Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

Chiny – państwo łez i rozbitych rodzin strona 6 w zdrowym ciele zdrowy duch! strona 10 zabawa w pigułkę strona 14 drugie pół gwizdka strona 18 kobiety skaczą daleko strona 24 spiętrzenie wspaniałości strona 28 co tu jest grane? strona 32 niebanalne popołudnie #7 strona 36 JA NIE SKOCZĘ?!
Można przeskakiwać przesz- kody, a można też je umie-jętnie stwarzać.


Tytuł brzmi jak cytat z nie- jednej dobrze zakrapianej imprezy, ale pod tym zda- niem mogłaby się podpisać bohaterka naszego tekstu okładkowego. To się do-piero nazywa wyjście poza schemat! Magda udowad-nia, że skoki narciarskie to nie tylko męski sport – i udowadnia z sukcesem. To imponujące, jak kobiety przecierają coraz to nowe szlaki i mają odwagę poka-zać swoją determinację. I nie chodzi o to, by na siłę przejmować typowo mękie zajęcie. Wciąż kobieta-–skoczek jest czymś niety-powym i niespotykanym, ale niech nie będzie atrak-cją, a sportowcem, który swoim talentem i przygoto- waniem jest dla nas inspi-racją oraz powodem do du- my. Outro wspiera i chwa- li takie sportowe (i nie tylko) osobowości, a niech inni wiedzą, że się da, trzeba postawić sobie za cel realizację swojej pasji i pilnować, by nic nie było w stanie nas od tego odciągnąć. Nawet jeśli ma to silny związek ze wsta-waniem o piątej rano. Poza wyżej wspomnianą lekturą polecam szczegól-nie tekst o tabletce 72h po. Nie trzeba się zgadzać z autorką, warto i polemiz-ować, ale to z pewnością temat ważny. Przez media przetacza się kolejna burza w kolejnej kontrowersyjnej i głośnej sprawie – a zanim zaczniemy krzyczeć i obs-tawać przy swoim i my, wy- starczy spytać, czy wszys- wszystkim wiadomo, o co w tej istotnej dla ogółu kwestii chodzi. Bo może się okazać, że większość wie tylko tyle, że wokół jest dużo szumu. Paulina

Outro

Outro ISSN: 2299 - 5242 Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl Redaktor naczelna: Paulina Zguda Zastępcy: Anna Lewicka, Karolina Wojtal Sekretarz redakcji: Ilona Chylińska Zastępca sekretarza redakcji: Mariola Lis Redaktor prowadzący: Ula Skierkowska Korekta wydania: Karolina Wojtal Fotoedycja: Sabina Szweda Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Agnieszka Kracla (społeczeństwo), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy) Korekta: Agata Andrzejak, Sabina Błaszczok, Agnieszka Bogunia, Kinga Gintowt, Dominika Głowacka, Maria Gołaszewska, Ariadna Grzona, Agata Hajduk, Marzena Juroszek, Anna Lis, Beata Maciejczyk, Anna Maciejończyk, Zuzanna Świrzyńska, Wojciech Żywolt. Ostateczna korekta: Ariadna Grzona Graficy: Marta Chrząszcz, Magdalena Kosewska, Patryk Skoczylas. Projekt okładki: Patryk Skoczyla Zdjęcie na okładce: Agnieszka Sierotnik CHINY
– PAŃSTWO ŁEZ I ROZBITYCH RODZIN
SPOŁECZEŃSTWO

Średnio co osiem minut w Chinach gi-nie bez wieści jedno dziecko. Serwisy informacyjne piszą o siedemdziesię-ciu tysiącach porwanych rocznie. Rzadko żąda się w zamian okupu, częściej dzieci są sprzedawane do domów publicznych i zmuszane do niewolniczej pracy. Ostatnio po raz kolejny miałam okazję usłyszeć o sytuacji panującej w Chinach, oglądając wieczorne „Fakty”. Zaginęło kolejne dziecko, a rodzice – nie mogąc liczyć na pomoc służb specjalnych – postanowili zgłosić problem telewizji. Naj-smutniejsze jest jednak to, że nie można wiele zrobić w tej sprawie. Porywane dzieci, mogłoby się wydawać, rozpływają się w powietrzu. Jednak rodzice robią wszystko, by je odnaleźć. Przechodząc ulicami miasta, można natknąć się na miejsca, w których umieszczono zdjęcia zaginionych malców, ich twarze zdobią niekiedy karty do gry, ulotki i wystawy sklepowe.

SPOŁECZEŃSTWO

„Modnym pomysłem na zabezpieczenie swoich pociech jest wykonanie tatuażu na jego ciele.” Ofiarami porwań są najczęściej dzieci w wieku od czterech do siedmiu lat, ale także starsze. Słabsze są oddawane bezdzietnym małżeństwom lub wykorzy-stywane do pracy, natomiast starsze i naj-atrakcyjniejsze trafiają do domów pu-blicznych albo na ulice, gdzie są wy-korzystywane seksualnie – podaje „Gazeta Wyborcza”. Szukając informacji do na-pisania tego tekstu, natrafiłam w Inter-necie na wypowiedź jednego z handlarzy dzieci, który nie podaje swojego nazwiska ze względów bezpieczeństwa: „Kiedy umarła moja żona, sprzedałem naszego synka, którym nie miałem czasu się zaj-mować. Dostałem za niego więcej pie-niędzy niż zarobiłem przez pół roku. Od tamtej pory handluję dziećmi (…)”. Por- waniami dzieci zajmują się specjalne grupy, które dostają bardzo wysokie wy-nagrodzenie od swoich klientów – ich lwią część stanowią „normalni” ludzie chcący powiększyć swoją rodzinę. Szczególną popularnością cieszy się sprzedaż chłop-ców. Bezdzietne małżeństwa są gotowe wynająć szajkę, która zwabi jakieś dziecko na ulicy i dostanie za to dobre wyna-grodzenie. Tylko raz chińskiej policji udało się rozbić wielki gang handlarzy dziećmi w Kunming, nazwany „parszywą dwu-nastką”. Wielu rodziców nie stać na przedszkola, gdzie mogą zostawić na czas swojej nie-obecności najmłodsze dzieci, dlatego nierzadkim widokiem na ulicach Chin jest dwulatek przykuty łańcuchem do słupa. Natomiast bardziej majętni rodzice wy-najmują grupę ochroniarzy, którzy nie opu- szczają swojego podopiecznego w szkole, a także poza nią. Dzieciom wszczepia się niekiedy pod skórę GPS lub zakłada specjalne elektroniczne opaski. Modnym pomysłem na zabezpieczenie swoich po-ciech jest wykonanie tatuażu na jego ciele. Przeważnie są to duże jaskrawe kody kreskowe na szyi. Tatuaże nie są jednak wykonywane na rękach i nogach, z obawy, że oprawcy mogliby odciąć dzieciom kończyny. Mniej zamożni mieszkańcy Chin chwytają za igłę i farbę… „Kiedy umarła moja żona, sprzedałem naszego synka, którym nie miałem czasu się zajmować. Dostałem za niego więcej pieniędzy niż zarobiłem przez pół roku. Od tamtej pory handluję dziećmi (…).” „Położymy temu kres” – zakomunikował mieszkańcom Chin Chen Shiqu, szef grupy operacyjnej w Ministerstwie Bezpieczeń-stwa Publicznego. Obławy policyjne prze-



szukały około dziesięciu prowincji. W ten sposób udało się znaleźć osiemdziesięcioro dziewięcioro dzieci spośród siedemdziesię-ciu tysięcy porwanych malców. „Porwanie dziecka jest zbrodnią o wiele okrutniejszą niż morderstwo” – mówi Peng Gaofeng, który dwa lata temu stracił czteroletniego Lele. – „Gdyby mój chłopiec zginął w trzę-sieniu ziemi, jakoś pewnie bym to przeżył” – możemy przeczytać na Wyborcza.pl. „(...) nierzadkim widokiem na ulicach Chin jest dwulatek przykuty łańcuchem do słupa.” Nieszczęśliwi rodzice wydają wszystkie swoje oszczędności na poszukiwania, ulot- ki, zdjęcia. Po pewnym czasie pozostaje im już tylko pogodzić z tym, że nigdy więcej nie odnajdą najbliższej im osoby. Według statystyk dziennie w Chinach porwanych zostaje ok. stu dziewięćdziesię-cioro dzieci. Mimo obietnic rządowych sy-tuacja rodzin wcale nie ulega zmianie, a z tysięcy zaginionych dzieci, których zdję-cia ułożone są na ulicach Chin, zaledwie 1% powróci do domów. Gabriela Szczepanik Fot. 1: Denny Jarvis (CC BYSA 2.0) Fot. 2: 55Laney69 (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. ZDROWY DUCH!
W ZDROWYM CIELE
SPOŁECZEŃSTWO

Nie odkryję Ameryki, mówiąc, że zdrowy tryb życia zrobił się bardzo modny. Wręcz wstyd przyznać, że się nie biega, nie jeździ trzydziestu ki-lometrów dziennie rowerem bądź nie chodzi trzy razy tygodniowo na siłownię. Ostatnio wśród swoich zna-jomych – głównie dziewczyn – zaob-serwowałam nową modę na ćwicze-nie z trenerkami. Na początku raczej mnie to bawiło, ale od dłuższego cza-su chciałam zrobić coś dla swojego zdrowia i zastanawiało mnie, z czego wynika ten fenomen. Postanowiłam więc przekonać się na własnej skórze, o co w tym wszystkim chodzi. Rodzimy grunt Chyba każdy człowiek – bez względu na płeć – marzy o wysportowanej, wyrzeźbio-nej figurze. Muszę jednak przyznać, że zwykle z dyskusjami o tym, jaki trener (choć częściej trenerka) przynosi lepsze

SPOŁECZEŃSTWO

i szybsze efekty, spotykałam się w towa-rzystwie dziewczyn. Oczywiście wiodącym tematem rozmów jest Ewa Chodakowska – kobieta, która porwała z kanapy miliony Polek, stworzyła pewnego rodzaju inter-netową wspólnotę ćwiczących dziewczyn i kobiet, wydała kilka książek i płyt, prowadzi treningi personalne i warsztaty w większych miastach. Jest zdecydowanie najważniejszą polską mentorką, dlatego swój „przegląd” rozpoczęłam właśnie od niej. „(...) Ewa Chodakowska – kobieta, która porwała z kanapy miliony Polek, stworzyła pewnego rodzaju internetową wspólnotę ćwiczących dziewczyn i kobiet (...).” Próbowałam zrozumieć, dlaczego to wła-śnie ona zdobyła serce i zmieniła podejście do aktywności tylu osób. Spotkało mnie… rozczarowanie. Oczywiście jako laik nie mogę wiedzieć, czy rację mają eksperci poddający w wątpliwość poprawność pro-ponowanych przez nią ćwiczenia. Nie mogę też brać pod uwagę swojej opinii o samej Chodakowskiej, która zaczyna być bardziej celebrytką, niż trenerką, bo co to ma do ćwiczeń? Jestem nawet w stanie zigno-rować rażące reklamowanie opasek holo- graficzno–jonowych bądź własnych trenin- gów, bo, mimo że to drażni, nie można zabronić jej zarabiania na własnej pracy. Natomiast tym, co mnie do niej zniechęciło, był sam sposób prowadzenia zajęć. Jej monotonny głos, próby moty-wowania ćwiczących wypowiadane z takim brakiem energii, że odnoszę wrażenie niesamowitej sztuczności. To nie powinno mieć decydującego znaczenia przy wyborze zestawu ćwiczeń, ale mnie z miejsca odrzuciło. Zaczęłam więc szukać dalej. Na rodzimych gruncie polecano mi jeszcze tylko Annę Lewandowską. Wokół niej nie ma aż tak dużego szumu medialnego i kontrowersji, gdyż dopiero zaczyna „wy-bijać się”, a nie można odmówić jej posiadania więcej energii niż prekursorka promowania zdrowego trybu życia w Pol-sce, Chodakowska. Jednak i Lewandow- ska nie zdobyła mojego serca. Podczas samego wykonywania ćwiczeń nie dodaje do nich prawie żadnych uwag, co sprawia, że wydają się bardziej monotonne. Dodatkowo komentarze podkreślające, że sama trenerka jest na wyższym poziomie nić ćwiczący („Ja już jestem po 30 minutach biegania, wy możecie sobie zrobić krócej, jeśli chcecie”) wcale mnie nie motywują. Na polskim rynku jednak nie poprzestałam. Tymczasem na Zachodzie… Gdy rodzime mentorki mnie zawiodły, zaczęłam szukać tych zagranicznych. Od koleżanek dowiedziałam się o jeszcze jed-nej trenerce, która kupiła mnie od pierw-

SPOŁECZEŃSTWO

szej chwili i jest ze mną do tej pory. Przedstawiam państwu Melanie Brown, znaną szerzej jako Mel B. Była piosenkarką znanego w drugiej połowie lat 90. girls-bandu Spice Girls, jest aktorką i prezen-terką telewizyjną, jednak ja poznałam ją głównie jako trenerkę. Nie podejmowałam żadnego wyzwania trzydziestu dni, nie zmieniłam diety, nie wypisałam sobie na karteczce postanowień. Zaczęłam od krótkich, trwających po dziesięć minut, ćwiczeń na poszczególne części ciała. I o ile początkowo już to wystarczało, bym miała ochotę wyzionąć ducha, apetyt rósł w miarę jedzenia. Mel B. ma w sobie nieprawdopodobną energię, jest radosna, a jej czasem może nadmierny entuzjazm, potrafi być irytujący, ale daje przysło-wiowego „kopa” przy wykonywaniu ko-lejnych serii. Ćwiczenia są zróżnicowane, nie ma mowy o nudzie. Melanie często podkreśla, jak ważne jest dbanie o swoje ciało i zdrowie. Nie przechwala się, mówi, że dla niej ćwiczenia też są trudne, ale łatwiej jest, gdy robi się je razem. Zachowuje się tak, jakby osoba ćwicząca przed komputerem była tuż obok niej – motywuje, powtarza, że na pewno damy radę wykonać poszczególne ćwiczenia, mówi jaka jest dumna ze swoich podopiecznych. Początkowo traktowałam jej treningi jak zabawę, a zaczęłam je robić z ciekawości. Mel B okazała się uza-leżniająca, nie mogłam się doczekać aż usłyszę jej radosny, przyjemny głos i aż po raz kolejny rozśmieszy mnie ten sam żart, dzięki czemu dam radę wykonać ciężkie ćwiczenie. Nigdy nie nastawiałam się na super efekty, ale z każdym kolejnym tre-ningiem czułam się coraz silniejsza. Jako osoba, której przez większość życia za daleko było na siłownię i salę gimna-styczną, wciąż nie mogę uwierzyć, że gdy mam kilkudniową przerwę od ćwiczeń zaczyna mi brakować kolejnego „już po-łowa za nami…”. „(...) nieważne, z kim ćwiczymy, ważne, by w ogóle zacząć się ruszyć i nie liczyć na natychmiastowe zmiany. Bo gdy okaże się, że po dwóch tygodniach nie schudniemy dziesięciu kilo, może przyjść rozczarowanie.” Najważniejsze to wstać z kanapy Niestety, nie powiem Wam, z kim warto ćwiczyć, by szybko było widać efekty. Nigdy nie starałam się przejść wielkiej metamorfozy i chyba moje podejście wy-grało, bo wszystkie znajome, które spo-dziewały się, że kolejne wyzwanie zamieni je w miesiąc w top modelki, wcześniej czy później dały sobie spokój. Tak naprawdę nieważne, z kim ćwiczymy, ważne, by w ogóle zacząć się ruszyć i nie liczyć na natychmiastowe zmiany. Bo gdy okaże się,

SPOŁECZEŃSTWO

„Treningi z gwiazdami mają mnóstwo zalet (...).” że po dwóch tygodniach nie schudniemy dziesięciu kilo, może przyjść rozcza-rowanie. To zupełnie normalne, cudów nie ma. Poza tym zestaw ćwiczeń prezen-towany przez znane lub mniej znane mentorki możemy uzyskać od zwykłej nauczycielki wf–u w szkole bądź in-struktorki aerobicu w pobliskim klubie osiedlowym. Odległa od naszej rzeczy-wistości celebrytka nie udzieli nam in-dywidualnych wskazówek, nie zmniejszy ani nie zwiększy intensywności ćwiczeń w miarę potrzeby. Treningi z gwiazdami mają mnóstwo zalet, ale radziłabym mimo wszystko traktować je jako formę dopełniającą – do basenu, lekcji tanecz-nych, sztuk walki czy jakichkolwiek innych zajęć. Dzięki temu możemy poznać nowych ludzi, a ćwiczenie w grupie daje dużo radości i zabawy. Przestańmy się w końcu licytować, co jest bardziej efektywne – w końcu tak naprawdę chodzi głównie o nasze zdrowie. A sport to zdrowie, praw-da? Gabriela Korczak Fot. 1:Heza (CC BYSA 2.0) Fot. 2: Asia Wojtyna Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów.
ZABAWA W PIGUŁKĘ
SPOŁECZEŃSTWO

Wywołała grzmoty, gromy, wielo-wątkowe dyskusje. To z jej powodu na forach i mównicach przelewały się hektolitry jadu i nienawiści sączone przez przedstawicieli różnych opcji politycznych. I wreszcie – to ona w alarmowej sytuacji uspokoiła serca tysięcy kobiet i mężczyzn. O czym mowa? O tabletce 72 godziny po. Od tematu antykoncepcji nie sposób uciec. Nawet jeżeli ktoś nie miał w szkole wy-chowania do życia w rodzinie lub innej jego odmiany, to z pewnością ciekawość i tak zaprowadziła go w rozmaite – mniej lub bardziej bezpieczne – zakamarki Internetu czy literatury popularno–naukowej. Na pewno wszyscy słyszeli o tabletce „72 godziny po”. Możliwe jednak, że nie każdy wie dokładnie, jak ona działa. Tabletka hamuje owulację, a jeśli ta miała miejsce, zawarty w tabletce lewonorgestrel nie dopuszcza do połączenia się plemnika z ko-mórką jajową. I w zasadzie to wszystko. Czyli raczej nie przypomina aborcji, praw-da? Skoro tabletka dostępna jest w Polsce

SPOŁECZEŃSTWO

od dawna, dlaczego piszę o niej dopiero teraz? Bo dopiero teraz Komisja Europejska ustanowiła, że tabletka „po” może być sprzedawana w krajach Unii bez recepty. Może, ale nie musi. Czyli, jeśli jakiś kraj nie chce sprzedawać tego leku bez recepty, to nie ma takiego obowiązku. Jak łatwo się można domyślić, Polska nie chciała, bo Pol-ska generalnie nie za bardzo chce ułatwiać dostęp do antykoncepcji. W społeczeństwie panuje przekonanie, że ową tabletkę biorą tylko zapominalscy jak słoń Trąbalski. Oczywiście, to nieprawda. Stosują ją również osoby, które zawiodła klasyczna antykoncepcja (np. pękła prezer-watywa). Przydaje się ona także – o czym niestety często się nie pamięta – kobietom zgwałconym, które dzięki temu mogą unik-nąć aborcji. Wydanie recepty na ową tabletkę nie jest absolutnie podyktowane troską o zdrowie kobiet. Dlaczego? Bo jeśli kobieta będzie miała tyle już szczęścia, że uda jej się dostać do lekarza w ciągu jednej doby (tabletka może i ma sporą liczbę w nazwie, ale de facto największą skuteczność ma w trakcie pierwszej doby), to może się okazać, że wcale nie jest to ginekolog. Osoby w alarmowej sytuacji często zwra-cają się do znajomego, sąsiadki czy cioci Kloci, którzy pacjentki nie muszą wcale widzieć na oczy. Mało tego, wcale nie muszą być ginekologami. Nasza ciocia Klocia może być na przykład dentystką albo weterynarzem – i też da nam receptę. Do wyboru do koloru. Oznacza to, że rząd jawnie przyznaje się do tego, że od zdrowia i bezpieczeństwa kobiet bardziej interesują go ich pieniądze. „W Polsce, bez

SPOŁECZEŃSTWO

recepty, dostępne są medykamenty, któr-ymi można się zatruć, zaćpać, albo zabić. Ministerstwo zdrowia, nie widzi żadnego problemu w reklamowaniu toksycznych leków w telewizji. Nawet jeśli są one kierowane do najmłodszych. Jednak piguł-ka „po” nie może być, zdaniem resortu, dostępna bez recepty. O nie, co to to nie! Jak długo będziemy się godzić na aro-gancję polskiego ustawodawcy wobec ko-biet?” – wścieka się Paulina Młynarska, dziennikarka. No właśnie. Kto nigdy nie był za czasów gimnazjalnych kuszony fanta-stycznymi właściwościami leków na kaszel, niech pierwszy rzuci kamieniem. Problem sięga jeszcze głębiej. Bowiem seks legalnie uprawiać mogą również ci, którzy sami do lekarza mogą iść wyłącznie nie-legalnie. Czyli, dajmy na to, siedemnasto- latka, żeby dostać taką pigułkę, musi po-informować rodziców o szczegółach swo-jego życia intymnego. Podczas gdy gine-kolog dostępny dla niepełnoletnich roz-wiązałby chociażby wieczny problem edu-kacji seksualnej, która może łatwo stać się narzędziem indoktrynacji. Bywa, że młodzi dowiadują się albo tego, że masturbacja to narzędzie szatana, oj dana dana, albo – z drugiej strony – uczą się o seksie od pierwszych klas podstawówki. Oczywiście zajęcia mogą być solidnie przygotowane, ale nastolatek, który do spraw seksu i doj-rzewania ma tryliard pytań, nie zada na lekcji ani jednego – nie w obecności zna-jomych i nauczyciela. Nieznajomy lekarz dysponujący rozległą wiedzą to – chyba każdy przyzna –zupełnie inna para kaloszy. A ginekolodzy to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Prawo polskie doprowadza nawet

SPOŁECZEŃSTWO

do takich absurdów jak nieprzyjmowanie do lekarza niepełnoletnich bez opieki, na-wet jeśli chodzi o zwykły kaszel. Bóg jeden raczy wiedzieć, przed czym ten zapis ma chronić młodych. Na początku swojej kariery politycznej Bartosz Arłukowicz miał ułatwić kobietom dostęp do antykoncepcji. Jak widać, idzie mu z tym tak dobrze, jak prezydent Warszawy z uruchomieniem drugiej linii metra. Wprawdzie kilka dni temu w swojej łaskawości Ministerstwo Zdrowia udzieliło zgody na sprzedawanie tabletki bez re-cepty, ale po pierwsze zrobiło to jedynie pod naciskiem wielu środowisk, a po drugie nie zlikwidowało klauzuli sumienia. Co oznacza, że w wielu wsiach i małych mia-steczkach to udogodnienie może w ogóle nie wejść w życie. Pewnie wiele osób po przeczytaniu arty-kułu pomyśli sobie: „E! Mnie to nie dotyczy. Ja nie zapominam/mi nie pęka/ja jeszcze nie uprawiam”. To dotyczy nas wszystkich, bo to nie jest kwestia seksu, tylko tego, na ile możemy decydować o so-bie. I jak widać, na niewiele. Lena Janeczko Fot. 1: Emagineart (CC BY 2.0) Fot. 2: The Javorac (CC BY 2.0) Fot. 3: mattza (CC BYSA 2.0) Fot. 4: Erix (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. DRUGIE
PÓŁ GWIZDKA
SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

Zeszłotygodniowy artykuł Leny Ja-neczko „Wolność na pół gwizdka” postawił wiele pytań na temat wol-ności słowa oraz zależności między jakością prasy a skrajną wręcz po-prawnością polityczną władz i spo-łeczeństw. Zazwyczaj można pole-mizować z odpowiedziami, jednak w tym wypadku retoryczne pytania Leny popchnęły mnie do przemyśleń. Zacznę od tezy, którą Lena stawia na samym początku swojego tekstu: „raczej nikt nie popiera terrorystów”, bo właśnie to zdanie sprowokowało mnie do polemiki. Kilka godzin po zamachu napisałam na swoim Twitterze, że największą porażką XXI wieku jest brak definicji terroryzmu, a tym samym terrorysty. Ani definicja słynnej Encyklopedii Britannica, ani sło-wników PWN nie są przydatne pod tym względem. Spuśćmy też zasłonę milczenia na brak jednolitego wytłumaczenia, czym jest terroryzm, ze strony organizacji mię-dzynarodowych takich jak ONZ czy NATO. Jednak ostrożne stwierdzenie „raczej nikt”

SPOŁECZEŃSTWO

wyjątkowo mnie razi – nikt bowiem nie popiera terroryzmu, terrorystów ani orga-nizacji terrorystycznych. Problem tkwi w tym, kogo i co uznajemy za powyższe. W wypadku mężczyzn, którzy napadli na redakcję „Charlie Hebdo”, nie ma wąt-pliwości – dopuścili się ideologicznego, planowanego i zorganizowanego działania naruszającego francuskie prawo, aby wymusić określone zachowanie. „Czy wolność słowa to – wolność pisania wszystkiego, czy wolność pisania tylko tego, co estetyczne?” Żeby zrozumieć sam charakter gazety „bezlitośnie wykpiwającej absurdy poli-tycznej poprawności, nierzadko drwiącej ze świętości” trzeba zrozumieć Francuzów. Republika Francuska, jako jeden z nie-licznych krajów na świecie, w swojej konstytucji podkreśla laickość państwa – zupełną niezależność państwa i Kościoła. Stąd obrazoburczy charakter tekstów, a przede wszystkim komiksów, w „Charlie Hebdo” nie szokował aż tak we Francji – kolebce laicyzmu. Dlaczego to podkreślam? Wolność słowa i obraza uczuć religijnych to dwa tematy, które ścierają się ze sobą w świetle ostatnich wydarzeń, jednak o ile ten pierwszy jest uniwersalny i ma takie samo znaczenie w każdym miejscu na świecie (może poza Koreą Północną i inny - mi totalitarnymi lub autorytarnymi ustro-jami), o tyle druga kwestia w o wiele wię-kszym stopniu zależy od tradycji, historii i nastrojów w danym kraju. Lena wspomi-na o katolikach oburzonych „drącym Biblię Nergalem, jak i kabarecie Limo i ich skeczu o pierdzącym papieżu” – wynika to przede wszystkim z ogromnego szacunku, jakim Polacy darzą papieża oraz specjalnego tra-ktowania Biblii. Co ciekawe, na kabaret Ne-onówka, który wyśmiewał św. Piotra, nie spadła nawet połowa gromów, jaka posy-pała się na twórców wspomnianego skeczu o papieżu. Wrócę jednak do pytań Leny – przede wszystkim chcę zastanowić się, czego dotyczą i dlaczego moim zdaniem zostały źle zadane. „Czy wolność słowa to – wolność pisania wszystkiego, czy wolność pisania tylko tego, co estetyczne?” Po pierwsze, nie rozumiem, czemu ogra-niczamy się do pisania – zakładam, że Lena jako fantastyczna dziennikarka sta-rała się skupić na tym, co zna najlepiej – słowie pisanym. Jednak podział na ka-tegorie „wszystko” i „to, co estetyczne” kłóci się z moim podziałem tematów – także tych dziennikarskich. Trudno mi zaakceptować też drugą kategorię – „to, co estetyczne” – wyłącza bowiem prawo do pisania o wojnach, masowych mordach (niestety z prawa tego skorzystano przy przemilczeniu zamordowania dwóch tysięcy osób w Nigerii przez Boko Haram), tematach tabu. Można sięgnąć po char-liehebdową satyrę i zapytać, czy taka kate-

SPOŁECZEŃSTWO

goria mieści w sobie spoconych sporto-wców na zawodach (fuj!) albo naprawdę nieładnych polityków (w końcu w mediach byłoby więcej informacji o kobietach w po-lityce). Ale zostawmy na chwilę sarkazm i skupmy się na religii, bo to ją Lena mogła mieć między innymi na myśli, insynuując istnienie „nieestetycznych” tematów. Dziennikarz, który zajmuje się tematyką duchowności i wiary musi wiele założyć – że istnieje bóg, że to co jest napisane w księgach faktycznie miało lub będzie mieć miejsce. A przede wszystkim, że prze-pisy i wskazówki ze świętego pisma nie są pustymi frazesami, ale działają niemal jak przepisy. Jest to bardzo proste dla osoby wierzącej, jednak ateiście lub człowiekowi innego wyznania trudno zaakceptować nie-które zagadnienia. „Charlie Hebdo” z góry zakłada, że religia to wierutna bzdura i mo-żna po prostu nabijać się z ludzi wierzących w boga bez wizerunku, boga, którego nie można przedstawiać. Średnio mnie to bawi, ale gazeta mogła o tym pisać, bo wolność słowa i liberalność, jeśli chodzi o kwestie religijne im na to pozwalała. Bardziej martwi mnie stan wiary niektórych wyz-nawców, który czują się na tyle niepewni, że na sugestię o nagim królu (i Allahu, któ-rego może jednak da się narysować) celują w głowę dwunastu osób. Równocześnie, trudno mi zrozumieć ludzi, którzy nie po-trafią pojąć, jak ważne dla niektórych są pewne wartości. Muszę przyznać, że kolejne pytanie, które zadaje Lena, jest wyjątkowo odważne i za- stanawiam się cały czas, czy aby moje dotychczasowe doświadczenie i przekona-nie, że cenzura jest niedopuszczalna, nie nakłada mi klapek na oczu. Dziennikarka pyta: „Czy zezwalając na bezwzględną wol-ność, nie zezwalamy również na popadanie prasy w rynsztok? Czy stosując cenzurę wobec jawnie chamskich satyrycznych pu- blikacji, ustrzeglibyśmy współczesne dzien-nikarstwo od degradacji?”. Dotychczasowe doświadczenie i śledzenie prasy pozwala mi na postawienie tezy, że nawet gdyby ist-niała zupełnie nieograniczona wolność słowa, unikająca obrażania innych ludzi i utopijnie pozwalająca pisać, co tylko się chce na każdy temat, wielu dziennikarzy pozostałoby przy opisywaniu rozstań wiel-kich gwiazd, rzucając populistyczne hasła o obaleniu bądź popieraniu władzy albo snując nowe teorie o seksie. Po prostu takie tematy świetnie się sprzedają, poka-zują łatwą, czarno–białą rzeczywistość. Doskonałym przykładem jest tutaj ciągnąca się od lat sprawy gwałtu Romana Po-lańskiego na trzynastoletniej dziewczynce. Tym, którzy uważają „Piratów” lub „Pia-nistę” za dzieła sztuki filmowej trudno uznać, że stworzył je przestępca. I odwrot-nie, ci, którzy nie dostrzegają walorów ar-tystycznych, prędzej poprą karę dla reży-sera. Prasa pokazuje subiektywne zdanie poszczególnych osób, samodzielnie narzu-cając sobie cenzurę – nie przedstawiając poglądów drugiej strony. Cofnijmy się też kilka lat wstecz, do Polski Ludowej, gdzie cenzura była na porządku dziennym. Nie czyniło to polskiego dziennikarstwa lat 70.

SPOŁECZEŃSTWO

czy 80. szczególnie doskonałym lub wyró-żniającym się na tle świata. Pojedyncze po-stacie, jak Ryszard Kapuściński, są raczej wyjątkami potwierdzającymi regułę. Cen-zura i jakość dziennikarstwa są od siebie zależne: im większa cenzura, tym gorsza jakość dziennikarstwa, które albo rzetelnie zajmuje się opisywanymi tematami, albo manewruje na siłę, starając się obejść cen-zora, co wpływa negatywnie na jasność przekazu. Dobre dziennikarstwo nie tylko nie musi, ale wręcz nie idzie w parze z wolnością na pół gwizdka. Ale „Charlie Hebdo”, pomimo zupełnej wolności słowa, też nie było uznawane za prasę wysokich lotów (po-mijam kwestię estetyki rysunków, której wiele osób poświęca wyjątkowo dużo uwagi). Dobre dziennikarstwo idzie w parze z dokładnością, analizą, wnioskowanie i krytycznym myśleniem. Pozostaje pytanie, na ile rozważnie dziennikarze powinni ko-rzystać ze swojej wolności słowa. W ty-dzień po zamachu haseł „Nie jestem Charlie” jest niemal tyle samo co „Jestem Charlie” – ale to właśnie wolność słowa pozwala nam wyznać, że nie popieramy wolności słowa, na której opierali się ry-sownicy francuskiej gazety. Izabela Bany Fot. 1: Roksana Grzmil Fot. 2: nrkbeta (CC BYSA 2.0) Fot. 3: Ben Ledbletter (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów.



KOBIETY
SKACZĄ DALEKO
SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

Mimo że skoki narciarskie mężczyzn są w Polsce sportem narodowym, to o skokach pań mamy raczej nie-wielkie pojęcie. Jak radzą sobie ko-biety, w tym wydałoby się, męskim sporcie? Kim są polskie skoczkinie? O tym rozmawiałam z Magdą Pałasz, pierwszą mistrzynią Polski w skokach narciarskich. Pobudka o piątej rano, mordercze treningi i ostra dieta – tak sobie wyobrażam życie sportowca. Ile w tym prawdy? „Dieta czy trening to rzecz oczywista chyba dla każ-dego sportowca – choć też nie wszyscy zawodnicy potrzebują bardzo ścisłej diety. Pobudki o piątej też się zdarzają, ale raczej w dniu wyjazdu na zawody, obóz czy w dzień powrotu”. Magda jednak nie na-rzeka: „Pomimo tego, że to praca czy obo-wiązek, jest to również pasja – coś co ko-chasz i czemu oddajesz się całkowicie”. 19–latka swoją przygodę ze skokami za-częła siedem lat wcześniej. „Z jednej stro-ny wydaję mi się, że jest to trochę późno,

SPOŁECZEŃSTWO

aczkolwiek są osoby, które zaczynały bę-dąc dużo starsze, a teraz bez problemu da-ją sobie radę” – mówi. „Nigdy nie sądziłam, że będę skakać. Zainspirował mnie do tego mój brat, który jako pierwszy z trójki na-szego rodzeństwa zaczął trenować. Póź-niej, kiedy ja już skakałam, w nasze ślady poszła nasza najmłodsza siostra.” Obecnie nastolatka jest jedną z najstarszych i naj-bardziej doświadczonych zawodniczek w Polsce. „Mam nadzieję, że będzie coraz lepiej. Powoli możemy porównywać się do niektórych reprezentacji, których poziom jeszcze jakiś czas temu był dla nas nie-osiągalny. Cieszę, że skoki kobiet w Polsce ruszyły do przodu. Mam nadzieję, że nie staną w tym miejscu, tylko przy dużej pra-cy i wielu treningach, będą stopniowo się rozwijać. Poprzedni sezon był przełomowy – zarówno dla mnie jak i dla całych skoków narciarskich kobiet w Polsce. W tamtym roku zadebiutowałyśmy nie tylko w Pucha-rze Świata, ale też w mistrzostwach świata juniorów. Aśka [Szwab – przyp.red.] sta-nęła na podium Pucharu Kontynentalnego, ja zdobyłam pierwsze w historii punkty Pucharu Świata. Szczerze mówiąc, sama nie spodziewałam się, że uda mi się zdobyć te punkty. I z tego co mi się wydaje, tak naprawdę nikt tego ode mnie nie ocze-kiwał”. Jaki będzie ten sezon? Magda wy-powiada się o nim ostrożnie: „Czy będzie lepiej? Sama nie wiem. Nie chcę oceniać niczego przed startami. Byłam dotychczas na jednym Pucharze Świata, gdzie w kwali-fikacjach upadłam, wiec na razie nic nie obiecuję.” Wraz z sukcesami przychodzi zaintereso-wanie mediów i kibiców. Jednak Magda

SPOŁECZEŃSTWO

twierdzi, że nie odczuwa blasków sławy na codzień, choć regularnie dostaje listy z prośbami o autografy czy też ze słowami wsparcia przed zawodami. Za radą ko-legów, mniej sympatycznych komentarzy w Internecie stara się nie czytać, tylko czasem trudno się jej powstrzymać. „De-nerwuję mnie to, że ludzie, którzy nie mają jakiegokolwiek pojęcia na temat skoków narciarskich, mają zazwyczaj najwięcej do powiedzenia. Tak naprawdę nie wiedzą, ile czasu spędzamy nad tym, żeby coś osiągnąć. Najgorsze są komentarze, że się do tego nie nadaje itp. Współczuję ludziom, których życie jest aż tak nudne, że zajmują się moim”. „(...) ludzie, którzy nie mają jakiegokolwiek pojęcia na temat skoków narciarskich, mają zazwyczaj najwięcej do powiedzenia.” Oglądając skoki narciarskie, mam wraże-nie, że nie jest to sport dla delikatnych kobiet. „Zależy co kto rozumie przez to pojęcie” – odpowiada Magda. „W normal-nym, codziennym życiu zawodniczka może być bardzo delikatnąa ale przychodząc na trening czy na skocznie musi stać się waleczną kobietą. Wydaję mi się, że dobra skoczkini powinna być bardzo zawzięta i pewna, że chce w stu procentach oddać się tej dyscyplinie. Musi też być silna – nie tylko fizycznie, ale też psychicznie, żeby mogła cieszyć się z dobrych skoków i wy-ników, a przy słabszych chwilach, aby potrafiła znaleźć w sobie wolę do walki z sama sobą i swoimi problemami”. „Cieszę, że skoki kobiet w Polsce ruszyły do przodu. Mam nadzieję, że nie staną w tym miejscu, tylko przy dużej pracy i wielu treningach, będą stopniowo się rozwijać.” Skoki narciarskie to wymagający sport. Aby być w nim naprawdę dobrym trzeba dużo samozaparcia i odwagi. W końcu niewielu z nas rzuciłby się ze skoczni. Pytam Magdę, co czuję, kiedy jest w powietrzu. „Trudno jest to opisać. Kiedy skok jest dobry i wszystko jest tak, jak być powinno, to odczuwam radość – taką swobodę, której nie czuję nigdzie indziej... Jednak nie zawsze jest tak, jakby się tego chciało – dodaje. – Przede wszystkim, trzeba myśleć o skoku jako o treningu, a nie chwili oderwania się od całej reszty”. Agnieszka Kracla Fot. 1,2: Agnieszka Sierotnik Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. SPIĘTRZENIE
WSPANIAŁOŚCI
KULTURA KULTURA

Pomnikowa prezencja, popularność li-teratury non–fiction, szerokie spek-trum tematyczne a może osoba re-daktora i jego opracowanie? Trudno orzec, co miało największy wpływ na to, że „Antologia 100/XX” stała się pożądana przez tłumy zanim się je-szcze ukazała. Nie musimy odpowia-dać sobie na te pytania. Zajmą się nimi filolodzy i badacze literatury. Bo-wiem to, że „Antologia 100/XX” przejdzie do jej historii, jest więcej niż pewne. My mamy to szczęście, że możemy tylko czytać i chwalić. I czy-tać. „Antologia 100/XX” to dla mnie pasjo-nująca opowieść o tym, jak miłość do re-portażu splata się z życiem dziennikarza i jego bohatera. Tak się układa, że twórca antologii zwykle ogranicza się do obszer-nego wstępu i suchych biogramów. Nie podważam zasadności takiej praktyki, ale czy nie jest ona przestarzała? W przypadku „Antologii 100/XX” nie sposób było pomi-nąć jakiegokolwiek z wprowadzeń. Szczy-

KULTURA

gieł nie tylko uracza nas setkami anegdot dotyczącymi znajomości czytelniczej i rze-czywistej z najlepszymi polskimi reporte-rami, ale każdemu z nich maluje pory-wający portret z charakterystycznym felie-tonowym drygiem. Dobór przymiotników w poprzednim zdaniu nie był przypadkowy. Charakterystyki reporterów rzeczywiście podrywają czytelnika – niemal od razu ma się ochotę odłożyć Antologię i biec po wymienione przez Szczygła książki. Choć takie odruchy nie są obce tym, którzy co tydzień czytają felietony autora „Gottland” w Dużym Formacie. „(...) Szczygieł przybliża nas do wybranych przez siebie tekstów, a robi to tak, jakby zapoznawał nas ze swoimi przyjaciółmi.” Jak przedstawiać przyjaciół? O portretach warto powiedzieć coś jeszcze. Felietonowe wstępy do wybranych tekstów poszczególnych autorów to nie tylko opo-wieść o tym jak kształtowały się ich kariery, jakie podejście do pisania i pracy reporterskiej reprezentowali. Autorski cha-rakter „Antologii 100/XX” objawia się w sa-mym wyborze – nie ma tu miejsca na prze-widywalność. Zapomniany reporter przy-wołany zostaje swoim najlepszym tekstem. Dziennikarską palestrę mamy szansę pod-patrzeć w przełomowym momencie kariery, a nawet debiutu! Poznajemy historię pow-stawania każdego tekstu, anegdoty z nim związane, a zapowiedzią wszystkiego jest sugestywny tytuł. Na przykład „Wyciskać kolor z szarości” o Krystynie Jagiełło, „Kpić z faktów” zaś o Michale Ogórku, natomiast Lidię Ostałowską charakteryzują słowa „Tylko bez płaczu”. Antologia zdradza nam kulisy niecodziennych spraw, które składa- ją się na codzienną historię Polski. Historię zrelacjonowaną z perspektywy zafiksowa-nych na punkcie słowa pisanego rze-mieślników, którzy z kolei przedstawieni zostali przez świetnego pisarza stawia-jącego sobie za punkt honoru zaskoczenie czytelnika w co drugim akapicie. Zajęcia niemal praktyczne Wstępy „Antologii 100/XX” są zapisem in-spiracji i fascynacji autora „Zrób sobie raj”. Szczygieł zdradza nam, między innymi, kiedy i dzięki komu podjął decyzję o wy-borze drogi reportera. Od autobiografi-cznych śladów redaktora ważniejszy jest dla mnie drobiazgowy przegląd technik pisarskich polskich reporterów. Stanowi on najlepszą lekcję dziennikarską, jaką może wymarzyć sobie adept pióra poszukujący własnej drogi. Lekcję unikatową. Poprzez prezentację osobistego stanowiska Szczy-gieł przybliża nas do wybranych przez sie-bie tekstów, a robi to tak, jakby zapozn-awał nas ze swoimi przyjaciółmi. Po chwili uprzejmości następuje powrót do tematu. Potworna elastyczność ludzkiej moralności szokuje w tekście Ireny Morawskiej; Jacek Hugo–Bader przygważdża rzeczywistością;

KULTURA

a z Wojciechem Giełżyńskim dotykamy historii przez wielkie „H”. We wstępach Szczygła również autorzy z początku wieku zyskują kolory, których dawno zabrakło na kartkach szkolnych podręczników. Warto przekonać się, jak spoglądali na codzien-ność i co w niej dostrzegali Konopnicka, Parandowski czy Słonimski. Być może po przeczytaniu tych pierwszych polskich re- portaży przychylnym okiem spojrzymy na co poniektórych autorów lektur i wybaczy-my im uprzykrzanie młodości. Lekcja historii w terenie Oczywiście „Antologia 100/XX” to nie tylko pozycja dla studentów polonistyki czy dziennikarstwa. Tragiczny koniec rewolucji w Pekinie, perypetie miłosne z „Byle zgrab-na i pracowita” czy rewelacyjny „Szpan” – każdy tekst jest tutaj wycinkiem nama-calnej rzeczywistości minionego stulecia. Poznawanie historii z takich relacji pomaga uchwycić jej aspekt osobisty w czystej postaci – bez efektów specjalnych i jas-krawych kostiumów, za to z wartką, pre-cyzyjną narracją. Wszak w relacji repor-terskiej pierwsze miejsce zajmują fakty. „Antologia 100/XX” jest z wielu względów książką wyjątkową. Już widok pięknie wydanych ksiąg wywołuje dreszcz w mi-łośnikach literatury. I choć czytanie w fi-zycznym aspekcie jest problematyczne (ile waży jeden tom?!), to i tak nie sposób powstrzymać westchnienia – ach, jak to jest zrobione! Ostatnia uwaga również od-nosi się do e–booka. Jestem pod wraże niem opracowania „lżejszej” wersji „An-tologii 100/XX” – czytanie jej na czytniku to prawdziwa przyjemność. „Szczygieł daje czytelnikowi o wiele więcej niż tylko doskonale opracowane i bogate kompendium wiedzy.” Opisywany tu pomnik literatury non–fiction diametralnie poszerza spojrzenie na polską szkołę reportażu i ludzi ją tworzących. Szczygieł daje czytelnikowi o wiele więcej niż tylko doskonale opracowane i bogate kompendium wiedzy. Nic więc dziwnego, że nie ma podsumowania, w którym „Anto-logia 100/XX” nie zajęłaby odpowiednio wysokiego miejsca. Dla fanatyków lite-ratury została symbolem roku 2014. Cóż, na koniec wypada mi powtórzyć za au-torem, że i ja jestem szczęśliwa z powodu zaistnienia tej Antologii. I już czekam na tom uzupełniający! Renata Janus Fot. 1: Esther Vagas (CC BYSA 2.0) Zdjęcie zmniejszono i przycięto z oryginału. CO TU JEST
GRANE?
KULTURA

Do obejrzenia filmu „Pani z Przed-szkola” skłoniły mnie jego zwiastun i obsada aktorska. Nie uległam nie-przychylnym opiniom w Internecie, więc z nadzieją udałam się do kina. Niestety, internauci nie mylili się, a moje oczekiwania okazały się irra-cjonalne – film jest naprawdę kiepski. Nawet takie osobistości jak Kulesza czy Janda nie były w stanie uratować tej produkcji. Po prostu nie dano im szansy. „Pani z przedszkola” ma fabułę w formie retrospekcji głównego bohatera – scenariu-szowego „Ja” (zagranego przez Łukasza Simlata). Tajemniczo nazwany „Ja” jest do-rosłym, ustatkowanym mężczyzną, którego poznajemy na kozetce w gabinecie psy-choterapeuty (Mariana Dziędziela). Mężczy- zna zwraca się do specjalisty z problemem przedwczesnego wytrysku. Psychoterapeu-ta w trakcie rozmowy ze swoim pacjentem odkrywa, że jego przypadłość wiąże się z wydarzeniami z dzieciństwa i jest głęboko zakorzeniona w jego psychice. W związku z tym bohater (a widzowie razem z nim) wraca myślami do swych najmłodszych lat i za poleceniem terapeuty stara się skory-gować uciążliwe wspomnienia. „(...) wszystko, co faktycznie mogło rozbawić widza w tej komedii, zostało zawarte już w trailerze.”

KULTURA

Najbliższe otoczenie małego bohatera sta-nowili rodzice, w postacie których wcielili się Agata Kulesza i Adam Woronowicz. Pojawia się także babcia, zagrana przez Krystynę Jandę. Ojciec chłopca to osoba ekscentryczna i nerwowa, w pełni oddana swojej pasji – konstruowaniu modeli lata-wców. Za plecami żony oddaje się ruba-sznym rozrywkom w towarzystwie innych kobiet. Matka chłopca wydaje się być z kolei przeciwieństwem swojego męża. Jest poukładana, spokojna i opanowana… Do czasu! Okazuje się, że obydwoje skrywają wiele tajemnic i pragnień. Wycho-dzą one na jaw wraz z pojawieniem się w ich życiu tytułowej Pani z przedszkola (Karoliny Gruszki). Młoda i atrakcyjna przedszkolanka diametralnie zmienia życie rodziny. Swym szczególnym zaintereso-waniem, które następnie przeradza się w uczucie, kobieta obdarzyła jedno z ro-dziców chłopca. I nie chodzi tu bynajmniej o jego ojca… Owa pani z przedszkola to swoista puszka Pandory, bo jak się okazuje – problemy dorosłego bohatera też mają z nią związek. „Muszę zatem pokusić się o stwierdzenie, że tak naprawdę nie wiadomo, co tam jest grane…” Czas akcji filmu to jeden z niewielu inte-resujących elementów produkcji. Akcja „Pani z Przedszkola” rozgrywa się w cza- sach PRL–u. Myślę, że ten okres został oddany dość realistycznie. Oczywiście, nie ma co oczekiwać tutaj realizmu bare-jowskiego, bo drugi „Miś” to jednak nie

KULTURA

jest. Mimo wszystko, Krzyształowicz trafnie i ciekawie nakreślił krąg pełen absurdów lat siedemdziesiątych, umieszczając w nim swoich bohaterów. To właśnie do tego cza-su powraca „Ja”, za którego pośrednic-twem poznajemy jego najmłodsze lata. Co do kwestii tak szumnie reklamowanego humoru w filmie… Czuję się zobligowana do postawienia kawy na ławę i uprze-dzenia, że wszystko, co faktycznie mogło rozbawić widza w tej komedii, zostało zawarte już w trailerze. Jeśli więc zasta-nawiacie się, czy wybrać się na ten film ze względu na błyskotliwe gagi, polecam po-zostać przy dwuminutowym zwiastunie. Niestety, w czasie całego filmu zaśmiałam się może trzy razy, mimo że za komediami wprost przepadam. Chwilami szkoda było mi aktorów, którym włożone zostały w usta naprawdę żałosne kwestie. Jedyną osobą, faktycznie zasługującą na uwagę, jest nie-zastąpiona Janda. Postać babci ożywia i wprowadza nieco niewymuszonego, acz absurdalnego humoru do fabuły. Mimo to, rzecz jasna, nie była w stanie uratować całego filmu. „Chwilami szkoda było mi aktorów, którym włożone zostały w usta naprawdę żałosne kwestie.” Mam w zwyczaju doszukiwać się w filmach głębszego sensu i chociażby jakiejś hipo-tetycznej puenty. W tym przypadku mam z tym nie lada problem. Po zastanowieniu

KULTURA

się dochodzę do wniosku, że „Pani z przed-szkola” to film, który poza wątpliwym hu-morem nie niesie ze sobą nic więcej. Być może analizując ukazane rela- cje między bohaterami, można by uchwycić coś więcej niż tandetne umizgi, jednak ja się poddaję. Zakończenie zostało spłycone – dla mnie nie wniosło ono zupełnie niczego do fa-buły. Wątki filmu są pomieszane tak, że do końca nie wiadomo, który z nich jest tym wiodącym. Muszę zatem pokusić się o stwierdzenie, że tak naprawdę nie wiadomo, co tam jest grane… Pan Krzyształowicz znowu mnie do siebie nie przekonał. Podobne odczucia miałam w stosunku do jego poprzedniego filmu „Obława”, mimo wszystko teraz (choć nie powinno porównywać się tak odrębnych gatunkowo produkcji) doceniłam wartość „Wątki filmu są pomieszane tak, że do końca nie wiadomo, który z nich jest tym wiodącym.” tej wojenno–psychologicznej propozycji. Krzyształowicz zdecydowanie nie odnalazł się w konwencji komediowej i stworzył jedynie wielki miszmasz. Klaudia Trzeciak Fot. 3: Aspa (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. NIEBANALNE POPOŁUDNIE #7
Gdyby stworzyć listę kultowych gier, z całą pewnością obok szachów, warcabów i „Chińczyka” znalazłoby się też „Monopoly”, czy, jak kto woli, „Eurobiznes”. Co jest tak wyjątkowego w tych grach, że określa się je mianem kultowych? Może to, że naprawdę trudno się od nich oderwać.
KULTURA: CYKL

„Gra w życie” wydawnictwa Hasbro nie należy do czołówki najbardziej oryginal-nych gier, jej atutem jest jednak ciekawa tematyka oraz proste zasady. To gra fa-milijna z elementami ekonomicznymi, do-celowo przeznaczona dla osób od ośmiu lat, jednak spokojnie można w nią zagrać już z sześciolatkiem. Planszówka jest w pewnym sensie podobna do wspomnia-nego już „Monopoly” – też opiera się na obrocie pieniędzmi i podejmowaniu decyzji. Tym razem jednak gracze nie wcielają się w rolę biznesmanów. Zamiast tego muszą pokonać wszystkie etapy życia – start od-zwierciedla w grze narodziny, później trze-ba wybrać odpowiednią ścieżkę edukacji i kariery, zastanowić się nad kupnem do-mu czy założeniem rodziny. Meta oznacza przejście na emeryturę, wygrywa gracz, który po jej osiągnięciu jest najbogatszy. Z jednej strony planszówka posiada cał-kiem spory wybór opcji – można mieszkać w małym domku albo w ogromnym apar-tamencie, pójść na studia lub od razu do pracy. Z drugiej strony jednym z głównych czynników wpływających na przebieg gry jest losowość – wiele decyzji podejmuje się przez kręcenie kolorowym kołem fortuny. Do plusów z całą pewnością zaliczyłabym sam pomysł na grę – można się wczuć i pobawić różnymi dostępnymi opcjami, sprawdzając jednocześnie, która droga jest tą prowadzącą do sukcesu i bogactwa. Do minusów zaś z pewnością należy to, że jakkolwiek nieprzemyślane decyzje się podejmie i tak można to jakoś później nadrobić – czynnik ryzyka został z tej gry praktycznie wyeliminowany, a to trochę osłabia motywację i koncentrację. Na uwagę zasługuje też grafika i wy-posażenie gry. Plansza jest kolorowa i przejrzysta, mimo że zawiera wiele szcze-gółów. W zestawie oprócz banknotów znaj-dują się liczne karty, m.in. Pierwszy dom,

KULTURA: CYKL

„(...) jednym z głównych czynników wpływających na przebieg gry jest losowość (...).” Dom, Zawód po studiach, Zawód. Dodatkowo na planszy znajdują się też takie pola jak: wypłata, stypendium czy ślub. Już na pierwszy rzut oka widać, że twórcom gry zależało na tym, by gra odpowiadała rzeczywistości. Tylko przy takim założeniu od razu pojawia się pytanie o dużą losowość gry. Mam wrażenie, że planszówka ta powstała jako gra edu-kacyjna, jednak grając w nią, szybko można zauważyć, że niezależnie od wy-bieranych opcji trudno przewidzieć wynik. Zastanawiam się czy jest to celowe i ma pokazać jak bardzo nieprzewidywalne jest życie, czy może jest to jeden z błędów, których twórcom nie udało się wyelimi-nować. Myślę, że zdania na ten temat są podzielone, niemniej nie sądzę, by prze-szkadzało to w grze. „Grę w życie” polecam tym, którzy lubią gry w rodzaju „Monopolu”, opierające się na kupowaniu i inwestowaniu, choć w tym przypadku nie można mówić o jakichś bar-dziej skomplikowanych transakcjach czy in-westycjach. Doskonale się sprawdzi w gro-nie znajomych, ale też jest całkiem dobrą opcją na wieczór z rodziną, jako że mogą w nią grać nawet małe dzieci. Justyna Książek Fot. 1: Will Flosom (CC BY 2.0) Zdjęcie zmniejszono i przycięto z oryginału.