Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury strona 6 sklep dla samobójców strona 7 "ściana" w Warszawie strona 10 subiektywnie strona 15 Soundrive Festival 2013 strona 16 reakcja na One Direction Infection strona 18 10 kilometrów "czystej" zabawy strona 22 pudełko z dziurką strona 30 ekstraklasowa nieszczęśliwa miłość strona 33 okiem widgeta strona 39 ODWOŁUJĘ KONIEC WAKACJI

Outro Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl ISSN: 2299 - 5242 Redaktor naczelny: Paulina Zguda Zastępca: Marek Suska Sekretarz redakcji: Magdalena Wąwoźna Koordynator: Monika Toppich Redaktor prowadzący: Agnieszka Nowak Korekta wydania: Nina Bezpałko Fotoedycja: Roksana Grzmil Projekt okładki: Patryk Skoczylas Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Karolina Przybylska (społeczeństwo), Maciej Dziubiński (sport), Nina Bezpałko (korekta), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy). Korekta: Agata Andrzejak, Nina Bezpałko, Agnieszka Dydacka, Dominika Głowacka, Maria Gołaszewska, Kinga Gintowt, Agata Hajduk, Patryk Łowicki, Anna Maciejończyk, Kamil Morawiec, Adrianna Szczodrowska, Monika Węgrzyn, Wojciech Żywolt. Graficy: Adam Białek, Patryk Skoczylas, Jarosław Stępień. Zdjęcie na okładce: Þorgils Völundarson (CC BY - SA 2.0) i Gisela Giardino (CC BY - SA 2.0)

Słuchając rano radia, przynajmniej kilkana-ście razy usłyszałam: "ostatni tydzień wa-kacji" i "ostatni poniedziałek wakacji" od-mienione przez wszystkie przypadki. Ko-niec, wystarczy, ten wstępniak niech nie trzyma się tego niezdrowego trendu. Na potrzeby chwili możemy uznać, że kresu lata po prostu nie będzie. Myślę, że mój mały postulat zdobędzie trochę poparcia przynajmniej u części społeczeństwa. Tematem numeru jest Roger Waters, a ra-czej jego wizyta w Warszawie. Wszyscy znają "Another brick in the wall", wielu oglądało pewnie i "The wall". Po relację z tego znaczącego i niezapomnianego wy- wydarzenia odsyłam na dalsze strony najnowszego numeru. A co dalej? Recenzja filmu, świetny pomysł na nietypowe zdjęcia i kilka słów na temat wojny o kontrowersyjny zespół. I refleksja na temat polskiej piłki oczami oddanego fana. P. S. W niedzielę minęły cztery lata od założenia Redakcji. Wiele się wydarzyło! Nieładnie pisać sobie laurki, ale mimo wszystko czuję się zobowiązana pochwalić i pozdrowić wszystkich, którzy przez ten czas tworzyli i inspirowali Outro. Paulina







SKLEP DLA
Trailer tego filmu czarował widzów obietnicą groteskowej bajki przesyconej czarnym humorem i dobrą kreską. Postanowiłam więc udać się na jeden z pierwszych seansów. Zaciekawiona zwiastunem byłam pewna, że moim sklepem okaże się kasa kinowa, w której odbiorę wcześniej zarezerwowany bilet i dobrowolnie zejdę z tego świata, śmiejąc się do rozpuku.
KULTURA

SAMOBÓJCÓW Gasną światła i pomijając dwadzieścia mi- nut zwiastunów i kilka reklam na ekranie, pojawia się pierwszy kadr „Sklepu….”. Początek filmu to obraz znany mi ze zwiastuna, więc pokornie czekam na ciąg dalszy. Zgodnie z zapowiedzią widzowie dostali miasto tak ponure, w którym nie pozostaje nic innego, jak popełnić samobójstwo. Naprzeciw potrzebom mieszkańców wy- chodzi rodzina Mishimów, która prowadzi tytułowy sklep. To właśnie w nim „pot-rzebujący” mogą zaopatrzyć się w róż- nego typu trucizny (sprzedawane pa-kietami w promocyjnych cenach, np. „dla dwojga”), kule do pistoletu, sznury z pętlą i stołkiem gratis i wiele innych rzeczy, na które klienci dostają dozgonną gwarancję. Interes ten zdaje się być cał-kiem niezłym sposobem na życie zwario-wanej i ponurej rodzinki. Jednak wszystko ma swój kres, gdy na świat przyszło nowe dziecko Mishimów. Alan w przeciwieństwie do mieszańców ponurego miasta tryska

KULTURA

radością, co doprowadza jego rodziców do szału. To nie wszystko, bowiem radość chłopca jest zaraźliwa, a to z kolei źle wróży rodzinnemu biznesowi. "Jednak wszystko ma swój kres, gdy na świat przyszło nowe dziecko Mishimów." Widzowie mieli dostać świetnie spo- rządzoną animację i pod tym względem nikt się nie zawiódł. Obraz został stwo-rzony idealnie pod groteskę, za to obie-canym czarnym humorem okazały się sła-be żarty, po których w kinie panowała grobowa cisza. Brak konkretnej akcji, prze-myślanej fabuły to kolejny mankament tej produkcji. "Brak konkretnej akcji, przemyślanej fabuły to kolejny mankament tej produkcji." Widzowie dostali kilka obrazów uzy- pełnionych partiami wokalnymi. To wszystko sprawiło, że groteskowa bajka szybko przerodziła się w animowany musical, który po dwudziestu minutach zaczął nudzić. Nie zabrakło na sali ziewania i pomruków zawiedzenia. Gdy czas filmu dobiegł końca, wiele zdziwionych osób

KULTURA

pytało: „I co, to już wszystko?”. Nikt z obecnych w kinie nie dostał tego, czego się spodziewał zarówno po reżyserze, Pat- ricu Leconte, jak i po samym zwiastunie. Dubbing, w którym udzieliła głosu m.in. elita polskiego kabaretu (Michał Wójcik, Robert Górski, Artur Andrus, Marcin Wójcik, Roman Żurek i wielu innych), niestety nie powalił na kolana, pozostawił wiele do życzenia. Jedyna rzecz, która podobała mi się w filmie, to partia - w wy-konaniu Czesława Mozila. "Widzowie mieli dostać świetnie sporządzoną animację i pod tym względem nikt się nie zawiódł." Miałam umrzeć ze śmiechu (a przynajmniej takie były moje założenia), jako że uwielbiam groteskę przesyconą czarnym humorem. Niestety, żywa po wyjściu z kina odczuwam niesmak tej produkcji. Być może lepszym rozwiązaniem byłoby stworzenie na podstawie książki musicalu, a nie filmu animowanego. Oczywiście pod wa- runkiem, że zostałby dopracowany muzy- cznie, bo na ekranie kinowym prezentował dość niski poziom, bez szans na jakikolwiek sukces. Oczarowana zwiastunem i rozcza- rowana całością produkcji zaczynam poszukiwania książki autorstwa Jeana Teule'a. Ilona Chylińska

KULTURA „ŚCIANA” W WARSZAWIE We wtorek 20 sierpnia na Stadionie Narodowym odbył się najwspa- nialszy koncert XXI wieku. Do stolicy przybył Roger Waters – twórca i genialny muzyk brytyjskiej legendy Pink Floyd. Pokazał blisko 50 tysiącom ludzi swoje dzieło – „The Wall.” W 1979 roku, po wielu animozjach w zespole oraz braku chęci grania na dużych stadionach mieszczących kilka- dziesiąt tysięcy ludzi, Waters napisał autobiograficzne dzieło „The Wall”. W tekstach zostały zawarte wspomnienia z dzieciństwa, przemyślenia na temat bardzo konsumpcyjnego stylu życia, walki z terroryzmem czy bezsensowności woj-ny. Właśnie 20 sierpnia ten spektakl za-witał w stolicy Polski – Warszawie. W całym spektaklu przewijały się motywy symbolizujące alienację, wojnę – spada-jące z samolotów bomby w kształcie sierpa i młota czy znaków największych religii. Ciekawostką były postacie tyranów takich jak: Józef Stalin, Adolf Hitler czy



KULTURA

czy George Bush Junior, którzy mieli białe słuchawki w uszach – znak rozpoznawczy koncernu Apple. Wszystko to było jasnym sprzeciwem Watersa wobec obecnej sy-tuacji na świecie. Sam koncert rozpoczął się mocnym uderzeniem, genialnym ut-worem „In The Flesh”. Waters wszedł w płaszczu esesmańskim i czarnych okula-rach. Na scenie wybuchały bomby, a mur powoli zaczynał zakrywać scenę - to znak, że cały spektakl powoli nabierał tempa. Publiczność licząca około 50 tysięcy ludzi gromkimi oklaskami powitała mistrza. Nag-le znad muru wyłoniły się skrzyżowane dwa młotki, znane z filmu „The Wall” - symbol komunizmu. "Sam koncert rozpoczął się mocnym uderzeniem, genialnym utworem »In The Flesh«" Po utworze „The Thin List” Waters powrócił do swojego klasycznego ubrania – koszulka i spodnie w kolorze czarnym – by przez chwilę porozmawiać z widzami. Mówiąc po polsku, dedykował ten koncert brutalnie zamordowanemu Brytyjczykowi w lon- dyńskim metrze w 2005 roku oraz wszys- tkim ofiarom terroryzmu na świecie. Osobiście czekałem na pierwsze dźwięki składającego się z trzech części „Another Brick In The Wall”. Podczas wykonywania drugiej, która jest jednym z najsłyn- niejszych fragmentów w dziejach rocka,

KULTURA

pojawił się potwór, który przypominał nauczyciela – gnębiciela. Po pewnym czasie na scenę wbiegły dzieciaki i wspól- nie z Rogerem wyśpiewali fragment: „We don't need no education. We don't need no thought control. No dark sarcasm in the classroom. Teacher, leave them, kids, alone. Hey, Teacher, leave them, kids, alone! All in all it's just another brick in the wall. All in all you're just another brick in the wall”. Powoli pierwsza część dobiegała końca – w tym momencie zaczęło mi się robić przykro. Tak szybko? Przecież to był dopie-ro początek, jednak mur był już gotowy. Nastąpiła piętnastominutowa przerwa, pod-czas której na wspomnianym murze poja-wiły się zdjęcia ofiar wojen i terroryzmu. Co ciekawe, ukazano portret Krzysztofa Kamila Baczyńskiego – ukłon w stronę naszego kraju. Po przerwie powoli wybrzmiewały cudowne dźwięki utworów „Hey You”, „Nobody Home” i „Bring the Boys Back Home”. Podczas ostatniego kawałka Waters wyłonił się z muru w małym pokoiku. Nareszcie na tej budowli wyświetlono krótkie filmiki, na których można było ujrzeć reakcje dzieci na powrót żołnierzy z wojny. Kolejny utwór to już klasyka – „Com-fortable Numb” – zaczyna się powolną me-lorecytacja Watersa, by w punkcie kul-minacyjnym zabrzmieć najwspanialszym refrenem znad muru. Miałem cichą nadzie-ję, że w pewnym momencie pojawi się Da-vid Gilmour, tak jak w 2011 roku w Londy-

KULTURA

nie. Mimo braku jego obecności wyda-rzenie i tak zrobiło ogromne wrażenie na zgromadzonych. Później zabrzmiała prze-piękna ballada „Show Must Go One”. Muzyka ukołysała tłum na stadionie, by zaraz potem rozbudzić go przy „Run Like Hell”. Ponownie pojawiły się flagi, a na murze wędrowały młotki te, którą niszczą naszą cywilizację – korporacje, pieniądze i wojny. Wspólnie z Watersem klaskaliśmy do rytmu, by ujrzeć jak upada mur – odnieśliśmy zwycięstwo. "Wszystko to było jasnym sprzeciwem Watersa wobec obecnej sytuacji na świecie" Na zakończenie zagrano „Outside the Wall”, wszyscy muzycy, na czele z Rogerem, wyśpiewali ostatnie takty tej rock opery. Cóż więc można powiedzieć? To po prostu trzeba zobaczyć! Podczas blisko trzech godzin koncertu został uka-zany kunszt twórcy oraz jego perfekcjo-nizm. A po koncercie nawet moja mama powiedziała, że Waters to fajny facet. Ot, co! Michał Fila Fot. 1: Bob Jagendorf (CC BY 2.0) Fot. 2: alterna2 (CC BY 2.0) Fot. 3: jonl1973 (CC BY 2.0) Fot. 4: Bob Jagendorf (CC BY 2.0)

SUBIEKTYWNIE SUBIEKTYWNIE

Blackfield – IV (2013) To czwarty studyjny album duetu brytyjsko −izraelskiego złożonego ze Stevena Wil- sona (lidera Porcupine Tree) i Aviva Gef-fena. Być może natłok obowiązków z promocją nowej płyty muzyka z Wysp spowodował, że to Geffen jest odpo- wiedzialny za wszystkie kompozycje. Nie mniej, dostajemy do ręki dzieło kompletne i w pełni dojrzałe. Jedyne, czego można żałować, to czasu trwania tego krążka – około 30 minut, które zostało zaplanowane na jedenaście mini symfonii. Melodyczne, czasami z nutką przebojowości oscylującej w klimatach legendarnych Beatlesów czy Beach Boysów. Natomiast ci, którzy liczyli na chwilę relaksu - nie zawiodą się. Cóż więcej można rzec – trzeba i warto posłuchać. The National – Trouble Will Find Me (2013) „Świetny, genialny” – tak go nazwał Barack Obama, który jest wielkim fanem tego rockowego zespołu. Szósty album w dys-kografii, nagrany trzy lata po „High Vio-let”. Co ciekawe, zespół koncertował aż 24 miesiące i mając chwilę wytchnienia, zare-jestrowali swój najlepszy krążek. Nie jest jednak wesoły czy tryskający optymizmem. To raczej subtelne podsumowanie nasze-go świata, ponure, pełne goryczy utwory rozliczają nas z życia, dokonań. Okładka też jest warta uwagi – to odbita w lustrze głowa kobiety, który nie może patrzeć na siebie – znak czasu. The National tworzą ciekawą kompilację utworów, które trzeba rozszyfrowywać i smakować. Oby tak dalej. Michał Fila-

KULTURA KULTURA SOUNDRIVE FESTIVAL 2013 OFICJALNE OTWARCIE KLUBU B90 W GDAŃSKU 16-18.08 2013 Fot. Krzysztof Sado Sadowski

INFECTION One Direction to brytyjsko - irlandzki zespół, który dzięki udziałowi w „X - Factor” dziś znany jest na a całym świecie. Setki, a może nawet i tysiące nastoletnich fanek czekają na jego koncert w swoim kraju. Dla niektórych z nich piątka chłopaków jest jedynym tematem rozmów, a ich „szaleństwo” wyłapują i komentują tzw. hejterzy.
REAKCJA NA ONE DIRECTION
SPOŁECZEŃSTWO

Dużo osób uważa, że muzyki w stylu One Direction słuchają tylko dziewczynki w wie-ku 12-13 lat z ilorazem inteligencji poniżej 50. Na poparcie tej tezy wyszukują naj-głupszych oraz „najzabawniejszych” wypo-wiedzi fanek i naśmiewają się z nich w In-ternecie. Każdy, kto powie, że słucha tego zespołu, może liczyć na nieprzyjemne komentarze dotyczące gustu muzycznego czy zgoła cech charakteru. Nie tyle hejterzy, tylko ludzie, którzy po prostu nie znają One Direction, ani ich muzyki patrzą na fanów z politowaniem i „współczuciem”. Prawdziwe wielbicielki się tym nie przej-mują, one kochają swoich idoli i nie zamie-rzają tego zmieniać. Ale dlaczego ktoś, komu podobają się rytmiczne, bądź co bądź, piosenki nie może tego wyrazić głośno z obawy przed hejtami? Od czego zależy kogo na cel obiorą antyfani danego zespołu? Dlaczego „Słucham One Direction i Justina Biebera”

SPOŁECZEŃSTWO "Directioners są świetnie zorganizowaną grupą dziewcząt, która potrafi dotrzeć do mnóstwa informacji na temat ulubionego zespołu (...)"

wywołuje zupełnie inną reakcje niż „Słucham Rihanny”? Żaden z hejterów nie chciał rozwinąć swoich argumentów, nato-miast Directioners (entuzjastki One Dire-ction) miały dużo do powiedzenia. „Wiemy, że są fanki, których stan emocjonalny podlega dyskusji, ale to nie powód, żeby rzucać negatywne komentarze pod adre-sem naszym i naszych idoli” – mówi 14- letnia Magda. „Być może hejterzy zaz-droszczą 1D szybko odniesionej sławy. Nie wiem, ja nie wypowiadam się na temat zespołów, których nie znam” – dodaje. O One Direction zapytałam także 17-letnią dziewczynę, która nie uważa się za wiel-bicielkę, ale kilka tekstów tej grupy zna na pamięć. „Lubię ich piosenki, mają fajną melodię, może przekazem nie powalają, ale gdy potrzebuję się skupić i chcę tylko, żeby muzyka leciała w tle, to lubię sobie puścić ich utwory”. Mówi także, że nie ma ochoty na obraźliwe uwagi za to, że lubi 1D, dlatego nie oznajmia tego wszystkim do-okoła. Na stronach internetowych zakładanych przez hejterów największy zarzut dla chło-paków z 1D to fakt bycia „pedałami” (cyt- at). Możliwe, że członkowie grup są ge-jami, wśród fanek znajdą się nawet takie, które kibicują związkowi Louisa Tom-linsona i Harry’ego Stylesa. Jednak Zayn Malik, a także pierwszy z wyżej wymienio-nych mają dziewczyny. Drugą najchętniej wyszydzaną kwestią jest rzekoma nieznajomość prawdziwej muzyki przez miłośniczki One Direction. Jak mogą

SPOŁECZEŃSTWO

mówić o metalu, reggae czy rapie: „To jest beznadziejne”, skoro same słuchają 1D? Dlaczego twierdzą, że piosenki ich idoli są życiowe, skoro są tylko niedojrzałymi nas-tolatkami? I internetowa walka trwa dalej. "Drugą najchętniej wyszydzaną kwestią jest rzekoma nieznajomość prawdziwej muzyki przez miłośniczki One Direction" Directioners są świetnie zorganizowaną grupą dziewcząt, która potrafi dotrzeć do mnóstwa informacji na temat ulubionego zespołu i dzielić się nimi na Twitterze lub Facebooku. Pragną ściągnąć One Direction do Polski i dążą do tego celu. Słuchanie 1D łączy dziewczyny z całego kraju (jeśli nie świata). 15-letnia Angelika mówi: "Uwa- żam, że »chłopcy« w końcu dostrzegą nasze starania i przyjadą do Polski, co będzie spełnieniem naszych marzeń. Mimo tych wszystkich obraźliwych komentarzy nie wstydzimy się powiedzieć na głos, że słuchamy One Direction”. Agnieszka Nowak Fot. 1: Music News Australia (CC BY 2.0) Fot. 2: donkeyjacket45 ( CC BY 2.0) Fot. 3: Music News Australia (CC BY 2.0)



10 KILOMETRÓW
„CZYSTEJ” ZABAWY
SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

„Bieg Katorżnika” to cykliczna im-preza sportowa organizowana na te-renach wokół jeziora Pasmyk położ-nym w Nadleśnictwie Lubliniec. Co ro-ku przyciąga setki żądnych wrażeń ludzi. Odbywa się ona pod patro-natem Szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego przy wsparciu finanso-wym Ministerstwa Obrony Narodowej oraz licznej grupy sponsorów pry-watnych. Wydarzenie to charaktery-zuje się rosnącym z roku na rok roz-machem, a jego formuła polega nie tyle na rywalizacji pomiędzy zawod-nikami, co na pokonaniu samego siebie. Mimo iż slogan zamieszczony na koszulce „Katorżnika” głosi, że bieg ten „katuje, upadla i miesza z błotem”, moja przygoda zaczęła się sielankowo. Dojazd w okolice Kokotka położonego nieopodal miasta Lubliniec, odnalezienie ośrodka Silesian oraz zaparkowanie samochodu – wszystko to odbyło się niezwykle sprawnie i bez- problemowo, co świadczy o niewątpliwym

SPOŁECZEŃSTWO

profesjonalizmie, a także doskonałym przy-gotowaniu organizatorów do przeprowa-dzenia skądinąd potężnego przedsięwzięcia (tegoroczna edycja zgromadziła ponad tysiąc zawodników, w tym wielu gości zag-ranicznych). Do każdego istotnego dla uczestników punktu poprowadzono przej-rzyście oznakowaną drogę dojścia. Z par-kingu udałem się wprost do Biura Zawo-dów, gdzie nastąpiła weryfikacja na pod-stawie dowodu tożsamości, następnie zos-tałem poproszony o podpisanie małej, nie-winnie wyglądającej karteczki będącej oświadczeniem o świadomości podejmo-wanego przeze mnie ryzyka. Po dopełnie-niu formalności pobrałem pakiet uczest-nika, na który składał się czarny ortaliono-wy worek z „krówką komandosa”, napojem izotonicznym, talonem na grochówkę (bez której obyć się nie mogło, wszak była to impreza organizowana przez żołnierzy wojsk specjalnych) oraz plakietka z nume-rem startowym z zestawem agrafek do umieszcze nia jej na koszulce. "Dla mnie »Katorżnik« okazał się wielką, choć tylko dziesięciokilometrową, przygodą" Tak nastała godzina 10. Od tego momentu pozostało czekać, i to czekać około godziny, by o 11:30 móc ruszyć ku nie-znanemu. Na szczęście nie można było się nudzić. Zadbali o to żołnierze z Jednos- tki Wojskowej Komandosów w Lublińcu – współorganizatorzy imprezy – którzy na

SPOŁECZEŃSTWO

swoim stanowisku prezentowali wyposa-żenie, z którego korzystają. Chwile oczeki-wania starał się również wypełnić spiker komentujący emocjonujące finisze najmło-szych uczestników imprezy walczących w „Mini Katorżniku”. "Od tego momentu zmęczenie coraz bardziej dawało o sobie znać, rozpoczęła się we mnie walka między »chcę« a »mogę«" Wreszcie gdy nastała godzina „zero”, zawodnicy z kategorii „VIP i Dziennikarze” zostali zaproszeni do strefy startowej, gdzie jeszcze raz potwierdzano tożsamość uczes-tników. Był to moment, w którym od-kryłem, że jako jeden z nielicznych nie po-siadam rękawic (zapewniających ochronę przed ostrymi krawędziami trzcin) i że nie zabezpieczyłem swojego obuwia solidną, srebrzystą taśmą izolacyjną. Na szczęście drugie z tych niedociągnięć udało się naprawić za sprawą nowo poznanych znajomych, w przeciwnym razie buty nie posłużyłyby mi długo, najzwyczajniej za-ginęłyby w błocie. Już tylko minuty dzieliły naszą grupę od startu, ale część zawod-ników postanowiła wykorzystać ten czas, by sprawdzić temperaturę wody w akwenie startowym.

SPOŁECZEŃSTWO

"Następny etap, mniej więcej w trzech czwartych trasy, to pokonywanie gęstych »basenów« błota (...)" Kiedy już wszyscy i wszystko zostało zapięte na ostatni guzik, wystartowaliśmy. Trudno mówić o zatrważającym tempie – woda sięgała uczestnikom po szyję – lecz cała grupa ruszyła z entuzjazmem naprzód. Po pokonaniu etapu prowadzącego brze-giem jeziora, poprzez pas szuwar wszed-łem do rowów melioracyjnych, w których temperatura wody, delikatnie mówiąc, była diametralnie inna od tej znanej z przebieżki wzdłuż zbiornika. Dalszy ciąg trasy był wymyślną kombinacją marszu przez wodę sięgającą powyżej kolan – pośród zatopionych kłód, korzeni i konarów – biegu po leśnych wertepach oraz przepychania się przez nieco prze-rzedzoną trzcinę. Odcinek ten nie był trudny do pokonania, ale i tak nie pozwalał na osiągnięcie zbyt imponującego tempa. Nie można zapomnieć o tym, że z każdym pokonywanym metrem na trasie tego biegu siły zawodników słabną, o czym przekonujemy się na ostatnim kilometrze trasy… "Kiedy już wszyscy i wszystko zostało zapięte na ostatni guzik, wystartowaliśmy"

SPOŁECZEŃSTWO

Następny etap, mniej więcej w trzech czwartych trasy, to pokonywanie gęstych „basenów” błota oraz – dla odmiany – rzadkie chwile spędzone wśród jakże malowniczych szuwar. Od tego momentu zmęczenie coraz bardziej dawało o sobie znać, rozpoczęła się we mnie walka między „chcę” a „mogę”. Pomimo zmęczenia udało mi przebrnąć przez linową drabinkę, jeszcze większą ilość błotnych niespo- dzianek oraz kilka wymyślnych sztucznych przeszkód na samym finiszu biegu. Dzięki dopingowi, jakim publiczność obdarza każdego kończącego bieg zawodnika, udało mi się wykrzesać resztki energii, by dobiec na linię mety, walcząc o ostatnie sekundy. "Był to moment, w którym odkryłem, że jako jeden z nielicznych nie posiadam rękawic (...)" Udekorowano mnie „Żeliwną Podkową” przyznawaną każdemu zawodnikowi koń-czącemu „Bieg Katorżnika” oraz wręczono mi napój gazowany, z którego skorzys-tałem od razu. Potem pozostało jedynie zrobić pamiątkowe zdjęcia z nowymi znajo-mymi, udokumentować pozostawiony na twarzy błotny makijaż, a następnie umyć się pod polowym prysznicem i wracać do domu.

SPOŁECZEŃSTWO

"Tak nastała godzina 10. Pozostało czekać, i to czekać około godziny, by o 11:30 móc ruszyć ku nieznanemu" Dla mnie „Katorżnik” okazał się wielką, choć tylko dziesięciokilometrową, przy- godą. Na jego trasie poznałem wielu ciekawych ludzi, którzy mierząc się z trasą oraz z samymi sobą, chętnie dzielili się swoim doświadczeniem z takimi żółto- dziobami jak ja. Mimo zmęczenia, jakim okupiłem udział i ukończenie tego biegu, jestem diabelnie szczęśliwy, że mogłem brać w nim udział, poznając swoje bariery, przełamując je oraz doświadczając atmos - fery tej niepowtarzalnej imprezy. "Udekorowano mnie »Żeliwną Podkową« przyznawaną każdemu zawodnikowi kończącemu »Bieg Katorżnika« (...)" Jeszcze jedno: jeśli zamierzasz wybrać się na „Katorżnika” w przyszłym roku… to do zobaczenia na miejscu. Tomasz Podbrożny Fot. Aneta Kałuża



Nie masz aparatu? A może masz, ale robione nim obrazy wydają ci się nudne i płaskie? Istnieje sposób, by wykonać niebanalne ujęcie i to przy pomocy zwykłego kartonu.
PUDEŁKO Z DZIURKĄ
NAUKA

Fotografia, czyli z greckiego „rysowanie za pomocą światła”, to zbiór różnych technik mających na celu zarejestrowanie pojedyn- czego obrazu za pomocą światła. Często mylnie zakłada się konieczność wykorzy-stania układu optycznego, co nie jest pra-wdą. Istnieją techniki, które pozwalają utr- walić obraz bez specjalistycznego sprzętu. Najbardziej znaną metodą tego typu jest fotografia otworkowa. Żeby wykonać zdję-cie tą metodą, należy posłużyć się apa-ratem typu camera obscura (z łac. „ciemna komnata”). Historia tego przyrządu sięga już starożytności. Arystoteles skomentował powstawanie obrazu za pośrednictwem otworka w swojej pracy „Problemy”. Nie udało mu się jednak znaleźć zadowa-lającego wyjaśnienia dla swoich obser-wacji. W X wieku tym samym tematem zainteresował się arabski fizyk i matematyk Ibn alHaytham (znany też jako Alhazen), który eksperymentował z powstawaniem

NAUKA

obrazu. Ustawił w rzędzie trzy świece i między nimi a ścianą umieścił ekran z małym otworkiem. Zauważył, że świeca z prawej strony pojawiła się na obrazie po lewej. Wysnuł więc wniosek o liniowości światła. W następnych stuleciach technika otworkowa była wykorzystywana w róż-nych dziedzinach, między innymi w astro-nomii (przy badaniu zaćmienia słońca) czy fizyce jądrowej (fotografowanie wysoko-energetycznego promieniowania X oraz gamma). Camera obscura jest bardzo łatwa do przygotowania. Wystarczy poczernione w środku pudełko, na którego jednej ścianie trzeba zrobić mały otwór (od 0,3 do 1 mm w zależności od wielkości urządzenia). Natomiast na przeciwległej ściance należy umieścić tzw. „matówkę” (matowa szybka lub kalka techniczna) lub kliszę foto- graficzną. W pierwszym przypadku obraz przekazywany przez nasz obiektyw (dziurkę) wyświetli się na „matówce”. Będzie on pomniejszony i odwrócony do góry nogami. W drugim przypadku otrzymamy zdjęcie. Fotografie wykonane techniką otworkową mają specyficzny styl. Przede wszystkim są bardzo „miękkie” i cechują się łagodnymi kontrastami. Wydają się lekko rozmyte, a wykonane na barwnym materiale mają pastelową kolorystykę. Nie wykazują dys-torsji (nie zakrzywiają obrazu). Cechy te sprawiają, że coraz więcej fotografów sięga

NAUKA

po tę metodę, która mimo dostępności najnowszego sprzętu nadal jest jedną z najbardziej oryginalnych. "Fotografia otworkowa często kojarzy się z bardzo długim czasem naświetlania, co nie zawsze jest niezbędnym czynnikiem" Satysfakcjonujące jest wykonanie włas-nego aparatu camera obscura (z pudełka po ryżu, butach czy metalowej puszki po kawie), zwłaszcza że uzyskany efekt zale-ży od naszego zamysłu. Przed przystąpie-niem do robienia zdjęcia możemy dobrać materiał negatywowy o różnym uczuleniu spektralnym. Materiały nieuczulone (tzw. ślepe) są czułe na fioletowo−niebiesko− zielony zakres widma i nie wykazują czuło-ści na barwy od żółtej do czerwonej. Ma-teriały panchromatyczne (zwane wszech- barwoczułymi) są uczulone na zakres wid-ma widzialnego (skala szarości). Natomiast współczesny materiał barwny dzięki wbu-dowanemu filtrowi UV odwzorowuje kolory zgodnie z ludzkim postrzeganiem barw. Kolejną rzeczą, która wpływa na ory-ginalność zdjęcia, a na którą mamy wpływ, jest rodzaj otworu. Najczęściej stosowany jest otwór okrągły, jednak ciekawą opcją może być zrobienie przesłony w innym kształcie. Dziurka w formie trójkąta równo-ramiennego da inne efekty niż taka w for-mie prostokąta. Wyjątkowy efekt można uzyskać, decydując się na więcej niż jeden otwór, wtedy obraz będzie nachodził na

NAUKA

siebie. "Camera obscura jest naprawdę prosta w wykonaniu i obsłudze (...)" Fotografia otworkowa często kojarzy się z bardzo długim czasem naświetlania, co nie zawsze jest niezbędnym czynnikiem. Wszystko zależy od wybranej przez nas metody. Użycie wielkoformatowej kamery i niskoczułego materiału (np. papieru fotograficznego) wymaga dłuższego naś-wietlania niż w przypadku małoformatowej kamery i wysokoczułego materiału. Wtedy w słoneczny dzień możemy zrobić zdjęcie w czasie zaledwie 1/125 do 1/15 sekundy. "Najczęściej stosowany jest otwór okrągły (...)" Camera obscura jest naprawdę prosta w wykonaniu i obsłudze, a przy tym można przy jej pomocy stworzyć niepowtarzalne zdjęcie, tak różne od tych przywożonych z każdych wakacji. Justyna Książek Fot. 1: makelessnoise (CC BY 2.0) Fot. 2: Roksana Grzmil Fot. 3: Roksana Grzmil Fot. 4: Kuba Bożanowski (CC BY 2.0) Biedna, nudna, ubrudzona przez korupcję, z trybunami zdominowanymi przez chuliganów, wreszcie słabiutka piłkarsko – w polskiej ekstraklasie dostrzec mo- żna wiele negatywów... Zalet nasza rodzima liga kopana ma niepomiernie mniej niż wad, mimo to dla mnie, kibica piłkarskiego, zawsze będzie najważniejsza.
EKSTRAKLASOWA NIESZCZĘŚLIWA MIŁOŚĆ
SPORT: PIŁKA NOŻNA

Do podjęcia takiego, a nie innego tematu, skłonił mnie tekst jednego z blogerów, który porównywał w nim ligę polską do angielskiej Premier League. Podjętą tezą przez autora było to, że liga angielska jest wolna od wszelkiej maści ekscesów pozaboiskowych w przeciwieństwie do na- szej Ekstraklasy (i nie tylko – słynne wy- darzenia z Łomianek). Czy w Premier League takie problemy nie mają miejsca, tego nie wiem, ale muszę zgodzić się z tym, że trzeba je tępić na naszym polskim podwórku. Bloger jednak napisał jeszcze coś, co sprowokowało mnie do przemyślenia, dlaczego właściwie się tą Ekstraklasą interesuję. Przytoczył przykład swoich znajomych, którzy kupili sobie dekodery telewizji Sky (brytyjska TV transmitująca mecze Premier League), by całkowicie odizolować się od wszystkiego, co polskie, a związane z piłką nożną (nawet komentarza!). Wtedy dostrzegłem,

SPORT: PIŁKA NOŻNA

że coraz więcej kibiców przestaje tylko mówić, ale zaczyna też robić – nie tylko narzekają na poziom polskiej piłki, ale faktycznie przestają ją oglądać. "Legia to tradycja, kibice, niesamowita atmosfera na stadionie – i właśnie z tym (...) się utożsamiam" Jedni powiedzą, że liga polska jest ligą dla koneserów. Inni, że jej oglądanie to sport dla najwytrwalszych. A ja powiem wprost: oglądam ekstraklasę nie ze względów sportowych czy jakichkolwiek innych, ale z jednego, podstawowego powodu – utożsamiam się z nią. Piłką nożna inte- resuję się od lat, uwielbiam zacięte mecze Premier League czy starcia Realu z Bar- celoną w Hiszpanii, ale mieszkam pod Warszawą, dlatego też nie identyfikuję się z Realem, Bayernem czy Chelsea, ale z Legią, która przy wspomnianych wyżej zespołach wypada blado pod każdym względem. Co z tego, skoro w każdy weekend siadam przed telewizorem (a w miarę możliwości na stadionie) i oglądam jak ci często nieporadni kopacze próbują grać w piłkę? Szczerze mówiąc, nie interesuje mnie poziom sportowy, bo gdy- by wszyscy mieli takie podejście, nasza liga dawno by upadła z powodu braku kibiców. Dla mnie Legia to nie wspaniali piłkarze, wybitny trener czy piękna gra. Legia to





SPORT: PIŁKA NOŻNA "Piłką nożna interesuję się od lat, uwielbiam zacięte mecze Premier League czy starcia Realu z Barceloną w Hiszpanii (...)"

tradycja, kibice, niesamowita atmosfera na stadionie – i właśnie z tym, a nie z po- ziomem sportowym, się utożsamiam. O ile na pierwszy rzut oka takie poglądy mogą wydać się dość radykalne i trudne do zrozumienia, to jednak wiem, że nie jestem jedynym, który tak myśli. Absolutnie rozu- miem wszystkich tych, którzy przy każdej możliwej sposobności opluwają Ekstrakla-sę, zarzucając jej między innymi fatalny poziom piłkarski. Rozumiem ich, bo wiem, że krytyka wynika z tego, że tę ligę oglądają i często bezpodstawnie wierzą w polepszenie stanu polskiej piłki. Kiedy jeździsz starym fordem mustangiem, a on się raz po raz psuje, nie narzekasz na niego dla samego narzekania – irytuje cię to, bo go kochasz. Takie porównanie, choć może nieco abstrakcyjne, jest dość trafne. Zauważmy kolejną kwestię: ilekroć polski zespół gra w eliminacjach do Ligi Mistrzów czy Ligi Europy, polski kibic ślepo wierzy, że w końcu się uda. Z przepełnionego frus-tracją, rozżalonego i rozzłoszczonego fana zamienia się w pełnego nadziei fanatyka, który będzie szukać pozytywów wszędzie, nawet tam, gdzie ich nie ma. Zwróćmy też uwagę na to, ilu ludzi zajmuje się na co dzień wyśmiewaniem polskiej ligi i polskich piłkarzy – na Facebooku coraz więcej jest stron typu „Ekstraklasa Trolls” czy „Oglą-dam polską piłkę nożną dla beki”. Osoby, które zajmują się takimi stronami, mają za zadanie ośmieszanie ekstraklasy czy repre-zentacji na wszelkie możliwe sposoby. Ale skoro ośmieszają, to znaczy, że się intere -

SPORT: PIŁKA NOŻNA

sują, oglądają. A to, że na polskich bo-iskach znajdują dużo zabawnych czy cza-sem żenujących sytuacji? Cóż, to kolejny z uroków naszej rodzimej ligi. Wszystkich kibiców piłkarskich oglądają-cych Ekstraklasę łączy jedno – czy są bardziej cierpliwi, czy mniej, czy są bardziej nerwowi, czy mniej, każdy z nich wierzy, często bezpodstawnie, w to, że w polskiej piłce będzie lepiej. I nieważne, że na pol-ską drużynę w fazie grupowej Ligi Mistrzów czekamy już siedemnaście lat. Nieważne, że reprezentacja Polski przegrywa mecz za meczem, oni i tak w głębi serca będą kibicować, mimo że na twarzy malować się będzie złość i rozgoryczenie. Może i faktycznie wyjściem z całej tej sy-tuacji byłoby całkowite odcięcie się od „polskiego bagna”, kupienie dekodera Sky i relaks przed telewizorem. Ale to najpros-tsze rozwiązanie, a właściwie ucieczka. Pol-skiej ekstraklasy nie kocha się za jej po-ziom sportowy. Akceptuje się ją z wszelkimi wadami i ułomnościami, by po-tem w pewnym momencie móc się poczuć mile zaskoczonym. By na przykład klub, z którym się utożsamiasz i którym żyjesz, awansował do Ligi Mistrzów. Maciek Wdowiarski Fot. 1: Darwinek (CC BY 2.0) Fot. 2: olsniewajacy (CC BY 2.0) Fot. 3: Michał Krzycki (CC BY 2.0) Fot. 4: Julia Nowikowa (CC BY 2.0) Fot. 4: Markus Unger (CC BY 2.0) Fot. 5: Shht! (CC BY 2.0)

OKIEM WIDGETA