Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

CSI: telewizja vs rzeczywistość mały nieprzyjaciel polak uciemiężony krok w poważne życie Constantine, idź do diabła outro poleca teoria Austina, Sosnowiec i ja muzyczne podsumowanie miesiaca ferie z podtekstem w tle #6 NO TO CZEŚĆ
To mój ostatni wstępniak w Outro. Będzie więc i rzewnie, i sentymental-nie!


Cztery lata w życiu dwu-dziestolatki to naprawdę sporo. A był to intensyw-ny czas – poznałam, co to wydawać numer, nauczy-łam się zarządzać gazetą, sprawdzać teksty, motywo-wać ludzi, rozwiązywać problemy na wczoraj, prze- konywać innych, że to mo- że jednak ma sens, przejść przez liceum, maturę i sesję ze świadomością, iż nie- ważne, czy się pali, wali, dziś jest impreza roku czy jutro mam najważniejszy egzamin – poniedziałki to czas wydania, a czwartkowe wieczory to spotkania kole-gium na Skype’ie. Niezła lekcja obowiązkowości, dys-cypliny, samozaparcia, po- kory i wreszcie – dzie-nnikarstwa. Nie wystawiam sobie laurki, oceną jest każdy numer, który podpi-sano moim nazwiskiem. Chcę tylko pokazać, jak wiele musiałam się nau-uczyć, by dobrze prowa-dzić dobry magazyn mło-dzieżowy dla ludzi z całej Polski, jak wiele zatem zawdzięczam tylu ludziom, którzy poświęcili mi swój czas, energię i cierpliwość. Takich rzeczy się nie zapo-mina! Oli i Robertowi z Fundacji Nowe Media, Monice i Kamilowi, pierw- szym naczelnym, Markowi, wieloletniemu sekretarzowi redakcji, Magdzie, Justy-nie, Ilonie, Krzysiowi, Mi-chałowi, Agnieszce, Karo- linie, wszystkim ludziom, których poznałam przez ten czas… Ogromne dzię-kuję! Przekazuję ten cały kram w ręce Ani – niech dziew-czyna ma trochę splendoru! Powodzenia trzymam kciuki za Outro pod nową ban-derą. I dziękuję Tobie, czytelniku, mam nadzieję, że nie zawiodłam.

STOPKA REDAKCYJNA

OUTRO ISSN: 2299 - 5242 Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl Redaktor naczelna: Paulina Zguda Zastępcy: Anna Lewicka, Karolina Wojtal Sekretarz redakcji: Ilona Chylińska Zastępca sekretarza redakcji: Mariola Lis Redaktor prowadzący: Patrycja Brejnak Korekta wydania: Agata Hajduk Fotoedycja: Sabina Szweda Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Agnieszka Kracla (społeczeństwo), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy) Korekta: Sabina Błaszczok, Monika Chabiniak, Lena Janeczko, Tomasz Król, Marlena Macios, Weronika Sieprawska, Agata Szczepańska, Patrycja Ziemińska. Ostateczna korekta: Ariadna Grzona Graficy: Marta Chrząszcz, Magdalena Kosewska, Patryk Skoczylas. Projekt okładki: Magdalena Kosewska Zdjęcie na okładce: freepic.com CSI: TELEWIZJA VS
RZECZYWISTOŚĆ
SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

Odkąd w 2000 roku ukazał się serial „CSI: Crime Scene Investigation”, kierunki studiów związane z szeroko pojętą kryminalistyką przeżywają prawdziwy boom. Stwarza to zag-rożenie zarówno dla samej dziedziny, jak i dla studentów, którzy wybie-rając „modny kierunek” nie zastana-wiają się, czy będzie dla nich po nim jakakolwiek praca. Często też zafas-cynowana telewizją młodzież nie we-ryfikuje przedstawionego w niej świata, za co później płaci gorzkim rozgoryczeniem. Zjawisko „efektu CSI” opisują Byers i Johnson w swojej książce „The CSI Effect: Television, Crime, and Governance” – widzowie seriali kryminalnych zaczynają interesować się kryminalistyką i metodami śledczymi, zatracając poczucie rzeczywis-tości. Wierzą w jej nieomylność i zdolność do rozwiązywania wszelakich problemów. To zjawisko naukowcy najbardziej dostrzegają w USA, ale dotarło również do Europy i Polski. Jak wielka jest skala tego

SPOŁECZEŃSTWO

zjawiska? Ogromna. Na Uniwersytecie Wirginii Zachodniej w ciągu dziesięciu lat (1996–2006) liczba studentów na kierunku kryminalistyka wzrosła stukrotnie (z 4 do 400 osób). Również w Polsce „efekt CSI” ma wpływ na studentów. W ankiecie przeprowadzonej wśród studentów Uniwer-sytetu Warmińsko–Mazurskiego w Olszty-nie aż 85% osób potwierdziło, że ogląda serialne kryminalne, a 20% wybrało ten kierunek studiów z powodu fascynacji tymi programami. Z tego powodu studenci, którzy wybrali kierunek studiów urzeczeni serialem, często nie mają pojęcia, jak naprawdę wygląda praca w zawodzie. Zdarza się również, że przez pięć lat nauki te poglądy nie zostają zweryfikowane. Kiedy w końcu z dyplomem w ręce zderzają się z rzeczywistością na rynku pracy, okazuje się, że nie ma zapotrze-bowania na tak dużą liczbę pracowników w Laboratoriach Kryminalistycznych, a tym bardziej w Sekcji Kryminalistyki Polskiej Policji. Dzieję się tak dlatego, że osoba, która zajmuje stanowisko w jednym z tych wydziałów, zazwyczaj zostaje tam już do emerytury. Jeśli tworzy się w tym miejscu wakat, zostaje zajęty przez innego mundurowego. Wielkim zdziwieniem dla studentów jest również fakt, że w Polsce nie ma funkcji cywilnego współpracownika, które opisuje np. Dana Kolman w swojej książce „Nie bierz do ust ręki umarlaka”. W naszym systemie prawnym nie ma możliwości powołania kogoś takiego. Kiedy jednak uda się im już znaleźć wyma- rzoną pracę, najczęściej w prywatnych laboratoriach, okazuje się, że nie ma takiego sprzętu jak w serialu (zazwyczaj jeszcze go nie wymyślono), aparatura jest często bardzo stara lub w ogóle jej nie ma, a materiały są wysyłane na drugi koniec kraju, by ktoś w ogóle je przebadał. Do tego świeżo upieczeni absolwenci zasypy-wani są dziesiątkami, jeśli nie setkami formularzy i świstków, które muszą wypełniać. Dodatkowo okazuje się, że są tylko tzw. „chłopcami na posyłki”, ro-biącymi na każdym miejscu zdarzenia to samo. Na koniec jeszcze tego naszego absolwenta dobija fakt, że zabójstwa to mniej niż 1% wszystkich przestępstw kry-minalnych, a najczęściej wysyła się ich na miejsce włamania. „Widać też, że opinia publiczna nie zna realiów polskiego prawa (...).” Także organy ścigania mają twardy orzech do zgryzienia, kiedy spotykają się z fanami seriali kryminalnych. Jest to szczególnie dokuczliwe w systemie common law, gdzie istnieje funkcja ławy przysięgłych, a o wy-rokach decydują zwykli obywatele wy-bierani do tzw. jury, które ma podobne prawa jak nasz sędzia. Mogą oni żądać przeprowadzania ekspertyz czy opinii biegłych. Jeśli osoba zasiadająca w ławie przysięgłych miała styczność z serialami kryminalnymi, często wymaga przeprowa-dzanych w nim badań (również tych nieist-

SPOŁECZEŃSTWO

niejących) czy w czasie, w którym są one niemożliwe do wykonania. Również polskie organy ścigania nie mają łatwo. Poszko-dowani żądają niemożliwych do przepro-wadzenia badań czy prowadzenia śledztwa w nierealny sposób. Joanna Stojer, doktorantka Katedry Kryminalistyki i Bez-pieczeństwa Publicznego Uniwersytetu Ja-giellońskiego, przeprowadziła ankietę, w której pytała funkcjonariuszy policji, co denerwuje ich w kontaktach z poszkodo-wanymi. Często powtarzały się opinie, że „ludzie oczekują cudów w postaci spraw-dzenia DNA przez telefon”. Niektórzy ludzie wręcz przyznawali się, „że oglądali coś w filmie i tego samego oczekują od nas”. Widać też, że opinia publiczna nie zna realiów polskiego prawa, bo „spodziewają się natychmiastowej opinii biegłych”. Policjanci i sędziowie załamują ręce nad naiwnością, a nierzadko i głupotą ludzką. Tylko jak wytłumaczyć coś osobie, która zapiera się i cały czas powtarza jak mantrę: „ale ja to widziałam w telewizorze, to naprawdę musi tak być!”? Maria Kubiak Fot. 1: Puamella (CC BY–SA 2.0) Fot. 2: Vince Alongi (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. MAŁY NIE–PRZYJACIEL
Jeśli nie ćwiczysz, możesz poczuć się zepchnięty na margines społeczny. Bieganie jest teraz modne! Jednak zwyczajne bieganie już nie wystarcza. Odpowiednie obuwie, strój, który gwarantuje komfort i cyrkulację powietrza podczas treningu. Czy to wszystko? Nie, każdy biegacz musi być zaopatrzony w smartwatch!
SPOŁECZEŃSTWO

Automatycznie wytyczona trasa w niezwy-kle malowniczej okolicy, perfekcyjnie zmie- rzony puls, całe mnóstwo innych aplikacji zamkniętych w tym małym urządzeniu. Czy istnieje miłośnik aktywności fizycznej, który mógłby się oprzeć takiemu zegar-kowi? To niesamowite, że coś, co nosimy na nadgarstku, potrafi zawładnąć całym lu-dzkim ciałem. Wie, kiedy powinniśmy jeść, przypomina nam o wypiciu danej ilości wody w ciągu dnia, a przede wszystkim – może nam ułożyć specjalny plan tre-ningowy. Czy to nie wspaniałe? Ten „mały przyjaciel” zna nas na wylot. Mierzy nam tętno, czuwa podczas snu, podłączony do telefonu ma dostęp do wszystkich wiado-mości. Nie każdy smartwatch potrafi jednak odczytać je bezpośrednio. Niektóre tylko komunikują, że dotarł do nas nowy e–mail czy SMS. Wielu użytkowników na to narzeka – „przecież wyciągnięcie komórki z kieszeni zajmuje tak wiele czasu”. Zabawniejszy wydaje się fakt, że posia-dacze tych lepszych urządzeń sprawdzają godzinę właśnie na telefonie, zupełnie zapominając o istnieniu magicznego zegarka. „Ludzie powoli gubią swoje człowieczeństwo (...).” Poza podstawowymi funkcjami smart-watcha należy jeszcze wspomnieć o ćwi-czeniach i całą otoczce z nimi związanej. Zwykły, wysłużony licznik kroków? To przeszłość. Inteligentny czasomierz oferuje nam jego udoskonaloną wersję – mierzenie

SPOŁECZEŃSTWO

średniej prędkości i liczba spalanych kalorii (kto by tego nie chciał?). Oprócz tego znajdziemy w nim multum aplikacji ukła-dających treningi i całodobowo badających naszą aktywność fizyczną. Warto jest wiedzieć, w którym momencie należy zrobić przerwę w bieganiu. To nic, że nie czujesz się zmęczony – zegarek wie lepiej. Dzięki niemu zrzucisz zbędne kilogramy, poprawisz kondycję no i, nie oszukujmy się, zyskasz respekt na osiedlowych chod-nikach – tyle korzyści za ok. 500 zł. „To niesamowite, że coś, co nosimy na nadgarstku, potrafi zawładnąć całym ludzkim ciałem.” Czy rzeczywiście taki gadżet jest niezbędny w dzisiejszych czasach? Ludzie powoli gubią swoje człowieczeństwo, zastępując je bezużytecznymi przedmiotami. Morze firm codziennie zalewa nas falami nowych wynalazków, które znajdują miejsca w naszych domach. Świat idzie do przodu – owszem, ale nie powinniśmy zatracać się w materialności i pędzić za wymyślnymi przedmiotami, które nie wnoszą do na-szego życia niczego wartościowego. Katarzyna Lewandowska Fot. 1: Eager (CC BY 2.0) Zdjęcie zmniejszono i przycięto z oryginału. POLAK
UCIEMIĘŻONY
SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

Czasem gdy słyszę rozmowy mojej rodziny przy świątecznym stole, zna-jomych na imprezie czy po prostu lu-dzi w komunikacji miejskiej, zasta-nawiam się, jakim cudem oni wszyscy nie podcięli sobie jeszcze żył. Obraz życia kreowany w polskich konwer-sacjach jest po prostu przerażający. Nasz naród narzekanie ma już chyba we krwi. Postanowiłam dać upust swojemu malkontenctwu i sama po-narzekać na tych, którzy są naj-bardziej denerwującym typem: Pola-ków Uciemiężonych. Ferdek Kiepski, czyli nie ma w tym kraju pracy dla ludzi z moim wykształceniem A w krajach wysoko rozwiniętych by była. Trzeba pamiętać, iż choć żadna praca nie hańbi, głównego bohatera popularnego serialu komediowego zwykłe roznoszenie ulotek czy praca w sklepie nie satys-fakcjonują. Współcześnie Ferdek może być studentem czy absolwentem uniwersytetu lub uczelni wyższej. Z pierwowzorem łączy

SPOŁECZEŃSTWO „Nasza Julia naczytała się bowiem za dużo romansów, naoglądała zbyt wielu komedii romantycznych (...).”

go to, iż jego wykształcenie – wiedza o te-atrze, psychologia transportu bądź przy-rodoznawstwo – nie zapewnia mu pracy. Takiej, która dawałaby odpowiednie zarob-ki i wysoki standard życia. Oczywiście nie poszerza swoich kompetencji – jest w tym czasie zajęty dyskusjami o tym, która opcja polityczna zapewni Polakom lepszy byt. W czasie wolnym od debat, zajmuje się og- lądaniem telewizji bądź nabijaniem kolej-nych poziomów w internetowej grze. No i przede wszystkim – narzekaniem na swój trudny los. Julia bez Romea, czyli nie mam chłopaka! Czy trzeba coś jeszcze dodawać? Dla Julii jest to powód całkowicie wystarczający, by być zupełnie niezadowoloną ze swojego ży- cia. Przyczyn szuka w dwóch sferach. Pier-wsza – ona sama. Zastanawia się, co z nią jest „nie tak” – czy jest może za brzydka? Za gruba? Za głupia? Wypytuje swoje koleżanki, co trzeba robić, by podobać się chłopakom. Jak się uczesać, jakich perfum użyć, jak się ubrać. Każdej jej decyzji towarzyszy rozważanie, co lepiej wpłynie na powodzenie wśród mężczyzn. Druga sfe- ra jej narzekań skupia się na płci prze-ciwnej – kiedyś to byli chłopcy, nie to, co teraz! Nasza Julia naczytała się bowiem za dużo romansów, naoglądała zbyt wielu komedii romantycznych i na odstających od jej wyidealizowanego typu mężczyzn patrzy bardzo krytycznie. Uważa, że więk-szość przedstawicieli płci męskiej to nie-odpowiedzialni, niewychowani głupcy. Oczy- wiście dostrzega, że są też inni, ale ci się nią

SPOŁECZEŃSTWO „To jeszcze nie tragedia, wiele osób zmienia studia, bo chce zająć się czymś, co ich bardziej interesuje.”

nie interesują! Dlaczego? I tu wracamy do sfery pierwszej – coś z nią jest nie tak. Koło się zamyka. Rozczarowany student, czyli moja uczelnia mnie nie rozwija „Nie mam czasu zajmować się swoimi zainteresowaniami, bo mam zbyt dużo zajęć na uczelni” – powiedział student, po- pijając piąte piwo tego dnia. Nie ma czasu złapać dorywczej pracy, bo ma za dużo nauki. Jego uczelnia i kierunek bardzo go rozczarowały – niektóre przedmioty jego zdaniem są nieprzydatne i niepraktyczne. To jeszcze nie tragedia, wiele osób zmienia studia, bo chce zająć się czymś, co ich bardziej interesuje. Drugą opcją jest pogodzenie się z tym – takie zajęcia wystę-pują na każdym kierunku i studenci nie ma ją na to większego wpływu, nieważne ile będą się rozczulać nad bezsensownością nauki. Zresztą rozczarowany student nie podejmuje żadnych starań by to zmienić. Jest zbyt zajęty odgrzewaniem zawartości kolejnego słoika od mamusi. Albo otwie-raniem kolejnego piwa w towarzystwie in-nych studentów dyskutujących o tym, jaka to uczelnia jest bez sensu. Koleżanka z gru- py naszego studenta ma pracę, dod-atkowe zajęcia, a mimo to zawsze jest przygotowana. Z kolei inna koleżanka dzia-ła w studenckich organizacjach i podróżu-je po świecie. Ale nasz student uważa, iż jest to wynik szczęścia, farta, który zdarza się nielicznym. Poza tym, informacje o uni-wersyteckich działaniach nie są podane na tacy – trzeba się tym interesować, szukać, angażować się w koła naukowe, łapać ofer-

SPOŁECZEŃSTWO

ty. Oczywiście, ponieważ podejście do tab-licy ogłoszeń jest niezwykle trudnym po-szukiwaniem. To zdecydowanie powinno być łatwiejsze. Poza tym, wtedy nie byłoby czasu na przesiadywanie na Facebooku i oglądanie seriali. Są przecież jakieś priorytety, prawda? Brzydula Betty, czyli jestem gruba i brzydka Bardzo często spotykany typ. Można jej powtarzać w nieskończoność, że wcale nie jest gruba, ani tym bardziej brzydka, ale tylko wzmaga to narzekania. Usaty-sfakcjonowana byłaby, wyglądając co naj-mniej jak Megan Fox i posiadając figurę chociażby Magdy Mołek. Brzydula bardzo często jest jednocześnie samotną Julią i uważa, że na pewno mężczyzna po-mógłby jej uwierzyć w swoje piękno. Ale Brzydula może też być w związku – mimo iż jej chłopak uważa ją za najpiękniejszą kobietę na świecie (ktoś tu jednak oglądał komedie romantyczne), ona się z nim nie zgadza. Podejmuje najróżniejsze diety i plany treningowe, jednak po krótkim czasie znów wraca do czekoladek i chip-sów. W swoich planach nie bierze pod uwagę zdrowia, dobrego samopoczucia bądź nabycia lepszej kondycji czy sylwetki. Ciągle liczy, że jak za dotknięciem magicznej różdżki jej wygląd diametralnie się zmieni. Najczęściej nie są ani grube ani brzydkie. Są normalnymi kobietami, bra-kuje im tylko pewności siebie – krytykują więc swoją prezencję, by później wysłuchi- wać zaprzeczeń i komplementów. Zamiast pracować nad samoakceptacją, wolą czuć wyrzuty sumienia przy jedzeniu kolejnego kawałka czekolady. Wciąż narzekając na (często naciągane) wady swojego wyglądu. „Bo wszystko się da, wystarczy po prostu chcieć. A jeśli się nie da, to czemu by nie machnąć na to ręką?” Smerf Maruda, czyli wszystko jest złe Ten typ może łączyć kilka powyższych. Smerf Maruda nigdy nie jest zadowolony. Nie uświadczysz go uśmiechniętym bądź radosnym, co więcej uważa, że swoim nieszczęściem powinien się dzielić z innymi. Nieliczni znajomi, którzy jeszcze nie mają go dość, muszą non stop wysłuchiwać kolejnych historii na temat jego niepo-wodzeń. W dodatku, chce, by go pocieszać i znaleźć lekarstwo na całe zło. Jednak poza permanentnym niezadowoleniem z poszczególnych sfer swojego życia, smerf Maruda traktuje narzekanie, jako sposób na rozmowę. Gdy brakuje mu tematu, zamiast pobyć przez chwilę w ciszy z drugą osobą – narzeka. Jest to oczywiście dosyć skuteczna strategia zagajenia konwersacji, bo czy nie miło sobie wspólnie poma-rudzić? Na pogodę – na to, że jest za ciepło, za zimno bądź raz ciepło raz zimno i nie wiadomo, jak się ubrać. Na nierówny chodnik. Na to, że nie było dziś w sklepie jego ulubionych ciasteczek. Na to, że trze-

SPOŁECZEŃSTWO

ba za długo czekać na zielone światło na pasach. Na to, że siedzenia w tramwaju są niewygodne. Powód zawsze się znajdzie. Pisząc ten tekst, trochę rozprawiłam się z wadami swojego własnego charakteru – sama czasem zamiast wziąć się w garść i żyć aktywnie wolę siedzieć przed kom-puterem i mieć pretensje do wszystkich tylko nie do siebie. Myślę wtedy o ludziach, którym jest trudniej niż mnie, a mimo to dobrze sobie radzą. Zamiast szukać wymówek, szukają rozwiązań. Żyjemy w kraju absurdów. Nasza sytuacja gospo-darczo–ekonomiczna pozostawia wiele do życzenia. Nie mówię, że trzeba idealizować rzeczywistość, tylko żeby ją zmieniać. Bo wszystko się da, wystarczy po prostu chcieć. A jeśli się nie da, to czemu by nie machnąć na to ręką? Czy naprawdę te niewygodne krzesła w tramwajach nie dają nam żyć? Życie jest zbyt krótkie na narzekanie z powodu tak nic nieznaczących spraw. A na sprawy znaczące owszem, narzekajmy, a zaraz po tym zaczynajmy myśleć, z jak daną sytuację rozwiązać. Gabriela Korczak Fot. 1: CollegeDegrees360 (CC BY–SA 2.0) Fot. 2: Melnic (CC BY 2.0) Fot. 3: Adikos (CC BY 2.0) Fot. 4: Scott Robinson (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. KROK
W POWAŻNE ŻYCIE
SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

Osiemnaste urodziny są tymi, na które z niecierpliwością czekamy. Choć nie zawsze wiążą się z osiąg-nięciem prawdziwej dojrzałości, dla większości młodych ludzi jest to magiczna liczba, dzięki której wre-szcie mogą podejmować naprawdę samodzielne decyzje. Zaczynają też rozumieć, że wiele rodzicielskich rad jednak ma sens. A czy zastanawiaa-liście się kiedyś, dlaczego to akurat osiemnaste urodziny zostały wybrane jako te stanowiące granicę pomiędzy dzieciństwem a dorosłością? Już w średniowiecznej Polsce określono wiek, po ukończeniu którego dana osoba była uważana za dojrzałą. Dla kobiet wynosił on dwanaście lat, a dla mężczyzn – piętnaście. Zmieniło się to w XVII wieku, kiedy ustalono, że ziemianin staje się dorosły w wieku dwudziestu czterech lat, a mieszczanin – dwudziestu jeden. Kobiety uznawano za pełnoletnie, kiedy ukończyły czternaście lat. Zmiany następowały aż do połowy XIX wieku, kiedy zniesiono ograni-

SPOŁECZEŃSTWO „Te wyjątkowe urodziny, do których przygotowywałam się dobrych kilka miesięcy, wcale nie okazały się przełomowymi.”

czenia dotyczące zarządzania majątkiem. Wówczas wprowadzono jednakowy wiek pełnoletniości dla kobiet i mężczyzn, wyn-oszący osiemnaście lat. Pełnoletniość ma oczywiście niewiele wspó-lnego z dojrzałością biologiczną czy psy-chiczną. Jest to po prostu ustalony wiek, po osiągnięciu którego dana osoba zyskuje pełną zdolność do czynności prawnych. Mimo tego większość z nas niecierpliwie czeka na ten wielki dzień, w którym w końcu wyrwie się spod władzy rodziców i będzie mogła robić, co tylko zechce. „Czekałam na osiemnastkę, żeby wreszcie móc głosować. No i zrobić imprezę” – stwierdziła Kasia, która skończyła osiem-naście lat kilka miesięcy temu. Podobnie uważa Kuba: „Wybory i prawo jazdy to głów- ne powody, dla których nie mogłem się doczekać tych urodzin”. „Wydawało mi się, że gdy wreszcie skończę te osiemnaście lat, to nagle zupełnie zmieni się moje podejście do życia, od razu stanę się poważniejsza” – mówi Ewelina. Muszę przyznać, że w pełni się z nią zgadzam. Bo czy rzeczywiście nie jest tak, że myśleliśmy, jakie dojrzałe staną się nasze poglądy w dniu osiemnastych urodzin? Że momentalnie przestaniemy być dziećmi i przestawimy się na tryb „karie-ra”? Tymczasem… Minął już miesiąc, a ja wciąż jestem taką samą nastolatką, jak przed kilkoma tygodniami. Wciąż zdarza mi się zachowywać nieodpowiedzialnie, odkła-dam wszystko na ostatnią chwilę i snu- ję plany na to prawdziwe, trochę przeraża-

SPOŁECZEŃSTWO

jące, dorosłe życie. Te wyjątkowe urodziny, do których przygotowywałam się dobrych kilka miesięcy, wcale nie okazały się przełomowymi. Podobnego zdania byli moi znajomi, którzy także z przejęciem układali listy gości, komponowali menu i tworzyli urodzinowe playlisty, a po imprezie docho-dzili do wniosku, że… właściwie nic się nie zmieniło. „Przychodziło trochę gości, wręczali bombonierki, zjadali ciasto i wychodzili.” Czemu więc osiemnastki obchodzimy tak hucznie? Jeszcze kilkadziesiąt, a nawet kilkanaście lat temu, takie imprezy należały do rzadkości. Przeprowadziłam wśród starszych członków mojej rodziny swego rodzaju ankietę. Okazało się, że mniej więcej do połowy lat 90. osiemnaste urodziny obchodziło się jak każde inne, przynajmniej wśród średniozamożnych ludzi. Przychodziło trochę gości, wręczali bombonierki, zjadali ciasto i wychodzili. Żadnych fajerwerków, wymyślnych tortów, litrów alkoholu czy drogich prezentów. Moja mama wspomniała, że najcen-niejszym prezentem, jaki dostała, był srebrny pierścionek od rodziców. Babcia, która wychowała się na wsi, stwierdziła, że jej urodzinami nikt sobie nawet nie zawracał głowy – ważniejsze były obo-wiązki w gospodarstwie. Nawet moi starsi kuzyni, których osiemnastki przypadały na koniec lat 90. przyznali, że urodziny ich i ich znajomych nie były wyjątkowo huczne. Owszem, organizowali przyjęcia dla kilkunastu osób, składali się na droższe prezenty, ale nikt nawet nie pomyślał o tym, żeby wynająć w klubie salę na sto osób. Za to obecnie młodzież prześciga się w wymyślaniu coraz bardziej niesza-blonowych osiemnastkowych imprez. Na porządku dziennym są już luksusowe limuzyny, w których uczestnicy zabawy objeżdżają miasto, kilkupiętrowe torty, ekskluzywne kluby czy nawet występy striptizerów. „Byłam zaproszona na jedną taką imprezę. Nie mogłam iść, ale kole-żanki opowiadały mi potem, że dla jubilatki wyłożono przed wejściem do klubu czer-wony dywan, wystrzeliło konfetti z płatków kwiatów, a wynajęty fotograf robił jej profesjonalną sesję zdjęciową” – opo-wiada Ewelina i przyznaje, że trochę żałuje, że ominęła ją ta uroczystość. Z drugiej jednak strony stwierdza, że niektóre jej elementy naprawdę były przesadą. Zgadza się z nią Piotrek: „Fajnie mieć niezwykłą osiemnastkę, może w jakimś nietypowym miejscu, dostać prezent, o którym będzie się pamiętać do końca życia, ale pokaz fajerwerków? Ponad stu gości? Przecież większość z nich to pewnie tylko dalsi znajomi, z którymi prawie się nie rozma-wia. Trochę szkoda kasy na coś takiego”. I rzeczywiście, są osoby, które wolą te jedyne w swoim rodzaju urodziny spędzić

SPOŁECZEŃSTWO

w gronie kilku najbliższych przyjaciół. Nie uważają, żeby osiemnastka była szczegól-ną rocznicą. „Jak ktoś kończy dziewięć-dziesiąt, sto lat, to jest coś. Wtedy to można świętować. Ale osiemnaście? To, że ktoś może już legalnie kupić alkohol albo zrobić prawo jazdy, nie oznacza, że jest wyjątkowy i wszystko mu wolno. A tak często myśli teraz młodzież” – twierdzi Marta, studentka. Sama w swoje osiem-naste urodziny zaprosiła trzy koleżanki na pizzę i nie żałuje, że nie robiła hucznego przyjęcia, mimo że znajomi i rodzice ją do tego namawiali. Spędziła przyjemnie czas i dostała prezent, który już zawsze będzie jej się kojarzył z tymi osobami. Uważa, że to były wspaniałe urodziny. Każdy ma inny pomysł na to, jak (i czy w ogóle) uczcić swoją osiemnastkę. Najważ- niejsze, aby czuć się wtedy dobrze i myśleć o swoich pragnieniach, a nie kierować się modą czy wymaganiami znajomych. Wy-daje mi się, że nawet jeśli ten dzień nie zmienia wiele w życiu, to jednak nie można mu odmówić odrobiny magii. Ważne jest, aby spędzić go wyjątkowo i na długo zapamiętać. Tego też życzę wszystkim tegorocznym osiemnastkowym jubilatom. Agnieszka Antosik Fot. 1: Will Clayton (CC BY 2.0) Fot. 2: Shardayyy (CC BY 2.0) Fot. 3: Brian Glanz (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. CONSTANTINE,
IDŹ DO DIABŁA
KULTURA: RECENZJA SERIALU

„Hellblazer” to seria komiksów wyda-wana przez DC Comics, opowiadająca historię Johna Costantine – egzorcysty i maga. Na jej podstawie wyproduko-wano w 2005 roku film z Keanu Reevesem w roli głównej, a jesienią zeszłego roku odbyła się premiera serialu. Po trzynastu odcinkach wstrzymano jednak jego produkcję. Dzięki Bogu. Nie miałem przyjemności zapoznać się z całą serią „Hellblazera”, ale „liznąłem” kilka zeszytów i byłem zachwycony postacią egzorcysty. Oryginalny scenariusz, ciekawy bohater oraz mroczny świat przepełniony demonami i duchami – to jest coś, co lubię i co znalazłem w serii. Mimo że film Fran-cisa Lawrence’a zrealizowany na jej pod-stawie nie osiągnął dużego sukcesu, wra-cam do niego co jakiś czas, bo Keanu Reeves zagrał w nim genialnie. Gdy usły-szałem, że amerykańska stacja NBC produ-kuje serial pod tytułem „Constantine”, podskoczyłem z radości i nie mogłem doczekać się premiery. W wakacje do sieci wyciekł odcinek pilotażowy, który zebrał srogie baty od krytyków i fanów. Mnie rów- nież nie zachwycił, ale mimo wszystko pokładałem w tym projekcie wiele nadziei. Jesienią, gdy oglądałem premierowe od-cinki, moja nadzieja umarła. „(...) fabularnie „Constantine” przypomina serial stacji CW – „Nie z tego świata”.” Twórcy „Constantine’a” nie sprostali oczekiwaniom moim i reszty fanów. Fakt, byłem przyzwyczajony do postaci przedsta-wionej przez Reevesa – nałogowego pal-acza, samotnika niosącego ciężkie brzemię pogodzonego ze swoim losem i mającego jeden cel – odesłanie wszystkich demo-nów tam, gdzie ich miejsce. Constantine z „Hellblazera” jest nieco inny: oprócz tego, że jest sympatycznym blondynem, poma-ga ludziom w walce z ciemnymi mocami, to przy okazji dużo pije i nie stroni od towa-rzystwa kobiet. Właśnie takiego Johna starał się przedstawić odtwarzający go w serialu Matt Ryan. Szkoda, że ta sztuka nie wyszła mu najlepiej.

KULTURA: RECENZJA SERIALU

Po pierwsze, miałem wrażenie, że Ryan pali tylko wtedy, gdy sobie o tym przypomni, bo papierosy marki Silk Cut są wizytówką Constantine’a. W kilku pier-wszych odcinkach prawie w ogóle nie można było dostrzec papierosa w jego ustach. Piszę „prawie”, bo najczęściej w ta-kich scenach po prostu go gasił. Opamiętał się dopiero pod koniec sezonu, Reeves zaś palił jak smok. „Scenariusz „Constantine’a” to kpina. Nic dziwnego, że jest mocno krytykowany i wstrzymano produkcję serialu.” Po drugie, Ryan i pozostali aktorzy są w se-rialu sztuczni. Grają jak statyści – zero mimiki, zero emocji. Zamiast pałać sympatią do głównego bohatera, dener-wowałem się z powodu jego drętwych żartów, lekceważącego stosunku do wszys-tkiego i wszystkich oraz głupoty. Bez po-mocy przyjaciół nie byłby w stanie roz-wiązać żadnej sprawy, co więcej, umarłby już w pierwszym odcinku. W filmie Reeves jest profesjonalistą, ma charyzmę, pocią-gającą tajemniczość i wszyscy się go boją, łącznie z demonami. Potrafił sam wejść do pomieszczenia i wiel-ką spluwą załatwić „prawą rękę” szatana. A jego powiedzenie „This is Constantine. John Constantine, asshole” mówiło samo przez się. Takiego drania oczekiwałem. Po trzecie, fabularnie „Constantine” przy-pomina serial stacji CW – „Nie z tego świata”. Coś złego dzieje się w jakimś zakątku Stanów i dzielni egzorcyści wyru-szają na pomoc zwykłym ludziom. Różnica między serialami jest taka, że w tym pierwszym bohaterowie znajdują sprawy na starej mapie pokazującej aktywność deomonów, przez większość część odcinka certolą się z przeciwnikiem, by wyelimi-nować go w końcu sposobem, który jest najprostszy i zaoszczędziłby trzydziestu minut męki, a na który nie potrafią wpaść od razu. W drugim zaś bracia Sam i Dean przeszukują Internet w celu odnalezienia sprawy, przeprowadzają śledztwo, walczą z wymagającym wrogiem i przeważnie wychodzą cało z opresji. W „Nie z tego świata” każda historia ma jakiś sens, potrafi zaciekawić. Pomijam również fakt, że przynajmniej jest na co popatrzeć (mam tu na myśli aktorów grających główne role, mających miliony fanek na całym świecie) i z czego się pośmiać. „(...) aktorzy są w serialu sztuczni.” Scenariusz „Constantine’a” to kpina. Nic dziwnego, że jest mocno krytykowany i wstrzymano produkcję serialu. Fani ocze-kiwali mrocznej historii z charyzmatycznym bohaterem. Otrzymali pajaca w krawacie, który wygłupia się w każdym odcinku. To

KULTURA: RECENZJA SERIALU

tylko jeden sezon, a ma się wrażenie, jakby to był siódmy czy ósmy – to po prostu nudny. Co więcej, w każdym epizodzie, gdy John rozmawia z Mannym (anioł grany przez Harolda Perrineau – aktora, który pojawia się w każdym serialu), zesłaniec niebios informuje go, że zbliża się coś mrocznego i potężnego. Gdy jest już blisko, nie jest nam dane wiedzieć, co to takiego. Ostatecznie scenarzyści zostawiają nas z zaskakującym zakończeniem, które dobija widza jeszcze bardziej, bo jesteśmy ciekawi, jak ta historia potoczyłaby się dalej, ale nie chcemy i prawdopodobnie nie będziemy jej oglądać. Chodzą plotki, że „Constantine” ma być przeniesiony do stacji Syfy (która emito-wała m.in. serial klasy B „Z Nation” oczy-wiście z Haroldem Perrineau w jednej z głównych ról), gdzie funkcjonować ma pod tytułem „Hellblazer”. Do tych planów należy jednak podejść sceptycznie. Póki co, twórców „Constantine” należy posłać do diabła, bo tylko w ten sposób będą świadomi swojego błędu, i czekać na sequel filmu, miejmy nadzieję, z Keanu Reevesem w roli głównej. Tomasz Król





PATRONATY

OUTRO Projekt „Uwolnij Siebie” realizowany jest w ramach olimpiady „Zwolnieni z teorii”. Pragniemy uświadomić młodym ludziom, że w życiu ważne jest spełnianie własnych marzeń i zachęcić do realizowania postano- wionych sobie celów, by już teraz zadbać o naszą przyszłość oraz zdobyć doświad- czenie, które przyda się w pierwszej pracy. Pokazujemy zalety wolontariatu oraz propa-gujemy ciekawe projekty, w których mogą uczestniczyć młodzi ludzie. Już wkrótce odwiedzimy szkoły i przedstawimy nasz projekt oraz zachęcimy do udzielania się jako wolontariusz. Zapraszamy wszystkich zainteresowanych wolontariatem oraz roz- wojem osobistym, do odwiedzenia naszej strony na facebooku i wzięcia udziału w organizowanym konkursie. POLECA Czy kiedykolwiek wstydziłeś się zwrócić uwagę na niepoprawne zachowanie ludzi obok Ciebie lub po prostu chciałeś żyć kul- turalnie i w pełni, jak na homo sapiens w XXI wieku przystało? Jeśli tak, to mamy coś dla Ciebie – projekt „Kulturalnie Nieba- nalnie” organizowany w ramach Olimpiady „Zwolnieni z Teorii”. Ma on na celu pobu- dzić ludzi do działania oraz krzewić prospo- łeczne zachowania w miejscach publicznych. Kto powiedział, że kulturalne zachowanie musi być nudne? Daj się wkręcić i dołącz do akcji „Kulturalnie Niebanalnie” już dziś! Dowiedz się więcej. Fot. 1: Sarah Reid (CC BY 2.0) Zdjęcie zmniejszono i przycięto z oryginału.
TEORIA AUSTINA, SOSNOWIEC I JA
KULTURA: FELIETON

Trochę o szkolnictwie i wielkim świe-cie. O różnicy pomiędzy mieszkańca-mi dużych i mniejszych miast. O dziele przypadku i przeciętnym licealiście w nieprzeciętnej sytuacji. Po prostu o konkursie polonistycznym dla uczniów szkół ponadgimnaz-jalnych. Tego, że nasz system edukacji jest absurdalny, tłumaczyć nie trzeba. Łatwo sobie wyobrazić też fakt, że Warszawa, Kra- ków czy inne duże, bogate miasta Polski są naprawdę zupełnie innym światem dla zwyczajnego mieszkańca nie tak ogromnej miejscowości. Takich chociażby Gliwic, które według wrocławianina mogą leżeć równie dobrze nad morzem (historia prawdziwa!). Jeszcze to, że profesorowie uczelni wyższych o zmianach zachodzących w szkolnictwie wiedzą niewiele, choć organizują konkursy dla szkół ponad-gimnazjalnych, wydaje się być całkowicie możliwe. A świadomość, że uczniowie większych miast uważają się, generalizując rzecz jasna, za lepszych i mądrzejszych od przeciętnego ucznia nie najlepszego liceum

KULTURA: FELIETON

w owym mniejszym mieście, tym znad morza czy innego Śląska – spłynęła na mnie nagle. Czy słyszeliście kiedykolwiek o Olimpiadzie Literatury i Języka Polskiego? To jeden z tych burżujskich konkursów dla licealis-tów. Ale o tym, z czym to się je i jak to konkretnie wygląda, dowiedziałam się, jak zwykle, za późno. Otóż, dla niedoinfor-mowanych, laureaci olimpiady są zwolnieni z części ustnej i pisemnej matury z języka polskiego oraz dostają się w pierwszej kolejności na wydziały humanistyczne większości polskich uczelni wyższych. Polonistka powiedziała do mnie jesienią: może napiszesz pracę na olimpiadę? Jasne, że napiszę, dlaczego nie. W paru konkursach brałam udział, mniejszych czy większych, nawet z jakimiś osiągnięciami. Jeden z dziewięciu tematów wydał się być całkiem przyjemny – o poezji drugiej połowy XX wieku, więc jaki to problem napisać parę stron o czymś, co po prostu mnie interesuje. Pierwszy kłopot pojawił się dosyć szybko, kiedy przejrzałam literaturę przedmiotu, do której wypada-łoby się w pracy odnieść. Podane pozycje okazały się być niedostępne nie tylko w miejskich bibliotekach gliwickich, ale również katowickich. Trzeba było zwrócić się do nieco starszych znajomych, bo i owszem, studencka biblioteka w swych zasobach parę tychże ciekawych książek posiada, nie wszystkie rzecz jasna, bo gdzie tam biedne Katowice, to żaden Wrocław, żadna Warszawa, które, jak mi się wydaje, są dużo bardziej dostosowane do studenckiej społeczności, choćby właś-nie przez wzgląd na większe zasoby bibliotek. Jedna wycieczka do Katowic i parę istotnych książek udało mi się zdobyć, więc problem pokonany, praca napisana, sprawdzona, zrecenzowana, zapieczę-towana i wysłana do okręgu katowickiego. Można o niej zapomnieć, jak o wielu innych, choć wkład wysiłku w ową, potwierdzam, był nieco większy. Ale co to? Dzień wyników, praca zakwalifikowana, jedynie dwa punkty stracone, drugi etap w Sosnowcu czeka w lutym, dnia czterna-stego. Trzeba by się zatem tej całej inicjatywie bliżej przyjrzeć. Podobno lepiej późno niż wcale. Proszę bardzo, strona internetowa olimpiady, zakładka dla uczestników, lista lektur obowiązkowych, przedstawiona wyłącznie z uwagi na fakt, iż różnorodność programów nauczania języka polskiego w polskich szkołach jest dozwolona. Różnorodność dozwolona, jas-ne, ale jakim cudem przeglądam listę, liczącą sobie nieco ponad sześć stron A4, z której ponad połowy książek w życiu nie miałam w dłoni, bo – jak twierdzi moja polonistka – zostały one dawno temu wycofane z podstawy programowej. A to dziwne, skoro na jednej liście mamy tak standardowe pozycje, jak chociażby „Anty-gonę” czy „Lalkę”, a z drugiej strony szereg pozycji niemówiących zwyczajnemu licea-liście nic. Czy tylko mi wydaje się być to delikatną niekonsekwencją? Rozumiem, że

KULTURA: FELIETON

konkurs jest czymś dodatkowym i wymaga większej wiedzy – to naturalne. Jednak lista tychże „lektur obowiązkowych” została skonstruowana w taki sposób, że uczestnik odnosi wrażenie, jakby to wszystko powi-nien był już dawno temu przeczytać. A do drugiego etapu został równo miesiąc. Zabawniejsze jednak okazały się być zaga-dnienia z językoznawstwa rozpisane na niemal pięćdziesiąt stron. Głupia nie byłam, przejrzałam ów przewodnik pobieżnie, a najbardziej spodobały mi się punkty, z których słowa nie byłam w stanie zrozumieć. Taka na przykład teoria perfo-rmatywności Austina. Uruchamiam znajo-mości i proszę panią magister polonistyki, żeby wytłumaczyła mi, co to w ogóle są te performatywy, konstatacje i warunki fortu-nności, zawarte w teorii tegoż Austina, które tak przykuły moją uwagę. Nie wiem, czy od czasu studiów tej pani tyle się zmi-eniło na kierunku polonistycznym, ale według niej o performatywach mówi się na doktoracie. Jak dobrze, że jestem w lice-um, a z gramatyką języka polskiego po-żegnałam się w gimnazjum. Jak cudownie, że burżujska olimpiada, chyba nieprze-znaczona dla takich leserów jak ja, jest już za miesiąc. „Jestem również bogatsza o pewne doświadczenia i poszerzyłam swą wiedzę z języka polskiego.” „Zamiesiąc” minął. Walentynki spędziłam u boku polonistki w sosnowieckim liceum, pisząc pracę literacką przez cztery godziny i rozwiązując test gramatyczny przez niecałe dwie. Ja, uczennica przeciętnego liceum, zamieszkała w jakichś, pożal się Boże, bliżej niezidentyfikowanych Gliwi-cach, która nigdy wcześniej nie pisała czegoś tak wyczerpującego, nie miałam już bladego pojęcia, które słowa pisze się razem, a które osobno; które są kolokwial-ne, a które nie. Wyzuta z emocji przysłuchiwałam się rozmowom innych olimpijczyków, zaciekle zwierzających się wszystkim naokoło z planów studiowania filologii polskiej na Jagiellonce – tak, oni doskonale już to wiedzą, choć zaznaczyć trzeba, że znaczna większość uczestników to uczniowie klas pierwszych i drugich. Godne to podziwu, nie przeczę, ale jakoś nigdy nie pałałam zbytnią sympatią do nazbyt pewnych siebie ludzi o przeroś-niętym ego, którzy zawsze robią wszystko lekką ręką. To pewnie przez zazdrość. Pewnie tak. Nie, nie przeszłam dalej. O dziwo przez wzgląd na pracę literacką, a nie test gramatyczny, którego tak bardzo wszyscy się obawiają. Pierwsze zderzenie z wielkim światem mam za sobą, kolejną konfro-ntację z nadciągającą dorosłością – także, ale najważniejsze, że olimpiada i stres z nią związany są już przeszłością. Jestem również bogatsza o pewne doświadczenia i poszerzyłam swą wiedzę z języka polskiego. Otóż, będąc w klasie maturalnej,

KULTURA: FELIETON

już wiem, czego można się spodziewać na doktoracie z polonistyki. Ponadto poznałam zachwycające fragmenty „Kroniki polskiej”, traktat „O poprawie Rzeczypospolitej” czy też fenomenalną powieść o wszystkożer-nych olbrzymach. O olimpiadzie piszę z perspektywy bardziej zdystansowanej, mniej zaangażowanej, ponieważ wiem, że niektórzy licealiści na ów konkurs przygo-towują się bardzo długo (w sieci można znaleźć nawet blogi wspomnieniowe byłych olimpijczyków). Ja natomiast wzięłam udział w olimpiadzie, nie będąc do końca świadoma, na czym to dokładnie polega. Moje uczestnictwo było, można powiedzieć, efektem przypadku, gdyż moja polonistka od lat nikomu tego nie proponowała – jej ostatnia uczennica, której udało się przejść dalej (i to tylko do drugiego etapu), od paru ładnych lat sama jest już nauczycielką języka polskiego. Przygotowująca mnie pa-ni założyła zatem z góry, że i tak niewielkie są szanse na to, że mi się uda, więc nie ma co się nastawiać i ja również podeszłam do tego bardziej eksperymentalnie. Można je-dynie żałować, że nie spróbowało się wcześniej. Warto wziąć udział w Olimpia-dzie Literatury i Języka Polskiego, gdyż jest to przedsięwzięcie niezwykle perspektywi-czne, ale należy nastawić się nie tylko na ciężką pracę, co wydaje się być logiczne, ale także na gęstą atmosferę przechwałek wśród uczestników. Sprawiają oni wrażenie zacnego grona wybrańców – aż dziw, że przez chwilę dane mi było pośród nich stać. Natalia Śliwińska Fot. 1: David Allis (CC BY 2.0) Fot. 2:Erin Kohelberk(CC BY 2.0) Wszystkie zdjecia zmniejszono i przycięto z oryginałów. MIESIĄCA
MUZYCZNE PODSUMOWANIE
KULTURA: CYKL

Każdy z fanów muzyki, zarówno po-powej, jak i alternatywnej, oczekuje na moment, kiedy będzie mógł zazna-czyć w swoim terminarzu najważ-niejsze daty festiwali muzycznych. Zatem prześledźmy razem festiwale, które powinny być obowiązkowymi pozycjami na tegorocznej liście „must be and see”. *** Open’er Festival. Znana jest już oficjalna data imprezy. Od 1 do 4 lipca Gdynię odwiedzi (szacunkowo) ponad 200 tysięcy fanów muzyki alternatywnej. Temperatura letniej imprezy wzrośnie do granic wytrzymałości. Stanie się to za sprawą line–upu. Tym razem na main stage’u zobaczymy: Die Antwoord, Mumford and Sons, Of Monsters and Men, Modest Mouse, Majora Lazera, Kasabian, Kendricka Lamara, Hoziera, Alt–J i wielu innych.

KULTURA: CYKL

Tauron Nowa Muzyka. Poznaliśmy wykonawców, którzy wystąpią podczas dziesiątej edycji festiwalu. W dniach 20–23 sierpnia, w Katowicach, zagrają: Jamie Woon, Tyler The Creator, Kwabs, Kiasmos, Portico, The Juan Maclean, Autechre, Objekt, Vessels, Ghostpoet, Dopplereffekt oraz Fatima & The Eglo Live Band. „Od 1 do 4 lipca Gdynię odwiedzi (szacunkowo) ponad 200 tysięcy fanów muzyki alternatywnej.” Orange Warsaw Festival. Od 12 do 14 czerwca stolica zamieni się w miasto muzyki. Obok zagranicznych wykonawców, takich jak Mark Ronson, Muse, Papa Roach, Palomy Faith, The Chemical Brothers, wystąpią również artyści polskiej sceny muzycznej: Nosowska, Hey, KAMP!, Łąki Łan i wielu innych. Audioriver. Tegoroczne wakacje będą nie lada gratką dla fanów muzyki alternatyw-nej. Od 24 do 26 lipca w Płocku pojawią się: Róisín Murphy, Noisia, Simian Mobile Disco (dj set), Ben Klock, Fur Coat, Tale of Us, Nervy, Kalipo Live i wielu innych. Przystanek Woodstock. Od 30 lipca do 1 sierpnia w Kostrzynie nad Odrą po raz dwudziesty pierwszy staną Mała i Duża Scena, na których zaprezentują się m.in.: Within Temptation, Black Label Society, Shaka Ponk, Congo Natty, Illusion, Elu-

KULTURA: CYKL

veitie, Mrozu, Lipali, Mela Koteluk oraz Scarecrow. „Tegoroczne wakacje będą nie lada gratką dla fanów muzyki alternatywnej.” *** Muzyka popowa, alternatywna oraz elektroniczna: Kylie Minogue. Minogue pracuje z Fernandem Garibayem nad wspólną EPką. W jednym z klubów w Los Angeles zaprezentowali piosenkę „Your body”, która zwiastuje ich współpracę. The Knocks. Po ciepłym przyjęciu singla „Classic” The Knocks prezentują swój kolejny materiał. Utwór „Dancing with Myself” miał swoją premierę pierwszego marca i stanowi zapowiedź albumu zatytułowanego „55”. Fifty Shades of Grey. Chociaż film budzi wiele kontrowersji, ma wspaniałą ścieżkę dźwiękową. Kompilacja to zbiór piosenek Beyoncé, Ellie Goulding, The Weekend, Annie Lennox (znanej z Eurythmics), Jessie Ware czy Sia. Przy niektórych utworach słuchacz dostaje gęsiej skórki. Zadbano w nich o melodyjność, grację, każda jest inna, ale razem tworzą spójną całość, obok której trudno jest przejść obojętnie. Jedną z moich ulubionych jest „The Weekend”

KULTURA: CYKL

i „Earned it”. Zedd i Selena Gomez. „I Want You to Know” to najnowsza produkcja niemiecko–rosyjskiego DJ–a. Gościnnie pojawiła się w nim Selena Gomez, która w życiu prywatnym jest partnerką Zedda. Piosenka stanowi zapowiedź drugiego albumu producenta, data premiery jest jeszcze nieznana. Selah Sue. Belgijska piosenkarka, znana z piosenki „This World”, zdradziła, że jej najnowsza płyta „Reason” pojawi się w sklepach już 27 marca. Komplikacja składać się będzie z siedemnastu utworów, zaś „Alone” jest jej singlem promującym. Florence + the Machine. Minęły cztery lata od wydania ostatniego krążka Florence. singiel „What Kind Of Man” miał swoją premierę 12 lutego w BBC Radio 1. Utwór zwiastuje album „How Big, How Blue, How Beautiful”, który będzie miał premierę w kwietniu. Conor Maynard. Brytyjski wokalista pracuje nad drugim albumem studyjnym, którego data nie jest jeszcze znana. Piosenkarz współpracuje m.in. z: Travie McCoy’em, Timbalandem oraz Davidem Craigem. Singlami promującymi są piosenki „R U Crazy” i „Talking About”. Wojciech Żywolt #6
FERIE Z PODTEKSTEM W TLE
KULTURA: CYKL

Zastanawiałeś się kiedyś, czy sok z kiwi i ananasa rozpuści człowieka? A może ciekawi cię, czy możliwe jest wyodrębnienie DNA z cebuli? Ostatnia część cyklu zabierze cię w świat biologii i pokaże, jak w domowych warunkach przeprowadzić ciekawe doświadczenia! Biologia – jestem jej wielkim miłośnikiem, toteż nie mogłem nie poświęcić właśnie jej ostatniego tekstu serii. Ferie wprawdzie dobiegły już końca i większość z was myśli już raczej o strasznym zderzeniu ze szkolnym i studenckim życiem oraz rutyną dnia codziennego niż o tym, jak efektywnie spędzić te ostatnie chwile. Spróbujcie zatem zabawy w młodego naukowca. Trzy eksperymenty – niezwykle proste i nie wymagające ani specjalnych odczynników, ani sprzętu laboratoryjnego. Do dzieła! „Cytryna nadal wykręca twarz (chociaż nieco słabiej), kiwi natomiast nie szczypie.”

KULTURA: CYKL

Niejednokrotnie jedząc kiwi, krzywiłeś się, mając owoc w ustach. Za szczypanie i kłucie w język oczywiście odpowiedzialne są kwasy zawarte w owocu. Oczywiście niekoniecznie! Gdyby to właśnie one plądrowały twoje kubki smakowe, po poddaniu owoców obróbce termicznej nadal „kwasiłyby” twój język. Aby to sprawdzić, potrzebne ci będą: dwa małe talerze, wrzątek, plaster cytryny oraz plaster kiwi. W oddzielnych naczyniach umieść owoce i zalej je gotującą się wodą. Poczekaj, aż wystygną i skosztuj ich. Cytryna nadal wykręca twarz (chociaż nieco słabiej), kiwi natomiast nie szczypie. Przypadek? Nie sądzę! Czemu więc tak się stało? Za wszystko co niedobre w kiwi czy ananasie odpowiedzialne są białka, a nie kwasy. Bowiem to właśnie białka pod wpływem wysokich temperatur denaturują, czyli tracą swoje właściwości biologiczne. Kwasy są na nią odporne, toteż cytryna nadal była kwaśna, a kiwi nie. Ta mała cholera, która utrudnia życie miłośników wyżej wymienionych owoców, nazywa się peptydaza – żarłoczny enzym rozkładający białka. No dobra, już wiemy, czemu „szczypie”, pozostaje odpowiedzieć na pytanie, czy sok z kiwi i ananasa jest w stanie „zjeść” człowieka. Dość trudno odpowiedzieć mi na to pytanie, wszak nigdy tego nie sprawdzałem. Pewien jestem kilku wniosków co do wspom-nianego doświadczenia. Kości i zęby pozo-stałyby nienaruszone, podobnie jak włosy – odradzam używanie jako metody na pozbycie się ciała po zabójstwie. Sok musiał-

KULTURA: CYKL

by być niezwykle stężony, a i tak ogromną barierę, niemal nie do pokonania, stano-wiłaby skóra zbudowana z keratyny, która jest niezwykle wytrzymałym i odpornym białkiem. Dodatkowo po jakimś czasie peptydaza by się zużyła. Wszak jako białko sama zaczęłaby się rozkładać. Poza tym samo pozyskanie obiektu badań stanowi-łoby duży problem. Ludzie pytaliby po co, w jakim celu, skąd ma pan te zwłoki, proszę zostawić trumnę mojej babci… Za dużo kłopotów. Jeśli jednak odważysz się na przeprowadzenie doświadczenia, napisz do mnie. Aby przekonać się, że peptydaza rozkłada białko, wystarczy jednak przepro-wadzić prostszy eksperyment. Potrzebne ci będą: dwa kieliszki, proszek do prania, jajko, woda. Rozbij jajko i nabierz trochę białka do kieliszka, w drugim sporządź wodny roztwór proszku – zawiera on peptydazę. Do białka dolej rozwodniony proszek i odstaw kieliszek w ciepłe miejsce. Po dziesięciu minutach sprawdź zawartość. Białko się ścięło – to objaw jego rozkładu. „(...) obserwuj, jak nitki DNA wynurzają się, wraz z bąbelkami powietrza z mętnej masy, w klarowny alkohol. Podziwiaj magię genetyki!”

KULTURA: CYKL

Do kolejnego eksperymentu przyda się inny produkt spożywczy – cebula, która ostatnimi czasy stała się symbolem zaco-fanej części Polski. Jednych to cieszy – znam takich – inni się wstydzą. Warto lepiej przyjrzeć się jej z bliska i wyciągnąć jej DNA na zewnątrz komórki. To doś-wiadczenie, chociaż bardziej rozbudowa-ne, wcale nie jest trudniejsze. Potrzebne ci będą: mikrofalówka, lodówka, spirytus, cebula, deska do krojenia, nóż, szklanka, płyn do mycia naczyń, sól kuchenna, zimna woda lub lód oraz łyżka. Spirytus, wbrew panującemu zwyczajowi, należy włożyć do zamrażalnika w celu naukowym, a nie schłodzenia trunku. Zrób to na kilka godzin przed dalszymi czynnościami, ponieważ musi być on silnie zmrożony. „Sześć tygodni pisania miało zachęcić was do czegoś nowego (...).” Następnie drobno posiekaj połówkę cebuli średniej wielkości i wsyp ją do szklanki, dodaj łyżkę płynu do naczyń (zaleca się ten bezbarwny) i taką samą ilość soli. Szklankę z zawartością zalej wodą do ¾ objętości, wymieszaj i wstaw do mikrofalówki. Po-czekaj, aż zawartość się zagotuje, po czym wstaw szklankę do miski i zalej ją zimną wodą z lodem tak, żeby zimna woda nie przelała się do szklanki. Gdy twoja – dość nieprzyjemnie pachnąca – mieszanina bę-dzie już chłodna, z zamrażalnika wydobądź spirytus. Wlej go delikatnie po ściance szklanki – tak, żeby nie wzburzyć „papki”. Odstaw na dziesięć minut i obserwuj, jak nitki DNA wynurzają się,wraz z bąbelkami powietrza z mętnej masy, w klarowny alkohol. Podziwiaj magię genetyki! „Spirytus, wbrew panującemu zwyczajowi, należy włożyć do zamrażalnika w celu naukowym (...). ” Ferie. Moje skończyły się już tak dawno temu, że nawet nie pamiętam kiedy. Przez ostatnie sześć tygodni starałem się przedstawić wam alternatywne i ciekawe – mam nadzieję, że tak je postrzegaliście – pomysły na spędzenie waszej przerwy od nauki. Razem przeszliśmy od prostej (ale jakże przyjemnej!) wędrówki po lesie, przez meblarstwo, geocaching, Pilipiuka, poszukiwanie duchów aż do prostych eks-perymentów biologicznych. Sześć tygodni pisania miało zachęcić was do czegoś nowego, a mnie pomóc w poprawie warsz-tatu dziennikarskiego. Nie wiem jak u was, ale wraz z ostatnim tekstem naczelna przestała na mnie narzekać – chyba są ja-kieś postępy? Do przeczytania w przyszło-ści! Tomek Obrębski Fot. 1: Martius (CC BY 2.0) Fot. 2: Be&Zo (CC BY 2.0) Fot. 3: Raymond Zoller (CC BY–SA 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów.