykonuje aż sześćset obrotów na sekundę wokół własnej osi. W dodatku posiada stabilność na poziomie zegara atomowego. Pulsary są bez wątpienia prawdziwymi dia-mentami pośród tworów kosmosu. Nadają porządek i harmonię przekazom radiowym, które odbieramy na Ziemi. Są wspaniałym punktem odniesienia nie tylko do dalszych badań nowych hipotez i modeli wszech-świata, ale także punktami orientacyjnymi w czasoprzestrzeni. Czy przyszli gwiezdni podróżnicy będą się posługiwać mapą z wyraźnie wypunktowanymi pulsarami? Być może. Nauka jest przepiękna i czeka nas zapewne niejedno odkrycie, które wstrząśnie podobnie mieszkańcami Ziemi, jak czterdzieści cztery lata temu. Warto po prostu przystanąć i odnaleźć piękno w niezwykłej symetrii, regularnie wysyła-nych sygnałach radiowych i eleganckich wzorach, które opisują wszechświat. Paweł Gałwa Fot. 1: jepoirrier (CC BY 2.0) Fot. 2: tomt6788 (CC BY 2.0) NIEZGODNIE
Z PLANEM
TEMAT NUMERU: EURO 2012 TEMAT NUMERU: EURO 2012

Stało się to, czego obawialiśmy się wszyscy – Mistrzostwa Europy 2012 w Polsce wypadły zupełnie nie tak, jak od dawna przewidywała więk-szość narodu. Po prostu wymknęły się spod kontroli. Nic nie było takie, jak zaplanowaliśmy. Zamiast żądnych krwi kiboli na stadionach zasiedli wspaniali fani różnych narodowości, tworząc niesamowitą atmosferę. Przybysze zza granicy mieli według założeń wracać do domów w plastiko-wych workach, tymczasem wyjeżdżali nienaruszeni i ze świetnymi humora-mi. Przede wszystkim jednak pomyli-liśmy się, czekając na nieuchronną kompromitację. Gdy Hiszpanie unieśli puchar i po raz kolej-ny potwierdzili swoją hegemonię w repre-zentacyjnym futbolu, kończąc tym samym trzytygodniowe zmagania o najważniejsze trofeum piłkarskie na Starym Kontynencie, mogłem tylko siedzieć głęboko w fotelu, usilnie powstrzymując się od łez (bo nies-tety, ale na podobną imprezę w przeciągu

TEMAT NUMERU: EURO 2012

najbliższej dekady nie mamy co liczyć), i dukać: „to było niesamowite”. Nie wiem, czy to przez balon złych emocji, nadmuchi-wany przez wszystkich tych, którzy w po-wodzenie Mistrzostw Europy nad Wisłą wątpili aż do pierwszego gwizdka w meczu z Grecją. Nie potrafiłem się oprzeć wraże-niu, że dokonaliśmy czegoś niezwykłego. Ja akurat już od pewnego czasu byłem przekonany, że żadnej, tak gorąco przecież zapowiadanej wpadki organizacyjnej nie będzie, ale do wiary w totalny sukces – a nie bójmy się takim Euro 2012 nazywać – było mi daleko. A tymczasem... Byliśmy spektakularni. Nie, naprawdę, nie ma w tym ani słowa przesady. Przez trzy tygodnie piłkarskiego święta naród zjedno-czony jedynie w narzekaniu na drożyzny i zamiłowaniu do piwa nagle okazał się być wyśmienitym gospodarzem, witającym za-granicznych, często zamożniejszych gości, bez żadnych kompleksów, za to z ogrom-nymi zasobami gościnności. Nic więc dziw-nego, że znakomita większość przybyszy, przerażonych doniesieniami o tym, jakoby nasz kraj miał być cywilizacyjną pustynią, gdzie ludzie do pracy jeżdżą na koniach, w zimie niedźwiedzie polarne rozrywają na ulicach bezbronnych obywateli, a turyści jeżeli już do domów wracają, to karawa-nami (w tym przodował, na łamach BBC, niegdyś wybitny angielski obrońca – Sol Campbell), byli zaszokowani. Nagle ich oczom ukazało się państwo nowoczesne, gdzie wciąż coś się buduje, mieszkańcy są życzliwi, a stadiony piękne. Gdy byłem w strefie kibica we Wrocławiu podczas meczu Polska – Czechy, atmosfera jeszcze przed pierwszym gwizdkiem była niepo-równywalna do niczego związanego ze sportem, czego dotąd doświadczyłem. Są-siedzi z południa relaksujący się przy piwie, stolik obok – kilkunastoosobowa grupa osób w biało–czerwonych barwach. Zady-ma? A gdzie tam. Nasi rodacy zaczęli skan-dować „Polska!”, na co przybysze z Czech odkrzykiwali z wesołym uśmiechem na us-tach „Cesko!” – po czym przybijali sobie piątki i życzyli szczęścia w nadchodzącym spotkaniu. Spotkaniu, w którym niezależnie od wyniku któraś ze stron musiała odpaść! Myślałem sobie jednak – a nie daj Boże przegramy, co się wtedy stanie z wszystki-mi, którzy przyjechali do nas z Brna, Pragi czy Ostrawy? Wyzwiska w najlepszym wy-padku. Ogromne zamieszki – w najgor-szym. Do 72 minuty nadzieja się utrzymywała, choć było jej naprawdę niewiele (o posta-wie naszej reprezentacji porozmawiamy nieco później). Ale po tym, jak piękne, otwierające akcję podanie Rafała Muraws-kiego pozwoliło strzelić Petrowi Jirackowi bramkę, wprowadzającą Czechów do ćwierćfinału, nas zaś odsyłające na ostat-nie miejsce w grupie, spełniły się moje najgorsze koszmary. I to nie dlatego, że odpadamy z turnieju, który z takim mozo-łem przygotowywaliśmy. Po prostu nie chciałem być świadkiem wymierzonych w naszych południowych sąsiadów wyz-wisk, gestów i piosenek. Zresztą oni chyba

TEMAT NUMERU: EURO 2012 "Kadra, choć nie zawiodła stylem, to z pewnością nie spełniła oczekiwań odnośnie wyniku. Na szczęście reszta narodu nadrobiła to z nawiązką."

sami wyczuli, jak się sprawy mają, i pows-trzymali się od zbyt głośnego manifestowa-nia swojej radości. Ale kwestią czasu była zaczepka ze strony rodaków. I rzeczywiście – gdy wracałem na pociąg, kilku mężczyzn podeszło do Czechów, którzy najwidoczniej przerażeni możliwością ataku skwapliwie zakrywali narodowe symbole. Tymczasem fani w biało–czerwonych barwach... zaczęli bić im brawo. Skandując przy tym „Brawo Cesko”. Potem uścisnęli im dłonie, pogratu-lowali jeszcze raz zwycięstwa i poszli topić smutki w piwie. Oprócz tego incydentu wi-działem także Polaków błagających swoich rywali z tego samego wieczoru o wyelimi-nowanie z turnieju Niemców oraz oklasku-jących się wzajemnie kibiców z dwóch stron. Żaden Czech tego dnia nie musiał przemykać się ciemnymi uliczkami w oba– wie o swoje zdrowie. Tak jakby nagle wszyscy ci, których aktywności najbardziej się obawialiśmy – kibole – nagle wyparo-wali, i to w kilka dni po tym, jak zaatako-wali obchodzących święto swojego kraju Rosjan. To jedyna rysa na wizerunku na-szych fanów. I może to, że nie kibicowaliś-my reprezentacji do końca. Faktem jest jednak, że za taką kadrę, jaka wyszła na boisko we Wrocławiu w swym trzecim grupowym spotkaniu, trudno było zdzierać gardło. Tym bardziej, że przyzwy-czailiśmy się do wiele lepszych zawodów, rozgrywanych przez piłkarzy w biało–czer-wonych trykotach. Dopóki nie zawiodło przygotowanie kondycyjne w spotkaniu z Grecją, na co spory wpływ miał zasłonię-ty dach Stadionu Narodowego, drużyna

TEMAT NUMERU: EURO 2012

Hellady na boisku nie istniała i gdyby nie rażąca nieskuteczność, mecz byłby roz-strzygnięty już po trzech kwadransach – w szczególności, że rywale grali w osłabie-niu. Druga połówka była jednak thrillerem i to bez oczekiwanego happy endu – za po-dział punktów i tak musieliśmy na kolanach dziękować Przemkowi Tytoniowi, który na cały turniej wyrzucił z pierwszego składu Wojtka Szczęsnego. Z Rosją było o wiele lepiej. O remisie po raz kolejny zdecydował fakt, że w ekipie Smudy prócz Roberta Lewandowskiego nie ma właściwie komu wykańczać akcji. Mimo lepszej gry po 45 minutach nasi ulubieńcy schodzili do szatni z opuszczonymi głowami, bo po bramce Dzagoeva na prowadzenie wyszła Sborna. Żałoba nie trwała długo – cudownym strza-łem wyrównał Jakub Błaszczykowski, a os-tatnią ćwiartkę spotkania Rosjanie roz-paczliwie bronili się przed atakami Orłów, szczęśliwie zatrzymując dla siebie punkt (który i tak w wyjściu z grupy im nie po-mógł). "Byliśmy spektakularni. Nie, naprawdę, nie ma w tym ani słowa przesady." Z Czechami zawiedliśmy fundamentalnie, pomijając może pierwszy kwadrans. Po dwóch remisach Smuda nie wyciągnął ab-solutnie żadnych wniosków. Nie posadził na ławce Rafała Murawskiego, który tak naprawdę powinien się na nią udać już po pierwszej połowie meczu otwarcia. W spot-kaniu z Rosją pan Franciszek zastąpił Da-riusza Dudkę Adrianem Mierzejewskim, który przez nieco ponad kwadrans stworzył więcej zagrożenia pod bramką Sbornej niż popularny „Muraś” podczas całego Euro! A mimo to pomocnik Trabzonsporu w ry-walizacji z Czechami o awans do ćwierćfi-nału znów rozpoczął na siedząco. Wszedł dopiero w 73. minucie, przy stanie 0:1. Dokładnie sześćdziesiąt sekund po tym, jak Rafał Murawski obsłużył świetnym dogra-niem... Milana Barosa. Ten w szybkiej kon-trze wystawił piłkę Petrowi Jirackowi i było po zawodach. Smudzie można też zarzucić opieszałość z dokonywaniem zmian pod-czas meczów. Pierwsi zmiennicy na mura-wę zazwyczaj wychodzili na ostanie 15 minut. W finale Włosi swoje 3 zastępstwa wykorzystali w godzinę! Może to właśnie było powodem, dla którego nie wyszliśmy z „grupy śmiechu”. Nie mieliśmy trenera. Zawodnicy? Zawiódł chyba tylko „Muraś” i może Boenish – jeden z „farbowanych li-sów”, przez których Jan Tomaszewski zde-cydował się kibicować Niemcom (aż trud-no sobie nie pozwolić na małą uszczypli-wość – ale skoro u naszych zachodnich są-siadów bywały momenty, w których za na-turalizowanego Brazylijczyka na boisko wchodził naturalizowany Turek, to może my z naszą trójką z importu aż tacy źli nie jesteśmy...). Cała reszta, w szczególności zaś ci, którym zarzucano brak oddania dla narodu (czyli Polanski i Perquis) spisała się całkiem przyzwoicie. Choć nie na tyle

TEMAT NUMERU: EURO 2012

przyzwoicie, by awansować do najlepszej ósemki Europy. Szczególne wyróżnienie należy się jednak Przemkowi Tytoniowi, który najpierw uratował nas przed kom-promitacją z Grekami, a potem wyśmieni-cie bronił w starciach z Rosją i Czechami. Przy bramce Jiracka szans nie miał. "Za taką kadrę, jaka wyszła na boisko we Wrocławiu w swym trzecim grupowym spotkaniu, trudno było zdzierać gardło." Kadra, choć nie zawiodła stylem, to z pew-nością nie spełniła oczekiwań odnośnie wy-niku. Na szczęście reszta narodu nadrobiła to z nawiązką. Te trzy tygodnie wspaniałej imprezy pokazały nam, jacy jesteśmy – ot-warci, gościnni i zmobilizowani, kiedy trze-ba. Fakt, narzekaliśmy nieziemsko. Taka natura. Ale od ósmego czerwca do pierw-szego lipca byliśmy, wraz z Ukrainą, praw-dziwym, wielkim, bijącym sercem piłkars-kiej Europy. I coś mi mówi, że Euro 2012 nie tylko my będziemy wspominać z rozrze-wnieniem... Jakub Mirowski Fot. 1: Uwe Hermann (CC BY 2.0) Fot. 2: DrabikPany (CC BY 2.0) Fot. 3: DrabikPany (CC BY 2.0) Z PODNIESIONYMI GŁOWAMI

TEMAT NUMERU: EURO 2012

Niedawno zakończone Mistrzostwa Europy w piłce nożnej dostarczyły nam nie lada emocji. Choć kolejny raz zwyciężyła Hiszpania, to nie obyło się bez wielu niespodzianek. Wszystkie cztery grupy były niezwykle wyrów-nane, ale zasady mówią jasno: do ko-lejnego etapu przechodzą tylko dwie drużyny. Ekipy, które nie przeszły do fazy pucharowej, ale też nie mają się czego wstydzić, to przede wszystkim Dania, Chorwacja, Irlandia oraz Szwecja. Duńczycy bez wątpienia trafili na prawdzi-wą grupę śmierci. Wicemistrzowie świata, najlepiej poukładana drużyna na EURO, czyli Niemcy oraz zespół posiadający w składzie najlepszych na świecie skrzy-dłowych, czyli Portugalia. Już w pierwszym spotkaniu „gang Olsena” zaskoczył całą Eu-ropę, pokonując jednego z faworytów do wygrania całego turnieju – Holandię. Choć mecz nie stał na najwyższym poziomie, to należy podkreślić bardzo dobrą i poukłada-ną grę Danii, szczególnie w obronie i po-mocy. Drugie spotkanie przegrali, ale byli faworytami w meczu z Portugalczykami. Choć nie zdobyli w tym spotkaniu żadnego punktu, to z pewnością pozostawili po so-bie bardzo dobre wrażenie. Momentami by-li drużyną przeważającą, nie pozwalali Por-tugalczykom odskoczyć i dopiero w koń-cówce dali sobie strzelić gola na 2:3 za sprawą super–rezerwowego, czyli Vareli. Ostatnie spotkanie grali z Niemcami i nies-tety ekipa Loewa musiała po tym spotkaniu przyznać, że dawno nie mierzyli się z tak wymagającym rywalem. Kolejny raz Duń-czycy przegrali, ale Niemcy zdobywając trzy punkty musieli zostawić na murawie wiele serca i sił. Dania typowana była na czarnego konia turnieju i naprawdę bardzo mało zabrakło, aby ostatecznie wyszli z grupy. Mimo wszystko, odpadli z podnie-sionymi głowami. Kolejną drużyną jest Chorwacja, która od lat posiada niezwykle ciekawych piłkarzy. Ich głównymi atutami są szybcy skrzydłowi (Srna, Perisić, Pranjić…) oraz pełna kontro-la środka pola (głównie za sprawą Modri-cia). Na EURO 2012 objawieniem okazał

TEMAT NUMERU: EURO 2012

się Mandżukić, który swoją znakomitą grą oraz trzema strzelonymi bramkami zapew-nił sobie transfer do Bayernu Monachium. Chorwaci to nie tylko świetni, inteligentni piłkarze, ale także bardzo utalentowany szkoleniowiec – Slaven Bilić. Ten młody trener stworzył team, który w każdym spotkaniu jest niezwykle głody gry. Bilić preferuje bardzo ofensywny styl gry oraz częste roszady piłkarzy i formacji. Na mis-trzostwach pokazali się z bardzo dobrej strony. Wygrana z Irlandią oraz remis z Włochami postawiły ich w bardzo kom-fortowej sytuacji przed meczem z Hiszpa-nią. Bramkowy remis z La Roja dałby im awans kosztem… Włochów. Niestety za-brakło odrobiny szczęścia, choć postawili Hiszpanom poprzeczkę bardzo wysoko. Ostatecznie rezerwowy Navas pogrążył Chorwatów i tym samym dał awans… Wło-chom, którzy pokonali w ostatniej kolejce Irlandię 2:0. Bilić śmiało wypowiadał się przed EURO 2012, że jego drużynę stać na zwycięstwo w finale. Możliwe, że byłoby ich stać, ale jednak zabrakło szczęścia, aby awansować do fazy pucharowej. W grupie C swoje mecze rozgrywała także inna, bardzo ciekawa drużyna – Irlandia. Bardzo zrównoważona, dojrzała ekipa z niesamowitą mentalnością oraz włoskim trenerem. Wiele osób dyskutowałoby z moim wyborem, bo przecież Irlandia przegrała wszystkie swoje mecze. Chciał-bym jednak zaznaczyć, że styl, w jakim przegrała był naprawdę imponujący. Pierw-szy mecz z Chorwatami był dosyć wyrów– nany. Gra była otwarta, a akcje ofensywne toczyły się pod obiema bramkami. I choć ostatecznie Chorwacja wyszła na dwu-bramkowe prowadzenie, to Irlandczycy nie odpuszczali i byli bardzo blisko strzelenia gola kontaktowego, który bez wątpienia należał im się. W spotkaniach z Hiszpanami i Włochami nie strzelili co prawda żadnej bramki, ale szczególnie w meczu z tymi drugimi widać było bardzo duże chęci. Innym aspektem, o którym warto wspom-nieć, są kibice. Żadna reprezentacja na EU-RO 2012 nie mogła poszczycić się tak niesamowitymi fanami. Niezwykle głośne, chóralne śpiewy irlandzkich kibiców spra-wiały, że stadion zamieniał się w futbolową świątynię. Reprezentacja wspierana przez fanów pozostawiła po sobie bardzo dobre wrażenia i z pewnością będziemy ich wspo-minać jeszcze wiele lat. W grupie D niezwykle waleczna okazała się reprezentacja Szwecji. Podobnie jak Dania, trafili oni do bardzo trudnej grupy. Gospo-darz, przemeblowana Anglia i odświeżona reprezentacja Francji. Szwedzi w każdym meczu wychodzili na prowadzenie, ale tyl-ko w ostatnim spotkaniu dowieźli to prowa-dzenie do końca. W pierwszym spotkaniu wydawało się, że pokonają Ukraińców, jed-nak gospodarze za sprawą głośnego dopin-gu i przebłysku Szewczenki szybko zmienili wynik spotkania z 0:1 na 2:1. Szwedzi mie-li okazje aż do ostatniego gwizdka. Najlep-szy futbol pokazali oni jednak w spotkaniu z Anglikami, wychodząc bardzo szybko na prowadzenie 2:1. Kolejny raz zabrakło

TEMAT NUMERU: EURO 2012

szczęścia i ostatecznie super–rezerwowy Walcott oraz przepiękny gol Welbecka dał Anglii spektakularne zwycięstwo nad Szwe-dami, odbierając im tym samym jakiekol-wiek szanse na awans. Co więcej, Szwedzi byli już pewni ostatniego miejsca w grupie, ale na ostatni mecz z Francją wyszli w bo-jowych nastrojach, niespodziewanie poko-nując Trójkolorowych 2:0. Fenomenalne uderzenie zaliczył Zlatan Ibrahimović, przy-pominając o swoich ponadprzeciętnych umiejętnościach technicznych. Szwedzi z pewnością nie zasłużyli na ostatnie miejs-ce. Zaimponowali przede wszystkim świet-nymi stałymi fragmentami gry oraz nie-prawdopodobną walecznością. W swoim artykule ostatecznie nie wspom-niałem ani o Ukrainie, ani o Rosji. Obie drużyny zaimponowały w pierwszych spot-kaniach. Podobnie było z reprezentacją Ir-landii, jednak wyższość biało–zielonych opierała się na fantastycznych kibicach, którzy sprawili, że Irlandia jako cała repre-zentacja nie ma się czego wstydzić. Pozos-tawili po sobie coś wyjątkowego, coś ta-kiego, co zostanie w naszej pamięci na długo. Jako Polacy możemy być dumni z tak udanych mistrzostw. Spisaliśmy się jako organizatorzy i choć futbolowo poka-zaliśmy niewiele, to możemy mieć nadzie-ję, że już niebawem polska piłka nożna wskoczy na najwyższy, europejski poziom. Maciej Kulina Fot.1: Sean MacEntee (CC BY 2.0) Fot.2: Comrade Foot (CC BY 2.0) FILOZOFIA GRY

TEMAT NUMERU: EURO 2012

Reprezentacja Hiszpanii była regular-nie krytykowana podczas finałów Eu-ro 2012. Przypięto jej łatkę „nudnej” i „przewidywalnej”. To nie przeszko-dziło jednak narodowej drużynie z Półwyspu Iberyjskiego na stałe wpisać się do historii piłki nożnej. Co więcej, przyjęta przez nią filozofia gry znajduje coraz liczniejszych naśla-dowców. „Wymieniają dziesiątki podań, a nic z tego nie wynika”, „utrzymują się przy piłce, a nie stwarzają sytuacji podbramkowych” – takie zarzuty w odniesieniu do występów mistrzów Europy i świata na polskich i ukraińskich stadionach można było usły-szeć i przeczytać w minionych kilku tygod-niach. Aż do meczu finałowego, w którym Hiszpanie rozgromili Włochów 4:0. Ustano-wili przy tym szereg rekordów i wyczynów do tej pory dla nikogo nieosiągalnych. – Bardzo się uśmiałem – powiedział w wy-wiadzie dla The Guardian po zakończeniu turnieju jeden z kluczowych zawodników zespołu, Xabi Alonso, nawiązując do wspomnianych wyżej komentarzy. – Bar-dzo – podkreśla. Sposób gry ekipy prowadzonej przez Vi-cente Del Bosque w żadnym wypadku nie jest czymś przypadkowym. Ma swoje źród-ło w hiszpańskim systemie szkolenia mło-dzieży i filozofii klubu FC Barcelona. Fi-lozofii opartej na ścisłej organizacji gry realizowanej przede wszystkim poprzez po-siadanie piłki i wysoki pressing po jej stra-cie. Wszystko, co przynosi sukcesy, znajduje naśladowców. Nie inaczej jest w tym przy–

TEMAT NUMERU: EURO 2012

padku. Tak zwana „tiki–taka” wydaje się aktualnie najbardziej nowoczesnym, przyszłościowym i w długofalowej perspek-tywie najskuteczniejszym sposobem gry. Andrzej Gomołysek z serwisu „taktycz-nie.net” w swoim tekście zatytułowanym „Estamos tocando tiki–taka” (z hiszpańskie-go: „Dotykamy tiki–takę”), określa go mia-nem „taktycznego apogeum” i porównuje do słynnego holenderskiego futbolu total-nego. „Na chwilę obecną [tiki–taka] wyda-je się szczytem myśli szkoleniowej i trudno sobie wyobrazić coś lepszego” – pisze. Trenerów zainspirowanych tą filozofią jest coraz więcej. Najlepszy przykład stanowi nowy menedżer Liverpoolu, Brendan Rod-gers. To człowiek, który przez lata jeździł do Hiszpanii i poznawał od środka poszcze-gólne założenia „tiki–taki”. Następnie, już jako trener przeniósł je na boisko, do pro-wadzonych przez siebie drużyn. Niewiele ponad rok temu awansował do Premier League ze Swansea City, które w minionym sezonie poprowadził do zajęcia wysokiego, 11. miejsca w tabeli najwyższej klasy roz-grywkowej w Anglii. Wszystko to przy niez-wykle imponującym stylu gry. "Można się zastanawiać, czy Hiszpanie doprowadzili swoją filozofię gry do perfekcji; czy można coś w niej jeszcze poprawić."

TEMAT NUMERU: EURO 2012

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Rodgers re-prezentuje nową jakość wśród piłkarskich trenerów. Także dlatego, że potrafi niez-wykle pasjonująco i szczegółowo opowia-dać o futbolu. – Wypowiedzi ludzi mówiących o „nudnej” Hiszpanii uznałem za trochę pozbawione szacunku – powiedział w rozmowie ze sta-cją radiową Talk Sport. – To odwróciło uwagę od wielkiej pracy, szkolenia i odwa-gi wymaganej do gry w ten sposób. My [Swansea City] broniliśmy się będąc przy piłce, a ludzie w tym kraju nie za bardzo to rozumieją. Myślą, że broni się bez piłki. Oni [reprezentacja Hiszpanii] odpoczywali bę-0dąc przy piłce. To był ich sposób bro-nienia, ponieważ nie można cały czas grać pressingiem i strzelać bramki w każdej mi-nucie meczu. Ich koordynacja gry jest ab-solutnie fantastyczna. Można się zastanawiać, czy Hiszpanie do-prowadzili swoją filozofię gry do perfekcji; czy można coś w niej jeszcze poprawić. W każdym kolejnym międzynarodowym turnieju będą pod presją udowodnienia i potwierdzenia tego, że „tiki–taka” jest najbardziej właściwą drogą ku osiąganiu sukcesów we współczesnej piłce nożnej. W międzyczasie inni spróbują sami się o tym przekonać. Wojciech Falenta Autor tekstu napisał także artykuł dotyczący filozofii gry Brendana Rodgersa. Można go odnaleźć pod adresem wojciechfalenta.blogspot.com. Fot.1: Subtle Panda (CC BY 2.0) Fot.2: Strabanephotos (CC BY 2.0) Fot.3: Alfonso Jiménez (CC BY 2.0) NAJSŁABSZA
DRUŻYNA EURO
TEMAT NUMERU: EURO 2012

Polska, Czechy, Grecja, Irlandia to drużyny, które na Euro 2012 miały przypisywany status outsiderów, drużyn najsłabszych i nie mających szans na powodzenie. Fut-bol jest jednak sportem nieprzewidywal-nym, w którym wszystko się może zdarzyć. "Dlaczego drużyna, która potrafiła roznosić Francję przed paroma laty, grając przy tym świetny futbol, nagle przegrała wszystkie mecze w swojej grupie?" Oczywiście według oczekiwań, Polska i Ir-landia nie wyszły z grup, a Grecja i Czechy odpadły w ćwierćfinałach nie prezentując niczego szczególnego. Jednak żadna z tych drużyn nie zasługuje na miano najgorszej w moim mniemaniu. Najgorszą drużyną Euro zostaje Holandia! Zespół, który za-wiódł na każdej linii i mimo, że był w gru-pie śmierci, to mając w drużynie takie oso-bistości jak Van Persie czy Sneijder, powi-nien pokazać coś więcej. Co się więc stało? Dlaczego drużyna, która potrafiła roznosić Francję przed paroma la-

TEMAT NUMERU: EURO 2012

ty, grając przy tym świetny futbol, nagle przegrała wszystkie mecze w swojej gru-pie? Nawet z niżej notowaną Danią. Holandia jest zaskoczeniem przede wszyst-kim ze względu na piłkarzy, którzy zaliczyli świetne sezony w swoich klubach. Arjen Robben doprowadził Bayern do finalu Ligi Mistrzów, Klaas Jan Huntelaar zdobył po-nad 20 bramek w lidze niemieckiej, Wesley Sneijder mimo nieudanego sezonu Interu Mediolan, był postacią, która się wyróżnia-ła. Zawodnik, który najbardziej zawiódł oczekiwania, to Robin van Persie. Przypi-sana została mu rola lidera. W lidze angiel– skiej zdobył 30 bramek i tytuł króla strzel-ców, dzięki czemu Arsenal zakończył sezon na podium. Dlaczego mając w zespole ta-kie nazwiska, Holandia zdobyła zaledwie dwie bramki i ani jednego punktu? Czy to wina selekcjonera, który nie dobrał odpo-wiedniej taktyki i nie potrafił przygotować swoich piłkarzy mentalnie? Powodów jest wiele. Jedno jest pewne – po imprezie, któ-ra odbyła się na polsko–ukraińskich bois-kach w holenderskiej reprezentacji nastąpi trzęsienie ziemi. "Na tak dużych imprezach nigdy nie brakuje niespodzianek." Holendrzy mają dwa lata do mistrzostw świata w Brazylii i przez ten czas będą musieli zastanowić się, jak wybrnąć z tej nieciekawej sytuacji. Gdybym mógł decy-dować o strukturach i zarządzaniu w tym zespole, to przede wszystkim zatrudniłbym szkoleniowca, który rządzi twardą ręką. Przy takim zbiorze gwiazd i tak słabym sa-mopoczuciu, potrzebny jest ktoś, kto pos-tawi ich na nogi w krótkim czasie. Trzeba by również zastanowić się, czy nie dać wię-cej szans młodzieży, która prędzej czy póź-niej musi zostać ważnym elementem zes-połu. Robin van Persie musi zobaczyć, że wszyscy na niego liczą, ale nie można też nakładać na niego zbyt dużej presji. Będąc liderem w Arsenalu, z pewnością odczuwał trudy sezonu. Holendrzy powinni również postawić na szybki i dynamiczny styl roz-grywania piłki. Mając na skrzydle szybkiego jak błyskawica Robbena, grzechem jest granie w inny sposób. Ostatnim ważnym aspektem jest zwyczajne szczęście. Holen-drzy mieli pecha, że musieli mierzyć się z Niemcami i Portugalią, bo obydwa te zes-poły rozegrały świetny turniej. Na tak dużych imprezach nigdy nie brakuje niespodzianek. Tym razem największą niespodzianką była Holandia, ale jej los może spotkać każdy zespół. Nawet obec-nych mistrzów – Hiszpanów. Piłka nożna jest tak nieprzewidywalnym sportem, że wszystko może się zdarzyć i to właśnie sta-nowi jej piękno. Maciej Dziubiński Fot.1: Eva Rinaldi Celebrity and Live Music Photographer (CC BY 2.0)