Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

akceptacja kluczem do sukcesu strona 7 w tym roku zjem tosta strona 12 wielojęzyczność i multlikulturalizm, czyli dlaczego warto uczyć się języków obcych strona 16 Żyd jest zły strona 22 romans w wersji przykurzonej strona 27 słoik, owoc, a może ciasteczka? strona 32 ferie z podtekstem w tle #3 strona 37 FAJNIE BYĆ LENIEM
Czytając teksty do bieżące-go wydania Outro zdałam sobie sprawę ze strasznej rzeczy. To wydanie jest o mnie.


Nie wiem, czy to jedynie zbieg okoliczności, czy wreszcie redaktor naczelna postanowiła uświadomić mi, jak wielkim jestem leniem. No, ale stało się, przyzna- ję się bez bicia. Bo co tu się wymigiwać, kiedy mi się po prostu nic nie chce. Po lekturze tego numeru niektórzy z Was mogą być zdziwieni i zdezorientowani. O co mi w ogóle chodzi? Nie poszłam do kina na ponoć świetny film „Ziarno prawdy”? Przecież to jesz- cze nie tragedia. Rzuciłam w kąt „Samouczek języka niemieckiego”, mimo że Anna Stępień przypomina- ła, jak ważna jest nauka języków obcych? No i co z tego, przecież nie każdy musi „sprechać” niczym Fryderyk Nietzsche. Wszystko to jest oczywi-ście prawdą, ale nie o to chodzi. A o temat, który wyciągnęła na światło dzienne nieugięta Agnieszka Kracla w swoim tekście „W tym roku zjem tosta”, czyli o postanowienia nowo- roczne. A precyzując, o te nieudane. A przecież plany były takie wspaniałe! Czyta- nie lektur w terminie („Chłopi” i „Polska Jagiello- nów” wciąż leżą nietknię- te), codzienne ćwiczenia (to pozostawię już bez kompromitującego komen- tarza) czy oddawanie teks- tów do Outro przed dead- linami (ten na wstępniaka mam już dawno za sobą). I chyba jedyne, czym się mogę w tej sytuacji po- chwalić, to fakt, że napraw- dę zjadłam tosta. I żeby to jednego! Nie pozostaje mi więc nic innego, jak pójść za radą Gabrieli Szczepa- nik i zaakceptować własne wady. Piszę więc z wielką pewnością, że fajnie jest być leniem! Karolina



OUTRO ISSN: 2299 - 5242 Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl Redaktor naczelna: Paulina Zguda Zastępcy: Anna Lewicka, Karolina Wojtal Sekretarz redakcji: Ilona Chylińska Zastępca sekretarza redakcji: Mariola Lis Redaktor prowadzący: Mariola Lis Korekta wydania: Zuzanna Świrzyńska Fotoedycja: Roksana Grzmil Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Agnieszka Kracla (społeczeństwo), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy) Korekta: Justyna Haponik, Anna Kaniewska, Tomasz Król, Anna Lis, Monika Rosa, Mateusz Tutka. Ostateczna korekta: Ariadna Grzona Graficy: Marta Chrząszcz, Magdalena Kosewska, Patryk Skoczylas. Projekt okładki: Patryk Skoczylas Zdjęcie na okładce: Patrick Gage Kelley (CC BY–NC–SA 2.0) AKCEPTACJA
KLUCZEM DO SUKCESU
SPOŁECZEŃSTWO

Brak pewności siebie, nieśmiałość, strach przed tym co nowe. To jak cho-roba, która latami w nas dojrzewa i powoli wyniszcza. Na początku mo-żemy z tym żyć, ale z każdym kolej-nym dniem czujemy się coraz gorzej i tracimy radość życia, co sprawia, że nie potrafimy zaakceptować się w 100%. Jakie mogą być skutki cią-głego dążenia do perfekcji? Brak pewności siebie jest częstym pro-blemem szczególnie wśród ludzi młodych. Według badań przeprowadzonych przez HSCB ponad połowa trzynasto– i piętnasto-latków ma problemy z niską samooceną. W badaniach wzięło udział około sześciu tysięcy uczniów polskich szkół. Z ankiety również wynika, że już jedenastolatki uwa-żają siebie za mniej atrakcyjne i wydaje im się, że są za grube. To przerażające wyniki. Dlaczego tak wielu ludzi ma problem z zaakceptowaniem siebie, zrozumieniem swoich wad i wiarą w to, że pomimo róż-nic, tak naprawdę wcale nie są gorsi od in-nych?

SPOŁECZEŃSTWO

Nikt nie rodzi się z kompleksami i nikt nie wytyka sobie wad od dziecka. Jakub Drze-wiecki w ebooku „ABC pewności siebie” pi-sze, że społeczeństwo, w jakim dorastamy, ma na nas największy wpływ: „Przejmuje-my wzorce zachowań od osób z naszego społeczeństwa”. Dzieci w szczególności są jak gąbka – chłoną wszystko, co widzą i słyszą. To w środowisku należy szukać źródła naszej niskiej samooceny. Można twierdzić, że część winy za brak akceptacji ponoszą rodzice. „Od dzieciństwa katuje się ich [dzieci] takimi tekstami jak: tylko czwórka, a twoja koleżanka dostała pią-tkę!, albo musisz być najlepszy, bo dzięki temu będziesz miał lepiej w życiu. Jeśli za dziecka człowiek nasłucha się takich rzeczy to, albo będzie się buntował i miał to gdzieś, albo zacznie się przejmować opinią innych. Duży wpływ mają też media i In- ternet, kreując obraz niedoścignionego pię-kna” – mówi Maria Kubiak, dziennikarka i studentka. Naszą mentalność kształtują przede wszy-stkim znajomi, media, szkoła. Nierzadko lu-dzie żyją pod straszliwą presją, ciągle mu-szą coś udowadniać, konkurować z innymi, a jeśli coś idzie nie tak jakby chcieli – wmawiają sobie, że są nieudacznikami. Porównują się z kolegami, którzy imponują z różnych powodów, mają coś lepszego, czego my nie mamy, umieją to, czego my nie potrafimy. Zapominamy, że każdy z nas jest wyjątkowy i niepowtarzalny, przez co tracimy radość, a przede wszystkim wiarę w siebie. „Ale ja już odkryłam sposób na to, żeby nie przejmować się plotkami, osądami, krytyką, wątpliwościami i opinia-mi innych. Rozwiązaniem jest… pokora. Nie

SPOŁECZEŃSTWO

mylić z upokorzeniem. Z niego nic dobrego nie wynika” – pisze Regina Brett, dzien-nikarka i felietonistka w książce, która zmotywowała miliony: „Bóg nigdy nie mruga”. Jeśli jesteś w czymś dobry i od-nosisz sukcesy w tej dziedzinie, nie wstydź się. Nie musisz czuć się źle tylko dlatego, że potrafisz realizować się w swoich zainte-resowaniach i jesteś szczęśliwy. Ludzie czę-sto obawiają się braku akceptacji, ponie-waż mają nieco inne poglądy. A przecież często jesteśmy bardziej doceniani wtedy, kiedy potrafimy pokazać swoje zdanie. „Od urodzenia żywiłam przeświadczenie, że muszę być idealna pod każdym względem, ponieważ w głębi duszy w każdej dziedzi-nie czułam się jak kompletne zero. Przez całe życie mój mózg wysyła mi fałszywe sygnały ostrzegawcze. Powtarza do znu-dzenia, że jeśli nie jestem doskonała, to poniosłam klęskę. Mój mózg cierpi na śle-potę barw” – możemy przeczytać w ksią-żce Reginy Brett. „Zamiast myśleć o tym, czego nie mamy, pomyślmy o tym, co posiadamy albo co jeszcze możemy osiągnąć.” Musimy zrozumieć, że każdy z nas jest je-dnostką wyjątkową i niepowtarzalną, wszy-scy mamy co innego do zaoferowania świa- tu. „Trochę chcemy być takimi szarymi my-szkami, żeby się móc nad sobą pożalić, że-by wszyscy nas pocieszali, żeby mówili, ja-ka ona biedna, jaki on nieśmiały. Tylko, że na takim pocieszaniu się nie da się zbudo-wać normalnej relacji (wiem z własnego doświadczenia). No i oczywiście ciągłe porównywanie się – bo ona ma tyle samo lat, co ja, a to i to. I zamiast się wziąć za siebie pogrążamy się w smutku” – pisze Gabriela Korczak, studentka Uniwersytetu Warszawskiego. Użalanie się nad sobą nie przynosi nam jednak żadnych profitów. Zamiast myśleć o tym, czego nie mamy, pomyślmy o tym, co posiadamy albo co jeszcze możemy osiągnąć. „Udowodnię wam, że wszystko jest możliwe” – mówi nazywany gigantem życia Nick Vujicic, który urodził się bez rąk i nóg, ale pływa, surfuje, gra w golfa, jest szczęśliwym oj-cem i mężem, a co najważniejsze, spotyka się z ludźmi z całego świata, by pokazać, że jeśli się zmotywujemy i zaakceptujemy siebie samych, naprawdę osiągniemy su-kces. „Zrozumiałem, że większość naszych życiowych przeciwności to niepowtarzalne okazje do odkrycia naszego prawdziwego powołania” – dalej opowiada Nick, który już trzydziestego kwietnia zagości również w Poznaniu. Nasz strach przed nieznanym zabiera nam naszą pewność siebie. „Dawniej mówiłam „tak”, kiedy chciałam powiedzieć „nie”, zwykle ze strachu, co pomyślą sobie o mnie ludzie, jeśli odmówię. Ale mówienie „nie” oznacza, że mogę również powiedzieć

SPOŁECZEŃSTWO

„tak” – pisze Regina Brett. „Czy brak pe-wności siebie może mieć negatywny wpływ na nasze życie – zarówno zawodo-we, jak i prywatne? Czy w swojej pracy trenerskiej spotkał się pan z osobami, którym nieśmiałość bardzo komplikowała życie?”. „Oczywiście. Można powiedzieć, że przychodzą do mnie prawie wyłącznie takie osoby, ponieważ te, którym nieśmiałość jedynie trochę doskwiera, rzadko decydują się na pracę nad nią. Ludzie rezygnują z in-tratnych propozycji i kontraktów na skutek braku pewności siebie. Mają kłopoty ze zbudowaniem związku i pozostają w nie-zdrowych dla nich relacjach. Nie rozwijają swoich zainteresowań, obawiając się rea-kcji innych ludzi na to, co robią. Brak pe-wności negatywnie wpływa na każdy ob-szar życia” – możemy przeczytać fragment wywiadu umieszczony na stronie internetowej psychologia.net.pl z Arturem Królem, psychologiem i autorem książki: „Pewność siebie – kompletna strategia wykorzystania własnego potencjału”. Ucinajmy negaty-wne myśli i nie róbmy niczego wbrew so-bie. Nie zmieniajmy swoich poglądów i upodobań po to, by ktoś nas bardziej lu-bił. Takim zachowaniem nigdy nie znaj-dziemy prawdziwych przyjaciół, a to co ktoś o nas myśli, nie jest już naszą sprawą. „»Pewność siebie jest podstawą wszystkich wielkich dokonań i sukcesów.«” Czy praca nad pewnością siebie ma sens? Czy nie wygodniej pogodzić się z nieśmia-łością? „Jeśli komuś to pasuje – oczywiście,

SPOŁECZEŃSTWO

czemu nie? Jeśli jednak zastanowimy się nad tym, ile kosztował nas brak pewności siebie, zsumujemy wszystkie utracone szanse, wszystkie sytuacje, gdy robiliśmy coś pod publiczkę albo z obawy przed tym „co sobie ludzie pomyślą”, to wiele osób dojdzie do wniosku, że cena, jaką płacą za brak śmiałości jest po prostu zbyt duża i nie będą chcieli dalej jej ponosić” – twier-dzi w przytoczonym wyżej wywiadzie Król. „»Ludzie rezygnują z intratnych propozycji i kontraktów na skutek braku pewności siebie.«” Musimy zrozumieć, że każdy z nas jest wy-jątkowy, bo inny niż wszyscy. Jak powidział kiedyś Brian Tracy: „Pewność siebie jest podstawą wszystkich wielkich dokonań i sukcesów”. Dlatego podejmij wyzwanie! Postanów, że zaczniesz walczyć ze swoim strachem, zahamowaniami, nieuzasadnio-nymi obawami, a z czasem utracona pe-wność siebie wróci, a ty znowu uwierzysz, że możesz wszystko. „Nie powstrzymuje cię ani brak potencjału, ani brak okazji – powstrzymuje cię brak pewności siebie”. Gabriela Szczepanik Fot. 4: Sabina Szweda W TYM ROKU ZJEM TOSTA
Kalendarz nie kłamie, jest już drugi tydzień lutego. To dobry czas, żeby przyjrzeć się swoim noworocznym postanowieniem. Czy któreś z nich weszły nam już w nawyk, czy w ogóle pamiętamy, co chcieliśmy osiągnąć? Co z tą dietą, ćwiczeniami i regularną nauką?
SPOŁECZEŃSTWO

Początek roku to dla wielu czas planowania najbliższych dwunastu miesięcy. Pierwszy stycznia jest magiczną datą, która ma zmienić nasze życie, sprawić, że od teraz będziemy wyglądać i żyć tak, jak chcemy. Według Interaktywnego Instytutu Badań Rynkowych, aż 77% Polaków uległo cza-rowi deklarowania noworocznych obietnic. Jednak zapał przeciętnego Kowalskiego trwa krótko, bo zaledwie kwartał. Po tym czasie 92% ludzi rezygnuje z realizacji wy-znaczonych w styczniu celów. Ilu z nas te-raz wciąż wierzy w powodzenie noworo-cznych planów? Zapytałam o to osoby w moim wieku, gdyż według badań to właśnie ludzie między 18 a 24 rokiem ży-cia najczęściej deklarują chęć dokonania zmian (według badań CBOSu to aż 72%). Czego pragną młodzi ludzie? „Chcę bar-dziej wierzyć w swoje możliwości, być optymistką, dawać z siebie wszystko i mieć więcej czasu dla najbliższych” – wy- mienia punkty swojej listy Karolina, uczen-nica technikum. Jak na razie celów porzu-cać nie zamierza. Wśród noworocznych po-stanowień często pojawia się też chęć rzu-cenia nałogów, zmiany stylu życia, pracy nad charakterem czy przejścia na dietę. „Z tymi dotyczącymi ćwiczeń idzie mi cał-kiem spoko. Staram się z nich wywiązy-wać” – zdradza moja druga rozmówczyni, Weronika. – Ale ze zmianą złych cech charakteru idzie mi już trudniej”. Wśród moich rozmówców są też ludzie, którzy nie wierzą w magię początku roku: „Wierzę, że każdy moment jest dobry na zmiany nawyków, nowe wyzwania i spe-łnianie marzeń” – mówi Daria. „Trudno stwierdzić, że coś sobie postanowiłam, ra-czej usystematyzowałam cele, które reali-zuję cały czas”. A co ze szczególnie modnymi w tym roku facebookowymi postanowieniami? Akcje

SPOŁECZEŃSTWO

typu „Przeczytam 52 książki w tym roku", „Filmowe wyzwanie 50/2015”, „Schudnę w 2015” gromadzą tysiące fanów, którzy z różnym skutkiem realizują swoje posta-nowienia. „Jeśli to kogoś rzeczywiście motywuje, to uważam, że to świetna sprawa. Każda forma motywacji jest dobra. A co jak co, ale kultura zawsze się przy-daje” – mówi Daria, która sama jednak nie bierze udziału w tych wydarzeniach. „»Wolę swoje postanowienia utrzymywać dla siebie, przyjaciół, bo jak się nie uda, to nie będzie wstydu.«” Moja kolejna rozmówczyni również nie upublicznia swoich celów na najbliższy rok: „Może to rzeczywiście motywujące dla nie-których, ale ja na to patrzę tak – co będzie jak się nie uda? Wtedy moja porażka bę-dzie widoczna dla sporej grupy osób. Wolę swoje postanowienia utrzymywać dla sie-bie, przyjaciół, bo jak się nie uda, to nie będzie wstydu”. Zupełnie inne podejścia ma Klaudia, której lista facebookowych postanowień jest dłu-ga: przeczyta 52 książki, wyjdzie za mąż (konkretnie za bogatego Rosjanina), dołą-czy do kolejnego bezsensownego wydarze-nia na Facebooku oraz „wyszkoli się w jeden księżyc" (nawiązanie do filmu

SPOŁECZEŃSTWO

klasy B „Magnaci i Czarodzieje"). „Męża je-szcze nie znalazłam, więc nie mogę po-wiedzieć, że zrealizowałam swoje postano-wienie, na szczęście zostało mi jeszcze je-denaście miesięcy" – żartuje dziewczyna. „Robię sobie z tego bekę, choć fajnie by było mieć chłopaka, ale to po maturze" – dodaje. Postanowienia „dla beki" chronią nas przed porażką – cele, jakimi są np. nie-schudnięcie, nierzucenie palenia czy nie-bieganie można osiągnąć dosyć łatwo, bez zbytecznych wyrzeczeń. Nawet jeśli pole-gniemy i jednak schudniemy lub porzucimy nałogi, to i tak możemy to uznać za swój sukces. „Wśród noworocznych postanowień często pojawia się też chęć rzucenia nałogów (...)” Jak widać, podejście do noworocznych po-stanowień bywa różne – od szczegółowych list i przemyślanych celów, po wydarzenia typu „W tym roku zjem tosta". Te należące do drugiej kategorii zdecydowanie łatwiej urzeczywistnić i wytrwać w nich przez cały rok. Bez stresu, zbędnej frustracji i rzetel-nej pracy nad swoimi słabościami. Agnieszka Kracla Fot. 1,2: Joanna Wojtyna



CZYLI DLACZEGO WARTO UCZYĆ SIĘ JĘZYKÓW OBCYCH
WIELOJĘZYCZNOŚĆ I MULTIKULTURALIZM,
SPOŁECZEŃSTWO

Język towarzyszył ludziom od zawsze, pełnił zarówno funkcję informatywną, ułatwiając komunikację, jak i ekspre-sywną, służąc wyrażaniu emocji. Sza-cuje się, że na świecie istnieje niemal 7 000 różnych odmian mowy. Około 90% z nich jest używanych przez mniej niż 100 000 osób. W niektórych częściach świata, na przykład w No-wej Gwinei, liczba języków, którymi posługuje się ludność, dochodzi na-wet do 832 odmian. Język jest wtedy elementem spajającym daną wspól-notę etniczną, dającą jej poczucie odrębności od innych grup społe-cznych. Czy to jednak jedyne funkcje języka? Skoro ma on znaczenie głó-wnie dla wspólnoty narodowej lub et-nicznej, po co uczyć się innej mowy? Pomimo przywiązania emocjonalnego do mowy ojczystej, które wiąże się z kultywo-waniem tradycji, coraz częściej spotykamy

SPOŁECZEŃSTWO

się z terminem języka międzynarodowego w odniesieniu do angielskiego czy hiszpań-skiego. Zjawisko to jest efektem wpływu kosmopolityzmu oraz rozwoju Internetu na kulturę narodową. Procesy te sprawiają, że „świat staje się globalną wioską”, o czym w „Galaktyce Gutenberga” pisał Herbert Marshall McLuhan kanadyjski teoretyk ko-munikacji. Dzięki rozwojowi nowoczesnych technologii komunikacja z ludźmi z innych krajów stała się łatwiejsza. Aby wykorzy-stać ową szansę poznania osób żyjących często na drugim końcu świata, potrzebna jest znajomość języków obcych. Przyda się to nawet na Skypie czy polyglo-tclub.com (portalu umożliwiającym czat z obcokrajowcami), a nawiązanie relacji z poznaną przez komunikator osobą może być pretekstem, by wyjechać do odległego zakątka świata. Jeśli w miejscu, do którego się wybieramy, znamy już kilka osób, o wiele łatwiej jest poznać oryginalne oby-czaje społeczności – dzięki temu nie musi-my bowiem studiować opasłych przewo-dników. Wystarczy, że oprzemy się na opo-wieściach osób długo mieszkających w da-nym miejscu. Możemy wtedy posłuchać ciekawych anegdot lub opowieści o przy-zwyczajeniach określonych grup społe-cznych. Na przykład ostatnio mój kolega z Belgii opowiadał mi o dosyć zabawnym zwyczaju związanym z oglądaniem gwiazd w jego kraju: należy naliczyć ich siedem, a następnie pomyśleć życzenie, które w efekcie powinno się spełnić. Znajomość języków obcych ułatwia jednak nie tylko poznanie obcokrajowców, ale tak-że komunikację w obcym kraju podczas za-

SPOŁECZEŃSTWO

łatwiania formalności lub zwiedzania. Wielu traktuje język angielski jako podstawę, dzięki której można porozumieć się w każ-dym zakątku świata. Niestety to myślenie jest błędne, o czym nie trudno przekonać się, odwiedzając choćby kraje Europy Połu-dniowej takie jak Hiszpania czy Włochy. Oczywiste wydawałoby się czynności – ku-pienie biletu czy zapytanie o drogę – mo-gą okazać się nie lada wyzwaniem, jeśli nie znamy języka urzędowego tych państw. Dlatego też, kiedy po raz kolejny słyszę: „Nie wiedziałem jak dojechać na miejsce. Straciłem tyle czasu na poszukiwanie dro-gi”, powtarzam, że lekiem na trudności ko-munikacyjne i dużym ułatwieniem podró-żowania jest znajomość kilku języków ob-cych. „Aby nauczyć się języka (według hiszpańskich specjalistów), potrzeba około dwudziestu minut dziennie.” Obecnie płynne władanie dwoma uważane jest za minimum, a znajomość większej liczby może ułatwić start w dorosłe życie. Dodam jeszcze, że najbardziej pożądanymi są te rzadko uczone w szkółkach jak chiń-ski, arabski czy szwedzki. Znajomość obcej mowy przydaje się nie tylko, aby zostać przewodnikiem. Dzięki niej możemy dostać się w przyszłości na wyższe stanowiska urzędnicze. Kilka miesięcy temu w mojej

SPOŁECZEŃSTWO

szkole gościła kobieta pracująca w Komisji Europejskiej. Opowiadała, jak dzięki znajo-mości angielskiego, niemieckiego oraz fran-cuskiego, dostała pracę w Kopenhadze, a później w Niemczech. Wspominała także o możliwości zostania tłumaczem przysię-głym. Po cóż więc zamykać sobie drogę do sukcesu? Ostatnią, wydawałoby się – drobną korzy-ścią płynącą ze stopniowego opanowywa-nia języka obcego, jest nauka dyscypliny, ponieważ aby płynnie mówić i pisać w da-nym języku, należy pracować systematy-cznie. Nie wystarczy powtórzenie słówek raz na miesiąc. Nie wystarczy też pisanie wypracowań od czasu do czasu. Aby nau-czyć się języka (według hiszpańskich spe-cjalistów), potrzeba około dwudziestu mi-nut dziennie. Takie ćwiczenie nie jest ob- ciążające dla umysłu, jednak codzienne po-wtórki wymagają trzymania się uporządko-wanego harmonogramu, a co za tym idzie dyscypliny, która przydaje się także w na-uce innych przedmiotów. Skoro nauka języków obcych ma tak wiele zalet, pojawia się zasadnicze pytanie: „Jak się uczyć, aby płynnie posługiwać się mo-wą?" Najważniejsze jest tutaj myślenie w języku obcym, którego najłatwiej nauczyć się, mówiąc samemu do siebie. Choć wygląda to zabawnie, ta aktywność pomaga nam zapamiętać nowo poznane słówka i nauczyć się używać ich w zdaniu. Warto także wspomnieć o robieniu „fiszek”, czyli małych karteczek, których pierwszą stronę zawsze zajmuje słowo w języku ob-cym, a drugą – polskie tłumaczenie. Meto-da ta porządkuje myśli głównie przed

SPOŁECZEŃSTWO

egzaminami lub pracami pisemnymi. Nie można jej jednak odmówić skuteczności także przy wypowiedziach ustnych. Innym rozwiązaniem jest już wcześniej wspo-mniane poznawanie obcokrajowców przez Skype'a, gdzie mamy możliwość rozmowy z osobą z innego kraju niemal twarzą w twarz. Jeśli ktoś jest jednak zbyt nieśmiały, żeby od razu dążyć do kontaktu z nieznajomymi, do dobrych metod nauki zalicza się także czytanie książek oraz oglądanie filmów w języku obcym. „Dzięki rozwojowi nowoczesnych technologii komunikacja z ludźmi z innych krajów stała się łatwiejsza.” Wszystkie te sposoby na przyjemną naukę języka obcego z początku przyciągają, je-dnak potem często brakuje nam motywa-cji. Dlatego na koniec dodam parę cytatów, które można zapisać jako motto w zeszycie do języka obcego: ,,Those who know no-thing of foreign languages know nothing of their own” (Johann Wolfgang von Goethe) oraz ,,To have another language is to po-ssess a second soul” (Charlemagne). Niech te słowa staną się dla nas mottem niezmie-nnie przypominającym nam o celu, do któ-rego dążymy. Anna Stępień



Rytualne morderstwo, podteksty religijne, nawiązania do wybranych fragmen-tów z Biblii. Pewny siebie prokurator – typ bezwzględnego macho i nie lada za-gadka do rozwiązania. To wszystko w kinie już było. Ale nie w polskim, a przy-najmniej nie w ostatnim czasie.
ŻYD JEST ZŁY
KULTURA: RECENZJA FILMU

„Ziarno prawdy” Zygmunta Miłoszewskiego to druga część trylogii o prokuratorze Sza-ckim, która na szczęście doczekała się rze-telnej ekranizacji. Pierwszy tom, „Uwikła-nie” wyreżyserowane przez Jacka Bromskie- go, zasługuje tylko na jedno słowo komen-tarza: nieporozumienie. Sam autor książki powiedział w jednej z rozmów, że nie do koń- ca ufa polskim reżyserom. Dlatego tym ra-zem scenariusz do „Ziarna prawdy” pow-stał pod czujnym okiem Miłoszewskiego, na wypadek, gdyby ktoś miał spartaczyć robotę. Borys Lankosz (reżyser znanego „Rewersu”) podszedł jednak do sprawy poważnie i stworzył thriller, na jaki polska publiczność długo czekała. Oczywiście ogromna zasługa w sukcesie tego filmu leży po stronie aktorów, którzy zawieść przecież nie mogli. Grający Sza-ckiego niesamowity Więckiewicz to mę-żczyzna, którego nazwisko stało się marką

KULTURA: RECENZJA FILMU

samą w sobie i jest niemal gwarancją uda-nejudanej produkcji. W postać prokuratora nie wcielił się po raz pierwszy. Przypomnij-my sobie „Dom Zły” Wojciecha Smarzo-wskiego i kompletnie pijanego Tomalę. Prokurator z „Ziarna prawdy” jest jego zu-pełnym przeciwieństwem. Teodor Szacki to cyniczny, bezwzględny i stanowczy mę-żczyzna. Ponadto – cham i seksista z prze-rośniętym ego. Więckiewicza w tym filmie można albo kochać, albo nienawidzić, nie ma nic pomiędzy. Prokurator przeprowadził się z Warszawy do Sandomierza – miasta ukazanego jako prowincjonalny, polski zaścianek. Miejsca pełnego zagadek i niewyjaśnionych zda-rzeń z przeszłości. Teodorowi przydzielono sprawę tajemniczego zabójstwa, którym żyje cała okolica. Filmowy duet Szackiego i policjanta Leona Wilczura (Jerzy Trela) przywodzi mi na myśl duet Brada Pitta i Morgana Freemana z filmu „Siedem” Davida Finchera. Mężczy-źni razem odkrywają kolejne poszlaki, dążą do odkrycia prawdy i zdemaskowania fana-tycznego mordercy. Na uwagę w filmie zasługują również po-stacie epizodyczne, m.in. Robin, zagrany przez Zohara Straussa, czy fanatyk białej broni, w którego postać wcielił się Arka-diusz Jakubik. Od ogółu do szczegółu – Lankosz stworzył grono niezwykłych oso-bowości, wzajemnie się uzupełniających. Motywem przewijającym się przez cały film jest antysemityzm i relacje polsko–żydo-wskie. Niechęć Polaków do wyznawców ju-daizmu jest faktem, od którego nie da się uciec. Sandomierz jest miejscem, gdzie Ży-dów nie brakowało od wieków. Przypu-szcza się, że pierwsze osady żydowskie po-jawiły się w mieście już w XIII stuleciu. Społeczność ta nie była tam mile widzia-na, dlatego dochodziło do wielu wystąpień przeciwko niej. W XVI wieku, król Zygmunt III Waza ograniczył liczbę żydowskich do-mów w Sandomierzu do jedenastu. Teore-tycznie mogli oni zamieszkiwać budynki tyl-ko przy jednej ulicy. Praktycznie jednak prawo nie było przestrzegane, a agresja i nastroje antyżydowskie wciąż rosły. Na przestrzeni wieków, sandomierscy Żydzi podejrzewani byli o wiele zbrodni i przewii-nień – począwszy od uprawiania magii aż po mordy rytualne. Wszystkie domniemane zbrodnie z udzia-łem sandomierskich Żydów zostały przywo-łane w związku z tajemniczym zabójstwem w mieście. Historia powraca, przypominają się legendy, a trupy z szafy (chociaż w tym przypadku chciałoby się powiedzieć – z beczki) ożywają i zaczynają wychodzić na światło dzienne. Do zabobonnych poczynań Żydów nawiązuje już animowana czołówka produkcji. Z przymrużeniem oka, lecz w dość kontrowersyjny sposób Lankosz za-kreśla krąg filmowej problematyki. W „Ziarnie prawdy” panuje niesamowite napięcie. Zagadka rozpracowywana jest na

KULTURA: RECENZJA FILMU

zasadzie „po nitce do kłębka”, jak w typo-wo skandynawskich thrillerach. Od pierw-szych minut filmu czuć gęstą atmosferę, która stopniowo narasta. Stare archiwa, ponuro przedstawiony Sandomierz i taje-mnicze okoliczności zbrodni – wszystko to tworzy niesamowity klimat. Jednak co do samego zakończenia – kulmi-nacja nastąpiła tak nagle, że sam Szacki chyba nie do końca wiedział, co nim kieru-je i jak to się dzieje, że natrafia na tyle kluczowych dla rozwiązania sprawy. Mam szczerą nadzieję, że za przykładem Lankosza i Miłoszewskiego pójdą inni re-żyserzy i zaczną produkować równie dobre filmy kryminalne. Oglądając „Ziarno praw-dy”, ma się poczucie spójności wielu elementów – muzyki (doskonała Kasia Nosowska i instrumentalny soundtrack), fabuły (intryga i ciekawy sposób prowadzenia akcji) oraz barwnych postaci. Na szczególną uwagę zasługują też dialogi i niewymuszony inteligentny humor, którego nie brakowało w filmie. A teraz słowem zakończenia – w nawiąza-niu do tytułu nowego filmu Grzegorza Jan-kowskiego – produkcja Lankosza „polskim gównem” zdecydowanie nie jest. A żeby pieniędzy nie wyrzucać w błoto, polecam wszystkim przemyślenie wyboru najbli-ższego seansu. Klaudia Trzeciak



ROMANS
W WERSJI PRZYKURZONEJ
KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI

Gdy dla Polaka przeczytanie jednej książki rocznie to wyczyn godny nie-mal przebiegnięcia maratonu, branża literacka ma się coraz gorzej i gorzej. Filarem podtrzymującym ją są – jak pokazują statystyki – kobiety. One bowiem czytają najwięcej. Półki aż uginają się pod rozmaitymi romansa-mi z „wiśniowych dworków” czy „tos-kańskich wzgórz”. Macie dość bliźnia-czych pozycji literackich, ale zarazem jesteście głodni porządnego roman-su? Zajrzycie na babciny strych… Helena Mniszkówna Pierwsza dama powieści dla kucharek. Swoim debiutem „Trędowata” doprowadzi-ła do potoków łez tysiące kobiet (a do bólu brzucha ze śmiechu tysiące krytyków). Te-mat romansu pomiędzy prostą nauczyciel-ką i szlachcicem zdaje się być zgrany do bólu, a jednak z jakiegoś powodu romans ten, napisany w pierwszej dekadzie XX wieku, jest czytany chętnie i dziś. Ba! O twórczości Heleny Mniszkówny pozyty-wnie wypowiedział się sam Bolesław Prus.

KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI

Chociaż ze stylu pisarki można bezlitośnie szydzić, nie da się jednak odmówić mu niezwykłego, niebanalnego czaru. Można zarzucać autorce, że pozostaje przy stanie zakochania, unikając opisywania spokoj-nego, stałego uczucia, ale czy to w tym momencie ważne? Spójrzmy choćby na rozkosznie archaiczny, pierwszy dialog po-między naszymi kochankami – Stefcią i Waldemarem. – Dzień dobry pani! Co pani tu robi tak ra-no? Gdzie pani zdobyła tyle kwiatów? Po-śród tych drzew jest pani jak rusałka. – Toteż spotkałam wilkołaka – odparła z gniewem bez namysłu. On podniósł brwi i złośliwie uśmiechnięty odrzekł: – Owszem, chcę być wilkołakiem przy pani jako rusałce. Być może tak właśnie nasi pradziadkowie flirtowali z prababciami. W swoich dialo-gach i poetyckich opisach uczuć Mniszków-na szarżuje emocjami, doprowadza czytel-nika do skrajności, raz nasuwa nam się na usta drwiący śmiech, innym razem z nie-wymownym zdziwieniem zauważamy, że te słowa ściskają nam gardło. Na ckliwej „Trędowatej” się zresztą nie skończyło. W kolejnej powieści „Gehenna, czyli dzieje nieszczęśliwej miłości” pisarka jest już odważniejsza. Tutaj pojawia się wątek ko-biecego pożądania, prostytucji, nawet wą-tek gwałtu małżeńskiego. Jest też nastro-jowa (choć niestety króciutka) scena lesbijska. Na szczęście nie sili się jednak na „łamanie tabu” jak współczesne pisarki, wszystkie sceny erotyczne to jedynie su-btelne mgnienia chwil, bez zbędnych biolo-gicznych szczegółów, co tam i jak się dzie-je z kobietą i mężczyzną w stanie podnie-cenia. Oto, jak całowały się nasze pra-babki: Dziewczynę spłonioną, aż pałającą, oble-wał gorący oddech Andrzeja, uniósł jej dro-bną twarz ku sobie i usta przycisnął – przy-kleił niemal do rozchylonych ust dziewczy-ny. (…) Skupili się tylko w ustach swych, pijąc z nich najwyższą rozkosz. Ramiona swe zacisnął mocniej, twarz jej tulił jak jas-kółkę w gniazdku, utworzony, z własnej piersi i dłoni gorącej, wyczuwał drżenie całej jej postaci, a z ust pił i pił szczęście, aż do utraty tchu. W późniejszym okresie Mniszkówna nie stroniła od wątków politycznych („Sfinks”, „Powojenni”), skupiając się głównie na upadku moralności społeczeństwa po I wojnie światowej. Jednak główne atrybu-ty jej powieści to zawsze tragiczni kochan-kowie, tęsknota, łzy, ciche pohukiwanie so-wy nad milczącym, wołyńskim lasem. Ma-cie ochotę na więcej romansów? Maria Rodziewiczówna Ocieramy łzy i bierzemy się w garść, bo-wiem inna autorka – choć pisząca w tym samym czasie – nie jest już tak ckliwa. Przede wszystkim nie pisze romansu dla romansu – jest raczej społeczną orędowni-czką. Miłość jest u niej zazwyczaj prete-

KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI

kstem do ukazania poważniejszej historii. Opisując tragiczne w skutkach małżeństwo z rozsądku we „Wrzosie”, Rodziewiczówna opisuje również losy i uczucia młodej, wiejskiej dziewczyny w Warszawie. „Nieo-swojone ptaki” ukazują z kolei, jak źle koń-czą się nieprzemyślane małżeństwa pod wpływem emocji. Nigdy chyba nie popeł-niła pisarka czystego romansu, takiego, w którym nie przemyciłaby choć odrobiny ideologii. Część jej powieści dzieje się w Warszawie, głównie jednak Rodziewi-czówna zabiera nas do dawnego polskie-go dworku i zapoznaje nas z całą gamą niezwykłych osobowości – męskich i ko-biecych. Wszyscy oni wpleceni są w pro-blemy najważniejsze dla ówczesnego zie-miaństwa – upadek majątku, zesłanie na Sybir, powstanie styczniowe. Tutaj usa-tysfakcjonowani będą zapewne miłośnicy bardziej „konkretnego” romansu. Rodzie-wiczówna, choć miłośniczka kresowej przy-rody, w odróżnieniu od Mniszkówny nie skupia się na długich, poetyckich opisach. Siłą jej powieści jest dialog, taki jak choćby ten z „Nieoswojonych ptaków”: – Różnie bywa w małżeństwie! – ujęła się za swój stan wdowa. – A pewnie, że różnie! – ucięła nieprzeje-dnana stara panna. – Albo żona zamęczy męża, jak ty, albo mąż zamęczy żonę, jak lada dzień będzie u Stankarów. – No a ci, którzy dożyją wspólnej starości? – Ba, wojny bywały i trzydziestoletnie. Zależy od sił i wytrwałości. Nie ma też co ukrywać – podczas gdy kwiecistą Mniszkównę dalej kojarzy się z literaturą niższych lotów, o tyle już jest

KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI

Rodziewiczówna uważana za popularyza-torkę Kresów i znakomitą dokumentalistkę ówczesnych dziejów, społeczeństwa zie-miańskiego, które zginęło bezpowrotnie. Warto zaś wspomnieć, że obraz ten jest wyjątkowo bogaty i kompletny, gdyż do-robek autorki składa się aż na 42 pozycje. Nic dziwnego, że za wczesnego PRL–u twórczość Rodziewiczówny nie była łatwo dostępna. Była bowiem przesycona patrio-tyzmem, dawnymi wartościami, obrazowa-ła życie, które władze chciały wymazać Polakom z pamięci. Najlepiej twórczość „strażniczki kresowych stanic” można zre-sztą zobrazować cytatem z powieści „Byli i będą”: „Dobro i wszystko, co jest, twoje. Trzymaj w garści i pilnuj, ano się w dostatku nie kochaj. Jedno zdechnie, drugie się spali, nie trza się o to turbować. Ale ziemi to nie puść, pazurami, zębami dzierż. Ziemia się nazywa grunt, w niej wszelkie korzenie tkwią, i trawy, i drzewa, i człowieka. Pu-ścisz ziemię, będzie cię wiatr nosił po świe-cie, suchą łomakę! A uchowasz ziemię – to choćby cię sto razy od niej oderwali, to wrócisz i zakorzenisz się znowu.” „To, co najbardziej wzrusza w czasie lektury, to nie dramatyczne losy bohaterów, ale wątki wojenne.”

KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI

Stanisława Fleszarowa–Muskat Nie każdemu przypadnie do gustu litera-tura kresowa początku XX wieku. Trudny może być język, irytować może przepaść pomiędzy „tamtym” a „naszym” światem. Fleszarowa–Muskat to już nie czasy na-szych prababć, ale babć i matek, szczyt jej twórczości przypada bowiem na lata 60–te i 70–te. Nie są to również Kresy, ale – za-zwyczaj – znacznie bliższe nam Pomorze i Mazowsze. Jaka jest miłość u Fleszaro-wej–Muskat? Bolesna. Pojawia się motyw zdrady („Milionerzy”) czy motyw uczucia do zajętego mężczyzny („Wczesną jesienią w Złotych Piaskach”). Bolesna, bo napisana naszym, współczesnym językiem, niezie-miańska i nie tragicznie łzawa. Nasza, co-dzienna, odarta z poetyzmu, przyziemna. Subtelność miłości najpiękniej jest chyba pokazana w „Milionerach” – powieści ra-diowej, a więc składającej się wyłącznie z dialogów, bez opisów myśli, bez mono-logów wewnętrznych, scen erotycznych. Uczucie zamknięte wyłącznie w dialogach. Jednak nie tylko o miłość Fleszaro-wej–Muskat zresztą chodzi. To, co najbar-dziej wzrusza w czasie lektury, to nie dra-matyczne losy bohaterów, ale wątki woje-nne. W jednej z najlepszych powieści pisa-rki „Stangret jaśnie pani” mamy do czynie-nia z nieszczęśliwą miłością prostego chło-pa do kobiety z wyższych sfer. Nie rozterki biednego chłopa nas tu jednak wzruszają, ale boleśnie plastyczny opis zrujnowanej Warszawy, którą zastaje po powrocie do nieistniejącego już domu główna boha-terka. „Walentynki się zbanalizowały, a wraz z nimi i miłość w kulturze.” Każdego następnego dnia sytuacja byłaby taka sama. Zima i mróz i wiatr hulający w wypalonym domu. Co się stało ze szczęściem, które kiedyś tu mieszkało? Przycisnęła album do piersi. Nie chciała już oglądać zdjęć. Obraz każdego prze-żytego tu dnia miała zapisany w pamięci jak na najczulszej kliszy. (…) Wciąż przy-ciskając album do piersi, przeszła się po pustym, przewianym mroźnym wiatrem mieszkaniu. Zatrzymała się w swoim po-koju, w ich pokoju, gdzie stała jej toaletka, Stach lubił patrzeć, lubił się jej przy-glądać… Nie znam gustów wszystkich czytelników, nie mogę powiedzieć, że padniecie trupem z zachwytu po lekturze którejś z wymie-nionej pozycji. Walentynki się zbanalizowa-ły, a wraz z nimi i miłość w kulturze. Warto sięgnąć po nie z jednego prostego powodu – żeby zobaczyć, jak wyglądało uczucie, które znamy wszyscy, w świecie, którego tak naprawdę nie pozna już nikt z nas. Lena Janeczko SŁOIK, OWOC A MOŻE CIASTECZKA?
Wylewająca się ze sklepów i kawiarni czerwień z domieszką różu nie budzi two-jego zachwytu? Obecne na wystawach upominki sprawiają, że masz ochotę krzyczeć „Tandeta!”? Przypuszczam, że jest to nie tyle nienawiść do Walenty-nek, co do wszechobecnego kiczu. Rozwiązaniem może być prezent wykonany samodzielnie.
KULTURA

Jeśli popytacie znajomych, na pewno znaj-dą się wśród nich uważający, że najle-pszym prezentem jest ten z górnej półki, zakupiony za sporą sumę. Sama mam ko-leżanki, które otrzymały tego dnia biżute-rię czy bon na zakupy. Być może akurat w przypadku tych par to się sprawdza, nie zamierzam zaprzeczać, że nie ma osób, które czegoś takiego nie oczekują. Co nie zmienia faktu, że dla innych cenniejszy bę-dzie prezent wykonany własnoręcznie, w którego wykonanie się zaangażujemy. Teraz jednak pojawia się pytanie – jaki prezent wybrać i jak się zabrać za jego wykonanie? Najpierw trzeba określić, co dokładnie chcemy podarować i w jaki sposób wyrazić swoje uczucia. Sentymentalnie Klasycznym przykładem prezentu senty- mentalnego jest poemat miłosny lub ballada, najlepiej taka odśpiewana pod oknem ukochanej/ukochanego. Jeśli jednak nie czujesz się wystarczająco natchniony, by tworzyć poezję, nic straconego – są przecież inne pomysły warte zrealizowania. Możesz na przykład wypisać na małych, kolorowych karte-czkach szczęśliwe chwile, które przeżyliście z waszą połówką, cytaty wierszy czy piosenek, które ją określają i cechy, za które ją kochasz. Wszystkie karteczki należy zwinąć i zamknąć w słoiku ozdobionym koronką czy tasiemką. Taki prezent pozwoli ci przekazać wszystko, co czujesz. Świetnym materiałem, który moż-na wykorzystać przy tworzeniu swojego upominku, są także zdjęcia. Zrób z nich kolaż lub album przeplatany wspomnienia-mi. Możesz powklejać do niego takie rzeczy

KULTURA

jak widokówki ze wspólnych wakacji, bilety do kina czy inne drobiazgi. Subtelnie Nie chcesz robić zamieszania i uważasz, że prezenty to trochę za dużo? W takim razie proponuję zrobienie kartki walentynkowej. Wbrew pozorom jej wykonanie wcale nie jest tak trudne, jak się wydaje i nie wyma-ga specjalnych zdolności artystycznych. Czego będziesz potrzebować? Na pewno kartki A4, najlepiej z bloku technicznego, która będzie stanowiła twoją podstawę. Kolor według uznania, załóżmy jednak, że mamy białą. Zaginamy ją na pół, żeby utworzyć tradycyjną kartkę. Na pierwszej stronie rysujemy ołówkiem serce (możemy je też od czegoś odrysować). Bierzemy do ręki ołówek z gumką na końcu i delikatnie maczamy ową gumkę w czerwonej farbie (możesz oczywiście użyć też innej barwy, Walentynki to przecież nie tylko czerwie-nie). Teraz dociskamy gumkę z farbą do kartki tak jak dociska się pieczątkę. W ten sposób wypełniamy całe serce. Zależnie od preferencji możesz nie dodawać już nic lub nad sercem napisać „Walentynki”, „Ko-cham Cię” czy „Oddaje Ci moje serce”. W środku natomiast wklej lub zapisz jakiś ładny cytat czy kilka czułych słów. Wolisz coś innego? Wytnij z ciemnego brystolu lu-pę i naklej ją na swoją białą podstawę kar-tki. Wewnątrz lupy napisz „Hej, Walentyn-ko!”, w wersji angielskiej „Hey, Valentine!”, a pod spodem „Mam na Ciebie oko”. Odpo-wiednio po angielsku „I have my eye on you”. Pomysłów na ciekawą kartkę walenynkową jest naprawdę dużo. Wystarczy wyciąć dwa koty czy dwie papugi, dodać serce i w zasadzie mamy coś, co przykuwa uwagę.

KULTURA

Pomysłowo Wszystko wydaje się banalne i szukasz cze-goś, co pozwoli ci zaskoczyć ukochaną oso-bę? Pewne powiedzenie mówi, że najlepiej trafić do serca przez żołądek. Jak to jednak zrobić? To już zależy od twoich umiejętno-ści kulinarnych. Jeśli świetnie się czujesz w kuchni, proponuję ciasto w formie serca z czerwoną galaretką na górze albo babe-czki lub ciasteczka z walentynkowym moty-wem. Znasz tylko podstawy i nie chcesz ry-zykować, że coś zepsujesz? Nie szkodzi, niektóre rzeczy są banalnie proste. Weź na przykład pomarańczę i kiwi. Obierz ze skórki i pokrój na grube plastry. Teraz za pomocą foremki wytnij z nich serduszka. Możesz je nadziać na patyczki do szaszły-ków lub poukładać artystycznie na talerzu. Innym sposobem na owocowy prezent bę-dzie jabłko. Kup dwa jabłka, jedno czerwo- ne, drugie zielone. Teraz z obu wytnij fore-mką serduszko, następnie czerwone serce włóż do zielonego jabłka a zielone do czerwonego. „Walentynki nie muszą przebiegać według klasycznego schematu – kwiaty/czekoladki, spacer, kolacja.” To może teraz coś nie związanego z jedze-niem. Weź dwa pasujące do siebie puzzle i pomaluj je na biało. Gdy już wyschną, złącz je i namaluj na nich serce, tak, by po rozdzieleniu puzzli na każdym z nich znaj-dowała się połówka serca. Teraz wystar-czy je tylko zalakierować, np. lakierem do

KULTURA

paznokci i przyczepić do breloczków lub ta-siemek. W wersji bardziej wytrzymałej mo-żesz odwzorować puzzle w modelinie lub masie solnej i dopiero wtedy je pomalo-wać. A może twój chłopak/dziewczyna lubi krzyżówki lub wykreślanki? Ułóż taką, któ-rej hasło wyjawi twoje uczucia. „Wszystko wydaje się banalne i szukasz czegoś, co pozwoli ci zaskoczyć ukochaną osobę? Pewne powiedzenie mówi, że najlepiej trafić do serca przez żołądek.” Walentynki nie muszą przebiegać według klasycznego schematu – kwiaty/czekoladki, spacer, kolacja. Możecie przecież święto-wać ten dzień w niebanalny sposób, wy-starczy, że użyjesz trochę wyobraźni i po-myślisz o tym, co sprawi największą radość osobie, którą kochasz. A jeśli przy okazji uda ci się ją zaskoczyć, to jeszcze lepiej! W końcu czy jest coś lepszego od chwil, które po jakimś czasie będziecie mogli wspominać z uśmiechem? Justyna Książek Fot. 1: Sabina Szweda Fot. 2: Karolina Toczek Fot. 3: Sabina Szweda FERIE Z PODTEKSTEM W TLE
#3
KULTURA KULTURA

Pijak, złodziej, morderca, wioskowy egzorcysta, człowiek recydywa, bliżej znany pod imieniem i nazwiskiem Ja-kub Wędrowycz. Postać swojska w kręgach czytelników powieści fan-tastycznych. Kto choć raz miał okazję czytać o jego przygodach, zawsze bę-dzie czuł niedosyt. W trzeciej odsłonie cyklu chciałem zapro-ponować wam coś innego niż dotychcza-sowe pomysły – serię książek. Amatorzy „kanaposiedzizmu” niech szykują się na kolejny pretekst do spędzenia ferii w do-mu. Przyznam się, że na dzieło Pilipiuka trafi-łem całkiem przypadkiem, biorąc do ręki nie tę książkę, którą miałem zamiar wypo-życzyć. Dochodząc do biurka pani z biblio-teki, spostrzegłem, że to nie ta pozycja, po którą przyszedłem. Byłem jednak zbyt le-niwy, aby ją wymienić. Dzięki Bogu, że te-go nie zrobiłem! „Weźmisz czarno kure” od razu przypadło mi do gustu. Luźny styl, kolokwializmy, wulgaryzmy, wartka akcja,

KULTURA

motywy ludowe, dreszczyk emocji, nieba-nalny humor… Zalety mógłbym wymieniać bez końca. Dalej w moje ręce trafiały inne części cyklu. I tak z jedna przypadkowo wzięta książka zapoczątkowała całą biblio-teczkę: „Kroniki Jakuba Wędrowycza”, „Czarownik Iwanow”, „Weźmisz czarno kure”, „Zagadka Kuby Rozpruwacza”, „Wieszać każdy może”, „Homo Bimbrowni-kus” i „Trucizna” tworzą sagę o dziadku, który krzepy ma za trzech, a przy odrobinie viagry wiele jeszcze potrafi zdziałać. „Przybliżając w skrócie postać Jakuba, warto zaznaczyć, że nie jest on Polakiem, a Kozakiem (...)” Każda z pozycji zawiera zbiór krótkich hi-storii. Nie są ułożone chronologicznie, powieści brak związku przyczynowo–sku-tkowego. Jeśli mamy takie życzenie, mo-żemy rozpocząć czytanie od końca książki. Mi taki układ jak najbardziej odpowiada. Trudno powiedzieć, w jakich okoliczno-ściach poznajemy głównego bohatera, acz-kolwiek są one niezwykle ciekawe. Przybli-żając w skrócie postać Jakuba, warto zaznaczyć, że nie jest on Polakiem, a Ko-zakiem – podobnie jak jego przyjaciel Se-men Korczaszko. W jego żyłach płynie też domieszka krwi żydowskiej. Być może taka mieszanka genetyczna sprawia, że od 1904 wyszedł cało z wielu sytuacji nie do przeży-cia dla zwykłego śmiertelnika m.in.: za-tonięcia Titanica, bitew na frontach I i II wojny światowej, walki z wampirami czy topielcami. Wyżej wspomniany Semen

KULTURA

pomimo upadku caratu Rosyjskiego nadal mieszka w Imperium Rosyjskim, zaś mil-icjant Wojski za wszelką cenę utrudnia ży-cie głównego bohatera i jego przyjaciół. „A pełnoletni mogą zagłębić się w książkowy klimat popijając »Perłę«, ulubiony – zaraz po bimbrze – trunek Jakuba.” Andrzej Pilipiuk, twórca serii o bimbrowni-ku–egzorcyście, jest niezwykle ceniony w kręgach miłośników literatury fantasty-cznej. Archeolog z wykształcenia, w swoich książkach opisany jako Wielki Grafoman, doskonale potrafi oddać prostotę – a cza-sami nawet ciemnotę – ludzi i swojskość życia na wschodnich rubieżach Polski. Cykl z pewnością przypadnie wam do gustu. Je-śli zainteresowała cię postać starego pija-ka, którego głównym zajęciem – prócz pi-cia – jest łamanie prawa i walka ze złymi mocami, czym prędzej udaj się do bibliote-ki po którąś część z serii. A pełnoletni mo-gą zagłębić się w książkowy klimat popija-jąc „Perłę”, ulubiony – zaraz po bimbrze – trunek Jakuba. Jednak pamiętajcie o umiarze, wszak nigdy nie wiadomo, czy to wy nie będziecie musieli pokonać Lenina następnym razem. Tomek Obrębski