Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

szkolna utopia strona 7 windą do nieba strona 12 kobieta w cieniu prawa strona 17 lustereczko, powiedz przecie... strona 20 (nie)najlepsze widowisko świata strona 22 psychodeliczne zwierzę strona 29 ostatni czytelnik #18 strona 33 polscy poeci na językach strona 36 wielkanocny zawrót głowy strona 38 POCZUJ SIĘ JAK MARCO POLO
O poszukiwaniu inspiracji w niestandardowych miejs- cach, nowych wyzwaniach i premierach, których nie można przegapić.


Problem ze znalezieniem zapału do działania zna chyba każdy. Gdzie go szu- kać? Ostatnio udało mi się trafić na inspirację w sto- sunkowo nietypowym miej- scu. „W taki dzień jak ten Marco Polo wyruszył do Chin. Jakie są Twoje plany na dziś?” – taki napis powitał mnie w kawiarnia- nej toalecie. Nie da się ukryć, że mój plan wydania kolejnego numeru wydaje się mało ambitny w zesta- wieniu z dokonaniami takiej osobistości. W tej sytuacji nie pozostaje nic innego niż popaść w depresję albo – w bardziej optymistycznej wersji – podjąć stosunko- wo popularne postanowie- nie, by każdego dnia robić coś po raz pierwszy. W tym numerze znajdzie-cie kilka takich premier, a bardziej precyzyjnie – ich recenzji. W minionym ty-godniu na półkach skle-pów muzycznych pojawiła się płyta zespołu Night-wish, na której po raz pierwszy słyszymy ich no-wą wokalistkę, Floor Jan-sen. O tym, czy warto się nią zainteresować, prze-czytacie w tekście „(Nie)-najlepsze widowisko świa-ta”. Ponadto, swoją polską premierę miał pewien film, który wzbudził uznanie Stephena Kinga – więcej informacji na ten temat znajdziecie w artkule „Lus-tereczko, powiedz prze-cie...”. Nawet jeśli po prze-czytaniu tego ostatniego tekstu poczujecie przeszy- wający dreszcz, wystarczy wyjrzeć przez okno, by przekonać się, że wciąż mamy wiosnę, a przedsię- wzięcie na miarę podróży Marco Polo jest w zasięgu ręki. Może warto wykorzys- tać najbliższe dni na zapla- nowanie tej niecodziennej eskapady? Szerokiej drogi!

STOPKA REDAKCYJNA

OUTRO ISSN: 2299 - 5242 Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media Koordynator: Kamil Wiśniowski www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl Redaktor naczelna: Anna Lewicka Zastępca redaktor naczelnej: Karolina Wojtal Sekretarz redakcji: Ilona Chylińska Zastępca sekretarza redakcji: Mariola Lis Redaktorzy prowadzący: Klaudia Kępska, Mariola Lis Korekta wydania: Anna Kubica Fotoedycja: Roksana Grzmil Szefowie działów: Justyna Książek (kultura), Agnieszka Kracla (społeczeństwo), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy), Sylwia Pacholczyk (korekta). Korekta: Agata Andrzejak, Monika Chabiniak, Maria Gołaszewska, Tomasz Król, Weronika Sieprawska, Mateusz Tutka, Julia Wosinek, Patrycja Ziemińska Ostateczna korekta: Ariadna Grzona Graficy: Magdalena Kosewska, Patryk Skoczylas. Projekt okładki: Patryk Skoczylas Zdjęcie na okładce: materiały prasowe SZKOLNA
UTOPIA
SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

Korea Południowa, Japonia, Hong- kong Finlandia – to państwa, w któ- rych według rankingu Pearsona funk- cjonują najlepsze systemy edukacyjne na świecie. W ostatniej odsłonie tego zestawienia Polska wskoczyła do pier- wszej dziesiątki i może się pochwalić piątym najefektywniejszym systemem szkolnictwa w Europie. Czy te wysokie wyniki w rankingach mają odzwier- ciedlenie w szkolnej rzeczywistości? Z boku wszystko wygląda pięknie – dzięki ostatnim reformom nasze pozycje w ran- kingach szkolnictwa są znacznie lepsze. Badanie PISA z 2012 roku pokazało, że młodzi Polacy, na tle piętnastolatków z in- nych krajów OECD, z matematyką radzą sobie całkiem dobrze (z 24. miejsca, które zajmowaliśmy w 2009 r., przeskoczyliśmy na 13.). Dobre wyniki w tym badaniu wpły- nęły na naszą pozycję w rankingu Pearso- na, który na podstawie testów PISA, PIRLS (sprawdzającego poziom wiedzy dziesięcio- latków) czy TIMMS (porównującego umie- jętności wykorzystania wiedzy przez pięt-

SPOŁECZEŃSTWO

nastolatków z różnych krajów) wyłania najefektywniejsze systemy edukacyjne. Od ostatniego zestawienia awansowaliśmy aż o cztery pozycje, zajmując 10. miejsce. Co więcej, coraz częściej jesteśmy stawiani jako wzór do naśladowania. Amerykańska dziennikarka, Amanda Ripley, w swojej książce The Smartest Kids in the World: And How They Got That Way opisuje trzy skuteczne systemy edukacyjne. W jej zes-tawieniu znajdują się Finlandia, Korea Południowa i właśnie Polska: „Zdaję sobie sprawę, że w Polsce nikt nie jest zadowo-lony z systemu edukacji” – mówi w rozmo-wie z PAP – „(…) Jednak, kiedy widzi się postęp, jakiego dokonała Polska od roku 2000 do 2012 w międzynarodowym teście PISA, dla Amerykanów jest to imponujące. U nas w tym czasie nie zaszły żadne zmiany, mimo że w przeliczeniu na jednego ucznia wydajemy dwa razy więcej niż Pol-ska”. Podobne opinie zazwyczaj uznawane są za sukces nowej podstawy programo-wej, która wciągnęła polską oświatę do edukacyjnej czołówki. Jednak, jak to bywa, rzeczywistość nie jest już tak różowa. Weźmy na przykład matematykę – jeden z najbardziej podstawowych i przydatnych przedmiotów szkolnych, równocześnie nie- cieszący się zbyt dużą popularnością wśród uczniów. Czy nowa podstawa rzeczywiście poprawiła umiejętności polskich nastolat-ków i zmieniła ich nastawienie do tego przedmiotu? W badaniu PISA z 2012 r. wypadliśmy dobrze, jednak w dodatkowej części – sprawdzającej, czy uczniowie po-trafią rozwiązywać bardziej praktyczne pro-blemy na komputerze – wypadliśmy poni-

SPOŁECZEŃSTWO „Nasza wiedza i umiejętności są mniejsze niż naszych rówieśników sprzed kilkunastu lat – choć to my mamy lepsze możliwości rozwoju.”

żej średniej krajów biorących w nim udział. To nie jedyny problem. Z dalszej części ba-dania można dowiedzieć się, że jedynie 30% spośród uczniów twierdzi, że rozumie wszystko na lekcjach. „W podstawówce i gimnazjum matma wychodziła mi znacznie lepiej niż w liceum. Teraz na lekcjach nie uczę się praktycznie niczego nowego – do- piero na korepetycjach dowiaduję się, ile materiału pomija moja nauczycielka. Poza tym, większość mojej klasy ma korki, a to o czymś świadczy” – mówi 18–letnia Ola. Czyżby sukces polskiej edukacji opierał się na korepetycjach? Jednak to nie wszystko. Spójrzmy na wyni-ki próbnej matury z matematyki podstawo-wej z grudnia zeszłego roku – nie zdało około 50% uczniów. Średni rezultat to 39% w liceum i 27% w technikum. „Zada-nia różniły się od tych z arkuszy z poprzed-nich lat. Kiedyś wystarczyło nauczyć się rozwiązywać typowe zadania i już można było zdać maturę. Teraz zadania są trud-niejsze, żeby je rozwiązać trzeba mieć na nie jakiś pomysł na początku” – mówi Kaja, tegoroczna maturzystka. – „Choć zmieniła się podstawa programowa, nauczyciele ciąg- gle uczą nas pod starszą wersję egzaminu, być może dlatego wychodzi on tak kiepsko” – dodaje. To ujawnia kolejny problem, któ-rego nie pokazują rankingi popularności – informacje o tym jak będą wyglądały egza-miny i co uczeń powinien na nie potrafić, podano dopiero pod koniec roku szkolnego. Wcześniej ani uczniowie, ani nauczyciele nie wiedzieli, czego mogą się spodziewać. Sięgnijmy trochę głębiej – w końcu, jak

SPOŁECZEŃSTWO

zauważyła Amanda Ripley, polski system edukacji od 2000 roku rozwinął się w im-ponujący sposób. Jednak co by się stało, gdyby porównać matematyczne umiejęt-ności współczesnych nastolatków do tych z pokolenia naszych rodziców? W każdej szkole, do jakiej chodziłam, nauczycielki skarżyły się, że co roku do jej klas przy-chodzą uczniowie, którzy coraz mniej po-trafią. „Wy to po prostu macie inne mózgi” – mówi moja matematyczka, kiedy widzi, jak męczymy się z niektórymi zadaniami sprzed kilkunastu lat. Bo niestety, w matu-ralnej klasie, większość moich rówieśników nie umie rozwiązać zadania wstępnego do szkoły średniej (co by było, gdybyśmy dostali do rozwiązania zadania maturalne sprzed sześćdziesięciu lat?) Nietrudno zau-ważyć, że za tym narzekaniem kryje się coś więcej niż tylko nostalgia za czasami mło-dości owych nauczycielek. Nasza wiedza i umiejętności są mniejsze niż naszych ró-wieśników sprzed kilkunastu lat – choć to my mamy lepsze możliwości rozwoju. Jako że ze szkołą mam do czynienia co-dziennie, przez pięć dni w tygodniu, trudno jest mi bezkrytycznie przyjąć te peany na cześć polskiego systemu edukacji. Ten, kto chce go widzieć jako jeden z najlepszych na świecie, może się gorzko rozczarować (polską rzeczywistością albo wiarygodnoś-cią badań systemów edukacji). Bo mimo tego, że błyskawicznie pniemy się w górę w rankingach, w praktyce zmiany w pol-skich szkołach zachodzą raczej w żółwim tempie. Agnieszka Kracla



WINDĄ
DO NIEBA
SPOŁECZEŃSTWO

Chyba każda mała dziewczynka marzy o tym, by pewnego dnia w pięknej, białej sukni do ziemi, z tiulowym we-lonem wpiętym we wspaniale ułożone włosy, powiedzieć swemu księciu z bajki sakramentalne „tak!”, a póź-niej przetańczyć z nim całą noc, pełną emocji i wzruszeń. Niestety, małe dziewczynki dorastają, i choć marze-nia o byciu królową najważniejszego w życiu balu ciągle w nich tkwią, rze-czywistość wydaje się być bardzo roz-czarowująca. Wpadka? Ślub potrzebny od zaraz! Ostatnio plotkowałam z mamą na temat ży-cia naszej wsi i dowiedziałam się, że siostra mojego znajomego „spadła z ambony” (czytaj: była po raz pierwszy wyczytana na zapowiedziach ślubów w kościele). Powód nagłej decyzji młodych zakochanych jest aż nazbyt oczywisty – dziewczyna zaszła w ciążę. A urodzić dziecko, nie będąc w związku małżeńskim? Co to, to nie! Prze-de wszystkim – wstyd. Oczywiście, kiedy kobieta w ciąży idzie do ołtarza z widocz-nym brzuchem i tak obnaża swoją bezboż-ność przed całą społecznością – której zdanie jest przecież najważniejsze – ale skoro już „się stało”, to przecież trzeba sytuację jakoś ratować. Cóż z tego, że ratunek ten wiąże się z narażaniem dziewczyny w ciąży na stres związany z przygotowaniami, a potem kilkanaście godzin spędzonych w szpilkach i ważącej tysiąc ton sukience? Trudno żeby taka noc była dla dziewczyny jakąś szczególną przyjemnością. Nie będzie nią też tańczenie z brzuchem przez całą imprezę, bez możliwości picia alkoholu i z ciągłym lękiem przed podskoczeniem lub obróceniem się zbyt gwałtownie. A wiadomo przecież, że każdy wujek i kuzyn swój taniec z panną młodą odbyć musi – zatem mimo tego, że kobieta w ciąży często źle się czuje, nie wypada jej odmówić. Słyszałam o weselu, na którym ciężarna panna młoda podnoszona przez, z pewnością „bardzo inteligentnych” i „wcale nieodurzonych alkoholem” gości, straciła przytomność i wylądowała w szpitalu, a impreza toczyła się dalej, bez niej. Na pewno ta noc była spełnieniem jej marzeń! Ale tak niezręczne zajście, jakim jest ciąża, trzeba było przecież jakoś załagodzić. Oczywiście, można też poczekać spokojnie do rozwią-

SPOŁECZEŃSTWO

zania, a dopiero potem wziąć ślub koś-cielny czy cywilny i udać się z najbliższą rodziną na obiad do restauracji, no ale jak- by to wyglądało? „(...) artystyczne zdjęcia na pewno zbiorą dużo polubień – to przecież sprawa priorytetowa.” Młodzi, piękni, wystrojeni! Załóżmy inną sytuację – nie jesteś w ciąży, nie masz mdłości, możesz pić alkohol i nie musisz uważać na siebie za dwoje. Czujesz się fantastycznie. Wyglądasz też nieźle, przebrnęłaś przez kosmetyczkę, manikiu-rzystkę, fryzjerkę; masz na sobie ważącą kilka kilogramów suknię – a jej wybór też był niebagatelnym problemem. I tutaj, niestety, zaczynają się schody – wypo-życzenie sukni kosztuje dużo mniej niż jej kupno, ale – sami pomyślmy – w noc, która ma być najpiękniejsza w życiu, musisz przez kilkanaście godzin uważać, by sukni nie ubrudzić, nie zniszczyć, nie oblać czerwonym winem bądź kawą. Średnie rozwiązanie. Można też oczywiście wydać kilka tysięcy na kreację jednego wyjścia – co prawda będzie się później kurzyła w szafie, no ale w końcu tego dnia kobieta musi wyglądać jak milion dolarów. Musi. Presja, żeby wyglądać perfekcyjnie, jest ogromna – kobiety potrafią wydać naprawdę mnóstwo pieniędzy po to, by mieć nie tylko wspaniałą suknię, ale także idealną fryzurę, paznokcie, makijaż. A ra-chunek rośnie. W przypadku mężczyzny jest niewiele lepiej – garnitur wcale to niemały wydatek, do tego dochodzą spinki,

SPOŁECZEŃSTWO

buty, krawat. I w takim zestawie należy przetańczyć całą noc, pocąc się i grzejąc. Ale przecież romantyczna sesja w pięknym parku bądź nad jeziorem jest tego warta. Dodatkowo będzie się czym pochwalić na Facebooku, a artystyczne zdjęcia na pewno zbiorą dużo polubień – to przecież sprawa priorytetowa. „Ciotki prześcigają się w kreacjach, wujkowie w litrach wódeczki, żeby potem usypiać przy stołach.” Trzeba zaprosić, bo się obrażą! Zapraszanie gości na wesela jest trudnym tematem – nie wszystkie rodziny żyją ze sobą w zgodzie, nie wszystkich członków rodziny darzy się sympatią. I o ile irytują-cego wujka Bogdana bądź wścibską ciocię Janinę ostatecznie można znieść, dochodzi jeszcze problem z brakiem przestrzeni. Niestety, czasy, w których rozstawiało się na pastwiskach namioty, ubijało świniaka i cała wieś mogła się bawić i tańczyć bez ścisku, odchodzą już do zamierzchłej prze-szłości. Lokal trzeba rezerwować z kosmi-cznym wręcz wyprzedzeniem, ceny są co-raz wyższe, a że wesela najczęściej fundują młodym rodzice – ich zdanie jest decydu-jące. W związku z tym, zakochane gołąbe-czki są zmuszone przez całą noc uśmiechać się sztucznie do ludzi, z którymi w przecią-gu ostatnich dziesięciu lat zamienili za-

SPOŁECZEŃSTWO

ledwie kilkanaście zdań. Ciotki prześcigają się w kreacjach, wujkowie w litrach wódecz- ki, żeby potem usypiać przy stołach. A za- kochanych nie opuszcza ciągły stres – czy wszyscy się dobrze bawią? Czy wszystkim smakuje jedzenie, podoba się orkiestra? Pół biedy, jeśli rodzina dobrze się dogaduje – wtedy zabawa zazwyczaj się udaje – lub jeśli rodzina jest mała – można wtedy za- prosić na wesele swoich przyjaciół i po prostu dobrze się z nimi bawić. Ale nie każdy ma tyle szczęścia. „(...)w końcu tego dnia kobieta musi wyglądać jak milion dolarów.” W tym momencie rodzi się pytanie – czy warto? Czy warto wydawać górę pieniędzy na jedną noc pełną fałszywych uprzejmości i udawania, że jest się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie? Wesele może być udaną imprezą spędzoną w towarzystwie przyjaciół i rodziny, ale ostatnio mam wrażenie, że tego typu wydarzenia to zwy-czajna szopka. Noc, którą powinno się za-pamiętać do końca życia? Cóż, z pewnością na najbliższe piętnaście lat, przez które trzeba będzie ją spłacać. No, ale co ja tam wiem. Niech żyje miłość! Gabriela Korczak Fot. 1,4: Roksana Grzmil KOBIETA
W CIENIU PRAWA
KULTURA: RECENZJA FILMU KULTURA: RECENZJA FILMU

Ona – apodyktyczna, elegancka, wy- trwała i pragnąca wolności. On – – cichy, wierzący i nieodstępujący od tradycyjnego, rodzinnego schematu. Patrząc na te przeciwieństwa, rodzi się pytanie: kto zwycięży w zimnej konfrontacji? Film Viviane chce się rozwieść, pierwszy raz wyświetlony w ubiegłym roku na festi-walu w Cannes, uzyskał aprobatę wśród widzów i krytyków zarówno w Izraelu, jak i w Europie. Produkcja Ronit i Shlomi Elka-betz wywołała prawdziwą burzę na temat pozycji kobiety w judaizmie, a ta jak wia-domo, do łatwych nie należy. „Przedstawiane przez nich fakty są sprzeczne, jednak jednocześnie ukazują widzowi tradycyjną izraelską rodzinę (...).”

KULTURA: RECENZJA FILMU „Gdyby nie jej wewnętrzna siła, nie zniosłaby procesu rozwodowego ciągnącego się przez pięć lat, ciągłego meldowania się przed tym samym sądem (...)”

Trudno mówić o równouprawnieniu w kon-tekście Izraela, jeżeli według tamtejszej tradycji, zgoda na rozwód zależy tylko i wyłącznie od woli mężczyzny. W praktyce oznacza to, że jeśli rozwód ma dojść do skutku, małżonek musi dać „gett”, czyli list rozwodowy, zwracający kobiecie wolność. Problem ten został przedstawiony w filmie: Viviane Amsalmen (w tej roli Ronit Elka- betz), od lat chce rozwieść się z mężem, Elizeuszem Amsalmenem, który sprzeciwia się temu pomysłowi. Twierdzi on, że kocha Viviane i uważa, że są sobie przeznaczeni. Sąd rabiniczny, chcąc rozstrzygnąć tę spra-wę, zwołuje świadków, którzy wprowadza-ją tylko większe zamieszanie. Przedstawia-ne przez nich fakty są sprzeczne, jednak jednocześnie ukazują widzowi tradycyjną izraelską rodzinę, która powinna trzymać się razem. Jak można się spodziewać, sio-stra Viviane wspiera jej stanowisko, twier-dząc, że małżonkowie „nie pasują do siebie jak oliwa i woda”, natomiast brat Elizeusza utrzymuje, że Viviane skupiała się bardziej na sobie niż na rodzinie. Najistotniejsza postać, Viviane Amsalmen, jest przedstawiona jako uparta i silna, lecz w świetle prawa nie ma żadnej władzy nad swoim życiem. Chociaż to Elizeusz decydu-je o jej przyszłości, tak naprawdę to on jest osobą pozbawioną charakteru – w przeci-wieństwie do Viviane, która wykazuje ogro-mny hart ducha. Gdyby nie jej wewnętrzna siła, nie zniosłaby procesu rozwodowego ciągnącego się przez pięć lat, ciągłego meldowania się przed tym samym sądem, powtarzających się upokorzeń, walki o wła-

KULTURA: RECENZJA FILMU

sne prawa. Ta sytuacja mogłaby złamać niejedną kobietę. „Sąd rabiniczny, chcąc rozstrzygnąć tę sprawę, zwołuje świadków, którzy wprowadzają tylko większe zamieszanie.” Jaki jest finał tej historii? Ostatnia scena ukazuje wejście Viviane na salę rozpraw. Został tu zastosowany ciekawy zabieg po-legający na przedstawieniu jedynie nóg bo-haterki. Taki kadr pobudza do refleksji. Jak czuje się Viviane? Czy w końcu odzyska to, czego pragnie od pięciu lat? Mimo że na pierwszy rzut oka film może wydawać się nudny, w rzeczywistości pro-dukcja w dużym stopniu absorbowuje uwagę widza. Samo porównanie europej-skiego i izraelskiego sądownictwa i prawa, nie wspominając o różnej mentalności, jest niezwykle interesujące i na pewno w pe-wien sposób pozwala poszerzyć horyzonty. Dorota Buchovecka LUSTERECZKO,
POWIEDZ PRZECIE...
KULTURA: RECENZJA FILMU

„Byłem zachwycony. Przerażający film. Niewykluczone, że już nigdy w życiu nie zjem jabłka” – tak Stephen King, rzekomy mistrz powieści grozy, reklamuje najnowsze dzieło Mike’a Flanagana. Co więcej, zgadza się z nim większość krytyków, którzy pozytywnie oceniają tę produkcję, mówiąc nawet, że jest to jeden z najlepszych horrorów ostatnich lat. Zastanawiam się, czy aby na pewno oglądaliśmy ten sam „Oculus”? Premiera odbyła się w piątek i jako że nie miałem lepszego pomysłu na spędzenie wieczoru, wybrałem się do kina. O filmie słyszałem już wcześniej, zwiastuny mnie nie zachwyciły, ale jako że jestem wielkim fanem kina grozy, wiedziałem, że go obej-rzę. Wciąż czekam na horror, który wbije mnie w fotel i nie pozwoli pójść w nocy do łazienki. Po seansie „Oculusa” wiem, że będę musiał jeszcze poczekać. Film opowiada historię dwójki rodzeństwa, Kaylie (Karen Gillan) i Tima (Brenton Thwaites), które po kilkunastu latach od rodzinnej tragedii, postanawiają oczyścić się z zarzutów morderstwa ich ojca i udo-wodnić, że makabrycznej zbrodni dopuści-ły się nadprzyrodzone siły zamieszkujące stare lustro. W tym celu dziewczyna, pod pretekstem renowacji antyku, zabiera do domu przedmiot i wciąga brata w swój plan zniszczenia lustra. Tim, który dopiero co opuścił zakład psychiatryczny, gdzie, mówiąc kolokwialnie, wyprano mu mózg, podchodzi do całej sytuacji sceptycznie i ze strachem. Niechętnie wysłuchuje dopraco-wanego do najmniejszych szczegółów pla-nu Kaylie, by następnie wziąć udział w zbieraniu dowodów z nadzieją, że na koniec uda się zniszczyć lustro. Scenariusz wydaje się być mało oryginalny, ale tkwi w nim potencjał, którego Mike Flanagan nie wykorzystał, w efekcie czego

KULTURA: RECENZJA FILMU

widz potrafi się na śmierć... zanudzić, lecz nie przestraszyć. Film miał jedynie dwa momenty, w których wstrzymałem oddech – jeden z nich widzieliśmy w zwiastunie (mam tu na myśli scenę, w której Kaylie bierze do ust żarówkę zamiast jabłka), a drugiego można było się domyślić. W pewnym momencie chciałem wstać i wyjść z kina, zły, że wydałem pieniądze na kolejną amerykańską, horrorowatą szmirę. Mimo wszystko zostałem i nie ża-łuję – finał całej historii był tak bardzo przewidywalny, że aż śmieszny, cała sala wybuchnęła śmiechem i miałem ochotę bić brawo, zadowolony, że to już koniec. Jedyne, co mi się podobało, to fakt, że Fla-nagan inteligentnie przeplatał przeszłość z teraźniejszością. Dzięki temu stopniowo poznawaliśmy historię rodziny Russellów oraz wydarzenia, które miały miejsce w ich domu i jednocześnie przyglądaliśmy się zmaganiom głównych bohaterów ze zło-wieszczym lustrem. Można było też zau-ważyć, że dzieciaki (Annalise Basso jako młoda Kaylie i Garret Ryan – mały Tim) pokazały wyższy poziom gry niż starsi aktorzy, współpracujący z nimi na planie. „Oculus” jest jak powieść wspomnianego na początku Stephena Kinga – zbyt długi i mało zaskakujący, wręcz usypiający. Szkoda, że Flanagan nie wykorzystał po-tencjału drzemiącego w scenariuszu. Mieli-byśmy wtedy inteligentny horror, pierwszy od czasu „Sinister” Scotta Derricksona. Tymczasem trzeba obejść się ze smakiem. Na jabłko. Tomasz Król (NIE)NAJLEPSZE WIDOWISKO ŚWIATA
Oto kolejny rozdział w historii zespołu Nightwish. 27 marca ukazał się ósmy album fińskiego zespołu z nową, trzecią już, wokalistką – Floor Jansen. Krążek „Endless Forms Most Beautiful” znalazł się w polskich sklepach.
KULTURA: RECENZJA PŁYTY

Grupy Nightwish nie muszę nikomu przed-stawiać – to najbardziej znany i popularny, obok Within Temptation, wykonawca sym-fonicznego metalu. Utwory takie jak „Ne-mo”, „Wish I Had an Angel”, „Amaranth” czy „Wishmaster” obiły się o uszy nie tylko fanom muzyki rockowej. Utwory „Nocnego życzenia” charakteryzuje dynamiczne po-łączenie gitarowego grania z orkiestrą i cyfrowym brzmieniem klawiszy. Każdy, kto zetknął się z Nightwishem, wie, że za-wsze najważniejszym punktem zespołu był charakterystyczny, kobiecy wokal. Nową twarzą zespołu, po rozstaniu z Anette Ol-zon, została Floor Jansen (znana w środo-wisku heavy metalowym z zespołów After Forever i ReVamp). Swoje umiejętności wokalne (a tych nie można jej odmówić) pokazała podczas długiej trasy koncerto-wej w 2013 roku już w szeregach Night-wisha. W składzie kapeli nastąpiły również inne znaczące zmiany – funkcję perkusisty tymczasowo sprawuje Kai Hahto, a na sta-

KULTURA: RECENZJA PŁYTY

łe do zespołu dołączył Troy Donockley, grający m.in. na irlandzkich dudach i whistle’ach (ludowych fletach). Pełnowy-miarowy udział Donockleya w nagraniach jest o tyle znaczący, iż instrumenty, z któ-rych korzysta, wprowadzają nowe, celty-ckie brzmienia. Gorącą atmosferę, narosłą wokół „Endless Forms…”, podgrzewały zapowiedzi doty-czące tematyki albumu. Tuomas Holo-painen (klawiszowiec, autor muzyki i tek-stów) zapowiadał album o treści skrajnie odmiennej od swych poprzedników. Ro-mantyczną, przesyconą nostalgią metafory-kę oceanu i teatralnych wizji zastąpił fascy-nacją światem i Bergsonowskim élan vital („pędem życiowym”). Jego największą in-spiracją były pisma Dawkinsa, znanego ewolucjonisty i antyteisty. Ostatni, a zara- zem najważniejszy utwór albumu – „The Greatest Show On Earth” – to tytuł jednej z ostatnich książek Dawkinsa. Z niej pocho-dzą cytaty wplecione w treść tejże kom-pozycji i samo sformułowanie „Endless Forms Most Beautiful”. Inne utwory rów-nież ocierają się o przyrodnicze i geologi-czne zagadnienia – od kosmologii, przez obrazowe pejzaże Alp, aż do egzotyki Azji Środkowej. „»Endless Forms Most Beautiful« zdaje się być mozaiką motywów z różnych albumów zespołu zlepionych w jedną całość.”

KULTURA: RECENZJA PŁYTY „Zresztą odczucie »gdzieś już to słyszałam« towarzyszyło mi prawie cały czas podczas pierwszego odsłuchiwania albumu (...)”

Z tego zawirowania nowinek wyłonił się singiel „Élan” i był niczym kubeł zimnej wody (w tym przypadku chciałoby się rzec – lodowatej). Utwór, zapowiadający album, okazał się nudny i bez wyrazu, a jego monotonię dopełniał płaski, pozbawiony jakiejkolwiek dynamiki wokal Jansen. Wszytko to okraszono kiczowatym teledys-kiem z kiepskimi efektami graficznymi – choć, w moim odczuciu, klip uratowała os-tatnia, naprawdę urokliwa i wymowna sce-na radosnego tańca starszych ludzi w za-puszczonym pubie. Niedługo później, po niesmaku wywołanym singlem, udostęp-niono utwór otwierający „Endless Forms…” – to on przywrócił przygasającą nadzieję. „Shudder Before The Beautiful” okazał się syntezą tego, co dla Nightwisha charak-terystyczne – kontrastu spokojnej zwrotki z mocnym refrenem, dynamicznych partii orkiestry oraz melodyjnego wokalu. Zas-koczeniem był powrót do syntezatorowego brzmienia klawiszy (charakterystycznego dla starszych krążków zespołu) i całkiem zgrabne solo gitarowe (co w twórczości Nightwisha jest rzadkością). Tutaj także Jansen sprawiła się lepiej – uwolniła siłę swego głosu, pokazała głębię niskich to- nów i mocne wysokie rejestry. Niestety, mimo tych wszystkich zalet, w całokształ-cie utwór stracił na tym, iż okazał się odtwórczy – łudząco przypomina nagrania z poprzednich płyt, a więc „Dark Chest of Wonders” z 2004 roku i „Storytime” z po-przedniego albumu. Zresztą odczucie „gdzieś już to słyszałam” towarzyszyło mi prawie cały czas podczas pierwszego odsłuchiwania albumu – najsilniej objawiło

KULTURA: RECENZJA PŁYTY

się przy „Yours is an Empty Hope”. Tutaj gitarowy riff zapożyczono w całości ze wspomnianego już „Dark Chest of Won-ders”, a konstrukcja i charakter utworu są niemal identyczne jak w „Master Passion Greed” z albumu „Dark Passion Play”. „Endless Forms Most Beautiful” zdaje się być mozaiką motywów z różnych albumów zespołu zlepionych w jedną całość. Połą-czenia te nieraz komponują się całkiem zgrabnie, choć, jak można się domyślić, nieraz kończą się fiaskiem. W tytułowym „Endless Forms Most Beautiful” zderzenie brzmienia orkiestry z elektronicznymi klawi-szami w sąsiadujących fragmentach brzmi źle (nie chciałabym znów zasięgać do poję-cia kiczu, acz w tym przypadku jestem do tego zmuszona). Na tym tle zdecydowanie najlepiej wypadły te kompozycje, w któ-rych postawiono na rytmiczność, a więc „Alpenglow” i (mimo swoich wad) wspo-mniane już „Endless Forms…”. To dwa ut-wory o niezbyt ambitnej fakturze instru-mentalnej, lecz porywające do zabawy, idealne do wykonywania na koncertach. W nich także znajdujemy jedną z najmoc-niejszych stron krążka – duety Floor Jansen i Marco Hietali. Barwy ich głosów zgrywają się idealnie i tworzą unikatowe brzmienie, którego nie dało się uzyskać z żadną z po-przednich wokalistek. Poza duetami Jansen wypada różnie – zdecydowanie błyszczy w średnich rejestrach, jednak krzykliwe fragmenty bywają irytujące (na przykład w „Your is an Empty Hope”). Powróćmy jeszcze do „Alpenglow” – uważam, że to

KULTURA: RECENZJA PŁYTY

zdecydowanie lepsza alternatywa na singiel – ma prosty, skoczny rytm, chwytliwą me-lodię i tekst. Najmocniejszym fragmentem utworu jest przejście pomiędzy ostrym, gardłowo odśpiewanym przez Jansen bridgem (muzycznym łącznikiem) i bajecz-nym refrenem przywodzącym na myśl bajki Disneya (tu także łagodnieje barwa woka-lu). To z pewnością jedna z lepszych pozy-cji albumu. „Kompozycja instrumentalna wprowadza mistyczny klimat i przywodzi na myśl filmowe soundtracki.” W ramach „Endless Forms…” zrealizowano jeden nowy pomysł, inspirowany zapewne działalnością Troya w zespole – są nim fol-kowe brzmienia. Najbardziej uwydatniły się one w utworach „Weak Fantasy” i „My Walden”. Pierwszy z nich zawiera fenome-nalne zwrotki, w których Jansen śpiewa ku-szącym, lekko zadziornym głosem (to je-den z najlepszych momentów wokalnych albumu). Fragmenty te przytłumiono gło-śnym, gitarowo–orkiestrowym wstępemi i refrenem, w którym, nie wiadomo dla-czego, Jansen zaczyna krzyczeć. Światełko błyskotliwego pomysłu wyzwala się jeszcze na chwilę w postaci instrumentalnej, celty-ckiej wstawki, by znów polec pod warstwą gitary i orkiestry (grającą spowolniony mo-tyw z „Escapist”). „My Walden” nie zasłu-guje już na tyle uwagi – to kawałek idealny na dyskotekę dla fanów celtyckiej muzyki.

KULTURA: RECENZJA PŁYTY

Posiada jednak jedną znaczącą zaletę – to pierwszy utwór w historii zespołu, w któ-rym folkową solówkę, zamiast gitary, grają unisono razem z dudami skrzypce. Brzmi to, trzeba przyznać, o niebo lepiej. Zdawałoby się, że album jest pogrzebany pod nutami miernych ballad „Our Decades in the Sun” i „Edema Ruh”. I nagle okazuje się, że feniks odradza się z popiołów. Dwa ostatnie utwory: „The Eyes Of Sharbat Gula” (stanowiący swego rodzaju intro do następnej części) i „The Greatest Show On Earth” (24–minutowy kolos) to prawdziwa uczta dla fana zespołu. To właśnie one wnoszą nową treść, są opowieścią wy-zwalającą obrazy w wyobraźni słuchacza. Przedostatni utwór inspirowany jest jedną z najbardziej znanych na świecie fotografii (zdjęcia Pakistanki z okładki National Geographic). Kompozycja instrumentalna wprowadza mistyczny klimat i przywodzi na myśl filmowe soundtracki. Podobnie dzieje się podczas słuchania „The Greatest Show On Earth” – „Najwspanialszego Wi-dowiska Świata” (a na pewno najlepszego widowiska tej płyty). To utwór przepełni-ony różnymi koncepcjami, jednak dzięki długiemu czasowi trwania mogą się one spokojnie przeobrażać i uzupełniać bez rażącego natłoku motywów. Obok rozle-głych części instrumentalnych, mocnych fragmentów rockowych znajdziemy tu m.in. recytowane cytaty z Dawkinsa i te-mat Fugi d–moll Jana Sebastiana Bacha. Zastosowano tu niesamowitą różnorodność technik wokalnych (od śpiewania klasycz-

KULTURA: RECENZJA PŁYTY

nego po klarowną, nieco gardłową recyta-cję). Tutaj także wracają świetne duety obydwu wiodących wokali. „Barwy ich głosów zgrywają się idealnie i tworzą unikatowe brzmienie, którego nie dało się uzyskać z żadną z poprzednich wokalistek.” Mam nieodparte wrażenie, że to, co dzieje się w ramach całego „Endless Forms Most Beautiful” jest niepotrzebnym balastem cią-żącym na świeżej, wyjątkowej myśli (mu-zycznej i tematycznej) ostatniego utworu. Równie dobrze można by wydać go samo- dzielnie – wtedy faktycznie stałby się „Najlepszym show na świecie”. Niestety, ze świadomością całokształtu tego wydaw- nictwa, „Show” klasyfikuję jako mierne. Nie oznacza to wcale, że pozostałe utwory nie mają żadnej wartości – nie stwarzają jed- nak atmosfery muzycznej przygody, jaką proponował wcześniej Nightwish, chociaż- by poprzednim krążkiem „Imaginaerum”. „Endless Forms” to mieszanina starych i nowych pomysłów, która widocznie rozwarstwia się na grupy konkretnych piosenek. Warto jednak przesłuchać tego albumu, by dotrzeć, co Tuomas Holo- painen wraz z zespołem chcieli nam przekazać – nawet jeśli udało im się to zaledwie połowicznie. Agnieszka Lniak PSYCHODELICZNE ZWIERZĘ
Rzadko trafiają się zespoły potrafiące spojrzeć w muzyczną przeszłość i za-czerpnąć z niej najciekawsze elementy. W ciągu lat wielu próbowało imitować to, czego często nie da się zastąpić. Czy nowa płyta Moon Duo przybliży nam lata ‘70, czy stanie się kolejnym muzycznym niewypałem?
KULTURA: RECENZJA PŁYTY

Moon Duo to jeszcze świeży projekt. Pows-tały w 2009 roku z inicjatywy Erika John-sona oraz Sanae Yamadę, postanowił przy-wrócić magię wczesnych lat ‘70, łącząc ele-menty tradycyjnego rocka z konstrukcja- mi muzycznymi zespołów psychodelicznych (takich jak Pink Floyd, The Doors, The Jimi Hendrix Experience). Ostatni album duet wydał bardzo niedawno, bo w 2012 roku, jednocześnie stając się bardzo popularny wśród środowiska fanów dziwnych, zwario-wanych brzmień. Na kolejny materiał zes-połu, singiel „Animal”, trzeba było czekać prawie trzy lata. Ten krótki utwór przygo-towywał fanów na nowy album Moon Duo „Shadow of the Sun”. Czy jednak jest to pozycja warta zainteresowania? Duet nie przebiera w środkach. Minimalne instrumentalium w postaci syntezatorów, gitary oraz maszyny symulującej perkusję wspomaga w tworzeniu przepięknych me-lodii serwowanych nam przez zespół. Sama płyta jest przepełniona odniesieniami do muzyki, która dopiero próbuje kształtować rock, jaki znamy. Mamy więc tutaj bardzo mocne, czasami ostre brzmienia syntezato-rów Yamady, przebijające się nawet przez gitarę (w utworach takich jak „Wilding”, „Free the Skull” czy „Thieves”). Rytmy same w sobie nie są bardzo skomplikowa-ne, dzięki czemu nie zaburzają percepcji podczas ich słuchania, nie dezorientują tak bardzo jak w przypadku innych tego typu zespołów. Instrumentalium pozwala skupić się również na kompozycji serwowanych nam piosenek, przez co cały album tworzy jednolitą strukturę i nie brzmi jak zlepek piosenek. „Niektóre z utworów przenoszą słuchacza w rytmy psychode-licznego uniesienia.”

KULTURA: RECENZJA PŁYTY

Gitara Johnsona to przepiękny przykład te-go, jak wykorzystać instrument, a jedno-cześnie go nie nadużywać. Muzyk rozwija się, nadaje niektórym utworom przemiły, prosty rytm (taneczny „Wilding” czy szalo-ny „Animal”), by w innych z całej siły wy-eksponować swoje, często niezbyt rozbu-dowane, solówki gitarowe (jak chociażby w „Slow Down Low” albo w „Ice”). Nie czuć w jego grze większego dysonansu czy skrajności, jednak niektóre riffy, powtarza-ne czasem w kółko, mogą zmęczyć osoby nastawiające się na szybkie, energiczne granie. Co ciekawe, duet nie przekrzykuje się nawzajem, instrumenty nie biją się o dominującą pozycję w kompozycji – ut-wory są planowane z rozmysłem. Nie ma mowy o amatorszczyźnie czy niezorgani-zowaniu. To samo można powiedzieć o maszynie perkusyjnej – potocznie znanej pod nazwą drum machine – której zadaniem jest imi-tacja prawdziwego zestawu perkusyjnego. Zostaje ona wykorzystana w prosty spo-sób, a jej głównym zadaniem jest nada- wanie duetowi rytmu. Szybkie bity „Wil-ding” i „Animal” są wykonane solidnie, a w „Night Beat” i „Ice” nie przysłaniają dźwięcznych, tanecznych brzmień. Wokal natomiast nie jest najlepszy. Żadna osoba z duetu nie potrafi zabrzmieć dobrze sama (poza nielicznymi udanymi momentami Johnsona), a razem śpiewają przyzwoicie, jednak często słychać ich słabości. Moon Duo nie boi się eksperymentów z dźwiękami. W najnowszym albumie nie jest inaczej. Niektóre z utworów przenoszą

KULTURA: RECENZJA PŁYTY

słuchacza w rytmy psychodelicznego unie-sienia. „Night Beat” czy też „Zero” brzmie-niem syntezatorów oraz gitar zbliżają nas bardziej do punk–rockowego brzmienia, które serwowało nam Joy Division. Szcze-gólnie w tym pierwszym utworze pobrzmie-wają echa klasycznych utworów panów z Manchesteru (a szczególnie „Love Will Tear Us Apart”). Z kolei „Free the Skull” ma w sobie coś z brytyjskiego progresywnego rocka, a „In a Cloud” wystylizowano na utwór bluesowy. Yamada w „Slow Down Low” gra na swoich istrumentach tak, jak-by miała tworzyć nowy materiał dla The Doors albo The Who, co wprowadza lekką nostalgiczną nutę w cały album. Takie aranżacje są wplecione w cały „Shadow of the Sun” i stanowią miły dodatek do dob-rze skomponowanych melodii. „Riffy, powtarzane czasem w kółko, mogą zmęczyć osoby nastawiające się na szybkie, energiczne granie.” Można wyczuć jedną, dość poważną wadę albumu – w licznych momentach „Sha-dow...” wydaje się bardzo powtarzalny. Niejednokrotnie podczas słuchania tego krążka odczuwałem monotonię. Słuchając „Ice” i tego samego, ciągłego riffu gitaro-wego, myślałem, że po prostu odpuszczę sobie dalsze słuchanie – brak zmienności rytmicznej jest bardzo uciążliwy. Również niektóre utwory są do siebie bardzo podobne. „Wilding” brzmi jak alternatywna wersja „Animal”, „Night Beat” i „Zero” to dwie piosenki oparte o jeden pomysł, który nie nuży, jednak woła o rozwinięcie. „(...) utwory są planowane z rozmysłem. Nie ma mowy o amatorszczyźnie czy niezorganizowaniu.” Zdecydowanie odradzam tę płytę osobom, które lubią do muzyki skakać, szaleć, tań-czyć czy porzucać się na ściany. „Shadow of the Sun” nie jest tego typu albumem. Nowy wytwór Moon Duo to potężne granie z ostrym, rockowym brzmieniem. Jeżeli tęs- knicie za brzmieniami lat ‘70, macie ochotę na coś innego albo nie wiecie, gdzie zacząć swoją przygodę z tego ro-dzaju muzyką – „Shadow of the Sun” bę-dzie dla was najlepszym wyborem. A gdy wreszcie dacie się temu albumowi wciąg-nąć, to przyrzekam – nie pozostawi was obojętnymi i wciągnie jeszcze mocniej w świat psychodelicznych doznań oraz muzycznych szaleństw z interesującym, przyjemnym brzmieniem. Jakub Tabor



OSTATNI CZYTELNIK #18
Kto by pomyślał, że w marcu może aż tyle się wydarzyć? W osiemnastym odcinku cyklu dowiemy się, co złego jest w stylizacji na Christiana Greya i czym nakarmić nasze myśli. Poznamy również czeski sposób na ożywienie poezji i polsko–kanadyjskie zmagania z nadmiarem książek. Na koniec przyjrzymy się idei jednej z japońskich, prywatnych bibliotek.
KULTURA: OSTATNI CZYTELNIK

„Pokarm dla myśli” Jeśli jesteś przekonany, że zapuszkować można już prawie wszystko, to nie jesteś daleki od prawdy. Do listy zapakowanych w ten sposób przedmiotów dołączyły właś-nie książki. Limitowana seria zapuszkowa-nych utworów to pomysł amerykańskiej projektantki Marii Mordvintseva–Keeler. Swojej najnowszej kolekcji nadała tytuł „Pokarm dla myśli”, a w jej skład wchodzą takie tytuły jak: „Śniadanie u Tiffany’ego” T. Capote’a, „Nagi lunch” W. Burroughsa i „Obiad w restauracji dla samotnych” A. Tyler. Na puszkach znajdują się etykiety, gdzie prócz nformacji ogólnych o danym dziele (tytuł, autor, liczba stron, nota wy-dawnicza), zamieszzono również informa-cję o „dziennej zawartości” humoru i ironii. Łakomy kąsek? Niestety, na razie to pro-totyp i musimy obejść się smakiem. Christian Grey – wstęp wzbroniony Tak w skrócie można opisać szkolną im-prezę, zorganizowaną z okazji Światowego Dnia Książki w Wielkiej Brytanii. Jedenasto-letni Liam Scholes z Manchesteru, przebra-ny za głównego bohatera głośnej ostatnimi czasy sagi, został odesłany do domu przez nauczycieli, którzy uznali jego strój – gar-nitur, plastikowe kajdanki i maskę na oczy – za zbyt wyzywający. Liam został popro-szony o opuszczenie imprezy i przerobienie stroju tak, aby ten przypominał bardziej Jamesa Bonda. Matka chłopca zarzuciła szkole stosowanie podwójnych standar-dów, tłumacząc to faktem, że pozostali uczniowie i nauczyciele przebierali się za czarownice i morderców, a w jej ocenie jest to o wiele bardziej niestosowne. Po-twierdza również, że jej syn nie czytał książki o Greyu, ale jest to obecnie jeden

KULTURA: OSTATNI CZYTELNIK „Limitowana seria zapuszkowanych utworów to pomysł amerykańskiej projektantki Marii Mordvintseva–Keeler.”

z najpopularniejszych bohaterów w Anglii, więc żadne z dzieci nie miało problemu z rozpoznaniem przebrania jedenastolatka. Książka do wyrzucenia Okazuje się, że niedawny przypadek wy-rzucania książek z warszawskiego antykwa-riatu do kontenera nie jest odosobniony na świecie. Jak donosi amerykański Depar– tament Transportu, w stanie Kolorado od ponad dwóch miesięcy nieznany sprawca wyrzuca książki na autostradzie w okoli-cach hrabstwa Boulder. Za każdym razem w ten sposób na ulicę trafia od 25 do 50 tytułów. Do tej pory nie udało się ustalić, kto za tym stoi i jakie są motywy jego działania. W każdym z przypadków pojawia się jedno pytanie: nie lepiej byłoby je od-dać? Na pewno ktoś przygarnąłby książkę. Poezjomat Na początku marca w Pradze na Placu Po-koju stanął pierwszy na świecie Poezjomat, czyli urządzenie do czytania wierszy. Swoją konstrukcją przypomina peryskop łodzi podwodnej, lecz po wciśnięciu odpowied-niego guzika przechodnie mogą posłuchać twórczości jednego z dwudziestu under-groundowych czeskich poetów (m.in. Vladi– míra Holana, Ivana Martina Jirousa, Egona Bodego). Wszystkie nagrania pochodzą z archiwów radia Wełtawa, a lektorami dzieł są sami autorzy. Pomysłodawca instalacji – Ondřej Kobza, właściciel małej kawiarenki artystycznej, snuje plany, aby w przyszłości podobne urządzenia stanęły także w innych miastach Europy. Może wtedy poezja wróciłaby do łask?

KULTURA: OSTATNI CZYTELNIK

„Okazuje się, że niedawny przypadek wyrzucania książek z warszawskiego antykwariatu do kontenera nie jest odosobniony (...).” Dyskoteka? Tak, w bibliotece W Shibuya, jednej z tokijskich dzielnic, znajduje się prywatna biblioteka Mori no Tosho Shitsu, która już czwartego kwietnia przemieni się w klub. Nie oznacza to jednak, że owa placówka zmienia swój profil – raczej wychodzi poza jego ramy poprzez zorganizowanie tzw. „cichej dysko-teki”. Pośród regałów pełnych książek i grona czytających osób znajdą się i tacy, którzy przyjdą, aby potańczyć. Niemniej jednak ogólna cisza nie zostanie zakłócona, a to dzięki słuchawkom, które posłużą uczestnikom zabawy do odbioru muzyki, rytmom której dadzą się ponieść. Tego typu imprezy są dość popularne i odbywają się głównie w miejscach, w których nie-dozwolone jest głośne granie, chociażby przez ograniczenia wynikające z ciszy noc-nej. Jaki jest sens takiej zabawy? Nie wiem, ale być może ktoś zechce poprosić do tańca „Panią Bovary”, „Grażynę” czy też „Pana Tadeusza” – co kto lubi. Ilona Chylińska Fot. 1: JustABoy (CC BY 2.0) Fot. 2: Kirrus (CC BY 2.0) Zdjęcia zostały przycięte i zmniejszone z oryginałów. ODPOWIEDNIE DAĆ
OBCE SŁOWO
KULTURA

Konkurs poezji Mickiewicza, utworów Szymborskiej czy Herbertowski – lista recytatorskich turniejów jest napraw-dę rozbudowana i długo myślałam, że w tej kwestii nie da się wymyślić już nic nowego. Jednak kiedy usłyszałam „Irá hacia él como si no quisiera” i „Wie die Gesundheit bist du, mein Vaterland“, musiałam sprawdzić, co się za tym kryje. W warszawskim XXI Liceum Ogólnokształ-cącym im. Hugona Kołłątaja już po raz drugi odbył się Międzyszkolny Konkurs Re-cytatorski Literatury Polskiej w Językach Obcych „Odpowiednie dać obce słowo”. Jak na wydarzenie z tak krótkim stażem, liczba uczestników była imponująca – ponad dwieście osób postanowiło zmierzyć się z polską poezją przetłumaczoną (przez za-wodowych tłumaczy) na angielski, fran-cuski, niemiecki, rosyjski i hiszpański. Niezależnie od języka, podczas eliminacji niepodzielnie królowała Szymborska – sam wiersz „Kot w pustym mieszkaniu” został przedstawiony aż osiemnaście razy. Nie za-brakło też utworów innych poetów, zarówno tych współczesnych (m.in. Różewi-wicza i Herberta), jak i bardziej odległych od naszych czasów (Kochanowskiego, Mor-sztyna). W dniu gali finałowej okazało się jednak, że król jest tylko jeden. Największe uznanie jury zyskała recytacja utworu Mickiewicza „Na Alpach w Splügen” w wy-konaniu Konstancji Pikus, a ogółem nagro-dzono czterdzieści cztery osoby – zbież-ność liczby z przepowiednią wieszcza była ponoć przypadkowa. Skoro wiersze zostały wyrecytowane, a na-grody (czytnik e–booków, bony do sieci księgarni oraz książki) przyznane, czy oz-nacza to, że o konkursie można już zapom-nieć – przynajmniej do przyszłego roku? Wiele zależy od podejścia samych zaintere-sowanych. Dla części z nich był to trening radzenia sobie z publicznymi wystąpienia-mi. „Jak przyjdzie do recytacji, to wszyscy wyjdą. Te krzesła są dla picu.” – przekony-wali się wzajemnie uczestnicy. Niektórzy chcieli popracować nad swoimi umiejętnoś-ciami językowymi, a inni podchodzili do tej kwestii bardzo pragmatycznie, stwierdza-jąc: „Powiedzmy sobie szczerze, po co tu

KULTURA

przyjechaliśmy? Nie po to, żeby poprawiać swoje walory językowe, tylko żeby wygrać i zdobyć pulę nagród”. Dla części recyta-torów konkurs stanowił jednak naprawdę ważne wydarzenie. Po zeszłorocznej edycji nie brakowało podziękowań od osób, które zaczęły z większym entuzjazmem uczyć się języka obcego. „Niezależnie od języka, podczas eliminacji niepodzielnie królowała Szymborska – sam wiersz „Kot w pustym mieszkaniu” został przedstawiony aż osiemnaście razy.” Niezależnie od tego, jaka będzie wasza motywacja do wzięcia udziału w konkursie „Odpowiednie dać obce słowo”, na pewno warto się nim zainteresować. Jeśli jednak motywacja ta nie będzie na tyle silna, by za rok przyjechać do Warszawy, zachęcam, by przynajmniej zagłębić się w obcojęzy-czne tłumaczenia polskiej literatury. Wbrew powszechnej opinii francuski nie brzmi, jak-by ktoś się krztusił, a niemiecki nie służy jedynie do wydawania komend. Dajcie się porwać obcojęzycznym metaforom. Anna Lewicka Fot.1,2: Julia Markiewicz

WIELKANOCNY ZAWRÓT GŁOWY Fot. 1,2: Roksana Grzmil Fot. 3: Marta Kobylska Fot. 4: Sylwia Więcek