Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

olimpiada rozczarowań strona 6 zwolnieni z teorii, zaangażowani w praktykę strona 9 zemsta po węgiersku w cieniu lepu na muchy strona 15 wyzwanie czy zagrożenie strona 19 Putin Bóg czy Putin wróg? strona 23 transgraniczna kamera strona 27 święto fantastyki: Pyrkon 2015 strona 31 nowa jakość w starych barwach strona 37 WESOŁE JEST ŻYCIE MATURZYSTY
O zdawaniu matury na spo- sób wschodni, morder- stwach w rytmie czardasza i fantastycznych doznaniach podczas Pyrkonu 2015.


Może tegorocznym abitu- rientom szkół średnich trudno w to uwierzyć, ale polska matura jest w grun- cie rzeczy przyjemnym doświadczeniem – szczegól- nie, jeśli za punkt odniesie- nia przyjmie się egzaminy dojrzałości w niektórych spośród państw azjatyckich. Przykład? Dla młodych Ko- reańczyków ośmiogodzinny egzamin to standard. Po- nadto można go napisać tylko raz w życiu. Słabo Ci poszło? Cóż, ze studiowa- niem na dobrej uczelni możesz się już pożegnać. Podobny los czeka milio- ny chińskich nastolatków. Choć do tamtejszego egza- minu można przystąpić po- nownie, mało kto decyduje się na taki krok. Czyżby odstraszały ich ciągły nad- zór i nauka przez kilkanaś- cie godzin każdego dnia? Taka sytuacja może pop- chnąć do drastycznych rozwiązań – dwa lata temu głośna była sprawa Chiń- czyka, który w akcie despe- racji zabił swoją nadopie- kuńczą matkę... Tymczasem w tym nume- rze możecie przeczytać o innych, mniej znanych – ale przez to jeszcze bar dziej intrygujących – mor- derstwach, które miały miejsce w bliższym nam kręgu kulturowym. Jak wy- gląda „Węgierska zemsta w cieniu lepu na muchy”? Sprawdźcie sami – choć nie jest to tekst dla wrażli- wych osób. A kiedy już opuści Was zimny dreszcz, zajrzyjcie na „Święto fan- tastyki: Pyrkon 2015” – moc magicznych wrażeń gwarantowana! Przy takich emocjach, jakie zapewnia- my Wam w tym numerze Outro, blednie nawet kore- ańska matura.

STOPKA REDAKCYJNA

OUTRO ISSN: 2299 - 5242 Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media Koordynator: Kamil Wiśniowski www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl Redaktor naczelna: Anna Lewicka Zastępca redaktor naczelnej: Karolina Wojtal Sekretarz redakcji: Ilona Chylińska Zastępca sekretarza redakcji: Mariola Lis Redaktorzy prowadzący: Klaudia Kępska, Anna Kubica Korekta wydania: Patrycja Ziemińska Fotoedycja: Roksana Grzmil Szefowie działów: Lena Janeczko (kultura), Agnieszka Kracla (społeczeństwo), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy), Sylwia Pacholczyk (korekta), Patrycja Brejnak (promocja). Korekta: Sabina Błaszczok, Maria Gołaszewska, Tomasz Król, Ilona Sieradzka, Mateusz Tutka, Patrycja Ziemińska. Ostateczna korekta: Ariadna Grzona Graficy: Magdalena Kosewska, Patryk Skoczylas. Projekt okładki: Patryk Skoczylas Zdjęcie na okładce: Garry Knight (CC BY 2.0) OLIMPIADA ROZCZAROWAŃ
To miała być olimpiada inna niż wszystkie, realizowana z rozmachem, stawia-jąca na praktykę, nie samą teorię. Miała inspirować do działania i dawać ogrom-ną satysfakcję z osiągniętego celu. Coś jednak poszło nie tak.
SPOŁECZEŃSTWO

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o olim-piadzie „Zwolnieni z Teorii”, byłam zachwy-cona tym przedsięwzięciem i żałowałam, że nie jestem rok, dwa lata młodsza. Z po-dziwem patrzyłam na rosnącą liczbę uczes-tników i organizowanych przez nich inicja-tyw. Pierwsza mniej entuzjastyczna myśl przyszła podczas obserwacji działań kilku drużyn startujących w olimpiadzie. Idea projektu społecznego brzmi szczytnie, ale czy można do niego zaliczyć rozdawanie naklejek z „inspirującym” napisem? I jak należy traktować filmik zachęcający do ustępowania miejsca w autobusie, który jednocześnie promuje stereotypy? W tym momencie nie mogłam oprzeć się wraże-niu, że trochę teorii jednak by się przydało. Tymczasem na każdym kroku natykałam się na napis „Zwolnieni z Teorii”. Nie dziwi-ła mnie rzecz jasna jego obecność na stroach poszczególnych projektów. Można było jednak odnieść wrażenie, że rozpropa-

SPOŁECZEŃSTWO

gowanie logo olimpiady było zarazem jej głównym celem. Najbardziej zaskoczona byłam, gdy okazało się, że informacja w Outro o jednym z patronowanych pro-jektów właściwie nie ma znaczenia, dopóki nie jest ozdobiona adnotacją o olimpiadzie. NIE MOGŁAM „Pierwsza mniej entuzjastyczna myśl przyszła podczas obserwacji działań kilku drużyn startujących w olimpiadzie.” NIE MOGŁAM Przestało mnie to dziwić miesiąc później, po Wielkim Finale Zwolnionych z Teorii (zwanym przez niektórych Wielką Klapą). Wtedy poznałam kryteria wyboru zwycię-skich projektów (sami uczestnicy byli ich świadomi wcześniej) – liczyła się liczba patronatów medialnych, polubień fanpa-ge’a, osób namówionych do udziału w olimpiadzie. I o ile można założyć, że liczba polubień jest w pewnym stopniu wymierna (w końcu można „wyżebrać” sto lajków od znajomych, ale przecież nie cztery tysiące!), o tyle liczba patronatów zupełnie nie oddaje rozmachu projektu. Jestem przekonana, że energia uczestni-ków mogła być spożytkowana lepiej niż na wysyłanie maili do dziesiątek mediów. Są-dząc po krytycznych komentarzach na fan-page’u olimpiady, nie jestem w tym po-glądzie osamotniona.

SPOŁECZEŃSTWO

„Można było jednak odnieść wrażenie, że rozpropagowanie logo olimpiady było zarazem jej głównym celem.” NIE MOGŁAM Twórcy projektów (i ich rodzice) patrzą krytycznym okiem także na zwieńczenie całego przedsięwzięcia. Finał był bez wąt-pienia wielki – zarówno jeśli chodzi o liczbę uczestników, jak i prestiż zaproszonych gości – jednak jego organizacja pozosta-wiała sporo do życzenia. Długie oczekiwa-nie na badanie wykrywaczem metalu przed wejściem do budynku, konieczność stania podczas gali, niewystarczające nagłośnie-nie, wreszcie – brak nagród dla kilku pro-jektów, którym zapowiadano wyróżnienie. Jeśli dodać do tego to, że część uczestni-ków nie doczekała się przysługujących im certyfikatów, trudno dziwić się rozgoryczeniu. Po wydarzeniu rozmawiałam z kilkoma twórcami projektów, także tymi, którzy niepochlebnie wypowiadali się na temat przedsięwzięcia. Najbardziej do myślenia dała mi wypowiedź jednego z finalistów, który najpierw podzielił się swoimi nega-tywnymi spostrzeżeniami, a po kilku godzi-nach, kiedy emocje już opadły, napisał, że w gruncie rzeczy ocenia olimpiadę na plus. To dobre podsumowanie Zwol-nionych z Teorii – możemy narzekać na to, co poszło nie tak, ale to, co zyskali uczestnicy, jest nie do przecenienia. Anna Lewicka Fot. 1,2,3: Joanna Wojtyna ZAANGAŻOWANI W PRAKTYKĘ
ZWOLNIENI Z TEORII,
SPOŁECZEŃSTWO

Zwykło się mówić, że młodzi ludzie są leniwi. I ja pół roku temu nie sądzi-łam, że z osoby w wieku licealnym można wykrzesać siły na coś więcej niż tylko codzienne wizyty w szkole, siedzenie przed komputerem czy ewentualnie weekendowe imprezy. Mało tego, sama zaliczałam się do tej niechlubnej grupy obiboków. Potem poznałam Zwolnionych z Teorii. Na początku klasy maturalnej miałam pro-blemy związane z organizacją czasu, którego, o dziwo, było za dużo (lub nie wykorzystywałam go efektywnie). Nie wie-działam nic – począwszy od tego, co zro-bić ze sobą za pięć minut, skończywszy na tym, co będę robić za rok o tej samej po-rze. Pewnego wrześniowego dnia w szkole zawitała ekipa Zwolnionych z Teorii Zawi-tała? To mało powiedziane. Grupa mło-dych ludzi, mniej więcej w wieku studen-ckim, wparowała do klasy i od razu za-

SPOŁECZEŃSTWO

raziła wszystkich pozytywną energią. Opi-sali założenia olimpiady. Na początku wszystko wyglądało kolorowo. Zbierzecie grupę projektową, wymyślicie, przeprowa-dzicie i ukończycie projekt społeczny. Sfi-nalizujecie go i wygracie olimpiadę. Nagrody? Nagrodą jest międzynarodowy certyfikat menadżerski, po który sięgacie, mając zaledwie kilkanaście lat. Okazuje się, że właśnie ten certyfikat skusił większość „projektowiczów”. Koleżanka z ławki i ja popatrzyłyśmy na siebie i od razu kiwnę-łyśmy zgodnie głowami. Następnego dnia zaczęłyśmy działać i zebrałyśmy grupę chętnych. „Nagrodą jest międzynarodowy certyfikat menadżerski, po który sięgacie, mając zaledwie kilkanaście lat (...) ten certyfikat skusił większość »projektowiczów«” W skład każdego zespołu wchodzili kiero-wnik i członkowie drużyny. Zarządca brał na siebie całą odpowiedzialność. W naszym przypadku ten zaszczyt spadł na mnie. Od samego początku traktowałam swoją „po-sadę” bardzo poważnie, bo sama chciałam być tak traktowana. Każde z zadań, które mieliśmy podejmować w trakcie tworzenia projektu społecznego, było skonstruowane tak, by możliwie jak najbardziej oswoić nas z działaniami podejmowanymi przez wy-kwalifikowane zespoły. Pierwszym z nich było wymyślenie idei projektu, który miał być prowadzony przez moją grupę. Wraz z inicjacją działań natrafiliśmy na pierwszy problem. Z perspektywy czasu wydaje się być błahy, bo były nim racje każdego z członków grupy. W skład naszego zes-połu wchodziło trzech chłopców i dwie dziewczyny. Chłopcy mieli własne „męskie” pomysły. Dziewczyny posiadały koncepcje konkretne, mieszczące się w innym kręgu zainteresowań. Ostatecznie, po kilku godzi-nach dyskusji, połączyliśmy stereotypowo męską tematykę z damską nutą – tak powstał projekt sportowy mający na celu integrację młodych ludzi. Kolejny krok to postawienie sobie celów, wymagań, usta-lenie ryzyka oraz zaplanowanie całej pra-cy. To był stosunkowo nudny etap, choć i z nim wiązały się drobne nieporozumie-nia. Po tej części przyszedł czas na kolejną, którą była realizacja projektu. Tutaj mu-sieliśmy dążyć do urzeczywistnienia wszy-stkiego, co założyliśmy sobie wcześniej. Wygląda na łatwe? Wspomniałam, że na początku wszystko wydawało się kolorowe. W rzeczywistości praca nad projektem spo-łecznym momentami była zajęciem na pe-łen etat. Podejmowaliśmy wiele działań, by nasz pomysł doszlifować i wpłynąć na lep-szą jakość naszej pracy. Przykładami takich poczynań było przeprowadzanie ankiet, ba-dań terenowych i rozmów z mieszkańcami

SPOŁECZEŃSTWO

miasta, które pomogły nam poznać ocze-kiwania potencjalnych beneficjentów. Sta-raliśmy się też rozreklamować naszą działalność. „Ostatecznie, po kilku godzinach dyskusji, połączyliśmy stereotypowo męską tematykę z damską nutą – tak powstał projekt sportowy (...).” Sposobem na promocję, oprócz tradycyj-nych ulotek i plakatów, było wystąpienie w audycji radiowej lokalnego radia. W tra-kcie realizacji dowiedzieliśmy się, że na je- dno zadanie składa się kilka, a nawet kil-kadziesiąt drobnych czynności. Zaplanowa-liśmy sobie między innymi, że przepro-wadzimy zajęcia taneczne dla uczniów łódzkich szkół gimnazjalnych i ponadgim-nazjalnych. „Łącznie zaplanowaliśmy cykl kilku różnych spotkań (...).” Przed każdym zaplanowanym wydarzeniem musieliśmy napisać emaile do interesar-iuszy, przeprowadzić dziesiątki rozmów z partnerami, dotrzeć do beneficjentów, znaleźć miejsce, zorganizować sprzęt na-głaśniający, nagrody dla uczestników za-jęć… Łącznie zaplanowaliśmy cykl kilku różnych spotkań – począwszy od motywa-

SPOŁECZEŃSTWO „W naszej grupie co rusz wybuchały sprzeczki związane z brakiem czasu i możliwości osiągania poszczególnych celów (...). ”

cyjnych zajęć w języku angielskim, po-przez warsztaty taneczne, skończywszy na wielkim turnieju piłki nożnej połączonym ze zbiórką pieniędzy. Łatwo sobie wyobrazić, jaki nakład pracy należało włożyć, by spełnić założenia pos- tawione na początku przygody. Etap rea-lizacji to zdecydowanie najbardziej burzliwy okres „życia” projektu społecznego. W naszej grupie co rusz wybuchały sprze-czki związane z brakiem czasu i możli-wości w osiąganiu poszczególnych celów, z porażkami wynikającymi z problemów w pozyskiwaniu partnerów. Wtedy tak na-prawdę poznaliśmy się nawzajem. Dowie- dzieliśmy się, jak reagujemy w sytuacjach stresowych, jakie mamy podejście do sie-bie, do innych, do samego projektu. Kierownik, jako osoba odpowiedzialna za całość działań, najczęściej obrywała. Nie raz zarywałam noce, opuszczałam szkołę, znikałam na całe dnie, by rozwiązać spra-wy projektowe. Było bardzo trudno i zda-rzały się chwile zwątpienia. Po realizacji nastał czas zakończenia projektu. Stosun- kowo spokojny okres, w którym mieliśmy podsumować naszą całą działalność, do- wieść jej słuszności i udowodnić zrealizo-wanie założonych na początku celów. Czy po tych kilku miesiącach żałuję czasu po-święconego na pracę nad projektem orga-nizowanym pod patronatem Zwolnionych z Teorii? Wraz z końcem naszego przed-sięwzięcia zaczęłam się zastanawiać nad sensem tego, co tworzyliśmy przez pół roku. Wyciągnęłam zaskakujące wnioski. We wrześniu byłam osobą, która nigdy

SPOŁECZEŃSTWO

w życiu nie pomyślałaby, że może dokonać wielkiej rzeczy. Nie można bać się tego stwierdzenia. Zmiana swojego otoczenia na lepsze jest wielką rzeczą. Na początku kierowały mną egoistyczne instynkty – mia-łam zrobić coś, za co obiecano mi wy-różnienie. Obietnicy dotrzymano! Dostałam najlepszą nagrodę – szkołę życia, podczas której pomogłam innym, realizując projekt społeczny. „Na początku kierowały mną egoistyczne instynkty – miałam zrobić coś, za co obiecano mi wyróżnienie.” Certyfikat to tylko dokument, który mimo że pomoże w dalszej karierze, jest jedynie dodatkiem. Dzięki przygodzie ze Zwol-nionymi w Teorii wiem, co chcę dalej robić i mam wiedzę oraz narzędzia, które pomo-gą mi w realizacji tych celów. Karolina Ślesik Fot. 1,2,3,4: Joanna Wojtyna ZEMSTA PO WĘGIERSKU
W CIENIU LEPU NA MUCHY
SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

Kiedy wjeżdża się do wioski Nagyrév, można zobaczyć zaledwie kilka samo-tnych rozsypujących się domów, wąską wiejską drogę i idylliczne pola. Nic nie wskazuje na to, że w tej ci-chej, niemal wymarłej wiosce, sto lat temu rozpoczęła się seria morderstw, która wstrząsnęła całymi Węgrami. Większość zbrodni popełniły gospo-dynie domowe. Pierwsza wojna światowa to dla Węgier okres chwały. Pomniki węgierskich żołnie-rzy poległych w tamtym czasie można na-potkać w tym kraju niemal na każdym ro-gu. Z dumą wspomina się tamte czasy, w odróżnieniu od II wojny światowej, która ze względu na poparcie udzielone przez Węgry Trzeciej Rzeszy jest raczej czarną kartą w historii tego kraju. Trudno jest więc mówić o morderstwach, których źró-dło leży w nienawiści węgierskich kobiet do ich bohaterskich mężów. Wszystko zaczęło się w roku 1914, kiedy mężczyźni z Nagy-réva wyjechali na front. To wydarzenie dla nagyrévskich kobiet było swoistym wy-

SPOŁECZEŃSTWO

bawieniem. W czasach, kiedy feminizm dopiero raczkował (a na wsiach w ogóle o nim nie słyszano), dla kobiet istniała pra-ktycznie tylko jedna droga życiowa – wyjść za mężczyznę wskazanego przez rodzinę oraz być dla niego dobrą żoną. Dobrą – czyli nieskarżącą się, bez własnych marzeń i celów życiowych, znoszącą bez sprzeciwu pijaństwo męża i przemoc z jego strony. Słomiane wdowy wykorzystały zatem oka-zję i postanowiły zacząć nowe życie. Wda-wały się wówczas w liczne romanse z ro-syjskimi jeńcami, których w Nagyrévie i okolicach było w tamtym czasie wielu. Kiedy mężczyźni wrócili z wojny, lekkie życie musiało się jednak skończyć. Tym, które nie chciały poddać się na nowo tyra-nii mężów, na pomoc przyszła ona… „Słomiane wdowy wykorzystały zatem okazję i postanowiły zacząć nowe życie. Wdawały się wówczas w liczne romanse z rosyjskimi jeńcami (...).” Nazywała się Julia Fazekas. W Nagyrévie pojawiła się w 1911 roku. Oficjalnie jej mąż zaginął bez wieści – jaka jednak była pra-wda, nie wiadomo. Pracowała jako aku-szerka i szybko zyskała sobie niechlubną sławę z powodu dokonywania licznych aborcji. Za nielegalne przerywanie ciąż w latach 1911 – 1920 trafiała do więzienia aż dziesięciokrotnie – za każdym razem jednak ułaskawiali ją sędziowie popierający ten zabieg. W Nagyrévie uważano ją za specjalistkę w dziedzinie wiedzy medy-cznej. Nic dziwnego – w okolicy nie było tak naprawdę żadnego lekarza. W usuwa-niu ciąż pomagała jej Zsuzsannah Oláh, zwana we wsi „cioteczką Susi”. Fazekas szybko zaskarbiła sobie sympatię mieszka-nek Nagyréva. Przychodziły do niej i skar-żyły się na mężów alkoholików, którzy często ani nie pracowali, ani nie pomagali w domu. „Kobiety przychodziły do niej z każdym zmartwieniem. Mawiała im: „je-żeli z mężem jest problem, mam proste rozwiązanie” – opowiada Maria Gonya, córka detektywa, który zajmował się spra-wą nagyrévskich gospodyń domowych. Tym rozwiązaniem był arszenik produkowany domowym sposobem najpierw tylko przez Fazekas i Oláh, potem przez większą ilość kobiet. Nazwały siebie Angel Makers. Ar-szenik był trucizną idealną – bezwonna i bezsmakowa esencja z lepu na muchy zalanego wrzątkiem. Substancję bez pro-blemów można było dodać do herbaty, wi-na czy ciasteczek. Otruta nią ofiara umie-rała w męczarniach. W krótkim czasie Na-gyrév dorobił się opinii „gminy morderstw”. Początkowo kobiety kupowały arszenik, by mordować swoich mężów, potem jednak decydowały się na zabijanie również dzieci i schorowanych rodziców. Po I wojnie światowej na węgierskich wsiach panowała

SPOŁECZEŃSTWO

ogromna bieda. Zabójstwo bliskich często było aktem desperacji i ucieczką od śmierci głodowej. Wstrząsają jednak zeznania nie-których z pań, jak chociażby Marii Kardos, która otruła swojego męża, kochanka i sy-na. Przed śmiercią ostatniego z nich zaży-czyła sobie, by ten zaśpiewał dla niej „swym słodkim głosem”. W trakcie piosenki męż-czyzna chwycił się za żołądek i skonał. Jak wynikało z późniejszego przesłuchania, po tym wydarzeniu pozostały Kardos głównie dobre wspomnienia. Inna z morderczyń, Maria Varga, otruła swoją siedmioosobową rodzinę 25 grudnia. Podczas przesłu-chań utrzymywała, że chciała zrobić so-bie udany prezent gwiazdkowy. Morder-stwa w Nagyrévie miały miejsce między 1914 a 1929 rokiem. Jakim cudem tak długo uchodziły kobietom na sucho? Ku-zyn Julii Fazekas pracował w urzędzie i bez problemu podrabiał akty zgonów, według których mężczyźni tonęli, popełniali sa-mobójstwa, umierali na przewlekłe cho-roby… Cała sprawa wyszła na jaw przypadkowo. Jedna z Angel Makers, pani Szabó, przestała być ostrożna i mimo podejrzeń, które na nią padły, spróbowała otruć miejscowego pastora. Pech chciał, że zrobiła to dokładnie wtedy, gdy we wsi przebywali dwaj detektywi zajmujący się tajemniczymi zgonami, Bartók i Frieska. Pastor nie mógł iść do lekarza – był na to zbyt słaby, a w Nagyrévie nie istniały takie instytucje. Nikt nie mógł potwierdzić więc jego podejrzeń, że został otruty, i nie mógł przedstawić detektywom dowodów. Bartók i Frieska zdecydowali się jednak wprost oskarżyć Szabó o morderstwo. Przerażona kobieta natychmiast wydała Oláh i Faze-kas, jednak potem odwołała swoje zezna-

SPOŁECZEŃSTWO

nia. Łudziła się, że jeśli nie ma żadnych dowodów, uniknie kary. Myliła się. Sekcja zwłok wykazała obecność arszeniku w cia-łach tragicznie zmarłych ofiar. „Jedna z Angel Makers, pani Szabó, przestała być ostrożna i mimo podejrzeń, które na nią padły, spróbowała otruć miejscowego pastora.” Detektyw Béla Bodó deklarował, że liczba ofiar wynosiła około pięćdziesięciu. Są jednak głosy, że mogło ich być nawet po-nad trzysta. Wszystkie kobiety, którym udowodniono udział w procederze, zostały aresztowane bądź skazane na karę śmierci (w tym Julia Fazekas, która ostatecznie po-pełniła samobójstwo). „Brakuje wielkiej po-wieści o trucicielkach z Nagyrév, brakuje, bo to jest temat wielki, a jednak jakby wsty-dliwie skrywany” – podsumowuje historię gos-podyń domowych pisarz Krzysztof Varga. Lena Janeczko WYZWANIE CZY ZAGROŻENIE
Perfekcja – jej osiągnięcie to marzenie wielu osób. Szczególnie młodych dziewcząt, które często ślepo podążają za najnowszymi trendami. Nastolatki potrafią zrobić wiele, by zostać uznane za ,,fajne”. Do czego nakłaniają je internetowe prowokacje?
SPOŁECZEŃSTWO

Na portalach społecznościowych coraz częś-ciej pojawiają się treści zawierające w swoim opisie wyraz ,,challenge”. An-gielskim odpowiednikiem polskiego ,,wyz-wanie" oznacza się umieszczane na Face-booku czy Instagramie materiały filmowe lub zdjęciowe, obrazujące wykonanie dane-go zadania. Publikowany post zawiera hasz-tag (#) z konkretną nazwą polecenia. Dzięki niemu inni użytkownicy mogą łatwo odna-leźć przykłady zrealizowanych misji. Liczba wyzwań w sieci rośnie z dnia na dzień. Równie szybko rozprzestrzeniają się one wśród użytkowników Internetu. Część za-dań błyskawicznie zyskują popularność. Jednak niektóre z nich nie są dla nas bez-pieczne. „Hitem Internetu jest ostatnio wyzwanie #KylieJennerChallenge.” Usta w butelce Hitem Internetu jest ostatnio wyzwanie #KylieJennerChallenge. Polega ono na upo-dobnieniu swoich ust do tych posiadanych przez wspomnianą celebrytkę. 17–letnia siostra Kim Kardashian poddała się ope-racji plastycznej warg, dzięki której stały się idealnie pełne. Wiele osób pragnie osią-gnąć taki efekt bez konieczności skorzysta-nia z zabiegu. Jest to po części możliwe. Wystarczy jedynie pusta butelka ze szkła lub plastiku, którą należy przystawić do ust i zassać powietrze. W kilka sekund usta gigantycznie puchną. Efekt – wow! Usta mają nienaturalnie wielki rozmiar, w wię-kszości przypadków zajmują niemal pół twarzy, a efekt może utrzymać się nawet przez kilkanaście godzin. Jednak osoby po-dejmujące wyzwanie przeważnie doświad-czają brutalnego zderzenia z rzeczywisto-ścią. Żałują podjęcia się tego zadania, a swoją rozpacz wyrażają w komenta-rzach umieszczonych przy opublikowanych

SPOŁECZEŃSTWO „Poprzez mocne zaciskanie butelki może dojść do rozerwania się warg, a nawet skaleczenia twarzy odłamkami szkła.”

przez siebie filmach lub zdjęciach. Usta są nie tylko większe, ale też sine, co jest sku-tkiem pękających w trakcie wykonywania zadania naczyń krwionośnych. Twarz wy-gląda komicznie i wzbudza raczej śmiech, a nie zachwyt. Wykonanie tego wyzwania niesie ze sobą ogromne ryzyko. Poprzez mocne zaciskanie butelki może dojść do rozerwania się warg, a nawet skaleczenia twarzy odłamkami szkła. Po-nadto takie działanie może wywołać infek-cję i doprowadzić do całkowitej utraty czu-cia w ustach. Wizja oszpecenia swoje twa-rzy zniechęca. Pomimo tego niektórzy i tak podejmują wyzwanie #KylieJennerChallenge. Nie dopuszczają do siebie myśli o negatyw-nych konsekwencjach takiego zachowania. Zdrowie nie jest tak ważne, jak chęć bycia ,,na topie”. Ochotników nie powstrzymują także przeważające w sieci krytyczne ko-mentarze dotyczące tego pomysłu. Babcia z młodą twarzą Skrajne opinie wypowiadane są także na temat popularnego na Instagramie trendu tzw. włosów na babcię. Pomysł zapoczą-tkowany został już kilka lat temu, lecz do- piero teraz zyskuje popularność. Wyzwanie polega na farbowaniu przez młode kobiety włosów na siwo. Fotografie prezentujące nowe fryzury, oznaczane są hasztagiem #GrannyHair. Zdjęcia siwowłosych dziew-cząt często wywołują niesmak. Jednak takie działanie ma także swoich zwolen-ników. Zadanie ma dowieść, że siwizna przeznaczona jest nie tylko dla star-szych osób, a włosy gołębiego koloru nie powinny zawstydzać, lecz cieszyć. Według

SPOŁECZEŃSTWO

niektórych opinii, takie farbowanie włosów dowodzi samoakceptacji i pewności siebie. Jednak na ten krok zdecydować się mogą również osoby nieśmiałe, które chcą choć raz poczuć się ,,fajne”. „Pomysł zapoczątkowany został już kilka lat temu, lecz dopiero teraz zyskuje popularność. Wyzwanie polega na farbowaniu przez młode kobiety włosów na siwo.” Podejmowanie internetowych wyzwań nie-kiedy można uznać za akt desperacji ze strony osoby, która za wszelką cenę pró-buje dopasować się do świata, gdzie Inter-net narzuca co jest lepsze, a co gorsze. Młodzi ludzie coraz częściej podążają uformowaną w sieci ścieżką do bycia ,,kimś”. Uciszają zdrowy rozsądek, przez co narażają się na wiele niebezpieczeństw prowadzących do uszczerbków na zdro-wiu fizycznym i psychicznym. Można uninąć takiego ryzyka. Wystarczy przestać naśladować zachowanie innych i zaakce-ptować siebie takim, jakim się jest. Justyna Wróblewska PUTIN BÓG CZY PUTIN
WRÓG?
SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

Władimir Putin to postać budząca skrajne emocje, zarówno w konte-kście politycznym, jak i społecznym. Kroki rosyjskiego prezydenta śledzi cały świat. Postępowanie Putina przy- pomina rządy dyktatorskie, a podej-mowane przez niego decyzje rozno-szą się głośnym echem na całym globie. Putin to dla wielu mieszkańców Rosji po-stać wybitna, godna podziwu. Biorąc pod uwagę historię tego kraju, nie dziwi nas kult wodza, podobny do kultu Stalina w ZSRR. Ale już ruch religijny sławiący prezydenta naszych wschodnich sąsiadów wywołuje mieszane emocje. Swietłana Fro-woła z Niżnego Nowogrodu stworzyła sektę zrzeszającą głównie kobiety, wielbicielki i wyznawczynie poglądu, że Putin jest wcieleniem Świętego Pawła z Tarsu. Ko-biety ubrane w habity codziennie kilka ra-zy modlą się przy zdjęciu prezydenta Rosji, ułożyły nawet specjalną litanię do Władimi-ra. Wyznawczynie tej nadzwyczajnej sekty śpiewają również również radzieckie pieśni patriotyczne. Zastanawiające jest

SPOŁECZEŃSTWO

jednak, czemu kobiety łączą Putina z ewangelistą Pawłem. Założycielka sekty twierdzi, że prezydent Rosji, podobnie jak Święty z Tarsu, popełnił wiele błędów. Obydwaj jednak dostąpili łaski nawrócenia za sprawą Ducha Świętego. Swietłana Fro-woła uważa, że Putin ma wielkie zadanie do realizacji. Musi rozważnie prowadzić swoją owczarnię, jaką jest Rosja. Kobiety przynależące do sekty wystosowały nawet specjalny list do prezydenta Rosji, w któ-rym prosiły go o spotkanie. Nie doczekały się jednak odpowiedzi. Putin nie wypowia-da się w mediach na temat swoich wy-znawczyń. Rosyjski prezydent znany jest z wysokiego mniemania i pewności siebie, jednak forma, w której kobiety prezentują swoją miłość do niego, zahacza już o śmie-szność. Czcicielki polityka zgodnie przyz-nają, że będą chciały „wynieść go na ołta-rze”. Raczej nie ma to sensu – w ich prze-konaniu Putin już za życia jest świętym, a w opinii ogółu nigdy nie uzyska takiego statusu. „Putin nie wypowiada się w mediach na temat swoich wyznawczyń.” A co ze starym kontynentem? Postać Puti-na kojarzy się mieszkańcom Europy głów-nie z aneksją Krymu, centralizacją władzy, nawiązaniami do tradycji radzieckiej i chę- cią szerzenia potęgi rosyjskiej na dalsze terytoria. Świat stoi na skraju wojny, a da- wne państwa federacyjne Związku Radziec-kiego boją się, że Rosja zacznie się do-magać kolejnych terytoriów, tak jak to było w przypadku Ukrainy. To właśnie mieszkańcy tego państwa uznają Putina za największego wroga. Matki boją się o swo-je dzieci, żony o mężów, którzy wciąż walczą z rosyjskimi żołnierzami. Putin jest osobą, która może doprowadzić do III wojny światowej i nie ma w tych słowach zbytniej przesady. Rosyjski prezydent po-dejmuje kontrowersyjne decyzje i można zastanawiać się, ile jeszcze potrwają rządy tego wydawać by się mogło, nieznisz-czalnego polityka. Czy Rosja zdoła otrzą-snąć się z kryzysu gospodarczego? A może to właśnie kryzys doprowadzi do zmiany postępowania Putina? „To właśnie mieszkańcy tego państwa uznają Putina za największego wroga. Matki boją się o swoje dzieci, żony o mężów, którzy wciąż walczą z rosyjskimi żołnierzami.” Przyjrzyjmy się także polskiemu punktowi widzenia. W naszym kraju Putin nie jest lu-biany. Po usłyszeniu nazwiska rosyjskiego prezydenta wielu ludziom zapala się meta-foryczna czerwona lampka, a w głowach

SPOŁECZEŃSTWO

snuje się myśl o embargu na polską ży-wność. Granice są jeszcze bardziej pil-nowane, polskie władze nie pozwoliły też na przejazd rosyjskich motocyklistów przez nasze terytorium do Berlina. W Polsce oso-ba Putina często łączona jest ze słowem wróg, o jakimkolwiek bogu raczej nikt nie myśli, podczas gdy w największym pań-stwie świata obserwujemy odwrotną sytuację. „(...) polskie władze nie pozwoliły też na przejazd rosyjskich motocyklistów przez nasze terytorium do Berlina (...) osoba Putina często łączona jest ze słowem wróg (...).” Nie chodzi o szyderstwo i kpinę z wyznaw-czyń rosyjskiego prezydenta. Istnieje prze-cież wolność słowa i wyznania. Nie chodzi również o przedstawienie osoby Putina w krzywym zwierciadle. Z pewnością to bardzo ciekawa i intrygująca postać, ale ocena zachowań tego polityka i jego sa-mego pozostaje kwestią indywidualną. Bóg czy wróg? Moim zdaniem bliżej mu do wroga. Za tą tezą przemawiają konkretne czyny, do boga jednak mu daleko. Zuzanna Goska Fot. 1: Kai Mork (CC BY 2.0) Fot.2:Russian Presidential Press and Information Office (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów.



TRANSGRANICZNA
KAMERA
KULTURA: RELACJA

Proszę się przyznać bez bicia, kto dziś ogląda stare polskie filmy. Kilka osób przytaknie głowami. A czeskie? Tu fre-kwencja spada już drastycznie. Oto okazja, by to zmienić – podczas przy-szłorocznej majówki polecam obrać azymut na naszą południową granicę. Jak co roku na przełomie kwietnia i maja podzielony przez Polaków i Czechów Cie-szyn znów zaczyna tętnić życiem. Za spra-wą Przeglądu Filmowego Kino na Granicy zmienia się w mekkę fanów słowiańskiego (i nie tylko) kina, którzy dzięki niemu mają możliwość odkryć często zapomniane już dzieła. Festiwal, po raz pierwszy zorganizo-wany siedemnaście lat temu, był próbą przybliżenia Polakom twórczości sąsiadów zza granicy. Obecnie to sześć dni – week-end majowy z bonusem (w tym roku od 28.04 do 3.05) – wypełnionych od rana do wieczora projekcjami, spotkaniami z twór-cami i innymi imprezami towarzyszącymi. Liczba filmów wzrosła na przestrzeni lat z kilkunastu do ponad setki, i to nie tylko z kinematografii polskiej i czeskiej, ale też słowackiej, węgierskiej oraz ukraińskiej. Od takiej ilości aż się może w głowie zakręcić, więc w razie potrzeby zaczerpnięcia świe-żego powietrza, warto pomiędzy projek-cjami przejść się nad rzekę Olzę albo pochodzić po mieście, które na te kilka dni budzi się z letargu i zapełnia ludźmi. „Liczba filmów wzrosła na przestrzeni lat z kilkunastu do ponad setki, i to nie tylko z kinematografii polskiej i czeskiej, ale też słowackiej, węgierskiej oraz ukraińskiej.” W tym roku łatwo jest się pomylić i wziąć całe to zamieszanie za zlot wyznawców kostki Rubika. To właśnie ona jest znakiem rozpoznawczym tej edycji i pojawia się wszędzie – na plakatach, koszulkach oraz torbach – dzięki czemu łatwo jest rozpoz-nać uczestników spieszących z jednego ki-na do drugiego. Te gadżety to prezenty do-

KULTURA: RELACJA

łączane do sześciodniowej festiwalowej akredytacji – oprócz niej można kupić też bilety trzydniowe lub pojedyncze, jednak nietrudno domyślić się, co jest korzystniej-sze pod względem ekonomicznym. Tylko sześciodniowa opcja daje nam możliwość skorzystania z całego programu Przeglądu, który prezentuje się bardziej niż zachę-cająco. Lub, inaczej mówiąc, po prostu „pęka w szwach”. „Festiwal, po raz pierwszy zorganizowany siedemnaście lat temu, był próbą przybliżenia Polakom twórczości sąsiadów zza granicy.” Codziennie w kilku różnych miejscach (ki-nach, teatrach) po obu stronach granicy wyświetlane jest około piętnastu filmów ze-branych przez organizatorów w różne cy-kle. I tak w tym roku mieliśmy okazję za-poznać się m.in. z dorobkiem popularnego czeskiego aktora Boleslava Polivky, reżyse-ra Marcina Kryształowicza (autora zeszło-rocznej „Pani z przedszkola”) czy kinem kobiet w kinematografii czechosłowackiej. Dodatkowo, oprócz typowo autorskich re-trospektyw i filmów sprzed lat, czeka na nas ogrom produkcji nowych, które do kin trafiały nawet przed paroma miesiącami (na przykład „Carte Blanche” Jacka Lusiń-skiego). Na szczęście i w tej kategorii przedstawiane są nie tylko dzieła naszych rodzimych twórców, ale i czeskich oraz sło-wackich reżyserów. Są to filmy, które czę-sto nie trafiają nawet do polskich kin stu-

KULTURA: RELACJA

dyjnych, trudno jest też znaleźć je w Inter-necie, a tym bardziej z polskim przekła-dem. Dlatego też możliwość obejrzenia ich na festiwalu bardzo przypadła mi do gustu. Problemy pojawiły się dopiero wtedy, gdy stanęłam przed wyborem pomiędzy godzi-ną spędzoną z polską Marylin Monroe – Ka-tarzyną Figurą na ekranie, a twórczością czeskiego reżysera Stanislava Parnickyego. Program jest rozplanowany tak, by zająć nam każdą wolną chwilę i praktycznie zaw-sze daje możliwość zdecydowania, co chce-my obejrzeć – co oczywiście ma zarówno plusy, jak i minusy, bo nieraz najbardziej interesujące nas filmy są odtwarzane aku-rat o tej samej godzinie. „(...) po obu stronach granicy wyświetlane jest około piętnastu filmów zebranych przez organizatorów w różne cykle.” Ogólna organizacja festiwalu nie budzi jednak większych zastrzeżeń – w całym mieście bombardują nas plakaty z informa-cjami, a w Biurze i Informacji Turystycznej znajdziemy mapy i kalendaria z dokładnymi godzinami projekcji, a nawet krótkimi opi-sami filmów. Nie licząc drobnych kłopotów, na jakie natrafiłam pierwszego dnia w biu-rze festiwalowym – kilka osób z rzędu nie potrafiło odpowiedzieć na moje proste py- tanie, gdzie znajdę listę spotkań z twór-cami (jak się okazało, była dostępna tylko elektronicznie) – naprawdę nie można było narzekać na organizację. Wszystko działa zgodnie z założeniem, jak w symbolicznej festiwalowej kostce Rubika. „(...) oprócz typowo autorskich retrospektyw i filmów sprzed lat, czeka na nas ogrom produkcji nowych, które do kin trafiały nawet przed paroma miesiącami.” Myślę więc, że oprócz prawdziwych kino-manów i wielkich fanów słowiańskiego ki-na, na festiwalu odnajdzie się każdy, komu oglądanie filmów po prostu sprawia przy-jemność – szczególnie w kinie wypełnio-nym po brzegi ludźmi lub prawie pustym (to też się zdarza). Jedno drugiego w zu-pełności nie wyklucza, bo Przegląd, mimo że przyciąga wiele osób, w pewnych aspek-tach zachował kameralność. Wciąż pozo-staje świetną okazją, by poznać ciekawych ludzi, a po projekcji zasiąść wspólnie nad kuflem w czeskim barze, który o dziwo przetrwał „Czeską wojnę piwną” i podysku-tować o tych wszystkich alternatywnych fil-mach, których pewnie nigdy byśmy nie zo-baczyli, gdyby nie Kino na Granicy. Zuzanna Jeglorz Fot. 1: Roksana Grzmil



ŚWIĘTO FANTASTYKI: PYRKON 2015
Kochasz książki, cenisz fantastykę i science fiction, a może jesteś fanem szeroko pojętej popkultury i pragniesz poznać innych pasjonatów? W takim razie Pyrkon – największy polski festiwal fantastyki – to miejsce właśnie dla Ciebie!
KULTURA: RELACJA

Z czym to się je? Pyrkon to największy polski zlot miłośników fantastyki, odbywający się co roku w Poz-naniu, organizowany przez poznański Klub Fantastyki „Druga Era”. Niedawno zmienił nazwę z „konwentu” na „festiwal”, co na-dało mu znacznie bardziej uniwersalny charakter – pojawiają się tam nie tylko fani komiksu, planszówek, gier elektronicznych, fantasy, mangi, anime i science fiction, ale także seriali czy kreskówek. Impreza trwa przez trzy wiosenne dni – od piątku do niedzieli, do tej pory odbywała się w ostat-ni weekend marca, jednak w tym roku datę zmieniono na kwiecień, żeby powtórzyć rocznicowy termin sprzed piętnastu lat. Największym zainteresowaniem cieszy się zwykle sobota – to jedyny dzień, w którym każda godzina jest zajęta. Z roku na rok Pyrkon cieszy się coraz większym zainte-resowaniem, rosnącym wręcz w tempie geometrycznym: w 2013 roku pojawiło się zaledwie 12 tysięcy uczestników, w zesz-

KULTURA: RELACJA

łym roku przyjechało ich już ponad 24 tys. Tegoroczna edycja była szczególna, ponie-waż Pyrkon obchodził swoje piętnastolecie, nic więc dziwnego, że trzydzieści tysięcy stuknęło jeszcze w piątek w nocy – a była to zaledwie pierwsza noc imprezy! „Z roku na rok Pyrkon cieszy się coraz większym zainteresowaniem, ro-snącym wręcz w tempie geometrycznym (...).” Co to w ogóle za ludzie? W naszym społeczeństwie funkcjonuje mo-cno zakorzeniony stereotyp fana fantastyki i gier komputerowych, czyli nieszczególnie pachnącego faceta z długimi, przetłuszczo- nymi włosami, koniecznie fana metalu, któ-ry nie umie zachować się w towarzystwie. Jest prawdą, że zgromadzeni to przede wszystkim osoby identyfikujące się z kul-turą geeków, zainteresowane szeroko poję-tą nauką, wykłócające się o długość brody typowego krasnoluda, nieco niezręczne to-warzysko, ale zawsze błyskotliwe, zabawne Jednak tego środowiska nie mogą już charakteryzować takie filmy jak „Fanboys” (mimo że opisywana w nim wojna pomię-dzy fanami serialu „Star Trek” i filmu „Gwiezdne Wojny” nadal trwa i ma się dobrze). Uczestnicy festiwalu to najprze-różniejsi ludzie z różnych zakątków Polski, wszyscy zgromadzeni w jednym celu – by dobrze się bawić. Znajdziemy tu więc przedstawicieli każdego przedziału wieko-wego, od kilkuletnich dzieci, które wraz ze swoimi rodzicami przebierają się za boha-

KULTURA: RELACJA

terów „Władcy Pierścieni”, przez dwudzie-sto- i trzydziestolatków z radością porzuca-jących na te kilka dni swoje obowiązki, aż po osoby starsze z radością przechadzające się wśród rozentuzjazmowanego tłumu. Jest to również grono o różnorodnym wy-kształceniu, na Pyrkon przybywają nie tyl-ko mroczni licealiści, słuchający metalu, ale także absolwenci i doktoranci kierunków humanistycznych, inżynierowie, a także le-karze i żołnierze (również dwa w jednym, jak popularna pisarka Magdalena Kozak). Sami goście festiwalu stanowią już mie-szankę wybuchową: mamy więc pisarza, Andrzeja Pilipiuka, znanego z cyklu o pod-starzałym alkoholiku Jakubie Wędrowyczu; Katarzynę Babis, czyli Kiciputka, autorkę komiksów internetowych oraz rysunków kotów; Jakuba „Dema” Dębskiego, którego serię filmików na Youtube „Ogarnij się” widziała spora część Internetu; Kevina Hearna, zagranicznego autora serii „Kroniki Żelaznego Druida”; programistów gier komputerowych, wydawców gier planszo-wych, znanych cosplayerów, członków pol-skiej drużyny quidditcha, mniej lub bardziej kontrowersyjnych polityków i całe rzesze pasjonatów – a człowieka z pasją zawsze przecież warto poznać. Jadę, i co dalej? Chyba najbardziej znaną atrakcją Pyrkonu jest Maskarada, czyli konkurs cosplayu. Cosplay, słowo pochodzące od angielskich „costume” i „play”, to nic innego jak prze-bieranie się za ulubione postaci z gier, se-riali, filmów, itp. Zwycięzcy otrzymują nag-

KULTURA: RELACJA „Uczestnicy festiwalu to najprzeróżniejsi ludzie z różnych zakątków Polski, wszyscy zgromadzeni w jednym celu – by dobrze się bawić.”

rody pieniężne. W poprzednich latach Mas-karadę prowadzili sami cosplayerzy, jednak w tym roku konferansjerem był Jakub Ćwiek, popularny pisarz znany z cyklu „Kłamca”. Na scenie królowali bohaterowie z „League of Legends” oraz „Gry o Tron”. Jeśli już mowa o „Grze”, należy wspomnieć również o Żelaznym Tronie, który w tym roku pojawił się na festiwalu. Po odstaniu swojego w kolejce, można było zrobić so-bie zdjęcie, które w przypadku osób w kos-tiumach wypada jeszcze lepiej. Poza tym, od rana do wieczora odbywają się prelek-cje, panele i pokazy, a wybór jest tak sze-roki, że z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie. Można było trafić na cykl dla po-czątkujących, gdzie poradzą, jak przeżyć konwent, mając w kieszeni 20 zł, naszki-cować psychologiczny portret mordercy, dowiedzieć się, jak znaleźć własne miejsce na rynku tłumaczeń, a także jak laureaci nagrody Nobla w dziedzinie medycyny za-szkodzili światu. Paneliści, którymi zawsze są osoby rozpoznawalne, dyskutowali o portretach polskich miast, erotyce oraz powodach, dla których kochamy „The Wal-king Dead”. Same pokazy stanowią grupę najszerszą tematycznie: taniec irlandzki, ja- pońskie techniki walki bronią, quidditch i… jugger, czyli postapokaliptyczna gra, w któ-rej wrzuca się czaszkę do starej opony. A będą tańce? Pyrkon to, oczywiście, nie tylko źródło roz-rywki, wiedzy i szalonych zdjęć, ale także wielka impreza – i to w sensie dosłownym, nie tylko festiwalowym. Wieczorami jedna z hal zmienia się w klub dla uczestników

KULTURA: RELACJA

festiwalu, którzy mogą wyszaleć się w rytm „tłustych bitów”, a w repertuarze DJa zna-lazł się zarówno System of a Down, jak i Shakira. Dla wielu osób jest to pierwsza dyskoteka w życiu; umiejętność tańczenia w parach nie jest wymagana, a grupa dłu-gowłosych mężczyzn robiących pogo do „Poison” Groove Coverage to widok, które-go nie zapomnę nigdy w życiu. Można się jednak też czegoś nauczyć – w tym roku w programie oprócz warsztatów tańca ir-landzkiego pojawiły się również modern jazz, taniec bretoński i American Tribal Sty-le. Sport się tutaj nie kończy – można się nauczyć wspomnianych już wcześniej quid-ditcha i juggera, a także potrenować szer-mierkę czy capoeirę. Ostatecznie jest też możliwość poćwiczenia sportu przed moni-torem wraz z innymi graczami albo spróbo-wania swoich sił w karciankach, Ultrasta-rze czy jednej z bardziej skomplikowanych gier planszowych. Te trzy dni minęły zbyt szybko, a po całym tygodniu już marzy mi się powrót na festi-wal – tak samo jak każdemu, kto pojawił się na tegorocznym Pyrkonie. Zabawa była przednia, uczestnicy jak zawsze wspaniali, dopisała nawet kwietniowa pogoda. Nie-którzy twierdzą, że uczestników zaczyna być zbyt wielu, ale moim zdaniem kilku więcej z pewnością nie zaszkodzi. Pakuj śpiwór, karimatę i dwadzieścia złotych, spotkamy się w kolejce po wejściówki! Ariadna Grzona Fot. 1,2,3: Monika Tarnowska Fot. 4: Klapi (CC BY 2.0) NOWA JAKOŚĆ NOWA JAKOŚĆ
W STARYCH BARWACH W STARYCH BARWACH
KULTURA: RECENZJA PŁYTY KULTURA: RECENZJA PŁYTY

Po ogromnym sukcesie nawet naj-więksi sceny muzycznej mają proble-my z kontynuacją swoich projektów. Kolejne płyty, które nagrywają, są często średnimi krążkami przyćmio-nymi przez swego genialnego po-przednika. Czy po sukcesie „There’s No Leaving Now” to samo spotkało jednoosobowy projekt The Tallest Man on Earth? Folkowy pomysł Kristiana Matssona w za-łożeniach jest dosyć ciekawy. Zamiast pró-bować ponownie wynaleźć koło, muzyk postanowił pójść śladami swoich poprzed-ników, a głównie jednego z najbardziej rozpoznawalnych twórców folkowych – Bo-ba Dylana. Od 2006 roku, kiedy The Tal-lest Man on Earth wydał swój debiutancki krążek, stylistyka oraz sposób tworzenia piosenek przez Matssona pozostały w grun-cie rzeczy takie same i wraz z następnymi wydaniami niewiele się zmieniały. Za tą warstwą prostych melodii oraz często nie-banalnych tekstów leży inteligentne i silne brzmienie, pełne pasji i, paradoksalnie, zu-

KULTURA: RECENZJA PŁYTY

pełnie inne od tego, czego można się spo-dziewać. Czy jednak nowy album The Tal-lest Man on Earth, zatytułowany „Black Bird is Home”, jest intrygującą kontynuacją niezłej dyskografii muzyka czy tylko bła-hym, jednostajnym albumem bez więk-szych szans na zaciekawienie słuchaczy? „Zamiast próbować ponownie wynaleźć koło, muzyk postanowił pójść śladami swoich poprzedników (...).” Album zawiera dziesięć piosenek, a ponad czterdzieści minut prezentuje dość ograną, lecz bardzo uroczą muzykę folkową w wy-konaniu Matssona. Przez cały album prze- pływa nuta amerykańskiej duszy country i bluesa oraz ciekawy efekt dźwiękowy, który zbliża album do starego, analogowe-go brzmienia. Ciekawy efekt dopełnia także bardzo mała liczba instrumentów. Pojawia-ją się jedynie gitara i okazjonalnie perku-sja, bas oraz klawisze. To zdecydowany plus; ten zabieg dodaje całości większej autentyczności i mocy. „Black Bird is Home” to ciekawa mieszanka spokojnych i trochę bardziej energetycz-nych kawałków. Główna różnica, jaką moż-na zauważyć w porównaniu do poprzednie-go albumu, to właśnie utwory, które są oparte jedynie na gitarze akustycznej rza-dziej niż na poprzednich płytach. Bardzo często słychać odwołania do muzyki Dyla-na („Fields of Our Home”, „Slow Dance”), ale nie tylko. Mamy tutaj krótkie nawią-

KULTURA: RECENZJA PŁYTY

zania do Nicka Drake'a („Singers”), a tak-że do muzyki bluesowej. Dodatkową zaletą albumu jest większe skomplikowanie utwo-rów, które oparte są w dużej mierze na bardzo dobrych aranżacjach i bardziej inte-resujących warstwach dźwiękowych niż na poprzednich płytach. Znajdziemy tu zaró-wno genialne, romantyczne utwory (fan-tastyczne „Sagres”), jak i melancholijne ballady („Fields of Our Home”). Łatwo można zauważyć, że The Tallest Man on Earth nie jest projektem oparty na jednym standardzie, wielokrotnie powielanym od początku do końca. Każda z piosenek na najnowszej płycie Szweda to inna, bardzo wciągająca kompozycja. Nie ma momen-tów, w których utwory zaczynają być do siebie podobne. Dzięki temu płyta jest też zupełnie inna od pozostałych albumów Matssona, co ma – jak można się domyślać – swoje wady i zalety. „The Tallest Man on Earth nie jest projektem oparty na jednym standardzie, wielokrotnie powielanym od początku do końca.” Zdecydowanie można powiedzieć, że „Dark Bird is Home” nie spodoba się wszystkim zagorzałym fanom artysty. Głównie dlate-go, że jest tak różna od jego pozostałych płyt. Znajdziemy tu dużo mniej dźwiękowej melancholii niż na poprzednich płytach. Niektóre z tych weselszych często nie wpa- dały mi w ucho – bardzo drażniły mnie dość średni „Beginners” czy też nieciekawy „Seventeen”. Jednak ten album nie jest po-zycją, którą można oceniać po pojedyn-czym przesłuchaniu. Trudno wyrobić sobie o nim opinię, przysłuchując mu się tylko raz. Z czasem sam zauważałem, że nowa płyta The Tallest Man on Earth ujawnia dużo więcej kolorów, niż wcześniej sądzi-łem. To właśnie magiczna umiejętność Kristiana Matssona – tworzenie ciekawych i intrygujących utworów, których można słuchać raz po raz i ciągle odkrywać w nich coś nowego... „»Black Bird is Home« to ciekawa mieszanka spokojnych i trochę bardziej energe- tycznych kawałków.” „Dark Bird is Home” to zdecydowanie ko-lejna fantastyczna pozycja w dość udanej dyskografii artysty. Jest ona zupełne inna od swych poprzedniczek, co tylko podkre-śla jego szerokie spektrum umiejętności w komponowaniu interesującej muzyki. Jednocześnie czuję, że może to być naj-mocniejsza płyta The Tallest Man on Earth. Zdecydowanie jest pozycją, której powinni posłuchać wszyscy zainteresowani tego ty-pu muzyką. A szczególnie ci, którzy poszu-kują w folku innowacji i oryginalności. Jakub Tabor