Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury strona 6 sztuczna brodka strona 7 czerwony stateczek strona 10 z pianinem mu do twarzy strona 15 subiektywnie strona 20 oczami antropologa strona 21 kultura ważniejsza od kalorii strona 24 chory czy mityczny potwór? strona 28 wiwat Vive! strona 32 umarł król, niech żyje król! strona 36 NIE SAMYM CHLEBEM CZŁOWIEK ŻYJE

Outro Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl ISSN: 2299 - 5242 Redaktor naczelny: Paulina Zguda Zastępca: Marek Suska Sekretarz redakcji: Magdalena Wąwoźna Zastępca sekretarza: Michał Fila Koordynator: Monika Toppich Redaktor prowadzący: Agata Andrzejak Korekta wydania: Kamil Morawiec Fotoedycja wydania: Sabina Szweda Projekt okładki: Patryk Skoczylas Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Karolina Przybylska (społeczeństwo), Maciej Dziubiński (sport), Nina Bezpałko (korekta), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy). Korekta: Agata Andrzejak, Nina Bezpałko, Justyna Dubaj, Agnieszka Dydacka, Dominika Głowacka, Maria Gołaszewska, Kinga Gintowt, Agata Hajduk, Patryk Łowicki, Kamil Morawiec, Adrianna Szczodrowska, Monika Węgrzyn, Wojciech Żywolt Graficy: Adam Białek, Patryk Skoczylas, Jarosław Stępień Zdjęcia na okładce: lightbox (CC BY - SA 2.0)

Lato za pasem, a w życiu kulturalnym się dzieje i to całkiem sporo. W tym numerze kilka relacji z koncertów (w tym okładkowa z występu słynnego Hugh Lauriego w War-szawie), większość członków redakcji po-woli rozgląda się za festiwalami, które chce odwiedzić w przeciągu najbliższych miesięcy, a inni głowią się nad tym, jak być w trzech miejscach na raz, by dać radę fizycznie i psychicznie sprostać własnym planom. Nie macie jeszcze żadnych pomysłów na to, jak spędzić wakacje? Polecamy kilka bardzo ciekawych wydarzeń, nad którymi objęliśmy patronat. I tak można marzyć o tym, dokąd się po-jedzie, co przeczyta i zobaczy, gdy w końcu znajdzie się chwila wolnego czasu (bo ofert jest bez liku), jednocześnie doceniając to, że żyjemy w warunkach, w których taki bliski kontakt z kulturą, rozrywką jest powszechny. A co z miejscami, gdzie panuje głód? Czy wbrew stereotypowym wyobrażeniom o Afryce czy Ameryce Połu-dniowej ludzie są tam równie spragnieni sztuki jak i chleba? Może wbrew pozorom człowiekowi do szczęścia nie wystarczy tylko pełny żołądek? Paulina Sprostowanie: autorką zdjęć z I Studen-ckiej Konferencji Biologii Medycznej "Bio-fuzje" opublikowanych w poprzednim nu-merze Outro jest Barbara Świerczek. Autorkę serdecznie przepraszamy za brak odpowiedniego podpisu.







W dniach 7 – 8 czerwca jak co roku odbyły się „Dni Żywca” – impreza, która ma uświetnić wydarzenia związane z miastem, regionem i jego historią. W tym roku pojawiły się zespoły, które swoją przygodę z muzyką zaczynały właśnie tutaj – Hilium, Justyna Janik i „gwiazda” wieczoru - Monika Brodka.
SZTUCZNA BRODKA
KULTURA

Pierwsi na scenie pojawili się chłopaki z Hilium, a swoim występem zdecydowanie uświetnili ten koncert. Nie zabrakło oczy-wiście dużej ilości pozytywnej energii oraz świetnego przekazu. Rockowy pazur i wra-żliwość muzyczna były widoczne w każdym utworze, a serca publiczności skradły dwa kawałki – „Kłamca” i „Błazen w koronie”. Występ Justyny Janik i jej zespołu można pominąć ze względu na ich repertuar, gdyż były w to 99% covery znanych i lubianych kompozytorów, pojawił się nawet jeden autorski utwór, aczkolwiek przeszedł bez echa. "(...) najbardziej prymitywny utwór okazał się najlepszym podczas całego występu."

KULTURA

Z kolei o Monice Brodce można powiedzieć jedno – albo się ją kocha, albo nienawidzi. Ja z pewnością należę do tej drugiej grupy i jak się później okazało, było więcej takich uczestników. Być może zostanę za to zlinczowany, ale jej granie wiele z muzyką nie ma wspólnego. Sztuczne, pełne obec-ności syntezatorów, efektów wokalnnych wydarzenie w połączeniu z obecnością muzyków, którzy byli chyba tylko po to, by być – ich gra była cały czas zagłuszana przez instrumenty elektroniczne i genera-tory brzmień. Na scenie pojawiła się z pół-godzinnym opóźnieniem, co jednak nie przeszkodziło jej w daniu mocnego wido-wiska. Mocnego pod względem ilości dźwięków i bombardowania uszu zgroma-dzonych. Publiczność przyjęła ją ciepło, zapewne ze względu na fakt, że wycho-wywała się w miejscowości obok Żywca. "(...) o Monice Brodce można powiedzieć jedno – albo się ją kocha, albo nienawidzi." Sam występ składał się głównie z utworów, które zostały opublikowane na płycie „Gra-nda”, gdyż obejmował trasę pod szyldem „Granda Tour”. Nie mogło oczywiście zabraknąć największych przebojów, jak tytułowa „Granda” czy „Varsovie” oraz najbardziej rytmiczne „Dancing Shoes”. O dziwo, najbardziej prymitywny utwór okazał się najlepszym podczas całego występu. Jeden z moich rozmówców, rea-lizator dźwięku, ocenił ten występ bardzo

KULTURA

krytycznie. Fachowym okiem opisał wady i kardynalne błędy przy kompozycjach i samym wykonaniu podczas koncertu. W finalnej części naszej pogawędki wysunął śmiały wniosek – „Mało inteligentna muzyka trafia do mało inteligentnych osób”. Mocne, ale jakże prawdziwe słowa. "O dziwo, najbardziej prymitywny utwór okazał się najlepszym podczas całego występu." Jedyną zaletą całego wydarzenia są efekty świetlne, które przeszły najśmielsze ocze-kiwania, a praca osób odpowiedzialnych za tę działkę była genialna. Błyski, strobo-skopy i inne gadżety przyćmiły samą Bro-dkę. Widzowie bardziej skupiali się na nich niż na samym występie. Szkoda, że polska muzyka zmierza w tym kierunku, bo jest wielu bardzo wartościowych muzyków, którzy mogliby osiągnąć sukces i zaistnieć, a są wypierani przez sztuczną i nic niewartą muzykę. Żywiec od dawna słynie z dużej ilości świetnych występów, gwiazd z najwyższej półki i wielu wspaniałych koncertów. Od kilku lat bywam na takich imprezach i pierwszy raz się zawiodłem. Szkoda. Michał Fila Poniższa rozmowa to pewnego rodzaju szczere wyznanie na temat twórczości projektu Lebowski, pokazania własnego „Ja” oraz przekazania młodemu pokoleniu tego, co naprawdę ważne. Marcin Grzegorczyk to gitarzysta, który daje świadectwo temu, co wartościowe i z reguły ukryte, a czego trzeba samemu doświadczyć.
CZERWONY STATECZEK
KULTURA: WYWIAD

Skąd pojawiła się czerwona łódeczka na okładce „Cinematic”? Okładka płyty jest w całości dziełem na-szego przyjaciela, świetnego fotografika Wiktora Franko. Długo szukaliśmy pomy-słu, gdy jednak przeglądając portfolio Wiktora zobaczyliśmy ten kadr, nie mieli-śmy wątpliwości, że to musi być to. Podchwycił temat, wykonał jeszcze kilka wariantów tego ujęcia i mamy stateczek. To w pewien sposób was ilustruje: wasza muzyka jest nieograniczona. Brak wokalu nie okazał się przeszko-dą? Wręcz przeciwnie. Grając muzykę instru-mentalną mamy po pierwsze znacznie więcej swobody twórczej, nie musząc zachowywać reguł piosenkowych. Po dru-gie nie istnieje bariera językowa, dzięki czemu „Cinematic” dotarł do słuchaczy w nawet najbardziej egzotycznych rejonach świata.

KULTURA: WYWIAD

Doczytałem, że płyta jest dedyko-wana osobistościom rodzimego kina, jak zatem została odebrana za gra-nicą, gdzie nie znają chociażby Cybulskiego? Myślę, że tam się w tę kwestię nie zag-łębiają, przyjmując ją po prostu jako cytat z filmu. "Ideą płyty było, by każdy słuchacz mógł uruchomić wyobraźnię i zostać reżyserem swojego własnego filmu." Jak zatem wygląda proces twórczy przy takiej muzyce? To uchwycenie kadru? Nasz proces twórczy w dużej mierze jest intuicyjny, pozarozumowy. Opieramy się bardzo często na improwizacjach, dopiero przy kształtowaniu budowy utworu czy aranżacjach zaczynamy główkować. Tak nam po prostu w duszy gra. Są to pewnego rodzaju improwizacje, czy podobnie jest na koncertach? Większość naszych pomysłów powstaje podczas wspólnego jammowania na próbach. Na koncertach zostawiamy sobie znacznie mniej swobody, tutaj zazwyczaj zdarza nam się to jedynie przy solówkach. Czujesz się perfekcjonistą? (Chwila zastanowienia) Generalnie jestem

KULTURA: WYWIAD

„szczególarzem”, przywiązuję dużą wagę do detali, natomiast do jakiejkolwiek per-fekcji jest mi bardzo daleko… Boisz się „przedobrzenia”? By frag-ment nie stał się zbyt pompatyczny? Przy pracy nad pierwszy albumem istniało takie ryzyko, gdyż tworzyliśmy go we własnym studiu bez deadline'u. Teraz zmieniliśmy sposób pracy i zależy nam, by przy nowym wydawnictwie uchwycić jak najwięcej spontaniczności i koncertowej drapieżności Lebowskiego. Nie będziemy więc cyzelować tak tej produkcji. "Opieramy się bardzo często na improwizacjach, dopiero przy kształtowaniu budowy utworu czy aranżacjach zaczynamy główkować." Skąd zatem pomysł, by oddać hołd twórcom polskiego kina? Kino jest tym, co nas inspiruje i tematem naszych pozamuzycznych rozmów „od zawsze”. Do tego nazwa zespołu zobo-wiązuje. Czy chciałbyś, aby dźwięki z „Cine-matic” uzupełniono obrazem? Ideą płyty było, by każdy słuchacz mógł uruchomić wyobraźnię i zostać reżyserem swojego własnego filmu. Na koncertach trochę w tym pomagamy, uzupełniając przekaz wizualizacjami. Jeśli pytasz, czy chcielibyśmy napisać muzykę do filmu, to oczywiście tak. Widzisz ten obraz w głowie, wizu-alizujesz podczas prób, koncertów? Nie! Cytując „Rejs”: „Nie mogę być równocześnie twórcą i tworzywem”. Moja rola jest tutaj inna i towarzyszy jej mnó-stwo bodźców i emocji innego rodzaju. Rola mentora, przewodnika? Broń Boże! Absolutnie nie widzę siebie w takiej roli. My po prostu staramy się pokazać słuchaczom nasz punkt widzenia na muzykę, zarazić ich naszą pasją i wrażliwością. Żadnego pouczania! Chodziło mi raczej o kogoś, kto stoi z boku, służy pomocną dłonią. Raczej możemy podzielić się naszymi doświadczeniami i przemyśleniami, które w jakiś sposób zawieramy w muzyce i tytu-łach. Oczywiście, o ile ktoś wyrazi chęć, by ich wysłuchać. Boisz się porównań? Jak każdy lubię być odbierany jako istota indywidualna, ale czemu miałbym bać się skojarzeń?

KULTURA: WYWIAD

Dlatego, że kiedy słucham waszej twórczości, waszego przekazu przy-chodzi mi na myśl jeden zespół - Pink Floyd. O! Chyba lepiej niż Weekend? A poważnie, usłyszeliśmy już tyle porównań do innych bandów, zarówno światowych, jak i z na-szego podwórka, że nie jesteś w stanie mnie zaskoczyć. Pink Floyd to legenda, która będzie wywierała wpływ na muzykę rozrywkową jeszcze przez wiele dzie-sięcioleci. Żaden z nas nie jest wielkim fanem tego zespołu ani nie szuka w ich twórczości inspiracji, ale takie porównanie mogę odebrać tylko jako komplement. Zdecydowanie lepiej niż Weekend! Miałeś kiedykolwiek wrażenie, że idziesz złą muzyczną ścieżką? Z punktu widzenia finansowego i komercyj- nego sukcesu, z pewnością idę złą drogą. Z punktu widzenia radości tworzenia - innej sobie nie wyobrażam. Jeśli złą finansową, to pozwala ci to na normalne funkcjonowanie w spo-łeczeństwie? Jest to wyższa szkoła balansowania i wy-boru pomiędzy priorytetem opłacenia ra-chunku za prąd czy za gaz. Jaką przyszłość sobie wróżysz? W kontekście Lebowskiego i swoim zawodowym? Nie robię zbyt dalekosiężnych planów i skupiam się na zadaniach bieżących.Teraz jest to nagranie i wydanie nowego albumu. Będzie kontynuacja „Cinematic”? O tyle, o ile może być nim nagranie płyty

KULTURA: WYWIAD

z muzyką głównie instrumentalną. Na pewno nie będzie to jednak „Cinematic 2”. Uważasz, że polskie społeczeństwo jest przygotowane na odbiór Lebow-skiego? Czy raczej wyprzedzacie obecne czasy? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, byłby to przejaw pychy z naszej strony. Nie wiem, czy jest w naszej muzyce dawka innowacji, która może świadczyć o „wy-przedzaniu czasów”. Generalnie czas dla twórczości niekomercyjnej jest obecnie bardzo trudny bez względu na dyscyplinę, a kulturę utożsamiono z rozrywką i biz-nesem, co jest dla niej zabójcze. Co zatem mógłbyś poradzić młodym, początkującym twórcom, by uniknęli tej komercji? Młodzi adepci sztuki marzą dziś głównie o odniesieniu sukcesu i sławie, o czym świadczą kilometrowe kolejki na wszelkie eliminacje do programów rozrywkowych typu talent shows. Moje rady, nawet jeśli jakieś bym miał, byłyby dla nich zupełnie bezużyteczne. Rozmawiał: Michał Fila Fot. 2:hugochisholm (CC BYSA 2.0) Fot. 3: fmerenda (CC BYSA 2.0) Fot. 4: peter pearson (CC BYSA 2.0) Hugh Laurie kojarzony jest głównie z rolą serialowego Dr House’a, ale w czwar-tek przed licznie zgromadzoną publicznością w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki odsłonił swoją nową twarz – angielskiego bluesmana. Muzyczna natura Hugh nie powinna być tajemnicą dla fanów serialu, w którym niejednokrotnie widzowie podziwiali jego muzyczny talent. Pierwsza wizyta znakomitego muzy-ka i aktora w Polsce była częścią europejskiej trasy koncertowej promującej je-go najnowszy album „Didn’t It Rain”, którego premiera miała miejsce 6 maja.
Z PIANINEM MU DO TWARZY
KULTURA

Wszyscy, którzy przybyli wcześniej do PKiN, mieli niepowtarzalną okazję zakupu płyt Hugh Lauriego w obu wersjach - zarówno tej standardowej, jak i „special edition” zawierającej tzw. „bonusowe tracki” w cenie niższej niż proponowana przez polskich dystrybutorów, u których de facto nakład rozszedł się zaledwie w pięć dni od premiery. Start koncertu zaplano-wano na godzinę 20:00, jednak zgodnie z tradycją i pojęciem dobrego smaku, artyście wypada się spóźnić, zwłaszcza że sala w dalszym ciągu się wypełniała. Niecały kwadrans później próżno było szu-kać wolnego miejsca. Publiczność zasiadła i na moment zamilkła w oczekiwaniu. Na niewiele zdała się cisza, pozostało wywołać artystę oklaskami. Rozległ się głośny aplauz, ale i to nie pomogło w żaden sposób. Pozostała druga szansa i kolejna, i kolejna, aż do momentu, gdy publiczność zaczęła klaskać w ustalony samoistnie rytm, który spowodował wejście na scenę

KULTURA

bandu. Wydobyte pierwsze dźwięki z in-strumentów spowodowały ponowny aplauz i piski, i oto tanecznym krokiem na scenę wkroczył Hugh Laurie, koncentrując na sobie uwagę całego tłumu. Padły pierwsze słowa: „Dobry wieczór, Warszawo. Jak się macie?” i publiczność wybuchła jeszcze głośniejszym krzykiem, który mimo wszy-stko tłumiły nabierające na silę oklaski. Po krótkim przywitaniu w naszym ojczystym języku artysta zaczął swój pierwszy występ piosenką pt. „Iko Iko”. Po tym utworze nastąpiła krótka przemowa, którą Hugh zaczął od podziękowania po polsku. Muzyk przyznał, że na tym znajomość naszego języka się kończy i upewnił się, czy pub-liczność rozumie angielski. Nie można zapominać, że swego czasu był komikiem, co było widoczne podczas każdego prze-mówienia, zarówno tego pierwszego, jak i tych krótkich rozpoczynających kolejne piosenki. Laurie nie stronił od żartów i nie były to typowe „angielskie żarciki” czy też suchary rodem z „Familiady”. Drugi utwór został zagrany z udziałem fanów. "Atmosfera na sali z piosenki na piosenkę robiła się coraz lepsza (...)" Wspólne odśpiewanie refrenu „Let The Good Times Roll” już przy samej próbie wprowadziło cały zespół w osłupienie, bo po raz kolejny polscy słuchacze dali dowód swojego zaangażowania. Muzycy z Hugh na czele nagrodzili nas oklaskami i żartem

KULTURA

sytuacyjnym, wspominając mozolne próby wydobycia energii z rosyjskiej publiczności. Trzecia zagrana piosenka stanowiła pierwszą kompozycję z najnowszej płyty, którą Hugh wraz z The Copper Bottom Band przyjechał promować w czwartkowy wieczór w Polsce. Świetnie wykonane „Evenin’” sprawiło, że wersja studyjna odeszła w zapomnienie, a prym wiedzie dla wielu słuchaczy wersja live. W kolejnych kawałkach Laurie oddał przysłowiowe pierwsze skrzypce Jean McClain i Gaby Moreno, które popisały się swoimi wokalami, zyskując uznanie publiczności, a ta z kolei nie miała oporów przed zasy-paniem ich gromkimi brawami. Wisienką na torcie było wykonanie przez Hugh tanga „Kiss Of Fire” w duecie z Gaby. Obecni w Sali Kongresowej mogli podziwiać wokal-ne i taneczne popisy zdolnego duetu. Bez wątpienia nikt nie spodziewał się zobaczyć tańczącego Hugh. Atmosfera na sali z pio-senki na piosenkę robiła się coraz lepsza, co przyczyniło się do poderwania z miejsc całej widowni, i to bez wyjątku, już przy pierwszych taktach „Junco Partner”. Od tamtej pory każdy utwór gromadził ba-wiących się i tańczących ludzi pod samą sceną oraz powodował nagradzanie zes-połu zasłużonymi owacjami na stojąco. W repertuarze zespołu pojawił się również utwór znany wszystkim fanom z albumu „Let Them Talk”, co spotkało się z wielkim uznaniem i doprowadziło do kolejnej wiel-kiej zabawy i wspólnego odśpiewania „You don’t know my mind”. Utwór z debiu-tanckiej płyty Hugh został nagrodzony nie tylko głośnym aplauzem, ale i różami wrę-czonymi zaraz po jego wykonaniu. Do koń-ca koncertu pozostało mniej więcej siedem

KULTURA

piosenek, a energia publiczności i zespołu rosła. Aż trudno było uwierzyć, że po zagraniu „Changes” występ dobiegł końca. Muzycy wyrazili swoje uznanie dla polskiej publiczności i podziękowali za świetną zabawę. Na sali można było zobaczyć kartki i wielki transparent z dużym i wy-raźnym napisem „THANK U! HUGH!”. Po tak świetnie zagranym koncercie nie po-zostało nic innego, jak czekać i mieć na-dzieję, że Hugh jeszcze odwiedzi nasz kraj. Na scenie czuł się pewnie i swobodnie. Złapał świetny kontakt z publicznością, czego dowodem może być chociażby wspólnie zaśpiewany utwór i to zaraz na początku koncertu, kiedy publiczność nie była jeszcze, jak się zwykło mówić, „roz-grzana”. Sami muzycy z The Copper Bot-tom Band na swoich oficjalnych Twitterach napisali po koncercie: Gaby: „Warsaw, last night you guys were ON FIRE!!! So much fun!”, Herman: „The whole Warsaw crowd is the BEST!!! Standing ovations after every song! Thank you!!!!”, „It was by far the best crowd. YOU GUYS ROCK!!!!”. Po koncercie zagorzali fani czekali przed Salą Kongresową, oczekując, że pomimo braku oficjalnego spotkania z fanami Hugh wyjdzie i rozda kilka autografów. Długie oczekiwanie spowodowało, że nadzieja ula-tywała i osób zaczęło ubywać, jednakże ci, którzy pozostali, byli zdecydowanie gotowi czekać choćby do porannego pociągu, któ-rym Hugh wybierał się do Berlina na kon-cert. Właśnie to zdeterminowanie spowo-dowało, że czekający zostali nagrodzeni. Muzyk wyszedł do swoich wiernych fanów i podpisywał wszystko, co było mu poda-wane. Ogromny ścisk i problem z opusz-

KULTURA

czeniem miejsca po uzyskanym autografie zapewne zostanie w pamięci wielu z nich. Niestety nie wszyscy zgromadzeni przyszli na koncert Hugh Lauriego, byli też tacy, którzy utożsamiają zdolnego muzyka jedynie z rolą doktora House’a. Dowodem tego jest chociażby podawanie książek do podpisu dotyczących głównie fikcyjnej pos-taci, zwłaszcza książka pt. „Dr House i filo-zofia – wszyscy kłamią”, choć zdecydowa-nie lepiej wypadłaby książka pt. „Dr House. Biografia Hugh Lauriego i przewodnik po serialu”, nie wspominając już o książce au-torstwa Hugh „Sprzedawca broni”. Nastę-pnego dnia rano słychać było bez mała z każdej strony rozmowy dotyczące kon-certu. Nie pozostało już nic innego, jak miło wspominać te wspaniale zagrane dwie godziny bluesa, wpuszczając ułamek atmosfery z nagrań umieszczonych na YT (http://www.youtube.com/playlist?list=PLjmp3zC_Uv67XPYT1hkmRdgtInozXzWRs) do własnego domu. I choć organizatorzy koncertu (agencja „Go Ahead”) zapewniali, że jest to pierwszy i jedyny koncert Lauriego w Polsce, to sam muzyk wyraził nadzieję, że jeszcze nas odwiedzi i kto wie, może będzie to już w przyszłym roku? Ilona Chylińska Fot. 1: Simon Davison (CC BY 2.0) Fot. 2: Abi Skipp (CC BY 2.0) Fot. 3: ostromentsky (CC BYSA 2.0) Fot. 4: Abi Skipp (CC BY 2.0)

KULTURA SUBIEKTYWNIE

Thirty Seconds to Mars - Love, Lust, Faith and Dreams (2013) Tego chyba nikt się nie spodziewał po for-macji. Nowy krążek potwierdza świetną dyspozycję i determinację, którą okazują członkowie zespołu, by osiągnąć sukces. Już poprzedni album „This Is War” był oznaką siły i przebojowości, natomiast na „Love, Lust, Faith and Dreams” dominuje melodyczna elektronika, obecność instru-mentów smyczkowych i wokali. A co z gita-rami? Nawet ten instrument znalazł swoje miejsce na wydawnictwie. Już pojawiły się porównania do Kashmirowego riffu (utwór Led Zepellin), który do dziś nie został strącony z piedestału. Niewątpliwie jest to udany krążek, zwłaszcza w utworach „The Race” czy „Depuis Le Debut”. 4/5 Ira – X (2013) O zespole Ira można już powiedzieć pra-ktycznie wszystko – osiągnęli status gwia-zdy na krajowym podwórku, praktycznie każde ich wydawnictwo osiągało sukces, gościli i wciąż goszczą na największych polskich festiwalach oraz posiadają rzeszę wiernych i oddanych fanów. Potwierdze-niem tego statusu jest płyta „X” – to dzie- sią krążek w dorobku tej formacji. Album jest pozbawiony zanudzania, smęcenia czy tandety, a wartościowe utwory i odrobina rockowego pazura w połączeniu z niebana-lnymi tekstami czynią go wartościowym. Pojawiły się dwie ballady – „Pod wiatr” i „Szczęśliwa”. Ta druga jest dość kontro-wersyjna ze względu na warstwę tekstową, 4/5 Michał Fila Ciekawe i pouczające filmy o rzeczach, których nie można zobaczyć, podróżując z biurem podróży. Kultury pokazane od wewnątrz. Miejsca, o których wielu z nas nigdy nie słyszało. Nic dziwnego, że sala była pełna. Świat widziany oczami antropologa fascynuje i zaciekawia.
OCZAMI ANTROPOLOGA
KULTURA

8 czerwca po raz pierwszy odbyła się śląska edycja warszawskiego Przeglądu Filmów Etnograficznych „Oczy i obiektywy”. W Kinoteatrze Rialto można było obejrzeć dziewięć filmów dokumentalnych dotyczą-cych kulturowej różnorodności świata. Reżyserzy filmu „Wymiary tożsamości Polo-nii w Gruzji”, Łukasz Kamiński oraz Maciej Eichelberger, zabrali widzów do Gruzji, gdzie tamtejsza Polonia próbowała odpowiedzieć na pytanie - czym jest dla nich Polska i czy czują się Polakami. Niesamowitym doświadczeniem było oglą-danie ludzi, którzy całe życie mieszkają w Gruzji, a mimo to czują więź z naszym krajem i noszą polskie nazwiska. W ko-lejnym obrazie Mihai Andrei Leaha zapre-zentował rumuńską tradycję świętowana wiosennego powrotu ziemi do życia – „Babaludę”. Przy tym zwyczaju nasz śmi-gus–dyngus wypada blado. U nich przygo-towania do zabawy trwają kilkanaście dni,

KULTURA

a kobiety i dziewczyny są smarowane czarną mazią i zanurzane w rzece, by przepędzić zimę – u nas z podobną myślą topi się Marzannę. "Niesamowitym doświadczeniem było oglądanie ludzi, którzy całe życie mieszkają w Gruzji, a mimo to czują więź z naszym krajem i noszą polskie nazwiska." Francuski etnomuzykolog Johanni Curtet w projekcji „Masters of Overtone Singing” w reżyserii Jean–Franois Castell, zabrał nas w głąb mongolskiego stepu, gdzie odnalazł mistrzów śpiewu gardłowego. Artyści, zwy-kle pracujący indywidualnie połączyli głosy i wybrali się w tourne po świecie. Z kolei film Martina Zinggla, „Toku fenua”, zapre-zentował powolne życie na najmniejszej zamieszkanej wyspie na Pacyfiku. Jej mieszkańcy z obawą patrzą na coraz wyższy z roku na rok poziom morza. Jednym z najciekawszych i najbardziej kontrowersyjnych filmów był „Framing the Rother” Ilja Koka i Willema Timmersa, który skupił się na niebezpieczeństwie globalnej turystyki. Reżyserzy pokazali, na przykładzie plemienia Nursi, że całe spo-łeczności mogą stać się atrakcją tury-styczną. Postawiono jednocześnie pytanie, co z tego, co widzimy jest tak naprawdę

KULTURA

autentyczne, a co jest tylko turystycznym show. Po tej projekcji odbyła się inte-resująca dyskusja „Spojrzenie turysty – spojrzenie antropologa. Różnorodność kulturowa w świecie ofert last minute”. Udział w niej wzięli: dr hab. Anna Gomóła oraz dr Marek Pacukiewicz, poprowadził ją mgr Adam Pisarek. Pojawiły się też pytania od publiczności. "Autorzy filmów w bardzo wnikliwy sposób przybliżyli nam obce światy." Przegląd był fascynującą podróżą w głąb egzotycznych kultur. Autorzy filmów w ba-rdzo wnikliwy sposób przybliżyli nam obce światy. Środowiska, które znamy z perspe-ktywy turysty, nagle stały się zupełnie inne, ukazane „od kuchni”. Justyna Książek Fot. 1: Wallack Family (CC BY 2.0) Fot. 2:GOC53 (CC BY 2.0) Fot. 3:InSapphoWeTrust (CC BYSA 2.0) „Nigdy w historii świata nie było mniej głodu, mniej chorób i więcej dobrobytu” - tak angielski tygodnik „Spectator” zaczął artykuł podsumowujący rok 2012. Może jest to wbrew naszej intuicji i pogarszającej się sytuacji, ale to fakt. Nadal jednak 1,2 mld ludzi żyje w ubóstwie i trzeba im pomóc się z niego wydostać. W świetle doświadczeń krajów rozwijających się zasypywanie ich darmową ży-wnością nie ma większego sensu. Czyż nie lepiej komuś pomóc w zdobyciu sa-modzielności, a nie dodatkowo uzależniać? Szczególnie, że człowiek nie składa się tylko z fizjologii, ale nawet biedniejszy ma ogromne pragnienia duchowe.
KULTURA WAŻNIEJSZA OD KALORII
SPOŁECZEŃSTWO

Angielski tygodnik odważył się na takie stwierdzenie, mając naprawdę mocne ar-gumenty: w porównaniu z 1990 rokiem, do 2008 zmniejszono o połowę liczbę osób żyjących za mniej niż dolara dziennie, liczba zachorowań na malarię zmniejszyła się o jedną piątą przez ostatnie pięć lat, liczba osób umierających na AIDS spada od ośmiu lat, a w Afryce przez dziesięć lat średnia oczekiwana długość życia wzrosła o lat pięć. Nawet ekolodzy mogą być zadowoleni, bo mimo wzrostu gospodar-czego spalanie paliw kopalnych (czyli równocześnie wydzielanie CO2) w rozwija-jących się gospodarkach spada. Nie powin-niśmy się również przejmować przelud-nieniem, bo już w tej chwili żywności wystarczyłoby dla dziesięciu mld ludzi (obecnie żyje siedem mld). Natomiast amerykański magazyn „Reason” podaje, że więcej pieniędzy przesyłają do swoich rodzin w krajach trzeciego świata emigran-ci mieszkający i pracujący w krajach bogatszych, niż wynosi całkowita pomoc międzynarodowa. Można inaczej Jak jednak wydobyć z ubóstwa pozos-tałych? Niektórzy greccy filozofowie twier-dzili, że dopiero jak człowiek zaspokoi głód, zaczyna myśleć o wyższych wartościach. W język współczesnej nauki ubrał to Abra-ham Maslow, tworząc piramidę potrzeb człowieka, której podstawę stanowią pot-rzeby fizjologiczne. Następne są możliwe, gdy zaspokaja się te podstawowe. Postę-powanie rządów m.in. Indii, Indonezji czy Egiptu fundujących w pewnym stopniu je-dzenie dla swoich obywateli, jest więc zgodne z logiką Maslowa. Powinno być również zgodne z potrzebami ludzi - daje im to, co podobno jest najważniejsze. Jednak do końca zadowoleni nie są, w In-diach 25% żyje w ubóstwie, a zgodność z tą teorią nie uchroniła egipskiego rządu

SPOŁECZEŃSTWO "(...) człowiek nie składa się tylko z fizjologii, ale nawet biedniejszy ma ogromne pragnienia duchowe."

przed gniewem ludzi, w tym także naj-biedniejszych warstw. Czy da się robić coś innego? Ciekawa jest sytuacja Brazylii. W ciągu ostatnich kilku-nastu lat zmniejszyły się znacząco nierów-ności społeczne, a kraj rozwija się w impo-nującym tempie, jest teraz siódmą gospo-darką świata. Zaczęto od doprowadzenia prądu do wszystkich regionów kraju. Najbiedniejsze rodziny zaczęły dostawać pomoc od państwa, ale by się na nią zakwalifikować, muszą wysyłać dzieci do szkoły, robić szczepienia i regularne kon-trole medyczne. Pamiętajmy, że Brazylia to ogromny kraj, porośnięty w części lasami Amazonii, gdzie jeszcze dziesięć lat temu żyło sześćdziesiąt mln osób poza jakim-kolwiek systemem państwowym, bez adresu i umiejętności czytania czy pisania, których dzieci nie miały szans na edukację. Także mieszkańców miejskich dzielnic bie-dy – favel – zaczęto wspierać, nie tylko poprzez jedzenie, ale i kulturę. Minister-stwo uruchomiło projekt tworzenia „Pun-któw Kultury”, miejsc z dostępem do Inter-netu, komputerów z oprogramowaniem umożliwiającym tworzenie filmów czy muzycznych remiksów. Dano im dostęp do informacji, kultury oraz możliwość realizo-wania własnych pomysłów. Udostępniono im to, co my mamy na co dzień, traktując ich jak pełnowartościowych ludzi. Podobny pomysł wprowadził w życie bur-mistrz miasta Medellin w Kolumbii. W prze-szłości była to miejscowość, gdzie rocznie mordowano sześć i pół tysiąca ludzi, ważny

SPOŁECZEŃSTWO

punkt handlu kokainą. Włodarz miasta zaczął od zatrudnienia pięciu światowej klasy architektów, którzy zaprojektowali biblioteki publiczne, wybudowanych nastę-pnie w najgorszych dzielnicach miasta. Niedorzeczność? Cóż, jak podaje „Polityka”, teraz miasto w jednym z rankingów uzyskało tytuł najbardziej innowacyjnego miasta świata. "Nadal jednak 1,2 mld ludzi żyje w ubóstwie i trzeba im pomóc się z niego wydostać." Jedzenie nie jest najważniejsze Pod koniec XX wieku gwałtownie rozwijała się na świecie telefonia komórkowa, jednak gdy międzynarodowe korporacje patrzyły na Afrykę, widziały kontynent biedny, w którym występują klęski głodu. A skoro ludzie są tam „nienajedzeni”, to przecież nie kupią sobie telefonu komórkowego, prawda? Otóż mylili się. O ile u progu XXI wieku około miliard ludzi posiadał telefony komórkowe, o tyle teraz tę liczbę ocenia się na ponad sześć miliardów. Zgodnie z danymi „Rzeczpospolitej” Afrykanie po-winni przyjeżdżać do zacofanej Polski. Mo-żna na tym kontynencie sprawdzać za ich pomocą autentyczność lekarstw, a nawet zdobywać informacje mimo braku dostępu do internetu: wysłać smsa z pytaniem do operatora, który odeśle odpowiedź.

SPOŁECZEŃSTWO

W 2011 roku oceniano, że komórkę ma 50% mieszkańców, a liczba dalej rośnie. "A skoro ludzie są „nienajedzeni”, to nie kupią sobie telefonu komórkowego (...)." Ekonomiści Francuzka Esther Bufflo i Hin-dus Abhijitem Banerjee opisali w swojej książce rozmowę z pewnym Marokań-czykiem. Zapytali go, dlaczego kupił telewizor, skoro on i jego rodzina nie mogą sobie pozwolić na odpowiednie wyżywie-nie. Ten odpowiedział: „Przecież telewizor jest ważniejszy od jedzenia”. Oburzacie się? Jak widać wyższe uczucia, potrzeba kontaktu z kulturą, kontakt z innymi ludźmi czy poczucie wspólnoty istnieją nawet wtedy, gdy człowiek nie jest najedzony. W tym przypadku teoria Maslowa okazała się zbyt prosta, aby być prawdziwa. Racjo-nalna, wydawałoby się logiczna i zgodna z intuicją, a jednak rozsypuje się, ponieważ okazuje się, że homo sapiens nie jest zwierzęciem, które żyje przede wszystkim po to, by przyswajać zalecaną dzienną dawkę kalorii. Całe szczęście. Jakub Cichuta Fot. 1: Erropesco (CC BY 2.0) Fot. 2: Jan Daniel (CC BY 2.0) Fot. 3: DharaviIn (CC BY 2.0) CHORY CZY MITYCZNY POTWÓR?
Wilkołaki i wampiry były znane już w średniowieczu. Kiedyś uważano je za mityczne stwory, które krzywdziły ludzi. Dziś wiemy, że rzekome przejawy wilkołactwa i wampiryzmu są objawami hipertrichozy i porfirii.
NAUKA

Porfirie Porfirie (gr. porphyros – purpurowy) to grupa chorób wrodzonych lub nabytych o różnych objawach klinicznych, wynikają-cych z zaburzenia działania enzymów w szlaku syntezy hemu (zwanego też szla-kiem porfiryn). Hem, inaczej żelaznoporfi-ryna, jest podstawowym składnikiem he-moglobiny i mioglobiny. Zaburzenia w przemianie hemu występują, gdy jeden z enzymów, biorących udział w biosyntezie hemu, ma obniżoną aktywność. Porfiryny z kolei to związki organiczne, wchodzące w skład m.in. hemu i chlorofili. Jest siedem rodzajów porfirii, np. wrodzona porfiria erytropoetyczna. Odmiany różnią się mię-dzy sobą, a ludzi do wampirów upodobnia ta wyżej wymieniona. Pierwszym sygna-łem, który świadczy o chorobie, jest cze-rwona barwa moczu, od której porfirie wzięły swoją nazwę. Osoby chore są też wrażliwe na światło, zarówno słoneczne,

NAUKA

jak i bardzo jasne oświetlenie sztuczne. Na ich oczach mogą pojawiać się owrzodzenia i blizny. Ich skóra jest bardzo delikatna, często powstają na niej pęcherze i inne zmiany skórne. Może się także długo goić i jest podatna na infekcje. Osoby chore cierpią na bezsenność, a ich zęby zmieniają barwę na czerwono–brązową. Choroba powoduje też anemię o różnym stopniu nasilenia, której objawem jest m.in. bla-dość. Może też wystąpić osteoporoza, czyli ubytki masy kostnej. Wiele z tych objawów przypomina literackie opisy wampirów. Blade, niesypiające stwory, które niszczy światło, a ich czerwone zęby świadczą o niedawno wypitej krwi ofiary. Jest bardzo prawdopodobne, że ludzie, nie umiejąc medyczne wytłumaczyć objawów, wymyślili legendy o wampirach. Przemawia za tym stwierdzenie profesora Davida Dolphina z University of British Columbia w Van-couver, który w 1982 roku ogłosił, że Dracula mógł być chory na porfirię. Jego teza nie została jednak udowodniona. Porfirię można wyleczyć przeszczepem szpiku kostnego, aczkolwiek jest to ryzy-kowne leczenie i zwykle przeprowadza się je tylko wtedy, gdy pacjenci mają silne objawy, a szpik jest dobrze dobrany. Choroby związane z porfirią mogą być też leczone na inne sposoby, jak na przykład ochrona odsłoniętej skóry, transfuzje w przypadku anemii czy terapia osteo-porozy tabletkami.

NAUKA

"Od średniowiecza do dzisiaj opisano mniej niż dwieście przypadków występowania hipertrichozy." Syndrom wilkołaka U osoby chorej na hipertrichozę występuje owłosienie całego ciała, z wyjątkiem wew-nętrznej strony dłoni, podeszw stóp i błon śluzowych. Człowiek upodabnia się do mitycznego stwora, dlatego choroba ta nazywana jest syndromem wilkołaka. Od średniowiecza do dzisiaj opisano mniej niż dwieście przypadków występowania hiper-trichozy. Dzieli się ona na kilka rodzajów: zależnie od odmiany może występować owłosienie całego ciała lub tylko jego części. Istnieją dwie teorie na temat mechanizmów powstawania hipertrichozy. Po pierwsze może być wynikiem prze-kształcania się włosów pierwotnych w osta-teczne, tam gdzie normalnie one nie występują. Druga hipoteza dotyczy zmian w cyklu wzrostu włosów, kiedy faza wzrostu włosów przewyższa dwie pozostałe (fazę śmierci mieszków włosowych i wypa-dania włosów). Hipertrichoza może być nabyta lub wrodzona. W zależności od rodzaju choroby występuje tylko owłosienie skóry lub także inne objawy, jak na przykład przerost dziąseł czy duża głowa (CGHT - Congenital Generalized Hyper-trichosis Treminalis, ang. wrodzona uogól-

NAUKA

niona hipertrichoza terminalna). Jako le-czenie hipertrichozy zaleca się depilację, strzyżenie i golenie. W przypadku odmian wrodzonych wyleczenie nie jest możliwe, odmiany nabyte, np. poprzez uboczne działanie leków, często ustępują po odstawieniu środka powodującego wzrost włosów. Hipertrichozy nie należy mylić z hirsutyzmem, czyli męskim owłosieniem występującym u kobiet. "Człowiek upodabnia się do mitycznego stwora, dlatego choroba ta nazywana jest syndromem wilkołaka." Hipertrichoza i porfirie to dwie bardzo rzadkie choroby genetyczne. Prawdopodo-bnie to na osobach na nie chorych wzoro-wane były wizerunki wilkołaków i wampi-rów. Ludzie przez lęk, brak wiedzy i cie-kawość tworzyli fantastyczne legendy na temat zjawisk, które, jak się obecne okazuje, mogą mieć swoje medyczne wytłumaczenie. Agnieszka Nowak Fot. 1:virginsuicide photography (CC BYSA 2.0) Fot. 2: Michelle Brea (CC BY 2.0) Fot. 3:Kevin Lawver (CC BYSA 2.0) Fot. 4:mooglet (CC BYSA 2.0) WIWAT VIVE!
...czyli pierwsze polskie sukcesy w handballowym raju!
SPORT

Mistrzowie Polski – Vive Targi Kielce, odnotowali fantastyczny koniec sezo-nu. Pod wodzą trenera Bogdana Wenty nie tylko stanęli na najwyż-szym stopniu podium w rozgrywkach krajowych, ale również zostali trzecią drużyną w Europie! Jak wyglądała ich droga do sukcesu? Przede wszystkim wspaniały początek – w fazie grupowej żaden zespół nie urwał kielczanom nawet punktu. Mimo zmagań z kontuzjami i problemami kadrowymi uda-ło im się w dobrym stylu awansować do kolejnego etapu rozgrywek. Niewielkie kłopoty pojawiły się w 1/8 finału, gdzie w pierwszym meczu Vive uległo węgier-skiemu Pick Szeged jedną bramką, jednak w drugim spotkaniu rywale przegrali z na-szą drużyną (32:27). W ćwierćfinale mie-liśmy dużo szczęścia – trafił nam się rywal z rozgrywek grupowych, RK Metalurg Sko-pje. Po dwóch spotkaniach pojawił się

SPORT

pierwszy mały sukces: polski zespół znalazł się w Final Four! I to w jakim gronie: obrońca tytułu i mistrz Niemiec – THW Kiel, zdobywca trofeum sprzed dwóch lat – FC Barcelona Intersport, oraz kolejny zespół z Bundesligi – HSV Hamburg. Jedną z gwiazd tej ostatniej ekipy jest Polak, Marcin Lijewski. Trzy drużyny wiodące prym w Europie od kilku lat i polski kopciuszek 1 czerwca stanęły do walki o najważniejsze trofeum w klubowej piłce ręcznej, Puchar Europy. "Od remisu Barcelona błyskawicznie wypracowała sobie przewagę – zaprezentowała imponującą wrzutkę i skarciła przeciwników za łatwe straty piłki (...)" Po losowaniu wiadomo było, że w walce o finał VTK zmierzy się z Katalończykami, a drugim finalistą będzie jeden z niemie-ckich klubów. Dziennikarze marzyli o „bra-tobójczym pojedynku” braci Lijewskich, ale niestety po 60 minutach polski zespół mu-siał uznać wyższość hiszpańskiego mistrza. O wyniku zdecydowało końcowe dziesięć minut spotkania, kiedy to do gry kielczan wdał się chaos. Od remisu Barcelona bły-skawicznie wypracowała sobie przewagę – zaprezentowała imponującą wrzutkę i ska-rciła przeciwników za łatwe straty piłki (23:28). Nie pomógł nawet wariant z wy-cofywaniem bramkarza i zwiększaniem siły w ataku. Pozostawało tylko pogratulować pierwszym finalistom i czekać na niedziel-nego rywala. Niemiecka wojna zakończyła się zaskakującą porażką THW Kiel (33:39). Rozczarowanie polskich kibiców było niewielkie w porównaniu do sympatyków popularnych zebr. W końcu najbardziej utytułowana drużyna w historii przyjechała po złoto i była murowanym faworytem do finału. Drużyna starszego z braci Lijewskich pokrzyżowała plany kilońskiego zespołu i dzięki wspaniałej dyspozycji została dru-gim finalistą. Zapowiadały się ogromne emocje – Lanxsess Arena w Kolonii miała stać się prawdziwym polem bitwy! Pierwsze spotkanie, czyli „mały finał”, mia-ło za zadanie wyłonić brązowego medal-istę. Mecz o wszystko – medal albo nic, walka nie tylko z przeciwnikiem, ale z wła-snym rozgoryczeniem. Od początku spo-tkania widać było gołym okiem, że Vive już zapomniało o wcześniejszej porażce z Bar-celoną i ma tylko jeden cel: stanąć na naj-niższym stopniu podium. Fantastyczna de-fensywa, szybkie kontry i zabójcza precy-zja, to wszystko nie pozostawiło rywalom złudzeń – możecie być faworytami, ale tak łatwo się nie poddamy. Światowi bombar-dierzy byli bezradni, ponieważ wynik na tablicy zwiększał się na korzyść kopciuszka,

SPORT

a oni w żaden sposób nie mogli pokonać Loserta, strzegącego bramki Vive. Po pier-wszej połowie wszyscy wierzyli w zwycię-stwo, rezultat 19:12 na korzyść Kielc na-stawiał optymistycznie. Niestety, po raz kolejny potwierdziła się sportowa maksy-ma: dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. THW po przerwie zaczęło doganiać swoich przeciwników dzięki ogromnej motywacji i… pomocy arbitrów. Końcowe decyzje por-tugalskich sędziów były stronnicze – apo-geum nastąpiło w ostatnich akcjach meczu, kiedy wynik oscylował w okolicach remisu. Karny podyktowany na korzyść gospodarzy (przestrzelony) oraz odgwizdanie faulu kieleckiego skrzydłowego na kilkadziesiąt sekund od końcowego gwizdka do teraz nie znajduje zrozumienia wśród wielu eks-pertów piłki ręcznej. Mimo to dzięki wcze-śniejszej przewadze i ambitnej postawie w końcówce Vive Targi Kielce z jedną bra-mką przewagi mogło świętować pierwszy sukces na międzynarodowej arenie. Wspa-niałe odrodzenie po sobotniej porażce, sroga lekcja dla niemieckich mistrzów oraz walka z kontrowersyjnymi decyzjami sę-dziów – tak można podsumować weekend kielczan w Kolonii. Bogdan Wenta może być dumny ze swojego zespołu, a w szcze-gólności ze świetnego powrotu do formy kołowego – Rastko Stojkovica, który trafił osiem bramek na osiem rzutów i ratował zespół w kryzysowych sytuacjach. Finałowy mecz przeszedł najśmielsze ocze-kiwania kibiców zgromadzonych w niemie-ckiej arenie. Do wyłonienia zwycięzcy potrzebna była dogrywka. HSV po ambitnej walce i wielu zmianach w wyjściowym składzie zasłużenie wywalczyło pierwszy

SPORT

złoty medal (30:29). Zaledwie jedna bramka zdecydowała o kolejności na podium, podobnie jak w spotkaniu o trze-cie miejsce. Królem strzelców tegorocznej Champions League został Hans Lindberg (HSV Hamburg), który pokonał bramkarzy aż sto pięć razy. "Końcowe decyzje portugalskich sędziów były stronnicze – apogeum nastąpiło w ostatnich akcjach meczu, kiedy wynik oscylował w okolicach remisu." Po dwóch dniach zmagań kielczanie wracają do kraju z tytułem trzeciej drużyny w Europie, a Marcin Lijewski, jako pierwszy Polak w historii, miał zaszczyt wznieść najwyższe trofeum. Teraz czas na zasłużony odpoczynek i przygotowania do kolejnego sezonu. Klaudia Maciejewska Fot. 1,2,3: DrabikPany (CC BY 2.0) Jose Mourinho po trzech latach odchodzi z Realu Madryt. Trzy puchary w trzy lata - po szkoleniowcu o takiej renomie można było spodziewać się znacznie więcej. Zwłaszcza że gdy przychodził do Madrytu nadawano mu tytuł trener-skiego „Króla”. Tak jak piłka nożna jest nieprzewidywalna, tak w niespodziewa- ny sposób Portugalczyk żegna się z kró- lewskim klubem. Niemal obdarty ze skóry.
UMARŁ KRÓL, NIECH ŻYJE KRÓL
SPORT

Okazuje się, że era „The Special One” nie była tak zła, jak piszą o niej wszystkie hiszpańskie dzienniki. Przed trzema laty ki-bice „Los Blancos” zapadali na bezsenność, kiedy myśleli o pojedynku z FC Barceloną. Fakt, po pierwszym meczu z Barcą za ka-dencji Mourinho humory nie były dobre, żeby nie powiedzieć - bardzo złe. History-czna „manita”, czyli porażka 5:0, sprawiła, że już na samym początku Portugalczyk miał być wygnany z Madrytu. Zwycięstwo 1:0 w finale Pucharu Króla momentalnie pozwoliło zapomnieć o tragicznych ligo-wych wydarzeniach. Jaka pamięć ludzka okazuje się być krótka. Dlaczego ludzie, którzy najpierw kogoś nienawidzą, a za pół roku tę samą osobę uważają za króla, nazywają siebie kibicami? Dlaczego? Szablon przeciętnego fana wywodzi się pewnie jeszcze z czasów starożytnej Grecji. „Macie być najlepsi, bo jak nie, to prze-stanę was lubić”. To postawa dzisiejszego typowego polskiego kanapowca. Najgorsze

SPORT

w tym jest to, że tacy ludzie przyćmiewają prawdziwych pasjonatów i to nimi przej-mują się ci, którzy decydują o transmisjach meczów, a przecież zapotrzebowanie na ludzi z pasją jest bardzo duże. Telewizja Polska, mimo ogromnego oburzenia sporej części swoich widzów, postanowiła wyemi-tować mecz Borussia–Szachtar, mimo że w tym samym czasie można by pokazywać klasyk klasyków, Real–Manchester. W jaki sposób tłumaczyła tę decyzję? Głównie powołując się na tzw. niedzielnych kibiców. Zastosowano również argument „Co by by-ło, gdyby Lewandowski zaliczył hattricka”. Błagam, jestem dumny z naszej trójki w Dortmundzie, ale przestańmy robić z pił-ki nożnej sport dla ludu. Dlaczego odbiera się go prawdziwym koneserom? To smu-tne, ale tego procesu nie da się już zatrzymać. "Mourinho walczył jak lew, ale nie miał żadnych szans." Wróćmy jednak do Jose Mourinho. Dla-czego ta dywagacja była niezbędna? Ano dlatego, że Jose został wyrzucony z Madry-tu właśnie przez takich ludzi, a dokładniej - ich hiszpańskich odpowiedników. Madrycka „Marca” płaciła za wykrzykiwanie haseł przeciwko Mourinho pod miasteczkiem spo-rtowym Realu. Z kolei „As” wymyślił kon-flikt trenera z kapitanami zespołu. Oliwy do ognia dolał sam Mou, kiedy posadził na ławce rezerwowych wielkiego Ikera. Presja mediów była tak ogromna, że łatwiej było się rozstać z trenerem. Myślę, że prezes Florentino Perez wcale tego nie chciał. Z sympatii do Portugalczyka pozwo-lił mu odejść, zanim ten zupełnie by osiwiał. Nawet człowiek o stalowych ner-wach nie byłby w stanie wytrzymać takiego naporu z zewnątrz, a jemu udawało się to naprawdę długo. Niewątpliwie cała ta nagonka była jednym z czynników, które nie pozwoliły odnieść mu sukcesu w Hisz-panii. Mourinho walczył jak lew, ale nie miał żadnych szans. Na domiar złego media na Półwyspie Iberyjskim są bez-karne. Nieraz zdarzało się im publikować fałszywe wywiady czy całkowicie zmyślone informacje. Chciałbym zobaczyć minę Robi-na van Persiego, piłkarza Manchesteru United, który przeczytał wywiad z samym sobą, nigdy nie rozmawiając z dzien-nikarzem tej gazety. Jak zakończyła się cała sprawa? Madrycka „Marca”, która wydrukowała fałszywy wywiad, zapłaciła śmieszną karę finansową i zamieściła sprostowanie na samym końcu wydania drobnym pismem. Całe szczęście, że Jose Mourinho wraca na Wyspy Brytyjskie. W tym kraju czołowe brukowce zwyczajnie boją się zamieszczać fałszywych informacji, bo zdają sobie sprawę, że mogą ponieść tego dotkliwe konsekwencje. Raz na jakiś czas zdarzy się

SPORT

wyprodukowanie nieszkodliwej plotki trans-ferowej. Standard. Ludzie lubią plotki i sen-sacje. Nie ma w tym nic złego, dopóki nikogo one nie krzywdzą. Portugalczykowi życzę samych sukcesów, na które na pewno zasługuje. "Madrycka „Marca” płaciła za wykrzykiwanie haseł przeciwko Mourinho pod miasteczkiem sportowym Realu." Umarł król, niech żyje król! Mogę się za-łożyć, że nowy szkoleniowiec Realu Madryt zostanie obwołany tytułem króla, który zapewni dobrobyt całemu Madridismo. Za parę sezonów zostanie jednak zniszczony, tak jak jego poprzednik. Maciej Dziubiński Fot. 1:Майоров Владимир (CC BY 3.0) Fot. 2: Denis Dervisevic (CC BY 2.0)

OKIEM WIDGETA