Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury strona 6 najlepszy line–up wśród letnich festiwali, czyli rejacja z Days of Ceremony Festival strona 7 subiektywnie strona 8 jarocin festiwal 2013 strona 12 "franciszka ślady bose" strona 15 czy to wstyd? strona 18 studenckie marzenia spełnione strona 21 królewskie szaleństwo strona 24 sam się zbadaj! strona 27 wiecznie młody - chevrolet camaro strona 30 okiem widgeta strona 39 LEPSZE, BO UŻYWANE

Outro Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl ISSN: 2299 - 5242 Redaktor naczelny: Paulina Zguda Zastępca: Marek Suska Sekretarz redakcji: Magdalena Wąwoźna Koordynator: Monika Toppich Redaktor prowadzący: Sylwia Bałuk Korekta wydania: Nina Bezpałko Fotoedycja: Paulina Zguda, Marek Suska Projekt okładki: Patryk Skoczylas Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Karolina Przybylska (społeczeństwo), Maciej Dziubiński (sport), Nina Bezpałko (korekta), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy). Korekta: Agata Andrzejak, Nina Bezpałko, Justyna Dubaj, Agnieszka Dydacka, Dominika Głowacka, Maria Gołaszewska, Kinga Gintowt, Agata Hajduk, Patryk Łowicki, Kamil Morawiec, Adrianna Szczodrowska, Monika Węgrzyn, Wojciech Żywolt. Graficy: Adam Białek, Patryk Skoczylas, Jarosław Stępień. Zdjęcie na okładce: Ado - do (CC BY 2.0)

Lato rozpanoszyło się na dobre. Przez mordercze temperatury myślimy raczej o tym, czy można się jeszcze bardziej rozebrać, tymczasem w najnowszym nu-merze „Outro” zastanawiamy się nad modą na kupowanie używanych ubrań. Co z tymi lumpeksami? Czy są popularne, czy to wciąż symbol biedy i obciachu? A jeśli nie, to kiedy i dlaczego ich obraz uległ zmianie? Do kategorii niespodzianek dołączają kolej-ne funkcje telefonów komórkowych. Mają nas zaprowadzić w dane miejsce? Nie ma sprawy. Zmotywować do ćwiczeń lepiej niż osobisty trener? Bez problemu. Zdiagnozo-wać chorobę, która niespodziewanie nas dopadła, a może zalecić również odpo– wiednią terapię? Choć brzmi to nieprawdo-podobnie, za niedługo nasze komórki będą dla nas przenośnym szpitalem. Jeżeli to pomoże skrócić kolejki w polskich placów-kach służby zdrowia, ten pomysł prędko zdobędzie poparcie większości społeczeń-stwa. Jeszcze co do obecnej sytuacji pogodowej: nie przejmujcie się skwarem, minie prę-dzej, niż podejrzewamy. Przecież nie wie-rzymy, że upały w lecie naprawdę nadejdą, a te, jak na ironię, zawsze nas zaskoczą. Paulina







WŚRÓD LETNICH FESTIWALI, CZYLI RELACJA Z DAYS OF CEREMONY FESTIVAL
NAJLEPSZY LINE–UP
KULTURA

Wyobraź sobie, że masz do wyboru festiwal, na który pragniesz jechać od pół roku oraz święto ukochanej przez ciebie muzyki. Gdzie ostatecznie pojedziesz? Ja nie miałem z tym pro-blemu. Wybrałem drugą opcję i poje-chałem na Days of Ceremony. Na sam koncert zjawiłem się niewyspany, zmęczony podróżą pociągiem i znużony po około trzech godzinach spędzonych w ko-munikacji miejskiej w Warszawie. Do tego wśród moich znajomych nie istniała osoba, która wybrałyby się na tak hipsterski fes-tiwal. Dlaczego? Na Days of Ceremony jest bowiem grana muzyka, która podoba się fanom rocka i metalu, ale niewielu z nich potrafi wymienić coś innego niż Black Sab-bath. Stąd też pojechałem sam – bez towarzys-twa, ale z paczką papierosów, która gwa-rantowała jego pozyskanie. Kiedy doszed-

KULTURA "Na Days of Ceremony jest bowiem grana muzyka, która podoba się fanom rocka i metalu, ale niewielu z nich potrafi wymienić coś innego niż Black Sabbath"

łem do Progresji, zauważyłem bardzo nie-wielu ludzi. Rozpoczęcie imprezy opóźniało się – nikogo nie wpuszczali do klubu. Część osób z nudów paliła, inni spożywali sika-cza, który akurat był w promocyjnej cenie. Na większości twarzy było już widać zmę-czenie pierwszym dniem Days of Ceremo-ny. Nikt nie spodziewał się, że zespół wys-tępujący jako pierwszy – Octopussy (zwany też „polskim Clutchem”) - tak dobrze zag-ra. Muzycy dosłownie zarazili swoją energią wszystkich, którzy przyszli pod scenę. Zespół miał akurat to szczęście, że zagrał godzinę później – wcześniej nie mógłby liczyć na tyle osób. Jak to bywa z mało znanym supportem, musieli prędko opuścić scenę, aby ustąpić miejsca duńskiemu Pet The Preacher. Niestety nie miałem okazji ich zobaczyć. Zamiast gapić się na koncert, wolałem się spędzić czas z nowo pozna-nymi znajomymi. Nie liczyły się dla nas takie mniej znane zespoły jak wspomniane Pet The Preacher czy też Leash Eye. Cze-kaliśmy na headlinerów – Samsarę Blues Experiment, Mars Red Sky, Acid King i Pen-tagram. W końcu wystąpiła Samsara Blues Experiment. Widzowie stali zahipnotyzowa-ni muzyką, którą grali Niemcy. Każdy ko– lejny dźwięk wpędzał publikę w coraz większą zadumę. Niektóre osoby siedziały na podłodze i udawały, że medytują, inni po prostu słuchali. Godzina to za mało na taki zespół, gdyż jego kompozycje są z re-guły długie, często mają ponad dziesięć minut. Inaczej mówiąc, nie mogli zagrać za wiele utworów. Za to to, co pokazali, w połączeniu z miłą akustyką Progresji, było niesamowite. Zanim jednak Samsara

KULTURA

Blues Experiment zdążyła się rozkręcić, skończył jej się czas. Na scenę wszedł Mars Red Sky, na którego występ czekałem od pół roku. "Każdy kolejnych dźwięk wpędzał publikę w coraz większą zadumę. Niektóre osoby siedziały na podłodze i udawały, że medytują, inni po prostu słuchali" W Progresji masz wybór, jakich wrażeń chcesz doznać na koncercie – stojąc około dziesięć metrów od sceny jest idealnie – słyszysz każdy dźwięk, natomiast przy sa-mej scenie czujesz bas na klatce piersio-wej. Podczas występu Mars Red Sky wyb-rałem drugą opcję i byłem oddalony tylko kilka metrów od Juliena Prasa – gitarzysty i wokalisty tego zespołu. W przypadku panów z Bordeaux powtó-rzyło się to, co było na Samsarze. Dostali za mało czasu na granie. Ostatni utwór został wybrany przez publiczność („Way to Rome”), bisu nie mogli zagrać, chociaż ludzie przez pięć minut wykrzykiwali nazwę zespołu. - Tak, minęła godzina – sprawdzał potem znajomy, bo nikt z nas nie mógł uwierzyć, że tak szybko upłynęła. Na Acid King już całkowicie otrzeźwiałem po wypitej po po-łudniu niewielkiej dawce alkoholu. Stojąc nieco z boku, przyglądałem się tłumowi, który bardzo dobrze się bawił. Co kilka-naście minut wychodziłem na dymka, wracałem i radowałem się muzyką. Jednak moi headlinerzy (Samsara Blues Experi-ment i Mars Red Sky) już zagrali, nie ży-wiłem więc zbyt wielu pozytywnych uczuć. Lori S. i spółka po godzinie zeszli, aby us-tąpić miejsca gwieździe wieczoru – Penta-gramowi. Na tym zespole trzymałem się już ledwo na nogach z powodu zmęczenia całym dniem. Oddalony o około dwadzieścia metrów od sceny podziwiałem charyzmę frontmana - Bobby'ego Lieblinga. Występ ten potrakto-wałem jako okazję, aby polubić klasyka stawianego na tym samym piedestale, co Black Sabbath za wkład w rozwój gatunku. "Muzycy dosłownie zarazili swoją energią wszystkich, którzy przyszli pod scenę" Po godzinie koncertu zaczynałem się też zastanawiać, kiedy padnę na ziemię i zas-nę. Poczekałem do jego końca i poszedłem zakupić pamiątkę. - Ile kosztuje koszulka? - zapytałem. - Czterdzieści złotych – powiedziała sprze–

KULTURA

dawczyni. - Ups... Mam tylko trzydzieści cztery – odrzekłem i zrobiłem ładne oczy. - To masz za trzydzieści. Ale obiecaj jedno - że za rok też będziesz na festiwalu. - Oczywiście, że będę – odpowiedziałem i zadowolony pobiegłem na przystanek autobusowy. "Samsara Blues Experiment zdążyła się rozkręcić, skończył jej się czas. Na scenę wszedł Mars Red Sky, na którego występ czekałem od pół roku" Zawitałem tylko na jeden dzień (Days of Ceremony trwa dwa dni), ponieważ wzglę-dy finansowe nie pozwoliły na więcej. Nie jest to tania impreza: w najlepszym wy-padku zapłacicie za nią około 250 zł, w najgorszym – jeśli nie mieszkacie w War-szawie, to cena łącznie z hostelem może wynosić nawet 500 zł. Za to wszystko otrzymujecie jednak niesamowity festiwal doom metalu, stoner rocka i sludge me-talu, który organizowany jest przez pasjo-natów tej muzyki. Paweł Gałwa Fot. 1, 2: Rama (CC BY–SA 2.0 FR) (zdjęcia nie pochodzą z Days of Ceremony) Fot. 3: Paweł Gałwa

SUBIEKTYWNIE SUBIEKTYWNIE

Black Sabbath - „13” (2013) Powracają w wielkim stylu. To kolejna płyta wielkiego twórcy, która ukazuje się w tym roku. Po Davidzie Bowiem i Deep Purple przyszedł czas na Ozziego i jego bandę. To już trzynasty, jak nazwa wska-zuje, album tych legendarnych muzyków pod szyldem Black Sabbath. Oczywiście, nie jest to to, co kiedyś, nie ma nawet cie- nia po „Sabotage” czy „Born Again”, ale mimo wszystko dają radę. Same nagrania trzeba było podreperować cyfrowo, bo nie da się ukryć przepalonego i przepitego głosu Ozziego. Długie i ciekawego utwory na tym krążku zapadają na długo w pa-mięć. Do tych najciekawszych z pewnością należą „God is Dead” czy „Dear Father”. Czekamy zatem na więcej. Myslovitz - „Nieważne jak wysoko jesteśmy” (2011) Ta płyta bardzo często była pomijana przez recenzentów, rozgłośnie radiowe czy por-tale muzyczne. To dość dziwne, wydaje mi się, że została zbyt mało doceniona. Nie ma tutaj takich przebojów jak „Długość dźwięku samotności” czy „Krótka piosenka o miłości”, ale pojawiają się takie utwory, które pozwalają człowiekowi się zrelakso-wać, zapomnieć o obowiązkach i pomyśleć o tym, co ważne. Dlatego ta płytka jest tak istotna, zawiera treść, której dotąd nie było od początku. Zespół powstał w 1992 roku, a dopiero teraz pierwszy raz mnie poruszy-li. Zmiana wokalisty i nowa płyta „1577” to już nie to samo. Michał Fila JAROCIN FESTIWAL 2013
Jarocin to miejsce–legenda! Historia tamtejszego festiwalu jest długa, piękna, bogata i różnorodna, ale przede wszystkim skupiona na punk rockowym graniu. Dawniej słowo „bunt” odmieniano tam przez wszystkie przypadki. Teraz to jed-nak bardziej piknik rodzinny.
KULTURA

Nie trzeba być bywalcem imprez muzycz-nych, żeby piknikowej atmosfery domyślić się już po samej liście wykonawców. Bed-narek, Mela Koteluk czy – uwielbiany w kręgach gimnazjalnych – Happysad, to przykłady takich perełek, które pasowałyby do wielu miejsc, ale na pewno nie do Ja-rocina. Klimat tego miejsca czuło się już na samym początku pobytu, bo ludzi o kolo-rowych duszach i szalonym sposobie bycia tam nie brakowało. Szkoda, że musieli wto-pić się w szary tłum niedzielnych festiwalo-wiczów. Nie mam za złe organizatorom, że chcą podążać za muzyką młodych, ale zaczynają przekraczać cienką granicę ko-mercji i – co tu kryć – chały. Moją opinię potwierdzać mogą wszechobecne na tej imprezie reklamy, które na pewno nie do-dawały uroku polu festiwalowemu. Oczy-wiście były tam też kapele i byli wokaliści zdecydowanie pamiętający dawny blask Jarocina i jego poziom, do którego swoimi występami nawiązują. Charyzmatyczny wo-kalista Huntera czy niezapomniany koncert Farben Lehre pozostaną w moich wspom-nieniach na długo, jeśli nie na zawsze. "Muzyka grała od piątku od 9:00 rano, a skończyła się dopiero w poniedziałek około 2:30 nad ranem" Mała scena, na której odbywał się konkurs młodych zespołów, była miłym odpoczyn-kiem od – w większości bardzo średnich – propozycji z dużej sceny. W młodych wo–

KULTURA "Klimat tego miejsca czuło się już na samym początku pobytu, bo ludzi o kolorowych duszach i szalonym sposobie bycia tam nie brakowało"

kalach czuć było niezwykłą chęć przebywa-nia na scenie, a zapał tych wykonawców udzielał się widowni w stu procentach. Konkurs wygrali muzycy z zespołu Lola Lynch. Warto posłuchać ciekawego głosu ich wokalistki i dobrego grania, choć sama uważam, że na tej scenie pokazali się też artyści, którzy bardziej zasłużyli na wygra-ną. W takich momentach widać, że ilu słu– chaczy, tyle werdyktów. Zaskoczenie tego-rocznej edycji to niewielka scena na polu namiotowym, która była zupełnie niezależ-na od organizatorów Jarocin Festiwal. Opiekowało się nią Jarocińskie Stowarzy-szenie Cooltura pod przewodnictwem Marka Sieradzkiego. W specjalnym wyda-niu Gazety Jarocińskiej można było przec-zytać wywiad z Sieradzkim właśnie, który coraz głośniej mówi, że scena na polu na– miotowym zacznie z biegiem czasu kon-kurować z odbywającym się na terenie festiwalu konkursem młodych kapel. Moż-na było odebrać te słowa jako buńczuczne zapowiedzi, ale potwierdził je poziom wy-konawców występujących na tej scenie. Młodziutkie zespoły z całego kraju grały swoją muzykę - od bigbitu do metalu – taką, której nie spodziewam się usłyszeć w radiu. Tu również zwycięzców wybierali festiwalowicze. Dla tych, którzy spali na polu namiotowym, koncerty na tej scenie były bezpłatne, a dla osób z zewnątrz wejściówka kosztowała 5 złotych. Muzyka grała od piątku od 9:00 rano, a skończyła się dopiero w poniedziałek około 2:30 nad ranem. Warto porównać sobie (serdecznie do tego zachęcam) poziom Lola Lynch – zwycięzców oficjalnego jarocińskiego kon–

KULTURA

kursu – z poziomem Rockaine, czyli zespołu, który wygrał rywalizację organizowaną przez Coolturę. Rockaine poza znakomitymi muzykami, co można było usłyszeć od pierwszych taktów, ma jeszcze wokalistę z taką charyzmą, że w czasie ich koncertu czułam, że mała scena jest dla niego za ciasna. Kawał pięknego heavy metalu, tym bardziej że coraz rzadziej spotyka sie taki poziom u wykonawców tego gatunku. Mam nadzieję, że i o jednej, i o drugiej kapeli jeszcze usłyszmy. Warto trzymać kciuki za tych ludzi. "Dla tych, którzy spali na polu namiotowym, koncerty na tej scenie były bezpłatne (...)" Jedna rada, a może mały apel do wszys-tkich odwiedzających Jarocin w przyszłości: zapraszam was do słuchania tych muzy-ków, dla których występ na tym festiwalu jest spełnieniem marzeń, a nie tylko kolej-nym w ciągu roku koncertem. To w graniu tych marzycieli czuć JAROCIN taki, który zdecydowanie zasługuje na to, by zapisać go właśnie wielkimi literami. Aleksandra Wojtaszak "FRANCISZKA ŚLADY
BOSE"
KULTURA

Zachęcony najróżniejszej maści ko-mentarzami po wyborze nowego bis-kupa Rzymu postanowiłem wreszcie, korzystając z wolnych dni wakacyj-nych, zabrać się do rozważania jego słów. Pisząc „komentarze”, mam na myśli dwa skrajne poglądy. Stanowis-ko sugerujące, jakoby nowy papież był sługusem imperium zła, a po prze-ciwnej stronie okrzyk „Gazety”, iż ubogi papież to zbawca Kościoła. Mając w pamięci te wszystkie głosy, nareszcie wyrobiłem sobie własne zdanie. Książka „Nie zgadzaj się na zło!”, która jest zbiorem wypowiedzi Jorge Bergoglio, zos-tała wydana całkiem niedawno – świadczy o tym fakt, że najmłodsze przemówienie nowego papieża pochodzi z 14 kwietnia 2013 roku. Miałem przyjemność również brać do ręki książkę przedstawiającą zarys życiorysu papieża Franciszka oraz jego przemówienia już w dwa tygodnie po jego wyborze! Doprawdy fascynuje mnie ta szybkość współczesnego wydawania ksią-żek. "To książka o zupełnie innych problemach niż te, które codziennie widzimy w różnych zakamarkach Europy" Wypowiedzi papieża podzielone są na trzy części. Pierwsza (i najkrótsza, całe szczęś-cie) to wywiady z ludźmi powiązanymi z nowym papieżem, w których opisują nieznane fakty z jego życia, druga część obejmuje przemówienia papieskie, a także jego krótkie, ale pełne treści wpisy na Twitterze, trzecia, moim zdaniem najcie-kawsza, to zbiór przemówień z czasów dynalskich. Wypowiedzi papieża dobrane zostały wedle ściśle określonego klucza –

KULTURA



KULTURA "Wypowiedzi papieża dobrane zostały wedle ściśle określonego klucza – mają nakreślać filary zła współczesnego świata (...)"

mają nakreślać filary zła współczesnego świata (np. kłamstwo, korupcję, przemoc), a wymienione na okładce stanowią niejako nowy spis siedmiu grzechów głównych. Analizując tę pozycję pod względem stylu, możemy dostrzec zasadnicze różnice mię-dzy wypowiedziami Franciszka Bergolio. Pierwsza, która rzuca się w oczy, to dłu-gość wypowiedzi – będąc kardynałem, nie stronił od trwających wiele minut prze-mówień, natomiast teraz, gdy przybrał się w biały strój, kazania nie zajmują więcej niż stronę formatu A5 (czcionką 10). Warto też wspomnieć o języku: niegdyś bogaty, trudny, niemal naukowy, a dziś prosty i do bólu zrozumiały. Trudno ocenić, który lepszy, aczkolwiek zamieszczony w książ-ce artykuł z czasopisma „Humanitas”, w którym Bergoglio próbuje rozgryźć funda menty współczesnego społeczeństwa, na-leży moim zdaniem do najcelniejszych z je-go diagnoz społecznych. Czyta się wyś-mienicie, a myśli rodzą się głębokie. Uważny czytelnik dostrzeże, jak wiele ener-gii w swoim nauczaniu Franciszek poświęca na przypominanie, że los najuboższych jest najważniejszy, a okrucieństwa wyrządzane ludziom wołają o pomstę do nieba. Wyła-nia się nam zatem obraz człowieka niepo-kornego, przy każdej możliwej okazji pięt-nującego narkotyki, mafię i, co najbardziej go boli, handel ludźmi. Nie przebiera w sło-wach, by piętnować wyzysk i niesprawied-liwość społeczną, nie godzi się na "dziel-nice biedy” i pracę dzieci. To książka o zu-pełnie innych problemach niż te, które co-dziennie widzimy w różnych zakamarkach

KULTURA

Europy. Co ciekawe, w jednym z prze-mówień papież załamuje ręce, gdy mówi, iż zdarzają się wycieczki, które mają w swoim programie zwiedzanie slumsów. To też daje do myślenia, jak nas, przedsta-wicieli „Cywilizacji Zachodu”, postrzegają ludzie z Ameryki Łacińskiej. "Warto też wspomnieć o języku: niegdyś bogaty, trudny, niemal naukowy, a dziś prosty i do bólu zrozumiały" Ten przebogaty zbiór myśli o ludziach ubo-gich jest kolejnym dowodem na praw-dziwość twierdzenia, że papież nie robi nic na pokaz, ale jego skromność i poświę-cenie ubóstwu jest dawno przyjętą życiową postawą, której nie porzucił, wstępując na rzymski tron. Gorąco polecam tę książkę szczególnie krytykantom (takim jak ja) nowego papieża – aby poznali go z innej strony niż ta, którą prezentują polskie media. Jan Bulak Fot. 1: Barcex (CC BY–SA 2.0) Fot. 2: Edgar Jiménez (CC BY–SA 2.0) Fot. 3: Semilla Luz (CC BY 2.0) Fot. 4: thierry ehrmann (CC BY 2.0) WSTYD? W 2007 roku w ciucholandach kupowało jedynie 8% Polaków. Dwa lata później liczba ta wzrosła aż do 42%. Kiedyś takie sklepy nazywano szmateksami, lumpeksami, dzisiaj natomiast częściej słyszy się modnie brzmiące second handy. Czy to ciągle te same sklepy, czy kupują w nich ci sami ludzie?
CZY TO
SPOŁECZNY

Według badań przeprowadzonych w 2010 roku przez Shopping Show głównym czyn-nikiem wpływającym na wybór produktów, które kupujemy, jest cena – została oz-naczona na pierwszym miejscu przez 83% ankietowanych - nie mniej znacząca jest marka (82%) i jakość (79%). Oczekiwa-niom tym sprostały ciucholandy. Wyrosły one jak grzyby po deszczu – są dosłownie wszędzie – w internecie, na ulicach wiel-kich miast, miasteczek czy wsi. Oferują ubrania na każdą kieszeń. "Do »szperaczków« - tak je nazywają - przychodzą po coś wyjątkowego (...)" Podobno najbardziej pożądane są te spro-wadzane ze Skandynawii czy Wielkiej Bry-tanii. Second handy stały się modne i po-pulaarne dzięki gwiazdom i blogerkom mo-dowym. Jeszcze parę lat temu w lumpe–





SPOŁECZEŃSTWO "Według badań przeprowadzonych w 2010 roku przez Shopping Show głównym czynnikiem wpływającym na wybór produktów, które kupujemy, jest cena (...)"

ksach zakupy robiły tylko osoby mniej za-możne lub modowi indywidualiści. Jak jest dzisiaj? Według pań Haliny i Anety – sprzedawczyń w jednym z takich sklepów, kupują tu wszyscy. „Przychodzą do nas już w „beciku!" - śmieją się. „Nasi klienci to młodzież, emeryci, matki z dziećmi, a coraz częściej także mężczyźni” – wylicza pani Halina. - „To nie zależy od wieku”. „A od portfela?” – pytam. „Nie – każdy znajdzie tu coś dla siebie. Sklep jest podzielony na dwie części. W pierwszej znajdują się wyselekcjonowane i wycenione ubrania. Tam idą ludzie, którym zależy na czymś oryginalnym czy markowym; po drugiej stronie można kupić ubrania na wagę – to wybierają ci z mniejszym budżetem” – zdradzają ekspedientki. Przed sklepem sie-dzi grupka modnie ubranych dziewczyn. Do „szperaczków” - tak je nazywają - przy-chodzą po coś wyjątkowego, szukają specjalnych okazji. „Kupuję, a potem sa-ma to przerabiam” – mówi jedna z nich. „W końcu liczy się indywidualność i krea-tywność”. Dla większości młodych ludzi najważniejsze jest logo znanej marki. Wś-ród ich znajomych często padają zdania typu: „Wow! Conversy za 11 zł? Też takie chcę!”. To zachęca je do dalszych po-szukiwań. Procentowo liczba przeciwników ciucholandów wynosi tyle samo, co zwo-lenników. Mariola, która wraz z dwiema koleżankami siedzi w parku obok lum-peksu, otwarcie mówi o tym, że tam nie kupuje. Narzeka, że nie ma tam tego, czego szuka. Poza tym niedaleko znajduje się centrum handlowe, w którym na prze-cenach ceny są zbliżone do tych w lumpe–

SPOŁECZEŃSTWO

ksach. „Przynajmniej mam pewność, że to nie jest używane” – mówi. Innym argu-mentem, który często przytaczają przeci-wnicy ubrań z drugiej ręki jest to, że w sklepach sieciowych wybierają z tysięcy modeli ubrań, w każdym rozmiarze i ko-lorze. Idąc na zakupy, mają pewność, że znajdą to, czego szukają. "Procentowo liczba przeciwników ciucholandów wynosi tyle samo, co zwolenników" Wbrew powiedzeniu, że to nie szata zdobi człowieka, wygląd jest niewątpliwie istotny. Według badań Shopping Show na rozrywkę i ubrania wydajemy nawet dwa razy więcej niż na edukację. Czy chodzenie w uży-wanych ubraniach to wstyd? Dziewczyny spod sklepu sądzą, że to zależy – „Dla ludzi, którzy noszą tylko markowe ciuchy, to rzeczywiście może być wstyd, ale dla większości liczy się to, żeby dobrze wyg-lądać i nie wydać na to fortuny” – mówią. Agnieszka Kracla Fot. 1: Gohsuke Takama (CC BY 2.0) Fot. 2: Cory Doctorow (CC BY–SA 2.0) Fot. 3: Andrew Mason (CC BY 2.0) Fot. 4: zeevveez (CC BY 2.0) STUDENCKIE MARZENIA
SPEŁNIONE
SPOŁECZEŃSTWO

Wysokiej jakości sprzęt muzyczny, kurs japońskiego, warsztaty terapeu-tyczne – to tylko niektóre z pomysłów nagrodzonych w tegorocznej IV edy-cji „Stypendium z Wyboru”, którego pomysłodawcą jest Fundacja Absol-vent.pl. Do rozdania młodym i kreaty-wnym studentom było 67 tysięcy zło-tych. Pula zostanie podzielona między szesnastu laureatów, których pasje i marzenia naukowe zwyciężyły w in-ternetowym głosowaniu. „Stypendium z Wyboru” to ogólnopolski program stypendialny, którego pomysło-dawcą jest Fundacja Absolvent.pl. Adreso-wany jest on do studentów i absolwentów (do roku od ukończenia studiów) i daje szansę na zdobycie stypendium od 1 do 5 tysięcy złotych na realizację edukacyjnego marzenia. Co roku można brać w nim udział indywidualnie lub w grupie maksy-malnie pięcioosobowej. Program podziel– ono na dwie części – do 28 kwietnia każdy zainteresowany mógł aplikować, wysyłając filmik, wykonując prezentację lub wybiera-jąc inny sposób, aby dotrzeć ze swoim pomysłem do jak największego grona in-ternautów i zdobyć ich głosy. "»Chcę być lekarzem, który opuści cztery ściany gabinetu i wyjdzie do ludzi.«" Laureaci wybierani byli bowiem w głoso-waniu internetowym, więc liczyła się krea-tywność. Każdy internauta mógł oddać głos na swojego faworyta, a w tej edycji było ich naprawdę wielu: do programu zgłosiło się 412 chętnych, ale zwyciężyło tylko szesnastu. Na wszystkie aplikacje, podczas trwającego miesiąc głosowania, oddano ponad 150 tysięcy głosów.

SPOŁECZEŃSTWO

Sponsorami tegorocznej edycji są: Shell, Tmobile, Polska Rada Biznesu, Ernst&Yo-ung, KPMG, Nestle, Panasonic, Grupa PZU, MDDP, Infosys, Falck Medycyna, MEDIA-CAP i Sodexo. Muzycznie, medycznie, psychologicznie Jednym z tegorocznych laureatów „Stypen-dium z Wyboru” jest Mateusz Gąsiorowski, student medycyny z Poznania. Chłopak ap-likował o 5 tysięcy złotych na sprzęt wideo do nagrywania filmików edukacyjnych. Na stronie umieścił bardzo ciekawy filmik, na którym zaprezentował się jako ambitny student interesujący się historią średnio-wiecza, psychologią i etyką. „Chcę być lekarzem, który opuści cztery ściany gabi-netu i wyjdzie do ludzi. Pasja, którą jest średniowiecze, pokazała mi, jak wiele ra-dości daje przekazywanie innym wiedzy i obudziła drzemiące gdzieś zacięcie do nauczania” – pisał na stronie projektu. W przyszłości myśli o karierze naukowej, ale chce docierać do studentów za pomocą ciekawych, multimedialnych zajęć, które będą budziły zainteresowanie. Michał Klimczak, student czwartego roku psychologii, za uzyskane stypendium (4 ty-siące złotych) będzie mógł kupić wysokiej jakości wzmacniacz gitarowy i nagrać za-wodową płytę muzykoterapeutyczną. Na sympatycznym filmiku przedstawił swoją muzyczną pasję i pokazał, że jego dotych-czasowy sprzęt nie zawsze sprawdza się na

SPOŁECZEŃSTWO

ważnych imprezach. Tegoroczne „Stypen-dium z Wyboru” trafi także do innych laur-eatów indywidualnych, którzy wygrane pieniądze przeznaczą na: opłacenie szko-leń tanecznych, studia podyplomowe z bio-informatyki, opłacenie kosztów warsztatów musicalowych w Guildhall School w Lon-dynie, bilet lotniczy do Genewy oraz pokry-cie kosztów uczestnictwa i realizacji stażu w WHO, profesjonalny kurs języka japoń-skiego w Tokio, wyposażenie studia mu-zycznego, sprzęt dziennikarski. Szkolenia terapeutyczne z zakresu psycho-logii będą mogły poprowadzić Marta i Mo-nika, studentki psychologii, które apliko-wały o 5 tysięcy złotych. Dziewczyny w nagranym filmiku pokazały, że psycho-logia dotyczy wszystkich i towarzyszy nam na każdym kroku. Chcą zerwać z dawnym rozumieniem psychologii jako nauki teore-tycznej i ukazać ją w nowym świetle – jako terapię, która pomaga znaleźć rozwią-zanie problemów i odnaleźć motywację w życiu. Daniel i Mateusz, studenci prawa, poznali się w 2007 roku i połączyła ich wspólna pasja – wolontariat. Od kilku lat aktywnie działają na rzecz zwiększenia udziału młodych ludzi w życiu publicznym i roz-budzeniu ich świadomości obywatelskiej. Dzięki tej edycji „Stypendium z Wyboru” zrealizują swoje marzenie o pracy w pol-skiej dyplomacji. Będą mogli wziąć udział w unikatowej Akademii Młodych Dyploma-tów, która jest programem rocznym Euro– pejskiej Akademii Dyplomacji. Dzięki wy-granym 5 tysiącom złotych opłacą udział w programie i poszerzą swoją wiedzę z ulu-bionej dziedziny. W swoim filmiku umieścili też motywujący cytat J.W. Goethego: „Cokolwiek potrafisz lub myślisz, że potra-fisz, rozpocznij to. Odwaga ma w sobie ge-niusz, potęgę i magię”. "(...) chce docierać do studentów za pomocą ciekawych, multimedialnych zajęć (...)" „Stypendium z Wyboru” co roku cieszy się dużą popularnością, ale nie ma się co dziwić, w końcu daje ogromną szansę mło-dym i ambitnym studentom oraz absol-wentom na realizację swoich marzeń. „Na-sz program to zupełnie innowacyjny pro-jekt. Młodzi ludzie chcą pracować. Mają świetne, odważne i często nowatorskie po-mysły. Do ich realizacji potrzebują odro-biny wsparcia i funduszy na starcie, któ-rych po prostu brakuje” – wyjaśnia członek zarządu Fundacji Absolvent.pl, Dominik Wiegand. Do tej pory fundacja przezna-czyła 300 tysięcy złotych na realizację stu-denckich marzeń. Karolina Przybylska







SZALEŃSTWO Zeszłotygodniowe poruszenie związane z narodzinami brytyjskiego księcia dob-rze obrazuje okładka satyrycznego pisma „Private Eye” składająca się głównie z wielkiego napisu „Kobieta urodziła dziecko” oraz mniejszego, informującego, że w środku możemy przeczytać też o czymś innym. Czy temat „royal baby” naprawdę kogoś interesuje?
KRÓLEWSKIE
SPOŁECZNY

Wszystko zaczęło się w listopadzie 2012 roku. To wtedy Jessica Hay, szkolna przy-jaciółka Kate Middleton, zdradziła mediom, że książęca para spodziewa się dziecka. Na reakcję nie trzeba było długo czekać – wkrótce nie było gazety, która nie napi-sałaby o królewskiej ciąży. „Royal baby” jeszcze przed narodzinami stało się żyłą złota. Bukmacherzy przyjmowali setki zak-ładów o płeć, imię czy wagę dziecka. Według CNN dzięki zakładom zarobili już ponad milion funtów. A to jeszcze nie koniec – wciąż nieznane są odpowiedzi na zakłady o jego przyszłą edukację, karierę, rodziców chrzestnych czy pierwsze słowo. Można się również założyć o bardziej nie-typowe rzeczy, np. udział księcia w igrzys-kach olimpijskich, jego pierwsze zdjęcie w klubie nocnym czy wiek, w którym znaj-dzie się na okładce amerykańskiego wyda-nia „Vogue'a”. Nie mniejszym zaintereso-waniem cieszą się też królewskie gadżety. Jak podaje agencja Reuters, gama pro–

SPOŁECZEŃSTWO

duktów upamiętniających narodziny księcia waha się od oczywistych po dziwaczne. Można znaleźć wszystko – od śpioszków, przez porcelanowe tabliczki, po nocniki z symbolami królewskimi. Na dziecku zaro-bi też LucAndre Biggs, właściciel firmy Key Domains, który stworzył domenę z imiona-mi księcia na kilka godzin przed ich oficjal-nym podaniem. "Aż 46,7% nie jest tym tematem zainteresowana, a 19% - tylko umiarkowa-nie zaciekawiona" Strona www.georgealexanderlouis.com jest już wystawiona na sprzedaż, chętnych do licytacji nie brakuje. Według prognoz dzięki sprzedaży pamiątek związanych z narodzi-nami księcia Cambridge Wielka Brytania zarobi nawet 2,5 mln złotych. "»Royal baby« jeszcze przed narodzinami stało się żyłą złota" Królewskie narodziny stały się dzięki me-diom sprawą międzynarodową. W Polsce dla królewskiego potomka przeznaczono znaczną część czasu antenowego progra-mów informacyjnych, a nawet zmieniano ich ramówkę. Poskutkowało to spadkiem oglądalności w porównaniu z poprzednim tygodniem – donosi press.pl. Widownia

SPOŁECZEŃSTWO

TVP Info była mniejsza o 14 tys., TVNu o 2 tys., a Polsat News o 7 tys. Z drugiej strony, dokument „William, Kate i królew-skie dziecko” przyciągnął przed telewizory aż 1,51 mln widzów. Na stronie „Wprost” na kilka dni przed porodem pojawiła się ankieta: „Czy emocjonujesz się narodzi-nami brytyjskiego następcy tronu?”. Wyniki są jednoznaczne. Aż 46,7% nie jest tym tematem zainteresowana, a 19% - tylko umiarkowanie zaciekawiona. Tylko 33,3% czytelników gazet przyznaje się, że to wydarzenie jest dla nich emocjonujące. "W Polsce dla królewskiego potomka przeznaczono znaczną część czasu antenowego programów (...)" Mimo to na portalu można znaleźć dziesiąt-ki artykułów o „royal baby”: „Krzykacz ob-wieścił narodziny „royal baby”. „Nikt go o to nie prosił”, „Marynarze uczcili royal ba-by na morzu”, „Royal baby ma już swoją stronę na Wikipedii” - to tylko niektóre z nich. Królewskie szaleństwo trwa też w Niemczech. Według „Pforzheimer Zei-tung”: „Zainteresowanie Niemców narodzi-nami brytyjskiego następcy tronu sprawia trochę nierealne wrażenie. (…) Ta ucieczka od rzeczywistości w Niemczech ma tak ma-sowy charakter, że budzi to niepokój”. W Australii o królewskiej ciąży zaczęto mó-wić jeszcze na długo przed planowanym porodem. Dwoje prezenterów z radia 2Day FM – Mel Grieg i Michael Christian – podając się za Elżbietę II i księcia Karola, zadzwonili do szpitala, w którym przeby-wała księżna Kate. Zapytali o jej stan zdro-wia, a dyżurująca wtedy pielęgniarka – są-dząc, że są tymi, za których się podają – powiedziała im prawdę. W wyniku tego niewinnego żartu Jacintha Saldanha popeł-niła samobójstwo. Parę miesięcy później ta sprawa nie budzi już żadnego zaintereso-wania. "Tylko 33,3% czytelników gazet przyznaje się, że to wydarzenie jest dla nich emocjonujące" Na natemat.pl można znaleźć artykuł o dziesięciu wydarzeniach, które zostały pominięte przez narodziny królewskiego potomka. Czy rzeczywiście skandal korup-cyjny w Hiszpanii bądź spadek produk-cji w Chinach są mniej istotne od kobiety, która urodziła dziecko? Czy o tym chcą czytać ludzie? Komentarze pod tekstami o „royal baby” (a w zasadzie ich brak) nie pozostawiają złudzeń. Agnieszka Kracla fot. 1: Gwydion M. Williams (CC BY 2.0) fot. 2: Christopher Neve (CC BY–SA 2.0)



SAM SIĘ
ZBADAJ!
NAUKA

W dzisiejszych czasach telefony ko-mórkowe nie stanowią już rarytasów. Każdy posiada któryś z kolei telefon, a często bywa i tak, że niektórzy ko-rzystają z kilku, nadając im zastoso-wanie poprzez narzucone etykietki: „praca”, „prywatny”, „tylko ważne” itd. To wszystko składa się na poten-cjał tego urządzenia, który naukowcy starają się wykorzystać na różne spo-soby. A gdyby tak leczyć za pomocą telefonu? Pisałam już o komunikacji nowego wymia-ru, którą zapewnia urządzenie imitujące zapachy. Świadczy to o tym, że przed na-szymi telefonami jest coraz mniej barier. To, co było kiedyś żartem w fantazji nau-kowców, szybko przestało śmieszyć i stało się realnie dostępne. Telefony komórkowe wykorzystywane są w medycynie od dawna. Do tej pory za ich pomocą pacjenci dostawali przypomnienia o umówionej wizycie czy też o zażyciu stale przyjmowanego leku. Dzięki takiemu roz-wiązaniu ilość opuszczonych wizyt i zapom-nianych dawek spadła. Szacuje się, że w Afryce Południowej spadek ten wynosi aż 23%, co ma wielkie znaczenie w przy-padku leczenia chorób przewlekłych. W krajach wysokorozwiniętych zmniejsza się ilość wizyt na pogotowiu o ok. 10%, co zawdzięcza się całodobowemu kontaktowi telefonicznemu i mailowemu z lekarzem pierwszego kontaktu. Wprowadzenie pełnej mobilizacji systemu służby zdrowia może przynieść do 30% oszczędności, które można będzie przeznaczyć na leczenie. Choć wiele aplikacji jest w fazie testów, to w niedalekiej przyszłości każdy będzie w posiadaniu własnego laboratorium, za pomocą którego określi swój stan zdrowia. O ile monitorowanie tętna czy ciśnienia nie

NAUKA "W krajach wysokorozwiniętych zmniejsza się ilość wizyt na pogotowiu o ok. 10%, co zawdzięcza się całodobowemu kontaktowi telefonicznemu (...)"

stanowi żadnego problemu, tak egzamin wydajności przechodzi urządzenie firmy Scanadu, dzięki któremu w mniej więcej dziesięć sekund będziemy mogli poznać temperaturę swojego ciała oraz zawartość tlenu we krwi, a to wszystko za mniej niż 600 zł. Ciekawym urządzeniem wprowa-dzonym na rynek jest uChek, który bada mocz. Wystarczy pobrać jego próbkę i zan- urzyć w niej specjalny pasek. Na podstawie koloru wskaźnika aparat fotograficzny w naszym smartfonie określi ok. dziewięć parametrów (np. liczba białek, poziom glukozy), co prowadzi do postawienia diag-nozy. Urządzeniem, które z pewnością znajdzie się w wielu domach, będzie sys-tem badający ślinę, tym samym umożli-wiając odróżnienie infekcji bakteryjnej od grypy, które na pozór mają podobne obja– wy. Tak wygląda zagraniczny rynek telefo-nów, które diagnozują choroby. Jednakże Telemedycyna polska również istnieje. W obecnej fazie jej rozwoju umożliwia ba-dania EKG przez telefon. Wymaga to, co prawda, więcej sprzętu niż aparat w tele-fonie i odpowiednia aplikacja, aczkolwiek użytkownicy tego systemu dostają po– trzebny zestaw na nieodpłatną dzierżawę od firmy oferującej usługę na cały czas jej świadczenia. Jak to działa? Pacjent nakleja na ciało jednorazowe elektrody, które są podpięte pod niewielki aparat EKG. Wyko-nuje telefon do dyżurującego lekarza i uru-chamia urządzenie, przykładając je do słu-chawki telefonicznej. Po drugiej stronie telefonu lekarz na ekranie komputera widzi zapis pracy serca pacjenta. Po tym zdal–

NAUKA

nym badaniu następuje wywiad oraz pod-jęcie decyzji przez lekarza. Jeśli wyniki są niepokojące, może on wezwać pogotowie, podając wyniki badań i udostępniając wy-wiad lekarski lub skierować pacjenta na dokładniejsze badania, a to wszystko przy pomocy małego urządzenia i telefonu. "Urządzeniem, które z pewnością znajdzie się w wielu domach, będzie system badający ślinę, tym samym umożliwiając odróżnienie infekcji bakteryjnej od grypy (...)" Już teraz mówi się, że bez telefonów nie możemy żyć. W niedalekiej przyszłości mo-że okazać się, że to dzięki nim możemy żyć! To one będą odpowiedzialne za moni-torowanie stanu zdrowia oraz informowa-nie lekarzy, z kolei ci za pomocą jednego kliknięcia będą w stanie udzielić niez-będnej pomocy. Ilona Chylińska fot. 1: Taiyo FUJII (CC BY 2.0) fot. 2: Suedehead (CC BY–SA 2.0) fot. 3: Eric Bryan (CC BY–SA 2.0) fot. 4: Sasha Fujin (CC BY 2.0) - CHEVROLET CAMARO Powszechnie znanym na świecie zjawiskiem jest odświeżanie starych rzeczy, uwspółcześnianie dawnych pomysłów. I – jak to często bywa – można to zrobić dobrze, ale można też zepsuć.
WIECZNIE MŁODY -
SPORT

Zdarza się to choćby w kinematografii, daj-my na to w przypadku Lucasowskiej sagi „Gwiezdnych wojen”. Bez wątpienia, wszy-stkie części są filmami ponadczasowymi, lecz trzy nakręcone najpierw produkcje robią większe wrażenie, bo nie są tak mocno naszpikowane komputerowymi efe-ktami jak obrazy z przełomu XX i XXI wieku. Zjawisko odświeżania ma miejsce również w motoryzacji. Chevrolet camaro, amery-kański muscle car. Od jego premiery w 1966 roku do dzisiaj powstało pięć ge-neracji tego auta. Cztery z nich rozwijano od 1967 do 2002 roku, piąta generacja jest na rynku od roku 2009. Ostatni model to moim zdaniem bardzo udana konstrukcja, godna tego, by zastępować samochód, któ-ry świat zobaczył 47 lat temu. Auto ma wygląd jak przystoi współczesnemu muscle carowi, a dla swojego głównego rywala – forda mustanga – jest wciąż godnym prze–

SPORT



SPORT

ciwnikiem. Moim zdaniem w dzisiejszych czasach rywalizację wizualną wygrywa mustang, odwrotnie niż przed prawie pię-cioma dekadami, kiedy to camaro prezen-towało się lepiej. Nie oznacza to jednak, że jest to brzydkie auto, wręcz przeciwnie. Dizajnerzy z chevroleta uformowali samo-chód, który na pierwszy rzut oka nie jest tym samym, co w 1966 roku, ale po chwili patrzenia zobaczy się elementy znane z pierwszej generacji. Oczywiście na wyglą-dzie motoryzacja się nie kończy. „Chevy” w zależności od wersji jest napędzane sześciolitrowym V8 o mocy 400 koni me-chanicznych, bądź V8 o pojemności zwięk-szonej o dwie dziesiąte litra i mocy 405 lub 432 koni, jest więc zarazem mocniejszy i słabszy od kilku wersji mustanga. Takie możliwości silnika pozwalają kierowcy na rozpędzenie camaro do prędkości maksy-malnej 250 km/h, a dzięki momentowi obrotowemu wynoszącemu 569 Nm pier-wszą setkę samochód osiągnie po 5,2 se-kundy. Te osiągi sprawiają, że mustang wygrywa także w kategorii „moc”. Camaro nie należy do tanich samochodów: nowy model kosztuje prawie 220 tysięcy złotych. Biorąc pod uwagę średnie spalanie tego amerykańskiego klasyka, wynoszące 14 litrów na „setkę”, to dużo. Uważam jed-nak, że jest on wart swojej ceny, a prze-cież wielki apetyt na benzynę to, można rzec, znak firmowy muscle carów. Moim zdaniem rywalizacja camaro i mus-tanga, jest podobna do tej toczonej przez lamborghini i ferrari. I mustang, i camaro prezentują to, do czego je stworzono: duża moc, wielkie silniki i spalanie rzadko kiedy spadające poniżej 10 litrów. Po prostu jed-ni będą woleli chevroleta, drudzy forda, tak samo jak jedni wolą coca–colę, a drudzy pepsi. Osobiście jednak wolałbym „che-vy’ego”. "Ostatni model to (...) bardzo udana konstrukcja, godna tego, by zastępować samochód, który świat zobaczył 47 lat temu" Samochody takie jak camaro to esencja amerykańskiej motoryzacji. Gdybym miał mu zrobić tylko jedno zdjęcie, zrobiłbym je na szosie przecinającej pustynną Nevadę. To auto razem z fordem mustangiem, dod-gem chargerem, corvettą i pontiakiem GTO tworzą wokół asfaltowych nici USA atmos-ferę charakterystyczną dla tego kontynen-tu: poczucie wolności i nieograniczonych możliwości. Ludzie z chevroleta idealnie spełnili swoje zadanie, budując maszynę, która ma tę samą klasę, co ta z 1966 roku. Dobra robota, Amerykanie, tak trzymać! Jan Mazurkiewicz fot. 1: Friday83260 (CC BY–SA 3.0) fot. 2: Tino Rossini (CC BY 2.0) fot. 3: BullDoser





OKIEM WIDGETA