Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury 04.08.-10.08.2014 strona 6 zagraj to jeszcze raz, Hugh! strona 7 rok muzycznych podsumowań strona 12 trochę pleśń, trochę metafizyka strona 17 tajemnica listów strona 20 szare korzenie żonglujących kwiatów strona 23 języki na wymarciu strona 28 wege – moda czy stan umysłu? strona 31 czy to sen, czy jawa? strona 35 operacja kodowanie – cyfrowy polsat rozdaje karty strona 38 MUZYKA JEST DOBRA NA WSZYSTKO
O wpływie muzyki na nasze życie, "efekcie Mozarta", problemach ze snem i książ- ce, która pozwoli przetr- wać bezsenne noce.


Podobno muzyka łagodzi obyczaje – przynajmniej tak uważał Jerzy Waldorff. To stwierdzenie zawiera za- pewne ziarnko prawdy – udowodniono, że słuchanie muzyki wpływa na redukcję stresu, który może nega- tywnie oddziaływać na nasz układ nerwowy. Na tym jednak zalety tego rodzaju sztuki się nie kończą. Nie- mowlętom ułatwia ona za- sypianie, młodym ludziom – uczenie się, a seniorom – zachowanie dobrej kondy- cji umysłowej. Naukowcy zaczęli nawet propagować termin „efekt Mozarta” od- noszący się do pozytywne- go wpływu muzyki na mózg. Jeśli chcecie aktywnie ko- rzystać z dobrodziejstw tej teorii, warto zajrzeć do „Roku muzycznych pod- sumowań” opublikowane- go w tym numerze. Reko- mendacje naszego dzien- nikarza pozwolą Waszym szarym komórkom na roz- wój przy naprawdę intere- sujących dźwiękach. Muzyczna terapia antystre- sowa może okazać się przydatna także z innego po- wodu – niewykluczone, że pozwoli Wam uniknąć przy- krych doświadczeń związa- nych z paraliżem sennym. O jego przyczynach i nie- przyjemnych objawach prze- czytacie w artykule „Czy to sen, czy jawa?”. Gdyby oba- wa przed tym stanem spę- dzała Wam sen z powiek, warto pomyśleć ociekawej lekturze na bezsenne noce. I tu przychodzimy Wam z pomocą – zajrzyjcie do tekstu „Trochę pleśń, trochę metafizyka”, by poznać wszystkie powody, dla których warto przeczytać opisaną w nim książkę. Bez wątpienia Outro nie pozwoli Wam nudzić się w te wakacje!



Outro ISSN: 2299 - 5242 Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl Redaktor naczelny: Paulina Zguda Zastępca: Anna Lewicka Sekretarz redakcji: Ilona Chylińska Redaktor prowadzący: Agnieszka Gryglicka Korekta wydania: Anna Maciejończyk Fotoedycja: Roksana Grzmil Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Agnieszka Kracla (społeczeństwo), Maciej Dziubiński (sport), Anna Maciejończyk (korekta), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy) Korekta: Agata Andrzejak, Sabina Błaszczok, Klaudia Dąbrowska, Agnieszka Dydacka, Kinga Gintowt, Dominika Głowacka, Maria Gołaszewska, Agata Hajduk, Anna Maciejończyk, Klaudia Wesołowska, Monika Węgrzyn, Wojciech Żywolt Graficy: Patryk Skoczylas, Magdalena Kosewska Projekt okładki: Patryk Skoczylas Zdjęcie na okładce: Materiały prasowe WOKÓŁ KULTURY 04.08.–10.08.2014
Dave Hause w Poznaniu Już 11 sierpnia o godzinie 20.00 poznański klub Pod Minogą będzie gościł Dave'a Hause'a. Amerykański muzyk, wywodzący się ściśle z filadelfijskiej sceny hardcore/punk, będzie promował solowy album pt. „Devour”. Jako support wystąpi polski projekt Liars&Sinners.
KULTURA: WOKÓŁ KULTURY

Co faceci wiedzą o kobietach? 8 sierpnia o godzinie 19.00 Mój Teatr w Poznaniu przedstawi przedpremierowy pokaz spektaklu „Faceci na wybiegu” w reżyserii Marka Zgaińskiego. Temat za-bawnej komedii oscyluje wokół kobiet, a właściwie męskiej wiedzy na ich temat. Wśród anegdot będących inspiracją dla twór cy pojawia się wypowiedź Freuda. Miał on stwierdzić, że badając całe życie psychikę kobiet, może o nich powiedzieć wszystko z wyjątkiem tego, jakie są naprawdę. Pożegnanie z Budką Suflera 8 sierpnia o godzinie 19.00 w Ostródzie rozpocznie swój koncert Budka Suflera. Mu zyczne widowisko jest związane z pożeg- nalną trasą koncertową zatytułowaną „A po nocy przychodzi dzień”. Po czterdziestu la- tach działalności i wydaniu piętnastu albu- mów studyjnych, zespół postanowił pożeg- nać się ze sceną. Podczas występu rozbrzmie- wać będą największe przeboje grupy. Fotografie z Powstania Warszawskiego W związku z 70. rocznicą Powstania War- szawskiego 5 sierpnia o godzinie 18.00 w Bibliotece Publicznej w dzielnicy Bielany odbędzie się wernisaż wystawy fotografii ze zbiorów Muzeum Powstania Warszaws- kiego. Fotogramy zostały podzielone na sie- dem kategorii. Podczas wernisażu Irena Karel i Paweł Łęski będą czytać fragmenty powieś- ci Romana Bratnego, „Kolumbowie. Rocznik 20”. Joanna Małysiak I zagrał – nie raz, nie dwa, a trzy, gdyż właśnie tyle koncertów dał w Polsce podczas tegorocznej trasy koncertowej promującej album „Didn’t Rain”. Hugh Laurie, bo właśnie o nim mowa, polskiej publiczności znany jest głównie z roli serialowego dr House’a, w którą wcielał się przez osiem lat. Porzuciwszy szpi- tal Princeton–Plainsboro, zaczął leczyć swoich fanów bluesem z domieszką jazzu i rocka.
ZAGRAJ TO JESZCZE RAZ, HUGH!
KULTURA: RELACJA

Zaczęło się od ciszy przed burzą, a raczej przed deszczem, który przywitał fanów cze- kających na wejście na dziedziniec Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie. Tam bo-wiem odbywał się ostatni koncert w Polsce, będący jednocześnie przedostatnim na eu-ropejskiej trasie. Magiczne miejsce – tak o Zamku i atmosferze panującej na jego dziedzińcu wypowiedział się Laurie, okreś-lający się mianem „brytyjskiego idioty” ze wspaniałym zespołem na scenie. W tym ro-ku, podobnie jak w poprzednim (relacja dostępna w 125. numerze Outro), mogliś- my liczyć na przywitanie w języku polskim: „Dobry wieczór, Szczecin”, a dzień wcześ- niej: „Dobry wieczór, Poznań” oraz zwrot „na zdrowie!” wypowiedziany chwilę przed wzniesionym za nas toastem. Pomimo nie- jednokrotnych zapewnień Lauriego, że to wszystko, co umie w naszym języku, pod- czas koncertu w Szczecinie zapytał po pols- ku zgromadzonych słuchaczy: „Masz parasol?”, czym z pewnością „kupił” sobie publiczność.

KULTURA: RELACJA

„W tym roku zespół nie żegnał się z nami na zawsze (...).” Koncert, podobnie jak wszystkie inne do tej pory, rozpoczął się od „Iko Iko”, po którym nastąpił czas na głośne owacje, przywita-nie oraz krótką przemowę rozpoczynającą cały spektakl czy też show – bo właśnie te określenia są bliższe temu, co dzieje się na scenie podczas występu Hugh Lauriego & The Copper Bottom Band. Chwilę później przyszedł czas na wykonany wspólnie z pu-blicznością utwór „The Good Times Roll”, tym razem bez „treningu”, pomimo że to „stara piosenka”, której nikt nie zna – co Laurie podkreślał prawie przy każdym wy-konywanym utworze. „W zeszłym roku wielu marzyło, by muzyk wrócił (...).” Gwiazdą tego wieczoru nie był tylko woka-lista, na którym jednak skupiała się najwię-ksza uwaga zgromadzonego tłumu. Artysta chętnie usuwał się w cień, dając możliwość wokalnego popisu Siscie Jean czy też lau-reatce zeszłorocznej nagrody Grammy Latin – Gaby Moreno, które to wykorzystały dany im czas w każdej sekundzie. Swoje „pięć minut” miał też każdy instrumentalista zes- połu, dając popis świetnie przygotowa nej solówki.

KULTURA: RELACJA „Artysta chętnie usuwał się w cień, dając możliwość wokalnego popisu Siscie Jean czy też laureatce zeszłorocznej nagrody Grammy Latin – Gaby Moreno (...).”

Koncert w Szczecinie to dwie godziny świe-tniej zabawy, interakcji z żywo reagującą publicznością. Podczas jednej z przerw ar-tysta nawiązał dialog ze słynną już Gosią z pierwszych rzędów –  niestety, ku rozcza-rowaniu muzyka Gosia – mała dziewczyn-ka, która zaintrygowała muzyka swoim ta-ńcem na rękach mamy – wieku nie zdra-dziła. Naturalnie nie wszyscy przyszli na kon– cert, byli też tacy, którzy chcieli popatrzeć na show, ale bez uczestniczenia w nim,  nieraz można było usłyszeć za plecami „siadaj!”, gdy ludzie podnosili się z siedzeń. Nieraz z ust zgromadzonych na dziedzińcu padały słowa, wedle których niektórzy przyszli tylko popatrzeć na dr House’a, a muzyka w ich przypadku była tylko do-datkiem do show „brytyjskiego idioty”, co w pewnym stopniu wyjaśnia ich brak zrozumienia dla bawiących się ludzi. Ci bowiem zasłaniali im widok, dając moż-liwość wyłącznie słuchania tego „dodatku”. Pomimo kilku takich „przypadków”, koncert w Szczecinie wypadł o wiele le-piej niż ten zeszłoroczny w Pradze, o którym pisałam w 133. numerze Outro. W pamięci z pierwszego koncertu mam jeszcze sklep z gadżetami zespołu, niestety w tym roku ceny zaszokowały wszystkich, o ile bowiem na zeszłorocznym wydarzeniu można było nabyć obie płyty w promo- cyjnej cenie (prawie dwa razy taniej niż u polskich dystrybutorów), o tyle w tym ro- ku za płyty (bo tylko te gadżety zespołu są dostępne dwa razy więcej. Mimo to chętnych na zakup nie brakowało.

KULTURA: RELACJA

Po koncercie, który adekwatnie do tytułu promowanej płyty nie był deszczowy (pa-dało chwilkę przed koncertem), przyszedł czas na pożegnanie artysty, który otrzymał od publiczności biało–czerwone róże, pol-ską flagę z podpisami fanów, transparent, a także kilka zapakowanych prezentów – czyżby polską wódkę, którą Laurie ostat-nio chwalił? W zamian za to zgromadzeni pod bramą fani mogli liczyć po koncercie na autograf żeńskiego duetu (Sista Jean i Gaby Moreno) oraz Lauriego, do zdjęć chętnie pozowała jednak tylko Gaby. Trudno jednoznacznie stwierdzić, kto kogo bardziej zaskoczył podczas tegorocznej tra-sy koncertowej po Polsce. Hugh Laurie pu-bliczność prezentowanymi utworami, które różniły się od tych zeszłorocznych m.in. ka-pitalnym wykonaniem „Louisiana 1927” przez Gaby Moreno czy też „Green Green Rocky Road” lub „Bona Sera” przygotowane przez cały zespół? A może jednak polscy fani zespołu, witający ich na pierwszym ko-ncercie kartkami z napisem: „Welcome back <3”? Gdy tylko Laurie złapał za gitarę (co jest zwiastunem piosenki „You Don’t Know My Mind”), zdziwiony oddał swój mikrofon w ręce publiczności, która zaczęła śpiewać utwór a’capella. Kolejny koncert (również w Poznaniu) okazał się jeszcze lepszy, publiczność bawiła się na tyle do- brze, że zespół nagrodził ich za zabawę aż pięcioma bisami, wśród których znalazł się m.in. utwór „Stegger Lee”. Z kolei szczeciń- ska publiczność zaskoczyła zespół sponta- nicznym śpiewaniem piosenki „Changes” .

KULTURA: RELACJA

„Trudno jednoznacznie stwierdzić, kto kogo bardziej zaskoczył podczas tegorocznej tra-sy koncertowej (...).” Wiele z tych niespodzianek zostało przygo-towanych przez polski fanklub artysty (https://www.facebook.com/PierwszyNIEoficjalnyFanclubHughLaurieegoWPolsce), co sprawia, że nasz kraj wymieniany jest za każdym razem, gdy pada pytanie o najlep-szy koncert podczas trasy promującej pły-tę, a to z kolei przyczynia się do regular-nych powrotów artysty. W zeszłym roku wielu marzyło, by muzyk wrócił – po koncercie w Pradze, gdzie była obecna polska „delegacja” z flagą, na której widniał napis „Hugh get back to Poland”, zespół zapowiedział powrót, a w tym roku? W tym roku zespół nie żegnał się z nami na zawsze, padło bowiem – „do zoba-czenia”! Czyżby Polska miała szansę stać się stałym punktem trasy koncertowej? Oby! Tak więc, do zobaczenia, Hughmani-ści! Ilona Chylińska Fot. 1,2,3,4,5: Mateusz Bratkowski Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. 25 lipca 2013 roku. Zaparzam kawę, zasiadam przed laptopem, a przed moimi oczyma pojawia się post o muzycznym podsumowaniu, któremu grozi usunięcie. Bez chwili namysłu zdecydowałem, że muszę temu zapobiec, dzięki czemu nowa odsłona tego cyklu obchodzi swoją rocznicę istnienia.
ROK MUZYCZNYCH PODSUMOWAŃ
KULTURA: ROK MUZYCZNYCH PODSUMOWAŃ

*** Będzie to szczególny artykuł, z racji tego, że podsumowanie podzielone zostanie na dwie części. W pierwszej pojawią się naj-ciekawsze nowości polskie oraz zagranicz-ne, zaś w drugiej ukażę swój „muzyczny raj” i opiszę prywatną playlistę. *** Godne uwagi polskie nowości pierwszej połowy 2014 roku Miejsce piąte: Sara Brylewska z albumem „Skąd przyszłaś”. Bycie córką legendy polskiej sceny alterna-tywnej – Roberta Brylewskiego oraz woka-listki zespołu Izrael, Vivian Quarcoo – do czegoś zobowiązuje. Już od pierwszych brzmień słychać, że Sara odcina się od rodzinnych tradycji. Spokojny rytm piosenek, uzależniający, klimatyczny wo- kal, świetne kompozycje oraz melodie

KULTURA: ROK MUZYCZNYCH PODSUMOWAŃ

sprawiają, że słuchacz znajduje się w sta-nie „zawieszenia”. https://www.youtube.com/watch?v=IG6clthsujQ Miejsce czwarte: Daniel Spaleniak z albumem „Dreamers”. Gitarowe brzmienia, mocny głos młodego wokalisty, bitowe wstawki oraz minimalizm sprawiają, że przenosimy się w odległe łąki Skandynawii. Staje się tak za sprawą de-biutanckiego singla „My Name is Wind”. https://www.youtube.com/watch?v=3RFamm2M21I Miejsce trzecie: Xxanaxx z albumem „Triangles”. Dzięki Klaudii Szafrańskiej oraz Michałowi Wasilewskiemu muzyka klubowa zyskuje ogromną liczbę fanów. Bardzo wysublimo-wana i znacznie delikatniejsza wersja elek-tronicznego brzmienia powoduje, że jej wokal i jego granie idealnie się uzupełniają. http://www.youtube.com/watch?v=zJ0xPhsSiC8&index=9&list=PLnIN7Iv2r_Bv4g0s8UBrSTwCMThaSyXMr Miejsce drugie: KRÓL z albumem „Nielot”. Król, czyli Błażej Król, to 1/2 duetu UL/KR. Melodie „Nielotu” chcą oderwać nas od zie-mi, a Królowi wyjątkowo się to udaje. Jest refleksyjnie, spokojnie i niesamowicie. https://play.spotify.com/track/7k4yGvooKMbUDEMxagpDsY?play=true&utm_source=open.spotify.com&utm_medium=open

KULTURA: ROK MUZYCZNYCH PODSUMOWAŃ

Miejsce pierwsze: The Dumplings z albumem „No Bad Days”. Dwanaście utworów, które zostały nagrane pod okiem Bartka Szczęsnego (znanego z projektu Rebeka). Różnorodna stylistyka, przebojowość, wokal Justyny Święs oraz energetyczno–mechaniczne electro pow-stałe za sprawą Jakuba Karasia – te wszy-stkie czynniki powodują, że płyta staje się nietuzinkowa. Każdy znajdzie na niej coś dla siebie – jedni zatopią się w synth–po-powym „Słodko–słonym ciosie”, drudzy w dubstepowej rytmice „How Many Kni-ves”, zaś inni w skandynawskim chłodzie „Shameless”. http://www.youtube.com/watch?v=qsODEfkIJu0 *** Najciekawsze nowości zagraniczne pierwszej połowy 2014 roku Miejsce piąte: Foster the People z albumem „Supermodel”. Pulsujący rytm, funkujące gitary, chórki, etniczne dźwięki, spokojniejsze, subtelne klimaty, elektronika... Panowie z Foster the People pokazali, że najważniejsza dla nich nie jest komercja, lecz muzyka. Każda pio-senka z nowego krążka to próba wyrażania swoich emocji. Próba, która okazała się su-kcesem. https://www.youtube.com/watch?v=HoT7MPS8WDM Miejsce czwarte: The Black Keys z albumem „Turn Blue”. Krążek jest porywający, momentami relaksujący, jednak, jak zwykle, zaskakuje nas gitarowymi riffami. Ósma płyta zes-połu z Ohio porywa słuchaczy dynamiką, psychodelą, lekkim stylem retro oraz elementami bluesa. http://www.youtube.com/watch?v=iZZUY32iCzU Miejsce trzecie: Klaxons z albumem „Love Frequency”. Taneczne rytmy, imprezowa energia, bar-dzo pozytywny klimat, emocjonalne falo-wania, wysokie wokale. Przy „Love Frequ-ency” można się po prostu dobrze bawić. Piosenki są proste, nieskomplikowane, sa-mi Klaxonsi zaś zmienili nieco swój styl, po-kazali nowe, imprezowe oblicze. https://www.youtube.com/watch?v=7t_nqsPons4 Miejsce drugie: Coldplay z albumem „Ghost Stories”. Minimalizm, Timbaland, Avicii, podobna stylistyka jak w ich poprzedniej płycie „Mylo Xyloto”, lecz z nieco subtelniejszymi klimatami. Brzmi to jak potężna mieszanka wybuchowa. Coldplay nagrał jedną z najle-pszych płyt w swojej karierze. Jest oszczę-dnie, lekko smętnie, delikatnie. Miałbym jednak do was prośbę – zróbcie mi przysłu- gę i nie słuchajcie jej z podziałem na pio-

KULTURA: ROK MUZYCZNYCH PODSUMOWAŃ

senki, krążek bowiem trzeba przesłuchać od początku do końca – jako jedną historię. https://www.youtube.com/watch?v=BQeMxWjprY Miejsce pierwsze: Lykke Li z albumem „I Never Learn”. Szwedzka wokalistka powraca do przeszło-ści, by zakończyć pewien etap w swoim ży-ciu. Utwory krążą wokół kwestii związanych z miłością oraz innymi uczuciami. Piosenki podszyte smutkiem i zimnem są jednak po prostu piękne. Dziewięć bezpretensjonal-nych ballad, dźwięki akustycznego pianina i gitary – to wszystko sprawia, że płyta jest wspaniała sama w sobie. „Pierwszy album był o pragnieniu miłości, drugi o niemożli-wości otrzymania miłości, której pożądasz. Myślę, że trzeci jest o ucieczce i rozpieprze-niu” – mówiła Lykke Li. https://www.youtube.com/watch?v=1SP1SPPgW7U1M U1M *** Każdy ma swój ulubiony gatunek muzycz-ny, wokalistkę, wokalistę czy zespół. Dla mnie muzyka to coś więcej niż tylko „zwy-kłe słuchanie muzyki, bo jadę właśnie tra-mwajem na zajęcia”. Wiele utworów od-zwierciedla moje uczucia, których lepiej nie byłbym w stanie ukazać. Poniżej ukazu-ję swój „muzyczny raj” i z tego względu przygotowałem listę dziesięciu piosenek, których słucham najchętniej i najczęściej.

KULTURA: ROK MUZYCZNYCH PODSUMOWAŃ „Panowie z Foster the People pokazali, że najważniejsza dla nich nie jest komercja, lecz muzyka. Każda piosenka z nowego krążka to próba wyrażania swoich emocji.”

Może znajdziecie na niej coś ciekawego dla siebie! TOP10, czyli prywatna playlista: Miejsce dziesiąte: Clean Bandit – Cologne. Połączenie muzyki popowej z elektronicznym bitem. Idealna podczas sprzątania. Miejsce dziewiąte: Klaxons – Out of the Dark. Piosenka, która powoduje, że chce się tańczyć. Miejsce ósme: Kiesza – Hideaway. Przywołuje house'owe klasyki lat 90., któ-re podbijały europejskie parkiety. Miejsce siódme: The Dumplings – Te-chnicolor Yawn. Nadaje się do długich podróży autem. Miejsce szóste: Brodka – Sauté. Po prostu: Granda! Miejsce piąte: CRO – Tarum. Bo... nie-miecka muzyka też potrafi być dobra. Miejsce czwarte: La Roux – Uptight Downtown. Idealny duet: synth–pop po-łączony z disco. Miejsce trzecie: Years & Years – Real. Za jej sprawą „syndrom zapętlania jednej piosenki” stał się u mnie normą. Miejsce drugie: Coldplay – Midnight. Minimalistyczny utwór, który powinien być przykładem tego, jak poprawnie używać vocodera (elektronicznego urządzenia do syntezy dźwięku). Miejsce pierwsze (ex aequo): Lykke Li – Gunshot i Ellie Goulding – Lights. Piosenki, które są dla mnie po prostu naj-lepsze. Zawsze. Wojciech Żywolt TROCHĘ PLEŚŃ,
TROCHĘ METAFIZYKA
KULTURA: RECENZJA

Krzysztof Varga to autor, który nomi-nację do Nike ma z reguły zapewnioną w pakiecie wraz z każdą nowo wyda-ną książką, co więcej – niezmiennie udowadnia, że słusznie. Piszę o Var- dze trochę przy okazji jego nowej po- wieści, trochę przy okazji tego, że przyciśnięta deadline’em powróciłam do jednej z jego starszych pozycji i zo- baczyłam w niej zupełnie inny świat. Dziwna to rzecz pisać o książce, która nie ma fabuły. O książce, która nie ma dialo-gów. O książce, która składa się tylko z krótkich historii, jak etiudy z offowego fe- stiwalu filmowego. Albo faktycznie, niczym tajemnicze, nikomu nieznane piosenki ze stron B singli, jak brzmi sam podtytuł po-wieści. A jeszcze dziwniejszy jest powrót do tej książki. Cierpię bowiem na straszną alergię na „książki, do których się wraca”. W większości przypadków recenzenci okre-ślają tym mianem powieści, których kartki aż jęczą pod gigantycznym ładunkiem psy-chologii, filozofii i rozmaitych –izmów. Uff! Człowiek dusi się aż na samą myśl. Varga zresztą nigdy nie szedł w stronę intelektu- alnych westchnień – sławę przyniosły mu przesycone alkoholem i rock’n’rollem „Chło-paki nie płaczą” i „Tequila”. Co ciekawe, „45 pomysłów na powieść” nie zdobyła takiego rozgłosu jak wyżej wspomniane i jest pi-sana w zupełnie innym stylu. Pomysły, ja-kie Varga ma na powieść, są delikatne, su-btelne i czasem jedynie podkreślone przek-leństwem. A przekleństwo to pojawia się za- wsze w sposób wysublimowany i z klasą. „Tutaj głównym bohaterem jest słowo – słowo, którego Varga używa po mistrzowsku (...).” Każdy z tych „pomysłów” to podróż w jed-ną krainę. Podróż, w której głównym boha-terem jest nastrój, bowiem gdy wybieramy się z Vargą w podróż, to nie poznajemy lu-dzi, nie uczymy się jeść, modlić ani kochać. W każdej z tych podróży musimy się zanu-rzyć, po czym przejść przez nią, „być każ-dym autobusem, tramwajem i każdą bud-ką telefoniczną z urwaną słuchawką apara-

KULTURA: RECENZJA „Pomysły, jakie Varga ma na powieść, są delikatne, subtelne i czasem jedynie podkreślone przekleństwem.”

tu”. A każdy „pomysł” daje nam inną krai- nę, czasem jest to koniec XIX wieku, a cza sem współczesne miasteczko przemysłowe, gdzie „powietrze śmierdzi zardzewiałym metalem, pleśnią gnijących kamienic, po- przednim wieczorem i przegranym meczem eliminacyjnym”. To trochę tak, jakby Varga dokładnie opisywał wszystko to, czego nie zdążymy uchwycić w jednej chwili, jakby zatrzymał czas i wnikliwie rozrysowywał nasze uczucia. To bowiem, co jest siłą „45 pomysłów…”, to uchwycenie codziennej metafizyki, magii prozy życia, refleksji co-dziennie przepływających nam przez gło-wę, ale z których istnienia nie do końca zdajemy sobie sprawę. Refleksji, które z każdą kolejną lekturą widzimy inaczej, bo po roku/dwóch latach możemy dostrze-gać inne symbole i odnosić je do odmien- nych zdarzeń. Spróbowałam nawet potrak-tować tytuł boleśnie dosłownie i wymyślić jakąś fabułę do któregoś z „pomysłów”, ale to bezcelowe. Te historie są zamknięte w ide-alny sposób. To nie jest książka dla każdego. Varga mó-wi, mówi, mówi… I mówi. Nie ma dialo-gów. Nie ma zdarzeń. Postaci są tylko ele- mentem nastroju. Tutaj głównym bohate-rem jest słowo – słowo, którego Varga używa po mistrzowsku, zarazem poetycko, że dech człowiekowi zapiera, jak i leciutko, dzięki czemu pędzi się przez strony rozisk-rzonym wzrokiem. Jeśli oczywiście mamy ochotę na sentymentalną podróż przez 45 krain. Varga bywa sentymentalny do granic możliwości – razem z nim skaczemy od kwiatowego dzieciństwa w latach 70. do

KULTURA: RECENZJA

utraconej studenckiej miłości. Autor jednak nigdy tych granic nie przekracza. Zawsze na straży dobrego smaku stoi jakieś sprowa- dzające na ziemię porównanie albo dyskre-tne przekleństwo. Czy to autobiograficzne historie? A jakie to ma znaczenie? Znacze-nie ma właśnie gadanina, monolog. Michał Witkowski powiedział kiedyś, że „tylko Var-ga potrafi, wymieniając gatunki lodów, opowiedzieć nawet o przełomie roku 1989”. I to właśnie może być znakomite podsumo-wanie tej gorzkiej podróży, podczas której czytelnikowi na przemian staje się smętny lub rozmarzony. Dodatkowym smaczkiem są tytuły. A jeśli ktoś, tak jak ja  został wy-chowany na nowej fali rocka z lat osiem-dziesiątych jeśli ktoś czuje niewytłuma-czalną sympatię do czasów sprzed 1989, to polecam rzecz nawet podwójnie. „Metafizyczność? Nie, u nas nie ma ale mo-że będą mieli w tym coffee–shopie na ro-gu, można tam kupić naprawdę wszystko”. Lena Janeczko Fot. 1: Sławek (CC BY 2.0) Zdjęcie zmniejszono i przycięto z oryginału. TAJEMNICA LISTÓW

KULTURA: RECENZJA

W dzisiejszych czasach tradycja ręcz-nego pisania listów zaczyna zanikać i niewiele osób dostrzega urok w wy-syłaniu takich wiadomości. Jeżeli jed-nak chcecie poznać historię pokazują-cą moc słowa pisanego i siłę nadziei potężniejszej niż wszelkie przeciwno-ści losu, sięgnijcie po książkę przed-stawiającą dwie silne kobiety, któ-rych życie zmieniły setki kopert. Rok 1912 Młodziutka Szkotka, Elspeth Dunn, wiedzie wraz z mężem, rybakiem, spokojne życie na wyspie Skye znajdującej się pośrodku morza. Nigdy jednak nie opuszcza swojego domu, gdyż panicznie boi się wody. Elspeth zaczyna pisać wiersze, o których dowiaduje się Amerykanin, student nauk przyrodni- czych, David Graham. Oczarowany szkocką poezją postanawia napisać do dziewczyny. List ten staje u podstaw rozwijającej się między nimi przyjaźni. Z początku to tylko błahe liściki od sympatyka z Ameryki i nieś-miałe odpowiedzi ich odbiorczyni. Później znajomość ta przeradza się w bliższą relac-ję: bohaterowie dzielą się swoimi planami, tajemnicami i najskrytszymi marzeniami. Między żonatą Szkotką a młodszym o czte-ry lata Davidem rodzi się wielka miłość. W końcu przychodzi czas rozstania: Amery-kanin zgłasza się na front. W swoim poże-gnalnym liście prosi o pierwsze, a może i ostanie spotkanie po dwóch latach kores-pondencji. „Świat przedstawiony w tej powieści różni się od naszej codzienności (...).”

KULTURA: RECENZJA

Rok 1940 Akcja książki przenosi się w czasy II Wojny Światowej. Margaret, córka Elspeth, jest zakochana w Paulu, pilocie Royal Aircraft Factory. Bohaterki mieszkają w Edynburgu. Kiedy zaczyna się bombardowanie miasta, domem Elspeth wstrząsa wybuch jednej z bomb, a ze skrytki w ścianie wypadają li-sty. Matka Margaret niespodziewanie zni-ka, a dziewczyna wyrusza na jej poszuki-wania. Podczas podróży poznaje historię kopert, rodzinną tajemnicę i przeszłość nie tylko matki, ale i swoją. Zaczyna rozumieć, dlaczego Elspeth przestrzegała ją przed związkiem z Paulem – kobieta chciała ustrzec córkę przed rozczarowaniem związanym z wyruszeniem ukochanego na front. Dziewczyna dowiaduje się również o niezwykłej miłości, która okazuje się silniejsza niż wojna. „Prawa do publikacji jej książki wykupiono w dwudziestu dwóch krajach (...).” „Listy z wyspy zwanej Niebem” to piękna powieść historyczna, którą pochłonęłam w jeden dzień przy kubku aromatycznej herbaty. Książka zapewnia niezapomniane chwile, pełne wzruszeń i radości. To utwór, w którym autorka z premedytacją opusz-cza pewne szczegóły po to, aby czytelnik sam mógł je sobie dopowiedzieć i wyobra-zić. Świat przedstawiony w tej powieści ró-żni się od naszej codzienności, a opowieść o dwóch kobietach jest intymna i wzrusza-jąca. Jest to mistrzowsko napisana historia miłosna ukazująca stan serc rozdartych przez wojnę, rozdzielonych oceanem, tor-

KULTURA: RECENZJA

turowanych przez czas. Czytając ten utwór, można odnieść wrażenie, jakby przeglądało się cudzy pamiętnik: osobisty i szczery do bólu. „To utwór, w którym autorka z premedytacją opuszcza pewne szczegóły po to, aby czytelnik sam mógł je sobie dopowiedzieć i wyobrazić.” Jeżeli chcecie dowiedzieć się, czy Elspeth i David kiedyś się spotkali, jeżeli chcecie przekonać się, jaką moc mają słowa lub tęsknicie za czasami, kiedy listy mogły ma-gicznie wpłynąć na znajomość dwojga lu-dzi, to zdecydowanie powinniście przeczy-tać „Listy z wyspy zwanej Niebem”. Gabriela Szczepanik Fot. 1: Kevin Steinhardt (CC BY SA 2.0) Zdjęcie zmniejszono i przycięto z oryginału. Gdy na głównym deptaku w Lublinie pojawiają się fioletowo–białe flagi, a na schodach ratusza można zobaczyć kilku żonglerów, to znak, że właśnie rozpo-czyna się Carnaval Sztukmistrzów. Prawie na pewno można wypatrzyć stojące-go za artystami wolontariusza – z identyfikatorem na szyi, telefonem w garści i programem festiwalu pod pachą.
SZARE KORZENIE ŻONGLUJĄCYCH KWIATÓW
SPOŁECZEŃSTWO: RELACJA

Czwartek popołudniu, za godzinę odjeżdża mój pociąg Warszawa–Lublin, którym mam dotrzeć na Carnaval Sztukmisztów. Już na peronie w kieszeni zabzyczał SMS: „Iza, je-dziesz z nami busem? Mamy artystów do opieki” – to wiadomość, która rozpocznie serię udanych i nieudanych wydarzeń zwią-zanych z niecierpiącymi zwłoki sprawami podczas festiwalu. „Kiedy jestem wolontariuszem (...), zawsze najbardziej podoba mi się pierwszy występ.” Co roku podczas Carnavalu opiekuję się ar-tystami i pomagam im w trakcie występów. To chyba najciekawsze zadanie podczas trzydniowego wydarzenia, w trakcie które-go do Lublina zjeżdżają cyrkowi i uliczni ar-tyści–kuglarze, żonglerzy oraz akrobaci

SPOŁECZEŃSTWO: RELACJA „Po przyjeździe do Lublina daję znać moim artystom – ponad trzydziestu Holendrom – którymi się opiekuję, że od tej pory jestem do ich dyspozycji.”

z całego świata. W okolicy Starego Miasta od piątkowego poranka aż do późnych godzin w niedzielę odbywają się ich wystę- py. Można wtedy nauczyć się chodzić po linie albo umalować się niczym klaun. Część artystów pojawiła się na warszaw- skim Okęciu, skąd wolontariusze mieli ich odebrać i zawieźć do Lublina. Niektórzy zde- cydowali się jednak pozwiedzać gastro- nomiczną część stolicy. W umówionym przez telefon miejscu okazuje się jednak, że artysta jest tylko jeden (uff…), ale za to głodny (da się naprawić). Niestety dwójka innych wolontariuszy musi akurat pędzić na lotnisko po troje Hiszpanów, któ- rzy przylatują za trzydzieści minut. Zostaję sama z błękitnowłosym Aerial Manxem – połykaczem mieczy i, jak się okazuje, jedną z gwiazd Carnavalu. Musimy prze- drzeć się przez zatłoczoną Warszawę i znaleźć restaurację, która serwuje dania zgodne z jego dietą, a potem szybko wró- cić na lotnisko, skąd ruszymy busem do Lub- lina. Na przystanku Aerial opowiada o swo- jej narzeczonej i ukochanym psie – rów- nocześnie kręci melonikiem na palcu ku ucie- sze zmęczonych po pracy warszawiaków. Po przyjeździe do Lublina daję znać moim artystom – ponad trzydziestu Holendrom – którymi się opiekuję, że od tej pory jes-tem do ich dyspozycji. W zeszłym roku miałam pod opieką trójkę zawadiackich Francuzów, którzy w trakcie jednego z występów zaczęli się palić, gdy zbyt moc-ny wiatr uniemożliwił im zapanowanie nad ogniem. Dwa lata temu pod moją opieką także był Francuz – elegancją

SPOŁECZEŃSTWO: RELACJA

i manierami przypominał raczej dyplo-matę lub ważnego urzędnika, a nie czło-wieka, który żonglował namiotami. W tym roku z niecierpliwością czekam na pierwszy występ Holendrów. „Carnaval Sztukmistrzów często wymaga od wolontariuszy dwojenia się i trojenia.” Następnego dnia mają miejsce aż dwa po-kazy moich artystów. Spotykam ich dopiero około 16 wcześniej bowiem zwiedzali mia-sto na własną rękę. Połowa ich występów ma charakter spontaniczny – wybierają miejsce, które im się spodoba i tam wy-stępują. To raczej nietypowe zachowanie dla artystów, którzy zapowiedzieli swój przy-jazd. W ciągu pięciu–dziesięciu minut o nie-zaplanowanym show musi wiedzieć organi-zator festiwalu, koordynator wolontariuszy, ochrona i opieka medyczna. Telefon jest rozgrzany do czerwoności. O moich podopiecznych wiem tyle, że kon-certują, ale na miniaturkach na stronie Car-navalu trudno rozpoznać, czym wyróżniają się Fanfare van de Eerste Liefdesnacht. Gdy czekam na artystów w umówionym chwilę wcześniej miejscu, w tłumie miga mi jakaś kolorowa plama. Nietrudno o to, gdy w mieście szaleją artyści–kuglarze z ca- łego świata ubrani w najdziwniejsze kos-tiumy. Plam robi się coraz więcej, po- jawiają się coraz regularniej i mogę już

SPOŁECZEŃSTWO: RELACJA

wychwycić trzy dominujące kolory: żółty, zielony i różowy. Po chwili zbiera się przy mnie gromadka dwudziestu dwóch Holendrów w wieku 50+ w jaskrawych ko-stiumach. Towarzyszy im kilka osób: wnuczęta, dzieci i żony. Kiedy jestem wolontariuszem na tym wy-darzeniu, zawsze najbardziej podoba mi się pierwszy występ. Niestety rzadko widzę ca-ły pokaz ze względu na obowiązki: pilno-wanie tłumu, odbieranie kryzysowych tele-fonów itp. Mimo to niezmiennie towarzyszy mi element zaskoczenia i poczucie, że opie-kuję się najlepszym artystą festiwalu. Tym razem to uczucie podziela chyba także wi-downia. Fanfarki w mig gromadzą wokół siebie nieprzebraną liczbę ludzi, którzy kla-szczą w rytm każdej piosenki wygrywanej na tubach, saksofonach, trąbkach i bębnach. Drobne układy choreogra-ficzne są nagradzane gromkimi brawami, a konkurs na najlepszego tancerza wy-łonić mógłby ekipę następnej edycji „Tańca z gwiazdami”. „Kiedy jestem wolontariuszem na tym wydarzeniu, zawsze najbardziej podoba mi się pierwszy występ.” Wieczorny występ wygląda podobnie. Ho-lendrzy swoim entuzjazmem i grą inicjują dancing, dla którego dekoracjami jest oś-wietlony Lublin. Mieszkańcy i turyści, dzieci i staruszkowie tworzą pociąg, wirują przy rumbie i podskakują jak szaleni przy pol-

SPOŁECZEŃSTWO: RELACJA „O moich podopiecznych wiem tyle, że koncertują, ale na miniaturkach na stronie Carnavalu trudno rozpoznać, czym wyróżniają się Fanfare van de Eerste Liefdesnacht.”

skich melodiach, które także znajdują się w repertuarze De Fanfare. Nawet ja  w pewnym momencie ląduję na parkiecie w ramionach jednego z uczestników pokazu, powoli bujając się przy jednej z piosenek. Bisom nie ma końca – dopiero gdy lider zapewnia, że przed lubelską publicznością jeszcze cztery występy, tłum powoli się rozchodzi. Carnaval Sztukmistrzów często wymaga od wolontariuszy dwojenia się i trojenia. Na chwilę stają się oni częścią show, żywą liną oddzielającą publiczność od niebezpiecz- nych występów i zarazem opieką medycz-ną. Nic dziwnego, że sobota jest zazwyczaj dniem kryzysowym, gdy powoli zaczynają puszczać nerwy, a zmęczenie widać nawet na wiecznie uśmiechniętych twarzach. Te- lefony rozładowują się już koło południa, a w punktach informacyjnych Carnavalu wy- buchają bójki o bilety na przedstawienia. O takich chwilach pamięta się przez jakiś czas, ale później wypierają je inne wspom-nienia. A to taniec z artystą w klubie festi-walowym aż do utraty tchu, a to próba po-rozumienia się z żonglerem, który pomimo zapewnień nie zna ani angielskiego ani fra- ncuskiego. W pewnych momentach poja-wiają się nawet łzy w oczach – szczególnie wtedy, gdy 20–osobowy zespół wykonuje piosenkę dla niepełnosprawnej dziewczyny, która niezmiennie pojawia się w pierwszym rzędzie, a na koniec każdego występu czę-stuje wszystkich ciasteczkami upieczonymi z mamą. To właśnie takie wydarzenia po-zostają w pamięci na bardzo długo. Izabela Bany Większość z nich umiera powoli, znikają wraz ze śmiercią ostatnich przedsta-wicieli swoich społeczności. Obecnie na świecie istnieje około siedem tysięcy ję-zyków i dialektów, jednak z roku na rok liczba ta nieustannie maleje. Prawie po-łowa z nich zagrożona jest zniknięciem.
JĘZYKI NA WYMARCIU
SPOŁECZEŃSTWO

Co wspólnego mają ze sobą Marie Smith Jones, Tevfik Esenç i Boa Sr? Żadne z nich nie żyje, a wraz z nimi umarły ich języki – eyak, ubyski i bo. Martwa jest także cała kultura oraz wiedza ich przodków. Według Eithne Carlin, badaczki wymierających ję-zyków z uniwersytetu w Leiden, istnieje około pięćset języków, w których porozu-miewa się nie więcej niż kilkanaście osób. W wypowiedzi dla „Rzeczpospolitej” stwier-dza: „Co dwa tygodnie ginie jeden. Ocenia się, że do końca XXI wieku zaniknie 90 pro- cent języków spośród ponad sześciu tysię-cy, które używane są dziś". Kolejny nauko-wiec, William Sutherland, w swoich bada-niach wskazał, że współcześnie języki wy-mierają szybciej niż zwierzęta – w ciągu ostatnich pięciu wieków przestało istnieć trzysta języków (to jest 4,5 proc. wszys-tkich), a w tym samym okresie wymarło 125 gatunków ptaków (1,3 proc. wszys-tkich) i 87 gatunków ssaków (1,9 proc.). Zdaniem naukowców większość ludzi poro-

SPOŁECZEŃSTWO „Zdaniem naukowców większość ludzi porozumiewa się w jednym z 83 popularnych języków.”

zumiewa się w jednym z 83 popularnych języków. Zaledwie 0,2 proc. populacji uży-wa któregoś z tych 3,5 tys. najbardziej za-grożonych. Ponad połowa wszystkich języ-ków lokalizuje się w ośmiu zaledwie pań-stwach: jest to Papua–Nowa Gwinea, Indo-nezja, Nigeria, Indie, Meksyk, Kamerun, Australia i Brazylia. Różnorodność tych ję- zyków jest niesamowita. Wystarczy spojrzeć na język rotokos, którego alfabet składa się tylko z 11 liter (pięciu samogłosek i sześciu spółgłosek) albo na nuxalk, w którym samogłoski w ogóle nie istnieją. Interesujący jest też język silbo, gdzie zamiast „normalnych słów”, ludzie porozumiewają się za pomocą gwizdów. Oryginalne brzmienie ma również taa, zaliczany do języków mlaskowych (uznawanych za jedne z najstarszych na świecie), w którym większość odgło- sów przypomina właśnie mlaskanie. W języku Indian z plemienia hopi pojęcie czasu nie istnieje, natomiast Indianie Pirah nie używają liczebników (tylko dwa wyrazy: dużo i mało) ani nazw kolorów. Wszystkie te języki mogą wyginąć w tym stuleciu! Rdzenne dialekty często wypierane są przez dominujące, urzędowe języki. Wszy- stko to sprawia, że lingwistyczna mapa świata staje się coraz uboższa. Języki wymierają nie tylko w egzotycznych krajach – w niebezpieczeństwie są też irla-ndzki, walijski, bretoński, kataloński czy górno– i dolnołużycki. W Polsce w grupie języków zagrożonych znajdują się m.in. kaszubski, karaimski, łemkowski, czy wila-mowski (też wilamowicki). Tym ostatnim

SPOŁECZEŃSTWO

posługuje się zaledwie około sześćdziesię-ciu osób mieszkających w Wilamowicach, większość z nich to ludzie w podeszłym wieku. Często jednak młodzi mieszkańcy tej miejscowości podejmują różne działa-nia, żeby uratować swoje dziedzictwo kul-turowe. Młody naukowiec z Wilamowic, Ty-moteusz Król, dzięki swojej pracy nad ko-biecym strojem wilamowskim został laure-atem polskich eliminacji Konkursu Prac Młodych Naukowców Unii Europejskiej, a w 2007 roku, dzięki jego wnioskowi, Bi-blioteka Kongresu USA wpisała wilamowski w rejestr języków świata. „Według Eithne Carlin, (...), istnieje około pięćset języków, w których porozumiewa się nie więcej niż kilkanaście osób." Dlaczego poznawanie wymierających diale-któw jest ważne? Jak wynika z informacji podanych na stronie languagesindanger.eu, na temat czterech piątych z siedmiu tysięcy wszystkich języków „wiemy bardzo niewie-le lub zwyczajnie nic": „Nauka nie odkryła jeszcze 80 proc. gatunków [organizmów]. Nie oznacza to jednak, że nie są one znane ludziom. Ci  którzy żyją w tamtych ekosys-temach, mają głęboką wiedzę o tych gatunkach i często potrafią klasyfikować je dużo subtelniej niż nauka" – wypowiadał się w „National Geographic” amerykański lingwista, David Harrison. „Ponad połowa wszystkich języków lokalizuje się w ośmiu zaledwie państwach (...)." Jak napisał kiedyś polski językoznawca, Piotr Bąk: „Z językiem jest tak, jak z po-wietrzem i ze zdrowiem. Ich wartość od-czuwamy dopiero po stracie”. Należy pa-miętać, że język to nie tylko sposób komu-nikacji, ale też kopalnia wiedzy przyrodni-czej, czy historycznej – wraz z jego śmiercią tracimy cząstkę wiedzy o naszej cywilizacji. Agnieszka Kracla Fot. 1: Eric Gaba (CC BY 2.0) Fot. 2: Leaftlanguage (CC BY Sa 2.0) Fot. 3: daveynin (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. Jedzenie, jako jedna z fundamentalnych potrzeb człowieka, towarzyszy nam od zawsze. Nieustannie pojawiają się jednak nowe praktyki żywieniowe. Należy do nich wegetarianizm mający zarówno wiernych zwolenników, jak i stanow-czych przeciwników. Z jakiego powodu wybór między spożywaniem mięsa a po-zbyciem się go z codziennej diety prowokuje do dyskusji prowadzonej przez obrońców zwierząt, lekarzy oraz przedstawicieli przemysłu gastronomicznego?
WEGE – MODA CZY STAN UMYSŁU?
SPOŁECZEŃSTWO

Ogólne zasady spożywania produktów przez wegetarian są powszechnie znane i zamykają się w określeniu „nie jemy nic, co pochodzi od zwierzęcia”. Występują jed-nak dodatkowe rozróżnienia, gdyż w zależ-ności od poglądów zmienia się rodzaj jada-nych produktów, z czego „niewegetarianie” często nie zdają sobie sprawy. Najbardziej powszechnymi rodzajami wegetarianizmu są  laktowegetarianizm, zezwalający na je-dzenie nabiału i miodu, laktoowowegetaria-nizm, który dodatkowo dopuszcza potrawy na bazie jajek oraz owowegetarianizm, któ-ry spośród produktów pochodzących od zwierząt akceptuje tylko ten ostatni pro-dukt. Formami wegetarianizmu, które wy-magają znacznie większych wyrzeczeń, są witarianizm i frutarianizm. Pierwszy model polega na spożywaniu jedynie świeżych, niegotowanych potraw oraz pozbyciu się gorących napojów, drugi natomiast zezwa-la na jedzenie tylko tych warzyw i owoców, których zerwanie nie przyczynia się do poz-

SPOŁECZEŃSTWO

bawienia rośliny „życia” (np. jabłek, pomi-dorów). Mniej powszechnymi odmianami są liquidarianizm, czyli spożywanie produktów świeżych, lecz jedynie pod postacią wycis-kanych soków oraz sprautarianizm, czyli zadowolenie się kiełkami roślin. Istnieje jeszcze jedna, stosunkowo duża społecz-ność, znana jako weganie. Ideą tego stylu życia jest całkowite wyzbycie się jakichkol-wiek rzeczy, które mają związek z zabija-niem zwierząt, a więc nie tylko mięsa, ale też skórzanych ubrań czy futer. „(...) dieta warzywna nie jest w stanie dostarczyć wystarczającej ilości białek (...).” Co skłania ludzi do zaprzestania spożywa-nia mięsnych specjałów? Przesłanek jest wiele i często mają one sensowne uzasad-nienia. Przede wszystkim wielu ludzi prze-raża złe traktowanie osobników przekazy-wanych na ubój. Zdjęcia publikowane przez organizacje zajmujące się prawami zwie-rząt przedstawiają szokujący widok. Młode trzymane są w katastrofalnych warunkach, wcześnie oddzielone od matek i sztucznie tuczone. Przebywają w tłoku i brudzie. Pó-źniej, w drodze do masarni, czeka je wiele cierpienia i bólu, wielogodzinny transport bez jedzenia i picia. Sama brałam udział w kongresie na rzecz obrony zwierząt, pod-czas którego miał miejsce pokaz materiałów filmowych ukazujących znęcanie się nad zwierzętami. Wierzcie mi,  wrażenie było naprawdę porażające.

SPOŁECZEŃSTWO „Przede wszystkim wielu ludzi przeraża złe traktowanie osobników przekazywanych na ubój.”

Kolejnym argumentem wegetarian jest moż- liwość zmniejszenia głodu oraz zanieczy- szczenia środowiska poprzez redukcję produkcji pokarmów na paszę oraz zużycia wody na potrzeby przemysłu mięsnego. Podkreślają oni także perspektywę ograni- czenia zanieczyszczeń odchodami, skut- kiem których pogłębiają się problemy kwaśnych deszczy i globalnego ocieplenia. Dosyć kontrowersyjnym zagadnieniem, dzielącym ludzi na zwolenników i przeciw-ników wegetarianizmu, jest również jego istotny wpływ na zdrowie i samopoczucie. Ci pierwsi przedstawiają badania udowad-niające znaczne wydłużenie życia oraz mniejszą zapadalność na choroby układu krążenia wśród wegetarian. Tymczasem Światowa Organizacja Zdrowia z wieloma lekarzami i dietetykami na czele podchodzi do sprawy z większym dystansem, zwraca-jąc uwagę na zubożenie diety, a co za tym idzie, niedobory wielu witamin i składników pokarmowych. Wieloletnie badania dowo-dzą, iż dieta warzywna nie jest w stanie do-starczyć wystarczającej ilości białek, gdyż te pochodzenia roślinnego nie są równie wartościowe jak zwierzęce – rezygnacja ze spożywania mięsa może prowadzić do upo- śledzeń zarówno fizycznych, jak i psychicz-nych naszego organizmu. Z tego powodu wegetarianizm odradzany jest kobietom w ciąży oraz – w celu zapobiegnięcia nie-prawidłowego rozwoju – dzieciom i mło-dzieży. W zależności od wybranego rodzaju diety występuje również duże prawdopodo-bieństwo zbyt małej ilości witamin B12 i D oraz żelaza dostarczanych w pożywieniu wegetarianina.

SPOŁECZEŃSTWO

Interesując się tematem wegetarianizmu i jego wielu odmian, spotykamy się często z dwoma zupełnie odmiennymi poglądami. Próbuje się nas przekonać, że „istnieje wiele sposobów, aby urozmaicić posiłki tak, aby były smaczne i zdrowe”, podczas gdy druga strona oponuje, twierdząc, iż „[We-getarianizm] wyniszcza organizm, przez niedostarczenie wszystkich wymaganych substancji odżywczych”. Czy istnieje jedno-znaczna odpowiedź na pytanie o znacze-nie mięsa w życiu człowieka? Jedno jest pewne – decyzja o przejściu na wegetaria-nizm nie powinna być spowodowana jedy-nie zachętami znanych twarzy, takich jak Brian Adams, Maja Ostaszewska czy Nata-lie Portman. Karolina Wilk Fot. 1,2,3,4: Roksana Grzmil Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. CZY TO SEN, CZY JAWA?
Czy wydawało ci się kiedyś, że wybudziłeś się ze snu, ale nie byłeś w stanie się ruszyć? A może myślałeś, że krzyczysz przez sen, a później okazywało się, że nic takiego nie miało miejsca? Albo doświadczałeś nocą dziwacznych wizji, a przy nich ogromnego niepokoju? Brzmi jak wyjęte z marnego serialu o zjawiskach paranormalnych? Nic bardziej mylnego.
NAUKA

Na temat snów powstało wiele teorii – nie-którzy mówią, że są one odzwierciedleniem naszych pragnień i lęków, inni zaś, że jeśli o czymś dużo myślisz, nawiedzi cię to no-cą. Krążą również teorie, według których śnimy wyłącznie między drugą a trzecią nad ranem. Ilu ludzi, tyle poglądów. Na-ukowcy co chwilę wysnuwają nowe konce-pcje, by potem szybko się z nich wycofać. I właśnie chyba przez te niewyjaśnione te-orie, życie senne może być równie fascynu-jące co przerażające. W epoce rozumu, de-finicji, nauki i chęci wytłumaczenia wszy- stkiego, sny pozostają ogromną tajemnicą. Jednym z zagadkowych zjawisk dotyczą-cych życia sennego jest to  które łączy sen i jawę i dotyka nawet 50% populacji, choć w większości doświadczający nie są tego świadomi. „U części ludzi zjawisko to pojawia się kilkukrotnie w przeciągu całego życia (...).” Porażenie senne, inaczej paraliż senny lub paraliż przysenny, pojawia się w początkowej

NAUKA „I choć zjawisko to nadal pozostaje tajemnicze, śmiało można stwierdzić, że choć raz w życiu doświadcza go około połowa populacji (...).”

bądź końcowej fazie snu i charakteryzuje się świadomością umysłu z jednoczesną niemożnością panowania nad ciałem. Podczas trwania tego stanu odczuwa się problem z oddychaniem, porównywalny do uciskania klatki piersiowej przez osobę trzecią, niemoc poruszenia jakimikolwiek kończynami albo też wrażenie uderzania którąś częścią ciała o łóżko, ścianę lub pod- łogę. Ludzie doświadczający paraliżu mie-wają bardzo często halucynacje wzrokowe, słuchowe czy też dotykowe. Mówią o zbli-żających się do nich zmorach, o dzwonieniu w uszach, o przyduszaniu przez kogoś. In-nym wydaje się, że wołali do konkretnej osoby, a po przebudzeniu okazuje się, że nikt z domowników żadnego krzyku nie słyszał. Jedyne nad czym osoba doświad-czająca porażenia sennego może panować, jest oddech i właśnie poprzez kontrolowa-nie go  dzięki miarowym wdechom i wyde-chom, można przyspieszyć wybudzenie. U części ludzi zjawisko to pojawia się kilku-krotnie w przeciągu całego życia i może być wynikiem stresu, nieregularnych go-dzin snu czy nadużywania alkoholu. Jeśli jednak paraliż senny powtarza się często, można podejrzewać zespół chorobowy zwany narkolepsją, który związany jest oczywiście z zaburzeniami snu. Paraliż wy-nika z wysyłania przez mózg impulsów do rdzenia kręgowego w nieodpowiednim mo-mencie. Ma to na celu powstrzymanie wy-konywania podczas snu niekontrolowanych ruchów, które mogą zrobić komuś krzyw-dę. Mózg ogranicza działanie mięśni, a po-zostaje w stanie czuwania, przez co w nie-

NAUKA

których sytuacjach dana osoba ma odczu-cie, jakby nie wybudziła się do końca ze snu i usilnie stara się to zrobić. Osoby doświadczające porażenia sennego mówią o wrażeniu, jakby przebywały z nimi złe moce, co może odpowiadać wierzeniom ludowym w nocne demony, nawiedzające i paraliżujące swoją ofiarę podczas snu. I choć zjawisko to nadal pozostaje tajemni-cze, śmiało można stwierdzić, że choć raz w życiu doświadcza go około połowa popu-lacji i nie ma to związku z chorobami psy-chicznymi czy opętaniami, jak niektórym, doświadczającym porażenia, się wydaje. Inni natomiast wykorzystują paraliż senny do praktykowania snu świadomego, co wy-daje mi się niezrozumiałe, a nawet przera-żające, ponieważ na podstawie własnych doświadczeń mogę powiedzieć, że nie chciałabym doznać tego po raz kolejny czy próbować poznać lepiej to zjawisko. Kilku-krotnie doświadczyłam opisanego stanu – myślałam, że uderzam głową o łóżko i słyszałam dzwonienie w uszach – jednak po uregulowaniu godzin snu, wszystko, na szczęście, wróciło do normy. Natalia Śliwińska Fot. 1: TheAlieness GiselaGiardino (CC BY 2.0) Fot. 2: rolands.likes (CC BY 2.0) Fot. 3: Peasap (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. Euro 2012 – darmowe. Mundiale w RPA czy Brazylii bez naszej piłkarskiej repre-zentacji – darmowe. Liga Światowa i Final Six w Ergo Arenie – darmowe. Kto i dlaczego nagle każe nam płacić za sportowe emocje?
OPERACJA KODOWANIE –  CYFROWY POLSAT ROZDAJE KARTY
SPORT: SIATKÓWKA

Już pod koniec sierpnia rozpoczną się w Polsce siatkarskie Mistrzostwa Świata mężczyzn, w których nasza drużyna, mimo słabego występu w lidze (zakończyła rywa-lizację na fazie grupowej), wystartuje jako jeden z faworytów do tytułu. Piłka siatko-wa cieszy się w Polsce rosnącą popularnoś-cią, bilety na spotkania rozchodzą się ni- czym napoje wysokoprocentowe na Wood-stocku. Władze Polsatu postanowiły jednak ukarać sympatyków innych platform me-dialnych i zakodowały mundial dla wszy-stkich, którzy nie posiadają dekoderu Cyf-rowego Polsatu. Podobno nie znaleziono sponsora, a propozycja wykupienia praw do transmisji przez TVP została odrzucona. Dotychczas bilety na mecze rozgrywane w halach znikały w szaleńczym tempie, je-dnak nawet jeśli kibic nie dał rady ich za-kupić, pocieszał się myślą dopingowania ulubionej drużyny w domowym zaciszu czy pobliskim pubie. Niestety, brak środków fi-

SPORT: SIATKÓWKA

nansowych wymusił na władzach kanału pobieranie opłat. Działacze Polsatu argu-mentują, że większość fanów stanowią wi-dzowie ich telewizji oraz że nic nie dzieje się bez przyczyny. Według nich wina spo-czywa także na władzach naszego kraju, ślepo bowiem faworyzuje się piłkę nożną. Mistrzostwa Świata mogły być wspaniałą wizytówką i promocją Polski jednak, jak mówi Marian Kmita – szef kanału Polsat Sport – „polski sport jest wciąż upośledzony”. Do płacenia za niektóre spotkania Konfron-tacji Sztuk Walki polscy kibice już przywy-kli, jednak czy od teraz podobny scenariusz czeka więcej imprez sportowych? Reguły nie ma  nie ma też póki co informacji o za-kodowaniu na przykład Mistrzostw Europy w piłce ręcznej mężczyzn. Transmisje nie-których meczy to wciąż spory problem w Polsce, szczególnie jeśli mowa o mniej-szych turniejach tenisowych czy spotka-niach polskich klubów szczypiorniaka lub piłki nożnej. Nie ma nic za darmo – nie wiadomo co będzie dalej, jednak wsparcie dla kanałów sportowych jest potrzebne, i to od zaraz! Zawsze zdumiewała mnie li-czba sponsorów turniejów tenisowych, gdzie pule nagród to obecnie już miliardy dolarów – ciekawe, czy kiedyś ktoś cho-ciażby ułamkiem tej ceny wesprze najwięk-sze sportowe imprezy w Polsce. Klaudia Maciejewska Fot. 1: DrabikPany (CC BY 2.0) fot. 2: Grzegorz.Jareczek (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów.