Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury strona 6 multiwakacje - warsztaty filmowe strona 7 taniec pogo w Sulęczynie strona 9 miłość bez granic? strona 11 hip - popowy krążek Izy Lach strona 13 nie chcesz wypić piwa z Gimli? strona 16 z szuflady bluesmana strona 20 czy masz FOMO? strona 21 a co by było, gdyby jej nie było...? strona 25 Polaków przygody w Londynie strona 27 Fornalika trudne poczatki strona 31 od "Helios" - "Słońce" strona 35 DZIECI INTERNETU

Outro Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl rekrutacja(@)outro.pl Redaktorzy naczelni: Monika Toppich, Kamil Wiśniowski Zastępca: Paulina Zguda, Marek Suska Sekretarz redakcji: Magdalena Wąwoźna Redaktor prowadzący: Magdalena Kelniarz Korekta wydania: Agata Andrzejak Fotoedycja wydania: Roksana Grzmil Projekt okładki: Patryk Skoczylas Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Patrycja Rawska (społeczeństwo), Aleksandra Bartosik (społeczeństwo), Maciej Dziubiński (sport), Agata Andrzejak (korekta), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy) Korekta: Agata Andrzejak, Nina Bezpałko, Faustyna Cisło, Justyna Dubaj, Agnieszka Dydacka, Maria Gołaszewska, Agata Hajduk, Martyna Kłopeć, Patryk Łowicki, Cynthia Schmidt, Wojciech Żywolt Graficy: Angelika Marchewka, Jarosław Stępień, Adam Białek, Patryk Skoczylas Zdjęcie na okładce: philcampbell (CC BY 2.0)

Nie wyobażam sobie życia bez swojego laptopa. Jasne, nie jest pierwszą rzeczą, po którą sięgam po przebudzeniu (nie, sprawdzam godzinę na komórce), ale przynajmniej raz dziennie loguję się na Facebooku czy mailu, żeby sprawdzić, co się dzieje i czy ktoś czegoś ode mnie nie chce. Z racji pracy w Outro raczej nie mogę sobie pozwolić na odseparowanie się od sieci i telefonu na czas nieokreślony, ale zdaża mi się zastanawiać, dlaczego u diab- ła znów jestem przy komputerze, kiedy skończyłam z niego korzystać chwilę wcześniej. Jesteśmy pokoleniem, które rewolucji technologicznej przygląda się z dystansem i lekkim przymróżeniem oka. Nie jesteśmy tak zdziwieni, jak nasi rodzice, nowinki nie pozostawiają nas w tyle, uczymy się ich obsługi szybciej niż podstawy progra- mowej. Takie czasy, sami je tworzymy, więc musimy się do nich przystosować, to naturalne. Nasi rodzice wychowani byli przez telewizję, my – przez Internet. Tylko kiedy ta granica wnikania technologii w nasze życie zostaje przekroczona? Kiedy orientujemy się, że wirtualne ja jest ważniejsze od tego, które chodzi do szkoły, spotyka się ze znajomymi i ma rodzinę? I czym jest FOMO, coś, na co możemy cierpieć, nie mając o tym zielonego pojęcia? Coraz częściej nie możemy się oprzeć uczuciu, że to my istniejemy dla technologii, nie na odwrót. Paulina








MULTIWAKACJE - WARSZTATY FILMOWE
MULTIWAKACJE

Drugi tydzień warsztatów w ramach projektu Fundacji Nowe Media "Multi- wakacje" za nami. Tym razem o fil- mowaniu, montażu i świecie kina opowiedział w Narodowym Instytucie Audiowizualnym scenarzysta i opera- tor filmowy Piotr Kochański. Od 13 do 17 sierpnia 2012r. grupa warszawskich gimnazjalistów i uczniów szkół ponadgimnazjalinych przez sześć godzin każdego dnia oglądała filmy i dys- kutowała o historii kina i o tym, jakich technik użyto w nich, by przyciągnąć uwagę widza. Dowiedzieli się z czego składa się kamera, jak prowadzić wzrok widza dzięki głębi ostrości, kompozycji kadru i ruchowi operatora. Dzięki właściwemu oświetleniu i perspektywie odkryli sens słów Kochańskiego, że "nie ma brzydkich ludzi, jest kiepski operator". Kiedy już nauczyli się jak obsługiwać kamerę zdecydowali, że stworzą własny krótki film o uczuciu między dziewczyną i ogrodnikiem, w którym gościnnie wystąpił czerwony sekator. Wykorzystali prawie

MULTIWAKACJE

wszystkie techniki, które poznali: panoramę, szwenk, ujęcie z ręki, przekrzywienie kamery, detal, zbliżenie. Kolejnym krokiem był montaż. Żeby dodać do swojego filmu narrację, nagrali swoje krótkie wypowiedzi, które postanowili dodać wykorzystując tzw., zakładkę dźwiękową (dźwięk z poprzedniej sceny słychać w następnej). Atmosfera spotkań była twórcza, a po przełamaniu pierwszych lodów, każdy ulepszał filmowe "dzieło" dorzucając swoje trzy grosze. Przyjazny klimat nadawały warsztatom kameralne wnętrza Narodowego Instytutu Audiowizualnego oraz otaczający go ogród, który posłużył jako scenografia do kręconego przez uczestników filmu. Teraz wszyscy czekają na jego premierę i po cichu liczą, że będą mieli szansę jeszcze "Dzięki właściwemu oświetleniu i perspektywie odkryli sens słów Kochańskiego: "nie ma brzydkich ludzi, jest kiepski operator"." kiedyś spotkać się z Piotrem Kochańskim na kolejnych warszatach. Póki co pozostaje im nieco bardziej świadome oglądanie filmów i rozkładanie ich na czynniki pierwsze, bo dzięki projektowi wiedzą już, że film to nie tylko wartka akcja, ładni aktorzy czy ciekawa historia. Aleksandra Bartosik TANIEC POGO W SULĘCZYNIE
Latem Sulęczyno rozbrzmiewa nie tylko jazzowymi rytmami. Już po raz drugi są one nieco ostrzejsze i nie są to dźwięki akordeonu czy trąbki. Do grona sulęczyńskich festiwali dołączyła bowiem impreza „Rock w Rok”.
RELACJA Z FESTIWALU

W drugim tygodniu sierpnia na scenie Gminnego Ośrodka Kultury wystąpiło łącznie sześć zespołów. Całość podzielono na dwa programy: „Młody Rock” i „Prog- ram Główny”. Pierwszy z nich był stosunkowo krótki, lecz za to bardzo dynamiczny i skoczny. Na scenie pojawiły się zespoły „Cookie Monsters”, „Wolne Owce” oraz „Iwan Groźny”. Wszystkie trzy grupy są mało rozpoznawalne, mimo wszystko warto ich posłuchać. Na uwagę zasługuje zespół „Iwan Groźny”, który rozgrzał publiczność szybkimi gitarowymi solówkami i skocznymi punk rockowymi kawałkami. Zaraz po godzinie 20:00 „Rock w Rok” ruszył na dobre. Do akcji wkroczyła bluesowo–rockowa grupa „Nadmiar”. Wo- kaliście Damianowi Michalskiemu niestety nie udało się zachęcić widowni do zabawy, gdyż była ona zbyt zmęczona tańcem pogo przy poprzednich występach. Gdy tylko „Nadmiar” zakończył grę, na estradzie pojawił się „Blue Jay Way”. Gdyński zespół

RELACJA Z FESTIWALU

od samego początku poruszył znaczną część publiki, która w mgnieniu oka znalazła się pod sceną. „Rock w Rok” był ostatnim festiwalem, na którym hard- rockowcy z Gdyni dali koncert. Jeden z członków grupy postanowił opuścić swoich kolegów, co spowoduje wkrótce zmianę nazwy zespołu. Nie jest ona jednak bliżej znana. Przed wielkim finałem festiwalu, jakim był mroczny występ „Closterkeller”, nastąpiła krótka przerwa techniczana, podczas której DJ Pepo wraz z MC Mentosem zachęcali do kupna festiwalowych koszulek. Chwilę później „Closterkeller” grał już ponure piosenki. Podczas tego występu nie było już tańca pogo, mimo to przykuł on największą uwagę. Anja Orthodox śpiewa tak zwany „klimatyczny rock”, który od ponad 20 lat ma bardzo szerokie grono słuchaczy, poczynając od fanów metalu, muzyki gotyckiej i rocka, a kończąc na entuzjastach popu. Po zakończeniu „Prog-ramu Głównego” pozostali widzowie bawili się wraz z DJ’em Pepo na „DJ PepoRock”. Warto wspomnieć, że organizatorem całej imprezy była fundacja „Aby Chciało Się Chcieć”. Na tegorocznym festiwalu wystąpiło wiele zróżnicowanych gatunkowo zespołów po- czynając od bluesa, a kończąc na rocku klimatycznym. Dzięki temu 11 sierpnia pod Gminnym Ośrodkiem Kultury w Sulęczynie zebrało się wiele osób, które świetnie bawiły się w wesołych rockowych rytmach. Nawet ktoś, kto nie lubi rocka, mógł się tam świetnie bawić. tekst i fotografie: Maciej Nowotnik Zazdrość. Pożądanie. Toksyczny związek. Obsesja. Łamanie powszechnie uz-nawanych norm moralnych. To wszystko znajdziemy w dramacie obyczajowym Filipa Marczewskiego, reżysera m.in. znanego już dzieła pt. "Jak w niebie". Jednak to ten najnowszy obraz przyniósł mu największy rozgłos, który szybko zaowocował nominacją do nagrody Złotych Lwów. Na temat tego dzieła słyszy się wiele skrajnych opinii, a sam film zyskuje przy tym równie liczne grono fanów, co przeciwników. Ale zacznijmy od początku…
MIŁOŚĆ BEZ GRANIC?
RECENZJA FILMOWA

"Bez wstydu" jest dalszym ciągiem krótkometrażowego filmu pt. "Melodramat" z 2005 roku. To historia opowiadająca o lo- sach rodzeństwa - Tadzika (Mateusz Kościukiewicz) oraz Anki (Agnieszka Gro-chowska). Chłopak po powrocie do domu odkrywa, że jego siostra związała się z żonatym mężczyzną. Jego chora fas- cynacja Anką doprowadza do tego, że jest w stanie zrobić wszystko, by tylko skompromitować kochanka siostry. To, co zaczęło się niewinnie, z czasem przeradza się w kazirodczą miłość, która nie prowadzi do „happy endu”. Dodatkowo pojawia się jeszcze Irmina - dziewczyna, która zako- chuje się w Tadziku i gotowa jest dla niego sprzeciwić się decyzjom podjętym przez rodziców w sprawie jej małżeństwa. A trze- ba dodać, że pochodzi ona ze środowiska Romów. Może zarys fabuły brzmi zawile, ale to tylko pozory. Wystarczy bowiem uważnie śledzić wątki, które płynnie prze -

RECENZJA FILMOWA

platają się ze sobą, tworząc spójną całość. Nie brak kontrowersyjnych opinii i ko- mentarzy dotyczących filmu, jakie powstały na jego temat po premierze w czasie 37. Gdynia Film Festiwal. Większość krytyków negatywnie ocenia dzieło Marczewskiego. "Z krótkometrażowego Melodramatu nie zostało niestety nic. W zamian za to mamy opowiastkę o chłopcu "o złym sercu", który próbuje na siłę dorosnąć." – mówi Joanna Ostrowska na portalu Filmweb. Wśród fali krytyki znajdujemy również głosy chwalące obraz: "Bez wstydu opiera się na barkach aktorów i dzięki ich świetnym występom należy dać mu szansę. Pomysł na film był wyśmienity, w wielu scenach wyczuwa się różnego rodzaju konflikty, co wciąga widza w dramat młodego Tadeusza." - opowiada Kuba Wichnowski z Filmaster. "Z krótkometrażowego "Melodramatu" nie zostało niestety nic. W zamian za to mamy opowiastkę o chłopcu "o złym sercu", który próbuje na siłę dorosnąć." Cóż, osobiście pamiętam rolę Kościu- kiewicza jeszcze z filmu "Wszystko, co ko - cham". Już wtedy zrobił na mnie niemałe wrażenie. Byłam pewna, że tak będzie i tym razem, jednak efekt końcowy nieco mnie rozczarował. Wydaje się, że w nie-których momentach jego bohater na siłę chce zagrać emocje towarzyszące mu przy odrzuceniu ze strony siostry. Warto również wspomnieć o kreacji Agnieszki Grochowskiej. Ta bowiem nie pozostawia złudzeń co do słuszności obsadzenia jej w tej roli. Uważam, że jest genialną aktorką młodego pokolenia i zdecydowanie zbyt rzadko można ją zobaczyć na dużym ekranie. "Byłam pewna, że tak będzie i tym razem, jednak efekt końcowy nieco mnie rozczarował." W moim odczuciu, "Bez wstydu" miał być filmem obalającym temat kazirodczej miłości jako temat tabu. Bo tak naprawdę my, Polacy, wstydzimy się mówić głośno o takich sprawach. Sama myśl o tym nas krępuje. Dobrze więc, że ktoś odważył się na taki krok. Czy zatem warto wybrać się do kina? Tak, emocje i rozmyślenia o tym, co zobaczyliśmy, będą nam towarzyszyć jeszcze przez długi czas. Katarzyna Lewicka
HIP–POPOWY KRĄŻEK IZY LACH
RECENZJA PŁYTY

Łódzka wokalistka, Iza Lach, stwo-rzyła zaskakująco efektowny duet z amerykańskim raperem, Snoop Dogg’iem. Jakiś czas temu wygrała konkurs na remiks jego piosenki, po czym oboje nagrali dwa wspólne kawałki "Set It Off" i "Lost in Tran-slation". Nikt jednak nie spodziewał się, że to dopiero początek. Ocean nie stanął na przeszkodzie i 26 lipca w sieci ukazała się płyta „Off the Wire”. Płyta składa się z 11 utworów. Jest anglojęzyczna w przeciwieństwie do poprzednich dwóch albumów piosenkarki. Repertuar jest dość zróżnicowany. „It’s Summer Again” to idealny, radosny i ryt- miczny, kandydat na hit lata 2012. Do stwierdzenia, że „Off the Wire” to swoista wakacyjna składanka, dodatkowo popycha nas czas, w jakim pojawił się krążek. Subtelne nawiązania do funku i disco w „Back in Love” oraz balladowe brzmienie „Yellow Brick Road” wskazują na non-szalancką żonglerkę klimatem, który pomi-mo wszystko, niezmiennie utrzymuje się w rytmach hip–hopu i r’n’b. Rytmiczny

RECENZJA PŁYTY "Warto zaznaczyć, że płyta jest relacją ze spotkania kobiety i mężczyzny."

podkład i lekkość przekazu to spoiwo wszystkich jedenastu kawałków. Niecodzienne brzmienie Izy Lach, jakiego dotąd nie znaliśmy, zawdzięczamy spotka- niu ze Snoop Dogg’iem, który nie tylko wyprodukował płytę, ale też udziela się wokalnie w kilku utworach, takich jak „Let Me B the 1”, wcześniej nagranych "Set If Off" i "Lost in Translation" czy też tytułowym „Off the Wire”. Trudno jest mówić o gościnności, kiedy nie wiemy, kto jest gościem - zaproszona do współpracy Lach, korzystająca z muzycznych kompo- zycji legendarnego rapera, czy też Snoop Dogg śpiewający na jej płycie? Krążek to po prostu spotkanie dwoje artystów w od- powiednim miejscu i czasie. Wyraziste, pulsujące brzmienie muzyki Snoop Dogga i delikatny głos Lach. Nie chcę doszukiwać się drugiego dna na miarę portalu plot-karskiego, ale warto zaznaczyć, że płyta jest relacją ze spotkania kobiety i męż-czyzny. Nieprzypadkowo w niektórych ut-worach, np. „Lost in Translation” odna- jdziemy pewne aluzje erotyczne. Z pew- nością taki muzyczny flirt dodaje płycie charakteru. Artyści zachowali jednak umiar i znaleźli złoty środek, dzięki czemu w ut- worach słychać profesjonalne partnerstwo i porozumienie. Lach jako jedną z inspiracji artystycznych wymieniała właśnie Snoop Dogga, co zapewne zadziałało mobilizująco podczas wspólnej pracy. Chęć tej wspó-łpracy odegrała zapewne decydującą rolę i wyścieliła drogę do sukcesu. Słuchając jej efektu, można odnieść wrażenie, że muzycy byli dla siebie siłą napędo -

RECENZJA PŁYTY

"Trudno jest mówić o gościnności, kiedy nie wiemy, kto jest gościem - zaproszona do współpracy Lach, czy też Snoop Dogg śpiewający na jej płycie?" wą i uzupełniali się wzajemnie. To nietypowe spotkanie i, co za tym idzie, połączenie delikatnej barwy głosu młodej popowej wokalistki i dojrzałego głosu rapera, zaowocowało zadziwiająco udanym brzmieniem. Płyta intryguje barwnym efektem mieszanki dwóch fascynujących i odmiennych indywidualności. Na polskim rynku muzycznym dawno nie było tak wyrazistej, a jednocześnie nonszalanckiej składanki. Lekkość, z jaką słucha się tych utworów, wskazuje na twórczość z czystej potrzeby serca, a radość, z jaką tworzyli tę muzykę, wymusza na słuchaczu czerpanie przyjemności z jej odbioru. Justyna Majchrzak fot. 1: Wikipediacommons (CC BY 2.0) fot. 2: thecomeupshow (CC BY 2.0)
NIE CHCESZ WYPIĆ PIWA Z GIMLI?
RECENZJA GRY

Krasnoludy od zawsze wydawały się jedną z najbardziej interesujących ras w fantasy. Od czasu, kiedy Tolkien zrobił z nich budowniczych ogrom- nych podziemnych komnat, wiele osób zapragnęło stworzyć własną Morię – najwspanialszą spośród sie- dzib tego ludu. Twórcy gry „Dwarfs?!” wydają się w teorii wychodzić na-przeciw takim oczekiwaniom. W prak-tyce jednak jest inaczej. Od blisko sześciu lat w fazie produkcji znajduje się „Dwarf Fortress” - niezwykły mix strategii z elementami roquelike (grafiką w formie tekstowej), który daje graczom ogrom możliwości. Co więcej, gra pomimo iż jest jeszcze fazie produkcji, to została już udostępniona za darmo. Ma jednak jeden istotny mankament – bardzo skomplikowany tytuł i opanowanie go wraz z przyzwyczajeniem się do grafiki w formie tekstowej, zajmuje naprawdę dużo czasu. Twórcy „Dwarfs?!” inspirując się tą nie- zależną produkcją, postanowili stworzyć tytuł, który okaże się bardziej przystępny dla nowych graczy.

RECENZJA GRY

Można śmiało stwierdzić, iż ten zabieg im się udał. Już po około piętnastu minutach rozgrywki zna się zasady rządzące pod- ziemnym rozgardiaszem. Niestety, znaczne uproszczenie poszło w parze z usunięciem zdecydowanej większości opcji znanych z „Dwarf Fortress”. Nie warto jednak o nich wspominać i dalej porównywać oba tytuły, bo to wbrew pozorom całkowicie różne gry i łączy je tylko rdzeń rozgrywki. "Często dochodzi tu do naprawdę nieprzyjemnych sytuacji, kiedy próbując zażegnać ryzyko zalania naszych wykopów, krasnoludy to utrudniają, na przykład niszcząc mur blokujący wodę." „Pierwsze, co powinieneś wiedzieć o kras- noludach – kochają złoto” - takie słowa słyszymy w pierwszych sekundach samo- uczka, gdzie stary górnik stara nam się wyjaśnić zasady rządzące rozgrywką. Pod nasze panowanie trafia zgraja kopaczy pragnąca zdobyć jak najwięcej bogactw. Na początku mamy tylko jednego kras-noluda, który błyskawicznie i bezmyślnie rozpoczyna poszukiwanie własnego El Dorado. Następnie z knajpy, już pod- chmielony, wychodzi kolejny, potem jeszcze kolejny i tak już do końca typowej rozgrywki wylewa się banda miłośników piwa. Naturalnie istota rozumna nie postępuje zbyt racjonalnie pod wpływem alkoholu, dlatego nasi podopieczni robią wiele głupstw. Nad krasnoludami nie da się zapanować. Można im wydawać delikatne sugestie, dokąd mają iść. Dotyczą każdego - tak samo zwykłego poszukiwacza złota, jak i wojownika – drugiego z typów jednostek, jakie przyjdzie nam kontrolować. Dopro- wadza to do totalnego chaosu, który pogłę- biają liczne niebezpieczeństwa znajdowane w tunelach – lawa, woda i inni górnicy niezbyt przyjaźnie nastawieni do naszej zgrai. Często dochodzi tu do naprawdę nieprzyjemnych sytuacji, kiedy próbując zażegnać ryzyko zalania naszych wykopów, krasnoludy to utrudniają, na przykład niszcząc mur blokujący wodę. Chaos i odpowiedni poziom trudności po- trafią dać, oprócz ogromnej frustracji, także dużo radości. Sztuką jest ukończyć trzydziestominutową rozgrywkę na trud- nym poziomie bez zalania głównego budynku lawą, wodą czy też zniszczeniem go przez obce istoty. Gdy jednak nam się to uda, satysfakcja jest nieporównywalna z przeglądarkowymi produkcjami. „Dwarfs?!” oferuje kilka trybów rozgrywki: klasyczny – Arcade, gdzie wybieramy po -

RECENZJA GRY

ziom trudności oraz czas gry (5, 15, 30, 60 minut) i staramy się zebrać jak największą ilość punktów; Dark Mode – nie widzimy nic poza tym, co wykopały nasze krasnoludy; Rush – w określonym czasie nie może umrzeć więcej niż 200 górników; Endless – gramy bez limitu czasu, aż sami na siebie sprowadzimy zagładę; edytor mapy działający w czasie rzeczywistym i w końcu arcytrudny Tower Defense. I na koniec tryb, który mógłby być równie dobrze wydany jako samodzielny tytuł i dostępny na jednej ze stron z flashowymi produkcjami. Na początku jest tylko jeden tunel wykopany przez krasnoluda, na któ- rego kształt mamy pewien wpływ. Potem stopniowo dochodzą trzy kolejne. Bronimy naszego głównego budynku w klasyczny sposób – rozstawiając wieże obronne, "Nad krasnoludami nie da się zapanować. Można im wydawać delikatne sugestie, dokąd mają iść. Dotyczą każdego - - tak samo zwykłego poszukiwacza złota, jak i wojownika" a także stawiając przeszkody. Kłopot w tym, że pieniędzy jest tu jak na lekarstwo i trzeba bardzo dużo myśleć nad ich rozdysponowaniem. Pojawia się wiele dylematów typu: budować mur, który na chwilę powstrzyma wroga czy ulepszyć

RECENZJA GRY

wieżę? Przy małej ilości złota i dużej liczbie potworów jest to nie lada wyzwanie. Na początku napisałem o tym, że „Dwarfs?!” jest nieco bardziej przystępne dla nowych graczy od „Dwarf Fortress”. Nie tyczyło się to tylko złożoności rozgrywki, ale także grafiki. Otrzymujemy tu dość ładny i stworzony z pewnym przymru- żeniem oka świat. Nie można narzekać, ale też nie da się zachwycić. Dwa wymiary mogą zauroczyć odbiorcę ciekawym stylem graficznym – pokazało to wiele gier niezależnych. Tu jednak tak nie jest. Tunele są monotonne z pewną ilością smaczków, jedynie krasnoludy zostały przyzwoicie wykonane. Znacznie gorzej jest natomiast z muzyką, która po prostu nudzi – jeden utwór zapętla się przez cały czas grania. Bilans cena/jakość, który wypada fatalnie. „Dwarfs?!” kosztuje na Steamie 9 euro i jak na taką cenę, oferuje zdecydowanie za mało. Bliżej mu do rozbudowanej minigry, niż pełnoprawnej produkcji. Nie pomaga w tym fakt, iż człowiek czerpie pewną przyjemność z nabijania coraz większej ilości punktów. „Dwarfs?!” wyróżnia się tylko tematyką i to dla osób, które nie miały do czynienia z tego typu grą. Podsumowując: nie polecam, chyba że trafi się promocja i będzie kosztował około 3 euro – wtedy warto dać mu szansę. Paweł Gałwa

KULTURA Z SZUFLADY BLUESMANA

Patti Smith - Banga Wspaniały głos i cudowne poetyckie teksty to jej wizytówka. Rozgłos zyskała dzięki debiutanckiemu albumowi - „Horses”, wy-danemu w 1975 roku. W 2007 roku została oficjalnie wprowadzona do „Rock and Roll Hall of the Fame”. Ten epizod był zwień-czeniem jej muzycznej kariery. Wydany krążek „Banga” to kompilacja wszystkiego, co nietuzinkowe u Patti Smith. Mocny, a zarazem delikatny głos, wciąż przy-brudzony. Jedyne, co mnie zaskoczyło, to utwór o miłości - „April Fool”. To nie w sty-lu Patti, która przez blisko 40 lat swojej kariery śpiewała o wszystkim, ale nie o tak-ich intymnych sprawach. 4/5 Santana - Shape Shifter Najnowszy album Santana zadedykował rdzennym mieszkańcom Australii. Krążek to prawie całkowita rezygnacja z wokali na rzecz dużej ilości długich partii gitar oraz organów Hammonda. Na myśl przychodzą wczesne lata kariery Santany, a fani na pewno nie będą zawiedzeni. O ile po- przedni krążek „Guitar Heaven” (2010) był popisem czysto wokalnym, o tyle teraz dostajemy płytkę blisko w stu procentach instrumentalną. „Dom” czy „Metatron” to świetny pokaz umiejętności, jakimi dys-ponuje muzyk. Długo kazał czekać, by wierni fani mogli się raczyć tak dobrą dawką muzyki! 5/5 Michał Fila
CZY MASZ FOMO?
TEMAT NUMERU

Przeciętnemu użytkownikowi Inter- netu to pojęcie za wiele nie mówi, a według psychologów FOMO to pro- blem, który powinien zostać uznany za zaburzenie. Co zatem oznacza to dziwne słowo i czy mamy się czego obawiać? Sobotnie popołudnie spędzam z koleżanką Kasią w jednej z miejskich restauracji. Siedzimy i rozmawiamy o naszych przy- godach wakacyjnych, popijając sok poma- rańczowy. Co jakiś czas Kasia wyciąga ko - mórkę i wpatruje się w jej ekran. Kątem oka widzę, że jest zalogowana na Face- booku. „Coś ciekawego się wydarzyło?” – pytam. „A nie, tylko tak sprawdzam.” Kasia jeszcze kilka razy podczas naszego godzinnego spotkania zerka na telefon. Zdążyła odczytać maila, „zlajkowała” parę fotek znajomych i doniosła mi o tym, że jej kolega z liceum niedługo urządza imprezę. „A wiesz, co to jest FOMO?” – zapytałam. Poprosiła, abym powtórzyła. „Co, FOMO? Pewnie coś związanego z kosmosem, sama nie wiem…” Nie zdziwiło mnie, że nie wie. Zapewne mało kto tę nazwę słyszał, cho -

TEMAT NUMERU

ciaż to, co ona oznacza, już zaczyna brzmieć znajomo. Na co dzień nikt się nią nie posługuje, ale można trochę poczytać o FOMO w Internecie, czyli w miejscu, które podobno jest jego głównym sprawcą. Psycholodzy szacują, że FOMO ma nawet 40% osób korzystających z Internetu. "Siedzę ze znajomymi. Wibruje telefon. Od razu po niego sięgam i odczytuję powiadomienie z Facebooka, maila lub SMS–a. Wiem, że mogłabym to zrobić później. Ale nie potrafię." FOMO (ang. Fear of Missing Out) to lęk przed tym, że coś nas ominie. Obsesyjnie sprawdzamy konta społecznościowe, takie jak Facebook, Twitter, ale także np. pocztę internetową, w obawie, że za chwilę możemy otrzymać wiadomość, a nas aku-rat nie będzie przed komputerem. To także strach przed opuszczeniem istotnego dla nas wydarzenia towarzyskiego. Często klikamy przycisk „Wezmę udział” bojąc się, że jeśli odrzucimy zaproszenie, może nas ominąć coś wyjątkowego. FOMO objawia się poddenerwowaniem, brakiem kon-centracji oraz zaniedbaniami we własnym życiu. Uczestnicząc bowiem w wielu impre-zach, na które tak naprawdę nie chcieliśmy iść, zapominamy o tym, co mamy do zrobienia w szkole czy w pracy. Często odwiedzamy jakąś stronę codziennie, sprawdzamy, czy są nowe komentarze pod artykułami. A może właśnie znajomi wrócili z wakacji i dodali nowe fotki? Szybko zatem wchodzimy na Fb i przeglądamy tablicę. Często myślimy: nie było mnie dwie godziny przed komputerem, a tyle się wydarzyło. Na portale społecznościowe, takie jak np. Facebook, średnio logujemy się dwa razy dziennie. Dla osób z FOMO liczba logowań jest zdecydowanie większa. Wspólnie z Ka- sią ustalamy, że w wakacje spędzamy na tym portalu około 2–3 godziny dziennie, co daje już przeszło 14 godzin tygodniowo i ponad 60 godzin miesięcznie. Po co tak często? Oczywiście, żeby przeczytać posty znajomych, obejrzeć zdjęcia. Chyba robi tak większość osób. W końcu, jak twierdzą psycholodzy, nie chcemy niczego prze-gapić. A może po prostu przesadzają i wmawiają nam, że ciągłe surfowanie w sieci czy niecierpliwe oczekiwanie na sms–y może powodować jakieś zaburzenia. Wiadomo, że wszystko, co używane w zbyt dużych ilościach, może zaszkodzić. Ale dla nas, młodych ludzi, Internet i nowoczesne urządzenia są codziennością, dlatego tak trudno wyobrazić sobie dzień czy dwa bez

TEMAT NUMERU

"FOMO to lęk przed tym, że coś nas ominie. Obsesyjnie sprawdzamy konta społecznościowe, takie jak Facebook, Twitter, ale także np. pocztę internetową." dostępu do niego. Psycholodzy robią kolejny krok i ostrzegają dodatkowo przed równie groźnie brzmiącym zjawiskiem: „infoterror”. Znów mniej więcej chodzi o to, że szybkość przekazu informacji przyczy- niła się do tego, że kiedy wychodzimy dokądś, to w głowie pozostaje jedna myśl: „co mnie właśnie omija?” Wiemy bowiem, że w Internecie toczy się drugie życie i ani na chwilę nie zatrzymuje się, by nabrać oddechu. Użytkownik Internetu wie, że gdy znów uruchomi komputer (kolejny raz w czasie tego samego dnia), będzie mógł swobodnie nadrobić zaległości. Ale czy słowo „terror” zbytnio nie przeraża? Wydaje się, że bycie uzależnionym od informacji nie jest takie złe. W końcu czytamy różne rzeczy, bo Internet nie ogranicza się do jednego tematu. Jesteśmy bombardowani przez portale informacyjne, rozrywkowe, których liczba będzie rosła, bo świat się rozwija i zmieniają się nasze zapotrzebowania. Większość osób z syn-dromem FOMO zdaje sobie sprawę z tego, że w wielu sytuacjach nerwowe odczy-

TEMAT NUMERU

tywanie maili czy powiadomień jest po prostu nie na miejscu. „Siedzę ze zna-jomymi. Wibruje telefon. Od razu po niego sięgam i odczytuję powiadomienie z Fa-cebooka, maila lub SMS–a. Wiem, że mogłabym to zrobić później. Ale nie potrafię” – to wypowiedź jednej dziew-czyny w artykule na temat FOMO na portalu gazeta.pl. Inna dodaje: „Jestem na urlopie. Egzotyczny kraj, piękne widoki, świeci słońce. A w głowie jedna myśl - co mnie omija? Nerwowo zerkam na ekran smartfona, sprawdzam maile, monitoruję Facebooka. W każdej chwili jestem gotowa do reakcji, jeśli pojawi się ważna sprawa związana z pracą.” "Szybkość przekazu informacji przyczyniła się do tego, że kiedy wychodzimy dokądś, to w głowie pozostaje jedna myśl: „co mnie właśnie omija?” W Internecie toczy się drugie życie i ani na chwilę nie zatrzymuje się, by nabrać oddechu." Zdarza się tak, że rozmawiając z kimś nie ukazujemy żadnego zainteresowania, bo zwracamy uwagę tylko na to, co dzieje się w Internecie. Takie przypadki odnotowała Jenna Wortham, dziennikarka „The New York Times”. Obserwowała amerykańskich nastolatków i zauważyła, że potrafią sprawdzać Twittera czy Facebooka nawet podczas randki. Kiedy rozmawiała z tymi osobami, zapytała je, czy nie uważają, że to przeszkadza partnerowi. Młodzi twierdzili jednak, że to forma połączenia, aktyw- ności, bowiem kiedy znajdą coś ciekawego, dowiedzą się o jakiejś imprezie, zawsze mogą tam razem pójść. FOMO to ciekawość, która sama w sobie nie jest zła. Nie jesteśmy przecież maszy- nami sterowanymi przez portale społecz- nościowe, pocztę i sms–y. Warto więc choć na chwilę zapomnieć o wszystkich powia- domieniach, czekających na nas stronach i przekonać się, czy potrafimy bez nich żyć. Karolina Przybylska fot. 1: Sean MacEntee (CC BY 2.0) fot. 2: Nikke Lindqvist (CC BYSA 2.0)
A CO BY BYŁO, GDYBY JEJ NIE BYŁO…?
TEMAT NUMERU

Wyobraź sobie, że jest niedzielny wieczór. Rano musisz wstać na uczelnię. Nakręcasz więc stary budzik po dziadku i spokojnie kładziesz się spać. Następnego ranka podnosisz się leniwie z łóżka, zakładasz ciepły dres (dajmy na to, że jest styczeń), nastawiasz wodę na kawę i biegniesz do kiosku po gazetę – zanim wrócisz, w czaj- niku masz wrzątek, ale w trakcie tego krótkiego spaceru sam zmarzłeś na kość. Jedząc jajecznicę wolno kartkujesz lokalny dziennik, który zajmuje pół stołu – ups, w połowie kolumny pojawiła się wielka plama szynki i jajka… chyba nie skończysz już tego artykułu. Czas wyjść z domu. Nie pamiętasz jeszcze, o której godzinie odjeżdża Twój autobus (z początkiem roku zmienił się przecież rozkład jazdy), więc czekasz na niego 15 minut. Ledwo zdążasz na pierwsze zajęcia i co? Odwołane. A nikomu nie chciało się zadzwonić i powiadomić Cię w weekend. Trudno, zostaje iść na kawę. Może przy-najmniej po drodze kupisz w kiosku niez-aplamiony jajecznicą egzemplarz gazety…

TEMAT NUMERU

Wracasz zmęczony po zajęciach do domu i od progu okazuje się, że zapomniałeś skserować od koleżanki notatki na jut-rzejsze kolokwium. Wsiadasz w autobus, jedziesz na drugi koniec miasta, by do-wiedzieć się, że nie ma jej w domu – wy-szła na aerobik, wróci za jakieś cztery godziny. Zatem równie dobrze możesz na to kolokwium w ogóle nie iść. A teraz zastanów się – co jest nie tak z tym opisem? Papierowa gazeta, konieczność sprawdzania rozkładu jazdy na przystanku, a zmian w planie zajęć – na uczelni… Już wiesz? Nie masz dostępu do najnowszych technologii – smartfona, tabletu, mobil-nego Internetu. Nie zastanawiasz się pewnie na co dzień, jak bardzo jesteś do nich przywiązany. Pewnie nie myślisz nawet, jak to było, kie-dy jeszcze miałeś starą Nokię 3310 i mo-dem podłączany do telefonu. Mając te wszystkie nowe cuda techniki życie jest o tyle łatwiejsze, że wolimy nawet nie myś-leć, co by było, gdyby nagle nam to wszy-stko zabrano – chyba naprawdę mu-sielibyśmy jeździć na drugi koniec miasta po głupie notatki – bo zeskanowanie i wysłanie ich mailem przy łączu 56 kb/s zajęłoby więcej czasu niż podróż ko-munikacją miejską. Pamiętasz jeszcze, że mając pięć lat zawsze wiedzieliśmy, gdzie znaleźć przy-jaciół, kiedy wychodziliśmy na podwórko? "Pamiętasz jeszcze, że mając pięć lat zawsze wiedzieliśmy, gdzie znaleźć przyjaciół, kiedy wychodziliśmy na podwórko?" A przecież nie mieliśmy komórek i Facebooka. Pamiętasz, jak musiałeś trzymać się podwórka, bo mama w każdej chwili mogła Cię zawołać przez okno na obiad? Albo jak pukałeś do drzwi kolegów pytając – „Jest Zosia?” Bo przecież po co dzwonić, skoro to tylko dwa bloki stąd? Technologia nas uwięziła. I chociaż dzięki niej życie jest o tyle łatwiejsze, to para-doksalnie podporządkowaliśmy się jej do tego stopnia, że czasem nawet utrudniamy sobie życie usiłując osiągnąć odwrotny efekt – bo przecież szukanie komórki przez 20 minut jest prostsze, niż zapukanie do sąsiadów z naprzeciwka, żeby pożyczyć szklankę cukru – przecież trzeba najpierw sprawdzić, bo może ich nie być w domu… Magdalena Kelniarz fot. 1: English106 (CC BY 2.0) POLAKÓW PRZYGODY W LONDYNIE
Podsumowanie występów reprezentantów Polski na Igrzyskach XXX Olimpiady
SPORT

Pech, amatorszczyzna, fuszerka – tak moż- na by w skrócie podsumować minione ig-rzyska olimpijskie. Polscy bokserzy, kiedyś jedni z najbardziej liczących się w świecie, tylko podpisali listę obecności w Londynie walką jednej jedynej przedstawicielki swo-jej dyscypliny. Szumnie zapowiadający medale szermierze odpadli w pierwszych walkach. Obrońcy srebra z Pekinu w wio-ślarstwie dużo mówili i nic poza tym. Siatkarze głupio przegrywali z o wiele słabszymi rywalami. Pływacy prawie nie istnieli i nie modlili się o medal, ale chociaż o półfinał. Kolarz złapał „gumę” tylko po to, aby dostać rower z zepsutymi prze-rzutkami. Judoka stracił medal, bo sę-dziowie boczni skorygowali decyzję głów-nego. Sędziowie w podnoszeniu cięża-rów nie mieli zielonego pojęcia, co się dzieje, czemu nie zaliczyli zawodniczce podejścia i czemu dalej ją męczą. Badmin- tonista zerwał ścięgno Achillesa. Tenisiści

SPORT "Od lat stoimy w miejscu, nie wyciągamy wniosków po kolejnych wielkich imprezach sportowych, nie czerpiemy pozytywnych wzorców z innych państw."

nie potrafili się odnaleźć na kortach Wimbledonu, jeśli nie grali w tradycyjnych białych strojach. Kolejne „szanse meda- lowe” trafiały we wczesnych fazach swoich turniejów na późniejszych mistrzów i, co oczywiste, odpadały z rozgrywek. Młociarz spalił trzy podejścia eliminacyjne i poprosił o jakąś karę. Jaką, nie wie sam zawodnik. Biegacze średniodystansowi potykali się, tracąc cenne ułamki sekund. Sprinterzy pobili się o łazienkę. Kolejni zawodnicy i zawodniczki nie wiedzieli, co się stało. A mimo to już pierwszego dnia igrzysk Sylwia Bogacka rozbudziła nasze apetyty, zdobywając srebro w strzelaniu z karabinka pneumatycznego. Kilka dni później Mag- dalena Fularczyk i Julia Michalska w dwójce w wioślarstwie pokazały, co to znaczy wal- czyć o medal do upadłego. Adrian Zieliński stanął na najwyższym stopniu olimpijskiego podium, ponieważ przed ważeniem poszedł do toalety. Tomasz Majewski pokonał w pchnięciu kulą młodzika z Niemiec o 3 cm zamiast o 1 ”żeby chłopak się nie załamał”. Zapaśnik Damian Janikowski po wywalczeniu brązu najpierw rzucił swoim trenerem o matę, a później, z medalem na szyi, płakał ze szczęścia tak, że miał trudności z udzieleniem wywiadu. Gdy polski faworyt w kolejnej kategorii cię- żarowców zawiódł, Bartłomiej Bonk, o któ- rym nikt przed konkursem nawet nie wspomniał, podniósł, ile mógł najwięcej i na jego szyi zawisł brązowy medal. Prze-mysław Miarczyński i Zofia Noceti - Klepacka po 11 wyścigach żeglarzy w kla- sie RS:X „wypływali” kolejne dwa brązowe

SPORT

medale w niespełna godzinę. O brązie dla kajakarek Beaty Mikołajczyk i Karoliny Naji na dystansie 500 metrów zadecydowały centymetry. Anita Włodarczyk rzucając młotem na srebro, wierzyła, że czuwa nad nią zmarła Kamila Skolimowska, która w tej samej konkurencji zdobyła olimpijskie złoto w Sydney w wieku zaledwie 18 lat. Większość medali wywalczonych przez reprezentantów Polski to niespodzianki. Tylko kilku faworytów stanęło na wyso-kości zadania. Innych zjadła trema lub, co bardziej prawdopodobne przy tak doś-wiadczonych zawodnikach, zbytnia pew-ność siebie i złe przygotowanie. Wiadomo, że wielu sportowców, nie tylko z naszego kraju, pojawiło się w Londynie dla samego startu. Nie łudzili się, że osiągną coś wiel-kiego, ale wrzawa towarzysząca ich wystę - pom, nawet najsłabszym, będzie tym, o czym będą opowiadać swoim wnukom. Było też wielu młodzieniaszków stojących u progu kariery, którzy przede wszystkim mieli zapoznać się z atmosferą tak wielkiej imprezy i za cztery lata w Rio de Janierio startować w pełni skoncentrowanym. Nie-którzy przedstawiciele tej grupy skorzystali z okazji i zdobyli medale. Niestety nie Polacy. Martwi mnie kondycja polskiego sportu. Od lat stoimy w miejscu, nie wyciągamy wniosków po kolejnych wielkich imprezach sportowych, nie czerpiemy pozytywnych wzorców z innych państw. Teraz trenerzy, nawet jeśli chcą pracować, często nie mają z kim. I na odwrót, młodzi zawodnicy nie mają u kogo się uczyć. Miejsce nie jest już takim problemem, bo, co udowodniło wielu

SPORT

naszych mistrzów, między innymi Leszek Blanik, który aby wykonać skok przez stół rozpędzał się w korytarzu, jak są chęci, to wszystko da się zrobić. A przecież wystarczyłoby ułatwić przedsiębiorcom finansowanie klubów sportowych. No i zre- organizować zajęcia sportowe w szko- łach. Dalej już tylko z górki. Emocje minęły, pozostają problemy. Znając naszą rzeczywistość, porażka większości polskich faworytów w Londynie niczego nie zmieni. Za kilka dni o wszystkim zapo-mnimy, aż do następnych igrzysk, tym razem zimowych, w Soczi. I tak wkoło Macieju. Sama pewnie szybko zapomnę o większości naszych medalistów, ale kilka rzeczy pozostanie mi w pamięci na długo: dwie, zamiast tradycyjnej jednej, zwrotki „Mazurka Dąbrowskiego”, śmiech Majew- skiego, piękna ceremonia otwarcia, pio-senka „Survival” zespołu Muse, oficjalny utwór igrzysk w Londynie, wreszcie koniec kariery Michaela Phelpsa – bez niego basen będzie wydawał się o wiele bardziej opustoszały. Szkoda, że na tej liście brakuje pozycji „lepszy stan polskiego sportu”. Martyna Kłopeć fot. 1: familymwr (CC BY 2.0) fot. 2: williamsdb (CC BYSA 2.0) fot. 3: williamsdb (CC BYSA 2.0) fot. 4: EEPaul (CC BY 2.0)
FORNALIKA TRUDNE POCZĄTKI
SPORT: PIŁKA NOŻNA fot. 1: DrabikPany (CC BY 2.0)

Druga połowa sierpnia to ważny czas dla wszystkich fanów piłki nożnej, zarówno tej klubowej, jak i repre- zentacyjnej. W tym okresie nie tylko ruszają wszystkie najważniejsze ligi europejskie, ale także reprezentacje narodowe zaczynają przygotowania do kwalifikacji – czy to do Mistrzostw Świata, czy Europy. Polska kadra w ostatnim czasie budziła spore zain- teresowanie ze względu na debiut nowego selekcjonera, Waldemara Fornalika. Przyszło nam zmierzyć się z – teoretycznie słabszą – Estonią. Jaki był wynik już powszechnie wiadomo - Polska przegrała 1-0. Waldemar Fornalik pochodzi z pokolenia stosunkowo młodych i uzdolnionych tre-nerów. Potrafił zrobić coś z niczego. W ten sposób ze słabiutkim Ruchem zdołał osiągnąć drugie miejsce w polskiej eks-traklasie. Należy zastanowić się, czy świa-dczy to o poziomie naszej rodzimej ligi, czy o geniuszu wyżej wymienionego dżen-telmena. To jednak temat na inny tekst. Na początek trochę suchych faktów. Polska

SPORT: PIŁKA NOŻNA "Niestety, polscy "kopacze" mają zaprogramowane, że w reprezentacji robią co chcą. Stąd nudna i powolna gra bez pomysłu."

przegrała swój pierwszy mecz w histo-rii z piłkarzami Estonii. Smutne, ale należy dodać, że ten mecz był debiutem Fornalika, a w całej historii występów naszej repre-zentacji jedynie Antoni Piechniczek uniknął porażki w swoim pierwszym meczu. Nie jest to oczywiście powód dla którego Polacy przegrali, ale zawsze jakieś drobne pocieszenie. Oglądając mecz Polaków w pogodny środowy wieczór, przeby-wałem akurat na urlopie. Byłem w peł-ni zrelaksowany i miałem dobry humor. Niestety po ostatnim gwizdku sędziego mój nastrój diametralnie się zmienił. Polacy grali jak zwykle, czyli jak grupka piłkarzy mających umiejętności, ale zupełnie ze sobą nie zgranych. Nie wiem, w czym tkwi problem. Mamy kilku świetnych zawod-ników. Choćby trójka z Dortmundu. Piszczek, Lewandowski i Błaszczykowski, jak na polskie i europejskie warunki, to klasa sama w sobie. Oprócz nich jest wielu młodych i utalentowanych piłkarzy, a resz-ta, poza paroma wyjątkami, nie musi się mocno wstydzić. Franciszek Smuda, któ-rego jestem ogromnym przeciwnikiem (i zawsze będę powtarzał, że człowiek bez żadnego wykształcenia po prostu nie może trafić do gorących głów swoich podopiecznych), nie potrafił roz- wiązać tego problemu przez te kilka lat, które miał na przygotowanie zespołu do Euro 2012 i pewnie nic nie zdziałałby tu w ciągu kolejnej dekady. Osobiście uważam, że Waldemar Fornalik to bardzo dobry wybór. Może kiedyś pożałuję swoich słów, ale po prostu sądzę, że to właściwy człowiek. Ma charyzmę i własną wizję gry.

SPORT: PIŁKA NOŻNA

"Ze słabiutkim Ruchem zdołał osiągnąć drugie miejsce w polskiej ekstraklasie. Należy zastanowić się, czy świadczy to o poziomie naszej rodzimej ligi czy o geniuszu wyżej wymienionego dżentelmena." Dać mu trochę czasu, a drużyna będzie chodzić jak w zegarku. Może nie takim szwajcarskim, ale przynajmniej stylowym i solidnym francuskim. Nie spodziewałem się zbyt wiele po tym pierwszym spotkaniu. Na usunięcie piętna Smudy potrzeba będzie sporo czasu. Niestety, polscy "kopacze" mają zaprogramowane, że w re- prezentacji robią co chcą. Stąd nudna i po- wolna gra bez pomysłu. Strasznie czepiam się Franza, ale niestety Fornalik zastał na starcie spalone pola i wioski. Będzie musiał teraz to wszystko posprzątać, aby móc stawiać nowe fundamenty. Czas pokaże, ile tak naprawdę wart jest nasz nowy przywódca. Oby okazał się dobrym pasterzem i zaprowadził nasze polskie owieczki do pięknej zagrody. Jeżeli wytrzyma presję, z pewnością wszystko wypali. Jeżeli nie, to po raz kolejny wrócimy do punktu wyjścia ze słynną przyśpiewką na ustach: „Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało” Maciej Dziubiński fot. : DrabikPany (CC BY 2.0)



OD "HELIOS" - SŁOŃCE
Bezbarwny, bezwonny i bez smaku. Jest drugim najpowszechniej występującym pierwiastkiem we wszechświecie, bierny chemicznie (nie wchodzi w reakcje z innymi pierwiastkami), w układzie okresowym znajduje się zaraz za wodorem.
NAUKA

W pierwszej połowie XIX wieku nie domyślano się, że istnieje taki pierwiastek. Jeszcze w latach 70. nie sądzono, że może on występować w atmosferze. Wszystko zaczęło się w Indiach. W 1868 roku miało miejsce całkowite zaćmienie słońca, które, jak się okazało, przypadło na okres roz-woju badań spektroskopowych (spektr-oskopia – czyli nauka o powstawaniu i interpretacji widm, które powstają w wy-niku wszelkiego rodzaju promieniowania). Francuski astronom Pierre Jules Cesar Janssen, wierząc, że takie zaćmienie może dostarczyć wielu danych, spakował swoje przyrządy optyczne i przypłynął statkiem do Indii, by przeprowadzić spektralną analizę chromosfery Słońca (cienka war-stwa atmosfery słonecznej, widoczna go-łym okiem jedynie podczas całkowitego zaćmienia). Zaobserwował oczekiwane przez siebie linie, dostrzegając jednak też coś dziwnego – żółtą linię, położoną bardzo blisko linii sodu (widma zawierają elementy

NAUKA

charakterystyczne dla danej substancji, widoczne w postaci „linii” lub „pasm”). Janssen szybko zrozumiał, że odkrył linię spektralną, której wcześniej nikt nie za-obserwował i która nie występuje w wid- mie żadnego znanego pierwiastka. Był to dowód na istnienie nieznanego wcześniej pierwiastka. Nadano mu nazwę hel, od greckiego helios – słońce. Stało się oczywiste, że hel występuje na Słońcu. Badaczy ciekawiło jednak, czy istnieje on gdzieś na Ziemi. Badania dały wynik dopiero w 1890 r., gdy amerykański chemik William F. Hillebrand dostrzegł obojętny gaz wydzielający się z przemy- wanej kwasem próbki uraninitu (minerał promieniotwórczy, należący do minerałów rzadkich. Badanie go doprowadziło Marię Skłodowską–Curie do odkrycia polonu i ra- du). Uczony stwierdził, że tym gazem jest azot, co opisał w swojej publikacji. Tezę tę zakwestionował angielski chemik, sir William Ramsay, który powtórzył ekspery- ment, zastępując urainitem zbliżony mu kleweit (odmiana urainitu). W wydzie- lających się gazach Ramsay rozpoznał azot i niewielką ilość argonu. Nie potrafił jednak zidentyfikować trzeciego gazu, który przedstawiał nietypowe linie spektralne. Nie dysponując dobrym spektroskopem, nie mógł potwierdzić ani zaprzeczyć istnieniu helu. Wysłał więc próbkę do dwóch sławnych spektroskopistów, sir. Williama Crookesa i badacza Słońca, sir Normana Lockyera. Drugi z uczonych, który od prawie dwudziestu lat badał linie helu w widmie słonecznym, rozpoznał w próbce ten pierwiastek. To właśnie Lock- yer został uznany jego odkrywcą. W atmo-

NAUKA "Gaz ziemny wydobywa się z podziemnych złóż, oczyszcza i stosuje jako paliwo."

sferze ziemskiej hel znaleziono w 1895 r. Hel rozpoczyna grupę VIIIA pierwiastków chemicznych, zamykającą prawą stronę układu okresowego – grupę helowców, czyli gazów szlachetnych. Charakterystyczną cechą tych gazów jest ich bierność chemiczna. Hel nie reaguje z tlenem, wodą, chlorowcami, kwasami i zasadami ani na zimno, ani na gorąco. Jest jedynym pierwiastkiem, którego nie można przekształcić w ciało stałe przez obniżenie temperatury do zera bez- względnego, ponieważ nadal postaje ciekły. Można go zestalić (zmienić z sub- stancji ciekłej w ciało stałe) stosując jednocześnie niską temperaturę i wysokie ciśnienie. Otrzymywanie helu jest nieco skompliko - wane. Czysty gazowy hel można pozyskać bezpośrednio z powietrza. Wystarczy skro-plić je przez oziębienie do temperatury nieco niższej niż krytyczna temperatura wodoru (-240, 17 stopni Celsjusza). W stanie gazowym pozostaje wówczas tylko praktycznie czysty hel, który ma najniższą temperaturę wrzenia (-268,93 stopni Celsjusza) spośród wszystkich gazów at - mosferycznych. Rozwiązanie to nie jest jednak zbyt praktyczne na skalę prze-mysłową, dlatego otrzymuje się hel z gazu ziemnego. Gaz ten wydobywa się z po-dziemnych złóż, oczyszcza i stosuje jako paliwo. Surowy gaz ziemny zawiera, obok metanu, pewne ilości azotu i helu. Przez skroplenie tej mieszaniny, na podobnej zasadzie jak z powietrza, otrzymuje się hel. Podczas obniżania temperatury skrapla

NAUKA

się najpierw metan, a następnie azot. Po ich usunięciu pozostaje dosyć czysty hel, który można dokładnie oczyścić prze-puszczając przez węgiel aktywny sub-stancja składająca się głównie z węgla pierwiastkowego w postaci sadzy) w tem-peraturze nieznacznie niższej od tem-peratury wrzenia azotu (−195,8 stopni Celsjusza). Taka produkcja helu nie jest zbyt trudna, dzięki czemu można go stosować do wielu różnych celów. Szybko odkryto, że jest idealny do napełniania sterowców, balonów i baloni- ków. Mimo, że jego zdolność nośna (moż-liwość przejęcia przez materiał obciążeń zewnętrznych) jest dwukrotnie gorsza od nośności wodoru, posiada on inne cenne cechy: nie jest palny i znacznie wolniej niż wodór dyfunduje (przenika) przez powłokę balonu. Natomiast mieszanina helu (80%) z tlenem (20%) używana jest jako gaz, którym oddychają nurkowie. Przy podwyż-szonym ciśnieniu, które występuje pod wodą, hel rozpuszcza się we krwi w zna-cznie mniejszym stopniu niż azot, dzięki czemu nurkowie podczas szybkiego wy-nurzania nie są narażeni na zamykanie naczyń krwionośnych. Helu używa się również jako gazu ochronnego do spa-wania w atmosferze beztlenowej. Wy-korzystuje się go też jako substancję o bardzo niskiej temperaturze wrzenia w badaniach naukowych, jako chło-dziwo w elektrowniach atomowych oraz w układach nadprzewodzących. Justyna Książek fot.1:NASA Goddard Photo and Video(CC BY 2.0) fot. 2: CrrazyChaz (CC BY 2.0)