Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury strona 6 zabawka Boga strona 7 decoupage dla laika strona 10 rozdarta Ukraina strona 13 Warszawa otwarta na międzynarodowe debatowanie strona 20 mówiąc o gwarze strona 24 mom piykno godka i się tego nie wstydza strona 27 wysypiasz się? strona 31 komentarz sportowy od kuchni strona 35 okiem Widgeta strona 39 SERCE I ROZUM

Outro Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl ISSN: 2299 - 5242 Redaktor naczelny: Paulina Zguda Zastępca: Marek Suska Sekretarz redakcji: Ilona Chylińska Zastępca sekretarza redakcji: Klaudia Maciejewska Koordynator: Monika Toppich Redaktor prowadzący: Agnieszka Gryglicka Korekta wydania: Agata Hajduk Fotoedycja: Roksana Grzmil Projekt okładki: Patryk Skoczylas Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Agnieszka Kracla (społeczeństwo), Maciej Dziubiński (sport), Adrianna Szczodrowska (korekta), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy) Korekta: Agata Andrzejak, Agnieszka Dydacka, Kinga Gintowt, Dominika Głowacka, Maria Gołaszewska, Agata Hajduk,Anna Maciejończyk, Kamil Morawiec, Adrianna Szczodrowska, Monika Węgrzyn, Wojciech Żywolt Graficy: Patryk Skoczylas, Jarosław Stępień Zdjęcie na okładce: mac_ivan (CC BY 2.0)

Mam problem z tym, co dzieje się na Ukra-inie. Z jednej strony są przecież zwykli ludzie, którzy chcą mieć wpływ na to, co dzieje się w ich państwie. W demokracji to podobno naród jest najważniejszy. I miło byłoby, gdyby rządzący się z nim liczyli. Poczucie bezsilności wobec otaczającej rzeczywistości raczej nie jest przyjemne. Z drugiej jednak strony widzę, że to wszy-stko nie jest takie proste. Że Unii Europej-skiej chyba nie do końca naprawdę na Ukraińcach zależy. Że władze wcale nieko-niecznie kierowały się w swojej decyzji szczególną miłością do Rosji. Że te bande-rowskie flagi używane przez niektórych Ukraińców nie są symbolem, który chciał-bym widzieć. I nie mam pojęcia, co będzie dalej. Odno-szę wrażenie, że o ukraińskich protestach jest nieco ciszej. Może to zmęczenie tema-tem w polskich mediach. Może nic z tego nie będzie, wszystko w końcu zgaśnie i wróci na swoje zwykłe, zardzewiałe tory. Nie chcę rozlewu krwi. Czy to coś by zre-sztą dało? W Rumunii w 1989 roku zginęło wiele osób, a kraj ten wcale nie stał się rajem. I tylko Ukraińców szkoda. Moje serce pew-nie byłoby po stronie Majdanu. Ale rozum? Trudna sprawa... Marek







Często zdarza mi się żartować z historii, zarzucając jej, że „to tylko martwe fa-kty”. Powieści historycznych unikam jak ognia, bo nie lubię za każdym razem sprawdzać, ile fikcji autor zawarł w swoim dziele. Trudno było mnie nawet przekonać do sięgnięcia po kultowy „Kod Leonarda Da Vinci” Browna, a jednak z wielką przyjemnością i ciekawością sama zdecydowałam się na książkę z na-szego podwórka pt. „Zabawka Boga”.
ZABAWKA BOGA
KULTURA: RECENZJA

Swoją przygodę z autorem książki zaczyna-my w czasach współczesnych, bo w kwiet-niu 2010 roku. Już w pierwszym rozdziale w przybliżeniu dowiadujemy się, co czeka nas dalej. Oczywiście początkowy szkic po-dróży różni się od tego ostatecznego, w którym podróżujemy przez kilka wieków do wielu miast i państw prowadzeni głosa-mi różnych postaci. Wróćmy jednak do Ro-goźnika, w którym rozpoczyna się nasza przygoda. Bohater książki dostaje list z Etiopii od swojego dawno niewidzianego przyjaciela Andrzeja. Ten z kolei na szarym papierze zapisanym ołówkiem zleca wyko-nanie mu pewnego dość tajemniczego zadania, o szczegółach którego ma się do- wiedzieć podczas podróży, a dokładniej po dotarciu do klasztoru św. Katarzyny w Sy-naju. "Wątki historyczne nie nudzą (...)"

KULTURA: RECENZJA "Fikcja gładko przeplata się z faktami, nikt z czytających nie powinien odczuwać nieprzyjemnego zgrzytu między tymi dwoma płaszczyznami."

Autor po większych i mniejszych przygo-dach dociera na miejsce i w tym momencie wszystko się zmienia. Czas teraźniejszy zmienia się w czas przeszły a czytelnik lą-duje w pierwszym wieku naszej ery. Kogo możemy tam spotkać? Oczywiście św. Jana Apostoła wraz z Miriam – matką Jezusa. Druga część książki to ponad sto stron poś-więconych ich przygodom i licznym wędró- drówkom. Odwiedzamy ważne dla chrze-ścijan historyczne miejsca, lecz patrzymy na nie z perspektywy ludzi żyjących w nich ówcześnie. Efez, Jerozolima, Syria, Kapa-docja czy dawne Hierapolis zaczynają się nam jawić nie jako odległe, historyczne krainy, a wciąż żywe i namacalne miasta, które niewiele się zmieniły od czasów pier-wszych wyznawców Chrystusa. Dopeł-nieniem naszych wyobrażeń są ilustracje i zdjęcia zamieszczone w książce, które pozwalają nam w pełni wyobrazić sobie miejsce akcji. "Bohater książki dostaje list z Etiopii od swojego dawno niewidzianego przyjaciela Andrzeja." Z pierwszego wieku zgrabnie przechodzimy w czasy nieco nam bliższe, bo do przełomu dwunastego i trzynastego wieku, tym ra-zem śledząc akcję powieści oczami Raj-munda – rycerza templariuszy. Kolejne strony przybliżają nam historię całego za-konu oraz prób, jakim został poddany nasz nowy bohater. Poznajemy tajniki tworzenia szyfru, z którym na początku powieści pró-bowali poradzić sobie Andrzej oraz jego

KULTURA: RECENZJA

przyjaciel wraz z żoną. Skąd Rajmund wziął zabawkę, gdzie ją ukrył i dlaczego starał się utrudnić jej odnalezienie? Tego dowia-dujemy się stopniowo już od pierwszych stron powieści, jednak to trzecia część, przenosząca nas osiem wieków w tył, wy-jaśnia najwięcej motywów i to właśnie ona jest najbogatsza w wątki sensacyjne. Po składnym ułożeniu zagadki i skwitowaniu jej słowami „Niech ten, kto będzie się z tym męczył, wie, że mnie też nie szło łatwo”, przychodzi czas pożegnania się z Rajmun-dem. Ostatni raz przenosimy się w czasie i ostatnie czterdzieści stron spędzamy z bo-haterami poznanymi na początku książki w dwudziestym pierwszym wieku. "Odwiedzamy (...) historyczne miejsca (...)" Do rozwiązania całej zagadki wystarczy ra-ptem pięć stron. „Zabawka Boga” mająca tak wielkie znaczenie dla współczesnego świata, trafia w ręce naszych bohaterów i… Tego zdradzić nie mogę, trzeba przeczy-tać całą powieść, aby się dowiedzieć, dla-czego dziś nikt nie mówi o tak niesamowi-tym odkryciu. "Swoją przygodę z autorem książki zaczynamy w czasach współczesnych, bo w kwietniu 2010 roku." Minęło kilka dni, odkąd skończyłam po-wieść, i w dalszym ciągu mam problem z określeniem, co najbardziej mi się w niej podobało. Wątki historyczne nie nudzą, a powodują, że czytelnik ma ochotę się-gnąć po więcej informacji do innych źródeł. Fikcja gładko przeplata się z faktami, nikt z czytających nie powinien odczuwać nie-przyjemnego zgrzytu między tymi dwoma płaszczyznami. Każdy bohater jest żywy i namacalny, pomimo tego, że w powieści zostało przedstawione spore grono postaci. Jedyne, czego nie potrafię zrozumieć, to entuzjazm bohatera wyruszającego na po-szukiwania tytułowej zabawki. Wyobraźcie sobie sytuację, w której dostajecie list od przyjaciela z czasów liceum, który zachęca was do wyruszenia w podróż po świecie. Bez żadnych wątpliwości pakujecie plecak i ruszacie ku przygodzie? Poza tą jedną fa-łszywą nutą jak najbardziej polecam ksią-żkę wszystkim, bez podziału na fanów książek sensacyjno–historycznych, podróż-niczych czy też innych. To powieść, którą przeczytałam z uśmiechem na ustach z po- stanowieniem: „jeszcze do niej wrócę”. Ilona Chylińska

SPOŁECZEŃSTWO

DECOUPAGE DLA LAIKA Wielkimi krokami zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Jest to magiczny okres bliskości z rodziną, wybaczania, przystrajania domów i witryn sklepo-wych i, co ważne, także prezentów. No właśnie, prezenty. Radość dla dzieci i innych obdarowanych, ale niemały pro-blem dla kupujących. Często naprawdę oczekiwany podarunek może spustoszyć zasobność portfela, a inny będzie zwyczaj-nie niepotrzebny. Dlatego w tym roku pos-tanowiłam podejść do sprawy nieco ina-czej. Z powodu braku jakichkolwiek pomysłów, a przede wszystkim niewystarczającej ilo- ści środków finansowych, powróciłam do głównej idei prezentów, czyli podarunków od serca. Choć być może chciałam po pro-stu poprawić swoje dosyć marne umiejęt-ności w pracach ręcznych. Dlatego też po-stanowiłam zrealizować długo odkładany zamiar zmierzenia się ze sztuką deco-upage’u, czyli przyklejania kawałków ser-wetek na wszystko, co akurat wpadnie nam w ręce (artykuł o decoupage’u możecie znaleźć w jednym z poprzednich numerów Outro – przyp. red.). Po obejrzeniu kilku-dziesięciu filmików instruktażowych na  YouTube i przebrnięciu przez masę blogów

SPOŁECZEŃSTWO

poświęconych tej technice wiedziałam już mniej więcej, o co w tym wszystkim cho-dzi. Potem przeszukałam dom od góry do dołu i zebrałam wszystkie drewniane przedmioty, które miały pełnić funkcję eks-perymentalną w moim decoupage’owym debiucie. Według autorów oglądanych przeze mnie instruktaży to właśnie drewno jest najlepszym materiałem na przyszłe dzieła sztuki. Po wyposażeniu się więc w imponującą liczbę ramek, szczotek, de-sek i tym podobnych materiałów zdałam sobie sprawę, że nie mam jeszcze podsta-wowych elementów, czyli serwetek, farb, kleju, lakierów, rozpuszczalników. Spędzi-łam ponad dwie godziny w sklepie plasty-cznym, wybierając, wąchając, oglądając i denerwując kasjerkę, ale wróciłam do domu z uśmiechem na ustach i torbą pełną przeróżnych substancji. "Decoupage to tylko pozornie łatwe wyzwanie." Na pierwszy ogień poszła ramka na zdję-cia. Pomalowałam ją w całości na jednolity kolor farbą akrylową, a gdy schła, zaczę-łam pieczołowicie wycinać motyw kwiatu z wybranej wcześniej serwetki. Kiedy wre-szcie udało mi się nie podrzeć i nie zgnieść serwetki w ręku i poprawnie ją rozwarstwić (do pracy potrzebna jest jedynie pierwsza warstwa), ramka już była od dawna sucha. Zgodnie z instrukcjami ostrożnie przyklei-łam wycięty kwiatek do ramki. A przynaj-mniej próbowałam, bo w międzyczasie go podarłam, próbując rozprostować powstałe zagniecenia. W tym momencie jedynie zawzięcie i ambicja zmusiły mnie do pow–

SPOŁECZEŃSTWO

tórzenia całej czynności od początku i tym razem zakończyła się ona sukcesem. Oka-zało się jednak, że samo przyklejenie mo-tywu nie daje oczekiwanego rezultatu, jak gdyby wszystko było zwyczajnie namalo-wane na drewnie. Do tego potrzeba mi jeszcze było ponad godziny „wtapiania” serwetki w tło, żeby za bardzo się nie wyróżniała. Do tego celu użyłam całej pa-lety znanych ludzkości barw, niemal jed-nej trzeciej butelki rozpuszczalnika i ma-sy szmatek i wacików, które miały za zadanie ukryć dość mierne efekty mojej pracy. W oparach z farb i rozpuszczalnika łatwo było popełnić kilka błędów, a w mo-im przypadku było ich nawet więcej niż kilka. "(...) powróciłam do głównej idei prezentów, czyli podarunków od serca." Kiedy efekt był dla mnie w miarę satysfak-cjonujący, wystarczyło już tylko całość utrwalić. Zakupione przeze mnie lakiery miały gęstą konsystencję i żółtawy kolor, dlatego z obawy przed zniszczeniem mojej pracy wolałam wykorzystać stary, sprawd-zony sposób. W tym wypadku było nim użycie lakieru do włosów. Spryskałam nim ramkę od góry do dołu, nie żałując nawet na niewidoczny tył. Po tej czynności, mimo mrozu na zewnątrz, otworzyłam okna na całą szerokość i czym prędzej ewakuowa-łam się z pokoju, usiłując nie udusić się w tej roztaczającej się mgiełce poliwinylo-pirolidonu, jak głosiła etykieta z lakieru do włosów. Dopiero po godzinie odważyłam się wejść tam z powrotem i ocenić rezulta-ty mojej pracy, które, jak na pierwszy raz, były całkiem zadowalające. Przecież nie li-czy się efekt, tylko zamiary. Mam nadzieję, że odbiorcy tych prezentów pomyślą tak samo. "Kiedy efekt był dla mnie w miarę satysfakcjonujący, wystarczyło już tylko całość utrwalić." Decoupage to tylko pozornie łatwe wyzwa-nie. Warto jednak je podjąć, co polecam wszystkim, którzy mają odrobinę odwagi i – przede wszystkim – chęci. Oczywiście, tą techniką można ozdabiać nie tylko przedmioty drewniane, ale także pudełka, tekturę, materiał – praktycznie wszystko. Dla najlepszego efektu ważne jest jedynie użycie farb akrylowych, a nie olejnych czy akwarelowych. Możliwości są jednak nieskończone, a tak naprawdę ogranicza nas tylko własna wyobraźnia. Karolina Wojtal Fot. 1: swamp dragon (CC BY 2.0) Fot. 2: CreAtions2007 (CC BY 2.0) Dziewięć lat minęło, odkąd społeczeństwo ukraińskie wyszło na ulicę, aby sprzeciwić się władzy. Wtedy był to partyjny, zdyscyplinowany protest przeciw fałszowaniu wyborów, teraz to spontaniczne, ale i gorzej zorganizowane wy-stąpienie przeciwko rezygnowaniu z szansy na zbliżenie się do Europy. Tylko przeciwnicy znów są ci sami – pochodzący ze związanego z Rosją wschodu Ukrainy Wiktor Janukowycz oraz Moskwa, która najmocniej sprzeciwia się wej-ściu Ukrainy do Unii Europejskiej.
ROZDARTA UKRAINA
SPOŁECZEŃSTWO

Przez ostatnich kilka miesięcy Unia Euro-pejska szykowała się do podpisania umów stowarzyszeniowych z czterema państwa-mi: Ukrainą, Mołdawią, Gruzją i Armenią. Na szczycie państw Partnerstwa Wschod-niego (to unijny program współpracy z kra-jami leżącymi za wschodnią granicą wspól-noty) w Wilnie, podpisując te dokumenty, miały one postawić pierwszy poważny krok na drodze do wejścia do Unii. Jednakże Rosja uważa, że państwa te należą do jej strefy wpływów i podjęła działania, które miały zniechęcić je do zbliżenia z UE. Przedstawiła na przykład własny projekt unii celnej. To pomysł praktycznie wyłą-cznie polityczny i nie dający zbyt wiele ko-rzyści ekonomicznych, który ma odwieść te kraje od stowarzyszania się z Brukselą. Po-nadto w pierwszej połowie roku Federacja Rosyjska wstrzymała wymianę handlową z Ukrainą i Mołdawią, co stanowiło wyraźny sygnał przeciw podpisaniu przez nie umów z UE. Armenia, jako państwo całkowicie za-

SPOŁECZEŃSTWO

leżne od Rosji, odstąpiła od planu podpisa-nia umowy stowarzyszeniowej. Mołdawia i Gruzja były na tyle zdeterminowane, że umowy podpisały, natomiast do ostatniej chwili ważyły się losy Ukrainy. Dwudzieste-go pierwszego listopada, na kilka dni przed szczytem, rząd ukraiński ogłosił wstrzyma-nie negocjacji w tej sprawie. "(...) zbliżanie się Ukrainy do Unii Europejskiej nie spotyka się ze zbyt wielkim entuzjazmem państw członkowskich." Milicja walczy z młodymi Po ogłoszeniu tej decyzji na placu Niepo-dległości (największy plac w Kijowie, nazy-wany Majdanem) rozpoczęły się demon-stracje studentów. Niektóre uczelnie zwol-niły ich z zajęć, by mogli uczestniczyć w protestach, jednak inne grupy społeczne nie dołączały do nich. Wszystko zmieniło się w nocy z dwudzie-stego dziewiątego na trzydziestego listopa-da, gdy nad ranem oddziały specjalne mili-cji „Berkut” rozpoczęły usuwanie demon-strantów siłą. Doszło do aresztowań, byli ranni. Fala oburzenia rozlała się po Ukrai-nie i w zagranicznych mediach. Manifesta-cje przestały być już tylko udziałem stu-dentów. Do Kijowa zaczęli zjeżdżać ludzie z całej Ukrainy – w niedzielę ósmego gru-dnia na Majdanie zgromadziło się kilkaset

SPOŁECZEŃSTWO "Władze ukraińskie podkreślają, że mają zamiar podpisać umowę, jednak aktualnie oferowane przez Brukselę warunki są niekorzystne."

tysięcy ludzi. "(...) Unia Europejska szykowała się do podpisania umów stowarzyszeniowych z czterema państwami (...)" Najbardziej wzburzona jest zachodnia część Ukrainy, gdzie także odbywają się masowe protesty. Dochodzą stamtąd również infor-macje o niewykonywaniu rządowych pole-ceń przez miejscowych urzędników i funk-cjonariuszy. Mer najważniejszego miasta zachodniej Ukrainy – Lwowa – zapowie-dział, że jeżeli rząd wyśle oddziały do siło-wego usunięcia demonstrantów, to podle-głe mu służby porządkowe stawią opór. Jednakże nawet na prorosyjskim i gene-ralnie wspierającym Janukowycza wscho-dzie Ukrainy organizowane są wielotysięczne demonstracje przeciwko decyzji prezydenta. Życie na Euromajdanie W dni powszednie na Euromajdanie (jak zaczęto nazywać plac Niepodległości ze względu na proeuropejskie protesty) nocu- je kilka tysięcy ludzi. Rozstawione są ku-chnie polowe i namioty zwożone przez uczestników protestów, a całość otoczona została barykadami, które mają wstrzymać ewentualną interwencję milicji. Protestują-cy okupują także budynek kijowskiego ra-tusza. W środę jedenastego grudnia od-działy milicji rozpoczęły demontowanie ba-rykad wokół placu i pojawiły się obawy, że może to być początek kolejnej próby usu–

SPOŁECZEŃSTWO

nięcia demonstrantów. Milicja próbowała także odbić ratusz, jednak protestujący oblewali fukcjonariuszy wodą z węży stra-żackich i zablokowali wejścia. Po kilku go-dzinach milicjanci wycofali się. Zmobilizo- wani brutalną akcją ludzie zaczęli jeszcze liczniej zbierać się na Majdanie oraz budo-wać jeszcze mocniejsze barykady. Polewali je dodatkowo wodą, która zamarzając, sca-la je, czyniąc z nich przeszkodę nie do prze- bycia bez ciężkiego sprzętu. "W przeciwieństwie do pomarańczowej rewolucji (...) obecnym demonstracjom brakuje wyraźnego lidera." Władze ukraińskie podkreślają, że mają za-miar podpisać umowę, jednak aktualnie oferowane przez Brukselę warunki są nie- korzystne. Uważają także, że w obecnej kryzysowej sytuacji gospodarki ukraińskiej konieczne jest unormowanie relacji z Ros-ją. Szczególnie, że podpisanie umowy sto-warzyszeniowej na pewno ściągnęłoby na Kijów jeszcze ostrzejsze działania wscho-dniego sąsiada. Chociażby utrudnienia w dostarczaniu rosyjskiego gazu w czasie zimy, co oczywiście miałoby negatywne konsekwencje. A szanse Janukowycza na reelekcję spadłyby ogromnie. Prozachodni działacze obawiają się, że może to ozna-czać podpisanie umowy o unii celnej z Ros-ją w zamian za zastrzyk gotówki. Pomógłby on prezydentowi Janukowyczowi przetrwać do wyborów w 2015 roku, a zbliżenie z Unią Europejską zostałoby odłożone na

SPOŁECZEŃSTWO

bliżej nieokreśloną przyszłość. Obawa przed ponownym uzależnieniem się od Ro-sji dodatkowo mobilizuje ludzi do udziału w protestach. Wielu z nich mówi, że już sa-mo powstrzymanie akcesji do unii celnej byłoby dla nich zwycięstwem. Na głównej scenie na placu odbywają się koncerty, a na mniejszej profesorowie, pu-blicyści i politycy prowadzą wykłady i ucze-stniczą w dyskusjach na temat historii, pra-wa i polityki ukraińskiej. Przyjeżdżają zes-poły z zagranicy (także z Polski), jak rów-nież zachodni politycy (między innymi ame-rykański senator John McCain, szefowa unijnej dyplomacji Catherine Ashton, mini-strowie spraw zagranicznych Niemiec i Pol-ski – Guido Westerwelle i Radosław Sikor-ski). "W dni powszednie na Euromajdanie (...) nocuje kilka tysięcy ludzi." Polityczny klincz Protestujący mają od początku swoją listę żądań wobec władz. Aresztowani w czasie pacyfikacji demonstranci mają zostać zwol-nieni, rząd premiera Azarowa ma się po-dać do dymisji, odpowiedzialni za użycie siły powinni być ukarani. Umowa stowarzy-szeniowa z UE ma być szybko podpisana, a Ukraina ma nie przystępować do unii cel-nej z Rosją (według sondaży sześćdziesiąt procent Ukraińców woli zbliżenie z Unią, a czternaście procent – z Rosją). Pojawiają się nawet postulaty odsunięcia prezydenta Janukowycza od władzy i przyspieszenia wyborów, jednak przywódcy opozycji tonują te niemożliwe do osiągnięcia żądania. W przeciwieństwie do pomarańczowej re-wolucji sprzed dziewięciu lat, obecnym de-monstracjom brakuje wyraźnego lidera. Próbują nimi być przywódcy partyjni – słynny były bokser Witalij Kliczko, szef par-tii UDAR (ukr. „uderzenie”), Arsenij Jece-niuk z Batkiwszczyny (ukr. „ojczyzna”) oraz Ołeg Tiahnybok z nacjonalistycznej Swobo-dy. Protestujący są jednak nieufni wobec klasy politycznej po tym, jak zawiodły ich kłótnie polityków stojących na czele poma-rańczowej rewolucji. Teraz najjbardziej aktywny próbuje być Witalij Kliczko (w son-dażach obecnie zrównuje się z Januko-wyczem i wyprzedza innych opozycjoni-stów), ale dysponuje on niewielkim doś-wiadczeniem politycznym i najsłabszym za-pleczem. Trzynastego grudnia odbyło się spotkanie rządzących (między innymi prezydenta i premiera) z liderami demonstrantów. Wła- dze, którym przekazano listę żądań, zgodziły się jednak tylko na uwolnienie aresztowanych w czasie zamieszek oraz zawieszenie szefa administracji Kijowa (który de facto jest kozłem ofiarnym, gdyż akcja Berkutu przerzuconego z Krymu by-łaby niemożliwa bez decyzji prezydenta). Rządzący powtarzają, że nie mogą podpi-sać umowy z UE w jej obecnym kształcie i w pierwszej kolejności trzeba uporządko–

SPOŁECZEŃSTWO

wać relacje z Rosją. W weekend odbyły się kontrdemonstracje zwolenników Janukowycza, jednak liczba ich uczestników była około dziesięciokrot-nie mniejsza od liczby prozachodnich de-monstrantów. "Trzynastego grudnia odbyło się spotkanie rządzących (...) z liderami demonstrantów." Europa nie chce Ukrainy? Jednocześnie zbliżanie się Ukrainy do Unii Europejskiej nie spotyka się ze zbyt wiel-kim entuzjazmem państw członkowskich. Kraje Europy Zachodniej nie są bardzo przychylne dalszemu poszerzaniu UE – ma ona już swoje problemy z kryzysem i z imi-grantami. Ukraina jest dużym państwem, w którym unowocześnienie gospodarki wy-magałoby odpowiedniej pomocy finanso-wej. Natomiast eksport jej produktów rol-nych (przede wszystkim zbóż) mógłby za-grozić rolnictwu krajów Unii. Ponadto wie-lu Ukraińców prawdopodobnie zechciałoby jak najszybciej wyjechać do pracy za gra-nicę, a już teraz fala imigracji powoduje sprzeciw obywateli niektórych krajów UE (antyimigranckie partie biją sondażowe re-kordy we Francji czy Holandii). Ukraińcy chcą chyba wstąpić do Unii, która już nie istnieje. Dla nich wspólnota jest oa-zą dobrobytu i wolnego handlu. Jednak UE

SPOŁECZEŃSTWO

gnębiona kryzysem oraz biurokracją nie jest już tak efektywna gospodarczo. Natomiast nowy punkt zainteresowań Unii – prawa mniejszości – może wzbudzić na Ukrainie co najwyżej wrogość. Tygodnik „Polityka” donosi, że tylko jeden na dwustu Ukraiń-ców zaakceptowałby homoseksualistów w swoim otoczeniu, a około połowa naj-chętniej wyrzuciłaby ich z kraju. Prognozowanie sytuacji na Ukrainie na naj-bliższe tygodnie to zadanie nie do wyko-nania. Władze mogą próbować zaczekać, aż zima przegna demonstrantów z placów ukraińskich miast. Jednakże zgromadzeni na Euromajdanie zaczynają już budować domki z drewna na wypadek, gdyby mu-sieli kontynuować protest w czasie zimy. Najbogatszy ukraiński oligarcha – Rinat Achmetow – swoimi wypowiedziami wsparł protestujących, pokazując, że jemu i jemu podobnym bardziej może opłacać się inte-gracja z Unią. Stanowi to poważny argu-ment nacisku na prezydenta, ponieważ wpływ oligarchów na gospodarkę i system polityczny Ukrainy jest ogromny. Opozycja w parlamencie próbuje pozyskiwać dla swoich celów deputowanych z partii Janu-kowycza oraz z koalicyjnej Partii Komu-nistycznej, aby móc odwołać rząd Mykoły Azarowa. Nie wiadomo czy siedemnastego grudnia Janukowycz podpisze umowę o unii celnej z Rosją. Jedyne rozwiązanie, które można w tej chwili wykluczyć, to szybkie rozładowanie sytuacji. Jakub Cichuta Fot. 1: Arcadiuš (CC BY 2.0) Fot. 2: wentuq (CC BY 2.0) Fot. 3: masterplaan (CC BY 2.0) Fot. 4, 6: Valsts kanceleja (CC BY 2.0) Fot. 5: masterplaan (CC BY 2.0) WARSZAWA OTWARTA NA MIĘDZYNARODOWE DEBATOWANIE
Długo wyczekiwany pierwszy międzynarodowy turniej debat parlamentarnych Warsaw Open już za nami. Polskie drużyny pokazały klasę, ale czy udało się im pokonać wszystkich konkurentów?
SPOŁECZEŃSTWO

Od szóstego do ósmego grudnia w stolicy można było spotkać zawodników z różnych części świata. Wszyscy oni przybyli do Pol-ski na zaproszenie Fundacji Polska Debatu-je i Klubu Debat Uniwersytetu Warszaw-skiego. W wydarzeniu wzięli udział studen-ci z Europy Wschodniej, Holandii, Niemiec, Serbii, a nawet Singapuru. Polskę repreze-ntowały zespoły z Poznania, Wrocławia, Krakowa i Warszawy. "Coraz więcej ludzi dyskutuje i coraz więcej miast zakłada kluby i stowarzyszenia poświęcone debatom." W Mikołajki turniej rozpoczęły czterogo-dzinne warsztaty z głównymi sędziami tur-nieju – Manosem Moschopoulosem i Victo-rem Prlją. Towarzystwo naprawdę dobo– rowe – obaj to wybitni mówcy i uznani sę-dziowie reprezentujący międzynarodowy poziom. Mimo niesprzyjających warunków pogodowych frekwencja była dość wyso-ka. Po przypomnieniu zasad brytyjskiej debaty parlamentarnej wszyscy zgroma-dzeni udali się na małą integrację. "Zwyciężył singapursko–rumuński duet dwóch panów pod nazwą Vatican A." W sobotę rano na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW zarejestrowało się trzydzieści sześć ekip, które jeszcze przed południem rozpoczęły debatowanie. Pod-czas pierwszej rundy studenci debatowali o drużynach narodowych, rasizmie i faszy-zmie. Była to jedyna runda, w której moż-na było trafić na kogokolwiek z uczestni–

SPOŁECZEŃSTWO

ków – decydował ślepy traf. W każdym następnym etapie drużyny dobierano we-dług liczby zdobytych punktów (I miejsce – 3 punkty, II miejsce – 2 punkty, III miejsce – 1 punkt, IV miejsce – 0 punktów). Po małej rozgrzewce przy-szedł czas na debatę o ekonomii. Ucze-stnicy zastanawiali się, czy wprowadzenie płacy minimalnej na poziomie średniej krajowej jest opłacalne. W przerwach mię-dzy kolejnymi rundami można było posłu-chać polskich hitów, zjeść smaczny lunch i wypromować inne wydarzenia. Organiza-torzy wyemitowali między innymi film za-powiadający debatanckie Mistrzostwa Świata w greckich Thessalonikach w 2016 roku. W trzeciej rundzie rozprawiano o badaniach nad mózgiem kobiety i męż-czyzny. Potem przyszedł czas na ostatnie, decydujące starcie przed półfinałami. Te-mat wymagał od uczestników wykazania się dużą kreatywnością i umiejętnością analizowania – była to bowiem próba od-powiedzi na pytanie, czy papież Franci-szek powinien otwarcie wspierać radykalne partie lewicowe i ich kandydatów. Wyniki tego etapu były tajne – wszyscy rozeszli się i dopiero kilka godzin później na spotkaniu integracyjnym sędziowie ogłosili zgroma-dzonym nazwy ośmiu najlepszych drużyn i liczbę uzyskanych przez nie punktów. W poprzednich trzech etapach rezultaty ogłaszano bezpośrednio po debacie. Wyniki były dla nas korzystne – dwa polskie zes-poły zakwalifikowały się do następnej czę-ści zawodów.

SPOŁECZEŃSTWO

"(...) frekwencja była dość wysoka." Niedzielne zmagania można było podziwiać w Auditorium Maximum UW. Półfinaliści debatowali o wstrzymywaniu parad gejow-skich za zgodą lokalnych społeczności. Nie dla wszystkich temat okazał się szczęśliwy, odpadli między innymi jedni z faworytów – SSE Ryga (Stockholm School of Econo-mics). Cztery najlepsze drużyny przystąpiły do ostatniej debaty tych mistrzostw. Po pa-sjonującym finale, w którym główną kwe-stią omawianą przez uczestników były san-kcje dla Iranu, poznaliśmy pierwszych mis-trzów Warsaw Open. Zwyciężył singapur-sko–rumuński duet dwóch panów pod nazwą Vatican A. Najlepiej przeanalizowali problem i swoimi argumentami przekonali sześcioosobowe grono sędziowskie. Ponadto w finale spotkało się trzech naj-lepszych mówców turnieju, w tym najlep-sza spikerka Ioana Goergescu z Rumunii. Studentka aktualnie uczy się w ramach programu Erasmus na Uniwersytecie Ja-giellońskim. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz zagości na polskim turnieju. Niestety wśród finalistów zabrakło reprezentantów Polski – obie drużyny odpadły w półfinale, jednak ekipy z Krakowa i Warszawy mogą być z siebie dumne. Szczególnie mowa tu  o Konradzie Kiljanie (UW) i Karolinie Par-tydze (London School of Economics), któ-rzy będą reprezentowali Polskę w bardzo bliskich już Mistrzostwach Świata w In-diach, które rozpoczną się 26 grudnia.

SPOŁECZEŃSTWO

"W sobotę rano na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW zarejestrowało się trzydzieści sześć ekip, które jeszcze przed południem rozpoczęły debatowanie." Środowisko debatanckie rozrasta się w im-ponującym tempie. Coraz więcej ludzi dy-skutuje i coraz więcej miast zakłada kluby i stowarzyszenia poświęcone debatom. Aktualnie regularne spotkania odbywają się w stolicy, Poznaniu, Krakowie, Wrocła-wiu i Gdańsku. W trzech pierwszych mia-stach funkcjonują też ligi debatanckie dla licealistów – oby tak dalej. Liczę na to, że za kilka lat polscy reprezentanci będą regularnie występowali w finałach między-narodowych turniejów, a nawet zdobywali tytuły mistrzowskie. Klaudia Maciejewska Fot. 1, 2, 3, 4: Ksawery Wardacki MÓWIĄC O GWARZE
„Jedyne, co tak naprawdę łączy wszystkich ludzi, to to, że kiedyś umrą” – po-wiedział swego czasu Bob Dylan i wcale się nie pomylił. A czy Polaków łączy jeszcze język polski? Polszczyzna w praktyce nie jest tak jednolita, jakby się wydawało. I nie zamierzam opowiadać tu o mowie kaszubskiej, którą oficjalnie uznaje się już za odrębny język.
SPOŁECZEŃSTWO

Chodzi mi raczej o gwary polskie, których liczby nawet nie potrafię ustalić. Można na-tomiast oszacować, że ich różnych odmian jest blisko czterdzieści. Wystarczy kilka charakterystycznych zjawisk fonetycznych, by mieć już do czynienia z innym typem polszczyzny. Trzeba w tym miejscu poczy-nić pewne wyjaśnienia, bowiem ludzie bar-dzo często mylą wszelkie terminy związane z polskimi regionalizmami. Gwara to tery-torialna odmiana języka, większym pro-blemem jest zdefiniowanie pojęcia „dia-lekt”. "(...) społeczeństwo nie sprzeciwia się podtrzymywaniu tradycji." W skrócie: jest to używana na ograniczo-nym terytorium przez określoną grupę ludzi odmiana polszczyzny odróżniająca się od innych pewnymi cechami fonetycznymi lub gramatycznymi. Prościej będzie po-wiedzieć, że dialekt to grupa gwar. Na szczęście z podziałem języka na dialekty jest już o wiele łatwiej. Zaczynając od ma-zowieckiego, przez wielkopolski i kaszub–

SPOŁECZEŃSTWO

ski, a kończąc na małopolskim i śląskim. Kolejny problem w terminologii sprawia słowo „narzecze”. Jest to termin o znacze-niu pośrednim – węższym od dialektu, lecz szerszym od gwary (dialekt to zespół na-rzeczy, a narzecze to zespół gwar). Sprawa się nieco komplikuje, kiedy trzeba zdecydo-wać, czy dana mowa jest dialektem (narze-czem, gwarą) czy też językiem. Tu często liczą się względy polityczne. "Wystarczy kilka charakterystycznych zjawisk fonetycznych, by mieć już do czynienia z innym typem polszczyzny." Dialektów w Polsce mamy pięć – a może należałoby powiedzieć: „aż pięć”? No wła-śnie, dobre pytanie. Liczba wydaje się być stosunkowo mała i niewiele znacząca, jed-nak gwar, z których składają się dialekty są dziesiątki, a różnice pomiędzy nimi bywają wielkie. „Masz fajną gymbę” – mogłabym usłyszeć od mieszkańca Śląska. Pół żartem, pół serio, zdenerwowałabym się. Rzecz oczywista, kojarzy mi się to ze zwykłą „gę-bą”. Brzmi smacznie? Nie sądzę. Spędziłam dużo czasu, przeglądając liczne fora, blogi i inne strony, aż w końcu trafiłam na coś tematycznie związanego właśnie z gwarą. „Wiele z nas nawet pisze, czyli też mówi: »dziś se kupiłam« (…)” – pisze na forum jedna z internautek. Często sama odnoszę wrażenie, że gwary mają coraz większe znaczenie w potocznym języku. „Poszed-łem se, kupiłem se” i wiele innych gwaro-

SPOŁECZEŃSTWO

wych zwrotów usłyszałam w przeciągu ostatniego tygodnia na przerwach w mojej szkole co najmniej kilkadziesiąt razy. "Często sama odnoszę wrażenie, że gwary mają coraz większe znaczenie w potocznym języku." A jak gwary funkcjonują w codziennym ży-ciu? Reakcje słuchaczy mogą być różne, ale generalnie społeczeństwo nie sprzeci-wia się podtrzymywaniu tradycji. Nie wyo-brażam sobie jednak, by jako telemarketer powiedzieć rozmówcy z Warszawy: „Kupcie dwa tygiely”. Ja sama nie pomyślałabym, że mowa o garnkach. Nieporozumień mię-dzy gwarami a powszechną polszczyzną jest znacznie więcej, ale ich niewątpliwą zaletą jest możliwość pośmiania się z cza-sem kłopotliwej dla obu stron sytuacji. Agnieszka Gryglicka Fot. 1: Uknown, convert to SVG Tlusťa, Lukáš Mižoch (CC BY 2.0) Fot. 2: chipgriffin (CC BY 2.0) Fot. 3: Frankie Fouganthin (CC BY 2.0)

SPOŁECZEŃSTWO

MOM PIYKNO GODKA I SIĘ TEGO NIE WSTYDZA Wielu ludzi uważa gwarę za coś nie-stetycznego. Dla nich posługiwanie się nią jest po prostu nie na miejscu. Jako mieszkanka Górnego Śląska nie rozumiem, dlaczego regionalna od-miana języka może budzić aż taki wstręt i niezadowolenie. Jest to przecież bardzo ważny element pol-szczyzny, a także coś, co wskazuje na jej historyczny rozwój. Mimo że od Ślązaków wymaga się operowania językiem ogól-nym, to jednak mówienie dialektem jest u nas na porządku dziennym. Przecież re-gionalizmy to również poprawna forma wy-powiadania się! Wielu ludzi, szczególnie młodych, zapomina już o regionalnych tra-dycjach, w tym językowych. Pomimo wszystko część z nich stara się podtrzymy-wać ten piękny obyczaj, który zazwyczaj przekazują dziadkowie i pradziadkowie. Na co dzień posługujemy się gwarami, jednak w sytuacjach czysto zawodowych i oficjal-nych mówimy polszczyzną ogólną. Gdy za–

SPOŁECZEŃSTWO "Ludzie jednak rzadko zdają sobie sprawę, że i tutaj, na Śląsku, mamy wiele wybitnych osób, uczonych, którzy w domu mówią po śląsku, a w pracy typową polszczyzną."

tem sytuacja wymaga od nas takiej posta-wy, nie mamy większego problemu z uży-waniem języka zrozumiałego dla wszy-stkich. "Jest to (...) bardzo ważny element polszczyzny (...)" „Gwara dla ludzi mniej inteligentnych? Jak to bardzo mija się z prawdą!’’. Natalia z Ru-dy Śląskiej twierdzi, że dla niej „godonie’’ to udowodnienie reszcie, jak bardzo jeste-śmy związani z tradycją, z miejscem, w któ- rym wychowujemy się od dziecka. Uważa, że zabranianie używania języka terytoria-lnego w szkołach mija się z celem, ponie-waż powinno się pielęgnować to, co koja-rzy nam się z tradycją i historią regionu. Nie każdy zakątek Polski może pochwalić się „swoją mową’’, a my jesteśmy dumni z tego, że Śląsk, często kojarzący się nie-stety tylko z kopalniami, ma taki wspaniały obyczaj. Piotrek z Bytomia podtrzymuje tradycję i również jest zdania, że posługi-wanie się dialektem to ważny element ży-cia. „Mieszkam na Śląsku, więc powinie-nem reprezentować hanysów, bo tak mówi się na Ślązaków, którzy się tu urodzili i wy- chowali” – mówi. „Godki” nauczył się od rodziców i dziadków i nie wstydzi się uży-wać jej w życiu codziennym, na przykład podczas zakupów czy w rozmowie tele-fonicznej ze znajomymi. Uważa, że jej zna-jomość pomaga także w lepszym zrozu-mieniu języków obcych, ponieważ na przykład gwary śląskie charakteryzują się wpływami z języków niemieckiego, czeskie-

SPOŁECZEŃSTWO

go, łacińskiego i rosyjskiego (w zależności od regionu). "Nie każdy zakątek (...) może pochwalić się «swoją mową» (…)" Gwara w mediach zazwyczaj jest przedsta-wiana w nie najlepszy sposób. Często lu-dzie posługujący się nią są oczerniani, cze-go kompletnie nie rozumiem. Znów przy-toczę wam coś związanego ze Śląskiem, ale według mnie o tej dyskryminacji powin-no się mówić jak najwięcej. Ślązak w fil-mach to krzepki, niezbyt bystry chłopak, którego nikt nie jest w stanie zrozumieć, a jego miejsce jest pod ziemią, dosłownie! Ludzie jednak rzadko zdają sobie sprawę, że i tutaj, na Śląsku, mamy wiele wybi– tnych osób, uczonych, którzy w domu mó-wią po śląsku, a w pracy typową polszczy-zną. "(...) posługujemy się gwarami, jednak w sytuacjach czysto zawodowych i oficjalnych mówimy polszczyzną ogólną." Oskarżanie posługujących się gwarami o to, że nie potrafią mówić po polsku, jest absurdalne. Jeśli chodzi o wyrażenie „masz fajną gymbę’’ (poprawnie po śląsku brzmia- łoby to „masz gryfną gymbę”) – gdyby lu-dzie znali się choć odrobinę na gwarze, wiedzieliby, że znaczenie tych słów jest

SPOŁECZEŃSTWO

naprawdę pozytywne. Osobiście wolę usłyszeć coś takiego niż „fajna z ciebie d…a”. Oczywiście, większość chce być inna i oryginalna, ale jednocześnie boi się oka-zywać tę odmienność w mowie. Wybór na-leży wyłącznie do nas. Jeśli ktoś chce dbać o tradycję i nie pozwolić regionalizmom odejść do lamusa, nie powinien być prze-ciwko używaniu gwary. Tylko tyle i aż tyle. Jeżeli ktoś nie chce mówić gwarą i zagłę-biać się w jej ciekawą historię – proszę bardzo, nie ma przymusu. Nie róbmy jed-nak z posługiwania się nią czegoś wzbu-dzającego wstręt, niepokój i obawy, że poprawna polszczyzna zaniknie. To prze-de wszystkim w młodych ludziach tkwi siła, by to, co odziedziczyliśmy po naszych dzia-dkach i pradziadkach, mogło przetrwać w następnych pokoleniach. Aleksandra Zychowicz Fot. 1: Barbara Widłak (CC BY 2.0) Fot. 2: Omega933 (CC BY 2.0) Fot. 3: Boston9 (CC BY 2.0) Fot. 4: Lestat (Jan Mehlich) (CC BY 2.0) Jest nam niezbędny do życia, tak samo jak powietrze czy woda, a mimo to pró-bujemy go ograniczyć. Może dlatego, że w ciągu całego życia przeznaczamy na niego około dwudziestu lat i mamy świadomość, że ten czas można przeznaczyć na coś innego?
WYSYPIASZ SIĘ?
NAUKA

Zdania naukowców na temat tego, ile snu potrzebuje człowiek, są podzielone. Część badaczy jest zdania, że do prawidłowego funkcjonowania organizmu potrzeba od siedmiu do ośmiu godzin snu w ciągu do-by, bowiem dopiero taka ilość jest w stanie zapewnić pełną regenerację. Inni naukow-cy przekonują jednak, że przyzwyczajenie ludzi do tak długiego snu wynika z tego, że do XIX wieku człowiek po zachodzie słońca był skazany na ciemność. Argumentują, że mózg ludzki po prostu przystosował się do mroku, pozwalając ludziom przeczekać noc aż do świtu. Na podobnej zasadzie funkcjo-nują niedźwiedzie, które zapadają na kilka miesięcy w sen zimowy, choć fizycznie wcale tego snu nie potrzebują. Po prostu jest to czas, gdy nie są w stanie znaleźć pożywienia, co wymusza na ich organizmie tę hibernację.

NAUKA

Teraz jednak, gdy światło jest dostępne cały czas i człowiek nie musi ograniczać swojej aktywności do okresu od wschodu do zachodu słońca, tak duża ilość snu prze-staje być nam potrzebna. Nie potrzebuje-my już przecież spać, by dotrwać do świ-tu. Nic więc dziwnego, że niektórzy zaczęli szukać sposobu na skrócenie czasu, który przeznaczamy na sen. "Zdania naukowców na temat tego, ile snu potrzebuje człowiek, są podzielone." Normalny sen składa się z dwóch faz. Pier-wszą z nich jest sen o wolnych ruchach ga- łek ocznych, czyli NREM (skrótowiec od non–rapid eye movement), zwany też snem głębokim lub wolnofalowym. Po fazie NREM następuje REM (rapid eye move-ment) nazywana też snem płytkim albo snem paradoksalnym. To właśnie w tym czasie przeżywamy marzenia senne. Nasz sen zaczyna się od fazy NREM, która trwa zwykle od osiemdziesięciu do stu mi-nut. Po niej następuje faza REM trwająca około piętnastu minut. Interesujące jest, że nasz organizm wypoczywa właśnie w tej ostatniej fazie. U osób dorosłych cykl ten w ciągu ośmiu godzin nieprzerwanego snu powtarza się cztery lub pięć razy. Taki sen nazywamy monofagowym. Naukowcy od wielu lat starają się umożliwić nam korzy-stanie z fazy REM bez konieczności prze- chodzenia przez fazę NREM. Według nie-których taki sen trwałby kilkukrotnie kró-cej, a regenerowałby nasz organizm w ta-kim samym stopniu. Niemożliwym wydaje się jednak, by dwugodzinny sen w fazie REM pozwalał nam rozłożyć energię ró-wno na pozostałe dwadzieścia dwie godzi-ny. Odpowiedzią na ten problem jest sen polifazowy, który pozwoliłby nam podczas kilku drzemek (obejmujących tylko fazę REM) zdobyć energię na cały dzień. "Nasz sen zaczyna się od fazy NREM, która trwa zwykle od osiemdziesięciu do stu minut." Naukowcy opracowali kilka różnych modeli snu, próbując oszacować, który z nich poz-wala zaoszczędzić największą ilość czasu i energii. Oprócz snu monofazowego, czyli takiego, który jest nam dobrze znany, wy-różnili kilka innych metod spania. Sen bio-fazowy zakłada przykładowo główny sen oraz drzemkę o czasie dwudziestu lub dzie-więćdziesięciu minut, co w sumie ma da-wać sześć godzin snu na dobę. Model Ever-yman w zależności od liczby dwudziesto-minutowych drzemek zakłada, że sen główny trwa od półtorej do czterech i pół godzin snu, co razem z drzemkami daje od trzech do pięciu godzin snu na dobę. Najbardziej wydajne są jednak modele Dymaxion oraz Uberman. Ten pierwszy zakłada cztery równe trzydziestominutowe drzemki co sześć godzin. Drugi propo–

NAUKA

nuje sześć dwudziestominutowych drzemek co cztery godziny każda. Obie opcje spro-wadzają się do tego, że łącznie śpimy tylko dwie godziny na dobę. "Naukowcy opracowali kilka różnych modeli snu, próbując oszacować, który z nich pozwala zaoszczędzić największą ilość czasu i energii." Idea snu polifazowego ma jednak sens ty- tylko wtedy, gdy w czasie tych krótkich drzemek od razu wpadniemy w fazę REM. Według niektórych naukowców przestawie-nie się na przechodzenie od razu do snu paradoksalnego jest kwestią odpowiednie– go treningu – jeśli da się mózgowi do dys-pozycji tylko dwie godziny snu dziennie, ten musi po pewnym czasie nauczyć się z niego korzystać jak najlepiej. Innym, łat-wiejszym sposobem może być wynalazek opracowany przez polskich naukowców – NeurON. To elektroniczna maska, która na podstawie badania fal mózgowych, napię-cia mięśni i ruchów gałek ocznych ma od-bierać z naszego ciała bodźce i poddawać je analizie, by w efekcie dokładnie monito-rować nasz sen. W ten sposób możliwe by-łoby przestawienie nas od razu na fazę REM. Kolejną ciekawą funkcją wynalazku jest wybudzanie w odpowiednim momencie ze snu. Już jakiś czas temu dowiedziono, że najlepsze samopoczucie mamy wtedy, gdy wybudzamy się z płytkiego snu, natomiast wybudzenie ze snu głębokiego może pro-wadzić do niewyspania. Obecnie wynalazek

NAUKA

to prototyp, więc pozostaje nam wierzyć, że rzeczywiście okaże się tak pomocny, jak sugeruje jego opis. Tymczasem co bar-dziej niecierpliwi mogą spróbować sami re-gulować swój sen, bez stosowania elektro-nicznych urządzeń. Nie ma wątpliwości co do tego, że sen jest ważny. Zwłaszcza, że długotrwały jego brak może poważnie zaszkodzić zdrowiu, a nawet doprowadzić do śmierci. Nie oz-nacza to jednak, że nie warto podważać dotychczasowych nawyków ludzkości z na-dzieją na jakieś rewolucyjne odkrycie. W dzisiejszych czasach każda dodatkowa godzina jest na wagę złota, więc możliwość przeznaczenia jej na coś innego niż sen jest naprawdę interesująca. Justyna Książek Fot. 1: CarbonNYC (CC BY 2.0) Fot. 2: Jonf728 (CC BY 2.0) Fot. 3: edenpictures (CC BY 2.0) KOMENTARZ SPORTOWY OD KUCHNI
Piątego grudnia zakończyła się kolejna edycja wydarzenia „Dni Biznesu w Spor-cie” organizowanego przez Studenckie Koło Naukowe Zarządzania w Sporcie działające przy Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.
SPORT: DNI BIZNESU W SPORCIE

W ciągu dwóch dni spotkań studenci mogli uczestniczyć w warsztatach i wykładach poświęconych między in-nymi marketingowi sportowemu. Ma-gazyn Outro objął nad tą imprezą pa-tronat medialny. Wydarzenie jakim są „Dni Biznesu w Spor-cie” odbywa się w murach warszawskiej SGH nieprzerwanie od dziewięciu lat. W przeszłości gośćmi byli na przykład Da-riusz Szpakowski, Tomasz Smokowski, To-masz Majewski czy Jerzy Kulej. W tym roku warsztaty i wykłady prowadzili między in-nymi Tomasz Jaroński (komentator stacji Eurosport), Bartłomiej Rabij (szef Sportklu-bu), Łukasz Jurkowski (były zawodnik tae-kwondo i MMA), Tomasz Wolfke (dzienni-karz sportowy) czy Andrzej Supron (były zapaśnik, obecnie trener i sędzia).

SPORT

Spośród wielu interesujących spotkań tru-dno było wybrać to najciekawsze. Ja jed-nak zwróciłem uwagę na zajęcia najściślej związane z rolą dziennikarza sportowego – „Praca komentatora sportowego od pod-szewki – warsztat z Bartłomiejem Rabi-jem”. Często z komentatorami sportowymi bywa tak, że przy pierwszym wizualnym zetknięciu z którymś z nich zupełnie nie potrafimy skojarzyć, z kim mamy do czy-nienia. Dopiero głos tej osoby nakierowuje nas na odpowiednie tory. Podobnie było i w tym wypadku – niepozorny mężczyzna był dla większości uczestników nieznaną postacią, do czasu gdy wypowiedział kilka pierwszych słów. Choć sam prelegent nie powiedział tego wprost, to właśnie głos i język są jednymi z najważniejszych cech komentatora sportowego. Zanim jednak Rabij przeszedł do sedna wy-kładu, czyli pracy komentatorskiej od kuch-ni, zwrócił uwagę uczestników na jedną fundamentalną kwestię. Stacja, z którą jest związany, nie jest stacją wysokobudżeto-wą, przez co praca w niej różni się nieco od tej, jaką wykonuje się w NC+ czy Eurosporcie. W związku z bardzo dużą kon-kurencją Sportklub nie bije się z wyżej wy-mienionymi, ale wypełnia nisze na rynku, zajmując się między innymi południowo-amerykańską piłką nożną, koszykówką czy piłką ręczną. "Wydarzenie jakim są «Dni Biznesu w Sporcie» odbywa się (...) od dziewięciu lat."

SPORT

Taka pozycja Sportklubu w dużym stopniu warunkuje funkcjonowanie dziennikarzy w redakcji. Rabij opowiedział wiele aneg-dot, które w wyraźny sposób obrazują je-go pracę. Chodziło tu choćby o różne inno-watorskie rozwiązania związane z komenta- rzem, na jakie nie może sobie pozwolić na przykład Canal+ (z racji wysokiej oglądal-ności ewentualna wpadka odbiłaby się sze-rokim echem), a z których korzysta właśnie Sportklub. Sprawa tyczy się podziału ról w trakcie komentowania meczu piłkarskie-go – z reguły jest tak, że jeden z komen-tatorów jest sprawozdawcą, opowiada o tym, co dzieje się na boisku; drugi zaś jest ekspertem, często byłym piłkarzem, który przedstawia różne ciekawe wzmianki związane z piłką. W stacji Rabija postano-wiono zaryzykować i sprawdzić formę ko-mentowania z dwoma sprawozdawcami, co jednak zakończyło się fiaskiem. Z racji ma-łej oglądalności programu nie było jednak żadnych negatywnych konsekwencji takie-go eksperymentu. Prelegent mówił także o tym, jak wygląda przygotowanie do meczu, w tym wypadku piłkarskiego. Otóż im bardziej elitarne roz-grywki, tym więcej informacji przesyła sam organizator. Przykładowo stacjom relacjo-nującym Ligę Mistrzów UEFA wysyła dzie-więćdziesiąt stron materiałów na temat każdego meczu, które wystarczy przetłu-maczyć z angielskiego. Materiały te zawie-rają mnóstwo statystyk, anegdot i innych smaczków związanych z rozgrywanym spo-tkaniem. Rabij porównał to jednak do przy- gotowań przed spotkaniem ligi argentyń-skiej, którą transmituje Sportklub. Tamtej-szy organizator niespecjalnie dba o infor-macje dla telewizji relacjonujących mecze. Często bywa wręcz tak, że stacja dowiadu-je się dopiero na dwa–trzy dni przed spot- kaniem o terminie jego rozegrania. Wszys-tko to utrudnia odpowiednią organizację pracy, ale jak podkreślił Rabij, w przypadku lig południowoamerykańskich „odbiorca cieszy się, że w ogóle odebrał sygnał”. W związku z niezbyt udaną współpracą z federacją argentyńską komentatorzy są więc skazani na przygotowywanie się do spotkań we własnym zakresie, co nierzad-ko bywa kłopotliwe. "Bartłomiej Rabij zwrócił jednak uwagę na to, co najważniejsze (...)" Bazując na swoim dużym doświadczeniu (skomentował około siedmiuset meczów piłki nożnej) oraz wielu podróżach, Rabij przyrównał też komentowanie w Polsce do tego z Ameryki Południowej. W tamtej-szych realiach piłka nożna jest na tyle waż-nym elementem codziennego życia, że zaj-mują się nią niemal wszyscy. Dochodzi więc do sytuacji, że w studiu meczowym zamiast jednego siedzi aż kilku ekspertów, a wkoło boiska i obok ławek rezerwowych biega czterech lub pięciu reporterów. Rabij zwrócił też uwagę na samą realizację spot-kania piłkarskiego, które raczej jest świę-tem niż zwykłym wydarzeniem sportowym

SPORT

(przykładowo po strzelonym golu gra mu-zyka, na ekranie telewizora pojawiają się kolorowe grafiki i tancerki, a komentator przez kilkadziesiąt sekund wykrzykuje słyn-ne „Goooooooooool”). Wszystko to wynika z temperamentu typowego dla ludzi połud-nia, ale też tego, jak futbol jest tam trakto-wany. Półtorej godziny warsztatów to było zdecy-dowanie za mało czasu, by dowiedzieć się o wszystkich kwestiach i ciekawostkach związanych z komentarzem sportowym. Bartłomiej Rabij zwrócił jednak uwagę na to, co najważniejsze, dzięki czemu nieco przybliżył uczestnikom tajniki zawodu ko-mentatora. Czy warto nim zostać? Mimo wielu trudności na pewno tak, bowiem jest to nie tylko wielkie wyzwanie, ale przede wszystkim wspaniała okazja do nauki i świetna zabawa. Maciek Wdowiarski Fot. 1, 2, 3: Leszek Nurzyński na zdjęciach 1 i 3 – Bartłomiej Rabij

OKIEM WIDGETA