Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury strona 6 znane nieznane strona 7 ogólnoświatowe kino? lepiej regionalne! strona 11 podróżuj z głową strona 13 dziś morduje. seks? nie, dziękuję strona 16 pocztówka z Serbii #4 strona 20 więcej niż taniec strona 24 zmierzch glorii humanisty strona 27 powszechny dostęp do strachu i śmierci strona 30 za co ten nobel? strona 35 raz nie zawsze, dwa razy wciąż strona 38 CO TO, TO NIE JA
Gry, seks i wyższe wyk-ształcenie pod naszą lupą.


Jesteśmy społeczeństwem otwartym, wyzwolonym, poz- bawionym kompleksów. Nie straszne nam są spra-wy intymne, nie boimy się o nich mówić, nie prze-szkadza nam, że seks stał się towarem, za pomocą którego można sprzedać wszystko – zaczynając od okien dachowych, kończąc na usłudze w myjni samo-chodowej. A nawet jeśli nam to przeszkadza, to z pewnością nikt nie spo-dziewał się takiego prze-jawu pruderii. Jak się oka-zuje, przemoc jest bardziej akceptowalna społecznie od seksu. Przewrotny tytuł z okładki wskazuje, co wydaje się nam atrakcyj-niejsze. Jeśli chcecie dowie- dzieć się więcej, zapraszam na dalsze strony najnow-szego Outro. I oby właśnie opubliko-wany numer nie zaskoczył Was tylko tą tezą. Kilku-krotnie głosiliśmy już upa-dek humanizmu, kres wyż-szego szkolnictwa bądź wyliczaliśmy absurdy edu-kacyjne, ale nasza dzien-nikarka postanowiła przed-stawić horror prosto z wy-działu filologii rosyjskiej w postaci kilku grotes-kowych scenek. Czy będzie Wam do śmiechu – nie wiem. Te gorzkie refleksje są bardzo bliskie mojemu sercu, co nie oznacza, że przy odpowiednich wysił-kach nie da się odmienić tej okropnej rutyny, jaką staje się w naszym czasie zdobycie tytułu magistra. Nie jesteśmy społeczeń-stwem otwartym. Jesteśmy społeczeństwem pełnym hi- pokryzji – łatwiej nam za-bijać, choćby w wirtualnej grze, niż wyjść poza gra-nice tabu. Ale to wszystko, rzecz jasna, z odpowiednim wykształceniem. Paulina



Outro ISSN: 2299 - 5242 Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl Redaktor naczelna: Paulina Zguda Zastępca: Anna Lewicka Sekretarz redakcji: Ilona Chylińska Zastępca sekretarza redakcji: Mariola Lis Redaktor prowadzący: Mariola Lis Fotoedycja: Jakub Dudek Projekt okładki: Patryk Skoczylas Zdjęcie na okładce: DieselDemon (CC BY 2.0) Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Agnieszka Kracla (społeczeństwo), Maciej Dziubiński (sport), Anna Maciejończyk (korekta), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy) Korekta: Agata Andrzejak, Sabina Błaszczok, Agnieszka Bogunia, Klaudia Dąbrowska, Agnieszka Dydacka, Kinga Gintowt, Dominika Głowacka, Maria Gołaszewska, Ariadna Grzona, Agata Hajduk, Marzena Juroszek, Anna Lis, Beata Maciejczyk, Anna Maciejończyk, Tymon Marczewski, Ewa Wnęk, Wojciech Żywolt Graficy: Patryk Skoczylas, Magdalena Kosewska WOKÓŁ KULTURY 14.10 - 19.10.2014
Noc pełna dobrego humoru W Lublinie 17 października o godzinie 19.00 na Hali Widowiskowo - Sportowej RCS odbędzie się Polska Noc Kabaretowa 2014, podczas której wystąpią: Kabaret Moralne-go Niepokoju, Paranienormalni, Kabaret Skeczów Męczących i Kabaret Chyba.
KULTURA: WOKÓŁ KULTURY

Miłość wszystko wypaczy Teatr Muzyczny im. Danuty Baduszkowej w Gdyni, 15 października o godzinie 19.00 zaszczyci swoich widzów premierą spekta-klu „This is not a love song, czyli miłość ci wszystko wypaczy”. Spektakl miał swoją prapremierę podczas tegoroczneg Przeglą-du Piosenki Aktorskiej i spotkał się z entu-zjastycznym przyjęciem. Fish we Wrocławiu We Wrocławiu 15 października o godzinie 20:00 w Klubie Eter odbędzie się koncert FISH Europe - Poland Tour 2014, który za-kończy pobyt artysty w Polsce. Podczas tej trasy, Derek William Dick - najbardziej zna- ny ze swoich występów z zespołem Ma-rillion, promuje swoją najnowszą płytę „A Feast Of Consequences”. „Nieme na Żywo” Od 16 do 19 października w kinie Neptun w Gdańsku odbędzie się festiwal kina nie- mego i muzyki zatytułowany „Nieme na Ży-wo”. W programie znalazło się dziewięć koncertów - z czego osiem będzie wystę-pami premierowymi. Muzycy zagrają m.in. do takich filmów jak: „Noc żywych trupów”, „Nosferatu - symfonia grozy”, „Pancernik Potiomkin” czy „Lokator”. Joanna Małysiak Fot.1 Mike p Zdjęcie zmniejszono i przycięto z oryginału. ZNANE
NIEZNANE
KULTURA

Wieża Eiffla w Paryżu, Koloseum w Rzymie, Krzywa Wieża w Pizie... Każ- dy z nas kojarzy te zabytki. Czy na-wiązując do słów Stanisława Jacho-wicza „Cudze chwalicie - swego nie znacie, sami nie wiecie, co posia-dacie”, można by powiedzieć to samo o współczesnej Warszawie? Od dziecka mieszkam w Warszawie. Stolica – jak to dumnie brzmi: wieżowce, Pałac Kultury i Nauki, siedziba parlamentu, ale również nieustające korki i zabiegani lu-dzie. Mimo że spędziłam w tym mieście ca-łe swoje życie, po dziś dzień bywają mo-menty, kiedy pytana o drogę czy ulicę nie jestem w stanie ich wskazać. Nie ma po-wodu do wstydu, nie każdy zna wszystkie miejsca w Warszawie, w końcu to najwię-ksze miasto Polski. Może jednak nie jest to kwestia wielkości, a tego, że każdego dnia pokonujemy te same ulice. Postanawiam więc wybrać się na spacer i przyjrzeć się dok-

KULTURA „Wyjmuję aparat z płóciennej torby i robię zdjęcie tablicy upamiętniającej pierwszy publiczny koncert Fryderyka Chopina.”

ładniej pokonywanej zwyczajowo drodze. Wszystko przebiega planowo – krótka prze-chadzka, nabycie biletu dobowego, tram-waj o 18.00 z minutami z jednego z przy-stanków na warszawskiej Woli. Wsiadam do pojazdu, w lekko zatłoczonym wagonie udaje mi się zająć wolne miejsce. Opieram głowę o chłodną szybę i patrzę nie tylko na pełne życia miasto, ale i na zniszczone fa-bryki oraz zakłady, nowopowstałe aparta-menty, stacje benzynowe mieszczące się w odległości zaledwie kilkudziesięciu met-rów od siebie. Mijam budynki, na które do tej pory nie zwracałam szczególnej uwagi – pomalowana na bladożółto szkoła podsta-wowa, dom towarowy przy ulicy Młynars-kiej. W końcu tramwaj zatrzymuje się, wy-siadam. Staję naprzeciwko tunelu trasy Wschód–Zachód. Spojrzenie na tę kons-trukcję, jak zwykle, przywołuje we mnie mnóstwo wspomnień – przez kilka lat przechodziłam obok niej, idąc zaspana do szkoły czy wracając z niej zmęczona po całym dniu. Przechodzę przez pasy wraz z niewielką grupą ludzi i wjeżdżam na górę po ruchomych schodach. Przechodzę obok tablicy zawierającej szczegółowe przepisy ruchu, nakazujące między innymi wcho-dzenie na schody zwykłym krokiem, zaka-zujące natomiast korzystania z nich boso czy w stanie nietrzeźwym. Dłuższą chwilę przyglądam się fotografiom powojennej Warszawy, umieszczonym w gablotach obok tablicy. Mimo zbierających się ciemnych chmur, zatrzymuję się vis–a–vis Kolumny Zygmun-

KULTURA

ta. Stare Miasto – piękne, cudowne, nie ma znaczenia, że odbudowane, a nie oryginal-ne. Warto zapuścić się w te małe uliczki – ulicę Piwną, Senatorską, poczuć pod noga-mi bruk. Idąc w kierunku jasnego kościoła pod wezwaniem Św. Anny, słyszę muzykę graną na gitarze przez młodego chłopaka siedzącego przed kościołem. Współgra ona ze stukotem kopyt konia ciągnącego omnibus z turystami. Mijam trudne do zli-czenia małe kawiarenki i restauracje, z których dochodzą smakowite zapachy. W powietrzu unosi się woń kawy i dymu papierosowego. Przy skwerze Hoovera za-uważam grupkę młodych, wesołych ludzi, którzy siedzą w ogródku i śmieją się, popi-jając swoje napoje. Przejeżdża autobus linii 116, zagłuszając grającego na akordeonie cygana. Bez pośpiechu mijam klasycysty-czny Pałac Prezydencki – dawniej miejsce kłótni ze względu na postawiony przed nim drewniany krzyż. Wyjmuję aparat z płó-ciennej torby i robię zdjęcie tablicy upamię-tniającej pierwszy publiczny koncert Fryde-ryka Chopina. Zatrzymuję się też przed 5–gwiazdkowym hotelem Bristol. Widzę sporo zaparkowanych samochodów z naj-wyższej półki, biznesmeni ubrani są w naj-droższe, markowe, ekskluzywne garnitury. Ruszam przed siebie, mijam ozdobną bra-mę główną Uniwersytetu Warszawskiego, pomnik Mikołaja Kopernika trzymającego w prawej dłoni wykonany z brązu cyrkiel, potem rzucam okiem na zatłoczoną ulicę Chmielną. Skręcam w lewo u zbiegu z No-wym Światem, przy sztucznej palmie – ła-twym do zapamiętania drogowskazie dla turystów. Poruszanie się po stolicy bez pre-sji, że nie zdąży się z naglącą sprawą urzę-

KULTURA

dową, staje się dla mnie naturalną przy-jemnością. Idę w kierunku stacji PKP Po-wiśle, by zejść po schodach i przechodząc przez most, dotrzeć do schodków nad Wi-słą. Spaceruję brzegiem, mijając rozbite butelki i niedopałki leżące na ziemi. Siadam na schodkach naprzeciw pozostałości po Euro 2012 – Stadionu Narodowego. To wielka bryła, która w sposób zamierzony lub nie stała się absolutną dominantą na praskim brzegu Wisły. Krótką chwilę patrzę na ten czerwono–biały obiekt sportowy, za-nim decyduję się wejść po schodach na Most Poniatowskiego, by tam wsiąść w tramwaj do Centrum. Po Warszawie bardzo sprawnie można się poruszać metrem i tramwajem. Linie auto-busowe posiadają natomiast doskonale opisane rozkłady jazdy – przystanki mają nazwy najważniejszych ulic, dodatkowo wszędzie są rozmieszczone plany. Nie spo-sób się zgubić – przynajmniej jeśli chodzi o centrum miasta. Bez problemu można zaplanować podróż nawet z przesiadkami do dowolnie oddalonego miejsca, przy czym najlepiej podróżować przed godzina-mi szczytu popołudniowego kiedy nagle wszędzie pojawia się o wiele więcej ludzi – wracających z pracy, uczelni, szkoły. Mam szczęście i całkiem sprawnie, bez korków, udaje mi się dotrzeć do samego centrum miasta. Spośród budynków wyróżnia się najnowszy, niedawno wybudowany. Gigan-tyczny wieżowiec, górujący nad pozostały-mi, nowoczesny, szklany, o przedziwnym kształcie i kącie nachylenia. Przypomina mi gigantyczny nóż wbity w miasto. Bez wąt-pienia architekt chciał przepychu w nowo-czesnym stylu, pragnął, by budynek piął się ku niebu. Nie wiedział niestety, że miej-sce miasta nie jest tam wysoko, w górze. Odwracam głowę i obserwuję ludzi czeka-jących na pasach na zielone światło. Wy-glądają na zmęczonych i sfrustrowanych, być może z powodu nieprzyjemnej sytuacji, która spotkała ich tego dnia w pracy. „W powietrzu unosi się woń kawy i dymu papierosowego.” W drodze powrotnej w autobusie otwieram książkę i zaczynam czytać nowo rozpoczęty rozdział. Po 20–minutowej lekturze wysia-dam na moim przystanku. Stoję na pasach, aż autobus pojedzie dalej. Nowoczesne budynki, wijące się bloki, ludzie, którzy przyjechali, by tu pracować i mieszkać – wszystko to, co dziś dostrzegłam podczas spaceru, przekonało mnie, że czasem warto choć na chwilę stanąć i przyjrzeć się miejscu, w którym żyjemy. W codziennym pośpiechu i zabieganym trybie życia dużo umyka naszym oczom. Maria Niedziałkowska Fot.1 hsivonen (CC BY 2.0) Fot.2 pasa47 (CC BY 2.0) Fot.3 Arian Zwegers (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. OGÓLNOŚWIATOWE KINO?
LEPIEJ REGIONALNE!
KULTURA

Film to nie tylko reżyser, scenarzysta czy aktorzy. To także producent, o któ- o którym często się zapomina. Mię-dzynarodowy Festiwal Producentów Filmowych Regiofun to jedyny w Eu-ropie festiwal dedykowany właśnie im. Jedną z idei wydarzenia jest przekonanie, że filmami tworzonymi w regionie i powsta-łymi w ramach regionalnych funduszy fil-mowych można zmienić ogólne postrze-ganie kina. Organizatorzy od pięciu lat za-praszają do Katowic tych producentów, którzy podchodzą do filmu w sposób zaan-gażowany i wychodzący poza schemat. Z każdym rokiem program rozbudowuje się o nowe sekcje. W tym roku do wielu różnych inicjatyw do-szła kolejna pod nazwą Border Gate – me-taforycznie oznacza ona wychodzenie na-przeciw nowościom, wyjście poza przewidy-walność. W jej skład wchodzi Border Gate Award – nagroda dla wybitnego producenta europejskiego. Jej laureat wyróżnia się odwagą, a nawet brawurą w wytyczaniu nowych ścieżek. W tym roku otrzymał ją Peter Aalbaeck Jensen – słynny duński pro-ducent filmowy, który razem z Larsem von Trierem założył wytwórnię Zentropa. W ramach sekcji Border Gate wyświetlono pięć filmów. Każdy z nich porusza swoim artyzmem. Były to: „Melancholia” von Triera, „Ida” Pawła Pawlikowskiego, „Wszystko, co kocham” Jacka Borcucha, „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni” Cristiana Mungiu oraz „Europa, Europa” Agnieszki Holland. Wielu widzów przyciąga konkurs filmów pełnometrażowych. W tym roku zarówno nagrodę publiczności, jak i pierwszą nagro-dę w wysokości 10 000 euro wyłonioną przez jury w składzie: Magdalena Piekorz, Piotr Dzięcioł oraz Daniel Burlac, otrzymał Verena Gräfe–Höft za film „A jeśli Bóg jest” w reżyserii Katrin Gebbe. Film ten był zainspirowany prawdziwą historią dobrego, wierzącego w Boga młodzieńca chorego na epilepsję, który w wyniku pomyłki musi zamieszkać z czteroosobową rodziną. Ben-no, czyli ojciec rodziny, jest jego zupełnym przeciwieństwem pod każdym względem. Główny bohater, Tore, musi zmierzyć się ze skierowaną w niego agresją, co wysta-

KULTURA

wia na próbę zarówno jego moralność, jak i wiarę. Film może być odbierany jako współczesna, uniwersalna opowieść o dob-ru i złu. To z całą pewnością inteligentne kino, pełne odniesień do Biblii oraz innych dzieł kultury. Był pełny metraż, nie mogło więc zabrak-nąć również filmów krótko– i średniome-trażowych. Jury konkursu, w składzie Svein Andersen i Maggie Ellis, zdecydowało się przyznać exaequo dwie pierwsze nagrody, dzieląc tym samym nagrodę w wysokości 10 000 euro pomiędzy obu zwycięzców. 5 000 euro otrzymał Nirvein Films, Prodo Films producent filmu TIN & TINA w reży-serii Rubina Steina. Jury uzasadniło swoją decyzję słowami: „Ten krótki film zrobił na nas wrażenie poprzez skuteczne, zręczne i oszczędne wykorzystanie elementów war-sztatu filmowego.” Zwrócono też uwagę na jego zamkniętą całość oraz zwodniczą pro-stotę, która podkreśla wspólnie wypraco-waną wizję. Drugie 5 000 euro trafiło do Krisa Mergana producenta filmu „Diamond” w reżyserii Krisa Mergana oraz Greeta Van-denbroele’a. Uzasadniono to słowami: „Film zwraca uwagę na najdrobniejsze szczegóły i porywa nas w magiczny świat, gdzie za pomocą pamięci, wspomnień i wy-obraźni dokonujemy coraz to nowych od-kryć.” Nie można również nie wspomnieć o sekcji Regio–Cannes, w której to znalazły się naj- lepsze filmy największego na świecie fes-tiwalu filmowego. Wśród nich znalazły się m.in. obrazy „Mama” w reżyserii Xavie-ra Dolana oraz „Zimowy sen” Nuriego Bilge Ceylan. Równie ciekawym pomysłem jest pasmo „Filmoteka Śląska przedstawia – Europejska Panorama”, w którym zapre-zentowano pięć odrestaurowanych cyfro-wo tytułów klasyki kina: „Wampir” (Carl Theodor Dreyer), „Basen” (Jacques Deray), „Orfeusz” (Jean Cocteau), „Medea” (Pier Paolo Pasolini) oraz „Trefna broń” (Claude Sautet). Festiwal Regiofun to niezwykłe wydarzenie, dzięki któremu widz może zapoznać się z filmami różnych gatunków, stylistyk i re-gionów. Są na nim obecne premiery, jak na przykład „Bogowie” w reżyserii Łukasza Palkowskiego, ale też filmy starsze czy na-wet takie, które liczą sobie po kilkadziesiąt lat. W sekcji KLAPS, czyli Regiofun dzie-ciom zaprezentowano w tym roku m.in. po-kazy czeskich arcydzieł animowanych. Regiofun to jednak nie tylko filmy, to także cykl spotkań z artystami jak Ogród gwiazd, czy wydarzenia branżowe – Młody Produ-cent oraz forum Look for Fund, gdzie ucze-stnicy mają okazję zaprezentowania swoje-go projektu zaproszonym gościom oraz uzyskania informacji o możliwościach do-finansowania. To zdecydowanie jeden z tych festiwali, które uzależniają. Justyna Książek Fot.1 Horia Varlan (CC BY 2.0) Zdjęcie zmniejszono i przycięto z oryginału. PODRÓŻUJ
Z GŁOWĄ
SPOŁECZEŃSTWO

Kiedy za oknem robi się coraz bardziej szaro i deszczowo, a w życie wkrada się jesienna chandra, to znak, że moż-na zacząć myśleć o przyszłorocznych wakacjach. Warto to zrobić nie tylko po to, by poczuć atmosferę letniej przygody, ale także w trosce o swój portfel – w końcu oferty last minute niekoniecznie muszą trafić w nasz gust. Najbardziej oczywistym argumentem prze-mawiającym za planowaniem wakacji z tak dużym wyprzedzeniem jest możliwość za-kupu tańszych biletów na samolot czy au-tobus. Warto przy tym pamiętać, że Polski Bus to nie jedyny przewoźnik oferujący przejazdy w atrakcyjnych cenach. „Bilety do Sanoka kupowałam dwa tygodnie przed wyjazdem i za dwie sztuki zapłaciłam 70 zł, oszczędzając ponad 50 złotych. Udało mi się to dzięki odwiedzaniu od czasu do czasu stron przewoźników, którzy – chcąc zachę-cić do wybierania ich firmy – co jakiś czas udostępniają pewną liczbę tanich biletów. Jeśli się na nie trafi, można pojechać na drugi koniec Polski nawet za 2 złote” – wspomina Marta. Z kolei w przypadku samolotu wcześniej nie zawsze znaczy taniej, ale jeden aspekt pozostaje niezmienny – promocje same się nie znajdą. Dodatkowe utrudnienie mo-że stanowić fakt, że najbardziej atrakcyjne ceny dotyczą lotów z samym bagażem podręcznym – nie jest to jednak przeszko-da nie do przeskoczenia. Niespodzianki czekają na nas także podczas podróży koleją. Pasażerowie PKP Intercity mogą skorzystać z akcji „Weekendowa Biletoma-nia” i zdobyć bilet na dowolny przejazd za 29 złotych. Z kolei spółka Przewozy Regio-nalne oferuje Super Bilety już od złotówki. Mniej oczywiste wydaje się sprawdzenie cen biletów w mieście lub regionie, do któ-rego się wybieramy. Teoretycznie nie jest to wiedza niezbędna przed dotarciem na miejsce, w praktyce – taka zapobiegliwość pozwoliła mi uniknąć zakupu 2,5–krotnie droższego biletu na przejazd z lotniska do centrum Barcelony (pan w kasie nie uwa-żał za stosowne poinformować mnie o tań-szej alternatywie). Z kolei brak przezorno-ści przeklinałam w duchu, stojąc na wie-deńskim dworcu – tylko łut szczęścia spra-wił, że wraz ze znajomymi wybraliśmy od-

SPOŁECZEŃSTWO

powiednie opcje w biletomacie wyświetla-jącym długą listę niezrozumiałych nazw i skrótów. „Przebojem lata okazało się jednak oglądanie sztuki w Operze Wiedeńskiej za... cztery euro.” Odrębną kwestię stanowi wybór terminu wyjazdu – jeśli dysponujemy tu pewną swobodą, warto poddać dokładnej analizie kilka czynników. W niektórych europejskich miastach tygodniowe bilety na komunika-cję miejską mają stosunkowo atrakcyjne ceny – czasem jest w tym jednak ukryty pewien haczyk, bowiem nie są one ważne przez 7 dni od momentu skasowania, a dokładnie w przedziale poniedziałek-–niedziela. Warto również przejrzeć z wy-przedzeniem ofertę lokalnych muzeów (je-śli to one będą obiektem naszego zaintere-sowania). Często zdarza się, że oferują wstęp wolny w wybranym dniu miesiąca, a w bardziej optymistycznej wersji – nawet raz w tygodniu (ten drugi wariant to raczej domena polskich placówek). Zalecałabym natomiast pewną ostrożność w stosunku do szeroko reklamowanych kart uprawnia-jących do zniżek lub wolnego wstępu do niektórych lokalnych atrakcji – warto wcześniej przemyśleć nasze plany i osza-cować, czy taki zakup będzie opłacalny. Często bardziej korzystne okazują się dużo mniej popularne karnety – jednak zdobycie informacji o ich istnieniu wymaga czasem dużo samozaparcia przy internetowych po-szukiwaniach lub dociekliwych pytań w punkcie informacji turystycznej. Po ustaleniu kiedy i gdzie jedziemy, warto pomyśleć o noclegu. Couchsurfing (moż-liwość darmowego nocowania u wcześniej nieznanych nam ludzi w zamian za ofero-wanie noclegu w swoim domu) to świetna idea, ale nie każdy ufa takim rozwiąz-aniom. W tej sytuacji pozostaje zatem po-równywanie cen na dziesiątkach serwisów przedstawiających oferty hoteli, hosteli, kwater prywatnych itd. Niektóre z nich cenią lojalność i nagradzają wiernych klien-tów kilkuprocentowym rabatem. Jeśli pla-nujemy wyprawę po Polsce, warto wziąć pod uwagę nocleg w schroniskach mło-dzieżowych, które można odnaleźć niemal w każdym zakątku kraju. Natomiast w kwestii rozważnego korzysta-nia z dóbr kultury, należy wspomnieć je-szcze jeden aspekt, na który sama zwró-ciłam uwagę podczas minionych wakacji. Wszystko zaczęło się niewinnie w Barce-lonie, kiedy okazało się, że pójście na kon-cert w Palau de la Musika jest tańsze niż turystyczne zwiedzanie tego miejsca. Przebojem lata okazało się jednak oglą-danie sztuki w Operze Wiedeńskiej za... cztery euro. Za tę cenę można skorzystać z nie do końca komfortowego, ale oferują-cego świetną widoczność miejsca stojące-go. Także miłośnicy trochę niższej kultury

SPOŁECZEŃSTWO

mogą znaleźć coś dla siebie. „Po sponta-nicznej wycieczce do Raimund Theater, w którym za niemieckojęzyczny musical »Mamma Mia« zapłaciłam jedynie 5 euro, zakochałam się w niemieckiej wersji wszy-stkich piosenek ABBY” – wspomina Ania. Nie można zapomnieć również o rozmai-tych wydarzeniach – przede wszystkim mu-zycznych – rozgrywających się na świeżym powietrzu. Jedyny problem związany z wzięciem w nich udziału to fakt, że trzeba wiedzieć, gdzie i kiedy ich szukać – a zdo-bycie takich informacji wymaga odrobiny zachodu. Można zastanawiać się, czy pracowite prze-glądanie kolejnych stron internetowych ma sens. Czy opłaca się poświęcać czas na – czasem bezowocne – poszukiwania tylko po to, by wydać trochę mniej pieniędzy podczas wakacyjnych wojaży? Czy warto częściowo zrezygnować ze spontaniczności i planować optymalny przebieg wyjazdu? Te pytania pozostają otwarte, jednak w moim odczuciu możliwość powiedzenia „Byłam w Operze Wiedeńskiej i nie zban-krutowałam” jest naprawdę bezcenna. Anna Lewicka Fot.1 Calsidyrose (CC BY 2.0) Fot.2 pasotraspaso (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. DZIŚ MORDUJĘ. SEKS? NIE, DZIĘKUJĘ!
Seks gorszy niż morderstwo i masakry? Kilkanaście dni temu Steam, najpo-pularniejsza platforma zajmująca się dystrybucją gier, wycofała ze swej oferty grę erotyczną oraz zapowiedziała dalsze restrykcje w tym kierunku.
KULTURA

Do niedawna żyłam w przekonaniu, że se-ksualność człowieka przestała już wzbu-dzać kontrowersje i nie stanowi tabu. Ero-tykę w pełni zaabsorbowała kultura i – w filmie czy fotografii – traktuje ją jako artystyczną formę wyrazu. Sama popkul-tura do bólu przesycona jest treściami nie-jednokrotnie balansującymi na granicy lek-kiej pornografii (patrz: Rihanna i Shakira eksponujące pośladki w teledysku „I can’t remember to forget you”). I choć wydawać by się mogło, że tematyka seksu oburza co najwyżej ortodoksyjną społeczność religij-ną lub podstarzałą sąsiadkę, to rzeczywi-stość wyprowadza nas z błędu. Dziś wśród graczy huczy, albowiem Steam wycofał z dostępu grę erotyczną „Seduce me”, po-legającą na uwodzeniu wirtualnych kobiet celem obejrzenia odważnych scen z ich udziałem. Nie widzę potrzeby krytykowania decyzji podjętej przez Valve – firmę odpowiedzial-

KULTURA

ną za Steam. Jako prywatny dystrybutor ma prawo sama decydować o tym, co roz-powszechnia wśród swoich konsumentów. Zdarzenie to jednak skłoniło mnie do refle-ksji, która przez długi czas nie dawała mi spokoju – a mianowicie problemu prze-wartościowania przemocy i seksu w grach. By kontynuować ten wywód, już na starcie muszę zburzyć mit, jakoby gry kom-puterowe miały demoralizować młodzież – statystyki wykonane w 2012 roku przez amerykańską firmę ESA pokazują, że śre-dnia wieku gracza to 30 lat, aż 37% graczy to osoby powyżej 36. roku życia, zaś jedy-nie 32% ankietowanych zadeklarowało wiek niższy niż 18 lat. Dodatkowo gry po-siadają stosowne ograniczenia wiekowe, które nie pozwalają niepełnoletnim na do-stęp do erotyki i przemocy. A przynajmniej powinny. „Sama popkultura do bólu przesycona jest treściami niejednokrotnie balansującymi na granicy lekkiej pornografii (...).” Istnieje jednak spore grono graczy, którzy, mam wrażenie, wzdrygają się na samą myśl o erotyzmie w grach komputerowych. Natrafiłam kiedyś na dyskusję pod stwo-rzoną przez gracza modyfikacją do gry „Dragon Age: Przebudzenie”, dzięki której twórca zakrył nagie ciało demona rozpu-sty… fikuśną sukienką. Wielu graczy roz-pływa się w komentarzach nad urokiem tej modyfikacji, a jeden z forumowiczów sugeruje, że „nagość nie wnosi nic do gry i sprawia, że on sam czuje się jak perwer-

KULTURA „(...) w jaki sposób mordowanie, mniej lub bardziej wyrafinowane, stało się powszechnie akceptowalne, zaś seksualność niedopuszczalna.”

syjny przegrany”. Warto wspomnieć, że w grze Dragon Age mamy możliwość mor-dowania i okradania niewinnych istot. Ukazany jest pogrom kraju przez krwio-żercze bestie, dostępna opcja hetero i homoseksualnego romansu, i wiele in-nych. Nie spotkałam się ze zmianą za-bijania na podarowywanie kwiatów albo podmianką bestii na kucyki. Nie. To kobie- cy biust (demona uwodziciela!) stanowi tutaj figurę nie do przeskoczenia. I nie jest to jedyna dyskusja tego formatu, którą miałam okazję czytać. Co więc sprawia, że erotyzm w grach tak porusza i skąd tak wiele aprobujących ko-mentarzy dotyczących decyzji Valve wśród internautów (problem nieletnich odbiorców zdemaskowałam już wcześniej)? Mam wra- żenie, że po pierwsze, graczy zniechęciły wszystkie masowe produkcje pełne żeń-skich zbroi w postaci blaszanego stanika i im podobne twory – dojrzały gracz, a jak wiemy jest ich większość, wymaga dojrza-łej rozrywki (a nie nagich biustów u ciężko-zbrojnego wojownika). Kolejnym proble-mem są ograniczenia silników graficznych – póki co seks w grach wygląda, powiedz- my sobie, prymitywnie – jest spłaszczany do krótkich filmików albo kart z roznegli-żowanymi kochankami, co miało miejsce w I części serii gier o Wiedźminie. I nie wiadomo co zrobić, by tak nie było. Nawet jeśli grafika rozwinie się na tyle, by spros-tać gustom odbiorców, to trudno zbudować w akcji gry dynamiczny związek czy choćby oddać napięcie seksualne. Wydaje się, że najbliższy ideałowi jest wątek romansowo-

KULTURA

–erotyczny w grze Wiedźmin 2: Zabójcy Królów, choć i tak pozostawia on wiele do życzenia. Sprawę komplikuje także inter-akcja gracz–bohater – kierując działaniami postaci, jednocześnie utożsamiamy się z nią. Nie każdy zaś chce być zboczeńcem, czyhającym na wirtualny biust i pośladki. „(...) graczy zniechęciły wszystkie masowe produkcje pełne żeńskich zbroi w postaci blaszanego stanika i im podobne twory (...).” Uderza mnie jednak przeobrażenie moral-ności, które dokonało się na gruncie gier. To niewątpliwie zastanawiające w jaki spo-sób mordowanie, mniej lub bardziej wyrafi-nowane, stało się powszechnie akceptowal-ne, zaś seksualność niedopuszczalna. Two-rzy to mylne pojęcie, jakoby przemoc sprowadzała się zaledwie do fikcji, erotyzm zaś był nieprzystojną w grach realnością. Agnieszka Lniak Fot.1 timtak (CC BY 2.0) Fot.2 ** RCB ** (CC BY 2.0) Fot.3 je@n (CC BY 2.0) Fot.4 kyz (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. Żiveli!
POCZTÓWKA Z SERBII #4
KULTURA: PODRÓŻE

Zajadając się pljeskavicami nie moż-na jednak zapomnieć, że Bałkany to przede wszystkim kraina rakiją i tur-ską kafą płynąca. Dlatego żaden opis serbskiej kuchni nie może się obyć bez wspomnienia tych jakże typo-wych dla tego regionu trunków. Kiedy już rozsmakowaliśmy w kulturze Bał-kan, a zwłaszcza w jej kulinarnym obliczu, nie możemy zapomnieć o dwóch najpopu-larniejszych napojach w tej części Europy. Pierwszym z nich jest turska kafa (kawa po turecku) podawana w Serbii również jako domaća kafa (kawa domowej roboty). Jak sama nazwa wskazuje, trunek ten dotarł do Europy z Imperium Osmańskiego. Kraje Półwyspu Bałkańskiego szybko ją przy-swoiły i pokochały jak swoją, czyniąc z niej bazę własnej kuchni, stylu bycia czy nawet filozofii życiowej. Kafa jest podstawowym składnikiem życia towarzyskiego stolicy, toczącego się w niezwykle licznych, bel-gradzkich kawiarniach. Co prawda obecnie coraz popularniejsze stają się również lo-kale oferujące międzynarodowe caffè ma-cchiato, latte macchiato i tym podobne wersje kawy, dobrze znane również w Pol-

KULTURA: PODRÓŻE

sce. Chcąc nie chcąc, Serbia, a zwłaszcza Belgrad, zaczyna upodabniać się w wielu aspektach życia do europejskich metropolii. Można to zaobserwować przede wszystkim w centrum miasta. Jeżeli jednak zboczymy z Placu Republiki w którąś z uroczych, wą-ziutkich uliczek, możemy wejść do pierw-szej napotkanej tam kawiarenki z prześwia-dczeniem, że dostaniemy prawdziwą ture-cką kawę. Wyjątkowość tego napoju opiera się nie tylko na unikalnym smaku, ale także na szczególnych zasadach jej parzenia i po-dawania. Turską kafę przygotowuje się ze specjalnie drobno zmielonych ziaren, które później razem z cukrem wsypuje się do gotującej się w dżezwie (miedzianym ko-ciołku) wody. Podczas parzenia, kawa musi się kilka razy podnieść aż pod brzegi kocioł- ka, bo dzięki temu osadzi się na niej cienka warstwa pianki. Kiedy już wszystko jest gotowe, kafę podaje się w małych fili-żankach razem z dodawanym do osłody ra-tlukiem (małą galaretką) lub innym słodkim cukierkiem. Klient, zgodnie z tradycją, są-czy ten mocny i słodki napój powoli, dele-ktując się smakiem i jednocześnie tocząc niezobowiązującą towarzyską konwersację. Opcjonalnie można również pić turską kafę z kieliszkiem rakiji, co w jednej z lokalnych kafan zostało określone jako srpskie bu-dzienie (serbskie przebudzenie). I rzeczy-wiście trzeba przyznać, że taka mieszanka potrafi postawić na nogi. A tym samym, odsyła nas do drugiego na-rodowego trunku wszystkich krajów byłej Jugosławii, czyli do rakiji. Jej wersji sma-kowych jest tyle, ile owoców w Serbii,

KULTURA: PODRÓŻE „W Serbii herbatę pije się wyłącznie podczas choroby i dla jej mieszkańców picie jej jest oznaką złego stanu zdrowia.”

aczkolwiek nie można zapomnieć również o tych robionych z dyni lub miodu (me-dovača). Jeżeli chodzi natomiast o procen-tową zawartość alkoholu, rakiję można po-równać z wódką. Z tą różnicą, że w przy-padku tej pierwszej nie ma żadnej przyję-tej normy, jak zresztą w wielu innych as-pektach życia na Bałkanach. Tym bardziej, że większość mieszkańców tego regionu ma w swoich piwniczkach własne wyroby, które wytwarza swobodnie według uzna-nia, a później otwiera przy każdej nada-rzającej się do tego okazji. A taką okolicz-nością może być doprawdy wszystko. Dla-tego turysta musi się przygotować, że przynajmniej raz zostanie poczęstowany tym lokalnym przysmakiem z rąk gościn-nych Belgradczyków. Kiedy to nastąpi, zo-stanie również poinstruowany, w jaki spo- sób należy rakiję konsumować. Przede wszystkim trzeba się stuknąć kieliszkiem z towarzyszem, patrząc mu w oczy i mó-wiąc przy tym „żiveli” (na zdrowie). Po tym rytuale nie wychyla się kieliszka jednym haustem, ale jak się można spodziewać, opróżnia się go powoli i bez pośpiechu, czyli „polako”. Rakiję naturalnie można spożywać również w kawiarniach i kafa- nach. Tam z reguły podaje się ją razem ze szklanką wody (z kranu) z lodem, którą serwuje się również do kawy po turecku, a opcjonalnie w niektórych lokalach także do wszelkich ciepłych napojów, czasem na-wet do piwa. Rozczarowanie czeka natomiast smakoszy herbaty. Z reguły bowiem w kawiarniach nie występuje bogata oferta tego trunku,

KULTURA: PODRÓŻE

a jeśli w menu pojawi się jakiś okaz „čaju”, to raczej nie jest on godny polecenia. Tym bardziej, że przy zamawianiu kelner naj-prawdopodobniej zapyta o samopoczucie. W Serbii herbatę pije się wyłącznie podczas choroby i dla jej mieszkańców picie jej jest oznaką złego stanu zdrowia. „Podczas parzenia, kawa musi się kilka razy podnieść aż pod brzegi kociołka bo dzięki temu osadzi się na niej cienka warstwa pianki.” Cokolwiek się jednak pije, najlepiej robić to w towarzystwie. A przynajmniej zdaje się, że z takiego założenia wychodzą miesz-kańcy stolicy. Ich kawiarnie w zasadzie ni-gdy nie bywają puste, zwłaszcza po połud-niu, kiedy życie dopiero się zaczyna i trwa do późnej nocy albo raczej wczesnego po-ranka. W międzyczasie zmienia się tylko lo-kal, bo wieczorem najlepiej udać się do ka-fany, która będzie ostatnim przystankiem w tej krótkiej podróży po kulinarnych zaką-tkach Belgradu i jednocześnie jej najle-pszym podsumowaniem. Hanna Kocur Fot.1 morberg (CC BY SA 2.0) Fot.2 Ekim Caglar (CC BY SA 3.0) Fot.3 nafra cendrers (CC BY SA 2.0) Fot.4 Eaeeae (CC BY SA 3.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. WIĘCEJ NIŻ TANIEC
Przeglądając oferty klubów fitness, z pewnością w każdym z nich znajdziesz za-jęcia zumby. Jeśli wciąż zastanawiasz się, co to jest, zacytuję znanego na całym świecie instruktora tańca, Kassa Martina: „Zumba jest dla wszystkich. To nie wyczynowy program treningowy. Nie jest ważne, jak wyglądasz czy jak się po-ruszasz, chodzi o to, aby być aktywnym i dobrze się bawić”.
SPOŁECZNY

Zumba cieszy się niezwykłą popularnością. Szacuje się, że w ciągu tygodnia tę formę treningu wybiera około czternaście milio-nów osób w ponad stu pięćdziesięciu kra-jach. Na czym polega fenomen tego tańca? Aby móc rzetelnie odpowiedzieć na to py-tanie, należy przyjrzeć się historii zumby. Jej początki sięgają lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Wtedy w Kolumbii pewien tan-cerz, Alberto „Beto” Perez, jako nastolatek prowadził w szkole zajęcia fitness. Nowy rodzaj tańca stworzył właściwie przypad-kiem. Przygotowując się do kolejnych za-jęć, zapomniał przynieść muzyki typowej dla aerobiku. Włączył więc płyty z utwora-mi do salsy i improwizował, wykonując układ ruchów oparty na tańcach latynos-kich. Tak właśnie powstała zumba, która łączy w sobie elementy samby, cha–chy, salsy, mambo, merengue (narodowy taniec Dominikany) z elementami fitnessu. W 2001 roku Perez rozpowszechnił zumbę w Miami, gdzie wraz z dwójką swoich kolegów za-łożył szkołę ZUMBA FITNESS. „Tańczenie zumby potęguje produkcję wielu endorfin, które odpowiadają za nasz dobry nastrój.” Szybko okazało się, że popularność tego tańca rozeszła się lotem błyskawicy po ca-łym świecie. Nic dziwnego – z tańczenia zumby wynikają liczne korzyści. Podczas tego treningu uczestnicy czerpią prawdziwą

SPOŁECZNY

przyjemność z aktywności fizycznej. Tań-czenie zumby potęguje produkcję wielu en-dorfin, które odpowiadają za nasz dobry nastrój. Co więcej, znacznie obniża poziom stresu. Może zatem zamiast po nerwowym dniu sięgnąć po tabletki uspokajające, war-to poćwiczyć? Z własnego doświadczenia mogę polecić takie rozwiązanie, ponieważ sama czasem tańczę zumbę około godziny 22. Kolejną zaletą jest to, że tę formę akty-wności możesz podejmować w klubie fit-ness, ale także we własnym domu. W In-ternecie znajduje się wiele treningów on-line z profesjonalnymi instruktorami. Zum-ba jest także korzystna dla zdrowia. Ma bardzo dobry wpływ na koordynację ru-chową – niektórzy lekarze zalecają ją oso-bom ze schorzeniami reumatycznymi jako uzupełnienie terapii farmakologicznej. Po-nadto rewelacyjne wpływa na sylwetkę. Podczas godzinnego treningu spala się około 800 kalorii. Dla porównania – bie-gając szybko przez taki sam czas, spala się 600 kalorii, a trening wymaga większe-go wysiłku. „(...) powstała także zumba koszerna. Jest ona przeznaczona dla ortodoksyjnych wyznawców judaizmu.” Można powiedzieć, że zumba naprawdę jest dla każdego, ponieważ istnieje wiele rodzajów tego tańca. Jednym z nich jest zumba gold, przeznaczona dla osób star-szych. Kolejne to delikatne zumbini dla ma-luchów od 3 lat i zumbatomic, wymagająca

SPOŁECZNY

już większej sprawności fizycznej, dla dzie-ci w wieku 9–12 lat. Istnieje także zumba toning, podczas której używa się ciężar-ków, aby jeszcze lepiej wyrzeźbić mięśnie ramion. Inną odmianą zumby jest sentao, która podobnie jak tańce broadway wyko-rzystuje w swojej choreografii krzesła. Nie może także zabraknąć zumby aqua odby-wającej się w basenie. Co dosyć zaskaku-jące – powstała także zumba koszerna. Jest ona przeznaczona dla ortodoksyjnych wyznawców judaizmu. Ten rodzaj zumby odróżnia się od pozostałych tym, że nie tańczy się do piosenek, które zawierają konteksty seksualne. „Podczas godzinnego treningu spala się około 800 kalorii.” Myślę, że teraz już bez problemu odpo-wiesz na pytanie, co zrobić, jeśli chcesz cieszyć się doskonałą sprawnością. Tak jak gwiazdy światowej sławy, miedzy innymi Shakira czy Jenifer Lopez, wybierz się na trening zumby. Dobra zabawa gwaranto-wana. Magdalena Sibicka Fot.1 Jeff Pioquinto, SJ (CC BY 2.0) Fot.2 roanokecollege (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. ZMIERZCH
GLORII HUMANISTY
SPOŁECZNY

W błędzie jest ten, kto sądzi, że na wydziałach filologicznych znaleźć można ludzi przepełnionych pasją do studiowanego kierunku. Myli się też ten, kto sądzi, że na najlepszych pań-stwowych uczelniach spotkać można elitę intelektualną. Ci, którzy pójdą na studia z czystej pasji, zapewne powi-tają swych pobratymców studentów z szokiem i niedowierzaniem. To nie tak miało być? No właśnie, nie tak… Skoro już udało mi się zdać wszystkie eg-zaminy, pokonać USOS i zostać szczęśliwą studentką drugiego roku filologii rosyjskiej, to niech mi będzie wolno odrobinę się po-mądrzyć . Teoretycznie trafiłam na jedną z najlepszych uczelni w Polsce – progi wy-sokie, a chociaż wynik z matury nie obra-zuje najlepiej stanu wiedzy absolwenta, miałam nadzieję że spotkam osoby inteli-gentne, ciekawe i wykazujące szczere za-angażowanie i prawdziwy entuzjazm. Rosja najwyraźniej nie cieszy się zaintere-sowaniem wśród studentów, bo znakomita większość trafiła na nasz wydział nie z pasji do przedmiotu, a dlatego, że nie zostali przyjęci na inny kierunek. Albo dlatego, że w ogóle nie mieli pomysłu na to, co mo-gliby studiować. Czy to uroki niżu demo-graficznego, czy może naprawdę coś z na-mi, studentami, jest nie tak? Sami zoba-czcie – wygląda to niepokojąco. Scena pierwsza. Krótkie spotkanie inte-gracyjne dla pierwszego roku filologii ro-syjskiej. Na spotkaniu pojawia się dziew-czyna, która ten kierunek już skończyła. Na rozgorączkowane pytanie pierwszorocz-nych, czy trzeba czytać lektury, absolwen-tka odpowiada spokojnie „Ależ nie, można lecieć na streszczeniach! Znam chłopaka, który nie przeczytał nawet „Wojny i pokoj-u” i obronił magistra!”. Wśród dziewcząt słychać westchnienie ulgi. Nie po to w końcu szły na filologię rosyjską, żeby czytać Tołstoja, na litość boską! Dobrze, rosyjskie lektury są naprawdę niebagatel-nych rozmiarów, próbuję sobie tłumaczyć i próbuję wydobyć od dziewczyn coś jesz-cze, więc zwracam się do jednej z nich z pytaniem: „Dlaczego filologia rosyjska?” – pytam jednej. „A, rodzice mi kazali – usły-szałam – Rosja mnie nie za bardzo intere-suje. No, a książki to też tak niezbyt… To

SPOŁECZNY

znaczy, wiadomo, czytałam „Zmierzch” i „Harry’ego Pottera”. Wiadomo. Po tej wypowiedzi studentki jednej z najlep-szych uczelni w Polsce, milknę. Scena druga. Wykłady nie powinny być obowiązkowe, ale są. W przeciwnym razie sale świeciłyby chyba pustkami. Chociaż profesor później przeprowadza z nich eg-zamin sprawdzający wiedzę uczestników, mało kto go słucha. Żeby niezainteresowa-ni przynajmniej jeszcze spali! Pół biedy. Ale jeżeli ktoś próbuje słuchać profesora mó-wiącego po rosyjsku o specjalistycznych te-rminach gramatycznych, a z tyłu miłośnicz-ka rosyjskiej pieśni fałszywie śpiewa „Kat-iuszę” – jest trudno. W tej sytuacji bardzo szybko wdałam się w wojnę z „katiuszo-wymi” dziewczętami. Okazało się, że jedna z nich jest starostą roku – dziewczę, któ-rego jedynym przejawem aktywności na fejsowej grupie rusycystyki był post z dra-matycznym apelem z prośbą o lajki pod jej komentarzem do konkursu. Scena trzecia. To były ćwiczenia z gra-matyki języka polskiego. Wykładowca na-pisał nam na tablicy tekst, cacy po polsku, bez utrudnień, pozaznaczał akcenty i wyr-wał pierwszą z brzegu białogłowę do odpo-wiedzi. – Na którą sylabę w języku polskim pada akcent? Zapada grobowa cisza, podczas której slychać tylko bicie trzydziestu przerażonych serc i nerwowy szelest notatek. – Proszę spojrzeć na tablicę, ma tam pani napisane dokładnie akcenty padające na każde słowo. W słowie „dokładnie” akcent padnie na sylabę… – Piątą od końca? Kilka chwil później trafiło na inne biedne dziewczę, które nie miało pojęcia, jaki przypadek odpowiada na pytanie „kogo? co?”. Prowadzący zajęcia, którego przy py-tanach wiedzy humanistycznej cierpliwość zaczęła już chyba zawodzić, zadał nam na kolokwium pytanie: „Jaki przypadek odpo-wiada na pytanie „kim? czym?”. Oczywiście należało wybrać poprawną odpowiedź spośród trzech podanych – wykładowca nie był aż tak okrutny, by kazać nam pa-miętać wszystkie przypadki. Zrobił jednak tzw. „podpuchę” – otóż wśród odpowiedzi znalazł się zarówno narzędnik, jak i miej-scownik. Scena czwarta. Zajęcia z językoznaw-stwa, kolokwium. Po jakichś dwudziestu minutach pisania pani doktor zerwała się z krzesła i zapytała: „A wszyscy wiedzą, co to jest tapczan?” (wyraz ten pojawił się na kolokwium) – kiedy nasze zaskoczone spojrzenia utwierdziły ją w przekonaniu, że – oczywiście – wszyscy to wiedzą, pani doktor pospieszyła z wyjaśnieniem: „Prze-praszam, że tak pytam, ale w poprzedniej grupie połowa osób nie wiedziała”. Scena piąta. Egzamin z literatury rosyj-skiej był ustny (tj. rozmowa z wykładow-cą), profesor maglował nas około godzinę,

SPOŁECZNY

nawet dwie. Materiał do opanowania był nielichy – okres 70 lat, mnóstwo tytułów, nazwisk, nurtów, stowarzyszeń i dat. Chwilę po tym, jak wyszłam z gabinetu po zdanym egzaminie, dopadło mnie kilka dziewcząt z pytaniem „Co było?”. Odpo-wiedziałam drobiazgowo, co i jak, a dziew-częta zapisują sobie fragmenty moich odpowiedzi na ręce… Tuż przed wejściem na ustny egzamin. Scena szósta. Rozmawiam z dziewczyną z elitarnego wydziału prawa. Jest wściekła, a powodem jej złości są studenci zaoczni. „Musiałam harować do dwóch trudnych matur – z WOS–u i historii, a zaoczni mogą dostać się tylko dzięki wynikom z podsta-wy. Wystarczy, że mają pieniądze. Uczę się do egzaminu z dziewczyną, za którą jest już pierwszy rok prawa, a ona pyta mnie – żeby sprzedać komuś dom, to te dwie oso-by muszą to sobie obgadać i to wszystko, nie?” „A może jakiś notariusz?” „A po co?” . Nie oceniam uczelni prywatnych – nie znam ludzi studiujących tamże, nie byłam tam też nigdy na żadnych zajęciach. Wiem, że to, co się dziś dzieje na wielu kierun-kach, woła o pomstę do nieba. Giganty-czna ilość miejsc zderza się z falą niżu de-mograficznego. Postrzeganie studentów jako elity jest wprawdzie staroświeckie, ale wolę być w tym przypadku staroświe-cka. Każdy z nas ma prawo do poszukiwań, do zmian kierunków, do błędów. Ale, bła-gam – trochę rozsądku. Nie zamieniajmy naszych szkół wyższych w fabryki magi-strów. Lena Janeczko Fot.1 DAEllis (CC BY 2.0) Zdjęcie zmniejszono i przycięto z oryginału. Możliwość swobodnego posiadania broni od zawsze budziła emocje i kontro-wersje. Sam pomysł, by każdy mógł kupić i posiadać w domu broń, zyskuje co-raz więcej zwolenników. Z drugiej strony, w USA, gdzie dostęp ów jest pow-szechny, rośnie liczba przeciwników tej idei, wśród których jest m.in. prezydent Obama. Czy powinniśmy pozwolić obywatelom na swobodne posiadanie broni? Czy wcielenie tej wizji w życie poprawi nasze bezpieczeństwo, czy tylko je po-gorszy?
POWSZECHNY DOSTĘP DO STRACHU I ŚMIERCI
SPOŁECZNY

Eliot Aronson – jeden z najwybitniejszych psychologów XX wieku – opisuje w swojej książce „Psychologia społeczna – serce i umysł” „epidemię otworkową”, jaka miała miejsce w Seattle, w 1954 roku: „W końcu marca gazety zaczęły zamieszczać spora-dyczne ogłoszenia o skazach przednich szyb samochodów, które polegały na two-rzeniu się w nich drobnych otworków i ma-leńkich pęcherzyków. Przez następne trzy tygodnie pisano o wandalizmie, który roz-przestrzenił się w całym kraju. Tysiące obywateli zgłaszało policji uszkodzenia przednich szyb w samochodach. Burmistrz Seattle ogłosił 15 kwietnia, że kwestia owych zniszczeń nie jest już sprawą policji i poprosił o pomoc gubernatora oraz pre-zydenta Eisenhowera. Aby zabezpieczyć do- wody, uszkodzone szyby samochodów ludzie przykrywali gazetami i wykładzinami podłogowymi. Rozpowszechniła się plotka, że tworzenie się otworków w szkle może być spowodowane pyłem meteorologicz-

SPOŁECZNY

nym albo opadem radioaktywnym powsta-łym przy ostatnich próbach z bombą wodo-rową. Kilka tygodni później artykuły w ga-zetach sugerowały, że to, co się zdarzyło, było masową histerią – ludzie patrzyli z bliska na swoje (zawsze pokryte dziur-kami) przednie szyby zamiast patrzeć poprzez nie. »Epidemia otworków w przed- nich szyb aut w Seattle« zakończyła się tak samo nagle, jak się rozpoczęła.” Sytuacja wydaje się śmieszna, wręcz komi-czna. Jak to możliwe, żeby tysiące ludzi uległo chwilowemu ogłupieniu i dało się ponieść medialnej histerii? To tylko jeden z przykładów wpływu społecznego zbioro-wej paniki. Biorąc pod uwagę, jak łatwo człowiek ulega masowemu popłochowi, nietrudno wyobrazić sobie taką sytuację: media podały, że w okolicy zbiegł z wię-zienia groźny morderca. Dzięki powszech-nemu dostępowi do broni wszyscy są uz-brojeni, więc może dojść do tragicznych wypadków śmiertelnego postrzelenia, bo ludzie będą w każdym widzieć zbiega. W mo-mencie masowej paniki posiadanie broni przez większość obywateli zwiększy tylko li-czbę ofiar, utrudni pracę służbom porząd-kowym i doprowadzi do wielu tragicznych wypadków. Ale nie tylko w tak skrajnych przypadkach rozpowszechniona broń sta-nowi raczej zagrożenie niż szansę na zwię-kszenie bezpieczeństwa. W rzeczywistości zdazały się podobne wypadki – wystarczył „podejrzany” krok czarnoskórego mężczy-zny (tak naprawdę kulał, wracając z zaku-pami do domu), by został uznany za prze- stępcę i zastrzelony przez innego przechod-nia, posiadającego broń. Po dwóch strzelaninach w 2012 roku – w szkole w Newton i na premierze filmu „Batman: Mroczny Rycerz powstaje” – amerykański tygodnik „Huffington Post” obliczył, ilu Amerykanów ginie od broni palnej: w pierwszym tygodniu po masakrze w Newton było to ponad 100 osób, po sie-dmiu tygodniach – co najmniej 1285, a po nieco ponad trzech miesiącach – 2444 osób. Gazeta policzyła każde morderstwo z użyciem broni palnej i przypadkowe strzelaniny. TU można zobaczyć interakty-wną mapę ilustrującą te statystyki. Główny argument zwolenników uzbrajania cywilów opiera się na przesłance, że gdyby każdy miał broń, to mógłby się obronić. Takie rozwiązanie nie prowadzi jednak do rozwiązania problemu, a tylko go pogłębia. Jest to nakręcenie spirali strachu, obsesji na punkcie bezpieczeństwa i uzbrojenia. Przypomina to mechanizm działający pod-czas zimnej wojny, gdy USA i ZSRS prze-ścigały się w wymyślaniu coraz to nowych rodzajów rakiet i zwiększaniu arsenałów. Czy świadomość, że druga strona może od-powiedzieć tym samym zwiększała poczu-cie bezpieczeństwa? Nie – ludzie żyli w ciągłym strachu, budowali schrony w piwnicach, w szkołach uczono dzieci jak postępować w razie nalotu bombowego – i tylko dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoli-czności i decyzji jednego człowieka – Stani-sława Pietrowa – udało się uniknąć global-

SPOŁECZNY

nego konfliktu nuklearnego, który pogrą-żyłby ludzkość i planetę. Wbrew instruk-cjom mężczyzna nie zdecydował się od-palić radzieckich rakiet, po tym jak radary wykryły amerykańskie pociski, gdyż uznał to za błąd systemu. Okazało się, że miał rację – gdyby jednak postąpił zgodnie z procedurami oznaczałoby to natychmia-stowe i pełne zaangażowanie całego arse-nału jądrowego ZSRS, a w konsekwencji globalny konflikt nuklearny. Społeczeństwo, w którym każdy posiada broń i może w dowolnej chwili ją wycią-gnąć, opierać się będzie na strachu i para-noi. Dziś ulicą idzie się spokojnie, a na dru- giego człowieka patrzy jak na zwykłego przechodnia, a nie jak na potencjalny cel lub zagrożenie. To dobrze – relacje między obywatelami powinny opierać się na sza- cunku i zaufaniu, a nie strachu i agresji. Powszechny dostęp do broni spowodował-by właśnie postawienie na głowie stosun-ków w społeczeństwie. Rolą państwa i poli-cji jest zapewnianie obywatelom bezpie-czeństwa. Wychodzi im to raz lepiej, raz gorzej, ale w ostatecznym rozrachunku sy-tuacja jest monitorowana i dzięki temu mo-żliwość np. wymierzania samosądów, po-wodowania krwawych jatek jest ograni-czona. Bo przecież, gdyby szaleńcy nie mieli dostępu do pistoletów i karabinów, nie spowodowaliby masakry na dużą ska-lę. Skonstruowanie bomby, zebranie ma-teriałów wybuchowych jest nieporównywal-nie trudniejsze i wymaga sporych nakła-dów pracy i profesjonalnego przygotowa-nia. Wolność jednego człowieka nie może ogra-

SPOŁECZNY

czać wolności drugiego. Wszelkiego rodza-ju środki bojowe służyłyby do ograniczania wolności – nawet sama groźba użycia lub tylko świadomość takiej możliwości. Nie mógłbym iść na manifestację, bo ktoś, kto się ze mną nie zgadza, może mnie za-strzelić; nie mogę wypowiedzieć głośno swoich niepopularnych poglądów, bo ktoś, kto się ze mną nie zgadza i ma zły dzień, może mnie zastrzelić, nie mogę nikogo urazić, bo może mieć on akurat zły dzień i mnie zastrzelić… Tak zdarzyło się w Nor-wegii, gdzie prawicowy ekstremista Anders Breivik, posiadający legalną broń, na wys-pie Utoya zastrzelił prawie 70 osób, w wię-kszości niepełnoletnich. Prawo człoowieka do swobody wypowiedzi, poglądów, nawią-zywania zdrowych, opartych na szacunku, relacji międzyludzkich ma pierwszeństwo przed prawem posiadania broni, które jest wtórne i ograniczające poprzednie prawa. Zostałyby więc zaburzone dwa podstawo-we czynniki godnego życia – wolność oraz bezpieczeństwo. „Rządzący powinni stwarzać warunki do budowania zaufania między obywatelami (...).” Użycie broni palnej jest nieodwracalne – bardzo łatwo w ten sposób zabić, a skutki są dramatyczne. W wypadku noża człowiek umiera między szóstym a dwunastym pchnięciem lub cięciem; kula zazwyczaj wystarczy tylko jedna. W sytuacjach stresu i strachu – a właśnie je powoduje za-grożenie – dużo łatwiej będzie popełnić tragiczny, nieodwracalny błąd. Nie rozumu-je się wtedy racjonalnie. „Większość mor-derstw popełnianych jest pod wpływem nagłego impulsu, w ogniu namiętności, w chwili, gdy emocje zabójcy biorą górę nad jego zdolnością do logicznego my-ślenia” – piszą psychologowie David i Gene Lester. „Włamywacz”, którego zastrzelili-śmy, gdy zakradał się przez nasz ogródek może być sąsiadem chcącym pożyczyć szklankę mąki. I odwrotnie – biorąc udział w bójce, będąc napadniętym – skończymy z siniakami, podbitym okiem w ekstremal-nych przypadkach – ze złamaniem, wy-bitym zębem lub blizną. Są to oczywiście po- ważne obrażenia, ale nie są nieodwra-calne, nie stanowią bezpośredniego zagro-żenia życia. Postrzelenie – już tak. Wreszcie – powszechny dostęp do broni nie do końca sprawdza się nawet w Sta-nach Zjednoczonych, kraju z bardzo dłu-gimi tradycjami i kulturą broni. Już w II po-prawce do Konstytucji zapisano tam prawo do jej posiadania. W Polsce byłaby to zu-pełna nowość – nie jesteśmy społeczeń-stwem obytym z bronią, nie umiemy się nią posługiwać, i brak nam przygotowania na jej powszechne wprowadzenie. Pomysły, że dzięki temu zwiększyłaby się obronność państwa, są absurdalne. W jaki sposób kil-ka milionów uzbrojonych, ale niezorga-nizowanych, niewyszkolonych, przypadko-wo zebranych ludzi ma stawić czoła regu-larnej armii, nie pogrążając się w chaosie?

SPOŁECZNY

Jak wynika z sondażu przeprowadzonego przez IBRIS dla „Rzeczpospolitej” w sier-pniu tego roku, co prawda w kontekście sytuacji na Ukrainie, aż 81% Polaków sprzeciwia się powszechnemu dostępowi do broni, a rozwiązanie takie popiera jedy-nie 14 %. Bezpieczeństwo można zwiększać poprzez lepsze szkolenia policji, nowocześniejszy sprzęt, sprawniejszy system reagowania, sto-pniowe ograniczanie wpływów świata prze-stępczego. Państwo również powinno dą-żyć do zmiany warunków społecznych, w których zbrodnie są popełniane najczę-ściej – a więc wśród niższych warstw spo-łecznych. Przez odpowiednie reformy, zapewnianie tym ludziom możliwości rozwoju i wyjścia z biedy, odciągać potencjalnych sprawców od ostateczności. Rządzący powinni stwa-rzać warunki do budowania zaufania mię-dzy obywatelami, zawiązywania wspólnoty i relacji opartych na tolerancji i szacunku. Oczywiście, całkowicie sprzętu bojowego niestety nie da się wyeliminować z naszego życia, a w wielu wypadkach jego posiada-nie może być konieczne i pożądane. Jed-nak powszechny dostęp do broni bynaj-mniej nie poprawi naszej sytuacji i przekre-śli wiele kluczowych i szlachetnych warto-ści, które z trudem wypracowaliśmy. Jan Błoński Fot.1 DVIDSHUB (CC BY 2.0) Fot.2 Jakub Dudek Fot.3 dvanzuijlekom (CC BY SA 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. Świat nauk przyrodniczych obchodził w zeszłym tygodniu swoje doroczne święto. Dni, w których poświęca się im w mediach nieco więcej miejsca niż zwykle. Wszystkiemu winne oczywiście nagrody Nobla.
TEGOROCZNE NOBLE
NAUKA

Z tej okazji warto jednak nie tylko spojrzeć na nazwiska laureatów i skonstatować, że nie ma wśród nich Polaków. Dlaczego by nie postarać się zrozumieć, za co te nagrody? To może nam też pozwolić zrozumieć, w ja- kim miejscu obecnie znajduje się nauka i co nam z niej przychodzi, a w przyszłości przyj- dzie. Nie będę tu zajmował się Patrickiem Modiano czy Malalą Yousafzai i Kailashem Satyarthiwim; przyjrzę się zaś tegorocznej dziewiątce laureatów wyróżnionych za osiągnięcia w medycynie lub fizjologii, fizy-ce i chemii. W chwili, gdy piszę te słowa, nie znam jeszcze laureata (laureatów) na-grody Banku Szwecji w dziedzinie nauk ekonomicznych. Medycyna lub fizjologia – odkrycie systemu GPS w mózgu. Tak chyba najkrócej cha-rakteryzowano to, co udało się zrozumieć Johnowi O’Keefe’owi oraz May–Britt Moser i Edvardowi Moserowi (dwoje tych ostata-

NAUKA

nich nieprzypadkowo nosi to samo nazwi-sko; to małżeństwo). O’Keefe u końca lat sześćdziesiątych badał aktywność hipo-kampu u szczurów w związku z ich położe-niem w przestrzeni. Hipokamp to struktura odpowiedzialna głównie za pamięć. Przy-szły noblista odkrył ciekawą rzecz – za każ-dym razem, gdy zwierzęcy największy przyjaciel nauki znajdował się w jakimś miejscu, aktywność wykazywały te same neurony w badanym obszarze mózgu. Gdy zmienił pozycję, uaktywniały się inne ko-mórki. Jedna lokacja – jeden zestaw neu-ronów, druga lokacja – drugi zestaw neu-ronów. W ten sposób O’Keefe odkrył, że w hipokampie tworzy się mapa odwiedza-nych przez szczury miejsc. Moserowie zaś wiele lat później, również dzięki badaniom na szczurach odkryli, jaką rolę w systemie orientacji w przestrzeni pełni obszar bliski hipokampowi – kora śródwęchowa. Oka-zało się, że znajdujące się tam komórki od-powiadają za zdolność nawigacji w ruchu. Razem z mapami w hipokampie tworzą właśnie to, co obwołano „systemem GPS w mózgu”. Praca O’Keefe’a i Moserów to przyczynek do zrozumienia innych, może jeszcze bardziej złożonych funkcji najważ-niejszego z naszych organów. Isamu Akasaki, Hiroshi Amano i Shuji Na-kamura to trzej Japończycy nagrodzeni w tym roku za osiągnięcia w fizyce. Wyna-lezienie niebieskiej diody LED brzmi jednak mało efektownie. Co to w ogóle za pro-blem? Jak się okazuje, był to bardzo duży kłopot. Wymienieni tu panowie wcale nie pierwsi wpadli na to, że warto by mieć niebieską diodę. Nie pierwsi też próbowali ją skonstruować. I nie obyło się bez trudu. Niebieską barwę światła trzeba było jakoś uzyskać; laureaci postanowili próbować z azotkiem galu, na którym zawiedli się już ich poprzednicy. Oni jednak poradzili sobie z oswojeniem tej substancji i zaprzęgli ją w tryby elektroniki, tak by uzyskać diodę LED święcącą na niebiesko. Jakie to jednak w ogóle ma znaczenie? Niebieski to ładny kolor, ale czy aż tak ładny, żeby nagra-dzać go noblem? Sprawa jest dużo głę-bsza. Niebieska dioda LED była niezbędna do tego, by z diod uzyskać białe światło. To zaś pozwoliło skonstruować lampy LED, które teraz można kupić w wielu sklepach i za ich pomocą oświetlać w nocy swoje mieszkanie. A są to lampy niezwykle ko-rzystne dla środowiska – dają o wiele wię-cej światła niż świetlówki (o tradycyjnych żarówkach nie wspominając), a co za tym idzie, pozwalają na ograniczenie zużycia energii i zasobów naturalnych. Na tym je-dnak nie koniec praktycznych zastosowań niebieskiej diody. To dzięki niej powstał niebieski laser, a za nim standard Blu–ray. Niebieska dioda to też źródło światła ultra-fioletowego, którym można sterylizować wodę. Tegoroczna nagroda w dziedzinie chemii też ma związek ze światłem. Stefan Hell, William Moerner i Eric Betzig wyróżnieni zostali za wkład w rozwój mikroskopii fluorescencyjnej. O co chodzi? Już dawno temu, bo w 1873 roku, Ernst Abbe wskazał

NAUKA

nieprzekraczalną granicę – światło wykazu-je takie właściwości, że nigdy nie uda się w mikroskopie optycznym zaobserwować rzeczy mniejszych niż 0,2 mikrometra. Oczywiście, wynaleziono później takie cuda techniki jak mikroskop elektronowy, jednak tego typu urządzenia są nieprzydatne w biologii, bo nie pozwalają na utrzymanie komórki przy życiu. Toteż biologowie długo musieli godzić się z tym, że nigdy nie zoba-czą pojedynczych cząsteczek. Stefanowi Hellowi udało się jednak przeskoczyć okre-śloną przez Abbe’a barierę. Zbudował mi-kroskop emitujący dwie wiązki laserowe. Pierwsza z nich pobudzała obszar prepa-ratu do wydzielania światła, druga – wyga-szała świecenie części preparatu dookoła interesującego nas punktu. W ten sposób oświetlić można właściwie dowolnie mały obszar. Punktów takich naświetla się na preparacie wiele, przez co w końcu pow-staje bardzo dokładny obraz, którego nie wiąże już Abbe’owska granica rozdzielczo-ści – 0,2 mikrometra. Wkład Moernera i Betziga do mikroskopii fluorescencyjnej był odmienny – panowie przyczynili się do stworzenia metody alternatywnej, chyba jeszcze bardziej fascynującej. Pierwszy z nich zajął się badaniem właściwości od-krytego przez innych naukowców białka zielonej fluorescencji (badania nad tym białkiem zostały zresztą uhonorowane no-blem w 2008 roku). Moerner wykrył niez-wykłą cechę badanej substancji – jej fluo-rescencję można było rozpalać i wygaszać światłem o określonych długościach fal. Betzigowi zaś udało się z wykorzystaniem tej metody stworzyć mikroskop. W jego konstrukcji do badanego preparatu wpro-wadza się białko zielonej fluorescencji. Na-stępnie preparat pobudza się światłem na tyle słabym, by tylko część z cząsteczek zaczęła fluoryzować. Obraz taki rejestruje się, a następnie wzbudza się świecenie in-nych cząstek i utrwala się kolejny obraz. Nałożenie na siebie kilku takich obrazów daje nam mapę z wielu maleńkich, świecą-cych punkcików (cząsteczek), co pozwala tworzyć bardzo dokładne odwzorowania badanych preparatów. Nie trzeba długo tłumaczyć, że wynalezienie takich technik obserwacji przynosi ogromne możliwości rozwoju nauk o życiu, w tym i medycyny. „To dzięki niej powstał niebieski laser, a za nim standard Blu–ray.” Sam zdecydowanie bardziej niż noblami naukowymi przejmuję się zwykle nagrodą literacką i pokojową. Niemniej na co dzień korzystam bardziej z tych osiągnięć, które mniej mnie interesują. Warto jednak czasem okazać nauce trochę wdzięczności i zainteresowania. Choćby po to, by nie zlekceważyć niebieskiej diody. Marek Suska Fot.1 Thomas Fisher Rare Book Library (CC BY 2.0) Zdjęcie zmniejszono i przycięto z oryginału. 11 października 2014 roku niewątpliwie przejdzie do historii polskiego sportu – pierwszy raz w meczu o dużą stawkę polscy piłkarze pokonali reprezentację Nie- miec. Eliminacje do Mistrzostw Europy 2016 były idealną okazją do sprawienia niemałej sensacji. Manuel Neuer, obecnie jeden z najlepszych bramkarzy na świecie, został dwukrotnie pokonany przez Polaków (Arkadiusza Milika i Sebas- tiana Milę). Jednak czy jeden mecz może zmienić stereotypowy sposób postrze- gania polskiej reprezentacji?
RAZ NIE ZAWSZE, DWA RAZY NIE WCIĄŻ
SPORTOWY: PIŁKA NOŻNA

Odkąd pamiętam, media, kibice i wszyscy wokół wieszali psy na naszych piłkarzach. Przynajmniej raz w tygodniu mówi się o ich wpadkach czy zbyt wysokich zarobkach, ale kilka dni temu to się zmieniło. Po go-dzinie 22 na Stadionie Narodowym, w pols- kich domach i pubach rozległ się zgodny krzyk radości: „tak jest, Polska białoczer- woni!”. Posty na facebooku i tweety poja- wiały się w błyskawicznym tempie. Zach- wyt, niedowierzanie, oklaskiwanie – dawno nasi panowie nie dali nam tylu powodów do radości. Wojciech Szczęsny porównywa- ny do Tomaszewskiego, Nawałka nazywany świetnym trenerem, Mila uznany za lepsze- go piłkarza niż Messi… Ale „jedna jaskółka wiosny nie czyni” – przecież jeśli reprezen- tacja przegra pozostałe mecze, to zwycięs- two będzie miało marginalne znaczenie. Trzymajmy kciuki za wtorkowy mecz ze Szkocją, ale nie wywierajmy presji na „orzełkach”, które są teraz na fali. W przesz- łości wielkie oczekiwania negatywnie wpły- wały na, między innymi, Jerzego Jano- wicza, który później nie wytrzymywał psy- chicznie trudnych spotkań. „Cała Polska czeka na kolejne sukcesy, jednocześnie hamując emocje (...).” Nie można jednak dziwić się polskim kibi- com, że po tylu latach „bramkowej posu- chy” i ciągłych porażek cieszą się, jakbyśmy zostali Mistrzami Świata. Tym bardziej, że mecze z naszymi zachodnimi sąsiadami zawsze mają dodatkowy, historyczny pod- tekst. W tym roku mamy fantastyczny bilans z niemieckimi sportowcami – wygrywali ko- szykarze, szczypiorniści i siatkarze! Jednak czy pompowany balonik nie pęknie z hu- kiem przy najbliżej porażce, czy nawet remisie? W końcu oczekiwania fanów rosną.

SPORTOWY: PIŁKA NOŻNA

Reprezentacja Szkocji z pewnością Polaków nie zlekceważy i znajdzie na swojej kartce nazwisko Mila (Thomas Mueller i jego ko- ledzy strzelca jednej z bramek nie znali), ale nie będzie się ich również obawiała. W końcu mecz meczowi nie równy, szcze- gólnie w przypadku tak nieprzewidywalnej reprezentacji. „Trzymajmy kciuki za wtorkowy mecz ze Szkocją, ale nie wywierajmy presji na <<orzełkach>>, które są teraz na fali.” Cała Polska czeka na kolejne sukcesy, jednocześnie hamując emocje – w końcu lepiej zostać mile zaskoczonym niż rozcza- rowanym. Jeśli panowie zagrają przynajmniej tak skutecznie jak w sobotę, będziemy na dobrej drodze do pierwszego od lat poważ- nego sukcesu, jakim byłby awans. Nawią- zując do tytułu: nie zawsze strzelamy gole i wciąż nie jesteśmy faworytami. Polska 2:0 Niemcy 51 ‘ – Milik, 88 ‘ – Mila Klaudia Maciejewska Fot.1 Roger Gor (CC BY 3.0) Zdjęcie zmniejszono i przycięto z oryginału.