Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

wokół kultury strona 6 sięgając do źródeł strona 7 ostatni czytelnik #12 strona 9 pocztówka z Serbii #2 śladem zabytków strona 12 kto chętny do Brukseli? strona 17 studencki start strona 20 na końcu świata strona 26 zrozumieć siatkówkę nieco lepiej strona 32 siatkówka a fenomen piłki nożnej strona 36 NA KONIEC ŚWIATA I JESZCZE DALEJ
Analiza fenomenu, który jest obiektem przemyśleń i dyskusji milionów Pola-ków oraz tęskne podróże raz jeszcze.


W poprzednim wstępniaku przewidziałam, że okażemy się zwycięzcami – i miałam rację, nasi siatkarzę w nie-banalnym stylu rozgromili Brazylię i sprawili najlep-szy sportowy prezent w tym roku, dając wszyst-kim poczucie ogólnonaro-dowej dumy. Czy mogłoby być piękniej? I już na pewno podnoszą się głosy, że i owszem. Mogłoby, bo przecież siat-kówka wciąż gra drugie skrzypce, jeśli mowa o spor- towych miłościach Pola-ków. Nieważne, czy do-chodzimy do finału, czy nie potrafimy pokonać rywali w fazie grupowej – piłka nożna wciąż rozpala serca kibiców i wywołuje bardzo kontrowersyjne, ale zaw-sze, emocje. Co najważ-niejsze – do takich samych wniosków dojdzie i zago-rzały fan koszykówki, od-dany wielbiciel futbolu oraz kompletny sportowy laik. Pozostaje pytanie: co ta-kiego jest w tej piłce, że działa na ludzi jak żadna inna dyscyplina? Odsyłam do tekstu sportowego. Lek-tura w sam raz na tę chwi-lę, gdy emocje po finale już opadły, zaś po raz ko-lejny podniosła się ta sama dyskusja. Gdybyście jednak byli zmę-czeni tematami okołospor-towymi, polecam kolejny odcinek cyklu podróżnicze-go o Serbii (podczas które-go zawsze z tęsknotą od-pływam myślami w stronę moich bałkańskich wakacji) oraz bardzo ciekawy tekst o końcu świata – tym dos-łownym. Zapewniam Was, że razem z nami ujrzycie kawałek świata w zupełnie innej perspektywie. Per-spektywie wychodzącej po- za schemat. Paulina



Outro ISSN: 2299 - 5242 Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl Redaktor naczelna: Paulina Zguda Zastępca: Anna Lewicka Sekretarz redakcji: Ilona Chylińska Zastępca sekretarza redakcji: Mariola Lis Redaktor prowadzący: Karolina Wojtal Korekta wydania: Agata Hajduk Fotoedycja: Sabina Szweda Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Agnieszka Kracla (społeczeństwo), Maciej Dziubiński (sport), Anna Maciejończyk (korekta), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy) Korekta: Agata Andrzejak, Sabina Błaszczok, Agnieszka Bogunia, Klaudia Dąbrowska, Agnieszka Dydacka, Kinga Gintowt, Dominika Głowacka, Maria Gołaszewska, Ariadna Grzona, Agata Hajduk, Marzena Juroszek, Anna Maciejończyk, Tymon Marczewski, Ewa Wnęk, Wojciech Żywolt Graficy: Patryk Skoczylas, Magdalena Kosewska Projekt okładki: Patryk Skoczylas Zdjęcie na okładce: Greg Younger (CC BY–SA 2.0) WOKÓŁ KULTURY 29.09–05.10.2014
Genesis Classic 30 września o godzinie 19.00 w racibors-kim Centrum Kultury zagra Ray Willson. Koncert jest częścią trasy Genesis Classic, podczas której można usłyszeć zarówno autorskie kompozycje szkockiego wokalis-ty, jak i przeboje zespołu Genesis.
KULTURA: WOKÓŁ KULTURY

„Anioły w Ameryce” po raz pierwszy w Polsce W Operze Wrocławskiej odbędzie się pol-ska premiera sceniczna opery „Anioły w Ameryce”. Widzowie będą mogli podziwiać spektakl 3 października o godzinie 20.00. Kierownictwo muzyczne nad przedstawie-niem objął Peter Eötvös, a dyrygenturą zajął się Christian Schumann. Wystawa interaktywna w Bunkrze Już tylko do 5 października w Bunkrze Sztuki w Krakowie będzie można podziwiać wystawę „no pain, no game”, która została zrealizowana w ramach projektu Instynkt Gry zorganizowanego przez Instytut Goethego w Krakowie. Instalacje zaprojek-towano w taki sposób, aby odwiedzający mogli wejść z nimi w interakcję, stając się tym samym częścią wystawy. Wrocławski „Nine” 3 października o godzinie 19.00 na Dużej Scenie Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu odbędzie się premiera musicalu „Nine”, którego reżyserii podjął się Pia Partum. Nawiązujące do słynnego filmu „8½” przedstawienie od 1982 roku zostało ponad 800 razy zagrane na Broadwayu i zdobyło nagrodę Tony w pięciu katego-riach. Joanna Małysiak Fot. 1: Piotr Frydecki (CC BY 3.0) Zdjęcie zmniejszono i przycięto z oryginału. Czym tak naprawdę jest mit? Jaką genezę mają opowieści naznaczone jego magiczną mocą? Gdzie leży źródło mitologii? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań znajdziecie w najnowszej książce Wiesława Juszczaka pt. „Poeta i mit” wydanej w czerwcu br. przez Wydawnictwo Czarne jako element serii „Tropiki”.
SIĘGAJĄC DO ŹRÓDEŁ
KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI

Wiesław Juszczak to historyk, teoretyk i fi-lozof sztuki specjalizujący się w europej-skiej sztuce XVIII i XIX wieku. Jest absol-wentem Uniwersytetu Wrocławskiego, na którym w 1987 roku uzyskał tytuł profeso-ra nadzwyczajnego, a pięć lat później – zwyczajnego. Spośród ponad piętnastu prac z pogranicza literatury, filozofii i sztuk pięknych do jego najważniejszych publi-kacji należą między innymi: „Witold Wojtkiewicz i nowa sztuka”, „Fragmenty. Szkice z teorii i filozofii sztuki”, „Wędrówka do źródeł” oraz dwa tomy „Pani na żurawiach”. W 2010 roku autor został uhonorowany nagrodą polskiego PEN Clubu, a w 2012 – złotym medalem „Gloria Artis”. Najnowsza publikacja Juszczaka jest nie-zwykłą podróżą w poszukiwaniu pierwotne-go znaczenia mitu. Autor zabiera czytelni-ków do czasów paleolitu, przestrzeni pełnej

KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI

ukrytych znaczeń oraz nasyconej misty- czną mocą przyrody, kiedy mit funkcjono-wał w świadomości ludzkiej jako sposób na zrozumienie otaczającego – często wrogie-go człowiekowi – świata, a nie jako zbiór opowieści naznaczonych pierwiastkiem boskości, którym narrację nadała kultura. Juszczak poszukuje znamion przeszłości tam, gdzie po dziś dzień nie dotarł walec cywilizacji; na ścianach głębokich jaskiń wypełnionych prymitywnymi – aczkolwiek pięknymi w swej prostocie – malunkami, na powierzchni skał, w istniejącej od zara-nia dziejów głębinie lasów. Lektura nasycona została słowami najwybi-tniejszych myślicieli XIX i XX wieku, czytel-nik odnajdzie tutaj odwołania między inny-mi do pism Tomasza Mertona oraz Martina Heideggera. Juszczak w swej pracy pragnie pokazać nie tylko stałą obecność mitu w kulturze, ale również prastarą i nie- zmienną chęć odkrycia jego genezy przez myślicieli różnych epok. W swej analizie sięga nie tylko do literatury, przywołując utwory Rilkego i Holderlina, wiersze Blake’a i Eliota oraz prozę Faulknera, odwołuje się także do świata filmowego, badając obrazy Herzoga czy Pasoliniego. Książka – choć dotyka problemu z pograni-cza literatury, sztuki i historii kultury – na-pisana jest prostym i przystępnym języ-kiem, dzięki czemu może sprawić przyjem-ność nie tylko pasjonatowi, ale i przecięt-nemu czytelnikowi zainteresowanemu zja-wiskami związanymi z kulturą, który z pew-nością doceni warstwę literacką „Poety i mitu”. Urszula Kosiór OSTATNI CZYTELNIK #12
Dwunasty odcinek cyklu, w którym zmierzymy się ze statystykami czytelniczy-mi, pijanym Szekspirem, bardzo literacką kolekcją ubrań i antologią przyszłości, której zapewne nie doczekamy.
KULTURA: OSTATNI CZYTELNIK

Statystyczne czytanie Młodzi nie czytają – tak właśnie brzmi ogólny sąd nad nimi, niezależnie od kraju i kultury, w jakiej się wychowują. Nie czytają i już. Według najnowszych badań przeprowadzonych wśród Amerykanów przez Pew Research Center sytuacja nie jest zła. Z raportu wynika, że w grupie wiekowej 16–29 lat ponad 88 procent badanych przeczytała w ubiegłym roku przynajmniej jedną książkę. Dalsze obserwacje dowodzą, że na jednej pozycji się nie skończyło i średnia w ciągu roku wynosi dziesięć książek. Z pewnością to zasługa 43 procent ankietowanych, którzy przyznali się do codziennego „kontaktu” z literaturą. Zaskakujący jest jednak stosunek młodych do bibliotek – korzysta z nich około 50 procent badanych, jednak tylko dla 19 procent ludzi poniżej trzydziestego roku życia zamknięcie biblio-teki miałoby duży wpływ na ich życie co-dzienne. W porównaniu do starszej grupy

KULTURA: OSTATNI CZYTELNIK „Na pytanie, jak zainteresować młodego odbiorcę dziełami Szekspira, padło – upić. Piją wszyscy – publiczność i aktorzy.”

wiekowej to właśnie młodzi wiodą czytelniczy prym, jak zauważył komen-ujący wyniki badania Lee Rainie, dyrektor odpowiadający za dział nowych mediów w Pew Research Center. Jak powiedział: „w tym pokoleniu jest więcej czytania i pisania niż było w przeszłości. To pokolenie dostosowuje nowe technologie do bardzo tradycyjnych czynności na wiele nowych sposobów, które uważa za istotne”. Kolekcja „1984” Ten rok z pewnością wielu osobom kojarzy się z powieścią George’a Orwella pt. „Rok 1984”. I słusznie, bo właśnie na jej podsta-wie projektant Zoltan Csáki postanowił stworzyć kolekcję ubrań. Ponad dwanaście miesięcy zajęło Csákiemu i jego współpra-cownikom z firmy The Affair doskonalenie cięć i krojów kolekcji „1984”. Ich celem było nawiązanie poprzez projektowaną odzież do znanej powieści. W ten sposób ubrania przypominają stój roboczy, który powinni nosić ludzie w czasach panowania systemu totalitarnego. W kolekcji znalazła się również mała torebka „UnPocket”, któ-ra ma gwarantować „niewidzialność” dla Wielkiego Brata wszystkich włożonych tam przedmiotów, takich jak karty kredytowe, paszport czy telefon. Obecnie projektant zbiera fundusze na uruchomienie fabry-cznej produkcji oraz reklamę odzieży. To jak? Wielki Brat patrzy? A kto z nami nie wypije… Ten nie zna się na współczesnej sztuce, przynajmniej w założeniu trupy Drunk Shakespeare. Na pytanie, jak zaintereso-

KULTURA: OSTATNI CZYTELNIK

wać młodego odbiorcę dziełami Szekspira, padło : upić. Piją wszyscy – publiczność „(...) na Broadwayu, za możliwość oglądania występów trzeba zapłacić ponad sto dolarów, tymczasem „barowy Szekspir” to wydatek zaledwie piętnastu dolarów (...).” i aktorzy. Co prawda, grupa ta nie wystę-puje na deskach teatrów, lecz w barach i pubach, reklamując się przy tym hasłem: „zespół profesjonalnych pijaków z powa-żnym problemem szekspirowskim”. Począ-tek każdego przedstawienia jest taki sam – najpierw kilka szotów whisky, a potem występ, podczas którego aktorzy dzielą się alkoholem z publicznością. W ten sposób nigdy nie wiadomo, co stanie się pózniej i właśnie to czyni ich występy wyjątko- wymi. Jak sami twierdzą: „widzowi trzeba zaoferować coś, czego nie będzie w sta- nie doświadczyć, siedząc we własnym domu”. Wspomniana wyżej trupa nie jest jedyną. Prócz nich w Nowym Jorku na podobnych zasadach funkcjonują: New York Shakespeare Exchange, The Inis Nua Company, Shotspeare czy Three Day Hangover. Zdaniem dziennikarzy z „The Wall Street Journal” ich popularność za- częła rosnąć wraz ze wzrostem cen biletów na Broadwayu, gdzie za możliwość oglą- dania występów trzeba zapłacić ponad sto dolarów, tymczasem „barowy Szekspir” to wydatek zaledwie piętnastu dolarów, gwa- rantujący wiele niezapomnianych przeżyć. Sto lat! Właśnie tyle trzeba czekać, by przeczytać książkę. Spokojnie, nie mówię tu o pozycji z waszej ulubionej serii, a o przyszłych wydaniach. Na terenie Nordmarki, nieda-leko Oslo, zasadzono ponad tysiąc drzew, które po wyrośnięciu zostaną przeznaczone na papier. To właśnie z nich zostanie wy-drukowana unikatowa antologia literacka, której premierę przewiduje się na 2114 rok. Biblioteka Przyszłości to projekt szko-ckiej artystki Katie Paterson, chcącej pod-ważyć tendencję do krótkofalowego myśle-nia oraz podejmowania decyzji z myślą jedynie o współcześnie żyjących ludziach. Każdego roku do projektu będzie zapra-szany jeden pisarz mający za zadanie stworzyć w swoim języku utwór literacki o dowolnej liczbie znaków i tematyce. Nazwiska autorów i tytuły ich dzieł będą podawane na bieżąco do wiadomości pu-blicznej, jednak możliwość przeczytania pojawi się dopiero w 2114 roku, kiedy an-tologia trafi do druku. Czekacie z niecier-pliwością? Ilona Chylińska Fot. 1: Moriza (CC BY 2.0) Fot. 2: Publicplaces (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. ŚLADEM ZABYTKÓW Serbia to spotkanie Zachodu ze Wschodem oraz Północy z Południem. Miejsce, gdzie mieszają się religie, kultury i style. Stare przeplata się z nowym, a Europa wita się z Azją. Belgrad zaś stanowi kwintesencję tej cywilizacyjnej krzyżówki.
POCZTÓWKA Z SERBII #2
KULTURA

Zwiedzanie miasta warto zacząć od jego najstarszej części, czyli parku na Kaleme-gdanie, gdzie znajdują się ruiny twierdzy systematycznie rozbudowywanej pomiędzy I a XVIII wiekiem naszej ery. Cały kom-pleks, wraz z znajdującymi się tam zabyt-kowymi budynkami, ilustruje przegląd bu-rzliwych losów miasta na przestrzeni setek lat. Park ten jest bezsprzecznie i bezapela-cyjnie obowiązkowym punktem każdej wy-cieczki do Serbii. Można tam zwiedzić m.in. Studnię Rzymską, która wbrew swojej naz-wie została zbudowana przez Austriaków oraz grobowiec Domada Ali Paszy, będący przykładem architektury muzułmańskiej. Przy twierdzy mieści się również Muzeum Wojska, posiadające niezwykle bogatą ko-lekcję. W jej skład, poza orężem i bronią, wchodzą także dokumenty, akty prawne, zdjęcia oraz osobiste przedmioty serbskich przywódców. Ponadto można tam znaleźć także kilka ciekawostek, jak choćby list gończy za Josipem Broz Titą, pochodzący

KULTURA

z czasów drugiej wojny światowej. Abstrahując jednak od wartości history-cznej parku, Kalemegdan to także miejsce wystaw oraz obiekt rekreacyjno–sportowy. Perełką całego kompleksu jest natomiast taras widokowy, z którego rozciąga się pa-norama Zemunu, Nowego Belgradu oraz imponujący widok na wpadającą do Dunaju rzekę Savę. Wieczorami zaś te urokliwe warunki przyrody stają się idealną scenerią do spotkań, randek oraz plene-rowych imprez, przede wszystkim dla młodszych mieszkańców stolicy. Obiekt ten jest zdecydowanie jednym z popu-larniejszych punktów na mapie towarzys-kiego życia Belgradu. Tym bardziej, że do oferowanych tam atrakcji należy również zoo i wesołe miasteczko. Kalamegdan można zatem uznać za swoiste miasto w mieście. Dopełnieniem tego są stoiska z pamiątkami, „atakujące” turystę już przy wejściu do parku. Warto jednak do nich zajrzeć, bo sprzedawane tam upominki są dość osobliwe, ale jednocześnie bardzo charakterystyczne dla natury Serbów. Miniaturowe rakije sprzedawane obok śnieżnej kuli z figurką cerkwi św. Savy oraz sprzętów codziennego użytku okra-szonych twarzą Djokovića, wiele mówią o mieszkańcach Belgradu. Ponadto można tam również poznać zasady wyrobu Dżezvy (kociołka do parzenia kawy) wystawianego przez lokalnego sklepikarza. Słuchając tej opowieści, nie należy jednak wnikać, na ile naszego narratora ponosi fantazja. W sąsiedztwie Kalemegdanu znajduje się Dorćol, czyli Stary Belgrad, będący najstarszą dzielnicą miasta. Zarówno

KULTURA

w jego zabudowie, jak i samym nazewnic-twie (wywodzącym się z języka turec-kiego), odbija się historia i wielokulturowy charakter całej stolicy. To tam znajduje się najważniejszy plac Belgradu, czyli Trg Republike (Plac Republiki) oraz główny deptak miasta, ulica Knjeza Mihajlova. Na Dorćolu możemy również zobaczyć meczet Bajrakli i znajdujący się tuż obok niego budynek pierwszego serbskiego gimnaz-jum. Aktualnie mieści się w nim muzeum Vuka Karadżica i Dositeja Obradowica, którego silnie narodowy charakter odbija się w niepodzielnie tam panującym języku serbskim. Ponadto wszelkie opisy, podpisy i objaśnienia występują wyłącznie w cyry- licy. Dla uspokojenia mogę dodać, że jest to jedyna znana mi placówka kulturalna na terenie Belgradu, nieoferująca angielskiej wersji językowej. „Ta legendarna kawiarnia, (...) cieszy się wielkim powodzeniem wśród turystów, zwłaszcza tych z Polski, których wbrew pozorom w Serbii nie brakuje. ” Stare miasto jest również siedzibą serb-skich teatrów, z których obok Narodowego na szczególną uwagę zasługuje kultowy niegdyś Teatr Atelje 212 oraz w dalszym ciągu awangardowy Bitef, mieszczący się

KULTURA

w starym kościele ewangelickim. W konte-kście artystycznych punktów Belgradu nie można nie wspomnieć o Skadarliji, okre-ślanej z lekką przesadą jako „serbski Montmartre”. Na przełomie XIX i XX wieku była to mekka bohemy artystycznej stolicy, w której toczyło się bogate życie nocne, pamiątką tego są znajdujące się tam rów-nież obecnie tradycyjne serbskie kafany (kawiarnie), z których najsłynniejsze to: Tri Szeszira (Trzy Kapelusze), Zlatan Bokal (Złoty Dzban) i Dva Jelena (Dwa Jelenie). Jeżeli jednak na obczyźnie zatęsknimy za polską mową, warto odwiedzić Kafanę na Dorćolu, znajdującą się przy ulicy Kralja Petra. Ta legendarna kawiarnia, będąca przykładem architektury bałkańskiej, cieszy się wielkim powodzeniem wśród turystów, zwłaszcza tych z Polski, których wbrew pozorom w Serbii nie brakuje. Język polski zaś zdaje się być w użyciu równie często co serbski. „(...) na magnesach i pocztówkach można podziwiać marszałka w najróżniejszych okolicznościach przyrody – od dzikich plaż zaczynając, a na korcie tenisowym kończąc.” Belgrad ma także bogatą ofertę muzeów, z których liczną grupę stanowią obiekty związane z Federacyjnym Państwem Jugo-sławii. Pomimo tragicznego finału, miesz-kańcy byłych republik z reguły z dużą do-zą sentymentu wspominają ten okres histo-ryczny, a przede wszystkim swojego ów-czesnego przywódcę, Josipa Broz Tito. Fenomen jego niesłabnącej popularności łatwo dostrzec chociażby na stoiskach z pamiątkami, gdzie na magnesach i pocz-tówkach można podziwiać marszałka w najróżniejszych okolicznościach przyrody – od dzikich plaż zaczynając, a na korcie tenisowym kończąc. Kwintesencją „jugo-nostalgii” jest natomiast Dom Kwiatów (Kuća Cveća), w którym mieści się mauzoleum Tity oraz wystawa tzw. „Sztafet Młodości”. W mauzoleum, podob-nie jak w znajdującym się tuż obok Starym Muzeum, prezentującym podarki otrzymy-wane od przywódców innych krajów, nadal obowiązuje kult marszałka. Autentyczną admirację dla Tity można także wyczytać z księgi pamiątkowej, znajdującej się w budynku. Z rzadko spotykaną jedno-myślnością Serbowie i Chorwaci wpisują do niej pełne patosu podziękowania dla „ojca narodu”, za „cudowny okres w życiu”, któ-ry dzięki niemu przeżyli. Dom Kwiatów znajduje się w dawnym ogrodzie zimowym Tity, w dość ciekawej lokalizacji. Mieści się on bowiem pomiędzy stadionami dwóch najpopularniejszych belgradzkich klubów piłkarskich: Partizan Belgrad i Crvena Zvezda. Eufemizmem by- łoby stwierdzenie, że te zespoły nie darzą się przesadną sympatią. Inny ważny obiekt

KULTURA

sportowy, Kombank Arena, lepiej znana ja-ko Belgrad Arena, znajduje się na trasie prowadzącej ze Starego Miasta na lotnisko. Fani siatkówki, tenisa czy konkursu Euro-wizji mają okazję podziwiać wygląd hali w środku. Zanim jednak odbędziemy drogę powrotną na lotnisko, warto udać się na Zemun, czyli do miejsca, w którym czas zatrzymał się gdzieś na przełomie XIX i XX wieku. Prze-chadzając się uroczymi i spokojnymi uli-czkami, trudno uwierzyć, że nadal jesteśmy w Belgradzie, gdyż przez długi czas było to oddzielne miasteczko, znajdujące się na terenie Cesarstwa Austro–Węgierskiego. Ślady tego widoczne są w lokalnej architekturze, z reguły nieunowocześ-nionej do dnia dzisiejszego. Mieszkańcy Zemunu bowiem bardzo dbają o zacho-wanie autonomicznego i unikalnego cha- rakteru swojej dzielnicy. W tym subiektywnym przeglądzie Belgradu nie można nie wspomnieć o Adzie Ciganliji i Nowym Belgradzie. Ta pierwsza jest pół-wyspem, osadzonym na rzece Sava i peł- niącym funkcję belgradzkiego kurortu. Dru-gie z wymienionych miejsc stanowi nato-miast betonowe osiedle, powstałe po dru-giej wojnie światowej, gdzie swoją siedzibę ma między innymi Muzeum Sztuki Współ-czesnej, a także restauracja Novaka Djo-kovića. Nie sposób jednak poznać Belgrad w kilka dni, odwiedzając wyłącznie ciekawe obie- kty turystyczne. Aby poczuć klimat stolicy i zrozumieć jej fenomen najlepiej napić się kawy, a potem wolnym krokiem, bez poś-piechu, udać się na długi spacer po naj-ważniejszych ulicach miasta. Będąc na Pla-cu Slaviji, zajść do monumentalnego Hra-mu św. Savy, który góruje nad całym Bel-gradem i przekonać się, że w środku pozo-staje on nadal placem niekończącej się bu-dowy. Przejść na Taszmajdan i wstąpić do pięknej (również niedokończonej) cerkwi św. Marka i znajdującej się tuż obok niej malutkiej i bajkowo wyglądającej Rosyj-skiej Cerkwi, której wewnętrzny przepych jest nieproporcjonalny do rozmiaru. Potem skręcić w Bulvar Kralja Aleksandra i przy okazji zobaczyć zalążek stacji metra, któ-rego powstania mieszkańcy się już raczej nie doczekają. A na koniec, idąc starym „szlakiem stambulskim”, podziwiać pomniki wielkich zasłużonych Serbów, Vuka Karad-żića i Nikola Tesli. W moim odczuciu to właśnie w ten sposób można poznać uni-kalny charakter Belgradu. Hanna Kocur Fot. 1: Latzenhofer (CC BYSA 2.0) Fot. 2: Latzenhofer (CC BYSA 2.0) Fot. 3: backkratze (CC BYSA 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. Czy zastanawiałeś się kiedyś nad tym, jak pracuje się w Parlamencie Europejskim? Skąd biorą się wszystkie rezolucje i dlaczego tak ważna jest ogromna wiedza potrzebna do pracy w komisjach? Europejski Parlament Młodzieży jest organizacją, która może wprowadzić cię w świat dyplomacji – niewykluczone, że to właśnie ty weźmiesz udział w brukselskich obradach. KTO CHĘTNY DO
BRUKSELI?
SPOŁECZEŃSTWO

Odkąd w 2004 roku Polska weszła do Unii Europejskiej, znaczenie organów wspólno-ty dla naszego kraju z roku na rok znacznie wzrasta. Obywatele zaczynają dostrzegać, że głos polskich przedstawicieli staje się jednym z wiodących podczas odbywanych obrad. Kto jednak będzie kontynuował poli-tykę naszego kraju poza jego granicami w przyszłości? W dniach 12–15 września br. w Białymsto-ku odbyła się 11. Krajowa Sesja Selekcyjna Parlamentu Europejskiego Młodzieży (Eu-rope Youth Parliament), mająca wyłonić kandydatów do nadchodzących Sesji Mię-dzynarodowych oraz najważniejszego spot-kania, które będzie miało miejsce w Bru-kseli. Dla wielu polskich i zagranicznych uczestników była to doskonała okazja do ponownego udziału w projekcie, dla nie-których – debiut otwierający bramy polity-cznej kariery. Jedno jest pewne: wszyscy uczestnicy wyjechali z Białegostoku z ogro- mnym bagażem dobrych wspomnień i no-wych znajomości, jak również bogatsi o wiedzę i doświadczenia. Przygotowując się do Sesji, jako debiu-tanci nie wiedzieliśmy za bardzo, co nas czeka i na co powinniśmy zwrócić uwagę. Rejestrując się w formularzu, każdy wy-bierał komisję, a co za tym idzie – najbar-dziej interesujący dla niego temat. Pozwo-liło nam to dogłębnie poznać problem, któ-rym będziemy się zajmować. Dodatkowo, po przydzieleniu do odpowiedniej grupy, dostaliśmy praktyczne informacje od na-szych przyszłych opiekunów, tzw. chairs. Dowiedzieliśmy się wtedy, jak będzie wy-glądało nasze spotkanie oraz co należy ze sobą zabrać. Charakterystycznym elementem całej Sesji było spotkanie społeczności międzynarodo-wej i debata nad obecnymi problemami do-tyczącymi Unii Europejskiej, łącząca mło-

SPOŁECZEŃSTWO

dzież z różnych części Europy, począwszy od Litwy, a skończywszy na Portugalii. Tak samo sytuacja wyglądała z Media Team oraz naszymi chairs. Dzięki porozumie-waniu się w języku angielskim, nikt nie czuł się tutaj obco czy nieswojo, mogliśmy za-tem poznać młodzież z każdego europej-skiego kraju. „Jednak cel Sesji w Białymstoku nie ograniczał się jedynie do przyjęcia bądź odrzucenia rezolucji przez wszystkie opcje w Parlamencie, lecz zdobywania doświadczenia, wiedzy i umiejętności.” Pierwszy dzień miał pomóc nam w zinte-growaniu grup, w których mieliśmy inten-sywnie pracować przez dwa następne dni. Po oficjalnym rozpoczęciu konferencji przez Christiana Machta, prezydenta całego przedsięwzięcia, nasi chairs zaprowadzili nas do pięknego, jesiennego już parku, gdzie usiedliśmy na trawie i spędziliśmy dużo czasu, poznając uczestników komitetu dzięki grom, zabawom integracyjnym i pierwszym zadaniom przygotowującym do pracy w zespole. Następny dzień obfitował w wiele dyskusji, wytężoną pracę oraz pró-by sformułowania problemów Unii w konte-kście tematów przydzielonych komisjom – od kryzysu panującego obecnie na Ukrainie (Commitee of Foreign Affairs), aż po san-kcje związane z emisją gazów cieplarnia-nych (Committee on Environment, Public Health and Food Safety). Wielogodzinne rozmowy prowadzone przez każdy z ośmiu komitetów doprowadziły do stworzenia projektu rezolucji, nad którym mieliśmy pracować trzeciego dnia Sesji. Już o świcie zaczęły się najtrudniejsze zadania. Z po-mocą naszych opiekunów mieliśmy nie tyl-ko wypracować propozycje rozwiązań, ja-kie powinna wprowadzić Unia Europejska, ale również stworzyć oficjalną wersję do-kumentu, który będzie podlegał dyskusji podczas Zgromadzenia Generalnego (Ge-neral Assembly). Był to dzień, kiedy zdania uczestników najbardziej się różniły, a ro-zważania nad każdym punktem rezolucji trwały najdłużej. Trzy dni pracy w komitetach doprowadziły nas do części kulminacyjnej, czyli symulacji obrad Parlamentu Europejskiego. Aby wszyscy mieli okazję zabrać głos podczas dyskusji, każdy komitet podzielił zadania, takie jak czytanie projektu rezolucji, mowa obronna czy prowadzenie otwartej debaty, pomiędzy swoich członków. Spotkanie roz-począł prezydent wraz z zastępcami, którzy kontrolowali przebieg debaty i głosowań nad poszczególnymi projektami. Było to nie lada wyzwanie dla uczestników, którzy sta-rali się przekonująco zaprezentować oraz bronić pomysłów komitetu. Jednak cel Se-sji w Białymstoku nie ograniczał się jedynie do przyjęcia bądź odrzucenia rezolucji

SPOŁECZEŃSTWO

przez wszystkie opcje w Parlamencie, lecz zdobywania doświadczenia, wiedzy i umie-jętności. Pierwszy raz w życiu dane mi było ucze-stniczyć w tego typu projekcie i mogę szczerze zapewnić, że wiele mu zawdzię-czam. Oprócz zawarcia nowych międzyna-rodowych znajomości, zapoznałam się z metodami pracy wysokich szczebli unij-nych i nauczyłam się formułować oficjalne dokumenty w języku angielskim. Również inni uczestnicy konferencji stwierdzili, iż te-go, czego dowiedzieliśmy się w ciągu czte-rech dni, szkoła nie jest w stanie zapewnić podczas całego cyklu edukacji. Ta metoda zupełnie różni się od nauki o Unii Euro-pejskiej z książek. W młodzieżowym parla-mencie mam poczucie, że ja, młody czło-wiek, mam ogromne możliwości, aby zmie-nić sytuację wspólnoty i życie jej mieszkań-ców na lepsze. Jeśli chciałbyś dowiedzieć się więcej na te-mat organizacji EYP oraz nadchodzących Sesji, wejdź na www.eyppoland.com lub www.facebook.com/EYPPoland. Karolina Wilk STUDENCKI START

SPOŁECZEŃSTWO

Już wkrótce rozpocznie się nowy rok akademicki i studenci wrócą na swoje uczelnie. Trwa okres składania wnio-sków o stypendia, nagrody oraz kre-dyty studenckie. O czym powinni wie-dzieć młodzi ludzie rozpoczynający kolejny etap swojej przygody na uczelniach wyższych? Jakie mają prawa? Czego nie może żądać od studentów uczelnia? Bezpłatne studiowanie Już z początkiem czerwca 2014 roku Try-bunał Konstytucyjny ogłosił – ku uciesze dużej liczby studentów – że odpłatność za drugi i każdy kolejny kierunek studiów jest niezgodna z Konstytucją RP, ponieważ we-dług polskiej Ustawy Zasadniczej, jako obywatele mamy prawo do bezpłatnej na-uki w szkołach wyższych. „Wprowadzenie odpłatności za drugi kierunek było dużym błędem. Doprowadziło do sytuacji, w której wiele osób zrezygnowało z poszerzania swojej wiedzy ze względu na to, że zwy-czajnie nie było ich na to stać. Moim zda-niem Państwu powinno zależeć, aby oby-watele byli jak najlepiej wykształceni. Oprócz tego przepisy dotyczące płatności były bardzo niejasne i nawet panie w dzie-kanatach nie wiedziały, kiedy student bę-dzie musiał płacić za kolejny kierunek stu-diów, a kiedy nie. Kolejnym minusem usta-wy było doprowadzenie do sytuacji, w któ-rej koszty za studia stacjonarne były bar-dzo zbliżone, czasem identyczne jak te na zaocznych. A według powszechnej opinii, na studiach niestacjonarnych znacznie łat-wiej o zaliczenie niż na dziennych” – mówi Beata, studentka administracji na Uniwer-sytecie Opolskim. O „uwolnienie” od opłat za drugi kierunek studiów apelowała także Rada Parlamentu Studentów Rzeczypospo-litej Polskiej: „Rada wezwała do niezwło-cznego usunięcia niekonstytucyjnych prze-

SPOŁECZEŃSTWO

„Przede wszystkim, w nowym roku akademickim nie trzeba martwić się o to, że za ambicje i chęć poszerzania swojej wiedzy przyjdzie studentom zapłacić.” pisów z ustawy Prawo o szkolnictwie wyż-szym. Jednocześnie w imieniu środowiska studenckiego zaapelowała o „zagwaranto-wanie w ustawie Prawo o szkolnictwie wyż-szym realizacji konstytucyjnej gwarancji do bezpłatnej nauki poprzez całkowite znie-sienie ograniczeń w zakresie możliwości bezpłatnego studiowania na drugim kieru-nku studiów”. Takie oświadczenie można przeczytać na oficjalnym profilu PSRP na Facebooku. Przede wszystkim, w nowym roku akademickim nie trzeba martwić się o to, że za ambicje i chęć poszerzania swo-jej wiedzy przyjdzie studentom zapłacić. Studencie! Nie oddawaj legitymacji! Również w kwestii legitymacji studenckich wiele wyjaśniło się w czerwcu. Na niektó-rych uczelniach w momencie obronienia prac dyplomowych, dziekanaty prosiły stu-dentów o zwrot dokumentu, który upraw-nia ich do korzystania ze zniżek m.in. na przejazdy transportem publicznym. Dzięki interwencji PSRP podczas prac nad noweli-zacją ustawy o szkolnictwie wyższym wpro-wadzono zmiany, które zapewniają osobie kończącej I stopień studiów zachowanie praw studenta do 31 października roku, w którym staje się on absolwentem ucze-lni. „Przepis art. 167 ust. 2a ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym nie daje zatem ża-dnych wątpliwości w tym zakresie. W kon-sekwencji wprowadzone zmiany gwarantu-ją m.in.: możliwość korzystania z ustawo-wych zniżek – bez przerwy, która wcześniej występowała pomiędzy studiami I i II sto-pnia, prawo do posługiwania się legityma-cją studencką, możliwość zasiadania w organach samorządu studenckiego – wcześniej obrona pracy licencjackiej do-prowadzała do automatycznego wygaś-nięcia członkostwa w organie samorządu” – czytamy w artykule Przewodniczącego Parlamentu Studentów RP, Piotra Müllera, na stronie internetowej PSRP. Paragraf 7, ustęp 2 Rozporządzenia Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego w sprawie doku-mentacji przebiegu studiów stanowi jasno, że „prawo do posiadania legitymacji stu-denckiej mają studenci do dnia ukończenia studiów, zawieszenia w prawach studenta lub skreślenia z listy studentów, zaś w przypadku absolwentów studiów pier-wszego stopnia — do dnia 31 października roku ukończenia tych studiów”. Bezprawne opłaty Kolejnym problemem, z którym borykają się studenci, są opłaty narzucane – często bezprawnie – przez uczelnie, jako m.in. opłata za egzamin dyplomowy czy koszty administracyjne. Przede wszystkim warto wiedzieć, że zgodnie z przepisami, które

SPOŁECZEŃSTWO

weszły w życie 1 stycznia 2012 roku, „uczelnia nie pobiera opłat za rejestrację na kolejny semestr lub rok studiów, eg-zaminy, w tym egzamin poprawkowy, eg-zamin komisyjny, egzamin dyplomowy, wy-danie dziennika praktyk zawodowych, zło-żenie i ocenę pracy dyplomowej oraz wy-danie suplementu do dyplomu”. Jeśli uczel-nia żąda od dyplomanta uiszczenia opłaty za egzamin dyplomowy, działa wbrew przepisom. Tak samo wygląda sytuacja, jeżeli mowa o przedłużeniu terminu zło-żenia w dziekanacie indeksów. Kiedy stu-dent nie jest w stanie dotrzymać ostate-cznego terminu zaliczenia okresu nauki wy-nikających z regulaminu studiów, wystę-puje z prośbą o przedłużenie takiego ter-minu do dziekana swojego wydziału. Jeżeli uczelnia nie posiada wydziałów, pismo na-leży kierować do rektora szkoły wyższej. Szkoła wyższa nie może także wymagać od swoich studentów opłat, które nie wy-nikają wprost z podpisanej między strona-mi umowy. „Umowa, którą student zawiera z uczelnią, jest umową cywilnoprawną, do której zastosowanie mają przepisy kodeksu cywilnego regulujące umowę zlecenia. W treści tej umowy powinny być dokładnie określone opłaty, jakie student będzie mu-siał ponosić w trakcie okresu studiów wraz ze wskazaniem ich wysokości. Zmiana ro-dzajów opłat lub ich wysokości pociąga za sobą konieczność zmiany treści umowy. Wyjątkiem są opłaty związane z dokumen-tacją przebiegu studiów (m.in. legitymacja studencka, indeks, dyplom), które wynikają z przepisów rozporządzenia Ministra Nauki

SPOŁECZEŃSTWO

i Szkolnictwa Wyższego z 14 września 2011 r. w sprawie dokumentacji przebiegu stu-diów (Dz.U.11.201.1188)” – informuje na swojej stronie Parlament Studentów RP. Student ma swoje prawa! Studenci mogą również ubiegać się na swoich uczelniach o pomoc materialną. Jest ona realizowana w czterech podstawo-wych kategoriach stypendiów: socjalne, w tym o zwiększonej wysokości z tytułu za-mieszkiwania w domu studenckim lub in-nym obiekcie, rektora dla najlepszych stu-dentów, specjalne dla osób niepełnospra-wnych oraz zapomoga. Oprócz tego, w wielu polskich miastach zapewniana jest także pomoc materialna dla najlepszych studentów w postaci stypendiów samorzą-dowych, a w całej Polsce ubiegać można się także o stypendium Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Wspólnot Euro-pejskich oraz o specjalne nagrody pienię-żne sponsorowane przez fundacje, stowa-rzyszenia i osoby prywatne. Kryteria przy-znawania stypendiów są ustalane przez ich sponsorów. „Finansowanie studiów z kredytu studenckiego ma prawdopodobnie tyle samo zwolenników, co przeciwników.” Jeśli zaś mowa o dysponowaniu finansami od Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyż- szego (stypendia: socjalne, rektora, spe-cjalne i zapomogi), to przy rozporządzaniu nimi obowiązuje kilka podstawowych za-sad, o których studenci powinni pamiętać. Pierwszą z nich jest fakt, że w ustawie dotyczącej świadczeń socjalnych dla stu-dentów nie został określony termin, do któ-rego można się ubiegać o takie stypenn-dium. Dlatego też pracownicy uczelni wy-ższej zajmujący się pomocą materialną nie mogą odmówić przyjęcia i rozpatrzenia wniosku, nawet jeśli został on złożony po dacie wyznaczonej przez naszą placówkę edukacyjną. Uczelnia nie może także od-mówić przyjęcia od studenta niekomplet-nego wniosku stypendialnego: „W myśl art. 64 § 2 kpa. Jeżeli podanie nie czyni zadość innym wymaganiom ustalonym w przepi-sach prawa, należy wezwać wnoszącego do usunięcia braków w terminie siedmiu dni z pouczeniem, że nieusunięcie tych braków spowoduje pozostawienie podania bez rozpoznania. Oznacza to, iż uczelnia musi przyjąć wniosek (nawet niekomple-tny), a następnie zawiadomić o brakują-cych dokumentach oraz wskazać termin na ich dostarczenie. Jeśli braki zostaną uzu-pełnione w tym terminie, będzie to rów-noznaczne ze złożeniem od początku kom-pletnego wniosku” – informuje Parlament Studentów RP. Jeżeli student ukończy pierwszy stopień studiów na innym kie-runku niż ten, który wybrał w postę-powaniu rekrutacyjnym na II stopniu, to nadal przysługują mu wszystkie świadcze-nia stypendialne. Mówi o tym art. 184 ust. 5 ustawy z 27 lipca 2005 r. – Prawo

SPOŁECZEŃSTWO

o szkolnictwie wyższym: „Studentowi, któ-ry po ukończeniu jednego kierunku studiów kontynuuje naukę na drugim kierunku stu-diów, nie przysługują świadczenia, o któ-rych mowa w art. 173, chyba że kontynu-uje on studia po ukończeniu studiów pier-wszego stopnia w celu uzyskania tytułu za-wodowego magistra lub równorzędnego, jednakże nie dłużej niż przez okres trzech lat”. Studiowanie na kredyt Tego typu kredyty oferuje większość ban-ków w Polsce. Polegają one na otrzymy-waniu przez okres studiów comiesięcznej wpłaty od kredytodawcy w określonej, ustalonej przy zawieraniu umowy kwocie. W trakcie nauki zapewnia nam to własne pieniądze każdego miesiąca oraz brak konieczności łączenia pracy i studiów. Po zakończeniu nauki w terminie określonym przez bank musimy całość kredytu spłacić – bank określa, ile rat i w jakiej wysokości będziemy oddawać. Taki kredyt zapewnia studentom częściową stabilizację finanso-wą w trakcie nauki, jednak jeżeli po stu-diach nie uda nam się znaleźć dobrze płat-nej pracy, możemy mieć problem z odda-niem całości kwoty, która nazbiera się przez okres studiowania. Finansowanie stu-diów z kredytu studenckiego ma prawdo-podobnie tyle samo zwolenników, co prze-ciwników: „Uważam, że takie kredyty są pomocne, bo słyszałam o sytuacjach, w których ludzie potrzebowali pieniędzy na studiowanie i to było jedynie rozwiązanie. Ja radzę sobie bez takich dodatkowych funduszy, dlatego na kredyt się nie zdecy-dowałam. Jeśli jednak znalazłabym się w tzw. podbramkowej sytuacji, to takim

SPOŁECZEŃSTWO

rozwiązaniem zainteresowałabym się w pierwszej kolejności” – mówi Marlena, studentka z Wrocławia. „Jestem w trakcie studiów humanistycznych i zdecydowałam się na wzięcie takiego kredytu. Dzięki nie-mu mogę przede wszystkim odciążyć mo-ich rodziców i część opłat wziąć na siebie. Oczywiście wizja spłaty całej kwoty za kil-ka lat jest dla mnie troszkę przerażająca, ale sądzę, że sobie poradzę” – opowiada Angelika, studentka Uniwersytetu Jagiello-ńskiego. „Na polskich uczelniach nadal pobiera się wiele opłat, które są niezgodne z prawem, a mimo to studenci je uiszczają.” Jeżeli ktoś potrzebuje dodatkowych pie-niędzy podczas studiowania, to taki kredyt jest jednym z najlepszych rozwiązań. Do jego zalet należy przede wszystkim niskie oprocentowanie: „W okresie spłaty kredytu odsetki spłacane przez kredytobiorcę są naliczane w wysokości 1/2 stopy redyskon-towej weksli Narodowego Banku Polskie-go, która wynosi obecnie 2,75” – informuje Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego na swojej stronie. Warto również wspom-nieć o takich zaletach, jak prosta procedura przyznawana gotówki oraz dogodne waru-nki kredytu oddania pożyczki: „Spłata kre-dytu rozpoczyna się po upływie dwóch lat od dnia ukończenia studiów albo terminu, w którym zgodnie z ostatnim przedstawio-nym zaświadczeniem o odbywaniu studiów kredytobiorca powinien ukończyć studia – w zależności od tego, który termin nastąpił wcześniej. Liczba rat spłaty kredytu stano-wi dwukrotność liczby wypłaconych rat. W okresie pobierania kredytu oraz w tra-kcie dwuletniego okresu karencji odsetki są spłacane przez budżet państwa” – czytamy na stronie internetowej MNiSW. Nie taki diabeł straszny… Podczas kilku lat studiów warto pamiętać o tym, czego może żądać od nas uczelnia i obsługa dziekanatów, a co jest bezpra-wne. Na polskich uczelniach nadal pobiera się wiele opłat, które są niezgodne z pra-wem, a mimo to studenci je uiszczają. Je-żeli nie jest się pewnym, czy wymagania stawiane przez uczelnię mają podstawy prawne, najlepiej skonsultować się z sa-morządem studenckim, działającym przy każdej szkole wyższej. Jeśli oni nie będą potrafili odpowiedzieć na pytania studen-tów, do dyspozycji jest również Parlament Studentów RP, który chętnie doradzi, jak zachować się w niejasnej dla studenta sytuacji. Katarzyna Kała Fot. 1: Steven S. (CC BY 2.0) Fot. 2: Shonk (CC BY 2.0) Fot. 3: xb3 (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. Ludzie z racji swej ciekawskiej natury, pragną poznawać świat – to nie ulega wątpliwości. Jeżdżą coraz dalej i dalej, w coraz bardziej egzotyczne i nie-dostępne zakątki. I mimo że od najmłodszych lat jesteśmy uczeni, że nie można dotrzeć do końca świata, bo Ziemia jest okrągła, to przecież możemy próbować, prawda? Bo tak naprawdę koniec świata – oczywiście w znaczeniu przenośnym – istnieje. Poznajcie najbardziej oddaloną od Polski wyspę, Pitcairn.
NA KOŃCU ŚWIATA
SPOŁECZEŃSTWO

3 lipca 1767 roku żeglarz z okrętu HMS Swallow, Robert Pitcairn, zauważył na ho-ryzoncie niewielką, nieznaną dotąd wyspę, która przez kapitana statku została na-zwana na cześć odkrywcy. Natychmiast jednak o wysepce zapomniano i dopiero ponad dwadzieścia lat później wylądowali na niej pierwsi ludzie. Była to zbuntowana załoga z angielskiego okrętu Bounty oraz kilkunastu mieszkańców „pobliskiego” Ta-hiti (w cudzysłowie, bo tak naprawdę obie wyspy dzieli ponad dwa tysiące kilomet-rów). Trafili na Pitcairn przez przypadek, ponieważ wyspę naniesiono na mapach w złym miejscu. Buntownicy przenieśli na ląd najpotrzebniejsze rzeczy ze statku, który wkrótce potem spalili, aby zatrzeć za sobą ślady. Spokój wśród pierwszych mieszkańców wysepki nie trwał jednak długo. W 1793 roku doszło do poważnego konfliktu między Tahitańczykami a maryna-rzami, w wyniku którego zginęli prawie wszyscy mężczyźni.

SPOŁECZEŃSTWO „(...) emigranci, rozczarowani warunkami życia panującymi w nowym miejscu zamieszkania, postanowili wrócić na „swoją” wysepkę.”

Kres izolacji niewielkiej społeczności poło-żyło w 1814 roku odkrycie kolonii przez statek HMS Briton, którego załogę naty-chmiast oczarowały pobożność i prosty styl życia osadników. Populacja wyspy szybko wzrosła, a prawa do niej zaczęli rościć sobie Brytyjczycy. Ostatecznie trafiła pod brytyjską jurysdykcję i wielu niezadowolo-nych z tego mieszkańców powróciło do swoich korzeni na Tahiti, natomiast resztę przesiedlono na Norfolk. Byłby to zapewne koniec historii Pitcairn, gdyby nie to, że emigranci, rozczarowani warunkami życia panującymi w nowym miejscu zamieszka-nia, postanowili wrócić na „swoją” wyse-pkę. Zdążyli w ostatniej chwili, ponieważ Francuzi tylko czekali, aby przejąć opusz- czony skrawek lądu. Osadnicy szybko wpro- wadzili prawo zabraniające osiedlania się nowym przybyszom, chyba że ich obecność byłaby w jakiś sposób korzystna dla całej społeczności. Wkrótce potem przeorganizo- wano sposób sprawowania rządów – wpro- wadzono parlament, oddzielono władzę wykonawczą od sądowniczej i zapropo- nowano nowy system kar. Prawa te nie obowiązywały jednak długo – już dwa- dzieścia lat później brytyjski konsul na Tahi- ti zauważył, że system parlamentarny jest zbyt skomplikowany dla niewielkiej popu- lacji Pitcairn i przywrócił poprzedni ustrój. Wraz z początkiem dwudziestego wieku na-stał kres europejskiej rywalizacji na Ocea-nie Spokojnym, zatem kupcy mogli już bez-piecznie zawijać do portu, a po otwarciu Kanału Panamskiego Pitcairn przecięła morska trasa do Nowej Zelandii. Setki

SPOŁECZEŃSTWO

turystów na pokładach licznie kursujących liniowców chętnie kupowały pamiątki z wyspy. Dzięki temu także styl życia jej mieszkańców mógł ulec zmianie. Coraz więcej z nich pragnęło poznać świat, a na-pływ pieniędzy pozwalał im te marzenia re-alizować. Gospodarka Pitcairn jednak wciąż pozostawiała wiele do życzenia. Dźwignęła się dopiero za sprawą wypuszczonych w 1940 roku znaczków pocztowych, które stały się jednymi z najcenniejszych i naj-bardziej poszukiwanych przez filatelistów z całego świata. Dzięki uzyskanym w ten sposób dochodom niegdyś nędznie wyglą-dająca stolica wyspy, Adamstown, mogła się rozwinąć. Tak naprawdę Pitcairn jest tylko jedną z wysp archipelagu o tej samej nazwie. Tworzą go jeszcze trzy rozrzucone na Oceanie Spokojnym atole: Henderson, Ducie i Oeno, jednak żaden z nich nie jest zamieszkany. Całą populację archipelagu stanowi więc około pięćdziesięciu osób żyjących na Pitcairn, będących przy okazji w prostej linii potomkami buntowników z Bounty. Zajmują się oni głównie uprawą owoców i rybołówstwem, jednak najwię-kszy dochód przynosi im sprzedaż znanych już na całym świecie znaczków poczto-wych, miodu i wyrobów rękodzielniczych. Coraz większe zyski generuje także turys-tyka. Na wyspie nie ma hotelu, lotniska ani nawet porządnego portu, a dostać się na nią można tylko wtedy, gdy na oceanie panują warunki odpowiednie dla niewiel-kich łodzi motorowych. Oprócz tego braku-

SPOŁECZEŃSTWO

„Jak okiem sięgnąć, wszędzie wokół widać tylko bezmiar oceanu, panuje idealna cisza zakłócana jedynie przez szum fal.” je linii telefonicznej, niei stnieje żadna stacja telewizyjna ani nawet rozgłośnia radiowa, a mieszkańcy komunikują się ze światem głównie za pośrednictwem Inter-netu. Może to właśnie ta izolacja sprawia, że Pitcairn staje się celem dla coraz więk-szej liczby turystów? Jak okiem sięgnąć, wszędzie wokół widać tylko bezmiar ocea-nu, panuje idealna cisza zakłócana jedynie przez szum fal, słońce przygrzewa, a na wyciągnięcie ręki dostępne są wszelkie egzotyczne owoce. Czegóż chcieć więcej? Wydawać by się mogło, że jest to istny raj na Ziemi, jednak w rzeczywistości wcale nie jest tak kolorowo, a położenie wyspy gdzieś na uboczu, z dala od szlaków morskich, nie zawsze bywa pożądane. O Pitcairn zrobiło się głośno w 2004 roku, kiedy kilku tamtejszych mężczyzn, w tym także burmistrza Adamstown, oskarżono o gwałty i molestowanie nieletnich. Proces, podczas którego przesłuchano wszystkie kobiety mieszkające na wyspie, trwał po-nad pół roku i kosztował Wielką Brytanię kilkanaście milionów dolarów, jednak wy-roki zapadające w sprawie oskarżonych nie były adekwatne do popełnionych przez nich przestępstw, a karę więzienia po niecałym roku zamieniono na areszt

SPOŁECZEŃSTWO „(...) byc może, ta niepozorna wysepka, oprócz bycia jednocześnie rajskim zakątkiem i piekłem, zasługuje także na miano wyspy skarbów…”

domowy. Mężczyźni mogli więc bez skrę- powania wypływać na połów czy wykony- wać konieczne na wyspie prace. Wszyscy skazani wciąż żyją na Pitcairn, wyjechały za to ich ofiary. Na wyspę przybyli pra- cownicy socjalni mający pomóc kobietom i dzieciom w powrocie do normalności. Dzi- siaj podobno do takich przykrych wydarzeń już nie dochodzi. Temat ten jednak co jakiś czas powraca, dlatego mieszkańcy Pitcairn nie są przychylni dziennikarzom, fil- mowcom czy jakimkolwiek innym osobom chcącym dowiedzieć się „dlaczego tak się stało”, „czemu nikt tego nie nagłośnił wcześniej” czy „jak to możliwe, że kary dla sprawców były tak niskie”. Szczerze mó- wiąc, nie są oni szczególnie przychylni na- wet turystom, dlatego dostać się na Pitcairn jest naprawdę trudno. Podróż najlepiej zacząć od dokładnego przeliczenia oszczędności, gdyż koszt bile-tów tylko w jedną stronę to, bagatela, co najmniej dwadzieścia pięć tysięcy złotych. Następnie trzeba postarać się o wizę, co wcale nie jest łatwym zadaniem, gdyż Rada Wyspy wydaje je bardzo niechętnie, a czas oczekiwania wynosi nawet pół roku. Gdy zostanie się już tym szczęśliwym wy- brańcem, należy dokładnie sprawdzić, kie-dy z wyspy Mangareva odpływa statek na Pitcairn (a kursuje on tylko osiem razy w roku) i dopiero do tej daty dostosowy-wać termin lotu na Tahiti, a następnie na Mangarevę. To oczywiście nie koniec. Na-wet jeżeli komuś uda się dostać na statek, nie ma gwarancji, że ostatecznie znajdzie się na Pitcairn – wszystko zależy od pogody, gdyż z powodu braku portu pasa-

SPOŁECZEŃSTWO

żerowie ostatnią część trasy pokonują w szalupach. Ponieważ na wyspie nie ma żadnego hotelu, zakwaterowanie turystom zapewniają jej mieszkańcy, którzy bardzo się cenią – spędzenie tam jednej doby ko-sztuje średnio siedemdziesiąt dolarów od osoby. Ale w końcu dla chcącego nic tru-dnego, prawda? Opowieść o buncie na statku Bounty i jego niepokornej załodze nie została jeszcze zakończona. Niektórzy bowiem twierdzą, że gdy okręt odpływał z Anglii, w kasie znajdowało się czterysta funtów w złocie. Kapitan wydał zaledwie znikomą część tej kwoty, a reszta… przepadła. Co stało się z tymi pieniędzmi? Krąży legenda, że skrzy-nia ze złotem wciąż znajduje się gdzieś na Pitcairn, głęboko zakopana. A ponieważ w każdej legendzie jest ziarnko prawdy, być może ta niepozorna wysepka, oprócz bycia jednocześnie rajskim zakątkiem i pie-kłem, zasługuje także na miano wyspy skarbów… Agnieszka Antosik Fot. 1: Chris (CC BYSA 2.0) Fot. 2: doublecnz (CC BY 2.0) Fot. 3: makemake (CC BYSA 3.0) Fot. 4: Chris (CC BYSA 2.0) Fot. 5: Blatantworld (CC BY 2.0) Fot. 6: doublecnz (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. ZROZUMIEĆ SIATKÓWKĘ

NAUKA

NIECO LEPIEJ Siatkówka zasadniczo nie wydaje się skomplikowana: gramy nad siatką, pił-kę odbijamy (a nie rzucamy), staramy się, by dotknęła boiska po stronie przeciwnika albo by wypadła na aut po kontakcie z rywalem. Diabeł jednak – jak zwykle – tkwi w szczegółach. Nie mogę nazwać się znawcą siatkówki. Ki-bicem jestem niedzielnym, a sam grałem jedynie na lekcjach WF–u, bo talentu spor-towego niestety nie mam. Skutek jest taki, że choć generalnie rozumiem, na czym po-lega ta gra, to jednak nie całkiem pojmuję o co chodzi, gdy słyszę choćby o spraw-dzaniu ustawienia zespołów lub przekrocze– czeniu linii trzeciego metra. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak zajrzeć do aktual-nych przepisów gry w siatkówkę i postarać się zrozumieć mniej oczywiste elementy tego sportu. Zanim jeszcze rozpocznie się gra, drużyna musi złożyć protokół, w którym wskazani zos-taną jej zawodnicy w liczbie maksymalnie dwunastu. To oczywiście gracze dopuszcze-ni do udziału w spotkaniu. Jeżeli zmiana taka zostanie dostrzeżona już w momencie wejścia siatkarza na boisko, zespół straci punkt i zagrywać będą przeciwnicy. Gorzej jednak, gdy sytuacja taka wyjdzie na jaw dopiero po dłuższym czasie gry, bowiem skutkować będzie to nie tylko stratą punktu i ewentualnie zagrywki, ale i wszystkich se-tów oraz punktów wywalczonych od chwili dokonania nieregulaminowej zmiany. Protokół zawierający listę zawodników to jednak nie jedyny dokument, który musi

NAUKA

zostać przekazany sędziom przez drużynę. Bardzo ważna jest również kartka, na której trener określi ustawienie początkowe zespo-łu. O co chodzi? Na boisku każdy siatkarz ma swoją pozycję. „1” to prawy obrony, „2” to prawy ataku, „3” to środkowy ataku, „4” to lewy ataku, „5” to lewy obrony, a „6” to środkowy obrony. Trener przed każ-dym setem musi wskazać, który z jego siat-karzy przy pierwszej zagrywce będzie „1”, który „2” i tak dalej. W momencie uderze-nia piłki przez zagrywającego zawodnicy muszą zajmować swoje – wyznaczone w ten sposób – miejsce. Potem mogą już dowolnie ustawiać się na boisku, co tłuma-czy, dlaczego przykładowo w większości akcji drugim odbiciem zajmuje się wyspecjalizo-wany rozgrywający. Jeżeli okaże się, że zespół ustawił się niezgodnie z tym, co za-pisano na przekazanej wcześniej kartce, to straci wszystkie sety i punkty zdobyte do tego momentu. Żadnej kary nie będzie, gdy problem z ustawieniem początkowym zostanie odkryty już na samym początku seta – wtedy po prostu pozycje zawodni-ków zostaną skorygowane. Czym innym jest jednak problem z usta-wieniem początkowym, a czym innym błąd ustawienia lub błąd rotacji. Może najpierw opowiem o ustawieniu, ale jeszcze wcześ-niej o liniach na boisku. Poza linią środko-wą (z górującą nad nią siatką) rozdziela-jącą dwie drużyny, mamy po każdej ze stron boiska dwie ciągłe linie, w odległości trzech metrów od środka. To właśnie linie ataku. Zawodnicy stojący za tą linią bliżej siatki to zawodnicy ataku, zawodnicy stojący z drugiej strony tej linii – obrony. Ustawie-nie w momencie zagrywki powinno być ta-kie, by każdy zawodnik ataku miał choć część stopy bliżej linii ataku niż znajdujący się za nim zawodnik linii obrony. Jest to zrozumiałe, gdy zważy się na to, że każ-da ze stron boiska ma dziewięć metrów długości – strefa ataku ma jej więc trzy metry, a strefa obrony – sześć. Ponadto zawodnicy po lewej lub prawej stronie boi-ska muszą być choć częścią stopy bliżej odpowiednio lewej lub prawej linii bocznej niż zawodnicy środkowi. Nieprzestrzeganie tych zasad podczas odbicia piłki przez za-grywającego to strata punktu i ewentualnie zagrywki. Co się zaś tyczy rotacji, to trzeba pamiętać o tym, że po każdym wywalcze-niu sobie prawa zagrywki zawodnicy zmie-niają swoje pozycje zgodnie z ruchem wskazówek zegara – „1” staje się „6”, „6” przechodzi na miejsce „5”, „5” zastępuje „4” i tak dalej. Serwuje zawsze zawodnik, który po dokonaniu rotacji będzie prawym obrony, czyli „1”. Błąd rotacji polega wy-łącznie na wykonaniu zagrywki przez niewłaś-ciwego zawodnika. To zaś, że w momencie tego zagrania siatkarz, który powinien być na pozycji środkowego ataku, znajduje się na pozycji prawego ataku, jest błędem ustawienia, a nie błędem rotacji. Błąd ro-tacji skutkuje stratą punktu i prawa do wy-konania zagrywki. Ponadto anuluje się wszy– stkie punkty drużyny, która dopuściła się tego błędu (tylko błędu rotacji, nie ustawie-

NAUKA

nia!), zdobyte od momentu wystąpienia po-myłki (chyba że tej chwili nie da się ustalić). „Jeżeli okaże się, że zespół początkowo ustawił się niezgodnie z tym, co zapisano na przekazanej wcześniej kartce, to straci wszystkie sety i punkty zdobyte do tego momentu.” Kontynuując temat zawodników i ich miej-sca na boisku, warto wspomnieć o zmianach. Tych zaś zespół może dokonać sześć w każ– dym secie. Sprawa jest jednak trudniejsza niż mogłoby się wydawać. Po pierwsze, nie chodzi tu o zmianę sześciu zawodników. Podczas jednej zmiany można bowiem od- wołać z boiska jednego, dwóch, a nawet cały komplet zawodników i wprowadzić na ich miejsce rezerwowych. Po drugie, zawodnik z ustawienia początkowego może być zmieniony tylko raz w secie (z możli- wością zmiany powrotnej). Innymi słowy, w tym samym secie można zdjąć rozgrywa- jącego i wprowadzić za niego innego gra- cza, a potem znów wprowadzić tego roz- grywającego na boisko, ale będzie to koniec możliwości manewru co do tego gracza. Mało tego, również odwołany wte- dy z boiska rezerwowy nie wróci na nie w tym samym secie, nawet na miejsce in- nego zawodnika. Nie można też zdjąć re- zerwowego, by wprowadzić za niego inne– go rezerwowego – pierwszego z nich może bowiem zastąpić tylko gracz z ustawienia

NAUKA NAUKA

początkowego. A kolejnym ograniczeniem jest fakt, że zawodnik zastąpiony przez rezerwowego może wrócić na boisko tylko na tę samą pozycję, którą zajmował przed zmianą. Oznacza to więc, że rezerwowy wprowadzony tylko po to, by zaskoczyć przeciwnika świetną zagrywką, powinien być odwołany z boiska zaraz po akcji, w której drużyna straci prawo wykonania serwu. Gdy bowiem drużyna zyska ko- lejny punkt, dojdzie do rotacji i zawodni- ka wprowadzonego na zagrywkę będzie można zastąpić graczem z ustawienia po-czątkowego dopiero, gdy ten znów znaj-dzie się na pozycji „1”. Po trzecie, do limitu zmian nie zalicza się wejścia na boisko li-bero za któregoś z pozostałych zawodni-ków i dokonanych później zmian powro-tnych. Po czwarte, mimo wyczerpania limi-tu zmian można dokonać zmiany narzuco-nej w sytuacji, gdy zawodnik nie będzie mógł kontynuować gry na skutek kontuzji. Tyle o tym, kto i gdzie gra na boisku siat-karskim. Za tydzień postaram się zaś opo- wiedzieć o tym, co mniej oczywiste w odpo- wiedzi na pytanie „jak się gra w siatkówkę?”. Marek Suska Fot. 1: martincharette (CC BY 2.0) Fot. 2: JMR_Photography (CC BY 2.0) Fot. 3: photok (CC BYSA 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszone i przycięte z oryginałów. Mistrzostwo świata zdobyte przez naszych siatkarzy rozpętało wielką dyskusję, dlaczego sportem uznawanym za narodowy jest w Polsce piłka nożna. Bo przecież w futbolu ani nie odnosimy sukcesów, ani na grę naszych drużyn nie patrzy się z przyjemnością. Czemu więc siatkówka nie może liczyć na miano . sportu narodowego? Szczególnie w cza- ..... sach tak obfitych w sukcesy?
SIATKÓWKA A FENOMEN PIŁKI NOŻNEJ
SPORT: SIATKÓWKA

Niedziela 21 września była historycznym dniem dla polskiego sportu. Nie codziennie bowiem zdarza się, by nasza narodowa reprezentacja zdobywała tytuł najlepszej drużyny globu, i to jeszcze na własnym te-renie. Polacy, zachęceni znakomitą grą ze-społu Stephane’a Antigi podczas mist-rzostw, nie mogli przegapić finału, który okazał się ostatecznie bardzo szczęśliwy. Niedługo po zakończeniu meczu stacja Pol-sat, która transmitowała to spotkanie na otwartej antenie, zaprezentowała dane do-tyczące liczby widzów. Okazało się, że pod-czas finału siatkarskiego mundialu przed telewizorami zasiadło w sumie 17 mln Pol-aków, a średnia oglądalność wyniosła 9,62 milionów. Początkowe wrażenie dotyczące liczb poda-nych przez Polsat było piorunujące. Na wy-obraźnię szczególnie oddziaływał fakt, że finał mistrzostw obejrzała blisko połowa naszych rodaków. 17 mln to jednak oglą-

SPORT: SIATKÓWKA „(...) każdy z meczów naszej reprezentacji podczas rozgrywanego w Polsce Euro 2012 miał większą średnią oglądalność niż finał w siatkówce.”

dalność zawyżona, bo średnio wyniosła ona blisko 10 mln. I tak wydaje się, że to dużo, ale wystarczy rzut oka w dosyć nie-daleką przeszłość, by stwierdzić, że wcale tak kolorowo nie jest. Okazało się bowiem, że każdy z meczów naszej reprezentacji podczas rozgrywanego w Polsce Euro 2012 miał większą średnią oglądalność niż finał w siatkówce. A trzeba dodać, że przecież na piłkarskich mistrzostwach Europy etap, na którym rozgrywane były te spotkania (faza grupowa), miał nieporównywalnie niższy poziom niż finał. Wróćmy jednak do liczb: Mecz Polska–Gre-cja obejrzało średnio ponad 13,5 mln Pola-ków, spotkanie z Czechami 14 mln, zaś wielki bój z Rosją miał najlepszą oglądal-ność, bo 14,5 mln. Jakie można wyciągnąć z tego wnioski? Przede wszystkim chętniej oglądamy turnieje sportowe, które rozgry-wane są w granicach naszego kraju. Wte-dy do walorów sportowych dochodzą jesz-cze kibice – warto usiąść przed telewizo-rem, by zobaczyć ich doping i oprawę me-czu. Inny wniosek płynący z przedstawio-nych danych to fakt, że mimo wszystko pił-ka nożna jest sportem popularniejszym niż siatkówka, i jeszcze przez bardzo długi czas będzie wzbudzała o wiele większe emocje. Ilu bowiem w trakcie Euro 2012 pojawiło się samozwańczych ekspertów, którzy piłką zaczęli interesować się tuż przed turniejem? Jak duże były oczekiwa-nia i nadzieje, mimo że polska reprezenta-cja w piłce nożnej nie była nawet o krok od nawiązania do pięknych tradycji sprzed lat? W trakcie mistrzostw świata w siatkówce

SPORT: SIATKÓWKA

klimat ten nie do końca był odczuwalny. Oczywiście można argumentować to fak-tem, że telewizja Polsat zdecydowała się zakodować niemal cały mundial (za wyją-tkiem meczu otwarcia i finału, obu z udzia- łem Polaków), ale to umacnia kolejny argument świadczący o wyższości piłki noż- nej nad siatkówką – w pierwszym z wymie- nionych sportów nie do pomyślenia byłoby zakodowanie najważniejszego turnieju czte- rolecia! Nawet pomimo faktu, że Polacy od ośmiu już lat nie potrafią się do niego zakwalifikować, i tak zawsze jest on pokazy- wany w otwartej telewizji, podobnie zresz- tą jak mistrzostwa Europy. Tymczasem przy siatkarskim mundialu Polsat nieco zadrwił z fanów, bo praktycznie nie dał im możli- wości obejrzenia historycznego turnieju. Oczywiście była to po części wina spon- sorów, którzy wycofali się z finansowania mistrzostw (po meczu finałowym zapewne srogo tego pożałowali), niemniej tak jak wspominałem wyżej – kibic piłkarski nie jest w stanie wyobrazić sobie, że najważ- niejsze rozgrywki na świecie nie byłyby pokazywane na otwartym kanale. „(...) stacje telewizyjne (...) decydują się na pokazywanie najlepszych lig piłkarskich, zaś taka tendencja w siatkówce jest ciągle dość rzadko spotykana.” Kolejną kwestią świadczącą o wyższości piłki nożnej nad siatkówką są nakłady fi-

SPORT: SIATKÓWKA

nansowe kierowane na jedną i drugą dys-cyplinę. Bez przytaczania liczb można bez-piecznie stwierdzić, że sponsorzy płacą kil-kukrotnie więcej klubom piłkarskim niż sia-tkarskim, a co za tym idzie – kilkukrotnie wyższe są też pensje zawodników. Spor-towe stacje telewizyjne z całego świata de-cydują się na pokazywanie najlepszych lig piłkarskich, zaś taka tendencja w siatków-ce jest ciągle dość rzadko spotykana. Ale tak już jest, było i zapewne będzie – bo z głosem ludu i jego upodobaniami się nie dyskutuje. Na koniec jednak słowo otuchy dla śro-dowiska siatkarskiego – idźmy dalej tą dro-gą. Bo z reguły to sukcesy napędzają fa-nów do kibicowania. Z jednej strony nieco to smutne, że sympatyzujemy z naszymi drużynami narodowymi (innymi niż pił-karska) głównie wtedy, gdy jej się wiedzie, ale z drugiej strony fakt ten pokazuje, że siatkówka nie stoi na straconej pozycji w stosunku do piłki nożnej. Jeżeli dalej bę-dziemy odnosić sukcesy, przyrost kibiców tej dyscypliny będzie gwarantowany. I przewrotnie można powiedzieć, że siat-kówka już jest najpopularniejszym spor-tem w Polsce. Bo piłka nożna to nie sport, tylko fenomen. Maciej Wdowiarski Fot. 1: martincharette (CC BY 2.0) Fot. 2: USAGHumphreys(CC BY 2.0) Fot. 3: stevendepolo (CC BY 2.0) Fot. 4: martincharette (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów.