Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

autostrada łez strona7 od dziś przestajesz być kobietą strona 10 odkryj siebie strona 13 głowy hydry strona17 gdzie nauczają lepiej strona 22 Outro poleca strona 25 perfekcyjna rutyna strona26 czosnkiem w paszczę czy kołkiem w oko? strona 30 uczta zmysłów przy dwunastu strunach strona 35 CZŁOWIEK CZŁOWIEKOWI WAMPIREM
O wampirach, które stra- ciły swoje magiczne moce, okrucieństwie i o tym, że nowe nie musi być wcale gorsze.


Świat pełen magicznych istot to już przeszłość. Dziś ta baśniowa (nie)rzeczywistość jest dużo mniej fascynują- ca. Siedziby trytonów zosta- ły spenetrowane przez moto- rówki, tereny strzyg zme- liorowano, a Smocza Jama robi za atrakcję turystycz- ną. Spośród magicznego in- wentarza stosunkowo najle- piej trzymają się wampiry. Jednak nawet one utraciły mroczny charakter, przeista- czając się w niestabilnych emocjonalnie młodzieńców. Przynajmniej taki obraz przedstawia współczesna popkultura – więcej na ten temat przeczytacie w tekś- cie „Czosnkiem w paszczę czy kołkiem w oko”. Może wampiry zostały mniej lub bardziej zneutralizowa- ne, jednak charakterysty- czne dla nich okrucieństwo wciąż ma się, niestety, nieź- le. Można to zaobserwować zarówno w skali globalnej (zainteresowanym tym te- matem polecam artykuł pt. „Głowy hydry”), jak i w naj- bliższym otoczeniu. Jedna z dziennikarek, w tekście „Odkryj siebie”, porusza problematykę negatywne- go nastawienia do młodzie- ży. Skoro siedzą przed kom- puterem, to z pewnością nic nie osiągną, prawda? Można by pomyśleć, że wszystkie procesy prowa- dzą do zmian na gorsze – bo i dzisiejsza młodzież nie taka, jak trzeba, i nawet na współczesne wampiry pa- trzy się z politowaniem. Obejmując funkcję redaktor naczelnej, postanowiłam nie dać się pesymistycznemu nastawieniu. Choć przycho- dzi mi się zmierzyć ze swoi- stą legendą poprzedników, wierzę, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Z taką ekipą, jak redakcja Outro, po prostu nie może być inaczej.

STOPKA REDAKCYJNA

OUTRO ISSN: 2299 - 5242 Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl Redaktor naczelna: Anna Lewicka Zastępca redaktor naczelnej: Karolina Wojtal Sekretarz redakcji: Ilona Chylińska Zastępca sekretarza redakcji: Mariola Lis Redaktor prowadzący: Patrycja Brejnak Korekta wydania: Zuzanna Świrzyńska Fotoedycja: Joanna Wojtyna, Roksana Grzmil Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Agnieszka Kracla (społeczeństwo), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy) Sylwia Pacholczyk (korekta) Korekta: Sabina Błaszczok, Monika Chabiniak, Maria Gołaszewska, Tomasz Król, Marlena Macios, Sylwia Pacholczyk, Weronika Sieprawska, Agata Szczepańska, Patrycja Ziemińska. Ostateczna korekta: Ariadna Grzona Graficy: Marta Chrząszcz, Magdalena Kosewska, Patryk Skoczylas. Projekt okładki: Magdalena Kosewska Zdjęcie na okładce: Hi I'm Santi (CC BY 2.0) AUTOSTRADA
ŁEZ
SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

Kanadyjska Highway of Tears to naj-bardziej znana droga na całym świe-cie. Autostrada łez, bo tak tłuumaczy się tę nazwę na język polski, jest koszmarem dla kobiet i policjantów, a zarazem rajem dla seryjnych mor- derców i gwałcicieli. Przeczytajcie o owianej tajemnicą autostradzie numer szesnaście. „Girls don't hitchhike” – „Dziewczyny nie jedźcie autostopem”! – tak głosi napis na znaku drogowym przy Highway of Tears, odcinku autostrady numer szesnaście, cią-gnącej się między Prince George i Prince Rupert w Kolumbii Brytyjskiej – jednej z prowincji Kanady. Droga łączy zachodnie wybrzeże kraju z miasteczkami w głębi lądu. Jest także jedną z najrzadziej uczę-szczanych dróg, nie tylko przez okolicznych mieszkańców, ale także turystów. To wszy-stko z powodu niewyjaśnionych zbrodni, do których doszło na tym odcinku drogi. Zaraz po wjechaniu na Highway of Tears telefony tracą zasięg, dookoła często unosi się mgła, przez co widoczność jest nie większa

SPOŁECZEŃSTWO „(...) znajduje jedynie poszlaki świadczące o tym, że na odcinku autostrady numer szesnaście grasuje co najmniej kilku seryjnych zabójców.”

niż pięćdziesiąt metrów. Według statystyk policji, do tej pory zaginęło osiemnaście osób, a nieoficjalne źródła podają liczbę czterdziestu trzech. Ofiarami są zazwyczaj młode dziewczyny wracające samotnie z imprez oraz mieszkańcy pobliskich miej-scowości, w tym Indianki idące z zakupami do swoich domów i niestety – także dzieci. Udało się jednak odszukać zwłoki tylko nielicznych. Policja bardzo często jest be-zradna, jeśli chodzi o odnalezienie winnych i kolejnych ciał, znajduje jedynie poszlaki świadczące o tym, że na odcinku auto-strady numer szesnaście grasuje co naj-mniej kilku seryjnych zabójców. Niektórzy przeciwnicy władz i wstrząśnięci rodzice za-ginionych twierdzą, że brak rezultatów w poszukiwaniach wynika z rasizmu, bowiem nikt nie wspomina, że większość zaginionych to aborygeni… „Odkryto kanał przerzutowy kanadyjskich Indianek jako »niewolnic« na amerykańskich statkach” – donosi kanadyjski portal bejsment.com. Okazuje się, że Human Right Watch przeprowadziła własne śledztwo, według którego kanadyjska policja rzeczywiście zaniedbywała swoje obowiązki. Media także robią niewiele w tej sprawie, nie licząc informacji o kolejnych ofiarach Highway of Tears. Problemowi seryjnych morderstw został poświęcony program telewizyjny „Highway of Tears” (Autostrada łez) oraz film w reżyserii Christiny Welsh „Finding Dawn” (Znajdując świt) poświęcony wszystkim osobom, które poniosły śmierć na kanadyjskiej auto-stradzie. Przybliża historie trzech z ponad czterdziestu zaginionych indiańskich kobiet.

SPOŁECZENSTWO

Dopiero zaginięcie czternastoletniej Aielah Saric–Auger w 2006 roku sprawiło, że o masakrach dokonywanych na drodze zaczęto mówić głośno – jest to do tej pory najmłodsza ofiara. By odnaleźć dzie-wczynę, zaangażowano całą stanową policję, powołano straż obywatelską, załamani rodzice wraz ze znajomymi, sąsiadami, przyjaciółmi prowadzili poszu-kiwania na własną rękę; przeczesywali okoliczne lasy, pobliskie miejscowości. Pomimo szybkiej reakcji władz niecałe dwa tygodnie później udało się odnaleźć jedynie zwłoki dziewczynki. Jednym z głównych podejrzanych był Bobby Jack Fowler – jego ślady znaleziono na ciałach kilku ofiar. Według śledczych mógł on jednak zabić dziesięć osób, a liczba ofiar jest znacznie większa… Dziewczyny zwabiane były podstępem. Prawdopodobnie zbrodniarze udawali, że potrzebują pomocy – parkowali na poboczu na awaryjnych światłach i czekali, aż któraś z podró-żujących samotnie dziewczyn ośmieli się pomóc. Proponowali im podwózkę, usypiali czujność swoim zachowaniem, a potem je zabijali. Są również inne teorie dotyczące zaginionych dziewczyn – niektóre mogły pijane wpaść do jeziora, inne zostać po-trącone przez samochód, jeszcze inne mo-gły po prostu uciec z niewyjaśnionych po-wodów. W 2010 roku policja stanowa udowodniła morderstwo piętnastoletniej Loren Donn Leslie, które popełnił się jej dwudziestojednoletni znajomy. Mężczyzna zaprosił dziewczynę na kawę, następnie wywiózł do lasu w pobliżu autostrady nu-mer szesnaście, zgwałcił i zabił. Pode-jrzewa się, że obok wcześniej wspo-mnianego Bobby’ego Jacka jest kolejnym mężczyzną, który dopuścił się kilku podob- nych zbrodni, o czym możemy dokładniej przeczytać na amerykanisci.blogspot.com. Do dziś zniknięcia wielu dziewczyn nie zostały wyjaśnione, a okoliczni mieszkań- cy są zszokowani postawą mediów i władz woobec tragedii. „W ciągu czterdziestu lat od pierwszej zbrodni ustalono tożsamość tylko dwóch morderców. Niewątpliwie jest to porażka osób zajmujących się sprawą” – czytamy na amerykanisci.blogspot.com. „Dziewczyny zwabiane były podstępem.” Wielu ciał już nigdy nie uda się odnaleźć, a Highway of Tears nie pozbędzie się mrocznej sławy. Mimo to chętnych do pokonania tego odcinka autostrady, bez względu na jakiekolwiek ostrzeżenia, co roku przybywa. Bardzo często autostrada łez jest głównym tematem debat w amerykańskim rządzie, jednak nawet po tylu latach nikomu nie udało się znaleźć skutecznego rozwiązania, które zapewniłoby bezpieczeństwo na tej trasie. Gabriela Szczepanik Fot1: Luz (CC BY 2.0) Fot2: Christiaan Triebert (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zostały zmniejszone i przyciete z oryginałów. OD DZIŚ PRZESTAJESZ BYĆ KOBIETĄ
„Bacha posh” w dialekcie dari oznacza dosłownie „ubierać się jak chłopiec”. Jednak dziewczynki, które stają się bacha posh, nie ograniczają się tylko do wymiany garderoby. Muszą zmienić też całą swoją tożsamość.
SPOŁECZEŃSTWO

Syn to prestiż dla afgańskiej rodziny. Te, które nie doczekały się męskiego potomka, mogą, zgodnie z tradycją, wyznaczyć jedną ze swoich córek na bacha posh. Z tą chwilą dziewczynka zmienia swoje imię, ścina włosy, zaczyna nosić męskie ubrania, grać w piłkę nożną i uprawiać inne „męskie” sporty. W tym czasie wspomaga finan-sowo rodzinę oraz opiekuje się matką i po-zostałym rodzeństwem. „Bacha posh” zost-aje się mniej więcej w wieku od pięciu do dziesięciu lat. Kiedy z upływem czasu dziewczynka zaczyna dojrzewać i oczy-wiste jest, że nie jest chłopcem, ma znowu stać się kobietą – założyć burkę, wyjść za mąż i zostać matką. Dzięki tej chwilowej zmianie płci kobieta może cieszyć się beztroskim dzieciństwem, bezpiecznie chodzić do szkoły i być tra-ktowana na równi z mężczyznami. Jednak życie jako „bacha posh” ma swoje gorzkie konsekwencje. Kiedy dziewczyna dorasta

SPOŁECZEŃSTWO

do wieku, w którym ma stać się kobietą, często nie potrafi odnaleźć się w nowej roli. A życie kobiety w Afganistanie nie jest łatwe. Kiedy w 1996 roku talibowie przejęli władzę w Afganistanie, kobiety zostały zepchnięte na margines życia społecznego – od siódmego roku życia musiały nosić burki, z domu mogły wychodzić tylko w towarzystwie spokrewnionych mężczyzn, a ich prawa do pracy i edukacji zostały ograniczone. Choć po obaleniu talibów sytuacja prawna kobiet uległa poprawie, nadal nie jest to państwo, w którym mogą czuć się bezpiecznie. Jeszcze dzisiaj są przymuszane do małżeństw, oblewane kwasem czy mordowane za to, że chcą odejść od męża albo za to, że wyszły za kogoś, kto nie odpowiadał ich rodzinie. Kobieta musi być skromna i posłuszna. Dziewczynom, które były „bacha posh”, trudno jest się z tym pogodzić, gdyż prawie całe życie były wychowywane jak chłopcy, a więc miały więcej przywilejów. Ponadto, „bacha posh” często identyfikują się ze swoją chłopięcą tożsamością. Jedną z takich osób jest Bibi Hakmeena, afgańska polityk, która do dzisiaj z niej nie zrezy-gnowała. Kiedy miała dziesięć lat, w 1979 roku, podczas radzieckiej interwencji w Afganistanie, jej starsi bracia wstąpili do wojska i Bibi jako najstarsza z sióstr prze-jęła ich obowiązki. Założyła męskie ubrania i zaczęła opiekować się matką i siostrami. Dzisiaj Hakmeena ciągle ubiera się jak mężczyzna, zawsze na ramieniu nosi kałasznikowa i naboje. Nazywa siebie „królem kobiet”. Inną sławną „chłopczycą” jest Maria Toor-pakay Wazir, pakistańska mistrzyni gry w squasha. Dorastając na pograniczu Pakistanu i Afganistanu, uznała, że woli być chłopcem. Dlatego, kiedy miała kilka lat, ojciec zmienił jej imię na Chingaiz Khan – dzięki temu mogła żyć tak, jak chciała, bez ograniczeń wynikających z bycia kobie- tą. Z biegiem czasu jej zainteresowanie squashem rosło, a wysiłek wkładany w tre- ningi zaczął procentować, Dziewczyna, pod swoją chłopięcą tożsamością, wygrywała różne zawody. Kiedy miała szesnaście lat, jej płeć wyszła na jaw, przez co Khan była wytykana przez innych graczy, dzieci i mężczyzn. Mimo pewnych korzyści, jakie niesie za so-bą bycie bacha posh, jest to krzywdząca praktyka. Zmienianie dziecku płci, często wbrew jego woli, nie powinno być pra-ktykowane w XXI wieku. Jednak Azita Raf-hat, afgańska parlamentarzystka (która sa-ma była bacha posh), kiedy nie doczekała się syna, zmieniła imię swojej córki, Mahrn-oush na męskie Mehran, obcięła jej włosy i zaczęła ubierać w męskie ubrania. Takie przykłady pokazują, że posiadanie syna jeszcze długo będzie chlubą dla afgańskich rodziców, a tradycja bacha posh nie od-chodzi w zapomnienie. Agnieszka Kracla Fot1: martinak15 (CC BY 2.0) ODKRYJ
SIEBIE
SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

„Widzicie nas tak jak chcecie nas widzieć – w najprostszy, w najwy-godniejszy sposób” – ten krótki cytat pochodzi z filmu „Klub winowajców” i bardzo dobrze pokazuje oskarża-jąco–oceniającą naturę człowieka. W ten sposób ludzi młodych, na progu wkroczenia w dorosłość, postrzega reszta dojrzałego (oczywiście) społe-czeństwa. Najprościej oceniać nas – tych, którzy według prawa są oso-bami dorosłymi, lecz wciąż poszukują swojej drogi. Jacy tak naprawdę jesteśmy? Młodzi, wchodzący w dorosłość, niezaradni i wreszcie nazwani moim ulubionym określ-eniem – pokoleniem Y. Ci, którzy urodzili się między rokiem 1980 a 2000, żyjący w „globalnej wiosce”, używający te-chnologii cyfrowych w każdej sferze swo- jego życia. Uważani za osoby zbyt pewne siebie, które stawiają jakość życia na pierwszym miejscu, często dłużej mieszka- ją z rodzicami, tym samym opóźniając wejście w dorosłość. Ponadto, według

SPOŁECZEŃSTWO „(...) określała »co poniektórych« pokoleniem wyrażającym swoje uczucia za pomocą jakże elokwentnej formy – emotikonów.”

badań Paul'a Harvey'a z University of New Hampshire, charakteryzuje ich nadmierna pewność siebie, nierealistyczne wyobraże- nia swojej przyszłości oraz silna niechęć w stosunku do krytyki. Niestety, nie mogę nie wspomnieć o pejoratywnym używaniu zwrotu „pokolenie Y” odnośnie mojej oso- by. Nauczycielka języka polskiego w moim liceum określała „co poniektórych” pokole- niem wyrażającym swoje uczucia za pomo- cą jakże elokwentnej formy – emotikonów. Nie wspominając o kultowych sformułowa- niach, podsumowujących nas bardzo krót- ko „ta dzisiejsza młodzież”. Nie mogę znieść wszystkich wyżej wymie- nionych zwrotów, które uogólniając i uzna- jąc wszystkich za jednolitą masę, potrafią zranić. W końcu ilu z nas walczy o swoje marzenia! Ilu z nas haruje nad zdaniem matury, wylewając pot, a nawet łzy, aby w końcu dostać się na wymarzone studia, po których i tak możemy nie dostać pracy – no jak to tak, bez doświadczenia! Co jednak mają powiedzieć ludzie należący do pokolenia Z, czyli ci wychowani w dobie wirtualnej rzeczywistości, od których będzie się wymagać znajomości egzotycz- nych języków, umiejętności radzenia sobie z kryzysami. To pokolenie egocentryków nastawionych wyłącznie na konsumpcję, zdolnych do poświęceń oraz większej mo- bilności niż generacje poprzednie, uważa- nych za osoby niedojrzałe i niecierpliwe. Nie da się nie zauważyć, że większość powyższych stwierdzeń jest negatywna. Oczywiście, mamy dostęp do Internetu i –

SPOŁECZEŃSTWO

owszem – nie musimy chodzić do bibliotek czy kupować stert encyklopedii, aby spra-wdzić znaczenie elokwentnego słowa uży-tego przez naszych znajomych. Klik i mamy wszystko! Poczynając od genialnych infor-macji, na pospolitych filmikach z kotami (taak!) kończąc. Może jesteśmy bardziej le-niwi i marnujemy czas przez jeden z najgo-rszych (a zarazem najlepszych) wyna-lazków ludzkości, przeglądając strony inte-rnetowe i poszukując niewiadomego celu, ale nie jesteśmy aż tak bezproduktywni. Nie wszyscy nie ustępujemy miejsca w aut-obusie, czasami pomagamy osobom star-szym w potrzebie, jesteśmy wolontariuss-zami, poznajemy świat i inne kultury! To całkiem naturalne, że jesteśmy po- równywanii do dwudziestolatków dekad wcześniejszych, nawet tych walczących oraz oddających życie za ojczyznę, ale moim zdaniem ta „dzisiejsza” młodzież wcale nie jest gorsza od poprzednich – z pewnością w obliczu straty najważniej- szych wartości oddałaby za swój naród bardzo dużo. Nie sądzę, aby to miało ulec zmianie. Oczywiście nie uciekniemy przed marginalizowaniem i ujednolicaniem, ale albo będziemy walczyć o nasze marzenia i coś osiągniemy, albo nie zrobimy nic i zos- taniemy zapomniani. Bo jednak jeśli potra- fimy w coś wierzyć, to również potrafimy to osiągnąć. Natalia Pożak Fot 1 i 3: Asia Wojtyna Fot 2: Kamyar Adl (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zostały zmniejszone i przyciete z oryginałów. GŁOWY
HYDRY
SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

Świat jeszcze nie otrząsnął się po kryzysie finansowym, a już musi sta-wić czoło kolejnym, znacznie groźni-ejszym wyzwaniom – sytuacja na Ukrainie jest nieprzewidywalna, trwa wojna przeciwko Państwu Islams-kiemu, zaostrza się rywalizacja mię-dzy Chinami a Japonią. W obliczu narastającego poczucia zagrożenia bardzo łatwo zwrócić się ku ruchom, które oferują proste i zdecydowane rozwiązania, obiecując bezpieczeńst-wo. Wyrazem tych tendencji jest wzrost popularności skrajnych ugru-powań w Europie, takich jak Front Narodowy we Francji, Złoty Świt w Grecji czy neonazistowska Narodo-wodemokratycznej Partii Niemiec. Zatrważającym zjawiskiem współczesnego świata jest radykalizacja poglądów, przy jednoczesnym bardzo stronniczym i wybió-rczym podejściu do ekstremistycznych ide-ologii. Jak inaczej wytłumaczyć to, że u niektórych odruch wymiotny budzi ubrany w piękne sentencje o wolności

SPOŁECZEŃSTWO

i równości komunizm, ustrój z gruntu zły i niemożliwy, ale jednocześnie te same osoby z taką sympatią odnoszą się do faszyzmu czy nazizmu, otwarcie gło-szących pogardę dla człowieka, zakła-dających nienawiść i przemoc? Dlaczego, jak często można przeczytać na prawico- wych portalach, inteligenci, którzy zwłasz- cza po wojnie zaangażowali się w socre- alizm są głupcami, pożytecznymi idiotami współodpowiedzialnymi za stalinowskie zbrodnie, a faszyzująca endecja, antyse- mityzm i brutalny nacjonalizm w dwudzie- stoleciu międzywojennym jedynie „wyra- zem czasów”? Dlaczego Pinochet – który w wojskowym puczu obalił legalnie powołane- go i odwołanego prezydenta Allende, a następnie stadiony zmienił w obozy kon- centracyjne oraz rozpoczął brutalne repre- sje wobec opozycji – jest uważany za zbawcę Chile? Oczywiście, nie oznacza to, że którąkolwiek z dyktatur należy chwalić lub brać w obr-onę. Niektórzy wielbiciele żołnierzy wyklę-tych bezkrytycznie potępiają działania partyzantów komunistycznych takich jak Che Guevara. Nie dostrzegają jednak, że obok wielu zaangażowanych ideologicznie członków polskiego podziemia antykomu-nistycznego w lasach ukrywała się masa zwykłych kryminalistów, którzy napadanie i rabowanie okolicznych wiosek oraz zabijanie Żydów tłumaczyli potrzebą walki z sowieckim okupantem. Analogicznie w wypadku Czerwonej Guerillii w Ame-ryce Południowej – ramię w ramię z bojownikami walczącymi o wolność stali pospolici bandyci. Dlatego absurdalna wy- daje się postawa ślepego uwielbienia dla jednych połączona z bezrefleksyjną pogar- dą wobec tych drugich. „Oczywiście, nie oznacza to, że którąkolwiek z dyktatur należy chwalić lub brać w obronę.” Przykłady można mnożyć. Nauczyciel historii w jednym z warszawskich liceów stwierdził na lekcji, iż gen. Franco „urat-ował Hiszpanię przed totalitaryzmem, a Europę przed istotnym wzrostem wpływów ZSRR”. To moralnie dwuznaczna opinia – rzecz nie w tym, by negować zbrodnie dokonywane przez republikanów w trakcie wojny domowej w Hiszpanii lub udział wojsk ZSRR. Trzeba jednak mieć na uwadze, że oficjalne dane Asociación para la Recuperación de la Memoria Histórica (hiszpańskiego odpowiednika naszego IPN–u, który dokumentuje zbrodnie wojny cywilnej w Hiszpanii) szacują liczbę ofiar czerwonego terroru w latach 1938–1939 na 38–48 tys., podczas gdy według innych źródeł frankiści zamordowali w tym sa¬mym czasie 140–200 tys. ludzi. Należy również pamiętać, że prześladowania nie zakończyły się po przejęciu władzy przez hiszpańskich nacjonalistów, a terror wymi-erzony w ruch antyfrankistowskiego oporu trwał aż do 1975 roku. Przyjmując tok rozumowania wspomnianego wyżej

SPOŁECZEŃSTWO

nauczyciela, można wywnioskować, że Armia Czerwona uratowała Polaków przed niewolą i jarzmem nazizmu. „Należy mieć nadzieję, że dawne koszmary już nigdy nie powrócą (...).” Pod płaszczykiem różnych ideologii kryją się te same demony. Jakakolwiek próba postawienia znaku większości lub mnie-jszości między faszyzmem, komunizmem a nazizmem będzie miała katastrofalne skutki. Gdy jedna z tych skrajności budzi nasze przerażenie i obrzydzenie, bardzo łatwo uciec się wówczas do jej radykalnego przeciwieństwa, szukając tam ratunku i wyzwolenia. Ten mechanizm był widoczny w Europie i USA podczas II wojny światowej. Ogromna część polityków i społeczeństw dała się wówczas uwieść Stalinowi, widząc w nim ostatnią szansę ratunku przed nazistowskim terrorem. Guevara stał się idolem oraz ikoną popkultury, gdyż był przeciwny impe-rializmowi. A stąd już łatwo o ślepe uwielbienie dla każdego, kto sprzeciwia się jednej ze skrajności, mimo że sam wy-znaje drugą. W tym miejscu warto wspo-mnieć słowa niemieckiego filozofa F. Niets-chego: „Kto walczy z potworami powinien się strzec, by nie stać się jednym z nich. Bo gdy zbyt długo spoglądasz w otchłań, otch-łań również zaczyna spoglądać w ciebie”. Bojownicy walczący z niesprawiedliwością często stawali się urzeczywistnieniem

SPOŁECZEŃSTWO

wszelkich cech przeciwko którym wystę- powali. Niczym w „Folwarku zwierzęcym” George’a Orwella – na końcu nie wiadomo już kto jest świnią, a kto jest człowiekiem. XX wiek pokazał, jakie są efekty uciekania się do skrajności, by zwalczyć nią inny rad-ykalizm. Nigdy na taką skalę nie wymor-dowano w najbardziej okrutny i poniżający sposób tak wielu ludzi. Nie ma żadnej róż-nicy między istotą hitlerowskiego Oświę-cimia, Treblinki a stalinowskiej Kołymy i Wysp Sołowieckich, frankistowskiego El Hecho w Ceucie lub Kambodży Pol Pota. Każde z tych miejsc z osobna i wszystkie razem stanowią dramatyczny przykład upa-dku systemu wartości, humanizmu i ele-mentarnej godności oraz szacunku nal-eżnego drugiemu człowiekowi tylko z racji samego jego człowieczeństwa. Należy mieć nadzieję, że dawne koszmary już ni-gdy nie powrócą, a te, które wciąż trwają – chociażby w Korei Północnej, Chinach, Kubie – rychło upadną. Wszelkie ustroje totalitarne, nawet te, które pozornie wydają się sprzeczne, w swej istocie są lustrzanymi odbiciami. Najwięksi wrogowie ideologiczni – Hitler i Stalin – nie wahali się odrzucić względów światopoglądowych na rzecz współpracy i podziału Polski. Pod odmiennymi, wymu-szonymi sytuacją zewnętrzną, nazwami uk-ryte jest to samo zjawisko, te same mechanizmy i pomysły. Wszystkie w jedn-aki sposób okrutne – wszak każdy cios boli tak samo – nieważne, czy uderzyła cię pię- ść w czerwonej czy brunatnej, czarnej czy w białej rękawicy. Powinniśmy więc odżegnywać się od jakie-gokolwiek ważenia lub usprawiedliwiania nikczemności. Jeśli tylko zaczyna się twie-rdzić, że którakolwiek ze skrajności jest le-psza bądź gorsza, wpadanie się w błędne koło totalitaryzmu. On nie pojawia się z momentem wyjechania czołgów na ulice. Każdy system pogardy zaczyna się, gdy maleje tolerancja wobec nieszkodliwych „inności” – homoseksualistów, księży, Żydów; gdy są one przedstawiane jako tak „niebezpieczne”, że należy wyeliminować je ze społeczeństwa. „Wszelkie ustroje totalitarne (...) w swej istocie są lustrzanymi odbiciami.” Wydawać by się mogło, że Europejczycy po bolesnych doświadczeniach z ubiegłego wieku powinni doskonale rozumieć, jakie skutki może mieć uciekanie się do skra-jności i radykalizmu. Niestety, historia po raz kolejny uczy nas, że nic się z niej nie uczymy. Doskonałym przykładem jest gło-śna, za sprawą reportażu „The Guardian”, historia dziewiętnastolatki z Konina, która wstąpiła do Obozu Narodowo–Radykalnego. Jak sama mówi, do podjęcia tej decyzji skłonił ją wyjazd przyjaciółki na emigrację. Tak oto młoda osoba z całkowicie apoli–

SPOŁECZEŃSTWO

tycznych powodów i bez żadnej refleksji ideologicznej dołączyła do skrajnie prawico- wej organizacji. Na początku XXI wieku hydra, która sprawiała wrażenie ostatecznie pokonanej, na nowo unosi z ziemi swe głowy – a każda z nich w gruncie rzeczy prowadzi do jednego – zagłady i tragedii wielu milionów ludzkich istnień. Nie ma żadnej różnicy między Stalinem, Hitlerem, Franco, Pol Potem, Pinochetem i Mao. Każdy z nich jest głową tej samej hydry; każdy z nich jest takim samym zbrodniarzem. Utopijne idee, w imię których dokonywali ludo- bójstwa schodzą na dalszy plan – zbrodnia zawsze pozostaje zbrodnią, a zło złem niezależnie od ideologii, którą by się uspra- wiedliwiano i tego, jak piękne wizje byłyby przed nami roztaczane. Wątpliwa przysz- łość jest okuupiona niezliczonymi ofiarami. Dostojewski napisał, że gdyby zbawienie świata i ludzkości miało być uzależnione od uśmiercenia jednego dziecka, trzeba by z tego zbawienia zrezygnować. Miejmy nadzieję, że dzisiejsza generacja stanie na wysokości zadania i nie da się omotać ra- dykalnym doktrynom, które próbują wyko- rzystać zakręt historii, na jakim obecnie się znajdujemy. Mateusz Fittkau Jan Błoński Fot. 1: Mac_Ivan (CC BY 2.0) Fot. 2: Cavin (CC BY 2.0) Fot. 3: TarasTarasov (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zostały zmniejszone i przycięte z oryginałów. GDZIE NAUCZAJĄ
LEPIEJ
SPOŁECZEŃSTWO

Żyjemy na świecie, w którym prawie nie ma granic, możemy podróżować wzdłuż i wszerz całych kontynentów, a dzięki językowi angielskiemu poro-zumiewamy się nawet w najdalszych zakątkach Ziemi. Jednak w kwestii systemu oświaty zawsze będą istniały odmienne zdania i różne podejścia. System polski i amerykański, mimo pewnych wspólnych cech, są chyba jednymi z najbardziej odległych sys-temów edukacji na świecie. Nie tylko z powodu różnych dat rozpoczęcia II Wojny Światowej. Szkoły w Polsce i Stanach Zjednoczonych są podzielone mniej więcej tak samo: na przedszkole/podstawówkę (które w USA są połączone), szkołę średnią, liceum i później studia. Różni je natomiast liczba lat, które uczeń musi poświęcić na poszczególne etapy swojej edukacji – przedszko-le/podstawówkę zaczyna się w wieku pięć lat i uczęszcza się do niej zazwyczaj przez sześć lub siedem kolejnych, zależnie od placówki. Szkoła średnia (czyli nasze gim-nazjum) trwa trzy lub cztery lata i następnie uczeń podejmuje edukację w liceum trwają- cym kolejne cztery lata. Dlaczego nie usta-lono jednoznacznie, jak długo może trwać szkoła podstawowa i średnia? W przeci-wieństwie do Polski, amerykański system jest rozbity na poszczególne Stany. Jeśli Alabama wprowadzi jakieś zasady doty-czące gimnazjów, to Ohio to w żaden spo-sób nie dotyczy. W ten sposób w różnych stanach ludzie kończą szkoły wcześniej lub później niż w innych. Jedyne, co się nie zmienia, to wiek uczniów na koniec liceum – 17–18 rok życia. Układ zajęć oraz system ocen to kolejny ciekawy temat. Większość świata jest zgo-dna, jeśli chodzi o numeryczny system oc-en od 1 do 6, podczas gdy USA funkcjon-uje w systemie od A do F, gdzie A jest naj-wyższą oceną, natomiast F najgorszą. Oceny końcowe ustala się komputerowo na podstawie otrzymanych wyników i ich prezentacji procentowej. Test może odpo-wiadać 35% oceny końcowej, a praca do-mowa zaledwie 10% co oznacza, że nawet oddając wszystkie prace domowe na czas, ale nie zaliczając przynajmniej połowy test-ów, otrzymuje sie bardzo słabą ocenę na koniec semestru lub roku. Niewiele pozost-

SPOŁECZEŃSTWO

aje tu do dyspozycji samego nauczyciela, gdyż mimo spotykania go każdego dnia roku szkolnego, tak naprawdę to komputer wystawia wam ocenę. W Polsce przyzwy-czajamy się, że jednego dnia mamy mate-matykę, angielski, biologię, fizykę a naz-ajutrz zupełnie inny zbiór zajęć. W ten sposób musimy uczyć się do kilkunastu przedmiotów w jednym tygodniu, podczas gdy w amerykańskim systemie uczniowie mają każdego dnia te same lekcje, nieza-leżnie od rodzaju szkoły, do której uczę-szczają. Ten sposób ma zarówno zalety, ponieważ uczniowie przyswajają stosunk-owo większą ilość wiedzy a nauczyciel ma lepszą kontrolę nad tokiem nauczania, jak i pewne wady. „Dzięki rozbiciu matematyki (...) wiadomo, że uczeń opanuje każdy z nich przed przejściem na wyższy poziom.” W Polsce przedmiot nazywany „matem-atyką” zawiera wszystko od dodawania, przez rysowanie trójkątów aż po pochodne. W USA natomiast matematyka podzielona jest na algebrę, geometrię, trygonometrię, statystykę oraz rachunek różniczkowy i cał-kowy znany pod nazwą „calculus”. Oprócz tego funkcjonuje podział na historię USA i historię świata (sama historia Europy jest dostępna w trybie rozszerzonym) oraz

SPOŁECZEŃSTWO

literaturę brytyjską i literaturę ame-rykańską. W programie znajdziemy również ekonomię, naukę o funkcjonowaniu państwa, naukę o środowisku, psy-chologię, astronomię i wiele innych. Po ukończeniu geometrii uczeń nie powraca do niej przez resztę swojej edukacji w danej szkole. To oznacza, że każdy ma przynajmniej rok przerwy w nauce przedmiotu, a przez to zaczyna zapominać nawet najbardziej podstawowe fakty. Oba systemy, polski i amerykański, mają podobne założenia, lecz zupełnie inny po-mysł na ich wykonanie. Czasami sprawdza się to lepiej, czasem gorzej. Dzięki rozbiciu matematyki na poszczególne działy, wia-domo, że uczeń opanuje każdy z nich przed przejściem na wyższy poziom. Z dru-giej strony oznacza to również, że ucznio-wie zaczynający trygonometrię czasami mają problemy z pamiętaniem formuł z algebry, ponieważ nie używali ich przez ostatni rok, zamiast tego ucząc się geometrii. To samo tyczy się praktycznie wszystkich przedmiotów. Jednocześnie w mojej opinii uczniowie wychodzą ze szkoły średniej dużo lepiej przygotowany na studia – dzięki kondensacji materiału są oni w stanie nauczyć się znacznie więcej niż ich rówieśnicy w Polsce. Marcin Wiśniewski

PATRONATY

OUTRO Projekt RZUĆ OKIEM, którego organiza-torami jest trójka warszawskich licealistów, przybliża właściwe zachowania wobec osób z dysfunkcją wzroku poruszających się w przestrzeni publicznej i pokazuje, że nie-widomi są samodzielnymi i utalentowanymi osobami. Najważniejszą częścią akcji są spotkania. Na pierwszym z nich prze-prowadzono warsztaty przy współpracy z Niewidzialną Wystawą, na których ucze-stnicy mogli spojrzeć na świat z innej pe-rspektywy. Drugie spotkanie uświadomiło beneficjentom, jak daleko może zajść ka-żdy z nas. O tym, że nie ma barier nie do przekroczenia opowiedzili zdobywcy najw-yższego szczytu Ameryki Południowej – Piotr Pogon i Łukasz Żelechowski. To tylko część z zaplanowanych akcji – rzućcie okiem, bo naprawdę warto! POLECA Już po raz szósty uczniowie Liceum Witka-cego organizują Sceniczny Otwarty Festi-wal Artystyczny. Przez dwa dni Witkacy za-mienia się w galerię sztuki, scenę tanec-zną, teatr i salę koncertową, skupiając za-interesowanych sztuką młodych ludzi z różnych szkół. Na uczestników konkursu czekają nie tylko komentarze i rady ze strony jury (specjalistów w swoich dziedzi- nach), ale również atrakcyjne nagrody. Dla tych, którzy chcą się przede wszystkich ro- zerwać, wieczorem, po pokazach tanecz- nych odbędzie się potańcówka. Na scenie muzycznej zobaczymy m.in. „Robodrom". Szczegółowy harmonogram festiwalu dos- tępny będzie wkrótce na stronie interne- towej. Obecność obowiązkowa! Fot. 1: Sarah Reid (CC BY 2.0) PERFEKCYJNA
RUTYNA
KULTURA: RECENZJA PŁYTY

Zazwyczaj sceptycznie podchodzi się do solowych karier liderów grup rock-owych. Często też taki wybór jest po-czątkiem końca sławy danego muz-yka. Przypadek Stevena Wilsona, lid-era zespołu Porcupine Tree, jest jed-nak inny. To muzyk, który – mimo pot-knięć – wciąż się rozwija i proponuje słuchaczom coś nowego. Steven Wilson nie przestaje mnie zask-akiwać. Tak to już jest z artystami, przy których muzyce się dorastało i uczyło wra-żliwości. Wilson już dawno został ogłoszony legendą wśród fanów progresywnego rocka i metalu (dzięki dorobkowi w Porcupine Tree), art–rocka (Blackfield) oraz fanów muzyki eksperymentalnej (Bass Comm-union). Począwszy od roku 2008 mózg PT postanowił pobawić się w działalność sol-ową, wydając album „Insurgentes”. Płyta zabiera słuchacza w interesującą podróż oddalając się stylem od PT i tworząc nowe koncepty muzyczne oparte o znane i lu-biane przez fanów podwaliny Stevena. Jest głośno, mocno i surowo. Kontynuacją kariery solowej stał się wyda- ny w 2011 roku krążek „Grace for Drowning”. Ten album z kolei wraca do po-dstawowych założeń Wilsona w kontekście tworzenia utworów, dodając elementy cie-kawych załamań tempa, muzyki elektro-nicznej i czystego, agresywnego rocka. Później pojawił się najciekawszy od lat album Wilsona – „The Raven That Refused to Sing (And Other Stories)” wylądował na półkach w 2013 roku i od razu zawładnął moim sercem. Zaopatrzony w zespół (fan-tastyczni Marco Minnemann, Guthrie Gov-an, Theo Travis, Adam Holzman i Nick Beg-gs), producenta (w tej roli Alan Parsons) oraz inny niż poprzednio koncept muzyczny (połączenie jazzu oraz progresywnego ro-cka) Wilson rozwinął swoje skrzydła, uka-zując coś zupełnie nowego i świeżego na scenie progresywnej muzyki. Dzięki temu małemu katalogowi pozycji w jego solowej dyskografii można zauważyć bardzo rozległe umiejętności muzyczne Wilsona i zespołu. Sam artysta dzięki tym albumom pokazuje nam swoje talenty, wplatając w swoje płyty różnorodne gatunki muzyczne, począwszy od ambientu

KULTURA: RECENZJA PŁYTY

(spokojnych, cichych, atmosferycznych dźwięków) poprzez agresywne, metalowe granie. Nie trudno zatem zrozumieć moje zainteresowanie przygotowywaniem no-wego albumu „Hand. Cannot. Erase”. Pod tym tytułem ukrywać miał się album kon-ceptowy (czyli oparty na pewnym kon-cepcie, idei), oparty na zagadkowej śmierci niejakiej Joyce Carol Vincent. Pomyślałem: „co może pójść źle?”. Źle poszło kilka isto-tnych rzeczy, które uczyniły z tego bardzo ciekawego konceptu sklejkę niemającą ża-dnej warstwy łączącej poza jego historią. „Są więc mocne basy, połamany rytm oraz gitary odstawione trochę na drugi plan.” Pierwszym dużym zaskoczeniem jest brak elementów jazzowych. Travis zostaje od-sunięty na bok wraz z Minnemannem, głó-wną rolę mają przejąć gitary i mocne akcenty klawiszowe. Wraz z pojawieniem się dwóch singli, czyli „Hand Cannot Erase” oraz „Perfect Life” miałem wrażenie, że Wi-lson i zespół próbują odrodzić niedawno zakończony projekt Blackfield, nadając obu tym piosenkom otoczkę pop–rocka. Miałem mdłości, przysłuchując się szcze-gólnie temu pierwszemu. Może tylko ja, słuchając utworu tytułowego liczę na pio-senkę, która ukaże mi cały album w ciągu kilku minut. „The Raven...”, na przykład, był melancholijnym utworem z potężną at-mosferą ciemności i elementami prze-miłych jazzowych wstawek – i to właśnie otrzymałem w albumie. „Hand...” nato-miast nie ma prawie nic wspólnego z pozostałymi utworami krążka, ba, brzmi trochę jak utwór z zagubionego demo Blackfield. „Perfect Life” z kolei nie ukazuje nam tego, czym tak naprawdę jest „Hand...”. Muzyka staje się bardziej elekroniczna, brzmi bardzo industrialnie, głos Wilsona jest zepchnięty w drugą część utworu i, choć zabrzmi to śmiesznie, brzmi jak znudzony, zapętlony śpiew artysty, przy którym ktoś kręcił pokrętłem o nazwie „intensywność”. Pierwsza część tekstu jest mówiona, a nawet recytowana niczym wiersz. Nie jest to rewelacyjna próba uchwycenia konceptu całej płyty, ale trzeba pochwalić Stevena za inne podejście do sposobu opowiadania historii. Problemy nie kończą się jednak tutaj. Na sam początek mamy tragiczne „First Regret”, w którym coś tam piszczy, coś wieje, ale koniec końców nie łączy się w żaden sposób z następującym po nim utworem „3 Years Older”. Dziesięcio-minutowy utwór ukazuje nam zespół, który postanawia znienacka, że podejmie próbę stworzenia nowego singla dla zespołu Rush. Są więc mocne basy, połamany rytm oraz gitary odstawione trochę na drugi plan. Potem dzieje się coś, czego szczerze powiedziawszy się nie spodziewałem –

KULTURA: RECENZJA PŁYTY

utwór ucina się w połowie, pozostawiając słuchaczowi elementy akustyczne oraz bardzo miłą dla ucha solówkę klawiszową. „»Happy Returns« to znów pląsanina małych skrzatów ogrodowych w swej najgorszej postaci (...).” Z kolei przy „Routine” grzebały najwyra-źniej nieogarnięte chochliki, sklejając ten utwór z kilku krótkich kompozycji. Kom-pletnie nietrafiony pomysł, ponadto Wil-sona wspiera wokal Nineta Tayeba. Pomysł średni – wydaje mi się, że Steven potrafi sam ukazać koncept albumu bez najmnie-jszego problemu. Potem sytuacja poprawia się – na chwilę. „Home Invasion”, poten-cjalnie najcięższy kawałek na płycie, wcią-ga mnie, po czym udowadnia, jak niebez-piecznie blisko jest spokrewiony z utworem „Halo” PT. Jednakże sam utwór okazuje się być udany, całkiem ładnie sklejony i przy-jemny do odsłuchania nawet bez otaczaj-ącego go albumu. „Regret #9” przenosi nas w stronę elektronicznych wariacji Piink Floyd i choć dzieje się tu wiele (solówki klawiszowca i gitarzysty), to nie ma tu siły, która mogłaby nadać jej oryginalności tak zresztą cenionej w twórczości Wilsona. Wydaje się zby monotonny, zbyt prosty, by pociągnął za sobą moje myśli. Zamiast zachęcać, odraża pretensjonalnością i nie-przyjemnym rozdwojeniem jażni. „Transience” to z kolei kompozycja akustyczna (ten album będzie skakał stylami we wszystkie strony) będąca ba-rdzo uroczą, jednak niewychodzącą nigdzie dalej, pozbawioną porządnego rozwinięcia. Następuje po nim trzynastominutowiec „Ancestral”, który też jest zlepką dźwięków od klimatycznych elementów z fletem po gitarowe riffy, które przypominać mogą albo nieudane utwory Wilsona sprzed kilku lat, albo elementy z dema innej kapeli progresywnej. I choć sam utwór da się przełknąć i jest najlepszym utworem na całej płycie, poprzez swoje rozproszenie staje się tragicznie męczący i płaski. „Happy Returns” to znów pląsanina małych skrzatów ogrodowych w swej najgorszej postaci, która zaczyna się od efektu burzy (przy którym prawie wypuściłem z ust długo trzymany śmiech) i jedynie klimatem nawiązuje do „Trains” PT. Ostatnią częścią longplaya staje się niejako zakończenie poprzedniego utworu „Ascendant Here On...”, który jest klimatyczny i dobrze odgrywa swoją rolę. „Jednakże sama płyta brzmi co najwyżej średnio (...).” Na warstwę dźwiękową nie mogę zbytnio narzekać. Muzycy, którzy wzięli udział w ko

KULTURA: RECENZJA PŁYTY

nstrukcji tego albumu, wykonali bardzo dobrą pracę, znowu udowadniając, że Wilson ma szósty zmysł, jeśli chodzi o znajdywanie dobrych muzyków. „Hand. Cannot. Erase.” został zmiksowany w bardzo dobry sposób, chociaż nie tak udanie jak „The Raven That Refused to Sing (And Other Stories)”. Jednakże sama płyta brzmi co najwyżej średnio, nie potrafiąc nawet sprostać roli kombinacji elementów z poprzednich trzech krążków. Być może mamy tu album niezwykle rozbu-dowany, ukazujący praktycznie wszystkie wcielenia muzyczne Wilsona, ale brakuje mu jakiejś siły łączącej – tego czegoś, co widziałem w jego poprzednich solowych pracach. Krążek ten na pewno przypadnie do gustu osobom, które ciągle siedzą w realiach Porcupine Tree z 2000 roku. Nie odkryjecie jednak przy nim nowej esencji, a moim skromnym zdaniem, Wilson stwo-rzył swój najgorszy album od czasu „The Incident". Czuje się zaskoczony, bo wiem, że potrafi robić lepsze kompozycje. Tutaj mamy przeciętność, nudę i przewid-ywalność, za którą prog–rock był tak często krytykowany. Po raz pierwszy Wil-son nie sprostał moim oczekiwaniom. Miej-my nadzieje, że będzie to ostatni raz. Jakub Tabor Fot1: opethpainter (CC BY 2.0) Fot2: opethpainter (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zostały zmniejszone i przyciete z oryginałów.
CZOSNKIEM W PASZCZĘ CZY KOŁKIEM W OKO?
KULTURA

Wampir XXIw. to siedemnastolatek o pięknym licu z podkreślonymi kośćmi policzkowymi i uaktualnionym statusem związku na „to skompli- kowane”. Czasem nie toleruje światła słonecznego, bo lśni jak kryształki Swarovskiego. Ponadto praktykuje ja- kąś rygorystyczną dietę, pijąc krew małych, niewinnych zwierzątek, albo nie żywiąc się wcale. Fani mitycznych, niebezpiecznych istot zaś krzyczą z frustracji w niebogłosy i wyrywają sobie włosy z głowy. Nietrudno zauważyć, że od dłuższego cza-su w popkulturze panuje moda na wam-piry. Podczas gdy książkowi krwiopijcy trzy-mają się dobrze, manewrując między utar-tymi schematami i wyświechtanymi moty-wami, ich serialowi oraz filmowi bracia przeżywają prawdziwy upadek. Jeszcze długo przed ekranizacją „Zmie-rzchu” tworzono seriale z bohaterami wy-sysającymi krew. Niektóre z nich, jak na przykład „Buffy: Postrach wampirów”, do-czekały się miana kultowych. Chyba mo-żna powiedzieć, że jeszcze nie jest tak źle, skoro mamy z tego jakąś rozrywkę, praw-

KULTURA

da? Niekoniecznie. Po zekranizowaniu życi-owych dramatów Belli, Edwarda i Jacoba producenci postanowili niestety chwycić target za rogi i podarować milionom pisz-czących fanek ich ulubieńców – nieśmie-rtelnych, mrocznych, wolnych od pryszczy i zarostu, żywiących się nietypowymi płynami. To po prostu musiało się źle skończyć. O krwiożerczym, pozbawionym moralności demonie z groteskowo wykrzywioną twa-rzą, szponami zamiast paznokci, obda-rzonym upiornym chichotem i czarną pele-ryną możemy już zapomnieć. Dzisiejszy wampir przechadza się wybrukowanymi chodnikami w świetle dnia, sugestywnie mrugając jednym okiem do wzdychających za nim dziewczyn. Nie zakładajmy jednak z góry, że to tylko taki popularny, wyluzo-wany i życzliwy chłopak. Nastoletni wampir musi nosić w sobie mrok! Mroczność i wy-syłanie groźnych fluidów to podstawa u naszych inaczej uzębionych (nie)-przyjaciół. Poza tym wiele z nich jest także pełnych przeciwieństw. Może być sy-mpatyczny jak kolega z sąsiedztwa, ale często burkliwy. Uprzejmy, ale opryskliwy. Macho, ale romantyk. Niezwykle męski, ale pisze też wiersze. Rozumiecie? Nie dziwię się. Ja też nie. Oczywiście od każdej reguły znajdzie się jakiś wyjątek i może się zdarzyć bohater, który nie jest pełen sprzeczności. Wyjaśni-jmy sobie jednak, że takie odstępstwa nie zawsze mają wzięcie i często umierają śmiercią mniej lub bardziej naturalną – przez kołek w sercu bądź odcięcie głowy ¬– zanim nawet przed telewizorami zacznie powstawać kibicujący im fanklub. Potrafiłabym za to wyróżnić trzy rodzaje wampirów, które często pojawiają się w przeróżnych produkcjach i bardzo rzadko z nich znikają. Czuły asceta Jednym z cenionych przez widzów rodzajów bohatera jest typ cierpiącego, momentami trochę masochistycznego, ale przede wszystkim niezwykle czułego faceta, któremu od czasu do czasu z dzią-seł wysuwają się kły. Chłopak może być nawet wcześniej wspomnianym kolegą z sąsiedztwa, tylko z mniejszym rozdwoje-niem jaźni. Pisząc prościej, miły chłopa-czyna nie łączy w sobie aż tak wielu przeciwieństw. Nasz wampir najprawdo-podobniej w przeszłości, liczącej zapewne wieki, przeżył jakieś traumatyczne wyda-rzenie, które pozostawiło uraz na resztę, dość długiego, życia. Dlatego też chłopak z wprawą niejednego ascety notorycznie się umartwia, czyniąc swoją egzystencję o wiele bardziej nieprzyjemną od wcześnie-jszej. Na przykład wysysa krew z bied-nych zwierzątek, chociaż ma ogromną ochotę na niejedną ludzką tętnicę. Stefan z „Pamiętników wampirów” z każdym kolej-nym odcinkiem serialu pasuje do tego schematu coraz bardziej. Przykre, ale praa-wdziwe. Kochający prześladowca Drugi typ popularnego dziś wampira prawie

KULTURA „(...) jednocześnie też próbuje się stworzyć z niego niezwykle iglastego jeża, ale z miękkim m wnętrzem, które będzie mogła odkryć tylko Ta Jedyna. ”

nie różni się od swojego poprzednika. Po-siada jednak jedną znaczącą cechę. Otóż nasz wampir numer dwa – możliwe, że też kolega z sąsiedztwa! – o wiele częściej od pierwszego jest nieuprzejmy. Opryskliwy wręcz. W jego wypadku zawyrokowała-bym jednak, że raczej nie tyle przeżył jakieś traumatyczne wydarzenie, co po prostu mama zawczasu go nie wychowała. Chłopak może wiedzieć, czego chce od ży-cia, ale nie zawsze umie to osiągnąć. Udaje niezainteresowanie, ale po nocach wkrada się do sypialń swoich ofiar i gapi się jak śp-ią. Typ stalkera podążającego krok w krok za wszystkiego świadomą ofiarą, marzącą tylko o tym, aby ich prześladowca w końń-cu zaczął kontrolować je przez cały czas i prowadzić wszędzie za rękę. Nie wiem jak wy, ale mogłabym się założyć, że inspiratorem tej odmiany wampira był kochający i natrętnie prześladujący Edward ze „Zmierzchu”. Socjopatyczny jeż Trzeci typ to mężczyzna z zaburzeniami osobowości, często niepotrafiący przysto-sować się do życia z innymi ludźmi, nieprzestrzegający norm etycznych. Podsumowując – socjopata. Z jednej strony jest to ten rodzaj bohatera, w którym w różny sposób rozwija się motyw niebezpiecznego, mrocznego wampira, ale jednocześnie też próbuje się stworzyć z niego niezwykle iglastego jeża, ale z miękkim wnętrzem, które będzie mogła odkryć tylko Ta Jedyna. Nie, nie wychodzi to dobrze. Podobnego wampira–socjopatę możemy spotkać

KULTURA

w serialu „The Originals” – jest nim Klaus. Wykorzystanie tego motywu jest znośne, a czasem może nawet urozmaicić pro- dukcję i zachwycić fanów. Serialowe wampiry w teorii i praktyce „The Originals” to tutaj dość ciekawy przykład, ponieważ serial wyrósł na fund-amentach wspomnianych wcześniej „Pami-ętników wampirów” i teoretycznie miał być jego dojrzalszą wersją. Faktycznie przez kilka pierwszych odcinków fabuła serialu nie kręciła się wokół problemów „nasto-letnich” wampirów i ich miłostek. Potem niestety postawiono na rozwijającą się relację pomiędzy Klausem, Elijah i Hayley, co stało się zwykłym odwzorowaniem perypetii Stefana, Damona i Eleny w „Pamiętnikach…”. „The Originals” byli także odpowiedzią na popularną „Czystą krew”, która została stworzona na podsta-wie bestsellerowych powieści Charlaine Harris. „Podejść twórców do czerpania inspiracji z legendarnych źródeł jest kilka.” „Czysta krew” ,umieszczając akcję serialu nie tylko na licealnych korytarzach, pod-niosła poprzeczkę innym tworom opo-wiadającym o wampirach. Co nie zmienia faktu, że wielu widzów wytyka produkcji stacji HBO kicz i złe efekty specjalne, które też wpływają na odbiór krwiopijców. Nie ma nic gorszego od złego PR, czyż nie? Poza tym w serialu także pojawia się mo-tyw miłości pomiędzy główną bohaterką a wampirem. Mimo to stwory żywiące się krwią borykają się tam z odrobinę więk-szymi problemami od tych obserwowanych w innych produkcjach. Nie ukrywają swego istnienia, pragną akceptacji społeczeńst-wa. Zdarzają się też takie osobniki, które wciąż chcą dominować i krzywdzić ludzi. Choć lwia część seriali i filmów z wamp-irami skupia się wokół miłości „nastole-tniego” wampira do ludzkiej dziewczyny, istnieje także kilka mniej lub bardziej nieudolnych prób powrotu do archetypu krwiopijcy strasznego i demonicznego. W każdym razie potwora groźniejszego od nastolatka z idealną twarzą i rozbudowaną muskulaturą. Podejść twórców do czerpa-nia inspiracji z legendarnych źródeł jest kilka. O ile „Miasteczko Salem”, oceniając po opiniach widzów, warte jest jeszcze uwagi, o tyle film „Dracula: Historia Niez-nana” czy serial „Dracula”, to nieudolnie przedstawione opowieści, propozycje niea-trakcyjne dla przeciętnego fana mitycz-nych istot pijących krew. Ktoś tym bie-dakom metaforycznie spiłował kły, a efekt jest, jaki jest. Szkoda, że kino i telewizja nie biorą przy-kładu z książek, gdzie autorzy nieje-dnokrotnie potrafią pokazać klasę, prop-onując ciekawe odświeżenie starych motywów przedstawiania wampirów albo pokazując je w inny sposób. Przywołajmy

KULTURA

serię przygód Kate Daniels autorstwa Ilony Andrews, w której omawiani krwiopijcy są wykupionymi przez nawigatorów ciałami. Osoby potrzebujące pieniędzy dla rodziny czy umierający nieszczęśnicy nierzadko decydują się przed śmiercią podpisać umowę „sprzedaży” ciała. Choć nazwani wampirami, nie są niczym więcej niż nieżywymi, sterowanymi przez kogoś innego, trupami. Musicie przyznać, że brzmi to o wiele ciekawiej niż historia kolejnego niepełnoletniego niedorostka szukającego miłości swego życia, aby móc wyssać z niej trochę krwi. Chociaż obecnie jest dostępnych kilka przyciągających uwagę produkcji, w któ-rych wampiry nie wypadają tak blado i mi-zernie, masowy odbiorca wciąż jest skaza-ny na siedemnastolatka o pięknym licu i krótkich kłach. Zarówno twórcy tych seri-ali, jak i filmów sprawiają, że fani mity-cznych istot przeistaczają się w rozdra-żnionych i wzburzonych odpowiedników Van Helsinga – zabójcy wampirów. Ich ży-ciową misją staje się chęć niszczenia kary-katuralnych krwiopijców poprzez topienie ich w wodzie święconej i karmienie czo-snkiem. Co innego tak naprawdę im pozo-staje? Chyba tylko dźgnięcie się kołkiem w oko, aby oszczędzić sobie oglądanych tortur. Patrycja Brejnak Fot1: Insomnia Cured Here (CC BY 2.0) Fot2: kmgsquidoo (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zostały zmniejszone i przyciete z oryginałów. UCZTA ZMYSŁÓW PRZY DWUNASTU STRUNACH
Skradnie nawet najtwardsze serce i będzie je już na zawsze targać tęsknotą. Co to takiego? To miłość do miasta.
KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI

Kto kiedykolwiek czytał „Złego” Leopolda Tyrmanda, ten doświadczył magii słowa, potrafiącej zmienić zbiorowisko archite-ktonicznych tworów, wymyślnych ułożeń cegieł i kamieni wypełnionych doszczętnie masą ludzką – tak jednolitą, a zarazem tak różną – w obiekt pożądania. W odpowie-dniej oprawie mistrzowskich słów nawet w połowie zrujnowana Warszawa wydaje się nam zjawiskowym Paryżem, a każdy zaułek, róg czy sklepik budzą także i nasz zachwyt. O słynnym dziele Tyrmanda wspomina w swojej książce inny warszaa-wiak, któremu nie można zarzucić braku miłości do ziem nad Wisłą. Cóż jednak po tym, skoro swoje serce zgubił gdzieś nad Tagiem. O książce Marcina Kydryńskiego „Lizbona. Muzyka moich ulic” wystarczyłoby nieco kolokwialnie powiedzieć, że mu się ta ksi-ążka po prostu udała. Rzecz jasna, zwrot ten nie oddaje prawie trzystu stron pełnych

KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI „Idąc za Kydryńskim, fado to więcej niż dźwięki; to nieustanna tęsknota za czymś ś utraconym, niemożliwym do spełnienia, ale zarazem bezwarunkowo kochanym.”

osobistych rozważań, poezji, muzyki i zdjęć. Istny tygiel, który może na pierwszy rzut oka zniechęcić osoby szukające prostoty. Zdawać by się mogło, że pośród tego wszystkiego zagubi się główny przekaz i istota książki. Jednak nic bardziej mylnego – klamrą spinającą jest tytułowa Lizbona. To bohaterka powieści, a zarazem miejsce akcji. Uzupełniana przez wymienione wcześniej elementy, urasta do rangi baśniowego Edenu między Tagiem a Atlantykiem, co tylko zaostrza apetyt czytelnika. Nasz entuzjazm może jednak nieco opaść, gdy z niebieskich obłoków wrócimy na ziemię, do czekających na nas prac domowych, lekcji i brzydkiej pogody. Może jednak lepiej będzie – zamiast myśleć tylko o tych dwóch godzinach lotu samolotem, stojących pomiędzy nami a realizacją marz-eń – spakować plecak, zarezerwować bilet i ruszyć na spotkanie przygody...? Jeśli spontaniczność nie leży w waszej naturze, a rzeczy dnia codziennego usilnie zatrzymują w domu, może was dopaść smutek. Nie martwcie się jednak – on przybliża tylko do Portugalczyków, których cechą narodową jest skłonność do nostalgii i pozytywnej kontemplacji przemijania – po portugalsku saudade. To właśnie saudade stworzyło najsłynniejszy „towar eksportowy” Portu-galii, czyli fado – tradycyjną muzykę, która – mimo że postęp elektroniki nie zaszedł jeszcze tak daleko, towarzyszy nam wciąż na kartach książki. Idąc za Kydryńskim, fa-do to więcej niż dźwięki; to nieustanna tę-sknota za czymś utraconym, niemożliwym do

KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI

spełnienia, ale zarazem bezwarunkowo kochanym. Unikatowy charakter tej muzyki tworzy interesujące brzmienie dwunasto-strunowej gitary portugalskiej, delikatne i wesołe – co kontrastuje z zazwyczaj ba-rdzo przejmującym głosem. Głos ten jest czymś niezwykłym, bo choć przekazuje nam słowa, których większość z nas bez znajomości języka portugalskiego nie zrozumie, to i tak mamy wrażenie, że wiemy, o czym wykonawca śpiewa. Wkła-da w to wiele serca, dzięki czemu potra-fimy usłyszeć i poczuć na własnej skórze tę tęsknotę i miłość do tego, co bezpowrotnie przeminęło. Nieoficjalnie mówi się, że każdy Portugalczyk rodzi się z fado we krwi. Nie martwcie się – zatracić się w nim wolno każdemu, co widać chociażby po autorze książki. Nie oznacza to jednak, że każdy zrozumie i pokocha fado – choć tru-dno oprzeć się takiemu wrażeniu, skoro to właśnie jego dźwięki są naszymi drogo-wskazami w wędrówce po Lizbonie. Jest to wędrówka niekonwencjonalna, ostatnimi czasy dosyć znana, gdy każdy z nas pragnie podróżować i zwiedzać inaczej – na własną rękę. Kydryński robi to jednak bardzo zgrabnie, nie ma w tym krzty naciągania czy sztuczności, bo nie kieruje nim pragnienie pochwalenia się jakimś „nowo odkrytym”, zakątkiem, który jest niesamowity, bo nie docierają do niego tłumy turystów. Owszem, zabiera nas i w takie miejsca, robi to jednak nie bez obaw i z pewnym ociąganiem, zupełnie jakby zdradzał jakiś pilnie strzeżony sekret – co zresztą nie mija się zbytnio z prawdą. Wiele muzycznych klubów, o których pisze, to miejsca niesamowicie intymne i, choć pozornie otwarte dla wszystkich, wpuszczające w swoje progi tylko osoby z lizbońskiego towarzystwa. Często stanowią podobiznę domu, w którym rodzina i przyjaciele spotykają się, by wspólnie spędzić czas przy dobrym jedzeniu, rozmowach i przede wszystkim – muzykowaniu. Podziwiam więc ludzi, którzy potrafiliby wmieszać się bez przeszkód w takie towarzystwo na jedną noc, tylko po to, by doświadczyć prawdziwego fado u jego źródeł. Marzenie każdego lizbońskiego turysty jest jednak nieco nirealne, bo rzecz taka wymaga czasu. „Nie ukrywajmy – jest to książka bardzo subiektywna, w której autor wielokrotnie odkrywa się przed nami; zaprasza do swojego świata (...).” Kydryński miał na to całe dwa lata, które pozwoliły mu wnikliwie zapoznać się z Lizboną, jej ulicami oraz zaprzyjaźnić się z wszelkiej maści muzykami, właścicielami restauracji i ulicznymi artystami. Liczba nazwisk pojawiających się na kartach książki z początku trochę przytłacza –

KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI

zwłaszcza kogoś, kto z tematem fado i jego przedstawicielami spotyka się po raz pierw-szy. Z kolei jego wielbiciele będą co chwilę łapać się za głowę. Renoma przywo-ływanych osób jest tak wielka, że gdybym nie miała kilkunastu a kilkadziesiąt lat, to moje serce z pewnością poruszyłoby się z lekkim ukłuciem zazdrości. Na razie żyję raczej z nadzieją, że i mnie będzie dane przeżyć tak niesamowitą przygodę. „To wielki atut książki – móc poznawać miasto nie tylko przez słowa, ale przez obrazy.” Ciągłe wspominanie tych samych artystów daje nam pod koniec lektury wrażenie, że na portugalskiej muzyce i muzykach znamy się od dawna, choć nigdy nawet nie miel-iśmy przyjemności jej posłuchać. Podobnie jest też z samym Kydryńskim, który potrafi stworzyć aurę niesamowitej bliskości. Nie ukrywajmy – jest to książka bardzo subie-ktywna, w której autor wielokrotnie odkry-wa się przed nami; zaprasza do swojego świata, w którym oprócz iberystyki jest miejsce dla literatury, Chopina z noktu-rnami i wielu dygresji. Rzadko mówią one dokładnie o tym, co widzimy przed sobą, na przykład o jakimś budynku lub zabytku Lizbony. Wręcz przeciwnie –autor już na wstępie zaznacza, że nie chce bawić się w biuro turystyczne, a trzymana w naszych rękach książka, ma być wszystkim tym, czym nie jest zwykły przewodnik turystyczny. Kydryński daleki jest od zwiedzania, proponuje raczej spokojny spacer i kontemplacę tego, co znajduje się wokoło. Na początku mojej lektury miałam wciąż pod ręką mapę Lizbony, by choć palcem podążać za Kydryńskim. Możecie spróbować tej metody, jeśli nazwy takie jak Baixa czy Alfama są wam zupełnie obce. Z czasem jednak sami poczujecie, że lepszym pomysłem jest pozwolić sobie zagubić się w gąszczu tajemniczo brzmiących portugalskich słów niczym w labiryncie lizbońskich uliczek. Wisienką na torcie „Lizbony...” są zdjęcia. Dzięki nim nabiera ona bardziej podró-żniczego klimatu, a zarazem urasta do ra-ngi albumu. Prawdę mówiąc, gdyby nie one, nie byłoby i tekstu, bo to właśnie skromny aparat fotograficzny był pierw-szym impulsem do napisania książki (wię-cej na ten temat wytłumaczy wam sam Kydryński). Składam ukłon w stronę autora, który w fotografii ulicznej mógłby konkurować z jej prekursorem i mistrzem, Henrim Cartier–Bressonem. Stosując zasa-dę „im bliżej tym lepiej”, serwuje nam Lizbonę także w wersji wizualnej. To wielki atut książki – móc poznawać miasto nie tylko przez słowa, ale przez obrazy. Pozwa-la zobaczyć to, o czym czytamy, od razu na stronie obok. W ten sposób podglądamy koncerty fado, dzieci na podwórkach grające w piłkę czy samotnych kochanków na przystani. Zdjęcia, zgodnie z założe-niem, są nietypowe. Przejawia się to

KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI

przede wszystkim w bardzo oryginalnym kadrowaniu – Kydryński bawi się głębią ostrości i kształtami – a także w doborze tematyki fotografii. Są niczym nasze szybkie spojrzenia na lizbońską codzienność, które potęgują wrażenie włóczenia się po ulicach miasta. Autor zrezygnował na tę okazję z tradycyjnej w fotografii ulicznej czerni i bieli na rzecz intensywnych, ciepłych kolorów, co tylko wyszło miastu na dobre. Czarno–biała Lizbona byłaby wspaniała i majestatyczna, nic jednak lepiej nie odda jej piękna niż rozświetlające ją promienie słońca. Przez całą książkę Kydryński usilnie stara się na przekonać, że, o dziwo, wbrew słyn-nemu powiedzeniu, to właśnie „Polak, Po-rtugalczyk – dwa bratanki”. Przypomina nam i o naszej narodowej skłonności do ro-zpamiętywania przeszłości oraz miłości do ojczyzny, którą także możemy odnaleźć w muzyce. Proponuję więc każdemu, by w jakąś ciemną noc spróbował poszukać tej portugalskiej części siebie, zanurzył się w portugalskiej muzyce z książką na kolanach i przeniósł na południe. Tam wszystkie smutki i troski pójdą w niepamięć, bo przecież jeśli mamy u swych stóp rozkołysaną fado Lizbonę, nie potrzeba nam już nic więcej. Zuzanna Jeglorz Fot 1: Sabina Szweda Wszystkie zdjęcia zostały zmniejszone i przyciete z oryginałów.