Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury strona 6 jestem zdania, że za długo żyję strona 7 zobacz upływający czas strona 9 kolejna powieść "dla dorosłych" od J.K.Rowling strona 11 subiektywnie strona 16 eye tracking - walka o wzrok klienta strona 17 Wi–Wa Litwa, Wi–Wa Polska! strona 24 mięso z laboratorium strona 30 szybko i zimno strona 34 okiem Widgeta strona 39 JEDNAK OCZY DŹWIGNIĄ HANDLU

Outro Outro Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl ISSN: 2299 - 5242 Redaktor naczelny: Paulina Zguda Zastępca: Marek Suska Sekretarz redakcji: Magdalena Wąwoźna Koordynator: Monika Toppich Redaktor prowadzący: Justyna Majchrzak Korekta wydania: Agata Hajduk Fotoedycja: Sabina Szweda Projekt okładki: Patryk Skoczylas Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Karolina Przybylska (społeczeństwo), Maciej Dziubiński (sport), Nina Bezpałko (korekta), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy). Korekta: Agata Andrzejak, Nina Bezpałko, Justyna Dubaj, Agnieszka Dydacka, Dominika Głowacka, Maria Gołaszewska, Kinga Gintowt, Agata Hajduk, Patryk Łowicki, Kamil Morawiec, Adrianna Szczodrowska, Monika Węgrzyn, Wojciech Żywolt. Graficy: Adam Białek, Patryk Skoczylas, Jarosław Stępień. Zdjęcie na okładce: trmdttr (CC BY–SA 2.0)

W najnowszym temacie numeru powra-camy do tematyki reklamowej. Co zrobić, by przyciągnąć wzrok klienta i zachęcić go do kupna danego produktu? I w odwrotnej perspektywie: jak uniknąć naciągania i świadomie funkcjonować w grze sprzeda-wca - konsument? Jak ważne jest znacze-nie każdego elementu przesyłanej oferty? Nawet sprawdzenie skrzynki mailowej mo-że okazać się wyzwaniem i szansą na sprawdzenie własnej odporności na rek-lamy. Kilka dni temu ruszył nowy projekt Fun-dacji Nowe Media – dwudziestu Polaków i Litwinów przymierza się do publikacji dwujęzycznego magazynu kulturalnego „Wi–Wa”. W tym gronie nie brak rzecz jasna kilku członków Outro. Jesteście cie-kawi efektów? My też. Pierwszy numer będzie można przeczytać już za kilka tygodni. Na dalszych stronach znajdziecie zdjęcia i krótką relację z obozu. I nadszedł też czas na smutną prawdę: dla sporej części czytelników zostały tylko dwa tygodnie wakacji. Głowa do góry, taka jest naturalna kolej rzeczy, dla pocieszenie do-dam: studentom reszta lata minie jeszcze szybciej. Paulina







"JESTEM ZDANIA, ŻE ZA DŁUGO ŻYJĘ"
W czwartek 15 sierpnia 2013 roku w Nicei zmarł polski dramatopisarz, prozaik oraz rysownik, Sławomir Mrożek. Jest autorem m.in. „Tanga” oraz „Emigrantów”. Miał 83 lata.
KULTURA

Mrożek urodził się 29 czerwca 1930 roku w Borzęcinie, niedaleko Krakowa. Po woj-nie rozpoczął studia na wielu kierunkach (architektura, orientalistyka i historia sztu-ki), jednakże nie ukończył żadnego z nich. Światową sławę przyniósł mu wydany w 1964 roku dramat „Tango”. "Czegóż ten człowiek w życiu nie pisał, nie rysował, nie reżyserował!" Mrożek uchodził za człowieka małomów-nego, zamkniętego w sobie, unikał również wywiadów. Do języka potocznego na stałe wpisało się określenie „Jak z Mroż-ka”, przywoływane zawsze wtedy, gdy otaczająca codzienność przekracza granice rozsądku. Jan Błoński pisał: „Czegóż ten

KULTURA

człowiek w życiu nie pisał, nie rysował, nie reżyserował! Nie bał się wstępniaka, humo-reski, skeczu, komedii, dramatu, przypo-wieści (i powieści), nie mówiąc o opowia-daniu; publiczności polskiej i zagranicznej, wyrafinowanych smakoszy i studenckich teatrzyków...”. Twórczość Mrożka łączono z teatrem absurdu, chociaż jego inspiracją nie była swobodna gra wyobraźni, lecz wnikliwa i surowa obserwacja rzeczywis-tości zarówno politycznej, jak i obyczajo-wej. W 1997 roku został odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, w 2003 roku Orderem Legii Honorowej (jest to najwyższe fran-cuskie odznaczenie państwowe), w 2010 roku odebrał Złoty Medal Zasłużony Kulturze Gloria Artis, a rok później Nagrodę Polskiego PEN Clubu im. Jana Parando-wskiego. "(...) jego inspiracją nie była gra wyobraźni, lecz wnikliwa i surowa obserwacja rzeczywistości (...)" „Twórczość Mrożka skrzy się inteligencją, dowcipem, przewrotnością. Bardzo często tak bywa, że sztuka w twórcy wyzwala tę odwagę, której w życiu on nie ma. To takie terapeutyczne działanie. Sławkowi Mrożko-wi twórczość jest bez wątpienia potrzebna do pełnego wyrażania siebie” – mówił o nim aktor Jerzy Stuhr. Wojciech Żywolt Fot.1: arquera (CC BY 2.0) Fot.2: Mariusz Kubik (CC BY 3.0) ZOBACZ UPŁYWAJĄCY CZAS
Zastanawiałeś się kiedyś nad znacze-niem słowa „czas”? A może chciałbyś go dotknąć lub zobaczyć? To niestety niemożliwe, ale zobaczenie jego upły-wu - już tak. Przekonaj się, jak wiele może zmienić się przez dziesięć czy dwadzieścia lat.
KULTURA

W środę w katowickiej galerii Centrum na Mariackiej odbył się wernisaż wystawy Iriny Werning „Back to the future”. Tego dnia przechodzący deptakiem ludzie mogli zostać zaczepieni przez osoby ubrane w stroje z lat 60. i 70., które zapraszały na wystawę, częstowały watą cukrową, a także… grały w gumę, kapsle czy klasy. "(...) obok fotografii artystki pojawiły się również prace próbujących naśladować ją amatorów." Uliczny happening miał zaintrygować mieszkańców, zmusić ich, by na chwilę przystanęli, pomyśleli o przeszłości, a przede wszystkim obejrzeli wystawę ar– gentyńskiej fotografki – Iriny Werning. Według mnie taka forma promocji w tym przypadku sprawdziła się doskonale – ga-leria była zatłoczona przez cały czas wystawy. Projekt „Back to the future” ma charakter ogólnoświatowy. Autorka zaprosiła do udziału w sesji ludzi z całej kuli ziemskiej, w tym również Polaków. Fotografka zesta-wia ze sobą dwa zdjęcia przedstawiające tę

KULTURA

samą osobę. Wszystko na obu zdjęciach jest identyczne - miejsce, ubranie, nawet emocje przedstawione na twarzy. Różnicą jest tylko upływ czasu. Na jednym są trzy dziewczynki w sukienkach w kwiaty i wian-kach na głowach, na drugim tak samo ubrane dorosłe kobiety, zastygłe w tych samych pozach. Efekt jest piorunujący. "Autorka zaprosiła do udziału w sesji ludzi z całej kuli ziemskiej (...)" Ciekawostką jest, że obok fotografii artystki pojawiły się również prace próbujących naśladować ją amatorów. I taka właśnie jest ta wystawa – zmuszająca do refleksji i inspirująca. Mimo że na jej obejrzenie wystarczy poświęcić kilka minut, to na długo zachowuje się ona w naszej pamięci. Być może Irina Werning swoim projektem zapoczątkowała nowe spojrzenie na foto-grafię? Wystawę będzie można oglądać aż do 9 września. Podobną ekspozycję można także zobaczyć w Warszawie, Wrocławiu i Poznaniu. Justyna Książek Fot. 1: North Charleston (CC BY–SA 2.0) Fot. 2: badgreeb RECORDS (CC BY–SA 2.0) Niecały miesiąc temu w mediach pojawiła się informacja, jakoby jedna z najpopularniejszych brytyjskich pisarek J.K. Rowling, znana dzięki serii o Harrym Potterze, wydała powieść kryminalną, używając pseudonimu „Robert Galbraith”. Wraz z tą informacją zaczęły się spekulacje dotyczące przypadkowo-ści wypłynięcia pseudonimu. Czy to tylko sprytny chwyt marketingowy? A może zwykłe niedotrzymanie tajemnicy?
KOLEJNA POWIEŚĆ "DLA DOROSŁYCH" OD J.K. ROWLING
KULTURA

Wraz z nadejściem 2012 roku J.K. Rowling przyznała, że jej następna książka będzie skierowana do starszej publiczności. Je-dnakże pierwsze plotki na temat zmiany grupy odbiorców pojawiły się już w roku 2007, a ostatnim czasem powtórzył je twórca kryminałów Ian Rankin: „Czyż nie byłoby zabawnie, gdyby pierwsza powieść J. K. Rowling dla dorosłych okazała się kryminałem rozgrywającym się w Edynbur-gu?”. W 2012 roku miała miejsce światowa premiera zapowiedzianej pierwszej książki skierowanej do dojrzalszego czytelnika pt.: „Trafny wybór”. Plotki ustały aż do czasu, gdy oficyna Sphere w swojej ofercie umie-ściła książkę pt. „Nawoływanie kukułki”, uznając ją za klasyczny kryminał nikomu nieznanego Roberta Galbraitha. Z notki biograficznej można się dowiedzieć, że jest to pseudonim mężczyzny urodzonego w 1968 roku, ojca dwójki synów, który po latach pracy w wojsku postanowił spróbo-wać swoich sił jako pisarz. Jeden z dzien–

KULTURA "(...) próba opublikowania swojej twórczości pod fałszywym nazwiskiem jest sekretem, którego nie da się długo utrzymać"

nikarzy „The Sunday Times” zaczął, jak się później okazało – słusznie, podejrzewać, że za pseudonimem mężczyzny stoi ktoś inny. Ktoś wprawiony w pisaniu, ponieważ była to zbyt dojrzała powieść jak na debiut, autor doskonale opisywał także damskie ubrania, co podsycało wszelkie wątpliwoś-ci. Idąc dalej tym tropem, dziennikarz za-uważył, że zarówno nieznany nikomu Gal– braith, jak i Rowling mają wspólnego re-daktora i wydawcę. Pod gradobiciem pytań autorka Harry'ego Pottera przyznała się do wydania powieści kryminalnej: „Miałam na-dzieję utrzymać ten sekret nieco dłużej, ponieważ bycie Robertem Galbraithem było takim wyzwalającym doświadczeniem. Cu-downie było publikować bez tego całego szumu i oczekiwań, no i ta czysta przyjem-ność z otrzymywania opinii pod innym naz– wiskiem”. Od czasu ujawnienia tożsamości autora „Nawoływanie kukułki” stało się bestsellerem, który wskoczył na pierwsze miejsce listy Amazona. Wydawca natych-miast zlecił wydruk nowych egzemplarzy, co przyczyniło się do kolejnej plotki, jakoby prawdziwa tożsamość autora wyciekła ce-lowo. Zanim dziennikarze „The Sunday Times” zwołali fachowców do porównania stylu obu pisarzy, ktoś wysłał im wiado-mość na Twitterze. Winnym całego zamieszania okazał się niejaki Chris Gossage współpracujący z fir-mą prawniczą Russells Solicitors. Mężczyz-na nieopatrznie wygadał się najlepszej przyjaciółce swojej żony, a ta z kolei poin-formowała prasę. W swoim oświadczeniu Russells Solicitors przeprasza autorkę oraz

KULTURA

informuje, że nie był to plan marketingowy i zarówno autorka, jak i jej agent nie byli w to zamieszani. Rowling z kolei odpowie-działa: „(…) tylko malutka liczba osób znała mój pseudonim i zastanawianie się całymi dniami, jak kobieta, o której przed sobotnią nocą nigdy nie słyszałam, mogła dowiedzieć się o czymś, o czym wielu z moich wieloletnich przyjaciół nie wiedzia-ło, wcale nie było miłe”. Dodaje: „Powie-dzieć, że jestem rozczarowana, to zbyt delikatnie powiedziane. Założyłam, że mo-gę spodziewać się po Russells całkowitej poufności jako od szanowanej, profesjo-nalnej firmy i jestem bardzo zła, że źle ulokowałam moje zaufanie”. Na pytania, dlaczego autorka wybrała taki pseudonim odpowiedziała, że Robert jest jej ulubio-nym męskim imieniem i nie użyła go w żad-nej części o Harrym Potterze, z kolei nazwisko wzięło się z wyobraźni małej Jo-anne, która od dziecka chciała nazywać się po prostu Galbraith. "Dzięki ujawnieniu prawdziwej tożsamości autora fani powieści Rowling dostali prezent." Całe zamieszanie miało ciąg dalszy i jak wcześniej zapowiadała autorka skończyło się w sądzie. Prawnik Chris Gossage oraz jego przyjaciółka zostali pozwani za niedo–

KULTURA

trzymanie dyskrecji oraz zdradę zaufania, przekazując dalej informację o prawdziwej tożsamości Roberta Galbraitha. 31 lipca 2013 roku przed Sądem Najwyższym w Wiel-kiej Brytanii zostało zawarte w tej sprawie porozumienie. Pozwani oraz firma prawni-cza przeprosili autorkę, zobowiązując się jednocześnie do pokrycia kosztów procesu oraz wypłacenia znacznej darowizny na rzecz Soldiers’ Charity wspierającej byłych i obecnych żołnierzy oraz ich rodziny w ra-mach zadośćuczynienia za zdradę zaufania. "(...) była to zbyt dojrzała powieść jak na debiut (...)" Przed sądem zostało również przeczytane oświadczenie autorki, która zobowiązała się wszystkie tantiemy otrzymywane za książ-kę oddać na rzecz tej samej organizacji. Rowling przyznała, że nosiła się z takim zamiarem od początku, ale nie przypusz-czała, że książka zarobi tak wiele w tak krótkim czasie. Warto przypomnieć, że przed ujawnieniem pseudonimu książka sprzeda-ła się w ponad 1,5 tys. egzemplarzy, co jest dobrym wynikiem jak na debiut niko-mu nieznanego pisarza. Z kolei dla porów-nania pierwsza część przygód Harry'ego Pottera rozeszła się w nakładzie zaledwie pięciuset egzemplarzy. Morał tej historii jest prosty i niektórym znany - gdy ktoś pisze pod pseudonimem, to go nie zdradzamy! Chociaż i ten medal ma dwie strony. Dzięki ujawnieniu prawdzi-wej tożsamości autora fani powieści Rowling

KULTURA

dostali prezent. Mogą przeczytać jej kolej-ną powieść w zupełnie innej odsłonie, na którą nie wpadliby bez całego zamieszania. Firma prawnicza za swoją niekompetencję słono zapłaciła, a jej pracownicy dostali cenną nauczkę. "Od czasu ujawnienia tożsamości autora »Nawoływanie kukułki« stało się bestsellerem (...)" Warto przypomnieć, że nie jest to jedyna próba ukrycia swojej tożsamości pod pseu-donimem. W 70. i 80. latach Stephen King opublikował pięć powieści jako „Richard Bachman” i został rozpoznany przez jed-nego ze swoich wielbicieli. Pisarz stwier-dził, że próba opublikowania swojej twór-czości pod fałszywym nazwiskiem „jest sekretem, którego nie da się długo utrzy-mać”. Ilona Chylińska Fot. 1: msbhaven (CC BY 2.0) Fot. 2: macieklew (CC BY–SA 2.0) Fot. 3: Karen Roe (CC BY 2.0) Fot. 4: shikiro famu (CC BY 2.0) Fot. 5: Daniel Orgen (CC BY 2.0)

KULTURA SUBIEKTYWNIE

Pink Floyd – The Wall (1979) Opowieść, którą przygotował Roger Waters przeszło 30 lat temu, zostanie na nowo ukazana 20 sierpnia w trakcie koncertu na Stadionie Narodowym. Początkowo twórca chciał odciąć się od publiczności podczas wielkich występów – twierdził, że nie ma żadnej więzi na linii muzyk–widz. Tak oto powstała historia człowieka, który grodzi się murem, walczy ze złem tego świata i tworzy poezję. To tu przeplatają się losy zarówno narkomana i pierwszego wokalisty Pink Floyd, Syda Barreta, jak i ojca Water-sa, który zginął podczas II wojny świato-wej. To wspaniały album, a takie utwory jak „Comfortably Numb” czy „Another Brick In The Wall Part II” utwierdzą nas, zgro-madzonych na Narodowym, o mocy, jaką posiada muzyka i sam Waters. Tyle. Trupa Trupa - ++ (2013) Smutek, przygnębienie, a zwłaszcza śmierć. Te wszystkie emocje znajdziemy na nowym albumie trójmiejskiej formacji. Teksty napi-sane przez duet Kwiatkowski – Juchniewicz są naprawdę dobre, poruszające i skłania-jące do refleksji. Od pierwszego przesłu-chania ta płyta wciąga, co udowadnia, że rodzima scena ma się dobrze. Trochę rocka z mieszanką psychodelii dają świetny efekt, a najciekawsze utwory to „I Hate” czy krótki, ale szalenie intrygujący „Miracle”. Album, który został naznaczony dwoma plusami, ma ich zdecydowanie więcej. Śmiało można powiedzieć, że to jedno z najlepszych wydawnictw w Polsce. Tylko się cieszyć! Michał Fila Fot.: ocad123 (CC BY–SA 2.0) Codziennie na maila dostajemy od kilku do kilkunastu reklam. Większości z nich nawet nie otwieramy, lecz szybko oznaczamy jako spam. Układ tekstu, kolory poszczególnych obiektów czy ich wielkość są jednak dokładnie zaplanowane przez ich twórców. Dzięki nowej metodzie badań marketingowych – eye tracking – nie jest już tajemnicą, na co zwracamy uwagę, przeglądając komu-nikaty reklamowe. Dzięki temu walka o naszą uwagę jest o wiele łatwiejsza.
EYE TRACKING – WALKA O WZROK KLIENTA
SPOŁECZEŃSTWO

Eye tracking – podążając za ludzkim okiem Eye tracking (z ang. eye – oko, track – ścieżka, droga) to w marketingu sposób patrzenia na świat oczami klienta. W kon-strukcji przekazu reklamowego marketin-gowcy wykorzystują wiedzę o budowie i czynnościach ludzkiego oka, a dzięki temu doskonale wiedzą, jak rozmieścić poszcze-gólne elementy przekazu, jakie dobrać ko-lory i rozmiar czcionki. Jest to bardzo waż-ne, ponieważ ostro i w pełnej gamie barw widzimy jedynie bardzo mały obszar. Jego rozmiar można porównać do wielkości kciu-ka widzianego przy wyprostowanej ręce. Twórcy reklam muszą zatem robić wszy-stko, aby najważniejsze elementy nie um-knęły naszym oczom, lecz były bardzo dobrze wyeksponowane. W badaniach nad ścieżką wzroku klienta wykorzystuje się specjalne urządzenie zwane "eye tracker": analizuje ono obraz źrenicy oraz sposób

SPOŁECZEŃSTWO

odbicia światła podczerwonego od rogówki oka. Dzięki temu wiadomo, gdzie klient koncentruje swój wzrok, co zauważa naj-pierw, jak często wraca do danego elemen-tu obrazu. Ważne z punktu widzenia mar-ketingowego okazują się także fiksacje, czyli momenty, w których wzrok zatrzymuje się na jakimś obiekcie i zaczyna go analizować. Nasze oko wykonuje ok. trzech do pięciu takich ruchów na sekundę. Ruchy sakkadowe polegają natomiast na przeno-szeniu uwagi między obiektami. W celu określenia ogólnych trendów w tworzeniu przekazów reklamowych tworzy się wizuali-zacje, np. mapy cieplne (ang. heat map) obrazujące łączne wyniki skupienia uwagi badanych, czy gaze ploty wskazujące kolej-ność postrzegania poszczególnych obszarów. "W związku z przesytem informacji w Internecie coraz trudniej jest skupić wzrok na długim, jednolitym tekście." Czy układem tekstu można przyciągnąć uwagę? W związku z tym, że czytamy od lewej do prawej i z góry na dół, w ten sam sposób oceniamy ważność poszczególnych ele-mentów w reklamie. Badania eye tracking

SPOŁECZEŃSTWO "99,99% - tyle procent ludzi czyta fragmenty umieszczone w ramce i uznaje je za najważniejsze"

potwierdzają, że oglądanie rozpoczynamy od lewego, górnego rogu i przechodzimy w prawo i w dół. Dobre praktyki proje-ktowania stron internetowych sugerują, że najlepszym miejscem na umieszczenie lo-gotypu na stronie jest właśnie lewy górny róg, choć umieszczenie go po prawej stro-nie też daje podobne efekty. Pewne ele-menty zauważamy zatem szybciej. Z jednej strony ma na to wpływ ich umiejscowienie, wielkość, kolor, a także sąsiedztwo z innymi elementami. Bardzo często wykorzystuje się strzałki, które kierują nasz wzrok po obrazie. Często są umieszczane obok haseł reklamowych i wskazują logo. Twórcy re-klam mogą manipulować rozłożeniem tekstu, by zaakcentować szczególnie ważne dla przekazu treści. W związku z przesytem informacji w Internecie coraz trudniej jest skupić wzrok na długim, jednolitym tekście. Tekst np. maili jest zatem często dzielony na mniejsze fragmenty, dodatkowo ułatwia się odbiorcy dostrzeżenie ważniejszych in-formacji przez ich pogrubienie, powiększenie czy zmianę koloru. Autorzy przekazu two-rzą w ten sposób słowa–klucze, które mają zapaść w naszą pamięć. Ważną rolę pełnią nagłówki – im wyżej są położone, tym is– tnieje większa szansa, że odbiorca je prze-czyta. Powinny także różnić się wyraźnie od reszty tekstu, np. kolorem. Jeśli twórcy reklamy chcą zachęcić oglądającego do jakiegoś działania, np. poprzez hasło „Zostań jedną z testerek kremu”, powinni umieścić go na górze, gdyż nie każdy czyta całość przekazu. Kolejnym sposobem na wyróżnienie danej informacji jest ramka. 99,99% - tyle procent ludzi czyta fragmen–

SPOŁECZEŃSTWO

ty umieszczone w ramce i uznaje je za najważniejsze. Metoda ta wykorzystywana jest także w szkolnych podręcznikach, w których podsumowuje się najistotniejsze wiadomości z danego rozdziału. Najbardziej przyciągać nasz wzrok będą ramki czerwo-ne, ale niezwykle „chwytliwe” są tzw. ramki–negatywy, których kolor jest kon-trastowy w stosunku do koloru tła, np. na białym tle czarna ramka z białymi napisa-mi. Ważna jest także opozycja jasny–ciemny. Obrazy jasne zazwyczaj kojarzą się z czymś dobrym, zrozumiałym, przyjaznym, bezpie-cznym, natomiast ciemne mogą budzić niepewność czy niezrozumienie. Gdy jed-nak celem reklamy jest wzbudzenie tajem-niczości, niedostępności itp., ciemne kolory sprawdzają się najlepiej. "Ważną rolę pełnią nagłówki – im wyżej są położone, tym istnieje większa szansa, że odbiorca je przeczyta." Badania przeprowadzone przez Nielsen Norman Group w 2007 roku pokazały, że liczby zapisane w formacie cyfrowym (123 zamiast sto dwadzieścia trzy) łatwiej zau-ważyć w tekście. Dodatkowo większa liczba silniej przyciąga wzrok odbiorcy – to tzw. „prawo wielkich liczb”. Jeśli natomiast liczba jest mała, wystarczy zwiększyć jej

SPOŁECZEŃSTWO "(...) emocje negatywne, a zwłaszcza strach są jednym z bodźców, które najsilniej przyciągają ludzką uwagę (...)"

rozmiar, np. nowy produkt kosztuje tylko 29,99, ale cena jest wyeksponowana dużą czcionką i dzięki temu skupia uwagę. Czy ilość kolumn tekstu ma znaczenie? Jeś-li chcemy przyciągnąć szczególną uwagę odbiorców do jednego z produktów, najle-piej jest zmniejszyć ilość kolumn i umieścić go w lewym górnym rogu. Według badań eye tracking dla odbiorcy najwygodniejsze jest rozmieszczenie w dwóch kolumnach oddzielonych dodatkowo pustą przestrze-nią, którą można wykorzystać na umiesz-czenie ważnego elementu przekazu. Obrazy? Tak, ale jakie? W mailingach bardzo często wykorzystuje się fotografie, ale umieszczanie takich, któ– re są niezwiązane z reklamowanym produ-ktem lub usługą, może odciągać uwagę od właściwej treści. Ryzykowne jest pozycjo-nowanie takich zdjęć obok ważnego tekstu. Ciekawym spostrzeżeniem jest także to, że umieszczenie tekstu obok fotografii atrak-cyjnej kobiety może spowodować, że męska część odbiorców przeczyta go z dużo mniejszą uwagą niż kobiety. Jakie obrazy przyciągają natomiast nasz wzrok najbar-dziej? Są to twarze, najlepiej powszechnie znane. Stąd w reklamach wykorzystuje się aktorów, znanych sportowców, np. Chuck Norris w reklamie Banku Zachodniego WBK. Natomiast według znanego amerykański-ego dyrektora artystycznego Pete'a Barry'ego w reklamach powinno się raczej unikać używania zdjęć ludzkich, lecz fotografować martwe obiekty, które przypominają cechy

SPOŁECZEŃSTWO

ludzkie, np. owłosiona kula bilardowa sym-bolizująca głowę czy pomarańcza w czapce baseballowej. "Jakie obrazy przyciągają natomiast nasz wzrok najbardziej? Twarze, najlepiej powszechnie znane." Ważny jest ponadto kierunek wzroku pos-taci lub elementu symbolizującego czło-wieka, bowiem kieruje on naszym spojrze-niem i wskazuje ważne elementy przekazu. Jeśli komunikat ma budzić strach, bohater ma odsłonięte białka nad źrenicą. Liczne badania z zakresu psychologii wskazują, że emocje negatywne, a zwłaszcza strach, są jednym z bodźców, które najsilniej przy-ciągają ludzką uwagę i zarazem utrudniają jej przeniesienie na inny obiekt. Wyko-rzystuje się to w kampaniach społecznych, dotyczących np. przemocy wobec dzieci. Karolina Przybylska Fot. 1: SMI Eye Tracking (CC BY 2.0) Fot. 2: Brandi Jordan (CC BY 2.0) Fot. 3: waylonscott (CC BY 2.0) Fot. 4: mauren veras (CC BY 2.0) Fot. 5: Brett Jordan (CC BY 2.0) Fot. 6: tedeytan (CC BY–SA 2.0) Fot. 7: bbweb (CC BY–SA 2.0) Fot. 8: Capt' Gorgeous (CC BY 2.0)

SPOŁECZEŃSTWO

WI–WA LITWA, WI–WA POLSKA!
Nie ma co się oszukiwać, polsko–li-tewska historia i teraźniejsze relacje między naszymi narodami nie skła-dają się wyłącznie z tego, co dobre. Niemniej możemy całkiem dobrze współpracować, co udało się udowo-dnić dwadzieściorgu młodych Litwi-nów i Polaków.
WI–WA

Nie przeszkodził nam w tym nawet brak wspólnego języka. Wśród Litwinów – a właściwie Litwinek – były osoby rozu-miejące język polski, ba, były też i takie, które po polsku mówiły. To jednak było za mało, by to polszczyzna stała się jedynym językiem naszego spotkania, toteż trzeba było ćwiczyć się również w rozumieniu i używaniu angielskiego. "Co wyniknie z tego wspólnego spotkania? Przynajmniej kilka wydań polsko–litewskiego magazynu (...)" O co chodzi? O litewsko–polski obóz kultu-ralno–dziennikarski „Wi–Wa”, który zorga-nizowała Fundacja Nowe Media w dniach od 11 do 16 sierpnia w Warszawie. Tak, „Wa” to Warszawa, a co z „Wi”? „Wi” dopiero bę-dzie, bo kolejnym razem spotkamy się w Wilnie, już we wrześniu. Zaczęło się od poniedziałkowej próby zinte-growania obu stron tego wydarzenia serią różnych ćwiczeń. Wieczorem zaś wybraliś-my się na projekcję „Noża w wodzie” Romana Polańskiego. Niestety zabrakło angielskich napisów, w związku z czym

WI–WA

odbiór filmu przez osoby nierozumiejące ję-zyka polskiego musiał być znacznie utru-dniony. Następnego dnia, podczas projekcji „Miłości” Filipa Dzierżawskiego, błąd ten się już nie powtórzył. W ciągu tygodnia działo się jeszcze wiele ciekawych rzeczy. Dwa spotkania w Insty-tucie Adama Mickiewicza. Zwiedzanie eks-pozycji „Czas wolny” (dotyczącej Polski Lu-dowej) w warszawskiej Zachęcie wraz z ko-mentującym ją kuratorem wystawy, Łuka-szem Modelskim. Gra miejska polegająca na wyruszeniu w Warszawę i zebraniu ma-teriału, a następnie przygotowaniu prezen-tacji o jednym z czterech obiektów na jej terenie, np. o „Pozdrowieniach z Alej Jerozolimskich”, czyli palmie na Rondzie de Gaulle’a. Szkolenie z obsługi portalu netzine.eu (lub mam.media.pl), godzina na uroczystościach z okazji Święta Wojska Polskiego. Udział w wystawie „Samolub” Olafa Brzeskiego w Centrum Sztuki Współczesnej, razem z oprowadzającym po niej Stachem Szabłowskim. Ćwiczenia i rozmowy. Co wyniknie z tego wspólnego spotkania? Przynajmniej kilka wydań polsko–litewskie-go magazynu o sztuce współczesnej, do którego lektury już teraz zachęcam. Infor-mację o jego publikacji – jeśli nie wydarzy się nic niespodziewanego – znajdziecie na profilu Outro na Facebooku, w okolicach początku września. Marek Suska Fot. 1, 2: Fundacja Nowe Media

WI–WA WI–WA OBÓZ POLSKO–LITEWSKI WI–WA Fot.: Fundacja Nowe Media



WI–WA WI–WA OBÓZ POLSKO–LITEWSKI WI–WA Fot.: Fundacja Nowe Media

MIĘSO
Z roku na rok spożycie mięsa na świecie gwałtownie rośnie. Według statystyk jeszcze w 1961 roku mieszkańcy Ziemi zjadali około 71 mln ton mięsa. Czter-dzieści lat później było to już 238 mln ton. Jeżeli nic się nie zmieni, to w połowie XXI wieku liczba ta zbliży się do pół miliarda ton. Tego nasza planeta może nie wytrzymać.
NAUKA

Z LABORATORIUM Jeszcze kilkadziesiąt lat temu pomysł hodo-wania mięsa w laboratoriach pojawiał się tylko w książkach i filmach. Na poważnie pomysłem zajęła się dopiero w 2002 roku NASA, która szukała sposobu na dostarcze-nie astronautom białka, gdy ci wyruszali w wieloletnie podróże. Bioinżynier Morris Benjaminson zebrał zespół i pociął mięśnie złotej rybki (hodowlana odmiana karasia) na kawałki o długości od 5 do 10 cm, po czym zanurzył je w surowicy z krwi płodów cielęcych. Po tygodniu paski mięśni zwię-kszyły swoją długość o 14 procent. NASA szybko zarzuciła projekt, ale ich sukces wywołał taką burzę w naukowym świecie, że większość naukowców doszła do wniosku, że najlepiej będzie wykorzy-stać komórki macierzyste. Zaraz jednak pojawiły się wątpliwości, czy pobierać ko-mórki od żywych, czy od martwych zwie-rząt. Tak naprawdę oba rozwiązania są dobre. Przy sztucznym wytwarzaniu mięsa hodowle zwierząt nie musiałyby liczyć mi-liardów osobników, a zaledwie tysiące.

NAUKA



NAUKA "Jeszcze kilkadziesiąt lat temu pomysł hodowania mięsa w laboratoriach pojawiał się tylko w książkach i filmach."

Niezależnie od tego, która metoda ich uzyskiwania zostanie wybrana, komórki zostają umieszczone w naczyniach labo-ratoryjnych. I tu pojawia się kolejna kwes-tia – konsystencja. Mięśnie rosnące w ży-wych organizmach są w ruchu, natomiast w laboratorium cały czas w stanie spo-czynku. Naukowcy próbują różnych metod, by zniwelować ten problem. Przykładowo, do niedawna pracujący w Medica Univer-sity of South Carolina prof. Vladimir Miro-nov stosuje rusztowania z substancji wyt-warzanej z chityny, która wraz ze zmianą temperatury rozszerza się lub kurczy, sprawiając, że mięśnie „ćwiczą”. Inaczej poradził sobie z tym dr Mark Post z Uni-wersytetu w Maastricht, który umieścił ko-mórki na rusztowaniach z rozpuszczalnych cukrów, dzięki czemu są one napięte. Do– datkowo co jakiś czas aplikuje im impulsy elektryczne, które zmuszają komórki do kurczenia się i rozkurczania. 5 sierpnia dr Post po roku badań nad ko-mórkami macierzystymi po raz pierwszy zaserwował hamburgera z wyhodowanym w laboratorium kotletem. Do jego stworze-nia wykorzystano komórki macierzyste wyodrębnione z mięśnia krowy. Kanapka była warta 320 tysięcy dolarów, ale nau-kowiec twierdzi, że gdyby miał większe środki finansowe, to już za 10-15 lat takie mięso mogłoby trafić do hipermarketów i być tańsze od naturalnego. Do tego jeszcze długa droga, ale już teraz badacze prześcigają się w pomysłach jak uatrakcyj-nić mięso hodowane metodą in vitro.

NAUKA

"Wystarczy trochę komórek macierzystych i będziemy mogli zjeść mięso pandy czy płetwala błękitnego." Pierwsze koncepcje dotyczą produkcji mię-sa o różnej zawartości tłuszczu. W labora-toriach tkanki mięśniowa i tłuszczowa są hodowane oddzielnie, a następnie miesza-ne ze sobą, co pozwala na łączenie ich w dowolnych proporcjach, dzięki czemu możliwe byłoby uzyskiwanie mięsa chud-szego lub tłustszego. Co więcej, zamiast typowych tłuszczów zwierzęcych można dodać kwasy tłuszczowe omega-3 lub omega-6, które w naturze występują tylko w rybach i innych organizmach morskich. W podobny sposób można wpływać na zawartość witamin i soli mineralnych, uzy-skując tym samym zdrowsze produkty. Naukowcy poszli jeszcze dalej, dostrze-gając w mięsie in vitro szansę na produ-kowanie go z różnego rodzaju zwierząt, również tych zagrożonych wymarciem i będących pod ochroną. Wystarczy trochę komórek macierzystych i będziemy mogli zjeść mięso pandy czy płetwala błękitnego. Na razie to wizje przyszłości, ale przecież kot-let z mięsa z probówki już powstał. Teraz trzeba czekać, jakie będą tego następstwa. Justyna Książek Fot.1: procsilas (CC BY 2.0) Fot. 2: soyculto (CC BY 2.0) Fot. 3: Procsilas Moscas (CC BY 2.0) Fot. 4: jayneandd (CC BY 2.0) Fot. 5. Phillie Casablanca (CC BY 2.0) W 1994 roku w zimnej Szwecji dwudziestodwuletni Christian von Koenigsegg rozpoczął krótką, ale wartą uwagi historię – na rynek samochodowy wprowadził nową markę produkującą supersamochody.
SZYBKO I ZIMNO
SPORT

Pierwszym wyprodukowanym modelem był CC z 1998 roku. Dysponował on bardzo do-brymi jak na koniec XX wieku osiągami: moc 614 koni mechanicznych, od zera do „setki” przyśpieszał w 3,2 sekundy, a jego prędkość maksymalna wynosiła 354 km/h. Po takim debiucie można było spodziewać się, że auta Koenigsegga będą przez nas– tępne lata plasować się w czołówce naj-szybszych na świecie. I rzeczywiście: CC z 2001 roku mógł już jechać maksymalnie 384 km/h, a co ciekawe, prędkość tę kierowca odczuwał w samochodzie bez da-chu (nadwozie typu roadster). Przez kolej-ne lata „vmax” szwedzkich supersamocho-dów wahała się mniej więcej w granicach 380-390 km/h. Do czasu, gdy w 2008 roku w Genewie Szwedzi pokazali coś jeszcze szybszego. Był to Koenigsegg CCXR Edition. Zacznę od jego wyglądu. Z przodu duży wlot powie–

SPORT

trza i dosyć skromne światła. Od razu uwa-gę przykuwa karoseria – jest tu bezbarwny lakier odsłaniający surowy karbon. Cieka-wostką jest, że samo nadwozie waży jedynie 56 kilogramów. Koła zwieńczone są jedenastoramiennymi felgami przykręcony-mi pojedynczymi śrubami. Ogromne tarcze hamulcowe pozwalają zatrzymać auto ze 100 km/h na dystansie jedynie 32 metrów. Na tyle samochodu znajduje się duże regu-lowane skrzydło – charakterystyczne dla koenigsegga przejście kabiny w maskę skrywającą to, co w tym aucie najlepsze. "(...) potężna moc, lekkość nadwozia i opływowe kształty pozwalają mu na osiągnięcie 417 km/h." W artykule o lamborghini veneno pisałem o swojej dezaprobacie wobec ekologi-cznych supersamochodów. Koenigsegg CCXR znacząco zmienił moją opinię. Samo-chód jest napędzany pięciolitrowym silni-kiem V8. Skandynawowie postanowili, że udowodnią możliwość skonstruowania su-perszybkiego bolidu, którego ekolodzy nie znienawidzą. Przystosowali zatem jednos-tkę napędową z CCXR do spalania biopa-liwa – etanolu. I tu Szwedzi zaskoczyli wszystkich, nawet siebie samych, gdyż ta-kie paliwo zwiększyło – i to jak! – moc sa– mochodu z 806 do 1032 koni mechani-cznych. To aż o 206 więcej. Dla porówna-nia, mocą 200 KM dysponuje na przykład volkswagen golf GTI piątej generacji. Auta Koenigsegga to istne szaleństwo prędkości. Wysoki moment obrotowy dosłownie wys-trzeliwuje CCRX–a do „setki” – trwa to je-dynie 2,9 sekundy. Jeśli chodzi o prędkość maksymalną, to wspomniana wcześniej po-tężna moc, lekkość nadwozia i opływowe kształty pozwalają mu na osiągnięcie 417 km/h. Studzącym podekscytowanie faktem jest to, że aby licznik pokazał taką liczbę, trzeba zdemontować spojler. "CCXR jest szybki, ładnie wygląda, a na dodatek lubią go ekolodzy." W każdym razie muszę zwrócić honor kon-ceptowi ekologicznego supersamochodu. I to z kilku powodów. Po pierwsze, Koenig-segg pokazał światu, że bycie przyjaznym dla środowiska nie oznacza samo przez się straty na osiągach. Po drugie, ekologiczny supersamochód może być napędzany silnikiem spalinowym. Po trzecie, nie musi mieć wcale stylistyki nudnej bańki o dłu-gości metra pięćdziesiąt, skonstruowanej z komponentów. Po czwarte, niekoniecznie powinien mało palić. Tak, koenigsegg CCXR na 100 kilometrów spali 22 litry przyjaznego dla natury etanolu.

SPORT

CCXR jest szybki, ładnie wygląda, a na dodatek lubią go ekolodzy. Chciałbym go nazwać najlepszym samochodem na świe-cie, jednak nie mogę tego zrobić. Nie jest to auto dla każdego, gdyż powstało tylko w dwudziestu egzemplarzach. Pali jak smok, do tego nie zwykłą bezołowiową, tylko droższy etanol. I kto rozwinie prędkość 417 km/h na drodze publicznej? Owszem, zryw spod świateł musiałby być ciekawym przeżyciem, ale co z tego, jeśli po prze-kroczeniu „setki” samochód zatrzyma albo policja, albo latarnia uliczna? Bez wątpienia szwedzkie auto to coś udanego, ale mimo całej mojej sympatii do niego w ogólnym rozrachunku to tylko kolejny niedostępny obiekt, odpowiedni dla zaspokojenia kapry-su milionera. Dla mnie najlepszym samo-chodem na świecie cały czas pozostaje stary dobry VW golf. Jednakże gdy porów-nać koenigsegga z jego konkurentami, czyli bugatti veyronem i ssc aero, to z czystym sercem mogę przyznać, że rywalizację, mimo tego, że nie jest najszybszy, wygry-wa właśnie CCXR. Dlaczego? Bo został stworzony przez tego samego człowieka, który założył markę. Nie jest dziełem masy speców, których opłaca wielki koncern Volkswagen. To auto z wioski w zimnej Szwecji, spod skrzydeł marki podlegającej tylko i wyłącznie sobie. A to jest na swój sposób imponujące. Jan Mazurkiewicz Fot. 1: AmSavS @ELITEINK (CC BY–SA 2.0) Fot. 2: Fpm (CC BY 2.0)









OKIEM WIDGETA