Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury strona 6 powiedz mi prawdę strona 7 ostatni czytelnik #13 strona 10 cudze chwalicie, swego nie znacie strona 13 dobrzy chłopcy nie chcą spać strona 17 to tylko straszenie ludzi strona 22 akt oskarżenia wobec kapitalizmu anno domini 2014 strona 25 kubek prawdę ci powie strona 31 to wszystko nas scala i tworzy z nas prawdziwą drużynę strona 33 kto pisał scenariusz do Ekstraklasy? strona 36 DOBRZY CHŁOPCY TEŻ MAJĄ GŁOS
Dziennikarze dyskutują mię-dzy sobą i zastanawiają się, jak to z tymi współcze-snymi dobrymi chłopcami w końcu jest.


Takie teksty to ja lubię. Po- doba mi się, że to, co publi- kujemy w Outro, wywołuje u czytelników jakieś emocje i zmusza do odpowiedzi. Czasem reakcja na tekst jednego dziennikarza przy- chodzi ze strony jego reda- kcyjnego współpracownika i tak jest tym razem. W zesz- łym tygodniu Lena Janeczko pisała: "Dobranoc, dobry chłopcze". W tym Jan Błoń- ski odpowiada jej: "Dobrzy chłopcy nie chcą spać". Ko- niecznie przeczytajcie. Lektura może być skutecz- nym sposobem na oderwa- nie się od szarej rzeczywis- tości, na którą teraz składają się słupy poobklejane twa- rzami sprawców naszego lepszego jutra i haseł do spełnienia od zaraz. Zbli- żają się wybory i powraca dylemat – na kogo głoso- wać? Obecna scena polity- czna wydaje się zabe- tonowana. Jednak wybory samorządo-we są dobrą okazją, aby dać szansę nowym oso-bom, postawić na ludzi spoza największych ugru-powań. Żeby przybliżyć szer- szemu gronu partie spoza głównego nurtu i mniej znanych polityków, prezen-tujemy cykl wywiadów. Dziś pierwszy z nich. Na sam koniec polecam tekst o starym, dobrym pol- skim kinie. Krótka podróż do przeszłości pomoże zro-zumieć absurd czasów, któ- rych nasze pokolenie nie może pamiętać. Co się sta-ło z polskim kinem i dla-czego większość ludzi wzdry- ga się na myśl, by wybrać się na rodzimy film? Czyżby sympatia do nasze-go kina wychodziła poza schemat? Paulina



Outro ISSN: 2299 - 5242 Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl Redaktor naczelna: Paulina Zguda Zastępca: Anna Lewicka Sekretarz redakcji: Ilona Chylińska Zastępca sekretarza redakcji: Mariola Lis Redaktor prowadzący: Karolina Wojtal Korekta wydania: Agata Hajduk Fotoedycja: Marta Kobylska, Roksana Grzmil Projekt okładki: Patryk Skoczylas Zdjęcie na okładce: Jarosław Pocztarski (CC BY 2.0) Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Agnieszka Kracla (społeczeństwo), Maciej Dziubiński (sport), Anna Maciejończyk (korekta), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy) Korekta: Agata Andrzejak, Sabina Błaszczok, Agnieszka Bogunia, Klaudia Dąbrowska, Agnieszka Dydacka, Kinga Gintowt, Dominika Głowacka, Maria Gołaszewska, Ariadna Grzona, Agata Hajduk, Marzena Juroszek, Anna Lis, Beata Maciejczyk, Anna Maciejończyk, Tymon Marczewski, Ewa Wnęk, Wojciech Żywolt Graficy: Patryk Skoczylas, Magdalena Kosewska WOKÓŁ KULTURY 29.09–05.10.2014
Genesis Classic 30 września o godzinie 19.00 w racibor-skim Centrum Kultury zagra Ray Willson. Koncert jest częścią trasy Genesis Classic, podczas której można usłyszeć zarówno autorskie kompozycje szkockiego wokali-sty, jak i przeboje zespołu Genesis.
WOKÓŁ KULTURY

„Anioły w Ameryce” po raz pierwszy w Polsce W Operze Wrocławskiej odbędzie się pol-ska premiera sceniczna opery „Anioły w Ameryce”. Widzowie będą mogli podzi-wiać spektakl 3 października o godzinie 20:00. Kierownictwo muzyczne nad przed-stawieniem objął Peter Eötvös, a dyrygen-turą zajął się Christian Schumann. Wystawa interaktywna w Bunkrze Już tylko do 5 października w Bunkrze Sztuki w Krakowie będzie można podziwiać wystawę „no pain, no game”, która została zrealizowana w ramach projektu Instynkt Gry zorganizowanego przez Instytut Goethego w Krakowie. Instalacje zapro-jektowano w taki sposób, aby odwie-dzający mogli wejść z nimi w interakcje, stając się tym samym częścią wystawy. Wrocławski „Nine” 3 października o godzinie 19.00 na Dużej Scenie Teatru Muzycznego Capitol we Wro-cławiu odbędzie się premiera musicalu „Nine”, którego reżyserii podjął się Pia Par-tum. Nawiązujące do słynnego filmu „8½” przedstawienie od 1982 roku zostało za-grane ponad 800 razy na Broadwayu i zdo-było nagrodę Tony w pięciu kategoriach. Joanna Małysiak Zdjęcie zostało zmniejszone i przycięte z oryginału. Co byś zrobił, gdybyś wiedział, że za dwa tygodnie zginiesz? Wyjawiłbyś wszystkie znane sobie sekrety, licząc na łagodniejszy wymiar kary, czy mężnie stawiłbyś czoła oprawcy? Przed takim właśnie wyborem stanie tytułowa bohaterka książki „Kryptonim Verity” Elisabeth Wein.
POWIEDZ MI PRAWDĘ
KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI

W październiku 1943 roku na terenie oku-powanej Francji rozbija się brytyjski samo-lot. Na pokładzie znajdują się dwie przyja-ciółki, mające do wypełnienia ważną misję. Zestrzelona maszyna grzęźnie na prowizo-rycznym lotnisku, gdzie mieli pojawić się członkowie ruchu oporu. Verity, pasażerka feralnego lotu, wpada w ręce gestapo, któ- rego członkowie składają jej pewną propo-zycję. Jako brytyjski szpieg może wyjawić wszystkie znane sobie sekrety albo też, milcząc, skazać się na straszliwe tortury i okrutną egzekucję. Verity dostaje dwa ty-godnie na spisanie swych zeznań. Przeko-nywana o śmierci przyjaciółki zaczyna snuć ich historię, wplatając ją w odpowiedzi na pytania stawiane przez nazistów. Czy zdoła przeżyć? Czy ruch oporu przyjdzie jej z po-mocą? Czy Verity przyjdzie umrzeć w obo-zie koncentracyjnym? „Kryptonim Verity” Elizabeth Wein to prze-

KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI

de wszystkim opowieść o młodych dziew-czynach, które, choć żyły w trudnych czasach II wojny światowej, potrafiły pozostać wierne wpojonym im wartoś-ciom. „Warto zauważyć, że historia przedstawiona w książce nie jest jedną z tych, gdzie mamy jedynie dobrych i złych bohaterów, a tym, którzy są prawi, wszystko zawsze się udaje.” Z całą pewnością jest to historia niezło-mnej siły i hartu ducha, być może momen-tami zbyt wyidealizowanych. Niemniej jed-nak mamy tu do czynienia z doskonałym obrazem ukazującym wielu dzielnych ludzi, którzy w tamtych czasach nie poddali się nazistowskiemu najeźdźcy, wstępowali do ruchu oporu i walczyli do ostatka sił za wolność swego kraju. Z pełną świadomo-ścią mogę powiedzieć, że jest to również opowieść, która pokazuje blaski i cienie, półtony, szarości życia każdego człowieka. W „Kryptonimie Verity” znajdziemy bowiem rodzinę, którą podzieliły ideologie, żołnie-rzy, którzy woleliby nimi nie być, a także nazistów o bardziej ludzkich twarzach. Warto zauważyć, że historia przedstawio-na w książce nie jest jedną z tych, gdzie mamy jedynie dobrych i złych bohaterów, a tym, którzy są prawi, wszystko zawsze się udaje. Tak naprawdę to dość gorzkie zderzenie się z rzeczywistością tamtych czasów. W tym miejscu chcę jednak zauważyć, że pierwsze spotkanie z „Kryptonimem Verity” z całą pewnością nie skłoniłoby mnie do napisania takich słów. Gdy rozpoczynałam przygodę z tą opowieścią, miałam wraże-nie, że trafiłam na wynurzenia spanikowa-nej nastolatki z naszych czasów, przenie-sionej wprost do 1943 roku, która zdaje się zapominać o wszystkich okropnościach, jakie ją otaczają. Z czasem jednak zrozu-miałam, że usilna chęć pomijania tortur, wspominanie o łzach, a jednocześnie pod-kreślanie, że nie jest aż tak źle, są zabie-giem celowym. Gdy kończyłam czytać pier-wszą część książki, byłam już w pełni świa-doma tego, dlaczego wszystko zostało po-prowadzone w taki, a nie inny sposób. W tym czasie najchętniej nie rozstawała-bym się już z powieścią, muszę więc przy-znać, że pierwsze wrażenie było całkowicie mylne. „Fakt, że w niektórych miejscach zastosowano czcionkę przypominającą maszynopis, w innych zaś – odręczne pismo, nadaje jeszcze wyraźniejszego charakteru całej opowieści.”

KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI

Na koniec pragnę jeszcze zwrócić uwagę na to, że „Kryptonim Verity” jest naprawdę dobrze wydany. Nie chodzi tutaj jedynie o projekt okładki, który doskonale oddaje klimat książki. Fakt, że w niektórych miej-scach zastosowano czcionkę przypomina-jącą maszynopis, w innych zaś – odręczne pismo, nadaje jeszcze wyraźniejszego charakteru całej opowieści. Chciałabym również zauważyć, że tłumaczenie jest na najwyższym poziomie i poza jedną lub dwoma omyłkami w druku nie znalazłam żadnych wad. „Jako brytyjski szpieg może wyjawić wszystkie znane sobie sekrety albo też, milcząc, skazać się na straszliwe tortury i okrutną egzekucję.” Z czystym sumieniem mogą polecić tę ksią-żkę każdemu czytelnikowi. Być może w ostatnim czasie pojawiło się wiele pozycji tego typu, jednak „Kryptonim Verity” w moim przekonaniu znacząco się od nich różni. Spycha on niejako na dalszy plan zawieruchę wojenną, ukazując nie tylko szpiegowską intrygę, ale i głębię relacji międzyludzkich. Martyna Nowak OSTATNI
Niejednokrotnie w cyklu udowadniałam głęboki związek literatury z alkoholem. Dziś powracam do tego tematu, wymieniając książkę na piwo. Ponadto do-wiecie się, które państwo postanowiło wprowadzić cenzurę treści, jednocześnie dbając o wolność wypowiedzi. Będzie też o tym, jak ważne jest czytanie w życiu pewnego londyńczyka, oraz o „wykradaniu” informacji o naszych za-miłowaniach czytelniczych.
KULTURA: OSTATNI CZYTELNIK

CZYTELNIK #13 Uważaj, co piszesz Przynajmniej na Malediwach, bowiem tam wolność słowa kończy się właśnie teraz, wraz z wprowadzeniem cenzury w ob-szarze literackim. Zgodnie z nowymi prze-pisami każde nowo wydane dzieło musi przejść proces akceptacji, nim trafi ostate-cznie do druku. Instytucja sprawująca nad tym pieczę tłumaczy swoje posunięcie chę-cią standaryzacji literatury oraz zmniejsze- nia wpływu, jaki kontakt ze „złą” książką ma na społeczeństwo. Dzieła mają być sprawdzane przede wszystkim pod kątem „naruszania islamskich zasad, przepisów i praw Malediwów oraz społecznej etykie-ty”. Władze zapewniają, że pomimo wpro-wadzanej cenzury w dalszym ciągu mają na uwadze konstytucyjne prawo do wolno-ści wypowiedzi – niestety, nie podają, w jaki sposób chcą je uszanować, jedno-cześnie wykreślając z książek każdą wolną myśl. Morał tej historii jest krótki i nie-którym znany: gdy cenzurujemy książki – wolność słowa zabieramy!

KULTURA: OSTATNI CZYTELNIK

Poczytaj mi… Dobry człowieku, bo sam nie daję rady – tak w dużym skrócie i uproszczeniu wyglą-dało czytelnicze ogłoszenie 34–letniego An-drewa Baileya mieszkańca Londynu, które podbiło serca internautów. Mężczyzna ten od dzieciństwa choruje na ataksję Friedri-cha, która w jego przypadku pozbawiła go najpierw zdolności poruszania się, a póź- niej wzroku. Ten miłośnik książek nie chciał jednak rezygnować ze swojej największej pasji, dlatego po odejściu swojego dotych-czasowego lektora postanowił zatrudnić nowego, umieszczając w dwóch londyń-skich księgarniach ogłoszenie o poszukiwa-nym następcy. Szukał kogokolwiek, kto mógłby mu czytać, ponieważ z powodu dalszego rozwoju choroby mężczyzna ma problemy ze słuchem i mową – to sprawia, że audiobooki „brzmią zbyt mechanicznie”, tym samym odbierając mu radość z lektu-ry. Ogłoszenie trafiło do sieci za sprawą zdjęcia jednego z użytkowników Twittera, co spowodowało światowy rozgłos i przy-czyniło się do znalezienia kilkudziesięciu nowych lektorów. Włącz Adobe Digital Editions 4, a powiem ci, co czytasz I to wcale nie jest żart, bowiem program ten, prócz umożliwiania jego użytkownikom otwierania plików tekstowych w najróż-niejszych formatach, śledzi nasze poczyna-nia w ich obrębie. W ten sposób na strony Adobe trafia dokładna informacja na temat czytanych książek, naszych ingerencji w tekst (ustawianie zakładek, notatki) oraz tego, co robimy z plikiem po przeczytaniu. Niestety, informacje te nie są w żaden sposób szyfrowane, dlatego każdy, kto

KULTURA: OSTATNI CZYTELNIK

monitoruje ruch sieci (np. dostawca usług sieciowych) ma do nich wgląd i bez problemu jest w stanie przypisać adres IP do czytanych książek. Przedstawiciel firmy ogłosił, że trwają prace nad aktualizacją, która ma zabezpieczyć przesyłane dane, jednak w dalszym ciągu będą one zbiera-ne. Wymień książkę na piwo Takie rzeczy tylko na Brooklynie, a do-kładniej w klubokawiarni Molasses, która specjalizuje się w sprzedaży używanych książek. Właściciele lokalu postanowili wyjść naprzeciw oczekiwaniom swoich klientów i do oferty wymiany książki na książkę dorzucili początkowo możliwość wymiany dzieła na kawę, a po uzyskaniu koncesji na alkohol poszerzyli swoją ofertę o napoje wyskokowe. Zamianie tej nie podlegają niestety wszystkie książki – księgarzom zależy głównie na albumach, poezji i klasyce, chodzi jednak o stare dzieła w miękkich oprawach. Możliwa jest również sprzedaż książek, lecz właściciele zadbali, by wymiana na kawę bądź alkohol była korzystniejsza. Ilona Chylińska Fot. 1: Dusty J (CC BY 2.0) Fot. 2: Nomadic Lass (CC BY 2.0) Fot. 3: Photocapy (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zostały zmniejszone i przycięte z oryginałów. Każdy przynajmniej ze słyszenia zna takie kinowe hity jak „Titanic”, „Harry Potter”, „Zmierzch” czy „Piraci z Karaibów”. Tych świetnych filmów, głównie rodem z Hollywood, jest całe mnóstwo i można by je długo wymieniać, a potem jeszcze dłużej się o nich rozpisywać. Ja jednak chciałabym przedstawić filmy mniej znane, starsze i przez młode pokolenie traktowane, według mnie, trochę po macoszemu.
CUDZE CHWALICIE SWEGO NIE ZNACIE
SPOŁECZEŃSTWO

Kiedy słyszę pytanie: „Co lubisz oglądać?”, bez wahania odpowiadam: „Polskie kome-die z lat siedemdziesiątych i osiemdziesią-tych”. A potem widzę zdumione twarze znajomych, którzy patrzą na mnie tak, jak-bym pochodziła z planety odległej od Ziemi o tysiące lat świetlnych. Cóż, właściwie im się nie dziwię – większość nie kojarzy re-żyserów okresu PRL–u. Może myślą, że jes-tem staroświecka albo nie znam się na do-brym kinie. Wydaje mi się jednak, że nie tylko te „supermegafantastyczne” amery-kańskie produkcje są warte obejrzenia. Pol-ska kinematografia także ma coś do zaofe-rowania. I nie chodzi tu tylko o współczes-ne, w dużej części podobne do siebie i – bądźmy szczerzy – nie zawsze mądre filmy. Nie każdy człowiek w wieku licealno–stu-denckim zdaje sobie sprawę, że w czasach młodości jego rodziców i dziadków w Pol-sce produkowano liczne, choć może nie tak zaawansowane technologicznie jak obec-

SPOŁECZEŃSTWO „Od jego nazwiska powstał nawet neologizm – bareizm, który z początku był synonimem kiczu i słabej jakości. Jednak jego znaczenie z biegiem lat uległo zmianie.”

nie, prawdziwe filmowe perełki. Wielu młodych ludzi nie rozumie jednak poja-wiającego się w nich humoru, bo po pro-stu nie znają przedstawionej w nich, innej niż nasza, rzeczywistości. Poza tym prze-cież w dwudziestym pierwszym wieku naj-zabawniejsze są wypowiedzi zawierające wulgaryzmy. Kilkadziesiąt lat temu wystar-czyło, by reżyser nazywał się Bareja czy Chmielewski, a od razu było wiadomo, że jego kolejne dzieła będą odnosić sukcesy. Zostańmy więc przy reżyserach. Na pewno chlubnie na kartach historii polskiego kina zapisał się Stanisław Bareja. Od jego naz-wiska powstał nawet neologizm – bareizm, który z początku był synonimem kiczu i sła-bej jakości. Jednak jego znaczenie z bie-giem lat uległo zmianie. Obecnie jest uży- wany jako ogólna nazwa absurdalnych, niepoprawnie budowanych wypowiedzi czy haseł. Wydaje mi się, że wręcz nie wypada nie znać najpopularniejszych filmów czy seriali Barei. A do tych z pewnością należą „Zmiennicy”, „Alternatywy 4”, „Miś” czy „Poszukiwany, poszukiwana”. Warto wspomnieć również o Sylwestrze Chęcińskim. Kto nie zna kłócących się wie-cznie Kargula i Pawlaka? Trylogia „Sami swoi” jest jednym z najpopularniejszych dzieł filmowych lat siedemdziesiątych i jed-nocześnie chyba jednym z najzabaw-niejszych. Komizm tej produkcji jest spowodowany chociażby zastosowaniem charakterystycznej kresowej gwary, której samo brzmienie wywołuje uśmiech na twarzy.

SPOŁECZEŃSTWO

„(...) fakt, że rzeczywistość przedstawiona w tych filmach różni się od tej, w jakiej żyjemy, bardzo utrudnia ich odbiór.” Jest też oczywiście Roman Załuski i jego „Wyjście awaryjne” i „Kogel–mogel” czy Tadeusz Chmielewski, którego najbardziej znanym filmem jest chyba „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” o przygodach sze-regowego Franciszka Dolasa. Warto zwró-cić też uwagę na pierwsze filmy Juliusza Machulskiego, na przykład „Vabank” albo „Seksmisję”, chociaż naturalnie jego now-sze dzieła także są godne zainteresowania. Skoro mamy tak ogromny wybór (a wymie-niłam tylko te filmy, do których sama najczęściej wracam), dlaczego z niego nie korzystamy? Czemu tak często stronimy od starego polskiego kina? Czy amerykań-skie superprodukcje rzeczywiście są lep-sze? Okazuje się, że… w pewnym sensie tak. Wielu licealistów, czyli moich rówieśników, nie zawraca sobie głowy nawet zaintere-sowaniem się tym, co zostało nagrane w Polsce kilkadziesiąt lat temu, bo fakt, że rzeczywistość przedstawiona w tych fil-mach różni się od tej, w jakiej żyjemy, bardzo utrudnia ich odbiór. Świat PRL–u przedstawiony w krzywym zwierciadle śmie-

SPOŁECZEŃSTWO

szył naszych rodziców, a nam wydaje się dziwny. Bo co zabawnego może być w trwającej cztery godziny drodze do pracy (w scenie z filmu „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?”)? A jednak coś jest. Filmy wyśmiewające mechanizmy działania ówczesnego systemu pozwalały ludziom na wytchnienie, chwilę uśmiechu w tam-tych niewesołych czasach. Teraz za to młodzi mogą się z nich wiele nauczyć, poznać realia Polski sprzed trzydziestu, czterdziestu lat i zrozumieć, jak wiele było absurdów w czasach młodości ich rodziców czy dziadków. „Filmy wyśmiewające mechanizmy działania ówczesnego systemu pozwalały ludziom na wytchnienie, chwilę uśmiechu w tamtych niewesołych czasach.” Zdziwiłam się, słysząc wypowiedź jednej ze swoich znajomych, która stwierdziła, że woli oglądać młodzieżowe amerykańskie filmy, bo… przy nich nie trzeba myśleć. Oczywiście, każdy potrzebuje czasem ta-kiego przerywnika, żeby oderwać się od przygnębiającej rzeczywistości, ale we wszystkim trzeba zachować umiar. Oprócz tego, co śmieszne i głupie, warto znać też to, co śmieszne i pouczające, a czasem także zwrócić się ku poważnym produkcjom. O tematy, których nie rozumiemy, możemy w każdej chwili zapytać chociażby rodziców czy sprawdzić je w książce. Przy- znam, że sama, pierwszy raz oglądając „Samych swoich”, zachodziłam w głowę, co mogą znaczyć napisy „3 X TAK” i „3 X NIE”. Podobnie było z wieloma innymi scenami, nie tylko w tym filmie. Ale wystarczy przecież tylko zajrzeć do Internetu czy książki i wszystko stanie się jasne, a „Va-bank” nagle rzeczywiście okaże się za-bawny. „Może myślą, że jestem staroświecka albo nie znam się na dobrym kinie.” Oczywiście, nie każdemu musi podobać się to samo i każdy ma prawo gustować w czymś innym – jedni lubią horrory, inni komedie, a ktoś jeszcze seriale parado-kumentalne. Nie próbuję też przekonać, że wszystko, co polskie, jest najlepsze. Chodzi raczej o to, że nie powinno się z góry zakładać, że coś jest nudne, bezsensowne, trudne do zrozumienia i od razu kręcić nosem na coś, czego się nie zna, bo w rzeczywistości to „coś” może się okazać naprawdę interesujące czy wręcz wybitne. Agnieszka Antosik DOBRZY CHŁOPCY
NIE CHCĄ SPAĆ
SPOŁECZEŃSTWO

W felietonach Leny Janeczko zaciera się rozgraniczenie między tym, co pop- rawne, a tym co złe; tym, co wyma- gane, a tym, co niepożądane. Sprzecz- ność goni sprzeczność. Czytając jej artykuły, można dojść do wniosku, że mężczyźni powinni być brutalni, kobie- ty traktować jako obiekt erotyczny, nie dając możliwości zaprzyjaźnienia się, ale z drugiej strony nie mogą zbytnio interesować się ich kobiecymi atrybutami, obnosić się ze swoimi fas- cynacjami niektórymi częściami ciała. Mają być niegrzecznymi dżentelmenami. Dotychczas felietony Leny Janeczko czy- tałem z dużym zainteresowaniem. Nie da się ukryć, że autorka łatwo znajduje błys- kotliwe porównania i metafory, trafnie przytacza wypowiedzi innych, z dystansem oraz ironią komentuje rzeczywistość i celnie punktuje jej absurdy. Ostatni felieton, „Dobranoc, dobry chłopcze” (Outro 196 10/14), przeczytałem – by zacytować jeden z poprzednich tekstów tej autorki, do któ- rego jeszcze będę się odwoływać – „z uś- miechem, który jednak nieco przybladł, gdy zacząłem się zastanawiać, czy to szczerość, czy kolejna część wielkiej hipokryzji” („Ach, gdzie się podziały tamte kobiety?”, Outro 166/14). Zgłębiając najciemniejsze zakamarki Inter- netu, Lena Janeczko trafiła na kilku tytu- łowych „dobrych chłopców”, którzy są „ko- niecznie nieśmiali, koniecznie delikatni, romantyczni jak Petrarka, wrażliwi. I zaw- sze boleśnie, przejmująco sami”. Już na samym początku pojawia się pierwsza wąt- pliwość – na ile zjawiska dostrzegane w sie- ci są reprezentatywne dla rzeczywistości poza nią? Niewątpliwie, w Internecie lu- dzie, mając poczucie anonimowości, wyle- wają żale, uzewnętrzniają najskrytsze tajemnice, których nigdy w życiu nikomu by nie wyjawili. Jednak nie można uznawać zdarzeń występujących w sieci za charak- terystyczne i obecne w realnym świecie. Uderza mnie przede wszystkim zestawienie ostatniego felietonu z pochodzącym z mar- ca tekstem „Ach, gdzie się podziały tamte kobiety”. Autorka pisze tam: „na sposób przedwojenny myślałam, że [„cycki”] to dość intymna część ciała i raczej nie idzie rozmawiać o niej publicznie” i jeszcze: „ja-

SPOŁECZEŃSTWO

kie to dziwne, że w XXI wieku docze- kaliśmy się, że kobiety na własne życzenie pozbawiają się szacunku […] Kobiety nie- bezpiecznie zbliżają się do postaci pań spod latarni, najwyraźniej uważając, że tyl- ko takie emanują pięknem, seksem i uwo- dzą mężczyzn. Tak bardzo pragną przed-stawiać się jako odważne i niegrzeczne, tak bardzo chcą kusić, podniecać i łamać ser- ca, że zapominają o własnej godności. No tak, godność nie jest zbyt seksowna”. „Chcąc zerwać z jednym stereotypem, Lena Ja- neczko, prawdopodobnie nieświadomie, utwierdza inny.” Felietonistka chce zrywać ze stereotypami, burzyć mity i obalać fałszywe przekonania. W tekście „Ach, gdzie się podziały tamte kobiety?” oburza się, gdy „spośród moich znajomych ten i ów, o których zawsze myś- lałam, że są szarmanccy, i X przepadający za Kubrickiem i Y, który czytuje Dosto- jewskiego – także z ich profili dowiaduję się, że kobiety kłamią, ale mają cycki, cycki są po to, by je dotykać, cycki są fajne”. W ostatnim felietonie autorka zaś robi wszystko, co wcześniej tak piętnowała – upraszcza, żeby nie powiedzieć: wulgaryzu- je rzeczywistość, widzi świat czarno–biało, szufladkuje, przesadza i wyolbrzymia. Chcąc zerwać z jednym stereotypem, Lena Ja- neczko, prawdopodobnie nieświadomie,

SPOŁECZEŃSTWO

utwierdza inny. Autorka bije na alarm, chce ratować go-dność kobiet, której, jak sama zauważa, one pozbywają się na własne życzenie. Z wcześniejszego tekstu przebija oburzenie z powodu dzisiejszych standardów i upada-jących obyczajów. Ale to wina kobiet, one powinny działać, bronić swych wdzięków, być pruderyjne. Kiedy jednak mężczyźni postępują w taki sposób – przywracają kobietom ich godność, traktując je z sza-cunkiem, którego te chcą się tak pozbyć, okazuje się, że „uzurpują sobie prawo do kobiecych uczuć”. Postępują źle, bo po-dchodzą do pań w taki sposób, w jaki we-dług Leny Janeczko one same powinny do siebie podchodzić. Poza tym, nie powinien dziwić fakt, że w Internecie znajdziemy więcej skarg „do-brych chłopców”, którzy z natury są wra-żliwi i będą długo przeżywać miłosny za-wód, niż pewnych siebie „brutali”. Wspo-mniany przez Lenę Janeczko „prostak”, pójdzie na imprezę, upije się, poszuka „łatwej panienki do zaliczenia”, ewentual-nie znajdzie w Internecie zdjęcia „cycków”, ale nie będzie pisał smutnych postów na blogu. Czy autorka próbuje utwierdzić pa-nujące konwenanse, podtrzymać „tradycyj-ne” role i uprzedzenia, stereotypowe po-strzeganie, z którymi wcześniej tak upar-cie walczyła? I tak, czytając artykuł, można dojść do wniosku, że nieśmiałość oznacza niezarad- ność, że jak ktoś nie pije i „nie ma (w żad-nym wypadku!) styczności z (jakimikol-wiek!) narkotykami”, to nie odnajduje się w towarzystwie, nie potrafi się bawić ani o siebie zadbać, nie myśli o przyszłej pra-cy. A jeśli jeszcze pisze wiersze, to będzie spotykał się z dziewczyną tylko pod jawo-rem, a różę z zębów wyjmował tylko na czas deklamacji swoich miłosnych poezji. „Najlepiej tylko trzymać za rączkę i […] czekać, aż miłość powolutku, powolutku przyjdzie do niewieściego serca.” „Panie postępują źle, bo świecą cyckami, panowie, bo nie świecą – brutalnością i bezczelnością.” Jej felietony stoją więc ze sobą w sprze-czności. Skala wartości moralnych przy-jętych w obu tekstach jest zdecydowanie różna. Z jednej strony chce chronić ona przedwojenne postrzeganie kobiet, z dru-giej – walczy z takim ich postrzeganiem mężczyzn. Panie postępują źle, bo świecą cyckami, panowie, bo nie świecą – brutal-nością i bezczelnością. Mężczyźni mają być więc brutalni i zdecydowani, dawać „eroty-czne aluzje, często wcale nie takie znów subtelne”, byle tylko nie patrzeć na cycki? Rozpalać swoje kobiety, jednak z zacho-waniem konwenansów? Internet bywa zwodniczy i nie odbija rzeczywistości w skali 1:1. Nie doszło aż do takiego od-

SPOŁECZEŃSTWO

wrócenia ról, ideały jeszcze nie sięgnęły bruku. Nie warto więc pod pozorem walki utwierdzać krzywdzących stereotypów. „Pozwólmy ludziom być szczęśliwymi według ich własnego uznania” – pisał Bolesław Prus. Uważam się za „dobrego chłopca” – nie mam styczności z narkotykami, nie pijam alkoholu, bywam nieśmiały. Ale uwaga! Mimo tego mam znajomych, z którymi re-gularnie się spotkam i, co więcej, rozma-wiam z nimi dłużej niż 10 minut. Wśród nich również znajdują się pasujący do opi-su Leny „dobrzy chłopcy”. Też potrafimy być w związku, a swoim dziewczynom przynosić od czasu do czasu kwiaty (choć nie w zębach) i ośmielamy się je pocało-wać. Nawet pokazujemy się razem i cho-dzimy na koncerty! Czy to oznacza, że „uzurpujemy sobie prawo do uczuć” ich i wszystkich innych pań? Absolutnie. Uwa-żam, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni powinni szanować godność i indywidual-ność, nie ulegać społecznej presji ani ste-reotypom. „Nie można nikogo zmuszać do działania wbrew sobie – wystarczy odrobina szacunku i otwartości na drugą osobę, ze wszystkimi jej zaletami i brakami.”

SPOŁECZEŃSTWO

Jak pisze felietonistka w ostatnim tekście: „Tu nie chodzi o to, by wbrew sobie imprezować jak studenci uczelni techni-cznych i sztucznie robić z siebie Casanovę”. Nie chodzi też o to, by świecić w Inter-necie swoimi „cyckami”, zbliżać się posta-wą i zachowaniem do kurtyzany, by przy-podobać się innym. Nie można nikogo zmuszać do działania wbrew sobie – wy-starczy odrobina szacunku i otwartości na drugą osobę, ze wszystkimi jej zaletami i brakami. Lena Janeczko sama pisze: „Warto jednak zapomnieć o paru głupich konwenansach i, niestety, przystosować się, jeśli nam na kimś naprawdę zależy” – dotyczy to zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Dobrzy chłopcy nie chcą spać – również pragną korzystać z życia, chwytać dzień (i noc, zwłaszcza noc!), choć może na uda-ny wieczór mają inny przepis niż „studenci uczelni technicznych”; też bywają zdecydo-wani, emanują charyzmą, imponują wie-dzą, uprawiają sport, trenują sztuki walki, a nawet klną pod nosem. Dobrzy chłopcy też spotykają się ze znajomymi, potrafią rozłożyć swój czas pomiędzy rozrywkę i obowiązki. Dobrzy chłopcy, nie idźmy spać, jak pisał Julian Tuwim – „nasza jest noc”. Udanej zabawy! Jan Błoński Fot. 1: be creator (CC BY 2.0) Fot. 2: Kat Northern Lights Man (CC BY 2.0) Fot. 3: y Aztlek (CC BY 2.0) Fot. 4: pedrosimoes7 (CC BY 2.0) Wszyskie zdjęcia zostały zmniejszone i przycięte z oryginałów. „Słyszałeś? Putin znów coś kombinuje. Chce, żeby Polska pomogła mu w roz-biorze Ukrainy. Mówię ci. Trzecia wojna światowa będzie jak nic!” Podobne rozmowy można usłyszeć na szkolnym korytarzu. Młodzież interesuje się tym, co dzieje się poza granicami naszego kraju, jednak mam wrażenie, że zupełnie nic nie wie o sytuacji, jaka panuje na Bliskim Wschodzie. „Państwo Islamskie? Ten cały dżihad? To tylko straszenie ludzi! Przecież USA nad wszystkim panuje.” Sytuacja przedstawia się nieco inaczej.
TO TYLKO STRASZENIE LUDZI
SPOŁECZEŃSTWO

Konflikt na Bliskim Wschodzie trwa już od dawna. Ostatnimi czasy spór zaognia się coraz bardziej. Powstała organizacja terro-rystyczna oraz samozwańczy kalifat znany jako Państwo Islamskie. Chociaż zostało proklamowane w czerwcu tego roku, jego historia sięga jedenaście lat wstecz. Za cel obrało sobie ustanowienie wyznaniowego państwa na terenie Syrii i Iraku, które bę-dzie działać na zasadach szariatu. Ma przy-pominać to istniejące po śmierci proroka Mahometa około półtora tysiąca lat temu. Po ataku terrorystów na ludność cywilną interweniowały Stany Zjednoczone. Ryzyko śmierci wielu członków organizacji nie zmniejszyło jednak zapału ugrupowania, które w dalszym ciągu chce szerzyć swoją religię. Nic nie jest w stanie zatrzymać tych ludzi. Są gotowi umrzeć, aby „oczyścić” świat ze wszystkich grzeszników, jednak zdecydowanie bardziej wolą skracać życie tych, którzy jeszcze nie zdążyli się nawró-

SPOŁECZEŃSTWO

cić. Brutalność to chyba słowo, które najle-piej oddaje zachowanie islamistów w czasie egzekucji. Terroryści umieszczają w Inter-necie szokujące filmy, obrazujące morder-stwa uprowadzonych ludzi. Okrucieństwo, z jakim terroryści zabijają niewinnych za-kładników, dowodzi, że nic ich nie po-wstrzyma. Trudno sobie wyobrazić, jaki dramat muszą przeżywać osoby, które w taki sposób straciły swoich bliskich. Pomimo ogólnej niechęci, a nawet niena-wiści milionów osób do Państwa Islamskie-go, ta organizacja zyskuje coraz więcej zwolenników. Ojcowie wywożą swoich sy-nów, a małe dziewczynki próbują za wszel-ką cenę dostać się na teren konfliktu. Dla-czego tak się dzieje? Co przekonuje ludzi do radykalnej zmiany poglądów? Zabijanie w imię Boga? Nie możemy pozostać obojęt- ni na to, co dzieje się na Bliskim Wschodzie. Mimo że sytuacja na Ukrainie nie jest łatwa, Syria i Irak także mają poważne problemy związane z wojną na ich terenach. „Nie wykluczajmy wystąpienia kolejnego potężnego konfliktu na skalę światową. Ale nie popadajmy też w skrajność.” Czy wybuchnie kolejna wielka wojna? Z której strony zagrożenie jest większe? Te pytania pozostają bez odpowiedzi. John Enoch Powell, brytyjski polityk, powiedział

SPOŁECZEŃSTWO

„Bądźmy świadomi tego, co dzieje się na świecie, jednak we wszystkim zachowajmy zdrowy rozsądek. Każdy krok ciągnie za sobą możliwość pojawienia się jakiejś katastrofy.” kiedyś „Historia pełna jest wojen, o których każdy wiedział, że nie wybuchną”. Nie wy-kluczajmy wystąpienia kolejnego potężne-go konfliktu na skalę światową. Ale nie po-padajmy też w skrajność. Nie każdy wyz-nawca islamu jest dżihadystą. Nie każdy Rosjanin chce włączyć do swojego kraju Kijów. Bądźmy świadomi tego, co dzieje się na świecie, jednak we wszystkim zacho-wajmy zdrowy rozsądek. Każdy krok cią-gnie za sobą możliwość pojawienia się ja-kiejś katastrofy. Czasami mała, niepozorna rzecz może okazać się dla nas życiowym dramatem. Ryzyko wojny? Owszem, ale czy samo życie nie jest ryzykiem? Katarzyna Lewandowska Fot. 1: theglobalpanorama (CC BY 2.0) Fot. 2: FreedomHouse (CC BY 2.0) fot. 3: KOREA.NET - Official page of the e Republic of Korea (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zostały zmniejszone i przycięte z oryginałów. Filip Ilkowski jest doktorem politologii w Instytucie Nauk Politycznych UW, a jednocześnie członkiem Pracowniczej Demokracji oraz zarządu Ruchu Spra-wiedliwości Społecznej. W wyborach samorządowych kandyduje z ramienia RSS do Rady Warszawy z dzielnicy Praga Południe. W rozmowie z Outro obnaża mankamenty i wady dzisiejszego sposobu rządzenia światem oraz wskazuje alternatywy. Społeczeństwo można zreorganizować, ale odpowiedzialność za zmiany spoczywa na naszych barkach.
AKT OSKARŻENIA WOBEC KAPITALIZMU ANNO DOMINI 2014
SPOŁECZEŃSTWO

Jan Błoński: Którędy wiedzie droga od zainteresowań naukowych do kon-kretnych działań politycznych? Filip Ilkowski: W moim przypadku to jed-na i ta sama droga. Jeszcze zanim zosta-łem studentem, angażowałem się w różne-go typu działalność. Mieszkałem wtedy w Szczecinie – przygotowywaliśmy spotka-nia, protesty. Pierwszy, który organizowa-łem, był w sprawie wojny w Czeczenii w 1994 roku. Te dwie ścieżki się zazębiały, przeplatały. Działa Pan w Pracowniczej Demokra-cji, która weszła w skład Ruchu Spra-wiedliwości Społecznej. Czy angażo-wanie się w te konkretne ruchy jest jakimś sygnałem niezgody? Nie łat-wiej byłoby działać w PO i utrwalać stan rzeczy, czerpać z niego korzyści, niż próbować go zmieniać? Działam w ruchach, które są antysystemo-we. To prawda, że jest to radykalna kryty-

SPOŁECZEŃSTWO

ka – w sensie rozumienia radykalizmu jako konsekwentnej opozycji wobec całości dzisiejszego systemu. Tu chodzi o sprawy podstawowe, wolności zarówno społeczne, jak i indywidualne. Sam fakt, że uznaje się to za radykalizm, pokazuje jak bardzo dzi-siejsza sytuacja jest sprzeczna z funda-mentalnymi potrzebami ludzkimi, które w obecnym świecie mogą i powinny być zaspokajane. Dlaczego więc te elementarne potrze-by ludzkie nie są w dzisiejszym świe-cie zaspokajane? Z dość prozaicznego powodu. Mówiąc języ-kiem Marksa, sposób organizowania się lu-dzi, oparty na kapitalistycznych stosunkach produkcji, nie jest w stanie w sposób pełny wykorzystać sił wytwórczych, które dzisiaj posiadamy. Jest wiele absurdów tego syste- „Dążymy do rzeczywistej ekonomicznej równości i sprawiedliwości, odebrania bogactwa oligarchom.” mu, już samo istnienie chronicznego głodu, niedożywienia około miliarda ludzi – to po-tężna liczba – stanowi akt oskarżenia wo-bec globalnego kapitalizmu anno domini 2014. Jesteśmy w stanie wysyłać ludzi na Marsa – co pewnie wkrótce nastąpi – i do-konywać naprawdę niewiarygodnych rze-czy, a nie potrafimy wyżywić własnej popu-lacji. Czy Ruch Sprawiedliwości Społecznej jest szansą na alternatywę, budowa-

SPOŁECZEŃSTWO „(...) konieczne jest promowanie transportu publiczne-go. Jednak nie w ten sposób, że podniesiemy opłaty dla samochodów – ale przez obniżkę cen biletów ZTM.”

nie od podstaw czegoś innego od par-tii rządzących i ruchów skrajnie prawicowych? Taką mam nadzieję. Chcemy wyrażać głos świata pracy. Angażujemy się w walkę ze skandalem reprywatyzacji i eksmisjami na bruk, z czego Piotr Ikonowicz, założyciel RSS, jest najbardziej znany. Dążymy do rze- czywistej ekonomicznej równości i sprawie- dliwości, odebrania bogactwa oligarchom. RSS pragnie być krzykiem niezamożnej większości i przedstawiać socjalistyczną alternatywę, przy rozumieniu socjalizmu jako antytezy zarówno tego, co jest dzisiaj i tego, co było w PRL–u. Czyli socjalizm w sensie rzeczywistej, powszechnej demo-kracji, począwszy od miejsc gospodarki. Staramy się iść w tym kierunku – czy nam się uda, tego oczywiście nie wiadomo. Wybory samorządowe będą pierw-szym tego typu sprawdzianem? Będziemy startować w Warszawie. Spraw-dzimy, ile jesteśmy warci tu, w stolicy, gdzie możemy startować samodzielnie. Jaki jest plan dla miasta? Jeżeli chodzi o ogólny kierunek – to bar-dziej równa społecznie Warszawa, której władze stoją po stronie niezamożnych mie-szkańców w ich konfliktach z pracodaw-cami, kamienicznikami i bankierami. Nie gettowe osiedla i wielkie biurowce, apar-tamentowce, tylko budownictwo komu-nalne. Nie prywatny catering, tylko stołów-ki szkolne. Nowe żłobki i przedszkola, szczególnie w rozbudowywanych dzielni-cach miasta. Stolica jest rzekomo jednym z najbogatszych miast w Polsce, a większość

SPOŁECZEŃSTWO

ludzi tego bogactwa nie czuje w swoich kieszeniach. Niestety, na poziomie samo-rządu nie możemy zmienić sposobu naliczania podatku od nieruchomości, ale będziemy walczyć o tę zmianę, by ściągać więcej od finansistów i innych właścicieli wielkich biurowców z warszawskiego "City" – o wprowadzenie rodzaju miejskiego po-datku równościowego. Na pewno będziemy wszelkimi możliwymi sposobami zwalczać prywatyzację i reprywatyzację. Tę drugą można uznać za przekręt 25–lecia w stolicy – rodzaj masowego rozdawnictwa bogactw najróżniejszym cwaniakom w imię "prawa własności" sprzed 70 lat. Ponadto w War-szawie ubywa mieszkań komunalnych, a te, które są, często znajdują się w fatalnym stanie. Wielu ludzi nie stać na to, żeby kupować mieszkania na wolnym rynku. Naszym zdaniem polityka mieszkaniowa jest odpowiedzialnością władz. Planujemy też doprowadzić do budowy własnej elek-trowni śmieciowej, w której wykorzystana byłaby energia odnawialna. Oznaczałoby to tani i ekologiczny prąd. Poza tym, konie-czne jest promowanie transportu pub-licznego. Jednak nie w ten sposób, że podniesiemy opłaty dla samochodów – ale przez obniżkę cen biletów ZTM. Mamy też zbyt mało ścieżek rowerowych. Tam, gdzie są najbardziej potrzebne, jest ich najmniej, czego przykładem są Aleje Jerozolimskie. To są oczywiste, nieduże sprawy, ale też istotne. Ale każda władza obiecuje trzy miliony mieszkań.

SPOŁECZEŃSTWO

My mamy inną wizję, bo nie jesteśmy zakle- szczeni w kapitalizmie. Nasza wizja nie jest kapitalistyczna, wręcz przeciwnie – socjali-styczna. Socjalizm, czyli, zgodnie z nazwą, coś społecznego. Socjalizm to samorzą-dzące się społeczeństwo, a w kapitalizmie rządzą właściciele kapitału. Czy marksizm jest w XXI wieku ideologią, która może być skuteczna? Nie wiem, czy nie brzmi to zbyt religijnie: „marksizm jest alternatywą”. Marks dość dobrze zrozumiał, jak działa kapitalizm. Oczywiście, nie w każdej sprawie miał 100% racji. Zmarł 130 lat temu, także od tamtej pory minęło sporo czasu. Opisał jednak jak działa kapitalizm, jaka jest jego spiralna dynamika, prowadząca do kryzysu i wewnętrznej zapaści, niszczenia środo-wiska, w którym żyjemy – również przyrod- niczego. W tym sensie bez Marksa nie zrozumiemy współczesnej gospodarki – to tak, jakby z fizyki wykluczyć Einsteina. Czy dziś więc wydaje to się łat-wiejsze, żeby w wielu krajach nas-tąpił zorganizowany, zjednoczony bunt robotniczy pod jednym „sztanda-rem”? Czy pracownicy są w stanie ta-kie działanie zaplanować i przepro-wadzić? Jeśli tak, to dlaczego tego nie robią? Jest to z pewnością łatwiejsze, bo żyjemy w bardzo zintegrowanej gospodarce, dużo bardziej niż na przykład po I wojnie świa-towej. Również środki przekazu informacji są dużo szybsze i dostępniejsze. Problem jest jednak bardziej złożony, bo każde klasowe społeczeństwo jest w tym sensie zamkniętą całością, że rządzeni również

SPOŁECZEŃSTWO

przyjmują ideologię głoszoną przez panujących. Oczywiście musi być alterna-tywa, także polityczna, którą zastąpi się obecne państwo. Trzeba wziąć na siebie tę odpo-wiedzialność. Musimy tylko uwierzyć, że potrafimy – nie kupujmy ideologicznych argumentów dru-giej strony, które ostatecznie mają na celu utrzymanie władzy tych, którzy nami rządzą ekonomicznie, politycznie, a doce-lowo we wszystkich sferach życia społe-cznego. Jako zorganizowani pracownicy możemy to osiągnąć – nikt za nas tego nie zrobi. Tylko pracownicy mogą wyzwolić siebie i swoją pracę z tych pęt kapitału, z jego kajdan. Jakby to miało wyglądać – robotnicy spotykaliby się w grupach na przykład na cotygodniowych zebraniach i usta-lali, co i jak produkują; że w tym tygodniu, dajmy na to, tyle a tyle stali lub szkła? W każdym momencie, gdy w historii pojawiały się walki robotnicze na dużą skalę, tworzyły się takie ciała przedsta-wicielskie. Różnie je nazywano – czy radami robotniczymi, czy Międzyzakłado-wymi Komitetami Strajkowymi „Solidarno-ści” w 1980 roku w Polsce. To są ciała wybierane w zakładach pracy, ale orga-nizujące się też międzyzakładowo, które mogą stać się formą alternatywnej władzy w skali państwa. Te ciała wybierane byłyby w poszczególnych miejscach pracy, gdzie wyłaniano by komitet, który koordynuje działanie danego zakładu. Jednocześnie wybieralibyśmy delegatów do tych właśnie międzyzakładowych struktur, które z kolei wyznaczałyby z siebie stały rząd czy stałe przedstawicielstwo. Ta demokracja jest prawdziwa w tym sensie, że jest odrębna od obecnej, pozornej demokracji, która nie dotyczy w ogóle sfery gospodarki – idę do pracy, muszę robić, co mi każą, a i tak ktoś mnie może z dnia na dzień wywalić z roboty. Myślę, że odpowiednią tego nazwą jest „demokratyczne planowanie produkcji”, z wizją stopniowego rozsze-rzania strefy bezpłatności. To trudny do przewidzenia procesem reform, ale zakres rozszerzania tej strefy rósłby w miarę postępu technicznego i możliwości produk-cyjnych człowieka. Dzisiaj formalnie mamy bezpłatną służbę zdrowia i edukację, za to w wolnym od wyzysku społeczeństwie socjalistycznym moglibyśmy rozszerzać to na transport, mieszkalnictwo, etc. – żeby sama praca stawała się w coraz mniejszym stopniu pracą za pieniądze, pod przymu-sem, byle tylko przeżyć, a bardziej twórczym rozwijaniem zainteresowań. Ta eliminacja rynku jest stopniowa, to już nie jest jednorazowy akt – ale jednorazowo musimy odebrać władzę z rąk właścicieli kapitału. Jan Błoński Fot. 1,2: Roksana Grzmil Fot. 3: charl720031 (CC BY 2.0) Fot. 4: twicepix (CC BY 2.0) Fot. 5: DrabikPany (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zostały zmniejszone i przycięte z oryginałów. KUBEK PRAWDĘ CI POWIE
Zastanawiałeś się, ile razy w ciągu dnia korzystasz ze smartphona lub podob-nych mu urządzeń? Niedługo takie gadżety mogą zagościć także w twojej kuchni.
NAUKA

Słyszałeś już o kubku „Vessyl”, który iden-tyfikuje rodzaj napoju oraz podaje jego wartość odżywczą? Twórcą tego wynalaz-ku jest Justin Zee, dyrektor naczelny firmy Mark One, która za cel stawia sobie inspi-rowanie ludzi do wybierania rozwiązań ko-rzystnych dla zdrowia. Zdaniem Zee urzą-dzenie to może w znaczny sposób ułatwić ludziom prowadzenie zdrowego trybu ży-cia. Każdy wie, że aby być w dobrej kondy-cji należy uprawiać sport i odpowiednio się odżywiać. Według pewnej grupy badaczy, konsumpcja właściwych produktów jest jednak ważniejsza niż aktywność fizyczna. Inteligentny kubek ma umożliwiać ludziom świadome spożywanie napojów. Z tego po-wodu jest wyposażony w czujnik, umożli-wiający natychmiastową analizę wartości odżywczych nalanego płynu. Urządzenie wysyła informacje o niedoborze lub nad-miarze składników w diecie pitnej. Taka funkcja jest niezwykle przydatna, szczegól-nie dla osób odchudzających się lub dla

NAUKA „ Kolejna zaleta kubka to jego niezbyt duży rozmiar, co umożliwia zabranie go ze sobą do pracy, szkoły lub na zakupy.”

tych, którzy ze względów zdrowotnych mu-szą uważnie kontrolować wartości odży-wcze tego, co konsumują. Na jednej z ostatnich prezentacji produkt „Vessyl” zadziwił wiele osób. Nie tylko bez-błędnie rozróżnił rozmaite typy kaw czy herbat, ale także zidentyfikował konkretne marki, takie jak CocaCola czy Pepsi. Kolejna zaleta kubka to jego niezbyt duży rozmiar, co umożliwia zabranie go ze sobą do pracy, szkoły lub na zakupy. Poza tym czyszczenie naczynia jest proste i nie wy-maga specjalnych ani drogich preparatów. „Vessyl” ma być dostępny w sprzedaży już na początku przyszłego roku. Jego cena wyniesie około 199 dolarów. Wielu fanów inteligentnych gadżetów zamówiło jednak kubek jeszcze przed premierą, dzięki cze-mu szybciej będą mogli go przetestować i zapłacą za niego o 100 dolarów mniej. Kto wie, może za kilka lat powszechne bę-dzie używanie podczas jedzenia i picia inte-ligentnych gadżetów. Jak dotąd nie słysza-łam o talerzach z niestandardowymi fun-kcjami. Jednakże naczynie, które rozpozna- je rodzaj pokarmu i podaje jego właś-ciwości odżywcze, stanowiłoby z pewnością zgrany duet z kubkiem „Vessyl”. Magdalena Sibicka Fot. 1: katasiaczek (CC BY - NC - SA 2.0) „TO WSZYSTKO NAS SCALA I TWORZY Z NAS PRAWDZIWĄ DRUŻYNĘ”
Kolejny mecz, kolejna imponująca wygrana – 10:4. Chłopcy z drużyny piłkarskiej MKP Tarchomin nie osz-czędzają się na boisku.
SPORT: PIŁKA NOŻNA

W 2010 roku z inicjatywy ministrantów z parafii p.w. św. Jakuba Apostoła w War-szawie powstała drużyna MKP Tarchomin. Można powiedzieć, że klub piłkarski od sa-mego początku reprezentował wysoki po-ziom. W dwóch pierwszych meczach dru-żyna pokonała jedną z ekip z podwarsza-wskich miejscowości różnicą aż kilkunastu goli. MKP Tarchomin szturmem stał się roz-poznawalny, do czego, oprócz sukcesów na boisku, przyczyniły się jednolite, błękitno –złociste koszulki. Moim rozmówcą jest prezes drużyny – Marcin Przygudzki. Magdalena Sibicka: Co czułeś, gdy zostałeś pierwszym prezesem klubu? Marcin Przygudzki: Kiedy stałem się w pełni odpowiedzialny za MKP, działaliśmy już od kilku miesięcy. Jeśli chcieliśmy pójść do przodu, potrzebowaliśmy kogoś, kto ten

SPORT: PIŁKA NOŻNA

wagonik pociągnie. Chłopaki wybrali wtedy mnie, obdarzyli wielkim zaufaniem i do dzi-siaj robię wszystko, aby ich nie zawieść. Byłem, jestem i będę im za to bezgrani-cznie wdzięczny, ponieważ to wspaniałe doświadczenie, dzięki któremu mogę speł-niać się i robić to, co kocham. Osobiście nie lubię nazywać siebie „prezesem”, ponieważ to określenie stawia mnie wyżej od reszty zespołu. Nie chcę być w żaden sposób nobilitowany, jestem częścią tej drużyny na jednakowych prawach, stano-wimy zgraną paczkę, jednak ja ponadto spełniam też różne role poza boiskiem. Ile czasu pochłania działalność w klu-bie? Wszystko zależy od sytuacji, w jakiej się w danym momencie znajdujemy. Do ruty-nowych zadań w trakcie sezonu należy organizacja meczów na własnym boisku i wyjazdów do przeciwników, a także pil-nowanie finansów klubu, po to aby wszys-tko było opłacone na czas. Zawsze też znajdzie się do zrobienia coś dodatkowego, np. kiedy trzeba zakupić jakiś sprzęt, stroje lub po prostu brakuje pieniędzy do ra-chunku za wynajem boiska, zaczyna się in-tensywne poszukiwanie środków. W mie-siącach, kiedy nie gramy w piłkę, w na-szych głowach rodzi się wiele nowych po-mysłów. Owocem tegorocznych wakacji jest nawiązanie współpracy z lokalnymi mediami oraz odświeżenie strony interne-towej. Od września koordynuję także two-rzenie zespołu złożonego z młodszych chłopców, którzy w przyszłości będą sta-nowić o sile pierwszej drużyny MKP Tar-chomin. „Myślę, że nie tylko na boisku świetnie się rozumiemy.” Wspominałeś o poszukiwaniu środ-ków. Czy z łatwością znajdujecie sponsorów, którzy chcą finansować np. stroje drużyny? Szukanie funduszy na wszelką działalność to chyba najtwardszy orzech do zgryzienia. Dla nas również nie jest to nic prostego, gdyż nie ma zbyt wielu chętnych na finan-sowanie amatorskiej drużyny grającej w parafialnych rozgrywkach. W dobie kry-zysu lokalne firmy nie mogą sobie pozwo-lić na długofalowy sponsoring, a korporacje wolą skupić się na dużych imprezach i przedsięwzięciach, więc w ogóle nie są zainteresowane taką współpracą. Nie mogę jednak powiedzieć, że to zadanie niewy-konalne, ponieważ w ubiegłym roku firma Grodno S.A. zakupiła dresy treningowe i torby dla MKP. Przez pewien czas współ-pracowaliśmy również z lokalną Szkołą Językową Memo English. Od dwóch lat możemy zebrać 1% podatku podczas co- rocznych rozliczeń PIT przy współpracy z Fundacją „BoWarto”. Z tego miejsca chciałbym podziękować osobom, które dotychczas nam pomogły. Teraz skupiam się na promocji MKP w lokalnych mediach.

SPORT: PIŁKA NOŻNA „W ostatnich latach kończyliśmy rozgrywki na najniższym stopniu podium, jednak czuję, że dojrzeliśmy już do tego, aby zakończyć sezon na wyższej lokacie.”

Mam na myśli portal NaszTarchomin.pl oraz gazetę Echo Białołęckie. Przy okazji mogę zapowiedzieć, że w listopadzie zaprezentujemy nowego sponsora naszej drużyny. Które z osiągnięć drużyny uważasz za najważniejsze? Dla mnie największym sukcesem jest ist-nienie drużyny. Nie byłoby tego bez pracy, jaką wykonuje z nami nasz trener Roman Kukliński. Jeśli chodzi o sukcesy stricte sportowe, to na pewno szczególnie cieszy mnie srebrny medal zdobyty wiosną tego roku w Markach, podczas Turnieju o Pu-char Ligi PKP. W ostatnich latach kończy-liśmy rozgrywki na najniższym stopniu po-dium, jednak czuję, że dojrzeliśmy już do tego, aby zakończyć sezon na wyższej lo-kacie. Jeżeli uda się tego dokonać, to naj- ważniejszy sukces będzie dopiero przed nami. Jakie relacje panują w drużynie? Kadra, która obecnie wspólnie trenuje, liczy szesnastu facetów, którzy nie grają ze so-bą od wczoraj. Myślę, że nie tylko na boisku świetnie się rozumiemy. Lubimy też wspól-nie spędzać czas poza nim. W takiej męs- kiej grupie dochodzi czasem do zgrzytów, ale w szatni potrzeba charakterów, zarów-no takich z gorącą głową, jak i tych, którzy nie boją się wylać kubła zimnej wody. To wszystko nas scala i tworzy z nas praw-dziwą drużynę. Magdalena Sibicka Fot. 1,2: Patryk Jankowski

SPORT: PIŁKA NOŻNA

KTO PISAŁ SCENARIUSZ DO EKSTRAKLASY? Dariusz Wdowczyk jeszcze jakiś czas temu odnosił sukcesy z Pogonią Szczecin i był w gronie kandydatów do objęcia stanowiska selekcjonera reprezentacji Polski. Przed kilkoma dniami został zwolniony z klubu, a je-go miejsce zajął Jan Kocian. I nikogo to nie dziwi, bo taki scenariusz pow-tarza się w Polsce od lat. Od pewnego czasu można mieć wrażenie, że konkretne kluby Ekstraklasy postępują według jednego i tego samego scena-riusza. Różni się tylko tło i bohaterowie, zupełnie jak w serialach zapożyczonych z innych krajów. Ta sama fabuła, niemal ten sam dom, ale inni aktorzy. To samo jest w Ekstraklasie. Do klubu przychodzi trener, wielu w niego wątpi z różnych po-wodów. Ale z czasem jego praca przynosi efekty, zespół zaczyna grać dobrze, osiąga wyniki lepsze, niż się spodziewano. Potem jednak przychodzi gorszy okres, klub wraca na „swoje tory”, czyli znów jest prze-ciętniakiem, a trener wylatuje. W samym sezonie 2014/2015 mieliśmy już dwa takie przypadki. Co ciekawe, w tej ekstraklasowej „modzie na sukces” losy obu tych bohaterów łączą się. Zacznijmy od Jana Kociana – we wrześniu 2013 roku obejmuje stery Ruchu Chorzów, czyli jak każdy obserwator Ekstraklasy stwierdzi – drużyny po prostu przeciętnej. W sezonie

SPORT: PIŁKA NOŻNA „W klubach polskiej Ekstraklasy panuje chore przekonanie, że skoro mój klub raz na jakiś czas osiągnie sukces, to musi to powtarzać co sezon.”

2013/2014 zdobywa z nią trzecie miejsce na koniec sezonu. Żeby tego było mało, to doprowadza drużynę do fazy play–off eli-minacji do Ligi Europy, z których osta-tecznie odpada po wyrównanym dwume-czu z Metalistem Charków. Mija jednak jakiś czas, Ruch znów zaczyna grać jak dawniej, więc wraca do przeciętniactwa, a głową za to płaci Kocian. Drugi przykład, nieco aktualniejszy, stano-wi Dariusz Wdowczyk. Jego kariera trener-ska jest gotowym materiałem na książkę lub film. Mistrzostwo z Legią, oskarżenie o korupcję, zawieszenie, powrót, kontrakt z Pogonią Szczecin. W pierwszym sezonie uratowanie drużyny przed spadkiem – suk-ces. W kolejnym awans do rundy mist-rzowskiej – sukces. W obecnym już tak kolorowo nie było. Po kilku słabszych meczach Wdowczyk został zwolniony, a na jego miejsce wskoczył Jan Kocian i nie jest to ani trochę dziwne. Nie będzie też wielkim zaskoczeniem, gdy Wdowczyk po kilku dniach bezrobocia zostanie szkole-niowcem Lechii Gdańsk czy innego ekstra-klasowego klubu, bo taka jest już specyfika rynku trenerskiego w Polsce. Jaki wniosek nasuwa się po ostatnich latach pracy tych dwóch trenerów? W Pol-sce bardziej popłaca przeciętniactwo niż szalone wyskoki w poszczególnych se-zonach. Paradoksalnie można powiedzieć, że lepiej utrzymywać się na równym, śred-nim poziomie i mniej wygrywać, niż zas-koczyć wszystkich dobrymi wynikami, a po-tem wrócić do punktu wyjścia i zostać zwolnionym. Gdyby Pogoń czy Ruch sezon

SPORT: PIŁKA NOŻNA

w sezon zajmowały miejsca w tabeli w okolicach dziesiątego, czyli takiego, na jakie w rzeczywistości je stać, Kocian i Wdowczyk pracowaliby zapewne przez długie lata. Oni jednak wychylili się przed szereg i potem gorzko tego pożałowali. W klubach polskiej Ekstraklasy panuje chore przekonanie, że skoro mój klub raz na jakiś czas osiągnie sukces, to musi to powtarzać co sezon. Działaczom niezwykle trudno mierzyć siły na zamiary, dlatego wciąż jesteśmy świadkami tej trenerskiej karuzeli, o jakiej mówi się u nas od lat. Henning Berg, trener Legii Warszawa, zauważył bardzo ważną rzecz – odkąd w grudniu 2013 roku objął stery „Wojs-kowych”, w Ekstraklasie nie zmieniono tre-nera jedynie w Wiśle Kraków i Podbes-kidziu Bielsko–Biała (nie licząc beniami-nków GKS–u Bełchatów i Górnika Łęczna), a takie ciągłe zmiany nie sprzyjają sta-bilizacji i rozwojowi. Ale niestety w pol-skich klubach bezpodstawne oczekiwania i pochopne decyzje to codzienność. Inaczej sytuacja wygląda jedynie w Legii, ale war-szawskiego klubu nie postrzega się już jako elementu tej szarej ekstraklasowej całości. Prezesa Bogusława Leśnodorskiego można nie lubić, można mówić, że jest „bufonem”, ale jednego nie można o nim powiedzieć – że nie prowadzi klubu w dobrym kierunku. Z jednej strony porównanie zarządzania w Legii i tego w innych klubach pokazuje ogromny kontrast i to, jak jeszcze bardzo daleko nam do piłkarskiej cywilizacji. Z drugiej strony dobrze, iż w rodzimej lidze

SPORT: PIŁKA NOŻNA

działacze mają punkt zaczepienia i wzór, według którego powinni zarządzać. Szkoda tylko, że jak do tej pory niewielu wydaje się go zauważać. Cierpliwość nie jest zdecydowanie cechą charakterystyczną działaczy polskich klu-bów. Nie przychodzi ona łatwo, ale można się jej nauczyć. Prezes jakiegokolwiek ekstraklasowego klubu nie musi się mart-wić, gdy jego drużyna wygrywa. Przed prawdziwym wyzwaniem staje wtedy, gdy przychodzi kryzys i należy się zastanowić, co w danej sytuacji byłoby najlepszym wyjściem. I wciąż niestety najpopularniej-szym, bo najłatwiejszym rozwiązaniem, jest zmiana trenera, która jak się okazuje na dłuższą metę nie zawsze bywa pomocna. W Polsce niemal wszyscy prezesi kierują swoimi klubami według scenariusza oparte-go na wygórowanych oczekiwaniach i bra-ku cierpliwości. Jest jednak jeden wyjątek – Bogusław Leśnodorski. I miejmy na-dzieję, że ten „rodzynek” stworzy swój własny plan, by pozostali mogli pójść jego śladem. Tylko wtedy wydarzenia w pol-skich klubach mogą zacząć przypominać już nie denną operę mydlaną, a prawdziwą hollywoodzką produkcję. Maciej Wdowiarski Fot. 1: Mi...(CC BY 2.0) Fot. 2: DrabikPany (CC BY 2.0) Fot. 3,4: Lebosz (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zostały zmniejszone i przycięte z oryginałów.