Musisz zainstalować flash player pobierz instalator














SPIS TREŚCI

szał zakupów strona 6 ballada o smutnym absolwencie strona 9 i jeszcze serial poproszę strona 16 determinacja pozwala spełniać marzenia strona 21 five app – jak komunikować się bez słów strona 25 sześćdziesiąt lat minęło strona 28 mistrz kryminału w akcji strona 31 uwielbiaj ciszę strona 34 CZERWCOWE UZALEŻNIENIA
Wszystkiego najlepszego dla wszystkich dzieci (i tych małych, i tych już trochę wyrośniętych) od całej re- dakcji Outro!
Outro

Szczęśliwy zbieg okolicz- ności sprawił, że ten numer Outro pojawił się w moje ulubione święto, czyli Dzień Dziecka. Święto, w którym bez żenady można wyłu- dzać od „dorosłych” kolo- rowe balony i paradować z nimi po mieście, święto, podczas którego każdy z nas, czy to duży czy to mały, może poczuć w so- bie odrobinę dziecka. Wielu z Was może się więc poczuć rozczarowanych faktem, że temat numeru dotyczy… studiów. Studiów? Naprawdę? W Dzień Dziec- ka? Ależ bez paniki, nie ma się czym denerwować, bo nawet jeżeli na tej ostatniej szkolnej prostej powinęła ci się noga, to Lena Śliwiń- ska uspokaja – nie ma się czym przejmować, przecież i tak koniec końców szkoła i studia… nie mają aż tak wielkiego znaczenia. Ech.. jak tu żyć w takim świecie? Chyba nie pozostaje nic in- nego jak rzucić się w wir uzależnień – zakupoholizm, serialoholizm… Proszę bar- dzo – do wyboru, do kolo- ru! Jednak pamiętajcie, że- by za bardzo nie poszaleć i za tydzień znaleźć choć odrobinę czasu na przeczy- tanie kolejnego numeru Outro. Cóż, w końcu każde wydanie coraz bardziej zbli- ża nas do wakacji. W spisie treści 227. nu- meru Outro pojawił się błąd – poprawny zapis nazwiska autorki książki „Dom z witrażem” brzmi Żanna Słoniowska. Prze- praszamy za pomyłkę.

STOPKA REDAKCYJNA

OUTRO ISSN: 2299 - 5242 Ogólnopolski tygodnik młodzieżowy Wydawca: Fundacja Nowe Media Koordynator: Kamil Wiśniowski www.outro.pl Mail: redakcja(@)outro.pl, rekrutacja(@)outro.pl Redaktor naczelna: Anna Lewicka Zastępca redaktor naczelnej: Karolina Wojtal Sekretarz redakcji: Ilona Chylińska Zastępca sekretarza redakcji: Mariola Lis Redaktorzy prowadzący: Klaudia Kępska, Anna Kubica Korekta wydania: Zuzanna Świrzyńska Ostateczna korekta: Adriana Grzona Fotoedycja: Sabina Szweda Szefowie działów: Lena Janeczko (kultura), Agnieszka Kracla (społeczeństwo), Roksana Grzmil (foto), Patryk Skoczylas (graficy), Sylwia Pacholczyk (korekta), Patrycja Brejnak (promocja). Korekta: Sabina Błaszczok, Maria Gołaszewska, Tomasz Król, Ilona Sieradzka, Mateusz Tutka, Patrycja Ziemińska. Graficy: Magdalena Kosewska, Patryk Skoczylas Projekt okładki: Magdalena Kosewska Zdjęcie na okładce: Vic (CC BY 2.0) „Pieniądze szczęścia nie dają. Dopiero zakupy.” – te słowa Marilyn Monroe są powszechnie znane i zazwyczaj traktowane z przymrużeniem oka. Wielu ludzi lubi chodzić na zakupy, jednak nie staje się to dla nich czymś nadmiernie ważnym. Zakupoholicy z kolei traktują nabywanie nowych rzeczy jako sposób na odstresowanie się czy poprawę humoru. Dlaczego kompulsywne kupowanie jest aż tak niebezpieczne?
SZAŁ ZAKUPÓW
SPOŁECZEŃSTWO

Oczywiście, zakupoholizm wiąże się z wy-dawaniem pieniędzy. Film „Wyznania zaku-poholiczki” doskonale pokazuje, że kom-pulsywne kupowanie może doprowadzić człowieka do ruiny finansowej. Osoba uza-leżniona nie kontroluje swoich wydatków, przez co w krótkim czasie może popaść w gigantyczne długi. Według badaczy pro-blem kompulsywnych zakupów może doty-czyć nawet 12–16% społeczeństwa. Mimo wszystko o zakupoholizmie wciąż mówi się mało. Czym faktycznie jest to zaburzenie? Uzależnienie czy problem moralny? Samo słowo „zakupoholizm” może kojarzyć się z wyrazem „alkoholizm”. Idąc tym tro-pem nietrudno pomyśleć, że kompulsywne kupowanie to również uzależnienie. Obec-nie jest ono uznawane za „zaburzenie na-wyków i popędów” lub „zaburzenie kontroli impulsów”. Niektórzy krytykują takie po-dejście i traktują zakupoholizm jako „pro-blem moralny”. W przeszłości w dokładnie

SPOŁECZEŃSTWO „Kompulsywne kupowanie to (...) mechanizm radzenia sobie ze stresem. Nabycie nowej rzeczy może poprawiać nastrój i dawać uczucie spadku napięcia.”

ten sam sposób postrzegano alkoholizm, co oznacza, że i w tym przypadku poglądy społeczeństwa mogą się zmienić, a samo zaburzenie zacznie być uznawane za coś poważnego. Chociaż zakupoholizm w obec-nej klasyfikacji znajduje się w grupie „za-burzeń kontroli impulsów”, warunkowany jest przez podobne czynniki co uzależnie-nia. Kompulsywne kupowanie to często niezdrowy mechanizm radzenia sobie ze stresem. Nabycie nowej rzeczy może po-prawiać nastrój i dawać uczucie spadku napięcia. Jest to proces bardzo podobny do tego występującego w innych zaburze-niach, które obecnie uznawane są już za uzależnienia. Zakupoholicy mogą kupować wszystko lub ograniczać się tylko do pew-nych marek. Niektórzy polują jedynie na ubrania, inni wybierają wyłącznie kosme- tyki. Z tego względu nie istnieje jedna, ści-śle określona definicja zakupoholizmu. Czy da się z tym walczyć? Zakupoholicy nierzadko sami wiedzą, że mają poważny problem i szukają pomocy. Najczęściej przeraża ich tempo wydawania pieniędzy oraz narastające długi. „Sto razy planowałam miesiąc bez zakupów. Najdłu- żej wytrzymałam dwa tygodnie i to z ciąg-łym sprawdzaniem, ile już minęło dni”, wy-znaje jedna z użytkowniczek forum Wizaz. Inne kobiety chętnie udzielają porad. I podkreślają jedno – najważniejsza jest pomoc ludzi dookoła. Mogą pilnować kart płatniczych, wydzielać gotówkę albo po prostu być obok. Liczy się każde wsparcie. Droga do wyzdrowienia jest bardzo długa i trudna. Czy można całkowicie wyjść z za-

SPOŁECZEŃSTWO

kupoholizmu? Tutaj zdania są podzielone. Niektórzy twierdzą, że pewne skłonności pozostają już na zawsze, ale można za-cząć ponownie kontrolować swoje wydatki. Inni sądzą, że pełne wyzdrowienie jest nie-możliwe. Na szczęście są przypadki, które pozwalają myśleć, że dla zakupoholików jest nadzieja. „Leczę się. Od marca nie ku-piłam żadnego ciuszka. Żadnej torebki i żadnych butów. Nie wstąpiłam do żadnej galerii podczas ostatnich wyprzedaży”, chwali się Natalia na forum dla zakupoho-lików. Takich historii jest o wiele więcej, a osoby, które poradziły sobie z proble-mem, zgodnie powtarzają „Uwierzcie nam, że wyjście z tego jest możliwe!”. Czy to już zakupoholizm? Trudno jest wyznaczyć granicę pomiędzy „normalnym” kupowaniem a zakupoholiz- mem. Mimo wszystko istnieje kilka sygna-łów, które powinny dać do myślenia. Wy-dawanie pieniędzy na zakupy zamiast na opłacenie rachunków, zaciąganie kredytów, euforia podczas kupowania przedmiotów czy poczucie winy po nabyciu nowych rze-czy to jedne z wielu symptomów, że coś jest nie tak. Im wcześniej uda się je dost-rzec, tym większe są szanse na odzyskanie kontroli nad samym sobą oraz finansami. Sposoby, aby ograniczyć wydatki, wydają się być dość proste. Przede wszystkim na-leży unikać reklam, promocji i wyprzedaży, starać się nie nosić przy sobie gotówki, a także sporządzać listy zakupów i ściśle się ich trzymać. Jednak łatwiej zapobiegać niż leczyć – warto więc reagować już po zauważeniu u siebie bądź u kogoś z naj-bliższego otoczenia pierwszych niepokoją-cych objawów. Agata Wójcik Jedni mówią, że momentem wejścia w dorosłość jest dzień ukończenia osiem-nastu lat, dowód osobisty, nieograniczona możliwość picia alkoholu i palenia papierosów oraz zdanie egzaminu na prawo jazdy. Inni twierdzą, że moment przejścia stanowi studniówka, bo co innego może być znamienitszym znakiem dojrzałości, jeśli nie widniejący na horyzoncie arkusz maturalny? A może momentem wejścia w dorosłość jest chwila, w której nie ma już szkoły, nauczycieli, obowiązków? No, może prócz jednego – wyboru ścieżki zawodowej.
BALLADA O SMUTNYM ABSOLWENCIE
SPOŁECZEŃSTWO

Uniwersytet Warszawski zgromadził na Dniach Otwartych całkiem przyzwoitą gro-madę przyszłych studentów. Zachęcał ich do rekrutacji chwytliwymi hasłami krzyczą-cymi z kolorowych ulotek rozdawanych przy Bramie Głównej. Potwierdził swoją postępowość DJ–em, strefą relaksu, gdzie goście odpoczywali na leżakach, a także pokazami chemicznymi. W specjalnie przy-gotowanym filmiku można było zobaczyć stoiska samorządu oraz poszczególnych wydziałów, a także posłuchać wypowiedzi tegorocznych maturzystów. Pochlebne opi-nie na temat uczelni z carskim orzełkiem są krzepiące, jednak pokazują coś, czym os-tatnio zajęło się wielu socjologów. Można powiedzieć – wreszcie! Rodzicielska mantra Już od gimnazjum zaczyna się „życie młodego karierowicza”. Powtarzane przez trzy lata szkoły: „Musisz mieć dobre wyniki na teście gimnazjalnym, żeby dostać się do dobrego liceum, a później na studia, bo tylko studia gwarantują przyszłość w tym szalonym świecie”, buduje mylne przekona-nie, że jedyną drogą po gimnazjum jest liceum. Najlepiej renomowane, z dobrymi wynikami na maturach, z wieloma olimpij-czykami. Przecież to właśnie pierwsze miej-sca olimpiad naukowych dają indeksy na najbardziej prestiżowe uczelnie naszego kraju – UW, UJ, UMCS, UAM. „(...) do jednego indeksu w szranki stawało nawet kilkudziesięciu maturzystów.” Dzień Otwarty UW pokazał, jak wielki jest to błąd ze strony starszego pokolenia – ro-dziców oraz dziadków. Można naśmiewać

SPOŁECZEŃSTWO

się ze stwierdzenia, że „czasy były inne”, ale dwadzieścia lat temu wykształcenie wyższe nie było dostępne dla wszystkich – do jednego indeksu w szranki stawało na-wet kilkudziesięciu maturzystów. Rodzice dwoili się i troili, żeby posłać swoje pocie-chy na studia. Pilnowali odrabianych lekcji i interesowali się wynikami klasówek. Miej-sce na szanowanej uczelni o państwowym rozgłosie dawało prestiż rodzinie, a dyplom magistra faktycznie otwierał drzwi wielu miejsc pracy oraz był gwarancją pochleb-nych komentarzy i słów podziwu. Konfrontacja z rzeczywistością Jak wygląda to dziś? Według danych sto-łecznego urzędu miasta coraz więcej ab-solwentów gimnazjum decyduje się na szkoły zawodowe oraz technika, pierwsze klasy liceów spotykają się z malejącym za- interesowaniem Skąd więc takie tłumy na dniach otwartych, skoro tendencja jest od-wrotna do oczekiwanej? „To nie wykładowca jest dla swoich studentów, ale oni dla niego (...).” Uczelnie z wieloletnią tradycją przyciągają młodych, zachęcając swoją otwartością. Oferują nowe kierunki o coraz bardziej wy-myślnych nazwach, gwarantujące zawody, które nie potrzebują tytułu zawodowego do samodzielnego istnienia. Czy florystka nie obędzie się bez tytułu magistra przy ukła- daniu pięknych kompozycji kwiatowych? To tylko jeden z wielu nonsensów, które moż-na znaleźć w ofertach rekrutacyjnych uczel- ni wyższych.

SPOŁECZEŃSTWO

„Czy florystka nie obędzie się bez tytułu magistra przy układaniu pięknych kompozycji kwiatowych?” Jak ma się pracowitość studentów? Zarzuca się studentom, że brak im chęci do pracy, nie zwracając uwagi na to, jak bar-dzo uczelnia nie szanuje ich czasu. Przy-kładem na to są rozrzucone po całym mieście zajęcia o często losowych godzi-nach lub wiele dodatkowych punktów, któ-re trzeba zebrać za przedmioty najczęściej w ogóle niezwiązane z kierunkiem studiów. To nie wykładowca jest dla swoich stu-dentów, ale oni dla niego – pierwsza zasa-da, której maturzyści nie poznają w in-spirującym otoczeniu muzyki i darmowych długopisów z logo uczelni. Ania, studentka politologii na Uniwersytecie Warszawskim, opowiada: „Poniedziałek mam ustawiony od 10 do 18, podobnie wtorek, chociaż trochę mniej. W środę i czwartek mam takie zajęcia, że cały dzień jeżdżę z jed-nego krańca miasta na drugi, a w piątek mam zajęcia na 15 i siedzę na uczelni do 20. Cieszę się, że mam podporę w ro-dzicach, bo gdyby mi nie dawali pieniędzy, to chyba nie byłoby mowy o studiach, a jedynie o pracy”. Najważniejsze jest pierwsze wrażenie… A czego można się dowiedzieć od gości, którzy zgodzili podzielić się swoimi spo-

SPOŁECZEŃSTWO „Łatwo jest powiedzieć, że zawsze można się «prze-branżowić». To taka ładna nazwa, za którą kryją się pieniądze, czas oraz często wyrzuty do samego siebie.”

trzeżeniami przed kamerą UW? Że to pre-stiż powiedzieć, że studiuje się na UW. Większość maturzystów wyglądała na nie-pewnych swojego wyboru dotyczącego kierunku, jednak znaleźli się tacy, którzy po przyjeździe na Kampus Główny skierowali się do jednego stanowiska, a przed kamerą zdecydowanie ogłosili, o indeks którego wydziału będą się starać w tym roku. Organizacja wyjątkowego dnia była dopięta na ostatni guzik i zdecydowanie zrobiła po-zytywne wrażenie na przybyłych, którzy stwierdzili, że atmosfera jest niesamowita, a uniwersytet najlepszy, najfajniejszy i ma najbogatszą ofertę edukacyjną. Jeden z wykładowców UW komentuje: „Kiedyś uczelnia to było coś. I te dzieci, co tu do nas przychodzą z tym, co rodzice im wbijali latami do głowy, myślą, że prestiż uczelni przełoży się na ich sukces. A rzeczywistość jest taka, że staże są zazwyczaj formal-nością, dyplom wpisuje się do CV i idzie pracować, gdzie popadnie, żeby tylko pie-niądze były. O tym raczej się nie mówi”. Jednak czy pozytywne wrażenie nie zatrze się, kiedy odłożysz dyplom z tytułem zawo-dowym i pójdziesz do pracy, która będzie poniżej twoich kwalifikacji? Czy o tym była mowa w kolorowych ulotkach wydziałów lub między jedną piosenką a drugą? Co je-śli po pięciu latach nauki usłyszysz, że pro-ponowane wynagrodzenie za twoje wyksz-tałcenie to 1400 zł miesięcznie? Łatwo powiedzieć, łatwo zrobić? Oczywiście, spieszą tu z pomocą starsze pokolenia, które mówią, że zawsze można

SPOŁECZEŃSTWO

się „przebranżowić”. To taka ładna nazwa, za którą kryją się pieniądze, czas oraz często wyrzuty do samego siebie. Bo łatwo jest powiedzieć, że „zawsze możesz zmie-nić wykształcenie” osobie, która mając tytuł magistra, całymi dniami smaży frytki lub próbuje sprzedać przez telefon coś, czego nie poleciłaby nawet najgorszemu wrogowi. Czemu trudno się przebranżowić? Chociażby z tego powodu, że potrzeba do tego kolejnych kilku lat, a tłumaczenia, że da się to w pełni pogodzić z pracą są co najmniej naiwne. Marcin, który po uzys-kaniu tytułu magistra rozpoczął pracę jako copywriter, mówi: „Jedyne, co mi się przy-dało ze studiów to mistrzowskie wyszuki- wanie dosłownie wszystkiego w sieci. No i język, bo taki raczej niespotykany, serbski. Ale mało jest pracy dla serbistów na na-szym rynku, bądźmy szczerzy”. Błażej, który zrezygnował ze studiów po-lonistycznych po pierwszym roku, opowia-da: „Mi się udało akurat załapać do dobrze płatnej pracy. Dostaję na rękę teraz ponad trzy tysiące, nie musiałem się zapisywać na nowy kierunek, żeby się dokształcać, wystarczyły kursy i szkolenia z pracy. No i codzienna praktyka, której nie udałoby mi się pogodzić ze studiami, bo zajęcia kolidowałyby z pracą, a za coś trzeba żyć, jak rodzice nie płacą za twój bal w wielkim mieście”. Jednak nie wszyscy mają tyle szczęścia. Praca co prawda jest, ale nie za wysokie pieniądze i nie na wy-sokim, rozwojowym poziomie. Ewa, stu- dentka dziennikarstwa, skarży się: „Praca

SPOŁECZEŃSTWO

zabiła moją kreatywność. Nie jest zgodna z moim kierunkiem studiów, nie sprawia mi też przyjemności, a jej monotonność przypomina mi o tym, że głupio zrobiłam, wybierając dziennikarstwo zamiast prawa”. „Czemu trudno się przebranżowić? Chociażby z tego powodu, że potrzeba do tego kolejnych kilku lat, a tłumaczenia, że da się to w pełni pogodzić z pracą są co najmniej naiwne.” noutroajmniej naiwne .” Chwila zastanowienia Może warto zadać sobie pytanie przed uiszczeniem opłaty rekrutacyjnej: „Czy kie-dy skończę ten kierunek, będę kimś więcej niż kolejnym bezrobotnym magistrem”? Może zamiast do dobrego liceum lepiej iść do porządnego technikum, mając z tyłu głowy to, że pewne zawody nie potrzebują pięciu dodatkowych lat nauki na uczelni, by istnieć i mieć się dobrze? Studia, wbrew pozorom, mogą sprawić, że absolwenci przestaną być kreatywni. Może się okazać, że po pięciu latach przyswa-jania wielu nieistotnych rzeczy zostaniesz z kartką papieru i kilkoma z trudem odby-tymi stażami polegającymi na noszeniu ka-wy i kserowaniu dokumentów o 5 rano. Karina wspomina staże swoje i znajomych: „Wszystko zależało od miejsca, bo jak po-

SPOŁECZEŃSTWO

szłaś do korporacji, to wiadomo było, że dużo się narobisz i mało dostaniesz, jesz-cze będziesz się musiała prosić o wpis, że praktyka była. Ale byli tacy, co poszli na praktyki do muzeum albo biblioteki i fak-tycznie zapoznawali się z tym, co czeka ich w przyszłej pracy. Ja jestem po pedagogice i u mnie praktyki to był chleb powszedni, bo bez nich nie było zaliczeń i faktycznie coś mi dały. Ale jak słuchałam dziewczyn z innych kierunków, to można się było za-łamać”. „Studia, wbrew pozorom, mogą sprawić, że absolwenci przestaną być kreatywni.” Zanim pójdziesz do liceum, pomyśl, czy technikum lub szkoła zawodowa nie są lep-szym wyborem. Po obu dostaniesz możli- wość podejścia do matury. Owszem, może być trudniej, ale kursy, które zaproponuje ci technikum gastronomiczne, nie znajdą się w ofercie polecanego liceum. Tak samo jak zawód, który dostajesz w szkole tech-nicznej wraz z maturą. Lena Śliwińska Fot. 1: NWABR (CC BY 2.0) Fot. 2: NWABR (CC BY 2.0) Fot. 3: Ufv (CC BY 2.0) Fot. 4: Moyan Brenn (CC BY 2.0) Fot. 5: NWABR (CC BY 2.0) Fot. 6: HackNY (CC BY– SA 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono oraz przycieto z oryginałów. OUTRO I JESZCZE
SERIAL POPROSZĘ
SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

Dla większości z nas za chwilę zaczną się dwa miesiące słodkiej laby. Nato-miast tegoroczni maturzyści już mogą się cieszyć najdłuższymi wakacjami w swoim życiu. No właśnie, wakacje – czas wspaniałych przygód, zawierania nowych znajomości, zabawy do bia-łego rana i spania do południa. Nie oszukujmy się jednak – każdy z nas chce się jeszcze trochę polenić. A co może być na to lepszym sposobem niż oglądanie seriali? Muszę się do czegoś przyznać – jestem uzależniona. Nie, nie od alkoholu, papiero-sów, narkotyków czy jedzenia. Jestem se-rialoholiczką. Dlatego obok moich innych wakacyjnych planów znajduje się jedna, bardzo istotna pozycja: „znaleźć serial do oglądania”. Z pewnością nie jestem jedyną osobą, która uwielbia spędzać wolny czas (i także ten teoretycznie zajęty), na śledze-niu losów ulubionych, serialowych bohate-rów. Na szczęście nadmiar obowiązków szkolnych i dodatkowych sprawia, że ledwo nadążam być na bieżąco z serialami, w które

SPOŁECZEŃSTWO „(...) czy może być coś gorszego niż w połowie drugiej serii zdać sobie sprawę, że nasza ulubiona postać już tak naprawdę dawno nie żyje i jest tylko duchem?”

jestem już „wkręcona”. Jednak większość z nich kończy się z nadejściem wakacji (na szczęście są też takie, które są emitowane wyłącznie w te dwa letnie miesiące, lecz to niestety rzadkość), co pozostawia ogromną pustkę w moim sercu. Nie, nie dramatyzuję. Możecie mnie nazwać an-tyspołecznym fanatykiem, ale kiedy zdam sobie sprawę z tego, że na następny odci- nek mojego ukochanego serialu muszę czekać jeszcze sześćdziesiąt dni, momen-talnie ogarnie mnie marazm, ogólna rezyg-nacja i aż chce się powiedzieć tylko jedno zdanie: „moje życie nie ma sensu!”. Na szczęście jest jedno wyjście z tej jakże bez-nadziejnej sytuacji. A jest nim… znalezienie innego serialu, w który będzie można się w pełni zagłębić i zaangażować. Teoria wydaje się być prosta, ale niech was nie zmylą pozory! To niezwykle skompliko-wane i odpowiedzialne zadanie, które może pociągnąć za sobą ogromne konsekwencje. A najgorszą z nich jest sytuacja, w której oglądanie źle dobranego, niewciągającego serialu może już na zawsze (albo choćby na tydzień, ale to i tak długo) zniechęcić do tego typu rozrywki. Jak więc widzicie, sprawa jest poważna i na żadne kpiny nie ma tu miejsca. Oto kilka rad, które ułatwią wam ten pierwszy raz sam na sam z serialem: 1. W trakcie wyboru serii nie wolno sugero-wać się tzw. „oceną widzów”! Oczywiście, można ją wziąć pod uwagę, ale niech nie będzie to wasz jedyny wyznacznik, który

SPOŁECZEŃSTWO

serial jest dobry, a na który szkoda marno-wać czas. Często wysoka ocena jest spo-wodowana faktem, że „gra tam ten aktor, który grał w tamtej reklamie szamponu, i tam był bez koszulki i miał ładny uśmiech, więc niby go nie znam i jest słabym akto-rem, no, ale jak już gra w serialu, to na zachętę dam 10/10”. I jak – dalej chcecie ufać takim opiniom? 2. Nie odtwarzajcie sobie pierwszego play-era na chybił trafił, ale poświęćcie te pięć minut więcej, żeby znaleźć wideo o w mia-rę dobrej jakości. Dosyć trudno jest się za-angażować we wstrzymującą dech w pier-siach akcję, kiedy twarz głównego bohate-ra składa się z trzech pikseli. No i przede wszystkim – nie oglądajcie seriali z lekto-rem! Oczywiście, nie każdy musi znać angielski „perfect” i rozumieć seplenione przez aktorów dialogi, ale większość stron w Internecie oferuje nam polskie napisy do seriali. Łączycie przyjemne z pożytecznym – nauką szybkiego czytania! Ludzie wydają grube pieniądze na kursy, a przecież moż-na się uczyć w takie właśnie, o wiele przy-jemniejszy sposób. 3. Nie oglądajcie odcinka „na raty”. Nie-stety, muszę się przyznać, że i mnie zdarza się takie zaczynanie i dokańczanie epizodu, ale nie jest to dobre rozwiązanie, tym bar-dziej jeżeli chodzi o serial, w który dopiero się wdrażamy. Wybijamy się przez to cał-kowicie z atmosfery i klimatu filmowej his-torii. A co jeżeli najlepszy odcinek z całego sezonu obejrzycie sobie tak na „odwal się”,

SPOŁECZEŃSTWO

żeby tylko było? Gwarantuję, nie wybaczy-cie sobie tego do końca życia! Tym bar-dziej, jeżeli w ten sposób postąpicie z tzw. „pilotem”, kiedy nie znacie jeszcze dokład-nie wszystkich bohaterów. Bo czy może być coś gorszego niż w połowie drugiej se-rii zdać sobie sprawę, że nasza ulubiona postać już tak naprawdę dawno nie żyje i jest tylko duchem? 4. Nie wybierajcie serialu ze względu na liczbę sezonów. „Nie, tego nie oglądam, bo ma aż dziewięć części…”. Nic bardziej myl-nego! Chyba lepiej obejrzeć dwa razy dłuż-szy, ale za to genialny serial od jakiegoś krótkiego przeciętniaka. A poza tym, liczba sezonów świadczy o popularności serialu. Oczywiście, nie zawsze idzie to w parze z jakością, ale skoro innym coś się spodo-bało, to niby czemu nam nie? Dodatkowo wybieranie kolejnego serialu macie na jakiś miesiąc z głowy – obejrzenie dziesięciu se-zonów, po dwadzieścia cztery (godzinne!) odcinki każdy, to nie taka prosta sprawa, jak by się mogło wydawać. Mam nadzieję, że choć trochę ułatwiłam wam początek przygody z serialowym światem. Życzę więc nieprzespanych nocy, przyspieszonego bicia serca i zaczerwienio-nych oczu od wpatrywania się w ekran laptopa. Bo przecież nie ma nic gorszego dla zdrowia i zarazem lepszego dla ducha od seriali! Karolina Wojtal Fot. 1: Chris Brown (CC BY– SA 2.0) Fot. 2: Michael Riedel (CC BY 2.0) Fot. 3: Cloudzilla (CC BY 2.0) Fot. 4: Mark Roy (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów. OUTRO DETERMINACJA POZWALA SPEŁNIAĆ MARZENIA
Niewątpliwie każdy z nas boryka się z różnymi problemami. Czasem wydaje nam się, że nie mamy szans, aby zrealizować swoje marzenia. Jednak musimy pamiętać, że droga do sukcesu nie zawsze jest łatwa.
SPOŁECZEŃSTWO

Chciałbym przedstawić sylwetki dwóch znanych na całym świecie piłkarzy. Obec-nie są bogaci, sławni, wydaje nam się, że mają wszystko. Nie wszyscy wiedzą, że w przeszłości ich sytuacja wyglądała zupeł-nie inaczej. Oprócz świetnej formy i talentu do footballu, można podziwiać ich także za to, że pomimo przeciwności losu, nigdy się nie poddawali. Na początku chciałbym zaprezentować Cri-stiano Ronaldo. Urodził się na portugalskiej wyspie Madera. Jego dzieciństwo było bardzo trudne. Pochodził z ubogiej rodziny i chociaż pragnął zostać zawodowym piłka-rzem, to nie mógł uczestniczyć w kosztow-nych treningach. Już w wieku jedenastu lat zaczął żyć na własną rękę w Lizbonie. Jego sytuacja w szkole także nie należała do najłatwiejszych. Pochodził z wyspy, więc jego akcent różnił się od tego, który był używany przez uczniów z miasta. To spra-wiło, że stał się o obiektem drwin. Rówieś-

SPOŁECZEŃSTWO

nicy wyśmiewali go i trudno było mu na-wiązywać z nimi relacje. Mimo to nigdy się nie poddawał, choć na drodze do sukcesu spotykał wiele przeciwności losu. Z biedne-go chłopca kopiącego piłkę na ulicy, został jednym z najlepszych wirtuozów współ-czesnej piłki nożnej. CR7 zawsze dążył do doskonałości. Jeden ze znawców sporto-wych mówi o nim tak: „Obsesją Cristiano nie są tytuły, złote piłki czy Leo Messi. Jego prawdziwą obsesją jest doskonałość – coś, co nie jest z tego świata”. Te słowa doskonale potwierdzają fenomen Cristiano Ronaldo, który udowodnił całemu światu, że warto walczyć o marzenia. „Rówieśnicy wyśmiewali go i trudno było mu na-wiązywać z nimi relacje.” Kolejnym wartym poznania piłkarzem jest Lionel Messi. Urodził się w Argentynie, w miejscowości Rosario. Jego rodzina także borykała się z problemami finansowymi. Co więcej jego starszy brat popadł w nałóg. Trudna sytuacja rodzinna nigdy nie sprzyja rozwojowi kariery. Rodzice musieli skupić się na pomocy bratu i domowy budżet przeznaczali na terapie od uzależnień. Mes-si borykał się również z problemami zdro-wotnymi. Cierpiał z powodu zaburzenia hormonów wzrostu. Leczenie tej przewlek-łej choroby kosztowało bardzo dużo, a jego rodziny nie było stać na terapię. Mimo wszystkich przeciwności losu „atomowa pchła” – jak nazywają go kibice Barcelony, nigdy się nie poddała. Nie wiadomo, jak potoczyłoby się życie Argentyńczyka, gdy-by nie FC Barcelona. Klub ten postanowił opłacić kosztowne hormony wzrostu. Leo

SPOŁECZEŃSTWO

bardzo to docenił i od tego momentu robił wszystko, aby ich nie zawieść i udowodnić swoją wartość. Z olbrzymią determinacją realizował swój cel – stać się najlepszym. Nie od początku wszystko wyglądało w peł-ni profesjonalnie – swój pierwszy kontrakt podpisał na… serwetce. Jednak pomimo ol-brzymiego sukcesu Leo się nie zmienił. Jak możemy się dowiedzieć z wywiadów z jego znajomymi, to wciąż ten sam cichy, skrom-ny chłopak, który kilkanaście lat temu za-czął swoją przygodę z piłką nożną. „«Obsesją Cristiano nie są tytuły, złote piłki czy Leo Messi. Jego prawdziwą obsesją jest doskonałość – coś, co nie jest z tego świata».” Jak pokazują historie dwóch światowej sławy piłkarzy, aby osiągnąć coś wielkiego w życiu nie trzeba urodzić się w zamożnej rodzinie. Zawsze należy skupić się na reali-zacji celu, który przed sobą postawiliśmy. Ciężką pracą i determinacją można podołać każdej przeciwności losu. Tomasz Sibicki Fot. 1: Ludowic Peron (CC BY– SA 2.0) Fot. 2: Adam Jones (CC BY– SA 2.0) Fot. 3: Jan SOLO (CC BY 2.0) Wszystkie zdjecia zmniejszono i przycięto z oryginałów. FIVE APP – JAK KOMUNIKOWAĆ SIĘ
BEZ SŁÓW
SPOŁECZEŃSTWO SPOŁECZEŃSTWO

W rozmowie jedynie siedem procent informacji przekazują słowa. Ponad połowa jest komunikowana poprzez gesty. Jednak do tej pory ludzie roz-mawiający przez komunikatory typu Messenger czy WhatsApp nie byli w stanie wymieniać się gestami. Z po-mocą przyszła jednak grupa nasto-latków, którzy niedawno stworzyli program o nazwie FIVE. FIVE jest aplikacją stworzoną przez lice-alistów z Gdyni, pozwalającą wysyłać sobie różnego rodzaju gesty dłoni za pomocą telefonu. Pomysł jest prosty, jednak efekty okazały się zdumiewające. Program umoż-liwia porozumiewanie się bez użycia teks-tu. Oprócz standardowych ośmiu gestów mamy do dyspozycji kreator nowych. Mo-żemy w nim dowolnie obracać wirtualną dłonią, a także zginać jej palce, co umoż-liwia wysyłanie znajomym naszych włas-nych gestów. Może to być przydatne, kiedy ktoś patrzy nam przez ramię, co piszemy i chcemy wyrazić coś bez pomocy słów. Sam pomysłodawca zapewnia, że aplikacja

SPOŁECZEŃSTWO „Sam pomysłodawca zapewnia, że aplikacja może w przyszłości pomóc osobom głuchoniemym w komunikacji.”

może w przyszłości pomóc osobom głucho-niemym w komunikacji – zastosowań jest więc naprawdę wiele, a wszystko zaczęło się od jednej, prostej idei. Początki Pomysł, jak podkreśla jeden z twórców, Mateusz Mach, wziął się z fascynacji kul-turą hiphopową. W kulturze tej gesty są niezmiernie ważnym elementem, dlatego Mateusz wpadł na pomysł aplikacji pozwa-lającej przesyłać sobie takie gesty. Do tej pory pomimo funkcji takich jak wysyłanie naklejek czy emotikony, brakowało aplika-cji pozwalającej na wysyłanie przez czat wymyślonych przez siebie gestów. Na po-czątku FIVE miał być tylko dodatkiem do komunikatora FB Messenger. Później jed-nak została utworzona osobna aplikacja. Minimalizm kluczem do sukcesu Wygląd aplikacji jest prosty. Na czerwonym tle widzimy osiem podstawowych gestów ułożonych w okrąg. Klikając na nie, może-my wysłać je do naszych znajomych uży-wających programu. Warto wspomnieć, że FIVE posiada opcje wyszukania wśród na-szych kontaktów osób korzystających z aplikacji. Na dole znajdują się zakładki, w których możemy przeglądać listę na-szych kontaktów, zobaczyć wcześniejsze rozmowy oraz tworzyć swoje własne gesty. Niezależnie od wybranej zakładki towarzy-szą nam charakterystyczne dla aplikacji ko-lory: czerwony i biały. Program stawia na prostotę zarówno pod względem graficz-nym, jak i zasady działania. Brak tutaj ko-lorowych naklejek czy błyszczących emoti-kon. Jedyne, co mamy do dyspozycji, to

SPOŁECZEŃSTWO

biała dłoń, którą możemy układać w prze-różne kształty. FIVE jako pomoc dla głuchoniemych Jak twierdzą twórcy aplikacji, 70% osób niesłyszących ma problemy z posługiwa-niem się językiem polskim. Język migowy jest dla nich naturalną formą komunikacji. FIVE ułatwia im posługiwanie się tym ję-zykiem podczas komunikacji na odległość. Ponadto autorzy zapewniają, że prócz własnego kreatora gestów mają w zanad-rzu rozwiązanie, które pozwoli osobom nie-słyszącym przekazywać większość krótkich komunikatów innym głuchoniemym czy ro-dzinie niepotrafiącej posługiwać się języ-kiem migowym. Na razie twórcy nie mogą niestety zdradzić, na czym ma to konkret-nie polegać. Podsumowanie Na przykładzie FIVE możemy zauważyć, że najnowsze aplikacje i trendy nie muszą być wprowadzane jedynie przez wielkie korpo-racje. Grupie młodzieży z jednego z gdyń-skich liceów wystarczył dobry pomysł i wie-dza, aby dokonać czegoś wielkiego. Liczę na to, że chłopaki rozwiną aplikację do po-ziomu znanych nam komunikatorów, jak Snapchat czy Whatsapp. Pozostaje tylko trzymać kciuki, a samą aplikację możecie ściągnąć za darmo z AppStore i Android-Market. Aleksander Obuchowski Fot. 1: Japanexperterna.se (CC BYSA 2.0) Fot. 2,3: Materialy prasowe imagazine.pl Sześćdziesiąt lat temu odbyła się pierwsza edycja Konkursu Piosenki Eurowizji w Lugano. W tym roku Konkurs odbył się w Hali Miejskiej w Wiedniu. Do rywa-lizacji stanęło czterdzieści reprezentacji poszczególnych krajów. Po raz pierw-szy na scenie Eurowizji pojawiła się Australia.
SZEŚĆDZIESIĄT LAT MINĘŁO
KULTURA

Wydarzenie było transmitowane przez au-striacką telewizję publiczną Österreichis-cher Rundfunk dzięki wygranej Conchity Wurst, austriackiego reprezentanta pod-czas 59. edycji. Był to drugi raz, kiedy kon-kurs został zorganizowany przez Austrię (wcześniej miało to miejsce w 1967 roku). Konkurs poprowadziły Alice Tumler, Ara- bella Kiesbauer i Mirjam Weichselbraun. Natomiast kryształowy Mikrofon przypadł Szwedowi Månsowi Zelmerlöwowi, który zaprezentował utworem „Heroes” – za jego wykonanie zdobył łącznie 365 punktów. W prawie każdym z krajów głosują widzo-wie i jury. Są jednak państwa, gdzie głosu-ją tylko telewidzowie lub sędziowie. Euro-wizję wygrywa ten artysta, który zdobył największą liczbę punktów. Zwycięzca do-staje kryształowy mikrofon, a kraj przez niego reprezentowany ma za zadanie zor-ganizować następną edycję konkursu.

KULTURA „Jednym z najpoważniejszych oskarżeń były doniesie-nia (...), jakoby piosenka «Heroes Månsa» Zelmerlöwa była plagiatem «Lovers on the Sun» Davida Guetty.”

Budowanie mostów Reprezentantką Polski podczas konkursu była Monika Kuszyńska, wokalistka poru-szająca się na wózku inwalidzkim po tra-gicznym wypadku samochodowym, które-mu uległa dziewięć lat temu. Przed tym zdarzeniem była piosenkarką w zespole Va-rius Manx. Podczas „mistrzostw” wykonała utwór „In the Name of Love”, który na- wiązywał do oficjalnego hasła widowiska: „Building Bridges”. Kuszyńska tłumaczy, że „most porozumienia między nimi [niepełno-sprawnymi, a osobami sprawnymi – przyp. red.] z każdym rokiem się umacnia”. Jak dodała, jest to piosenka o „tolerancji, na-dziei i miłości”. Nasza reprezentantka os-tatecznie zajęła dwudzieste trzecie miejsce, co jest dużą różnicą w porównaniu do zesz-łorocznej edycji, w której Donatan & Cleo uplasowali się na siódmym miejscu z pio-senką „My Słowianie”. Inną tematykę, czyli problem wojny, poru-szyła francuska artystka Lisa Angeli, która wykonała „N’oubliez pas”, Jak sama przy-znaje, utwór opowiadał o „nadziei, pokoju, odwadze i solidarności”. W swojej piosence chciała przypomnieć widzom o tragediach związanych z Wielką Wojną, o „tych strasz-nych latach pełnych śmierci i krzyków”. Kontrowersje eurowizyjne Podobnie jak i inne talent shows, i to nie odbyło się bez kontrowersji. Jednym z naj-poważniejszych oskarżeń były doniesienia w trakcie trwania szwedzkich eliminacji „Melodifestivalen”, jakoby piosenka „Hero-es” Månsa Zelmerlöwa była plagiatem „Lo-

KULTURA

vers on the Sun” Davida Guetty. Artysta zaprzeczył jednak podejrzeniom. Uczestnicy Eurowizji 10 lutego EBU (Europejska Unia Nadaw-ców) poinformowała, że nadawca publiczny z Australii pojawi się gościnnie w stawce konkursu z okazji sześćdziesięciolecia wi-dowiska. Kraj jednorazowo wystąpił na im-prezie dzięki ponad trzydziestoletniej współpracy stacji Special Broadcasting Service z EBU, natomiast jego reprezentant miał zapewnione miejsce w finale. Zgodnie z zapowiedziami, w przypadku ewentualnej wygranej przedstawiciela Australii, kolejny konkurs miałby być zorganizowany naj-prawdopodobniej w Niemczech. Łącznie w 2015 roku „mistrzostwa” transmitowało czterdziestu nadawców publicznych. Z udziału w Eurowizji wycofała się stacja z Ukrainy, która tłumaczyła swoją decyzję problemami finansowymi. Co dalej? Następna, 61. edycja Eurowizji odbędzie się w Szwecji, która po raz piąty zostanie gospodarzem Konkursu Piosenki Eurowizji – przed nią plasują się jedynie Irlandia, która wygrała sześć razy i siedem razy goś-ciła artystów, oraz Wielka Brytania, która ośmiokrotnie organizowała mistrzostwa. Z niecierpliwością czekam na przyszłorocz- ne widowisko, które odbędzie się najpraw- dopodobniej w Sztokholmie. Grzegorz Maliński Fot.1: Materiały prasowe Eurowizji Fot. 2: Comedy_nose (CC BY 2.0) Fot. 3: Österreichisches Außenministerium (CC BY 2.0) Wszystkie zdjecia zmniejszono i przycięto z oryginałów. W AKCJI Dlaczego niektórzy tak uwielbiają kryminały Harlana Cobena? Może dlatego, że potrafi po mistrzowsku skomplikować fabułę, a na końcu wyjaśnić wszystko w genialny sposób? Może za jego cięty dowcip albo nietuzinkowych bohaterów? A może za to wszystko po trochu?
outro MISTRZ KRYMINAŁU
KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI

Harlan Coben jest znany wszystkim praw-dziwym wielbicielom kryminałów. Jego książki sprzedały się w milionach egzem-plarzy, a sam autor to laureat wielu presti-żowych nagród. Ostatnio miałam przyjem-ność przeczytać kolejną jego książkę pod tytułem „Na gorącym uczynku”. Powieść rozpoczyna się prologiem, w któ-rym narratorem jest Dan Mercer, wypowia-dający się w pierwszej osobie. Taki typ narracji sprawia, że osoba Mercera staje się nam bliższa i potem (przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie) stoimy po jego stronie, kiedy Dan zostaje oskarżony o pe-dofilię. Chociaż sąd go uniewinnia, jeden z rodziców molestowanych dzieci posta-nawia sam wymierzyć sprawiedliwość. W tym samym czasie w książce jest rozwi-jany drugi wątek. Zaginęła wzorowa uczen-nica miejscowego liceum, Haley McWaid. Uciekła z domu, zawiedzona niepowodze-niami, czy może stało jej się coś złego?

KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI

W roli detektywa – amatora, badającego sprawę Mercera, występuje Wendy Tynes, dziennikarka prowadząca program demas-kujący przestępców seksualnych, w którym wystąpił Dan. Fanów Cobena zaciekawi fakt, że w powieści pojawiają się bohate-rowie znani z innych jego książek. Jednym z nich jest prawniczka o ciętym języku, Hester Crimstein, występująca w czterech powieściach tego pisarza. Drugim jest Win, socjopatyczny przyjaciel Myrona Bolitara, głównego bohatera serii książek tego au- tora. Dzięki wprowadzeniu postaci znanych z innych książek, czytelnik jest mile zasko-czony, „spotykając” ich. To tak jakby natk-nął się na starych znajomych w miejscu, w którym nie spodziewał się ich znaleźć. Moim zdaniem Coben jest jednym z naj-lepszych autorów kryminałów. Sięgając po jego książki, mogę spodziewać się nieprze-widywalnych zwrotów akcji i dobrze nakre-ślonych postaci bohaterów. Jedyne, na co mogłabym narzekać to fakt, że nie zawsze rozumiem pewne aluzje. Odwołują się one często do amerykańskiej klasyki, zarówno filmów, jak i piosenek, pewnie doskonale znanych Amerykanom, jednak nie mnie. Mimo to te wzmianki nie wpływają na od-biór książki, chociaż zapewne niektóre dialogi byłyby bardziej zabawne, gdybym wiedziała, jak wyglądała scena z filmu, której dotyczą. Jak w wielu książkach Cobena, także i w tej pojawiają się niewyjaśnione sprawy z prze-szłości, które wpływają na teraźniejszość i często determinują postępowanie bohate-rów. Wendy poza ocenianiem otaczającej ją rzeczywistości musi poszperać w prze-

KULTURA: RECENZJA KSIĄŻKI

szłości, aby dojść do prawdy. Dodatkowo autor w „Na gorącym uczynku” pokazuje jak niszczycielska może okazać się wiara we wszystko co znajdujemy w Internecie, a jednocześnie, jak pomocne okazuje się czasem to, że żyjemy w globalnej wiosce. „Dzięki wprowadzeniu postaci znanych z innych książek, czytelnik jest mile zaskoczony, «spotykając» ich.” Zdecydowanie polecam „Na gorącym uczyn-ku” fanom Harlana Cobena, a także tym, którzy przeczytali tylko kilka jego książek. Jednakże ci, dla których miałaby to być je-go pierwsza powieść, niech lepiej wybiorą na początek coś innego. Inaczej zostaną pozbawieni wspomnianej przyjemności spo-tykania „starych znajomych”. Jako wielbi-cielka Cobena polecam czytelnikom każdą z jego książek, chociaż sądzę, że „począt-kujący” powinni wybrać raczej „Bez skru-pułów” – pierwszą powieść z serii o My-ronie Bolitarze. W „Na gorącym uczynku” świetnie widać niepowtarzalny styl Cobena i jego umie- jętność tworzenia wciągających krymina-łów. Choćby z tego powodu warto sięgnąć po tę powieść. Agnieszka Nowak Fot. 1: Joe Shlabotnik (CC BY 2.0) Fot. 3: Mark Coggins (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono oraz przycięto z oryginałów. OUTRO UWIELBIAJ
CISZĘ
KULTURA: RECENZJA PŁYTY KULTURA: RECENZJA PŁYTY

Martin Gore ze znanego zespołu De-peche Mode postanowił na moment odskoczyć na bok i spróbować swoich sił w materiale solowym. Czy nagrany w niecały rok album to ciekawostka, której żal byłoby nie posłuchać czy przykra niespodzianka, o której lepiej zapomnieć? W swoim debiutanckim albumie Martin Go-re tak naprawdę nie ma nic do udowodnie-nia. Nie jest ani zupełnie zwyczajną osóbką w muzycznym show–biznesie, ani kimś kompletnie nieznanym. Szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę prawie trzydziesto-pięcioletnią karierę nagraniową i koncer-tową. Teoretycznie pierwsza solowa płyta „MG” to odskocznia od estetyki Gore’a. Zupełnie odchodzi w niej od tego, czego można się po nim spodziewać. Najbardziej popularne elementy w pracach artysty – specyficzne vibrato i teksty – na tym al-bumie się nie pojawiają. Nawet te partie gitarowe, które stały się wręcz symbolem Depeche Mode w późnych latach 80., zo-stały kompletnie odrzucone.

KULTURA: RECENZJA PŁYTY „Gdyby przypatrzeć się całej płycie przepełnionej kompozycjami, można odnieść wrażenie, że Gore chce coś jednak udowodnić.”

Gdyby przypatrzeć się całej płycie przepeł-nionej kompozycjami, można odnieść wra-żenie, że Gore chce coś jednak udowod-nić. Chociażby to, że pomimo rozdzielenia obowiązków kompozytorskich w Depeche, nadal potrafi tworzyć intrygujące utwory. „MG” pokazuje, że w twórcy nie ma spoko-ju i nadal chce nagrywać muzykę, nawet samodzielnie. Nie licząc dawnej prezentacji jego solowych możliwości w krótkim „Counterfeit”, całość debiutu solowego to własne kompozycje, w których nie mieszali ani członkowie Depeche, ani inni muzycy. To czysta ekspresja muzyczna Gore’a – bez skrupułów wracająca do starych synteza-torów i muzyki elektronicznej lat 70. Nie wliczając małych wstawek nawiązują-cych do głównego projektu muzyka, „MG” odchodzi od brzmienia, które od lat domi- nuje w twórczości Depeche Mode. Więk-szość albumu to powrót do mocnych, in-strumentalnych brzmień, którymi zespół zasłynął. Gore stara się zmienić w ten spo-sób swój image – z twórcy chwytliwych, popowych singli kreuje swój wizerunek na muzyka bardziej alternatywnego i niepod-dającego się muzycznym trendom. Gore zmienia podejście do tworzenia mu-zyki. Całość „MG” brzmi jak ścieżka dźwię- kowa do czarnego filmu science fiction. W takich utworach jak „Islet”, „Exalt” czy „Europa Hymn” słychać mocne nawiązania do narodzin popularnej muzyki elektronicz-nej twórców pokroju Jean–Michel Jarre'a, Vangelisa czy Briana Eno. Mamy więc prze-de wszystkim utwory oparte na syntezato-rach, mocnych liniach basowych, progresji

KULTURA: RECENZJA PŁYTY

dźwięków i brzmieniach w stylu retro. Dzię- ki temu widoczna jest złożona struktura albumu. Z czasem Gore przechodzi od ci-chych, długich dźwięków do często pory-wających, elektryzujących kompozycji, któ-re w połączeniu tworzą całkiem ciekawą muzyczną przestrzeń. Nawiązania do am-bientu także nie stanowią zaskoczenia – np. „Creeper”, jedna z kompozycji na pły-cie, brzmi jak zagubiony utwór Briana Eno. Może się przez to wydawać się „za wolna” w porównaniu do dzieł współczesnych mu-zyków elektronicznych, których tak często słyszy się w radiu. Jest to jednocześnie po-łączenie dziwnych, powtarzających się dźwięków i spokojnych, syntezowanych aranżacji. Idea ta z całą pewnością nie spodoba się wszystkim słuchaczom. OUTRO Wszystkie utwory wydają się podążać w jednym kierunku. Zawsze zaczynają się jednym głównym motywem, na przykład basowym rytmem albo częścią perkusyjną, by potem rozrastać się i składać w coraz to bardziej złożone tekstury. Nie można jed-nak zarzucić Gore’owi, że nie tworzy utwo- rów dobrych czy zwyczajnych. Nie ma tutaj mowy o prostym planowaniu – energiczne momenty przeplatają się ze spokojem, a płynne zmiany szczególnie przykuwają uwagę swoim dopracowaniem. Elektronicz-ny brutalizm i popowe kompozycje, które były bardzo spopularyzowane nawet przez wczesną działalność Depeche Mode, nie mają miejsca w „MG”. Krążek jest spokojny i daje słuchaczowi nieodparte wrażenie, że wszystko jest tylko filmem. Same tytuły piosenek, często będące jednym słowem, sugerują, by nie traktować albumu jako zbioru prac muzycznych, lecz bardziej jako pojedynczy twór, który tworzy mocną, jed-ną historię. Kilkukrotnie na płycie pojawia się coś brzmiącego mniej lub bardziej jak klasyczny „depeszowski” dźwięk („Ste-alth”), jednak nie ma tutaj całych kom-pozycji opartych na tym rozwiązaniu. Słu-chając „MG”, wyobrażam sobie, że jest wytworem młodego fana syntezowanego popu, który również próbował stworzyć coś takiego, dodając od siebie doświadczenia z zabaw instrumentami elektronicznymi. Czy album Martina Gore’a to dziecinada? Ależ skąd! Czy to oznacza, że solowa kre-acja stanie się nieprzyjemna dla fanów twórczości grupy z Basildon? Raczej nie. Na pewno jest to coś zupełnie innego, świeżego. Gore to muzyk, który nie boi się wyzwań i eksperymentów. Gore nigdy nie musiał pokazywać swoich uczuć i mocy jako kompozytor, bo zrobił to już wielokrot-nie jako twórca największych hitów Depe- che Mode. W „MG” demonstruje, że instru-menty, które pozwoliły mu zacząć swoją muzyczną karierę, nadal pozostają dla nie-go źródłami pełnych kreatywnych brzmień. Wystarczy po nie sięgnąć i podejść do za-dania z otwartym umysłem... Jakub Tabor Fot. 2: Gaujmalnieks (CC BY 2.0) Wszystkie zdjęcia zmniejszono i przycięto z oryginałów.

TYDZIEŃ W OBIEKTYWIE TYDZIEŃ W OBIEKTYWIE WSZYSTKIE DZIECI NASZE SĄ... Fot. 1-3: Roksana Grzmil Fot. 4: Sabina Szweda