Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

zapomniana sztuka strona 7 cicha epidemia strona 12 śpiewać każdy może, ale nie tak dobrze! strona 15 outro poleca strona 22 spacer po kraju melancholii strona 24 to nie będzie przyjemny wieczór strona 29 o tych, co nie pletli banałów strona 32 Ferie z podtekstem w tle #2 strona 36 FERIE POZA SCHEMATAMI
Dzisiaj, ku radości mojej i moich szkolnych kolegów, rozpoczęły się ferie zimo-we w województwie śląs-kim.


Pozostaje jednak pytanie, jak tych dwóch tygodni błogiej laby nie zmarno-wać. Naprzeciw naszym oczekiwaniom wychodzi Tomek Obrębski. W dru-giej odsłonie swojego cyk-lu: „Ferie z podtekstem w tle” podaje nam receptę na to, jak pozbyć się zi-mowego odrętwienia, a jed- nocześnie stawia nas przed niesamowitą szansą metamorfozy swojego po-koju czy mieszkania. Mo-gę Was zapewnić, że po lekturze tego tekstu żadne meble z IKEI już nie spełnią Waszych wyrafino-wanych oczekiwań. Tym, którzy nie boją się wychylać nosa za próg do-mu i wolą w swoim czasie wolnym „wyjść do ludzi” Anna Lewicka zdecydowa-nie poleca wizytę w teat-rze. Pokazuje nam, co kry-je się za pięknym murami gmachu i purpurową kota-rą. Niech nas nie zmylą eleganckie stroje widzów ani grzeczne uśmiechy bi-leterek. W tekście „To nie będzie przyjemny wieczór” nasza dziennikarka poka-zuje, jakie ludzkie tragedie rozgrywają się na deskach teatralnych ku „uciesze wi-dzów”. Tylko ostrzegam! Spektakl o historii życia Waclawa Niżynskiego jest przeznaczony wyłącznie dla widzów o mocnych nerwach, który nie boją się wyjścia poza utarte sche-maty i przekroczenia granicy intymności. Oczywiście zawsze przecież można iść do kina na kolejna komedię roman-tyczną. Po co zmuszać się do, o zgrozo, myślenia, w trakcie ferii. Karolina Wojtal

STOPKA REDAKCYJNA

OUTRO ISSN: 2299 - 5242 Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl Redaktor naczelna: Paulina Zguda Zastępcy: Anna Lewicka, Karolina Wojtal Sekretarz redakcji: Ilona Chylińska Zastępca sekretarza redakcji: Mariola Lis Redaktor prowadzący: Patrycja Brejnak Korekta wydania: Agata Hajduk Fotoedycja: Sabina Szweda Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Agnieszka Kracla (społeczeństwo), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy) Korekta: Monika Chabiniak, Justyna Haponik, Lena Janeczko, Tomasz Król, Beata Maciejczyk, Marlena Macios, Sylwia Pacholczyk, Weronika Sie- prawska, Agata Szczepańska, Aneta Woś, Patrycja Ziemińska. Ostateczna korekta: Ariadna Grzona Graficy: Marta Chrząszcz, Magdalena Kosewska, Patryk Skoczylas. Projekt okładki: Patryk Skoczylas Zdjęcie na okładce: Royal Opera House Covent Garden (CC BY SA 2.0) ZAPOMNIANA
SZTUKA
SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

Kto dziś pisze listy? Może czasem zdarzy się, że jakaś starsza pani napisze do dawno niewidzianej przy-jaciółki. Czasem ktoś naskrobie na widokówce: „Pozdrowienia znad morza – Maja”. E–maile, smsy, rozmowy telefoniczne zastąpiły nam papier i długopis. Samo słowo „list” jest już używane coraz rzadziej i za jakiś czas pewnie zupełnie o nim zapomnimy. Przeprowadziłam wśród moich znajomych i rodziny sondę na temat tradycyjnej korespondencji, pytając ich, czy kiedy-kolwiek otrzymali lub wysłali ręcznie pisany list. Oczywiście kartki urodzinowe i świą-teczne czy pocztówki z wakacji nie mogły być liczone. Muszę przyznać, że odpowiedzi nie były szczególnie zdumiewające i nie napawały optymizmem. Prawie dziewięć-dziesiąt procent z nich brzmiało „nie, nigdy”, a zaledwie (a może „aż”?) jedna osoba – co zaskakujące, w wieku około dwudziestu lat – spośród niemal osiem-dziesięciu pytanych przyznała, że korespon-

SPOŁECZEŃSTWO

uje regularnie. Kilka osób przez całe swoje życie otrzymało lub wysłało od jednego do trzech tradycyjnych listów. Naturalnie nie ma sensu obwiniać ko-gokolwiek o to, że nie pisze do przyjaciół kilkustronicowych epistoł. Po co mielibyśmy to robić, skoro możemy po prostu włączyć komputer, wejść na czat czy portal społecznościowy i rozmawiać, z kim tylko chcemy? Nie dość, że jest to bezpłatna usługa, to jeszcze szybka i wygodna. Posiada jednak, jak niemal wszystko, pewne wady. Przez tę wygodę i prostotę zanika u nas zdolność poprawnej, wrodzonej komunikacji. „Oczywiście, komputery, komórki, Internet bardzo ułatwiają życie i nie potrafiłabym z tego zrezygnować, ale coraz częściej zauważam też ich zły wpływ, na przykład przyłapuję się na tym, że podczas rozmowy z kimś nie mogę znaleźć odpowiedniego słowa. Przy pisaniu smsów pomaga mi przecież słownik w telefonie” – przyznaje Anita, studentka. Marcin, jej kolega, dodaje: „Ja za to przez dłuższy czas miałem problem z tym, żeby podejść do kogoś i zagadać, zapytać o coś. Większość spraw załatwiałem przez smsy i facebooka. Dopiero gdy poszedłem na studia, zrozumiałem, że to bez sensu. Nie mogę przecież bać się zapytać o coś wykładowcy, bo to mogłoby się potem odbić na moich wynikach”. Czy rzeczywiście jest tak, że coraz częściej zdarza nam się rzucić krótkie: „Okej, to bądź na fejsie!” przy pożegnaniu, a nie umó- wić się z kimś na kawę, pizzę czy choćby spacer? Słysząc dowcip coraz rzadziej wybuchamy szczerym śmiechem, a zamiast tego odpowiadamy półgębkiem: „lol” albo „żal”. Naturalne reakcje i mimikę w nie-dalekiej przyszłości pewnie zastąpią nam emotikony. Kiedyś otwieraniu skrzynki pocztowej towarzyszyło przyspieszone bicie serca i nadzieja na ujrzenie długo wycze-kiwanej wiadomości, dziś – frustracja wywołana niezliczoną ilością ulotek rekla-mowych. „Po co mielibyśmy to robić, (...) skoro możemy po prostu włączyć komputer, wejść na czat czy portal społecznościowy i rozmawiać z kim tylko chcemy?” „Nigdy jeszcze nie dostałam ani nie napisałam prawdziwego listu, takiego w kopercie ze znaczkiem” – mówi Natalia. „Chyba w podstawówce uczyliśmy się, jak pisać list, ale to były tylko ćwiczenia pod sprawdzian szóstoklasisty. Właściwie nawet nie mam do kogo pisać. Z koleżankami ze szkoły spotykam się codziennie, codziennie rozmawiamy, więc nie widzę powodu, żeby jeszcze wysyłać im listy”. Obecnie listy nie powinny już służyć do podstawowej wymiany zdań, obejmującej raczej banalne tematy, takie jak pogoda, samopoczucie czy plany na przyszły tydzień. Przestały

SPOŁECZEŃSTWO „Kilka osób przez całe swoje życie otrzymało lub wysłało jeden do trzech tradycyjnych listów. ”

zresztą pełnić taką funkcję kilkadziesiąt lat temu, po upowszechnieniu się telefonów. Wcześniej stanowiły podstawę komunika-cji, jednak dziś ich rola jest zupełnie inna. Są raczej sposobem na pogłębienie zna-jomości, bardzo ułatwiają rozmowę o spra-wach delikatnych, intymnych. Często jest nam zdecydowanie łatwiej o czymś na-pisać niż powiedzieć to przez telefon czy, tym bardziej, podczas rozmowy na żywo. Dlaczego więc nie wspomóc się listem? Dla piszącego jest to także świetna szkoła planowania wypowiedzi, zbierania myśli i dobierania słów, a ponadto bezcenna okazja do szlifowania estetyki własnego pisma. Takich sposobności w dobie Inter-netu mamy coraz mniej. Listy motywacyj-ne, podania do różnego rodzaju urzędów, skargi – wszystko to piszemy na kompute- rze. Nawet zaproszenia i kartki świąteczne kupujemy już wypełnione i tylko się na nich podpisujemy. Może więc czas to zmienić? Z dumą mogę przyznać, że jakiś czas temu z koleżanką wpadłyśmy na pomysł, że bę-dziemy pisać do siebie listy. Kilka osób, które o tym poinformowałyśmy, chyba nie do końca nas zrozumiało, bo usłyszałyśmy tylko, że przecież widzimy się codziennie w szkole. Widząc radosne iskierki w naszych oczach i słysząc, że „chcemy być jak romantyczni poeci, jak Krasiński czy Słowacki”, każdy tylko wzruszał ra-mionami. Na szczęście nas to nie zraziło i z entuzjazmem zabrałyśmy się do dzieła – nasze pierwsze listy liczyły po cztery strony! Nie mam pojęcia, jak długo wytrwa-

SPOŁECZEŃSTWO

my, ale na razie idzie nam całkiem nieźle i regularnie wymieniamy się korespon-dencją. Zauważyłam, że w liście rzeczywiście jest mi łatwiej wyrazić to, co bałabym się powiedzieć podczas normalnej rozmowy. Nie czuję, że rozmawiam z kimś bezpośre-dnio – mam raczej wrażenie, że osoba, do której piszę, istnieje tylko w mojej wy-obraźni. To trochę tak, jakbym rozmawiała sama ze sobą, a sobie przecież mogę opowiedzieć o wszystkim. Układając treść wiadomości, mam dużo czasu do namysłu, dlatego mogę dokładnie zaplanować, co chcę napisać. Poza tym staram się pisać składnie, pełnymi zdaniami, zwracam uwagę na błędy, inaczej niż podczas pisania na internetowym czacie. Mój charakter pisma nie uległ niestety zna-czącej poprawie, ale akurat w tym przy-padku nie liczyłabym na cud. „Wcześniej stanowiły podstawę komunikacji, jednak dziś ich rola jest zupełnie inna. Są raczej sposobem na pogłębienie znajomości (...).” Pisanie listów jest również sposobem na szlifowanie znajomości języków obcych, a także poznanie kultury i zwyczajów innego narodu. Istnieje wiele portali umoż-liwiających nawiązanie kontaktu z ludźmi z całego świata. Osoby, które rejestrują się na takich stronach, często najpierw przez jakiś czas piszą e–maile, rozmawiają na facebooku, a dopiero później decydują się na wysłanie do siebie pierwszych listów tradycyjną pocztą. „Na początku, podczas rejestracji, trzeba zaznaczyć, czy chce się kontaktować z innymi ludźmi tylko przez Internet, czy poszukuje się osoby chętnej do wymiany zwykłych listów” – tłumaczy Szymon – „Wiadomo, czat i maile są bezpieczniejsze, nie muszę tam podawać obcym swoich danych, więc głównie w ten sposób komunikuję się z osobami z innych krajów. Tylko w przypadku dwóch zde-cydowałem się na podanie swojego adresu i wysłanie tradycyjnego listu, dlatego że wcześniej przez prawie dwa lata rozmawiałem z nimi przez Internet”. Listy są też idealnym rozwiązaniem dla zako-chanych, zarówno jeśli chodzi o odwzaje-mnione, jak i platoniczne uczucie. Czy nie byłoby przyjemnie dostać na przykład w Walentynki – które są tuż, tuż – prawdziwy miłosny list? Oczywiście trzeba później na niego odpisać, co już nieko-niecznie wydaje się takie proste, jak jego przeczytanie. Jak mówią, najtrudniejszy jest pierwszy krok. I rzeczywiście, na pewno na początku nie będzie łatwo, no bo co napisać w takim liście? Zwroty takie jak: „Kochana Olu!”, „Drogi Michale!”, brzmią zbyt archaicznie. Wstęp jest beznadziejnie banalny, a zakoń-czenie zupełnie nie pasuje, bo wygląda, jakby ucinało list w połowie. Treść też ja-

SPOŁECZEŃSTWO

kaś taka bez polotu, bez głębszych prze-myśleń, jakby to siedmiolatek pisał… Niby udało się szczerze napisać o uczuciach, wrażeniach, ale te słowa w żaden sposób nie chcą zobrazować rzeczywistości, nie wzbudzają współczucia, zachwytu lub zło-ści. Czy jednak najważniejsze nie jest to, że piszemy prosto z serca? Styl z czasem się poprawi, zakończenia się rozwiną, a wstępy zaczną być wyszukane. Nawet ta „kochana Ola” zabrzmi przyzwoicie i ani się obejrzymy, a pisanie listów, niekoniecznie miłosnych, wejdzie nam w krew. „Pisanie listów jest również sposobem na szlifowanie znajomości języków obcych, a także poznanie kultury i zwyczajów innego narodu.” Naprawdę warto czasem nauczyć się czegoś, co wydaje się zupełnie niepo-trzebne i przestarzałe, jak właśnie sztuka pisania listów. A nuż kiedyś jednak się przyda? Agnieszka Antosik Fot. 1: Paul Simpson (CC BY 2.0) Fot. 2: Donna Benjamin (CC BYSA 2.0) Fot. 3: Liz West (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zostały przycięte i zmniejszone z oryginałów. W ciągu ostatnich kilku lat liczba osób korzystających z usług lekarzy neurologów na całym świecie znacznie wzrosła. Według statystyk najczęściej pacjentami są dzieci, u których dochodzi do zaburzeń rozwoju mózgu. Naukowcy przyjrzeli się bliżej temu zjawisku. Interesujący okazał się fakt, że do schorzeń dochodzi na skutek działania trujących substancji chemicznych bliżej nieokreślonego pochodzenia.
CICHA EPIDEMIA
SPOŁECZEŃSTWO

Narastającym fenomenem zajął się prof. Philippe Grandjean z Harvard School of Public Health w Bostonie. Swoje raporty opiera na badaniach z 2006 roku, które już wtedy wykazały wpływ pięciu chemicznych środków przemysłowych uznanych za neu-rotoksyczne i powodujące zaburzenia mózgu. Zespół Grandjeana wydłużył tę listę o inne trujące substancje. Jednym z najbardziej szkodliwych czyn-ników okazał się mangan – mikroelement niezbędny do prawidłowego funkcjono-wania organizmu, który w nadmiarze po-woduje ograniczenie zdolności intelek-tualnych i motorycznych, a także wzbudza agresję i zwiększa nadpobudliwość. „Zaob-serwowaliśmy, że dzieci eksponowane na wyższe stężenie manganu w wodzie pitnej miały wyraźnie niższy iloraz inteligencji” – wypowiada się dr Maryse Bouchard. Metal ten występuje naturalnie w glebie, skałach jak również w ściekach przemysłu wydobyw-

SPOŁECZEŃSTWO

czego, hutniczego ceramicznego oraz nawozach sztucznych. Mangan przedostaje się do wody z ujęć podziemnych, co powoduje jego wysokie stężenie w wodzie pitnej. „Jednym z najbardziej szkodliwych czynników okazał się mangan.” Zdaniem Grandjeana w niedługim czasie może dojść do „cichej epidemii”, obej-mującej opóźnienia rozwoju, zaburzenia zachowania i innych funkcji społecznych. Proces ten postępuje nie tylko w USA, lecz na całym globie. Coraz częściej pojawiają się schorzenia intelektualne u dzieci. Kontrolowanie rozwoju tych zaburzeń jest utrudnione z powodu braku odpowiednich regulacji ze strony rządów. Tylko nieliczne substancje zostały oficjalnie zakwalifiko-wane jako toksyczne. Tu nie ma mowy o środkach, które wy-wołują bóle brzucha czy wysypki – takich produktów są już dziesiątki tysięcy. Chodzi jednak o coś więcej, bo o dzieci, które dopada „cicha epidemia” zaburzająca ich rozwój intelektualny. Naukowcy walczą o stworzenie nowego międzynarodowego prawa, które nałoży obowiązek przeprowa-dzania badania wszystkich chemikaliów przemysłowych pod kątem neurotoksycz-ności. Czas pokaże, co z tego wyniknie. Roksana Karwasz Fot. 1: Roksana Grzmi Fot. 2: Sabina Szweda Wszystkie zdjęcia przycięto i zmniejszono z oryginałów. ŚPIEWAĆ KAŻDY MOŻE,
ALE NIE TAK DOBRZE!
KULTURA: WYWIAD KULTURA: WYWIAD

Aim2Fame to muzyczny projekt, do którego dostają się naprawdę wybit-ne osoby. Jedną z nich jest młoda artystka o wielkim głosie – Ozanna Jarczewska, która aktualnie znajduje się w czołówce i ma szansę wygrać ten konkurs. Pamiętam Ozankę z czasów, gdy byłyśmy w gimnazjum. Szkoła, do której obie uczęszczałyśmy, była istną kopalnią talentów – zarówno tych artystycznych, jak i naukowych. Można śmiało powiedzieć, że nie było czasu na nudę, zawsze mieliśmy coś fajnego do zrobienia, a jeśli popada-liśmy w rutynę, to artystyczne dusze szybko nas z niej wyciągały. Taką rolę muzycznego mentora przejęła w gimnaz-jum właśnie Ozanka – dziewczyna, która wraz z grupą przyjaciół stworzyła swój pierwszy zespół – Bramantes. Od niego tak naprawdę wszystko się zaczęło – pisanie piosenek i występy na majówkach szkol-nych. Obecnie Ozanka jest studentką filmu i sztuk audiowizualnych oraz anglistyki, a także jednym z dwustu najlepszych mu-

KULTURA: WYWIAD

ków z całego świata, którzy biorą udział w projekcie Aim2Fame. Marta Kobylska: Ozanko, znamy się od czasów gimnazjum i odkąd pamię-tam, muzyka zawsze była dla Ciebie bardzo ważna. Jak zareagowałaś, gdy dostałaś informację o tym, że jesteś w gronie dwustu osób w A2F? Były łzy szczęścia? Ozanka Jarczewska: To była bardzo dziwna sytuacja. O precastingach dowie-działam się od przyjaciela. Poszłam tam zamiast na uczelnię. Przed wejściem na scenę zastanawiałam się nad tym, co mam jeszcze do załatwienia itd. Wiedziałam, że przepustkę do następnego etapu dostaną nieliczni, a inni po wstawieniu swojego wideo będą walczyć o miejsce w dwu-setce. W ogóle nie spodziewałam się, że jurorzy podarują mi taki kredyt zaufania. Zaśpiewałam swoją piosenkę przy akom-paniamencie nagranym przez mój kochany zespół. Chciałam zejść ze sceny, lecz poproszono mnie o pozostanie i po angiel-sku zakomunikowano, że otrzymuję złoty bilet. Byłam w szoku i niewiele pamiętam. Miałam pozdrowić fanów… Tak: mamę, tatę i przyjaciół (śmiech), ale to w końcu oni są moim największym wsparciem. Wygrana w Aim2Fame jest to z pew-nością dużym prestiżem w branży muzycznej. Co daje? Ha ha, jeszcze nie wygrałam! Na razie przepuszczono mnie do drugiego etapu bez kolejki, ale biorąc pod uwagę, że A2F jest konkursem ogólnoświatowym, to już spory sukces. Gdy zakończy się pierwszy etap, nasza dwusetka nagrywa drugi filmik i wal-

KULTURA: WYWIAD

czy o miejsce w pierwszej dwudziestce. Ta z kolei jedzie do Walencji na warsztaty i nagranie programu, który będzie można oglądać w Internecie, ale chyba będzie transmitowany także w amerykańskiej telewizji. Odpadną kolejne osoby, a zwy-cięska trójka pojedzie do Los Angeles nagrywać płyty, wyruszyć w światową tra-sę, czyli kosmos! Nie liczę na wygraną, jestem „za cienki Bolek”, ale mam na-dzieję, że ostatecznie znajdę się w naj-lepszej dwudziestce. Przyjaciele już okazali mi masę wsparcia! Trzymają kciuki i wierzą we mnie. Każde słowo, miły komentarz jest dla mnie uskrzydlający! Dzięki nim aktual-nie prowadzę w światowym w rankingu. Marzy mi się, że może sukces w A2F sprawi, że ktoś z branży muzycznej w Polsce czy Stanach zauważy mnie i ze-chce pomóc – to ciche marzenia. Najwięcej zależy od mojej ciężkiej pracy! „W ogóle nie spodziewałam się, że jurorzy podarują mi taki kredyt zaufania.” Ciężka praca popłaca, dlatego na pewno ktoś kiedyś cię dostrzeże – myślę, że o to nie musisz się martwić! Z drugiej strony, w dzisiejszych cza-sach ludzie pędzą przed siebie, często nie myśląc o takich rzeczach, jak muzyka czy szeroko pojęta kultura. Ciekawi mnie, czy muzyka pomaga Ci w zrozumieniu otaczającego nas świata? Czujesz, że to, co tworzysz, może poprawić komuś samopoczucie? Definitywnie! Trzeba jednak uważać, by nie zostać źle zrozumianym. Piosenka popular-

KULTURA: WYWIAD

na czasem bywa w złym guście, ale czasem jest lżejszą odmianą poezji i branie się za jej interpretację… Powiem tak: sądzę, że Słowacki czy Mickiewicz złapaliby się niekiedy za głowę, widząc interpretacje swoich dzieł. Tak też jest z piosenką, dlatego na koncertach staram się opowia-dać o czym będę śpiewać. Nie jakie są w nich słowa, ale co te słowa znaczą dla mnie. Elastyczna piosenka spotyka się z lepszym odbiorem. W dzisiejszych cza-sach niestety powstaje dużo muzyki ko-mercyjnej podwójnie, to znaczy popular-nej, ale nie pisanej dla pieniędzy i dla sztuki, a tylko dla pieniędzy. Nie tworzy jej osoba śpiewająca (to oczywiście nie jest złe, wokaliści też są potrzebni, ale powinni umiejętnie dobierać repertuar), a zatrud-niona osoba, która ma talent, ale jej ambitne piosenki nie zostaną zaakcep-towane. Spodobają się za to te, które mają mało tekstu i są łatwe do zapamiętania. W ten sposób mamy milion piosenek o miłości i imprezach, i nie byłoby w tym nic złego, gdyby mówiły do nas bardziej wyszukanym językiem i nie mam na myśli poezji śpiewanej. Zostawmy to genialnemu panu Turnauowi! Nie uważam siebie za arty-stkę, teksty też wychodzą mi jeszcze koślawo. Póki nie mam doświadczenia, skupiam się przede wszystkim na szcze-rości. Szczery twór trafi do ludzi. Jeżeli choć jednej osobie poprawi się nastrój chociaż na pięć minut – warto było usiąść, sklecić tych kilka zdać i „powyć" troszkę. Ozanko, dobrze wiesz, że twojego śpiewu nie można zaliczyć do wycia! Sama szkoliłaś swój głos czy byłaś pod skrzydłami dobrego muzyka? Zawsze ciągnęło mnie na scenę, a śpiewać zaczęłam właściwie dzięki Disney Channel i Demi Lovato. Potem inspirowały mnie i inspirują do teraz Kate Melua, moja najwspanialsza Regina Spektor i oczywiście niezastąpiona Kimbra – niezły rozstrzał, prawda? (śmiech). Przez krótki czas chodziłam na zajęcia w grupie, jednak głównie śpiewałam na wyczucie, roz-wijałam skalę samodzielnie. Teraz jednak odczuwam braki podstaw. Dlatego zapisa-łam się do szkoły muzycznej na piosenkę estradową i mam wspaniałą nauczycielkę, ale także dużo obowiązków, w sumie trzy szkoły. Staram się ćwiczyć w domu, maksymalnie korzystać z lekcji. A jak wygląda pisanie tekstów? Tworzysz je sama czy pomagają ci Twoi przyjaciele, którzy również są utalentowani muzycznie? Jeżeli chodzi o teksty – nie lubię wpuszczać innych do tego świata. Wolę pisać sama, nie mieszać spojrzeń na dane sprawy, dojrzewać samodzielnie podczas tworzenia. Polskie teksty piszę jednak zawsze z Magdą – moją siostrą z wyboru, najlepszą przyjaciółką od ponad dziesięciu lat i jed-nocześnie koleżanką z zespołu. Magda ma do tego talent. Tak powstały słynne w naszych kręgach „Zepsute Zegary". Ostatnio jednak odważyłam się ujawnić piosenkę napisaną po polsku tylko mojego

KULTURA: WYWIAD

autorstwa. Gdy ją napisałam, miałam 14 lat. Słowa są tam dojrzałe, ale to ja musiałam dojrzeć do tego, by się nią podzielić. Przeraża mnie, jak gorzkie to słowa. Wtedy miałam trudny okres dorastania, a piosenka pt. „Wciąż się zmieniam” pomagała mi jak najlepszy przyjaciel. Minęło sześć lat, dorosłam, ale wciąż się zgadzam z jej tekstem. Śpiewam tam o tym, jak ludzie oceniają po pozorach i jak bardzo nie potrafimy szanować naszych własnych problemów. Dyskutowałam kiedyś z dobrym kolegą o różnicach wieku i to ta rozmowa, która raczej utrzymana była w tonie żartu, spowodowała, że odważyłam się ujawnić tę piosenkę. Twierdzę, że wiek metrykalny często nijak ma się do mentalnego. To doświadczenia kształtują wiek. Dlatego dla jednych coś jest tragedią, a dla innych to nie takie zło, przeżyli coś gorszego. Jednak czy to oznacza, że ci pierwsi mają mniejsze prawo do płaczu? Nie chodzi o popadanie w rozpacz i zaniedbywanie życia. Chodzi o szacunek do własnych uczuć – nad nimi nie mamy kontroli, mamy kontrolę nad ich konsekwencjami. Ból może motywować. Trzeba pamiętać, że życie nie jest prosta krechą. Jest źle – kiedyś będzie lepiej. Trzeba znaleźć balans między „on ma gorzej ode mnie – nie wolno mi płakać”, a „jestem najbardziej pokrzywdzoną istotą, jego problemy to pikuś, o co robi tyle szu-mu”. Zagmatwane, ale myślę, że praw-dziwe. Ile zwykle trwa proces pisania tekstu?

KULTURA: WYWIAD

To jest pytanie, na które nie ma jednej odpowiedzi. Myślę, że jestem za młoda i za mało doświadczona na wyciąganie jakichś statystycznych wniosków w tej materii. Potrafię nie napisać nic przez pół roku i nagle pstryk! Dwie godziny i mam całą piosenkę. Potem idę na spotkanie z zes-połem, wspólnie aranżujemy i hop! Na scenę. Nie lubię pisać pod presją. Czasem ktoś mówi: „no napisz coś nowego, Ozanka!”, a ja po prostu nie mogę. Nie po-trafię pisać na zawołanie, nie potrafię pisać nieprawdziwie. Dlatego gdy nie mam nic do powiedzenia – zamykam buzię. A Jak widzisz swą przyszłość? Jest całkowicie związana z muzyką czy z zupełnie inną dziedziną? Może z ang- listyką lub filmem, które studiujesz od października? Przede wszystkim chcę śpiewać. Od stycznia uczęszczam do szkoły muzycznej. Prawdą jest, że moje studia są związane z innymi rzeczami. Dziennie studiuję film i sztuki audiowizualne, chciałabym robić filmy, być reżyserem – to marzenie po-jawiło się, zanim pokochałam muzykę. Od dziecka moją ulubioną zabawą było robienie przedstawień, a gdy podrosłam, doszły do tego filmy. Teraz oglądam je dla śmiechu z przyjaciółmi, obserwujemy, jak bardzo urośliśmy i jak byliśmy kreatywni. Nasz „Kopciuszek" czy „Harry Potter" z pewnością zasługują na Oscara. Jeżeli chodzi o anglistykę, to zawsze lubiłam an-gielski. Uczyłam się w szkole, ale i w domu. Może to obciach, ale dzięki High School Musical i Disney Channel mój angielski stał się bardziej płynny. Uczyłam się piosenek, a znane mi dialogi włączałam sobie w ory-

KULTURA: WYWIAD

ginale i tak uczyłam się rozumienia kon-tekstu i słów kluczy. Teraz piszę teksty w tym języku i sprawia mi to wiele radości. Filologia to niezwykle praktyczny kierunek w naszych czasach. Daje wiele możliwości. To moje zabezpieczenie przed bezrobociem w branży artystycznej. 14 lutego kończy się pierwszy etap A2F. Zbierasz głosy, polubienia i subskrypcje na YouTube. Powiedz, w jaki sposób można ci pomóc i co się stanie, gdy przejdziesz do kolejnego etapu? Mój filmik jest na YouTube, ale dzięki jurorom dostałam się już do drugiego etapu. Mimo to zbieram punkty, tak jak inni ze złotej piątki, na zapas. Największa pomoc będzie mi potrzebna, gdy już nagram drugi filmik i będę walczyć o dwudziestkę. Jednak teraz też zachęcam do oglądania, a jeżeli moje wykonanie się spodoba – do lajkowania i komentowania. Zapraszam też na mój osobisty kanał na YouTubie i na Facebooka. Teraz wszystko zależy od was. Artysta jest uzależniony od odbiorcy, ale chyba właśnie o to chodzi. Marta Kobylska Fot. 1,2,3,4,5,6: Materiały archiwalne Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. OUTRO

PATRONATY

W warszawskim XXI Liceum Ogólnokształ- cącym im. Hugona Kołłątaja już po raz drugi odbędzie się Międzyszkolny Konkurs Recytatorski Literatury Polskiej w Językach Obcych „Odpowiednie dać obce słowo”, skierowany do uczniów gimnazjum i szkół ponadgimnazjalnych z województwa mazo- wieckiego. Przedmiotem konkursu jest recy- tacja tekstu z literatury polskiej (proza lub wiersz) przetłumaczonego na jeden z języ- ków obcych (do wyboru): angielski, fran- cuski, hiszpański, niemiecki lub rosyjski. Zgłoszenia można nadsyłać do 19 lutego na adres konkursy@21lo.waw.pl. Szczegółowy regulamin oraz inne bieżące informacje znajdują się na stronie www.21lo.waw.pl. Serdecznie zachęcamy do wzięcia udziału w tegorocznej edycji tego konkursu! POLECA Wielkimi krokami zbliża się jedno z najważ- niejszych wydarzeń w kulturalnym kalen- darzu Warszawy – Unikatowy Festiwal Offowy, czyli UFO Openstage! Już po raz dziesiąty zapraszamy Was do II LO im. Ste- fana Batorego na 2 dni przepełnione sztuką w najróżniejszej formie. Jak co roku nie zabraknie świetnej muzyki, teatru, wystaw, pysznego jedzenia, a przede wszystkim nie- powtarzalnej atmosfery. Wstęp wolny, jednak nie zapomnijcie o dokumencie toż- samości (inaczej ochrona nie wpuści Was na teren szkoły). Zabierajcie znajomych i widzimy się 19-20 lutego w Batorym! Szczegółowe informacje o wydarzeniu można znaleźć na stronie tegorocznego wydarzenia. Z pewnością nie może Was zabraknąć na UFO Openstage 2015! Fot. 1: Sarah Reid (CC BY 2.0) Zdjęcie zmniejszono i przycięto z oryginału.



SPACER PO KRAJU
MELANCHOLII
KULTURA: RECENZJA

W ostatnim czasie literatura stała się podróżą. Wszyscy podróżują i wszys-cy chcą podróżować. Półki w księgar-niach aż uginają się od opisów roz-maitych tropikalnych i orientalnych wojaży, w których za każdym rogiem czyha dzikie zwierzę, najczęściej o dziwnej, niewymawialnej nazwie. Krzysztof Varga w „Czardaszu z man-galicą” decyduje się jednak zabrać nas w podróż do Węgier, leżących w tej nudniejszej części Europy, gdzie nie ma ani gór, ani dostępu do morza. Co jest tak niezwykłego w tym kraju, że pisarz poświęca mu już drugą powieść? Trudno Vargę zareklamować. Nie mamy bowiem do czynienia z typową literaturą podróżniczą, nie jest to również reportaż, bowiem w czasie podróży Varga z żadnym z Węgrów nie rozmawia. Właściwie to w ogóle z nikim nie rozmawia, więc jeśli brak dialogów kogoś męczy, to zdecydowanie lekturę „Czardasza…” powinien sobie od-puścić. Chyba najprościej byłoby powie-dzieć, że jest to zbiór esejów – chociaż dla powieści to też nie najlepsza reklama. Esej od razu nasuwa skojarzenie z długim, sennym dziełem, naszpikowanym napu-szonymi terminami literackimi. Varga – ow-szem – snuje swoją opowieść o Węgrzech powoli, rozdziały ma długie, ale są one napisane świetnym językiem – ci więc, którzy są smakoszami słów, z pewnością będą usatysfakcjonowani. A słowa sma-kosze użyłam zresztą nieprzypadkowo – Varga co i rusz ubarwia swoją opowieść sugestywnymi opisami rozmaitych tłustych zup i gulaszy. Jeżeli ktoś potrzebuje solidnego turystycz-nego przewodnika i wyczerpującego przeglądu najbardziej znanych węgierskich miejsc, powinien poszukać czegoś in-nego. „Czardasz…” to coś w rodzaju pamięt-

KULTURA: RECENZJA „Varga – owszem – snuje swoją opowieść o Węgrzech powoli, rozdziały ma długie, ale są one napisane świetnym językiem – ci więc, którzy są smakoszami słów, z pewnością będą usatysfakcjonowani.”

nika, książka subiektywna do bólu i z tym subiektywizmem należy się liczyć. Podróżu-jąc z Vargą, musimy przestawić się na jego tryb myślenia i znosić wszystkie jego dziwactwa. Nie będzie to bowiem podróż standardowa, ale stuprocentowo subiek-tywna. Varga nie dba o to, czy jego świat i jego Węgry będą dla czytelnika ciekawe. On po prostu otwiera przed nami drzwi samochodu – jedziemy z nim albo nie. Oto na przykład – wędrówkę rozpoczynamy od typowej węgierskiej karczmy gdzieś na uboczu, „w której nieświeże progi nie zawitał jeszcze turystyczny totalitaryzm”. Po Budapeszcie spacerowaliśmy z Vargą w „Gulaszu z turula” – tutaj proponuje nam bardziej nieoczywistą podróż. Tym razem plączemy się z pisarzem po roz-maitych węgierskich miasteczkach. Nie za- glądamy do tych większych, bo ich tak naprawdę nie ma – drugie po Budapeszcie najliczniejsze miasto na Węgrzech liczbą mieszkańców ledwie przekracza dwieście tysięcy. Podczas zwiedzania owych mias-teczek Varga zabiera nas w bardzo różne miejsca – zawsze przesycone węgiersko-ścią. Oprowadzając nas, starannie unika komercji, blichtru i oczywistych motywów. Ta podróż nie jest dla każdego. Za-akceptować trzeba fakt, że będziemy często przystawać i kontemplować pozor-nie nieistotne elementy krajobrazu – dla autora mały, drewniany Chrystus na rozdrożu jest ważniejszy niż zabytkowy kościół. Może też się zdarzyć filozofowanie w sklepach z pamiątkami, długi spacer do zamkniętej od lat restauracji, a nawet lek-tura pożółkłej „Historii Węgier” z lat trzy-

KULTURA: RECENZJA

dziestych. Nad słynnymi postaciami pisarz nie pochyla się długo – Lajos Kossuth czy Elżbieta Batory są w tej książce zaledwie muśnięci. Cisi bohaterowie, senna puszta, dramatyczne pomniki żołnierzy, tragizm Trianon – oto esencja czarującej, węgier-skiej melancholii. Melancholii, która poja-wia się w takim natężeniu, że aż sam zakochany w węgierskiej posępności autor przymyka na nią oko, stwierdzając, że „to bowiem, co łączy Polaków z Węgrami, to przekonanie, że aby być lepszym Polakiem i lepszym Węgrem, nieustannie należy napawać się narodowymi nieszczęściami, ten, kto dosyć ma już owych klęsk i pragnie zwycięstw, ten się zapewne niebezpiecznie wynaradawia”. „Czardasz…” to coś w rodzaju pamiętnika, książka subiektywna do bólu (...)” Spacer z Vargą chwilami może się jednak okazać męczący. W pewnym momencie na przykład pisarz może zupełnie przestać zwracać na nas uwagę. Zaczyna sypać jak z rękawa tytułami powieści, wierszy i fil-mów, potrafi długo i zawzięcie pisać o po-zycji, która nic nam nie powie. Opowiada nam nie o czymś, co jest znane czy istotne, ale o tym, co składa się na jego węgierską połówkę (ojciec Vargi był bowiem Węgrem), co jest ważne niekoniecznie dla kultury, ale koniecznie dla niego. Jedna, nic nieznacząca postać może być dla niego

KULTURA: RECENZJA

pretekstem do refleksji, refleksji często jednak okraszonej dowcipnym nawią-zaniem do współczesności, mieszaniem sacrum z profanum. Varga bowiem nie nudzi nas ani przez chwilę, choć prze-wodnikiem nie jest łatwym. Ot, choćby sypie węgierskimi nazwami i nazwiskami bez opamiętania. W labiryncie tych wszy-stkich Kecskemét, Tettye Vendeglő, Havihegy, Sóstofürdő czy Nyíregyháza łatwo się zgubić, prawda? A to zaledwie początek długiej listy nazw, którymi zasypuje nas pisarz. Wędrując z Krzysztofem Vargą, otrzymamy potężny zastrzyk wiedzy. Zastrzyk ten przyjmiemy jednak leciutko i bez bólu, bowiem pisarz w czasie podróży ani razu nie patrzy na nas z góry, mimo swojej oczywistej przewagi. Snuje swoją melan-cholijną opowieść swobodnie i bez zadęcia – a o wielu tzw. wielkich eseistach i reporterach nie można tego powiedzieć. Należy dodać, że takiej wiedzy o Węgrzech raczej znikąd nie posiądziemy. Bo i cóż my wiemy o Węgrzech? Że papryka i że „Dziewczyna o perłowych włosach” – i to wszystko w zasadzie. A czyż to, o czym wiemy najmniej – to, o czym mamy najwięcej do odkrycia – nie jest najbardziej fascynujące? Lena Janeczko Fot. 2: Cristian Bortes (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. TO NIE BĘDZIE
PRZYJEMNY WIECZÓR
KULTURA: RECENZJA KULTURA: RECENZJA

Chciał tańczyć, lecz upadał. Krzyczał, że nienawidzi swojej żony i córki. Bał się. Przypisywał sobie boskie cechy. Pragnął, by inni cierpieli tak samo jak on. Wacław Niżyński, jeden z naj-wybitniejszych światowych tancerzy baletu XX wieku, przez większość ży-cia zmagał się ze schizofrenią. Część jego historii można poznać dzięki spektaklowi wystawianemu na deskach stołecznego Teatru Polskiego. Sztuka zos-tała oparta na dziennikach, które Niżyński pisał przez sześć tygodni po swoim os-tatnim występie na scenie. Zawarte w nich opisy stanów psychicznych tancerza są zapewne poruszające, jednak na scenie robią wręcz piorunujące wrażenie. Niepokój widza wzbudza już samo poja-wienie się aktora odgrywającego postać Niżyńskiego (w tej roli Kamil Maćkowiak). Mężczyzna zdaje się mieć obłęd w oczach. Niezwykły efekt potęguje jego niebieski ubiór, który przywodzi na myśl uniformy ze szpitala psychiatrycznego. Bohater wchodzi

KULTURA: RECENZJA

na scenę, odgrodzoną od widza kratą z cienkich żyłek i rozpoczyna monolog, który przykuje uwagę publiczności przez kolejne dwie godziny. Mężczyzna pyta, czy widzowie przyszli się tu dobrze bawić i od razu dodaje: „To nie będzie przyjemny wieczór”. Ma rację. Niżyński snuje opowieść o swoim życiu. Mówi o emocjach nastolatka, dla którego sala ćwiczeń była całym światem. Przypo-mina sobie pierwsze występy, sukcesy i brutalne zderzenie z rzeczywistością po skończeniu szkoły baletowej. Nie ma dla niego tematów tabu – otwarcie mówi o doświadczeniach związanych z onaniz-mem i prostytucją. Tajemnicą nie są także jego długoletnie związki z mężczyznami, Lwowem Pawłowem i Siergiejem Diagile-wem. Szczególnie ten drugi, rosyjski impre- sario baletowy, wywarł ogromny wpływ na los Niżyńskiego. Mężczyzna próbuje zmie-rzyć się z tymi wspomnieniami, ale targają nim gwałtowne uczucia: kocha Diagilewa, ale jednocześnie boi się go i usiłuje o nim zapomnieć. „Niżyński snuje opowieść o swoim życiu.” Dominującym wątkiem tej przejmującej opowieści jest jednak taniec. Niżyński zapowiada, że jeszcze wróci na scenę, powtarza baletowe sekwencje, a każdą porażkę komentuje okrzykiem: „to nie jest moje ciało!”. Kiedy jednak rozlega się muzyka i mężczyzna zaczyna tańczyć, trudno oderwać od niego wzrok – jego taniec hipnotyzuje, a gwałtowność ruchów

KULTURA: RECENZJA

przeraża i porusza. Uwidacznia się tu bardzo dobre przygotowanie odtwórcy roli Niżyńskiego. Z każdą minutą spektaklu coraz łatwiej dostrzec cierpienie bohatera. W niektórych momentach zauważa on swoją chorobę, innym razem – gwałtownie jej zaprzecza i nie chce zgodzić się na terapię. Rozmawia z nieobecnymi członkami rodziny, bluźni przeciwko Bogu i opowiada, jak rani najbliższych. Chce, by dzielili z nim cier-pienie. „(...) coraz łatwiej dostrzec cierpienie bohatera” Wyrazisty przekaz wypowiadanych słów potęgują efekty wizualne – opowieść mężczyzny przerywa bowiem prosty, ale wyrazisty materiał filmowy. Nie bez znaczenia jest również podkład dźwiękowy, jednak najważniejszym ogniwem spektaklu pozostaje w pełni zaangażowany w rolę aktor, doskonale imitujący zachowanie chorego psychicznie człowieka. To nie był przyjemny wieczór. Nie można mówić o pozytywnych emocjach, kiedy przed naszymi oczami rozgrywa się ludzki dramat. Brawa na koniec, choć jak najbardziej zasłużone, w obliczu tej tragedii wydawały się zupełnie nie na miejscu. Anna Lewicka Fragmenty spektaklu można obejrzeć tutaj. O TYCH, CO
NIE PLETLI BANAŁÓW
KULTURA

Subkultury są wśród nas – metale, punkowcy, wszechobecni hipsterzy i przedstawiciele wielu innych nurtów, spotykani codziennie na ulicach miast. Być może nie byłoby ich, gdyby ponad sześćdziesiąt lat temu kilku inaczej myślących młodzieńców nie stworzyło Beat Generation. Bo bunt wśród młodzieży, niezależnie od epoki, jest przecież zawsze w modzie. Bitnicy, Beat Generation, Renesans z San Francisco – nazw istnieje kilka, a wszystkie odnoszą się do tej samej grupy literatów–nonkonformistów. Powstała ona w latach 50. ubiegłego wieku w USA – niemożliwością jest jednak bliższe okreś-lenie miejsca, bo tym, co ich charak-teryzowało, były szalone podróże autosto-pem od wybrzeża do wybrzeża. Zupełnie, jakby te ponad 3000 mil jazdy przez konty-nent nie stanowiło żadnego problemu. Skąd wzięła się nazwa Beat Generation? Słowo „beat” można powiązać z pewnego rodzaju pobiciem, głównie moralnym. Członkowie grupy twierdzili, że czują piętno II wojny światowej, nie umieli odnaleźć się w zmieniającym i pogrążającym się coraz bardziej w konsumpcjonizmie społeczeń-stwie amerykańskim. Stąd też ich anar-chistyczna postawa, niechlujny ubiór oraz wyraźny zwrot ku temu, co powszechnie uznawano za złe – pijaństwu i narkotykom, ale także nowej muzyce. Nie wiadomo dokładnie, ilu ich było. Za tych najważniejszych uznaje się jednak Jacka Kerouaka, Allena Ginsberga i Williama S. Borroughsa. Poznali się w połowie lat 40. w Nowym Jorku i od tego momentu ich życie sprowadzało się do nocy spędzanych na jazzowych koncertach i porannych dys-kusjach o literaturze. Nieco później w ich gronie pojawił się niejaki Neal Cassady – tajemniczy, przystojny i wysportowany mężczyzna. Miał aspiracje, aby zostać wielkim pisarzem, lepiej jednak sprawdzał się w kradzieży samochodów i podsuwaniu innym szalonych pomysłów. Nic dziwnego, że skradł wcześniej wymienionym posta-ciom serca – wśród bitników związki „każdego z każdym” były czymś w zupełn-ości normalnym. Cassady pisarzem nigdy nie został, ale miał swój udział w stwo-rzeniu manifestu pokolenia – powieści „W drodze” napisanej przez Kerouaka. Jej

KULTURA

głównymi bohaterami są Sal Paradise (alter ego autora) oraz niesamowity Dean Moriarty – nikt inny, tylko ukryty pod pseudonimem Cassady. Nie sposób oder-wać się od lektury tej książki. Wspaniale opisuje klimat zakurzonej drogi, której wspomnienie popchnęło mnie w objęcia twórczości bitników. Muszę jednak przyznać, że styl Kerouaka jest dość trudny – sprawiają to rozbudowane opisy i zawiłe frazy przetykane urywanymi zdaniami, nawiązującymi do jego ukochanego jazzu. Mimo to książka ma swój urok – daje poczucie czytania dziennika, który z każdą kolejną stroną przenosi nas coraz bardziej na zachód, do starego cadillaca prującego przez amerykańskie prerie. Zdania znawców na temat twórczości zarówno Kerouaka, jak i w ogóle bitników, są podzielone. Dla jednych to tylko bezładne stukanie w maszynę do pisania – tak twierdził Truman Capote, autor słynnego „Śniadania u Tiffany'ego”. Dla innych z kolei utwory te stanowią źródło inspiracji, zapis szalonego życia w drodze. Tych, zdaje się, ostatnio przybywa. Można wręcz powiedzieć, że w XXI wieku nastąpił mały renesans Renesansu z San Francisco – ostatnio pojawiły się nowe przekłady książek Kerouaka. Na polski przetłuma-czono „Maggie Cassidy” o młodzieńczych latach pisarza oraz „Big Sur”. Utwory wzbudzają również zainteresowanie fil-mowców, dzięki czemu możemy spraw-dzić, jak Beat Generation wygląda na ekranie. Filmów pojawiło się kilka – począ- wszy od „Nagiego lunchu” z 1991, przez „W drodze” i „Skowyt” zrealizowane niecałe 20 lat później, do „Big Sur” i „Na śmierć i życie” z 2013 roku. Niestety, nie każdy z nich potrafi w porywający sposób przekazać ducha tamtych czasów. Często to nic ponad piękne zdjęcia i krajobrazy, którym brak wszystkich myśli zawartych w książkach. Zdaje się, że ideologia Beat Generation najlepiej sprawdza się w tradycyjnej formie, na papierze. „(...) od tego momentu ich życie sprowadzało się do nocy spędzanych na jazzowych koncertach i porannych dyskusjach o literaturze.” O ile miejscem narodzin bitników był Nowy Jork, o tyle ich mekką stało się rozbrz-miewające jazzem San Francisco. Potrafili spędzać całe dnie, krążąc od jednego muzycznego klubu do drugiego, czym zarazili ich tak zwani „biali murzyni”, czyli hipsterzy. To właśnie w tym mieście Beat Generation formalnie rozpoczęło działal-ność – stało się to w 1955 roku w Six Gallery, gdzie publicznie odczytano „Skowyt”, poemat Allena Ginsberga. To dzieło długie, zawiłe i pełne emocji, istny potok słów – czy może raczej przekleństw. Do kogo skierowanych? Głównie do ludzi otaczających autora i jego pokolenie, oczy-wiście spoza kręgu buntowników. Pisane

KULTURA

pod wpływem wszystkiego, co powsze-chnie znane jest jako szybkie środki uśmiercające. „Drogie Panie, unieście rą-bek sukni. Przed nami piekło” – mówi nam wprowadzenie do pierwszego wydania „Skowytu”. I piekło rzeczywiście się zaczęło, poprzedzone ekstazą bitników i płaczącego pod koniec poematu Ginsberga. Przedwojenne pokolenie nie do końca chyba jednak zrozumiało ten manifest wyzwolonych homoseksualistów, bo Ginsberg zamiast na piedestały trafił najpierw przed sąd. Był to jeden z najgłośniejszych procesów XX wieku, przeciwko poecie zwróciła się większość gazet Ameryki. Społeczeństwo było zszo-kowane pełnym wulgaryzmów językiem, który jednak, jak twierdził sam autor, w najlepszy sposób przekazywał esencję życia bitników. Dziś „Skowyt” uznawany jest za najwybitniejszy poemat XX wieku. Ginsberg wygrał podwójnie – doceniono go za życia i został ponadto prawdziwym guru dla kolejnego pokolenia wielbiącego wolność. Mowa tu oczywiście o hipisach, którzy w swej działalności udoskonalili idee Beat Generation. Inaczej rzecz miała się z Kerouakiem – po sukcesie „W drodze” reszta jego twórczości mierzyła się wciąż z próbą przebicia legendy. Jak to z reguły bywa – nieskute-cznienie Popadł w alkoholizm, czemu upust dał w swojej powieści „Big Sur”, zwieńczonej opętańczym tekstem – mową morza. Czytając go, można mieć ochotę się roześmiać – bo jak tu traktować na poważnie kilkanaście stron pełnych gul-gotania, imitującego rzekomo odgłosy fal. A może raczej odgłosy Kerouackiej gra-fomanii... Z drugiej strony, opisany przez niego ocean potrafi być ujmujący i ta-jemniczy. Gdy wyobrażam sobie noc na plaży wśród zupełnych ciemności, już prawie wydaje mi się, że rozumiem śpiew tych syren, co to Kerouakowi wtłoczyły takie dziwności do głowy... „Dla innych z kolei utwory te stanowią źródło inspiracji, zapis szalonego życia w drodze.” Ta ekstatyczna, czasami jakby pozbawiona sensu proza jest charakterystyczna dla przedstawicieli ruchu bitników, bo i oni nie oparli się „otwierającej umysły” mocy narkotyków. Mistrzem w tej dziedzinie był William S. Borroughs. Nie będę daleka od prawdy, nazywając go ćpunem z zawodu. W swojej książce „Ćpun”, która może służyć za dobrą terapię zniechęcającą, przeklina wszystkie lata spędzone pod wpływem narkotyków. Żeby nie pozostać dłużną bitnikom, muszę jeszcze wspomnieć, że oprócz używek było coś więcej, ten „uduchowiony” pierwiastek ich twórczości i egzystencji. Wprowadził go głównie Gary Snyder, żyjący do dziś mistrz zen. Ciekawi mnie bardzo jego osobowość,

KULTURA

to, jak bardzo charyzmatyczny musiał być, by sprawić, że Pijacki Mistrz Wagabunda Kerouac powstrzymał się od picia i spędził lato w samotni w górach. Więcej na ten temat można przeczytać we „Włóczęgach Dharmy”, najbardziej „wschodniej” po-wieści Kerouaka, w której daje upust swojej fascynacji Japonią i buddyzmem. Problem w tym, że przez te uduchowione myśli miejsca na fabułę już trochę zabrakło... „(...) reszta jego twórczości mierzyła się wciąż z próbą przebicia legendy. ” Mimo to warto sięgnąć po wszystkie wymienione przeze mnie dzieła. Dopiero lektura tych książek daje poczucie praw- dziwego zbliżenia się i poznania tej już nieco zamierzchłej, ponad półwiekowej kul-tury bitników. Przeczytajcie je, jeśli chcecie poczuć gorączkę wolności, jazzową im-prowizację i choć na chwilę utożsamić się z Kerouakiem – człowiekiem, który „nigdy nie ziewa, nie plecie banałów, lecz płonie, płonie, płonie...”. Jednak uprzedzam – zacznijcie odkładać pieniądze, bo ciche marzenie o amerykańskiej pustej drodze już was nie opuści. Zuzanna Jeglorz Fot. 1: Asia Wojtyna Fot. 2: Moyan Benn (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. W TLE #2
FERIE Z PODTEKSTEM
KULTURA: CYKL

Czy dostajesz konwulsji na widok kolejnych nudnych składanych mebli ze Skandynawii? Dobija cię mono-chromatyczność, gładka faktura i powtarzalność przedmiotów w two-im otoczeniu? Puszka starej farby, papier ścierny i odrobina entuzjazmu mogą to zmienić! Temat, jaki przygotowałem, nie mógł się zmarnować. Mam nie lada gratkę dla amatorów majsterkowania, indywidu-alistów oraz wolnych dusz artystycznych. Na warsztat – dosłownie i w przenośni – bierzemy dzisiaj meble i dodatki w stylu vintage. Mój garaż to kopalnia staroci. Krzesła, komody, maszyny do szycia, obrazy – mam tego wszystkiego mnóstwo. W wielkiej stercie rupieci dostrzegłem nieco kiczowaty kredens kuchenny – taki, jakich wciąż pełno w starych chałupach. Swoje lata świetności dawno miał już za sobą. Lakier

KULTURA: CYKL

popękał, farba poodpryskiwała, miejscami zjadły go korniki. Postanowiłem zrobić z niego coś niezwykłego. Jako, że niedługo się przeprowadzam, chciałem przeobrazić kredens w biurko do nowego pokoju. Jest jeszcze w trakcie stylizacji, jednak już teraz z nudnego, pospolitego mebla zmienił się w nietuzinkowy element wyposażenia. Pracę nad własnymi projektami możesz rozpocząć bez żadnych wydatków. Puszka farby, stary lakier do drewna, bejca, papier ścierny, opalarka elektryczna – w niemal każdym garażu czy warsztacie znajdują się takie rzeczy. Oto kilka sposobów, jak można je efektywnie wykorzystać. „Na warsztat (...) bierzemy dzisiaj meble i dodatki w stylu vintage. ” Stara – nowa ramka Aby jakiś przedmiot wpisywał się w stylistykę vintage, możemy użyć nowej rzeczy i ją postarzeć lub postarzeć jeszcze bardziej coś i tak już starego. Ramka – do tej stylizacji użyłem nowej, sosnowej. Była nudna i bez charakteru, postanowiłem więc go trochę dodać. Pierwszą czynnością, jaką zawsze należy wykonać przy pracy z nowymi przedmiotami, jest zeszlifowanie lakieru. Dzięki temu nakładana później farba lepiej się trzyma i ładniej wygląda. Jeśli jednak wolisz, by lakier został, ale chcesz nadać danemu obiektowi nieco charakteru, użyj opalarki do drewna. Strumieniem gorącego powietrza maltretuj szklącą się powierzchnię do czasu, aż popęka lub miejscami się nadpali. Po takim zabiegu może nie pachnieć zbyt przy-jemnie, jednak po wywietrzeniu zapach

KULTURA: CYKL

zniknie. Rama z zeszlifowanym lakierem gotowa jest na przyjęcie bejcy, którą należy nałożyć pędzlem. Kolor impregnatu zależy wyłącznie od twojego upodobania. Ja użyłem ciemnozielonej. Po wyschnięciu pierwszej warstwy nanieś sporą ilość farby olejnej. Nie zważaj na nieładne zacieki, zgrubienia czy miejsca z cieńszą powłoką. Gdy ramka wyschnie, nakładamy ostatni kolor, w moim przypadku była to srebrna, błyszcząca farba. Po jej porządnym wys-chnięciu należy sięgnąć po papier ścierny. Weź ten o grubszej ziarnistości – lepiej zetrze farbę i pozostawi wyżłobienia w po-zostałych warstwach. Nie ścieraj jej z całej powierzchni, uwidocznij każdą powłokę, zrób nierówności i przetarcia na rogach. Na koniec ramkę polakieruj cienką warstwą lakieru do drewna. Najlepiej, jeśli będzie bezbarwny. Spoi wszystko razem i stłumi kolory, nadając im stary wygląd. Gwa-rantuję, że efekt końcowy będzie nie do podrobienia. Maltretowanie Maltretowanie – śmiało mogę nazwać tak wiele zabiegów, jakie można wykonać na meblach, aby wyglądały na bardziej sfatygowane. Oczywiście pod warunkiem, że lubimy taki styl. Oblewanie olejem, bicie łańcuchami, wbijanie gwoździ czy pod-palanie – to tylko niektóre z możliwych metod. Ile frajdy, możliwości wyładowania stresu i rozluźnienia daje zwykłe stylizo-wanie! Sposobów na zrobienie czegoś z ni-czego jest wiele. W Internecie podpat-rzyłem pomysł na uatrakcyjnienie krzesła: zwykła drewniana konstrukcja została wyszlifowana, oklejona czarno–białymi ga-zetami i polakierowana w celu utrwalenia.

KULTURA: CYKL

Ten zabieg spodobał mi się od razu. Tak się składa, że drewniane krzesło bez żadnej tapicerki znajduje się u moich dziadków – idealna konstrukcja pod okle-janie gazetami. Ten mebel na pewno nie będzie u nich stał długo. „Ile frajdy, możliwości wyładowania stresu i rozluźnienia daje zwykłe stylizowanie!” Największą zaletą stylu vintage jest niepowtarzalność każdej rzeczy, którą sami tworzymy. Na internetowych aukcjach meble wykonane w tym stylu osiągają horrendalne stawki, nawet do kilku tysięcy złotych za stolik. Warto zatem spróbować własnych sił – może kiedyś uda się na tym nieźle zarobić. Jeśli tak się nie stanie, zawsze możemy się cieszyć własnoręcznie wykonaną i niepowtarzalną ozdobą. Ja tymczasem udaję się do warsztatu „niszczyć” komodę, a my spotykamy się już za tydzień w kolejnej odsłonie „Ferii z podtekstem w tle”. Tomek Obrębski Fot. 1,4: Tomek Orębski Fot. 2: Sabina Szweda Fot. 3: Marta Kobylska Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów.