Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury strona 6 zamiast spać, do teatru! strona 7 niebo na ziemi strona 13 wielka rewolucja Raczaka strona 16 wojna na talerzu strona 18 słodko - gorzkie otrzęsiny strona 24 naciągana sensacja z Lubina strona 26 nie daj się złapać strona 28 od "lithos" - kamień strona 31 kto jest najlepszy? strona 34 KICI KICI

Outro Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl rekrutacja(@)outro.pl Redaktorzy naczelni: Monika Toppich, Kamil Wiśniowski Zastępca: Paulina Zguda, Marek Suska Sekretarz redakcji: Magdalena Wąwoźna Redaktor prowadzący: Justyna Majchrzak Korekta wydania: Nina Bezpałko Fotoedycja wydania: Roksana Grzmil Projekt okładki: Patryk Skoczylas Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Patrycja Rawska (społeczeństwo), Aleksandra Bartosik (społeczeństwo), Maciej Dziubiński (sport), Agata Andrzejak (korekta), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy) Korekta: Agata Andrzejak, Nina Bezpałko, Faustyna Cisło, Justyna Dubaj, Agnieszka Dydacka, Maria Gołaszewska, Agata Hajduk, Martyna Kłopeć, Patryk Łowicki, Justyna Majchrzak, Cynthia Schmidt, Wojciech Żywolt Graficy: Angelika Marchewka, Jarosław Stępień, Adam Białek, Patryk Skoczylas Zdjęcie na okładce: olo81 (CC BY 2.0)

Kocenie to zjawisko stare jak system edukacji, o rozmaitym natężeniu i stopniu dobrego smaku. W niektórych szkołach czy uczelniach jest to okazja do świetnej imprezy i większej integracji starszych roczników z młodszymi, w innych kocenie może nosić znamiona przestępstwa naru-szania godności drugiego człowieka. Głośny ostatnio przypadek z jednego gimnazjum wydaje się być wetknięciem kija w mrowisko. Dosłownie zewsząd posy-pały się oburzone głosy, rozumiejące gło-sy, wyśmiewające głosy, wspominające własne kocenie głosy, słowem, jak kraj długi i szeroki nikt nie jest sprawie obojęt-ny. Jedna z naszych dziennikarek przekonuje, że wszystko zależy od wytyczonych granic. Tylko czy będąc w kompletnie nam niezna-nym, nowym środowisko, jesteśmy w sta-nie sprzeciwić się silniejszej większości? Kocenie koceniem, integracja integracją, wszystko zależy od tego, czy mamy wys-tarczająco oleju w głowie. Wystarczająco, by do wszystkiego podejść z rozsądkiem i przymrużeniem oka i umieć powiedzieć „nie”, gdy sytuacja przybiera niespodziew-any obrót. Na przykład sytuacji gotowej do stania się gwiazdą Internetu. Paulina Sprostowanie: w tytule ostatniego wstęp-niaka wkradł się błąd. Wszystkich uważ-nych czytelników znających rosyjski ser-decznie przepraszamy!







ZAMIAST SPAĆ
DO TEATRU!
RELACJA Z NOCY TEATRÓW

W nocy z 22 na 23 września odbyła się III Metropolitalna Noc Teatrów. W tym roku widzowie, pod osłoną gwiazd, mogli wybrać się w jedno z dziesięciu miejsc, by w nieprzeciętny sposób zgłębiać uroki teatru. Spośród Gliwickiego Teatru Muzycznego, Ope-ry Śląskiej, Śląskiego Teatru Lalki i Aktora „Ateneum”, Śląskiego Teatru Tańca, Teatru Nowego, Teatru im. Stanisława Wyspiańskiego, Teatru Zagłębia i Centrum Scenografii Pol-skiej, wybrałyśmy Teatr Korez w Kato-wicach oraz w Teatr Rozrywki w Cho-rzowie. Niestety, nie znamy jeszcze sposobu, który pozwoliłby nam prze-bywać w kilku miejscach jednocze-śnie. Teatr Korez, Katowice Katowicki Teatr Korez postawił na aktorski dialog między dwoma silnymi postaciami i takie ryzykowne zagranie zdecydowanie mu się opłaciło. „Wunschpunsch”, spektakl na podstawie powieści Michaela Ende (być może kojarzycie też animowany serial dla dzieci pod tym samym tytułem) to opo-wieść o współpracujących wbrew własnej woli czarowniku i czarodziejce oraz kocie Maurycym i kruku Jakubie, starającym się przeszkodzić im w planie zniszczenia świa-ta przyrody. Choć nie można odmówić sztuce magii i moralnego zwycięstwa dobra nad złem oraz wręcz genialnych kreacji aktorskich, to częsta banalność scenariusza uniemożliwiała bezkrytyczne przyjęcie jej przez publiczność. Uzyskany przez ciekawe przerysowanie postaci absurd wywoływał śmiech wśród publiczności, jednak wię-kszość widzów z niezaspokojonym apety-tem na dalsze teatralne kąski musiała je-szcze poczekać. Teatr Korez nawiązał współpracę z Cen-trum Scenografii Polskiej (Oddział Muzeum Śląskiego), dzięki czemu w ramach atrakcji specjalnych pokazywano wystawy „Sceno-grafia 6D”, „Scenografia jest ok” czy „Ga-leria rzezimieszków i stróżów prawa”. No-watorskie i pomysłowe podejście do kwestii strojów postaci czy rekwizytów teatralnych powodowały wyrzuty sumienia z powodu tak częstego lekceważenia i spychania na dalszy plan technicznych stron spektakli. Dopiero widząc pieczołowite rozplanowanie każdego detalu w ubiorze bohaterów „Don

RELACJA Z NOCY TEATRÓW

Giovanniego” czy rozmaitość scenerii w „Sztukmistrzu z Lublina”, można było pogłębić znaczenia teatru w każdym jego aspekcie. "Katowicki Teatr Korez postawił na aktorski dialog między dwoma silnymi postaciami i takie ryzykowne zagranie zdecydowanie mu się opłaciło." Główny temat Metropolitalnej Nocy Tea-trów w Teatrze Korez to Crime Story. Noc z kryminałem i właśnie wydarzenia z tym motywem związane cieszyły się najwięk-szą popularnością. Spore zainteresowanie wśród atrakcji specjalnych, gromadzące pokaźny tłumek, przyniosła zabawa w spo-rządzanie portretów pamięciowych. Dwu-krotnie podjęłam się próby rzetelnego opi-sania portretującemu towarzyszących mi osób, lecz efekt wywołał u całkiem sporej publiczności prośbę, bym w razie jakiegoś napadu czy morderstwa na osoby trzecie nie podawała policji żadnych informacji na temat wyglądu sprawców, ponieważ może to przynieść więcej szkody niż pożytku. Po-dobnie dużą atencją mogło się poszczycić spotkanie z oficerem śledczym policji czy słuchowisko live oparte na powieści krymi-nalnej Marty Obuch „Miłość, szkielet i spa– ghetti”, gdzie słuchacze ściśnięci jak sar-dynki w puszce przenieśli się pamięcią lub wyobraźnią do czasów, gdy najciekawsze zbrodnie, romanse i żarliwe kłótnie, słowem, dawną „Modę na sukces”, przeży-waliśmy, słuchając w skupieniu radia. "Główny temat Metropolitalnej Nocy Teatrów w Teatrze Korez to Crime Story. Noc z kryminałem" Wisienką na torcie, oczekiwaną przez długi, pełen wrażeń wieczór, okazał się „Pojedy-nek”, sztuka A. Shaffera w reżyserii i ada-ptacji R. Dunaszewskiego. Skrzypiąca cię-tym, momentami wręcz prostackim humo-rem i nagłymi zwrotami akcji wprawiła wi-downię w zachwyt. Większa część publi-czności przesiedziała spektakl zwinięta w fotelu, kurczowo ściskając się za brzuch i starając nie zakrztusić się ze śmiechu. Dy-rektor teatru Mirosław Neinert i Artur Święs, dwie elektryzujące osobowości sce-niczne, wywołali ogólny zachwyt i ekscyta-cję, trzymając w napięciu widzów aż do ostatniej kwestii. Ten pierwszy ujmująco wykreował postać cynika misternie knują-cego podejrzane i skomplikowane gry, dru-gi ukazał dynamizm zmieniającej się pos-taci, mistrzowsko oddając przeobrażenie się ofiary w oprawcę.

RELACJA Z NOCY TEATRÓW

Choć nikogo nie zabito z premedytacją, Noc z kryminałem zakończyła się kilkudzie-sięcioma ofiarami napadów śmiechu i pal-pitacji serca. Paulina Zguda Teatr Rozrywki, Chorzów Teatr Rozrywki otworzył swoje podwoje o godzinie 18.00. Na zwiedzających już w holu czekała wystawa kostiumów teatra-lnych, które można było nie tylko obejrzeć z bliska, ale też ubrać i zrobić sobie w nich pamiątkowe zdjęcie. Wybór strojów był ogromny, od różowych garniturów, przez powłóczyste białe suknie po bogato zdo-bione szaty. Wokół nich przez cały czas kłębiły się tłumy zafascynowanych ludzi, którzy z błyskiem w oku zakładali na siebie kolejne kreacje, pozując w niebanalny spo-sób. "Każdy dźwięk wyrażał kilkanaście różnych rzeczy. Budował napięcie, bawił, podkreślał czyny postaci lub wręcz je wyśmiewał." Konkurencję dla garderoby stanowił rozpo-częty o 19.00 w foyer teatru koncert „Nie-teatralne granie”, którego wykonawcami byli młodzi członkowie zespołu artystyczne-go „Rozrywki”. Wśród wykonawców byli

RELACJA Z NOCY TEATRÓW

m.in. Kamil Franczak, od 2004 roku zwią-zany z zespołem rockowym „Zero Procent”, Bartosz Jaśkowski, absolwent Akademii Muzycznej w Katowicach, Marcin Wawrzy-nowicz oraz Estera Sławińska– Dziurosz i Sebastian Ziomek z zespołem „Teleport Magic”. Koncert był mieszanką różnych sty-lów, co uwidoczniło żywiołowość, pasję i energię młodych artystów, którzy świetnie sprawdzili się na muzycznej scenie. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś usłyszę ich w tak oryginalnej aranżacji. Finałem, a zarazem najbardziej oczekiwaną częścią programu, była godzina 22.00 i spektakl „Sweeney Todd. Demoniczny go-libroda z Fleet Street”. Widzowie z niecier-pliwością oczekiwali na podniesienie kur-tyny, zwłaszcza ci, którzy oglądali film „Sweeney Todd” w reżyserii Tima Burtona. Możliwość porównania wersji filmowej z teatralną była ciekawym doświadcze-niem, tym bardziej, że Teatr Rozrywki jako pierwszy w Polsce wystawił wersję sceni-czną (prapremiera 19 maja 2012r.). Spek-takl zaczął się spokojnie, od przyjazdu Sweeneya Todda do Londynu. Z opowieści chóru klaunów, który sprawiał przerażające wrażenie rodem z horrorów, dowiadujemy się, że Todd to niewinnie skazany na zesła-nie do Australii fryzjer Benjamin Barker. Jacenty Jędrusik, który wcielił się w jego rolę, wykreował go na ponurego i myślą-cego tylko o zemście golibrodę, chcącego na początku zabić dwóch ludzi: sędziego Turpina i Beadlea Bamforda, a w efekcie mordował każdego, kto wszedł do jego zakładu. Postaci tej, mimo że zagranej z klasą i wyczuciem, brakowało pewnego szaleństwa. Demoniczności, której widzo–

RELACJA Z NOCY TEATRÓW "Koncert był mieszanką różnych stylów, co uwidoczniło żywiołowość, pasję i energię młodych artystów"

wie spodziewali się po samym tytule i którą fantastycznie przedstawił w filmie Johnny Depp. O ile filmowy golibroda sprawiał wrażenie obłąkanego sadysty o dzikim uśmiechu i chorobliwym blasku w oczach, o tyle ten teatralny był bardziej ludzki, zamknięty w sobie i o wiele bardziej spo-kojny. Zdaje się, że reżyser Andrzej Bu-bień, postawił tutaj raczej na emocje i re– fleksje, niż na rozmach i grozę. Świat stwo- rzony przez niego przywołuje obraz XIX-–wiecznego Londynu z powieści Dickensa, a jednak na równi z mrocznymi wyda-rzeniami, reżyser wiele miejsca poświęcił na parodię (scena gry na organach oraz swoisty pokaz ludzi jako materiału na paszteciki). Doskonale zostało to podkreś-lone kostiumami Anity Bojarskiej, które przyciągały wzrok swoją różnorodnością i olbrzymią paletą kolorów i faktur. Najlepiej jednak zagraną postacią była Ne-llie Lovett (w jej roli Maria Meyer). Aktorka wydobyła z tej postaci całą gamę różnych emocji i zachowań. Z jednej strony przed-stawiła ją jako piekącą paszteciki zaradną kobietę zakochaną w ponurym Sweeneyu, z drugiej pokazała, że Nellie jest twarda, pozbawiona sumienia i zasad moralnych. Nie była jednowymiarowa, aktorce udało się nie tylko przypisać jej konkretne cechy charakteru, ale też emocje i odczucia. Nie-co zbyt przerysowaną postacią wydaje mi się Joanna Baker, w którą wcieliła się Edyta Krzemień. Bohaterka wydawała się nie tyle niewinna i urocza, co dziecinna, kapryśna i denerwująca. Jeszcze bardziej podkreśliły to dekoracje składające się na jej pokój, czyli kilkanaście pluskanych zabawek, konik

RELACJA Z NOCY TEATRÓW

na biegunach i gromada lalek. Za to dobre wrażenie wywarł na mnie Anthony Hope (Kamil Franczak), który był zakochanym do szaleństwa młodzieńcem, próbującym ura-tować ukochaną, by mogli żyć długo i szczęśliwie. Postać ta była bardzo stere-otypowa i przewidywalna, jednak idealnie pasowała do całokształtu. Spektakl nic by jednak nie znaczył bez naj-ważniejszego w przypadku musicali ele-mentu, czyli muzyki (muzyka i słowa: Ste-phen Sondheim). Sztuka, której podtytuł głosi: thriller muzyczny, musi się na niej opierać. W tym przypadku nie była tylko uzupełnieniem akcji, tłem, była najważ-niejszą częścią. Wydawało się nawet, że to nie muzyka jest dodatkiem do fabuły i bo-haterów, ale oni do niej. Każdy dźwięk wy-rażał kilkanaście różnych rzeczy. Budował napięcie, bawił, podkreślał czyny postaci lub wręcz je wyśmiewał. Słuchało się z od-czuwalną przyjemnością, zarówno samej melodii, jak i czystych głosów aktorów. Nocna przygoda z teatrem zakończyła się po 1.00 i żal było wychodzić w chłodną noc na szare, codzienne ulice. Justyna Książek Fot. 1: Alan Cleaver (CC BY 2.0) Fot. 2: ex_magician (CC BY 2.0) Fot. 2: Halaston (CC BY–SA 3.0) Fot. 4: Lestat (Jan Mehlich) (CC BY–SA 3.0) Fot. 5: Łukasz Krais (CC BY–SA 2.5) We wrześniu uszy i oczy wszystkich melomanów zwróciły się ku krakowskiemu festiwalowi Sacrum Profanum. Dziesiąta edycja tego nietypowego festiwalu przeszła do historii.
NIEBO NA ZIEMI
RELACJA Z FESTIWALU

Koncerty, w których w tym roku mieliśmy możliwość uczestniczyć z pewnością na długo zapadną w pamięć. Sacrum Pro-fanum to festiwal poświęcony muzyce XX wieku. Brało w nim udział wielu cenionych muzyków wykonujących współczesną mu-zykę, takich jak m.in. Ensemble Intercon-temporain, Theatre of Voices, Asko Schön-berg, Klangforum Wien. Sacrum Profanum łączy muzykę poważną z wieloma innymi gatunkami, stąd obecność na festiwalu znanych jazzmanów takich jak Leszek Możdżer czy też Tomasz Stańko oraz re-prezentantów zupełnie odmiennych nur-tów, np. Aphex Twin czy niemiecki Kraft-werk. Na potrzeby festiwalu, obok typowej sali Filharmonii Krakowskiej przystosowano miejsca bardzo nietypowe, takie jak fa-bryka Oskara Schindlera czy postindustrial-ne hale fabryczne huty ArcelorMittal. 16 oraz 17 września w ArcelorMittal odbyły się dwa długo wyczekiwane koncerty zes-połu Sigur Rós. Część publiczności, która li-czyła na spokojny koncert z rozmytym wo-kalem Jonsiego i usypiającą muzyką w tle, z pewnością już na samym początku zosta-ła zszokowana. Zespół otworzył koncert utworem "Í Gær", rozpoczynającym się całkiem niewinnie, by już po chwili dosłow-nie zwalić słabą ze szczęścia publiczność z nóg ścianą dźwięku, wiązką niesamowicie

RELACJA Z FESTIWALU "Niezwykle rzadko widuje się ludzi w różnym wieku, którzy wspólnie przeżywają aż tak głęboko koncert."

intensywnego światła oraz rozdzierającym dźwiękiem. Później było tylko lepiej. Zespół ku uciesze swoich zagorzałych fanów za-prezentował w większości materiał z do-brze znanych płyt; "Takk" oraz "Ágætis byrjun", czyli albumu, który przyniósł zes-połowi sławę. W drugiej części koncertu usłyszeliśmy utwory z nowej płyty, do któ-rej część fanów zaznajomiona z całym do– robkiem grupy podchodzi dość sceptycznie. Utwory "Varúð" czy "Ekki Múkk" zdały egzamin i z pewnością nie odbiegały od ca-łej reszty skomponowanej wiele lat temu. Grupa nie przewidziała ani chwili wytchnie-nia, po ostatnie dźwięki dochodzące ze sceny skazani byliśmy na nieprzerwaną podróż, na którą Islandczycy zaprosili nas, przenosząc w odmienny stan świadomości. Setlista zespołu była skomponowana w taki sposób, że człowiek popadał w swoich odczuciach ze skrajności w skrajność. Gru-pa do perfekcji opanowała sztukę manipu-lacji emocjami wprowadzając widownię w stan zadumy (Ny batteri, Sæglópur), by po chwili z ogromną mocą wyrwać go do zupełnie innego świata, radości i beztroski (Hoppipola). Jednym ze wspanialszych mo-mentów wieczoru było wykonanie utworu "Viðrar Vel Til Loftárása", podczas którego cisza była wręcz ogłuszająca. To niepraw-dopodobne, że wielotysięczny tłum na mo-ment jak gdyby zniknął. Na bis Islandczycy wykonali "Glósóli" oraz niesamowicie roz-budowany, szaleńczo głośny "Popplagið". Ujmujący wokal Jónsiego w połączeniu z ciepłym światłem wydobywającym się z rozstawionych na scenie świetlówek

RELACJA Z FESTIWALU

z pewnością wielu doprowadził do łez. Nie-zwykle rzadko widuje się ludzi w różnym wieku, którzy wspólnie przeżywają aż tak głęboko koncert. W hali wszyscy staliśmy się wyznawcami róży zwycięstwa i bezwie-dnie poddaliśmy się muzyce. "Koncerty, w których w tym roku mieliśmy możliwość uczestniczyć z pewnością na długo zapadną w pamięć." Warto wspomnieć, że nietrafionym pomy-słem było wydzielenie stref w hali. Ludzie, którzy wykupili bilety na drugą strefę wi-dzieli niewiele i pozostawało im jedynie wpatrywanie się w ekrany umiejscowione po obu stronach pomieszczenia. Najważ-niejszy jest jednak dźwięk, którego jakość w całym obiekcie była na najwyższym poziomie. Sigur Rós to grupa trzymająca poziom, nie zwalniająca tempa, mająca nieskończenie wiele pomysłów na melodyjne kompozycje, z pewnością przygrywająca w niebie. Justyna Wojciechowska Fot. 1: Wikimedia Commons (CC BY 2.0) WIELKA REWOLUCJA

RECENZJA SPEKTAKLU

RACZAKARozstanie Lecha Raczaka z funkcją dyrektora artystycznego Malta Festi-val Poznań nie mogło odbyć się ina-czej, jak cyklem spektakli jego autor-stwa zrealizowanych w Teatrze im. Modrzejewskiej w Legnicy. Jednak nie pożegnalna premiera najnowsze-go przedstawienia ulicznego „Gry z czasem” warta była największej uwagi. O wiele więcej emocji mogli-śmy otrzymać w Starej Rzeźni pod-czas dramatu „Marat/Sade”. „Męczeństwo i śmierć Jean Paul Marata przedstawione przez zespół aktorski przy-tułku w Charenton pod kierownictwem pa -na de Sade” to pełna nazwa utworu Pete-ra Weissa, która jeszcze czterdzieści lat temu stanowiła symbol teatralnej rewolty. W twórczości Lecha Raczaka przedstawio-nej podczas Malta Festival Poznań stawiane przed odbiorcą pytania oscylowały wokół tematyki buntu i rebelii. Choć reżyser przenosi nas do XVIII–wiecznej Francji, wiadomo, że nie o historię śmierci Marata tu chodzi. Fabuła to jedynie pretekst do podjęcia rozmowy na temat sensu rewo-lucji. Nie Wielkiej Rewolucji Francuskiej, lecz akcie buntu samym w sobie. Spektakl „Marat/Sade” oczami szaleńców zamknię-tych w zakładzie psychiatrycznym poszu-kuje konfrontacji współczesnego społe-czeństwa z tym, któremu zazdrościmy odwagi, którego decyzje podziwiamy na kartach historii. Bo pod pokrywą wielkiego widowiska odnaleźć możemy najważniejsze pytania dotyczące naszej rzeczywistości i tej, którą pozostawimy następnym poko-leniom. Twórca stawia ryzykowną tezę: buntować powinniśmy się zawsze. Tylko przeciwko czemu naprawdę warto? "Lech Raczak skupił się na wydobyciu nie tylko idei, lecz przede wszystkim emocji."

RECENZJA SPEKTAKLU

Zespół Teatru im. Modrzejewskiej w Legni-cy wspólnie stworzył szesnaście kreacji aktorskich. Niektóre pełnią kluczowe role, inne jedynie pojawiają się w tle opowiada-nej historii. Mimo to, każda została obda-rzona charakterem i „duszą”. Każda tworzy swój własny świat na scenie, stając się je-szcze bardziej enigmatyczną. „Marat/Sade” to nie tylko spektakl. To prawdziwe wido-wisko. W murach Starej Rzeźni widzowie mogli poczuć się, jak gdyby rzeczywiście przebywali w podziemiu zakładu psychia-trycznego Charenton. Scenografia nie tylko tworzy tło dla bohaterów, lecz staje się jednym z nich, bowiem aktorzy wyko-rzystują całą powierzoną im przestrzeń, nie ograniczają się jedynie do wyznaczonego kawałka podłogi. "Fabuła to jedynie pretekst do podjęcia rozmowy na temat sensu rewolucji. Nie Wielkiej Rewolucji Francuskiej, lecz akcie buntu samym w sobie. " Lech Raczak skupił się na wydobyciu nie tylko idei, lecz przede wszystkim emocji. Słyszymy je w wypowiadanych słowach, z pozoru bezkształtnych krzykach i znaczą-cych śpiewach. Jest to spektakl w spekta-klu. Aktorzy odgrywają role aktorów. Te płaszczyzny nakładają się na siebie, jedno-cześnie tworząc coś unikalnego. Mieszan-kę, gdzie okrucieństwo przeplata się z eks-tazą. Miłość z nienawiścią. To wszystko po-łączone z szaleństwem postaci. To dzięki nim możemy zobaczyć, niczym w zwier-ciadle, portret przegranych. Obietnice zło-żone przez Marata nie przyniosły skutków. Zamknięci tęsknią za rewolucją, która właśnie im miała przynieść wolność. Ich żale i nadzieje wyśpiewywane przyciszo-nym głosem to najmocniejsza pod wzglę-dem emocjonalnym część speektaklu. Jej przekaz jest uniwersalny. "Twórca stawia ryzykowną tezę: buntować powinniśmy się zawsze. Tylko przeciwko czemu naprawdę warto?" Czy Lech Raczak nie za bardzo idealizuje w swojej twórczości ideę rewolty? Jedni z pewnością uznają ten zarzut za słuszny. Jednak uważam, że ma do tego pełne pra-wo. Ukazuje bowiem, jak językiem sztuki, a przede wszystkim teatru, mamy prawo nie tylko do wyrażenia własnych poglądów i myśli, ale także do prawdziwego buntu. Zuzanna Bućko WOJNA NA TALERZU
Człowiek nie przeżyje bez jedzenia, a przy naszym coraz szybszym stylu życia nie mamy czasu na wybranie dobrych produktów. Jesteśmy więc skazani na oddanie władzy nad naszym zdrowiem i wyglądem w ręce producentów żyw-ności.
SPOŁECZEŃSTWO

Przekonują nas: bądźmy ekologiczni, se-gregujmy odpady, używajmy tylko biode-gradowalnych i poddawanych recyklingowi tworzyw, poruszajmy się komunikacją miejską, żeby nie zanieczyszczać powietrza spalinami. Wycinajmy mniej lasów, pijmy wodę. Powinniśmy jeszcze wydawać fortu-nę w sklepach z ekologiczną żywnością. "Idąc na zakupy chcemy wydać jak najmniej pieniędzy, ale żądamy także wysokiej jakości tego, co kupujemy." Żywność ekologiczna wymaga certyfika-tów, a one czasu i pieniędzy. Faktycznie zawiera więcej potrzebnych nam mikroele-mentów i jest w dużej mierze wyzwolona od odpornych na antybiotyki bakterii. W przypadku mięsa mamy pewność, że po-chodzi ono od zwierząt, które nie spędzają całego swojego życia w zamknięciu. Mają wolne wybiegi i nie podaje się im hormo-nów. Rośliny hoduje się bez stosowania pestycydów i antybiotyków. Ponieważ jed-nak niewiele, wbrew pozorom, produktów zdobyło odpowiednie dokumenty i popyt na nie jest niewielki, a sklepy z żywnością ekologiczną muszą zarabiać na siebie, na ich półkach stoi wiele artykułów dostęp-nych w każdym sklepie, ale z o wiele wyż-szą ceną. Te prawdziwe są na ogół specjal-nie oznakowane, choć zależy to od obiektu handlowego. Tymczasem idąc na zakupy chcemy wydać jak najmniej pieniędzy, ale żądamy także wysokiej jakości tego, co kupujemy. Nies-tety, pogodzenie tego jest niemalże nie-możliwe, a w niesprzyjających naszym portfelom czasach to cena decyduje o tym, co bierzemy ze sklepowych półek. Szpry–

SPOŁECZEŃSTWO

cujemy się więc parówkami wytwarzanymi ze zmielonych ścięgien, skóry i kości, a tak-że serem żółtym produkowanym z oleju roślinnego, może nawet gorszej jakości niż ten używany przez nas do pieczenia. Nic dziwnego, że później tyjemy, częściej za-padamy na choroby, a kondycja fizyczna nas nie zadowala. Jednak kwestię ceny można by obejść. Kupując parówki, praw-dopodobnie wolelibyśmy wydać 1,50 zł więcej na te, które w przeciwieństwie do leżących obok zawierają mięso. Ale musie-libyśmy to wiedzieć. Musiałoby to być napi-sane wyraźnie na opakowaniu. Jednak pro-ducenci tych nieszczęsnych parówek boją się, że bylibyśmy wystraszeni informacją: „Uwaga! Parówki Domowe składają się w 10% z mięsa”. Niestety, ten stan rzeczy prawdopodobnie pozostanie niezmieniony. Prawda mało pożądana Na początku tego roku Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno–Spożywczych zbadała produkty spożywcze pod kątem zgodności z oznakowaniem. Okazało się, że 32,9% produktów było źle oznakowanych, przy czym wśród najpopularniejszych kate-gorii ten odsetek był wyższy: źle oznako-wane pieczywo to 48% zbadanego, maka-rony 51%, a koncentraty (czyli np. galare-tki czy zupki) - 41%. "Trwa wojna między tymi, którzy chcą jak najdrożej sprzedać najgorszą żywność, a tymi, którzy muszą ją jeść."

SPOŁECZEŃSTWO

Tak więc jako „chleb żytni” sprzedaje się produkt zrobiony głównie z mąki pszennej, prosto z fabryki ląduje na naszym talerzu bezjajeczny „makaron domowy” z pięknymi jajkami na opakowaniu. „Galaretka brzos-kwiniowa” okazuje się mieć z brzoskwinią wspólne tylko substancje udające jej barwę oraz zapach. Ponadto czcionka jest moż-liwie najmniejsza, nazwy chemicznych do-datków są tajemnicze, a najwięcej w pro-dukcie może być substancji umieszczonej na samym końcu wykazu. Kontrola Izby Handlowej, instytucji podle-gającej Urzędowi Ochrony Konkurencji i Konsumentów, skupiła się natomiast na produktach mięsnych i mlecznych. Ogólny wniosek był pesymistyczny, gdyż błędy mogły zostać wykryte tylko za pomocą ba-dań laboratoryjnych, czyli w sposób nie-dostępny dla zwykłego konsumenta. Wy-kryto przypadki, gdy „ser” Gouda miał w składzie 91% tłuszczu roślinnego (pro-dukty z „ser” w nazwie nie mogą mieć go w ogóle), w mięsie wołowym była wieprzo-wina, „schab” był piersią z kurczaka, a wę-dliny zawierały skrobię. "Moglibyśmy liczyć na zmianę, gdyby więcej z nas kupowało porządną żywność." Należy dodać, że nazwy producentów, u których wykryto te fałszerstwa, nie są upubliczniane, a kary niskie (średni mandat wynosi 200 zł), co nie odstrasza produ-centów od prób okłamywania kupujących. Dobrze jest też zastanowić się nad nie-którymi produktami, na przykład ryżem białym. Popularnie spożywany, po przetwo-rzeniu traci większość substancji odżyw-czych. Jego zdrowsza wersja to ryż brązo-wy, najlepiej dziki. Podobnie cukier – nie dość, że jest specjalnie wybielany, to za-wiera wyłącznie puste węglowodany (tak jak m.in. zwykły makaron, kochany przez włoską kuchnię). Jego zdrowszą (choć nie-wiele) wersją jest cukier trzcinowy. Co prawda tuczy tak samo, ale nie jest oczy-szczany w tak niezdrowy sposób, jak ten z buraków cukrowych. "Żywność ekologiczna wymaga certyfikatów, a one czasu i pieniędzy" Podobnie należy poważnie zastanowić się przy artykułach „odtłuszczonych”. Więk-szość z nich może i samego tłuszczu za-wiera mniej lub wcale, ale zamiast tego ma inne szkodliwe składniki. Niektóre z nich tuczą, inne, tak jak w przypadku aspartanu zawartego w napojach light, w dużych dawkach mogą mieć działanie rakotwórcze. Czekolada o niskiej zawartości cukru, choć zawiera go najwięcej około 5/100g pro-duktu, by zachować smak, napełniania jest masą tłuszczową i słodzikiem, co z ca-łą pewnością nie jest zdrowe.

SPOŁECZEŃSTWO "Nadmierna chęć zdrowego odżywiania prowadzi do ortoreksji, czyli obsesji na punkcie tego, co jemy."

Moda na jedzenie produktów odtłuszczo-nych nie jest jednak jedyną szkodliwą. Równie tragiczne w skutkach może być pi-cie mleka w dużych ilościach. Kiedy rośnie-my, jest ono przydatne, ale po zakoń-czeniu tego procesu zaczyna szkodzić. Wy-płukuje wapń z kości, a jego nadmiar sprawia, że kobiety mają problemy z zaj-ściem w ciążę, choć na szczęście tylko nie– które. Mimo to, jest szeroko reklamowane jako zdrowe. Legenda mleka jest pro-pagowana także w szkołach. Najbardziej szkodliwe jest mleko UHT. O tym, jak niewiele ma wspólnego z prawdziwym mlekiem, świadczy chociażby jego niena-turalnie długa data przydatności do spo-życia. Ale nawet z mlekiem prosto od kro-wy nie można przesadzać. Oryginalnie jest ono przeznaczone dla cielaków, potomstwa krowy, nie dla ludzi. Fakt, że dziś krowa, po narodzinach pierwszego potomka daje mleko bez względu na to, czy się rozmnaża czy nie, jest zasługą sposobu, w jaki się ją hoduje. Zmiana zatrzymana Urzędnicy Unii Europejskiej rzadko dają nam powody, by kojarzyć się z kreatywno– ścią i odwagą. Jednak mieli pomysł rewolu-cyjny, by szkodliwość i złą jakość żywności oznaczyć kolorami. Jeżeli jakaś firma zaser-wowałaby mało zdrowy produkt, musiałaby pogodzić się z tym, że opakowanie będzie krwistoczerwone. Nieco bardziej szanujący nasze zdrowie produkt raziłby pomarańczo-wą barwą, a porządne jedzenie miałoby miły zielony kolor.

SPOŁECZEŃSTWO

Producenci żywności wpadli w szał. Zmo-bilizowali wszystkie swoje siły i ruszyli do walki z groźnymi dla nich przepisami. Dziesiątki tysięcy analiz, opinii, tekstów i dokumentów zalały skrzynki pocztowe i mailowe instytucji europejskich. Bito na alarm, że te regulacje mogą mieć straszne konsekwencje dla całej europejskiej gospo-darki, a także (a może nawet przede wszystkim) dla… konsumentów. Mobiliza-cja, nacisk i presja zadziałały. Wprowa-dzono tylko kolejne niewiele mówiące i jeszcze mniej widoczne oznaczenia licz-bowe. Potężne firmy wyszły zwycięsko z walki z konsumentem. "Konsumenci wykorzystują przewagę liczebną oraz fakt, że druga strona dokładnie śledzi, co kupują" Przy kupowaniu zdrowego jedzenia w Unii Europejskiej warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden jego aspekt, tzw. numer E. Kiedy już zdarzy się nam czytać skład produktu, jaki zamierzamy zakupić, niewą-tpliwie to nas odrzuca. Choć często dzieje się to ze słusznych powodów, musimy pamiętać, że ten kod nie widnieje tylko na tym, co jest niezdrowe. Przykładowo E100 to najzwyklejszy barwnik pochodzący z kurkumy, jednej z głównych przypraw curry. Szyfr, który widzimy na opakowaniach to po prostu zakodowana nazwa chemicznego dodatku do żywności. Nie wszystkie z nich to konserwanty, niektóre to barwniki, spulchniacze, wypełniacze itd. Niestety raczej trudno byłoby chodzić z całą listą (jest ich ponad 1000) i spra-wdzać, co jest czym. Choć z drugiej strony, teraz w dobie telefonów z Internetem wystarczy wejść na Wikipedię i zwyczajnie to sprawdzić. Pamiętajmy jednak, że wszystko w zbyt dużej ilości może zaszkodzić. Nadmierna chęć zdrowego odżywiania prowadzi z kolei do ortoreksji, czyli obsesji na punkcie tego, co jemy. Zagrożenie jest na tyle poważne, że ortorektycy z każdym dniem zubażają swoją dietę o kolejne produkty, bo w za-sadzie ze wszystkim jest coś nie tak. Większość ich czasu pochłania myślenie o posiłkach i przygotowywanie ich. Na korzyść nie działa również fakt, że nie mogą wyjść do restauracji, kawiarni lub chociażby z kolegami do McDonalda, bo przecież nie zjedzą tego, co tam jest podawane. Ponieważ ich poglądy są często odrzucane, stopniowo tracą kontakt ze społeczeństwem i stają się samotni. Musimy chcieć, żeby było lepiej Moglibyśmy liczyć na zmianę, gdyby więcej z nas kupowało porządną żywność. Gdy konsumenci preferują jedzenie dobre i zdrowe, to producenci muszą je dos-tarczyć. Szansa na to jest jednak nikła. Za nieco ponad dwa miesiące zacznie się za-kupowy szał związany ze Świętami Bożego

SPOŁECZEŃSTWO

Narodzenia. Jest to czas zwiększonych wydatków na żywność, a w tym roku ceny będą wysokie, zwłaszcza, że plony w wielu krajach świata były niskie. W związku z tym jeszcze więcej ludzi będzie musiało iść na niesmaczny kompromis między ceną a jakością i Święta tylko utrwalą panowanie słabej jakości żywności na naszych stołach. Trwa wojna między tymi, którzy chcą jak najdrożej sprzedać jak najgorszą żywność, a tymi, którzy muszą ją jeść. Zgodnie ze wszystkimi prawidłami, producenci prowa-dzą i narzucają warunki. Konsumenci wy-korzystują przewagę liczebną oraz fakt, że druga strona dokładnie śledzi, co kupują i muszą się dopasowywać do ich wyborów. Bo o wszystkim decyduje głosowanie na-szymi portfelami. Dlatego mimo przeszkód przeczytajmy etykietę, poszukajmy infor- macji w Internecie i wybierzmy produkt, który wydaje nam się najbardziej wiary-godny. Ewentualnie, metodą prób i błędów wybierzmy taki, którego smak najbardziej nam odpowiada. Inaczej, otyli i zdyszani po zrobieniu paru kroków, prawdziwy smak chleba czy mięsa będziemy tylko mogli wspominać. Dorota Karkosik, Jakub Cichuta Fot.1: happymealy (CC BY–SA 2.0) Fot. 2: Fred Ojardias (CC BY 2.0) Fot. 3: NickNguyen (CC BY–SA 2.0) SŁODKO - GORZKIE

SPOŁECZEŃSTWO

OTRZĘSINY Otrzęsiny to chyba w każdej szkole dość popularny i lubiany zwyczaj. Czy są jednak jakieś granice dobrej zaba-wy i dobrego smaku? Nowa szkoła, nowi znajomi, na pewno strach towarzyszy w takim momencie dzie-ciom, które przychodzą do nieznanego im miejsca. Pamiętam swoje pierwsze dni w gimnazjum. Najbardziej wtedy liczyłam na nauczycieli – że pomogą mi się oswoić, że wprowadzą mnie w ten świat. W końcu organizowanie wcześniej wspomnianych otrzęsin też pomaga w integracji, szcze-gólnie z kolegami z klasy, z którymi będzie-my widywać się przez najbliższe 3 lata. Wszystko jest pięknie, jest integracja, jest zabawa. Ale czy to ma jakieś granice? Bio-rąc pod uwagę dość głośną ostatnio spra-wę otrzęsin w salezjańskim gimnazjum w Lubinie, mogę z całą śmiałością powie-dzieć: tak, są granice, które zostały zna-cznie przekroczone. Lizanie przez dzieci ko-lan księdza pokrytych bitą śmietaną, cho-ciaż jak później tłumaczyło się grono peda-gogiczne – miała być to pianka do golenia – to zdecydowane przekroczenie granic dobrego smaku. Co więcej, fotografia wy-raźnie nasuwa skojarzenia erotyczne. Nie zapominajmy, że uczniowie pierwszej klasy gimnazjum mają około 13 lat. "Ksiądz – osoba niemalże święta albo za taką się uważająca - każe robić dzieciom coś takiego... " Jeśli na miejscu księdza siedziałby inny pe-dagog, sprawa byłaby dla mnie bulwer-sująca, jednak kiedy widzę zadowolonego księdza, przed którym klęczą dzieci i doty-kają ustami jego kolan, coś jest dla mnie jeszcze bardziej nie w porządku, te zdjęcia po prostu mnie odrzucają. Ksiądz – osoba niemalże święta albo za taką się uważająca

SPOŁECZEŃSTWO "Wszystko jest pięknie, jest integracja, jest zabawa. Ale czy to ma jakieś granice?"

- każe robić dzieciom coś takiego... Teoretycznie takie otrzęsiny nie miały być dla nikogo krzywdzące, stąd zamieszczenie zdjęć na stronie internetowej szkoły. Jed-nak pomyślmy o tym, jak teraz czują się dzieci, które brały w tym wszystkim udział. Na pewno są pośmiewiskiem wielu osób, nie trzeba daleko szukać dowodów, który-mi od jakiegoś czasu jesteśmy zasypywani chociażby w postaci żartów i obrazków na Facebooku. Mocniejsze psychicznie dzieci mogły potraktować to jako żart. Wszędzie są ludzie słabsi, tacy, którym przysto-sowanie się do nowych warunków, jak i integracja z obcymi ludźmi przychodzi znacznie wolniej i trudnej. Co w takiej sytuacji czuje dziecko, które nagle ma klęknąć przed swoim nauczycielem? Chciałabym dowiedzieć się, jak głupim trzeba być, żeby kazać drugiemu człowie-kowi coś takiego robić. Śmiało można stwierdzić, że jest to poniżanie, a przecież taki ksiądz wmawia nam, że wszyscy są równi. Nie chce nikomu wkładać do głowy osądów na ten temat, jednak niech każdy z wąt- piących w szkodliwość tego czynu wyobrazi sobie sytuację, że idzie do nowej pracy, a tam jego szef na dzień dobry każe mu lizać swoje kolano (korzystam tu z przy-kładu Małgorzaty Ohme). Bo przecież taki jest zwyczaj i to takie otrzęsiny w pracy. Wtedy wszystko byłoby według was ok? Patrycja Rawska Fot. 1: andrusdevelopment (CC BY 2.0) Fot. 2: shonk (CC BY 2.0)



NACIĄGANA SENSACJA Z LUBINA
Sprawa otrzęsin w salezjańskim gimnazjum w Lubinie może nastrajać do zadania sobie pytania, co tak naprawdę w tym wszystkim było czy mogło być krzywdą dla uczniów.
SPOŁECZEŃSTWO

Nie wiem sam, jaki mam stosunek do otrzęsin. W gimnazjum próbowano mnie „skocić” na dziko (że pozwolę sobie tak to ująć), ale bez przesady, chodziło o na-pisanie mi czegoś na twarzy markerem. W liceum kocenie było już oficjalne, ale nie poszedłem na tę zabawę. Sam też nigdy nikomu tego nie robiłem (może tylko dlatego, że nie zostałem do tego wybrany, teraz tego nie ocenię), a i nie cieszy mnie zbytnio krytykowanie młodszych wyłącznie z tego powodu, że są właśnie młodsi czy nowi w jakimś środowisku. Czy całowanie dyrektora w kolano jest mądrym zwyczajem? Może to głupia za-bawa. Ale w lubińskim gimnazjum prochu nie wymyślono, choć bita śmietana (czy pianka do golenia, rozumiem wątpliwości, jakie podnoszono w Internecie co do tego, czym rzeczywiście była ta substancja) to może ich dodatek. Czytając komentarze na temat otrzęsin w Lubinie natrafiałem na

SPOŁECZEŃSTWO

wspominanie zwyczaju zwanego „całowa-niem Neptuna”. Chodzi właśnie o to, by osobę grającą Neptuna pocałować w ko - lano. Ma to wyrażać prośbę o dobre wiatry, choć zgadzam się, że gimnazjum to nie morze. Niemniej jednak, zwyczaj może obronić się i bez tego uzasadnienia, jako swoista forma hołdu wobec kogoś. Być może ks. Marcin Kozyra powinien uważać bardziej, powinno też uważać całe gimnazjum. Kościół nie jest ulubieńcem większości mediów, a jeszcze żyjemy w czasach, w których bardzo mocno (i słusznie) zaczęliśmy zwracać uwagę na problem pedofilii. Sęk w tym jednak, żeby nie przesadzać. I nie dopatrywać się na siłę podtekstów seksualnych w pewnych zacho-waniach. Na tych zdjęciach nie było pedofila bawiącego się z dziećmi. Był dyrektor, wobec którego uczniowie mieli złożyć pewien hołd. Mądre to było czy głupie – o to możemy się spierać. Ale raczej nie pedofilskie. A na pewno nie było takim w świadomości samych pracowników gimnazjum, skoro te zdjęcia opublikowano na oficjalnej stronie szkoły. Mało tego, zamieszczano tam też fotografie z lat po-przednich, gdzie można zobaczyć podobne sceny! Żeby to były jeszcze jakieś relacje uczniów i rodziców, oburzonych tym, co się dzieje w szkole. Nie. Dzieci na zdjęciach są raczej zadowolone, a rodzice księdza bronią. Tylko że tej radości na fotografiach nie widać, kiedy zamaże się na nich twarze. Teoretycznie leży to w interesie dzieci. Praktycznie przekręca całą sytuac-cję. Czy dzieci naprawdę ucierpiały na tym, że miały całować księdza w kolano (czy dotknąć czegoś nosem - choć najpierw w mediach była mowa o lizaniu, czemu jednak zaprzecza szkoła)? Być może nie-którzy źle reagują na same otrzęsiny, na samo to poniżenie. Raczej jednak nie sły-szeliśmy takich głosów w tej sytuacji, choć też przecież chyba nikt z mediów nie pytał o zdanie wszystkich uczniów. Gorsze dla tych dzieci jest to, że zrobiono z nich ofiary jakiegoś szokującego wydarzenia. Zabawa nagle stała się sensacją na skalę ogólno-polską. Czy to naprawdę było dobre dla tych gimnazjalistów? Nie będę tu oskarżać dziennikarzy, ani tych z TVL Odra, ani tych z innych redakcji. Być może mieli dobre intencje, być może oni zobaczyli w tych zdjęciach coś, co ich naprawdę ubodło. Nie będę tu oceniał. Ale polecam wszystkim, żeby nie sądzili innych po pozorach. Ja nie chciałbym być na miejscu ks. Kozyry z powodów oczywistych – zwłaszcza, jeżeli rzeczywiście nie było w nim żadnych złych intencji. Ani na miej-scu tych dzieci. Bo publiczne zrobienie z kogoś ofiary rzekomych zachowań pedo-filskich też nie jest żadną przyjemnością. Marek Suska NIE DAJ SIĘ ZŁAPAĆ
Z zakupami w czasie wyprzedaży jest trochę jak z zabawą w kotka i myszkę. Klienci z wielką nadzieją szukają smakowitych kąsków, a tymczasem właś-ciciele po cichu zastawiają na nich pułapki. Trzeba zatem być bardzo czujnym i pamiętać, że w tej zabawie chcą zyskać dwie strony.
SPOŁECZEŃSTWO

Pani Marzena w jednej z „sieciówek” wypa-trzyła na wyprzedaży żakiet, który po obniżce kosztował 149,99 zł. Niestety, jej radość z zakupu trwała krótko, bo okazało się, że koleżanka z pracy kupiła taki sam w nowej kolekcji, ale miesiąc wcześniej. Zapłaciła za niego 149,99 zł., czyli tyle, ile pani Marzena w przecenie. Często okazuje się, że wyprzedażowe łupy wcale nie są takie atrakcyjne. W czasie wielkich pro-mocji czujność klienta jest zdecydowanie obniżona. Warto orientować się, co dany sklep sprzedaje na bieżąco i porównywać informacje o cenach w różnych źródłach, np. w gazetkach informacyjnych czy w Internecie. Oczywiście nie w każdym sklepie czyhają na nas pułapki, ale wiele chwytów jest niestety normą. Niektóre sklepy przeklejają ceny, a dopiero kiedy coś kupimy, zdajemy sobie sprawę, ile przepłaciliśmy. Tydzień przed wielką obniżką podwyższa się ceny, a później wraca do pierwotnych. Warto obserwować, ile zazwyczaj kosztują dane produkty w tym samym sklepie. Często np. ceny sweterków wahają się w granicy 79–99 zł, a niektóre modele wystawia się z bardzo wysoką, aby po obniżce kosz-towały tyle, że i tak właściciel sporo na nich zarobi. Dziwi mnie, kiedy w dniu wyprzedaży widzę kurtki ze skreśloną pierwotną ceną 229 zł i przeceną na 59,99! Aż taka nagła różnica jest podejrzana, tym bardziej, że zazwyczaj produkt przecenia się stopniowo. Wcześniej w ogóle nie widziałam tych kurtek i nie wiadomo, czy faktycznie tyle były warte. Taka przecena kusi, żeby je kupić, choć gdy przyjrzałam się jakości, nowa cena już mnie nie zdziwiła. Moja znajoma, która od kilku lat pracuje w jednej z odzieżowych „sieciówek”, zgo-dziła się opowiedzieć o tym, dlaczego tak łatwo ulegamy szałowi wyprzedaży, a potem

SPOŁECZEŃSTWO

niejednokrotnie żałujemy zakupu niepot-rzebnych artykułów. Agata doradza prze-de wszystkim opanowanie i cierpliwość. To, że w sklepach zaczynają się promocje, nie oznacza, że potrwają jeden dzień. Czas na zakupy to nawet dwa tygodnie, a największe promocje zaczynają się w połowie sezonu wyprzedaży. Ważne jest też rozmieszczenie produktów w sklepie. Ubrania zlokalizowane zaraz przy wejściu, to często takie, na które nie zwracaliśmy uwagi w sezonie. Nierzadko eksponuje się tam coś, co po prostu się nie sprzedaje albo jest gorszej jakości. Żeby więc kupić wymarzony żakiet czy spodnie, warto czasem dokładnie przejść się po całym sklepie. Chwyty mające przyciągnąć klientów stoso-wane są też w supermarketach. Czekając w kolejce do kasy, łatwo możemy ulec i kupić np. batoniki, gumy czy inne drobne rzeczy, które ułożone są na półkach w zasięgu ręki. Warto zwrócić uwagę na to, jakie produkty znajdują się przy wejściu do supermarketu. Bardzo często są to świeże owoce i warzywa, co wywołuje wrażenie świeżości wszystkich produktów znajdują-cych się w sklepie i dodatkowo zwiększa uczucie łaknienia. A co z rozplanowaniem przejść sklepo-wych? Czy pieczywo znajduje się w sąsie-dztwie półek z przyprawami czy nabiałem? Zazwyczaj te regały są daleko od siebie, by wydłużyć czas kupowania. Oczywiście, gdy znamy już rozmieszczenie danych produk-tów, szybko możemy dokonywać zakupów. Na to właściciele sklepów znaleźli jednak sposób. Od czasu do czasu „przemeblo -

SPOŁECZEŃSTWO

wują” lokal, co zmusza przyzwyczajonych klientów do poszukiwania produktów, a przy okazji włożenia zbędnych rzeczy do koszyka. "Często okazuje się, że wyprzedażowe łupy wcale nie są takie atrakcyjne." Pracownicy sklepów elektronicznych często mogą nam sugerować, że do zakupionego produktu przydałoby się coś jeszcze. Np. kupując myszkę komputerową może warto pomyśleć o podkładce? Często jest ona po prostu ułożona na półce obok myszki, aby już samo zestawienie sugerowało nam zakup drugiego artykułu. Kolejnym sposobem na przyciągnięcie klientów jest duża informacja o likwidacji. Niestety sama przekonałam się, że może to być tylko chwyt reklamowy, który z całą pewnością działa. Na szybach jednego sklepu w moim mieście wisiał napis o planowanym za kilka dni zamknięciu. Przeceny sięgały do 70%, a klientów nie brakowało. Kiedy przechodziłam tą ulicą tydzień później, sklep stał jak wcześniej, zniknął jedynie napis o likwidacji. Większe sklepy wydają także dużo na audio- i aromamarketing. To nic innego jak przyciąganie klientów muzyką i zapachem, ale także uprzyjemnianie atmosfery w loka- lu i tworzenie pozywanego skojarzenia z marką. Właściciele sklepów wiedzą, że aby odnieść sukces w sprzedaży, trzeba działać równocześnie na kilka zmysłów klientów. Firmy zajmujące się audiomarke-tingiem, aby dostosować muzykę do po-trzeb sklepów, tworzą najpierw profil kupujących. Dopiero na tej podstawie komponują listę piosenek. Dlatego też w sklepach młodzieżowych usłyszymy zazwyczaj dance, hip–hop i pop. Taka muzyka nie przypadłaby jednak do gustu starszym. W galeriach handlowych spo-kojne, relaksacyjne dźwięki puszczane są zazwyczaj rano, gdy klienci zaczynają dzień, a dynamiczne po południu, by poprawić humor po kilku godzinach w pracy czy w szkole. Od dawna wiadomo także, że do czerwieni i innych ciepłych barw ludzie zbliżają się chętniej, niż do zimnych. Czerwień przyspiesza też decyzje impulsywnego kupowania. Dlatego tablice informujące o promocjach są najczęściej właśnie tego koloru. Marylin Monroe stwierdziła, że pieniądze szczęścia nie dają, lecz dopiero zakupy. Sezon wyprzedaży jest bardzo dobrą okazją do znalezienia wielu artykułów w atrakcyjnych cenach. Warto jednak dwa razy pomyśleć, zanim coś kupimy, niż żałować zakupu niepotrzebnych rzeczy. Karolina Przybylska Fot. 1: I See Modern Britain (CC BY 2.0) OD "LITHOS" - KAMIEŃ
Miękki, srebrzystobiały metal. Jest najlżejszym i najprostszym pierwias-tkiem. W układzie okresowym rozpo-czyna grupę IA, do której należą metale noszące nazwę litowców.
NAUKA

Lit, jak większość pierwiastków, został odkryty przypadkiem. Jesienią 1817 roku Johan August Arfvedson przeprowadzał dokładną analizę tlenków manganu. Badanie sprawiło, że zainteresował się petalitem (rzadki minerał z grupy krze-mianów), pochodzącym z kopalni na szwe-dzkiej wyspie Uto. Bez problemu udało mu się zidentyfikować krzemionkę i tlenek glinu, jednak podczas podsumowania za-wartości odkrył, że jest w nim coś jeszcze. W pierwszej chwili pomyślał, że braku-jącym składnikiem jest siarczan baru, jednak po usunięciu z próbki wszystkich znanych pierwiastków i związków, miał przed sobą osad. Arfvedson zbadał tajemniczą substancję i drogą eliminacji wywnioskował, że musi ona zawierać jakiś nieznany wcześniej pierwiastek alkaliczny. Dzisiaj jesteśmy świadomi, że petalit to krzemian glinowo–litowy. Chemik, razem ze swoim nauczycielem Jonsem Jacobem

NAUKA

Berzeliusem, ogłosił odkrycie litu pod koniec roku 1817. Kilka miesięcy później Arfvedson znalazł lit w dwóch innych minerałach: spodumenie (minerał z gro-mady krzemianów) i lepidolicie (rzadki minerał również z gromady krzemianów). Jednakże pierwszymi badaczami, którzy wyodrębnili czysty metal, byli W.T. Brande i sir Humphry Davy. "Lit, jak większość pierwiastków, został odkryty przypadkiem." W górnych warstwach Ziemi lit występuje w ilości 0,0018%, czyli bardzo małej. W postaci izotopu (odmiana pierwiastka różniąca się od niego liczbą neutronów w jądrze atomu) jest ona nieco większa, bo już 3,75%–7,5%. W warunkach natural-nych występuje tylko w postaci związanej (jako składnik jakiegoś związku). Związki litu występują czasem w wodach mine-ralnych, gromadzą się też w niektórych roślinach np. w tytoniu. Jego zawartość w organizmie człowieka wynosi 0,000003 %. Natomiast w 1000kg wody oceanicznej znajduje się go ok. 200 mg. Lit jest metalem aktywnym, jednak zna-cznie mniej reaktywny od pozostałych litowców. Na powietrzu ulega pasywacji (na substancji aktywnej chemicznie wytwarza się powłoka pasywna, która jest wynikiem reakcji substancji z otoczeniem). Z wodą o temperaturze pokojowej reaguje

NAUKA

gwałtownie, jednak bez dostępu do wilgoci nie traci połysku. Aby uniemożliwić kontakt z wilgocią zawartą w powietrzu, przecho-wuje się go w słoikach całkowicie wypeł-nionych naftą lub gazem obojętnym, jak argon (pierwiastek chemiczny należący do gazów szlachetnych; jest całkowicie nie-reaktywny). "Arfvedson, razem ze swoim nauczycielem Jonsem Jacobem Berzeliusem, ogłosił odkrycie litu pod koniec roku 1817." Otrzymywanie litu jest trudne i kosztowne. Na skalę przemysłową można go pozyskać przez elektrolizę stopionego chlorku litu. Cały proces jest bardzo skomplikowany i wymaga sporej energii – mieszanina chlorku litu i chlorku potasu, z której otrzymuje się lit, topi się go w tempe-raturze 400 stopni Celsjusza. Ponadto podczas całego procesu produkcji lit musi znajdować się w suchym, pozbawionym tlenu środowisku. A jednak jest stosowany do produkcji akumulatorów litowo–jono-wych (które są wyjątkowo wydajne i krótko się je ładuje) oraz baterii litowych. W sto-pach, np. tych z glinem, stosowany jest w lotnictwie, natomiast ciekły jest często używany jako chłodziwo w reaktorach jądrowych. Lit ma również pewne zastoso - wanie w medycynie. Konkretniej, naukow-cy twierdzą, że ma działanie tłumiące ob-jawy maniakalne i przeciwdepresyjne. Ja- pońscy naukowcy przeprowadzili m.in. ba- dania zawartości litu w wodzie z kranu, udowadniając, że tam gdzie jego zawar-tość była większa, odsetek samobójstw był mniejszy. "Lit ma również pewne zastosowanie w medycynie. Konkretniej, naukowcy twierdzą, że ma działanie tłumiące objawy maniakalne i przeciwdepresyjne." Jak to się dzieje, że te maleńkie srebrzy-stobiałe drobinki mogą wpływać na nasz system neurologiczny i leczyć w sposób do tej pory nie do końca zbadany? W dodatku nie oddziałując na receptory, co jest chara-kterystyczne dla leków przeciwdepresyj-nych? Nie wiadomo. A przecież lit może mieć jeszcze jakieś inne „magiczne” wła-ściwości, które należy odkryć. Justyna Książek Fot. 1: rkramer62(CC BY 2.0) Fot. 2: Dnn87 (CC BY 2.0) Piłka nożna – cóż to jest za wspaniały sport. Napastnicy strzelający mnóstwo bramek, pomocnicy dogrywający piłkę w taki sposób, że ludzie łapią się za głowy, twardzi i bezkompromisowi obrońcy, a także niesamowici bramkarze. Futbol nie zamyka się tylko w tych ramach, tworzą go również kibice, kontrowersje związane z decyzjami sędziów i oczywiście pieniądze. Dziś chciałem skupić się na kibicach, ich przemyśleniach i odwiecznych wojnach, kto jest lepszy.
KTO JEST NAJLEPSZY?
SPORT: PIŁKA NOŻNA

Po ostatnim meczu Realu Madryt z Man-chesterem City przeszedłem kilka stadiów humoru. Na początku dopadła mnie eufo-ria, ale potem zacząłem zastanawiać się nad sporem, który trwa od wielu lat. Która liga jest najlepsza i dlaczego hiszpańska. Podzieliłem się swoimi przemyśleniami na facebooku i nie zawiodłem się ani troszkę. Kilka minut po opublikowaniu postu, który mówił o wyższości Hiszpanów nad Brytyj-czykami, rozpoczęła się prawdziwa wojna. Siły rozłożone były po połowie. Jedni bronili mojej tezy, drudzy zaś starali się ją za wszelką ocenę obalić. Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że każdy komentarz był rzetelny i zawierał w sobie wiele faktów, ale i opinii popartych sen-sownymi argumentami. Abstrahując od całej tej opowieści, jest ona pstryczkiem w nos dla ludzi, którzy oburza-ją się tym, że piłka nożna jest naszym sportem narodowym. Drodzy państwo, pił -

SPORT: PIŁKA NOŻNA

ka nożna to nie tylko gra, to coś więcej niż gra. Kto się ze mną nie zgadza, niech wsk-aże mi drugi sport, o którym fani potrafią rozmawiać godzinami, a skala tych rozmów jest absolutnie globalna. Niech ktoś pokaże mi drugi sport, który ściąga na trybuny tysiące ludzi i wywołuje takie emocje. Nie muszę już wspominać o grupach ultrasów, który potrafią oddać życie za to, co robią. Bo piłka nożna jest ich życiem. Nic innego się nie liczy. Dlatego właśnie piłka kopana jest naszym sportem narodowym. "Niech ktoś pokaże mi drugi sport, który ściąga na trybuny tysiące ludzi i wywołuje takie emocje" Zdecydowana większość fanów futbolu brytyjskiego broni się mówiąc, że ich liga jest bardziej wyrównana. W każdej rundzie rozgrywanych jest sześć szlagierow, np. Mancester United–Arsenal czy Liverpool –Tottenham. Do końca nie wiadomo, czy potężny Manchester City pokona malutki West Ham. Oczywiście, tego nikt nie wie. Ale czy faktem nie jest, że od wielu lat w Premiership tak naprawdę zawsze liczą się dwie drużyny? Jedną z nich jest Man-chester United, który nieprzerwanie od 5 lat zajmuje pierwsze lub drugie miejsce. Ostatnio Chelsea, która również nie schodziła z tronu, zastąpili The Citizens. Ogromne pieniądze, pochodzące od arab-skich szejków dały błękitnym mistrzostwo Anglii. Jeżeli ktoś chce mi wmówić, że Arsenal lub Tottenham są pretendentami do mistrzostwa, to sam nie wiem, czy

SPORT: PIŁKA NOŻNA

śmiać się czy płakać. Nie podlega wątpliwości, że obydwie drużyny są świe-tne, ale zawsze na finiszu rozgrywek brakuje tego czegoś, co pozwala im walczyć do samego końca. W Hiszpanii jest zresztą podobnie. Valencia, Atletico czy Sevilla mają świetne drużyny, ale nie na tyle, aby podjąć walkę z wielką dwójką. Pisząc ten tekst, chciałbym dalej bronić swojej racji. Ale to jest właśnie trzecie stadium mojego stanu. Zdumienie. Czego bym nie powiedział o Hiszpanii, Anglia potrafi to świetnie skontrować i na odwrót. Doszedłem więc do pewnego wniosku, który zresztą czyni piłkę nożną tak wspa-niałym sportem. Nie istnieje pojęcie naj-lepsza liga czy najlepszy zespół. Piłka nożna to nie statystyki, bo każda drużyna jest tak dobra jak jej ostatni mecz. "Piłka nożna to nie statystyki, bo każda drużyna jest tak dobra jak jej ostatni mecz." Wiem, że wielu oczekiwało, że zasypię was garściami faktów i statystyk, które pozwolą na rozwianie wątpliwości. Chciałem to zro-bić, ale doszedłem do wniosku, że wiem, kto jest najlepszy na świecie. Numerem jeden jest piłka nożna. Maciej Dziubiński fot.1: JMacPherson (CC BY 2.0) fot.2: stevendepolo (CC BY 2.0)





OKIEM WIDGETA