Musisz zainstalować flash player pobierz instalator
















debatanckie złoto strona 6 odważyć się być kreatywnym strona 9 nasza mała apokalipsa strona 13 dlaczego nikt mnie nie odwiedza? strona 18 w walce z czasem i lakierem do paznokci strona 20 wolność na pół gwizdka strona 24 przekaz narysowany strona 29 niebanalne popołudnie #6 strona 33 NIEPOTRZEBNI LUDZIE?
O samotności oraz tragicz- nym i (nie)spodziewanym


Podczas lektury jednego z tekstu do najnowszego Outro byłam bardzo poru-szona. Jego temat może się wydawać zarazem bliski i daleki, trudno więc przejść obok niego obojęt-nie. A jednak tak się dzieje każdego dnia tuż obok nas. Mijamy ich na ulicy, ustępujęmy miejsca w tram- wajach, pomagamy nieść ciężkie siaty. Śmiejemy się z nich, gdy stoją w długiej kolejce pod sklepem, gdzie coś sprzedają taniej niż zwykle – wyglądają, jakby pomyliły im się ustroje. Czasem damy się wciągnąć w rozmowę na ławce w parku, posłucha-my o dawnych, komplet-nie nam obcych czasach, ale wciąż trzymamy się na dystans. Mamy przecież zupełnie inny świat, w któ-rym trudno być starszym człowiekiem. A jednak przesłanie tekstu okładkowego to wcale nie ta smutna wizja, jaką opi-sałam wcześniej. To coś jeszcze gorszego – młodzi ludzie chętni do pomocy i kontaktu z mieszkańcami domów opieki są pozbawie- ni tej możliwości. Mogliby się od nich wiele nauczyć, a w zamian dać radość i zainteresowanie, potrzebne nam niezależnie od metryki. Tydzień temu nie uwierzy-łabym w to, co się wyda-rzyło. Ale to się naprawdę stało. Dotknęła mnie ta tragedia i przeraziła. Myś-lę, że jak praktycznie wszys- tkich. Dlatego o sprawie Charlie Hebdo publikujemy dwa teksty, by pokazać różne spojrzenia. To prze-cież różnorodność miała dać Europie siłę – czy spełniła swoje zadanie? Paulina



Outro ISSN: 2299 - 5242 Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl Redaktor naczelna: Paulina Zguda Zastępcy: Anna Lewicka, Karolina Wojtal Sekretarz redakcji: Ilona Chylińska Zastępca sekretarza redakcji: Mariola Lis Redaktor prowadzący: Patrycja Brejnak Korekta wydania: Agata Hajduk Fotoedycja: Roksana Grzmil, Joanna Wojtyna Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Agnieszka Kracla (społeczeństwo), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy) Korekta: Agata Andrzejak, Sabina Błaszczok, Agnieszka Bogunia, Kinga Gintowt, Dominika Głowacka, Maria Gołaszewska, Ariadna Grzona, Agata Hajduk, Marzena Juroszek, Anna Lis, Beata Maciejczyk, Anna Maciejończyk, Zuzanna Świrzyńska, Wojciech Żywolt. Ostateczna korekta: Ariadna Grzona Graficy: Marta Chrząszcz, Magdalena Kosewska, Patryk Skoczylas. Projekt okładki: Magdalena Kosewska Zdjęcie na okładce: Cristian Ştefănescu (CC BY 2.0) DEBATANCKIE
ZŁOTO
SPOŁECZEŃSTWO

Kiedy trzy tygodnie temu grupa stu-dentów rozpoczęła podróż w stronę Kuala Lumpur, w Polsce mało kto sły-szał o rozgrywanych w tym roku Uni-wersyteckich Mistrzostwach Świata Debat. Dziś uczestników tego wyda-rzenia możemy zobaczyć w programie czołowej stacji telewizyjnej, a infor-macja o turnieju trafiła na strony nie-jednego polskiego portalu informa-cyjnego. Co takiego wydarzyło się w ciągu minionych tygodni? Dobra passa polskich drużyn debatanckich trwa, choć wydawało się, że zeszłoroczny sukces Konrada Kiljana i Karoliny Partygi nie będzie łatwy do powtórzenia – podczas zeszłorocznych Mistrzostw Świata w In-diach awansowali do finału. Polscy studenci pokazali jednak, że debatowanie mają we krwi – od 3 stycznia możemy z dumą podkreślać, że mistrzowie świata pochodzą z naszego kraju. Dawid Bartkowiak i Sta-nisław Stefaniak, reprezentujący Uniwers-ytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, to tegoroczni zwycięzcy debatanckich zma-gań. Podobnie jak w zeszłym roku w Mistrzos-twach Świata wzięły udział dwa dwuoso-bowe zespoły Polaków: oprócz wspomnia-nych już laureatów byli to Jakub Szymik i Magdalena Wąwoźna, reprezentanci Uni-wersytetu Warszawskiego. Co pozwoliło im wziąć udział w tak elitarnym wydarzeniu? Niewątpliwie przede wszystkim zaangażo-wanie w działalność uczelnianych kół de-batanckich i doświadczenie zdobyte w in-nych zawodach. „Najlepszą metodą trenin-gu są wyjazdy na turnieje międzynarodo-we, które odbywają się praktycznie co ty-dzień w różnych państwach” – mówi Mag-dalena Wąwoźna. Jednak w przypadku imprezy na drugim końcu świata nie bez znaczenia pozostają również środki finansowe – w tym roku debatantom z Polski udało się zdobyć sty-pendium przyznawane przez organiza-torów. Jak wspominają uczestnicy tegorocznych mistrzostw, lecąc do Malezji, liczyli przede wszystkim na zdobycie nowych doświad-czeń. W ramach wyjazdu brali udział w war-

SPOŁECZEŃSTWO „Dawid Bartkowiak i Stanisław Stefaniak, reprezentujący Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, to tegoroczni zwycięzcy debatanckich zmagań.”

sztatach oraz turnieju rozgrzewkowym, nie bez znaczenia była także możliwość poz-nania nowych ludzi oraz spojrzenia na debaty z nieco innej perspektywy. Warto wspomnieć, że wśród drużyn uczes-tniczących w turnieju (pochodzących z około 250 krajów) po raz pierwszy znalazł się zespół reprezentujący inne polskie miasto niż Warszawa, o czym wspominają z dumą tegoroczni zwycięzcy. Zgłoszone zespoły zostały podzielone na trzy kategorie: Open (przeznaczoną przede wszystkim dla rodzimych użytkowników angielskiego), ESL (English–as–a–second– language – angielski jako drugi język) oraz EFL (English–as–a–foreign–language – an-gielski jako język obcy). Miało to duże zna- czenie, jako że wszystkie debaty odbywały się właśnie w tym języku. Reprezentanci polskich uczelni konkurowali w kategorii EFL. Jednak niezależnie od tego przypo-rządkowania, każda drużyna miała okazję zmierzyć się z różnorodnymi przedmiotami debaty. „Wszystkie tematy były ciekawe i, co najważniejsze, bardzo aktualne: stosunek ruchu feministycznego do opera- cji zmiany płci, neurobiologia i sztucznie kreowana moralność, odpowiedzialność lekarzy pracujących w tajnych więzieniach CIA, sytuacja w Syrii i konflikt izra-elsko–palestyński” – wymienia Stanisław Stefaniak. Początkowo obie polskie drużyny odnosiły podobne sukcesy – pierwszy dzień fazy eli-minacyjnej zespoły zakończyły z trzema pun-

SPOŁECZEŃSTWO

ktami, jednak ostatecznie tylko jeden z nich przeszedł do fazy półfinałowej, zdobywając czternaście punktów. „Po wejś-ciu do półfinału nie mieliśmy już szcze-gólnie dużego ciśnienia. Stwierdziliśmy, że osiągnęliśmy już na tyle dużo, że cokolwiek się nie stanie, możemy być z siebie zado-woleni. Natomiast po debacie finałowej, aż do gali ogłoszenia zwycięzców, emocje wciąż narastały” – opowiadają Dawid Bartkowiak i Stanisław Stefaniak. A Mag-dalena Wąwoźna dodaje: „Myślę, że klu-czem do sukcesu był przede wszystkim spokój w czasie turnieju”. Zimna krew okazała się naprawdę potrzebna – gra toczyła się o wysoką stawkę, a po fina-łowej debacie (w której konkurowały również drużyny z Seulu, Dżakarty i Mos-kwy) nikt nie był pewien wyniku. „Jak wspominają uczestnicy tegorocznych mistrzostw, lecąc do Malezji, liczyli przede wszystkim na zdobycie nowych doświadczeń.” Po ogłoszeniu nazwisk zwycięzców pozos-tało jedynie miejsce na euforię i dumę z osiągniętego sukcesu – Dawid Bartkowiak i Stanisław Stefaniak wygrali zmagania w kategorii EFL, pierwszy z nich został do- datkowo uznany za najlepszego mówcę fi-nału. „Nieczęsto się zdarza, żeby nazwa „Adam Majkołicz University” została wy-mieniona w przeciągu godziny obok Har-vardu, Oxfordu i innych topowych uniwer- sytetów” – wspominają laureaci. „Zimna krew okazała się naprawdę potrzebna – gra toczyła się o wysoką stawkę (...).” Niewątpliwie tegoroczne zwycięstwo jest najważniejszym osiągnięciem w debatan-ckiej historii Polski. Jak podkreślają uczestnicy Mistrzostw, to sukces otwie-rający, nie wieńczący: „Mamy nadzieję, że pomoże zwiększyć popularność debat parlamentarnych w Polsce, ułatwi pozyski-wanie funduszy i zmobilizuje do kolejnych zwycięstw”. Czy te nadzieje się ziszczą i wysokie wyniki przełożą się na rozwój środowiska debatanckiego oraz kolejne sukcesy? O tym przekonamy się już za rok na Mistrzostwach Świata w Salonikach. Anna Lewicka Fot. Fundacja Polska Debatuje ODWAŻ SIĘ

SPOŁECZEŃSTWO

BYĆ KREATYWNYM Plan jest bardzo prosty, żyjemy wszak w nowoczesnym świecie. Powinno istnieć coś, co da nam duże zyski przy stosunkowo niewielkim nakładzie pracy. A gdyby stworzyć olimpiadę, która nie zrzuci na nas tony książek z biblioteki, nie będzie wymagała wielogodzinnych umartwień przy notatkach, a spędzony czas będzie bardzo pozytywnie wpływał na naszą przyszłość? Wychodząc naprzeciw takim wymaganiom, stworzono Olimpiadę „Zwolnieni z Teorii”. Zamysł przedsięwzięcia pozwala na nowo-czesne podejście do nauki, zaangażowanie młodzieży i zwrócenie uwagi na współpra-cę w grupie. Jaki jest więc jej cel? Pomię-dzy uczniami szkół średnich z całej Polski rozgrywa się konkurs na najlepszy projekt społeczny, coś zupełnie nowego i nietu-zinkowego. Zjawiskiem, które zaskoczyło mnie najbar-dziej, kiedy po raz pierwszy usłyszałam o tego typu współzawodnictwie, jest niesamowita postępowość i tchnienie „świe- żości” w mało interesującą ofertę kiero-waną do młodych ludzi. Pomagać, planując Każdy z nas widzi bardzo różne potrzeby społeczności lokalnych płynące z chęci roz-woju, otwarcia się na nowe możliwości

SPOŁECZEŃSTWO

i dostosowania do realiów współczesnego świata. Dla jednych jest to stworzenie osied- lowego placu zabaw spełniającego stan-dardy bezpieczeństwa. Są tacy, którzy ma-rzą o klubie debat oksfordzkich, dającym im możliwość interesujących rozmów na tematy społeczne czy polityczne. Inni nato-miast pragną zorganizować profesjonalne szkolenia dla przedsiębiorczych młodych osób, które podczas zajęć z praktykami będą w stanie łatwiej „wpłynąć w biznes”. Godne uwagi są projekty, które już udało się zrealizować, takie jak „Warzywniak z Kulturą” czy „Zapal Się”. Pierwszy z nich poprzez wzięcie udziału w grze terenowej inspirował do wyszukiwania ciekawych, lecz nieznanych punktów kulturalnych w swoim mieście, podczas gdy drugą akcję utworzono, by wydobyć z młodych ludzi drzemiące w nich talenty poprzez organiza- cję wielorakich warsztatów i spotkań. Po-mysłów jest bez liku, każdy równie inte- sujący i oryginalny. „Uczniowie, mimo że wrzuceni na głęboką wodę, nie są pozbawieni praktycznych porad (...).” „Dla uczniów jest to dodatkowa aktywność, ale w moim odczuciu bardzo pożyteczna i praktyczna” – komentuje Tomek, liceali-sta z Katowic. „Myślę, że najważniejszą sprawą jest, że nie robimy tego tylko dla siebie” – dodaje. Grupy projektowe pracują więc w pocie czoła, by sprostać wysokim wymaganiom, które nawzajem sobie nakła-

SPOŁECZEŃSTWO

dają. Tutaj wszystko jest przemyślane, poukładane i nienagannie zaaranżowane. Fakt pozbycia się długiej na kilka stron bibliografii nie sprawia, że uczestnicy Olim-piady próżnują. Wraz z mentorem przecho-dzą przez kolejne etapy, od rejestracji, przez projektowanie, aż po realizację wyz-naczonych celów, spotykając po drodze wielu ciekawych ludzi i zbierając punkty indywidualne, dzięki którym stworzony zostanie ranking najlepszych projektów. Warto tutaj wspomnieć o nagrodach, bardzo motywujących i nadających wysoką rangę konkursowi. Wybitne zaangażowanie w działania na rzecz społeczności może zostać nagro-dzone Certyfikatem Project Management, o który walczy wielu menadżerów w największych polskich firmach. Dodat-kowo, najciekawsze realizacje poszczegól-nych kategorii zawalczą o miano „Wilka”, a ich twórcy będą mogli wzbogacić swoje CV o oficjalne potwierdzenie uzyskanego tytułu. „Często słychać wokół nas narzekanie, że nic się nie dzieje, nikomu nic się nie chce, a szkoła wtłacza do młodych mózgów nieistotne informacje.”

SPOŁECZEŃSTWO

Polska szkoła uczy teorii Uczniowie, mimo że wrzuceni na głęboką wodę, nie są pozbawieni praktycznych porad i wskazówek najlepszych menadże-rów w kraju. Zgłębienie idei zarządzania projektami, formy przeprowadzania burzy mózgów czy zapoznanie się ze strukturą dobrego projektu to tylko niektóre z te-matów „Przewodnika”, stworzonego przez organizację Social Wolves w celu wpro-wadzenia młodych adeptów w świat szero-ko pojętego managementu. „Wybitne zaangażowanie w działania na rzecz społeczności może zostać nagrodzone Certyfikatem Project Management (...).” Genialnym pomysłem jest to, że w „Zwo-lnionych z Teorii” praktycznie każda akty-wność uczestnika jest nagradzana odpo-wiednią ilością punktów. Często słychać wokół nas narzekanie, że nic się nie dzieje, nikomu nic się nie chce, a szkoła wtłacza do młodych mózgów nieistotne informacje. Też zdarza Ci się tak myśleć? Nie widzę więc innej możliwości, niż zobaczyć Cię w przyszłym roku wśród uczestników Olimpiady. Zrób dobry uczynek dla siebie, pomagając przy okazji zmienić otoczenie na lepsze. Karolina Wilk Fot. 1: Sabina Szweda Fot. 2: spykster (CC BY 2.0) Fot. 3: Joanna Wojtyna Fot. 4: Moyan_Brenn (CC BY 2.0 Urodziłem się w 1995 roku. Wtedy Tadeusz Konwicki opublikował ostatnią książkę – „Pamflet na samego siebie” – i ogłosił, że przestaje pisać. Od tamtej pory ukazało się kilka wywiadów, rozmów, wydań zbiorowych. Reżyser pozostawał z dala od głównego nurtu, nie komentował aktualnych zdarzeń. Nigdy z Konwickim nie rozmawiałem, nawet go nie widziałem. Co zatem mogę napisać w tym – osobistym przecież – pożegnaniu?
NASZA MAŁA APOKALIPSA
SPOŁECZEŃSTWO

Rok 2011. W moje ręce przypadkowo trafia „Duży Format” i wywiad Przemysława Ka-niewskiego „Niech Bóg się martwi, nie ja”. Jest to chyba pierwszy tekst, który odbierałem świadomie, z refleksją, że czytane słowa są niezwykle istotne. Numer postanowiłem zachować, choć czasopism z reguły nie trzymam. Konwicki opowiadał o tym, że przeraża go zbyt duży stan dzisiejszej wiedzy, bo pewne rzeczy powin-ny pozostać tajemnicą – do której będzie-my się nieustannie zbliżać, ale nigdy jej nie osiągniemy. Świadomość, że wszechświat i mikroświat są nieskończone, powoduje zniechęcenie – co w takim razie może i znaczy człowiek? Jego słowa były proste. Mówił, że się boi, wstydzi starości. Dlatego przestał pisać, nie chciał dzielić się tym doświadczeniem. Wspominał, że będąc chłopcem, pilnował sadu i w szałasie poch-łaniał kolejne książki. Jego pokolenie, któ-rego młodość przypadła na czas wojny, zbyt szybko dorosło, zestarzało się. Krótką

SPOŁECZEŃSTWO „I z tymi kluczowymi sprawami będziemy musieli zmierzyć się sami, pozbawieni wsparcia doświadczenia i mądrości tamtych ludzi.”

młodość i przedwczesną dorosłość poświę-cił społeczeństwu – najpierw walcząc w AK, potem angażując się w socrealizm. Kolejna lektura to „Lawina i kamienie”, reporterska opowieść Anny Bikont i Joanny Szczęsnej o polskich pisarzach, którzy po II Wojnie Światowej włączyli się w komunizm i poprali nową władzę. Konwicki był jednym z sześciu głównych bohaterów obok Tadeusza Borowskiego, Kazimierza Brandy-sa, Jerzego Andrzejewskiego, Wiktora Wo-roszylskiego i Adama Ważyka. W pamięci znów utkwiły mi akurat jego słowa, w których wyjaśniał fascynację socjaliz-mem: „Jak miałem siedemnaście, osiem-naście lat, obok mnie odbywało się mor-dowanie narodu. Koło mnie byli chłopcy z automatami, dla których zabicie człowieka nie było przeżyciem. Nie należałem do po-kolenia biznesmenów robiących przekręty, ale do pokolenia ludzi zmęczonych straszną wojną. Wtedy ludzie się wznosili na apo-geum człowieczeństwa. Żyłem w ekosferze moralnej, w atmosferze napięć. Dlatego łatwo mi było przyjąć taką propozycję lepszego ułożenia świata. Jeszcze przy przekonaniu, że głupi świat doprowadził do hekatomby. Gdybym ja dziś powiedział pol-skiemu biznesmenowi, że trzeba poprawiać świat, to on by mnie wyśmiał. A wtedy to nie było śmieszne. […] Przyznam się, że jestem całkowicie bezradny w obliczu prób przedstawienia Wam – i wszystkim tym, którzy tego nie przeżyli – czasu końca wojny, tego momentu, kiedy wchodziliśmy w nowe życie. Słońce, rozkwitłe sady, nadzieje, że coś się zbuduje, coś się zrobi,

SPOŁECZEŃSTWO

że będzie inaczej, lepiej. Oczywiście, moż-na powiedzieć: »Byliście panowie strasznie naiwni«. No tak, byliśmy naiwni, było to związane z naszym wiekiem, naszym bardzo dotkliwym wojennym doświadc-zeniem”. Jako jeden z nielicznych tak ostro rozliczył się ze swoją przeszłością. Pow-tarzał, że książek pisanych w okresie socrealizmu nie da się usprawiedliwić. Nie próbował. Z cierpliwością tłumaczył swoją drogę, skomplikowaną i krętą. Już po Październiku ‘56 roku podpisywał listy protestacyjne, a PZPR opuścił ostatecznie w 1966 roku. „Świadomość, że wszechświat i mikroświat są nieskończone powoduje zniechęcenie – co w takim razie może i znaczy człowiek?” Ponowne spotkanie z Konwickim to „Lawa”, czyli film na podstawie „Dziadów” Adama Mickiewicza. „Lawę” oglądaliśmy w szkole, właśnie przy okazji omawiania romantyzmu i lektury dramatu. Potem do napisania było wypracowanie – interpretacja Wielkiej Im-prowizacji z filmu. Mickiewiczowski tekst w wykonaniu Gustawa Holoubka, poprzety-kany obrazami z Wileńszczyzny, II Wojny Światowej. Gdy pokazywane są nagie ciała Żydów wrzucane do masowych grobów pod-

SPOŁECZEŃSTWO

czas Holocaustu, Konrad zwraca się z pyta-niem do Boga: „Mówią, że Ty nie błądzisz… Milczysz?”. Twórczość Konwickiego nie szukała taniej sensacji ani poklasku, choć pisał też romanse, kryminały i książki dla dzieci. Korzystał z różnych konwencji, drążył te-maty uniwersalne, egzystencjalne. Nie pot-rzebował do tego burzliwych afer, szumu i skandali – wystarczyły zwyczajne ludzkie losy uwikłane w trudy tego świata, doś-wiadczenie pokolenia wchodzącego w życie podczas wojny i próbującego się później oczyścić, odkupić winy. Najbardziej ujmo-wał spokój, w jaki Konwicki się wypowiadał – pięknym, literackim językiem – pełen pokory i skromności. Nie było w nim żadnego nadęcia, napuszenia – poczucia, że jest się dobrem narodowym, któremu należą się wszelkie honory – tak widocz-nego wśród wielu. Nie krzyczał, nie ferował wyroków, nie oskarżał, nie rozliczał. Jego mądrość płynęła z trudnych przeżyć wojennych, z całej działalności twórczej i społecznej – socrealistycznej i opozycyj-nej w PRL–u. Pamiętam jeszcze jednen wywiad z Konwi-ckim po śmierci Tadeusza Różewicza pół roku wcześniej – że odchodzi jeden z ostatnich wielkich, że nie ma kim zastąpić wymierającego pokolenia pamiętającego początek XX wieku, że nie dorastamy im do pięt. W Święta Bożego Narodzenia zmarł po długiej chorobie Stanisław Barańczak. W środę Tadeusz Konwicki. To był bardzo smutny dzień – islamscy terroryści zamor-dowali dwanaście osób z francuskiej gazety „Charlie Hebdo”. Tak sobie myślę, że za tym zbiegiem dat kryje się głębsza symbolika. Czeka nas bardzo burzliwy czas – trwa wojna na Ukrainie, po atakach we Francji wojna z barbarzyństwem i terrory-zmem o cywilizację wkracza w nową fazę, a Wielka Brytania chce opuścić Unię Europejską. I z tymi kluczowymi sprawami będziemy musieli zmierzyć się sami, pozbawieni wsparcia doświadczenia i mąd-rości tamtych ludzi. Jak ja miałem siedemnaście, osiemnaście lat, próbowa-łem sklecić kilka zdań o filmie Konwickiego, koło mnie byli chłopcy z papierosami w ręku, dla których zaproszenie dziew-czyny na randkę było przeżyciem. Jakim doświadczeniem mogę się pochwalić, jakie z przeżyć okażą się kluczowe w zbliżaniu się do tajemnicy i znoszeniu przeciwności, w drodze przez życie? A Konwicki opowia-dał: „Moje pokolenie żyło na zupełnie innym piętrze niż wy. Myśmy żyli w świecie konieczności moralnych, sytuacji drama-tycznych, inaczej byliśmy przygotowani do uprawiania tego życia, na inne rzeczy zwracaliśmy uwagę.”. „Powtarzał, że książek pisanych w okresie socrealizmu nie da się usprawiedliwić.”

SPOŁECZEŃSTWO

Przez kilka ostatnich miesięcy zastana-wiałem się, czy napisać do Tadeusza Konwickiego, umówić się na spotkanie pod pretekstem wywiadu, porozmawiać. Nie zdążyłem. „Twórczość Konwickiego nie szukała taniej sensacji ani poklasku, choć pisał też romanse, kryminały i książki dla dzieci.” Teraz mogę tylko wspominać i uczyć się od wielkiego pisarza i reżysera, od wielkiego człowieka. Wszak, jak zauważa w „Małej apokalipsie”: „Jesteśmy tylko drobinami białka w okrutnym krzemowo–ognistym wszechświecie. […] Było życie przed nami, będzie życie po nas. Raz lepsze, raz gorsze. Może jutro lepsze. Wystarczy jeden niedostrzegalny wstrząs, drobne tąpnięcie w misternym wszechświecie psychologii współczesnych, w tym gigantycznym banku zbiorowej wrażliwości. Epidemia złego samopoczucia, powszechnej depresji, totalnej niewiary – nagle przychodzą i nagle znikają jakby zmiecione życiodaj-nym wiatrem słonecznym”. Tadeusz Kon-wicki zmarł, zostawiając nas jednak z na-dzieją. W swej ostatniej książce przewidy-wał: „Jestem optymistą. Jeśli zabraknie nas na tej planecie, to z pewnością rozwinie się jakaś inna forma życia”. Jan Błoński Fot.1,2,3: Michał Józefaciuk (CC BY 2.0) Fot. 4: Mariusz Kubik (CC BY 2.0) Zdjęcia zostały zmniejszone i przycięte z oryginałów. DLACZEGO NIKT
MNIE NIE ODWIEDZA?
SPOŁECZEŃSTWO

Dom Opieki Społecznej w Pruszczu to miejsce, gdzie starsi ludzie mogą spo-kojnie żyć. Mieszka tu wiele osób i każda z nich potrzebuje pomocy, bo nie mogą poradzić sobie z najpros-tszymi czynnościami: ktoś potrzebuje wsparcia przy spożywaniu posiłku, inny prosi o podanie okularów, kolejny o zrobienie prania czy zaku-pów. Wsparcia potrzebują wszyscy, jednak personel nie jest zbyt liczny. Znaczna część osób przebywających pod opieką jest zmuszona do ciągłego leżenia w łóżku. Obowiązków jest tak dużo, że kobiety pracujące w tym miejscu nie mają czasu nawet na krótką rozmowę z pensjonariuszami. Z pomocą przez wiele lat przychodzili wolontariusze... Jeszcze dwa lata temu w ramach wolon-tariatu placówkę co tydzień odwiedzali uczniowie z pobliskiego gimnazjum. Wśród nich znalazłam się i ja. Ochoczo przycho-dziłam na każde spotkanie ze starszymi ludźmi. Cieszyłam się tym, że pani Maria uczyła mnie robienia na drutach. Miło było posłuchać historii pana Jana o tym, jak wal- czył pod Monte Cassino u boku generała Andersa. Ciekawiły mnie opowieści pana Bogdana, który całe życie spędził, latając samolotem nad Afryką i Azją. W zamian za to ofiarowywałam im swoje towarzystwo i pomoc w codziennych czynnościach. Każ-da godzina spędzona z tymi osobami mi-jała szybko i przyjemnie. Niestety nowa szkoła w innej miejscowości zmusiła mnie do zrezygnowania z wolontariatu. Byłam pewna, że moje miejsce zajmą kolejni gimnazjaliści. Nadejdzie nowa fala ludzi chętnych do pomocy, którzy – tak jak ja – co tydzień będą czekać na rozmowę z pod-opiecznymi ośrodka. Niestety, nikt nie przyszedł. Nowe przepisy w placówce – nowe wy-magania. Okazało się, że uczniowie gim-nazjum nie mogą już odwiedzać pensjo-nariuszy. Uważa się bowiem, że młodzież nie jest wystarczająco dojrzała do rozmowy ze starszymi i nie wie, jak się zachować. Może nie wytrzymać presji związanej z przewidywaną, bliską już śmiercią którejś z osób zamieszkujących ośrodek. Czy rzeczywiście taka jest prawda? Sądzę, że nie. Istnieje wiele osób, które w wieku

SPOŁECZEŃSTWO

piętnastu lat charakteryzują się szacunkiem do starszych, zaradnością, cierpliwością i wrażliwością. Nie oczekując niczego w zamian, chcą pomagać tym, o których dorośli już prawie zapomnieli. Czy warto zatem posługiwać się w tym wypadku kryteriami wieku? Kilka miesięcy temu znalazłam wolną chwilę i razem z koleżanką poszłyśmy do ośrodka, odwiedzić kilku bliskich nam ludzi. Przez ten czas wielu mieszkańców odeszło i przybyli nowi. W pewnym momencie podeszła do nas sędziwa kobieta i zapy-tała: „Dlaczego nikt mnie nie odwiedza?” Próbowałyśmy jej wytłumaczyć całą sytu-acją związaną z wolontariatem, jednak po chwili się rozpłakała. Mówiła, że czuje się samotna i niepotrzebna. Nie ma żadnej rodziny ani bliskich, nikogo, z kim mogłaby zwyczajnie porozmawiać. Nikt nie odwiedza wyalienowanych miesz-kańców domu opieki. Uczniowie ze szkół średnich nie mają czasu, a gimnazjalistom zostało to zabronione. Czy jest jakieś wyjście z tej beznadziejnej sytuacji? Czy starszy człowiek jest zmuszony spędzić ostatnie lata życia samotnie? Dajmy szansę młodym ludziom. Jeśli są chętni, pozwólmy im pomagać, bo kiedyś i oni doczekają dnia, kiedy poza polem ich widzenia nie będzie nic prócz łóżka i ściany. Katarzyna Lewandowska Fot. 1: Joanna Pytel I LAKIEREM DO PAZNOKCI
W WALCE Z CZASEM


Zima. Czas, w którym, jak to mówi przedszkolna piosenka, „dzieci weso-ło stawiają bałwany, dorośli stawiają kołnierze”. Ale czy aby to wszystko? W tym okresie śniegu (albo raczej, biorąc pod uwagę stan obecny za naszymi oknami, brudnej chlapy) i mroźnych wieczorów, zapominamy o jeszcze jednym aspekcie zimy. A mianowicie o imprezach. I nie mówię tutaj tylko o sylwestrowym szaleństwie przy dźwiękach korków od szampana i fajerwerków. Dla większości młodych ludzi, zwłaszcza tych w klasie maturalnej, jest to okres studniówek z po-lonezem, półmetków i niekończących się osiemnastek. Myśląc o tych wszystkich wydarzeniach, mimowolnie widzimy wiru-jące w tańcu pary i kieliszki zawierające napoje wysokoprocentowe, dziewczyny w sukienkach i chłopców w eleganckich garniturach. Jednak taki stan jest już

Outro

efektem końcowym. Cofnijmy się jednak trochę w czasie… Nie mam pojęcia, jak wygląda sprawa przygotowań z perspektywy męskiej. Nie zgadzam się jednak ze stwierdzeniem, że mężczyźni w ogóle się takimi rzeczami nie przejmują. Na przykład mój tata potrafi spędzić w łazience dwa razy tyle czasu, co cała reszta rodziny razem wzięta. Przejdźmy jednak do damskiej części przygotowań. Choć na co dzień nie zwracam szczególnej uwagi na swój wygląd, to jednak jasne jest, że przed większą uroczystością należy się wcześniej odpowiednio przygotować. Oczywiście, nic nie pozostawia się na ostatnią chwilę – oficjalna próba stroju wraz z prezentacją i komentarzami osób współpracujących (bez licznego grona przyjaciół i rodziny się nie obędzie) ma miejsce przynajmniej na tydzień przed całą imprezą. W trakcie takich pokazów, przy niezliczonych przymierzanych kreacjach, można odnieść wrażenie, że spośród wszystkich obecnych my mamy najmniej do powiedzenia. Każdy ma do wtrącenia wartościową uwagę czy spostrzeżenie, tylko nie sami zaintereso-wani, ponieważ „samemu nie można się obiektywnie ocenić”. Po pokonaniu długiej i wyboistej drogi wyboru głównego ubioru nadchodzi czas na tylko z pozoru łatwiejszą część przygotowań. A mianowicie – na do-datki. Opierając się na opowiadaniach, a raczej marudzeniu moich koleżanek, mogę z pewnością stwierdzić, że niezale- żnie od czasu, osoby czy okoliczności, dodatki mają jedną cechę wspólną. Zawsze o czymś zapomnimy. Nieważne, że przeli-czymy wszystko kilkanaście razy i że bę-dziemy wpatrywać się w swoje lustrzane odbicie przez parę godzin. I tak coś umknie naszej uwadze. Przejdźmy jednak do dnia decydującego. „(...) wybrany lakier do paznokci wcale a wcale nie pasuje do koloru sukienki.” Tuż po przebudzeniu, a najpóźniej w trakcie śniadania, każda dziewczyna wybierająca się na dużą imprezę tworzy sobie w głowie plan działania. Po kolei wymienia wszystko, co musi zrobić, aby przygotować się do wyjścia (z pewnością pominie przy tym przynajmniej jedną trzecią niezbędnych czynności), następnie układa to w kolejności wykonania i liczy, ile czasu należy przeznaczyć na poszczególną czynność. Następnie do otrzymanego wyniku dodaje co najmniej godzinę „zapasu” i wyznacza sobie porę, o której należy zacząć się szykować. Tajemnicą dla wielu kobiet wciąż jest fakt, że „godzina zero” zawsze nadchodzi w najmniej spodziewanym momencie i jakoś tak… za wcześnie. Po zdaniu sobie sprawy ze zbyt szybkiego upływu czasu od razu wpadamy w popłoch. Wybrane wcześniej rajstopy okazują się dziurawe, wypróbowana wcześ-niej fryzura nie wychodzi tak, jak powin-na, a szampon do włosów się nieo–





„Choć na co dzień nie zwracam szczególnej uwagi na swój wygląd, to jednak jasne jest, że przed większą uroczystością należy się wcześniej odpowiednio przygotować. ”

czekiwanie skończył. Pokonanie tych wszystkich przeszkód wymaga niezwykłej koordynacji ruchowej, szybkiej reakcji i, co najważniejsze, dobrej duszy w domu, która zgodzi się biegać kilka razy do sklepu i uzupełniać nasz niezbędnik imprezowy. Nieważne jednak jak szybko będziemy biegać po domu i jak sprawnie będziemy wciskać się w sukienkę, która nagle skur - czyła się w praniu. I tak, kiedy nadejdzie czas wyjścia, przypomnimy sobie nagle tysiąc rzeczy, które koniecznie powinny być zrobione, a zabrakło na nie czasu. Dajemy więc sobie kulturalny kwadrans akademicki spóźnienia i próbujemy dopiąć wszystko na ostatni guzik. Udało się! Wszystko jest już gotowe. Z pe-wną miną i wyprostowanymi plecami robi- my swoje „wielkie wejście”, myśląc sobie: „No! Choć raz udało mi się wszystko zrobić!”. Kilkanaście minut później zdajemy sobie jednak sprawę, że zapomnieliśmy butów na zmianę, a wybrany lakier do paznokci wcale a wcale nie pasuje do koloru sukienki. Zamiast popadać w obłęd, zastanówmy się przez chwilę, po co w ogóle przyszliśmy na imprezę – żeby się do brze bawić w gronie swoich znajomych! I lekko przekrzywiony kok nie może nam tego odebrać. Karolina Wojtal Fot. 1,2: Serwusik.pl (CC BY 2.0) Fot. 3: Steffy. (CC BY 2.0) Fot.4:Paulina Chlebus ( Chlebus PHOTOGRAPHY ) (CC BY 2.0) Zdjęcia zostały zmniejszone i przycięte z oryginałów. Atak na redakcję magazynu „Charlie Hebdo” odbił się szerokim echem w mediach. Na demonstracjach i na „Je suis Charlie” się jednak nie skończyło. Pojawiły się dyskusje nie tylko na temat mitu szczęśliwej społeczności multi–kulti, ale również stawia pytanie o granice wolności słowa. Unia Unią, Europa Europą, ale czy szumna wolność słowa to na pewno ta sama wolność, o jaką walczyli nasi dziadkowie?
WOLNOŚĆ NA PÓŁ GWIZDKA
KULTURA

Chwilę po tym, jak media podały informacje o tragedii, już rozgorzała dyskusja. Chociaż raczej nikt nie popiera terrorystów, krytyków redakcji „Charlie Hebdo” jest wielu. Gazeta bowiem bezlitośnie wykpiwała absurdy politycznej poprawności, nierzadko drwiła ze świętości. Rysunki były mniej lub bardziej udane, z reguły raczej mniej, ale swoje grono wielbicieli miały. Po całej historii podniosły się głosy, że Charlie Hebdo sami się wręcz prosili o atak, naruszając wolność słowa i urażając uczucia religijne wielu osób. Polska lewica jeśli się na kogoś uweźmie, to li tylko na katolików, zaś wojowniczy Francuzi konsekwentnie nie oszczędzali żadnego wyznania. Zewsząd pojawiają się jednak głosy, że tygodnik przekroczył granicę dobrego smaku. I faktycznie, oglądanie baraszkującej ze sobą Trójcy Świętej jest raczej mało smaczne. Pytanie tylko, gdzie jest granica wolności słowa. Czy wolność słowa to – wolność pisania

KULTURA

wszystkiego, czy wolność pisania tylko tego, co estetyczne? Czy w ramach politycznej poprawności nie zapominamy przypadkiem o pewnej nadrzędnej wartości? „ Polska lewica jeśli się na kogoś uweźmie, to li i jedynie na katolików, zaś wojowniczy Francuzi konsekwentnie nie oszczędzali żadnego wyznania. Zewsząd pojawiają się jednak głosy, że tygodnik przekroczył granicę dobrego smaku.” Uczucia religijne to ostatnio rzecz, którą politycy i celebryci uwielbiają sobie wy-cierać usta. Pod uczucia religijne podpada zarówno drący Biblię Nergal, jak i kabaret Limo i ich skecz o pierdzącym papieżu. Katolicy w obronie wiary wprawdzie nie dokonywali aktów terrorystycznych, ale za to straszyli sądami, zazwyczaj jedynie się ośmieszając. Czy jeżeli mamy wolność słowa, to nie powinniśmy kiepskim redak-cjom pozwalać się dyskredytować samym? Komu twórczość Charlie Hebdo się nie podobała, ten nie kupował ich gazety. Najwyraźniej komuś się jednak podobała i to najwyraźniej nie tak znów małej liczbie

KULTURA

osób, skoro pismo nie bankrutowało. Czy ustalając granice smaku i poczucia humoru – to, że nas nie śmieszy homoseksualna Trójca nie znaczy, że nie znaleźli się amatorzy takiego dowcipu – nie naruszamy przypadkiem wolności słowa i różno-rodności. „Oczywiście, że są granice wolności słowa, ale Charlie Hebdo ich nie przekroczyli. Nikogo nie atakowali personalnie i nikomu nie grozili. Ludzie wierzący na usprawiedliwienie takich działań stosują pojęcia bluźnierstwa. Moim zdaniem w państwie świeckim nie powinno się stosować takich pojęć” – mówi Paweł. „Uczucia religijne to ostatnio rzecz, którą politycy i celebryci uwielbiają sobie wycierać usta. Pod uczucia religijne podpada zarówno drący Biblię Nergal, jak i kabaret Limo i ich skecz o pierdzącym papieżu.” Pytanie, czy jest to kwestia wyłącznie „bluźnierstw” czy również poziomu prasy. Czy zezwalając na bezwzględną wolność, nie zezwalamy również na popadanie prasy w rynsztok? Czy stosując cenzurę wobec jawnie chamskich satyrycznych publikacji, ustrzeglibyśmy współczesne dziennikar-stwo od degradacji? I czy dobra prasa koniecznie musi iść w parze z wolnością na pół gwizdka? Wiadomo, że w kwestii urażenia uczuć religijnych nie będziemy od- woływać się do zamachów, ale czy droga sądowa to zawsze dobry pomysł? Być może od uczuć religijnych będziemy szli dalej. Bądź co bądź nie tak dawno temu hierarchowie kościelni usiłowali uciszyć dwóch księży: Lemańskiego i Bonieckiego, mimo że żaden z nich nie obraził niczyich uczuć. Niełatwo określić, w którym mo-mencie kończy się wolność słowa, a w któ-rym zaczyna dopasowywanie ludzi do je-dnego słusznego poglądu. Charlie Hebdo byli również jawnymi przeciwnikami społeczeństwa multi–kulti. Idea wielokulturowości oficjalnie jest pro-pagowana i chwalona, jednak nie brak przeciw niej głosów krytycznych. W świetle ostatnich wydarzeń najwyraźniej trzeba będzie zrewidować polityczną poprawność i przyznać, że wielokulturowa Europa to jednak kiepski pomysł. Szkoda, że aby rządzący dochodzili do takich wniosków, musi to być okupione śmiercią niewinnych ludzi. Lena Janeczko Fot. 1: Jeanne Menjoulet&Ci (CC BY 2.0) Fot. 2: Valentina Media (CC BY 2.0) Fot.3: Guillaume (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zostały zmniejszone i przyciete z oryginałów.



Po zeszłotygodniowym ataku terrorystycznym w Paryżu trudno nie postawić pytania, czy redakcja „Charlie Hebdo” nie sprowokowała tego wyda-rzenia, świadomie ściągając na siebie zagrożenie. Nawet jeśli – jakie ma to znaczenie?
PRZEKAZ NARYSOWANY
KULTURA KULTURA

Odpowiedzialna wolność słowa Nawet wolność słowa ma swoje ograniczenia. Dotyczą one na przykład publicznego obrażania innych osób lub ich uczuć religijnych. Redakcja „Charlie Hebdo” znana jest z publikowania satyrycznych, ubliżających rysunków – między innymi podobizn Mahometa bądź obelżywych ilustracji Trójcy Świętej. Przyznaję, że po przejrzeniu kilku grafik jako katoliczka czułam się oburzona. Szydzenie z czyjejś religii, przekonań, ideałów, jakiego dopuścili się redaktorzy „Charlie Hebdo”, nie nazwałabym żartem, a raczej bluźnie-rstwem. Niniejszy tekst powinien więc pojawić się w kontekście odpowiedzialnej wolności słowa, gdzie pochylałabym się nad kwestią tego, czy wraz ze swobodnym wyrażaniem własnej opinii nie należałoby także zastanowić się nad odpowiedzialnością za to, co mówimy. Niestety, piszę go, ponie-waż tydzień temu zabito dwunastu ludzi, a czterech ciężko raniono. W sytuacji, kiedy na publiczną obrazę odpowiedzią

KULTURA

jest atak terrorystyczny, musimy rozważyć inną, choć nie mniej ważną kwestię – czy zamiast dzielić się własnym zdaniem, powinniśmy zachować je dla siebie? A mo-że wystarczy zastanowić się nad formą i sposobem, w jaki coś przekazujemy? Milczenie nie zawsze jest złotem Kontrowersyjne grafiki to nic istotnego wobec ludzkiego życia. Redakcja „Charlie Hebdo” spodziewała się podobnego ataku, a i wcześniej takie wydarzenia miały miejsce. Dlaczego więc zdecydowali się przekazać do druku obraźliwe rysunki? Poglądy prezentowane przez tygodnik przekraczały pewną granicę dobrego smaku, aczkolwiek warto zauważyć, że dzisiaj nietrudno o obrażenie drugiej osoby. Polityka multi–kulti wywołuje mnóstwo sporów, jest także przyczyną wielu konfliktów, które rodzą się z niezrozumie-nia zwyczajów i tradycji, z jakimi dotych-czas nie mieliśmy tak dużej styczności. Demonstracje w Dreźnie przeciwko islami-zacji, w których liczba uczestników za pierwszym razem wynosiła tysiąc osób, a na kolejnych wzrosła do kilkunastu tysięcy, każą nam się zastanowić, czy mieszanie różnych kultur i narodowości to dobry pomysł. Nawet wtedy, kiedy na niemieckie ulice wychodzą także osoby protestujące wobec powiększającym się ruchom antyimigracyjnym. Wielokulturo- wość nie jest jeszcze mocno odczuwalna w Polsce, ale odkąd przeprowadziłam się do Niemiec, ścieram się z nią na co dzień. Po pewnym czasie nauczyłam się, że, gdy ktoś ma inne stanowisko, obraża bądź nie szanuje poglądów, jakimi dzielą się inni, odpowiedź powinna być stanowcza, ale nie uwłaczająca. Krytyka i ubliżanie na niewiele się zdadzą, gorsze od nich jednak może być tylko milczenie. Milczeniem nie wskażemy różnic, milczeniem nie po każemy, że nie akceptujemy spojrzenia na świat prezentowanego przez innych. Wręcz przeciwnie, niezaangażowaną postawą przekazujemy, że dana sprawa jest nam obojętna. „W sytuacji, kiedy na publiczną obrazę odpowiedzią jest atak terrorystyczny, musimy rozważyć inną, choć niemniej ważną kwestię – czy zamiast dzielić się własnym zdaniem, powinniśmy zostawić je dla siebie?” Co by się stało, gdybyśmy wycofywali się na cień każdej groźby i szantażu? Nie powinniśmy na pogróżki reagować stra-chem i biernością. Spróbujmy więc do-strzec drugą stronę medalu publikowania przez redakcję „Charlie Hebdo” kontrower-syjnych grafik. W sytuacji, gdy tygodnik

KULTURA „Poglądy prezentowane przez tygodnik przekraczały pewną granicę dobrego smaku, aczkolwiek warto zauważyć, że dzisiaj nietrudno o obrażenie drugiej osoby.”

w podobny sposób krytykował inne wyz-nania religijne, a milczał na temat muzuł- manów z powodu prawdopodobnego ata-ku, wysyłałby w świat konkretny przekaz – potraficie nas uciszyć. Uciszani Dobrym przykładem podobnej sprawy jest atak hakerów na Sony, po którym firma zdecydowała się na wycofanie z kin kontrowersyjnego filmu o przywódcy Korei Północnej, „Wywiad ze Słońcem Narodu”. Co prawda, po fali krytyki ze strony opinii publicznej zdecydowali się na jego przy-wrócenie, ale jednak, jak powtarza wielu komentujących – dopuścili się niebez-piecznego incydentu. Jakie będą skutki ich decyzji w przyszłości? Co zrobimy, gdy staniemy przed sytuacją, gdzie – zamiast dyskutować o tym, czy nasza swoboda wypowiedzi powinna mieć jakieś ograniczenia – będziemy zmuszeni do mil- czenia, żyjąc w strachu przed publicznym dzieleniem się swoimi poglądami? Czy to ma znaczenie? Sądzę, że to, czy tygodnik „Charlie Hebdo” świadomie i z rozmysłem wydał rysunki, aby sprowokować atak, nie ma żadnego znaczenia. Grafiki bardzo często niosły za sobą kontrowersyjne, wyzywające przeka- zy. Redakcja gazety jednak nigdy, podo-bnie jak każdy z nas, nie powinna znaleźć się w sytuacji, w której zastanawia się nad publikacją czegokolwiek, biorąc pod uwagę prawdopodobność ataku terrorystycznego jako następstwa swych słów. Wahać się wyrazić swoją opinię w obawie, że zranimy czyjeś ideały bądź zostaniemy przez to

KULTURA

pozwani? To już całkiem inna kwestia. „Dobrym przykładem podobnej sprawy jest atak hakerów na Sony, po którym firma zdecydowała się na wycofanie z kin kontrowersyjnego filmu o przywódcy Korei Północnej, „Wywiad ze Słońcem Narodu”.” Wolność słowa to coś więcej niż swoboda wyrażania swojej opinii publicznie. Jest to także szansa na podzielenie się z innymi swoim zdaniem bez obawy o wynikające z tego szykany, gnębienie czy ciemiężenie. Istnieje wiele bardziej cywilizowanych sposobów na pokazanie, że czyjeś poglądy mnie ranią, od tego, co zaprezentowali zamachowcy. Zaakceptowałabym pozwanie rysowników do sądu w odpowiedzi na ich obraźliwe rysunki. Zabójstwa kilkunastu osób – stanowczo nie. Patrycja Brejnak Fot. 1: жoaннa Les états limites (CC BY 2.0) Fot. 2: ThisParticularGreg (CC BY 2.0) Fot. 2: Zuerichs Strassen (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zostały zmniejszone i przyciete z oryginałów.



NIEBANALNE
POPOŁUDNIE #6
KULTURA

Przyrządzanie ciast i deserów to twoje hobby? A może wręcz przeciwnie – nie czujesz się dobrze w kuchni? W obu przypadkach „Yumeiro Pâtissière” przypadnie ci do gustu. Żaden miło-śnik słodkości nie będzie w stanie przejść obok tej serii obojętnie. Więcej nawet, zaręczam, że zapra-gniesz coś upiec. Gotowy do oglą-dania? „Yumeiro Pâtissière” to obyczajowe anime autorstwa Natsumi Matsumoto. Tym razem za temat obrano sobie zawód cukiernika (z franc. pâtissier – cukiernik), a w pe-rypetiach bohaterów znajdziemy solidną dawkę rywalizacji oraz humoru. Główna bohaterka, Ichigo Amano, to gimnazjalistka bez pomysłu na życie. W przeciwieństwie do swojej młodszej siostry nie odziedziczyła uzdolnień muzycznych po mamie. Nie potrafi też malować jak tata. Jej jedynym „talentem” jest pochłanianie wszelkiego rodzaju słodyczy – nie jest to jednak coś, co wzbudza podziw. Wszystko się zmienia, gdy przypadkowo poznaje słynnego cukie-rnika, który dostrzega w niej potencjał i do-radza przeniesienie do Akademii Św. Marii – japońskiej filii światowej sławy placówki szkolącej przyszłych cukierników. W ten sposób niezdarna, ale kochająca słodycze Ichigo trafia do nowej szkoły, gdzie zostaje przydzielona do najlepszej grupy – tej samej w której znajdują się trzej naj-zdolniejsi uczniowie, przez wszystkich na-zywani Książętami Słodyczy. Satsuki Hana-busa rzeźbi w cukierkach, Andou Senno-suke łączy japońskie smaki z zachodnimi, Makato Kashino specjalizuje się w cze-koladzie. Do Ichigo, która nie potrafi nawet usmażyć ładnego naleśnika, szybko docie-ra, że wyczucie smaku to naprawdę niewiele. Całe szczęście bohaterka nie zamierza się tak łatwo poddać i wrócić do domu. Nieoczekiwanie pomaga jej w tym maleńka, niewidoczna dla innych wróżka z Królestwa Słodyczy – Vanilla. Jej pomoc nie oznacza jednak, że w jakiś magiczny sposób Ichigo nauczy się piec, wręcz prze-ciwnie, Vanilla ma dla niej jedną dobrą radę – ćwiczenia. Z pewnością plusem serii jest to, że położono duży nacisk na naukę – Amano nie odkrywa nagle ukrytego talentu do pieczenia, wszystko zawdzięcza ciężkiej

KULTURA „Z pewnością plusem serii jest to, że położono duży nacisk na naukę – Amano nie odkrywa nagle ukrytego talentu do pieczenia, wszystko zawdzięcza ciężkiej pracy.”

pracy. Zresztą nie tylko ona musi ćwiczyć, jej niezwykle utalentowani koledzy z ze-społu też spędzają w kuchni każdą wolną chwilę, często przygotowując kilkanaście różnych wariacji jednego deseru, zanim będą z niego zadowoleni. Sam proces gotowania też został przedstawiony bardzo szczegółowo. Nie jest to oczywiście filmik instruktażowy, jednak na pewno można się dowiedzieć kilku przydatnych rzeczy. Wiecie, jak należy rozpuszczać czekoladę albo jaka jest najwyższa dopuszczalna temperatura topienia, tak by nie utracić jej wartości? Znacie różnicę między bezą francuską a włoską? A może chcielibyście poznać sposób na idealny suflet? Oglądając „Yumeiro Pâtissière”, czuje się promie-niującą od bohaterów pozytywną energię i aż ma się ochotę iść do kuchni i coś upiec. Tym bardziej, że wszystkie słodycze wyglądają naprawdę apetycznie. Szlifowanie cukierniczego warsztatu to jednak tylko połowa całej fabuły, druga część wypełniona jest rywalizacją poszczególnych zespołów w Cake Grand Prix – najważniejszym wydarzeniu w Aka-demii Św. Marii. Zwycięska drużyna będzie mogła wziąć udział w World Cake Grand Prix we Francji i walczyć o możliwość studiowania w Paryżu. Książęta Słodyczy oczywiście zamierzają spróbować swoich sił w zawodach, a wraz z nimi, jako czwarty zawodnik – Ichigo Amano. Na uwagę na pewno zasługują też same postaci. Początkowo niezdarna bohaterka nadrabia swoim uporem w dążeniu do celu,
„Szlifowanie cukierniczego warsztatu to jednak tylko połowa całej fabuły, druga część wypełniona jest rywalizacją poszczególnych zespołów w Cake Grand Prix – najważniejszym wydarzeniu w Akademii Św. Marii.”
KULTURA

dzięki czemu szybko zyskuje sympatię. Jej kompletny brak doświadczenia sprawia też, że łatwo się z nią utożsamić – tym bardziej jeśli ktoś tak jak ona dopiero zaczyna swoją przygodę z gotowaniem. Pozostałe postaci też są ciekawe, zwłaszcza trójka towarzyszy Amano, którzy mimo odmiennych charakterów tworzą zgrany zespół i można na nich polegać w trudnych sytuacjach. Rozrywki zaś z pewnością dostarczają ich ciekawe osobowości – Amano musi się przyzwyczaić do narcystycznego Hanabusy, opiekuńczego Andou i cholerycznego Kashino. Nie można też zapomnieć o wróżkach z Królestwa Słodyczy, które tak jak uczniowie Akademii dążą do zostania cukiernikami. Grafika na pewno przypadnie do gustu tym, którzy lubią pastelowe kolory, łago-dną kreskę oraz ogólnie słodycze. Boha-terowie są gimnazjalistami i na gimnazja-listów wyglądają, za co duży plus. Tła ra-czej się nie wyróżniają, ale akcja w głów-nej mierze rozgrywa się na terenie szkoły z internatem lub w kuchni, więc myślę, że to zrozumiałe. Ciekawą odskocznią może być wycieczka do Magicznego Królestwa





KULTURA

albo pobyt przyjaciół w Paryżu. Najładniej przedstawiają się z całą pewnością sło-dycze – trzeba przyznać, że są dopraco-wane pod względem wizualnym. Zresztą pod względem kulinarnym również, zda-rzają się bowiem wykresy, na których przedstawiono kolejne warstwy konkre-tnego deseru. Podobną drobiazgowość mo-żna dostrzec w przyrządach kuchennych, dzięki czemu wszystko wygląda bardzo realistycznie. Muzycznie „Yumeiro Pâti-ssière” wypada średnio, ale też przecież nie to jest w tej serii najważniejsze. Muzyka jest w tym przypadku tylko uzupełnieniem i jako takie sprawdza się całkiem nieźle. Podobać może się słodka piosenka Yume ni Yell! Patissiere śpiewana przez Mayumi Gojou, ale i tak wątpię, by zapadła komuś na dłużej w pamięć. Są anime, które się ogląda dla dobrej kreski, są też takie, które warto obejrzeć dla fabuły lub postaci. W tym przypadku to niesamowita podróż po świecie deserów, dzięki której można spojrzeć na kuchnię w nieco innym świetle. A wszystko to z od-powiednią dozą humoru. Poleciłabym je wszystkim tym, którzy kochają słodycze. Ci, którzy chcieliby piec, ale się boją, że sobie nie poradzą, też powinni obejrzeć – być może znajdą motywację do ćwiczeń. Justyna Książek