Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury strona 6 ukraiński odys strona 7 filmowe podsumowanie miesiąca strona 10 subiektywnie strona 13 wojna Gildii wciąż trwa strona 14 sztuka odkładania na później strona 18 europejski sen strona 24 rowerem przez świat strona 28 coś z niczego strona 32 Adam Dźwigała - młody gniewny strona 34 JEDNOŚLADEM WZDŁUŻ POLSKI I EUROPY

Outro Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl ISSN: 2299 - 5242 Redaktor naczelny: Paulina Zguda Zastępca: Marek Suska Sekretarz redakcji: Magdalena Wąwoźna Koordynator: Monika Toppich Redaktor prowadzący: Justyna Majchrzak Korekta wydania: Agata Hajduk Fotoedycja wydania: Roksana Grzmil Projekt okładki: Patryk Skoczylas Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Karolina Przybylska (społeczeństwo), Aleksandra Bartosik (społeczeństwo), Maciej Dziubiński (sport), Nina Bezpałko (korekta), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy). Korekta: Agata Andrzejak, Nina Bezpałko, Justyna Dubaj, Agnieszka Dydacka, Dominika Głowacka, Maria Gołaszewska, Kinga Gintowt, Agata Hajduk, Patryk Łowicki, Kamil Morawiec, Adrianna Szczodrowska, Monika Węgrzyn, Wojciech Żywolt Graficy: Adam Białek, Patryk Skoczylas, Jarosław Stępień Zdjęcia na okładce: Kevin M. Gill (CC BYSA 2.0) i wikimedia commons

Robi się (wreszcie!) coraz cieplej, w do-datku majówka już za pasem, warto więc rozejrzeć się za jakąś formą spędzania wolnego czasu. Większość wybierze grillo-wanie z przyjaciółmi i długie spacery, część pewnie będzie chciała trochę poleżeć czy poczytać, jednak spora grupa Polaków wykorzystuje pierwsze dni maja, by wy-ciągnąć i odkurzyć trochę zapomniane rowery. Kiedy Wy będziecie wytyczać nowe trasy, dwóch tyskich licealistów zajmie się przygotowaniami do kolejnej przygody życia. Zamierzają przejechać jednośladem Europę Zachodnią, bo wizytę nad polskim morzem mają już za sobą. Zawziętość i entuzjazm są godne podziwu, kto wie, może wywiad z jednym z nich pomoże komuś zaplanować własny szalony wypad, niekoniecznie rowerem? Cała Redakcja Outro życzy Wam udanego odpoczynku, naładowania baterii i wielu radosnych, majowych wspomnień! Paulina







ODYS

KULTURA

Jest wiele powodów, by porzucić dotychczasowe życie i wyruszyć w podróż. Może to być rozwód, nieudana miłość, bliska świadomość śmierci, może być jednak mniej górnolotnie. Serhij Żadan, autor „Woroszyłowgradu”, wyprawia swo-jego bohatera w dawno nieodwie-dzane rodzinne strony, by uratował podupadającą stację benzynową. Trzydziestodwuletni Herman jest „nieza-leżnym ekspertem”, czyli zajmuje się dzia-łalnością przestępczą na rzecz demokracji. I to jeden z pierwszych absurdów tam-tejszej rzeczywistości, podobnie jak sytuacja z jego bratem. Ten wyjeżdża, podobno do Amsterdamu, zostawiając na głowie Hera skazany na klęskę biznes. Okoliczna ludność nie jest przyjaźnie nastawiona do byłego sąsiada, w dodatku stację chce podkupić miejscowy Don Corleone. Herman musi uratować rodzinny interes i przy okazji przewędrować sporą część wschodniej Ukrainy, by zdobyć informacje o zaginionym bracie i obronić własny honor. "Napis na okładce głosi: „Inna Europa, inna literatura” i jest to niemal namacalne w każdym przeczytanym zdaniu." Postkomunistyczna Ukraina pełna jest szemranych typów, nielegalnych interesów i młodzieży bez przyszłości, ale ukazana w perspektywie osoby, która nie mora-lizuje, nie mówi, jak wiele brakuje jej ojczyźnie do cudownego Zachodu, nabiera niezwykłego uroku. Półświatek pociąga – skoro nie ma prawa, a życie na uboczu jest znośne, po co przejmować się normami? Są umowne, tak samo jak wszechobecna przestępczość – dopóki jakiś śmierdzący spirytusem gangster w przepoconym garni-turze nie mierzy ci „kałachem” w twarz, lepiej nie zwracać na niego uwagi.

KULTURA

Napis na okładce głosi: „Inna Europa, inna literatura” i jest to niemal namacalne w każdym przeczytanym zdaniu. Ciekawa narracja, pozbawiona nadęcia i uładzenia, sprawia, że toporna w kilku momentach fabuła na niczym nie traci. Język „Woroszy-łowgradu” jest ostry, wręcz szorstki i bar-dzo męski, co w tym przypadku oznacza sporą ilość wulgaryzmów, dosadność określeń, ale nie przeszkadza w opisywaniu kobiecego ciała czy surowej przyrody w niezwykle poetyckiej konwencji. „Woroszyłowgrad” ma dla mnie dwa bar-dzo wyraźne tory. Jednym z nich jest opis Ukrainy (ale też i innych państw byłego bloku wschodniego) po 1989 roku. Co z tego, że panuje demokracja, skoro wciąż wszystko można załatwić polubownie, a jak się nie da, to siłą? Wciąż używa się partyjnej nowomowy, proletariat potrze-buje przecież każdej jednostki społecznej! W finałowej scenie obrony upadłego lotniska źli najeźdźcy przedstawiający (staro)nową władzę wymawiają się pra-wem o własności publicznej i wyrokami marionetkowej prokuratury. Kilka scen później znowu widać groteskę biurokracji. Tym razem „na pomoc” oszukanemu przez przyjaciół Hermanowi przybywają dwaj dwudziestoletni dryblasi ze szlachetnymi planami odwetu. Tyle, że chcąc udowodnić swe racje materiałami zgromadzonymi na laptopie, przypadkiem pokazują oglądaną wcześniej pornografię… Nawet sam tytuł jest niezwykle znaczący i irracjonalny: Woroszyłowgrad to miasto, które już nie istnieje, ale trwa jak relikt starego systemu, niczym pomnik marszałka Woroszyłowa. Młody Her opisywał ten grad

KULTURA

na lekcjach niemieckiego, przeklinając w duchu idiotyzm systemu, który naka-zywał mówić i robić rzeczy nieznane i bezcelowe – czy cokolwiek zmieniło się od tamtego czasu? Drugi wybijający się aspekt tej powieści to zdecydowanie jej klimat, kojarzący się z popularnym kinem drogi. Czasem ma się aż wrażenie wszechobecnego kurzu i wciskającą się do butów trawę pora-stającą stepy. Her podróżuje po wscho-dniej Ukrainie, nie czując przywiązania do ludzi czy miejsc, opisując przy okazji miejsca, ludzi i zwyczaje, o których nie usłyszymy w przewodnikach po Europie. Co oczywiste, skoro to swoista literatura wędrówki, gdzieś na końcu musi więc jawić się sens życia, którego wcześniej bohaterowi brakowało. Ale i tu Żadan wychodzi obronną ręką, pokazując cel tułaczki ukraińskiego Odysa bez zbędnej dydaktyki i z dużym poczuciem humoru. Zaskakujący, niebanalny i wielowymiarowy „Woroszyłowgrad” nie utrzymuje stereo-typów na temat wschodnich sąsiadów, ale też i nie przekłamuje często absurdalnej i groteskowej rzeczywistości. Opowiada mądrze i z dystansem o włóczęgach, lu-dziach z marginesu, podstawowych warto-ściach i niedorzecznościach świata – taka literatura to pozycja z najwyższej półki. Paulina Zguda Książkę udostępniło Wydawnictwo Czarne Fot. 3: GlasgowAmateur (CC BY 2.0) FILMOWE PODSUMOWANIE
MIESIĄCA – KWIECIEŃ
KULTURA

Cóż za przygoda... „Jurassic Park” miał światową premierę już w 1993 roku, więc większość zna go z tele-wizji. Do tej pory nie miał jednak premiery kinowej. Ktoś mógłby powiedzieć, że film jest przestarzały i nie warto kupować na niego biletów, mimo wszystko nie można zaprzeczyć, że to jedna z najlepszych przy-godówek i zobaczenie jej na wielkim ekra-nie to jednak coś. Efekty specjalne są ge-nialne nawet dzisiaj (może dlatego, że nie są przesadzone?), a trzeba pamiętać, że powstały w latach 90., kiedy możliwości te-chniczne były ograniczone. Spielberg moc-no zaryzykował, decydując się na ekrani-zację powieści Michaela Crichtona i zdecy-dowanie był to dobry wybór. „Jurassic Park” to klasyka. Warto też wspomnieć, że dostał trzy Oscary: za najlepsze efekty specjalne, najlepszy dźwięk i najlepszy montaż dźwię-ku. "„Imagine” nie jest bajką o nadzwyczajnych ludziach (...)" Magicznie sugestywny Każdy w pewnym momencie swojego życia spotkał osoby niewidome. Biała laska i ciemne okulary to ich znak rozpoznawczy. Nikt nie jest jednak w stanie poczuć się jak oni. Można zawiązać sobie oczy czy iść po ciemku, ale zawsze towarzyszy nam wie-dza, że wystarczy odwiązać przepaskę czy zapalić światło. Oni nie mają tego luksusu. Andrzej Jakimowski w „Imagine” pokazał nam świat niewidomych. „Pokazał” to może za dużo powiedziane, ale z całą pewnością pomógł zrozumieć. Zdecydowanym plusem tej produkcji jest to, że zwykła codzienność nagle nabiera innego znaczenia. Wstrzymu-jemy oddech przy każdej trudniejszej czyn-ności, którą wykonują. Obserwujemy jak radzą sobie z nalewaniem napojów, prze-chodzeniem przez jezdnię. Wzdrygamy się przy każdym ich potknięciu. „Imagine” nie jest bajką o nadzwyczajnych ludziach, którzy mimo kalectwa są genialni. Wręcz przeciwnie, film stanowi dowód na to, że nic nie przychodzi samo, ale trzeba próbować mimo przeciwności, bo tylko wtedy będziemy wolni.

KULTURA

Uwaga! Akcja... Gdy czytam opis filmu „Olimp w ogniu”, mam wrażenie, że to już było. Fabuła opie-ra się na tym samym pomyśle, na podsta-wie którego powstało wiele dobrych filmów akcji. Jest prezydent i były ochroniarz, który kiedyś popełnił błąd i został odesłany ze służby. Oczywiście gdy prezydent znaj-duje się w tarapatach, to właśnie on jest tym, który ratuje go z opresji. Schemat ra-czej znany, ale nie znaczy to, że film nie jest wart uwagi. Reżyser Antoine Fuqua postawił na prostotę. Ostatnio większość filmów akcji była nieco przekombinowana, więc „Olimp w ogniu” ogląda się z przyjem-nością. Dużą w tym zasługę ma obsada, bo, jak wiadomo, do tego typu filmu potrzebny jest bohater będący uosobie-niem męskości. Gerard Butler taki właśnie wydaje się być – szlachetny, sprytny, zdol-ny przetrwać w każdych warunkach. Brzmi trochę jak James Bond? Może, ale mimo pewnej powtarzalności to nadal świetne kino akcji. "Spielberg mocno zaryzykował, decydując się na ekranizację powieści Michaela Crichtona (...)"

KULTURA

Kolejny powrót do przeszłości Można by pomyśleć, że temat II wojny światowej i relacji polsko – żydowskiej został już wyczerpany. „Sekret” jest dowodem na to, że wcale tak nie jest. Film porusza kilka różnych zakazanych tema-tów, reżyser nie próbuje jednak zagłębić się w żaden z nich. Szkoda, ponieważ może właśnie wybranie jakiegoś konkretnego tematu sprawiłoby, że film nabrałby sensu. A tak mamy pana Jana, który prawdopo-dobnie przyczynił się do śmierci Żydów, mamy też jego wnuka, Ksawerego, geja i drag queen. Do tego jego przyjaciółkę, Karolinę, koniecznie próbującą odkryć ro-dzinne sekrety. Jeden wątek miesza się z drugim i niewiele z tego wynika. Z jednej strony film opowiada o tematach tabu i próbie przerwania milczenia, z drugiej nie ma żadnego uzasadnienia dla tego, co ro-bią bohaterowie. "Gdy czytam opis filmu „Olimp w ogniu”, mam wrażenie, że to już było." Pojawiło się kilka tytułów, od których lepiej trzymać się z daleka, ale jest też kilka całkiem ciekawych filmów. Miłośnikom animacji na pewno do gustu przypadną „Krudowie”, natomiast tym, którzy lubią klimaty Meksyku lub historię, spodoba się „Cristiada”. Dla lubiących rozważania o miłości polecam za to „Donomę”. Justyna Książek

SUBIEKTYWNIE SUBIEKTYWNIE

Deep Purple - No What?! To nowa płyta brytyjskiego zespołu, który wpisał się na stałe do kanonu muzyki hard rockowej na świecie. Jest to już dziewię-tnasty krążek, za który odpowiedzialny jest Bob Ezrin, ten sam, który współpracował z Pink Floyd czy Kiss. Nadał on jej nieco bardziej aksamitnego brzmienia. Sama pły-ta może się podobać, zwłaszcza po dwóch singlach, które ją zapowiadały. Mowa tu o “All The Time In The World” oraz “Hell to Pay”. Natomiast ortodoksi gatunku i wierni fani, którzy śledzą poczynania zespołu od 1968 roku, mogą czuć lekki niedosyt. Śmierć Johna Lorda, legendarnego klawi-szowca, tylko pogłębiła smutek i dała znać o sobie na płycie - pewna epoka się już skończyła. 4/5 Servant of Silence - Two Billion Seconds Już sam tytuł krążka zachęca do słuchania go bez końca - wszak to dwa biliony sekund. Muzyka zawarta na tym albumie jest połączeniem geniuszu twórcy i kunsztu wykonawcy. Mnie osobiście bardzo trudno było zmienić ją na jakąkolwiek inną. Formacja Servant of Silence pochodzi z Puław, małej miejscowości w centralnej Polsce. Nikt się nie spodziewał, że z takiego miejsca może wydobywać się taka muzyka. Całość to zaledwie siedem utworów i to najsłabszy punkt płyty - chce się więcej. Pozbawiona jest słów, lekka i nieustająco trzymająca w napięciu, przyciągająca jak magnez. Czapki z głów! 5/5 Michał Fila WOJNA GILDII WCIĄŻ TRWA
Minęło osiem miesięcy od wydania przez NCSoft gry Guild Wars 2, pro-dukcji studia ArenaNet. To odpo-wiedni moment na rozliczenie twór-ców z wad i niewątpliwych zalet przełomowej pozycji na rynku gier MMORPG.
KULTURA

Guild Wars 2 należy do gatunku gier MMORPG, a więc masowej, wieloosobowej rozgrywki, w której wcielamy się w daną rolę. Mówiąc prościej – gracz, wraz ze stworzoną przez siebie postacią, dołącza do wirtualnego świata, w którym kieruje jej działaniami. Spotyka także innych towarzyszy i wraz z nimi kontynuuje swoją historię, walcząc z napotkanymi wrogami (zaprogramowanymi przez twórcę) lub między sobą. Fantastyczny świat Tyrii, a więc konty-nentu, na którym toczy się fabuła, to coś więcej niż tło dla poczynań graczy. To krajobraz nieustannej wojny, bardzo dynamiczny i, co najważniejsze, zmienny. Jeżeli gracze nie wspomogą obrony fortu zaatakowanego przez wroga, zostanie on zniszczony, a sojusznicy zamordowani. By odzyskać lub obronić dany punkt, należy uczestniczyć w tzw. „eventach”, a więc pojawiających się na mapie świata zadaniach, których wykonanie nie jest obligatoryjne, daje nam jednak punkty doświadczenia i inne profity, takie jak np. zdobycie unikatowych przedmiotów. Dynamika otaczającego naszą postać świata daje poczucie ciągłej akcji i utożsamia gracza z poczynaniami jego bohatera. Gracz wybiera swojego bohatera spośród pięciu dostępnych ras – walecznych Ludzi,

KULTURA

groźnych Chaarów, górskiego ludu No-rnów, bliskich naturze Sylvari i małych geniuszów Asura. Ten wybór dotyczy nie tylko wyglądu naszej postaci – to także specyfika miejsca, w którym żyje, i jej historii. Postaci są mocno zintegrowane ze swoim światem – mają indywidualny, charakterystyczny wygląd domowej loka-lizacji i typowy dla siebie sposób bycia. Grając Sylvari, człowiekiem rośliną, w do-mowym drzewie można oddać się chwili zadumy, cybernetyczna kraina Asurów wprowadza w klimat świata nauki i ekspe-rymentów, zaś królestwo Ludzi przywodzi na myśl zabudowę renesansową. Twórcy gry uniezależnili wybór profesji od atutów rasy, kładąc tym samym nacisk na fabułę postaci, a nie obliczanie atutów z tego wynikających. W związku z tym, nieza-leżnie od wyboru rasy postać będzie miała takie same statystyki. Wśród klas do wyboru znajdują się: wojownik, obrońca, elementalista (mag), złodziej, nekromanta, łowca, inżynier i mesmer (iluzjonista). "Guild Wars 2 spotkało się z wielką aprobatą ze strony graczy i producentów." Tyria to ogromny kontynent bardzo zróżnicowany pod względem geograficz-nym. To prawdziwe arcydzieło audiowizu-alne, ze świetną ścieżką dźwiękową, towarzyszącą klimatom śródziemno- morskim, górzystym, pustynnym, a nawet podwodnym. Twórcy, oprócz stworzenia pięknego środowiska gry, udostępnili moż-liwość podróżowania i walki pod wodą, urozmaicając grę nową fauną i florą, a także wodnymi stylami walki. Dzięki temu ekspansja świata (odkrywanie nowych miejsc, pomaganie napotkanym osobom) odbywa się także pod wodą. Równorzędną nowinką, obok walk podwodnych, są kombinacje umiejętności. Przykładowo – strzała, którą wystrzeli łowca, przelatując nad ścianą ognia stworzoną przez inżyniera, płonie i podpala przeciwnika. "Nowością jest także tryb gry WvWvW (świat kontra świat) w którym walka odbywa się pomiędzy trzema serwerami(...)" Twórcy Guild Wars 2 niwelują przepaść pomiędzy grami masowymi a solowymi RPG. W przeciwieństwie do innych produkcji, historia naszej postaci jest niezwykle istotna i klarowna, a co naj-ważniejsze – nieliniowa. W czasie prze-biegu indywidualnej historii każdego bohatera można wybrać jego charakter, cechy związane z daną rasą (np. stan, z jakiego pochodzi człowiek, szkoła, do jakiej należy nasz asura). Im dalej posuwa się przygoda, tym ważniejsze decyzje są

KULTURA

podejmowane, mają także coraz bardziej globalny charakter – wybierana jest organizacja międzyrasowa, do jakiej boha-ter ma przynależeć i metody pokonania głównego wroga – smoka Zhaitana. To, co dla wytrawnych graczy MMORPG jest najistotniejsze, to nowości wprowa-dzone w trybie PvP (gracz kontra gracz). Arenę do tego rodzaju gry odseparowano od świata Tyrii, uniezależniając oba typy rozgrywki. Na arenie każdy z bohaterów dostaje przedmioty o najwyższych statys-tykach, a o wygranej decydują tylko i wyłącznie umiejętności gracza. Oprócz walki między sobą, podczas meczów przejmowane są punkty na mapie, które przechylają szalę przewagi w stronę jednej z drużyn. Niestety, tryb gry PvP posiada niedopracowany system wyszukiwania meczy, przez co gracze niejednokrotnie dołączają od razu do przegranej drużyny lub zostają na mapie sami z zatrważającą przewagą liczebną przeciwników z drugiej strony. Nowością jest także tryb gry WvWvW (świat kontra świat), w którym walka odbywa się pomiędzy trzema serwerami, a co za tym idzie – ogromną grupą graczy (serwer wybierany jest na początku gry i to na nim kontynuowana jest dalsza rozgrywka, bez ingerencji z innych serwerów). Jednoczesną wadą, jak i zaletą gry jest jej koszt. Sklepowa cena 180 zł potrafi odstraszyć potencjalnego klienta. Gra nie wymaga jednak comiesięcznego abona-mentu, jak inne pozycje gatunku, co może okazać się zdecydowanie mniejszym wydatkiem na dłuższy czas. Kolejnym

KULTURA

atutem gry jest to, że wewnętrzne opłaty za gotówkę wprowadzają jedynie kosmetyczne zmiany, np. w wyglą- dzie postaci, nie wpływają za to na staty-styki i nie czynią bohatera silniejszym. "Im dalej posuwa się przygoda, tym ważniejsze decyzje są podejmowane (...)" Guild Wars 2 spotkało się z wielką aprobatą ze strony graczy i producentów. Zarówno serwis internetowy IGN, jak i GameSpot nadały jej ocenę 9/10. Uważam, że to rozsądna opinia, bowiem przy paru mankamentach jest to gra na najwyższym poziomie, stanowiąca niesa-mowitą i różnorodną rozgrywkę dla wymagającego gracza. Daje ona wiele możliwości wyboru preferowanego stylu gry i opowiada autentyczną historię krainy pełnej bólu i triumfu, a także wplatanego co jakiś czas poczucia humoru. Liczę także, że z czasem Guild Wars 2 zdobędzie większe zainteresowanie wśród fanów gatunku MMORPG. Agnieszka Lniak Fot. 1,2,3: JBLivin (CC BY 2.0) Doskonale wiesz, że za tydzień masz ważny sprawdzian, a na jutro musisz przeczytać lekturę. Mimo wszystko znajdujesz jednak mnóstwo innych zajęć, a niemiłe obowiązki zostawiasz na ostatnią chwilę? Czy kiedy faktycznie masz zrobić coś męczącego, wszystko sprzysięga się przeciwko tobie? Prokra-stynacja, czyli odkładanie spraw na później, została niedawno uznana za zaburzenie psychiczne i, niestety, zauważyć można ją u wielu osób.
„SZTUKA” ODKŁADANIA NA PÓŹNIEJ
SPOŁECZEŃSTWO

Co właściwie oznacza obco brzmiące słowo „prokrastynacja” (z łac. procrastinatio – odroczenie, zwłoka)? Według psychologów polega ona na ciągłym odwlekaniu czyn-ności, na których powinno się skupić w danej chwili. Zamiast tego wykonuje się inne, bardziej przyjemne i mniej kłopotliwe zajęcia. Profesor psychologii Clary Lay uważa, że prokrastynacja ma miejsce, gdy między zamierzonym a faktycznym czasem wykonania pracy pojawia się wyraźna luka. Bardzo często prokrastynatorzy chętnie pomagają innym w wykonywaniu ich zajęć, żeby tylko odłożyć swoje na później. Psychologiczny opis zdaje się pokrywać z opiniami osób, z którymi rozmawiałam na ten temat. W piątkowe popołudnie zalogowałam się na Facebooku. Na liście dostępnych osób było sporo znajomych. Zresztą, co się dziwić, był piątek i każdy chciał odpocząć od zajęć. Po chwili odczytałam wiadomość

SPOŁECZEŃSTWO

od koleżanki z gimnazjum: „Pomożesz mi z matematyki? Mam do poprawy spraw-dzian z algebry, a nic nie umiem”. Zapyta-łam koleżankę, kiedy poprawia sprawdzian. Okazało się, że za trzy dni, choć o słabym wyniku wiedziała od dwóch tygodni. Odkładanie nauki na ostatnią chwilę wytłumaczyła mi krótko: „Na dworze jest ciepło, więc nie chce mi się uczyć. Poza tym jest tyle innych, ciekawszych zajęć”. Ile osób myśli podobnie? Pewnie wiele mając do wyboru spacer na świeżym powietrzu lub zakuwanie na sprawdzian wybierze to pierwsze. Do innych przyjem-ności należą: oglądanie seriali, wycho-dzenie z psem na spacer, dzwonienie do koleżanek, surfowanie po Internecie, spędzanie czasu ze znajomymi lub po prostu spanie. Czas – przyjaciel czy wróg? W wielu przypadkach to… nadmiar czasu działa na niekorzyść. Wydawałoby się, że jeśli test jest np. za dwa tygodnie, to jest sporo dni na naukę i wszystko można sobie spokojnie rozplanować. Jednak często wszystko kończy się w myśl zasad, które przytoczyli mi zapytani koledzy: „Moja motywacja jest w stosunku odwrotnie pro-porcjonalnym do terminu wykonania jakie-goś zlecenia. Z polskiego na nasze, im mniej czasu do czegoś, tym motywacja większa i chęci lepsze” – mówi Krzysiek, student filologii polskiej. „Kiedyś przeczy-tałem, że im człowiek bardziej inteligentny, tym bardziej będzie odkładał wszystko na później - od tamtej pory stosuję tę zasadę codziennie” – to opinia Michała, tegorocz-nego maturzysty. Zapytałam także znajo-mych (głównie studentów), dlaczego tak

SPOŁECZEŃSTWO

często odkładają wykonanie pewnych czyn-ności na później, a potem towarzyszy im stres. W większości odpowiedzi się po-krywały: „Nie chce mi się”, „Zawsze robię wszystko na ostatnią chwilę”, „Co masz zrobić dzisiaj, zrób jutro”, „Wiosną nie mam motywacji”. Można zatem stwierdzić, że często to wewnętrzne lenistwo jest przyczyną, a ostatecznie obowiązki nawar-stwiają się. W wielu przypadkach można by go uniknąć, konieczne jest tylko efektywne zarządzanie czasem. W tym miejscu sprawdzą się rozpiski planowanych na dany dzień zajęć. Czasami lepiej podzielić sobie obowiązki na mniejsze cząstki i wyna-gradzać się za ich wykonanie. Każdy dzień powinien być zaplanowany w 60%, a pozo-stałe 40% to np. niespodziewane wizyty znajomych, konieczność wyjścia gdzieś itp. To tak zwana metoda 60/40 często przywoływana podczas szkoleń dotyczą-cych zarządzania czasem, ale można też o niej poczytać w Internecie (http://www. czas.net.pl/regula-40-prawoparkinsona/). "Bardzo często prokrastynatorzy chętnie pomagają innym w wykonywaniu ich zajęć, żeby tylko odłożyć swoje na później." Rozpisywanie obowiązków w grafiku sto-suje np. Krzysiek, student filologii polskiej, i bardzo ją poleca: „Najlepszym, co może człowiek osiągnąć, planując cokolwiek, jest zapisywanie sobie poszczególnych czyn-ności. Przez trzy miesiące udało mi się żyć według grafiku i muszę przyznać, że był to niesamowity czas. Wszystko, co miałem do zrobienia, było zrobione i zostawało mi jeszcze mnóstwo czasu dla siebie”. Niektó-rzy wykorzystują także weekendy, aby przygotować wszystko to, co mają zadane na nowy tydzień. Później mogą spokojnie spędzić popołudnie i zmęczeni po szkole obejrzeć ulubiony serial czy po prostu poleżeć. Brak motywacji? Dlaczego młodym osobom w wieku 15-25 lat tak często brakuje motywacji? Odpo-wiedzi są różne: „Nie mam ani grama motywacji, kiedy mam jeszcze 3-4 dni do testu/kolokwium/egzaminu. A jak już za-cznę się uczyć, demotywuje mnie ilość materiału” – twierdzi Agata, studentka ostatniego roku kształtowania środowiska przyrodniczego. „Mam wiele obowiązków i często jestem zabiegana, co nie prze-szkadza mi być strasznym leniem. Są priorytety, z których, choćby się paliło i waliło, zawsze się wywiązuję, jednak jeżeli chodzi o np. naukę do szkoły, jest już problem. Zawsze obiecuję sobie, że do następnego sprawdzianu z matmy będę się uczyć. Chciałabym być bardziej systema-tyczna, ale zazwyczaj kończy się to tylko

SPOŁECZEŃSTWO

na ambitnych planach i często zarywam noce, by zdążyć na czas” – to opinia Pauliny, licealistki. Z kolei wiele osób demotywują np. „ciągłe rozmowy rówieś-ników o postępie nauki, ewentualnie ciągłe przypominanie o danym egzaminie przez nauczycieli i wmawianie, jak to bardzo dużo czasu oraz pracy trzeba włożyć w naukę danego materiału”. Stres pod kontrolą Jeśli jednak zdarzy się odłożyć coś na ostatnią chwilę, trzeba umieć poradzić sobie ze stresem, który na pewno będzie wtedy towarzyszył i może, niestety, sparali-żować. Oprócz pozytywnego myślenia, należy także pamiętać, że nawyki żywienio-we, a przede wszystkim urozmaicana dieta, mogą dobrze wpłynąć na organizm i zmo-tywować mózg do większej aktywności. Do „smakowitych motywatorów” należą mię-dzy innymi banany czy suszone morele, które zawierają dużo potasu i dobrze wpły-wają na układ nerwowy. Niezastąpiona jest także gorzka czekolada, która dostarcza dużo magnezu i bardzo efektywnie pomaga redukować stres. Zamiast obiecywać sobie, że zacznie się coś od jutra, warto przeczytać zasadę „Co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj”. Czy nie motywuje to do tego, by teraz wykonać mniej przyjemne obowiązki, a kolejnego dnia wstać z ra-dością i leżeć do góry brzuchem? Karolina Przybylska Fot. 1: stevecoutts (CC BY 2.0) Fot. 2: Roksana Grzmil Fot. 3: CollegeDegrees360 (CC BY 2.0)







Jacek Cohen był synem polskiego emigranta, który zajmował się sprzedażą żywności na targach w londyńskim East Endzie. W 1924 roku kupił duży ładunek herbaty od firmy T.E. Stockwell i oznaczył opakowanie, używając trzech pierwszych liter nazwy dostawcy i dwóch rozpoczynających swoje nazwisko. Od tego momentu jego sklep występował pod nazwą TESCO, a obecnie jest największą brytyjską siecią hipermarketów. Imigranci – szkodzą czy są integralną częścią społeczeństwa?
EUROPEJSKI SEN
SPOŁECZEŃSTWO

Imigracja jest problemem, z którym w Europie trudno sobie poradzić. Lecz jeśli sięgniemy do przeszłości, okaże się, że wtedy było wiadomo, jak wykorzystać to zjawisko. Hiszpania i Niemcy przeżyły cud gospodarczy dzięki temu, że otworzyły się na imigrantów. W przypadku naszych sąsiadów byli to Turcy, którzy stanowią obecnie 4% niemieckiej populacji. Dzięki porozumieniu podpisanym w 1961 roku z Turcją, Niemcy (wtedy jeszcze ubogie po wojnie RFN) nieprawdopodobnie wzboga-ciły się gospodarczo i są teraz jednym z najbardziej rozwiniętych krajów na świecie. „Dla dobrobytu Niemiec i samych Niemców zrobiliście więcej niż wszyscy pracownicy Bundesbanku razem wzięci” - pisze dziennikarz rno Widmann z lewicowolibe-ralnego dziennika „ „Berliner Zeitung”. Mimo tego turecka diaspora jest powodem wielu kontrowersji. Izolują się, ale z drugiej

SPOŁECZEŃSTWO

strony państwo niemieckie nie robi nicze-go, by zintegrować ich z resztą społeczeń-stwa. W sprzyjającej sytuacji znajdują się imi-granci w Hiszpanii, która przyjmuje ich do siebie nieprzerwanie od dwudziestu lat. Łatwo im tu znaleźć pracę w sektorze rolnym, a obecność cudzoziemców jest dla kraju nadal pożądana. Rząd nawet ogłosił amnestię dla nielegalnych imigrantów, mimo tego, że rok wcześniej aresztowano trzech Marokańczyków i dwóch Hindusów za przeprowadzenie ataków terrorystycz-nych w Madrycie. Kraj obecnie znajduje się na liście najlepszych miejsc dla imigrantów, zredagowanej przez magazyn „Foreign Policy”, który wśród krajów całego świata wyłonił te, gdzie imigrantom żyje się najlepiej, które dają im najwięcej praw, pracy i swobody. "Żyć razem: Pogodzić różnorodność z wolnością w Europie XXI wieku." Wyżej od Hiszpanii, bo już na pierwszym miejscu wspomnianego wcześniej rankin-gu, stoi Irlandia. Szmaragdowa wyspa ma wiele do zaoferowania w sferze gospodar-czej i politycznej: pozwala osobom nieposiadającym irlandzkiego obywatelstwa na głosowanie, pracę w policji i w urzędach państwowych. Atutem Irlandii jest brak nacjonalistycznych partii o radykalnych poglądach, co pozwoliło w 2007 roku na wybranie Rotimi Adebari – Nigeryjczyka na pierwszego czarnego burmistrza w Irlandii w mieście Portaloise. "Ponad 6% mieszkańców państw Unii to imigranci spoza niej (...)" Lecz nie wszyscy imigranci mogą mieć takie życie, jakiego się spodziewali, wyjeżdżając ze swojego kraju. Włoska wyspa Lampedusa jest bramą do Europy dla emigrantów z Afryki Północnej. Co trzy miesiące przybywa około setki ludzi gnieżdżących się w małym pontonie. Wielu z nich ginie w morzu, inni są wygłodzeni i wycieńczeni. W największej fali emigran-tów, między marcem a kwietniem 2011 roku, na wyspę przybyło sześć i pół tysiąca uciekinierów w poszukiwaniu nadziei na lepsze życie. Przekroczyli nawet liczbę mieszkańców wyspy i przez blisko dwa tygodnie Afrykańczycy musieli żyć w nieludzkich warunkach, spać na karto-nach w opuszczonych budynkach, bez środków do życia. Zlitowała się nad nimi miejscowa ludność, która starała się im pomóc, przynosząc koce i jedzenie, podczas gdy ówczesny premier – Silvio Berlusconi, bezskutecznie starał się porozu-mieć z władzami państw Afryki Północnej o odesłanie imigrantów z powrotem. Udało

SPOŁECZEŃSTWO "Nie można wymagać od imigranta, by rezygnował ze swojej tożsamości, religii czy kultury, byleby przestrzegał prawa."

im się wywieźć część uciekinierów, tym samym niszcząc ich nadzieję na dogodne życie w Europie. Jedynie kilku uciekło w głąb starego kontynentu. Często jednak słychać o nowych przypływach imigrantów na wyspę, których wiele razy musiała ratować straż przybrzeżna. Pomoc dostają w specjalnych ośrodkach, których w Lam-pedusie jest jednak coraz mniej. Europa jawi się Afrykańczykom jako mała Ameryka, a Italia jako droga do raju, jednak zazwyczaj wszystko kończy się tak samo, jak amerykański sen dla Meksyka-nów. Marzenia o godnym i dostatnim życiu motywują ich do wyjazdu, ale zmuszeni są potem do bycia przestępcami. Rzadko udaje im się dostać obywatelstwo i żyją z nielegalnej sprzedaży fałszywych jeansów Dolce&Gabbana i torebek Prady za pół ceny, które rozkładają na wielkich kocach na ulicy. Kiedy policja będzie się zbliżać, można to szybko posprzątać i uciec. Według prof. Danuty Hübner, byłej szefo-wej Komitetu Integracji Europejskiej, „Europa z jednej strony oczekuje od imi-grantów, by dostosowali się do europej-skich wzorców kulturowych, z drugiej często pozostawia ich na marginesie, przez co tworzą się zamknięte grupy, które w następstwie są niekiedy dyskrymino-wane”. Zamkniętych imigranckich enklaw może powstać coraz więcej, gdyż jako ośrodek krajów rozwiniętych Europa masowo przyciąga emigrantów. Ponad 6% miesz-kańców państw Unii to imigranci spoza

SPOŁECZEŃSTWO

niej, zaś tych przemieszczających się w jej granicach jest o połowę mniej. Migracji jednak nie sposób zatrzymać, gdyż, tak jak zauważa Zygmunt Bauman, polski socjolog, „z jednej strony bowiem produktem ubocznym trwającej moderni-zacji i rozwoju gospodarczego są „ludzie zbędni”, którzy w poszukiwaniu szans na lepsze życie emigrują poza granice swych państw, a z drugiej - interesy gospodarcze nie pozwolą na zamknięcie granic”. Dodaje także, że europejska polityka nie radzi sobie z imigracją. "(...) napływ nowych kultur może przyczynić się do wzrostu kreatywności na kontynencie." Z propozycją na poprawę tego skompli-kowanego problemu wyszli politycy i dyplomaci z całej Europy, pod przewodnictwem Joschki Fishera – byłego niemieckiego ministra spraw zagranicz-nych. Podczas debaty organizowanej przez Radę Europy zredagowali raport „Żyć razem: Pogodzić różnorodność z wolnością w Europie XXI wieku”. Podkreślają w nim, że „bez imigracji liczba zawodowo czynnej ludności zmaleje za pięćdziesiąt lat o sto milionów, podczas gdy całkowita liczba jego mieszkańców rośnie i starzeje się”, Europa powinna więc otworzyć się na różnorodność, a napływ nowych kultur może przyczynić się do wzrostu krea-tywności na kontynencie. Nie można wymagać od imigranta, by rezygnował ze swojej tożsamości, religii czy kultury, byleby przestrzegał prawa. Uczestnicy debaty namawiają, szczególnie polityków, aby zwracali na to większą uwagę i przypominali o tym społeczeństwu. Obecny prezydent Francji, Francois Hollande, jest zwolennikiem przyznania imigrantom pełnych praw wyborczych na szczeblu lokalnym, co miałoby sprzyjać właśnie integracji i zwiększeniu ich aktywności społecznej. David Cameron, brytyjski premier, chce zwiększyć poprawę dostępności kursów językowych dla imigrantów mieszkających w Wielkiej Brytanii. Unia więc stara się bardziej integrować imigrantów z resztą społeczeństwa, lecz chce także ograniczyć ich przypływ, szczególnie jeśli jest on nielegalny. Europa już kilka wieków temu zaczęła podbój świata, więc teraz świat podbija Europę. Adelaide Di Maggio Fot. 1: dustpuppy(CC BY - SA2.0) Fot. 2: EdinburghGreens (CC BY 2.0) PRZEZ ŚWIAT

SPOŁECZEŃSTWO

Ich marzeniem jest przejechać przez świat na rowerze. Tyscy licealiści – Marcin Mucha i Tomasz Piechociński – od paru lat zwiedzają świat, jeżdżąc na rowerach. W ubiegłym roku w pierwszym etapie wyprawy „Rowe-rem przez Świat” przejechali zacho-dnią i północną Polskę, teraz planują zdobyć Europę Zachodnią i część Af-ryki. O poprzedniej wyprawie i przy-gotowaniach do następnej opowiada jeden z nich. Agnieszka Kracla: Jak idą przygoto-wania? Marcin Mucha: Bywa różnie, ale powoli zbliżamy się do końca przygotowań. Teraz zbieramy fundusze – do tej pory, dzięki portalowi polakpotrafi.pl, zebraliśmy już około tysiąca złotych. Resztę pokryjemy z własnej kieszeni. Zależy nam też na znalezieniu sponsora, jednak jeśli nam się nie uda, poradzimy sobie sami. Tak naprawdę do zorganizowania takiej wypra-wy potrzebne są tylko czas i chęci. Nie trzeba mieć jakichś specjalnych umieję-tności. Wszystko da się dostosować do swoich możliwości – każdego dnia można pokonywać ponad 100 km, ale także 50, co jest w stanie zrobić każdy. To nawet nie jest sport. Nie trzeba trenować, wystarczy po prostu raz na jakiś czas dla przyjemności wsiąść na rower. Ile kosztuje was ta wyprawa? To zależy od tego, ile uda nam się zebrać pieniędzy. W opcji „bogatej” na jedzenie wydamy 10 euro dziennie, a w opcji „skromnej” – 5. Wychodzi z tego, że przez 60 dni wydamy 300-600 euro. Do tego ok. 130 euro potrzebujemy na powrót. Razem wyprawa będzie kosztować ok. 700-800 euro, czyli ok. 2-3 tysiące złotych na głowę. Jak narodziła się twoja rowerowa pasja? Któregoś dnia w 2010 roku pojechałem z kolegami do Ustronia. To było dla nas nie lada osiągnięcie, bo przejechaliśmy w ciągu

SPOŁECZEŃSTWO

jednego dnia 90 km. Byliśmy z siebie dumni. W następnym roku zorganizowa-liśmy też inne wyprawy, m.in. do Kra-kowa. W 2012 roku byliśmy na finałach Euro w Poznaniu, później także nad polskim morzem. I tak to się dalej rozwija. Być może za kilka lat, kiedy skończę studia lub wezmę urlop dziekański, wybiorę się w podróż dookoła świata. "Nie robimy niczego na siłę, ale dla przyjemności." Jak znajomi reagują na wasze wyprawy? Nie do końca wierzyli, kiedy mówiłem, że pojadę nad morze. Na początku mówili: „Aaa, gdzie tam, na rowerze dłużej niż jeden dzień nie da się jechać. Gdzie spać, rzeczy wozić?”. Sądzili, że niemożliwe jest przejechanie tej trasy w ciągu jednego dnia. Ostatnio mój kolega uznał, że jeśli postanowię sobie, że gdzieś wyjadę, to – bez względu na wszystko – zrobię to. I miał rację. Dlaczego jeździcie we dwójkę? Bo nie było innych chętnych (śmiech). Poznaliśmy się w szkole, chodziliśmy do jednej klasy w podstawówce. Potem nie mieliśmy ze sobą kontaktu i kiedyś Tomasz zobaczył na „Naszej Klasie” zdjęcia z mojej wyprawy. Wtedy dopiero zaczynałem

SPOŁECZEŃSTWO

jeździć. Spodobało mu się to, więc razem pojechaliśmy raz, potem drugi i tak już zostało. Nie macie czasem siebie dosyć? Bywa różnie. Zdarzają się nam czasami jakieś sprzeczki, ale kiedy jesteśmy w trasie, nerwy szybko mijają. Mieliście jakieś przygody podczas poprzedniej wyprawy? Było ich kilka. Któregoś razu pod Zieloną Górą wjechał we mnie samochód i w dość efektowny sposób wylądowałem w rowie. Z kierowcą nie było żadnych problemów. Sam lubił jeździć na rowerze, więc szybko dogadaliśmy się co do kosztów. Potem, gdy dojechaliśmy do Zielonej Góry w poszukiwaniu sklepu rowerowego, w serwisie naprawiono mi rower za darmo – tak po prostu, żebyśmy mieli jakieś miłe wspomnienia z tym miastem, a nie tylko mój wypadek. Myślę, że na następnej wyprawie mogą nas spotkać kolejne przygody. W poprzedniej wyprawie omijaliście hotele. Zamierzacie to samo zrobić tym razem? Gdybyśmy chcieli nocować w hotelach, to pieniądze musielibyśmy zbierać chyba jeszcze 3 lata. Planujemy sypiać „na dziko”, u gospodarza. W zeszłym roku pytaliśmy się, czy możemy rozbić namiot na jedną noc. Zazwyczaj ludzie się zgadzali, nie zdarzyło się nam, że musie-liśmy pytać więcej niż dwa razy. Kiedy ktoś nie mógł nas przyjąć, to mówił, że mamy spróbować u sąsiada, bo ma dużą łąkę. I wtedy rzeczywiście sąsiad brał nas do siebie. Nie spodziewaliśmy się tego. Myśleliśmy, że szukanie noclegu będzie najtrudniejszą częścią wyprawy, ale oka-zało się najłatwiejszą. Ludzie zapraszali nas do siebie, pytali dokąd jedziemy. Byli zdziwieni, kiedy odpowiadaliśmy, że jedzie-my ze Śląska – mówili, że nie dojechaliby tam nawet samochodem. "(...) jeśli postanowię sobie, że gdzieś wyjadę, to – bez względu na wszystko – zrobię to." Myślicie, że wyjazd może się nie udać? Wielu ludzi sądzi, że na pewno nie dojedziemy, że zawrócimy na pierwszej przełęczy w Alpach. Chyba nie ma możli-wości, żeby się nie udało. Co najwyżej możemy trochę zmienić plan – nie musimy dojeżdżać na Gibraltar i do Lizbony, tylko zakończyć wyprawę w Barcelonie. Czas pokaże. Nie robimy niczego na siłę, ale dla przyjemności. To w końcu mają być nasze wakacje, a nie kurs przetrwania. Trasę wyznaczamy przed wyprawą, jednak modyfikujemy ją w trakcie. W ubiegłym

SPOŁECZEŃSTWO

roku zmieniliśmy prawie połowę trasy. Wstawaliśmy rano, wsiadaliśmy na rower i jechaliśmy, nie wiedząc dokąd dojedziemy tego dnia. W tym roku także zaplanowa-liśmy główne punkty trasy, ale myślę, że będzie trochę tego spontanu. Będzie trzeci etap? Pomysł trzeciej wyprawy pojawił się chyba równolegle z planami drugiej. Tomek chciał bardziej kierować się w stronę Portugalii, Hiszpanii, a mnie ciągnęło na Bałkany i Wschód. Stwierdziliśmy, że wyprawa na Zachód jest łatwiejsza, więc to ją wybra-liśmy. Jeśli chodzi o kolejną, jeszcze niczego nie organizujemy, być może w przyszłym roku. To wszystko zależy od sytuacji życiowej, studiów, czasu i też, nie ukrywajmy, finansów. A jak twoi rodzice reagują na te wypady rowerowe? Różnie. Nie bardzo im się one podobają. Woleliby, żebym został w domu i uczył się, a nie jeździł po świecie. Ty wolisz to drugie? Zdecydowanie, choć jedno nie wyklucza drugiego. Na studia też się wybieram. Na rowerze? Czasami może i tak, kiedy trzeba będzie dojechać do Gliwic. Rozmawiała Agnieszka Kracla COŚ Z NICZEGO
Dawniej był koniecznością, później stał się pretekstem do wspólnego spędzania czasu, dzisiaj jest rzemio-słem artystycznym. Mowa o patch-worku, czyli łączeniu w całość kawał-ków tkanin (patch - z ang. łata, work - z ang. praca).
NAUKA

Przyjmuje się, że patchwork ma już ponad 5000 lat. Pierwsze jego ślady odnaleziono w egipskich piramidach oraz w początkach kultury chińskiej i japońskiej. Jego pier-wotnym przeznaczeniem była po prostu ochrona przed warunkami atmosferycz-nymi. Podobno w średniowieczu japońscy żołnierze zakładali pod pancerz specjalne patchworkowe uniformy, które miały zapobiec wyziębieniu ich ciał. W Europie technika ta pojawiła się w XI wieku w Anglii. Zimne pory roku i panująca bieda sprawiły, że kobiety zaczęły wykonywać kołdry, poduszki i narzuty z różnych skrawków materiałów. Okazało się, że można tworzyć solidne rzeczy, zszywając ze sobą resztki starych lub zniszczonych ubrań i tkanin. Po jakimś czasie patchworki zaczęto upię-kszać, by miały również walory estetyczne. Kobiety zbierały się, by pracować razem. Każda mogła szyć swój kawałek, później wystarczało tylko je połączyć. Powstały ty-siące wzorów. Te najpopularniejsze i naj-prostsze były wykonane z geometrycznych elementów – kwadratów, trójkątów, pięcio-kątów, sześciokątów i pasów. Używano wielu zestawień kolorystycznych, często też takich, które na pierwszy rzut oka nie pasowały do siebie. W Ameryce z patchworkiem związany był pewien obyczaj. Według tradycji narze-

NAUKA "Dzisiaj patchwork przeżywa swój renesans (...) można zauważyć, że modne jest łączenie różnych kolorów i deseni."

czona powinna mieć w swojej ślubnej wy-prawce „piekarski tuzin”, czyli trzynaście patchworków. Dwanaście z nich wykony-wała sama, trzynasty był zszywany wspól-nymi siłami na specjalnie wydanym przy-jęciu, podczas którego oficjalnie ogłaszano zaręczyny. Dodatkowo żadna z części koł-dry nie mogła się powtarzać. Dawniej patchwork wykonywany był rę-cznie, teraz coraz częściej wykonuje się go przy użyciu maszyny do szycia. Każdy patchwork składa się z kilku warstw. Warstwy górnej - tej dekoracyjnej, złożonej z małych fragmentów tworzących wzór i wypełnienia - jakiegoś rodzaju wkładu, który miałby właściwości ocieplające. Naj-częściej jest to watolina. Warstwy dolnej – gładkiej tkaniny nadającej całości trwałość. Wszystkie te warstwy połączone są ze sobą za pomocą pikowania, które wzmacnia i uwypukla wzór. Dzisiaj patchwork przeżywa swój renesans. W sklepach czy na portalach internetowych można zauważyć, że modne jest łączenie różnych kolorów i deseni. Osoby bardziej kreatywne próbują w zaciszu swojego domu samemu łączyć tkaniny i tworzyć oryginalne i niepowtarzalne rzeczy. Tech-nika ta jest dobrym sposobem na wyra-żenie siebie i ożywienie ponurego mieszka-nia czy stroju. Justyna Książek Fot.1,2: {studiobeerhorst}bbmarie (CC BY.2.0) Adam Dźwigała jest niespełna osiemnastoletnim środkowym obrońcą, który zaczął regularnie grać w pierwszym zespole Jagiellonii Białystok, wychodząc w pierwszej jedenastce tego zespołu także w ważnych meczach. Niedawno zrobiło się o nim głośno, gdy zdobył bramkę na 2:0 w meczu z Górnikiem Zabrze, a następnie w tym samym meczu uratował swoją drużynę przed stratą gola, wybijając piłkę z linii bramkowej.
ADAM DŹWIGAŁA – MŁODY GNIEWNY
SPORT

Mateusz Cacko: Ostatnio jest o tobie bardzo głośno. Jesteś najmłodszym strzelcem gola w dotychczasowej historii „Jagi”, zostałeś też wybrany zawodnikiem meczu z Górnikiem Zab-rze. Jak się z tym czujesz? "Od zawsze chciałem grać w piłkę na najwyższym poziomie, a teraz mam taką możliwość." Adam Dźwigała: Oczywiście jest to dla mnie ogromne wyróżnienie. Od zawsze chciałem grać w piłkę na najwyższym poziomie, a teraz mam taką możliwość. Dopiero ogrywam się z tymi najlepszymi, więc nie są to jeszcze fajerwerki, ale coraz pewniej czuję się na boisku i coraz śmielej walczę ze swoimi starszymi kolegami po

SPORT

fachu. Gra od pierwszego gwizdka to uczu-cie nie do opisania, to po prostu trzeba przeżyć na własnej skórze. MC: A jak to jest grać przeciwko tym starszym kolegom po fachu - piłka-rzom, których kiedyś na co dzień oglądało się w telewizji, którzy byli i są idolami? AD: Na początku czuje się ogromny re-spekt, zdecydowanie! Jednak im mecz trwa dłużej, tym łatwiej jest grać przeciwko takim zawodnikom. Ucieka stres i nie pa-trzy się na nazwiska tych piłkarzy, ich wiek czy osiągnięcia, tylko po prostu gra się w piłkę najlepiej, jak tylko się potrafi. Nie interesują cię wtedy inni, liczysz się tylko ty, twoja ekipa, jej dobro i oczywiście trzy punkty. "Chcę pracować jeszcze ciężej, by w przyszłości zagrać w pierwszej reprezentacji." MC: Wiele osób mówi, że miejsce w szerokiej kadrze zawdzięczasz swojemu ojcu, obecnie drugiemu tre-nerowi Jagiellonii, Darkowi Dźwigale. AD: Może powiem trochę nieskromnie, ale uważam, że ostatnimi występami udowo-dniłem w szczególności naszemu sztabowi szkoleniowemu, że zasługuję na szansę

SPORT

gry. Jestem jeszcze mało doświadczony i wiele nauki przede mną, ale coraz lepiej czuję się na boiskach najwyższej klasy rozgrywkowej. "Chcę udowodnić, że nie potrzebuję pomocy ze strony ojca, jeśli chodzi o jego nazwisko i znajomości." MC: Niedawno mogliśmy zobaczyć cię również w sparingu młodzieżowej re-prezentacji Polski do lat osiemnastu przeciwko młodzieżówce z Ukrainy, wygranym 6:0. Jak ocenisz ten mecz? AD: Na pewno poszło nam troszkę lepiej niż naszej dorosłej reprezentacji (śmiech). No cóż… To był mój kolejny mecz w młodzieżówce i uważam, że wyszedł mi całkiem nieźle, co pokazuje wynik, bo przecież żadnej bramki nie straciliśmy. Jednak nie jest to szczyt moich marzeń i nie zamierzam spocząć na laurach. Chcę pracować jeszcze ciężej, by w przyszłości zagrać w pierwszej reprezentacji. MC: A co myślisz na temat innych piłkarzy występujących w młodzie-żówce czy młodych graczach coraz poważniej kopiących w Ekstraklasie? Jak widać stara gwardia powoli odchodzi i to wy kiedyś ich zastąpicie.

SPORT "(...) im mecz trwa dłużej, tym łatwiej jest grać przeciwko takim zawodnikom."

AD: Nasz mecz z Ukrainą pokazał, że jesteśmy na dobrej drodze do dorosłej kadry, bo zwycięstwo aż 6:0 nie bierze się z niczego. Brakuje nam jeszcze doświad-czenia, które jednak nabywamy, grając regularnie w Ekstraklasie czy w kadrze. Przede mną długa droga, by dorównać takim zawodnikom jak Wasilewski czy Glik, dlatego nie wybiegam aż tak daleko w przyszłość. Po prostu robię swoje, żeby kiedyś zająć ich miejsce. Co do innych młodych zawodników, to półfinał osiąg-nięty przez nich na zeszłorocznych Mistrzo-stwach Europy do lat siedemnastu poka-zuje na jakim są etapie i że potrafią udźwignąć presję. To jest przyszłość polskiej piłki. MC: Co z twoją przyszłością? Jakie masz plany i kolejne marzenia do spełnienia? AD: Chciałbym jeszcze bardziej rozwinąć się piłkarsko, nabrać doświadczenia. Chcę udowodnić, że nie potrzebuję żadnej pomocy ze strony ojca, jeśli chodzi o jego nazwisko i znajomości. Co będzie dalej? Czas pokaże! Mateusz Cacko Fot. 1, 2: wikimedia commons Fot. 3: Gui Seiz (CC BY -SA 2.0 Fot. 4: Rubber Dragon (CC BY - SA 2.0)

OKIEM WIDGETA