Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

witamy w polsce! strona 7 armia znów na froncie strona 10 subiektywnie strona 13 fenomen tekstowych gier fabularnych strona 14 pustka w tłumie strona 18 prywatna branża kosmiczna strona 21 jest zycie po małyszu? strona 28 jak zyć fifo strona 33 okiem widgeta strona 36 KIEDY W STYCZNIU LATO, W LECIE ZIMA ZA TO

Outro Outro Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl ISSN: 2299 - 5242 Redaktor naczelny: Paulina Zguda Zastępca: Marek Suska Sekretarz redakcji: Magdalena Wąwoźna Redaktor prowadzący: Zuzanna Bućko Korekta wydania: Agata Hajduk Fotoedycja wydania: Roksana Grzmil Projekt okładki: Patryk Skoczylas Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Patrycja Rawska (społeczeństwo), Aleksandra Bartosik (społeczeństwo), Maciej Dziubiński (sport), Nina Bezpałko (korekta), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy). Korekta: Nina Bezpałko, Agata Andrzejak, Faustyna Cisło, Justyna Dubaj, Agnieszka Dydacka, Maria Gołaszewska, Agata Hajduk, Patryk Łowicki, Cyntia Schmidt, Wojciech Żywolt Graficy: Angelika Marchewka, Jarosław Stępień, Adam Białek, Patryk Skoczylas Zdjęcie na okładce: DrabikPany (CC BY 2.0)

Na dworze zimno, w perspektywie ani świąt, ani wolnego (chyba że jest się jednym z tych szczęśliwców, którzy właśnie zaczęli ferie, wyśpijcie się za nas!), studenci czują, że sesja za pasem, słowem, żyć, nie umierać. I w takiej słodko – gorzkiej styczniowej atmosferze nie pozostaje nam nic innego, jak po prostu przetrwać. Skręca cię w żołądku na sam dźwięk słowa „egzaminy”? Masz dość zimy, a wszyscy zachowują się, jakby tylko czekali na pierwsze promienie słońca? Trudno, te kilka mroźnych miesięcy zleci prędzej, niż byśmy sobie życzyli. Trzeba więc wziąć się w garść i nabrać trochę energii w ten dziwny dla wszystkich okres. Przecież każda pora roku ma w sobie niesamowity potencjał, trzeba tylko wygrzebać się spod stery koców i go wykorzystać. Najlepiej czytając najnowszy numer Outro – koniecznie od deski do deski! Paulina







O Polakach obcokrajowcy mówią różne rzeczy. Polscy emigranci wyrobili sobie za granicą opinię pracowitych i porządnych ludzi. Niestety, prawie każdy Polak ma swoje mroczne oblicze. Takich właśnie cwanych darmozjadów przedstawia thriller Macieja Żaka – „Supermarket”.
WITAMY W POLSCE!
RECENZJA PŁYTY

Szef firmy ochroniarskiej, pan Jaśmiński (Marian Dziędziel), wraz ze swoimi praco-wnikami stoi na straży dóbr pewnego supermarketu. Musi jednak odbyć poważną rozmowę z kierownikiem sklepu, bowiem z półek znika coraz więcej towaru. Dopiero gdy posada ochroniarzy jest zagrożona, biorą się porządnie do pracy, wyłapując potencjalnych złodziei. Jeden z klientów znika w tajemniczych okolicznościach po przesłuchaniu w biurze ochrony. Późnym wieczorem na zapleczu odnalezione zostaje ciało. Kto jest mordercą, a kto ofiarą? Przekonacie się oglądając tą produkcję. "Późnym wieczorem na zapleczu odnalezione zostaje ciało. Kto jest mordercą, a kto ofiarą?"

RECENZJA PŁYTY

Główną zaletą jest pokazanie ciemniej strony polskiej społeczności. W filmie co trzeci klient sklepu pakuje butelkę szampana pod kurtkę i słoik ogórków do kieszeni. Ludzie zjadają batoniki i wypijają soki, po czym odkładają puste opakowania na półkę. Mogłoby się to wydawać przejaskrawieniem, gdyby nie fakt, że sam niejednokrotnie byłem świadkiem takich sytuacji. Również pracownicy marketu nie mają czystego sumienia, bowiem podpro-wadzają alkohol na prywatne imprezy sylwestrowe lub sprzedają przetermino-wane produkty. Jedynie młody ochroniarz Klimek (Mikołaj Roznerski) próbuje działać zgodnie z moralnością. Jednak większość w pełni uczciwych działalności w Polsce skazana jest na niepowodzenie. Najlepsze jest więc to, że reżyser pokazuje polską mentalność bez zbędnego łagodzenia jej lub pokazywania w krzywym zwierciadle. "Mogłoby się to wydawać przejaskrawieniem, gdyby nie fakt, że sam niejednokrotnie byłem świadkiem takich sytuacji." Słysząc w dzisiejszych czasach określenie „polski film”, stereotypowo na myśl przy-chodzą twarze Borysa Szyca, Tomasza Karolaka i Piotra Adamczyka. „Supermar-ket” jest produkcją, w której na szczęście ich nie zobaczymy. Zamiast tego Maciej Żak postanowił zatrudnić nieco mniej zna -

RECENZJA PŁYTY

nych aktorów, takich jak wspomniany wcześniej Mikołaj Roznerski lub Justyna Schneider. "Może zamiast kręcić kolejne oklepane i płytkie komedie romantyczne, czas pomyśleć o dobrym dreszczowcu (...)" Fabuła może nie szokuje i nie zaskakuje, ale nie ma tu o czym mówić. To nie jest jeden z amerykańskich thrillerów, tylko polskie kino. Całkiem dobre kino, patrząc na resztę ówczesnych rodzimych filmów. Może zamiast kręcić kolejne oklepane i płytkie komedie romantyczne, czas pomy-śleć o dobrym dreszczowcu, który w końcu przepędzi fatum wiszące nad współczesną polską kinematografią? Maciej Nowotnik Mało jest na polskiej scenie hardrockowej tak długowiecznych kapel, jak Armia. Mimo że niedługo stuknie trzydzieści lat istnienia zespołu, to na estradzie nadal prezentuje się on wyśmienicie. A sprawdzić to mogli wszyscy fani ciężkiego grania, którzy pokusili się o wzięcie udziału w choćby jednym z koncertów podczas krajowej trasy na dwudziestolecie albumu Legenda, która zakończyła się u schyłku zeszłego roku.
ARMIA ZNÓW NA FRONCIE
KULTURA: MUZYKA

Pomimo iż początkowo planowano zagrać jedynie kilka koncertów w większych pol-skich miastach, zespół finalnie wystąpił… aż 64 razy. Wszystko to dzięki entuzjazmo-wi, z jakim fani przyjęli pomysł zagrania na trasie całego albumu Legenda, który przez wielu uważany jest do tej pory za najlepszy ze wszystkich krążków wydanych przez Armię. Do sądów takowych są słuszne po-wody, gdyż to właśnie wydana w 1991 roku Legenda przyczyniła się do spopu-laryzowania zespołu i pozwoliła mu zai-stnieć także poza sceną punkową. Ten sy-gnowany charakterystycznym wizerunkiem Don Kichota album, pełen surowych, ostrych kompozycji, z tekstami oscylują-cymi wokół duchowości człowieka i utrzy-many w atmosferze niejakiego „roześnie-nia”, ugruntował pozycję Armii na krajo-wym rynku muzycznym, dzięki czemu zespół ten nadal jest rozpoznawalny i ma wielu wielbicieli. Dość wspomnieć, że utwór Opowieść zimowa trafił na listę przebojów

KULTURA: MUZYKA "Oprócz brawurowo wykonanych utworów z płyty, której poświęcona była trasa, nie zabrakło też smaczków."

radiowej „Trójki” i do tej pory znajduje się w czołówce najlepszych, zdaniem fanów, utworów zespołu, obok Niezwyciężonego i Poza prawem. O tym, że ciężka muzyka nadal cieszy się zainteresowaniem, a fanów zespołu Armia nie brakuje i w mniejszych miastach, mog-łem naocznie przekonać się podczas jed - nego z ostatnich koncertów na tej trasie w stalowowolskim klubie Labirynt. Kiedy tylko kapela z Tomkiem Budzyńskim na czele zagrała pierwsze numery, tłumnie zgromadzona publiczność, w większości o podobnie jak zespół punkowym rodowo-dzie, wznieciła pod sceną taniec pogo, któ-ry trwał nieprzerwanie aż do końca koncer-tu. Mimo zmian personalnych, spowodowa-nych śmiercią Piotra ‘Stopy’ Żyżelewicza (także perkusisty Voo Voo) oraz odejściem Tomasza Krzyżaniaka (znanego również z zespołu Turbo) i Krzysztofa Kmiecika (który wspólnie z ‘Budzym’ występował w 2Tm2,3), do objawienia ostatnich lat – Luxtorpedy Roberta Friedricha, zespół znakomicie dawał sobie radę z Pawłem Piotrowskim na gitarze basowej i Danielem Karpińskim za garami. Oprócz brawurowo wykonanych utworów z płyty, której poświęcona była trasa, nie zabrakło też smaczków. Niezwyciężony - jeden z najpopularniejszych utworów zes-połu, który pojawiał się na późniejszych edycjach Legendy, został wzbogacony o wstawkę w stylu reggae. W podobnym położeniu wydawniczym znajdował się za-dedykowany na koncercie ‘Stopie’ Żyżele-wiczowi numer Podróż na wschód. Kapela

KULTURA: MUZYKA

‘Budzego’ zagrała także kilka utworów z in-nych albumów, m. in. Ducha i Drogi. Uko-ronowaniem koncertowych popisów Kuby Bartoszewskiego na waltorni był utwór napisany przez Armię na 600-lecie bitwy pod Grunwaldem Jeszcze raz, jeszcze dziś, okolony motywem muzycznym z Boguro-dzicy. "(...) ciężka muzyka nadal cieszy się zainteresowaniem (...)" Reasumując, Budzyński i spółka zagwa-rantowali fanom prawie półtorej godziny dobrej zabawy i chociaż zabrakło mojego ulubionego utworu Poza prawem, nie mam o co być zły, gdyż koncert obfitował w pra-wie wyłącznie stare numery (nie licząc tego jubileuszowego o Grunwaldzie), które dos-konale dają się opisać znanym polskim powiedzonkiem: stare, ale jare. Natomiast wszystkich, którzy jeszcze nie spotkali się z Armią, zespołem - legendą, życzę szybkiego zapoznania się z jakże wartościowym wydawnictwem promowa-nym na tej trasie oraz nowym albumem Droga na wschód, zawierającym kawałki zagrane na żywo (zarówno nowe aran-żacje, jak i wersje anglojęzyczne), na pla-nie zdjęciowym filmu pod tym samym tytułem. Naprawdę warto. Krzysztof Socha Fot.2: wikimedia Commons (CC BY 2.0)

SUBIEKTYWNIE SUBIEKTYWNIE Muzyka z cyklu Subiektywnie będzie sukcesywnie prezentowana w każdą środę w audycji Muzyka & Słowa o godzinie 22:00 w Radiu Aspekt (www.radio–aspekt.de).

Rudy Anioł Tori Amos – “Gold Dust” Tori podbiła świat swoim nieprawdopo-dobnym głosem, a utwory „Me and a Gun” czy „Winter” należą od dawna do kanonu muzyki rockowej. Album „Gold Dust” upamiętnia 20. rocznicę solowego debiutu Tori („Little Earthquakes”,1992). Jej nowe wydawnictwo zawiera 14 utworów publi - kowanych na wcześniejszych płytach. Zostały one zrealizowane w nowych aran-żacjach, w których wzięła udział The Metropole Orkest, dyrygowana przez Julesa Buckley'a. Artystka odwiedziła Polskę, dając koncert promujący jej nowe wydaw-nictwo w Sali Kongresowej (13.10.12), przyjęta z ogromnymi owacjami. Swoją twórczością już dawno na to zasłużyła. Lee Monday – „Teraz i tu” Chłopaki swój zespół założyli w sierpniu 2010 roku, natomiast kilka miesięcy temu wygrali ogólnopolski prestiżowy konkurs „Hard Rock Cafe Rising”, który umożliwił im nagranie płyty. Tak oto, 6 października ubiegłego roku, ukazał się ich debiutancki album – „Teraz i tu”. 14 utworów utrzyma-nych w stylistyce muzyki lat 90–tych - grunge, brit pop czy post rock. Jak sami mówili w wywiadzie (12.01.13) - nie chcą być szufladkowani, co daje im wolność. Potwierdzenie tych słów znajdziemy w każdym tekście napisanym przez wokalistę Adama Słomińskiego i gitarzystę Kubę Winiarskiego. Oby więcej takich młodych artystów. Michał Fila Tekstowe Gry Fabularne, w skrócie TGF, zachwycają setki, jeśli nie tysiące polskich internautów. Stanowią rozrywkę, która dzięki swojemu wyjątkowemu charakterowi trzyma przy sobie graczy latami i pozwala nawiązywać wspaniałe znajomości. Wśród stałych graczy TGF znane są tytuły, takie jak: nieistniejące już Cerelain czy dalej prężnie działające Messir, Smocza Dolina, Immortal i wiele innych.
FENOMEN TEKSTOWYCH GIER FABULARNYCH
KULTURA: GRY

Tekstowe Gry Fabularne, w skrócie TGF, zachwycają setki, jeśli nie tysiące polskich internautów. Stanowią rozrywkę, która dzięki swojemu wyjątkowemu charakterowi trzyma przy sobie graczy latami i pozwala nawiązywać wspaniałe znajomości. Wśród stałych graczy TGF znane są tytuły, takie jak: nieistniejące już Cerelain czy dalej prężnie działające Messir, Smocza Dolina, Immortal i wiele innych. O czym mowa? Tekstowe Gry Fabularne, potocznie nazy-wane Vallheru, to gry online inspirowane tradycyjnymi grami fabularnymi, a więc roleplaying game (RPG). Z samej nazwy wnioskujemy, że rozgrywka polega na odgrywaniu poczynań wykreowanej przez siebie postaci. Odbywa się to na grupowym spotkaniu w obecności i otoczeniu scena-riusza stworzonego przez Mistrza Gry, którego zadaniem jest wymyślenie bazy do opowieści oraz nadzorowanie jej, poprzez korzystanie z opisów i zasad zawartych w jednym z dostępnych podręczników. O powodzeniu działań graczy rozstrzygają rzuty kośćmi o różnej ilości oczek. Jednym z najistotniejszych elementów gry jest kon-wencja, z podziałem właściwym dla utwo-rów literackich - od fantasy przez science-fiction po steampunk i wiele innych, łącz-nie z wariacjami na temat wymienionych konwencji. "(...) rozgrywka polega na odgrywaniu poczynań wykreowanej przez siebie postaci." Idea gier RPG zamykana jest w ramie ogólnodostępnego przeglądarkowego silni-ka gier o nazwie Vallheru (bądź pochodne-go od niego), umożliwiając ten typ roz-grywki online – tak właśnie działają TGF.

KULTURA: GRY

W wielu aspektach różnią się jednak od tradycyjnych gier fabularnych – świat, który jest podłożem rozgrywki nie pochodzi z podręczników, jest za to tworem admin-istracji gry, jak i samych graczy. Silnik Vallheru umożliwia także dwa rodzaje rozgrywki. Jeden z nich, tryb mechaniczny, polega na rozwijaniu postaci poprzez korzystanie z gotowych w przeglądarce systemów walki, rozwijaniu umiejętności i innych działaniach, które okraszają przyy-gotowane wcześniej opisy. Drugi tryb rozgrywki, stanowiący jej trzon i ideę, to gra fabularna. To wspomniane grupowe spotkanie, jednak w wersji internetowej, gdzie mowę zastępuje język literacki. Bywa tak, że twórcy gier rezygnują z używania mechanicznego trybu rozgrywki, skupiając się wyłącznie na fabularnym aspekcie zabawy. Na początku był chaos Stworzenie własnej TGF to nie lada wyz-wanie. Wymyślone elementy świata muszą nie tylko zaistnieć, ale i zaciekawić gracza. Historia, geografia, podział polityczny, religie, rasy i wiele, wiele innych – to ele-menty, które mają składać się w spójną całość, by w przyszłości we własnym tem-pie kraina mogła się rozwijać i przeo-brażać. Na idealną grę składa się także layout wpasowany w realia i konwencję gry, dobrze rozplanowane zasady rozwoju postaci, spójnie skonstruowane i wnikliwe opisy, które zaspokajają wymagających graczy. By zapanować nad tym wszystkim, potrzeba wielkiej mobilizacji i idealnie zgra-nego zespołu ludzi, którzy tę grę tworzą i będą w stanie kontynuować prace nad nią przez następne lata.

KULTURA: GRY "Twórcy gier bardzo rzadko posuwają się do wprowadzania opłat za uczestnictwo w grze (...)"

Rozgrywka i obowiązki Nie trudno zauważyć, że samo stworzenie gry i udostępnienie jej graczom nie jest jedynym obowiązkiem twórców. Cały urok rozgrywki stanowi prowadzona przez grupę mistrzów gry fabuła, na którą gracze mają mniejszy lub większy wpływ. To właśnie swoboda decyzji przy niemal nieograniczo-nym czasie pozwala na stworzenie unikatowego świata, łączącego w sobie zarówno pomysły twórców, jak i graczy. Szeroka gama możliwości – od fabularnego rozwijania umiejętności i majątku postaci, po tworzenie własnych rodów i organizacji, pozwala zrealizować marzenia o wielkich podbojach, intrygach i romansach. Swobo-da w proponowaniu pomysłów stwarza cie-kawy, różnorodny świat, wszak grę współ-tworzą gracze o różnych charakterach i poglądach. A to wszystko oczywiście pod okiem grupy administratorów, mistrzów gry i nadzorców, którzy pilnują, by żaden po-mysł nie wyszedł spod kontroli, a rozgryw-ka, posiadająca wartką akcję, była zbalan-sowana. Zarejestruj się – włącz – graj Zacznijmy od podstawowej zalety Teksto - wych Gier Fabularnych – są one w pełni darmowe. Twórcy gier bardzo rzadko posuwają się do wprowadzania opłat za uczestnictwo w grze – wystarczy mailowa rejestracja, by wkroczyć do nowego świata i zacząć nową, życiową przygodę. W przeciwieństwie do spotkań na sesjach RPG, w przypadku gier przeglądarkowych nie ogranicza nas czas – gracz może zalogować się, kiedy tylko ma ochotę

KULTURA: GRY

i kontynuować rozpoczętą wcześniej roz-grywkę. Nie tylko swoboda czasu, ale także długotrwałość gry jest tutaj nieodzowną zaletą, bowiem im dłużej możemy rozwijać fabułę, tym ciekawsze cele możemy osiągnąć. Kilkuletnie projekty pozwalają zaobserwować, jak działania wykonane niedługo po stworzeniu gry mogą wpłynąć na kształtowanie świata i fabuły nawet po tysiącach lat istnienia stworzonego świata. To także sam urok poznawania ludzi z całej Polski, z którymi możemy spotkać się wir-tualnie i zrobić coś niemożliwego, używa-jąc zaledwie słów i własnej wyobraźni. "TGF to rozrywka dla każdego, niezależnie od wieku i posiadanego czasu." Podsumowując – TGF to rozrywka dla każdego, niezależnie od wieku i posiada-nego czasu. Nie wymaga większego zaan-gażowania, choć oczywiście wiąże się to z uzyskiwanymi profitami. Daje za to ogro-mne możliwości twórczego spędzania wolnego czasu i poszerzania własnych horyzontów. Gracze chętnie pracujący jako wolontariusze mogą także spełnić się w roli nadzorców czy mistrzów gry, którzy codziennie pracują z dziesiątkami użytko-wników. Agnieszka Lniak Fot. 3: WIkimedia Commons (CC BY 2.0) Przemierzając codziennie kilometry środkami komunikacji miejskiej, odczuwam dziwną pustkę. Nie dlatego, że jeździ tam wielu idiotów, bo przecież po kilkunastominutowych, powierzchownych oględzinach sam Holmes nie byłby w stanie obiektywnie orzec poziomu inteligencji tłumu („obiektywnie” jest tu kluczowe, bo dobrze wiemy, że rys psychologiczny najbardziej znanego detektywa wszech czasów jasno daje do zrozumienia, że ów neurotyk był święcie przekonany o wyższości swego umysłu nad jakimkolwiek innym).
PUSTKA W TŁUMIE
SPOŁECZEŃSTWO

Bardziej zastanawia mnie coś zupełnie innego. Dlaczego w zatłoczonym autobusie ludzie wyjmują grube książki, wyniośle eksponując zdobiące je okładki? Może sądzą, że ich status społeczny dzięki temu się podniesie? Nieważne, czy czytają romanse, czy młodzieżowe książki science-fiction, ich zachowania wydają mi się co najmniej groteskowe. "Współczesny świat Zachodu narzeka na brak czasu (...)" "Kiedy wracam po pracy do domu, wolę włączyć telewizję, niż studiować zawiłe traktaty filozoficzne" - mówi Anna, dwu-dziestoletnia studentka informatyki. Jest to po prostu wygodniejsze. Współczesny świat Zachodu narzeka na brak czasu, dla-tego rezygnuje z gotowania w domu i wybiera pożywienie typu fast food. Szyb -

SPOŁECZEŃSTWO

ko i smacznie, ale czy zdrowo? Inform-acyjne chipsy, przesłodzone memy, ścinki i odpady otłuszczają się w bezużyteczną tkankę. Idąc za Jeffersonem, lepiej jest już nic nie czytać, niż czytać tylko gazety. "Chcą czytać prosto, tak żeby się pośmiać..." A te idą w stronę maksymalnego upra-szczania treści – duże zdjęcia (chociażby odświeżony w październiku ubiegłego roku layout opiniotwórczego tygodnika „Wprost”) oraz teksty niewymagające od czytelników żadnego wysiłku intelektual-nego – lekkostrawne. Ludzie powszechnie gustują w plotkach, horoskopach, przepi-sach kulinarnych, radach pani domu, do-wcipach; zachwycają się tekstami okolicz - nościowymi, a teksty na nietuzinkowe, ale trudne tematy, traktują jako poważne, więc nudne, a w końcu odnoszą wrażenie, że są po prostu smutne. Chcą czytać prosto, tak żeby się pośmiać... O wiele lepiej jest widzieć wesołego, nawet rozbawionego człowieka, niż zmęczonego telepaniem autobusu męczennika. Nie można jednak wrzucać pogody ducha do jednego worka z poczuciem humoru. To drugie nie opiera się wyłącznie na dostrzeganiu rzeczy śmiesznych, ale i ko-micznych, alegorycznych, (skrajnie) po-wierzchownych; wymaga dystansu do samego siebie i obiektywizmu, niezaciem-nionej percepcji rzeczy celowo zniekształ-conych. Ludzie myślą, że znają się na dowcipach, ale to wcale nie oznacza, że są obdarzeni poczuciem humoru. Brak w nich

SPOŁECZEŃSTWO "Tabloid to coś o wiele więcej, niż gazeta o określonym formacie, oferująca czytelnikom treści niezbyt wysokich lotów."

wewnętrznej ironii, odwagi i obycia w świecie, w którym mało kto dostrzega subtelne manipulacje. A na takie umysł owładnięty myśleniem według tabloido-wych schematów jest szczególnie podatny. Im człowiek uważa się za mądrzejszego, tym jest głupszy. Wcześniej wspomniani lu- dzie z autobusu, eksponujący okładki czy -tanych książek, ostentacyjnie skrzywili się, gdy zobaczyli śmierdzącego dziadka. Wielka kasta – tłum – wyparła z pozoru słabszą jednostkę. Spotkałem kiedyś matematyka, który żebrał na ulicy. Ofiara konsumpcjonizmu? Raczej buntownik, niezwykle interesujący człowiek, sprzeciwiający się przeładowaniu treści medialnych stereotypami, uprzedze -niami, histerią, skrajnymi emocjami; jed-nym słowem: polepszaczami. Tabloid to coś o wiele więcej, niż gazeta o określonym formacie, oferująca czytelni-kom treści niezbyt wysokich lotów. Tabloid to umysł, który od najmłodszych lat nasią- ka banałami i wypaczoną wiedzą, stając się podatny na manipulację. Tabloid to pustka... Kamil Aftyka Fot. 1: cabezadeturco (CC BY 2.0) Fot. 2: Eivind Z. Molvær (CC BY 2.0) Fot. 3: inakihuarte (CC BY 2.0) PRYWATNA BRANŻA KOSMICZNA
Mija już półtora roku od zakończenia ostatniej misji wahadłowca Atlantis. Od tego czasu Stany Zjednoczone jeszcze bardziej się zadłużyły, wiele firm upadło, nawet Chiny zwolniły. Tylko jeden sektor gospodarki w tym czasie znacząco się rozwinął – prywatny sektor kosmiczny.
NAUKA

W 2009 roku jego wartość, a konkretnie przedsiębiorstw zajmujących się lotami na orbitę, wynosiła już około dwa miliardy dolarów. Jak jest obecnie? Trudno powie-dzieć. Można jednak na szybko prześledzić wydatki rządu Stanów Zjednoczonych na ten cel. Tylko w tamtym roku trzy firmy zajmujące się lotami kosmicznymi dostały od NASA ponad miliard dolarów na rozwijanie swoich programów, czyli połowę tego, ile były warte w 2009. W tym roku z uwagi na kryzys będzie to tylko pół miliarda. Nie zmienia to faktu, że to i tak dużo, bo nie są to jedyne źródła finansowania tego sektora gospodarki. Można więc sądzić, iż obecnie jego wartość znacząco wzrosła. Jak bardzo? Nikt się jeszcze nie odważył na dokładną analizę. Jednak nie to jest najważniejsze. Na wol-nym rynku panuje konkurencja między przedsiębiorstwami, która wymusza two-rzenie innowacyjnych produktów. Przyjrzymy się tu trzem firmom, które znalazły własny sposób na wysyłanie ludzi i ładunków w kosmos. Dwie z nich prze-testowały swoje pojazdy, a trzecia w zasa-dzie nie musi tego robić, gdyż opiera się na bardzo sprawdzonych rozwiązaniach. "Liczono na niskie koszty wynoszenia ładunków i ludzi na orbitę (...)" Zanim dojdziemy do opisu trzech ważnych firm, przenieśmy się w czasy, gdy nie było niczego. No, prawie niczego... A na początku była Ansari X - prize Lata dziewięćdziesiąte wiele osób wspo-mina bardzo ciepło. W Polsce raczkował kapitalizm i był boom na disco polo, tym -

NAUKA "Ale w takim razie co w miejsce promów wyniesie dzielnych amerykańskich astronautów w kosmos?"

czasem w Stanach Zjednoczonych powoli rysowała się perspektywa kryzysu w sek-torze kosmicznym. Program wahadłowców zawiódł na całej linii. Liczono na niskie koszty wynoszenia ładunków i ludzi na orbitę, gdy średnio każda z misji kosz-towała półtora miliarda dolarów. Dodatko-wo tak duże koszty blokowały inne przed-sięwzięcia NASA. Promy kosmiczne i zwią - zane z nimi wydatki stanowiły ponad jedną czwartą budżetu organizacji. Trzeba było jak najszybciej zakończyć program wahadłowców i uzdrowić jej finanse. Ale w takim razie co w miejsce promów wyniesie dzielnych amerykańskich astro-nautów w kosmos? Obok tych wydarzeń, zwiastujących bez wątpienia zmiany, fundacja X–prize posta - nowiła zrobić konkurs, będący impulsem do powstania prywatnego sektora kosmicznego z prawdziwego zdarzenia. Nagrodą główną było aż dziesięć milionów dolarów. Aby ją zdobyć, zespół musiał między 1996 rokiem a pierwszym stycznia 2005 roku wystrzelić dwukrotnie statek kosmiczny wielokrotnego użytku na wysokość stu kilometrów. Do konkursu przystąpiły aż dwadzieścia cztery drużyny – od wielkich korporacji po malutkie zespoły hobbystów. Szykowała się interesująca rywalizacja na wielu polach – innowacyjności, ceny oraz prostoty konstrukcji. I oto w tym wszystkim chodziło. Urucho-miono ogromną maszynerię, która obecnie funkcjonuje już znakomicie. Tamtejszy

NAUKA

konkurs wygrała znana z bardzo ciekawych konstrukcji firma Scaled Composites. Stworzyła ona pojazd składający się właściwie z dwóch części – samolotu White King, który wznosił się na wysokość czter-nastu kilometrów i statku SpaceShipOne. Ten ostatecznie dolatywał na wysokość stu kilometrów i lądował na ziemi. Sama firma po zakończeniu tego presti-żowego konkursu i otrzymaniu nagrody ostatecznie przemianowanej na Ansari X–prize (z powodu bizneswoman Anousheh Ansari i jej szwagra Amira Ansari, którzy zauroczeni kosmosem wpłacili 10 milionów na konto fundacji X–prize), nie zaczęła świadczyć usług w zakresie lotów kosmicznych. Jednak nie oznaczało to końca rozwoju statku SpaceShipOne. Zainteresował się nim znany brytyjski miliarder. I wtedy przybył Branson... Virgin Galactic – bo tak nazywa się firma należąca do Richarda Bransona - rozpoczęła działalność jeszcze zanim nagroda X–prize została przyznana zwycięskiej drużynie. Jako doświadczony biznesmen postawił proste założenia, w miarę łatwe do zrealizowania: wynoszenie małych satelitów na orbitę, a także loty suborbitalne. Jak czytamy na stronie tej firmy: „Virgin Galactic jest stworzona po to, aby drastycznie obniżyć wysokie ceny lotów kosmicznych”. I rzeczywiście – ceny, jakie oferuje, są bar-dzo konkurencyjne. Dwieście tysięcy dola -rów za jeden dwuipółgodzinny lot suror -bitalny to bardzo mało, chociaż to też nie jest pełnoprawna podróż kosmiczna. Pa-sażerowie statku SpaceShipTwo (jak z nazwy wynika - następcy zwycięzcy kon-kursu, produkowanego również przez Scaled Composites) będą mogli tylko przez sześć minut być w stanie nieważkości. "Ktoś z was chce przez dwie i pół godziny podziwiać krzywiznę Ziemi?" Dzięki Bransonowi loty na wysokość ponad stu kilometrów w końcu stały się dostępne dla większej ilości obywateli. Nie są one już wyłącznie domeną zdecydowanie najbogat-szych z najbogatszych. Teraz ten zbiór nie-co się poszerzył, a z czasem stanie się jeszcze większy. Ktoś z was chce przez dwie i pół godziny podziwiać krzywiznę Ziemi? Rezerwacje możecie złożyć na oficjalnej stronie tej firmy: http://www.virgingalactic.com/overview/spacetickets/ A teraz przenieśmy się do całkowicie innej krainy.

NAUKA "Wtedy było już pewne, że program wahadłowców zostanie zakończony (...)"

Lecz nie tylko on szukał tu forsy... O tej firmie można napisać niejeden arty -kuł, a temat i tak pozostanie nie -wyczerpany. Można też stworzyć długą książkę, ale nadal wszystkiego nie ujmie, bo jeśli mówimy o SpaceX, to robimy to z należytym szacunkiem. Nie można inaczej, gdyż w tej chwili to zdecydowanie najlepsze przedsiębiorstwo w prywatnym sektorze kosmicznym. SpaceX została założona w 2002 roku przez ojca internetowych płatności – pay-pal – Elona Muska i powoli zaczęła wdzie-rać się w niedostępne, ale i potencjalnie bardzo żyzne tereny. Wtedy było już pewne, że program wahadłowców zostanie zakończony i chociaż NASA pracowała nad następcą tego typu pojazdów, nikt nie wy- kluczał, iż nie skorzysta z usług prywat-nych przedsiębiorstw. Po kilku latach oka-zało się, iż tej instytucji nie opłaca się roz -wijać lotów orbitalnych – lepiej je prze-kazać działającym firmom. Dlatego też w 2006 roku NASA ogłosiła konkurs na zdobycie kontraktu na orbitalne usługi transportowe (Commercial Orbital Trans-portation Services, w skrócie COTS). Wspomniane SpaceX zgłosiło się natych-miast i... wygrało pierwszy etap tego kon-kursu. Potem już było tylko lepiej. Kolejną – drugą rundę również wygrała i NASA podpisała z nią kontrakt. Żeby jednak podtrzymać konkurencję, zrobiła to także z Boeingiem i Orbital Sciences. Każda z wymienionych firm stopniowo, wraz z zaliczaniem kolejnych „kamieni milo-

NAUKA

wych”, uzyskuje właściwie z budżetu Stanów Zjednoczonych pieniądze na rozwój i nie są to małe kwoty. Jak wspominałem – w ubiegłym roku wydano na to ponad miliard dolarów (średnio na firmę nieco ponad 300 milionów, ale nie są one równe wartości). Wróćmy jednak do samego SpaceX. Zadziwia ono obserwatorów. W grudniu kapsuła Dragon, która docelowo ma wysyłać ludzi w kosmos, dostarczyła do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS) zaopatrzenie. Nie jest to oczywiście ostatni taki lot – to przedsiębiorstwo jeszcze będzie długo dostarczać prowiant do ISS. Niestety na wysłanie pierwszych kosmo-nautów musimy poczekać do 2015 roku, i co ciekawe, nie będą oni z szeregów NASA, gdyż pewne zapisy prawne na to nie pozwalają. Oznacza to dodatkowe koszty dla korporacji (konieczność stworzenia własnego korpusu astronautów), chociaż w dalszej perspektywie może jej to wyjść na dobre. "Niestety na wysłanie pierwszych kosmonautów musimy poczekać do 2015 roku (...)" Oczywiście jak każda rozwijająca się firma, SpaceX stawia na innowacje, które bardzo działają na wyobraźnię postronnych. Wśród nich znajduje się rakieta pionowego startu i lądowania (VTOL), inaczej mówiąc - wie-lokrotnego użytku. Pozwoli to zmniejszyć

NAUKA

koszty misji kosmicznych, na czym skorzy-sta każdy – od osób prywatnych, przez firmy, po sowicie opłacane przez rządy agencje kosmiczne. Na tym nie koniec. Inżynierowie ze SpaceX pracują także nad rakietami, które będą mogły wynieść 200 ton na orbitę i są dedykowane pod ewen-tualne loty na Marsa. Niestety Elon Musk – szef tej firmy, nie chce jeszcze zdradzać szczegółów nowej konstrukcji. Pojawią się one w przeciągu kilku najbliższych lat. "Jak grzyby po deszczu powstają przedsiębiorstwa, które mniej lub bardziej są związane z lotami kosmicznymi." Jak widać, mamy tu naprawdę ogromnego, ale i prężnie rozwijającego się kolosa w prywatnej branży kosmicznej. W prze-ciwieństwie do Virgin Galactic, wcale tak nie nastawia się na loty suborbitalne. To bardziej firma założona przez człowieka z marzeniami, które właśnie zaczyna spełniać. Nie wszystko jednak w tym sektorze musi być bardzo innowacyjne. Zapach jej poczuli kapitaliści z Excalibur Almaz... Excalibur Almaz jest przedsiębiorstwem uosabiającym najlepsze cechy kapitalizmu. To firma ambitna, nastawiona ewidentnie na praktyczne rozwiązania i mająca swoją siedzibę na wyspie Isle of Man – małym tworze leżącym między Irlandią a Wielką Brytanią. Dlaczego akurat tam? Jak to dlaczego? Bo są niskie podatki. W przeciwieństwie do SpaceX, Virgin Galactic, a także wielu innych, wykorzystała już stworzone komponenty z rosyjskiego programu stacji typu Almaz, które tylko dostosowuje do obecnych standardów. Przecież nie każdy musi być bardzo innowacyjny na tym polu. Jeżeli coś działa, i to dobrze, to po co na siłę zmieniać? Jakby tego było mało, Excalibur Almaz jest wbrew pozorom bardzo ambitną firmą. Jej horyzonty wcale nie kończą się na okolicach Ziemi – zamierza latać w głąb Układu Słonecznego, dokonywać zało-gowych misji na Księżyc i pewnie wielu innych. Ale wszystko w granicach rozsądku – pewnego zysku, który pozwoli sfinan-sować programy badawcze. …a także wielu innych firm. Na tym jednak nie koniec. Jak grzyby po deszczu powstają przedsiębiorstwa mniej lub bardziej związane z lotami kosmicznymi. Poczynając od firm, które chcą człowieka wysyłać na Księżyc, przez takie, które chcą jeszcze bardziej męczyć astronautów (cel – Mars), a nawet korporację zajmującą się wydobyciem

NAUKA

surowców z przestrzeni kosmicznej. Powoli tworzy się tu zatem mały „ekosystem” związany z tym sektorem, z którego łona urodzi się masa ciekawych i wyspec-jalizowanych usług. Z pewnością wiele projektów zakończy się klapą, ale od tego trudno uciec, bo takie są uroki kapitalizmu. "Szykuje się tu konkretna rywalizacja, na której zyskają odbiorcy usług, czyli także my." Prywatny sektor kosmiczny to obecnie bardzo ciekawy dział gospodarki. Opisałem w artykule wyłącznie trzy główne firmy, ale nie wspomniałem o innych równie waż-nych, które też zamierzają walczyć o klien-ta. Szykuje się tu konkretna rywalizacja, na której zyskają odbiorcy usług, czyli także my. Bo dlaczego niby mamy sobie odebrać przyjemność lotu w kosmos? Paweł Gałwa Fot. 1: Fifth World Art (CC BY 2.0) Fot. 2: sarahmworthy (CC BY 2.0) Fot. 3: The Boeing Company (CC BY 2.0) Fot. 4: Fifth World Art (CC BY 2.0) JEST ŻYCIE PO MAŁYSZU?
Gdy odchodził, wszyscy zadawaliśmy sobie pytanie: co teraz? Niby jest Stoch, niby są utalentowani Kot czy Murańka, ale czy to jest to samo co On, nasz największy Mistrz?
SPORT

Od dwóch lat każda zima i konkursy Pucharu Świata w skokach skłaniają nas do rozmyślań, czy będziemy jesz-cze kiedyś przeżywać takie chwile jak w 2003 roku w Val di Fiemme, w 2007 w Sapporo czy w 2010 w Vancouver. Wielki mistrz, może nie największy w his-torii polskiego sportu, ale z pewnością na swój sposób urzekający i umiejący zjednać sobie miliony. Taki jest Adam Małysz, zaw-sze skromny, uśmiechnięty. Gdy pierwszy raz wygrywał konkurs Pucharu Świata, wielu pewnie przewidywało, że to podlot młodzika, który nie musi nic znaczyć. Wielu było takich jak on, którzy lecieli po zwy-cięstwo, ale chwilę potem znikali pogrążeni niestabilnością formy czy charakteru. Pierwsza myśl – Wojciech Fortuna. Mistrz olimpijski. Ale jego skoki dały Polakom tylko pojedyncze wybuchy radości, a Małysz, wbrew początkowym przypu-szczeniom, cieszył przez lata. W ciągu swo-jej kariery wywalczył cztery medale olim-pijskie, sześć medali mistrzostw świata i cztery Kryształowe Kule za zwycięstwo

SPORT "„Teraz już nie będzie Adama Małysza.” Te słowa utkwiły mi w pamięci i pozostają do dziś."

w Pucharze Świata. Najbardziej wzruszający moment mojej kariery kibica sportowego miał miejsce po drużynowym konkursie Mistrzostw Świata w Oslo, które były ostatnimi w karierze Małysza. I chyba nie tylko ja się wtedy wzruszyłem. Jestem pewien, że miliony Po-laków, siedząc przed telewizorami, pop - łakiwały słuchając wzruszonego Wło-dzimierza Szaranowicza, który z rozrze-wnieniem wspominał lata wspaniałych skoków i wielkich sukcesów naszego mistrza. „Teraz już nie będzie Adama Małysza.” Te słowa utkwiły mi w pamięci i pozostają do dziś. Utkwiły, ale nie pozostawiły mnie bez znaków zapytania. Skoro jego nie będzie, to kto? Czy komuś uda się go zastąpić? Ale w głowie już koła - ała się pewna myśl, podpowiadająca usilnie: Kamil Stoch. Inny niesamowity moment w historii pol-skiego narciarstwa, to trzydniowe święto w Zakopanem, gdzie w styczniu 2011 roku rozgrywano aż trzy konkursy Pucharu Świata. Wtedy już wiedzieliśmy – to ostatni sezon Małysza, więc kiedy, jak nie teraz, w miałby objawić się jego zastępca? I faktycznie, to był ten moment. Piękne trzy dni, które na zawsze zapiszą się w his-torii polskich sportów zimowych. 21 sty-cznia 2011 na rozbiegu Adam Małysz, a na dole 40 tysięcy fanatycznych kibiców zgromadzonych pod Wielką Krokwią dmucha mu pod narty. Za chwilę leciał już po swoje ostatnie, trzydzieste dziewiąte zwycięstwo w bogatej karierze. I odleciał.

SPORT

O ile następnego dnia się nie udało, to 23 stycznia w niedzielę liczyliśmy na pow-tórkę. Nie byłoby nic piękniejszego niż dru-gie zwycięstwo Polaka w Zakopanem. I Po-lak wygrał, ale nie ten, którego byśmy się spodziewali na pierwszym stopniu podium. Kamil Stoch do tamtej pory był obiecu-jącym zawodnikiem, brakowało mu jednak tego błysku, który za młodu charak-teryzował Małysza. Ale w końcu błysnął. Przy obficie padającym śniegu zdeklasował rywali, pierwszy raz stanął na podium i to od razu na pierwszym jego stopniu! Od tamtej pory zaczęliśmy coraz więcej wymagać od młodego skoczka, a on, choć powoli i stopniowo, spełniał nasze, wygórowane przecież za sprawą Małysza, oczekiwania. Do końca sezonu mieliśmy dwóch zawodników w czołówce zdolnych do walki o najwyższe laury. Dla Austriaków czy Niemców był to standard, ale dla nas nowość, jakże przyjemna nowość. Adam Małysz zakończył sezon na znakomitym, trzecim miejscu podium w klasyfikacji generalnej. Kamil Stoch zaś po pamiętnym konkursie w Zakopanem wygrał jeszcze dwa razy, między innymi w ostatnim konkursie na Velikance w Planicy. I to też był pamiętny moment. Gdy ubrany po góralsku Robert Mateja z ciupagą w ręce dał Małyszowi znak do startu, ten ruszył z belki, by oddać ostatni skok w swojej karierze. Mistrz z Wisły zajął wtedy trzecie miejsce, mieliśmy więc dwóch Polaków na podium. Media obwołały „Stochomanię”, a do zawodów w Zakopanem i ostatniego konkursu w Planicy zastosowane jakże wymowne powiedzenie: „Umarł król, niech żyje król!”

SPORT

"Do formy wrócił w najodpowiedniejszym momencie (...)" Duża presja, pod jaką znalazł się przecież jeszcze młody Kamil Stoch, z pewnością mu nie pomogła. Początek Pucharu Świata w sezonie 2011/2012 nie był dla niego zbyt udany. Wysoka poprzeczka, jaką sam sobie postawił zwycięstwami w Zakopanem, Klingenthal i Planicy, była chwilowo nie do przeskoczenia, ale do czasu. Do formy wrócił w najodpowiedniejszym momencie, przed konkursem, jakże by inaczej, w Za-kopanem. Tam wygrał czwarty raz w karie-rze i znowu zaostrzył nam apetyty. Sezon 2011/2012 zakończył ostatecznie na pią-tym miejscu, co dawało nadzieję na jeszcze lepsze lokaty za rok. Ale tradycyj-nie już początek nowego sezonu nie po-walił na kolana. Po kilku nieudanych skokach znowu zaczęliśmy się zastanawiać, co z tym Stochem. No i on znowu dał nam odpowiedź. Znakomicie finiszował w Tur-nieju Czterech Skoczni, zajął drugie miejsce w konkursie w Innsbrucku, ale minimalnie przegrał walkę o trzecie miejsce w klasyfikacji całego TCS. Po udanym tur-nieju w Austrii i Niemczech przyszedł czas na jego ulubioną skocznię – Wielką Kro-kiew w Zakopanem – i znowu nie zawiódł. W konkursie drużynowym poprowadził naszą reprezentację do znakomitego, dru-giego miejsca w konkursie, a w zawodach indywidualnych, choć po pierwszej serii prowadził, ostatecznie finiszował na trzecim stopniu podium. "Po kilku nieudanych skokach znowu zaczęliśmy się zastanawiać, co z tym Stochem." Należy pamiętać, że Kamil Stoch jest już 25–letnim zawodnikiem. Nie jest to dużo, ale jednocześnie to najwyższa pora, żeby wedrzeć się do najściślejszej światowej czołówki. Ma umiejętności, ma też odpo-wiednio poukładane w głowie, więc może się udać. Nie należy się spodziewać domi-nacji takiej, jaka była za czasów „Adasia” – on był ewenementem – ale ostatnie wy-stępy Kamila zapaliły iskierkę nadziei, że jeszcze istnieje życie po Małyszu i że być może w przyszłości będziemy cieszyć się z medali mistrzostw świata czy igrzysk olimpijskich. A wraz z nami będzie cieszył się ich zdobywca – Kamil Stoch. Maciej Wdowiarski Fot. 1: Wikimedia Commons (CC BY 2.0) Fot. 2: A.Nilssen Photography (CC BY 2.0) Fot. 3: DrabikPany (CC BY 2.0)



Za nami kolejna edycja plebiscytu na najlepszego piłkarza globu. Po raz czwarty z rzędu wygrał Argentyńczyk, Leo Messi. Czy decyzja jest sprawiedliwa? Cytując klasyka, stwierdzę: też chciałbym to wiedzieć, Stefan, też chciałbym to wiedzieć. Niewątpliwie to pytanie zadaje sobie również Cristiano Ronaldo, który pomimo wygrania kilku ważnych tytułów i pobicia wielu rekordów, po raz kolejny musiał obejść się smakiem.
JAK ŻYĆ, FIFO?
SPORT

Jako argument popierający wybór Mes-siego zdecydowana większość podaje fakt, że strzelił w jednym sezonie 91 bramek. Owszem, liczba ta robi wrażenie, ale czy poza rekordem strzeleckim (odebranym po kilkunastu latach Gerdowi Mullerowi) Messi osiągnął coś, co dałoby jego drużynie wymierne korzyści? Barcelona przegrała ligę, odpadła z Ligi Mistrzów ze słabą Chelsea, a na koniec oddała Realowi Superpuchar Hiszpanii. Jedynym trofeum zdobytym przez Katalończyków jest Puchar Króla. Nie mogę zaprzeczyć, Leo jest piłkarzem „z kosmosu”. Osobiście za nim nie przepadam, ale trzeba przyznać, że zna się na tym, co robi. No i tyle się o nim mówi: chłopak o złotym sercu, spokojny i wyważony. W porządku. Tylko gdzie w tym wszystkim miejsce dla piłkarza, który jest symbolem ciężkiej pracy? Dla zawo-dnika, dającego swojej drużynie siłę do walki? Może nie grać najlepszego meczu, ale gdy tylko jest na boisku, jego koledzy

SPORT "Tylko gdzie w tym wszystkim miejsce dla piłkarza, który jest symbolem ciężkiej pracy?"

są spokojniejsi. Ronaldo jest tytanem pracy i na każdym kroku świeci przykładem. Osiągnął więcej. Oprócz wygranej ligi i Superpucharu, jako pierwszy w historii zdobył siedem hattricków w jednym sezonie, strzelił przynajmniej jedną bramkę każdej drużynie, przeciwko której grał. Doprowadził Portugalię do półfinału Mis-trzostw Europy, podczas których przyznano mu też tytuł najlepszego strzelca. A co zrobił Messi? Zdobył 91 bramek. Ale zostawmy już w spokoju osiągnięcia obu panów. Może wygrana Argentyńczyka ma inną przyczynę. Nie chciałbym wyjść na szaleńca i szerzyć jakieś teorie spiskowe, jednak wypowiedzi piłkarzy i trenerów (o ile nie są zwykłą dziennikarską kaczką) nie pozostawiają wątpliwości. Thiago Silva, kapitan repre-zentacji Brazylii, oddał swój głos na gracza Realu, zaś FIFA jego głos policzyła Messiemu. Gianluigi Buffon myślał, że oddał swój głos na Ronaldo, FIFA jednak zaliczyła go Andrei Pirlo. Portugalczyk, Paulo Duarte, selekcjoner Gabonu, chciał głosować na Cristiano, ale FIFA nie wysłała mu dokumentów, o które zabiegał. Igor Denisov swój pierwszy głos oddał na Ibrahamovicia, drugi na Ronaldo, trzeci na Messiego. W raporcie zwrotnym głosy były oddane w odwrotnej kolejności. Oprócz wyżej wymienionych sytuacji, wątpliwości są co do swoich głosów mieli mieć także Zlatan Ibrahimović, José Pekerman oraz Dennis Alias. Przynajmniej takie fakty podają gazety hiszpańskie oraz oficjalny portal poświęcony Realowi Madryt. Jeżeli

SPORT

okazałoby się, że jest to prawda, ktoś powinien ponieść konsekwencje. Smutne jest to, że FIFA jest organizacją, która nie podlega żadnej innej podobnej instytucji, więc nikt nie może jej nic zrobić, chociażby kontrolować jej działań i decyzji. Może te wszystkie rozstrzygnięcia, które były podejmowane na niekorzyść Realu Madryt, to czysty przypadek i zbieg oko-liczności. Jest ich jednak tak dużo, że coraz trudniej mi w nie uwierzyć. "Większość postrzega go jako kontrowersyjną gwiazdę." Oprócz podanych przeze mnie przykładów piłkarzy i trenerów, którzy według pewnych źródeł zostali przez FIFĘ oszukani, to najważniejszymi faktami są osiągnięcia Cristiano. Ich nie da się sfabrykować. Moim zdaniem zasłużył sobie na to wyróżnienie – swoją postawą na boisku, ale i poza nim. Większość postrzega go jako kontro-wersyjną gwiazdę. Jednak jeżeli ktoś bliżej przyglądał się jego zachowaniu na prze-strzeni tego roku, to powinien zauważyć ogromną zmianę. Maciej Dziubiński Fot. 1: Castroquini2011 (CC BY 2.0) Fot. 2: Living In Pixels (CC BY 2.0) Fot. 3: Ines11thiago (CC BY 2.0)





OKIEM WIDGETA