Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury strona 6 ostatni czytelnik strona 7 bella Italia w trzech odsłonach strona 10 narysuj swoją przyszłość strona 15 teatr, który puszcza oko do widza strona 18 pijany jak Polak, skąpy jak Szkot strona 21 pedofil na każdym rogu strona 28 „hypotheses non fingo – nie tworzę hipotez” strona 31 american dream pod postacią wehikułu czasu strona 36 rewanż za Ligę Mistrzów strona 38 SŁOWEM WSTĘPU O CHWALE I PRZYJEMNOŚCIACH
O personie, której sława przetrwała wieki oraz o skrzętnie udokumen-towanych podróżach.


Żyjemy w czasach, kiedy bycie osobą głośną i kon-trowersyjną jest dużo łat-wiejsze niż dawniej. Zrób coś, o czym będą pisać gazety i portale interneto-we, a może ktoś o Tobie usłyszy, może nawet Cię zapamięta. Nie musisz być nawet wybitną osobowo-ścią czy geniuszem w ja-kiejś dziedzinie. Wystarczy chwytliwy pomysł i gotowe – masz swoje pięć minut chwały. Tyle że tutaj mówię o sławie chwilowej, takiej, o której za dziesięć lat (co dopiero za pięćset) nikt nie będzie pamiętał, zaś na naszej okładce możecie zo-baczyć kogoś wyjątkowe-go; jego osiągnięcia prze- trwały wojny, zawirowania historii, upadki systemów i zmiany społeczne Do dziś, gdy wypowiesz jego nazwisko, jesteś pewien, że Twój rozmówca będzie znał tę postać, może przywoła zasady dynamiki, może opowie anegdotę o jabłku. Tego Isaaca Newtona znają wszyscy. Czy chcesz ujrzeć go od trochę innej, zaskakującej strony? Zachęcam do lek-tury najnowszego tekstu naukowego – naprawdę warto! Dla części czytelników Outro właśnie rozpoczyna się ostatni tydzień wakacji. Na poprawę morali nowy cykl – poznaj słoneczną i piękną Italię w trzech odsłonach. Na pierwszy ogień Piza. Zapnij pasy, bo będzie to podróż pełna przygód! Jeśli jednak masz przed sobą jeszcze miesiąc, spokojnie. Zapewniam, że z Outro go nie zmarnujesz. Paulina



Outro ISSN: 2299 - 5242 Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl Redaktor naczelna: Paulina Zguda Zastępca: Anna Lewicka Sekretarz redakcji: Ilona Chylińska Zastępca sekretarza redakcji: Mariola Lis Redaktor prowadzący: Agnieszka Gryglicka Korekta wydania: Anna Maciejończyk Fotoedycja: Roksana Grzmil Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Agnieszka Kracla (społeczeństwo), Maciej Dziubiński (sport), Anna Maciejończyk (korekta), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy) Korekta: Agata Andrzejak, Sabina Błaszczok, Klaudia Dąbrowska, Agnieszka Dydacka, Kinga Gintowt, Dominika Głowacka, Maria Gołaszewska, Agata Hajduk, Anna Maciejończyk, Klaudia Wesołowska, Wojciech Żywolt Graficy: Patryk Skoczylas, Magdalena Kosewska Projekt okładki: Patryk Skoczylas Zdjęcie na okładce: Andrea Ciambra (CC BY 2.0) WOKÓŁ KULTURY 25.08.–31.08.2014
Covered – Uncovered Do 8 września w Centrum Kultury Katowice można oglądać wystawę amerykańskiej fotografki – Pat York. Wystawa składa się zdjęć przedstawiających portrety Andy’ego Warhola, Roberta Rauschenberga, Jane Fondy, Kiki Smith, Jeffa Koonsa i innych.
KULTURA: WOKÓŁ KULTURY

David D’or wisienką na festiwalowym torcie W niedzielę 31 sierpnia na Placu Grzy- bowskim w Warszawie odbędzie się fina- łowy koncert Festiwalu Warszawa Singera. Na scenie wystąpi izraelski artysta obda- rzony niepowtarzalnym głosem – David D’or. Gościnnie pojawi się również Frank London z USA. Sulęcin Reggae Festiwal Od 28 do 30 września na terenie stadionu miejskiego oraz w różnych punktach Sulę- cina odbędzie się V edycja trójkolorowego festiwalu. Na scenie wystąpią: Natural Mystic Akustycznie, Bongostan, Big Up!, Yelram oraz Transplantacja. Sulęcin Reggae Festiwal to nie tylko muzyka – to również działania promujące kulturę i sztukę reggae. „Václav Havel na wyciągnięcie ręki” Do 7 września w średniowiecznych piwni- cach Małopolskiego Centrum Kultury można oglądać wystawę przybliżającą postać by- łego prezydenta Czech. Na wystawie pre- zentowane są fotografie ukazujące Havla tuż po uwolnieniu z więzienia, w pierw- szych dniach po objęciu urzędu prezyden- ckiego, podczas zagranicznych podróży oraz w towarzystwie najbliższych mu osób. Alicja Wojtas–Herok Fot. 1: Joakim Westerlund (CC BY 2.0) Zdjęcie zmniejszono i przycięto z oryginału. OSTATNI CZYTELNIK #11
Tym razem bardzo literacko. Co ma wspólnego bielizna z czytaniem? Facebook ze sprzedażą książek? Twitter z rozpoczętymi, ale niedokończonymi utworami? Tatuaże z „Alicją w Krainie Czarów”? I dlaczego przetrzymana książka wzbudzi-ła taką sensację? Odpowiedzi i pytań jest wiele, zatem nie pozostaje nic innego, jak wczytać się w kolejny odcinek cyklu!
KULTURA: OSTATNI CZYTELNIK

Nie czytasz? Nie idę z Tobą… Dalej kończyć nie trzeba, bo to nazwa bar-dzo znanej i popularnej w Polsce akcji. Tym razem jednak nie o nasz kraj chodzi, a o Francuzów i ich najnowszą „literacką” bieliznę. Nie ma to jednak nic wspólnego z jako takim motywem literackim, lecz do-słownie – z książką. Od września firma Etam wprowadza do damskiej kolekcji bieli-znę z kodem QR  którego zeskanowanie da-je dostęp do niepublikowanych wcześniej opowiadań francuskich pisarzy m.in. Pier-re’a Lemaître’a, Nelly Alard, Marie Desple- chin, Valentine Goby, Barbary Constantine czy też Laurenta Seksika. Czy to wystarczy, by zachęcić do czytania przed snem najba-rdziej przygnębiony naród świata? (Czytaj odcinek dziewiąty cyklu w 180. numerze Outro) „Poradnik erotyczny (...) nie pomógł w ratowaniu małżeństwa wypożyczającemu.” Kup książkę przez FB! I to nie żart, tak bowiem niedługo mogą

KULTURA: OSTATNI CZYTELNIK

wyglądać posty na najbardziej popularnym portalu społecznościowym. Słowa te jednak nie będą dziełem fanów, a pisarzy i wyda-wców, których Facebook ma uzbroić w no-wą aplikację – „kup”. Dostęp do nowego na-rzędzia, które jest w trakcie testowania, po-zwoli na sprzedaż książek – zarówno tych tradycyjnych, jak i elektronicznych – bez pośrednictwa księgarni internetowych. Re-wolucja na rynku książki czy może kolejna chęć uzależnienia naszego życia od FB? Tweet: CZYTAJ! Często zdarza ci się odłożyć niedokończoną książkę i o niej zapomnieć? Ten problem jest na tyle duży, że brytyjski odział Wyda-wnictwa Penguin wraz z agencją kreatywną Mood wypuścił na rynek pierwszą inteligen-tną zakładkę przypominającą o niedokoń-czonej pozycji. Urządzenie to podłączone do sieci Wi–Fi wykrywa, kiedy czytana przez nas książka leży długo nieotwierana i wysyła tweeta na konto czytelnika z przy-pomnieniem o dogorywającym utworze. Za- kładka ta jest częścią kampanii „Tweet dla czytania”, która ma zachęcić do czytania wszystkich, którzy nad tę czynność prze-kładają aktywność na portalach społeczno-ściowych. Urządzenie zostało wydane w trzech wersjach z portretami trzech zna-nych twórców tj. portugalskiego pisarza Jo-sé Saramago, niemieckiego filozofa Friedri-cha Nietzschego oraz brazylijskiego muzy-ka Viníciusa de Moraesa. Naturalnie tweety mają żartobliwy charakter i w ten sposób posiadacz zakładki z postacią F. Nietzsche-go może przeczytać na swoim profilu „Bóg umarł. Nie pozwól, aby i moje dzieło umar-ło nieczytane”.

KULTURA: OSTATNI CZYTELNIK

Powieść w tatuażach Tatuowanie sobie na ciele ulubionych cyta-tów bądź motywów literackich nie jest ni-czym specjalnym, swego czasu stało się na- wet modą – pokaż za pomocą swoje ciała, że czytasz. Teraz postanowiono pójść o krok dalej i „wytatuować” całą powieść na ciałach 2 5 tys. ochotników. Szokujące? Spokojnie, „tatuowana” książka to „Alicja w Krainie Czarów”, a ów „tatuaż” to tylko tymczasowa naklejka, niegdyś dodawana do chrupków. W projekcie udział mógł wziąć każdy, kto wpłacił przynajmniej jed-nego dolara na kampanię promującą właś-nie tymczasowe tatuaże. Chętnych zebrano w niecałe dwanaście godzin, a sukces ten przerodził się w chęć tatuowania kontynu-acji powieści, czyli „Po drugiej stronie lus-tra” na kolejnych 2 5 tys. śmiałków. Firma Litographs, która jest organizatorem proje-ktu, rozpocznie drukowanie naklejek we wrześniu, a galeria ich zdjęć będzie dostęp-na w Internecie. Jacyś chętni na tatuaż? „Od września firma Etam wprowadza do damskiej kolekcji bieliznę z kodem QR, którego zeskanowanie daje dostęp do niepublikowanych wcześniej opowiadań francuskich pisarzy (...).” Ups. Termin zwrotu minął… Komu z nas nie zdarzyło się przetrzymać książki z biblioteki? Wymówki były różne: bo nasz egzemplarz się zgubił, bo był tylko jeden, a tak bardzo potrzebny, bo nie było czasu i okazji, by oddać, bo… Ale czy ktoś z was przetrzymał kiedyś książkę 54 lata albo zna kogoś, kto to uczynił? Jeden z bi-bliotekarzy z Manhattanu podzielił się his-torią zwrotu pewnej książki na swoim blo-gu. Otóż książka autorstwa Theodoora Hendrika van de Velde pod tytułem „Idealne małżeństwo” dotarła w zeszłym roku do biblioteki aż z Arizony z listem przepraszającymza przetrzymanie. Poradnik erotyczny, który rozszedł się w Stanach Zjednoczonych w nakładzie przekraczającym pół miliona egzem-plarzy, niestety nie pomógł w ratowaniu małżeństwa wypożyczającemu. Rodzina odsyłająca „zagubioną” książkę napisała w liście, że nieznany nam mężczyzna roz-wiódł się ze swoją żoną. W książce, której data zwrotu minęła 17 sierpnia 1959 roku, nie było żadnych notatek, poza jednym podkreślonym zdaniem: „troszczą się jedynie o rozładowanie swojego napięcia, a nie robią nic dla swoich żon jako in-dywidualnych jednostek lub partnerek”. Ilona Chylińska Fot. 1: Sean McEntee (CC BY 2.0) Fot. 2: Tim Geers (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. Ten krótki cykl, który rozpoczyna poniższa relacja, jest zapisem mojego dwuty-godniowego pobytu we Włoszech, gdzie odwiedziłam Pizę, Florencję i Wenecję. Wybór kierunku podróży nie stanowił dla mnie problemu. Od momentu, kiedy przed dwoma laty byłam w Rzymie, nieustannie jestem pod wrażeniem urody i klimatu włoskich miast oraz stylu życia ich mieszkańców.
BELLA ITALIA W TRZECH ODSŁONACH #1
KULTURA: PODRÓŻE

Przystanek pierwszy: Piza Piza wydaje mi się szczególnie przyjazna dla wszystkich osób, które rozpoczynają przygodę ze zwiedzaniem Włoch. Choć miasto niekoniecznie nadaje się na jedyny cel włoskiej wyprawy – wszak jego cen-trum jak i przedmieścia można zwiedzić w niespełna godzinę – to ma w sobie urok, jakiego spodziewamy się po „małych, włos-kich miasteczkach”. W Pizie dostrojenie się do włoskiego stylu życia przychodzi dużo łatwiej niż w takich miastach jak Rzym czy Florencja. Piza nie przytłacza nas perspektywą setek eksponatów i zabytków, które „trzeba ko-niecznie zobaczyć”. W zasadzie większość najciekawszych obiektów, czyli krzywa wie-ża, baptysterium, katedra i cmentarz Cam-posanto, mieści się w jednym, uroczym miejscu – na Piazza del Duomo, zwanym również Polem Cudów.

KULTURA: PODRÓŻE

W zwolnionym tempie Na zwiedzanie tego miejsca warto przezna-czyć cały dzień. Poznawanie Piazza del Du-omo dobrze rozpocząć od kupienia biletu obejmującego kilka zabytków. Przykładowo – cena biletu pozwalającego na wejście do baptysterium i Camposanto wynosi siedem euro. Do katedry mamy wstęp wolny pod warunkiem, że posiadamy bilet potwierdza-jący chęć zwiedzania innych zabytków. Jeśli mowa o wieży, to tutaj cena wynosi aż osiemnaście euro. Dokładny cennik można znaleźć tutaj. Ponadto na Polu Cudów znaj-dują się także dwa muzea: Opera del Duo-mo i Sinopie. W ciągu trzech dni spędzonych w Pizie by-łam wielokrotnie na Piazza del Duomo, za-równo w dzień, jaki i w nocy. Wszystkie budynki zrobiły na mnie wielkie wrażenie, jednak z perspektywy czasu najbardziej wspominam dostojny spokój przestronnych, ogromnych wnętrz cmentarza Camposanto. W 1944 r. w wyniku eksplozji bomby więk-szość cennych zabytków zebranych w tym miejscu została zniszczona. Spacerując w krużgankach cmentarza, mamy wrażenie, że są one puste i ogołocone, jednak odre-staurowane freski „Triumf śmierci” i „Sąd Ostateczny” stanowią świadectwo skarbów, jakie się tutaj niegdyś znajdowały. Campo-santo, które przed wojną było główną at-rakcją Pizy, oczarowało mnie swoją historią i melancholijnym klimatem. „Piza nie przytłacza (...).”

KULTURA: PODRÓŻE

Między oglądaniem fresków w Camposanto a słuchaniem śpiewu chóru w baptysterium nie trzeba się w ogóle śpieszyć. Można wy-ciągnąć się na miękkim jak dywan trawniku, który otacza zabytki, odpocząć, cieszyć się słońcem i atmosferą najważniejszego miej-sca w Pizie. Bo atmosfera jest zaskakująco radosna. Wokół ludzie w różnym wieku wy-ginają się w esy i floresy, by ich zdjęcie w pozie sugerującej podtrzymywanie krzy-wej wieży powaliło znajomych. Dzieci, znu-dzone wędrówką od ołtarza do ołtarza w katedrze, dają upust energii, szalejąc na wspomnianym już trawniku. Poza wesołą wrzawą najmłodszych słychać także szcze-kanie psów, które mieszkańcy Pizy masowo tutaj wyprowadzają, na szczęście z posza-nowaniem norm higieny. Ze względu na szczególny charakter miejsca władze wpro-wadziły tutaj zakaz handlu, dzięki czemu wszyscy namolni sprzedawcy okularów przeciwsłonecznych, chust, kapeluszy oraz zegarków tłoczą się przy wejściach na Pole Cudów, ale nie mają na nie wstępu. Pizza, pasta i calzone Wokół Piazza del Duomo znajduje się oczy-wiście mnóstwo trattorii i restauracji, gdzie można zjeść smaczny obiad. Choć ceny w Pizie nie są wyśrubowane, trzeba każdo-razowo brać pod uwagę to czy restauracja pobiera opłaty za nakrycie, tzw. coperto. W niektórych włoskich miastach to nawet trzy euro od osoby. Niemniej, jeśli wybie-rzemy się w Pizie do restauracji, to średnio za makaron zapłacimy około siedmiu euro, natomiast za pizzę około dziewięć–dziesięć euro. Warto szukać lokali ukrytych w bocz-nych, spokojnych uliczkach oddalonych od głównych placów. Jeśli znajdzie się taką,

KULTURA: PODRÓŻE „Między oglądaniem fresków w Camposanto a słuchaniem śpiewu chóru w baptysterium nie trzeba się w ogóle śpieszyć.”

w której siedzą mieszkańcy miasta, zawsze można odczytać to jako dobry znak. Wszak kucharz powinien gotować tutaj na tyle do-brze, by warto było odpuścić domową wło-ską kolację, która, umówmy się, musi być przepyszna. Poza tym możliwość przeby-wania z włoskimi seniorami zawsze spra-wia mi wiele radości – ale o tym później. Tańszą opcją od obiadu w restauracji jest kupienie przepysznego calzone, bułki z na-dzieniem – najczęściej z szynki i sera, w je-dnej z lokalnych piekarni i skonsumowanie w cieniu baptysterium. W moim odczuciu taki obiad smakuje o niebo lepiej. Ponadto zawsze warto odwiedzić dwa inne punkty: małe kawiarnie, gdzie szalenie mocne es-presso kosztuje jedno euro oraz cukiernie, przed wystawami których mogłabym stać wieki. Jestem zdania, że warto spróbować każdego ciastka. Wszak w dalszą podróż można jechać stopem a nie pociągiem, prawda? Ale nie przesadzajmy, Piza jest również miastem studenckim i ceny są tu-taj naprawdę niskie w porównaniu do Flo-rencji czy Wenecji. Zamieszkaj w Pizie W zasadzie po opuszczeniu Pola Cudów można zapomnieć, że jest się w miejscu będącym celem turystycznych „pielgrzy-mek”. Nie tylko ze względu na to, że wy-cieczki te nie są nazbyt liczne, lecz również dlatego, że mieszkańcy Pizy zdają sobie nic nie robić z obecności Hindusów, Japończy-ków, Rosjan czy Szwedów. W restaurac-jach to właśnie stali bywalcy są obsługiwa-ni z ogromną czułością. Momentami mia-łam wrażenie, jak gdybym wprosiła się na

KULTURA: PODRÓŻE

rodzinny obiad. Innymi słowy atmosfera familiarności i ciepła niemal bije od elegan-ckich staruszków, którzy niczym dwudzies-tolatkowie wybrali się na kawkę do restau-racji pod domem i w przerwach między wątkami rozmowy oglądają się za kobieta-mi, przesyłając co ładniejszym zalotne uś-miechy, które w większości zostają odwza-jemnione(!). Atmosfera życia w takich mia-stach jak Piza może nauczyć niesamowitej pogodności i życzliwości. Wiele razy odno-siłam wrażenie, że wystarczy właściwie przestroić się na te dwie fale, by poczuć się jak w domu, jeżeli nie lepiej. Kiedy drugie-go dnia sprzedawczyni rozpoznaje cię i czę-stuje malutkimi, serowymi bułeczkami, a barman w kawiarni z miejsca pyta „Es-presso?”, bo właśnie to zamówiłaś wczoraj, to wiesz, że coś jest na rzeczy. Tym większe było moje zaskoczenie, kiedy odkryłam, że Piza ma także drugie, nocne oblicze. I nie mam tu na myśli tylko tego, że wtedy także wygląda niesamowicie. Wracając około 23.00 z Piazza Duomo, nie poznałam placu, przy którym znajdowała się moja ulubiona piekarnia. Wieczorem w miejscu, gdzie rano stały stragany z wa-rzywami, wyrosły ogródki restauracji. Lo-kal, który w południe identyfikowałam jako kawiarnię, zmienił się w dudniącą w rytm letnich hitów dyskotekę. Po oglądaniu bap-tysterium w świetle księżyca co prawda nie miałam ochoty na szaloną imprezę, ale pe-rspektywa takowej możliwości była całkiem sympatyczna. W końcu Piza to miasto na wskroś studenc-kie. Pizański uniwersytet jest jednym z naj-starszych w Europie. Szczególnie wrażenie robi również tutejszy park botaniczny – pierwszy założony na naszym kontynen-cie. Naprawdę warto zobaczyć las bambu-sowy, który udało się wyhodować pracow-nikom ogrodu. „Ale nie przesadzajmy, Piza jest również miastem studenckim i ceny są tutaj naprawdę niskie w porównaniu do Florencji czy Wenecji.” Poza niesamowitymi zabytkami na Polu Cu-dów, klimatem i mieszkańcami Piza ma je- szcze wiele innych atutów. Nie muszę chy-ba tłumaczyć, jak komfortowe stają się spacery, gdy niemal na każdym kroku cie-szy nasze oczy piękno pizańskiej architek-tury, a zza rogu może wyłonić się kolejny, zielony plac z murem platanów lub palm. Jeżeli to wszystko nam się jednak znudzi, zawsze możemy, mając bazę wypadową w Pizie, zwiedzić cały region obfitujący w wiele innych ciekawych atrakcji, takich jak Lukka czy kamieniołomy w okolicach Carrary. Nawet jeśli zamieszkanie w Pizie wydaje się nierealne, warto pojechać tam chociaż na Erasmusa. Renata Janus Fot. Radosław Janus Utalentowana i świadoma swoich umiejętności. Reprezentantka młodego po-kolenia polskich artystów. Malwina Kozak (19 l.), uczennica warszawskiego te-chnikum, inspiruje i zadziwia. W naszej rozmowie opowiada o trudach i radoś-ciach, które towarzyszą jej, odkąd spełnia swoje marzenia.
NARYSUJ SWOJĄ PRZYSZŁOŚĆ
KULTURA: WYWIAD

Emilia Pluskota: W jaki sposób rozpo-częłaś swoją przygodę z rysunkiem? Malwina Kozak: Jej początki sięgają lat dzie-ciństwa, kiedy kopiowałam rysunki z maga-zynów dla dzieci. Z wiekiem moje pasje się zmieniały, coraz więcej czasu poświęcałam nauce i sprawom bieżącym. Zaledwie trzy lata temu postanowiłam na nowo spróbo-wać swoich sił i kupiłam profesjonalne ołów-ki. Co cię zmotywowało do dalszej pracy nad swoim warsztatem? Przede wszystkim uświadomiłam sobie, ja-kimi umiejętnościami dysponuję. Ważne było też wsparcie rodziny oraz przyjaciół. To właśnie oni zobaczyli moje rysunki jako pierwsi i namawiali mnie do dalszej pracy. Reakcje kolejnych osób na moją twórczość były dla mnie zupełnie nowym i nadzwy-czajnie przyjemnym doświadczeniem. Za-częłam odczuwać satysfakcję z tego, co robię.

KULTURA: WYWIAD

W jaki sposób wypromowałaś swoje prace? Internet jest w tej chwili najszybszym i naj-prostszym w obsłudze środkiem przekazu. Gdy nabrałam pewności siebie, postanowi-łam założyć oddzielne konto na Facebooku i tam umieszczać swoje rysunki. Efekt był szokujący, już po roku zdobyłam 3 5 tys. fa- nów. Następnym krokiem w kierunku osiąg- nięcia popularności było założenie kolej-nych stron na portalach takich jak Insta-gram, DeviantArt (społeczność internetowa dla artystów – przyp. red.) czy Behance (serwis przeznaczony do promocji swoich prac – przyp. red.). Od czego zależy popularność w sieci? Niestety bardzo wiele zależy od szczęścia. Niektóre z moich prac zauważyli inni, zna-cznie popularniejsi ode mnie artyści i umie-ścili je na swoich stronach. Jeśli ktoś cię poleci, to zdobywasz dużo szersze grono odbiorców. Istnieją portale, które zajmują się tylko promocją młodych, nowych ryso-wników. To  na ilu z nich się znajdziesz, stanowi odzwierciedlenie twojego talentu i umiejętności. Wiele osób na pewno zastanawia się, czy taka pasja się opłaca? Najwyższą wartością mojej pracy jest sa-tysfakcja i dobra zabawa. Możliwość zaro-bienia na swoim hobby to kolejna motywa-cja, by kontynuować to zajęcie. Jeśli w przy-szłości uda mi się utrzymać tylko z rysunku, to będę jedną z najbardziej spełnionych za- wodowo osób na świecie. Patrząc na moje dotychczasowe sprzedaże, odnoszę wraże-nie, że perspektywa życia ze sztuki jest re-alna. W jaki sposób znajdujesz swoich kli-entów? W Polsce czy za granicą? W moim przypadku jest to zróżnicowane. Wiele zależy od tego, na jakiej stronie się znajdziesz i w jakim kraju jest ona popular-na. Klienci zza granicy są dużo bardziej przychylni niż ci z Polski. Zdarzają się sytu-acje, w których Polacy tracą zainteresowa-nie, gdy dowiadują się, jaka jest cena za konkretną pracę. Czasem nawet wyśmie-wają niewygórowane kwoty proponowane przez artystę. Jak myślisz, z czego wynikają te róż-nice? Polacy nie są przyzwyczajeni do podziwia-nia sztuki we własnym domu. Przy polskich zarobkach trudno być na bieżąco z wysta-wami w galeriach, a co dopiero kupować konkretne obrazy. W naszym kraju wyda-wanie pieniędzy na oryginalne obrazy jest wyznacznikiem prestiżu, przynależności do wyższej klasy społecznej. Za granicą sprawa wygląda nieco inaczej. Otrzymywałam pro-pozycje zakupu moich rysunków z Australii, Kanady, Norwegii. Mam nadzieję, że sytua-cja w Polsce wkrótce się zmieni i przesta-niemy traktować sztukę jak fanaberię. Jak liczna jest grupa młodych arty-stów–rysowników w Polsce?

KULTURA: WYWIAD

Jest nas bardzo wielu, a liczba ta wzrasta. Im bardziej interesuję się tym tematem, tym więcej nowych osobistości poznaję. „Polacy nie są przyzwyczajeni do podziwiania sztuki we własnym domu.” Czy istnieją w Polsce galerie sztuki przychylne młodym, początkującym artystom? Istnieją, jednak są to niezbyt popularne, małe galerie, przeważnie te w niewielkich miastach. W dużych miejscowościach, ta-kich jak Warszawa, dużo trudniej jest zaist-nieć. Zazwyczaj pomocne są znajomości lub dobre nazwisko. Często też warunkiem jest zapłacenie za wystawienie swoich prac. Ja wciąż przygotowuję się do swojego pierwszego wernisażu. Na tę chwilę nie mam wystarczającej liczby satysfakcjonu-jących mnie rysunków, które chciałabym przedstawić w stolicy, część moich prac sprzedałam. Póki co  moją sztukę można oglądać na Facebooku (Mal. Art), Instagra-mie (malartofficial) oraz na DeviantArt (Maaal–Art). Emilia Pluskota Autorką prac jest Malwina Kozak. TEATR, KTÓRY PUSZCZA OKO DO WIDZA
Teatr XL to najmłodszy repertuarowy teatr w Warszawie, który wzbudza zain-teresowanie swoją niezwykłą i różnorodną ofertą. Jest on doprawdy zadziwia-jący, nie tylko ze względu na wystawiane w nim spektakle, ale przede wszys-tkim z powodu panującej w nim atmosfery.
SPOŁECZEŃSTWO

W październiku 2013 roku przy ulicy Kredy-towej miało miejsce wielkie otwarcie Sceny Teatru XL mieszczącego się w siedzibie Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie. Teatr istnieje już od 2012 ro-ku i cieszy się dużą popularnością nie tylko wśród warszawiaków. Z grona innych tea-trów wyróżnia się niesamowitym charakte-rem, a także interesującym repertuarem. Widz zmienia wydarzenia „Ideą Teatru XL jest odświeżenie wizerun-ku teatru (…). Dla nas widz jest gościem, którego staramy się podjąć jak najlepiej – zawsze mamy dla niego czas. Spektakle Teatru XL oparte są na autorskich scena-riuszach młodych scenarzystów bądź są adaptacjami naszych reżyserów. Repertuar zaskakuje widownię stolicy” – twierdzi Dia-na Karamon, dyrektor artystyczny Teatru XL. Formą promocji teatru, jak i dodatkową atrakcją dla młodzieży są organizowane co roku warsztaty teatralne z zawodowymi ak- torami, także z zagranicy. Celem jest zapo-znanie młodych ludzi z polskim teatrem oraz wprowadzenie ich w świat przedsta-wień. „Jako jedyny zawodowy teatr zajmu-jemy się Teatrem Forum – interaktywnymi spektaklami o charakterze edukacyjnym i społecznym, będącymi w wydaniu XL  – interesującą propozycją artystyczną. Te-atr Forum wywodzi się z Brazylii, a jego twórcą jest Augusto Boal (brazylijski dyrek-tor teatralny, pisarz i polityk – przyp. red.)”. Wystawiane spektakle mają charakter nie tylko społeczny, ale i edukacyjny. Karamon mówi: „Augusto Boal poruszał tematy, z którymi utożsamiało się społeczeństwo (…) do tego stopnia, że podczas jednego z przedstawień (…) jedna kobieta tak to przeżyła, że krzyknęła: Stop! To nie może się tak zakończyć! W ten sposób narodził się Teatr Forum, w którym widz może (…) pokierować tak życiem głównego bohatera, by nie skończyło się ono tragedią. (…) Pro-pozycja Teatru XL różni się od innych tym,

SPOŁECZEŃSTWO

że nasze spektakle, jak w teatrze Augusta Boala, są grane przez aktorów, którzy spra-wiają, że widz wierzy w to, co widzi na sce-nie” – kończy dyrektor artystyczny. Ponad-to, jak pokazuje strona główna Teatru XL  jego dyrektorzy myślą także o innych. Te-atr wspiera różne instytucje i fundacje, któ-re pomagają chorym ludziom. Sam fakt, że widz, który ogląda przedstawianą sztukę, może zaprzeczyć mającym nadejść wyda-rzeniom, decyduje o atmosferze teatru. Wybitna gra aktorska również przyczynia się do panującego w sali nastroju. Spektakle W Teatrze XL bardzo często wystawiane są sztuki dotyczące młodzieży. Jednym z naj-nowszych spektakli tego typu jest historia Klaudii w przedstawieniu pt. „Zalajkuj mi życie” . Dziewczyna, próbując zmierzyć się ze szkolnymi problemami, doprowadza swo-je życie do ruiny. Widz śledzi losy dziewczy-ny i podejmowane przez nią decyzje, a pó-źniej stara się zmienić losy głównej bohate-rki. Osoby oglądające wystawianą sztukę mogą zrozumieć otaczającą ich rzeczywis-tość i codzienny świat swoich dzieci, co jest rzadko spotykane na innych scenach. Teatr XL zdobywa gromkie brawa i świetne rece-nzje właśnie ze względu na tematykę wys-tawianych sztuk. Przykładem tego jest cho-ciażby „Ślub” Witolda Gombrowicza. Spek-takl ten zdobył uznanie na Międzynarodo-wym Festiwalu we Francji, a dyrektorzy te- atru otrzymali propozycje współpracy z  ta-kimi ośrodkami jak Instituto Arte Teatrale w Rzymie, Teatr Litsensky z Omska, Sto-warzyszenie Teatralne Creac z Francji. W chwili obecnej owocami tej współpracy są następujące spektakle: „Lekarz mimo

SPOŁECZEŃSTWO

woli” w reż. Sergei Timofeev oraz „Limonki z Sycylii” w reż. Marigiovanna Rosati Han-sen. Ponadto Teatr XL współpracuje z róż-nymi artystami i uatrakcyjnia spektakle o Street Art, a także zaprasza do kraju zag-ranicznych instruktorów, by poszerzyć wie-dzę o teatrze wśród dzieci i młodzieży. Jed-ną z licznych zalet teatru jest również to  że organizuje ciekawe konkursy z atrakcyj-nymi nagrodami i ogłasza to na portalach społecznościowych tak, aby każdy, nawet spoza Warszawy, mógł wziąć w nich udział. Teatr oferuje szeroki wybór spektakli, a na-leży dodać, że większość to prapremiery, na które można wykupić siedmiodniowy karnet. Od 25 sierpnia na deskach Teatru XL wystawiana jest sztuka pt. „Szachowni-ca”. Dyrektorom udało się również zebrać fundusze w związku z nowym repertuarem „Ja. Szczelnie otwarty”. Jak widać, Teatr XL to pośród innych oś-rodków instytucja niezwykła, który nie tyl-ko bawi, ale także uczy. Pozostaje mi tylko zaprosić was do zobaczenia i ocenienia ko-lejnych spektakli, które już niedługo zosta-ną wystawione na Scenie Teatru, a także do uczestnictwa w warsztatach aktorskich, które odbywają się w warszawskim Muze-um Etnograficznym. Gabriela Szczepanik Fot. 1: Bahman Farzat (CC BY 2.0) Fot. 2: Peddhapati (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. „Diablik to był w wódce na dnie! Istny Niemiec, sztuczka kusa” – tak brzmi frag-ment ballady „Pani Twardowska”. Dlaczego Niemiec? Bo zarówno w XVII, jak i na początku XVIII wieku w naszym kraju tak właśnie przedstawiano diabła – jako osobnika ubranego na niemiecką modłę, w rajtuzach, ze szpadą u boku. Z kolei Rosjanie widzieli w nim Polaka – ubranego w kontusz i z wielkimi, typo-wymi dla sarmackiej kultury wąsami. Ale wbrew pozorom, to nie o diabłach bę-dzie dzisiaj mowa, a o wyobrażeniach Polaków (i nie tylko) o innych narodach.
PIJANY JAK POLAK, SKĄPY JAK SZKOT
SPOŁECZEŃSTWO

Stereotypy, chociaż ich pierwotna definicja powstała dopiero w latach dwudziestych ubie- głego wieku, funkcjonują w kulturze znacz-nie dłużej i na razie nie zanosi się na to, że- by przestały istnieć. Oprócz tego, że zaz-wyczaj wyśmiewają i przerysowują, bywa-ją też sposobem na wyleczenie własnych kompleksów. Mogą dotyczyć wszystkiego: zachowania, wyglądu, religii, pochodze-nia... Nie zawsze są słuszne, ale niemal w każdym tkwi ziarenko prawdy. Można je zaobserwować właściwie w każdym kraju, dlatego na początek zobaczmy, jak rysuje się stereotyp Polaka w innych częściach świata. Według wielu Niemców, typowi Polacy utrzymują się głównie z kradzieży. Istnieje nawet swego rodzaju dowcip, mówiący o tym, jak wygląda polski triathlon: na pie-chotę na basen, z basenu rowerem. Jadą-cego na rowerze Polaka Niemiec nie powi-nien potrącać, bo mógłby stracić swój ro-

SPOŁECZEŃSTWO „Z jednej strony jesteśmy postrzegani jako naród rozrywkowy i kłótliwy, a z drugiej – ceniący katolickie wartości i rodzinę.”

wer. Poza tym, do dziś funkcjonuje wywo-dzące się jeszcze z czasów pierwszego roz- bioru określenie „polnische Wirtschaft”, oz-naczające niegospodarność, nieumiejęt-ność planowania i brud. Właśnie do tego wizerunku, aby usprawiedliwić napaść na Polskę, odwoływano się podczas II wojny światowej. Z Niemiec pochodzi także okre-ślenie „Polacke” lub „Pollack” (tłumaczone na „Polaczek”) będące oznaką niechęci wo-bec ludzi prostych i niewykształconych, za jakich w dziewiętnastym wieku, kiedy to sło- wo powstało, uważano polskich robotników. Amerykanie z kolei, mają tak zwane „polish jokes” – dowcipy o Polakach, w których je-steśmy przedstawiani jako nierozgarnięci pijacy i brudasy. Przykłady? „W super- markecie wizytowanym przez prezydentów USA i Polski wysiadł prąd; prezydent USA spę- dził trzy godziny w unieruchomionej windzie, prezydent Polski utknął na ru- chomych schodach”. „Różnica między pols- kim weselem a pogrzebem – na pogrzebie jest o jednego pijanego mniej”. Zabawne? No cóż, niektórych to śmieszy. Z kolei według niejednego Rosjanina, jesteśmy zakłamani, podstępni i aroganccy. Do tego zdradzamy prawdziwą Słowiańszczy-znę – w końcu używamy alfabetu łacińskie-go i w większości wyznajemy katolicyzm. Wobec Zachodu, ale także wobec Rosji, mamy kompleks niższości i lubimy winić in-nych za swoje niepowodzenia. Ten stereo-typ zaniknął w czasach socjalizmu, kiedy Polacy stali się „towarzyszami” i „braćmi

SPOŁECZEŃSTWO

broni” (zatem nierozsądnie byłoby ich oczerniać). To z Polski zachodnie trendy przedostawały się do ZSRR, radziecka inte-ligencja znała nasz język i podziwiała pol-ską kulturę. Ostatnimi czasy ten dawny, negatywny stereotyp powrócił. Dołączyło do niego coś jeszcze – według Rosjan, Po-lacy lubią rozpamiętywać przeszłość. Wyni-ka to zapewne z faktu, że wielu naszych rodaków przy różnych okazjach wspomina o zbrodni katyńskiej i innych krzywdach wyrządzonych Polsce przez Związek Ra-dziecki. Negatywny stereotyp Polaka istnieje także w Czechach. Czech niemal zawsze będzie miał Polaka za gorszego od siebie, bo ten pochodzi z biednego kraju wręcz tonącego w wódce, zacofaniu i przestępczości. Mimo tego, Polacy według Czechów są niezwykle dumni i zuchwali. Poza tym, ich zdaniem wszyscy są katolikami, uważającymi się za świętszych od papieża, którego bezkrytycz-nie i fanatycznie czczą. A jeśli dodać do te-go polską manię wielkości, powstaje jeden z wielu dowcipów: „Jak nazywa się Polak w kapeluszu za dwa tysiące? Papież”. Jes-teśmy według Czechów tak zapamiętali w pieniactwie i dewocji, że cechuje nas ab-solutna niezaradność czy wręcz głupota. Bo chociażby, czy mądrym jest najnowszy pol-ski wynalazek – latarka na baterie słonecz- ne? Francuzi także mają o nas nie najlepsze zdanie. Wielu z nich wciąż uważa Polskę za komunistyczny kraj, o bardzo surowym klimacie, w którym pingwiny i niedźwiedzie polarne spacerują po ulicach, w sklepach nic nie można dostać, a ludzie ciągle jedzą

SPOŁECZEŃSTWO

ziemniaki. Mają też sławne powiedzenie „soul comme un Polonais”, czyli „pijany jak Polak”, które powstało w czasie wojen na-poleońskich – oznaczało osobę, która mimo spożycia dużej ilości alkoholu zachowuje zdolność trzeźwego myślenia i sprawność fizyczną. Z czasem straciło ono ten raczej pozytywny wydźwięk i obecnie opisuje bar-dzo pijaną osobę. Panuje pogląd, że wszy-scy Polacy mają blond włosy i niebieskie oczy. Stosunkowo niedawno pojawiły się nieco pochlebniejsze opinie: Polacy nie bo-ją się ciężkiej pracy, są sumienni i gościnni. W Wielkiej Brytanii stereotypy o Polakach są niezwykle różnorodne i ambiwalentne. Z jednej strony jesteśmy postrzegani jako naród rozrywkowy i kłótliwy, a z drugiej – ceniący katolickie wartości i rodzinę. Jako pracownicy bywamy podobno awanturniczy i niegrzeczni, ale mimo wszystko pracujący na Wyspach Polak to człowiek solidny, ucz-ciwy i godny zaufania. Według wielu Bryty-jczyków Polacy są w znakomitej większo-ści ksenofobami, ale też ludźmi bardzo in-teligentnymi. Jak jeszcze jesteśmy postrzegani przez in-ne narody? Niektórzy Białorusini twierdzą, że aby zyskać przychylność Polaka, wystar-czy tylko odpowiednio dużo pozachwycać się polską, „zachodnią” kulturą. Włosi mają o Polsce bardzo podobne zdanie, jak Fran-cuzi: jest zimno, panuje bieda i pijaństwo. W krajach skandynawskich funkcjonuje po-wiedzenie „polsk riksdag” (pol. „polski par-lament”), oznaczające chaos, bezład i nic niewnoszące dyskusje. Często mówi się o nas jako o nieznających języków obcych marudach. Ponadto mamy ułańską fantazję i jako jedyni klaszczemy po wylądowaniu samolotu. Mimo, że sami oburzamy się, gdy ktoś robi z nas sobie żarty (a nie oszukujmy się, wię-kszość stereotypów o Polakach nie jest szczególnie pochlebna), to wcale nie pozo-stajemy dłużni i też chętnie wyśmiewamy się z innych narodowości. Weźmy na przykład Rosjan. Myśląc o tym narodzie, wielu Polaków widzi dobrze zbu-dowanych, groźnie wyglądających syberyj-skich chłopów, ubranych w futra i wielkie włochate czapy. Każdy z nich jest pod wpły-wem alkoholu – zwykle wódki. Wszędzie pa-nuje sroga zima, bieda, zacofanie i nie brakuje okazji do bójek. Jeśli natomiast ktoś rzuci hasło: Moskwa, od razu wyobrażamy sobie obwieszonych złotem mafiosów, prze-mytników czy innego rodzaju przestępców. Korupcja i morderstwa są na porządku dziennym, a wszystkim rządzi bezwzględny pan, w każdej chwili gotowy zacząć wojnę. Jeszcze do niedawna patrzyliśmy podobnie na Ukraińców i Białorusinów, opatrywanych wspólną nazwą „Ruscy”. Ostatnio jednak narody te zaczęły się trochę wyłamywać z naszych wyobrażeń: Ukraińcy ze stepo-wych dzikusów, upowców czy Kozaków za-częli przeobrażać się w romantycznych ob-rońców wolności. Białorusini z kolei, którzy do tej pory zupełnie „zlewali” nam się z Ro-

SPOŁECZEŃSTWO

sjanami, stali się nagle biednym wiejskim ludem, zamkniętym w kołchozach i ledwo dyszącym pod despotycznymi rządami wą-satego tyrana. Ofiarami największej liczby uprzedzeń czy negatywnych stereotypów, i to nie tylko polskich, są chyba Niemcy. Być może przy-czyna tkwi w znanym już od dawna prus-kim drylu i rozpętaniu dwóch wojen świato-wych. Jakby nie było, każdy Niemiec to uk- ryty nazista, w dodatku pozbawiony jakie-gokolwiek wyrafinowania. Wyrażenie „nie-miecki artysta” zdaje się być oksymoronem, bo mimo że naród ten potrafi ładnie skręcić samochód czy zbudować porządną auto-stradę, to pozbawiony jest wszelkiej finezji i poczucia humoru. Co jeszcze kojarzy się z Niemcami? Naturalnie niewiarygodnie brzydkie kobiety i otyli mężczyźni w krótkich portkach na szelkach, w jednej ręce trzy-mający kufel piwa, a w drugiej kawał kieł-basy. Powszechnie znana jest też przesadna niemiecka pracowitość czy punktualność, zazwyczaj przekładające się na brak krea-tywności i rutynę. Następni w kolejce są Francuzi – postrze-gani niewiele lepiej niż Niemcy. Nie dość, że noszą śmieszne czarne bereciki, zajadają się bagietkami, żabimi udkami i śmierdzą-cym serem, który popijają winem, to jeszcze nie znają języków obcych i nie potrafią przyjąć do wiadomości, że „lingua franca” wcale nie jest już „lingua franca”. Oprócz tego są zuchwali i uważają się za lepszych od innych, choć tak naprawdę

SPOŁECZEŃSTWO

to niezdolne do walki tchórze. Ten słynny brak odwagi jest chyba najczęściej wyśmiewany: według jednego z dowcipów, najkrótsza książka na świecie to „Poczet bohaterów francuskich”, a francuska flaga ma perforacje na granicach kolorów – po to aby w razie wojny można je było szybko oderwać i zostawić tylko biały. Podobno jednak, mimo tych wszystkich wad, Francuzi to prawdziwi romantycy, wspa-niali kochankowie i artyści. Do niedawna kompletnym przeciwieńs-twem rozwiązłych Francuzów byli Anglicy. Uważaliśmy ich za flegmatycznych dżentel-menów we frakach i cylindrach i dziwaków ze szlacheckimi tytułami, dokładnie o piątej po południu pijących herbatę. Krążyły dow-cipy, że na czas tego świętego rytuału po-trafią przerwać walkę na wojnie. Jakiś czas temu jednak okazało się, że według Pola-ków Anglicy upodobnili się do lubiących al-kohol Irlandczyków – wieczory najchętniej spędzają w pubach, a potem w stanie upo-jenia wymiotują na ulice. Ciekawie maluje się obraz stereotypowego Włocha. Słynna na cały świat włoska kuch-nia obfituje we wszelkiego rodzaju makaro-ny, pizze i tym podobne tuczące dania, dla-tego Włosi nie należą do najszczuplejszych. Poza tym są rozwrzeszczanymi lekkoducha-mi, bałaganiarzami, którzy poważnie trak-tują tylko swoje mafijne powiązania, a naj-bardziej na świecie kochają swoje matki, z którymi mieszkają nawet do emerytury. Jeśli już się żenią, to… No cóż, żona i tak jest zawsze na drugim planie i nadaje się tylko do prowadzenia domu. „Niektórzy Białorusini twierdzą, że aby zyskać przychylność Polaka, wystarczy (...) pozachwycać się polską, «zachodnią» kulturą.” Z kogo jeszcze Polacy chętnie się śmieją? Naturalnie z Czechów, ich zabawnego języ-ka, głupkowatego poczucia humoru i zami-łowania do piwa. Amerykanom wytykamy ignorancję i głupotę, a patrząc na swoje od-bicia w lustrach pocieszamy się, że obywa-tele USA na pewno są grubsi z powodu fast–foodów, które pochłaniają w ogrom-nych ilościach. O Rumunach mówimy, że są brudni, biedni, kradną na potęgę i żeb-rzą na ulicach. Szkotom zarzucamy skąps-two, Żydom zazdrościmy sprytu i żyłki do interesów, a Arabów posądzamy o terroryzm. Właściwie każdy człowiek czy naród ma coś do zarzucenia innemu – nie oszukujmy się, stereotypy w znakomitej większości są negatywne i podkreślają wady. Idąc tym tropem, Yanko Tsvetkov, bułgarski fotograf i grafik, stworzył już kilkanaście map świa-ta i Europy (tutaj) widzianych oczami róż-nych nacji. I tak, Rumuni to „biedni bracia” Francuzów, którzy z kolei uważani są za „śmierdzących ludzi” przez Amerykanów. Polska według Brytyjczyków to kraj

SPOŁECZEŃSTWO „Stereotypy, chociaż ich pierwotna definicja powstała dopiero w latach dwudziestych ubiegłego wieku, funkcjonują w kulturze znacznie dłużej (...).”

„szkodników”, a Włosi uważają ją za „ziemię papieża”. I tak dalej, i tak dalej… Należy oczywiście pamiętać, że stereotyp jest tylko stereotypem, wyobrażeniem – czę-sto błędnym – jednej jednostki o innej. W dzisiejszym świecie takie poglądy, choć jeszcze dość powszechne, coraz rzadziej mają rację bytu ze względu na ogromną otwartość ludzi na świat. Chętnie podróżu-jemy do odległych krajów, poznajemy obce kultury i przekonujemy się, że Japończycy jednak potrafią się śmiać, a Szwedzi wcale nie są tacy oziębli, jak się uważa. Jednak dopóki będą żyć osoby nieprzepadające za danym narodem, religią czy kolorem włosów, dopóty stereotypy będą istniały, tylko że coraz mniej ludzi będzie w nie wie-rzyć. A tak już na zakończenie zacytuję pewien stereotypowy frazes: „Raj jest tam, gdzie policja jest brytyjska, kucharze włoscy, ko-chankowie francuscy, mechanicy to Niem-cy, a wszystkim rządzą Szwajcarzy. Piekło natomiast jest tam, gdzie kucharze to Bry-tyjczycy, mechanicy to Francuzi, kochanko-wie – Szwajcarzy, policjanci – Niemcy, a wszy- stko organizowane jest przez Włochów”. Agnieszka Antosik Fot. 1,2,3,4,5: Roksana Grzmil Pedofilia to jeden z ulubionych tematów mediów – znakomity generator setek kipiących agresją komentarzy, zażartych dyskusji prowadzących donikąd. Jed-nak im więcej tego typu newsów widziałam, tym więcej wątpliwości mnie ogar-niało.
PEDOFIL NA KAŻDYM ROGU
SPOŁECZEŃSTWO

Moje pierwsze spotkanie z pedofilią w me-diach miało miejsce w momencie, w któ-rym zaczynałam faktycznie kojarzyć, kim jest Michael Jackson. Skupmy się na razie na tej pozamuzycznej części jego życia. Jackson, jak pamiętamy, został oskarżony o molestowanie trzynastoletniego wówczas Gavina Arvizo. Piosenkarza uniewinniono w czasie procesu w 2005 roku. Kluczowe dla sprawy były wówczas zeznania Wade’a Robsona i Jamesa Safechucka. Obaj pano-wie bardzo pomogli piosenkarzowi, twardo zaprzeczając wszelkim oskarżeniom wobec niego. Po jego śmierci jednak zdali sobie sprawę, że oczernianie niemogącej się bro-nić osoby to dla nich kura znosząca złote jajka. Robson i Safechuck nagle zmienili swoje zeznania i aktualnie prześcigają się w mediach na coraz to bardziej szokujące opisy tego, co robił z nimi Jackson („Micha-el uprawiał ze mną seks, jak miałem sie-dem lat!”). I zarazem domagają się od-

SPOŁECZEŃSTWO

szkodowań idących w miliony dolarów, twierdząc, że piosenkarz zrobił im pranie mózgu. Tyle, że na złożenie wszystkich ze-znań od chwili procesu do śmierci piosen-karza obaj panowie mieli całe cztery lata. Myślę, że to wystarczy, by się obudzić się i przypomnieć sobie prawdę. Trudno mi  oceniać, jak było naprawdę – nie siedzia-łam Jacksonowi pod łóżkiem. Ale najstrasz- niejsze w tej całej sprawie jest dla mnie to  że tak poważnie traktuje się roszczenia lu-dzi o ogromne kwoty, pomimo braku do-wodów w danej sprawie. Kompletnego bra-ku – bowiem pedofilia to jedno z tych prze-stępstw, których nie da się udowodnić – nie po dwudziestu latach od zdarzenia. Podobne oskarżenie – również po wielu la-tach, jakżeby inaczej – wysunęła Dylan Far-row, przybrana córka Woody’ego Allena. Na szczęście postąpiła mądrzej od oskarżycieli Jacksona, gdyż napisała oskarżający list, w momencie w którym reżyser jest w sta-nie powiedzieć cokolwiek w swojej obronie. Pomimo absolutnego braku dowodów i za-przeczeń Allena – wielu ludzi uwierzyło dziewczynie bez mrugnięcia okiem. Część osób zaczęło nawet wzywać do bojkotu fil- mów Allena, co wprawdzie większego sen-su nie miało, ale reżyserowi raczej dobrego PR–u też nie dodało. Jak i w poprzednim przypadku – również i tu nie twierdzę, że Dylan kłamie, ale bezgraniczna wiara w te-go typu wyznania prowadzi do lawinowych oskarżeń o gwałt i  molestowanie. Przestęp-stwa nadające się idealnie na to, by obar-czyć nimi kogoś niewinnego. „Dzieci, jak wiadomo, powiedzą wszystko (...).” W najgorszej sytuacji pod względem moż-liwości oskarżenia znajdują się pedagodzy i księża. Kiepska opinia księży katolickich w mediach prowadzi do lawinowych wręcz ich oskarżeń. Niewątpliwie lwia część osób oskarżających księży o pedofilię to ich real-ne ofiary. Pomyślmy jednak przez chwilę, jak bardzo jest to łakomy kąsek – otrzyma-nie ogromnych pieniędzy zadośćuczynienia za powiedzenie kilku słów i ewentualnie ro-zpłakanie się. Nawet w przypadku takiego przestępstwa jak gwałt sprawa nie jest prosta – któż bowiem udowodni, że zgwał-cona dziewczyna nie uprawiała seksu z os-karżonym z własnej, nieprzymuszonej wo- li? Ano nikt. Analogicznie do Farrow postępuje tysiące osób, a sytuacja często nie kończy się tylko na odszkodowaniu. Fałszywe oskarżenia prowadzą do kompletnego zniszczenia ży-cia danej osoby. W Internecie roi się od hi-storii nieprawdziwych oskarżeń wobec du-chownych – jedną z najgłośniejszych jest chociażby sprawa ks. Mirosława Bużana. Za upicie i molestowanie nastolatki ksiądz został skazany na rok i cztery miesiące are-sztu (w zawieszeniu na cztery lata), po czym okazało się, że oskarżenia były fałszywe, zaś dowody sfingowane. Reputacja księdza legła w gruzach. Tego typu problemy dot-knęły również osób świeckich. Aż sześciu lat potrzebował pedagog Edward Smotrycki

SPOŁECZEŃSTWO

z Raciborza, aby w obliczu prawa oczyścić się z zarzutów molestowania wychowan-ków pogotowia opiekuńczego. Wątpliwe, czy udało mu się z nich oczyścić również w obliczu lokalnej społeczności. Podobnych oskarżeń można za jednym kliknięciem znaleźć w Internecie naprawdę mnóstwo. Również wiele rozwiedzionych matek bez skrupułów wykorzystuje dzieci do oczernie-nia byłego męża. Dzieci, jak wiadomo, po-wiedzą wszystko, co im matka wmówi, cho-ćby i ze strachu. Natomiast policja, z nie-wiadomych dla mnie powodów, niemal za-wsze im wierzy. Dzieciaki (ale również i do-rośli) często padają ofiarą tzw. False Me-mory Syndrome. Rodzice mogą zasugero-wać dziecku wspomnienie („Pamiętasz, jak tamten pan cię dotykał, prawda?”), często robią to nawet nieświadomie psychoterape-uci usiłujący odnaleźć w dzieciństwie źró-dła obecnych problemów dorosłych pacje-ntów. Seksualna histeria, która przybywa z Zachodu, prowadzi do tego, że nawet czyjeś głupawe zaloty są utożsamiane z molestowaniem seksualnym, a nauczycie-le boją się przyjrzeć dłużej uczennicy czy poklepać ją po ramieniu. Prof. Andrzej Ja-czewski, seksuolog, mówi: „Pod koniec lat osiemdziesiątych w USA został wprowadzo-ny zbiór «przykazań» dla pedagogów: «1. Nigdy nie zabieraj dziecka swoim samo-chodem, nawet w sytuacjach wyjątkowych; (…) 4. Nigdy nie dotykaj dzieci poza przy-padkami dotykania ramienia dziecka, kiedy kierujesz je na jego miejsce;(…) 6. Nie wpuszczaj uczniów do własnego domu; (…)»”. W parafii św. Apostołów Piotra i Pa-wła w Łodzi ks. proboszcz Wiesław Kamiń-ski, w obawie przed oskarżeniami o pedofi-lię, wprowadził zakaz głaskania dzieci po głowie w czasie zbierania datków. Z jednej strony wielu ludzi zyskuje odwagę do tego, by przyznać się otwarcie do traumy z dzie-ciństwa, z drugiej jednak daje to znakomitą okazję innym do czerpania zysków lub ocze-rnienia drugiej osoby. Jestem w stanie zrozumieć, że przyznanie się do tego, że było się molestowanym, jest wyjątkowo trudne. Ale krew mnie zalewa, kiedy widzę kolejnych nieszczęśników do-magających się horrendalnych odszkodo-wań po wielu latach od wydarzenia – czyli wówczas, kiedy już na pewno nie da się udowodnić prawdy lub nieprawdy. Przeraża mnie to jak łatwo jest manipulować opinią publiczną. Wystarczy jedna wzmianka, je-dna pogłoska, a już oskarżony jest przez społeczeństwo wysyłany na stryczek, ka-mienowany, przypalany… O tym, jak boga- ta jest fantazja internautów w kwestii kara-nia pedofilów, chyba wie każdy z nas. Zatem, kiedy następnym razem usłyszymy o kolejnej zapłakanej kobiecie twierdzącej, że dwadzieścia lat temu była zgwałcona przez księdza – proszę, zastanówmy się chwilę. Proszę, pamiętajmy, że ofiarą po-dobnych oskarżeń może paść każdy z nas. Naprawdę każdy. Lena Janeczko Fot. 1: naxin (CC BY 2.0) Zdjęcie zmniejszono i przycięto z oryginału. – NIE TWORZĘ HIPOTEZ”
„HYPOTHESES NON FINGO
NAUKA

Każdy na pewno zna historię o tym, jak pewnego słonecznego dnia sir Isaacowi Newtonowi, który odpoczy-wał popołudniu w ogrodzie, spadło na głowę jabłko. Poruszony tym zda-rzeniem objaśnił zasady dynamiki, tworząc podstawy nowoczesnej fizyki. Jest to chyba najznamienitszy ge-niusz w całej historii nauki, a przy tym jeden z największych dziwaków. Historię Newtona zacznijmy może od wyja-śnienia tego, jak to naprawdę było z pow- szechnym ciążeniem. W 1683 roku na obie- dzie w Londynie spotkało się trzech pa-nów: Christopher Wren (astronom i archi-tekt), Robert Hooke (jako pierwszy opisał komórkę zwierzęcą) oraz niezwykle barwna postać – Edmond Halley. Ten wybitny nau-kowiec w ciągu swojej długiej i owocnej kariery był kapitanem statku, kartografem, profesorem geometrii na Oksfordzie, zas-tępcą nadzorcy Mennicy Królewskiej, astro-nomem królewskim i wynalazcą pełnomor-skiego dzwonu nurkowego. Oprócz tego pi-sał prace na temat magnetyzmu, ruchów planet i prądów morskich, jak również o skutkach używania opium. Opublikował

NAUKA

koncepcję mapy pogody, stworzył tabelę umieralności dla firm ubezpieczeniowych, zaproponował sposób pomiaru wieku Ziemi i jej odległości od Słońca, a nawet prakty-czną metodę przechowywania ryb. Jedyną rzeczą, której NIE zrobił było odkrycie ko-mety nazwanej jego imieniem. Halley zau-ważył jedynie, że kometa obserwowana w 1682 roku jest tym samym ciałem, które widziano w latach 1456, 1531 i 1607. Do-piero w 1758 – szesnaście lat po śmierci Halleya – komecie nadano jego imię. „Newton został doceniony już za życia (...).” Jak to w takim towarzystwie bywa, rozmo-wa szybko zeszła na rozrywkowy temat, w tym przypadku – ruchy planet. Wiedzia-no już wówczas, że poruszają się one po orbicie mającej kształt konkretnie i precy-zyjnie określonej krzywej – elipsy. Nikt jed- nak nie potrafił powiedzieć, dlaczego tak jest. Wren zaproponował zakład i wyzna-czył pokaźną nagrodę dla tego, kto znaj-dzie rozwiązanie. Halley dość poważnie po-traktował tę propozycję i w sierpniu 1684 roku udał się po radę do profesora mate-matyki na Cambridge, sir Isaaca Newtona. Po przybyciu spytał go o opinię na temat krzywej, jaką zakreślają planety, zakłada- jąc, że siła przyciągania Słońca jest odwro-tnie proporcjonalna do kwadratu odległości między gwiazdą a planetami. Newton naty-chmiast stwierdził, że będzie to elipsa. Sir Edmond, lekko zbity z tropu, spytał, skąd może to wiedzieć, na co znów usłyszał na-tychmiastową i beztroską odpowiedź New-tona: „Obliczyłem to”. Rzeczywiście, w la- tach 1665–1666 Newton dokonał wszelkich potrzebnych obliczeń, po czym stwierdził, że „zgadzają się całkiem dobrze” i zapom- niał o sprawie na dziesięć lat. Powrócił do niej w 1679 roku, kiedy na własny użytek udowodnił, że pod wpływem siły centralnej, odwrotnie proporcjonalnej do kwadratu od-ległości, ciało porusza się po elipsie, a centrum przyciągania znajduje się w jed- nym z ognisk elipsy. Znów obliczenia „zga-dzały się całkiem dobrze” i znów wylą-dowały w szufladzie. Zachwycony Halley poprosił o te notatki, ale sir Isaac nie mógł znaleźć obliczeń. Obiecał jednak, że je powtórzy. Aby uświadomić sobie, jaką wa-gę mogło mieć to odkrycie, wyobraźmy sobie, że dzisiaj ktoś wymyślił lekarstwo na raka, lecz zapomniał, gdzie odłożył formułę. Po naciskach Halleya Newton w ciągu dwóch lat stworzył swoje „Prin-cipia”, najważniejsze dzieło nauki. Celowo zostało ono napisane trudnym językiem, aby było nieprzystępne dla ignorantów i laików mogących zawracać Newtonowi głowę. Halley wydał dzieło na własny koszt. Po publikacji Newton z dnia na dzień stał się bardzo sławny, co przy-sporzyło mu również przeciwników. Jedn-ym z nich stał się Hooke, który był na pamiętnym obiedzie. Panowie posprzeczali się o pierwszeństwo odkrycia prawa od-wrotnych kwadratów, co o mało nie skoń-

NAUKA „W imię nauki sir Isaac nie bał się eksperymentować z własnym ciałem (...).”

czyło się wycofaniem publikacji trzeciego tomu „Principiów”, bez którego dwa pierw-sze straciłyby sens. Widać już, że Newton to dość specyficzna postać, jednak każdy geniusz musi być po-dobno trochę szalony. W imię nauki sir Isaac nie bał się eksperymentować z włas- nym ciałem (choć podobno nigdy nie „eks- perymentował” z ciałem kobiety) – na przykład wbił długą igłę do szycia skóry w swoją gałkę oczną i obracał nią po to, by… zobaczyć, co się stanie. Na szczęście nic się nie stało i Newton zachował wzrok. Innym razem wpatrywał się w Słońce tak długo, jak zdołał wytrzymać. I wówczas udało mu się wyjść bez większego szwan-ku. Doświadczenie skończyło się bólem oczu, kilkudniową nadwrażliwością na świa- tło i pobytem w zacienionym pokoju. Je-szcze jako student opracował rachunek różniczkowy, po czym schował obliczenia do szuflady na dwadzieścia siedem lat. Ten sam los podzieliły rewolucyjne od-krycia na temat spektroskopii, optyki i natury światła, zaś swoje wynalezienie metody nieskończonych szeregów naka-zał opublikować z zatajeniem autorstwa. W 1671 roku z kolei stworzył nowy teleskop. Aby zrozumieć niezwykłość ge-niuszu tego człowieka, należy powiedzieć, że Newton urodził się w roku 1642. Wszystkich wymienionych wyżej odkryć dokonał więc przed swoimi trzydziestymi urodzinami. To jednak wciąż niewiele. W pierwszym tomie „Principiów” znajduje się aż dziewięćdziesiąt osiem udowodnio-nych twierdzeń, w drugim – pięćdziesiąt

NAUKA

trzy, a w trzecim – czterdzieści dwa. A za-czął je pisać, jak sam mówił, pod koniec grudnia 1684 roku. W maju 1686 roku wy-słał gotowy komplet trzech tomów do To-warzystwa Królewskiego. W ciągu siedem-nastu miesięcy (!) udowodnił więc prawie dwieście twierdzeń. To właśnie szybkość napisania pracy, oprócz jej ogromu, stano-wi o niezwykłości. Gdybyśmy nie wiedzieli, że tak się rzeczywiście stało, trudno by by-ło uwierzyć w podobne doniesienia. W cią-gu półtora roku zostały sformułowane, roz-wiązane i ułożone w logicznym porządku absolutnie fundamentalne problemy nau-kowe. Gdyby „Podstawy matematyczne fi-lozofii przyrody” (pierwsze polskie tłuma-czenie pochodzi z… 2011 roku) stanowiły dorobek życia sir Isaaca, nie ujmowałoby to wadze i doniosłości tych odkryć, podkre-ślałoby za to trud i pracę włożone w obli-czenia, rachunki i dowodzenie twierdzeń. On zaś napisał je ot tak, w półtora roku, jakby to był nieskomplikowany romans dla niewymagających czytelników. Newton w wieku czterdziestu dwóch lat skończył „Principia” i nigdy więcej nie zaj-mował się już matematyką. Miał za to wie-le innych zainteresowań. Był na przykład alchemikiem. Kiedy Maynard Keynes (wy-bitny ekonomista żyjący w XX wieku) nabył na aukcji jego rękopisy, zdziwił się, że za- wierają one opisy prób przemiany metali zwykłych w szlachetne, a nie formuły ma-tematyczne i fizyczne. W 1970 roku pobra-no i przebadano próbkę włosów Newtona. Okazało się, że poziom rtęci przekracza

NAUKA

normę czterdziestokrotnie (prawdopodob-nie z rtęci próbował otrzymać złoto), co wyjaśniać może, dlaczego Newton miał skłonności do popadania w zadumę i wy-łączania się na bodźce zewnętrzne. Siadał czasem po obudzeniu na łóżku uderzony jakąś nagłą myślą i pozostawał nieruchomy aż do późnego popołudnia. Bardzo poważnie podchodził również do kwestii religii. Był antytrynitarzem – odrzu-cał dogmat Trójcy Świętej. Ciekawym as-pektem życia uczonego jest fakt, że – jak na ironię – był członkiem College’u Świętej Trójcy w Cambridge. Spędzał wiele czasu na studiowaniu planów zaginionej świątyni króla Salomona w Jerozolimie (przy okazji nauczył się hebrajskiego, by czytać doku-menty w oryginale), wierząc, że znajdzie tam matematyczną zapowiedź dat powtór-nego przyjścia Chrystusa i końca świata. Wyznaczył rok tych wydarzeń na 2060. Newton został doceniony już za życia i ot-rzymał za swoje naukowe zasługi tytuł lor-da. Przez dwadzieścia sześć lat nudził się na posiedzeniach Izby Lordów. Tylko raz poprosił o głos, co wywołało sensację wśród obecnych. – Panowie – zwrócił się do zebranych – je-śli nie będą panowie mieć nic przeciwko te-mu, to prosiłbym o zamknięcie okna. Bar- dzo wieje i boję się, że się przeziębię. Po czym z godnością wrócił na swoje miejsce. Ta sytuacja pokazuje już, jak bardzo niez-wykłą postacią był sir Isaac Newton. Być może po prostu nie przywiązywał wagi do matematyki i nauki, ponieważ wydawało mu się, że zdoła rozwikłać i wyjaśnić wszy-stkie zagadki Boga i Natury. Dlatego Key- nes mówi, że „Newton nie był pierwszym z racjonalistów, ale ostatnim z magików”. Nazywa go również „Kopernikiem i Faus-tem połączonymi w jedno”. Sam Newton tak powiedział o sobie: „Nie wiem, jak wy-glądam w oczach świata, lecz dla siebie jestem tylko chłopcem bawiącym się na morskim brzegu, pochylającym się i znaj-dującym piękniejszą muszelkę lub kamień gładszy niż inne, podczas gdy wielki ocean prawdy jest ciągle zakryty przede mną”. Wydaje się więc, że pomimo swej niewra-żliwej osobowości, obojętności na sztukę, braku taktu i empatii, to właśnie Newton, „stojący na ramionach olbrzymów”, skąd – jak sam powiedział – można patrzeć dalej niż oni, mógł z góry spojrzeć na wiedzę i jej możliwości, by stwierdzić, że jest jedy-nie kroplą w porównaniu z oceanem naszej nieświadomości. Tylko on wspiął się na szczyt, z którego widać, jak wiele już wie-my i jak niewiele to znaczy w porównaniu z naszą niewiedzą. Jan Błoński Fot. 1: StockMonkeys.com (CC BY 2.0) Fot. 2: r z (CC BY 2.0) Fot. 3: Gottfried Kneller (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. Jedną z najlepszych reklam dla samochodów jest lokowanie ich w popkulturze. Wykorzystaniem swoich pojazdów może pochwalić się Aston Martin, którego pojazdy świat zna m.in. z filmów o agencie 007. Przed premierą „Gran Torino” Clinta Eastwooda prawdopodobnie żaden laik nie słyszał o istnieniu forda gran torino. Jednak największym rozgłosem, zdobytym dzięki „roli” w filmie, może pochwalić się DMC 12 delorean – słynny wehikuł czasu z „Powrotu do przyszłości”.
AMERICAN DREAM POD POSTACIĄ WEHIKUŁU CZASU
SPORT: MOTORYZACJA

Pod koniec lat 70. XX wieku Amerykanin John DeLorean postanowił spełnić swoje marzenie o samochodzie własnej produkcji. Zrezygnował więc z posady wiceprezesa motoryzacyjnego giganta – General Motors, czym mógł wywołać zdziwienie u wielu osób. Firma z Detroit była jedną z największych w USA, a także pierwszą w tym kraju, któ-rej roczny zysk przekroczył miliard dola-rów. Projektowaniem DMC zajął się Gior-getto Giugiaro – człowiek z wielkim nazwis-kiem, nie bez powodu okrzyknięty najlep-szym projektantem samochodów XX wieku. To spod jego deski kreślarskiej „wyjechały” jedne z największych ikon motoryzacji, ta-kie jak VW golf, lancia delta czy chociażby audi 80. Włoch nadał deloreanowi klinową sylwetkę, z drzwiami otwieranymi tak jak w mercedesie 300 SL „Gullwingu”, tj. z drzwiami otwieranymi do góry, z zawia-sami umieszczonymi na dachu. Zawieszenie DMC zawdzięcza tym samym ludziom, któ-rzy zbudowali lotusa esprit. Pod maskę tra–

SPORT: MOTORYZACJA

fiła sześciocylindrowa jednostka w układzie V o pojemności 2,8 litra i mocy 130 koni mechanicznych. Auto nie porywało osią-gami – przyśpieszenie od zera do stu kilo-metrów na godzinę osiągało w czasie wyno-szącym około dziesięciu sekund i przy prędkości maksymalnej przekraczającej 200 km/h. Okazało się także drogie w produkcji, co podwyższyło jego cenę z planowanych dwunastu tysięcy dolarów (liczba dwanaście w nazwie pochodziła właśnie od ceny) do dwudziestu pięciu tysięcy. Po wyprodukowaniu ponad ośmiu tysięcy egzemplarzy firma upadła z powo- du bankructwa. „Mimo upadku swojego przedsiębiorstwa, nieżyjący już DeLorean może być dumny ze swojego marzenia.” Stwierdzenie, że DeLorean miał dużego pe-cha, będzie trafne. Z produkcją swojego sa-mochodu–marzenia trafił po prostu na zły czas. Nie dość, że konkurencja wypuszcza- ła na rynek atrakcyjniejsze modele, to jesz-cze napięta sytuacja polityczna na Bliskim Wschodzie wywołała kryzys naftowy. Gwo-ździem do trumny DeLoreana były jego długi wobec rządu Wielkiej Brytanii. W 1983 roku, kilkanaście miesięcy po rozpoczęciu produkcji, przedsiębiorstwo DMC zniknęło z rynku. Marka amerykańskiego biznesme-na nie doczekała zatem ogromnego rozgło- su, który przyniósł jej film Roberta Zemeckisa z 1985. „Firma z Detroit była jedną z największych w USA, a także pierwszą w tym kraju, której roczny zysk przekroczył miliard dolarów (...).” DeLoreana można z grubsza porównać do „jednostrzałowego” zespołu Europe. Ich „The Final Countdown” wyniosło zespół na wyżyny rynku muzycznego. Tak samo było z DMC, które rozsławił „Powrót do przyszłości”. Jednak w przeciwieństwie do Europe, delorean nie przyćmił innych sa-mochodów marki, bo był jedynym, jaki wyprodukowała. Mimo upadku swojego przedsiębiorstwa, nieżyjący już DeLorean może być dumny ze swojego marzenia. Do dziś pozostaje ono jednym z najbardziej rozchwytywanych rarytasów kolekcjoner-skich w świecie motoryzacji. Jan Mazurkiewicz Fot. 1: Leo Seta (CC BY 2.0) Zdjęcie zmniejszono i przycięto z oryginału. Sezon piłkarski w Hiszpanii rozpoczął się na dobre. Co prawda liga rusza dopiero w poniedziałek, ale dwumecz, którego zwieńczeniem jest Super Puchar Hisz-panii, można uznać za początek pięknego piłkarskiego maratonu. W tym roku naprzeciwko siebie stanęły dwie drużyny z Madrytu: Atletico, które wygrało ligę oraz Real – zwycięzca Pucharu Króla.
REWANŻ ZA LIGĘ MISTRZÓW
SPORT: PIŁKA NOŻNA

Real przeprowadził w tym sezonie dwa spektakularne transfery. Najpierw do klubu przeszedł Toni Kroos, który wcześniej grał dla Bayernu Monachium, ale na rok przed wypełnieniem kontraktu postanowił prze-nieść się do stolicy Hiszpanii. Real miał og-romne szczęście, bo takie okoliczności poz-woliły na zapłacenie niskiej, jak na takiego zawodnika, ceny. Inaczej sprawa miała się z Jamesem Rodrigezem – jego talent wy-buchł na tegorocznym mundialu. Młody Ko-lumbijczyk został królem strzelców i prze-konał włodarzy Królewskich, aby ci wydali na niego ponad siedemdziesiąt milionów euro. Do klubu przeszedł też inny gwiazdor mundialu – Keylor Navas. Jest to solidny bramkarz, który będzie godnym rywalem dla Ikera Casillasa, który zdołał pozbyć się z klubu Diego Lopeza. Kostarykanin koszto-wał jednak tylko dziesięć milionów euro, więc nie można stwierdzić, że jego transfer wywołał kolejną burzę, dotyczącą wydawa-nia ogromnych sum na piłkarzy. Rodrigez

SPORT: PIŁKA NOŻNA

i Kroos zadebiutowali w meczu o Super Pu-char Europy. Ten pierwszy nie prezentował formy z mundialu, zaś drugi zagrał zgodnie z oczekiwaniami i oczarował cały stadion w Cardiff. James przyszedł do Realu, żeby zastąpić Angela Di Marię – tak stwierdził na jednej z konferencji Carlo Ancelotti. Nie-stety, póki co Kolumbijczyk miewa tylko przebłyski formy, a kibice zaczynają żało- wać, że Di Maria jest praktycznie poza klu-bem. Brak Argentyńczyka był szczególnie widoczny w meczu z Atletico. Klub nie pot-rafił, a może nie chciał zapobiec odejściu skrzydłowego z klubu. Mówi się, że władze klubu miały za złe Di Marii jego wygórowane oczekiwania finan-sowe. Zastanawiam się jednak, czy zawod-nik, który znacznie przyczynił się do zdoby-cia upragnionego trofeum Ligi Mistrzów, nie zasługuje na podwyżkę. Kiedy Realowi mecz się nie układał, Di Maria potrafił wziąć ciężar gry na własne barki i przyspie-szał grę całej drużyny. Zresztą było to wi-dać w pierwszym meczu z Atletico. Di Ma- ria wszedł na boisko w samej końcówce, ale gdy tylko się na nim pojawił, Real strzelił bramkę, która mogła zadecydować o zwycięstwie. Niestety, zbytnie rozluźnie-nie obrony Los Blancos szybko wykorzystali rywale i po stałym fragmencie gry zdobyli wyrównującego gola. Di Maria był też świe-tnym asystentem. Dzięki jego ostatnim po-daniom zespół strzelał ważne gole. Czy ta-kiego zawodnika należy się pozbywać? Wręcz przeciwnie. Florentino Perez powi-nien zrobić wszystko, aby go zatrzymać. W drugim meczu Super Pucharu Atletico bardzo chciało zrewanżować się za przeg-raną w finale Ligi Mistrzów. Nie można po-wiedzieć, że zobaczyliśmy spektakularną grę tej drużyny. Podopieczni Diego Sime-one zagrali w bardzo mądry sposób. Każde podanie było przemyślane, a pressing, któ-ry zastosowali, wyłączył Real z gry. Królew-scy bili głową w mur. Zmiany, jakie przep-rowadził Ancelotti, wydawały się zupełnie niezrozumiałe. W pierwszym składzie za-brakło Cristiano Ronaldo, a Di Maria wylą-dował na ławce rezerwowych. Ponoć była to decyzja czysto sportowa, ale wszyscy są pewni, że Argentyńczyk jest już jedną nogą poza klubem. W drugiej połowie z boiska zszedł Toni Kross, co wprowadziło w zdu-mienie większość obserwatorów. Wydaje mi się, że trener powinien dać ostatnią sza-nsę Di Marii. Może gdyby w tym meczu okazał się najlepszy, to władze klubu zde-cydowałyby się dać mu to, czego oczekuje. Myślę, że Real Madryt ma świetnych zawo-dników, którzy mogą oczarować swoją grą całą piłkarską Europę. Potrzeba tylko tro-chę czasu, aby piłkarze wrzucili drugi bieg. Pamiętajmy, że większość z nich brała udział w mundialu, który zawsze jest bar-dzo męczący. Może z tego powodu Real przegrał ostatnio 1–0 i Atletico pierwszy raz od piętnastu lat wygrało z odwiecznym rywalem na własnym boisku, zdobywając tym samym Super Puchar Hiszpanii. Maciej Dziubiński Fot. 1: Muladar News (CC BY 2.0) Zdjęcie zmniejszono i przycięto z oryginału.